Document 151522

Komentarze

Transkrypt

Document 151522
W latach 2004 – 2009 prowadziłem bloga „Dwa
światy”.
Ta pozycja to pierwsza część moich zapisków.
Proszę nie szukać książki w księgarniach, bo jest
moim prezentem dla tych Czytelników, którzy chcieli
mieć coś bardziej materialnego niż strona
internetowa.
Możliwość ściągnięcia sobie wersji elektronicznej tej
książki jest ukłonem w stronę tych wszystkich, którzy
"Dwa światy" odkryli później...
Z życzeniami szczęścia i miłości…
Wstęp
Czy blog może być początkiem literackiej przygody?
Może tak, pod warunkiem jednak, że nie bierze się za to
ekonomista z wykształcenia.
Nie jestem pisarzem, nie umiem dobierać słów, nie znam
się na stylu, posługuję się językiem prostym,
nieskomplikowanym, zrozumiałym – nie wymyślam
historii, które przynieść mi mają Nagrodę Nike – piszę
jak umiem.
Chciałbym oddać do Waszych rąk początkowe zapiski z
ponad dwóch lat mojej obecności w sieci, w świecie
blogowej popkultury jako jeden z bardziej popularnych –
nie dobrych literacko, nie odkrywczych, ale zwyczajnie
popularnych.
Cieszę się, że tymi moimi banalnymi często tekstami
trafiałem do ludzi pomagając im słowem i czynem.
Cieszę się, że tak samo będę mógł trafić teraz w formie
książki, której ciąg dalszy i uzupełnienia znajdziecie w
sieci.
„Dwa światy” to projekt ukazujący łatwość
przekraczania granic etycznych, o światach rozumianych
jako alternatywne dla siebie jak miłość-zdrada,
rzeczywistość – świat wirtualny, cynizm- wierność
zasadom. „Dwa światy” to opowieść o moim życiu,
mieście, o moich znajomych, to historie, które się
zdarzyły naprawdę bądź zostały przeze mnie wymyślone,
to balansowanie na krawędzi między jawą a snem,
marzeniami a rzeczywistością, to drobne przyjemności.
Przyjemnej lektury...
02 listopada 2004
zaczynam... czy warto???
Kiedy ktoś coś zaczyna nie zawsze związane jest to z
wyraźną potrzebą... bo czyż mnie jest potrzebny blog,
trzydziestoparoletniemu facetowi... nie wiem... czasem
mówię sobie, że w życiu trzeba wszystkiego spróbować...
Jak się narodziłem... narodziłem się w jednym z blogów
erotycznych jako komentator... tam też w odpowiedzi na
moje długie komentarze inni prosili mnie, abym otworzył
coś swojego... mój własny blog... nie wiem czy warto,
nie wiem, czy powinienem, ale może dzięki temu
skanalizuję moje wrodzone gadulstwo... tamten blog
rozsypał się pod jego wpływem, wierzę, że temu nie
zaszkodzi nadmiar słów i natłok myśli...
Kim jestem? Kimś, kto zarabia mówieniem
i przekazywaniem siebie...
Gdzie mieszkam? W mieście Świętej Wieży... choć
święty nie jestem... i nigdy nie byłem...
Żyję w dwóch światach... kocham to, choć wiele bym
dał, by mieć jeden... często jednak się zwyczajnie nie
da...
03 listopada 2004
Zazdrość...
W dalekiej krainie żył sobie mały człowieczek. Żył
względnie spokojnie nie przejmując się opiniami innych
ludzi na temat swojego wzrostu, nie miały one dla niego
większego znaczenia, bo całą siłę życiową poświęcał
swojemu największemu skarbowi. Co było tym skarbem
– był nim kolorowy ptaszek, którego kupił kilka lat
wcześniej. Jakże szczęśliwy był mały człowieczek, kiedy
ptaszek trafił do jego domu, śmiał się patrząc na jego
żółtoczerwone skrzydełka wirujące mu przed oczami,
uwielbiał słuchać jego śpiewu, napawał się nim i myślał
„jesteś mój, najukochańszy, najmilszy, jedyny
przyjacielu”. A ptaszek śpiewał jak mógł najpiękniej i
czuł do małego człowieczka wdzięczność, że ten kupił go
od poprzedniego właściciela i wziął go z jego smutnego
domu. Mały człowieczek był szczęśliwy, bo kiedy wracał
do domu z pracy w Wielkiej Firmie, wiedział, że czekać
będzie na niego ptaszek fruwający po całym domu.
Mijały miesiące, lata. Pewnego dnia, aby uczcić swe 30
urodziny mały człowieczek zaprosił do swojego domu
kolegów z pracy. Obce mu były spotkania w grupie, bo
czuł się w niej nieswojo z powodu swego wzrostu, ale
tym razem postanowił się przemóc i zorganizował małe
przyjęcie dla kilku starannie wybranych kolegów.
Rozmowa się nie kleiła, mały człowieczek nieco
stremowany funkcją gospodarza nie potrafił rozładować
nudnej atmosfery, aż w końcu wpadł na pomysł, by
pokazać wszystkim kolorowego ptaszka, który był w
drugim pokoju. Mały ptaszek wleciał z zaciekawieniem
przez otwarte drzwi i od razu podbił serca kolegów
małego człowieczka. Każdy podziwiał jego energię,
melanż kolorów upierzenia, śmiał się widząc jak mały
ptaszek lata wesoło pod sufitem, okręca się wokół
małego, niepozornego żyrandola i szybko przelatuje z
miejsca na miejsce. Każdy chciał dotknąć kolorowego
zjawiska, a ten posłusznie przeskakiwał na ramiona
gości. Zabawa trwała kilka godzin, a kiedy goście
wychodzili każdy z nich gratulował małemu
człowieczkowi posiadania takiego skarbu we własnym
domu. Ale mały człowieczek, początkowo nieco
zaskoczony, po wyjściu ostatniego gościa wcale nie był
zadowolony. Żałował tego, że pokazał swoją własność
innym. Dziwne uczucie zrodziło się w jego umyśle,
uczucie, którego wcześniej nie doświadczył. Podszedł do
ptaszka i gładząc jego skrzydełka powiedział „jesteś mój
i nikomu cię nie oddam”. Przez kilka dni w Wielkiej
Firmie huczało na temat małego człowieczka i
stworzonka, będącego jego własnością. Jeden z kolegów
zaproponował nawet odkupienie ptaszka za Duże
Pieniądze”, ale mały człowieczek nie chciał o tym
słyszeć, a że tamten nie nalegał sprawa ucichła. Jednak
tego samego dnia wrócił z pracy nieco później i przyniósł
ze sobą ciężką, metalową klatkę. Ustawił ją w swym
salonie a potem włożył do niej ptaszka. „Chcą cię zabrać,
nie mogę na to pozwolić”. Ptaszek, przyzwyczajony do
przestrzeni nie mógł początkowo zaakceptować tego, że
został zamknięty, ale z czasem przywykł i nigdy już nie
potrafił wylecieć poza pręty klatki. A mały człowieczek
czuł się silny i nigdy już nie pokazywał kolorowego
ptaszka nikomu ze swoich znajomych.
Morał:
1. Mali człowieczkowie potrzebują klatek, by zatrzymać
swe skarby dla siebie.
2. Do klatki też się można przyzwyczaić, ale ciężko w
niej śpiewać.
3. Kto przywykł nie będzie myślał o ucieczce
4. Czy w życiu koniecznie trzeba być kolorowym
ptaszkiem dla małego człowieczka?
04 listopada 2004
Miłość według kobiety...
Co to znaczy być kochanym?
Czy to jakiś specjalny stan, czy jest to tylko sama
świadomość tego, że jest się potrzebnym? Jaką moc daje
czyjaś miłość? Na pewno kojące słowa, na pewno ciepły
i pełen słodyczy dotyk, a także możliwość spełniania
pragnienia - bycia z drugim człowiekiem. Bycia - bardzo
bliskiego, intymnego... Uzupełnieniem miłości namiętnej
staje się daleka podróż poprzez nagość kochanej osoby.
Na przystankach erogennych miejsc, czas zdaje się
zatrzymywać i pozostaje tam przez chwilę nie objętą
zegarami, by chłonąć i by dawać rozkosz tak długo jak
potrzeba. Dla zakochanych odległość może być
przyczyną cierpienia, a bywa również, że jest tylko liczbą
określonych kilometrów, których wielkość i tak nie ma
znaczenia, gdyż uczucie zdaje się być ponad czas i
przestrzeń - ponad czas i przestrzeń... Lata mijają, a
zakochanie w sercu pozostaje. Ciepło wspomnień jak
butelka markowego wina dojrzewa. Nie otwieramy jej,
by aromat pozostał na zawsze pod okrywą szkła. Winnice
naszych miłości stoją w piwnicach serc i nabierają
aromatu, kiedy zaś uraczymy już ich smakiem nasze
podniebienia, rozkosz z tych doznań pozostaje w pamięci
na zawsze. Być zakochanym, to właśnie mieć winnice i
mieć świadomość tego, że zawsze możemy się upić.
Wyobraźnia nie zawsze chce kosztować, lecz wystarczy
dotyk życia, bruzda ziemi zwilgotniałej rosą łez, by
wszystko zrozumieć i samego siebie przekonać o tym, że
miłość do pełnego szczęścia jest nieodzowna. Człowiek
ma wielki dar, ma moc w sobie ogromną i aż dziw bierze,
że sprawy z tego sobie nie zdaje. Zakochanie jest tak
wielkim i niespożytym bodźcem, że ma się siłę w sobie,
by nawet góry przenosić. I są tacy, którzy je przenoszą.
Nie potrzeba bać się cierpienia, które miłości towarzyszy
od zawsze. Łzy są potrzebne jak deszcz dla wysuszonej
ziemi. Ból, jeśli potrafi się go przyjąć, uszlachetnia. A
świadomość tego, że piękno przemija, nie winna
zabraniać nam kochać. Warto darować uczucia,
chociażby na jedną z najpiękniejszych chwil, a potem
paść głową w trawę i wąchać ślady ukochanej osoby,
mając nawet tę świadomość, że ona odeszła już na
zawsze... Miłość uszlachetnia człowieka.
05 listopada 2004
Miłość według mężczyzny...
Miłość… kiedyś jakaś mężatka powiedziała mi „tylko się
nie zakochaj”… a ja nie jestem pewien, czy potrafiłbym
się zakochać…pierwszym powodem jest to, że ja nie do
końca wiem, co to miłość. Zgubiłem gdzieś tą wiedzę,
gdzieś w jakimś nieokreślonym miejscu i czasie.
Gdy się ma dwadzieścia lat, jedną dziewczynę, z nią
przeżywa się pierwsze razy, z nią jest się wszędzie i
cieszy się człowiek z życia, świat wygląda piękniej i
pełniej. Nie wyobrażasz sobie innego człowieka obok
siebie, wręcz inni są niepotrzebni. Jeśli coś zaczyna się
psuć przeżywasz to tysiąckroć jakby niebo waliło się na
głowę – to jest ta pierwsza, dziewicza, młodzieńczo
piękna miłość. Miłość, która z czasem przeobraża się w
miłość będącą ciągiem obowiązków wynikających z
utrzymania domu, potem wychowania dziecka. Nie
każdy potrafi przestawić się z jednej miłości na drugą.
Najczęściej uczycie przelewane jest na jedyną rzecz,
która do końca życia będzie nasza i nikt nam jej nie
odbierze – dzieci.
Nie znajduję w sobie dość energii, by tą pierwszą
miłością kochać moją dziewczynę. Dlaczego nie znajduję
tej energii – mam do niej duży żal, że nie pozwoliła mi
być sobą, że wykorzystała i wykorzystuje nadal moje
dawne uczucie, dlatego ono przeobraziło się w uczucie
inne – bynajmniej nie nienawiści, raczej przyjemnego
przyzwyczajenia, poczucia swoistego bezpieczeństwa –
kto wie może to właśnie ta inna miłość. Może żyję
chwilą, kobietami, która mnie zmieniały i dały mi
wszystko, czego nie dostawałem wcześniej, poczucia mej
wartości jako człowieka. Kochałem je za to i wciąż w
mym drugim świecie je kocham, nigdy też nie zapomnę
tej energii, którą mi dawały, choć pewnie nigdy się już
nie spotkamy. Co śmieszniejsze wcale tego nie żałuję, bo
teraz one może są zupełnie innymi osobami, a ja bardzo
nie lubię się rozczarowywać. Cóż, jestem pełen
sprzeczności – nie kocham, kocham, wiem, nie wiem...
Miłość to długi proces poznawania się, dopasowywania
własnych umysłów. Najwyraźniejszą tego oznaką jest
tęsknota za spotkaniami powodowana chęcią spełnienia
się w sensie duchowym. Tęsknimy, myślimy,
wspominamy
twarz
osoby,
którą
zostaliśmy
zafascynowani, przyjemność sprawia nam wszystko co z
tym związane. Nie wierzę w miłość od pierwszego
wejrzenia, od pierwszego wejrzenia można jedynie
odczuć fascynację inną osobą, wrażenie że jest ona
naszym ideałem. Dopiero potem, w trakcie poznawania
się przechodzi ona w miłość, w ten dziwny stan euforii
na myśl o wybranym. Kiedyś sądziłem, że w miłości
należy stąpać powoli, dążąc ku nieuniknionej
fizyczności, która przynależy ludziom jako zwierzętom. I
teraz jest to mój ideał tegoż uczucia, chociaż wiem, że im
człowiek starszy mniej czasu zużywa na „zaloty”. Poza
tym taka strategia w dzisiejszym szybkim świecie może
być uznana za staromodną...
Czy ja kocham, obiektywnie pewnie tak, ale mam w
sobie coraz mniej ochoty na walkę o uczucie… a to może
być dowód, że jestem tylko głupim samcem
poszukującym nowej samicy do podkreślenia swej
męskości… Dlaczego więc to robię? Bo jest to dla mnie
czymś więcej niż tylko zabawa, jest to potwierdzanie
siebie jako człowieka, im więcej mam oznak
zainteresowania moją osobą tym jestem szczęśliwszy. I
wręcz nie chcę, by kończyło się to w łóżku!!...potrzeba
samourzeczywistnienia w oczach innych wynika z
kompleksów
nabytych
w
nastoletnich
latach,
wychowania i chorobliwej wręcz wrażliwości.
Od najmłodszych lat traktowałem dziewczęta jak
niezbrukane boginie, co zaważyło na moich z nimi
kontaktach, jedni chodzili na imprezy, posuwali coraz to
inne koleżanki, a ja podniecałem się widokiem
atrakcyjnej sąsiadki, podchodząc do niej jak do
najdroższej porcelany. Miało to swój urok, ale wpędzało
mnie w coraz większe kompleksy, bo przejmowałem się
wszystkim i wszystkimi. Byłem niezdarą, źle ubranym,
niedojrzałym wrażliwcem, który nic z relacji damskomęskich nie pojmował i był nikim (a przynajmniej za
takiego się uważał). Straszne to było, a właściwie ja
byłem straszny. Ale cóż, z brzydkiego kaczątka o
zaburzonej psychice wyrosłem już dawno (nie wiem
tylko czy w łabędzia –wątpię), po przeszłości pozostał
tylko potężny żal do życia za to, że wcześniej nie
pokazało mi, jakie jest piękne. Byłem cierpiętnikiem,
uważałem, że miłość to pasmo cierpień w drodze do
nieokreślonego ładu, nie potrafiłem właściwie
postępować, myśleć, zaryzykować czegoś innego niż
moje przeznaczenie. Skorupa pękła za późno...
06 listopada 2004
Drobne przyjemności...
Wczoraj pojechałem zapłacić rachunek za wodę... a cóż
w tym dziwnego? Każdy to robi co jakiś czas, a
rezolutniejsi zamawiają sobie stałe zlecenie przelewu i
nie muszą marnować swego czasu w kolejkach. Ale ja to
robię z przyjemnością... Dlaczego tak uwielbiam te
kwartalne
wycieczki
do
kasy
Wodociągów
Częstochowskich S.A.? Odpowiedź jest istnie
freudowska - bo w jednej z tych kas siedzi młoda
dziewczyna, ładna, o przenikliwym spojrzeniu, a ja
uwielbiam na nią patrzeć. Ta minuta, kiedy podaję jej
rachunek mówiąc „dzień dobry”, widzę, że uśmiecha się
i robi wszystko, by nie spojrzeć na mnie (albo żeby się
nie pomylić)... Patrząc na nią zwracam uwagę na zmiany
w niej samej, w lutym miała okulary, teraz rozjaśnione
włosy... to tak jak bohater filmu „Dym” robiący od lat
zdjęcia tego samego miejsca o tej samej porze dnia,
chwytający chwile, klatka po klatce... ja chwytam chwile
co trzy miesiące... Wizja spotkania z nią i samo
MINUTOWE spotkanie sprawia, że czuję się wspaniale,
a trzy miesiące temu, kiedy miała urlop wręcz miałem
zepsuty dzień...
Dziwaczne, co? Tak, zgadzam się, ale w tym szaleństwie
jest metoda, sposób na wyłapywanie pięknych chwil,
zwyczajnie pięknych... Ktoś powie - czemu się z nią nie
umówisz? A ja odpowiem – przecież nie wiem, czy jest
samotna, zajęta, szczęśliwa, nieszczęśliwa, nie wiem też,
czy chciałbym... przecież wtedy straciłbym względnie
stałą chwilę przyjemności...
Uwielbiam chwile, kocham wręcz skupiać wzrok na
jednej kobiecie, kiedy ona doskonale widzi moje
zainteresowanie... uwielbiam patrzeć na piękno... piękno
i dostrzeganie go jest sensem życia i nie trzeba od razu
myśleć o czymś w kategoriach jest moje - nie jest moje
(kobieta, facet, samochód, dom)...
07 listopada 2004
Telefon...
Telefon ciągle nie dzwonił, wielokrotnie tak czekałam,
ale teraz denerwowałam się o dużo bardziej. Dlaczego
tak na mnie podziałał ten facet? Nie był szczytem moich
marzeń, ale miał w swoich oczach coś co kazało mu
wierzyć i go słuchać. Po raz pierwszy spotkałam kogoś,
kto mnie słuchał, a nie popisywał się zagranicznymi
wojażami po lodowcach w Szwajcarii. Czemu mu to
wszystko powiedziałam? Nie znam go właściwie! Czy
nie będę tego żałować? I samo to, że jest kilkanaście lat
starszy... Wojtek by mnie zabił, gdyby znał moje myśli.
Jest, dzwoni!
- Cześć kochanie, spotkamy się dzisiaj?
- Gdzie?
- Przyjadę do Ciebie o ósmej, zrobię Ci niespodziankę
- Ok., no to cześć
- Pa, kochanie
Czemu byłam taka oschła? Przecież kocham Wojtka,
jesteśmy ze sobą od roku, świetnie się bawimy, jest miły,
inteligentny, ideał dla 22 letniej dziewczyny. Ale jakby
czegoś brakuje i to coś poczułam wczoraj, po raz
pierwszy w życiu tak silnie, że nie mogę sobie z tym
teraz poradzić. Czemu ja czekam na ten telefon?
Dlaczego mu dałam ten telefon, nigdy tego nie robię, a
teraz dałam nawet bez próśb z jego strony. Dałam się
ponieść emocjom, oglądaliśmy ten fatalny mecz na
wolnym powietrzu sącząc piwo, kiedy się dosiadł, z
wyglądu nikt ciekawy, ostre rysy twarzy, koszula,
kupiona pewnie w jakimś supermarkecie, czarna,
wypchana teczka i jasne spodnie. Zgodziliśmy się, nasza
paczka już była nieźle pod gazem, ja, Wojtek, Kaśka i
Kuba piliśmy w końcu od kilku godzin.
Ten facet miał coś w oczach. Dlaczego ja mówię ten
facet? Przecież ma na imię Sebastian. Poza tym, kiedy
reagował na mecz w jego zachowaniu była taka dziwna
iskra, widocznie dawno nie przeżywał tak żadnej rzeczy.
A zachowywał się jak małolat podskakujący z wrażenia
przy każdej akcji. Właściwie trzymał się z daleka od nas,
czasem tylko jego wzrok spotykał się z moim. Nie wiem
dlaczego patrzyłam na niego. Mecz się skończył –
Wojtek chciał iść do domu, a ja chciałam zostać, więc
wezwał taksówkę i pojechał, nie pierwszy raz go tak
zostawiłam. Wiem, że nie robi to na nim wrażenia, a i on
często zostaje pozwalając bym wracała sama. W knajpie
zaczęło się karaoke, nie umiem śpiewać, ale lubię, kiedy
podchodzi do nas fajny gościu i możemy wspólnie
powyć do mikrofonu. To odpręża, niemal tak jak seks.
Sebastian siedział naprzeciw mnie i na dobrą sprawę po
raz pierwszy tego wieczoru usłyszałam jego głos
- Jak masz na imię?
- Monika. A ty?
- Sebastian, naprawdę Monika?
- Masz coś przeciwko?
- Nie, dlaczego, tylko ostatnio nie jest to dla mnie
najszczęśliwsze imię Nagle zdałam sobie sprawę, że
Kuba i Kaśka gdzieś przepadli, nie było ich i zostałam
tylko ja z jakimś napalonym gościem. Gdzie się podziali?
Jak chcą się pomiędolić mogą to robić tutaj, a nie tak
mnie zostawiać!
- Dlaczego?
- Wiesz, nie bardzo chcę ci się spowiadać.
Stwierdzenie to było co najmniej dziwne, intrygujące
wręcz. Wielokrotnie przysiadali się do niej faceci i każdy
opowiadał historię swego życia, nie znosiła tego. Co ją
obchodziło to, że ten czy tamten już nie może i szuka
miłości prawdziwej. Tak, na jeden raz i już. Ten nie robił
nic, powoli sączył piwo, nie kwapił się do rozmowy i
tylko patrzył, prosto w oczy.
- Czemu mi się tak przyglądasz?
- Po pierwsze zostałaś opuszczona przez przyjaciół i
jestem ci winien towarzystwo, by nie dosiadł się do
ciebie nikt przez ciebie niepożądany. Po drugie, zawsze
patrzę w oczy, nauczyłem się tego po wielu latach
zwodzenia, opuszczania wzroku i niepewności. Jak to się
mówi oczy są zwierciadłem duszy.
- I co możesz powiedzieć o mojej? – zaśmiałam się
- Nic, sama musisz mi o niej powiedzieć. Z własnej woli.
– powiedział to tak poważnie, że ciarki mi przeszły po
plecach
- Kim jesteś? Czym się zajmujesz? Co tu robisz? –
zmieniłam temat
- Jestem człowiekiem. Pracuję. Tutaj piję piwo po
przegranym meczu.
- A gdzie pracujesz?
- W wielu firmach, ale nie pytaj, bo zaraz zaczniemy
mówić o pogodzie.
- Może ja lubię mówić o pogodzie.
- A pierwszym twoim pytaniem do spotkanych
znajomych jest „co słychać”
- Pewnie tak, nie zastanawiałam się – zdziwił mnie,
rozmowa niby się nie kleiła, a przecież czułam, że ku
czemuś zdążała
- A wiesz, że Witkacy zrywał kontakty z każdym, kto go
tak witał. Chociaż z drugiej strony popełnił samobójstwo
w ostatnich dniach września 1939 roku, więc nie wiem,
czy to dobry przykład
- Nie wiedziałam, przykro mi.
- A z jakiego powodu? Przecież malarz, dramaturg,
ogólnie artysta, który dożywa starości jest z każdym
rokiem coraz bardziej śmieszny, niezrozumiały. Gdyby
Wojaczek czy Stachura ciągle żyli nie staliby się legendą,
zgnuśnieliby wśród obrad jury konkursów poetyckich
- Czyli najlepszym sposobem na uznanie u artystów jest
według ciebie samobójstwo
- Nie, nie zawsze. Artyści żyją we własnym świecie, im
są starsi tym bardziej dostrzegają jego iluzję i tym
trudniej pokonać strach przed nieuchronną starością.
Dlatego uciekają w śmierć, stając się pomnikiem. Ale na
dobrą sprawę prawdziwy artyzm zaczyna się w
momencie, kiedy mówimy sobie, że artystami nie
jesteśmy, że jesteśmy ludźmi. Może utalentowanymi, ale
tylko ludźmi i naszą misją jest zwierzęce przedłużenie
gatunku. Sztuka jest przejawem strachu przed
zapomnieniem, strach ten pokonujemy mając dzieci. Nie
uważasz?
Wryło mnie. Po raz pierwszy ktoś mówił do mnie w ten
sposób.
- Czyli mamy od samego początku celem każdego
człowieka
powinno
być
posiadanie
garstki
rozwrzeszczanych bachorów? A gdzie nasze cele, nasza
kariera, samourzeczywistnienie, kończy się na
dzieciach!? - zaatakowałam
- A dlaczego uważasz, że dzieci są blokadą dla naszych
celów, kariery, samourzeczywistnienia? Owszem,
modyfikują nasze zachowania, ale przecież nic nie stoi na
drodze, by realizować nasze marzenia razem z nimi.
- A znasz takie rodziny? Przecież moje mające dzieci
koleżanki nigdzie nie wychodzą, siedzą w domach i
podają piwo mężom, o ile ci nie są z kolegami!
- Wybacz, ale to jest sprawa dogadania się między
dwojgiem właściwie dorosłych ludzi. Skoro ludzie ci są
niedojrzali, by nie powiedzieć głupi, to nigdy nie będą
dążyli razem do własnych celów. Wręcz przeciwnie – z
każdym dniem popadać będą w codzienność,
powszedniość. Wychowując swoje dzieci z każdym
dniem przelewać będą na nich swoje żale do życia, żale
za straconą szansą. Ale mam nadzieję, że za kilkanaście
lat będą się rozbijały po knajpach, a samotne będą
marzyć o facecie swoich marzeń i tych bachorach
- Ale po co dążyć do dzieci. Przecież najpierw trzeba
zrobić coś dla siebie, zabawić się, zwiedzić świat, poznać
ciekawych ludzi.
- Nie znoszę poznawania ciekawych ludzi. Moją bardzo
daleką rodziną jest rodzina w Gdańsku między innymi
kobieta, która swego czasu opłynęła kulę ziemską.
Przyszła kiedyś do „odłamu”, u którego nocowałem.
Myślę – ciekawy człowiek. Tymczasem osoba ta
większość czasu poświęciła na szerzenie podobnych
poglądów, do tych, którymi Lepper zdobywa dziś scenę
polityczną. Ciekawa osoba, bywała w świecie, hm.
- Dobra wycofuję ciekawych ludzi, czy nie trzeba
najpierw się wyszaleć.
- Po co? By później narzekać, że kiedyś to ty robiłeś to, a
teraz tego nie robisz. Szaleństwo nie jest gwarantem
udanego życia jako całości. Pozwól, że o coś zapytam –
czy chciałabyś być sama w przyszłości?
- Myślę, że nie przeszkadzałoby mi to! Nie lubię
kompromisów.
- Muszę cię zmartwić, życie to szkoła kompromisów. Nie
przejedziesz przez nie nienaruszona. Nie ma szans.
- Jesteś pewny?
- Ja to wiem, niestety.
- Nie chcę wpadać w dzieci, pieluchy, uwiązanie i tak
dalej.
- Tak. Z drugiej strony Młynarski napisał „Potem w
ogorzałych twarzach trochę przygasł i poszarzał dawny
żar, co z oczu iskry wzniecił. Potem Kolumb z
Kolumbową kupił szafę orzechową, no a potem to już
tylko mieli dzieci”. I właściwie to jest układ na te czasy,
najpierw się wyszalejmy, potem ustawmy, kupmy sobie
kino domowe, wyremontujmy kuchnię, sprawmy sobie
samochód, a potem dziecko, na które musi być nas stać.
Mały życiowy koszmarek, bo na pierwszym miejscu
jesteśmy zawsze MY, my jako bezkompromisowy
cudowny dla nas, egoistyczny układ.
- To źle?
- Nie powiedziałem tego. Denerwuje mnie tylko to, że
mały człowieczek, któremu powinniśmy poświęcać
miłość, staje się dla nas łańcuchem, barierą. Znam parę
takich układów i żal mi tych dzieci. One chcą rysować po
ścianie, a im nie wolno, a czasami muszą czekać przed
drzwiami na przyjście rodziców na specjalnie
przykręconym krzesełeczku, bo dziecko porysuje parkiet.
- Przesadzasz!
- Niestety nie, to autentyk. Taka rodzina mieszka
naprzeciwko mojego brata i bratowej. I powiedz, co ja
mam o nich myśleć jako o ludziach, kim będzie to
dziecko?
- Więc według ciebie powinniśmy jak najszybciej mieć
dzieci, by całkowicie się im poświęcić? Żadnego
własnego życia, żadnych szaleństw, młodości –
zapytałam prowokacyjnie
- Niezupełnie. Po prostu powinniśmy tak postępować, by
wiedzieć, kiedy należy poświęcić naszą osobę dla innej,
słabszej. Im dłużej odkładamy decyzję o dzieciach czy
też tylko stałym związku, tym większe mamy opory
przed takimi decyzjami, tym bardziej porywa nas
wolność, możliwość wypicia piwa „w gronie przyjaciół”,
brak większej odpowiedzialności, możliwość pojechania
w każdej chwili w góry, nad morze, do Czech na piwo,
czy gdzie indziej. Rodzina jawi się coraz bardziej jako
przymus płynący od rodziców lub starszych ciotek - „bo
nie uchodzi”
- Ja jestem w tej sytuacji, że moi się do mnie nie
wtrącają, robię co chcę i z kim chcę.
- Ale niestety zaczną i co wtedy.
- Nikt mnie nie zmusi do małżeństwa. Tylko ja będę
decydować o swoim życiu i nikomu nie pozwolę się do
niego wtrącać.
- Wiem, ale czy nie sądzisz, że w pewnym momencie
możesz zupełnie nieświadomie przyjąć narzucony przez
starszych styl myślenia. Oczywiście, nawet nie
zauważysz, jak zmienia się twój światopogląd na rodzinę.
A wtedy twój partner powie bądź pokaże swym
zachowaniem „po co mamy się pobierać, przecież jest
fajnie”.
- Zabiłabym! Przecież jeśli mnie kocha to się ze mną
ożeni wcześniej czy później.
- Jesteś tego pewna? Zazdroszczę ci tej wiary! Faceci są
jak dzieci, lubią się bawić, póki im się na to pozwala. W
momencie, gdy stracą zabawkę płaczą i szukają innych.
Nie chce im się argumentować, dawać dowodów
wiecznej miłości, starać się, jeśli mają to do czego dążą.
A mniej metaforycznie – blisko trzydziestoletniego
faceta, który jest wolnym strzelcem i ma panienkę
niełatwo jest zmusić do porzucenia wolności. Ba, ja
słyszałem o układach, kiedy tacy proponowali zupełnie
seksualny związek swoim byłym. Czyli jesteśmy
oddzielnie, a kiedy mi się zachce to dzwonię do ciebie,
spotykamy się na numerek i rozchodzimy w dwie różne
strony, fajnie co?
- Nie żartuj! Dlaczego tak sceptycznie podchodzisz do
tych spraw? Przecież ludzie się mogą kochać, mieszkać
razem, mieć dzieci i jednocześnie wyjeżdżać, bawić się,
realizować.
- Aha. I ja zazdroszczę takim ludziom, szczególnie, że są
w zdecydowanej mniejszości
- Wiesz, Seba, muszę już chyba lecieć do domu.
- Rozumiem, czy nie będzie wielkim nadużyciem z mojej
strony, jeśli odprowadzę cię do domu? Nic już nie będę
mówił.
- Dlaczego - mówisz trochę dziwne rzeczy, ale
właściwie...
- No więc, mogę cię odprowadzić?
- Niech stracę. Chyba nie powinnam, ale chodź.
I odprowadził mnie do domu. W pierwszym momencie
przestraszyłam się, zupełnie obcy facet, mógł mnie
zgwałcić, zabić, a ja mu uwierzyłam jak pierwsza lepsza.
A on nic nie mówiąc, powoli szedł przy mnie patrząc w
gwiazdy i głęboko wdychając ożywcze powietrze nocy.
Prosiłam, by kontynuował naszą rozmowę, ale on
powiedział tylko:
- I tak za dużo jak na jeden wieczór, powiem ci jutro.
- Dlaczego sądzisz, że jutro się spotkamy?
- Trzeba wierzyć - odpowiedział i znowu zanurzył się
myślami w noc.
Coś niesamowitego. Szłam do domu z przygodnie
poznanym starszym gościem, który miał w sobie tyle
pewności, że sądził, iż będzie się ze mną spotykał. I, co
najdziwniejsze, wiedziałam, że ma rację. Tak jakby
czytał w mych myślach. No i dałam mu ten numer
telefonu. Dzwonek wyrwał mnie z wczorajszych
wspomnień. Wojtek...
09 listopada 2004
Horoskop...
Nie wierzę w horoskopy gazetowe, ale jeśli horoskop
robiony jest specjalnie dla ciebie z podaniem godziny,
dnia, miesiąca, roku urodzenia to zmienia postać
rzeczy. No i uwierzyłem, kiedy jedna z moich
znajomych (wtedy znająca mnie bardzo słabo), zajmująca
się wróżbami, przesłała mi moją horoskopową
charakterystykę. Kiedy to czytałem po raz pierwszy
zdębiałem...
A było to tak:
Jesteś osobą o niewiarygodnej wręcz intuicji, a co za tym
idzie nad wyraz inteligentną. Spontaniczność,
namiętność, gadulstwo, aktywność, brak cierpliwości,
skrytość, zazdrość to podstawowe cechy jakimi
zaznaczasz się w społeczeństwie. Określają one również
Twój temperament. Zdecydowanie można powiedzieć, że
jesteś osobą o sprzecznych cechach charakteru, a więc
możesz być zrównoważony i jednocześnie wybuchać
gniewem... szukasz towarzystwa jednakże zachowujesz
rezerwę wobec otoczenia. Lubisz się w sobie zamykać.
Można znać Cię wiele lat i nie poznać do końca. Masz
wielu przyjaciół, a przede wszystkim cenisz osoby
zaradne i oddane.
Będziesz tworzył zawsze dobre przyjaźnie z osobami
spod znaku Skorpiona, Raka, Panny lub Lwa, a przede
wszystkim z osobami spod znaku Byka. W tym
połączeniu możliwy również dłuższy partnerski związek.
Dzięki sile i odwadze, chęci dominacji i ambicji osiągasz
szczyty w karierze zawodowej. Podróże i wszelkie
zawody wymagające przenoszenia się z miejsca na
miejsce są dla Ciebie najkorzystniejsze. Często starasz
się uchodzić za osobę groźną, a co najmniej silną. Jesteś
jednak za dobry, by móc stwarzać zagrożenie dla
kogokolwiek. Jesteś dumny, wrażliwy i wiesz czego
chcesz od życia. Masz jednak skłonności do depresji i
popadania w załamanie sił i nadziei. Lubisz uciekać
przed trudnymi problemami gdyż pomaga Ci to w
lepszym późniejszym jego rozwiązaniu...
Hmmmm...
10 listopada 2004
Teoria Tybetu…
Ktoś kto wydawał się na początku absolutnym
dopełnieniem, drażni teraz coraz bardziej… dlaczego tak
się dzieje?
Wspinamy się na szczyty Himalajów, zdobywamy je,
jesteśmy spełnieni, osiągnęliśmy pełnię szczęścia. Po
jakimś czasie okazuje się jednak, że na szczycie nie
można być długo, bo nawet najwspanialsze widoki po
czasie zamieniają się tylko w białą pustkę… coraz
częściej zaczynamy myśleć, wątpić, zadawać sobie
pytania. Co dalej? Tak ma się to skończyć? Do końca
życia? Jeden facet, jedna kobieta, dzieci, szafa
orzechowa, remont, samochód… zaczynamy się szarpać,
jak ryba w sieci szukamy potwierdzenia słuszności
naszego wyboru (no przecież to ma być nasz wybór
ostateczny)… szukać jej u partnera, a kiedy jej nie
znajdujemy ogarnia nas wściekłość, że nic się nie dzieje,
że pokonaliśmy wszystkie trudności, mieszkamy razem,
a tu on (bo to częściej o faceta chodzi) zachowuje się tak,
jakby widział w nas jedynie kuchtę i kochankę… kiedyś
wychodziliśmy, bawiliśmy się razem, a teraz siedzi przy
telewizorze lub komputerze, a my dla niego nie
istniejemy… Przestajemy rozmawiać, przestajemy
wychodzić (po co, skoro mamy to wszystko w domu)…
co się dzieje!? Patrzymy na nasze życie, pragniemy tych
samych wrażeń, które mieliśmy tak niedawno… szukamy
sensu dalszego życia…
Zejście ze szczytu jest nieuniknione, a drogi zeń
prowadzące są co najmniej dwie.
Po pierwsze można kierowac się na przepaść. Przepaść ta
pojawia się nagle, wyrasta na drodze i oznaczać może
wypalenie lontu cierpliwości i wybuch tak gwałtowny, że
spada na nas lawina oszczerstw, zadawnionych pretensji
rozdrapujących zabliźnione rany, zazdrości i zawiści w
czystej postaci.Można wtedy z hukiem zerwać i szukać
nowego „ideału” lub trwać i z każdym dniem
„nienawidzić” siebie za brak zdecydowania.
Inna droga to przeniesienie się na Tybet, czyli
przyzwyczajenie, przyjemne, z uśmiechem, szczęściem z
drobnostek…bez tak wielkiej miłości, ale z oddaniem …
Jak przedostać się na Tybet i uniknąć przepaści? Nie
wiem…
Odnoszę jednak wrażenie, że większość czasu
poświęcamy na znalezienie ideału, który w
rzeczywistości nie istnieje… Zderzenie naszych marzeń z
rzeczywistością
(w
długim
czasie)
powoduje
niespełnienie… można więc nie łudzić się, że ktoś jest
idealny od samego początku…często powtarzam, że
partnera trzeba zobaczyć rankiem po nocy: jego - w
kalesonach, ją - w rozwianej fryzurze, bez żadnego
makijażu… im więcej tolerancji dla takich „widoków” ,
im mniej gry i pozerstwa w tym, co robimy, tym
mniejsze prawdopodobieństwo niespełnienia, tym mniej
żalu i wściekłości na siebie i partnera ...co ciekawsze
kobiety pod tym względem są o dużo częściej
zaniedbywane (tak powstaje pierwsza myśl o zdradzie
swojego faceta...później)
Ważne jest też oddawanie pola walki temu
przeciwnikowi, z którym zdecydowaliśmy dzielić swoje
życie, dom, zmartwienia i radości… bez spokoju i
kompromisu nie ma niczego… patrzcie, ależ to banalne,
a tak często trudne do osiągnięcia...ale o tym także
później…
16 listopada 2004
A facet wrednym jest...
„Przestań” – powiedziała, a jej głos zabrzmiał bardzo
nienaturalnie, złowrogo – „nie interesuje mnie nic, masz
dwie godziny, by spakować swoje rzeczy” „Ale
kochanie” – próbowałem tłumaczyć , co właściwie zaszło
- nic się nie stało „Nie interesuje mnie to, mam cię dość,
ciebie i twoich głupich wymówek” – ucięła i odwróciła
głowę Dlaczego tak czasami jest, że robiąc rzeczy
straszne nie ponosimy żadnych konsekwencji, a w
momencie, gdy zrobimy coś co ogólnie tolerowanego
spotyka nas za to kara. Przecież ja naprawdę nic nie
zrobiłem… nawet nie spojrzałem na tamtą dziewczynę,
nie mówiąc o rozmowie z nią czy jakichkolwiek
kontaktach… wydumany problem…
Kiedy tak patrzyłem na osobę, której poświęciłem kilka
lat swojego życia, a która teraz wyrzuca mnie ze swojego
domu, poczułem złość, złość na nią właśnie… nie
dlatego, że mnie wyrzuca, gdyby wiedziała o wszystkim
powinienem zostać wyrzucony setki razy, ale dlatego, że
robi to z tak błahego dla mnie powodu… i nie słucha
mnie wcale Nie spojrzałem nawet na tą dziewczynę,
zobaczyłem coś zupełnie innego, ale tego nie dane mi
było
wyjaśnić…
zobaczyłem
małego,
może
ośmioletniego, chłopca, pochylonego nad jakąś babcią
sprzedającą kwiaty… „cóż on jej mówił?” przemknęło
mi przez myśl „o czym rozmawiali?”, czy „kim dla siebie
byli?” ale ona zwróciła uwagę tylko na tę dziewczynę w
tle całej tej sytuacji… Kiedy powiedziała do mnie
„zagapiłeś się na tą lalkę?” zaniemówiłem, wyrwano
mnie z mojego świata zastanowienia i wrzucono weń
kogoś, kogo w nim nie było… „nie, patrzyłem na tego
chłopca”, „nie oszukuj, przecież wszystko widziałam”,
„nie, patrzyłem na chłopca”- powtórzyłem bezwiednie i
znów spojrzałem w tamtą stronę „to patrz, nie będę ci
przeszkadzać” – oddaliła się szybkim krokiem, a ja
stanąłem nie wiedząc o co chodzi… Gdy ją dogoniłem
jeszcze dotknęły mnie zdania „porozmawiałeś sobie z
nią? jak ma na imię? a może ją znasz? na kiedy się
umówiliście?” - „o czym ty mówisz?” – fala gniewu
powoli przejmowała nade mną kontrolę „jaka
dziewczyna? patrzyłem na tego chłopca i babcię”, „tak,
ty zawsze masz jakieś babcie, a ja dobrze wiem, że to na
nią się gapiłeś… wiesz jesteś podły…”
Dochodziliśmy do jej domu, domu, który od roku był
naszym domem, tak chcieliśmy oboje, bez fałszywych
sakramentów, razem do celu, życie na pełnym luzie, bez
dzieci brudzących wszystkie rzeczy, które do niego
razem kupiliśmy, życia pełnego wypadów w góry, nad
jeziora, nad morze, do Grecji, bez zobowiązań innych niż
to, że będziemy tylko dla siebie… kochałem to życie, ale
nigdy nie miałem żadnych skrupułów, żadnych…
Pierwsza była Iwona… moja dziewczyna była wtedy
zajęta przygotowaniami do jakichś durnych egzaminów –
nigdy nie wiedziałem, co właściwie studiuje - uznaliśmy
więc wspólnie, że na ten czas przeprowadzę się do swego
mieszkania po rodzicach… dziwnie było wracać na stare
śmiecie po miesiącu mieszkania u niej… zakurzone
graty, sprzęt, łóżko, które wiele przeszło i trzy dni bez
niej, samemu… miałem dzwonić codziennie i
dzwoniłem, pierwszego dnia gadaliśmy godzinę przez
telefon a potem gapiłem się w telewizor… z nudów
posprzątałem a potem wyszedłem w miasto, tam, gdzie
nie będzie naszych znajomych, dobre, jadąc tam śmiałem
się, że zachowuję się jak słomiany wdowiec i tak
postępuję, dobre… wiedziałem, gdzie i kogo szukać,
początkowo nawet nie myślałem o łóżku, ale Iwona była
tak napalona, że prędko trafiliśmy do niej… było
świetnie, krzyczała, jęczała, wiła się w rozkosznym
uniesieniu, a ja uświadomiłem sobie, że od roku nie
kochałem się z nikim innym oprócz jednej dziewczyny…
rano nie miałem żadnych wyrzutów sumienia, przyjemne
uczucie, ubrać je w kłamstwo jeśli to będzie konieczne
i…
Z Iwoną spotkałem się jeszcze kilka razy, za każdym
razem kończyło się tak samo, u niej… aż do momentu,
gdy zaczęła wypytywać o moje mieszkanie i sugerować,
że chętnie by je zobaczyła, że może zmienilibyśmy
otoczenie, że obiecałem jej wycieczkę w góry i tym
podobne… nie chciałem ryzykować straty tej, którą
zdradzałem, ona miała styl, a Iwona była głupią i naiwną
panienką, , tyle tylko, że pracującą w jakiejś głupiej
kancelarii adwokackiej jako asystentka i mającą małe
mieszkanko… całe pieniądze szły na to mieszkanko,
dobre ciuchy i wizaż i łażenie po knajpach, by mieć
wrażenie, że się żyje… nie ta klasa…
Kolejna – Monika… dlaczego przez chwilę nie
pamiętałem jej imienia? Niewiele o niej mogę
powiedzieć, spotkaliśmy się po raz pierwszy gdzieś w
biurowcu, gdzie pracuję - tak, w windzie, weszła i
poczułem subtelny zapach jej perfum… spojrzała na
które piętro jedzie winda i uśmiechnęła się do siebie, a ja
w tym momencie odpłynąłem, było coś tak naturalnie
pięknego w tym uśmiechu, że poczułem, że powinienem
zacząć rozmowę… „pani na moje piętro? W czym
mógłbym pomóc?”, „nie, nic, nie trzeba” powiedziała
jakby przestraszona, ale potem dała się zaprosić najpierw
na kawę, potem do restauracji, a potem ona zaprosiła
mnie do siebie… dlaczego się zgodziłem?... fajne to
było, nie wiedziała o mnie niczego, czego bym nie
kontrolował, czego by nie chciał, mogłem spokojnie
tworzyć własny wizerunek, miała mnie takim jaki chciała
mnie widzieć… zabawa uczuciami! Nie kochałem
gniazdku, potrzebowałem jedynie potwierdzenia własnej
siły…
17 listopada 2004
...i nie żałuje...
Zdradzałem i tak głupio wpadłem, bez winy… nauczka
na przyszłość, by zawsze być czujnym i nie dać się
zwieść pozorom. Przez ten czas, kiedy razem
mieszkaliśmy nigdy nie czułem się oszukującym, pewnie
dlatego, że się tego nie bałem. Owszem, wybierałem te
lokale, gdzie nie chodziłem z moją dziewczyną, ale
zawsze było to działanie bezwiedne, mające na celu
raczej zmianę klimatu, niż strach przed dekonspiracją. A
teraz, przez jedno głupie spojrzenie na ciekawą dla mnie
sytuację i przypadkową obecność tej dziewczyny byłem
skazany na wygnanie.
Absurdalnie czułem, że mi to potrzebne i może dlatego
nie oponowałem, „tak, Kiciu, dajmy sobie trochę luzu,
potem i tak do mnie wrócisz” – myślałem i nie był to
pogląd dla mnie bezsensowny – na dobrą sprawę tak
czułem. Pakowałem swoje rzeczy, niewiele ich było.
Przybory do golenia, szczoteczka do zębów, parę koszul,
dwa garnitury, kilka par spodni, dwie pary butów,
bielizna, zmieściło się w torbie, którą zabierałem w
delegacje. Oprócz tego laptop i teczka. Jakby celowo nie
wziąłem kilku rzeczy przeczuwając, że i tak tu niebawem
wrócę… „Złotko, czy jesteś pewna tego, że powinienem
pójść” – upewniłem się – „tak, idź już”, „zadzwonię”,
„nie trzeba”, „gdybyś mnie potrzebowała, będę”, „idź
już”, „to cześć” … nie lubię tego jej oschłego tonu,
wiedziała o tym doskonale i celowo tak kierowała
rozmową, by wywołać mą wściekłość, wiedziała też, że
nie będę padał do jej stóp, wił się jak złapana ryba, wiem,
że tym przyznałbym się w jej oczach do winy.
Wyszedłem, zadzwonię do niej za godzinę, kiedy się
uspokoi będzie mi łatwiej ją przekonać. Nie chciałem jej
tracić, po co… była niezłą kochanką, miałem dzięki niej
wszystko, co trzeba, nie marudziła o rodzinie, dzieciach,
znośnie gotowała, była inteligentna, można było z nią
poważnie porozmawiać, ot, typowy twór cywilizacji
dwudziestego pierwszego wieku – raczkująca
feministyczna gospodyni domowa. Ileż to razy
sprzeczałem się z nią na temat praw kobiet, feminizmu i
wszelkich spraw z nim związanych, paradoksalnie będąc
przeważnie po jej stronie.
Tak, głupio to może zabrzmi, ale wiele zawdzięczam
ruchowi feministycznemu… choćby sprawa konkubinatu.
Nie lubię tego określenia, ma negatywne skojarzenia, ale
dla mężczyzny nie ma chyba piękniejszej wizji niż
kobieta zajmująca się domem, kochająca się z nim, w
stosunku do której nie ma się żadnych specjalnych
obowiązków. Dziwne to, ale tak to czasami wygląda…
Niemal każda z którą spałem, będąc związany z moją
dziewczyną, pytała, czy jestem żonaty. Dla niektórych
jest to podstawowe pytanie, zanim zaczną cokolwiek
robić, pytanie hasło, które otwiera drzwi do wszystkiego,
jeśli odpowiedź brzmi „NIE”! Ktoś powie, że będąc
żonatym można przecież kłamać, ale ja wolę mówić
prawdę. Wtedy wiem, że nie zdradzę się głupim tekstem,
odciskiem obrączki na palcu, nerwowością zachowania
czy czymkolwiek innym. Mówiącemu prawdę to nie
grozi, może więc swobodnie grać, baz narażania się na
fałsz. Po prostu robi to tak, jakby zdobywał miłość swego
życia, w rzeczywistości zdobywając jedynie jeszcze
jeden sztos, który wpisać można do czarnego zeszytu i
ocenić w skali od 1 do 10…
ciąg dalszy nastąpi...
18 listopada 2004
...a może tylko nie chce się do tego przyznać...
Byłem ostatnio w knajpie, siedzieliśmy sobie z
dziewczyną pijąc piwo, a ja kątem oka obserwowałem
grupkę osób przy sąsiednim stoliku. Po dwadzieścia lat
każdy, nieopierzone kurczaki, układ trzy na trzy. W
pewnej chwili jedna para podniosła się i przecisnąwszy
się przez współbiesiadników poszła do ubikacji. Nie było
ich kilkanaście minut, a ja słuchając wywodów mojej
dziewczyny myślałem sobie równocześnie, jak głupi są ci
młodzi. Mam trzydzieści lat, a nigdy jeszcze nie
kochałem się w ubikacji, przy moich kumplach, bo
uważam miłość fizyczną za jedną z najbardziej
intymnych i osobistych rzeczy na świecie. Nie
wyobrażam sobie, mimo tego, by którąkolwiek z kobiet
zaliczać w taki sposób, w ubikacji, przy moich kumplach
i jej koleżankach. Pomyślałem - jacyż oni są głupi, że coś
tak pięknego sprowadzają do wyłącznie gimnastycznego
wymiaru. Czy późniejsze wspomnienia takiego seksu
zrekompensują brak jakiegokolwiek romantyzmu i swego
rodzaju uduchowienia… nie sądzę, więc mi ich żal...
Ja też chciałem się nachapać seksu, kobiet, zawsze
jednak dbałem o to, byśmy nie parzyli się na oczach
innych i żeby to, co nas połączyło, nawet na chwilę, było
piękne. Gdy mieliśmy ochotę na numerek w
samochodzie, jechaliśmy za miasto, by tam móc do woli
krzyczeć z rozkoszy, gdy chcieliśmy szaleństwa
chowaliśmy się po kątach, pod schodami, w szafach, w
lesie na polance, z daleka od ścieżki, na poniemieckim
bunkrze, ale nigdy nie robiliśmy tego na pokaz… nie
znoszę tego i, co ciekawe, żadna z kobiet, które miałem,
do tego nie dążyła. Mogę być dla siebie skurwielem, ale
dla kobiet, które kochały się ze mną chcę pozostać ważną
osobą w ich życiu, nawet, jeśli spotkaliśmy się tylko
kilka razy, dlatego też mierzi mnie ogólnodostępna
ubikacja i zazdroszczący mi numerku koledzy jako tło
miłosnego aktu…wyczerpuje się tu moja tolerancja i
ogarnia mnie wściekłość…
Ale gdyby nie rozluźnienie więzów międzyludzkich, pęd
do życia pełną piersią, ekstremalnych „sportów”,
rwanych „przyjaźni”, feminizm, czy nawet zjawisko
clubbingu byłbym dzisiaj zapewne mężem i ojcem, bo
chciałaby tego moja dziewczyna… a ponieważ nie chce,
to będzie teraz sama przez tydzień, obdzwoni wszystkie
koleżanki, zejdą się w piątek na wino, ponarzekają na
facetów, pójdą w sobotę na dyskotekę, by się wyszaleć.
Żaden facet jej nie poderwie, bo nie będzie jeszcze
potrafiła rozmawiać z kimkolwiek, więc wróci sama o
pierwszej do zimnego łóżka i wyśle mi smsa… a nawet
jeśli nie, to zrobię to ja… i tak do mnie wróci,
uzależniłem ją od siebie… powoli stałem się dla niej
narkotykiem na chłodne wieczory, ciekawy jestem ile
wytrzyma na tym sobie narzuconym odwyku…
A ja… zobaczę… istotą moich związków z innymi był
brak zobowiązań, nie chcę odchodzić na dobre od mojej
dziewczyny, kocham ją właściwie, a może jedynie jestem
wygodny… zobaczymy…
Wszedłem do mego mieszkania, włączyłem telewizor,
Francja –Polska, znowu dostaną...
I tak skończyłem to opowiadanie i nie wiem jak
potraktować dalej głównego bohatera... czy tak jak
Roman Polański wbić go w karoserię samochodu i kazać
żyć na wózku zdany na łaskę i niełaskę dziewczyny
(„Gorzkie gody”)... czy może rozszarpać go na strzępy
przy pomocy psów, jak to zrobiła Kinga Dunin
(„Obciach”)... czy może pozwolić, by się poprawił... nie
wiem, poradźcie mi...
23 listopada 2004
...lubię pisać erotyki...
Jechaliśmy samochodem, nie wiedziałem gdzie, przed
siebie. Już dawno zgubiliśmy latarnie, z przodu widoczna
była tylko smuga świateł przechodząca szybko wśród
drzew rosnących wzdłuż drogi. Dlaczego nie
rozmawialiśmy?
Może
to
leniwa
muzyka
Badalamentiego wprawiała nas w ten dziwny nastrój,
taki, że czułem się jakbym frunął, a nie prowadził
samochód.
Patrzyłem na Ciebie, widziałaś to, musiałaś to widzieć.
Uwielbiałem ten moment, kiedy odgarniałaś włosy, by
móc na mnie spojrzeć przez chwilę i odwrócić wzrok
zatapiając się we własnych myślach. Tak długo Cię nie
widziałem. Chciałem Cię porwać, zawłaszczyć, by być
przy Tobie do końca świata. Pragnąłem tego, na dobrą
sprawę od wielu lat.
„Dokąd jedziemy” – zapytałaś, „Nie wiem”, „Mam Cię
poprowadzić?” – te Twoje słowa były moim
wyznacznikiem, nie wiedziałaś, że prowadziłaś mnie
przez wiele lat, zawsze myślałem o Tobie i byłaś przy
mnie, kiedy oczekiwałem pierwszego syna i kiedy
kupowałem dom, w którym zamieszkała moja rodzina,
zawsze. To głupie, że trzeba świadomość podzielić na
dwa światy, realny i fantastyczny. W realnym byłem
mężem, ojcem, głową rodziny, w fantastycznym
myślałem o Tobie i wspomnieniu Ciebie były
podporządkowane
wszystkie
moje
marzenia.
„Zatrzymajmy się” – powiedziałaś cicho. W chwilę
potem wjechałem daleko w leśną drogę, by leśnej polanie
wyłączyć silnik. Wtuliłaś się we mnie, poczułem zapach
Twoich włosów, taki pamiętałem. Trwało to kilka minut,
wydawało się jakbyś zasnęła. Przebudziłaś się na
chwilkę. „Wyjdźmy, proszę” – powiedziałaś. Z tylnego
siedzenia wziąłem jakiś koc, rozłożyłem go na trawie.
Położyliśmy się na nim, nad nami rozgwieżdżone, letnie
niebo, dzienny skwar już ustał, w powietrzu unosiła się
świeżość nocy. Pierwszy pocałunek – zawirowało mi w
głowie, chciałem, by nigdy się nie kończył,
oddychaliśmy sobą, stopieni w jedność. Twój oddech
stawał się coraz szybszy, głębszy, czułem jak pragniesz,
Moje pocałunki odsypały Twą szyję, włosy. Przytulona
do mnie wzdychałaś czule i tym powodowałaś, że coraz
bardziej Cię pragnąłem. Odsłoniłem Twe piersi i
zanurzyłem w nich twarz, miła woń i niesamowita
gładkość Twego ciała rozpalały mnie i przestałem
myśleć. Cicho, spokojnie – przemknęło przez myśli,
odsunąłem się od Ciebie, by popatrzeć na twarz i nagie
piersi. Oświetlone księżycem Twoje kształty, zmrużone,
pragnące
oczy,
lekko
rozchylone,
spieczone
podnieceniem usta były najpiękniejszym widokiem w
mym życiu. Objąłem Cię mocno, pocałunek połączył nas
znowu. Me ręce dotknęły Twych piersi, gładziłem je
lekko powoli dochodząc do ich szczytów i schodząc z
nich. Kiedy me usta dotknęły ich poczułem jak prąd
przechodzi przez Ciebie, a z ust wyrywa się cichuteńki
jęk. Twe ręce gotowe dotychczas bronić Ciebie przede
mną oddały pole bez walki i wycofały się nad głowę.
Zdjąłem z siebie koszulkę, teraz mogłem całym sobą
poczuć żar Twego ciała. Przylgnęliśmy do siebie i
trwaliśmy tak bardzo długo, ja wtulony w Twe długie
włosy, a Ty we mnie. Cisza lasu wypełniała nasze
zmysły, ciepła noc kazała zasnąć. Ponownie zacząłem
całować Twe piersi, leciutko dotykając je ustami,
przesuwałem się niżej, a doszedłszy do Twych stóp
zawróciłem. Otwarłaś się, bym mógł zatrzymać się na
udach, podniosłaś się bym mógł zdjąć Ci majteczki i
dotknąłem swym językiem Twej kobiecości. Zadrżałaś,
uwielbiam to, jeszcze raz delikatnie wsunąłem się w
Ciebie, a me ręce dotknęły szczytów Twych piersi,
falowałaś w miłosnym uniesieniu, kiedy robiłem się
coraz bardziej niecierpliwy, a rękami przyciskałaś moje
usta do siebie. Ciszę lasu przeszył głośny krzyk
rozkoszy. Pociągnęłaś mnie na siebie, kiedy całowałem
Twoje usta czułem jak eksplodujesz drugi raz. Teraz to
Ty byłaś niecierpliwa, zdjęłaś mi spodnie. „Wejdź we
mnie” – brzmiało jak rozkaz, który posłusznie spełniłem.
Nieopisane ciepło ogarnęło moje ciało, kiedy wsuwałem
się w Ciebie. Unosząc biodra falowałaś ze mną w środku
i ponownie wyprężyłaś drżące ciało. Byłem w Tobie,
przestałem się poruszać, byś mogła odpocząć, mokra od
potu i od miłości łapałaś szybko powietrze. Potem
zacząłem znowu swój taniec w Tobie, coraz szybszy,
coraz bardziej porywczy...
Nie pamiętam co było potem, wulkan naszych zmysłów
wybuchnął z taką siłą, że długo jeszcze nie mogliśmy się
ruszyć rozognieni do granic możliwości. Nasze ciała
połączyły się wtedy ostatni raz... ja wyjechałem na staż
do Kanady, dokąd sprowadziłem swoją rodzinę i nigdy
nie wróciłem już do Polski. Nie byłem też więcej na tej
polanie, ani nawet w jej okolicy. Pisałem też do Ciebie,
ale nigdy nie odpowiedziałaś. Może odpowiesz teraz?
Jeśli nie to musisz wiedzieć, że do końca moich dni będę
Cię pamiętać i ostatnie słowa, które od Ciebie usłyszałem
– „Kocham Cię, nigdy Cię nie zapomnę, Sławku”. Dla
nich warto żyć...
01 grudnia 2004
Księżniczka…
W filmie „Seszele” Bogusława Lindy (!!) jeden z
głównych bohaterów (Tadeusz Szymków) powtarzał
mantrę… „trzeba tylko wierzyć, a wszystko się spełni”…
przez wiele lat uważałem to za banał, nawet wtedy, gdy
oglądałem ten film w OKF-ie w Częstochowie. Zresztą to
był wspaniały pokaz. Voo Voo zagrało koncert z
kompozycjami z tego filmu, a Szymków poruszał się w
swoim szalonym tańcu… do dziś, kiedy słucham tej płyty
(jeszcze czarnej) czuję dziwny dreszcz i wspominam ten
dzień…
Czy marzenia i fantazje mogą się spełniać? Tak, mnie
ostatnio się spełniają i często dosłownie mnie to
przerasta… tak właśnie było z Księżniczką… spotkałem
ją w pracy, większość nowych osób w moim życiu
spotykam w pracy… zawładnęła moimi myślami, choć
już po pierwszej rozmowie zorientowałem się, że nie
dość, że jest zajęta, to jeszcze mieszka ze swym
partnerem (hmmmm, ciężka sprawa, nie do wygrania)…
a jednak… odezwała się do mnie w zupełnie innej
sprawie, potrzebowała pomocy, a ja jej udzieliłem…
wprawdzie nie wszystko potoczyło się zgodnie z planem,
ale do dziś jest osobą, z którą utrzymuję ścisły kontakt…
ale po kolei…
Kiedy ktoś jest zajęty dla mnie jest osobą pozostającą we
mgle marzeń, nie lubię walczyć, zbyt leniwy jestem na
walkę, nawet jeśli osoba jest tak niesamowita jak
Księżniczka. Dlaczego? Nie mam siły, czasu, nie potrafię
zagwarantować tego, że będę z kimś na zawsze. Poza
tym pozostawanie kimś, kto burzy układ, jakim by on nie
był urojonym jest nie w moim stylu… w życiu nie będę
miał stałej kochanki, partnerki o dwadzieścia lat
młodszej (przepaść mentalna), nie zwariuję na punkcie
nawet najbardziej kształtnych nóg do tego stopnia, by
rzucać wszystko i wyruszać na koniec świata i
obsypywać klejnotami tenże cud natury… Księżniczka
jest takim cudem, dziewczyną, przy której czuję się
fantastycznie, dziewczęcą i dojrzałą, biedną i silną,
uczuciową, obowiązkową i szaloną jednocześnie…
Po pierwszych mailach pojawiły się kolejne, rozmowy na
gg, długie i emocjonujące, gdzie i ja i ona opowiadaliśmy
sobie nasze historie, w tajemnicy przed jej partnerem, w
tajemnicy przed całym światem… lubię to, działa to na
mnie jak narkotyk…
Wakacje nie sprzyjały naszym elektronicznym
kontaktom, oddaliliśmy się od siebie, ona jednocześnie
odcięła się od zamierzchłej przeszłości, ja zacząłem się
udzielać jako komentator na blogu… kiedy ja miałem
czas, ona nie miała i vice versa… skończyły się też nasze
wirtualne spotkania, bo odcięli jej internet… szkoda…
Dzisiaj ma poukładane życie, żyje sobie spokojnie, tak
jak żyła, a jednak inaczej… gdzieś tam w głębi myślę, że
to także moja zasługa (nie sposób mi oceniać jak wielka),
ale cieszę się, że tych kilka miesięcy, tych kilkadziesiąt
stron tekstu, który jej poświęciłem pomogły jej w jakiś
sposób się odnaleźć… i ona też mi pomogła…
Mogę do niej w każdym momencie zadzwonić, odezwać
się na gg, wysłać maila, przyjemne uczucie i może
jeszcze dzisiaj to zrobię… kiedy piszę o przyjaźni
między kobietą a mężczyzną mam na myśli właśnie to,
co połączyło mnie i Księżniczkę… szczerość,
magnetyzm, magia…
07 grudnia 2004
Jacy jesteśmy...
Stare przysłowie pszczół mówi, że facet jest myśliwym i
pewnie dużo w tym racji... kiedy już osiągnie cel
przestaje się starać tak, jak starał się, kiedy do niego
dążył... ale wszystko zależy od tego co było tym celem!
Jeśli celem było zaciągnięcie do łóżka i zaliczenie
określonej dziewczyny to nie ma się czemu dziwić, że
przegrupowuje swe środki i teraz stara się skoncentrować
na innym obiekcie... stary obiekt został rozpoznany, cel
osiągnięty... Im donioślejsze i ważniejsze cele tym
trudniej odzwyczaić się od dziewczyny i jej
towarzystwa... jeśli ktoś chce przeżyć z inną osobą
CAŁE ŻYCIE to łatwiej „pogodzi się” z monogamią
(podobnie, jeśli będzie otrzymywał w związku to, czego
oczekuje)...
Niestety związek to kompromis i jedni w ten kompromis
wchodzą bez trudu, inni zaś poprzez zawłaszczenie innej
osoby czują się lepsi... chęć zawłaszczenia prowadzi do
kłótni, nieporozumień, destrukcyjnej walki... czy warto?
Z drugiej strony facet jest leniwcem, który lubi, by mu
przygotowano, przyniesiono, zrobiono... dlatego dąży,
żeby taki stan trwał jak najdłużej, dlatego nawet jeśli
zdradza, w myślach czy fizycznie, nigdy się do tego nie
przyzna... dlatego uczy się samozachowawczo nie
zdradzać swych prawdziwych myśli: o panience, którą
widzi na ulicy, o rozmowach z kolegami, o wieczorze
kawalerskim kolegi, o samczych pomysłach szukania
własnej, chwalebnej przeszłości... jesteśmy wygodni,
tchórzliwi, uwielbiamy jak koty mościć sobie legowisko i
nie lubimy zmieniać miejsca, gdzie jest nam ciepło i
dobrze... myśli o innej traktujemy wtedy jako zabawę,
rozrywkę, udowodnienie własnej wartości jako samca...
Czemu jest tak, że dziewczyna może śmiało powiedzieć,
który facet jej się podoba, a facet nie? Dla faceta inny,
wirtualny facet nie jest konkurentem, bo żeby do
czegokolwiek z nim doszło potrzeba (przeważnie) bardzo
wiele... dla kobiety niemal każda inna jest rywalką, bo
facet może ją „zaliczyć” bez uczucia, bez zobowiązań
(zdrada fizyczna)...
Pisałem już, kobieta nie ma zdrady w genach, facet ją
ma... kobieta myśli podświadomie o rodzinie, dzieciach,
facet o zapłodnieniu jak największej liczby kobiet...to
jest silniejsze od nas, to ta zwierzęcość, to podtrzymanie
gatunku... wszak nie od dzisiaj mówię, że człowiek to
zwierzę myślące, a cywilizacja tylko zagłusza nasze
pierwotne instynkty...
Oczywiście bez przesady...są wierni faceci, są oddani
mężowie... niestety, im dalej w to co jest fresz, trendy
tym gorzej...w pogoni za byciem na topie zapominamy o
przyszłości (a czasem trzeba sobie powiedzieć czy będę
lubił tego faceta, który spogląda na mnie w lustrze) ...
uwielbiam te amerykańskie młodzieżowe komedie, a
jednocześnie żal mi tego, co tracą postaci w nich
występujące... ale to już temat na zupełnie inną historię...
09 grudnia 2004
...źli...
Nie dalej jak wczoraj koleżanka z pracy powiedziała mi,
że żałuje, iż zerwała z chłopakiem... sama powiedziała,
że mając trzydzieści lat nikt już jej nie będzie chciał... aż
przysiadłem z wrażenia, bo wiedziałem jak wyglądały
ich ostatnie miesiące...
On był od niej młodszy o cztery lata, wysoki, przystojny
brunet, niesamowity kochanek, jak sama mówiła, robiła z
nim rzeczy szalone... była przeszczęśliwa, zadowolona,
zachwycona wręcz tą miłością, która ich łączyła... po
zakrętach życiowych taki facet był jak książę z bajki...
ale... Moja koleżanka miała plan, który chciała spokojnie
realizować, kariera, szybki awans, jednocześnie ułożenie
sobie życia, zamieszkanie z wymarzonym (którego
miała), potem dziecko... normalka...
On skończył studia, miał trudności ze znalezieniem
pracy, w końcu znalazł, z tym, że zarabiał o dużo mniej
od niej...
Kupili mieszkanie, na połowę, niestety potem wszystko
zaczęło się komplikować, zaczął wracać później, siadał
przed komputerem i przestał się nią interesować...
zwyczajnie, właściwie bez powodu... przestali wychodzić
do knajpy, albo wychodzili osobno (zwykle on), on
potrafił skłócić ze sobą ją i jej najbliższe koleżanki,
przestała się spotykać z kimkolwiek, kto nie był
związany z nim... kiedy „wziął” się za jej najlepszą
przyjaciółkę, zaczęło psuło się już na dobre... byli jak
małżeństwo, tyle, że bez obrączek i zobowiązań...
Konflikty narastały, w ich apogeum potrafił jej
powiedzieć, że nie chce już na nią patrzeć... po poważnej
rozmowie postanowili się rozejść... ona została w pustym
domu (meble wziął) z kredytem, który musiała wziąć, by
go spłacić... i co z tego, że awansowała, co z tego, że
zarabia więcej, znaczy więcej w firmie, skoro jej życie
rozleciało się w drobny mak... cztery lata poznawania się,
układania sobie życiowych wspólnych planów, remontu
kupionego mieszkania zostały zmarnowane...
Z miłości, namiętności, poprzez wspólne plany do
zawiści i rozstania... czy taka sytuacja jest niespotykana?
Stosunkowo szybko znalazła sobie faceta, ustawionego,
niezłego kochanka, ale... facet ten jest wolnym strzelcem,
nie chce się wiązać, nie chce z nią mieszkać, może jej
mówił, że ją kocha, ale to tylko słowa (których pewni
faceci lubią nadużywać)... a ostatnio bez niej był na
urodzinach swojej koleżanki... niby nic złego, ale czy na
pewno?
I wczoraj słyszę, że zrobiła głupotę rozstając się z
tamtym, że nikt jej nie będzie chciał... że mieć będzie
pierwsze od wielu lat SAMOTNE ŚWIĘTA (ma faceta i
wyraźnie mówi o samotności – dobrze wie, że jest dla
niego zabawką, może próbuje go tak samo traktować, ale
nie sądzę)...
Według mnie nie zrobiła źle... męczyć się z niewiernym
(co do tego ona nie miała wątpliwości) samcem jest jedną
z najgorszych rzeczy – przecież jest się z nim przez całe
życie... nie warto... można sobie wprawdzie sprawić
pocieszankę – dziecko, ale jest to egoizm w stosunku do
tegoż dziecka... a niestety często słyszę zdanie, że facet
jest niepotrzebny, tylko potrzebne jest dziecko...
Może ona ma taką karmę, a może po prostu nie potrafiła
w odpowiednim momencie walczyć o swą pozycję w
związku, jest słaba, na tyle, że zależy od facetów, nie
potrafi bez nich żyć... nie jest ważne, co jej robią, jak ją
traktują, ważne, że ona potrzebuje ciepła, miłości,
uczucia, spokoju, rodziny... mężczyźni też pragną tego
samego, ale trzeba ich wyrwać ze stereotypu podrywacza
i myśliwego... trudne to, ale satysfakcja jest
gwarantowana!!!
11 grudnia 2004
...prezent...
Od kilku lat, kiedy zbliża się Boże Narodzenie myślę o
prezencie, który kosztował mnie najwięcej... nie chodzi
oczywiście o pieniądze, ale o wysiłek, energię,
zaangażowanie...
Dla kogo ten prezent? Ona ma na imię Monika, a
zobaczyłem ją pierwszy raz pewnego lutowego dnia 2000
roku. Uroda to było to, na co zwróciłem oczywiście
uwagę, zresztą trudno było się jej oprzeć. Kiedy potem
dowiedziałem się, że była Vice Miss Częstochowy,
zmiękłem... bo co ktoś uważający się za niepozornego,
robi przy takiej kobiecie... „Kalimera” – nieistniejąca już
(na szczęście) knajpa, półmrok i my, rozmawiało mi się z
nią wspaniale... była nie tylko ładna ale przede
wszystkim nad wyraz inteligentna, poza tym zagubiona
w sobie, zapracowana (tak jest do dzisiaj)...
Po którymś z częstych spotkań powiedziała rzecz, która
powaliła mnie na kolana... „Niezbyt dobrze jest lubić to,
czego inni nie tolerują, jak na przykład puszczanie
„Sensu życia według Monty Pythona” w świąteczne
wieczory”... nagle po raz pierwszy spotkałem kogoś, kto
uwielbia wręcz, to, co ja... kto ma takie samo poczucie
humoru i podobne obserwacje!! W tamtym momencie
poczułem niesamowitą euforię – ideał... głupie to, ale to
wtedy naprawdę poczułem...
Zbliżały się Święta, ona wyjeżdżała do Tarnowskich Gór,
gdzie teraz mieszka i gdzie pracuje, a ja myślałem o
prezencie dla niej... czymś niepowtarzalnym i takie coś
wymyśliłem...
Moje pierwsze poważniejsze „kontakty” z internetem
polegały na ściąganiu rzeczy, które były związane z
moimi zainteresowaniami... ściągnąłem cały, angielski
tekst „Monty Python’s Meaning of Life”, opracowałem
linijka po linijce tekst z Notepada, wyszukałem zdjęcia z
tego filmu, wkleiłem je w tekst, potem na kredowym
papierze wydrukowałem wszystko i pozostało znaleźć
kogoś, kto mi to oprawi w białą okładkę... o ile
niebieskich, zielonych, czarnych było mnóstwo, to białej
nigdzie nie mogłem dostać... dzień ostatniego
przedświątecznego spotkania zbliżał się nieubłaganie... w
końcu znalazłem, po negocjacjach z introligatorem zrobił
to tego dnia, w którym prezent miał być wręczony...
zdążyłem...
Nie zapomnę zaskoczenia na jej twarzy, kiedy w
oprawionej księdze zobaczyła swoje imię... warto było
się starać, dla tego właśnie zaskoczenia...
Dostałem od niej zegarek, potem długo jeszcze moje ręce
pachniały jej perfumami, którymi skropiła pudełko...
nadzwyczaj przyjemny i zmysłowy zapach...
Dzisiaj nasze drogi się rozeszły, wiele razy jej jeszcze
pomagałem, zaskakiwałem, tamten jednak pierwszy raz
został i będę go pamiętał jako jedne z
najprzyjemniejszych doznań mego życia... rzadko do nie
dzwoni, a i ja nie chcę jej przeszkadzać, jesteśmy
przyjaciółmi, wiemy, że na siebie zawsze możemy
liczyć... przyjemne mieć kogoś takiego... już wiem, co jej
wyślę w tym roku, ale to na razie tajemnica...
13 grudnia 2004
... internetowa manipulacja...
Kobieta, lat trzydzieści, mieszkająca w Kłobucku koło
Częstochowy od wielu lat bije się z myślami o swoim
życiu, małżeństwie, wyborach życiowych... wyszła za
mąż za kogoś, kto wydawał jej się dobry, silny, ma z nim
dwójkę synów... po kilku latach ich małżeństwo zaczęło
się jednak niemiłosiernie sypać... on popadł w
alkoholizm, narobił długów, z których to kłopotów ona
go wyciągała za uszy...
Kiedy ją spotkałem na swojej drodze była kłębkiem
nerwów, łakoma na zmianę swego życia, pełna czarnych
myśli, bez perspektyw... kilka spojrzeń, kilka rozmów
wystarczyło, byśmy złapali bardzo dobry kontakt... od
tego czasu pomagałem jej, rozmawiałem z nią,
odpisywałem na smsy, gadałem na gg o jej sprawach,
można powiedzieć, że uczyłem ją bardziej asertywnego
podejścia do życia, samej siebie, rodziny...
Pewnego wieczoru odebrałem wiadomość na gg, która
brzmiała mniej więcej tak... „Poznałam na czacie kogoś
niesamowitego!! Ma na imię Piotrek, jest z
Torunia...słuchaj, gość zna wszystkie moje pragnienia,
sam przeżył zdradę jego żony...zobaczył jak kocha się z
innym w jego własnym łóżku...odszedł od niej...teraz jest
sam na skraju... mówi, że dzięki mnie zaczął
optymistycznie, zaczął znowu żyć...rozumiemy się w pół
zdania...jest niesamowicie!!! Zaczęliśmy rozmawiać na
gg, umówiliśmy się, że przyjedzie do Kłobucka,
przyjechał, ale nie spotkaliśmy...czekałam na niego, on
podobno też czekał, ale go nie widziałam... a może nasze
oczy się spotkały, tylko nie wiedziałam, że to on...nie
wiem... wrócił do Torunia i myśląc, że go wystawiłam
próbował popełnić samobójstwo!!! Wszystko przeze
mnie!!! Co mam robić?!”
Jak to, pomyślałem, samobójstwo?! Koszmar... ale coś
mi tu nie grało... zaproponowałem spotkanie, w trzy dni
później spotkaliśmy w „Chacie”, był tam też nasz
kolega... razem przekonywaliśmy ją, że coś w tej historii
jest nie tak. Jeśli, na przykład, ja jadę przez pół Polski do
obiektu westchnień, a tegoż obiektu nie ma, to dzwonię,
po prostu dzwonię! Tu facet przyjechał, pojechał i tyle...
może są tacy ludzie, ale... Przez całe spotkanie
przedkładaliśmy jej swoje racje, logiczne, męskie...nie
słuchała, była nieobecna, według niej chcieliśmy w jej
umyśle zmienić jej ideał na człowieka wyrachowanego i
złego... dziewczyna była jak nakręcona, wzrok
nieobecny, widoczne zmieszanie, niebyt...
Kilka dni później otrzymałem maila: „Piotr nie żyje,
umarł dzisiaj w jednym z toruńskich szpitali, straszne, że
spotykamy na swej drodze człowieka będącego naszą
połówką, a on odchodzi, nie możemy już z nim
porozmawiać, spojrzeć w jego oczy. Zostają przy nas
ludzie zawistni, cyniczni, wyrachowani, którzy potrafią
tylko ranić i przekonywać do swoich chorych racji.
Żegnam.”
Pomyślałem, trudno, skończyłem już jakiś czas temu z
naprawianiem świata na siłę, jeśli ktoś nie chce mnie
znać, to przeżyję... będzie mi jej brakowało, ale cóż...
wykasowałem jej maila, numer gg, numer telefonu...
wydawałoby się koniec...
Ale... w dwa tygodnie później dostają wiadomość na gg,
która zwaliła mnie z nóg... „Piotr nie istniał, został
wymyślony przez mojego męża i jego kochankę. To ona
podszywała się pod niego i rozmawiała ze mną, a od
niego wiedziała co lubię, czego pragnę. Podsłuchałam
jego rozmowę, znam jej gg, co robić!? Pomóż mi!”
Nie będę opisywał jaka była zemsta, powiem tylko, że
słodka (brałem w niej bezpośrewdni udział i nie była
związana z seksem) i spowodowała rozpad związku męża
z kochanką, spowodowała też, że ona zaczęła żyć po
swojemu, bardziej dla siebie, niż dla innych... nie
skończyła
z
czatowaniem,
ale
przestała
bezgranicznie ufać, a jeśli już, to nigdy nie posunęła się
do takich zwierzeń, jak przy Piotrze... teraz wykorzystuje
swą wiedzę i siłę w internecie... może kiedyś na nią
traficie...
Internet daje ogromne możliwości manipulowania, ale
czy warto z nich korzystać... o tym innym razem...
14 grudnia 2004
... wspomnienia kombatanta...
Wczoraj minęła kolejna rocznica wprowadzenia stanu
wojennego, wczoraj też obejrzałem w TV Puls „Folwark
zwierzęcy”, potem „Misia Kolabo”... pisałem o
manipulacji internetowej, ale przecież w życiu spotkałem
się z innymi manipulacjami...znacznie poważniejszymi...
wszak z internetu można zawsze zrezygnować, może on
wpływać, nawet znacząco nasze życie, ale w sieci nie
można życia przeżyć... na dobrą sprawę najważniejsza
jest rzeczywistość...
Rzeczywistość, w której ja się wychowywałem była
szara, dla mnie i mojego rodzeństwa wydarzeniem był
wyjazd do centrum, Składnica Harcerska, gdzie
kupowaliśmy modele samolotów, pierwsze pieniądze
zarobione na porzeczkach... żyliśmy w błogiej
nieświadomości, manipulowani, odcięci od świata...
czasem tylko dziwiłem się, że dom jest zamykany na
cztery spusty i tata (nieżyjący już) z mamą słuchają
trzeszczącego radia... to samo działo się wtedy, kiedy tata
pędził bimber...
Stan wojenny, Sindbad zamiast Teleranka, pierwsza
męska wyprawa po mięso na Walaszczyki... przygoda,
pod osłoną nocy, byle tylko nie natknąć się na patrol
milicji... jak to dzisiaj brzmi???
Kiedy poszedłem do szkoły bawiłem się, jak każdy... w
filmie Magdaleny Łazarkiewicz „Ostatni dzwonek”
szkoła to miejsce walki z reżimem... może, ale ja miałem
w szkole kilkaset dziewczyn (szkoła żeńska - liceum
ekonomiczne, a tych poza szkołą nie liczę) i skupiałem
się na nich (choć głupi byłem wtedy... bez porównania)...
czasami słyszało się o pobiciu kolegów, zerwaniu na
komendzie łańcuszka z orłem w koronie, czuło się w
mieście gaz łzawiący, w czasie pielgrzymek, wizyt
Papieża widziałem symbole „Solidarności”, ale... ja
byłem indoktrynowany w zupełnie inny sposób... dla
mnie ulotki były dobrą zabawą, kiedy czytałem
„Przegięcie pały” wydrukowane na marnym papierze, a
wymyślone przez Skibę z Big Cyca...
Co czuje szesnastolatek dany w pierwszym szeregu na
manifestacji pierwszomajowej, niosący transparent z
nazwą szkoły? Toż to wyróżnienie! Zaszczyt! Przejść
Aleją Zawadzkiego (wtedy jeszcze – teraz Aleją Armii
Krajowej) przed włodarzami tego miasta... patrzcie,
głupotka, ale w umyśle młodego chłopaka to jest coś! W
dwa lata później z rąk Prezydenta Miasta Częstochowy
na uroczystej akademii odbierałem mój dowód osobisty...
jednocześnie mojemu ojcu do zakładu przysłali List
Pochwalny, czytany na zebraniu pracowników...i to jest
manipulacja, to jest odnoszenie się do potrzeby
samorealizacji, poczucia ważności...
Komuch – pomyślicie, absolutnie nie... świadomość
manipulowania prowadzi do chęci przeciwstawienia się...
Grałem, śpiewałem, jak każdy młody chłopak na fali
muzyki alternatywnej... kiedyś występowaliśmy na
przeglądzie w Kłobucku... w momencie, kiedy na scenie
montowali napis „Związek Socjalistycznej Młodzieży
Polskiej” żartem rzuciłem „To ja nie gram”, słyszała to
organizatorka i w czasie próby działy się różne dziwne
rzeczy, brak odsłuchu (dla wokalisty ważne jak diabli),
bez basów, zaniki gitary, problemy z perkusją - tylko z
nami były takie problemy...
Świadomość manipulowania, niechęć do jakichkolwiek
idei, zdrowa obłuda spowodowały, że dzisiaj moje
poglądy charakteryzuje niechęć do skrajności... nigdy nie
zagłosowałem na lewicę...
Na szczęście mamy teraz zupełnie inne problemy, na
szczęście nie ma już indoktrynacji, nie musimy
przejmować się kartkami na buty, mięso, papierosy,
alkohol, stać w kolejkach za dżemem czy gazetą
(wielokrotnie stałem za tzw. drobnicą)... teraz jest
lepiej... zależymy od siebie, a nie od twardogłowych,
możemy się przeciwstawić i nikt nas do więzienia nie
zamknie, możemy wyjechać za granicę (mój tata raz w
życiu był w Czechosłowacji – szkoda, że zmarł u progu
wolności), mamy wolność słowa i z niej korzystamy...
marzeniem nastolatka jest wystąpić w telewizji, a nie być
głaskanym przez prominenta... świat się zmienił, kraj
upodobnił do naszych marzeń z okresu dzieciństwa,
dorastania... dobrze to wiedzieć nim powie się, że jest
źle...
17 grudnia 2004
...mieć plan...
Plan – nadzwyczaj istotna rzecz pozwalająca na
przemyślane działanie, wszystko co jest ułożone i
kontrolowane niweluje ryzyko niepowodzenia...
Najtrudniejsze z założenia jest załatwienie sobie wolnej
nocy... kłamstwo tutaj musi być przemyślane i
wiarygodne...
Rozważmy przypadek następujący: grupa znajomych
(wyłącznie naszych) organizuje imprezę, na której nie
może być naszej dziewczyny, choćby dlatego, że inna już
tam jest... ponieważ mieszkamy wspólnie nie wchodzi w
grę zwyczajne powiedzenie o delegacji, wyjeździe z
szefem, fakt, że możemy wykorzystać jedną z tych
opcji... Powiedzmy, że wyjeżdżamy z szefem...
Punkt pierwszy to zabezpieczenie... ponieważ szef może
w czasie naszej nieobecności zadzwonić do nas do domu
dzwonimy do niego i informujemy, że w te dwa dni
będziemy wyłącznie pod komórką...
Punkt drugi to uniknąć podejrzeń – dla bezpieczeństwa
lepiej nie jechać samochodem, który można łatwo
namierzyć i którym nie można jechać po alkoholowej
nocy... jeśli nie jedziemy swoim samochodem, to jechać
możemy z szefem, z tym, że on odbierze nas na trasie...
wykorzystujemy PKP, dajemy się nawet odprowadzić, po
to by kupić bilet (i tak wysiądziemy na następnej stacji,
gdzie czekać mają na nas współbiesiadnicy)
Punkt trzeci – zawsze dzwonimy, kiedy „dojechaliśmy”
na miejsce... oczywiście dbamy o to, by wnętrze, z
którego dzwonimy nie rozbrzmiewało muzyką, by nie
słychać było śmiechów i gwaru...
Punkt czwarty... lepiej unikać totalnego spicia się, bo
wtedy głupie pomysły przychodzą do głowy, mało
pamiętamy, a trzeba być zawsze przygotowanym na
przykład na telefon w środku nocy (co nie znaczy, że nie
pijemy w ogóle)... Bawiąc się pamiętamy o tym, że żadna
osiemnastolatka, nawet najpiękniejsza, nie spędzi z nami
reszty życia, a impreza to tylko oderwanie się od
codzienności... Jeśli impreza ma charakter otwarty nigdy
nie dajemy na siebie namiarów... ani w trakcie, ani po
niej nie może zdarzyć się nic, co nas zdekonspiruje... it is
only dirty game...
Punkt piąty... Dbamy o to, by plan był skoordynowany
czasowo (wstaliśmy o tej godzinie, śniadanie, wracamy o
tej)... nie może być tak, że droga nam zajmie krócej niż
przeciętna, raczej możemy się spóźniać... dobrze znać
rozkład PKP (chociaż lepiej mówić, że wracaliśmy z
szefem)
Punkt szósty... Dzwonimy w drodze powrotnej i
mówimy, o której będziemy... tu również dbamy o
odpowiednie warunki do rozmowy... Po drodze
kupujemy kwiaty... mają one być wyrazem naszej
tęsknoty...
Punkt siódmy...Nie wdajemy się w szczegóły na temat
wyjazdu, nie poznaliśmy nikogo szczególnego, spaliśmy
w hotelu, wieczorem wyskoczyliśmy z szefem na
godzinę na piwo, po czym grzecznie wróciliśmy spać...
dobrze na tą okazję zachować kilka opowieści na jego
temat (dlatego osoba ta jest tak potrzebna, łatwiej w nią
uwierzyć)... rzadko też wracamy do tego wyjazdu w
późniejszych rozmowach...
I cieszymy się niewiedzą naszej partnerki, partnera do
końca związku!!!
23 grudnia 2004
Dzień
z
życia
przedświątecznego...
idealnego
mężczyzny
Wstałem dzisiaj o siódmej obudzony przez dwójkę
berbeci rozpychających się i szukających ciepła w
mroźny poranek... dlaczego one nie mogą spać dłużej!
Szybko wstałem, umyłem się i włączyłem maluchom
„WOW”...
Droga do przedszkola, ślisko i zimno, ale przyjemnie...
buziak od córki na do widzenia... potem od razu zakupy,
wołowinę będę musiał kupić w centrum, to samo z
karpiem, nie miałem już sił się z nim zabrać...
O dziewiątej mają przyjść goście od internetu, bo
przekierowali antenę i kombinują, nie znam się na tym
zupełnie... o 12 mam wizytę z synem u logopedy, nuda
totalna, 45 minut siedzenia i słuchania tych samych
rzeczy co pół roku temu, no cóż, trzeci migdał u Rafała,
w styczniu czeka mnie wizyta z nim w Chorzowie –
operacja, nie lubię...
Na czternastą z powrotem, uprzednio kupując karnisze i
żyrandol do wyremontowanej kuchni... po córę... Boże,
oby tylko nie robili głupawki, bo głowa mi pęknie...
O 16 przywiozą stół, będą też montować drzwiczki do
szafek, a ja jeszcze muszę zrobić elektrykę no i powiesić
ten żyrandol, mam tylko nadzieję, że dzieciaki zajmą się
rysowaniem lub wycinaniem (nie, tym lepiej nie, całą
podłoga w ścinkach to nie jest najlepszy widok)...
Wieczór, jeszcze hydraulika, wczoraj byłem u sąsiada,
dał mi wężyki do baterii kuchennej, byle tylko nie
przeciekało... maluchy pomagają... Umyć je i dalej do
roboty, chciałbym jeszcze dzisiaj wypastować panele (nie
ma to jak stare socjalistyczne pasty do podłóg – a nigdzie
nie mogę ich kupić)... no i zrobić tradycyjny ajerkoniak...
20 jajek
pół litra spirytusu
4 mleka skondensowane, niesłodzone
cukier
Utrzeć żółtka z cukrem (w robocie), dodać mleka i w
makutrze mieszać, dodając spirytusu, wolno lejąc po
ściankach, aż do końca, przelać do karafki
(butelek)...pycha!!! Śliwowica... nie wiem, czy tak się to
właściwie nazywa... zalałem parę dni temu śliwki
suszone spirytusem i odstawiłem na 4 dni pod gazą, a
teraz dodałem cztery łyżki cukru i wodę przegotowaną,
pycha, ale kręci się w głowie...
Straszny ten Harry Potter i więzień Azkabanu!!!
Jutro choinka... zawsze ubieram ją sam (z dzieciakami)
dopiero w wigilię... pobudka o siódmej...
24 grudnia 2004
Moja Wigilia...
Czas przedwigilijny zawsze jest porą na generalne
porządki. Tydzień przed Świętami wszystko zostaje
dokładnie wysprzątane i wymyte. Najwięcej kłopotu
sprawiają dywany, których wyczyszczenie jest katorgą
przydzielaną każdorazowo innej osobie. Według tradycji
w przeddzień Wigilii ubieramy świąteczne drzewko,
choinkę, której strojenie, pełne koloru i nastroju, należy
do najprzyjemniejszych zajęć.
W moim domu, corocznie od 15 lat choinkę ubiera
starszy brat, który wieczorem 23 grudnia zawsze zjawia
się jak Święty Mikołaj niosący w darze swoją wizję
wystroju drzewka. Następny dzień, dzień wigilijny, jest
pełen ostatniej krzątaniny, by wszystko było gotowe na
ten jedyny w roku wieczór. Pachnie on bigosem,
ciastami, zupą grzybową i rybą.
W domu nie zabijamy karpia, nikt nie ma na tyle odwagi,
by pozbawiać życia niewinne stworzenie, zadawalamy się
więc już gotowym i oprawionym. Każdy w moim domu
ma ustalone miejsce przy wigilijnym stole. Jedno miejsce
jest wolne, choć nigdy nie zjawił się u nas zbłąkany
przybysz. Siadamy według starszeństwa, najpierw mama,
potem brat, siostra i w końcu ja. Każdego roku przy
moim wigilijnym stole siada mniej osób. Wszyscy powoli
opuszczają nasz dom i układają sobie życie gdzie indziej.
Kiedy siadamy do kolacji zawsze wspominamy to, co
stało się w mijającym roku. Przed jedzeniem dzielimy się
opłatkiem. Nawet zwierzęta dostają wigilijną z
pokruszonymi opłatkami. Życzymy sobie dobrego
kolejnego roku zamykając pętlę czasową wyznaczaną
kolejnymi Świętami i ich rodzinnym nastrojem.
Stół nakryty białym obrusem, pod którym kładziemy
garstkę siana, by upamiętnić narodziny Pańskie. Po
modlitwie znika w naszych ustach najpierw zupa
grzybowa potem ziemniaki, groch z kapustą i wigilijna
ryba. Potem nagle świece gasną, ktoś mówi, że widział
Świętego Mikołaja i idziemy wszyscy do pokoju w którym
stoi choinka, a pod nią są zawsze świąteczne prezenty.
Dla każdego znajdzie się coś co go cieszy i chyba o to
chodzi, by każdy czuł się w ten dzień szczęśliwy i
zadowolony. Ale to nie koniec kolacji, prezenty oglądamy
też przy stole, na którym króluje teraz makowiec, kompot
i lampka wina dla starszych. Rozprawiamy o minionych
latach, co się zmieniło, czego ubyło, a czego przybyło.
Snujemy też plany na przyszły rok przekazując bliskim
nasze marzenia o przyszłości. I to właściwie koniec tego
wieczoru. Jeszcze brat wychodzi złożyć życzenia
sąsiadom, „porozmawiać” z psami i kotami i wszyscy
zastanawiamy się nad pójściem na Pasterkę, na którą
ostatecznie zawsze i tak idą mama i brat.
Dzień wigilijny się kończy, nocą usypiamy w nadziei, że
następne dni upłyną na słodkim lenistwie, potęgowanym
ilością ciasta w kuchni, które koniecznie trzeba zjeść.
To opowiadanie napisała dwa lata temu moja wtedy 15
letnia siostra... a ja z okazji Świąt Bożego Narodzenia
życzę wszystkim miłości, zaufania, szczęścia nad
poziomy...
My spotkamy się dopiero 2 stycznia, mam nadzieję, że
będziecie czekać...
02 stycznia 2005
Wyzwolenie seksualne ponad wszystko...
Jak ja lubię wyzwolone kobiety!! Kupiłem ostatnio
najnowsze „Naj”, żeby obejrzeć „Seks w wielkim
mieście” – jeden z seriali, których nie oglądałem
systematycznie, ale który bardzo przyjemnie łechce moją
męską próżność – pokazuje amerykański model
czerpania „radości z życia” przez kobiety... jako
przedstawiciel samców powinienem się cieszyć taką
ewolucją
społecznych
aspektów
tzw.
świata
cywilizowanego (proszę nie mylić wyzwolenia
seksualnego z feminizmem!!)...
Kogo bowiem widzimy w tym serialu? Grupkę
niezależnych kobiet, wyzwolonych, nieciągnących do
uroków życia rodzinnego, wiecznie „młodych”,
bawiących się życiem... i co z tego mają - przyjemność
czy ułudę, że są wyzwaniem, kimś szczególnym w życiu
mężczyzn? Kiedy myślę o takim typie kobiet to pusty
śmiech mnie ogarnia. Jeszcze większy, kiedy widzę
naśladowczynie tego stylu życia...
Od razu przypomina mi się pierwszy odcinek tegoż
serialu i następująca sytuacja...
Carrie chce poczuć się jak kobieta wykorzystująca
facetów. Za „ofiarę” bierze sobie swego byłego...
spokojnie osiąga to co chciała, a potem nie dając mu
dokończyć dzieła wstaje z łóżka, ubiera się i wychodzi
rzucając, że spieszy się do pracy... jest pełna wigoru (bo
jej się udało!!) do następnego spotkania z byłym, który z
zachwytem oznajmia jej, że w życiu nie przeżył czegoś
wspanialszego, że pragnie więcej takich spotkań...
Facet, który miał być ofiarą w ogóle nie czuje się
wykorzystany i sądzę, że w tym tkwi podstawowa
różnica między postrzeganiem wyzwolenia kobiet przez
mężczyzn i same zainteresowane... mężczyźni nie czują
się wykorzystani w takiej sytuacji, bo dla nich „nagrodą”
jest samo bycie w łóżku z dziewczyną, a „karą”
niedocenianie wysiłków zmierzających do intymnych
sytuacji (czyli to, co paradoksalnie jest „domeną” kobiet
„niewyzwolonych”
kobiety są świetne
w
manipulowaniu mężczyzną)...
Błędem (w moim mniemaniu) jest założenie, że brak
orgazmu u mężczyzny wywoła u niego poczucie
krzywdy – w sytuacji odwrotnej jak najbardziej... faceta
można wykorzystać raczej nie przejmując się jego
staraniami zaciągnięcia dziewczyny do łóżka (co z kolei
wyklucza – przeważnie – osiągnięcie ekstazy fizycznej u
kobiety). Dlatego też ja nie będę się czuł wykorzystany
jeśli kobieta będzie przy mnie wielokrotnie szczytowała
(a mnie nie pozwoli), bo i tak ją mam...
Takie „wyzwolenie” można rozciągnąć na następującą
sytuację (znaną tym, którzy czytają mnie od pięciu
miesięcy)... dziewczyna oddaje się za pieniądze i myśli,
że dla swych klientów jest wyzwaniem, że wracają się do
niej bo jest niesamowita, wyjątkowa, wspaniała.
Jednocześnie przez tychże postrzegana może być (i
według mnie jest) jako luksusowa zabawka, kiedy żona
wyjedzie nad morze lub w delegację. Dziewczyna nie
chce nawet tych pieniędzy brać, bo to dla niej hobby, ale
jej dają... ciekawe dlaczego, co? Odpowiem po swojemu.
Gdybym ja płacił za seks (przypuśćmy, że mam żonę), to
w momencie, gdyby panienka przestałaby brać pieniądze
NATYCHMIAST
znalazłbym
inną.
Płacę
za
profesjonalną usługę, prostytutkę, kochanka mi
niepotrzebna, bo z nią wiążą się najróżniejsze fatalne
zauroczenia (świetny film z Michaelem Douglasem i
Glenn Close)...
I tak wyzwolenie seksualne kobiet jest dla mnie utopią,
bo nie sądzę, by kiedykolwiek kobieta znalazła
spełnienie (w skali całego życia, a nie w skali nastu lat)
będąc seksualną zabawką w rękach mężczyzn
(oczywiście ona sobie będzie mówiła, że zabawkami są
ci mężczyźni)...
Ile
jest
kobiet
po
czterdziestce
mających
dwudziestoletnich kochanków, a ilu mężczyzn w tym
wieku, którzy bawią się życiem u boku sporo młodszej?
Ile jest ogłoszeń „sponsorskich” od młodych dziewcząt, a
ile od młodzieńców? Kto jest utrzymankiem?
Można mówić o zabawie, hobby, hedonizmie, carpe diem
i tym podobnych bzdurkach mających usprawiedliwić
naszą bierność, nieodpowiedzialność lub brak
dojrzałości... można... niektórzy w ten sposób dociągają
do czterdziestki...
Pozostaje jeszcze nieubłagana natura - zawsze kiedyś
skończyć trzeba będzie na dzieciach (szczególnie
dotyczy to kobiet)...
A jeśli dzieci już są? Czy można się dalej bawić? Może
właśnie wtedy zabawa jest najlepsza... ale to temat na
zupełnie inną opowieść...
04 stycznia 2005
Baśń o Królowej Śniegu...
Hans Christian Andersen miał dar przedstawiania świata
dorosłych dzieciom... czy czytając zastanawiamy się co
oznaczają jego baśnie... świat to doprawdy okrutny...
Baśń o brzydkim kaczątku jest o nietolerancji dla
brzydoty, „Dziewczynka z zapałkami” to pokazanie
największej biedy i "znieczulicy", „Kominiarczyk i
tancerka” – baśń o tym, że miłość jest piękna ale ślepa...
A ja ostatnio czytałem dla siostrzeńca „Królową
Śniegu”... o czym jest ta baśń... każdy wie - Kaj porwany
przez Królową, szukany przez Gerdę, pokonującą dla
niego wszelkie przeciwności losu i rozprawiająca się z
rywalką... tak, z rywalką, bo nagle zacząłem patrzeć na tą
baśń jako na jasne, klarowne przedstawienie obrazu
walki o miłość... Gerda pokonuje te trudności, by
ratować własne uczucia do niego, a lód, który wpadł mu
do oka i zamroził serce to nic innego jak zachwycenie
inną kobietą... zachwycenie, o którym słyszeliśmy tyle
razy... ktoś rzucił żonę, dzieci dla innej...
Kaj rzucił miłość swego życia dla Królowej Śniegu, która
omamiła go swym zewnętrznym bogactwem... on jest
zaślepiony, jego serce nie bije dla miłości, a dla
przelotnej znajomości... w swej ślepocie nie widzi, że ta
która go porwała widzi w nim jednorazową zabawkę –
może wyrzuci, kiedy skończy się jego czas...
Królowa Śniegu – bez względu na to, czy patrzymy na
nią jak na nastolatkę, czy kobietę dojrzałą i tak jest tą
trzecią, silną, ale złą, rozbijającą układ doskonały jakim
jest związek Kaja i Gerdy... popatrzcie też, że Kaj
zachowuje się w tej baśni biernie... to Gerda go szuka, to
Gerda walczy o niego... zwycięża
Ja osobiście nie wiem co myśleć o Kaju czy o ludziach
pozwalających
rozwalać
swoje
życie
przez
dwudziestolatkę czy starszą kobietę... wiem, że są słabi,
bo pozwalają sobą manipulować, łatwo ich wodzić za
nos... wiem, że są zaślepieni... wiem, że nie ma właściwie
wytłumaczenia dla takiego zaślepienia...
Spróbuję jednak odnośnie ludzi nieco starszych rzucić
pewną myśl... między trzydziestką a czterdziestką ludzie
przechodzą tak zwany (w psychologii) kryzys środka
życia... wtedy pojawiają się lęk przed śmiercią oraz
pytania o własne dokonania.... o ile rachunek nie jest
pozytywny pojawia się chęć zmiany... w umyśle
człowieka rodzi się rozpaczliwe wręcz pytanie o sens
własnego życia... nagle nasze marzenia zaczynają nas
przerastać, wiemy, że za rok, za dwa nie będzie już
energii, siły na wyjazd na Safari, na romans z blondynką,
na podsumowanie siebie... nasze życie codzienne jawi się
jak koszmar, pojawia się żal – krzyk „już nic mnie nie
spotka!!”, usiłujemy NA SIŁĘ to zmieniać... gospodynie
domowe chcą pracować, bezdzietni mieć dzieci,
kawalerowie chcą się żenić, mężowie odchodzą lub mają
kochanki... jest to jeden z powodów, dla których ludzie
się zdradzają, odchodzą, porzucają...
A jeśli chodzi o osoby o dużo młodsze? Adrenalina, brak
zasad, narzucony styl życia, moda na niewierność (nawet
„niewinne” wieczory panieńskie czy kawalerskie –
przecież to absurd, „dzisiaj możesz się wyszaleć, od jutra
już nie”), hedonizm...
Ileż jest Kajów wokół nas, bezmyślnie rzucających się w
wir „przygody” (Ibiza) i ileż Gerd skutecznie (lub
nieskutecznie) odzyskujących kochanego chłopaka w
imię własnych uczuć?
06 stycznia 2005
Kim chciałem być?...
Odpowiedź na pytanie postawione w tytule jest dosyć
trudna... jest wiele różnych zajęć, które nas pociągają. W
moim przypadku nie jest inaczej, ale pracą, która dla
mnie jest szczytem marzeń jest praca na uczelni. Kiedyś
nawet
poddając
się
stereotypowi
stworzyłem
opowiadanie, które było dla mnie empatycznym
spojrzeniem na tą pracę i samczym „potwierdzeniem”
moich dążeń zawodowych. Nie sądzę, by taka historia
wydarzyła się kiedyś, ale...
***
Patrzyłem na Ciebie przez całe zajęcia, nie mogąc się
skupić na ich prowadzeniu. Co mnie tak urzekło w Tobie,
może długie włosy, może piękna twarz, a może ta aura
Ciebie otaczająca. Nigdy w podobne rzeczy nie
wierzyłem, ale gdzieś we mnie wszystko krzyczało, że
muszę w Ciebie patrzeć, muszę Cię podziwiać. Nie wiem
czy było to widać, staram się nigdy nie zdradzać swym
wzrokiem, że ktoś wywarł na mnie wrażenie, choć
niejednokrotnie wywiera. Kiedy podeszłaś potem do
mnie w środku czułem rozsadzające szczęście. Jesteś, tak
blisko mnie.
„Czy mógłby mi Pan wytłumaczyć to zagadnienie, skąd
to się wzięło” – powiedziałaś wskazując na współczynnik
korelacji rang Spearmana. Wszyscy wychodzili rzucając
niedbałe „do widzenia” i tak zostaliśmy sami w sali. Ktoś
zamknął drzwi, a ja plotłem coś bez sensu o pokupności i
cechach użytkowych patrząc Ci w oczy.
"Dlaczego Pan się na mnie patrzył całe zajęcia?” – to
pytanie wywołało w mej głowie zamęt – „Nie co dzień
spotyka się tak piękną kobietę”, „Dziękuję”, „Nie
dziękuj, za komplementy nie powinno się dziękować”,
„W takim razie podziękuję inaczej”. Przysunęłaś się i
pocałowałaś mnie w usta. „Nieładnie” – powiedziałem
bez sensu. Przysunęłaś się jeszcze bliżej i pocałowałaś
jeszcze raz „Czy teraz było już ładnie” – zapytałaś, ale ja
nie słyszałem już niczego. Czułem zapach twych
włosów, przyciągnąłem Cię do siebie i wtopiłem całym
sobą. „Zaraz” – powiedziałaś i podeszłaś do stolika, z
którego wzięłaś klucze do sali, po czym przekręciłaś od
środka. „Teraz już nikt nie będzie nam przeszkadzał” –
przysunęłaś się znowu i nasze usta ponownie się
spotkały. Czułem dokładnie Twe kształty, nie mogłem
opanować podniecenia, kiedy przycisnąłem Cię do
siebie. „Dlaczego, nie znasz mnie przecież”, „Znam Cię
doskonale, wszystko co chcę wiedzieć jest w Twych
oczach” – odrzekłaś i oparłaś się o stolik zapraszając
mnie bliżej.
Przesunąłem się niepewnie. Dlaczego się Ciebie bałem,
dlaczego myślałem wciąż o tym, że ktoś może zapukać,
chcieć wejść? Cały drżałem w środku, nigdy jeszcze nie
byłem w takiej sytuacji, czułem się jak sztubak po raz
pierwszy poznający smak miłości. Rozrzuciłaś włosy,
byłaś tak kobieca, że zapragnąłem Cię. Moje policzki
były rozpalone, usta spieczone i niecierpliwe. Kolejny
długi wolny pocałunek, przytuliłem twarz do Twego
serca, słyszałem jak bije, szybko, coraz szybciej.
Poczułem na policzkach Twe piersi, wspaniałe, tak
kobiece, że zapragnąłem je zobaczyć, oderwałem się i
lekko zdjąłem Ci bluzkę. Nie zaprotestowałaś, miałaś
zamknięte oczy oczekując dalszego ciągu. Ujrzałem biały
koronkowy biustonosz w którym uwięziono dwie
cudowne piersi. Pocałowałem je, ich gładkości nie
dorównywało nic czego dotknąłem w całym moim życiu,
ich piękno było tak nieziemskie, że chciałem krzyczeć i
dziękować niebu, że oto miałem szczęście dotknąć jego
bram. Pieściłem je najdelikatniej jak umiałem, całując
Twe ramiona i gładką szyję. Rozchyliłaś uda zapraszając
mnie, gdy bezgłośnie odmówiłem Twe ręce rozpięły
moje spodnie, pochyliłaś się i pociemniało mi w oczach,
kiedy zaczęłaś mnie pieścić ustami, takiej przyjemności
dotąd nie odczułem, byłaś namiętna, porywcza, wręcz
gwałtowna, ale jednocześnie cudownie delikatna. Cały,
trochę spięty z zamkniętymi oczami odbierałem Twe
pieszczoty, a me ręce błądziły w Twoich włosach.
Podniosłaś głowę i zaprosiłaś mnie jeszcze raz.
Obejmując mnie nogami pokierowałaś mną tak, że
wszedłem w Twe gorące ciało, wolno, z uczuciem tuląc
Cię poruszałem się w Tobie całując kropelki Twego potu
połyskujące na skórze. Trzymając mnie za szyję wpijałaś
się w moje usta i krzyczałaś przez nie, aż wulkan Twych
zmysłów eksplodował, do mózgu doszedł paraliżujący
Twe ciało silny ekstatyczny impuls, który spowodował,
że biodra Twe przestały się poruszać i ciało opadło bez
sił. Trwało to dłuższą chwilę, przyciskając Cię mocno do
siebie czułem, jak w środku ciało Twe porusza się, a Ty
drżysz w tym rytmie. Zacząłem powoli przywracać swój
rytm, a Ty poddawałaś się jemu i tańczyłaś w tym rytmie
ze mną.
Nagle poczułem, że docieram do szczytu i gorąca lawa
rozlewa się w Tobie, przysłoniłaś usta, by nie było
słychać krzyku, przycisnęłaś mnie jeszcze mocniej i
ponownie poczułem jak cała prężysz się a Twoje ciało
wygina się w zmysłowym uniesieniu. Tak trwaliśmy w
symbiozie, głęboko oddychając i całując się, nasze ciała
były gorące, spocone miłością i przeżytym doznaniem…
„0,62” – usłyszałem nagle – „Proszę?” „Wyszło 0,62,
korelacja dodatnia średnia”, „A tak, oczywiście. Dobrze jesteście wolni.
Za tydzień analiza wpływu zastosowania środków
promocyjnych na chłonność rynku. Do widzenia”.
Kiedy wychodziłaś z sali nawet na mnie nie spojrzałaś…
Bo miewamy czasem dziwne sny, ale potem się budzimy
i…
14 stycznia 2005
Uroki płatnej miłości...
Nie, nie będzie to o mnie... ja należę do tej grupy, która
nigdy nie płaciła za seks i nigdy płacić nie będzie... cóż,
jakieś zasady trzeba mieć...
Będzie za to o moim koledze... jest moim rówieśnikiem,
nawet przystojny (choć na tym to ja się raczej nie znam,
fakt, że nie działa na kobiety odstraszająco)... kolega ten
ma specyficzną filozofię, opiera się ona na przekonaniu,
że kobieta służy tylko i wyłącznie do celów
rozrywkowych... sam sobie rządzi w domu, robi w nim
co chce i nie dopuszcza do siebie myśli, że może z kimś
dzielić życie... jasno i wyraźnie zawsze daje mi do
zrozumienia, żebym go z nikim nie swatał (czasem lubię,
choć ręki do tego to ja nie mam)...
Żona mu niepotrzebna, powiem więcej... na każdego
żonatego patrzy jak na idiotę... według niego lepiej płacić
prostytutkom za ich profesjonalne usługi niż oddawać
żonie całą wypłatę i mimo to nie mieć zawsze tego,
czego się potrzebuje... ja powiem, że jest to całkiem
logiczne podejście do tematu, a mnie już nie chce się go
przekonywać, że zbyt krótkowzroczne...
Nie ma jednej upatrzonej stałej call girl, rzekłbym nawet,
że gustuje w nieco niższej półce (bynajmniej nie ze
względów finansowych)... dają mu one różnorodność i
szybkość usługi... jedzie na trasę lub w okolice Mc
Drive’a (niedaleko figury Pielgrzyma przy DK1), robi co
chce z Bułgarką, Rumunką, ewentualnie jedzie albo
dzwoni do jednego z licznych w moim „świętym”
mieście przybytków i za drobną opłatą (jak dla niego) ma
czego żąda... bez zobowiązań, bez proszenia się, bez
kłótni, blondynkę, brunetkę, rudą, do wyboru do koloru...
Kiedyś jechał sobie trasą, nagle, w oddali widzi
przepiękną dziewczynę, zwolnił, pomyślał szybko – „
pieniądze są, siła w lędźwiach jest, bierzemy”... zwolnił...
z bliska wydała mu się jeszcze piękniejsza,
blondyneczka, zadbana, ubrana w lekką miniówkę, duże
piersi, okrywane tylko bluzeczką z małym dekoltem, bez
stanika... zatrzymał samochód, opuścił szybę, przechylił
się do niej i zapytał jak zwykle „Ile?” „Cztery złote za
słoiczek” – jagody sprzedawała...
18 stycznia 2005
Miłość potrafi być ślepa...
Wybrałem się kiedyś z dwójką moich braci do „Groty”...
jest to jedna z najbardziej popularnych knajp na
Dekabrystów w Częstochowie...
Siedzimy, popijamy sobie spokojnie piwo mówiąc o tym
samym co zwykle... w pewnej chwili podchodzi do nas
facet. Łysy, szeroki, czoło myślą niezmącone i
wyskakuje do mojego młodszego brata z tekstem
„podobam ci się”... co jak co, ale takie teksty działają na
mnie jak płachta na byka i z tego powodu wywiązała się
między nami dosyć nieprzyjemna potyczka słowna... jej
głównym punktem była chęć załatwienia spraw poza
lokalem... mój drugi brat (jeszcze trzeźwy) zerwał się, by
to zrobić (a swego czasu złamał mi nos, ma strasznie
ciężką rękę i słabe nerwy w takich przypadkach), ale w
tym momencie nas rozdzielono... dla gościa, który był
już wstawiony to może i dobrze, bo my byliśmy trzeźwi i
o ile ja się nigdy nie biję, to moi bracia owszem (a do
ułomków nie należą)...
Dobra... popsioczyliśmy trochę na faceta, który nam
przerwał rozmowę, dokończyliśmy piwo i wstajemy, by
zmienić lokal... ledwo wyszliśmy wybiega z niego ładna,
drobna, ciemnowłosa dziewczyna i... zaczyna się przed
nami tłumaczyć z zachowania tego faceta...”sorry,
chłopaki, on tak zawsze, przepraszam za jego
zachowanie... itp.”... ja ochłonąwszy z zaskoczenia,
którym była ta jej interwencja powiedziałem tylko, żeby
go trzymała na smyczy, bo znajdzie się trzech bardziej
nerwowych i będzie chłopaka odwiedzać w szpitalu...
dopiero znacznie później pojawiły się następne pytania,
w tym to najważniejsze...
Co taką fajną, piękną wręcz dziewczynę trzyma przy
takim debilu, który narąbie się jak szpak i szuka bójki
gdzie i z kim popadnie nie zwracając na nią uwagi??...
Byłem kiedyś umówiony z Sosną, to mój kumpel z
podstawówki, w „Zaciszu”... wszedłem i od razu wzrok
mój padł na sąsiednią lożę, w której siedziała taka miła,
blondynka o ładnych rysach twarzy w towarzystwie kilku
chłopaków i dziewczyn... trwała tam suto zakrapiana
impreza... w pewnym momencie, odrywając się od pitego
piwa i pogaduch z kolegą zauważyłem, że właśnie ona
szybkim krokiem wychodzi z knajpy, po chwili wraca i
mówi coś do gościa siedzącego w środku... mnie
wydawało się, że chłopak jest niski, tymczasem on
„przybił gwoździa”... następne pięć minut zajęło
wyciąganie faceta z loży i przeciąganie go do wyjścia...
żeby było „śmieszniej” żaden ze współbiesiadników jej
nie pomógł, dopiero po kilku minutach zlitowała się nad
nią koleżanka...
Pytanie podobne... ile jeszcze razy musi się spić do
nieprzytomności ten chłopak, by ona w końcu przestała
się upokarzać wyciąganiem go z knajpy (bo jest to
upokorzenie dla obu stron)?
Ile znacie jeszcze takich historii? A czy ktoś zna sytuację
odwrotną (jak w „Kiedy mężczyzna kocha kobietę” z
Meg Ryan i Andy Garcią)? Powiedziano tutaj wiele o
budowaniu związku opartego na kompromisie... gdzie w
tych sytuacjach i w tych związkach jest miejsce na
kompromis??...
20 stycznia 2005
Trochę słońca...
Jeśli miałbym podawać przykłady miłości i przebycia
ciężkiej drogi do szczęścia zawsze podawałbym na
jednym z pierwszych miejsc M...
Kiedy zamieniłem z nią pierwsze zdania, zrobiłem z
siebie głupca... pomyliłem ją z kimś zupełnie innym...
szukała czegoś w Biurze Współpracy z Zagranicą, a ja
sądziłem, że jest ona dziewczyną, która na gg pytała
mnie o materiały stamtąd... staram się pilnować i w
natłoku twarzy, imion i nazwisk nie przyznaję się nigdy,
że nie pamiętam jak ma na imię ktoś, kto ze mną
rozmawia... tutaj zdekonspirowałem tą moją słabość
całkowicie...
Był to jednak miły wstęp do znajomości... zresztą ona od
początku uważała, że nas coś połączy... przez ponad rok
spotykania się z nią słyszałem wiele na temat jej byłego
już faceta... sprecyzowałem też dzięki niej swój pogląd
na kwestie zdrady, która jest udziałem kobiety... bo ona
zdradzała (nie ze mną), a ja jak zwykle tego słuchałem i
notowałem w pamięci...
Kim był jej facet? Zdziwienie! Sam nie wiem jak oceniać
kogoś, kto nie lubi seksu! Dla mnie jako mężczyzny jest
to tak niewiarygodne... ale to jest fakt, on nie lubił seksu!
Co z tego, że mieszkali razem skoro to ona MUSIAŁA
prosić się o zainteresowanie jej ciałem! Był
pracoholikiem, informatykiem z głową w komputerze...
ale Teoria Tybetu działała... była z nim chyba dwa lata...
Przed Świętami Wielkanocnymi powiedziała mnie i
swoim koleżankom, że Łukasz ma dla niej
niespodziankę... żartem rzuciłem, że pewnie pierścionek
zaręczynowy... oczy jej się zaświeciły, koleżanki to
podchwyciły, zaczęły rozmawiać o ślubie, sukni ślubnej i
tym podobnych rzeczach... Spotykamy się po Świętach,
pytam „no i co z tym pierścionkiem?”, „nie odzywaj się
do mnie!”, „co się stało?”, „kupił sobie... samochód”...
pisałem o kropli goryczy...w ich związku to była ta
kropla... nie wytrzymała... w miesiąc później pokłócili się
na dobre, zmusił ją, by się od niego wyprowadziła.
Jako osoba spoza Częstochowy zmuszona była do
szukania mieszkania, znalazła... Spotkali się po kilku
tygodniach, chwalił się, że ma propozycję pracy w
Warszawie, a potem we Włoszech, że na pokładzie
samolotu do Rzymu „przeleciał” stewardessę... dopiero
później okazało się, że istotnie osiadł w Warszawie, ale
siedzi tam bez pracy, bo go wyrzucili... a to drugie jest
chyba jego największą fantazją seksualną...
Tymczasem ona szybko znalazła pocieszyciela,
młodszego, ale bez wykształcenia, co jej bardzo
przeszkadzało... przecież łóżko to nie wszystko i z
facetem trzeba też rozmawiać... tu widać było ogromną
dysproporcję między nimi... „No co ja mam robić?”
żaliła się, ja chcę mieć kogoś poważnego... rzuciła go
gwałtownie i bez specjalnych ceregieli po dwóch
miesiącach...została sama
W międzyczasie zaczęła pracować... zawsze uważałem,
że im bardziej się szuka tym mniej się znajduje, jest się
rozdrażnionym, nerwowym w zachowaniu, postępuje się
za szybko, co nie sprzyja budowaniu jakiegokolwiek
związku... I właśnie w pracy spotkała JEGO!!!
On jest kilka lat od niej starszy i łączy w sobie wszystkie
te cechy, których szukała przez lata... jest uczuciowy,
oddany, postępuje dojrzale... a i ona czuje się przy nim
świetnie... Początek delikatny, spokojny, bez seksu, bez
aluzji, mimo sprzyjających warunków, mnóstwo
rozmów, budowanie przywiązania i... po kilku
miesiącach już mają datę ślubu, już wiedzą, że będę ze
sobą, już przekonują do siebie jej rodzinę, a ostatnio
kupili mieszkanie... a kiedy ją spotykam, to ona kilka
razy się myli mówiąc do mnie „Arek” (czym wywołuje
mój śmiech) ciągle rozprawiając o nim i jego zaletach...
już nawet podpisuje się inicjałami z pierwszą literą JEGO
nazwiska!!
Czyż to nie wspaniałe!!! Po takich durnych przeżyciach,
głupich facetach spotkać kogoś idealnego!! Czasem ona
mówi, że tacy faceci jak Arek i ja już dawno wyginęli –
sam nie wiem, czy jej wierzyć, ale to miło słyszeć...
Oni będą szczęśliwi do końca!! Ja w to wierzę!! Choć
ona sama uważała siebie za nimfomankę i niezdolną do
monogamii nie sądzę, by kiedykolwiek go zdradziła, to
widać, to słychać w jej słowach – znalazła nie szukając...
a ja się mogę tylko z tego cieszyć!!! Nie pójdę na ich
ślub, to taka moja zasada... jedna z wielu...
02 lutego 2005
Zasada pierwsza - tylko się nie zakochaj...
Wielokrotnie powtarzam, że jeśli chcemy w zdradzie
kochać to powinniśmy uważać...
Sytuacja 1. Typ żałosny...
W pewnym momencie ONA zwraca na nas swą uwagę,
kokietuje, flirtuje... poddaje się temu, bo rodzi się w
nim instynkt myśliwego, a zdobycz wydaje się
nadzwyczaj łatwa... i pojawiają się narcystyczne pytania i
odpowiedzi – Dlaczego ja? Co ja w sobie mam? No cóż,
widać jestem tak wspaniały, że każda mnie chce...
W pułapkę takiego myślenia daje się złapać większość
facetów, podnieca ich myśl, że nagle stali się dla kogoś
atrakcyjni, myślą „Teraz moja kolej”... i zaczyna się
narzekanie na małżeństwo, uciekanie z domu,
wyimaginowane zajęcia, nadgodziny, szukanie wrażeń
po motelach, kradzenie godzin, zwodzenie kochanki
rychłym rozwodem... facet zaczyna się dusić, jest mu
coraz gorzej w domu, coraz częściej potrzebuje
„oddechu”, czuje, że „kocha” a w rzeczywistości po
prostu chce się wyrwać... nie decyduje się na rozwód, bo
dom, bo dzieci, bo rodzice, bo otoczenie... zdrada dla
niego to odskocznia, podczas, gdy on skakać nie umie...
Sytuacja 2. Typ romantyczny...
Dla tego człowieka miłość do żony zagubiła się pośród
codzienności,
szuka
faustowskiej
Małgorzaty,
ucieleśnienia marzeń o czymś, co już posiadł i zgubił... to
on wychodzi z inicjatywą, ale jeśli trafia na NIĄ to ich
„miłość” jest pasmem cierpień... on, bojąc się
przyszłości, która zamienić się może w codzienność, nie
decyduje się na nic i woli trwać w zawieszeniu... ONA
porwana uczuciami początkowo kocha, potem wpada w
furię i dochodzi do wniosku, że nie chce się z nikim
dzielić... zdrada w tym przypadku to gonitwa za
romantycznym wizerunkiem miłości, z góry skazana na
niepowodzenie
Sytuacja 3. Typ pragmatyczny...
Związek tworzony przez ten typ jest dojrzały - wymaga
sporego wyczucia, odwagi, a przede wszystkim
życiowego podejścia do uczuć... łączy dwie osoby silne,
zdeterminowane, „po przejściach” i bez wielkich nadziei
na stabilizację, której zresztą do końca nie potrzebują...
decydują się na bycie kochankami (często na wiele lat)
z pragmatyzmu... miłość to dla nich często puste słowo
Sytuacja 4. Typ macho...
To człowiek zdradzający często i z różnymi partnerami,
bez wyrzutów sumienia, często za pieniądze, ot, tak, by
sobie „ulżyć”... wychodzi z propozycją lub poddaje się
bez wahania... dla niego liczy się „czarny zeszyt”, w
którym „zapisuje” swe podboje... seks dla niego to sport,
a miłość to jedynie stan reprezentowany przez dwa
słowa, które ten sport umożliwiają (kocham Cię)...
W każdym z tych przypadków zakochanie się i miłość
jest przeszkodą... Dlaczego? Uczucie do kogo innego niż
własna żona czy mąż zawsze będzie nas przypalać i
powodować wyrzuty sumienia... Zdrada powinna
oznaczać wyłączenie uczuć... inaczej wpadamy w
pułapkę... jak narkotyku potrzebujemy euforii wiążącej
się z miłością... chcemy poczucia zakochania (lub innego
partnera) ciągle i ciągle, a żona (lub mąż) kojarzy nam
się wciąż z kimś kto nam tego zabrania... myślimy o niej,
kochamy, pragniemy wyrwać się z domu, pragniemy do
niej zadzwonić, czuć ją przy sobie, chcemy ją pieścić
słowami, dotykać całym swym jestestwem... A czy to
trudne? To zależy od konkretnej osoby... Znam takie,
które zakochują się po pierwszym spotkaniu, są wrażliwi
do granic możliwości, znam facetów, którzy z ekstazą w
oczach rozprawiają o swych kochankach i ze znudzeniem
mówią o żonie... w moim pojęciu robią błąd, bo jeśli
jesteśmy z kimś (kogo nie kochamy) to przyjmujemy to
ze wszelkimi tego konsekwencjami...
Uwaga!!! Miłość jest stanem euforycznym...
04 lutego 2005
Za Tobą dzień...
Za Tobą dzień, męczący, przygnębiający swym
niespiesznym rytmem... teraz już nie marzysz o niczym
innym, jak wejść pod gorący prysznic i zmyć z siebie
zmęczenie... rozbierasz się, otwierasz drzwi kabiny,
wchodzisz... zamykasz oczy, a ciepła woda obmywa Twe
ciało, przysuwając się najpierw leniwie ze szczytów
piersi, by w ich dolinie szybko połączyć się z oceanem
okrywającym gładkie i niezdobyte przez ten strumień
ciepła obszary Twej kobiecości. Me myśli popłynęły jak
ta ciepła woda do małej łazienki Twego mieszkania, by
być przy Tobie i całować wolno i z namaszczeniem
jedwabistą szyję kochanki. Usiłujesz otworzyć oczy, ale
jakaś niezrozumiała siła mówi Ci, abyś tego nie robiła.
Czujesz jak moja twarz zanurza się w Twoich włosach, a
ręce dotykają je delikatnie masując głowę. Po chwili ręka
spada i wędruje po szyi, a potem niżej, aby jakby w
zawstydzeniu przez chwilę zatrzymać się przed
najwspanialszymi i najbardziej porywającymi szczytami
stworzonymi przez naturę. Czeka na Twoje pozwolenie
zdobycia ich, cicho mówisz „tak” i moja ręka powoli
przesuwając się w górę zdobywa najwyższe miejsce
najpierw jednego, potem drugiego wzniesienia.
Chciałaby tam zostać, nacieszyć się szczęściem
płynącym z stąpania po raju, długo więc krąży po
szczycie, coraz bardziej ruchliwym i niecierpliwym.
Moje usta wciąż całują Twą szyję. Trzęsienie rajskiej
ziemi zrzuca koniuszki palców w dół, a w sukurs
przychodzi druga ręką, która zdobywa przetarte już
szlaki. Przez długą chwilą obie szturmują szczyty. Nagle
jedna, nasycona przygodą rusza w dół i dociera w
najskrytsze zakątki Twego ciała. Woda wokół ogrzewa
się od ciepła miejsca, do którego dotarła. Nie chcąc
zginąć od żaru ręka wolno zdobywa Twe uda, które coraz
bardziej niespokojne to rozchylają się zapraszając
nieznanego przybysza, to spotykają bojąc się spotkania z
intruzem. Wyspa Twego ciała coraz szybciej się porusza,
a w momencie, gdy nieznajomy wstępuje nieśmiało do
wnętrza wybucha erupcją prężąc się w miłosnym
uniesieniu. Ściskasz uda, by jak najdłużej odczuć moją
obecność, a ja staję się coraz bardziej gwałtowny i
niegościnny. Gorączka z miejsca, w którym jestem
rozlewa się raz za razem po całej wyspie. Drżysz... .
Uspokojenie przychodzi nagle, otwierasz oczy, a mnie
już nie ma. A może mnie tam wcale nie było?
11 lutego 2005
Segmentacja rynku kobiet względnie wolnych –
„blondynki”
Termin zawarty w tytule powstał kilka lat temu dla
potrzeb dydaktycznych... oczywiście wzięty jest z
marketingu, gdzie segment oznacza grupę odbiorców,
charakteryzującą się jednorodnością postaw i zachowań...
Model ten zbudowany został na podstawie własnych
doświadczeń i obserwacji, a poszczególne grupy
określają kobiety względnie wolne, to znaczy takie, które
nie mają stałego partnera, lub nie są (z różnych
powodów) szczęśliwe w swych związkach...
Grupą najłatwiejszą pod względem zdobycia, właściwie
mało kosztowną są „blondynki”, z tym, że nie słowo to
nie określa koloru włosów, a raczej podejście do życia...
Kim są blondynki? Atrakcyjne (co nie znaczy ładne), w
swoim mniemaniu wyzwolone, uważające, że „to one
decydują o seksie - kiedy mają na to ochotę to się po
prostu oddają. Dla własnej przyjemności i nieokiełznanej
żądzy. Pieprzą się z kim chcą i kiedy chcą”... wspaniałe
podejście do życia ułatwiające zadanie chętnym!!! Poza
tym pustki pozazdrościłoby im pudło rezonansowe, a IQ
jest na poziomie inteligencji stołu bilardowego... ich
podejście dożycia to „carpe diem”, bez nudy,
adrenalinka, na wysokich obrotach...
Podejście do „blondynki” zawiera się w czterech
punktach, określonych przeze mnie jako cztery Z:
1. Zapoznać
2. Zabajerować
3. Zaliczyć
4. Zapomnieć
Gdzie? W Częstochowie punktami, gdzie można spotkać
„blondynki” każdego wieczoru są: „Don Kichot”,
„Kojot”, „Porter-Zanzibar” i inne tzw. „modne kluby”.
Najważniejszy jest nasz wygląd, w zależności od tego, za
kogo chcemy uchodzi tak też się ubieramy, jeśli ktoś jest
(jak ja) nieco starszy, nacisk kładzie na elegancki,
wygodny strój, lśniące buty. Atrybutem, który może być
pomocny, jest breloczek BMW, Peugeota, Volvo (może
być pożyczony – wszak przyszliśmy na drinka i nie
możemy prowadzić własnego cacka)...
„Blondynka” prawdopodobnie sama nas wypatrzy,
rozmowa nie powinna dotyczyć: rodziny, potomstwa,
pracy, pogody bo inaczej wyjdziemy na „ponuraka i
sztywniaka”, powinna odbywać się na „wyższym”
poziomie... czasem możemy rzucić „ale raszpla” na
widok wchodzącej dziewczyny, czym wywołamy u
„blondynki” atak spazmatycznego chichotu na kolejne
pół godziny...
Zaliczenie, przejście do tego punktu „blondynce” nie
sprawia wiele trudności (chociaż oczywiście nie chce być
uważana za łatwą, a za wyzwoloną) – tu mamy kilka
propozycji... tylne siedzenie samochodu (najłatwiej),
własne mieszkanie (ryzykowne – może zapamiętać, gdzie
to było, a jeśli jej się spodoba...uff), garsoniera (wyższa
szkoła jazdy), natura (np. zamek w Olsztynie - czemu
nie, ale nie przystoi do statusu, chociaż...).
Najważniejsze to mówić o sobie jak najmniej, by
utrudnić ewentualne odszukanie... z drugiej strony można
z nią być na dłużej, tylko po co?
Krzywa nawijka... hmmm... tutaj wszystko zależy od
inwencji i wyobraźni oraz od okoliczności... czasem
wystarczy razem pochichotać przez dwie godziny i
mamy wszystko, do czego dążymy...
„Nie mogę Ci powiedzieć, kim jestem, bo nie chcę, byś
czuła się przy mnie skrępowana... powiem tylko, że
wczoraj udzielałem wywiadu „Wiadomościom” z
ramienia częstochowskiego biznesu (bez obawy,
stuprocentowo nie ogląda „Wiadomości”, najwyżej
„Ciao, Darwin”)... ale nie mówmy o tym, nie lubię,
uciekam od pracy...
Na przykład moją pasją przez wiele lat były skoki
spadochronowe (ożywiamy się), niesamowite... pęd
powietrza, adrenalina, coś wspaniałego... skakałaś
kiedyś? Nie, szkoda, to trzeba poczuć... w zeszłym roku
razem z kolegami byłem w Peru (opcjonalnie, w
zależności od stopnia „rezonansu” możemy zamienić na
Tatralandię)...
tam
są
specyficzne
kaniony
umożliwiające skoki z półek skalnych, używa się do nich
innych spadochronów, z krótszymi linkami (fachowiec)...
wiesz, właśnie ostatniego lata mój kumpel, Piotrek,
świetny gość, mający fabrykę papieru, źle się odbił, na
szczęście linki zaczepiły o korzenie drzew i tak zawisł,
przywiązałem sznur do drzewa, zszedłem do niego i na
własnych plecach wciągnąłem na górę, na szczęście nie
obił się o skały... potem postawił mi skrzynkę Johny
Walkera (odniesienie do Psów II, to powinna znać)...
Dlaczego z kolegami? (zawieszamy głos)... wiesz,
kobiety, dziewczyny, nie mogę... kilkanaście lat temu
kochałem, miała na imię Ewa, była przecudowna,
chcieliśmy się pobrać... na dwa dni przed ślubem (głos
nam się łamie) powiedziała, że poznała kogoś... od tej
pory żadna z kobiet nie zdobyła mojego serca (bierzemy
jej dłoń), Ty jesteś tego najbliższa, przy Tobie czuję się
tak spokojnie...”
13 lutego 2005
Walentynkowa dyktatura romantyzmu...
Walentynki... dziwny dzień...
Dziesięć lat temu dziewczyna (teraz żona) mojego kolegi
z akademika zapytała mnie co szykuję dla swojej
dziewczyny na Walentynki? Zbaraniałem i odrzekłem,
zgodnie z prawdą „nic” – ona jest w Krakowie, ja w
Katowicach, co miałem szykować? Grażyna spojrzała na
mnie, jakbym jej ojca harmonią zabił...
I właściwie od tego czasu zastanawiam się dla kogo jest
Święto Zakochanych? Przecież jeśli ktoś się w kimś
kocha to nie potrzebuje specjalnego dnia, by to
udowadniać... a jeśli ktoś jest nieśmiały to wysłanie
wirtualnej bądź zwykłej kartki może spowodować
jedynie krótkotrwałą poprawę samopoczucia, a nie
szczęście na wieki, zresztą kto dzisiaj jeszcze wysyła
anonimowe kartki walentynkowe?...
Czy pójście raz w roku do restauracji, poczucie
romantyzmu przy jednorazowej kolacji przy świecach
jest na tyle silne, by zapomnieć o tym, że w poprzednią
sobotę facet upił się i na swoją dziewczynę zwracał
najmniej uwagi... pewnie tak, bo kobieta w pogoni za
UCZUCIEM (lub jego namiastką) wybaczy wszystko...
„zaprosił mnie na kolację, kupił kwiaty, zorganizował
wolną chatę, więc NA PEWNO mnie kocha – reszta się
nie liczy”... Może to stąd ta cały akceptowany (bo
przyjemny) przymus...
A zastanówmy się przez chwilę co czuje facet przed
zbliżającymi się Walentynkami? Co czuje, kiedy Ona
JEDNOZNACZNIE sugeruje, że go udusi, jeśli spędzą
ten dzień tak jak wszystkie pozostałe (i nie ma znaczenia,
że właśnie dzięki tym wszystkim pozostałym dniom jest
szczęśliwa)? Może wyraźniej byłoby to widać, gdyby
Dzień Zakochanych wypadał w środę i trzeba byłoby
poświęcić mecz Real Madryt – Manchester United...
Mało znam facetów, którzy opierają się dyktaturze
romantyzmu... mało znam osób, które swoją postawą
jasno i wyraźnie zaprotestują przeciwko utożsamieniu
Walentynek ze Świętem kupców, restauratorów,
sprzedawców bielizny, kwiaciarzy, operatorów telefonii
komórkowych i innych branż, które na produkcji
serduszek lub jabłuszek z napisem „Kocham Cię”,
zwyczajnie zarabiają...
Mało znam osób, które po prostu powiedzą sobie, że im
nie jest potrzebne żadne Święto, by udowadniać sobie
miłość, że ją udowadniają codziennie...
A na dobrą sprawę co by się stało, gdyby taki jeden czy
drugi facet powiedział: „Kochanie, dość obłudy, kocham
Cię i nie potrzebuję daty, by zabrać Cię na kolację.
Dlatego w Walentynki nie pójdziemy nigdzie - w ogóle
nie będziemy używać tej nazwy, żadnych kociaczków,
misiaczków, całusków, buziaczków, serduszek Zrobię Ci
kolację 15 lutego, tak jak robiłem wielokrotnie w inne
zwyczajne dni, a w poniedziałek obejrzymy Teatr
Telewizji – jest „Pies ogrodnika” Lope de Vegi”...
Ja w tym momencie oczami wyobraźni widzę wściekłość
dziewczyny... widzę pełne niezrozumienia oczy Grażyny
sprzed lat... no jak to? Przecież to Walentynki, Dzień
Zakochanych, nie kochasz mnie, że nie chcesz mnie
wziąć do kina, restauracji, kupić mi coś miłego...
A po co to? Czy miłość nie powinna być niezależna,
wolna, dzika, nie obwarowana żadnymi nakazami, czy
nie do tego się dąży? Tymczasem dzisiaj zasypywani
jesteśmy informacjami typu: „Chcesz uszczęśliwić swą
miłość - kup, zrób, wyślij” miłość staje się więc
towarem, a jej kupowanie przyjemnym, ale
OBOWIĄZKIEM nakładanym przez jedną drugiej
stronie, bo jeśli nie to...
Życzę wszystkim, by Walentynki były dla Was
codziennością... do poczytania za tydzień...
22 lutego 2005
Zasada druga: Kłamać trzeba umieć...
Są różne modele małżeństwa... mój kolega, będący
przedstawicielem handlowym ma żonę, która doskonale
zdaje sobie sprawę z tego, że w tym zawodzie nie ma
czystych reguł... szkolenia, wyjazdy – wielodniowe
delegacje i specyfika tej pracy, to zbyt wiele, by
bezkrytycznie wierzyć w wierność... ona nie wierzy i ma
ku temu dowody, nie walczy jednak o czystość zasad w
swoim związku, bo wie, że jest to walka przegrana... żyją
sobie tak w związku, z dzieckiem, któremu poświęcają
ogromną energię, troszkę obłudnym ale przynajmniej
zdrowym... no bo co da zazdrość w tej sytuacji? Co
dadzą codzienne kłótnie o organizację promocji, casting
hostess? Trzeba go trochę znać, by wiedzieć, że nic... Ja
nie mówię, że jej jest dobrze, że ona jest wygodna, ja nie
mówię, że ona jest wierna, stwierdzam po prostu, że takie
sytuacje istnieją... z tym, że są według mnie rzadkością...
O wiele częściej mamy do czynienia z sytuację, kiedy
trzeba zwyczajnie kłamać, jeśli chce się zdradzać... i to
jest sztuka... duża sztuka, tak jak podawanie się za kogoś
innego... bo nie wystarczy napisać „sławek” w
komentarzu, bo podać się za mnie, trzeba jeszcze
wiedzieć, jak piszę, co mogę napisać, znać mój styl i
przede wszystkim wiedzieć, że nie jestem na przykład w
zasypanej śniegiem Pradze... to sztuka...
Kiedy patrzę na kłamstwa, którymi mężowie/żony lub
partnerzy zasypują swe drugie połówki, to zastanawiam
się, kto jest głupszy, czy Ci, którzy używają najbardziej
banalnych i nieprzygotowanych kłamstw, czy Ci, którzy
w nie wierzą...
Moim ulubionym przykładem w tej sytuacji jest pewien
mąż... zaczęło się wszystko wtedy, gdy do Polski na kilka
dni przyjechała jego dawna sympatia (każdy taką ma...
ech...) ze swym partnerem – od początku nie mógł
zapanować na swoimi emocjami, jak sztubak,
podniecony widokiem Kasi Figury sprzed lat... pojechał
po nią na lotnisko Okęcie, mimo niemego sprzeciwu
swojej własnej żony... pozwolił, by kilka dni byli u nich
gośćmi na kolacji... wreszcie dniu kiedy gra w piłkę
halową tak jak zwykle wyszedł i przyszedł o określonej
godzinie... nie zadbał jednak o tak proste szczegóły jak
zmęczenie, przepocona koszulka, getry... mokra głowa...
i na tak banalnych błędach zbudował dodatkowy brak
zaufania co do siebie i swej wierności... i nie jest ważne,
że pewnie do niczego nie doszło, ważniejsze, że ziarno
niepewności zostało zasiane...
Nie można dzwonić do domu i mówić, że zostanie się
dłużej w pracy, jeśli samemu się w niej nie zostaje, bo
myśląca żona po godzinie zadzwoni na numer biurowy
zapytać, kiedy osobnik wróci do domu...
Nie można wmawiać dziewczynie, że cały dzień i noc
będziemy się uczyć (pragnąc wieczoru z kolegami),
skoro wieczorem w knajpie mogą nas dostrzec jej
najlepsze koleżanki... tym bardziej, że zgodnie z prawami
Murphy’ego jest to bardzo prawdopodobne...
Nie można mówić, że cały czas podczas kilkudniowej
nieobecności
partnerki
przesiedzieliśmy
przed
telewizorem, skoro nie potrafimy odpowiedzieć, co
oglądaliśmy...
Nie można wybierać się w delegację, na sympozjum, na
konferencję, jeśli nie mamy w głowie ułożonych i
długich opowieści o fikcyjnych spotkań, dyskusji i czasu
wolnego, najlepsi kłamcy fabrykują nawet materiały
takich seminariów...
Dobrze kłamać to nie tylko kłamać temu, z kim dzielimy
co dzień łóżko, ale także temu, z kim decydowaliśmy się
zdradzać... przecież nie powiemy naszej kochance, że w
małżeństwie układa nam się doskonale, a mamy ją tylko
po to, by zaspokoić swe samcze ambicje... przecież
trzeba wiedzieć, jak umiejętnie kłamać, by kochanka była
z nami, mimo, że od wielu lat nie chcemy się rozwieźć
(bo dzieci małe, bo matka chora, bo żona ma depresję i
nie możemy jej pogłębiać), by czuła przy nas to, co czuła
Kim Basinger przy Mickey’u Rourke w „Dziewięć i pół
tygodnia” (nie widziałem ostatnio, ale pamiętam
doskonale jaka była...)
Albo z drugiej strony – tak wodzić za nos żonatego
kochanka, by uważał się za superekstramegaherosa w
łóżku (będąc co najwyżej średni) i dawał tę „odrobinę”
przyjemności z władzy nad samcem...
Tak, związek może być oparty na zaufaniu, taki jest
zdecydowanie zdrowszy (tematem stale powracającym
moich dyskusji z rodziną na podobne tematy jest pytanie
„Czy chciałbyś/ abyś wiedzieć o zdradzie?” – o tym
później...), ale obawiam się, że częściej jest to związek
oparty na kłamstwie – skąd bowiem byłoby 340 tysięcy
osób (!!), które przyznają się do kontaktów seksualnych z
osobami poznanymi przez internet... a to właśnie są
mężowie w delegacji, zaniedbywane żony, wyzwolone
panienki, bezkrytyczni wobec siebie macho, oszuści
podający się za obywateli amerykańskich, brytyjskich
czy niemieckich i inni, którzy albo swoje związki dawno
pogubili, albo w nich nie chcą być stwarzając tylko takie
pozory...
W każdym razie jeśli chcemy budować związek na
kłamstwie to kłamstwo to powinno być na tyle
prawdopodobne, by utrzymało ciężar tegoż związku...
tylko czy to warto utrzymywać związek na
kłamstwie???...to temat na zupełnie inną opowieść...
25 lutego 2005
Inwalida naszych czasów...
15.15 – drzwi się otwierają i wchodzi On, powoli
rozbiera się rzucając w przestrzeń „Kochanie, już
jestem”, na tyle głośno, by sąsiedzi słyszeli, że istotnie
przyszedł - on, Boss...
Zakłada chapcie i nie zaglądając nawet do kuchni, gdzie
krząta się jego żona zajmuje tylko swoje miejsce na
wysłużonej kanapie... patrzy jeszcze do pokoju, gdzie śpi
trzyletni Krzysio...
„Co dzisiaj na obiad?” – znowu rzuca w przestrzeń nie
oczekując nawet odpowiedzi, której i tak by nie usłyszał
zajęty przeglądaniem programu w gazecie telewizyjnej...
bierze do ręki pilota i włącza jakikolwiek kanał... jest
zmęczony... osiem godzin, które spędził na uśmiechaniu
się do sekretarki szefa, ślęczeniu na www.golelaski.prv.pl
i rozmowie na gg z jakąś małolatą wykończyły go
kompletnie, nie mówiąc o projekcie dla szefa - dwie
tabele sumaryczne obrazujące sprzedaż i zyski w
przedsiębiorstwie w dwóch ostatnich latach...
Żona wchodzi do pokoju z wazą, rozkłada podkładki,
talerze, sztućce... „co w pracy?”... „koszmar, to
zestawienie dla szefa mnie wykończyło”... jedzą w
milczeniu...
- Kochanie, mama do mnie dzwoniła, chce, bym dzisiaj
do niej przyszła na noc, nie może sobie wciąż poradzić ze
śmiercią taty.
Przez chwilę zamarł, jak to...
- A co z Krzysiem, bierzesz go ze sobą?
- Nie, jest trochę podziębiony, poza tym źle by się chyba
czuł u babci...
- Mam z nim zostać??? – zdumienie Bossa osiągnęło
zenit
- A co w tym dziwnego? Przygotuję wszystko, napiszę
kartkę co ma jeść i o której, wykąpiesz go tylko i położysz
spać...
- Ja???
- No chyba nie chcesz powiedzieć, że sobie nie poradzisz,
wychodzę o szóstej.
- Nie, no, poradzę sobie... – uciął rozmowę, choć jego
myśli były w kompletnym nieładzie, jak to, on ma się
zajmować dzieckiem, dawać mu jeść, kąpać, przecież on
tego nie umie...
– To ja mam teraz czas wolny, proszę mi nie
przeszkadzać – kontynuował i odłożywszy sztućce,
włączył komputer...
Dotychczas nie zdarzało się, by Krzysio został pod opieką
Bossa, radzili sobie wołając opiekunkę z sąsiedniej
klatki...
- A Justyna? Dlaczego ona nie może przyjść?
- Ma jutro egzamin, uczy się – rzuciła z kuchni
Wizja wieczoru układała się nie najlepiej, myślał, że
skończy kolejnych kilka meczy w NBA Live 2005, w
końcu po to kupił tą grę, by w nią grać po ciężkim dniu, a
tu dziecko...
Krzysio wstał, pocałował tatę zatopionego w świecie
koszykówki, poszedł do mamy...
Szósta...
- Kochanie, przygotowałaś listę?
- Tak – tu masz wszystko, w jego pokoju zostawiłam Ci
rzeczy na jutro do przedszkola, ubierz go ciepło i nie
zapomnij o rękawiczkach, wiszą na kaloryferze... trzymaj
się
- Pa, kochanie
„Co z nim robić? Wiem, posadzę go na kolanach, niech
się uczy gry”... nie przeszkadzaj, idź na podłogę – no tak,
i rzut za trzy diabli wzięli a odskakują... „Gdzie on
polazł?” „Utrapienie z tym maluchem, idź do pokoju się
bawić, tata Ci kupił tyle zabawek”...
„Ósma, trzeba go wykąpać, ile tej wody, cholera – nie za
gorąca, dobra., siedzi już pół godziny, pewnie mu starczy
czy ja wiem, dzwonię...”
- Kochanie, ile go trzymać w tej wannie?
- Jak to trzymać? Umyć pod prysznicem, ubrać w piżamę
i tyle. Zjadł kolację?
- Zapomniałem
- Jak to, zapomniałeś nakarmić dziecko? Przecież miałeś
kartkę...
- Zapodziała się gdzieś... dobrze, już znalazłem...
- Połóż go spać, poczytaj mu bajki...
- Poczytać bajki!!??
- Tak, to chyba potrafisz?
- No tak, pa kochanie - Pa
„Dobra, ale czemu na kartce nie ma ile czasu gotować to
mleko w mikrofalówce, pięć minut chyba wystarczy...
gorące, za gorące, trzeba chyba dolać zimnego...
Krzysiu, gdzie jesteś... śpi, zwinął się w kłębek, przykrył
kocem i śpi... kochane dziecko, wreszcie mogę dokończyć
rozgrywki. Co za koszmarny dzień...”
Od lat zastanawia mnie fakt, dlaczego niektórzy tak
zwani „męscy” faceci w kuchni lub przy dziecku
zachowują się jak inwalidzi pierwszej grupy, nie umieją
gotować, nalać sobie zupy, wyprasować, wyprać,
przyszyć guzika... takie kalectwo trzeba leczyć, bo im
dłużej się na nie pozwala tym trudniej potem o skuteczną
terapię...
01 marca 2005
Grzeczne dziewczynki nie awansują...
Przechodziłem sobie wczoraj ulicą Krakowską i
zobaczyłem na wystawie księgarni książkę po takim
właśnie tytułem – „Grzeczne dziewczynki nie
awansują”... Ale czy na pewno?
Swego czasu spotykałem się z organizatorką konkursów
piękności... to ona opowiadała mi o sponsorach
konkursów, którzy w czasie wyjazdu do Chorwacji
wchodzili dziewczynom do łóżek jednoznacznie
sugerując, że ich „awans” zależy od tego, czy będą
grzeczne...
A bardziej przyziemny przykład? Proszę bardzo...
Bardzo często spotykam się z pracownikami instytucji
państwowych i w czasie nieformalnych rozmów
słyszałem historię o pewnym szefie...
On ma czterdzieści kilka lat i szeroką władzę - władzę,
która pozwala na zatrudnianie i zwalnianie pracowników
oraz decydowaniu o ich karierze... jego strategia polega
na tym, że „łapie” upatrzone dziewczyny na „awans”...
przedstawia siebie jako osobę mogącą ten awans ułatwić
i powoli urabia dziewczyny...
Na początku jest zgłoszenie akcesu do „awansu” - trzeba
postarać się o staż w firmie... więc on wypytuje, drąży, a
dziewczyny temu poddawane zaczynają widzieć
perspektywę dobrej, stałej pracy w państwowej
instytucji... realną, niezbyt odległą...
Potem następuje ciąg telefonów do kandydatki z
prośbami o spotkanie w celu omówienia zasad
współpracy... ”dzisiaj wieczorem... za tydzień... jeśli ma
pani kłopoty finansowe to chętnie pomogę, w końcu
będziemy współpracować... mamy spotkanie naszego
zespołu, dobrze, aby pani była, inni muszą panią
poznać... potem pójdziemy na obiad... za dwa tygodnie
wyjeżdżam do Rzeszowa, może mi pani będzie
towarzyszyć, w końcu musi się pani wdrażać”...
Dziewczyna poddawana takim zabiegom w końcu nie
wie czy chodzi mu o pracownicę czy o coś zupełnie
innego z pracą niezwiązanego... ale przerwanie tego
kręgu grozi niezdobyciem wymarzonej stałej,
bezpiecznej pracy... nieprzerwanie go też nie jest
najlepsze... najczęściej wybiera więc formę biernego
oporu... pojawiają się wymówki, telefon nie jest
odbierany, zaproszenia od faceta nie są przyjmowane,
kłamie, mówi, że nie ma czasu na spotkanie, szuka
wsparcia u jego podwładnych ("gdyby szef pytał o mnie,
to już byłam i go nie zastałam"), mówi, że umówiła się z
chłopakiem (to na faceta działa jeszcze bardziej
mobilizująco i jest jeszcze bardziej stanowczy i
bezczelny)...
W momencie,
kiedy
dziewczyna
zaczyna
go zwodzić, facet wszystkim naokoło oznajmia, że
stażystka nie wypełnia do końca swych obowiązków, że
zawiódł się na niej bo nie zrobiła tego, czy tego...
najczęściej pojawiającym się argumentem jest „brak
jasnych priorytetów”... a w ten sposób przygotowuje pole
do pozbycia się jej i próbowania z kolejną...
A jak jest, kiedy ktoś to przetrzyma? Jedna z jego
podwładnych, która w momencie, gdy jasno powiedziała,
że nie interesuje ją taka droga kariery (powiedziała to o
wiele dosadniej) zaczęła być czarną owcą zespołu...
I jak w świetle tej opowieści, która przecież zdarza się
wszędzie mówić o tym, że grzeczne dziewczynki nie
awansują? Przecież gdyby dziewczyna zgodziła się na
sugerowaną rolę praca by na nią czekała, a z niej nikt by
jej już nie ruszył...
Nie mamy tu do czynienia z typowym molestowaniem
seksualnym, bo on nigdy nie mówi, że dziewczyna ma
zrobić to i to... nie mamy tu też do czynienia z typowym
mobbingiem, bo nie terroryzuje jej, raczej wymusza
pewne zachowania...
To prozaiczny przykład czegoś między mobbingiem a
molestowaniem seksualnym, które spotykają niemal
wszystkie młode ładne dziewczyny narażone często na
obcowanie z podtatusiałym, śliniącym się, obleśnym
przyszłym czy obecnym szefem...
Owszem w normalnej sytuacji i firmie poukładana,
grzeczna dziewczynka nie mająca własnego zdania, nie
umiejąca bronić własnych argumentów nie ma szans na
awans, ale to samo dotyczy przecież mężczyzn... zresztą
to jest chyba oczywiste...
10 marca 2005
Dziś są moje urodziny...
Dzisiaj kończę 35 lat, hmm, jak dobrze pójdzie połowa
życia za mną...
Spośród wszystkich trzydziestu czterech urodzin
najbardziej zapadły mi w pamięć te, które były najgorsze,
dwudzieste piąte... oraz te najlepsze, trzydzieste
pierwsze...
Moje ćwierćwiecze świętowałem sam, po raz pierwszy
od wielu lat byłem zwyczajnie sam... w pustym domu,
bez nikogo, kto mi był bliski... sam...
Dziwnie teraz wspominam to, co działo się dziesięć lat
temu, pamiętam, że kupiłem sobie torcik i zapaliłem na
nim świeczkę, chciałem, by ten ważny w końcu dzień był
moim świętem... nie udało się... patrząc na cztery ściany
mojego domu na Warszawskiej, słuchając huku
samochodów przetaczających się za oknem nie mogłem
pozbyć się wrażenia, że to co robię jest dobrą miną do
złej gry... jest świętowaniem na siłę... nie lubię robić
niczego na siłę... po dziesięciu minutach włączyłem swój
czarno-biały telewizorek i wgapiałem się beznamiętnie w
obraz...
Moje trzydzieste pierwsze urodziny wiążą się z
sukcesem, którym był mój występ w teleturnieju „Jeden z
Dziesięciu”... nagranie wypadło właśnie 10 marca 2001
roku, zawieziono wszystkich uczestników gdzieś na
Mokotów i tam grzecznie czekaliśmy na swoją kolejkę...
byłem w ostatniej grupie tego dnia, wylosowałem
stanowisko dziewiąte i czekałem rozmawiając z ludźmi,
którzy przyjechali ze mną... samo nagranie, pusta sala,
znane z telewizji stanowiska i okropne nerwy... dość
powiedzieć, że moje przedstawianie się powtarzano
trzykrotnie, ciągle było coś nie tak... kilka pierwszych
pytań i nagle okazało się, że to ja ciągle wyznaczam do
odpowiedzi, a przeciwnicy się wykruszają, jeden po
drugim... ja sam nie odpowiedziałem na jedno pytanie –
Która moneta jest większa – 20 czy 5 groszy?
Zgłupiałem i oczywiście źle wcelowałem... tym niemniej
doszedłem do finału odcinka z dwoma chłopakami...
Pierwszy z nich – on wygrał, był prawnikiem z
Mysłowic, niesamowity był, zdobył w sumie 221
punktów ostatnie pytania biorąc na siebie, w finale serii
był czwarty...
Drugi to ówczesny student KUL-u, Łukasz, widziałem go
ostatnio w „Najsłabszym ogniwie” – niestety, nerwy go
zjadły (a może widok Kazimiery Szczuki tak podziałał),
dość powiedzieć, że odpadł popełniając prosty błąd
(powiedział „pas”, zamiast „bank”)... szkoda go...
Wtedy, w finale, on odpadł jako pierwszy mając 161
punktów... a ja... zdobyłem w sumie 72 punkty, w tym 10
za pozostałą mi szansę, bo zabrakło pytań dla mnie i
kolegi z Mysłowic... oni się wykrwawiali, a ja czekałem
spokojnie, potem ja się wykrwawiłem i do końca były
ogromne nerwy... bardzo przyjemne nerwy...
Potem poprosiłem jeszcze Tadeusza Sznuka o autograf,
mówiąc, że właśnie mam urodziny... daję go poniżej... no
i zadzwoniłem też do mojej przyjaciółki, Moniki – była
zachwycona...
W dzień emisji mnóstwo telefonów, zadzwoniła między
innymi do mnie koleżanka z Przemyśla i zapytała
„Sławek, czy Ty zawsze robisz takie miny”, wtedy
usłyszałem też, jak specyficznie wymawiam literkę „r”,
od tej pory bawię się tą literką jak tylko mogę... były
gratulacje w pracy, i do dzisiaj jest to wspominane...
przyjemne uczucie...
Jeszcze w miesiąc po emisji miałem rozmowę z panem
spod sklepu spożywczego, który gratulował mi tego
występu i mówił, że musi się ze mną kiedyś napić...
Ten występ nauczył mnie bardzo wiele, tego, że
niedobrze wyglądam w telewizorze, tego, że muszę
panować nad gestami i minami, był moim spotkaniem ze
stresem... i moim sukcesem... w życiu miałem ich trochę
więcej, trochę istotniejszych, ale ten zdarzył się w moje
urodziny...
18 marca 2005
Tabu i adrenalina…
Tabu… w internecie wystarczy wejść na blogi w onecie i
drugim czytanym najczęściej blogiem jest blog
seksownej siedemnastolatki, która opisuje jak to kochała
się z chłopakiem na dużej przerwie, fajnie... czy dla niej
istnieje tabu? Czy którakolwiek z osób, która ją mijała,
była zgorszona?
Niedawno od znajomej dostałem serię zdjęć z wakacji,
przedstawiających chłopaka, który kochał się z
dziewczyną na plaży, najśmieszniejsze, że w biały dzień,
przy turystach, dzieciach... fajnie...
Czasopisma, pierwsza strona „Claudii” –„Atrakcyjne i
niezależne kobiety 30-letnie. Dlaczego nie mają dzieci?”,
„Seks, zdrada, namiętność. Wakacyjna miłość i co dalej.
Cztery prawdziwe historie urlopowych romansów”,
pierwsza strona „Cosmopolitan” – „Rozpal go. Wypróbuj
na nim pikantne cosmosztuczki. Będzie jak nigdy
dotąd!”, „Namiętne słowa i dźwięki, które doprowadzą
go do ekstazy”, „6 sposobów na życie o jakim marzysz”,
„Mój facet uprawia seks przez interenet”, o z gruntu
neutralnych pisemkach dla panów nie wspomnę,
podobnie
jak
o
„Bravo
Girl”
i
bodajże
„Trzynastolatkach”... czy te i inne czasopisma są
zabronione przez Kościół, czy mogą je kupować tylko
pełnoletni, czy nie mówi się o nich? Chyba nie, więc
gdzie tu tabu? Telewizja. Reklamy, w których aż kipi od
podtekstów erotycznych. Nie wspomnę o Drzyzdze,
Domagalik, Club Cafe, Kasi i Tomku, Seksie w
mniejszym i większym mieście, głupkowatych sitcomach
i innych filmach, w których tabu seksualne nie istnieje..
W każdym niemal medium widzimy młode ładne
wyzwolone, silne kobiety, które mają ponoć burzyć
stereotyp kobiety, domu, rodziny itp...
Opowiadano mi ciekawą historyjkę. Dwie dziewczyny
wybrały się do knajpy. Podchodzi do nich chłopak i pyta
„Jesteście same? - Tak. Jesteście z Częstochowy? - Tak.
Mieszkacie z rodzicami? – Tak. To cześć!!... Chłopakowi
chodziło dokładnie o jedno, a czy takie przypadki są
unikatowe? W świecie bez tabu wszystko można kupić,
nawet wobec silnej i wyzwolonej zastosować określoną
strategię, która zamieni ją w potulnego kociaczka...
Cyniczne to do bólu!! Ale w takich pięknych czasach
żyjemy i co najlepsze chcemy żyć…
Parafrazując – jak wierzyć, że żyjemy i będziemy żyć w
drugim Afganistanie? Jak wierzyć, że istnieje seksualne
tabu, że są rzeczy, o których się nie mówi? Przecież
mamy swobodny dostęp do świata seksu, erotyki, ostrej
zabawy z użyciem wszystkiego, w gazetach podaje się
jaki procent kobiet i mężczyzn zdradza, w tygodnikach
aż roi się od propozycji na sekstelefon i ogłoszeń o
sponsoring erotyczny, niedługo jako członkowie
społeczeństwa zaczniemy szukać podniety w poniżaniu
się na ekranie telewizora (w internecie już to działa)–
wierzę, że oglądalnośc byłaby rekordowa, tak jak
rekordowa jest oglądalność wypiętego tyłka Kuby
Wojewódzkiego... Króluje wolność słowa i,w granicach
szerokiego prawa, każdy ma prawo pisać i mówić to, co
myśli...
Skąd to wszystko się bierze – może stąd, ze w człowieku
jest pewien mechanizm związany z koniecznością
dostarczania do mózgu odpowiedniej dawki adrenaliny i
towarzyszącej jej dopaminy (odpowiedzialnej za dobre
samopoczucie)... im więcej adrenaliny (wrażeń)
przyjmujemy dojrzewając tym więcej jej potrzebujemy
potem, by być zadowoleni z życia... i to dlatego ludzie
wychowani w przepychu i bogactwie, których każda
zachcianka była spełniana, chcą więcej wrażeń i robią
rzeczy, których potrzebują jedynie dla swego dobrego
samopoczucia (a nie dla życia jako całości, raczej dla
celów statystycznych) ... mocniej, silniej, głębiej...
dlatego „moi koledzy” – bohaterowie piosenki
„Malcziki” - „ścigając ze mną się”, wypalają się po
trzydziestce, mają depresje i nie chce im się żyć... bo gdy
nie ma wrażeń tracą koloryt życia... nie trzeba żyć
spokojnie i nudno, ale dobrze o tym wiedzieć, że
adrenalina działa jak narkotyk i jej indywidualnie
odczuwany niedostatek czasami zabija... szukając
adrenaliny sięgamy po łamanie zasad...
19 marca 2005
Produktor Dźwięku... moja „Chomiczówka”...
Niemal każdy chłopak w wieku przedpoborowym miał
muzyczną pasję... dużo grało w zespołach, a muzyka była
sposobem na wykrzyczenie różnych, dziwnych zażaleń
do tego świata... ja nie byłem inny...
W 1988 roku powstał Produktor Dźwięku, zespół grający
muzykę zwaną przeze mnie Sweet Alternative... muzyka
oparta na punku, alternatywie (do dzisiaj po głowie mi
chodzi utwór "papierosy i zapałki" zespołu Gardenia,
który namiętnie graliśmy), wczesnym Kulcie, typowej
muzyce popowej, mieszanej z GBH, The Exploited,
Dezerterem - z innej strony Tilt, Róże Europy, Ziyo,
Formacja Nieżywych Schabuff (z Pałuchą) i wiele, wiele
innych...
Dlaczego taka nazwa? Na jednym z pierwszych spotkań
Sosna powiedział, „chłopaki, produkujmy te dźwięki”
myśmy to podchwycili i tak zostało...
Sosna na basie, Miszon na perkusji i gitarze solowej
(wcześniej na perkusji grał Ciechu), Zając na gitarze
akompaniującej (potem solowej), potem doszedł Kruczek
na klawisze... no i ja, nieumiejący grać na niczym
śpiewałem, układałem teksty, robiłem tło aranżacyjne...
to dziwne przy mojej wadzie wymowy (rrrr...), ale to nie
chodziło artyzm, a raczej wyrażenie wspólnych emocji...
Tak z perspektywy czasu myślę, że w tym wszystkim
naprawdę nie chodziło o sztukę, ale o spotkanie się,
zagranie w karty, zapalenie Zefirków (koszmarne
mentolowe papierosy – pierwsze i ostatnie w mym
życiu), wypicie kilku win lub wódki Zefirek
(niekonsumowalna mentolowa wódka, coś na kształt
dzisiejszych nalewek za 5 złotych), piwa nie było – nie te
czasy...
Próby w niewykończonym domu Zająca, a potem w
piwnicy u Miszona... własne utwory, własna aranżacja,
własne zaangażowanie w każdy akord, dyskusje o tym
jak ma to wyglądać, o co wzbogacić dany utwór... coś
swojego,
niepowtarzalnego...
prawdziwego,
młodzieńczego...
Byliśmy awangardą na Stradomiu... za nami poszli inni,
w tym zespół mojego młodszego brata – Brema... na
próby przychodził między innymi Andrzej "Harry"
Łozowski (wtedy jeszcze Ledwoch - przyjął nazwisko
żony - dziś główny animator alternatywnej muzycznej
Częstochowy alternatywnej, związany z pubem Kongo
na Okólnej)...
Istnieliśmy ponad dwa lata, po śmierci mojego ojca
miałem mało czasu na granie, poszedłem do pracy,
spotykałem się z dziewczyną, nie było telefonów,
smsów, internetu, nie wyobrażaliśmy sobie rozstania
dłuższego niż dwa dni...
Co zostało... wspomnienie, teksty, chwyty, pasja,
„Pościelówa”, „Kosmita”, „Bardzo fajny tekst”,
„Wojna”, „Emigracja”, „Idzie dobre dziecko” – do
dzisiaj Zając mówi „zagralibyśmy”, kiedy się
spotykamy... niestety łatwiej dzisiaj wybrać się na
niezobowiązujące piwo niż umówić się na spotkanie z
gitarą... Mirek – dwójka dzieci, Sosna – samotny,
Kruczek – wiecznie zajęty, Miszon – dwójka dzieci, w
trakcie rozwodu...
Poniższy tekst napisałem kiedy miałem osiemnaście lat...
... i tak się wyspowiadam
Choć grzechów nie mam wiele
Bo wtedy nawet wielki Bóg
Będzie moim przyjacielem...
... I pewnie będę szczęśliwy
Budował będę i burzył
A Ty oglądaj telewizję,
Żeby czas Ci się nie dłużył...
I siedź, siedź, siedź w swym domu
Albo w innych szalonych instytucjach
I siedź, siedź, siedź w swym domu,
Albo w domach prostytucji"
(to tylko fragment, muszę poszukać, by znaleźć resztę)
23 marca 2005
Jak ja nie znoszę kobiet…
…na zakupach…
Dużo dobrego można powiedzieć o kobietach, ale na
pewno nie wtedy, gdy są ogarnięte manią zakupów…
Sytuacja pierwsza…
Czasami trzeba coś kupić na niedzielny obiad, a więc
stoję kilka dni temu w warzywniaku na Piastowskiej i
czekam grzecznie na moją kolejkę, załadowawszy sobie
w torebki marchew, cebulę, pietruszkę, jabłka… tuż
przede mną obsługiwana jest kobieta, mniej więcej
trzydzieści lat i…
„Pani Jolu, a te jabłuszka to dobre? Bo wie pani, ja lubię
takie twardsze… nie, może nie to, proszę mi to
wymienić… a ten koperek to po ile… ładna pogoda
dzisiaj, wie pani, dziś po przedszkolu idę z moim
Rafałkiem na spacerek… a jajka pani ma świeże? A po
ile?…”
Już ma płacić, nagle przypomina sobie, że ma kupić
pomarańcze, skoro pomarańcze, to może i grejpfruty,
potem zauważa rzeżuchę… to jest wystarczającym
powodem, by zacząć mówić o Wielkanocy i do zadania
pytania, czy pani Jola będzie miała otwarte w sobotę…
Sytuacja druga…
Spacerowałem sobie kiedyś Alejami ze znajomą,
rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym, aż przechodząc
obok sklepu Ravel napomknąłem (ważne słowo), że fajne
koszule są na wystawie, w odpowiedzi usłyszałem „to
wejdźmy”, z niewyraźną miną wszedłem więc z nią do
Ravela, by po minucie stwierdzić, że koszule te jednak
nie takie znowu fajne... obracam się, by wyjść, a moja
towarzyszka mówi „skoro tu już jesteśmy, to
pooglądajmy”...
oglądanie
skończyło
się
na
półgodzinnym przymierzaniu przez nią spódnic, sukienek
i innych „świetnych” rzeczy... nic nie kupiliśmy...
Sytuacja trzecia...
Ikea – miejsce, fetysz, który przyciąga kobiety
spragnione zakupów rzeczy tak samo oryginalnych, jak i
niepotrzebnych... najbliższa nas Ikea jest w Katowicach,
80 kilometrów... luz dla kobiety, która uwielbia być
opętana manią kupowania...
Kiedyś wybrałem się do Ikei w towarzystwie mego brata
i jego żony... ja jak Pan Bóg przykazał z kartką, oni
niestety dla mojego brata jedynie z wytycznymi i z
ciekawości przyciągnięci promocją zasłon... idę i widzę
mnóstwo młodych par, gdzie gość zgarbiony, a ona
podniecona perspektywą wydawania... takąż samą był
mój brat i bratowa...
Pierwszy zgrzyt przy kubeczkach... „Po co nam
kubeczki? Mamy ich mnóstwo” – pyta brat, „No wiesz,
jak ktoś przyjdzie”, „Kto ma przyjść?”, „Ktokolwiek”...
Drugi zgrzyt i tu wojna trwała bardzo długo przy lusterku
na wysięgniku, dzięki któremu bratowa chciała oglądać,
czy ma dobrze ułożone włosy z tyły głowy... „Zawsze o
tym marzyła!”, „Ale to się zepsuje, Radek urwie! Poza
tym trzeba to zamocować na wkrętach do karton-gipsu,
nie utrzyma się! Rdzewieje i deformuje się!” –
uzasadniał mój brat, nie pomagało, w końcu nie kupili,
ale pokłócili się na dobre i nie odzywali się do siebie
przez kilkanaście minut, by na nowo rozpocząć walkę o
lusterko w samochodzie... jeszcze kilka razy od tego
czasu słyszałem jak bardzo niewdzięcznym jest mój
brat...
Nieuzasadnione
gadulstwo,
nieumiarkowanie
w
przymierzaniu i przebieraniu się oraz kupowanie rzeczy
zbędnych... mnie wystarczy...
07 kwietnia 2005
Fenomen Dobroci…
Ostatnio jak każdy zadaję sobie pytanie - dlaczego tak
zareagowaliśmy na śmierć Jana Pawła II? Wszak było to
nieuniknione, wszak każdy kolejny tydzień był Jego
zmaganiem z cierpieniem, wszak można było się
spodziewać tego dnia… a mimo to niemal każdy z nas
odczuł to jako cios…
Odpowiedź, to według mnie Dobroć! Dobroć, której
doświadczamy dzisiaj, tak jakby wszystko to, co mówił,
czego uczył z jego gasnącego ciała rozprzestrzeniła się
na świat i kazała godzić się ze sobą zwaśnionym
stronom…
Nagle straciliśmy wszyscy kogoś, kto był dla nas
zwyczajnie Dobry… kogo słowa wszyscy zaczęliśmy
rozumieć i słuchać ich dopiero kiedy od nas odchodził…
ta pozytywna energia, która każe spotykać się ludziom,
poczuć jedność, wspólnotę, bez względu na
prezentowane poglądy na instytucję Kościoła, wiarę,
Boga…energia, która każe studentom krakowskich
akademików oddać cześć Papieżowi poprzez zapalenie
świateł w akademikach tak, aby tworzyły krzyże
(podobnie
studenci
protestowali
przeciwko
wprowadzeniu stanu wojennego – napis utworzony z
zapalonych świateł był nieco inny)… energia, która każe
kibicom zwaśnionych drużyn godzić się ze sobą, i
niechby na te kilka dni, ale jest zgoda… energia, która z
jednego pomysłu rzuconego na gg rozciąga się na Biały
Marsz z krakowskiego rynku na Błonia – ta energia jest
dla mnie fenomenem… nie polskim, a ludzkim…
Fenomenem Dobroci…
Nie ma we mnie cienia wątpliwości, że ludzie, którzy
przyjeżdżają do Rzymu chcą uszanować i oddać hołd
komuś, kto zmienił ich dusze… tak jak moja koleżanka z
pracy, która dzisiaj jest gdzieś w okolicy coraz bardziej
oblężonego Watykanu… tak jak pięć milionów
podobnych jej pielgrzymów…
To dzięki tej Dobroci go będziemy wspominać, dzięki tej
energii, którą w nas wyzwalał, dzisiaj, kiedyś…
Pamiętam co działo się w Częstochowie w 1991 roku, w
czasie Światowego Dnia Młodzieży, nigdy tego nie
zapomnę, ludzie tańczący na ulicach, śmiejący się, jakże
niepodobnie do stereotypowego wizerunku człowieka
wierzącego, modlącego się, oazowca… wtedy też
słuchali i kochali go, 71 letniego człowieka słuchała
młodzież, jego nadzieja… to też widzę dzisiaj, emanację
Dobra, pozytywne wibracje…
Jan Paweł II był człowiekiem, który to sprawiał, swym
pogodnym usposobieniem, żartami, pokazywaniem
ludzkiej twarzy Kościoła, rozbijał sobą skostniałe
struktury kościelne, pokazywał jak należy się cieszyć z
życia… pokazał jak przebaczać przychodząc do celi Ali
Agcy, jak budować zgodę prąc pod prąd, godząc się z
Żydami, muzułmanami, protestantami… to dzięki niemu
możemy dziś korzystać z internetu, bo gdyby nie On
ciągle bylibyśmy jedną z radzieckich republik…
W dzisiejszym bezideowym świecie, świecie bez jasnych
autorytetów Papież Polak pokazał, że warto żyć według
własnych zasad, a jednocześnie szanować poglądy
innych… szkoda, że tak wielu widzi w żałobie tylko
medialny show, szkoda, że tak wielu nie dostrzega
Fenomenu Dobroci…
Pojutrze będzie znowu normalny dzień, normalny, ale
trochę inny, bogatszy, lepszy… życie wróci do normy,
ale ten tydzień wspominać będę jako jeden z najbardziej
optymistycznych w moim życiu… tydzień Fenomenu
Dobroci
12 kwietnia 2005
Teraz to mi to lotto...
W ostatnich dniach bardzo często słyszałem słowa:
obłuda, zakłamanie, hipokryzja w stosunku do oceny
ludzkich postaw... a zastanówmy się sami, ile w nas jest
codziennego kłamstwa...
W reklamie Lotto przychodzi do biura spóźniony
Kowalski w
hawajskiej koszuli... nadzwyczaj
nieprzyjemny podwładny, widząc go, wychodzi ze swego
biura i krzyczy „Co jest, Kowalski?” – ten recytuje sześć
liczb, a na pytanie skonsternowanego pryncypała - „Co?”
Odpowiada „To, że teraz mi to lotto”... dobrze, miło
było, pośmialiśmy się z bucowatego szefa, popatrzeliśmy
na wypoczywającego na Hawajach Kowalskiego, ale...
Proponuję cofnięcie się w ocenie tej reklamy i
uśmiechniętego Kowalskiego nieco wcześniej, do wtorku
lub piątku przed losowaniem... Jak on wyglądał? Jak się
zachowywał? Co robił? Czy pozwoliłby sobie na
spóźnienie?... odpowiedzi zmierzają ku wizerunkowi nie
odbiegającemu od jego, pozostawionych bez miliona,
kolegów - szarych, cichych, zamkniętych w sobie,
bojących się szefa, bo od niego zależy ich przyszłość,
praca... oni zazdroszczą Kowalskiemu właśnie tego, że
on już nie musi udawać oddanego firmie pracownika, że
nie musi być obłudny, dwulicowy...
Ta reklama jest świetna w przekazie, bo spełnia nasze
oczekiwania co do wygranej, dużo osób przecież mówi
sobie – „jak wygram milion rzucę tę robotę w diabły, nie
będę musiał słuchać tego buraka”, prawda?...
A teraz odnieśmy to do nas samych, do tego jak
zachowujemy się w stosunku do ludzi, którzy są naszymi
szefami, czy nasze oddanie, uśmiechy, są szczere?
Pewnie czasem tak, pewnie trafi się na szefa, przy
którym nie trzeba być obłudnym, ale w większości
przypadków, posiłkowani własnym wysokim poczuciem
wartości (naturalnym), jesteśmy nieszczerzy, a więc
obłudni...
Uczniowie – zbliża się matura... czy podsyłanie
ładniejszych koleżanek bądź przystojnych kolegów na
studniówce do zajmowania się nauczycielami (znam
osobiście i widziałem na własne oczy takie przypadki),
nie jest w żadnym wypadku dwulicowe? Czy prezent
wręczony nauczycielce na koniec, ale jeszcze przed
maturą jest dawany ze szczerego serca? Tak, powiecie,
my naszą nauczycielkę bardzo lubimy i chcemy tak
właśnie podziękować... to dlaczego wcześniej nie daliście
jej tego odczuć...
Studenci - jak mój kumpel ma odebrać konkretną
propozycję wyjazdu na obóz integracyjny dla pierwszego
roku studiów zaocznych rzuconą już teraz? Jest wolny,
może jechać... powiedział, że pojedzie, jeśli ta
propozycja zostanie ponowiona 19 czerwca (czyli jeden
dzień po egzaminie ustnym)... wtedy dopiero przekona
się czy byli szczerzy i pojedzie jako cywil, a nie jako
osoba, od której coś zależy... nie wierzy im, według mnie
słusznie...
Sprzedawcy, hostessy uśmiechający się do klientów, bo
dzięki temu więcej można sprzedać... metoda 55...
uśmiech od piątek do piątek... handlowcy na szkoleniach
nie mogą iść wcześniej spać niż żony ich złotych
klientów, bo te muszą się dobrze bawić...
Przykłady zakładania futra raz w roku na Święto
Zmarłych, nieodklejanie ceny nowych butów w kościele,
by każdy widział ile kosztowały (kiedy się klęczy),
kupowanie samochodu, by sąsiedzi widzieli, chwalenie
się nowymi meblami (z podawaniem ceny) są
przykładami drobnomieszczaństwa, a niekoniecznie
obłudy...
Uprawianie seksu przed małżeństwem osób wierzących,
chodzenie do kościoła od wielkiego dzwonu,
obgadywanie jest grzechem, ale niekoniecznie obłudą...
dopiero, kiedy głośno zaczynamy wywyższać swą
religijność przed innymi stajemy się hipokrytami (kiedy
w rzeczywistości czynimy odwrotnie)...
Obłuda to nieszczere zachowanie – to pochlebstwo idzie
z nią często w parze, a nie grzech...
A zmierzam do tego, że każdy z nas jest obłudny... różni
nas tylko skala, bo ta może być mała lub ogromna... jeśli
nie mamy władzy, jeśli jesteśmy podwładnymi, jeśli od
drugiej osoby zależy co dla nas jest ważne (praca, ocena
na świadectwie, egzamin na studiach, spadek, pieniądze,
dobre stosunki, święty spokój)...
Osobiście staram się nie dostrzegać obłudy i widzieć w
ludziach szczere intencje, mimo, że często mnie
zawodzili, często sam miałem zbyt duże wymagania, ja
też
zawodziłem
innych... widzę,
dostrzegam,
obserwuję, ale nie chcę żyć w przeświadczeniu, że wokół
mnie są sami hipokryci... tak jest lepiej
Łatwo w internecie lub wśród kolegów mówić jakim się
jest otwartym, prawdziwym, szczerym, trudniej o to
samo w życiu... normalnym życiu...
Osobiście staram się nie dostrzegać obłudy i staram się
widzieć w ludziach szczere intencje, mimo, że często
mnie zawodzili... często sam miałem zbyt duże
wymagania, ja też zawodziłem innych... widzę,
dostrzegam, obserwuję, ale raczej nie chcę żyć w
przeświadczeniu, że wokół mnie są sami hipokryci... tak
jest chyba lepiej, choć na pewno nie prawdziwiej...
16 kwietnia 2005
Wspomnienie...
Nikogo nie ma na ścieżce, którą idziemy. Ta wije się
przez gęsty las. Dokąd idziemy, nie wiemy, pragniemy
uciec przed ludzkimi oczyma, najdalej, w gęstwinę lasu.
Wreszcie możemy trzymać się za ręce, tak mało jest nam
dane, nawet taka mała rozkosz, przyjemność dotykania i
delikatnej pieszczoty Twej ręki musi być skrywana. Ale
to już nieistotne, cicho, tak, aby nikt nie słyszał
rozmawiamy, nie wiem o czym, me myśli błądzą w
przyszłość, już chcę wtulić się w Ciebie, już chcę
zapomnieć, nie wiem, nie czuję, odpływam, pragnę. Kto
mi może tego zabronić? Tutaj nikt, tutaj zupełnie nikt!
Kątem oka dostrzegam małą polankę, skrytą pośród
drzew i krzewów. Idę pierwszy, by torować drogę przez
pajęczyny rozwieszone między drzewami. Siadamy pod
białą brzozą. Po chwili już leżymy, tak długo się nie
mieliśmy, tak długo musieliśmy czekać na ten dzień, by
pofrunąć w sobie ku niebieskiemu niebu. Już nic nie
mówimy, pędząca namiętność porywa nas swą siłą i
zapałem. Już nie jestem delikatny, nie mam sił czekać, by
zanurzyć się w Tobie, Ty oddajesz mi namiętne,
zachłanne pocałunki i błądzisz rozpinając mi spodnie,
zdejmuje Ci bieliznę i jestem, ciepło otula mnie całego,
poruszam się w Tobie szybko i szybko i tak też
przychodzi pierwsza fala porywająca Cię, przyciskasz
mnie do siebie. Uwielbiam to, wiem, że wtedy jest Ci
naprawdę wspaniale, me ciało ustaje pozwalając Ci
ochłonąć, czekam, by nieco ochłonąć.
Wysoka trawa zasłania nas całkowicie, naszych ciężkich
oddechów nikt nie słyszy i my nie słyszymy niczego
poza szumem lasu. Jestem w Tobie, jesteś gorąca, na
Twej twarzy czerwienią płoną policzki. Czyż można
chcieć więcej? Jak ktoś, kto zaspokoił pierwszy głód
uspakajam się i teraz już wolno poruszam się w Tobie,
byś doznawała większej przyjemności, me pocałunki, już
nienapastliwe obsypują Twe odkryte w miłosnym szale
piersi. Czuję się coraz większy, coraz potężniejszy, me
ciało jest coraz bardziej niespokojne, a Ty krzyczysz
cicho w pełni aprobując to, co z Tobą robię. Nagle
uderza fala ekstatycznej rozkoszy, moje zmysły rejestrują
jeszcze Twoją twarz, rozedrganą tysiącem elektrycznych
iskier przebiegających przez Twe ciało i zapadam w
niebyt… Mnie już nie ma, umarłem w Twych ramionach,
odkryłem świat, w którym jestem i chcę przebywać co
dzień i co noc…
20 kwietnia 2005
Banalna historia…
Kilka dni temu odwiedziła mnie koleżanka, chciała
małych korepetycji ze statystyki… siedliśmy,
przejrzałem i zrobiłem zadania, potem zacząłem z nią
rozmawiać na nieco luźniejsze tematy… pytałem o jej
synka, opowiadałem o swej pracy… w pewnej chwili
powiedziałem „A może przyszlibyście w następną sobotę
na grilla z Marcinem i Rafałkiem?”, w tym momencie
zobaczyłem w jej oczach łzy… „Co się stało?”, „Sławku,
my już ze sobą nie jesteśmy, od miesiąca”, „Jak to?”
Przez kilkanaście minut ze zdumieniem słuchałem, że
Marcin porzucił ją i ich dziecko dla swej koleżanki z
pracy…
A trzeba wiedzieć, ze był to związek dla mnie
wzorcowy… ona inteligentna, zasadnicza, ale
uśmiechnięta, a przy okazji zwyczajnie dobra… on,
wiecznie radosny, tryskający dowcipem, odpowiedzialny,
pełny energii, znali się od kilkunastu lat, byli dla siebie
(według mnie) stworzeni, po kilku latach bycia w
związku zaczęli razem mieszkać, po dwóch latach, kiedy
zaczęli pracować, postanowili się pobrać… piękny był
ich ślub, słońce, radość… tworzyli nowoczesny związek,
wyjeżdżali chętnie i często na narty, latem do Grecji czy
Hiszpanii, otwarci, radośni, pełni życia, zakochani w
sobie... po kolejnych dwóch latach urodził im się synek,
byłem go zobaczyć… idealna rodzina, on opiekujący się
nim, przejęty… zaczął pracować w Łodzi, ona pod
Częstochową, a mimo to widywali się często,
przyjeżdżał, ona jechała do niego… cudowny, wręcz
doskonały przykład drogi życiowej, w której zasada
miłość, kariera, rodzina idealnie się ze sobą przeplatają…
I koniec, separacja… banał, w jego życiu pojawiła się
kobieta, która postanowiła go mieć dla siebie i ma… nie
wiem, dlaczego jej uległ, nie wiem co się stało, może to
kwestia odległości, może determinacji tej trzeciej… nie
mam pojęcia…było to dla mnie ogromnym szokiem…
Rafałek ma dziś dwa lata...
Bo tak, patrzymy na czyjeś szczęście, widzimy je,
dokładnie, obserwujemy, rozmawiamy, nie dostrzegamy
rysy na związku… a potem dowiadujemy się, że nasza
wiedza była niczym i że nasz ideał przepadł w morzu
banału… ona, on i ta trzecia, co jej go zabiera… i jak tu
wierzyć w szczęśliwe zakończenia...
25 kwietnia 2005
Mężatki tez bywają wolne...
W niedzielny wieczór po raz kolejny przypomniałem
sobie „Dzień świra” a spośród wielu męskich
szowinistycznych zdań wypowiedzianych przez bohatera
jedno szczególnie wryło mi się w pamięć. Sens tego
zdania to „dlaczego o całym naszym życiu decydujemy
wtedy, gdy jesteśmy młodzi i głupi”...
Dziewczyna, młoda, dwudziestoletnia, zakochana po
uszy w swoim partnerze, on podobnie... w natłoku uczuć
decydują się być ze sobą całe życie lub (co zdarza się
częściej) spodziewają się dziecka... ślub, wesele, na fali
ogromnego uczucia, młodzieńczego, szalonego wchodzą
w świat dorosłości, odpowiedzialności za siebie i
dziecko, które się ma urodzić... obawa miesza się ze
szczęściem... dziecko się rodzi, dziadkowie zachwyceni,
pępkowe, chrzest... i opieka, ona wstaje do dziecka, on
pomaga, choć musi na siódmą do pracy, wszystko jest
pięknie, aż przychodzi zmęczenie... ona wie, że dla
dziecka musi wytrzymać ataki depresji, ból piersi, nocne
wstawanie... on stara się, ale w pewnym momencie
zostawia wszystko na jej głowie - nie ma siły (może nie
chce)... kto się będzie zajmował dzieckiem? Ty! Ja
jestem zmęczony... kto kąpie? Ty! Z Tobą ma lepszy
kontakt... kto wstaje? Ty! Ja musze wstać do pracy... i
dziesiątki innych „Ty”...
Do frustracji dochodzi w łóżku, pół roku
wstrzemięźliwości, a ją bolą piersi, poza tym nie chce, by
dziecko słyszało... a on często nie rozumie, że ona ma
mniejsze potrzeby seksualne...
Powoli drogi dwojga ludzi, zmuszonych do dorosłości,
zaczynają się rozchodzić... już na nią tak nie patrzy... już
jej tak nie pragnie, coraz częściej po powrocie do domu
bierze gazetę lub siada od razu przed komputerem...
gdzie te wyjścia, gdzie rozmowy (dziecko można
zostawić z rodzicami), imprezy z kolegami... Szarość i
codzienność rozświetlana tylko postępami dziecka
zaczyna dominować... smutne, nie???
Kiedyś napisałem, że kobieta musi mieć powód, by
zdradzać... niedocenianie, brak kontaktu z mężem czy
partnerem, niechęć do drastycznych zmiany, niedobrej
dla kobiety, sytuacji i życie z przyzwyczajenia to takie
powody... można rozszerzyć tą listę o bardziej drastyczne
elementy jak: bicie, znęcania się psychiczne, chorobliwą
zazdrość, zaborczość...w każdej z tych sytuacji kobieta
ma powód do zdrady, jej zdrada jest wytłumaczona (o ile
można tłumaczyć zdradę - nie bądźmy tak rygorystyczni
jak Emmanuel Kant)... popatrzcie, jak to zupełnie inaczej
wygląda ze strony mężczyzny...
„Utrzymanie” mężatki nie kosztuje zbyt wiele, nie
pójdziemy z nią do kina, do teatru, do restauracji, bo ta
boi się, by jej nikt nie zobaczył (nie mówimy o
wyrachowaniu, ale o zakazanym owocu)... umawiamy się
rzadko, wyjeżdżamy za miasto, na odludzie, by tam
cieszyć się sobą... spotkania są najwyżej kilkugodzinne,
często nerwowe (kochankowie pragną tego spokoju), ale
intensywne... po jakimś czasie zakazana miłość staje się
dla nich narkotykiem, chcą coraz więcej, bo coraz lepiej
się ze sobą czują, ona bez kłopotów, mogąca powiedzieć
mu wszystko, czująca się bosko w jego ramionach...
spotkania zastępowane są przez telefony (kiedy mąż jest
w pracy), maile, długie, często buchające erotyzmem,
omijają one temat męża (kochanek nie powinien
krytykować męża, to jej zadanie!)... wszystko to potęguje
uczucie rozdarcia kochanków i prowadzi niemal zawsze
donikąd... sytuacja się przeciąga w czasie, zaczynamy
tęsknić, czekać, być zazdrośni, męczyć się... no bo co
robić? Powiedzieć mężowi? Zostać z facetem? Po co? Na
co? A co jeśli stanie się taki sam, jak ten, którego
zdradzam? Dobrze mi z nim jak w niebie, ale... A
dziecko - co z nim? Rozwód? A może mąż się zmieni? A
może...
Dlatego decydując się na taki romans musimy wiedzieć
jedno – w razie wpadki to my zostajemy na lodzie, bo
kobieta (z dzieckiem) niezwykle rzadko wybiera
kochanka jako przyszłego partnera, najczęściej wpadka
oznacza definitywny koniec kontaktów (zasada pierwsza
– nie zakochuj się)...
Taki romans zawsze polega na dawaniu tego, czego
kobieta nie ma we własnym domu... tak, drodzy żonaci,
jeśli chcemy, by nasza wybranka była nam wierna, po
prostu dbajmy, by dostawała to, czego od nas chce... to
naprawdę niewiele...
04 maja 2005
Jestem samotny i co z tego…
Czy ktoś samotny może być zadowolony z życia… ależ
oczywiście, wszak świat nie polega na tym każdego dnia
męczyć się wizją zjedzenia nas przez koty lub psy
(„Dziennik Bridget Jones”)… popatrzmy na samotność
jako wolność, nieskrępowanie niczym, a przede
wszystkim nikim… nie muszę sprzątać dla kogoś
(najwyżej dla siebie), gotować dla kogoś (chyba, że ktoś
lubi spędzić kilka godzin w kuchni, by zjeść w ciągu
kilku minut niekoniecznie dobry obiad), prasować
spodni, bo i tak będą potrzebne tylko na sobotę, mogę
siąść przed telewizorem z michą pełną chipsów i piwem
w ręce i nikt nie będzie nam mówił, bym nie kruszył
(albo, że wyglądam jak tucznik)… oglądam co mi się
żywnie podoba, słucham mojej muzyki (nikt nie mówi,
że nie może słuchać już tych smutów)…
A towarzystwo? Zawsze mam towarzystwo… wszak cała
rodzina chce mnie wyswatać, w związku z tym zaprasza
na imprezy, na których przypadkowo jest także
trzydziestoletnia samotna… całkiem przypadkiem
dostaję miejsce przy niej i cały czas zmusza się mnie
bym się nią opiekowali… i nie szkodzi, że mi się nie
podoba, że opowiada tylko o pracy bądź o swej kotce…
na ten wieczór samotny nie jestem, a takie wieczory
zdarzają się co tydzień…
W dni powszednie mam grupę wypróbowanych
„przyjaciół” (są przyjaciółmi wtedy, gdy mamy wolną
chatę – czyli prawie zawsze - i czas na imprezę)… to ci
sami, którzy udzielają się w reklamach telefonów
komórkowych i chipsów… zawsze przychodzą z paroma
wyzwolonymi seksualnie, które zostają na jedną
niezobowiązującą do niczego noc…
Czy jest coś czego nie ma?
Dzieci? Jakie dzieci? Mam czas, młody jestem, sport
uprawiam, w piłkę gram… jak mi się znudzi takie życie
to znajdę sobie jakąś (mało to samotnych i
rozżalonych)…
Miłość? A co to jest miłość? Jakaś głupia chemia, co
wkłada cię w kierat obowiązków, a po dwóch latach nie
istnieje, bo żona ci się znudzi, dzieciak swym wrzaskiem
doprowadzi do rozstroju nerwowego, a każda młodsza i
atrakcyjniejsza kobieta będzie patrzeć czy nie masz na
palcu obrączki…
A tak, jak mam dość kobiet, to zapraszam kumpla,
pijemy do białego rana i rozmawiamy o piłce i
dziewczynach…
W każdej chwili mogę pojechać do Warszawy, Katowic,
na Równicę, nie muszę się przed nikim tłumaczyć, prosić
o pozwolenie… na miejscu znajdzie się jakieś
towarzystwo przy barze… wystarczy pomachać
kluczykami, zamówić drinka i osiemnastoletnia
podfruwajka w imię buntu przeciw rodzicom pójdzie z
tobą za kasę albo i bez… a ona zna takie sztuczki,
których w życiu swej żony być nie nauczył… niech się
podnieca tym, że właśnie przespała się z wiernym swej
dziewczynie facetem i właśnie ona sprawiła, że „uległ”…
Albo inaczej – dam się jakiejś kobiecie, co myśli, że
zdobywa, i niech rzuca mnie potem w diabły z
przeświadczeniem, że mnie wykorzystała, bo jej
mówiłem o miłości od pierwszego wejrzenia…
***
Popatrzcie jak łatwo pomyśleć o sobie w takich
kategoriach, jak łatwo powiedzieć sobie – „używaj życia
chłopie, jest jeszcze tyle panienek do… a każda
ładniejsza i odważniejsza”… Dlaczego możemy tak
myśleć? Dlaczego coraz więcej mężczyzn dąży do
takiego modelu bezstresowego faceta, co jak truteń lata
przynależność zapyla, a potem na inny kwiatek… Może
dlatego, ze istnieje „przynależność stadna pozwalająca na
lepsze samopoczucie, tworząca wydumane ideały, która
jest przykrywką pozwalająca na przekraczanie granic...” wspaniałe zdanie, wspaniałe… ale to temat na zupełnie
inną opowieść…
18 maja 2005
Uwaga – to prowokacja!...
Czasem myślę, że do korzystania z internetu i
uczestniczenia w różnego rodzaju forach powinno
uprawniać swoiste prawo jazdy. Otóż już dawno temu
przeczytałem komentarz, który brzmiał „Ja Owsiakowi
nie dałabym grosza”. Rozpętała się potem dyskusja z
ponad dwustoma głosami to sprzeciwu to poparcia, po
czym autorka z rozbrajającą szczerością stwierdziła
„Widzicie jacy głupi jesteście, ja tylko żartowałam, a Wy
daliście się wkręcić”...
Zastanowiłem się wtedy, kto jest głupszy i czy
zaistnienie w sieci musi oznaczać posługiwanie się
takimi
metodami
(ewentualnie
całkowity
ekshibicjonizm)... zobaczyłem też wtedy jak często
ludzie posługują się populistycznymi lub plotkarskimi
informacjami, by podeprzeć swoje absurdalne
stanowisko...
W poniedziałek mogłem to skonfrontować z kilkoma
zdaniami na temat seksu wygłoszonymi w filmie
„Kinsey”... na przykład: seks oralny prowadzi do
niepłodności... albo samochód prowadzi do rozpusty...
albo onanizm to choroba... tak, to są zdania z
amerykańskiej
książki
uświadamiającej
z
lat
pięćdziesiątych...
Ale wracajmy... największym paradoksem internetu jest
to, że pisząc prawdę odbierani jesteśmy jak manipulator,
prowokator... dla kogoś kompletnie nieprzygotowanego
na taki stan rzeczy może to być jak zetknięcie głowy z
betonem po upadku z szóstego piętra... no bo opisujemy
rzeczywistość – czasem szokującą, którą chcemy się z
kimkolwiek podzielić (na przykład, że cynicznie
zdradzamy od wielu lat) i trafiamy na osoby, które nam
nie wierzą, sądząc, że robimy to jedynie po to, by się
pokazać w sieci... tak jakby był to szczyt marzeń i
aspiracji życiowych...
Wielokrotnie już pisałem, że jeśli chce się zaistnieć w
taki sposób najlepiej pisać na temat seksu,
homoseksualizmu, dewiacji, perwersji, łamania tabu...
ludzkie życie codzienne jest nudne, ciekawy jest tylko
jego drugi, ukryty, niewidoczny świat... Ileż osób tak
robi?
Strona autora... nie mogę pokazywać swej twarzy, bo
kiedy odkryję się całkowicie to mnie skrzywdzą, ktoś
doniesie moim sąsiadom, rodzinie, znajomym, że nie
jestem etyczny, że nie podporządkowuję się
obowiązującym zasadom, mogę stracić pracę, bo to nie
wypada, mogę być szykanowany, może komuś nie
podobać się to, co piszę i zorganizuje przeciwko mnie
krucjatę...
A teraz z drugiej strony... jako odbiorca nie mamy
podstaw, by wierzyć komuś kto podpisuje się jedynie
nickiem, kto może nie istnieć, boimy się tego, że ktoś nas
oszuka, że ktoś nami będzie manipulował, ale... W swej
internetowej przygodzie wyznawałem zawsze zasadę
według której wierzę w słowo pisane, nie przyjmuję pod
uwagę emotów, mrugnięć, nie czytam między linijkami...
Uznaję, że będąc odbiorcą oceniam to, co widzę i nie
chcę się domyślać „co poeta miał na myśli”... może to
być wspaniałą zabawą, owszem, ale czas przy
komputerze nie służy kluczeniu poprzez zaułki myśli
innych osób, szczególnie jeśli nie ma się pojęcia o ich
życiu, wyborach, doświadczeniach... autor może się mną
bawić, może mnie wkręcać, ale ja pisał będę to, co myślę
i nie przyjmuję na koniec słów „Mamy Cię!”...
Kim jestem? Może tylko gram intelektualistę, a jestem
studentem socjologii? Może jestem kobietą - feministką,
która w ten sposób chce garstkę ludzi przekonać do
swych wizji. Może poprzednio byłem Weroniką, a potem
skupiłem się tylko na sobie jako Sławku? Może mam
dwójkę dzieci i żonę i mam 25 lat? Może jestem
czterdziestolatkiem z bujną wyobraźnią? Może
nastolatkiem kopiującym cudze pomysły...Jak łatwo
zasiać ziarnko niepewności...
Mogę się nazywać Kowalski, Nowak, Malinowski... to
nie ma znaczenia, żadnego... za jakiś czas mnie nie
będzie, a życie będzie toczyło się dalej... chcę się
podzielić sobą czy pobawić Wami?...
25 maja 2005
Po co zdobywać niedostępną twierdzę?…
Nie ma twierdz niezdobytych, są tylko źle atakowane…
czy to prawda? Owszem, mogę myśleć w swej
naiwności, że jestem tak silny, piękny, przystojny,
wspaniały, że żadna mi się nie oprze, ale przecież to
nieprawda. Każdy kto myśli w ten sposób jest chyba
wychowany na brazylijskich telenowelach… ja nie
jestem…
Zawsze kiedy mijam piękną kobietę mówię do siebie
cichutko „coś wspaniałego”, kocham patrzeć, kocham
obserwować, uwielbiam, kiedy mam możliwość patrzeć
pięknej kobiecie prosto w oczy (a miewam często i
wykorzystuję to aż nadto), niestety gorzej, gdy przejść
należałoby do czynów… czy mam cokolwiek robić, by ją
w jakiś sposób zdobyć?… wtedy też rodzą się
wątpliwości – Warto? Po co? Przecież już dawno jest
pewnie zajęta. Jak przed kupnem luksusowej rzeczy
(przepraszam za porównanie, ale coś w tym jest)
zastanawiamy się czy nie wystarczy nam samo jej
podziwianie… ktoś inny mógłby powiedzieć „przecież w
domu już mam takie coś, owszem, sprawuje się nie
najlepiej, ale nie chcę jej przecież na razie wymieniać,
tym bardziej, że utrzymanie nowej „zabawki” kosztuje
dużo drożej niż próba „remontu” starej…”
W ten sposób osoba (kobieta lub mężczyzna), są de facto
uprzedmiatawiani, ale to jest raczej nieszkodliwe – wręcz
często myślę, że nam pochlebia… bo czyż jest
przyjemniejsza chwila od tej, kiedy piękna kobieta
odwzajemnia nam uśmiech, kiedy z nami rozmawia,
kiedy widzimy, że właśnie jej się podobamy? To samo z
drugiej strony… Chyba nie ma człowieka, który nie
chciałby raz choć w życiu poczuć się Don Juanem,
Casanovą, Antonio Banderasem, Bradem Pitem, Paolo
Maldinim (Monicą Belluci, Nicole Kidman, Anastacią)…
Wracając - nie zawsze chcemy sobie pozwalać na luksus
posiadania nadzwyczaj pięknej kobiety, bo wystarcza
nam jego substytut w postaci samego jej wizerunku… a
skąd takie zdanie? Hmmm… 99,99999% kobiet, które
mijamy i nam się bardzo podobają nigdy nie będą
naszymi, więc chyba nie ma sensu przejmować się i
walczyć, starać się o kogoś, kto jest poza naszym
zasięgiem… w imię męskich ambicji można się puszyć,
imponować, machać kluczykami lub plikiem banknotów
tylko na dobrą sprawę nie wiadomo po co?
Przecież piękna kobieta ma poczucie tego, że jest piękna
i wie doskonale, że przede wszystkim patrzymy na nią
jak na atrakcyjną zdobycz… dlatego jeśli nawet da nam
nadzieję na co zbliżonego do związku to stawia
proporcjonalne do urody warunki… a jeśli ich nie
spełnimy to ona zawsze znajdzie sobie zmiennika… taka
zmienność pozycji trwa aż do momentu, kiedy ona
zorientuje się, że wszyscy ci wspaniali faceci w swych
błyszczących maszynach to nic innego jak zgraja
napalonych samców i wybierze kogoś łysiejącego lecz
statecznego…
Nie chciałbym się bać, że pewnego dnia moja
wspaniałość
–
Wenus,
fizyczne
ucieleśnienie
wszystkiego co najlepsze pozwoli zdobyć się innemu…
A teraz z drugiej strony - jeżeli atrakcyjny facet zdobył
nadzwyczaj piękną kobietę to czuje się silny… osiągnął
to, do czego dążył, ma kogoś, kogo zazdroszczą mu
wszyscy koledzy, może sobie powiedzieć „to moja
dziewczyna, ja z nią śpię, jestem gość!” to w momencie,
kiedy ona zaczyna stawiać warunki (a on już ją ma)
myśli sobie „a po co mi kłopoty, przecież skoro
zdobyłem ją to zdobędę następną – równie piękną, a
mniej pyskatą”… jeśli dotrwają do małżeństwa z takich
właśnie facetów jest najlepszy materiał na zdradzających
mężów, którzy w innym mieście mają wynajęte wspólnie
z kochanką mieszkanko z jacuzzi...
Piękno, pieniądze, łatwe, zabawowe życie demoralizują… bardzo łatwo pięknej kobiecie rzucić się
w wir „wielkiego świata”… znam (na razie) jedynie dwie
dziewczyny, które mimo swej nadprzeciętnej urody
pozostały sobą i nie dały się facecikom w BMW i
nażelowanym fircykom… są dla mnie pewnego rodzaju
ideałem kobiety łączącym inteligencję, mądrość życiową
i urodę… i tylko dlatego zaliczają się do moich bliskich
znajomych…
Wyjeżdżam,
wprawdzie
plany
były
bardziej
dalekosiężne, ale w wirze pracy czasu starczyło jedynie
na agroturystykę we Włodowicach na Jurze, będzie
pięknie… do poczytania w poniedziałek…
30 maja 2005
Ja i moja dziewczyna...
Nie ma na świecie piękniejszej istoty niż moja
dziewczyna... budzę się przy niej i jest mi tak
przyjemnie, bo jest dla mnie ostoją na ciężkie dni w
pracy... wstaję z łóżka i myślę o tym, jak wspaniale
będzie wrócić po ośmiu godzinach do domu i posłuchać
co mi ma do powiedzenia o swej pracy... ugotuję obiad,
by jej nie męczyć takimi rzeczami...
Potem pójdziemy razem na przedstawienie najnowszą
premierę w naszym teatrze... nie przepadałem za teatrem,
ale ona spowodowała, że zrobię to specjalnie dla niej...
Jesteśmy ze sobą dziesięć lat, tak chciałbym być już jej
mężem, ale ona nie chce, często mówi, że za wcześnie na
wiązanie się, na dzieci, wszak mamy jeszcze czas... nie
chcę na nią naciskać...
Zaczęliśmy mieszkać ze sobą cztery lata temu, zawsze
było i teraz jest wspaniale, jest wyrozumiała, kochana,
śliczna, czuję się przy niej wspaniale i nie wyobrażam
sobie życia bez niej...
Dzisiaj w pracy zdenerwowałem się na Mariolę...
pracujemy razem już od pół roku i wciąż patrzy na mnie
tak jakoś dziwnie... a dzisiaj, kiedy zwróciłem jej uwagę
na zbyt krótką spódniczkę, powiedziała „Lubię tak” po
czym pochyliła się nade mną i szepnęła do ucha „A Ty
jak lubisz?”. Musiałem ją zrugać, żeby zabrała się do
roboty. Ona myśli, że każdego faceta można omotać,
zdobyć, a ja przecież kocham moją Kasię i Mariola
doskonale o tym wie... nie rozumiem więc dlaczego robi
coś takiego jak dzisiaj... wprawdzie Kasia stale mi mówi,
że jestem cudownym, przystojnym, rozumiejącym
potrzeby kobiet facetem, ale nie mam pojęcia dlaczego
Mariola tak mnie prowokuje... według moich kolegów
jest bardzo atrakcyjna, a sama kiedyś powiedziała patrząc
prosto w moje oczy, że ze mną to (tu nie dokończyła,
więc nie wiem co), ale to chyba nie było zbyt dobre dla
mojego związku...
Ja jestem z Kasią i Mariola mnie nie interesuje... kiedyś
powiedziałem Kasi o tej Marioli, wybaczyła mi, ale
poprosiła, bym więcej tego nie robił, bym nie
prowokował koleżanki z pracy, bo kobiety są słabe, a
mężczyźni tacy jak ja chcą je tylko... chciałem
wytłumaczyć, że właściwie to ja jej nie prowokuję, tylko
ona, ale Kasia szybko zmieniła temat i poprosiła, byśmy
więcej nie wracali do tej przykrej dla niej sytuacji...
Lubię z Kasią oglądać mecze... jest przy tym tak
zabawna... ostatnio kiedy trwał mecz Liverpool – AC
Milan przez cała połowę pytała na czym polega spalony,
a ja jej to tłumaczyłem, za nic nie mogła pojąć, śmieszne,
co? Wprawdzie nie oglądałem przez to żadnej trzech
bramek Liverpoolu, ale przecież są ważniejsze rzeczy niż
jakiś tam mecz... karnych nie oglądałem - musiałem
zmywać naczynia, ale słyszałem, że Dudek obronił dwa...
dobry bramkarz... pokażą jeszcze pewnie kiedyś w
powtórce to zobaczę...
Nie chodzę już z kolegami do pubu na mecze, bo oni
jacyś dziwni są, mają żony, a wciąż oglądają się za
barmanką, żartują niedwuznacznie, uśmiechają się do
niej, pytają kiedy kończy, mówią, że jest piękna, że takiej
z łóżka by nie wyrzucili (co za okropny żart, przecież
mają żony!)...
A ja cenię w kobietach wyłącznie wnętrze, to, żeby
można było z nimi porozmawiać o Rousseau,
współczesnych trendach literatury, pośmiać się z
dowcipów, pójść do moich lub jej rodziców,
porozmawiać o przyszłości, o dzieciach (Kasia wtedy
milknie lub szybko wychodzi do kuchni)... kobieta
piękna jest tylko tak jak Moje Kochane Słońce wnętrzem,
jego bogactwem i różnorodnością... wręcz myślę, że
idealnie trafiłem ze swoją połówką jabłka i nie
zamieniłbym się za nic...
03 czerwca 2005
Związek?...
- A może zaproponujesz mu, byśmy stworzyli taki gorący
trójkącik?
- Skąd ten pomysł? Zazdrościsz mu i nie chcesz się z
nikim dzielić? Ale zapytam go jak chcesz...
Kamila wiedziała, że teraz on ją testuje, sprawdza, czy
ona go kocha... sama uważała, że ten, który od kilku
miesięcy utrzymuje ją za kilka tysięcy miesięcznie na
swój sposób kocha ją, zależy mu na niej, mimo, że są
tylko sponsorem i podmiotem sponsorowanym... nie
miała pojęcia, czy tak istotnie jest, domyślała się, a poza
tym było jej dokładnie obojętne, czy tak jest... przeżyła w
swym życiu dużo... przestała wierzyć w miłość, bo po
wielkim zauroczeniu pozostał tylko ból i ukochane
dziecko, które dzięki Piotrowi mogła częściej widywać...
W porównaniu do mężczyzn, z którymi się do tej pory
spotykała ten był nieco inny, zastępca prezesa dużej
firmy w Opolu, łagodny, świetny w łóżku i bogaty...
kiedy kilka miesięcy temu nieco nieśmiało zaproponował
jej ten układ miała do wyboru – albo siedzieć kilkanaście
godzin w pracy i nie widzieć właściwie swego synka,
albo prowadzić w miarę bezpieczne życie będąc jego
kochanką – pogotowiem seksualnym... i nie żałowała
tego, bo dzięki niemu miała nowszy komputer, prawo
jazdy, mogła iść na studia na Uniwersytet Opolski...
wiedziała, że koleżanki wyzywają ją od najgorszych, ale
jej to nie obchodziło... zawsze przyzwyczajona była do
życia w biegu, jeszcze rok temu związana była z facetem,
którego zamknęli za narkotyki... miała wtedy mnóstwo
kasy – główny sponsor Opola, jak o sobie myślała, częste
wyjazdy w góry, seks... aż faceta zamknęli a ona sama
została zmuszona, by się ukryć przed jego kolegami na
kilka miesięcy... szczęście, że rodzice zajęli się
dzieckiem... kiedy wyszła z ukrycia nie miała niczego i
wtedy pojawił się Piotr... kiedyś pracowała w agencji
towarzyskiej jako barmanka, choć wielu klientów i jej
własny szef chciał w niej widzieć usługodawczynię – nie
pozwoliła nikomu wbić się w tę profesję... a teraz, cóż...
z ideałów nie da żyć... a przecież ona zawsze kochała żyć
i uwielbiała seks... Sama dobierała sobie mężczyzn, to
ona rzucała, a potem wysłuchiwała żalów, jaka to jest
podła i bez serca...
Z Piotrem było tak samo, niby to on był silny, bogaty,
niby to ona miała zależeć od niego, a owinęła sobie go
dookoła palca i prowokowała... a on mógł tylko jej
powiedzieć – „w tym miesiącu sama sobie płacisz za
studia”... i co z tego, skoro w końcu i tak sam za nie
płacił... Jedyne co miała robić to być dyspozycyjna,
kiedy miał na to ochotę, kiedy znów ucieknie od żony w
jej ramiona i kochać się będą w wynajętym przez niego
pod Opolem mieszkaniu z ogromnym łożem... traktowała
to jak pracę, z której czerpała maksimum przyjemności...
Był zazdrosny o każdego faceta w jej otoczeniu a ona
bawiła się tą zazdrością... teraz poszło o jej kolegę z
grupy ćwiczeniowej, który wysyłał jej listy na maila i
którego podrywała od samego początku semestru...
specjalnie powiedziała o nim Piotrowi, by zobaczyć jak
ją ukarze... lubiła to...
06 czerwca 2005
Urok wieczorów kawalerskich...
W sobotę byłem na typowym kawalerskim wieczorze...
typowym pod każdym względem... dwudziestu chłopa,
wóda, piwo, striptease... ale po kolei...
Właściwie trudno chodzić do kogoś, kogo prawie się nie
zna, ale wspominany już tu kilkukrotnie Sosna sam uparł
się, abym był, a pewnym osobom się nie odmawia...
zresztą potrzebowałem odmiany i totalnego „upodlenia
się” (o ile to możliwe, jeśli następnego dnia idzie się na
ósmą do pracy), więc długo się nie wahałem...
Deszcz nieco chłodził zapał biesiadników w mordowni
na Ułańskiej, ale Pudelsi, Sex Pistols i Napalm Death, a
przede wszystkim rozmowy o piłce (wszak dołożyliśmy
Azerom) od razu rozbujały towarzystwo... na samym
początku „pogadałem” z nieśmiertelnym Stefanem gdyby ktoś kiedyś zabłądził w okolice Ułańskiej nie
radzę się z nim wdawać z nim w dyskusję – jest to chyba
najbardziej upierdliwy gość na Stradomiu... podchodzi do
ciebie i mówi „a ty skąd jesteś?”, bez względu na to, czy
kogoś zna czy nie... taka krzywa nawijka, by zagaić
rozmowę... jest współwłaścicielem a jednocześnie stałym
bywalcem tej knajpy, siedzi tam od rana do nocy...
chciałoby się powiedzieć, że pilnuje interesu... hmmm...
też chciałby tak pilnować...
I nagle okazuje się, że wszyscy się znają (dodam, że ja
mieszkam obecnie nieco bliżej centrum Częstochowy niż
mieszkałem kiedyś i wiele kontaktów się pourywało)...
jestem wzrokowcem... pamiętam twarz, nie pamiętam
osoby i okazuje się nagle, że wielu, których spotykałem
nawet w mojej pracy jest z mojej dzielnicy... śmieszne...
Na imprezach tego typu nie lubię jednego – rozmów o
pracy – wprawdzie o niektórych jej szczegółach
rozprawiać mógłbym godzinami, ale kiedy ktoś mnie
pyta – „Sławek, a jaki będzie kurs euro za dwa
miesiące?” albo „Powiedz, gdzie się reklamować, bo
widzisz, ja handluję (tu pada nazwa produktu) i nie wiem
co robić, żeby więcej sprzedać” to dostaję białej
gorączki... najchętniej odpowiedziałbym, żeby się
powiesił – wtedy klienci wdzięczni za uwolnienie ich od
niego więcej kupią...
Gwoździem programu była stripteaserka, wynajęta
specjalnie przez aktyw imprezy... przyszła, poruszenie na
sali... gdyby kręcono polski remake „Łowcy androidów”
(kultowy film z Harrisonem Fordem i Rutgerem
Hauerem) mogłaby bez zbędnej charakteryzacji grać
androida – zarówno w damskiej jak i męskiej wersji...
była tak sztywna, tak obojętna na wszystko jakby
naprawdę zamiast układu krwionośnego miała rząd
kabli... stanąłem sobie z Sosną przy drzwiach, patrzę,
chłopaki się bawią na całego, jeden wskoczył do niej na
ławę i podryguje, ta go scenicznie wyćwiczonymi
ruchami rozbiera gibając się bez uśmiechu... młodszym
się podobało, ja patrząc na to ciało bez krztyny erotyzmu
(za to z dużym tatuażem na ramieniu) nagle zdałem sobie
sprawę, że mnie to kompletnie nie rusza! Czyżbym
zbliżał się niebezpiecznie do opcji homoseksualnej, no
nie, bez żartów... ja tam nie wiem, co kobiety widzą w
facetach, twarde toto, owłosione, brrr... nigdy... na
szczęście w chwilę potem przypomniałem sobie wizję
mokrego białego podkoszulka pewnej dziewczyny, z
którą widziałem się kilka godzin wcześniej... jaka ulga...
Nie widzieliśmy z Sosną występu do końca, wyszliśmy
zaczerpnąć świeżego powietrza, uznając też, że chyba za
starzy jesteśmy na oglądanie i podniecanie się widokiem
panienki, której głównym marzeniem jest skończyć,
zainkasować i do następnego klienta... mogę zrozumieć,
że panienki może nie bawić taniec przed napalonym
tłumem, ale wychodzę (i zawsze wychodziłem) z tego
założenia, że z pracy powinno się brać maksimum
przyjemności, jeśli się ją już wybrało... widzieliśmy
jeszcze jak „gwiazda” wsiada do audi w towarzystwie
strażników jej interesu i odjeżdża w siną dal nietknięta
przez przyszłego pana młodego, który powiedział, że
zbyt kocha swą przyszłą żonę, by kogokolwiek innego
dotykać... może to mało rozrywkowe, wszak to ostatnia
sobota, ale przyjemne...
Wracałem do domu przed drugą z poczuciem nadzwyczaj
przyjemnie, a przede wszystkim inaczej spędzonego
czasu... następnego dnia byłem znowu grzeczny, chociaż
niezupełnie...
08 czerwca 2005
Ostrzeżenie o zagrożeniu terrorystycznym…
Niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że największe
zagrożenie terrorystyczne czyha w naszych domach…
czai się ono pod postacią małych lub nieco większych
istot rodzaju męskiego lub żeńskiego… dowody tej
działalności przedstawiam poniżej…
Ponoć pewna młoda, pracująca matka w jednym z
częstochowskich marketów została zmuszona do
kupienia terroryście opakowania Merci słowami „Kup,
bo jak nie kupisz to powiem babci, jak w kuchni
całowałaś siusiaka tatusia”…
Inny przykład wymuszania codziennych okupów wiąże
się z kilkuletnią dziewczynką, która pod groźbą
całodziennego ryku zmusiła mamę do kupowania
opakowań mentosów…
Przekaz ustny głosi, że 12-letni młodzieniec wrócił do
domu i zagroził mamie, że nie będzie jadł, mył się i
sprzątał dopóki ta nie kupi mu telefonu komórkowego z
możliwością fotografowania, kolorowym wyświetlaczem
i dzwonkami polifonicznymi za jedyne 700 złotych…
matka bezskutecznie usiłowała dojść z nim do
kompromisu zmierzającego do weryfikacji żądań… jego
podstawowym argumentem było to, że taki właśnie
aparat ma kolega z klasy…
Z kół zbliżonych do kościelnych donosi się o masowym
kupowaniu dla młodych terrorystów-komunistów w
zamian za względny spokój komputerów, laptopów lub
co najmniej dawaniu pieniędzy na operacje nosa lub
uszu…
Doszło już ponoć do sytuacji, w których sami rodzice
nauczeni doświadczeniem kupują lub dają pieniądze na
wyżej wymienione przedmioty i usługi… w ten sposób
unikają (według własnej opinii) starć i następnych żądań,
co okazuje się niestety nieprawdą, gdyż terroryzujący
często im więcej dostają tym więcej chcą…
Czy można walczyć z tą falą nadużyć? Dotychczasowe
doświadczenia wskazują, że istnieje kilka metod na
zmniejszenie zjawiska poprzez rozmowę, opiekę i tak
zwaną miłość rodzicielską lub na przykład czytanie
dzieciom przed snem książeczek, a nie sadzanie ich przed
„Krową i kurczakiem” z Cartoon Network…
Często jednak te działania zamieniane są na wysyłanie
dzieci na lekcje tenisa, naukę angielskiego, baletu… ta
strategia może jednak obrócić się przeciwko rodzicom,
bo po kilku latach lekcji może dziecko na złość na może
gorzej grać w tenisa niż syn (lub córka) naszego
sąsiada… po angielsku umie tylko wieloznaczeniowe
słówko „fuck”, a na balety chodzi owszem, ale chyba im
nie o takie chodzi…
Mając terrorystę w domu można z nim postępować
łagodnie (ulegle) lub się jemu sprzeciwiać… pierwsze
powoduje całożyciowe zmagania z niespełnionymi
nadziejami i wypłacanie comiesięcznych haraczy… to
drugie podejście skutkuje zwykle po jakimś czasie tym,
że córka, wysłana na studia, wraca po roku ze znacznie
powiększonym obszarem podsercowym… syn zaś
marnotrawi nasze ciężko zarobione pieniądze na panienki
nienajlżejszych obyczajów i za nic nie chce nam dać
wnuka… dobry chłopak był i mało pił… jak mamy
szczęście to nic nie wiemy i dopiero po latach z
przypadkowo puszczonego wideo u kolegi (w czasie
zakrapianego suto spotkania) dowiadujemy się jak nasza
córka jest rozwinięta – i że pali papierosy... albo trafiamy
na prowadzony przez nią blog, na którym opisuje swe
nadzwyczaj bujne życie ze starszymi, żonatymi
facetami…
A może ich nie mieć… nie mieć terrorystów w domu
wcale… piękny pomysł… tylko po co wtedy żyć i co po
nas zostanie…
10 czerwca 2005
Pierwsza noc...
Jechaliśmy rowerami po ulicy Szadoka na pagórek z
widokiem na ligockie lasy poprzecinane torami
kolejowymi... była piękna, jej jasne rudawoszare włosy
lśniły w słońcu zakrywanym co jakiś czas chmurami...
patrzyliśmy na siebie i rozmawialiśmy, nie wiem o
czym... zapatrzyłem się w nią i myślałem tylko, że za
tydzień jej już nie będzie, a po jej powrocie zmieni się
wszystko, łapczywie chwytaliśmy te chwile nam dane...
ostatnie dni bezpowrotnie tracone... zachmurzyło się,
spadły pierwsze krople deszczu... skryliśmy się pod
mostem kolejowym... „Wiesz, tak chciałem byś jutro
przyszła, skoro nie możesz, rozumiem”... „Przyjdę...”
„Jak to?’, „Zdecydowałam się przed chwilą, przyjdę, dla
siebie, dla Ciebie, dla nas, cokolwiek to znaczy”...
Kolejny dzień to dzień oczekiwania... na wieczór...
magiczny, czarodziejski... marzyłem o nim od wielu
miesięcy, bez łapania chwil, bez pośpiechu, bez patrzenia
na zegarek... ja i ona...
Półmrok pokoju, lampka dająca blade światło na jej
twarz, czerwone wino... i muzyka... Lista Przebojów
Trójki, ta, która słuchałem od osiemnastego notowania,
która kształtowała mnie, przy której zawsze przeżywałem
najistotniejsze chwile mojego życia... teraz nie słuchałem
jej wcale... mój wzrok był utkwiony w nią... moją miłość,
kobietę, którą kochałem całym sobą, za którą tęskniłem
każdego dnia rozstania, z którą potrafiłem rozmawiać i
którą uczyłem sztuki miłości od samych postaw...
Czułem się wtedy tak pięknie, tak wspaniale, upojony
chwilą całkowitej jedności dusz i ciał, bo czy może być
piękniejsza chwila dla mężczyzny niż ta, kiedy kobieta
mówi „Chcę się z tobą kochać, chcę z tobą być, chcę byś
zrobił to teraz”?
Przyzwyczajony już byłem do tego, ze musi być w domu
około dziesiątej... spacer do jej domu się przedłużał,
szliśmy zawsze wolno, wydłużając chwilę do rozstania w
nieskończoność... teraz też miało tak być...kiedy po
dziewiątej powiedziała „Mam dla Ciebie niespodziankę
na literę Z”, nie wiedziałem o co chodzi - „Zostaję”...
Pamiętam z tego wieczoru i nocy wiele, Edytę Górniak
na pierwszym miejscu Listy, nie zapomnę też blasku jej
niebieskich oczu, zawsze nosiła szkła kontaktowe a kiedy
je zdjęła po raz pierwszy ujrzałem źródło tej siły, która
mnie do niej ciągnęła, to było cos niesamowitego,
magia... wszystko co działo się tego wieczoru było
zamglone, tak, jak gdybyśmy jedynie śnili wspaniały
magiczny sen...
Kochaliśmy się tej naszej nocy długo, a kiedy
wyczerpani zasypialiśmy przy sobie wtuliłem się w nią i
położyłem rękę na jej piersi, pragnąc nigdy się nie
obudzić...
***
Lubię to króciutkie opowiadanie... jest dziwne, bez treści,
ale za to z ogromnym ładunkiem emocji... emocji,
których teraz mi czasem brakuje...
20 czerwca 2005
Koniec bez początku niczego innego...
Wyjechała... piątek był dniem, w którym wszystko się
zmieniło... pierwszy raz wtedy poczuł nieuchronność
upływu czasu... koniec czegoś bez początku czegoś
innego... Bo jakie znaczenie miało to, ze spędzili ze sobą
osiem ostatnich godzin, skoro siedemnasta z każdą
chwilą zbliżała się nieubłaganie...
Wiedział, że tego dnia pożegnają raz na zawsze pokój
500 w akademiku na Franciszkańskiej... i że już nic po
tym nie będzie, nie będzie jego, nie będzie jej, nie będzie
ich... wakacje, po których będzie mgliście, szaro, bez
miłości... taki układ, takie zasady, co nic ich nie ruszy...
Przyszła o dziewiątej, cały dzień kochania się i rozmów –
o wszystkim, o jej wyjeździe do Skandynawii, o trasie, o
powrocie, o nim, o niej, o miłości... na przemian.
Wyjazd na uczelnię i ostatnie spotkanie z anglistą powrót, znowu do szału zmysłów, po to, by zapomnieć,
po to, by nie myśleć o siedemnastej, kiedy miała być w
domu i przygotowywać się do wyjazdu...
Chciał, by czas się zatrzymał, ale ten gnał, coraz szybciej
i szybciej... patrzył na jej nagie ciało podziwiając każdy
jego centymetr, włosy, duże idealnie krągłe piersi,
brzuch, kształt nosa, oczy... chciał zapamiętać
najdrobniejsze szczegóły, najdrobniejsze... wiedziałem,
że zobaczy je najwcześniej za pięć tygodni, o ile będzie
go jeszcze kochała... Kiedy widział ją oddalającą się
sylwetkę, wgapiony w tylną szybę dwunastki, nie mógł
powstrzymać wzruszenia, koniec, naturalny koniec
czegoś, co nie miało w ogóle zaistnieć...
Za co ja ją kochał, pewnie za tą sztukę zmieniania go w
kogoś, kogo wreszcie zaczął akceptować... nikt do tej
pory tego nie dokonał, nikt nie otworzył mu tak oczu na
siebie samego, czuł się przy niej kochany, lepszy...
Dziś poniedziałek, teraz ona jest może w Helsinkach, a
on liczy godziny od rozstania i pisze listy – jeden za
drugim, jeden za drugim... wie, że dostanie je dopiero po
przyjeździe, ale niewiele go to obchodzi, chce, by
wiedziała co robił każdego dnia, że był przy niej
myślami, cała swą duszą... wie doskonale, że to mało,
mało – wie, że powinien teraz zająć się zupełnie czym
innym, nie potrafi skończyć, zapomnieć, powiedzieć
sobie, że to nie ma sensu...
Trzeba wracać do rzeczywistości, chaotyczne myśli nic
nie dadzą, ustalili wszystko, co było do ustalenia, miłość
do niej okazała się zbyt słaba, by diametralnie zmienić
jego życie, a jednocześnie zbyt silna, by o niej raz na
zawsze zapomnieć... we własnym mniemaniu okazał się
tchórzem – samozwańczym zdobywcą, który w
najważniejszym momencie swego życia zamiast
szczytów Himalajów wybrał Tybet...
***
Czy czuliście kiedyś to, co bohater tego opowiadania?
Czy potraficie zrozumieć ten chaos w jego głowie? Co
potraficie zrozumieć kogoś odrzucającego miłość? Ja
dzisiaj nie potrafię... dzisiaj...
24 czerwca 2005
Cyniczna opowieść o tych, którym się nie odmawia...
Od czego zaczniemy, może od mężczyzn, którzy
odmawiają. Ich można ich zaliczyć do następujących
kategorii:
1. Wierni mężowie i chłopaki, zakochani po uszy w
swych wybrankach, mający twarde zasady
2. Niepoprawni romantycy, wierzący, że seks to mistyka,
a nie sport
3. Ci, którzy mają inne alternatywy, dziewczyny lepsze
pod kątem ambicji (facet poluje), charakteru, faceci, dla
których szybka dziewczyna jest nikim
4. Kochający inaczej
Mężczyźni, którzy nie odmawiają to mniejszość,
większość może uprawiać seks z każdą, byle mieć więcej
więcej i więcej, a jeśli zdarzy się atrakcyjna to tym lepiej.
Po jakimś czasie nawet na to nie zwracają uwagi na
urodę, ale tylko na wrażenia (chcę grubą, z grubą tego
nie robiłem, chcę rudą, chcę trójkącik, chcę z mężatką
przy jej śpiącym dziecku, chcę numerku na ławeczce w
parku z nieznajomą). Dlatego ŻADNEJ się nie
odmawia…
Jakże wspaniały jest ten świat dla mężczyzn! Cichodajki,
prostytutki, buntujące się przeciwko rodzicom panienki,
urwane z łańcucha studentki, naiwne hedonistycznie
nastawione mentalne "blondynki"… wszystkie one
uważają się za bóstwa, uważają, że kręcą tyłeczkami,
których nie zdoła nic zastąpić … przychodzi trzydziestka
i te ostre kobietki wychowane na „Seksie w wielki
mieście” pozostają same, bo „wszyscy fajni faceci są
pozajmowani lub zostali wiecznymi kawalerami”, a one
chcą dziecka, rodziny, stabilizacji… tym bardziej, że
faceci wolą osiemnastoletnie, względnie świeże
dziewczynki, których nie brakuje i nie zabraknie nigdy…
Jeśli pozostaną same mają mnóstwo kumpli w różnych
miastach, kupują sobie kota, umawiają się z koleżankami
na babskie combry i narzekają godzinami na facetów…
Nawet jeśli złapią faceta, to on nie będzie chciał się
żenić, bo po co i na co? I tak przeżyją bez wpadki kilka
lat, wyremontują gniazdko, a pewnego dnia on powie, że
znalazł inną i dziewczyna ma dwa tygodnie na
wyprowadzkę…
Jeśli (często pod presją rodziny) wezmą ślub, to nigdy
już nie będą pewne, czy odbierający ich telefon mąż
zasapał się tak na stepperze czy na przelatywanej
panience… Kobiety starają się być piękne, atrakcyjne, na
topie, trendy, a z biegiem czasu to one zaczynają pocić
się na myśl o facecie, który jest zadbany i ustawiony…
on nie musi robić NIC… bo kiedy będzie chciał
przelecieć panienkę pójdzie na dyskotekę, zadzwoni do
agencji, gdzie brać, wybierać, a w ostateczności pojedzie
na trasę i za 50 złotych weźmie jakąś nieźle
wyglądającą… tego towaru nie zabraknie, a życie faceta
około trzydziestki jest WSPANIAŁE!! Dlatego tak faceci
cieszą się kiedy słuchają antyklerykalnych manifestów
wyzwolonych panienek … przyjemnie jest pomyśleć, że
bez względu na to, czy będziemy mieć 30, 40, czy 50 lat
zawsze znajdzie się jakaś panienka, która traktuje seks
jak sport i po którą można zwyczajnie zadzwonić…
29 czerwca 2005
Nika...
Kiedy poznałem Nikę ubierała się na czarno, skromnie,
jakby wstydząc się swego ciała, jakby nie chcąc
pokazywać go nikomu... a przecież była po szkole
modelek, piękna, jasnowłosa dziewczyna o przepięknych
oczach i figurze, której pozazdrościć mogłaby każda...
Lubię wyzwania i Nika takim była, jakby ją zmienić,
jakby do niej dotrzeć, by zaczęła odkrywać siebie...
wiedziałem, że się jej podobam, od pierwszego spotkania
zacząłem ją przewiercać wzrokiem nie mówiąc wiele –
tylko patrząc, onieśmielałem ją, a jednocześnie chyba
dzięki temu na następne spotkanie przyszła w mini
spódniczce, pokazując jak zgrabne ma nogi... wiedziałem
o niej dużo więcej niż ona ode mnie, Częstochowa jest
mała, a Nika była charakterystyczna – połączenie
skrytości, dużego pokładu kompleksów, urody i
inteligencji równocześnie... uwielbiam taki zestaw...
Dopiero po kilku miesiącach okazało się co w niej
właściwie siedzi...
Jak można mieć kompleksy będąc pięknym – szkoła
modelek, gdzie Nika poszła, by zawyżać średnią
intelektualną i obserwowała, jak koleżanki dostawały
propozycje występu na wybiegu, bo były bardziej
„przedsiębiorcze” (choć brzydsze według mnie)... bo w
każdy poniedziałek mierzono je ważono, sprawdzano
zgryz... dla kogoś minimalnie odstającego to powód do
kompleksów...
Po drugie nieudana miłość... chłopak, który okazał się na
tyle egoistyczny, że otrzymawszy pracę w jednym z
największych wydawnictw w Warszawie nawet się za nią
nie obejrzał (przynajmniej według mnie)... a kochała go
niesamowicie, połowę pierwszych naszych spotkań
zajmowało mi tłumaczenie jej tego właśnie egoizmu...
dla mnie jeśli ktoś jedzie do innego miasta, jeśli kocha
powinien po jakimś czasie dziewczynę sprowadzić za
sobą... jeśli jest natomiast pracoholikiem, co swoją pracę
ma ponad wszystko, a na weekend przyjeżdża, by sobie
ulżyć, to coś nie tak z tą „miłością”... z przyjemnością
zauważyłem, ze przestawała o nim myśleć... nasze
wyjazdy nad zbiornik w Poraju, na zamek w Olsztynie,
na promenadę przypominały psychoterapię, ona się
wyżalała na swe życie, swe związki z żonatymi (miała
zawsze takie szczęście – karma), głupotę facetów,
rodzinę, opowiadała o swych koleżankach, a ja słuchałem
i przedstawiałem swój punkt widzenia... to było coś
pięknego, spacer po olsztyńskich ruinach, albo sesje na
ławce u odnóża zamku, plotki, gadulstwo – mówiła
zawsze bardzo dużo...
Szczerze mówiąc to Nika była idealna jeśli chodzi o
urodę i inteligencję, ale nie byłem gotowy stawić czoła
jej doświadczeniom życiowym i jej ostrości, a ostra była
jak brzytwa, lubiła mnie, bo się nie dawałem, bo zawsze
mogłem się z nią pokłócić, a przede wszystkim jej się nie
bałem... Jednak częste spotkania zawsze są zagrożeniem
dla mej niezależności... mogę być przyjacielem
(uwielbiam to), ale w momencie, gdy czuję, że jestem
uzależniany (albo ktoś się uzależnia ode mnie)
spowalniam... tu było tak samo... brakowało mnie przy
niej, a ona chciała to zmienić...
Z pomocą przyszedł nasz wspólny znajomy - Piotrek,
który widząc moje obiekcje i jej zapędy poznał ją ze
swoim kolegą, wolnym, niezależnym, co łatwo się da
manipulować... jeszcze kilka razy podczas spotkań w
Chacie słyszałem, że Wojtek to, Wojtek tamto... w dwa
tygodnie po poznaniu się Wojtek został przedstawiony jej
rodzicom, po kilku miesiącach zaczęli wspólnie
mieszkać, z czasem już nigdzie bez siebie się nie
pojawiali, a Wojtek zmienił pracę, by jak najrzadziej
widywać Piotrka, w którym widział głównego rywala (co
z tego, że żonatego, za to bezpośredniego do bólu), w
końcu na wspólne imprezy swojej dawnej paczki w ogóle
przestali przychodzić...
Dziś już nie spotykam się z Niką, ona zajęta swym
szczęściem zmierza prostą drogą do małżeństwa, a ja
cieszę się, że nie jestem na miejscu Wojtka, choć
przepiękna z niej dziewczyna...
04 lipca 2005
Samotny w delegacji...
No wreszcie się wyrwałem z domu...szef wysłał mnie do
Wrocławia na spotkanie, żonie powiedziałem, że muszę
być wieczorem dzień wcześniej i za trzy dotarłem na
wrocławski rynek, a tam, aż miło...
Już sobie planuję całonocne balowanie - najpierw pójdę
do Magellana, potem do Piekarni (tam podobno ciągle
świeży towar, hihi), jak nic się dla mnie nie upiecze, to
wstąpię do Siedmiu Kotów, Daytona, Jazzda... a, zresztą
zobaczymy...
Dojechałem na 20, o tej porze to dopiero zaczyna się
życie... szybko zostawiłem rzeczy w hotelu, uprzedzając
portierkę, że późno wrócę i dalej, na podryw... Jak ja
lubię te wrocławskie klimaty, siedzę sobie i sączę piwo
wypatrując zwierzyny... ta ładna, ale młoda, „pedofilia
mnie nie interesuje” mruczę pod nosem i moja uwaga
przerzuca się na ładną brunetkę, co niestety w obstawie,
jacyż brzydcy ci faceci, co te dziewczyny w nich widzą,
mają przy barze tak fajnego gościa jak ja, a zadają się z
byle kim... dobra, same kaszaloty, idę gdzie indziej...
Już zaczyna mi szumieć, cztery knajpy i mało po gębie
nie dostałem, gdy chciałem zagadnąć panienkę, co ładna,
ale uroiło mi się, że bez towarzystwa... młodzież to
zupełnie dziś się bawić nie umie... ja ssspokojjjnie do
dzieewczyny, a ona do mnie „odczep się pijaku!” – jaaa,
pijjjak, nooo niee, przesadda... dobra zzzmieniammy
lokal na piąty... chwiejnym krrrokiem przesuwwam się w
stronę
wyjścia,
czyżżbymmm
przesadddził
z
alkohhhololem, powietrze mnie ożźwi, ożeźźwi... do
piątego lokallu mnie nie wpuszszczono, pod wpływem
alkoholu nie wpuszczają, iech szałują, poczułem taką
werwę, że parkiet mój (hyp) by był, ale niech, niech
szałują... wracam do hotelu, deszczyk, jak ja lubię
deszczyk, idą dziewczyny - panienki, patrzcie, deszczyk
pada, chodźcie, zatańczymy „I’m singing in the rain, I’m
dancing in the rain, la la la la la la la la la la la”...
nierozrywkowe jakieś...
Dobra, muszę się napić jeszcze w hotelu... dochodzę,
zamawiam leciutko piwko, no nareszcie, jakaś ciekawa
dziewczyna – i od razu podchodzi i pyta czy mam ogień,
„niestety nie palę”, „nie szkodzi – ja mam” – ona na to i
daje mi zapalniczkę, widziałem to na filmach – teraz ja
powinienem jej przypalić, więc robię to i już jest wstęp
do konwersacji... „chcesz mieć niezapomnianą noc”,
„jeśli z Tobą – wiem że będzie niezapomniana” – rzucam
a’la Valentino, „trzysta”, „euro”... Otrzeźwiałem połowa wypłaty (bez premii za sprzedaż) za jedną noc?
Dużo... ok., wychodzimy na twardziela - bądź za pół
godziny w pokoju 53 (mieszkam w 34), jak mnie jakoś
znajdzie, to się wyprę, a zresztą jutro już mnie tu nie
będzie...
Poszedłem szybko do swego pokoju uważnie patrząc czy
ktoś mnie nie śledzi, odpoczynek... wyjąłem laptopa, jest
podłączenie do internetu, ulubiony czat i nick „Samotny
w delegacji” – „Cześć, to znowu ja, dzisiaj jestem we
Wrocławiu... kto mnie dzisiaj utuli do snu”
13 lipca 2005
Moja siostra...
Kilka dni temu przyjechała z Niemiec moja siostra... o
sześć lat starsza, będąca dla mnie zawsze zarówno
swoistym autorytetem jak i przykładem kobiecej
naiwności i dobra...
Moja siostra zawsze była najlepsza, najlepiej się uczyła,
miała być pierwszym magistrem w rodzinie, pojechać na
psychologię do Lublina na UMSC... nie pojechała, czas,
kiedy mogła to zrobić był czasem stanu wojennego i
biedy...
Wybrała Bytom, gdzie zaczęła pracować jako
pielęgniarka, tam też poznała swojego męża... wpadli,
sprawa prosta, ślub, wspólne mieszkanie, pomoc licznych
ciotek, teściowej, skromnie, ale godnie... w dwa lata po
Marcinie urodził się Olek...
Pod koniec lat osiemdziesiątych do Niemiec wyjechała
teściowa i w rok potem ściągnęła wszystkich
pozostałych... Jola postarała się o obywatelstwo, pracę
(do dzisiaj pracuje na jako pielęgniarka), zaczęli się
uczyć języka i żyli... żyli w wynajętym mieszkaniu w
Springe niedaleko Hanoweru...
Kiedy przyjechałem do nich w kilka lat później kwitnęli,
jakże tam inaczej się żyło, kolorowo, na tanich
kredytach... tak to wtedy widziałem, ale...
Mojemu szwagrowi nie odpowiadało takie życie – mało
rozrywek, mało czasu, poza tym przeszkadzało mu to, że
Jola zarabia więcej od niego... zmieniał pracę, chciał
stworzyć coś własnego, ale i to zakończyło się klęską, bo
nie poznał wszystkich warunków do stworzenia takiej
firmy...
W końcu postanowił zrobić coś w Polsce... i otworzył
komis w Częstochowie... jednocześnie coraz mniej czasu
spędzał w Niemczech... jego miejsce niejako zajął mój
brat, który opiekował się dziećmi i mieszkał niemal na
stałe z moją siostrą...
Szwagier przeniósł działalność do Bytomia, kupił tam
mieszkanie... w szczytowym okresie tego obłędu bywał
w domu dwa razy w roku, rzadko dzwonił, żył sam, nie
posyłając żadnych pieniędzy, niczego... jeszcze żeby tego
było mało to ona spłacała zaciągnięte przez niego
kredyty w Niemczech...ale przyjmowała to pokornie,
uważając, że dobrze, że jej mąż jest zadowolony i się
realizuje... do czasu...
Okres ten przypominał parodię związku, małżeństwa –
on daleko, a ona z moim bratem wychowuje dzieci...
dodatkowo młodszy syn miał ogromne kłopoty z
asymilacją z niemieckimi rówieśnikami, co minęło
dopiero kilka lat temu...
Ona użerała się jeszcze ze swoją teściową, która
obwiniała Jolę o całą sytuację i która przedstawiał
swojego syna w najlepszym świetle wręcz jako ofiarę...
ileż ja sam nasłuchałem się na temat wychowania
Marcina i Olka... aż chciało się powiedzieć „a gdzie ich
ojciec?”... za grzeczny czasami jestem, niepotrzebnie...
Bombardowana przeze mnie, przez moją mamę, przez
wszystkich Jola w końcu postanowiła coś zmienić, ale on
nie chciał rozmawiać... jemu było dobrze, pieniądze,
które zarabiał wydawał na wycieczki do Ustronia, kluby
nocne i nie przejmował się niczym... oczywiście czarę
goryczy przelała kobieta (a właściwie kobiety)... siostra
wystąpiła w końcu o rozwód...
I tu najprzyjemniejsze – nie dostała ani grosza
alimentów, bo on wykazał, że zarabia 300 złotych na
rękę... zawsze kombinował, ale to było jego najbardziej
wredne posunięcie...
Jak jest teraz... teraz właściwie nie utrzymują ze sobą
kontaktów, a właściwie są one ograniczone do podesłania
jednego dziecka (właściwie to już siedemnastoletniego
młodzieńca do taty)... on żyje wygodnie, moja siostra
chyba dzięki wrodzonemu optymizmowi układa sobie
sama życie, już bez obciążeń i zgryzot, dzieci już prawie
są dorosłe, szukają pracy...
Wczoraj mieliśmy ognisko i grilla - w sumie dwanaście
dorosłych osób, było świetnie, wesoło, przyjemnie,
wspaniale...
Wszystko się układa, ale sama sytuacja zostawiła ślad,
także u mnie...
15 lipca 2005
Zasada trzecia. Miej priorytety...
Nigdy chyba nie zrozumiem facetów, którzy w wieku
średnim znajdują sobie dwudziestolatkę i jej
podporządkowują swoje życie...
Może to dlatego, że trudno mi wierzyć w bezinteresowną
miłość i widzę w tym raczej chęć sprawdzenia siebie jako
mężczyzny, partnera seksualnego i dowiedzenia sobie, że
jeszcze potrafi... tylko co potrafi??
Uwieść taką dziewczynę potrafi każdy normalny
trzydziestolatek (o ile nie ma ona faceta), za nim
przemawiają doświadczenie, umiejętności, dojrzałość,
ustabilizowana sytuacja życiowa i majątkowa... sam
osobiście znam kilka dziewczyn, dla których te cechy są
najważniejsze, bo mają dość swych rówieśników,
zachowujących się jak gibający się Kunta Kinte,
niepoważnych, dziecinnych, podchodzących do życia
wyłącznie zabawowo... często jest też tak, że nawet jeśli
facet jest żonaty to to nie przeszkadza, bo chce się jego
słów, rozmów, dojrzałości, mądrości życiowej... czegoś
poważniejszego i normalniejszego... a stąd już tylko krok
do chęci zdobycia takiego faceta, ale...
Zdobycie faceta też nie jest wtedy zbyt trudne... jedna
strona (kobieta) chce i manipuluje w ten sposób, by on
też chciał... jeśli jest wystarczająco zdeterminowana to
dojdzie do celu (i przykłady tego już podawałem)...
chodzi o to, by się temu przeciwstawić... bo w zdradzie
obok tego, by się nie zakochiwać i umieć kłamać ważne
jest posiadanie priorytetów...
Facet dorosły, mający żonę czy nawet dzieci powinien
wiedzieć, że bez względu na to, jak będzie na niego
oddziaływała młodsza kobieta to liczy się przede
wszystkim to co już ma...
Dobrze (dla niego) jeśli trafi na kobietę, która chce od
niego tylko usług seksualnych i pogadania co jakiś czas...
dobrze, gdy trafi na kogoś, kto doskonale wie w jakiej on
jest sytuacji i na nią się godzi... umiejętność dogadania
się i ustalenia zasad jest tu chyba najważniejsza...
powiedzieć „nie rozejdę się z żoną, nie porzucę dla ciebie
dzieci i tego co już mam, nie ma na to szans – jeśli
chcesz możemy się spotykać, ale musisz wiedzieć, że nie
chcę zmieniać w swoim życiu niczego”... wtedy jasno
wiemy na czym stoimy, i kobieta i mężczyzna... ona jest
wolna, on uczciwy (w stosunku do niej)... ewentualne
rozstanie się jest formalnością, a nie ryzykiem, że
pewnego dnia jego żona dostanie stosik listów
podpisanych imieniem jej męża, a adresowanych do
kogoś zupełnie innego...
A iluż facetów robi dokładnie odwrotnie... „kocham Cię,
już nic mnie z żona nie łączy, nawet z nią nie śpię, w
ogóle to niedługo wystąpimy o separację i będziesz się
mogła do mnie przeprowadzić, jak nam będzie
wspaniale, jak cudownie, te poranki, kiedy będę Cię
pieścił na początek dnia, te wieczory przy kominku... nie
będziemy się musieli przed nikim ukrywać... już
niedługo”... to niedługo zamienia się w miesiące,
kwartały i lata o ile ona to wytrzyma... a jak już kiedyś
pisałem zdrada jest układem krótkotrwałym, nie
mających szans na cokolwiek i koncentrującym się na
oszukiwaniu jednej i drugiej strony...
Ja wiem, że wszelkie układy są cyniczne, że nie biorę tu
pod uwagę wielkiej miłości między osobami których
dzieli duża różnica wieku, której przykłady przecież
można znaleźć, ale... najłatwiej jest powiedzieć, że ktoś
go oczarował, że zakochałem się od pierwszego
wejrzenia i dla tej miłości, która jest przecież prawdziwa
porzucę wszystko, by czuć się szczęśliwym... ja sam
uwielbiam kobiety i często myślę, że zrobiłbym wszystko
dla kilkanaście lat młodszej jasnowłosej piękności z... nie
robię jednak... dlaczego? Może dlatego, że wszystko w
życiu ma swój czas...
18 lipca 2005
Miłość czternastolatka...
Wczoraj pojechałem rowerem nad glinianki, duże
wyrobisko gliny zalane wodą, podobno razem z
unieruchomionymi koparkami... niedaleko Stradomki...
przed dwudziestoma laty jeździłem tam się kąpać,
spędzałem tam całe dnie, tam nauczyłem się pływać,
przepłynąłem później zbiornik w poprzek, tam dostałem
pierwszego w życiu udaru słonecznego...
Wyglądało to kiedyś zupełnie inaczej, z czasem usiany
stromymi piaszczystymi pagórkami teren został
wyrównany, postawiono tablice „Zakaz kąpieli”,
wyrobisko zarybiono i z czasem coraz mniej ludzi
przychodziło się kąpać, glinianki straciły swą dzikość
otaczane z roku na rok coraz bardziej wymyślnymi
domkami z napisem „Zły pies”, taki właśnie stoi tam,
gdzie chodziliśmy z chłopakami zrywać czereśnie ...
Dwadzieścia lat temu miejsce to było żywe, mnóstwo
ludzi, wieczny piknik, ładne dziewczyny, które też
chodziliśmy oglądać... no i ona – pierwsza jak
najbardziej platoniczna miłość...
Ania była dwa lata młodsza ode mnie – ja miałem
trzynaście, czternaście lat - a podobała mi się okrutnie...
ciemne długie włosy, związane z tyłu w koński ogon,
ciemna cera, ładne rysy twarzy... jakże ja szalałem na jej
punkcie! Na liście Trójki pojawiła się wtedy piosenka
„Do Ani”, to nagrałem sobie ją i słuchałem chyba
czterdzieści razy w kółko i wykrzykiwałem do siebie
„Tak bardzo bardzo kocham Cię, tak bardzo potrzebuję
Cię”... pisałem dla niej wiersze (których nigdy nie
poznała), pisałem jej imię gdziekolwiek się dało,
myślałem o niej jak wariat, uwielbiałem szkołę, bo tam
mogłem ją zobaczyć, uwielbiałem glinianki, bo
wiedziałem, że przyjdzie, mając z ulicy Grottgera
dosłownie kilka kroków... w początkowej fazie, by
dowiedzieć się gdzie mieszka śledziłem ją do samego
domu... cóż to było za szaleństwo!
Ponieważ byłem nadzwyczaj nieśmiały to rozmawiałem
z nią dosłownie kilka razy i to z tego co pamiętam tak
głupio, że wstyd się przyznawać... dzisiaj sam się do
siebie śmieję na wspomnienie tych końskich zalotów,
pośredników, którzy mieli potwierdzić, za ta chce ze mną
być (dziwna sprawa – nigdy nie używam w stosunku do
siebie stwierdzenia „chodzić ze sobą” – jest tak głupie, że
nie przechodzi mi przez gardło)... jakież to było naiwne,
ale i poprzez ogromny ładunek emocjonalny takie
prawdziwe... chciałem kochać i być z nią na stałe, choć
zupełnie nie wiedziałem jak się za to wziąć...
Ulica, na której mieszkała nie zmieniła się zupełnie, nie
zmienił się jej piętrowy dom... nie wiem czy w nim
mieszka, nie wiem jak wygląda, nie wiem, czy bym ja
poznał – pewnie ścięła włosy na krótko, ma dzieci,
gdzieś wyjechała, już się nie spotkamy – nie wiem...
Fascynacja nią trwała chyba rok, potem jej miejsce w
moich myślach zajęła Czarownica (z jej klasy), ale to
temat na zupełnie inną historię...
A tak na marginesie – jak co roku, gdy lato w pełni, prasa
dla trzynasto-, czternastolatków rozpisuje się, w jaki
sposób się zabezpieczyć, jak czerpać rozkosz z
erotycznych uniesień i co zrobić „po”, kiedy owocem
miłosnej przygody może być niechciana ciąża. I
zastanawiam się często – do czego się tak spieszyć... te
pierwsze nastoletnie uniesienia są tak piękne, a tu pakuje
się niedojrzałe fizycznie i emocjonalnie dzieci (też taki
byłem) do łóżka... i po co? Żeby w wieku trzydziestu lat
mieć świadomość, że wszystko już było? Każda pozycja
z filmu pornograficznego, każda perwersja, każda
zabawka? Żeby szukać przyjemności w narkotykach,
alkoholu, seksie z nieznajomymi? Po co tak szybko
dojrzewać do rzeczy, o których nie ma się pojęcia...
22 lipca 2005
Wojna światów...
Jednym z moich ulubionych rysunków krążących po sieci
jest ten, na którym widać grupę terapeutyczną. Jeden z
uczestników tej grupy stoi i mówi „Dzień dobry,
nazywam się Kowalski. Otwieram swoją pocztę
elektroniczną dwieście razy dziennie”...
Pewna czytelniczka napisała mi kiedyś, że miała swojego
bloga, ale nie potrafiła znaleźć granicy między wirtualną
rzeczywistością a światem realnym... druga z kolei, że
tak się zaangażowała w dyskusję na blogu, że przestała
rozmawiać ze swoimi dziećmi, że zaczęła się od nich
mentalnie oddalać...
Spoglądam na siebie i nagle widzę, że ja sam
wielokrotnie łapałem się na tym, że zupełnie
podświadomie zamiast zajmować się pracą, pójść na
spacer, pojechać na wycieczkę rowerową obmyślałem a
to temat kolejnej notki, a to komentarz do szczególnie
zaangażowanego czytelnika moich notek... w ten sposób
powstał wirtualny świat pożerał mój czas, energię, siły...
Kiedy prowadzi się coś osobistego, kiedy pojawiają się
wierni czytelnicy człowiek chce być blisko nich, chce z
nimi rozmawiać, rozwiewać wątpliwości, odpowiadać na
pytania, żartować, bawić się... do tego dochodzą maile, a
na każdy mail przydałoby się odpowiedzieć... i choć ja
pod tym względem nie pasuję do wizerunku ślęczącego
przed komputerem okularnika - jestem bardzo
chimeryczny i zapominalski - to jednak mnie to jakoś
angażuje...
Świat
wirtualny
wciąga,
wciąga
jego
nieprzewidywalność i anonimowość, która powoduje
chęć zaspokojenia ciągot detektywistycznych... zadajemy
sobie pytania - co się zdarzy jutro? Kto nowy się pojawi?
Kto z kim się pokłóci? Kto wygra?
Z drugiej strony mamy świat rzeczywisty, bogaty, ale
bardziej przewidywalny, ciekawy, ale odarty z
tajemnicy...
świat
obowiązków,
codzienności,
przyjemności...
Między tymi światami jest granica... wyraźna,
dostrzegalna, ale często niezauważana... Przecież z
każdym
z
naszych
rzeczywistych
znajomych
utrzymujemy kontakt mailowy, każdemu możemy
przesłać nasze nowe opowiadanie tak jak znajomemu
wirtualnemu... różnica to przede wszystkim możliwość
spotkania się, patrzenia w oczy, dotknięcia dłoni,
pocałunku...
W konfrontacji tych dwóch światów wygrać powinien
świat rzeczywisty, bo przecież liczy się przede
wszystkim nasze życie i nie można spędzić przed
komputerem... a jednak świat wirtualny wdziera się w
naszą świadomość tak mocno, że przestajemy dostrzegać
granicę i zamiast żyć rzeczywiście żyjemy wirtualnie...
dobrze, jeśli poznając kogoś przypadkiem na gg, poprzez
pocztę elektroniczną zmierzamy jak najszybciej do
spotkania, bo wtedy zbliżamy się do życia... gorzej, gdy
nasz przyjaciel pozostaje jedynie internetowym
spowiednikiem... pociąga to niesamowicie, ale dla naszej
psychiki jest zabójcze... czekamy na mail, rozmowę na
gg, denerwujemy się czy czymś nie uraziliśmy
przyjaciela – „co się stało, że nie ma tego cholernego
maila,!? Na gg – niedostępny. A może nie chce ze mną
rozmawiać!?”
Co najmniej przez następne dwa tygodnie w moim zyciu
wygrywać będzie wyłącznie świat rzeczywisty... nie
będzie internetu, nie wezmę ze sobą nawet telefonu (bo
będą go mieć ci, z którymi jadę, a ja chcę mieć święty
spokój)... i będziecie mnie mogli spotkać tylko w
rzeczywistości, gdzieś na plaży we Władysławowie –
Chłapowie... życzę wszystkim słońca... do zobaczenia za
dwa tygodnie...
08 sierpnia 2005
Dzień dobry...
Jestem, wczorajszym pociągiem o 1.14 zameldowałem
się na dworcu Częstochowa Główna i szybko wróciłem
do domu po blisko dwóch tygodniach...
Bardzo dawno nie byłem pod namiotem, ostatnim razem
chyba dwanaście lat temu, jeszcze za studenckich
czasów, dlatego teraz z przyjemnością przyjąłem
propozycję noclegu w warunkach pola namiotowego –
raczej ciężkich, ale jakże fajnych...
Chłapowo – maleńka wieś ożywająca w czasie lata, pełno
ludzi, pełna piaszczysta plaża lub chodniki wzdłuż drogi
z Władysławowa do Jastrzębiej Góry... uciekłem tam, bo
w swoim mieście nie mogę spokojnie pójść na piwo do
Biznes Centrum, by nie usłyszeć „Dzień dobry panie...” i
mimo tego i tak spotkałem kilka osób, które właśnie tak
mnie przywitały... i jak tu spokojnie się upodlić...
Lubię patrzeć na ludzi, lubię obserwować ich
zachowania... z wyjazdu tego mógłbym napisać (bez
przesady) kilkanaście notek – zresztą często łapałem się
na tym, że układałem moje opowiadania na poczekaniu
tak, by teraz przenieść je teraz z mojej pamięci do
pamięci komputera...
A kogo było najwięcej... cóż – wczasowiczów można
było podzielić na kilka grup...
1. Rodziny z dziećmi... rodzice w większości spokojni i
cierpliwi, dzieci rozwrzeszczane, naciągające starszych
na wszystko co było do kupienia i do zabawy... rekordy
popularności biły stoły do cymbergaja za 2 złote...
2. Młode zakochane pary spędzające pierwsze wspólne
wakacje, kochające się na wydmach i w namiotach
spacerujące nad morzem, obejmujące się... aż miło było
spojrzeć...
3. Koloniści... hmmm, za moich czasów (jaki ja stary
jestem, że mówię już o moich czasach) na kolonie
jeździło się do piętnastego roku życia, a teraz ci byli
chyba osiemnastolatkami – tak sobie myślę, że
chciałbym być w tych domach wczasowych wieczorami,
hihi...
4. Młodzi faceci, ich było przede wszystkim słychać,
kiedy nadjeżdżali swymi samochodami prosto zza
zachodniej granicy i głośnym bums, bums, bums...
chodzili i rozglądali się jak sfory piesków, wypatrując
zdobyczy...
Ta ostatnia grupa dla mnie była akurat najśmieszniejsza...
najdziwniejsze było to, że zdobyczy dla nich jakby nie
było, samotne dziewczyny lub grupy można było
policzyć na palcach dwóch rąk, żadnych wyzwolonych
panienek gotowych zrobić wszystko dla satysfakcji
własnej i nowego jednodniowego znajomego... i gdzie
cała ta edukacja, żeby „carpe diem” i tak dalej... panowie
zatem jak na filmach jeździli w tę i z powrotem,
krzycząc, bawiąc się, pijąc piwo litrami, potem zalegając
na kwaterach, by następnego dnia od południa znowu
ruszyć w trasę na łowy... ja sam śmiałem się do siebie, że
gdybym chciał nawet zarwać „na raz” jakąś blondynkę to
byłaby trudność, bo „towar” ten był deficytowy... na
szczęście nie ani nie musiałem ani specjalnie nie
chciałem... chociaż...
Jeszcze raz przekonałem się, że jasne włosy działają na
mnie pobudzająco (łagodnie mówiąc)... szczególne
wrażenie wywołała na mnie pewna drobna, jasnowłosa
dwudziestoparoletnia dziewczyna, ale co z tego?? O ile z
kilkumiesięczne dziecko można zneutralizować to nie tak
łatwo to zrobić z wyższym od siebie i potężniejszym
mężem... przynajmniej na ich rodzinnych wakacjach...
Wygoniła mnie pogoda, która cały czas nie była
rewelacyjna, ale przedtem zobaczyłem Hel, jednego dnia
przeszedłem z Chłapowa do Władysławowa potem na
Rozewie (na zachód słońca) i do Chłapowa, w drodze
powrotnej zwiedziłem Gdańsk, Malbork, Toruń i jestem
nadzwyczaj zadowolony... o opaleniźnie nie wspomnę...
16 sierpnia 2005
Szczyt (tym razem tylko pielgrzymkowy)...
Muszę powiedzieć, że lubię szczyt pielgrzymkowy w
Częstochowie... miasto ożywa... mimo, że jest to tylko
ułuda to na tych kilka dni jest kolorowe, pełne zupełnie
innych ludzi...
Częstochowa to dziwne miasto, dwieście czterdzieści
tysięcy, duchowa stolica Polski, kilkaset pielgrzymek
rocznie, ciągle pełno ludzi, ale takich, którzy często nie
chcą (nie mają siły, nie mają po co) zostawać... promocja
regionu skupiona na wykorzystaniu jedynie Jasnej Góry
wielokrotnie była przeze mnie krytykowana i mówię o
tym zawsze bez ogródek...
Sam wymyśliłem kiedyś teorię Czarnej Dziury za Jasną
Górą, która to połyka niezliczone rzesze pielgrzymów i
rozdziela ich do licznych salek przy kościołach, w
których płacą po 20 złotych za miejsce na materacu...
Częstochowa, która powinna zarabiać na milionach ją
odwiedzających w sumie ma niewiele, bo po noclegu (a
kościoły od działalności gospodarczej, jakby nie było,
podatków nie płacą) pielgrzymi rozjeżdżają się do
domów nie zwiedzając niczego poza Alejami, nie widząc
NICZEGO poza nimi i Jasną Górą... dlatego zawsze
denerwuje mnie mówienie o turystyce w Częstochowie,
bo ona nie istnieje, co przeszkadza to jednak mówić
naszemu Jaśnie Oświeconemu Prezydentowi, że nasze
miasto jest miastem rozwijającym się dzięki turystyce... i
nawet wie, że niektóre liczne grupy przywożą ze sobą
prowiant, by w mieście (gdzie drogo) nie wydać ani
złotówki...
a kilka
hoteli
przy takim
ruchu
pielgrzymkowym powinno mieć obłożenie na cały rok,
tymczasem ledwo przędzie (głównie te małe)...
Dodam do tego jeszcze niemożność wykorzystania
kształtu klasztoru do celów komercyjnych... gdybym
chciał zarabiać jako biznesmen na pielgrzymkach
otwierając sklep z dewocjonaliami, to nie mogę w nim
sprzedawać niczego co wiąże się z Jasną Górą... nie
mogę wyprodukować koszulek z nadrukiem konturu
klasztoru, albumów ze zdjęciami, kufli (a czemu nie!!),
kubeczków i innych gadżetów... nie mogę, znak firmowy
zastrzeżony...
Czarna mafia? Jak to zwał tak to zwał, ale ja przecież nie
daję na tacę, nie kupuję książek i płyt wydawanych przez
Edycję Świętego Pawła (z najlepiej wyposażonym
studiem nagraniowym w regionie), nie zamawiam mszy
na urodziny chrześniaka... słowem nie daję zarobić
komuś, kto chce zarobić na wierze w Boga... a
pielgrzymi? A co mnie obchodzi, że oni wydają
pieniądze na dewocjonalia, noclegi i inne religijne
rzeczy... każdy ma prawo przecież sam dysponować
swoim czasem i środkami, czym na dobrą sprawę różni
się płacenie czarnej mafii od płacenia mafii innego
autoramentu w knajpach, agencjach towarzyskich,
multikinach... gdyby człowiek zastanawiał się ciągle
komu płaci za przyjemności, noclegi, rozrywkę to
musiałby siedzieć skulony w domu w domu chlebie
(własnej produkcji) i o wodzie (ze studni)... z wyjątkiem
intencji i światopoglądu grupa pielgrzymów nie różni się
niczym od polskiej złotej młodzieży z piosenki
Dezertera... jedna i druga chce spędzić miło czas, bawić
się (zabawy różne bywają), zrobić coś fajnego w swoim
życiu, a przejście tylu kilometrów może być sposobem na
wakacje i przeżyciem - o czym mówili mi jej uczestnicy
(i tu nie chodzi o osławione brednie typu „na
pielgrzymkach co noc odbywają się orgie”)...
Tak więc pomijając ideologię ja lubię ten tłum, lubię tych
ludzi, co idą... szkoda, że w tym roku nie ma w nim
Emilki...
18 sierpnia 2005
Kościuszki 13...
Stanął pod szarym blokiem... z biciem serca nacisnął
przycisk domofonu. To ty? Wchodź... Wchodząc po
schodach czuł narastające zdenerwowanie, a przecież był
już tutaj... skąd takie uczucia? Może stąd, że czuł się jak
diabeł, który postanowił skusić anioła... a ona była dla
niego aniołem, czysta, niewinna, nieskażona zdradą
dziewczyna... wiedział, że ma kogoś, kogo bardzo kocha,
o kogo się martwi, z kim była, a mimo to... diabeł...
Otworzyła mu drzwi, jak zawsze wspaniała, jasne,
krótkie włosy, biała bluzka i ciemne spodnie... usiadł na
kanapie i czekał na nią, kiedy ta przygotowywała
herbatę... przejrzał jak zwykle jej płyty, Stare Dobre
Małżeństwo, Kraina Łagodności, Wojtek Bellon obok
Renaty Przemyk... patrzył na jej zdjęcia, jego zdjęcia,
gitarę w kącie pokoju...
Uśmiechnął się kiedy weszła, usiadła daleko od niego,
nie przejął się tym, wiedział, że zaraz się do niej
przybliży... jakże on ją podziwiał, za piękno, za
inteligencję, otwarty umysł, za gadatliwość, za
wszystko...
Patrzył jej przenikliwie prosto w oczy, zawsze to robił
tak, jakby zupełnie nie interesowało go co mówi, błądził
oczami po jej sylwetce, podziwiając każdy jej fragment...
widział, że była zmieszana, pragnęła jednak tego
spojrzenia, wiedział to...
- Nie potrafiłabym chyba poddać się porywowi zmysłów
- A pragnienia... gdybyś kogoś pragnęła, to co by cię
powstrzymywało przed bliskością z nim? Uczciwość
względem Łukasza? Wiara? Zasady?
- Wszystko
- A uczciwość względem siebie? Przecież nie zgasisz
ognia w sobie mówiąc, że tak nie można, on będzie się
wciąż tlić, aż w końcu złapiesz się na tym, że kochając
się z Łukaszem będziesz myśleć o kim innym
- Nieprawda!
- A powiesz Łukaszowi, że dzisiaj tu jestem? On wie o
mnie i o tym, co ci mówię, że cię podziwiam?
- Nie, nie wie i nigdy się nie dowie
- Dlaczego, przecież nie zdradzasz go. Nic się nie dzieje
między nami...
- Nie chcę mu tego mówić, bo wiem, że by cierpiał...
Przysunął się do niej, jej niebieskie oczy zdradzały
zmieszanie i pragnienie, pocałował ją lekko w usta, nie
zaprotestowała, wyszeptała tylko
- Jeszcze. Nie powinnam ale chcę
Zbliżyła się do niego i teraz ona go pocałowała... głębiej,
objęli się, czuł gorąco jej ciała, czuł jej zapach.
Położył ją na kanapie, oparł się przy niej i patrzył, by po
chwili znowu ja całować... ręką błądził po jej szyi,
dotykając potem leciutko jej rąk i piersi, oddech jej stał
się głębszy a on był coraz bardziej stanowczy... palce
jego zatrzymały się i zaczęły delikatnie wspinać się
okrężnymi ruchami w górę piersi... ścisnęła uda i
zacisnęła usta, by nie krzyczeć, z każdym drgnięciem
jego dłoni jej podniecenie rosło... odpiął jej bluzkę,
zapinany z przodu biustonosz i przez chwilę podziwiał
kształt piersi, po czym zanurzył się w nie i całował każdy
ich fragment... najpierw lekko, potem coraz szybciej i
gwałtowniej... kiedy dotknął ich zębami wzięła jego rękę
i wcisnęła między swe uda... w kilka sekund później
poczuł jak cała drży w środku, przycisnęła go do siebie i
pocałowała wykrzykując jednocześnie swą rozkosz...
opadła z sił, przykryła wstydliwie odsłonięte ciało i
przytuliła się mocno do niego...
- Chciałam tego...
- Ja też, bardzo, dziękuję ci za to...
Długo potem jeszcze rozmawiali... nie o sobie...
To był ich jedyny raz, w jakiś czas potem wróciła do
swego miasta, a w rok później wyszła za mąż za
Łukasza... a on nigdy jej nie zapomniał...
26 sierpnia 2005
Przyjaźń w internecie?...
Czym jest przyjaźń w rzeczywistym świecie każdy mniej
więcej wie? Przyjaciel wspiera dobrym słowem, jest od
tego, by wyskoczyć na poważną rozmowę lub tylko na
piwo... pożycza narzędzi, rzadziej pieniędzy, pomaga
myślą, czynem...
W trudnych momentach stoi przy nas, klepie nas po
ramieniu (nie znoszę, kiedy się mnie klepie po
ramieniu)...
Ja nie mam ludzi, których nazywam przyjaciółmi,
nazywam ich znajomymi, którzy zachowują się po
przyjacielsku... słowo „przyjaciel” i stwierdzenie „z
przyjaciółmi” kojarzy mi się z kiepską reklamą lub
sitcomowym serialem, grupka młodych wokół ludzi to
już „przyjaciele”... a to przecież nie tak...
Kiedyś moja bratowa opowiadała jak rozpoznała swoich
przyjaciół, a chodziło o pomoc przy myciu kolekcji
królów polskich jej brata przed świętami (autentycznie)...
przerażona natłokiem zajęć zadzwoniła z prośbą o pomoc
do jednej, drugiej, trzeciej koleżanki... wszystkie nie
mogły, dopiero czwarta przyjechała tak szybko jak tylko
mogła (jakby coś istotnie się strasznego stało)... śmieszna
sprawa, ale ile mówi o nas samych, o tym, jak często
jesteśmy egoistami, mamy własny świat i nic na dobrą
sprawę nie obchodzi nas nasz „przyjaciel”...
Oczywiście jest mnóstwo osób, które są z gruntu dobre i
mają
prawdziwych
przyjaciół...
Kiedy
mamy
dwadzieścia lat wydaje się, że cały świat złożony jest z
naszych przyjaciół, potem te proporcje się zmieniają...
zaczynamy dostrzegać, ze sami nie mamy czasu na
innych (szczególnie jeśli mamy rodzinę i pracujemy), no
i inni nie mają czasu dla nas...
Jak można żyć bez przyjaciół? Można i często to o wiele
lepiej niż z nimi, luźne kontakty powodują, że nie
polegamy na innych tylko na samym sobie, że nie
uzależniamy swego nastroju od tego, czy ktoś będzie
miał z nami czas porozmawiać czy też nie... sam bardzo
byłem zaskoczony, kiedy moja koleżanka z pracy widząc
moje nienajlepsze samopoczucie spytała co się dzieje i
czy może mi w czymkolwiek pomóc... nie nazywam jej
przyjaciółką, ale de facto nią jest... zawsze bowiem
uważałem, że nie liczą się słowa ale czyny... nie
uzależniam się od przyjaźni, bo najgorsze w życiu to
rozczarować się do kogoś, do kogo mieliśmy zaufanie...
W mojej pracy ciągle mam do czynienia z pewnego
rodzaju fałszem, ludzie przychodzą, rozmawiają, budują
kontakt, mają zaufanie, budują zaufanie, nazywają mnie
przyjacielem, a potem odchodzą do swoich światów...
A internet? Czy anonimowość pozwala na szczerość i
budowanie przyjaźni? Tak, zdecydowanie, ale... dla mnie
kontakt z człowiekiem powinien być bezpośredni... jak
już kiedyś pisałem, sieć jest formą konfesjonału...
rozmawiając z kimś my się spowiadamy, mówiąc rzeczy,
które siedzą w nas i oczekujemy rozgrzeszenia, kontaktu,
odpowiedzi, przyjaźni... jeśli ktoś odpowie tak, jak
oczekiwaliśmy (lub w jakikolwiek szokujący dla nas
sposób) to rodzi się kontakt, im więcej rozmów, tym
większy kontakt... potrafimy wyczuć kiedy nas się
oszukuje lub pozostajemy w innym świecie, uzależniamy
się od słów, opinii, obecności...
Ale co to ma wspólnego z przyjaźnią? Dużo i mało
jednocześnie... ktoś nas wysłuchuje, uwielbiamy go za to,
ale jednocześnie nie mamy pojęcia czy nie robi tego
nieszczerze (nie widzimy go, nie patrzymy w jego
oczy)... wiemy, że ten ktoś nam pomoże, ale są sytuacje,
kiedy bezpośrednio pomóc nie może (rodzinne kłopoty,
problemy finansowe)... wiemy, że ten ktoś nam
odpowiada w sieci, ale boimy się spotkać z nim w
rzeczywistości (a może nie będzie się nam podobał, albo
co gorsza my jemu)... pragniemy jego słów ciągle i
wszędzie, ale nie ma go fizycznie przy nas...
Oczywiście, jeśli ktoś ma poukładany świat rzeczywisty,
to kontakty w sieci traktuje jako rozrywkę, odskocznię,
zabawę – nie przejmujemy się fałszywymi przyjaciółmi...
gorzej, kiedy świat rzeczywisty się wali i szukamy
ucieczki, zrozumienia, kontaktu... wtedy rozpaczliwie
łakniemy przyjaźni i wtedy też najczęściej się na niej
rozczarowujemy...
Nie twierdzę, że przyjaźnie sieciowe nie istnieją, sądzę
jednak, że są jedynie substytutem tego co powinniśmy
budować w swoim rzeczywistym życiu...
29 sierpnia 2005
Kalimera...
Kalimera była knajpą tuż przy mojej pracy, często tam
wpadałem po południu, nie sam, na piwo, chociaż nie
lubiłem tej knajpy, bardzo... była po prostu najbliżej...
A dlaczego nie lubiłem?
Tam pobito mojego kumpla i jego dziewczynę...
bramkarze w ogóle zachowywali się jak państwo w
państwie decydując, kto im się podoba, a kto nie... nie
lubię rządów facetów bez szyi, u których czoło myślą nie
zmącone...
Tam, będąc pierwszy (i ostatni) raz wieczorem
zobaczyłem na własne oczy męską parodię... facetów w
białych koszulach (tak, żeby światło się dobrze odbijało),
którzy przy barach patrzyli z rozdziawionymi
paszczękami na tańczące dziewczyny, doprawdy mało
brakowało, by przy tych barach zaczęli bawić się sami ze
sobą... przypominało to wiejskie potańcówki z
miastowymi dziewczynami...
Tam w końcu przeżyłem sytuację wręcz traumatyczną...
kiedyś wcześniej niż zwykle, bo już koło południa
postanowiliśmy sobie zrobić wolne, był wtorek,
wyjątkowo nic się nie działo, więc urwaliśmy się
wszyscy z szefem na czele na piwo... ponieważ Kalimera
była najbliżej to poszliśmy tam mając nadzieję, że będzie
luźno, przyjemnie i w miarę cicho (im bliżej wieczora
tym natężenie decybeli rosło – taka zależność)...
usiedliśmy przy stoliku, zamówiliśmy coś do picia...
W pewnej chwili moją uwagę przyciągnęły osoby przy
stoliku sąsiednim, dwóch panów koło czterdziestki w
garniturach i dwie młodziutkie dziewczyny... na stoliku
półlitrówka, zakąska... panowie już nieco wcięci,
dziewczyny nieco mniej... wesoło, ale potwornie
sztucznie i na dodatek panowie poprosili dziewczyny do
tańca...
Widzę przed oczami ten obraz i coś mi tu nie gra...
południe, dwóch panów, te dziewczyny, taniec...
zacząłem się wgapiać wręcz w ten zestaw i wtedy
spojrzenia moje i jednej z dziewczyn spotkały się ,
uśmiechnęła się lekko... bardzo ładna, ale... w pracy...
obserwowałem jak ta dziewczyna się męczy siląc się na
uśmiech, tańcząc ze słaniającym się już na nogach
czterdziestolatkiem i pijąc wódkę... maleńko, by
wieczorem być w formie, kiedy panowie złapią „drugi
oddech”... bo jej zapłacono za to, by panowie na
delegacji, zapewne po korzystnych rannych negocjacjach
dobrze się bawili, aż do wieczora, by jeszcze nocą wrócić
do domów...
Kiedy myślę o dziewczynach, które z własnej woli pod
przykrywką niezależności i wyzwolenia oddają się
darmo, za mniejsze lub większe pieniądze, to myślę
właśnie o tej sytuacji i o tej dziewczynie... bo to zajęcie,
w którym często jest się pod grubym, obleśnym,
śliniącym się czterdziestokilkuletnim biznesmenem,
który zapłacił i wymaga – uśmiechu, tańca, picia wódki...
W Kalimerze przeżywałem też piękne chwile... ale o tym
już pisałem... Z czasem ktoś sobie przypomniał o ustawie
o wychowaniu w trzeźwości i Kalimera przestała
istnieć... jej miejsce na rynku zajęły, zmieniając swoje
oblicze, Porter i Don Kichot...
31 sierpnia 2005
Przebudzenie...
Obudziłem się... spojrzałem wokoło... co to za pokój?
Powoli zaczęły wracać wspomnienia z poprzedniego
wieczora i nocy... kilka piw, dziewczyna za barem...
- Dzień dobry, Tygrysie – przyjemny kobiecy głos wdarł
się pod czaszkę
- Cześć – odpowiedziałem niepewnie
W drzwiach stała dziewczyna, bardzo ładna, do tego w
samych tylko majtkach...
- Zrobić ci śniadanie
- Tak, proszę, kochanie, ale chyba będę musiał niedługo
iść do pracy
- Przecież masz wakacje, mówiłeś wczoraj
- Tak, ale wiesz, wczoraj dzwonili i muszę być na –
spojrzałem dyskretnie na zegarek – dziesiątą –
skłamałem, chciałem po prostu wyjść, obudzić się
- Wiesz, było wspaniale, dawno czegoś takiego nie
przeżyłam, dziękuję
- Wszystko dla ciebie, kochana i nie dziękuj, to ja tobie
powinienem podziękować... byłaś cudowna – rzuciłem
standardowy tekst
Powoli zaczęły do mnie wracać wspomnienia ostatniego
wieczoru, żona wyjechała na kilka dni do Warszawy,
dzieci posłałem do mamy, by ten wieczór i noc mieć
wolne... wybrałem się do mojej ulubionej knajpy... nie
było dużego ruchu, usiadłem sobie za barem i patrzyłem
na dziewczyny ale albo mi się nie podobały, albo były
pozajmowane, albo dostałem kosza na wejściu... piwo za
piwem, nalewane przez... tak, to była ona, jak ma imię?
Zaraz... Justyna...
Zwykle zwracałem na nią uwagę, ale był jej szef,
notabene mój niegdysiejszy „podwładny”, więc Justyna
zawsze pozostawała jedynie w sferze męskich fantazji...
teraz wyjechał na urlop, a ona była sama... im dłużej tam
siedziałem, tym bardziej zacząłem przyglądać się
Justynie i do niej uśmiechać... a ona odwzajemniała mi
ten uśmiech... czułem się coraz pewniej
Robiło się późno, powoli knajpa wyludniała się, a ja
zająłem się tym, po co przyszedłem - zarzucaniem sieci...
Kiedy wyszedł ostatni klient rzuciłem łagodnie coś w
rodzaju „nie boisz się chodzić sama w nocy”, po
przeczącej odpowiedzi zaproponowałem jednak, że jej
będę towarzyszył... nie byłem pijany, najwyżej nieco
podchmielony, więc po krótkiej „walce” zgodziła się...
jeden - zero dla mnie, pomyślałem...
Właściwie chodziło mi tylko o jedno, żeby wykorzystać
do końca tę noc... w drodze mówiłem niewiele
pozwalając mówić jej, pozwalając jej się otworzyć
przede mną, zdobyć jej zaufanie... znała mnie, widziała
wielokrotnie, więc nie miałem z tym kłopotu...
To ona zaproponowała kontynuację rozpoczętej
rozmowy i wieczoru u siebie, mieszkała sama, rodzice
wybudowali sobie dom za miastem, a jej zostawili to
mieszkanie, małe, ale przyjemne...
Herbata, muzyka, światło, emocje, jeden pocałunek,
drugi i...
Mężczyźni rankiem najchętniej uciekliby od razu z
miejsca przestępstwa i ja do takich należałem... co z tego,
że było niesamowicie, Justyna była spełnieniem mych
marzeń, ale świt budził potwory - rzeczywistość i strach
przed przyszłością... czy podałem swój numer telefonu?
A jeśli będzie dzwonić? Co o mnie wie? Chyba dużo...
nieistotne, teraz trzeba po prostu z klasą wyjść...
Wstałem, łazienka, umyć się... potem kuchnia... objąłem
ją lekko od tyłu, pocałowałem w szyję... zaczęłem
leciutko pieścić jej piersi... przepiękna dziewczyna... aż
żal będzie wychodzić, chętnie zerwałbym z niej
koszulkę, którą teraz założyła i zobaczyłbym ją jeszcze
raz w całej okazałości...
Po śniadaniu wyszedłem, obiecawszy, że zadzwonię, że
spotkamy się jutro, czy pojutrze... ale muszę to jeszcze
przemyśleć, zaplanować...
05 września 2005
Zniszczyć ród męski...
Dziwnie czyta się słowa, że KAŻDY mężczyzna
wykorzystuje kobiety, a ona jest dla niego jedynie
seksualną maskotką i darmową pomocą domową... od
razu w głowie pojawia się sprzeciw... no przecież to
absurd...
Dużo można powiedzieć o mężczyznach, że często są
leniwi, nieodpowiedzialni, częściej piją, maja chyba
większe „skłonności” do zdrady, ale przecież to
powszechnie wiadome schematy i stereotypy... można z
nimi spokojnie żyć...
Kobiety mówią, że faceci zmieniają się po ślubie, ale
faceci mówią o nich dokładnie to samo...
Mam kolegę, jego obecna żona była świetną kumpelą,
jeździła z ich całą paczką na wypady weekendowe, w
góry, w Bieszczady, niemal wszędzie... a teraz? Kilka dni
temu grał w siatkówkę, przy okazji której miało być
pępkowe jednego z graczy... 22.30 – sms do Maćka
„Kochanie, tylko się nie upij”, odpisał jej „Kochanie, za
późno”...
Ale to jeszcze nic... jakiś czas wcześniej, mecz
Panathinaikos w Atenach, knajpa Oslo, temperatura
osiąga wrzenie, wszyscy wkurzeni, nerwy, ma być
dogrywka, a Maciek wstaje i mówi, że musi iść do
domu... no bo mówił, że będzie zaraz po meczu,
dogrywki nie wliczył...
Czy Maćka uznać można za potwora wykorzystującego
słabą kobietę? Albo czy można go uznać za kompletnego
pantoflarza? W tych dwóch sytuacjach pokazał przecież
dwie różne strony swoich relacji z Marzeną... i widać tu
doskonale, że w związku liczy się przede wszystkim tak
wyświechtane pojęcie jak kompromis, łagodne
wychowywanie jednej i drugiej strony, ustępstwa, tak,
żeby obie strony były zadowolone...
Kilkadziesiąt lat temu byłoby to nie do pojęcia, żeby
facet wychodził z ważnego meczu do żony... feminizm...
Ja rozróżniam różne oblicza feminizmu. Pierwszy to
feminizm polityczny – te same zarobki na tych samych
stanowiskach, zrównanie wieku emerytalnego, walka z
molestowaniem w pracy itp. ... to utożsamiane jest przez
Dunin, Szczukę, Janion, Środę... Drugi to feminizm
społeczny – wychowywanie facetów, walka z
poniżaniem
w
związku,
szeroko
rozumiana
asertywność...
Dla mnie feminizm to przede wszystkim ta druga opcja, a
w tym świadomość tego, że żadna ze stron nie może
dominować, szeroko rozumiany logiczny kompromis,
kobieta, która łagodnie ulega (jednocześnie mając swój
„wolny czas”) i mężczyzna świadomy tego, że nie jest
już łowcą, ma obowiązki, jest odpowiedzialny
(jednocześnie wyrywający się czasem do knajpy z
kolegami)...
Nie lubię ekstremów, a ekstremum jest kobieta
„wyzwolona”, zaliczająca, rzucająca się w wir zabawy
(bo przecież mężczyźni robią to samo... pytanie: jacy
mężczyźni?)... i ekstremum jest mężczyzna całkowicie
poddany, ubezwłasnowolniony, którego opisałem już w
jednym z mych opowiadań... dla mnie to żadna walka o
równość, a po prostu chęć dominacji w życiu... żądza
władzy...
Kobiety nadzwyczaj rzadko przyznają się do tego, że są
feministkami, a przecież jest nimi większość... dlaczego
się nie przyznają? Może dlatego, że ruch feministyczny
to ruch uświadamiany jako zgraja wrzeszczących
brzydkich kobiet, wzywających do zgładzenia mężczyzn
lub zapędzenia ich do rezerwatów...
Szkoda, że czasem niektóre kobiety rozumieją tylko tyle,
że ród męski to wyłącznie szuje, kanalie i trzeba ich
zniszczyć za wszelką cenę... stawiają siebie jako
feministki, a może tylko szukają usprawiedliwienia
swego
wstrętu
do
facetów
lub
skłonności
homoseksualnych... szkoda...
21 września 2005
Paryż z pocztówki...
- Też sama – zagadnąłem głupio na postoju w Torzymiu
- Tak, zawsze chciałam zobaczyć Paryż, teraz mam
wakacje to jadę
- Ja też mam wakacje
- Nie wyglądasz
- A jednak, to długa historia... mam na imię Sławek
- Ala, miło mi
Dalsza rozmowa toczyła się już w autokarze...
Była ładna, miała długie, ciemne, proste włosy i cienkie
okulary... przypominała mi Nikę...
- Co wybierasz?
- Bez Eurodisneylandu i kolacji
- To tak jak ja, pochodzimy razem?
- Dobrze, fajnie, bałam się trochę tego, że będę tu
całkowicie sama...
- Niestety trafiłaś na mnie
- Niestety? Na razie nie narzekam...
- Na razie to mało ludzi narzeka, zobaczysz, jestem
straszny...
- W takim razie nie mogę się doczekać tego Paryża...
Zawsze lubiłem towarzystwo kobiet, zawsze je miałem,
w szkole, pracy, poza nią... teraz miałem je w osobie Ali,
która okazała się interesującą nie tylko z wyglądu...
Paryż mnie zachwycił, począwszy od wieży Montparnase
– 200 metrów w górę, a właściwie z góry, od razu
mogłem podziwiać panoramę miasta i wieżę Eiffla, która
stała się dla mojego aparatu fotograficznego magnesem...
Poruszaliśmy się albo metrem, albo autokarem (rzadko,
bo się zepsuł)... Ogrody Luksemburskie, Panteon,
muzeum Pompidou... kiedy tylko był czas odłączaliśmy
się od grupy, by we dwójkę poznawać Paryż nieco
innymi ścieżkami...
Kolejny dzień, przepełniony Wersal, mnóstwo wycieczek
japońskich, niemieckich, rosyjskich... przeszedłem go
dwa razy, podpinając się pod polskiego przewodnika nieładnie... piękne wnętrza i ogrody –przepych, złoto,
historia Ludwików na każdym kroku... potem Luwr,
standard Nike, Mona Lisa, Wenus, malarstwo
niderlandzkie... znowu sami, Ala była piękniejsza od
Wenus, której nos przypominał nos Eleni (za to piersi,
pierwsza klasa, pewnie C75)...
Z Luwru oderwaliśmy się od grupy, by w samotności
zwiedzić D’Orsay, z obrazami van Gogha, Renoira,
Degas’a, Maneta („Śniadanie na trawie”)...
Potem Polami Elizejskimi na Łuk Triumfalny... i
pomyśleć, że grupa w tym czasie denerwowała się
popsutym autokarem, a my chodziliśmy sobie wśród
różnokolorowego tłumu po Champs Elysee...
Kiedy połaczyliśmy się z grupą przyszła na wieżę Eiffla,
oświetloną na żółto, czasami błyskającą fleszami...
zafascynowany fotografowaniem tej monumentalnej
„kupy złomu” zgubiłem się na tarasie Trocadero i
dopiero telefon do przewodnika wyciągnął mnie z
opresji...
Ostatnie piętro i widok na rozświetlony Paryż...
„Patrz płynie kolorowych świateł nad Sekwaną sznur...”
Następny dzień był wolny od przewodnika - metrem do
centrum, potem na Pere Lachaise... Morrison, Chopin,
Proust, Balzac, Piaf (mieliśmy szczęście, bo akurat nad
jej grobem przewodnik francuski puszczał jej piosenki niesamowite)...
Moulin Rouge (przedstawienie 140 euro na jedną osobę –
uff), nie różnił się od tego na fotografii, za to Pigalle
mnie rozczarował, zepsuta fontanna, żadnej dziewczyny,
seks szopy jak szopy (nie wstąpiłem, hihi)...
Za to przy Moulin Rouge jest mała uliczka Lepic, która
wije się aż na Montmatre... to tutaj pracowała Amelia, to
tutaj mieszkał z bratem van Gogh... pusto, bez turystów,
tak prawdziwie dekadencko...
Sacre Coeur –duże, ale za to zachwycała deszczowa
panorama Paryża... poniżej stara stylizowana karuzela i
uliczki pełne ruchu i sklepików... Ala kupiła tam sobie
torbę – ładną nawet... nie wiem, nie znam się...
Ogrody Luwru, plac Concorde, a w kościele św.
Magdaleny mieliśmy szczęście trafić na koncert
organowy (bodajże van Beethoven)...
Znowu wieża, odpoczynek na Polach Marsowych i do
hotelu, gdzie urządziliśmy sobie kolację przy francuskim
winie i serach, po czym grzecznie poszedłem spać do
swego pokoju... przypadki, kiedy po dwóch dniach idzie
się do łóżka z nieznajomym (na dobrą sprawę) facetem są
albo w filmach albo na niepoważnych blogach, w życiu
zdarzają się bardzo rzadko...
La Defense, nowoczesny moloch, ale także na swój
sposób
urzekający...
budynki
jak
z
filmu
fantastycznego... można się zgubić, można poczuć się
małym...
Paryż można zwiedzać miesiącami, znajdować tam
własne uliczki, siedzieć przy ulicy popijając wino lub
tylko wodę Perrier... nie przeszkadzały nawet nieustanne
kontrole plecaków i żołnierze na ulicach...
Droga powrotna, bez przeszkód z zahaczeniem o
Brukselę, która zupełnie nie wygląda na stolicę Unii...
obowiązkowy
Maneken
Pis,
starówka,
gofry
(przesmaczne!!!) – Belgowie słyną z czekolady...
Dojechaliśmy do Łodzi... smutno się rozstawać, ale
przecież wspomnienia pozostaną...
26 września 2005
Z pamiętnika niezbyt starego kawalera...
Wizyta u brata... i znowu ten bachor, sześć lat ma
szczeniak, a zachowuje się jakby wszystkie rozumy
pozjadał
- Wiesz wujku, ja już umiem grać w Warblade
- A co to jest – pytam, choć guzik mnie to interesuje
- Taka fajna strzelanka, chcesz to zagramy, doszedłem do
czternastego poziomu
- Może później – rzucam wymijająco
Tak, nie dość, że tu jestem, muszę słuchać jego jazgotu to
jeszcze powinienem się podniecać jakąś durną gierką...
dają mu to, byle się tylko dzieciakiem nie zajmować, a
sami trzaskają kasę...
- Kacper – a powiedz wujkowi czego się nauczyłeś w
przedszkolu... wiesz, on ma angielski...
Boże mój, jak ja nie lubię tych wymuszonych przez brata
wizyt, Marzena stara się być miła, ale jej to nie
wychodzi...
- Nie, Marzenko, nie trzeba, wiem, że Kacper to
wspaniały chłopak – tak, no przecież cały czas starają mi
się to udowodnić (dodaję w myślach)
- This is a carrot, this is a apple – recytuje chłopczyna, a
mnie szlag trafia...
- Tak, pięknie - skłamałem obłudnie, by Marzena się nie
obraziła... w ogóle to bardziej ona mnie interesowała niż
dzieciak, szczęściarz z tego Pawła, gdybym ja taką
dorwał to może nawet bym się ożenił, hehe... nie, bez
przesady, ale z łóżka bym nie wypuszczał...
A Kacper znowu do mnie...
- Wujku, a kiedy przyjdziesz do mnie z ciocią?
No tak, znowu o mnie gadali, znowu ustawiali mi życie...
a czy mi źle, mam trzydzieści lat, jestem wolny, mogę
sobie iść na imprezę, poderwać zawsze jakąś laskę, a im
to widocznie przeszkadza... woleliby, bym najpierw
spotykał się z jakąś flądrą co to mnie szybko złapie na
dziecko, a potem... potem ciąża, patrzenie na jej rosnący
brzuch i żylaki, potem dzieciak, nieprzespane noce,
niemożność wyjścia do kina, teatru czy na imprezę... i w
końcu ma się takiego berbecia, co naciąga na gumy do
żucia i zajmuje czas przy komputerze, a człowiek się
starzeje dwa razy szybciej... niedoczekanie – jestem
wolny, zostanę wolny i nic mnie nie zmusi do zmiany
tego statusu, niech sobie inni wierzą w miłość i inne
bzdury – ja odpadam... carpe diem, k...mać... ale ta
Marzena mnie kręci... ciekawe jak wygląda, kiedy
przeżywa orgazm...
- Wiesz, nie mam jeszcze cioci dla Ciebie, ale postaram
się
- Pamiętaj, wujek...
Tak, pamiętaj - wszyscy najchętniej wysłaliby mnie do
życiowego piachu, ja chcę żyć, a nie cały czas pieluchy
zmieniać... tyljeszcze dziewczyn czeka, by je przelecieć,
a ja mam się zarzynać w związku z jedną, co NA
PEWNO mnie będzie chciała osiodłać, zmisiaczkować i
inne takie babskie fanaberie, jak mam ochotę na
panienkę, to idę sobie do knajpy i już... bez zobowiązań,
czyściutki seks, a nie żeby od razu się wiązać... ludzie są
beznadziejni, po co im to wszystko, rodzina, dzieciaki,
dom, stół, szafa orzechowa... lepiej przecież od nikogo w
życiu nie zależeć, przyjść sobie do domu, wyjąć piwko z
lodówki, obejrzeć mecz w telewizji, bez gderliwej
dziewczyny nad uchem... a mój brat? Paweł jest
głupkiem chyba największym, zamiast pomieszkać sobie
z Marzeną jakieś parę latek, poużywać sobie (a jak mu
zacznie podskakiwać to ją rzucić), to po roku się ożenił,
po dwóch dał się wrobić w dzieciaka i teraz jest
zwyczajnym pantoflem... pozuje na dobrego tatusia, ale
ja wiem, że to tylko poza, maska, bo jak można być
szczęśliwym człowiekiem z dzieciakiem, co wyciąga
kasę i jedną kobietą, kiedy tylko marudzi i marudzi...
***
Obudziłem się, otwarłem oczy... jaki straszny miałem
sen... śniło mi się, że jestem kimś innym...
28 września 2005
Jestem homofobem...
Widziałem kiedyś Paradę Równości w Vancouver – jest
to miasto, w którym burmistrz jest homoseksualistą...
patrzyłem na ten kolorowy, roztańczony, szczęśliwy tłum
i myślałem sobie, że to nie dla mnie... jako
heteroseksualista czułem niechęć, nie wrogość, a
niechęć... nie obchodzi mnie czy ktoś jest gejem czy nie,
nie przeszkadzałby mi taki sąsiad, ale manifestowanie
swojej inności nigdy mnie nie przekonywało...
Ja wiem, homoseksualiści są negatywnie postrzegani w
społeczeństwie i muszą mieć możliwość wykrzyczenia,
że są, ale...
Już św. Tomasz z Akwinu uważał, że homoseksualizm
nie prowadzi do prokreacji i przez to jest niezgodny z
naturą (Boga odrzućmy i będzie to rozwinięcie teorii
Arystotelesa)... jestem zwolennikiem teorii tego
greckiego etyka i uważam, ze człowiek jest zwierzęciem
myślącym, ale tylko zwierzęciem...
O Paradzie w Polsce będziemy mogli pomarzyć patrząc
na wyniki wyborów, ale ta sama w sobie jest
nieszkodliwa, przejdą, zamanifestują i tyle... pokażą, że
są, że istnieją, to dla nich ważne... mimo wspomnianej
niechęci nie mam na to wielkiego wpływu... gorzej,
kiedy homoseksualista będzie potem wykorzystywał fakt
bycia kochającym inaczej.
Wyobraźmy sobie inny kraj (jeszcze nie Polskę) i kogoś,
kto bycie homo stawia jako atut... piętnuje rzekomą
obłudę heteroseksualnych... kto mówi, że jest
prześladowany, ma mniejsze prawa i posługując się
populistycznymi hasłami (patrzcie na nich - ten zdradza
żonę, ten kradnie, ten nie daje na tacę) zdobywa sobie
elektorat, dostaje się na szczyty władzy itp. ... Czy ten
człowiek jest lepszy od kogokolwiek innego? Nie – on
jest taki sam, tak samo chce pieniędzy, władzy, panienek
(pardon – chłopaków)...
Słowem - wydaje mi się, że człowieka nie należy oceniać
po tym, czy jest czy nie jest hetero... ani jedno, ani drugie
nie jest atutem czy powodem do dumy... na tej zasadzie
w ogóle nie powinno się podawać żadnych argumentów
wykorzystujących te fakty...
Odchodząc nieco - przenieśmy to na inny grunt – obok
homoseksualisty co się puszy jest panienka, która się
puszcza i uważa się zewsząd za dyskryminowaną...
polityk, co oszukał, obraził, ukradł i uważa się za
prześladowanego politycznie...
A jak wygląda homoseksualizm widziany z mojego
punktu widzenia, poprzez spotkania z różnego typu
osobami i opowieści?
Kiedyś wracam sobie piechotą nieco zawiany z
Juwenaliów... na wysokości dworca PKP zaczepia mnie
pewien gość i zaczyna rozmowę... Gdzie idziesz? Na
Stradom? Słuchaj, niedługo będzie pociąg na Stradom,
chodźmy do dworcowej kawiarenki, poczekamy,
pogadamy... zbyłem faceta...
Innym razem mój brat przechodził sobie przez wiadukt
na Monte Cassino i przyczepił się do niego facet, na
początku swobodna pogawędka, a potem? Dalej go
namawiać na numerek... „Słuchaj, jak chcesz, to ty
będziesz z tyłu”... a mój brat oczywiście nic... A facet?
Widząc, ze nic nie wskóra w pewnej chwili chwycił go
tam, gdzie nie powinien... Grzesiek zareagował
błyskawicznie i, jak opowiadał, pierwszy raz widział by
komuś buty oderwały się od podłoża (jak na filmach
rysunkowych)... jeden cios wystarczył, zostawił później
faceta przewieszonego przez barierkę...
I gdzie tu dyskretny urok knajpek dla gejów? Gdzie to
piękno miłości greckiej? Czy można w ogóle o nim
mówić kiedy ma się podobne historie... homoseksualiści
też ludzie, wraz z brudem dotyczącym swojej orientacji...
raczej nieszczęśliwi, bo nie mający przyszłości i żyjący
wyłącznie dla siebie... bo chyba trudno o bardziej
przykry widok niż starzejący się homo, którego domu nie
ma kto ożywić...
30 września 2005
Miłość w godzinach nadliczbowych...
Tyle razy mówiłem jej, by nie dzwoniła do mnie
wieczorem... kryć się muszę w łazience i uważać, żeby
żona nic nie słyszała.
- Możesz dzwonić do 16 na komórkę, jestem w terenie,
nikt mi nic nie zrobi, a tak...
- Ale ja ciebie chcę zawsze... kocham cię
- Słuchaj, zasada jest prosta... wiesz, że mam żonę,
wiesz, że jest zazdrosna...
- Ale podobały ci się moje smsy, Tygrysku
- Bardzo, Koteczku... uwielbiam je od ciebie dostawać
- Zadzwonię jutro, na pewno, marzę o tobie, kocham cię
- Ja cię też, pa
Wiedziałem, że jutro znowu zostanę zarzucony smsami,
gorącymi, erotycznymi, takimi, od których zawsze
podnosiło mi się ciśnienie - „Nie przestawaj! Chciałbyś
mnie? Jestem Twoja!”...
I pomyśleć, że dzisiaj Sławek chciał mnie wziąć do
knajpy, poznać mnie z jakąś podobno niebiańsko piękną
dziewczyną - kiedy pokazałem mu kilka smsów od Marty
to z miejsca zmienił melodię...
- Mam i przysłać jej zdjęcia? Mam nawet takie, które
zrobione zostały tylko dla mnie...
- Przyślij te ogólne, prywatne mnie nie interesują... to
kim ona jest?
- Jest modelką, pracuje w Warszawie, a teraz wybiera się
do Grecji na zdjęcia
- Modelką?? – patrzył na mnie jak na ślepą kurę, której
trafiło się ziarno
- Tak, poznaliśmy się na czacie
- Na czacie??
- Tak, Sławku, a co w tym dziwnego?
- Nie, nic, ale jest to nieco zaskakujące, przepiękna
dziewczyna wysyła ci zdjęcia, bombarduje smsami,
Arku, no cóż, jestem zaskoczony
Tak, widziałem, jak kręcił głową z niedowierzaniem... a
jednak... o, kolejny sms... pokażę mu, bo nie wierzy...
- Nieźle
- I tak jest mniej więcej co pół godziny, dziewczyna jest
o dziesięć lat młodsza ode mnie, nie przeszkadza jej moja
żona, dziecko, napaliła się i tyle, a w tych sprawach jest
świetna...
- Ale ona może się tobą bawić
- I co z tego, że się bawi, ja też się bawię... zabawa się
skończy zacznie się z następną, tylko muszę uważać, by
Irena się nie dowiedziała, bo bym miał „halo” w domu...
Widziałem jak Sławek oswoił się z tą myślą, jeszcze raz
pokiwał głową ale tym razem z uśmiechem niż z
wyczuwalną poprzednio ironią... wiedziałem, że mi
uwierzył, wiedziałem, że trochę zazdrości, chociaż nie
dawał po sobie tego poznać... niech ma... on też jest
niezły w te klocki, chociaż mało o tym mówi... był czas,
kiedy wymienialiśmy się informacjami, z tym, że on
robił to zawsze tak jakby teoretyzował, tymczasem wiele
rzeczy się słyszało od znajomych... On też wiedział o
mnie dużo, ale nawet będąc u mnie w domu, upijając się i
patrząc w oczy Ireny nigdy mu się nic nie wyrwało,
pilnował się zawsze, albo jeśli już to mówił wszystko tak,
jakby opowiadał historie sprzed wielu lat dotyczące
zupełnie innych ludzi... on to potrafi...
- A nie boisz się o to, że w pewnym momencie Marta
będzie chciała zająć miejsce Ireny, przecież pisze, że cię
kocha, a dla kobiet dużo znaczą słowa – znowu rzucił
prowokacyjnie, znał odpowiedź, chciał się tylko
upewnić, zawsze tak robił
- Słuchaj, Sławku, ona zna zasady, podporządkowała się
im, czasami dzwoni, kiedy nie powinna, ale poza tym nie
dzieje się nic. To taka gra... gdyby nie pisała, że mnie
kocha, czułaby się jak dziwka będąca w beznadziejnym
związku, a tak... bawi się w uczucia, bawi się w romans
rozpoczęty na czacie, bawi się i nic więcej... ona wie, że
jest tylko do rżnięcia i mnie tak właśnie traktuje
„miłością” dodając temu smaczku... w momencie, gdy
zacznie fikać dostaje kopa i tyle... i tak nic nie zmieni
tego, że ją posuwałem, że była moja... a nawet gdyby, to
z Ireną jakoś sobie w końcu poradzę, nie jest to pierwszy
i pewnie nie ostatni raz...
- Dobre...
Nie chciał się przyznać do tego, że myśli tak samo, a
przecież wielokrotnie to powtarzał...
- Ja się bawię, ona się bawi, wszyscy są zadowoleni –
kontynuowałem... – przyślę ci jej zdjęcia, to zobaczysz...
Miał tą rozmowę opisać... ciekawe, czy to zrobi...
02 października 2005
Słodkie winogrona i kwaśne pomarańcze...
Ewelina pracowała ze mną kilka lat, kiedy zaczynałem
swoją „karierę”... była osobą bardzo nad wyraz
asertywną, otwartą, śmiałą, ale jednocześnie nie potrafiła
przyznać się przez to do słabości. Kiedy otrzymała
decyzję o wypowiedzeniu pracy nawet nie była
załamana, ale zła... tym bardziej, że mówiło się, że tym
co o nim przesądziło było drugie dziecko, które nie
pozwalało jej na tak zwany rozwój...
Nie załamała się, od razu znalazła sobie inna pracę,
potem kolejną, kolejną i jeszcze jedną... zawsze o
kolejnych zwolnieniach decydował jej niewyparzony
język i związana z tym niesubordynacja... ciekawe było
też to, że zawsze dzięki temu znajdowała sobie kolejną...
Łączyły mnie z nią interesy, najpierw wynajmowałem jej
mały domek po dziadku na Warszawskiej, potem ten
domek jej sprzedałem... i przez wiele lat potem gościłem
na imprezach ostatkowych, zabawach sylwestrowych i
„prywatnych audiencjach”...
Każda z tych wizyt wyglądała podobnie... a właściwie
podobne były jej początkowe tematy, bo Ewelina zawsze
na początku obgadywała mojego szefa, znała na jego
temat najnowsze plotki, rozczulała się nad moim losem,
że muszę pracować z kimś takim i w takiej firmie...
towarzyszyło temu zawsze rozpływanie się nad jej
własnym miejscem pracy... o dziwo w czasie kolejnych
wizyt słyszałem, że znowu to miejsce zmieniła...
O ile pierwsze wizyty były dla mnie swoistym szokiem,
o tyle kolejne przyjmowałem już ze spokojem...
wiedziałem, że będzie podobnie... najpierw kilka
gorzkich pomarańczy, które przyjmowałem z pokorą nie
chcąc się niepotrzebnie kłócić, potem kilka słodkich
winogron o jej cudownym zawodowym życiu jako
specjalistki, menadżera...
Okazuje się, że ta dziwaczna tendencja chwalenia tego co
się ma połączona z totalną negacją tego co mają inni jest
cechą nie tylko tej dziewczyny... kilka tygodni temu
wyczytałem w liście zamieszczonym w tygodniku, że
pewna kobieta wyjeżdża z Polski ponieważ tutaj są
nieuprzejmi urzędnicy... lekarze, którzy biorą łapówki...
o przyjęciu na studia czy do pracy decydują znajomości i
kilka jeszcze argumentów, których nie powstydziliby się
w kampanii wyborczej co bardziej radykalni
antyliberalnie politycy. Jednocześnie chwaliła uroki
Szwajcarii, do której się wybierała na stałe... uczciwość,
perspektywy, służbę zdrowia...
Daleko mi od zachwytów nad naszym krajem, ale
odebrałem to podobnie jak odwiedziny u Eweliny... w
pierwszej chwili chciałem pisać do gazety, że tak nie do
końca jest, wykrzyczeć swe oburzenie i nagle poczułem
się jak ktoś, kto powinien raczej siedzieć cicho, że nie ma
sensu przekonywać kogoś, kto bazuje na mocno
zwietrzałych argumentach... dla niego zawsze to co myśli
będzie miało smak słodkich winogron, a opinie
innych będą dla niego jak kwaśne pomarańcze...
Na szczęście nie zawsze siedzę cicho... chyba lubię
bezsensowne dysputy, nie szkodzą mi przecież wcale...
10 października 2005
Chcę komciów…
Ilekroć pojawiam się w dwudziestce najchętniej
czytanych blogów na onecie tylekroć mam wątpliwą
przyjemność zbierać „zaproszenia” na inne blogi… i
byłoby to nawet miłe, gdyby osoby zapraszające chciały
przynajmniej przeczytać treść notki, ustosunkować się do
niej, napisać, czy im się podobała…
I mogę nawet zrozumieć tych, którzy przeczytawszy
notkę poprzednią uznali, że to moje życie, moje opinie,
bo ci chociaż przeczytali, a że się pomylili i dali pobieżną
ocenę, cóż…
Zastanawia mnie tylko od dawna dlaczego w blogach
tyle propozycji „daję komcie”, „pięć komci za jeden”?…
pomijam fakt, że wkurza mnie zdrabnianie słowa
„komentarz” na infantylny „komć” jest mordowaniem z
premedytacją języka polskiego (o ortografii nie
wspomnę)… można odnieść wrażenie, że cała ta karuzela
kręci się tylko i wyłącznie wokół jakiejś dziwnie
rozumianej popularności… takiej, w której miarą są
komcie, statystyki,
liczby mające potwierdzić
wspaniałość naszej osoby jako autora…
A przecież wszystko zależy od nas samych i jeśli nasze
dobre samopoczucie uzależniać będziemy od odzewu na
głupoty, które piszemy, to może się okazać, że w
pewnym momencie zostaniemy sami, nieszczęśliwi,
pogrążeni w internetowych kompleksach („prowadzę
blog i nawet jego nikt nie chce czytać, jestem
beznadziejny, nie chce mi się żyć”)…
Bo czym jest blog?? Formą przedstawienia siebie i
swoich opinii, pamiętnikiem elektronicznym, miejscem
chorych prowokacji ludzi, których się nie zna (można,
czemu nie, tylko po co??)…
Ja sam zawsze twierdziłem, że do tego, co się robi trzeba
mieć dystans… mnie samemu tego dystansu brakowało i
pewnie brakuje, tylko rzadko się do tego przyznaję…
Ciekawe, że gdybym dzisiaj miał lat piętnaście to pewnie
też założyłbym bloga i pewnie też wysyłałbym po innych
swoje adresy… pisałbym o szkole, ciekawe czy
chciałbym się pokazać jako wspaniały erotyczny
kochanek (teoretyk)… może jako macho, co całuje się
już z dziewczynami i zaliczył nawet więcej pierwszą
bazę (dla niezorientowanych – termin „bazy” jest z
baseballu – pierwsza oznacza pocałunki, druga pieszczoty piersi, trzecia – pieszczoty innych miłych
miejsc, no i punkt, hmmm, jakby to powiedzieć,
wiadomo)… zapewne w jakiś czas potem doszedłbym do
wniosku, że nikt mnie nie czyta, to doprowadziłoby
kruchą chłopięcą psychikę do kresu wytrzymałości,
kompleksy goniłyby kompleksy… ech – szczęście, że
dwadzieścia lat temu nie było internetu w Polsce…
Dzisiejsze nastolatki wchodzą w dorosłe życie z
przekonaniem, że trzeba się wyróżniać za wszelką cenę,
oglądać pornole, tworzyć blogi, w których pozują na
pornograficznie wyzwolone panienki i facetów, uczyć się
internetowych oszustw (autentyk – przy czacie koleżanka
do mojej siostry kilka lat temu - nie przyznawaj się, że
masz czternaście lat, bo nikt nie będzie chciał z tobą
gadać)… brak jakby miejsca na normalność,
indywidualizm, a przede wszystkim rzeczywistość…
Młodość musi się wyszumieć, tylko dlaczego oznaczać to
musi wejście w świat jako osoba pełna głupich ambicji
(„zajrzyj i koniecznie zostaw komcia”) i fałszywych
wartości…
12 października 2005
Rafał...
- Już... – obudziła go...
Druga... wstał szybko, ubrał się, bez zbędnych słów
wypił kawę czekając na taksówkę... słowa nie były
potrzebne, wszystko było przygotowane od kilku dni...
ona skupiona i spokojna, choć wiedział, że wcale
spokojna nie jest, on zresztą też, w końcu to pierwszy
raz...
Taksówka przyjechała szybko... kilka minut i już byli w
szpitalu, telefony, szukanie lekarza, powinien już być...
badanie, w porządku, bez żadnych komplikacji... na
szczęście...
Przed wejściem na blok położniczy pocałował ją... mógł
pójść do domu, to jeszcze potrwa... nie zdecydował się na
poród rodzinny? Nie żałował tego...
Kilka miesięcy temu spotkał kolegę pchającego przed
sobą wózek, jakże on się rozpływał nad tym, że był przy
porodzie swego dziecka, opowiadał ze szczegółami, a na
słuchającym nie robiło to żadnego wrażenia...
Tak, istotnie musi to być niesamowite przeżycie, ale
widok ukochanej osoby zakrwawionej i wijącej się z bólu
przyprawiał go raczej o mdłości niż o wzruszenie...
ociekająca krwią pępowina również nie jest najlepszym
wspomnieniem... no i wiedział, że ona nie chce, by
widział ją w takim stanie...
I jeszcze coś - zawsze uważał, że nie ma znaczenia czy
trzyma się ukochaną za rękę, ważne jest jakim się jest dla
niej i dla dziecka później... sam poród to nic w
porównaniu z nocnym wstawaniem, nawałem mlecznym
u matki, przewijaniem i nieustanną troską o dziecko... co
z tego, że ktoś teraz kupi sobie możliwość uczestniczenia
w porodzie rodzinnym, skoro za kilka miesięcy będzie
uciekał w pracę, by tylko się tym dzieckiem nie
zajmować... a on postanowił być dobrym, a nie modnym
ojcem...
Tym niemniej przez kilka chwil żałował tego idąc z
powrotem do domu, wiedząc, ze jeszcze nie czas...
Trochę się zdrzemnął... po siódmej znowu był na
oddziale, spotkał się z nią, miała chodzić, jeszcze kilka
godzin, to dzisiaj... kazała mu iść do pracy i dzwonić...
znowu dom, nie wiedział co z sobą zrobić, próbował być
spokojny, włączył telewizor, obejrzał coś, czekał, zaraz
potem zadzwonił...
- Czy można rozmawiać z panią Kowalską?
- Właśnie urodziła, syna...
- Już jadę... – rzucił słuchawką...
8.35...
W kilka minut był przed szpitalem, oddział, nie
wpuszczą, normalne, wizyty od 12.00 – nigdy nie dał
łapówki, nie umiał tego robić, zresztą i tak nie miało to
znaczenia, spała... zdrowy, 10 punktów w skali Apgar...
zważą i zmierzą później...
- Proszę powiedzieć, że ją kocham i że będę o
dwunastej...
Serce mu waliło jak młot, znowu dom, telefony do
mamy, brata... szczęście, duma, wszystko w porządku,
wszystko w porządku...
W pracy powiedział tylko, że dzisiaj nie jest w stanie
pracować...
O dwunastej był na miejscu, była zmęczona, ale
szczęśliwa... obok niej w łóżeczku leżał Rafał...
14 października 2005
Dzień Nauczyciela…
- A co Pan by chciał dostać na Dzień Nauczyciela
- Nie uważam się za nauczyciela, więc nie ma powodu,
dla którego miałbym cokolwiek dostawać – odparł
opryskliwie
- Ale zawsze Pan może nim zostać – podniosła brwi
prowokująco i uśmiechnęła się dwuznacznie…
- Nie rozumiem – nie zmieniał tonu
- Myślę, że doskonale Pan rozumie, do zobaczenia na
dzisiejszych zajęciach – odwróciła się i odeszła
zostawiając go z mętlikiem w głowie…
Pracował już piętnaście lat na uczelni prowadząc zajęcia
z teorii zarządzania i był nieco zmęczony tą pracą i
ciągłym użeraniem się ze studentami… przed kilkoma
laty opuściła go żona, odeszła do innego, zabrała jedyne
dziecko… rozwód przebiegł szybko i bezboleśnie, nie
chciał niczego, był zniechęcony do życia… od tej pory
był sam i nawet liczne studentki nie robiły na nim
wrażenia… miał kilku kolegów, brata, u którego spędzał
Święta, własne mieszkanie, pewną pracę, tytuł, średniej
klasy samochód, trochę pieniędzy i to wystarczało…
To, że nagle tak ładna studentka nie zwróciła uwagi na
jego podniszczoną marynarkę, a na niego samego było
dla niego zaskoczeniem… jednocześnie w jego głowie
zabrzmiał sygnał ostrzegawczy… Czego ona może od
niego chcieć? Przecież ten przedmiot jest łatwy, a on sam
łaskawy dla studentów… ale był początek roku, może
jeszcze tego nie wiedzieli, może to był jakiś zakład, żeby
uwieść go, a potem śmiać się z niego w studenckich
knajpach …
Co ma robić? Ale przecież to tylko niewinna rozmowa,
nic się jeszcze nie stało… jego umysł pracował na
zdwojonych obrotach, bo nagle nie wiedział jak
zareagować na tą sytuację… uspokoić się, nie myśleć
sobie za wiele rozejdzie się po kościach – mówił sobie w
duchu…
Zajęcia… unikał jej wzroku, błądził po sali, by tylko nie
dać się jej speszyć, wiedział, że na niego patrzyła, cały
czas, uporczywie, pożerała go wzrokiem… Po wykładzie
podeszła do niego…
- Zastanowił się Pan już?
- Nie, nie myślałem o tym – skłamał
- A czy da się Pan zaprosić na kawę?
- Jak to?
- Zwyczajnie, na kawę, na dół, proszę
Przez chwilę się zawahał, ale w końcu ciekawość
zwyciężyła
- Dobrze… ale ja płacę
- Będę czekała na dole
Stało się, dał się złapać… ale przecież tego właśnie
chciał, schodząc po schodach czuł się jak młody chłopak
idący na pierwszą randkę… „głupiec ze mnie” myślał,
ale nie przeszkadzało mu to wcale, czuł się wspaniale i
nawet jeśli byłoby to tylko złudzenie, to na tyle
przyjemne, że nie obchodziło go nic wokoło… Siedziała
przy stoliku, teraz dopiero dostrzegł jej piękno
- Czego się Pani napije?
- Proszę mi mówić po imieniu
- Ale...
- Nie ma ale... – była nadzwyczaj śmiała, ale wiedziała
już, że może sobie na to pozwolić... – proszę mi mówić
po imieniu, kawę z mlekiem, bez cukru
- Dobrze
Pierwszy raz studentka go tak potraktowała, ale nie czuł
złości, najwyżej zdziwienie... kupując patrzył jeszcze
podejrzliwie na ludzi wokół, ale nikt nie zwracał na
niego uwagi... poczuł się nieco pewniej... usiadł przy niej
i nie patrzył już na nic innego, podziwiał jej piękno,
jasne, długie włosy i niebieskie oczy, wsłuchiwał się w
brzmienie jej głosu... po raz pierwszy od wielu lat chciał
żyć chwilą, choćby ta miała się zaraz skończyć...
17 października 2005
Zasada czwarta: Tylko spokojnie...
Euforyczny stan, którym jest zachwycenie i zakochanie
odbiera zmysły... jeszcze wczoraj byłeś mężem i ojcem,
pogrążonym w codzienności, a dzisiaj stałeś się
kochankiem... porwał cię świat sekretów, tajemnic, które
skryć musisz przed małżonką, rodziną (dla
bezpieczeństwa), sąsiadami i wścibskimi znajomymi...
spotykacie się dwa, trzy razy w tygodniu na kilkadziesiąt
minut, ślecie sobie smsy, maile pełne zapewnień o
miłości i pożądaniu...
Chciałbyś wykrzyczeć, że znowu kochasz, że masz kogoś
kto pokochał ciebie (przynajmniej tak ci się wydaje), a
nie możesz... W stanie tym najłatwiej o błędy... Bohater
filmu „Rybka zwana Wandą” – adwokat duszący się w
swym życiu, grany przez fantastycznego Johna Cleese w
zamyśleniu mówi do żony „Dobrze, Wando” myśląc o
tej, która nim zawładnęła...
Niedoświadczony kochanek we śnie szepce imię innej,
bądź proponuje na rodzinnej imprezie, z godnym
podziwu zapałem, by nowe dziecko w rodzinie nazwać
imieniem tej, o której śni od kilku tygodni... oczy mu
błyszczą, jest ożywiony, podniecony następnym dniem,
zrywa się na każdy dźwięk smsa w swoim telefonie,
zachowuje się jak małe dziecko, które chce jak
najszybciej się pobawić nową zabawką...
Ileż to razy widziałem jak małżonek z kilkuletnim stażem
zafascynowany mówi o nowej osobie w jego życiu,
każdy wątek rozmowy gotów jest sprowadzić na temat
tej właśnie, która posiadła jego umysł i ciało (to przede
wszystkim)... wiem, że przy mnie traci czas, że
najchętniej wykorzystałby go umawiając się właśnie z
inną...
W całej tej euforii małżonka traktowana jest jak
nierozumne zwierzę, które cieszy się z każdej minuty
poświęconej przez męża na dom i dzieci... tymczasem
niedostrzeganie w połowicy groźnego przeciwnika grozi
daleko idącymi konsekwencjami, przy których
karczemna rodzinna kłótnia to naprawdę nic... dalej idą
rozmowy o rozwodzie, o tym, czy jest lepsza i w czym,
jak się poznaliście i strach przed odwetem (skoro ty
mogłeś to czemu nie ja – ale to raczej rzadkie, chociaż...),
a kiedy po wielu latach już nie masz ochoty na żadne
romanse żona w najmniej odpowiednim momencie
wspomni ci ten grzech śmiertelny... przecież zna cię od
lat, wie kiedy kłamiesz, kiedy jesteś zamyślony,
nieobecny, kiedy zachowujesz się nienaturalnie... to
widać...
Jak uniknąć kłopotów? Zachować spokój... schować się
we własnym świecie, ukrywać podniecenie, kiedy
przychodzi sms, nie odpisywać od razu (a wtedy, gdy
małżonka się kąpie, a ty słyszysz szum wody), nie czekać
na maile po raz kolejny w ciągu godziny włączając
komputer, nie wyłączać go gwałtownie, kiedy wybranka
spod znaku ołtarza wejdzie do pokoju, nie chować się w
ubikacji, by porozmawiać z kochanką (ewentualnie
poczekać na lepsze warunki), nie kombinować, nie
wymyślać nagłych wyjść z domu, wyjazdów w delegacje,
nadgodzin, które można łatwo sprawdzić... żona myśli,
szanuj to...
A wtedy przy kochance będziesz mógł odtajać,
rozluźniać się i odpoczywać bardzo często... aż ci się ona
nie znudzi...
19 października 2005
Muchowiec...
Październik, wspaniały, kolorowy liśćmi i słońcem...
uwielbiam ten miesiąc, ubóstwiam Ciebie... Pamiętasz
kiedy szliśmy oboje alejkami parku przy lotnisku na
Muchowcu?
Lekki, zimny wiatr dotykał Twoich włosów a słońce je
rozjaśniało...
rozmawialiśmy,
niepośpiesznie
przemierzając żółtoczerwone drzewa i brodząc w
suchych liściach...
Usiedliśmy na ławce... chciałem Cię poczuć... dotknąć...
przy ławce obok dwóch mężczyzn grało w szachy, nie
zwracali na nas uwagi... przytuliłem się do Ciebie,
pocałowałem, Twoje miękkie usta przyjęły mnie chętnie,
zatopiliśmy się w siebie... jak przed narkotycznym snem
poczułem odpływającą rzeczywistość, liczyłaś się tylko
Ty i Twoje usta...
Cicho wyszeptałaś „chcę ciebie”... i pocałunek połączył
nas powtórnie, a moje ręce znalazły drogę pod Twą
niebieską kurtką... pozwoliłem, by się ogrzały zanim
dotknąłem Twego ciała... Nikt nie zwracał na nas uwagi panowie nie przerywali gry, nie było też ludzi na
ścieżce... w nieruchomej fontannie poruszały się tylko
liście...
Dotknąłem policzkiem Twej twarzy, przesuwałem wolno
tak, by słyszeć Twój przyspieszony oddech... me dłonie
pod kurtką niecierpliwie, ale wolno, powstrzymując się,
dotykały już Twych piersi... lekko, delikatnie, ale
zdecydowanie... Nie liczyło się nic wokół nas, świat
zwolnił... przytuliłaś się do mnie mocniej, tak, by ukryć
to, że powoli traciłaś poczucie rzeczywistości... znałem
Cię doskonale, wiedziałem co robić, byś nie myślała, nie
bała się, by było Ci błogo i miło...
Ręce przesuwały się powoli pod swetrem przez nic
nieskrępowane, a ja szeptałem Ci do ucha najpiękniejsze
słowa i kąsałem koniuszki uszu...
Zamknęłaś oczy słuchając mnie, a ciepło mej dłoni
rozlewało się po Tobie... z piersi przesunąłem rękę niżej
na brzuch, potem jeszcze niżej, rozpiąłem guzik spodni...
w pewnej chwili otrząsnęłaś się patrząc z przestrachem
dokoła, ale nikt na nas nie patrzył, byliśmy sami na tym
świecie... pocałowałem Cię, szepnąłem „śpij” i
przywarłaś do mnie znowu...
Palce moje dotykały Ciebie i czułem jak narasta w Tobie
i we mnie podniecenie... nikt tego nie widział, nikt tego
nie chciał przerwać, panowie przy szachach leniwie
patrzyli w planszę nie domyślając się nawet, że
kilkanaście metrów od nich dwoje ludzi traci
świadomość... błądziłem to ledwie dotykając to mocno
napierając w pełne żaru miejsce...
Nagle ścisnęłaś uda zamykając je w tym gorącym
potrzasku, przygryzłaś wargi, by nie krzyknąć... przez
Twe ciało przeszedł dreszcz, jeden, drugi...
Obudziłaś się jakby ze snu, rozluźnienie przywróciło
trzeźwość myślenia, spojrzałaś wokoło, słońce, liście,
fontanna, panowie przy szachach... pocałowałem Cię i
przytuliłem bardzo mocno...
Pamiętasz?...
24 października 2005
Rumcajs...
Lubię chodzić do kina, na filmy... jeszcze kilka lat temu
nie było u nas prawdziwego kina, seanse odbywały się w
filharmonii, aż po przepychankach między inwestorami
powstało w Częstochowie pierwsze Multikino, osiem sal,
szeroki wybór filmów, ale... nigdy tam nie byłem...
Jestem filmowym konserwatystą – nie lubię odgłosów
chrupania, ciumkania, siorbania szeleszczenia oraz
wszechobecnego zapachu prażonej kukurydzy w sali
kinowej, kojarzy mi się bardziej z marną żarłodajnią niż
z przybytkiem kultury (nawet masowej)... nie lubię i
tyle... jeśli mam spędzić blisko dwie godziny w takich
warunkach i zapłacić za siebie i nie tylko to dziękuję...
Zresztą chodzić samemu do kina oduczyłem się w czasie
studiów, kiedy wygrałem bilet (podwójny) na „Operację
Słoń” w kinie „Warszawa” w Krakowie – tylko nikt nie
chciał ze mną iść... poszedłem sam, na sali było chyba
sześć osób... film śmieszny, właściwie dla dzieciaków,
ale jaka to przyjemność, kiedy wychodzisz i nawet z kim
pogadać nie ma na jego temat... od tej pory mówię, że
chodzenie do kina samemu to tak jakby ktoś sam ze sobą
uprawiał miłość... efekt jest, ale satysfakcja marna...
Nie chodzę do kina sam, czasem jest to ktoś bliski,
czasem tylko brat lub siostra... Chodziłem najpierw do
maleńkiej, kameralnej salki Ośrodka Kultury Filmowej
koło Kojota, gdzie czeka kilkadziesiąt krzesełek i gdzie
trzeba było mieć szczęście, by nie padał deszcz, bo wtedy
kapanie kropel do podstawionych wiader niszczyło całą
przyjemność oglądania...
Potem na nowo odkryłem, działający co tydzień od
października do czerwca w poniedziałki na osiemnastą,
Dyskusyjny Klub Filmowy „Rumcajs”... klub istnieje od
50 lat, mało dziś w nim dyskusji nad filmami, ale od lat
projekcję rozpoczyna kilka ciekawych słów dr
Kołodziejskiego (Dyrektora Liceum im. Traugutta i
pracownika częstochowskich uczelni) kierującego
klubem od wielu lat...
Od kilkudziesięciu lat sprawdza tam bilety mój wujek,
który najpierw pasją filmową „zaraził” moją starszą
siostrę, a potem mnie... a pracuje tam na zasadzie swego
rodzaju wolontariatu... był tam wtedy, gdy klub mieścił
się jeszcze przy kinie Relax na Rakowie do momentu aż
zamieniono je na Leader Price... od kilkunastu lat
projekcje odbywają się w klubie „Politechnik”...
Dwanaście filmów na kwartał, wszystkie (lub prawie
wszystkie)
z
gatunku
tych
niekomercyjnych,
pokazywanych tylko na festiwalach filmowych i
mających nikłe szanse na multikino... cena trzykrotnie
niższa (dla mnie sześciokrotnie - kochany fundusz
socjalny i motywacje pozapłacowe) niż na seanse w
Cinema City...
I tak pierwszym seansem było „Sin City” – masakra, ale
ciekawa (szczególnie dla mnie, wychowywanego także
na komiksach)... drugim „Vera Drake” – dramat kobiety,
która pomagała bezinteresownie usuwać niechciane
ciąże... A dzisiaj dwa filmy, bo za tydzień wolne...
„liczbowe”... futurystyczny „2046” i ponoć świetny
francuski „5x2”... cztery godziny w kinie przede mną, już
się cieszę...
26 października 2005
Wyliczanka Pana Janka...
Pan Janek jak na postać fikcyjną przystało ma problemy
wyjątkowe... ostatnio jego myśli zaczęła zaprzątać myśl
o sensie życia, a właściwie jego utracie... dlaczego?
Pan Janek bowiem jest osobą o ogromnym powodzeniu
wśród płci przeciwnej (sam mówi, że na szczęście tylko
u przeciwnej), miał w życiu partnerek dużo, a że fantazję
również ma dużą to lista jego dokonań erotycznych jest
nad wyraz bogata... i to mimo tego, że podchodzi do tych
spraw właściwie konserwatywnie, żadnych perwersji,
zboczeń, wzajemnego okaleczania się, zwierząt,
mężczyzn...
Niestety, stanowi to dla niego swego rodzaju przeszkodę,
bo w dążeniu do nowych wrażeń przestały mu
wystarczać jak sam mówi zwyczajne i miejsce i
okoliczności i osoba... ze zdenerwowaniem mówi, że
brak mu seksu takiego „z jajem”, że jego życie bez tego
jest życie jest puste, bylejakie i takie "radiomaryjowe"...
Słuchając jego zwierzeń zapytałem zaciekawiony
– A co to znaczy „z jajem”?
- Wiesz Sławku, ja już wszystko miałem... W
samochodzie, na masce samochodu, w łóżku, w wannie,
w windzie, na ławeczce w centrum nocnego miasta, w
lesie, parku, kinie, nawet kościele... z mężatką, wolną,
dziewicą, nimfomanką i wstydliwą... czarną, śniadą i
jasną... blondynką, brunetką, łysą... w domu jej męża, w
moim domu, na korytarzu hotelowym... na biurku, pod
biurkiem, za biurkiem, przy parapecie, pod kaloryferem...
w pociągu relacji Częstochowa - Koluszki, autobusie
PKS do Garnka, miejskim na Lisiniec... w słońcu,
gradzie, śniegu, mgle, gołoledzi i zimowych
przymrozkach... za darmo, za pieniądze i ogórki
kiszone... trójkąciki, grupowo... wszystkie strony
„Kamasutry” (specjalnie kupiłem)... wszystko już było...
ostatnio wziąłem nawet film z wypożyczalni „Wesoła
zakonnica w Bawarii”, ale i tu nie spotkałem niczego,
czego bym sam nie przeżył z kobietami mego życia...
- A próbowałeś z jedną dziewczyną , taką zakochaną w
Tobie do szaleństwa?
- Sławek, nie ściemniaj... po co? By mi mówiła co mam
robić, gdzie chodzić, z kim się spotykać, znasz mnie,
wiesz, że nie jestem do tego zdolny... skończ...
- Dobra – wiedziałem, że i tym razem Pan Janek nie
zmięknie – zaraz... a właściwie dlaczego nie możesz się
powtarzać
- Ależ ty marudzisz... wiesz, żeby życie sens miało, żeby
było co wspominać, nie?
- Ale to tylko wspomnienie – drażniłem się z Panem
Jankiem
- Skończ! Ważne, że jest!
Cóż, człowiekowi trzeba pomóc... mam!
- Słuchaj Janku – a próbowałeś na środku Alei? Dalej na chodniku przed Domem Pielgrzyma, na świeżo
skoszonej trawie na Rondzie Mickiewicza, na dachu
Urzędu Powiatowego, pod schodami w budynku
Wydziału Metalurgii Politechniki, szczytować w
szczycie skupu buraków cukrowych, więcej - na
wiezionej do cukrowni hałdzie tychże buraków... na
wozie strażackim podczas gaszenia wypalanych traw, w
bagażniku na parkingu pod Schotem, w kotłowni Szkoły
Podstawowej numer 42 (znam palacza, mogę załatwić
wejście za piwo), na dzwonnicy Kościoła św. Jakuba,
podczas spustu żeliwa w hucie, tuż przed obchodem w
Szpitalu Miejskim na PCK, z bezrobotną przed kasą,
gdzie wydają zasiłki, w ZUS-ie, w Urzędzie Skarbowym
w lutym, z aktywistką Koła Gospodyń Wiejskich,
praktykantką w dziale obsługi klienta Telekomunikacji
Polskiej SA...
- Kurczę, stary, jaki odjazd, przywróciłeś mi wiarę w
życie... tyle jeszcze do zrobienia – pędzę, dzięki...
I poszedł... tak, jak łatwo przywrócić sens życia... na
szczęście już mu nie mówiłem, że kiedyś moja znajoma
kiedy rozmawialiśmy na takie tematy zwierzyła się, że
kochała się tylko we własnym łóżku, ale zawsze było
zaj... Pan Janek by nie uwierzył...
31 października 2005
Jesienna zaduma...
Dzień Wszystkich Zmarłych od wielu lat wita mnie
słońcem... przyzwyczaiłem się już do tego, że w tej
wędrówce w przeszłość towarzyszy mi ta złocista, piękna
jesień...
Lubię tradycję, lubię wykonywać te same rzeczy jednego
dnia w roku, zwłaszcza tak szczególnego...
A zawsze jest tak samo, najpierw cmentarz Kule, a
wieczorem Stradom... tam leżą moi bliscy... I tak około
dziewiątej odwiedzam
najstarszy cmentarz
w
Częstochowie, a trasa jest niezmienna od lat... idę pośród
ludzi, staram się nie dostrzegać futer założonych
specjalnie na ten dzień, odpustowych balonów, „krzyków
mody na 1-go Listopada” – widzę znicze i przepiękne
chryzantemy, widzę ludzi, którzy tego dnia przyszli dla
tych, którzy odeszli... nie dla siebie...
Grób pierwszy... 1997 rok - 49 lat - udar mózgu,
dziewięć miesięcy walki, opieki, rehabilitacji – nie
pomogło... dziś byłaby babcią... widzę inne lampki,
ludzie nie zapominają...
Wchodzę w główne wejście – po prawej stronie cmentarz
żydowski i Aniczki, przyjaciółki rodziny, samotne, dały
pieniądze na to, by po latach klasztor opiekował się ich
grobami... mała wiązanka na każdym z pojedynczych
grobów... zapalam lampki... Dalej – żołnierze radzieccy –
przecież zginęli tutaj po to, byśmy mogli żyć...
Coroczne szukanie grobu ojca mojej bratowej, nigdy nie
pamiętam miejsca, ale po jakimś czasie trafiam... cisy
nad nim nie zmieniają się od lat... mój brat i bratowa już
byli...
Na lewo od Alei Zasłużonych duży grób cioci... zabił ją
rak, teraz jej syn walczy, by żyć... nawet jej nie znałem,
nie szkodzi – lampka...
W drodze do mojej babci – żołnierze polscy i żołnierze
AK...
Zawsze przy grobie babci wspominać będę jedną z wizyt
u niej, kiedy opowiadała, jak mój dziadek i ona pobrali
się zaraz po wojnie, w Lubece (była na robotach)...
pokazała mi wtedy swe zdjęcie z tamtego okresu - była
piękna... zmarła na białaczkę dziesięć lat temu...
Dwie godziny spaceru, kilkanaście złotych do puszek
harcerzy...
Stradom – wieczór... lubię tę kolorową łunę zniczy nad
cmentarzem...
Tata – lipiec 1989 - umarł dwa dni przed swoim
pięćdziesiątymi urodzinami... wypadek, trzy tygodnie w
szpitalu w Piekarach... to dlatego zaraz po maturze
musiałem iść do pracy, by utrzymać niepracującą matkę i
pięcioro rodzeństwa... studia poczekały... kiedy myślę o
jego śmierci pamiętam obraz, gdy żukiem wieziono
trumnę z nim do Częstochowy – siedziałem przy niej...
wielokrotnie zastanawiałem się jak potoczyłoby się moje
życie, gdyby nie ten wypadek, nie byłoby studiów, nie
byłoby dzisiejszego życia... zawsze żałuję, że nie
doczekał lepszych czasów, choc dziś pewnie by narzekał,
lubił to...
Wujkowie, dziadkowie, siostry – dla każdego inna
historia życia i śmierci... pijaństwo, starość, choroba,
słabość...
Wracam piechotą... jesienny chłód, szeleszczące pod
nogami liście... rozmyślam o tych, których nie ma...
wspominam, uśmiecham się do siebie... i nigdy nie myślę
kiedy do nich dołączę...
07 listopada 2005
To żyrafa fa fa fa fa...
Mój brat rodzony jest osobą, która nigdy nie
przejmowała się ludźmi, tym, co o nim myślą, co o nim
mówią... jest zachwycony swoim synem, żoną i życiem...
żyje sobie wygodnie i bez ekstrawagancji...
Kiedy kilka lat temu kupił sobie pierwszy samochód był
przeszczęśliwy, ale zamiast na niego chuchać i dmuchać
postawił na to, by nie tyle nim się chwalić, ale przede
wszystkim go wykorzystywać... katował go ropą z
różnych dziwnych źródeł, dość powiedzieć, że
doprowadził go do stanu takiego, że w trakcie jazdy moja
bratowa musiała spinać kabelki, by zapaliły się światła
stopu... a z golfa jedynki mieli ubaw wszyscy, z
Mariuszem na czele...
Potem pozostał wierny marce i po jedynce przyszła kolej
na dwójkę, ładny, czerwony i działanie podobne...
samochód od roku jeździ nieco stuknięty i mimo to jest
dumą całej mojej rodziny, szczególnie Mariusza, który
słowa o nim złego nie da powiedzieć, chyba, żeby ktoś
się z niego pośmiać, wtedy Mariusz też jest pierwszy...
Czasem prowokacyjnie mówię mu, że golf dwójka to
wstyd, a wtedy odpowiada mi rubasznie „wstyd to kraść i
z baby spaść”... dzięki niemu ja sam przyjąłem pewnego
rodzaju zasadę, że nie zależy mi na osobach, które
oceniają mnie na podstawie wyglądu... guzik mnie
obchodzi, co myślą inni kiedy mam na sobie ubiór
markowy czy też kupiony na ryneczku na Wałach,
ważne, że czuję się w nim dobrze... szczerze żal mi ludzi,
co przeliczają wszystko na kasę, szmal, mamonę, by być
trendy, cool, dżezi... to tak jakby bez kasy nie istnieli, a
bez swojego opakowania nic nie mieli do zaoferowania,
byli nadzy, głupi i puści jak pudło rezonansowe... i
oczywiście mówić będą, że inni są gorsi, by samym sobie
poprawić samopoczucie, bo inaczej nie potrafią podnieść
swojej wartości... może to kwestia głupoty i
niedojrzałości, braku szerszego spojrzenia na życie,
wychowania, egoizmu czy krańcowego snobizmu
„debilnego”... w każdym razie jest patrzę na takich ludzi
z politowaniem...
Kiedy słyszę, że ważny jest pieniądz, samochód, bycie
„na topie” (pytanie - „topie” czego?) myślę o Mariuszu...
drugiego tak szczęśliwego człowieka nie znam, potrafi
żartować z siebie, śmiać się ze swoich rzeczy, zachowań,
a przy okazji inteligentnie kpić z innych, dla których
najistotniejszy jest model noszonych butów, z tych,
którzy dobre samopoczucie uzależniają od tego, jakich
kosmetyków użyją, czy jakie majtki włożą... i tu nie
chodzi o brak dbałości o siebie, chodzenie w podartych
spodniach, a raczej o stosunek do ludzi wynikający ze
snobizmu i jego idiotycznych przejawów... pod tym
względem jesteśmy bardzo podobni...
I tak przypomina mi się pewna scena opowiadana przez
niego, która weszła na stałe do opowieści przy
rodzinnym stole...
Pewnego dnia Mariusz z rodziną wracał z Katowic, w
magnetofonie kaseta „Misia i Margolci” umilała czas
podróży najmłodszemu jej członkowi...na skrzyżowaniu
z DK1 w Siewierzu stoi się nieco dłużej, brat przystanął
swoim golfem obok wypasionej bryki, z której płynął
głośny rytmiczny dźwięk – um pa, um pa um pa... nie
namyślając się długo mój brat opuścił szybę, pogłośnił
„Misia i Margolcię” „na full”, wystawił łokieć i kiwając
się rytmicznie głową zaczął śpiewać na cały głos:
„To żyrafa fa fa fa fa
Wysoka jest jak szafa
Żyrafa fa fa fa”
I jeszcze raz:
„To żyrafa fa fa fa fa
Wysoka jest jak szafa
Żyrafa fa fa fa”
I wszyscy:
„To żyrafa fa fa fa fa
Wysoka jest jak szafa
Żyrafa fa fa fa” ...
13 listopada 2005
Wiele się zmieniło, a właściwie nic się nie zmieniło...
Dwunasta... stał przed Markurym i czekał na Kasię –
śliczną dwudziestodwulatkę z jasnymi włosami... sms...
„Mogę się spóźnić około 10 minut” ...
Dobrze wiedzieć - pomyślał... nie lubił czekania, w życiu
naczekał się już bardzo długo... dziesięć minut pozwalało
akurat na to, co lubił najbardziej... na obserwację ludzi tych, którzy przechodzili, jedna, druga, setna twarz...
Nagle jego uwagę przyciągnął widok twarzy, którą znał Monika, jego przekleństwo... szła z dzieckiem, nie
widziała go, więc mógł się przez tych kilka chwil skupić
na niej... szła spokojnie, bez uśmiechu...
A więc ciągle nie pracuje, ciągle jest domową kurą pomyślał...
Związek z nią trwał kilka miesięcy, ona mężatka z
dzieckiem, pełna niespełnionych marzeń, niedoceniana
przez męża fajtłapę... związek bujny i zakończony tym,
że on się dowiedział... a wtedy ona zupełnie odwróciła
się od kochanka ratując rodzinę... rozumiał doskonale ten
wybór, wycofał się, pragnął tylko niezobowiązującej do
niczego pamięci, chciał żeby była gdzieś tam w
przestrzeni, by mógł się do niej odezwać (i tak by tego
nie zrobił, ale liczył się fakt,) ale nie chciała nawet o tym
słyszeć... potraktowała go jak śmieć...spaliła wszystkie
mosty...
I na dobrą sprawę to spowodowało, że pozostała jedyną
osobą, której źle życzył... życzył jej samotności we
dwoje... życzył jej, żeby pamięć o ich zakazanym
związku tkwiła w nich jak zadra, żeby ona sama zatopiła
się w nudzie, codzienności, żeby pozostała kurą domową
i żeby zatęskniła kiedyś za przyjaźnią, którą tak łatwo
odrzuciła...
Wiedział, że było to wredne i egoistyczne, ale nie
przejmował się tym wcale... skrzywdziła go jak nikt
nigdy przedtem...
Widząc ją teraz w duchu triumfował... tak, Moniko – nic
się nie zmieniło... wstajesz przed siódmą, robisz mężowi
śniadanie do pracy, kładziesz się, budzisz się ponownie o
dziewiątej, robisz śniadanie dziecku, ubierasz je,
włączasz komputer, sprawdzasz pocztę – jak zwykle
żadnych wiadomości, bo mąż od czasu romansu zna
hasło na Twą pocztę i nie ma możliwości nawet
rozpoczęcia
czegoś
nowego...
zresztą
sama
wytłumaczyłaś sobie, że nie chcesz, że go kochasz, bo
musisz przetrwać w małżeństwie dla córki...
Potem długi spacer z dzieckiem Alejami albo na Północ...
powrót około 13.30, żadnych telefonów, najwyżej
przyjdzie koleżanka, by poplotkować o pani spod
dwudziestki... obiad dla męża, wraca 15.15, po obiedzie
siada przed komputerem lub telewizorem, wieczorem
kąpiel, seks, jeśli on ma ochotę... czasami da ci wyjść,
wtedy snujesz się sama po centrum miasta, wolno,
smutno...
Kiedy przychodzi niedziela obowiązkowy wyjazd do
mamy na obiad... z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień,
kłótnie o pieniądze, wychowanie dziecka, pretensje o
przeszłość... właśnie tak wyobrażał sobie jej życie, bo tak
to wyglądało wtedy, kiedy spotykała się z nim...
Myślał, że po tym wszystkim zmieni się jej świat, że
znajdzie pracę, że będzie uśmiechnięta, szczęśliwa w
związku... widząc ją teraz, widząc jej twarz bez uśmiechu
i energii, wiedział jednak, że nic się nie zmieniło...
Uśmiechnął się do siebie, jak to dobrze, że nie musi już
być jej pocieszycielem, nie musi powodować, by się
śmiała, nie musi do niej wysyłać maili, nie musi do niej
dzwonić... teraz niech sama dba o swoje życie... wybrała
i niech się tego trzyma... powrotu (nawet do przyjaźni)
nie ma...
„Dzień dobry” – jasna twarz Kasi wyrwała go z tych
myśli, uśmiechnął się promiennie, wyglądała ślicznie...
„Dzień dobry. Idziemy na kawę, może dzisiaj do
„Bianco”?...
15 listopada 2005
Wiola ma bloga...
- Cześć Zuza, długo czekasz?
- Nie, chwilkę...
- Czego się napijesz? A w ogóle sprawdzają dowody?
- Tak, sprawdzają, cholera, nie kupimy tu niczego z
wyjątkiem soczku...
- Nie szkodzi, i tak nie mam ochoty na piwko...
- Dobra, zaczekaj, zamówię przy barze... chwilkę
***
- No mów, Wiola, co u Ciebie?...
- Odjazd totalny, bloga założyłam, normalnie,
erotycznego
- Nie ściemniaj, naprawdę, jaki adres, zajrzę, ocenię, dam
komenta...
- Później ci podam, ale normalnie szok... wiesz, opisuję
sobie różne dziwne rzeczy, że niby jestem bogata, z
dobrego domu no i oczywiście uwielbiam seks... żeby
było śmieszniej wymyśliłam sobie, że uprawiam ten seks
za pieniądze, wiesz, sponsoring, takie sprawy... i do tego
luksusowa
jestem,
a
nie
zwykła
blachara... rozreklamowałam się też na czatach - tekścik
"możesz mnie mieć za darmo" jest idealny...
- I co?
- Rzucili się na mnie jak na mięso... kilku od razu z
propozycjami, ale zbywałam zdaniami, że, wiesz, nie stać
ich na mnie...
- Żartujesz, wiesz no nie spodziewałam się...
- Kilku od razu do mnie od najgorszych, no im
odpisałam, że zazdroszczą mi takiego życia, weszli tu
tylko po to, by sobie dobrze zrobić i w ogóle są
beznadziejni...
- I co oni na to? No mów...
- Zaczęli się buldoczyć to im odpisałam, że w życiu nie
będą mieć takiej kobiety jak ja, że mają kompleksy, bo są
pewnie brzydcy, a z kobiet to tylko gumowa na nich
poleci...
- Tak, ludzie są beznadziejni, opisze się dziewczynę,
która używa życia, a oni zachowują się jak banda
moralistów, tak – już dzisiaj mam mieć bachora, męża co
chrapie na kanapie i mam gotować obiadki... ludzie są
beznadziejni
- No i tak tez im napisałam... że są zaściankowi,
katoliccy, że ciemnota panuje, a ja się tylko bawię i chcę
czerpać przyjemność z seksu... no i oczywiście, że nigdy
ręki po pieniądze nie wyciągam, bo kasę to ja mam a
sami mi dają...
- Ja cię podziwiam, twoją odwagę i to, że potrafisz pisać
o swoich sprawach tak publicznie
- Zuza, co ty? Przecież ja nie piszę o sobie... opisuję
jakieś fantazje, które mam ochotę przetestować kiedyś w
przyszłości... ludzie na to lecą, już miałam kilka
propozycji spotkań, a jeden to nawet opisał co by ze mną
robił... zboczeniec jakiś, prześlę ci mailem... wiesz,
trzeba co kilka dni dawać jakąś zmyśloną historyjkę,
kilkadziesiąt zdań, popsioczyć trochę na Kościół, religię,
księży, że są obłudni, że kochanki mają i samo się kręci...
czasem umieszczę jakiś list napalonego małolata, żeby
się z niego pośmaili...
- A nie boisz się, że ktoś cię namierzy? Wiesz,
zboczeńców jest mnóstwo...
- A jak mnie ma namierzyć? Piszę, ze jestem z
Wrocławia, biorę z internetu kilka nazw wrocławskich
knajp, szukam, która jest najbardziej trendy, szukam
strony, patrzę jak tam jest i opisuję, że ostatnio miałam
ochotę na przyklejenie się do gościa w Queen czy
gdziekolwiek indziej i od razu masz tłum napaleńców, co
proponują, że będą w tym klubie w następną sobotę...
normalnie boki zrywać... a ja sobie grzecznie siedzę w
domku i nabijam się z debili
- Słuchaj, a Michał o tym wie? Ty się nie boisz, że to
dojdzie do niego, że ty tak publicznie piszesz do facetów,
że prowadzisz coś takiego?
- Michał na razie nie jest moim facetem, fajny jest, ale
niech o mnie powalczy to zobaczymy co z tego będzie...
wiesz, nie mogę mu pokazać, ze łatwa jestem, bo co by o
mnie pomyślał... a nawet jak trafi na tą stronę to i tak
mnie nie rozpozna... zresztą ja tam piszę, że facet na
dłużej to głupota i najlepsze są jednorazowe wyczyny, a
to z woźnym, a to ze znanym prezenterem
telewizyjnym... nie ma mowy, żeby mnie ktokolwiek
namierzył
- To masz niezły ubaw z tych kretynów... i co – wierzą ci
w każde słowo?
- A jak – piszę na przykład, że kochałam się z
najprzystojniejszym facetem w klubie, wierzą i czekają
jak pieski na następne notki... ale największy odzew
budzą zawsze notki o klasztorach, w których odbywają
się orgie... no mówię, wojna, a mnie licznik bije... i
zazdroszczą i pytają i mam powodzenie jak żadna... ile ja
fotek musiałabym przesłać, żeby zaspokoić potrzeby tych
„lepkich paluszków”... mówię, jestem przeszczęśliwa... a
w przyszłości na podstawie bloga może książkę jaką
wydam?
18 listopada 2005
Jest przy mnie...
Jest przy mnie, wyciągam rękę i mogę jej dotknąć, co za
wspaniałe uczucie... patrzę na nią , pożeram ją wzrokiem
i chcę ją mieć już teraz... ale spokojnie, muszę czekać...
co najmniej kilka minut...
Długo czekałem na ten moment, wpatrywałem się w nią
wiele razy, spotykałem ją na imprezach u kumpli,
zazdrościłem tego, że oni mogli ją mieć, dotykać,
korzystać do woli... jakże ja jej pragnąłem... ja mogłem
tylko patrzeć, tylko podziwiać jej niespotykaną urodę...
przyjmować jak gorzką pigułkę to, że nie jest moja, że
należy do innego... te krótkie chwile, które z nią
spędziłem pod czujnym okiem kolegów przekonały mnie
jednak, że ona jest dla mnie, że muszę ją mieć... teraz
mam...
Bo teraz jest moja, jednym dotknięciem mogę sprawić,
by otworzyła się przede mną, by zdradziła mi wszystkie
swoje tajemnice... jedno dotknięcie mogło uczynić mnie
szczęśliwym ponad wszystko... spokojnie, cierpliwości,
poczekam na moment, kiedy me podniecenie sięgnie
zenitu i wtedy ją rozwinę, rozpakuję jak najpiękniejszy
prezent od życia... na razie niechaj się oswoi, niechaj
przyzwyczai się do myśli, że teraz to ja będę jej Bogiem i
Mistrzem... kimś, kogo jeszcze nigdy nie miała...
To nic, że pewnie szybko zmienię ją na inną, to nic, że
mi się zwyczajnie znudzi, cóż – taki jestem, że nic i nikt
nie potrafi mnie utrzymać na wodzy, że oczekuję od
życia
ciągłych
zmian,
ciągłych
wyzwań
i
niezapomnianych wrażeń...
Wgapiam się w nią... jej blask mnie onieśmiela, ale już
niedługo zostanę dla niej mistrzem, wiem o tym, że będę
spełniał najskrytsze jej pragnienia, wypełniał jej
polecenia tak, by była w pełni zaspokojona, bym kiedyś
doczekał się od niej słów „Jesteś najlepszy! Wygrałeś!”...
Ona wie, że jej pragnę, skusiła mnie do siebie... wiele
mnie to kosztowało wyrzeczeń, środków, ale wierzę, że
satysfakcja będzie niesamowita, że po każdej nocy z nią
spędzonej będę najszczęśliwszym z ludzi... móc jej
dotykać, móc widzieć, jak reaguje na mnie w cudowny
sposób i sprawia tym, że czuję się wspaniale...
Panuję jednak nad nią całkowicie, jeszcze tylko kilka
minut i wiem, ze mi ulegnie, jeszcze tylko kilka chwil i
będzie moja, tylko moja... nie oddam jej nikomu, aż nie
spełni wszystkich moich życzeń, aż do momentu, kiedy
uznam, że nie ma już w niej takiej tajemnicy, której bym
nie odkrył...
Jest cudowna, nigdy nie widziałem niczego i nikogo
piękniejszego od niej, jej kształtów, skarbów, które
ciągle jeszcze ukrywała przede mną, marzyłem o tym, by
jak najszybciej ją posiąść, okiełznać, zdobyć bez
pamięci...
- Sławek, może byś się mną zajął – kobiecy głos wyrwał
mnie z niemego zachwytu
- Przecież widzisz, że instaluję Fifę 2006, nie
przeszkadzaj...
Wróciłem do niej, jest moja, wspaniała, kolorowa,
emocjonująca, nie opuszczę jej dzisiaj w nocy...
21 listopada 2005
Polowanie na szarą myszkę…
Nie ma brzydkich kobiet, są tylko te, których nikt nie
odkrył… ja sam zwykle nie zwracam większej uwagi na
urodę, a właściwie jej wyznaczniki (wyzywający
makijaż, zrobione włosy, drogie ciuchy, miniówka,
figura modelki), a staram się znajdować to piękno, które
jest ukryte… takie szukanie piękna jest bardziej
fascynujące, niż kiedy to piękno podaje się na talerzu, bo
jak tu powiedzieć „jesteś piękna” komuś, kto wie
doskonale, że paszczurem nie jest i słyszał ten banał
kilkaset razy… a przecież zwykle zaczyna się od
banałów…
Jak mówi jedno ze słynniejszych zdań Prousta „piękne
kobiety zostawmy mężczyznom bez wyobraźni”… ja
uważam, że mam wyobraźnię i dlatego mimo, że piękne
kobiety mi się naturalnie podobają, to zwykle kieruję się
w stronę tych, które mają w sobie to coś, tajemniczego,
magicznego, w oczach, w kolorze włosów, twarzy,
figurze, a co przygłusza niejako niestaranny ubiór,
niedobrana fryzura czy wrodzona nieśmiałość…
Dlaczego? Może dlatego, że mi się nie chce… może
dlatego, że nie mam ochoty sterczeć o boku laleczki
Barbie, na którą wszyscy patrzą, nie bawi mnie
podniecanie się myślą, że wszyscy mi zazdroszczą…
może dlatego, że lubię przystępować do walki z pozycji
silniejszego… a może dlatego, że mój SWOT
podpowiada inną strategię…
W każdym razie w osobach, które spotykam częściej
zwracam uwagę na błysk w oku niż na kreację… Tylko
jak postępować z takimi, które mają ten błysk, skoro w
wielu przypadkach (a mówię o osobach wolnych) są to
osoby pełne kompleksów, zawirowań życiowych,
przeżytych rozczarowań… widzą bowiem jak w świecie
piękne i bogate znajdują swych pięknych i bogatych, a
ona jest sama, mała, niepozorna, zagubiona, czuje się
brzydka i nikomu niepotrzebna…
Szara myszka boi się odezwać, czerwieni się, kiedy tylko
dłużej na nią spojrzysz, myśli „dlaczego on to robi?
Przecież za mną siedzi najładniejsza dziewczyna na
roku… a on wyraźnie patrzy na mnie… co mam robić?
Co się dzieje? Dlaczego on TAK patrzy?”… odpowiedzi
na te pytania to ciężki orzech do zgryzienia dla takiej
dziewczyny…zagubionej, nieśmiałej, widzącej swoje
niedostatki (ale tylko na tle koleżanek)…
Kiedy podchodzę do dziewczyny w oczach której
odkryłem magię, widzę jej zmieszanie, niepewność i
wiem, czego ona oczekuje… wiem, że nie należy
popisywać
się
wtedy
swoimi
podróżami,
doświadczeniem, wiedzą, pozycją, bo to wciśnie szarą
myszkę jeszcze głębiej w jej norkę… pomyśli „on – taki
ważny, a ja – szara, niepozorna myszka”… i zasmuci się
biedactwo i stwierdzi, że wykorzystać ją chcę haniebnie i
zostawić, by obnosiła swój wstyd… a ona oczekuje nie
tyle gry pozorów, co normalności… tego, by ktoś w niej
zobaczył kogoś ważnego, atrakcyjnego, pięknego… by
wyznał to szczerze i odpowiedział wprost na jej
pytania… dlaczego właśnie ja…
„Ty, bo jesteś piękna swą naturalnością, bo masz w
oczach blask, który mnie skusił, bo przy Tobie czuję się
dziwnie miło…”
... i nie musi być to wcale nieprawda…
30 listopada 2005
Czerwonowłosa...
Dzieje przypadku są zawiłe... sam często powtarzam, że
to przypadek rządzi, że przypadkowi trzeba pomagać, by
stał się przeznaczeniem, by ktoś tak o nim pomyślał...
samo pojęcie „przeznaczenie” jest jak dla mnie nieco
przereklamowane... człowiek żyje, spotyka ludzi na swej
drodze i to on decyduje na dobrą sprawę czy z ich
doświadczeń skorzysta, czy nie... czy będzie mu z nimi
dobrze czy nie... czy staną się oni dla niego ważni, czy
nie... jednym słowem to kim będziemy, jak będziemy
myśleć, czy damy sobie wpoić pewne myśli do głowy,
które nas zmienią zależy wyłącznie od nas samych...
Przeznaczeniem nazywamy spotykanie tych, którzy nas
zmienili, otworzyli, pokochali (a my ich), ale tylko od
przypadku zależało to, czy będą w określonym miejscu i
czasie, od przypadku zależało to, że mieliśmy ochotę ich
wysłuchać i poznać... gdybyśmy wstali lewą nogą i nie
poszlibyśmy na imprezę, zajęcia, spóźnilibyśmy się na
pociąg może niczego by nie było, nie byłoby spotkania,
zainteresowania,
miłości,
szczęścia,
związku,
małżeństwa, dzieci, życia...
Uwielbiam „Przypadek” Kieślowskiego z Lindą w roli
głównej, gdzie pokazuje się, jak to kogo spotykamy
wpływa na nas i nasze wybory... bohater spóźnia się na
pociąg lub na niego zdąża... dlaczego ten film nie nazywa
się „Przeznaczenie”?
Kilka lat temu jechałem pociągiem z Wrocławia do
Legnicy... wsiadłem do przedziału, w którym siedziała
młoda czerwonowłosa dziewczyna... zająłem się sobą i
mały przypadek, uśmiech wystarczył, byśmy zaczęli
rozmowę... dowiedziałem się, że Kamila studiuje we
Wrocławiu na Politechnice jako jedna z pięciu dziewcząt
w grupie, że uwielbia psy i że kupuje sobie teraz
wymarzonego czworonoga... akurat jechała do domu, do
Bolesławca, a po drodze w Legnicy umówiła się z
chłopakiem trenującym sumo...
I ta mała, niewinna rozmowa, jakich pełno w pociągach
pospiesznych
i
osobowych
spowodowała,
że
czerwonowłosa Kamila została moja przyjaciółką, taką
„od serca”, taką aseksualną, kumpelą...
Byłem u niej we Wrocławiu kilka razy, przyjmowała
mnie w wynajmowanym mieszkaniu, gdzie mieszkała z
koleżanką... ponieważ przyjeżdżałem wcześnie rano
robiła mi śniadanie, rozmawialiśmy na różne tematy, jej
chłopaków,
moich
kobiet,
rozgadywałem
się
niesamowicie, tłumaczyłem, prostowałem światopogląd,
tłumaczyłem zachowanie jej facetów... opowiadała o
swojej ogromnie kochanej suczce – Baxie, zawsze z
uśmiechem, szczęściem na twarzy, bez względu jakie
zakręty losu jej zgotowane...
Seks miedzy nami nie istniał, nie wchodził w grę... nawet
pocałunków nie było, była za to szczera przyjaźń...
wprawdzie przysłała mi kiedyś stringi (słonik z trąbą) i
obrożę, abym je założył, kiedy będę u niej, ale, hmmm,
nie złożyło się... czekam na okazję... jestem pamiętliwy...
A o wszystkim zadecydował mały, niewinny przypadek...
05 grudnia 2005
Kwa, kwa...
Bardzo impulsywnie reaguję ostatnio na to, co dzieje się
wokół sceny politycznej... i nie ma to wiele wspólnego z
rządem, a raczej z opiniami osób, które w wyborze
Kaczorów widzą koniec Rzeczypospolitej i drogę do
skrajnej postaci katolicyzmu...
A cóż się takiego zmieniło się przez tych kilka tygodni
rządów nowego premiera? I nie pytam tu o jakieś
bzdurne projekty ustaw (projekt ustawy może
przygotować każda partia, nawet opozycyjna) tylko o
nasze normalne życie...
Czy po wypadkach w Poznaniu i sprzeciwowi wobec
działań policji jakikolwiek prezydent odważy się zakazać
Parad Równości? Nie sądzę, będzie się bał o elektorat, o
stołek...
Czy z księgarni znikną książki Dana Browna („Kod
Leonarda DaVinci) – czołowego heretyka dla mas,
Melissa P. i inne dziewczątka i chłopcy, opisujące swe
barwne przygody? Bez przesady...
Czy zakażą nam korzystania z internetu? Odwiedzania
stron pornograficznych? Czy zamkną blogi Szpareczki i
siedemnastoletnich wirtualnych nimfomanek? Na pewno
nie...
Czy z telewizji znikną seriale „VIP” (Pamela Anderson),
„Zakręcone”, „13 posterunek”, „’Allo, ‘Allo”, co dalekie
są od „myśli chrześcijańskiej” a zastąpią je „Don
Matteo” i „Detektyw w sutannie”? Nie łudźmy się...
Więc gdzie ta hekatomba? Gdzie te zmiany tzw.
moherowych beretów?
Becikowe? Już teraz są problemy czy płacić każdemu
czy tylko biednym... jeśli tylko biednym to można
zaskarżyć tą ustawę do Trybunału Konstytucyjnego i on
na mocy równości wszystkich obywateli ją odrzuci...
Bykowe? Było w latach siedemdziesiątych i szybko się
skończyło, bo wpływy były nikłe... teraz może prowadzić
do zawierania fikcyjnych małżeństw...
Podatek od „niemania” dzieci? A bezpłodność? Jeśli
stworzy się furtkę dla małżeństw bezpłodnych to zarobią
lekarze, którzy będą brali pieniądze za fikcyjne
zaświadczenia... jeśli nie – będzie to skrajna
niesprawiedliwość... nie dość, że nie można mieć dzieci
to jeszcze trzeba będzie za to płacić...
Radio Maryja? Ja nie słucham ani tego radia, ani osób,
które należą do jego rodziny... ich sprawa, że słuchają –
wolno im, a moje życie na tym i tak nie ucierpi...
Ruchawki LPR? Liga traci poparcie, dlatego musi
zaistnieć i dlatego czepia się największych pierdół, jak
teatr niezależny czy koncert Brodki w Łańcucie... to
element gry politycznej, a nie znak, że są silni... zawsze
były takie akcje, że przypomnę tylko Papieża pod
krzyżem czy genitalia na tym krzyżu rozpięte...
Nagle zaczynamy wszystkie takie rzeczy brać jako
dowody, że rządzą nami ludzie nietolerancyjni z gruntu
którzy wreszcie dorwali się do władzy, a przecież
prezydent Poznania jest z PO, a nie z PiS... a przecież
przeciwko ruszaniu sprawy aborcji jest sam Kościół...
przecież rozdmuchana do granic możliwości sprawa
trójek parafialnych chodzących z patrolem policyjnym i
szukających młodzieży dotyczy JEDNEGO miasta...
przecież nie pojawiła się jeszcze ANI JEDNA ustawa...
przecież
rządzi
nami
mydłkowaty
premier
mniejszościowego rządu, który po przejściu Samoobrony
do opozycji (jeśli ta nie dostanie ważnych stanowisk)
przestanie istnieć... i wybory mogą być w marcu
Nagle o polityce rozprawia cały naród, a kiedy trzeba
było pójść do urn to poszło 40% (wybory parlamentarne)
i 50% (wybory prezydenckie)... gdzie była reszta, ilu z
nich dzisiaj krzyczy o państwie kościelnym?
Ja daję czas i Kaczyńskim i rządowi... głosowałem na
Tuska i na Partię Demokratyczną... nie rzucam
kamieniami w homoseksualistów... teraz tylko czekam i
rozliczę później z każdej ustawy, z każdego ruchu...
14 grudnia 2005
Szarość dnia...
Grudniowa jesienna szaruga - na dworze szaro, pusto,
dżdżysto... gnijące liście na trawnikach, o których
zapomnieli już dawno panowie w pomarańczowych
kufajkach... smutek, brak słońca...
Nie jestem wyjątkiem, nie lubię jesiennej szarugi, kiedy
nie ma słońca, kiedy widok za oknem to mgliste kontury
szarego domu sąsiada... ani nie chce się wyjść ani
siedzieć w domu... zapadam w sen jak Misio i tak
drzemiąc wykonywać muszę swoją pracę...
Nic mi się nie chce, nie pomaga nawet, niepijana
właściwie przeze mnie, kawa... oczy się same zamykają,
gęba drze się w ziewanej wokalizie, najchętniej
położyłoby się (nawet samemu) i przespało tych
kilkanaście dni... dopóki nie spadnie śnieg, biały, lśniący,
dopóki drzewa nie pokryją się śnieżnym puchem, a zza
chmur nie wyjrzy słońce...
Szarugowe dni, dziewczyny piękne, choć opatulone
kurtkami i płaszczami, spod czapek których widać jasne
włosy... kształty skryte co pozwala wyobraźni tworzyć
ich rzeczywiste obrazy, wymyślać i szkicować w głowie
zarysy ich ciał... a kiedy wyobraźnia jest zmęczona to
skupiam się na twarzach i usiłuję odgadnąć na ich
podstawie charakter, piękno, urok danej osoby... nie mam
pojęcia czy mi się udaje czy nie, nigdy tego nie
sprawdzam, ale jest to bardzo zajmujące umysł,
pobudzające zmysły i ciało...
W grudniu czekam zawsze do zmroku, zapada wcześnie,
już po czwartej, kiedy miasto jeszcze kipi od
przemieszczających się w tę i z powrotem ludzi... szum
samochodów, gwar ulicy i wspaniałe pomarańczowe
światła Alei...
Jakże lubię, tak jak wczoraj, iść po zmroku w stronę
szarej,
oświetlonej
bladym
światłem,
wieży
jasnogórskiej,
pod
różnokolorowymi
lampkami,
będącymi elementem świątecznego wystroju... wokół
stylizowane lampy, założone z okazji przyjazdu Jana
Pawła II na Światowy Dzień Młodzieży w 1991 roku...
Od kościoła św. Zygmunta słychać gwar ludzi z
lodowiska ustawionego na Starym Rynku, idę dalej,
wolno obserwując z dwóch stron światła mniejszego
miasta...
Mijam ryneczek na Wałach Dwernickiego, i wjazd na
Biznes Centrum, zagłębie knajpiane...
Po jakimś czasie widzę stylizowany na lata trzydzieste
neon Cinema City – co z tego, ze po drodze jest
komunistyczny gmach Merkurego i koszmarny
architektonicznie Megasam ze słynnymi Kwadratami
(miejsce spotkań młodzieży idącej na imprezę)...
dochodzę do Placu Biegańskiego, iluminowany pomnik
Piłsudskiego, postawiony zamiast monumentalnego
Wańki, odnowiony Ratusz, coroczne wspaniałe żółte
światła na drzewach oplatające nagie gałęzie drzew...
każda Aleja (a są ich trzy) ma swój klimat, pierwsza
handlowa, druga reprezentacyjna, trzecia restauracyjna,
to widać nawet w nocy...
Jasna Góra coraz bliżej, coraz wyraźniej widać jej
kształt, częstochowska mila pokonana... docieram do
pomnika księdza Popiełuszki, potem Grobu Nieznanego
Żołnierza, dochodzę do Klasztoru, robi wrażenie,
piękne... tu trzeba jasno i zdecydowanie odeprzeć ataki
Cyganek i przypinaczy... ale do samego Klasztoru nie
wchodzę, boję się, ze spadnie na mnie grom z szarego
nieba...
Piękno jest wokół nas, tylko trzeba je chcieć dostrzegać,
może wyjść czasem z samochodu i zacząć cieszyć się
każdą głupotką, choćby oczywistą... ja to robię...
19 grudnia 2005
Sturm und Drangperiode…
"Okres burzy i naporu" - w literaturze niemieckiej to lata
1767-1778. Wtedy do głosu doszło młode pokolenie
głosiło poglądy oparte na buncie wobec zastanego
porządku (chodziło przede wszystkim o feudalizm i
rozbicie Niemiec na liczne państewka). Pisarze tego
czasu w literackiej formie protestowali przeciwko
owemu porządkowi. Chcieli zmieniać świat, ich ideały
przeciwstawiały się niesprawiedliwości społecznej i
absolutyzmowi, cenili instynkt twórczy, talent za źródła
inwencji artystycznej, popierali swobodną twórczość
wyzwoloną od reguł i tradycji.
Każdy z nas ma lub miał swój Sturm und Drangperiode,
a zawsze przypadał on na czasy młodości, dojrzewania,
budowania własnego świata i jego podstaw… dopiero
kiedy dojrzejemy, dorośniemy, nabierzemy nieco
doświadczenia nasze młodzieńcze zasady wydają się tak
kruche, tak naiwne, ideały tak romantycznie głupie jak
ideały młodego Wertera…
Młodość musi się wyszumieć, młodość jest głupia,
młodość jest naiwna… takie sloganowe, schematyczne, a
takie prawdziwe… ileż młodych dziewcząt ma dziś
problemy z rodzicami, iluż chłopców uważa, że wie
lepiej co jest dla nich dobre, iluż rodziców narzeka na
„dzisiejszą młodzież”… a żeby było śmieszniej za lat
dziesiąt ci, którzy dziś tak wyrwać się chcą z rodzinnej
klatki,
a dużym prawdopodobieństwem,
będą
identycznymi rodzicami dla swym pociech… i znowu
(tym razem z drugiej strony) przeżywać będą okres burzy
i naporu… jak silna będzie to burza będzie zależało od
nich samych, od tego ile w nich pozostanie ideałów, albo
czy w ogóle jakieś pozostaną…
A jak przebiega ten okres dzisiaj? Dzisiaj - w czasach
internetu przybiera on na sile, bo internet (oczywiście
między innymi) to umożliwia – sieć to inny świat, świat
wymiany poglądów, świat wirtualnej obłudy, świat
oszustw, świat cynizmu i łatwych kontaktów, które
można szybko zerwać zmieniając mail lub usuwając
bloga… internet to też sfera podwójnej osobowości,
tworzenia wyimaginowanych postaci, dowolnego
kształtowania własnego wizerunku…
Internet to też miejsce wykrzyczenia z siebie złości na
świat, miejsce negacji zasad, deprecjacji autorytetów,
buntu przeciwko rodzicom... to tu można znaleźć tych,
którzy zgodzą się z nami bez mrugnięcia okiem, bo mają
takie same sturmperiodowe przemyślenia... to tu możemy
tym, z którymi się nie zgadzamy, krzyknąć prosto w
wirtualną twarz, że ich świat jest pełen... (i tu następuje
wyliczanka powiązana z kompleksami, szarością życia,
starością, moheryzmem – do wyboru do koloru)...
Dlaczego? Skąd ta siła? W rzeczywistości pozawirtualnej
często boimy się ujawniania własnego zdania, boimy się
reakcji na to zdanie kolegów, koleżanek, przyjaciół,
obawiamy się tego, że sami w ICH oczach okażemy się
słabi, schematyczni lub zwyczajnie głupi... dlatego też
zawsze będzie tak, że sieć będzie pełna młodych
zbuntowanych panienek i chłoptasiów, bo sieć dająca
anonimowość daje też bezkarność... można się ukryć za
plecami innych, można podeprzeć się ich słowami,
można spokojnie wyżywać się na innych wiedząc, że
ZAWSZE znajdzie się ktoś, kto będzie nam kibicował...
Na szczęście z tego się wyrasta... przeważnie... mam
nadzieję... a jeśli nie (i tego czasem boję się sporadycznie
trafiając na strony młodych gniewnych)? Czy powstanie
wtedy pokolenie osób, dla których istnieje tylko jedna
słuszna droga, bez jakiejkolwiek samokrytycznej oceny,
bez marginesu dla siebie, bez umiejętności rozmowy,
przyjmujących każdą próbę polemiki jak skomasowany
atak?... szkoda by mi ich było...
21 grudnia 2005
Koszmar świątecznych zakupów...
Kiedy zaczynamy myśleć o Świętach? Czy kiedy spadnie
pierwszy śnieg? Czy może wtedy kiedy będziemy wracać
po andrzejkowej zabawie? Może w Mikołajki? Nie...
Święta w naszej świadomości pojawiają się wtedy, gdy
zobaczymy pierwsze katalogi z hipermarketów z
propozycjami prezentów i wystawy sklepów... A dzieje
się to już w listopadzie... to wtedy zaczynamy myśleć o
tym, co kupić dla najbliższych, przeliczamy na ile starczy
nam pieniędzy, kombinujemy by o raz któryś z rzędu nie
dawać bratu kompletu skarpet a mamie szalika lub
rękawiczek...
Co roku obiecuję sobie, że prezenty kupię we wrześniu,
by uniknąć kolejek i pośpiechu i co roku nie udaje mi się
dotrzymać słowa...
Powód jest prosty - jak każdy prawdziwy mężczyzna do
hipermarketu chodzę z kartką, na której wypisane są
potrzebne i tylko potrzebne rzeczy... nawet jeśli pojawi
się tam enigmatyczne słowo „prezenty” to oznacza ono
jedynie pobieżne rozpoznanie asortymentu i własne typy
(które poddawane są później weryfikacji i ocenie
punktowej oraz przechodzą różnego rodzaju testy),
rzadko natomiast zakup... impulsowo kupuję tylko rzeczy
dla siebie – kosmetyki (nigdy nie wącham pięćdziesięciu
dezodorantów, biorę markę, który miałem ostatnio lub
nieco wcześniej – Święta są okazją do zmiany tejże
marki, bo dostaję wtedy kosmetyki od innych), komplet
kluczy imbusowych, osprzęt komputerowy...
Natomiast wyprawa do sklepu wyłącznie po prezenty
(bez uprzednich typów) jest dla mnie katorgą nie do
zniesienia, wybieram, przebieram, nie mogę się
zdecydować... potencjalny prezent raz włożony do
koszyka wyjmuję, oglądam, sprawdzam, myślę, czy
będzie się podobać... po kilkunastu minutach cofam się,
odkładam z powrotem na półkę... samoobsługa to
koszmar...
W sklepach mniejszych nie jest lepiej, kilkanaście minut
potrafię tkwić w sklepie, zanim się na cokolwiek
zdecyduję, aż ekspedientki zaczną podpytywać,
proponować i wkładać mi do rąk towar, do którego nie
mam przekonania... wtedy można mi sprzedać wszystko,
a ja im nie odmówię przecież (kobiecie się nie odmawia,
bo póki proponują jest dobrze)...
Można kupować pierwszą rzecz, na którą się trafi,
zamknąć oczy, nie zastanawiać się długo nad wyborem,
bo chwila zawahania kosztuje bardzo dużo... ale rzecz w
tym, że ja lubię kupować to, co będzie się (w moim
przekonaniu) podobać osobie obdarowywanej i muszę to
wiedzieć niejako przed zakupem... dlatego zastanawiając
się nad masą niepotrzebnych nikomu pierdolników tracę
czas i nerwy decydując się najczęściej w ostatniej
chwili...
Co roku czekam na Święta i na koszmar świątecznych
zakupów, bo tak właściwie to lubię ten stan wytężonych
poszukiwań i lubię patrzeć na siebie z boku, jak na
małego, zagubionego w wirze zakupowym człowieczka,
gdzie wokół słychać pikanie czytników i nieśmiertelne,
słodziutkie jak miód „Last christmas I gave You my
heart” George’a Michaela z Wham...
23 grudnia 2005
A Mikołaj przyjdzie po zgaszeniu świec...
Święta... kolejne Święta... od zawsze spędzam je w
domu, nigdy nie wyjeżdżam, nawet nie mam takich
myśli, bo dla mnie świąteczny nastrój to przede
wszystkim zamieszanie, gonitwa, żeby zdążyć, choinka
przeze mnie ubierana... Boże Narodzenie daje mi
szczęście, a powtarzalność rytuałów i tradycja daje mi
siłę i energię...
W moim rodzinnym domu ze Świętami bywało różnie,
były kłopoty, kłótnie... bywało, że brakowało ich
zupełnie...
Kiedy coś mi nie odpowiada w moim życiu to próbuję to
zmienić, sam, na przekór wszystkiemu i wszystkim i tak
też było z Bożym Narodzeniem...
Zaczęło się siedemnaście lat temu, za moje pierwsze
skromne pieniądze kupiłem prezenty wszystkim w mojej
rodzinie, braciom, siostrom, rodzicom, każdy coś dostał...
w tym też roku wprowadziłem rytuał ubierania choinki,
23 grudnia, wieczorem i nawet kiedy mieszkałem już
gdzie indziej zawsze dbałem, by pojechać do mamy i
ubierać choinkę, zaczynając od bombki najstarszej
(mającej dzisiaj chyba ze trzydzieści lat)... w kolejnych
latach już po przeprowadzce też przyjeżdżałem, by dwa
lata temu oddać pałeczkę ubierania drzewka w ręce
najmłodszej siostry...
Rytuały ulegały modyfikacjom, wino po kolacji,
rodzinne rozmowy (pozbawione, o dziwo, nawet cząstki
kłótni), gaśnięcie świec, by przyszedł Mikołaj (nie lubię
określenia „Gwiazdor”, kojarzy mi się z nowostaromową
w rodzaju „Dziadek Mróz”), pasterka (to już beze mnie,
bo... nieważne)...
Ta powtarzalność, ta tradycja, ten koloryt są dla mnie siłą
Świąt Bożego Narodzenia... każdy element jest dograny,
niby nieprzewidywalny, ale wiem, że do południa w
Wigilię ubiorę choinkę, potem posprzątam, w kuchni utrę
ajerkoniak ze spirytusem, wszystkie z potraw są już
wcześniej przygotowane – kupione lub zrobione, siądę
do kolacji po dziewiętnastej przy skrzącej kolorami
choince w dużym pokoju, światło świec, opłatek, sianko,
potem prezenty...
Po kolacji jadę do mamy, tam już jest oczywiście po i
trafiam w sam kocioł rozmów o życiu... wracam
przepełniony, nie tylko wielością jadła i napoju, ale
przede wszystkim taką dziwną radością, wspólnoty,
rodziny, szczęścia... czegoś czego brakuje w życiu
codziennym... nie jesteśmy sami, jeśli mamy kogoś, kto
nas kocha...
Kolejne dni to naprawdę słodkie lenistwo...
Tegoroczne Święta będą nieco inne, dużo mniej
statyczne... dlaczego? Mam ślub i wesele... Moja siostra
wychodzi za mąż i pierwszego dnia Świąt bawił się będę
na weselu oraz zdarzy się jeszcze coś, o czym nie
napiszę, bo to temat na zupełnie inne historie...
A wszystkim moim czytelnikom życzę optymizmu,
uśmiechu w każdej chwili, siły na cały rok, zdecydowania
w dążeniu do własnego szczęścia, by nikt Wam nie
odebrał radości z życia, ani w wirtualnej rzeczywistości,
ani tym bardziej w prawdziwym życiu... poszukujcie w
życiu tego co Was zachwyca, dzięki czemu życie zyskuje
niespotykany koloryt... cieszcie się każdym dniem, każdą
chwilą...
Ja sam będę przy Was myślami i sercem, będę myślał
czym Was zaskoczyć, wzruszyć, rozweselić, zmusić do
zastanowienia się przez kolejne miesiące...
Do zobaczenia już w Nowym Roku...
01 stycznia 2006
Noworoczny koncert życzeń...
Jak co roku pora sobie coś postanowić... wszyscy
postanawiają, więc i ja powinienem – muszę się tylko
zastanowić czego mam się wystrzegać, czego unikać, co
wyeliminować... Proste, bardzo proste, a więc...
Na pierwszy ogień pójdą papierosy... mój brat rzuca
palenie pierwszego stycznia każdego roku i wytrzymuje
w postanowieniu, bez żadnych dodatkowych motywacji...
aż do piątego stycznia... no tak, ale ja nie palę...
mógłbym zacząć, by potem móc rzucić, to jest pomysł!!!
Więc postanawiam najpierw zacząć palić, potem rzucić...
Dwa...
picie...
rzucić
picie
napojów
wysokoprocentowych, wszystko w porządku, tylko, że ja
lubię pić... z tradycyjnego ajerkoniaku zrobionego w
ilości 2 litrów na spirytusie nie zostało już prawie nic,
śliwowica się trzyma, ale w sobotę przychodzą koledzy,
więc ciężko będzie... czy noworoczne postanowienia
mają polegać na wyzbywaniu się przyjemności – no nie,
chyba nie... więc abstynencja odpada...
Trzy... schudnąć... czasem zastanawiam się dla kogo są te
postanowienia - ja nie lubię siłowni, basenu (nie mówiąc
już o tym, że w Częstochowie trudno o dobry basen), ja
nie lubię zrzucać kilogramów , które z takim pietyzmem
hodowałem przez wiele miesięcy... poza tym i tak robię
dużo, gram w piłkę, kosza, siatkówkę, często jeżdżę na
rowerze, spaceruję... zatem mnie postanowienie
„schudnąć” nie dotyczy...
Cztery... kobiety... ech, jak ja kocham kobiety... muszę
ograniczyć swe kontakty z nimi do góra dwóch kobiet...
tylko które wybrać? Poprzestańmy na tym, że zastanowię
się nad tym jeszcze z pół roku, przyjdą wakacje to
niektóre z nich, rzekłbym w naturalny sposób, same
odejdą...
Pięć... zakochać się... Ach, jakie to piękne postanowienie,
takie romantyczne, takie, ach... ale ja nie chcę się
zakochiwać, nie chcę być opętany miłością, nie chcę
wariować z jej powodu i robić rzeczy, których potem
mogę żałować... miłość jako stan ekstatyczny zostawiam
więc innym i im jej życzę... ja chcę stać twardo na ziemi,
a nie bujać w obłokach... chcę miłości zrównoważonej,
stałego szczęścia - Tybetu, a nie szczytów Himalajów, na
które jestem chyba już zbyt leniwy...
Sześć... nie oglądać telewizji w nadmiarze... ale telewizja
ma swój urok, a poza tym ja nie siedzę przed tym
pudełkiem godzinami... odpada...
Siedem... czytać więcej książek... no tak, to przydałoby
się wprowadzić... ech... ale nie mam czasu... odpada...
Osiem... ograniczyć komputer, internet, a co za tym idzie
nie wdawać się w idiotyczne dyskusje, które do niczego
nie prowadzą z osobami, które i tak wszystko wiedzą
lepiej, nie reagować też na marne prowokacje... z tym, że
to zacząłem robić już dawno, więc nie wiem... może
życzyć sobie jedynie wytrwałości w tej kwestii...
Dziewięć... odpowiadać na listy... gdyby to było takie
proste, byłoby pięknie... więc tego postanawiał sobie nie
będę...
Dziesięć... być miłym dla ludu wszelakiego miast i wsi...
ale ja jestem miły, bardzo miły, wręcz nieprzyzwoicie
miły, tak miły, że aż strach, na tym byciu miłym wielu
już się poznało i pewnie pozna się wielu innych... już się
nie mogę doczekać by być tak samo miłym w tym roku...
Jedenaście... nie wpychać się między wódkę i zakąskę...
no, z tym muszę walczyć, walczyć i jeszcze raz walczyć,
ale pokusa jest czasem taka, że... ech...
No i tym sposobem rozprawiłem się z postanowieniami,
pozostanę więc w tym roku taki sam, niezmienny - jak
dobrze, że nie muszę nic robić ze sobą, że jestem, dla
siebie oczywiście, wprost idealny (żebym ja jeszcze
wierzył w to co piszę)...
13 stycznia 2006
Piątek, czternastego...
Miała przyjść po piątej, znaliśmy się nieco ponad dwa
miesiące, a już moje wszystkie myśli biegły do niej...
miała w sobie coś niecodziennego, blask w oczach,
naturalność, dziewczęcość... coś w niesamowity sposób
pchało mnie do niej...
Przygotowania, lubię wyobrażać sobie scenariusze
spotkania, lubię dążyć do spełnienia takich oczekiwań,
wtedy mam wrażenie, że spełniają się także moje
marzenia... drobne zakupy, wybór odpowiednich kaset do
słuchania... chciałem, by to spotkanie było zwyczajnie
miłe...
Przyszła punktualnie, jej osoba rozświetliła półmrok
panujący w moim pokoju... pocałowałem ją na powitanie,
usiadła naprzeciwko i rozmowa pochłonęła nas bez
reszty... wpatrywałem się w nią zastanawiając się
jednocześnie cóż ona w sobie takiego ma magicznego,
dlaczego tak mnie porywa, dlaczego tak o niej opętańczo
myślę i marzę... mówiła o tym, co ją zajmuje,
wspominała o tantrze, o sztuce miłości, o Frommie,
którego książkę mi podarowała na Gwiazdkę... ja
dzieliłem się swymi myślami...było czarodziejsko, kiedy
tylko blade, przytłumione światło lampki padało na jej
postać, a spokojna muzyka płynęła z głośników...
Jeszcze trzy miesiące temu rzucałem się jak ryba w sieci
w poszukiwaniu sensu istnienia, chciałem się zakochać,
pragnąłem wznieść się ponad wszelkie szczyty, zatonąć
w powodzi uczuć, rzucić się w wir miłosnej euforii,
poczuć magnetyzm, werwę, siłę, zapomnieć o
wszystkim, co złe, a pamiętać tylko o tym, że spotkam
się a tą wyśnioną, pocałuję, będę marzyć i realizować te
marzenia... teraz to miałem, ukochaną, wyśnioną,
magiczną... Uklęknąłem przy niej, chciałem poczuć
miękkość jej warg, jej zapach, otwarła się przede mną,
wtuliliśmy się w siebie... przeniosłem ją na łóżko...
Szeptałem jej najpiękniejsze słowa, nie mogące wszak
wyrazić ogromu miłości, który czułem będąc blisko
niej... rozbierałem powoli, rozkoszując się każdą chwilą,
każdą częścią odsłoniętego ciała, każdym jej oddechem,
cichym jękiem, przyjemnością, którą jej daję... zdjąłem
koszulę, nasze ciała przywarły do siebie i poczułem
gładkość jej piersi, brzucha, kiedy nasze usta ponownie
się spotkały w głębokim pocałunku...
- Dzisiaj chcę ciebie całego...
***
To był jej pierwszy raz... co ja czułem wracając po
odprowadzeniu jej do domu? Niesamowite... przede
wszystkim szczęście, niewysłowione szczęście... to tak,
jakby ktoś nam dał świadomie coś najcenniejszego w
swoim życiu i nikt mi tego nie odbierze do końca moich
dni... duma, chyba nic nie jest w stanie zastąpić tego
poczucia dumy... odpowiedzialność za wprowadzenie
kogoś w inne życie, odpowiedzialność za tą chwilę, za
reakcje po niej...
W życiu możemy mieć wielu partnerów, ale zawsze
będziemy pamiętać tego pierwszego i tego, dla kogo
byliśmy pierwsi...
Z drugiej strony można za pierwszym razem być
pijanym, odurzonym narkotykami, można zrobić to w
ubikacji, można nie pamiętać z kim, co i jak? Co wtedy?
Nic... po prostu zabieramy sobie przyjemne
wspomnienia... zabieramy sobie wtedy poczucie
szczęścia, dumy, odpowiedzialności zastępując magię
chwili zwierzęcą fizycznością... można, tylko po co?...
16 stycznia 2006
Niech żyje wpadka!...
Co by było, gdyby nie było wpadek? Iluż z nas by nie
było na świecie, gdyby nie wpadki? Ilu z nas jest
planowanych, wyczekanych?
Zacznijmy od tego, że wpadka powoduje, że
(przeważnie) para się pobiera… gdyby nie ten maleńki
szczegół, że otóż jesteśmy sprawcami ciąż, w tym
przypadku, jako nie mąż, wiele z par w ogóle nie
zdecydowałoby się na ten krok… no bo najpierw trzeba
się wyszaleć, potem iść na studia i zdobyć wykształcenie,
potem kariera, a żyć można przecież bez ślubu, bo po co
papierek, skoro i tak się kochamy, a jakby co to
rozstajemy się bez niepotrzebnych sądów, spraw,
podziałów majątku… kupmy sobie psa czy kota, by mieć
namiastkę odpowiedzialności, wyremontujmy nasze
gniazdko miłości, będzie pięknie… małżeństwo i dziecko
jawią się jak kataklizm, co zniszczy nasze życie,
spowoduje, ze koniec z imprezami, wyjazdami, koniec ze
swobodą… to nic, że to marna wymówka, że żyć można
w trójkę, czy czwórkę i wyjeżdżać razem z dzieciakami,
załatwiać opiekunkę itp… a zatem wpadka kojarzy
małżeństwa…
Dalej - wpadka zmusza do odpowiedzialności… łatwo
być odpowiedzialnym za siebie,
łatwo być
odpowiedzialnym za związek, kiedy ma się dziewczynę
od kilku lat i swego rodzaju pewność, że nic się nie
stanie… kiedy pojawia się wizja narodzin potomka to
wtedy bierzemy już odpowiedzialność za tą bezbronną
istotkę, a jest to spore wyzwanie… już nie można żyć z
dnia na dzień, byle jak, przepijać kasy, trzeba zacząć
myśleć o kimś, kto bez nas sobie nie poradzi…
Strach przed wpadką powstrzymuje seksualną anarchię,
która zaczynałaby się w wieku lat nastu a kończyła u
schyłku życia… w wieku lat dziestu nie mielibyśmy
żadnych skrupułów czy się kochać, czy się bać… bez
strachu eliminowalibyśmy też pytań: z kim się kochać i
kiedy zacząć? Przecież jedyną zaporą byłoby wtedy jakże
subiektywne sumienie… jest to pogląd dyskusyjny, ale
coś w tym jest...
Dzięki wpadce ( a dokładniej jej skutkowi) zyskujemy
sens… sens życia, który pojawia się zawsze przy
dziecku, kimś, kto jest nasz i będzie nas kochać,
bezinteresownie i bezwarunkowo… i dzięki niemu sami
możemy nauczyć się kochać – na innym poziomie
miłości…
Czasami się zastanawiam co by było, gdyby nie
wpadka… gdyby o tym, czy się ma mieć czy nie mieć
dzieci podejmować całkowicie świadomie – naciskamy
oboje guziczek i mamy, nie naciskamy oboje guziczka,
nie mamy - łatwizna… naciskamy oboje, bo decyzja
jednej strony (najczęściej żony) też wpadką jest… no
przecież wielu rodziców nas nie planowało, a jeśli już to
pojawialiśmy się w jakiejś odległej przyszłości… czyż
nie jesteśmy tacy sami jak nasi rodzice, czy nasze dzieci
nie będą podobni… chcieli tylko jedno, góra dwoje
dzieci, a tu trójeczka się zdarzyła – o bliźniaki od razu,
co za pech – a może i więcej!
A dzisiaj? Gdyby zapytać kiedy mieć dzieci? Jakie
byłyby odpowiedzi? Jak na nie zarobimy, bo w naszym
kraju ble ble ble…? Jak zrobimy karierę? Jak
wybudujemy dom? Jak się pobawimy? Nigdy, bo po co
je mieć?
Wszystkie powody i wymówki wydają mi się bzdurne,
bo dziecko przecież nie wymaga bogactwa, wystarczy,
żeby było kochane… nawet, a może szczególnie wtedy,
gdy jest niekoniecznie spodziewane…
Oczywiście dzisiaj łatwiej nie mieć tego „kłopotu” niż
kiedy my się rodziliśmy, można planować, uważać,
używać, zażywać… może jednak dlatego warto się
czasem zastanowić co by było gdyby nie taka wpadka…
I jest druga strona medalu, ale to już zupełnie inna
historia…
23 stycznia 2006
Recepta – słuchać...
- Cześć Sławku...
- Cześć Iza...
- Przepraszam, że się spóźniłam, ale wiesz, śnieg, ślisko,
miałam trudności z dojazdem, a poza tym po raz kolejny
miałam pecha... wyobraź sobie, że jadę sobie wolno
Śląską, a tu jak mi nie wyskoczy jakiś facet prosto pod
koła, ledwo mogłam przyhamować... tak się tym
zdenerwowałam, że zamiast skręcić w Aleje pojechałam
dalej, a potem musiałam się sporo nakręcić, żeby tutaj
dotrzeć... dlaczego w tej Częstochowie jest wszystko tak
dziwnie poznakowane... ale powiem ci, że to jeszcze nic,
byłam kiedyś w Łodzi – przejechać przez centrum to
koszmar! Ciągle jednokierunkowe, ciągle zakazy wjazdu,
normalnie pół godziny błądziłam po tym mieście zanim
dotarłam na miejsce
- Czego się napijesz?
- Jakiegoś soczku. Jestem zmotoryzowana... hihi... nigdy
nie wsiądę do samochodu nawet po jednym małym
piwie... widziałeś ostatnio „Teraz my” o tym trenerze?
Facetowi – jakiś ustawiony - dali się napić i normalnie
fruwał, jakby się Red Bullem naszprycował, ale ustać nie
mógł... a moi znajomi po imprezie czasem prowadzą –
normalnie idioci, życie im nie miłe... w ogóle to pijany
facet to zakała, ja tam nigdy bym takiego nie prowadziła,
a mówiła mi ostatnio Asia, jak musiała odstawiać Wojtka
do domu... jechała z nim autobusem, a on dalej zaczepiać
ludzi i krzyczeć na cały głos... ona go ucisza a on nic,
bała się, że ich z tego autobusu wywalą, a potem
zaczepiał jeszcze ludzi po drodze, wstyd jak diabli... ja to
bym z takim już na pewno nie była, ale ona będzie...
kurczę, syndrom ofiary, potem pewnie będzie pił i bił, a
ona słowa nie powie, bo zakochana... ja tam w miłość nie
wierzę, kochałam kiedyś jednego faceta i puścił mnie dla
mojej koleżanki, od tej pory nikomu nie uwierzyłam,
faceci to świnie... wybacz, że tak mówię, ale przy Tobie
mogę, sam mi przecież opowiadałeś o tym mężu, co
oszukiwał swoją żonę i wiele innych rzeczy... ja jakoś nie
mogę trafić na odpowiedniego... szkoda, że Ty jesteś
moim kumplem, a tam gdzie wchodzi seks kończy się
przyjaźń... myślę, ze wiele by się między nami zmieniło,
gdyby coś... poza tym ja w końcu mam tego Piotrka... ale
wiesz co, ja go nie kocham, jesteś chyba jedyną osobą,
której mogę to powiedzieć, nie kocham go... jestem z nim
po to, by mieć z kim pojechać na narty, pobyć, czasami
pogadać o niczym, ale nie o wszystkim... oduczyłam się
kochania raz na zawsze, bo w życiu według mnie nie
zależy na tym, by kogoś kochać, ale o to, by nie być
samemu... możesz się ze mną nie zgodzić, ale na dobrą
sprawę o to chodzi, miłość oślepia, mnie oślepiła i nie
widziałam, jak Darek ślini się na widok Justyny, a teraz
oni być może są razem, może nie, bo „przesiadł się” na
inną, a mnie to ani ziębi ani grzeje... znalazłam sobie
faceta, jest mi z nim średnio, ale stabilnie, bo o to mi
chodziło, mam co chcę, a miłość przyjdzie, albo nie... jak
spadnie jak grom z jasnego nieba to świetnie, jak nie, to
zostanę przy Piotrku i będę z nim żyła, miała dziecko...
właściwie to już chcę mieć dzieci, jak ja bardzo chcę
mieć dzieci! Ten wiek, powiesz, ale coś w tym jest –
moje koleżanki z pracy mają już po dwójce, albo
przynajmniej jedynce, a ja siedzę sobie w i zazdroszczę
tych opowieści, tych albumów, tych anegdot z
dzieciakami w roli głównej... Piotrek nie chce, uważa, że
póki co to nie ma sensu ich mieć, a ja go nie chcę łapać...
o cholera jak późno... muszę lecieć, następnym razem
powiesz mi co słychać u ciebie... uwielbiam się z Tobą
spotykać... cześć...
- Cześć, do następnego spotkania...
Jak przyjemnie jest czasem porozmawiać…
25 stycznia 2006
Bajkopisarz...
Marta jest jedną z moich najlepszych kumpeli, ma stałą
pracę, wesoła, uśmiechnięta, zadowolona z życia i
zakochana w swoim narzeczonym...
Ale nie zawsze jej życie układało się tak jak teraz... a
najgorszy jego okres przypadł na czas, kiedy związana
była z Szymonem...
To był i jest dziwny człowiek, seksu nie lubił, kobiet nie
lubił, a jedyne co mu w duszy grało to muzyka z
Winampa, uwielbiał też pieścić swój komputer,
podziwiać jego kształty, dotykać lekko i delikatnie
klawiatury, spojrzeniem pożerać monitor...
Marta w tym wszystkim była jakby z boku... to ona
musiała prosić się o to, by łaskawie nią się zajął, to ona
dbać musiała o ten związek, męczyła się okrutnie... aż nie
wytrzymała i rzuciła go w diabły...
Kilka miesięcy później dostała od niego informację
jakoby to znalazł pracę za granicą, potem osiadł i zaczął
pracować w Warszawie... jak się okazało było to tylko
bajką... w ogóle bajkopisarz jest z niego niezły...
Jakiś czas temu Marta, nie mając co robić w pustym
domu o wieczorowej porze postanowiła odezwać się do
Szymona, ale nie chciała tego zrobić jako jego była, tylko
jako zwykła nowa dziewczyna – wiedziała, że o tej
porze, jak zawsze do 2 w nocy siedzi przed swą
namiętnością i klepie w klawiaturę słowa czy znaki, które
wyrażają jego dozgonne do niej przywiązanie...
- Cześć, jestem Magda, masz ochotę pogadać?
Oczywiście miał ochotę pogadać, a ona powoli zaczęła
się z nim bawić, skąd jesteś? Co robisz? Szmerki –
bajerki... jednocześnie przedstawiła się jako Magda z
Poznania, mająca 25 lat, samotna, szukająca pokrewnej
duszy...
Jako, że znała go doskonale wiedziała, jak z nim
porozmawiać, by utrzymać jego uwagę... facet był w
siódmym niebie, gadał, popisywał się co on to nie robi,
kim on to nie jest... umówili się na następny dzień na
rozmowę... takie przeciąganie zabawy trwało kilka
tygodni, ona mu pisała rzeczy, o których wiedziała, że
mu się będą podobać, a on przyjmował je z uśmiechem
na wirtualnej twarzy... jednocześnie nie było między
nimi żadnych propozycji czy nawet opowiadań dla
dorosłych... ona doskonale wiedziała, że takie rzeczy go
nie ruszą...
Aż oboje zostali zaproszeni do wspólnego kolegi na
zakończenie studiów... fajna impreza, ale mimo, że była
sama właściwie na tej imprezie się do siebie nie
odzywali, dopiero w kilka dni później wspominając
imprezę dowiedziała się, że oto Szymon ma nową
dziewczynę i z wielkim zdziwieniem usłyszała, że to
właśnie Magda z Poznania (oczywiście nie zdradziła się
z tym, że dziewczynę tą doskonale zna)... usłyszała jak
bardzo Magda ta kocha Szymona, żyć bez niego nie
może, czeka zawsze na rozmowę i spotkanie (bo widzieli
się już z Magdą wiele razy i było im w łóżku
cudownie)...
Dlaczego mężczyźni kłamią przy znajomych i swoich
byłych? Dlaczego wymyślają bajki? Dlaczego nie
przyznają się do tego, że są samotni? Boją się opinii?
Dzisiaj? Chcą uchodzić za Casanovę?
Szymon jest na pewno oryginałem, zapatrzonym w
monitor wirtualnym chłopcem niezdolnym do
czegokolwiek, ale ilu takich wirtualnych chłopców jest
wśród nas?
Cieszę się, że daleko mi do niego i że nie muszę
opowiadać aż takich bajek... nawet dzisiaj, gdy spotkam
się z Martą...
27 stycznia 2006
Satyra na leniwych chłopów...
Sobota, ciężkie powieki nie chcą się podnieść, a radio
wyje... po co ja je nastawiłem, przecież dzisiaj mam
wolne, lekko mdły zapach papierosów, wypalonych
wczoraj wieczorem, unosi się w powietrzu... szkoda
czasu, wstaję, tylko musze uważać na butelki i puszki
przy łóżku... nie chce mi się tego sprzątać, zresztą po co,
wystarczy, że przygotowałem sobie wczoraj poszewkę na
nieoblekaną od wielu tygodni kołdrę... ale nie przydała
się, zapomniałem...
Światło dnia nie dociera do oczu, bo zasłaniają je meble
na środku pokoju... kiedyś siostra je przywiozła do mnie
wstawiła mi je i tak stoją od kilku lat... kiedyś kumpel
przyszedł do mnie i powiedział, ze mój pokój wygląda
jak Dolny Manhattan po 11 września 2001... odebrałem
to jako komplement...
Wstaję, nieodwołalnie wstaję, ale za chwilę – zimno, nie
chciało mi się palić wczoraj, będzie zimna woda, ale
ciało mam przyzwyczajone do zimna... szybki truchcik
do łazienki, najpierw ulubione zajęcie na początek dnia,
potem szybko wypluskać się pod prysznicem...
Kawa, papieros... trzeba wreszcie pozmywać te naczynia,
bo ich poziom dawno przekroczył stan alarmowy...
włączam telewizor, patrzę tępo na Hugo... co za durny
program, ale gdzie indziej nie jest lepiej, a coś grać
musi... kątem oka spoglądam na ekran, gdzie jakiś szkrab
męczy się hugokopterem... komputer – sprawdzam
stronę, pocztę, wiadomości sportowe, gg – czy ktoś do
mnie pisał... o, znowu Iwonka całuski przesłała... ona mi
spokoju nie daje, ale miło jest...
O kurcze, Iwonka! Od roku się za mną ugania, jeździmy
sobie na wycieczki, chodzimy na imprezy, ale deklaracji
z mojej strony ( a na to widać czeka) nie było i nie
będzie... za to ona szaleje, nawet na żużel ze mną poszła,
ale bardziej zajmowała się moimi siostrzeńcami niż
wynikiem – ignorantka...
Nagłe otrzeźwienie – chyba wczoraj pisała, że czas by
mnie wreszcie odwiedzić, spotykamy się jak zwykle
paczką w knajpie, a potem mówiła coś o tym... pewnie
nic z tego nie będzie, wykręcę się, bo nie chce mi się
sprzątać... a jeśli jednak? Może posprzątać... na wszelki
wypadek... jak ja tego nie lubię!
Od kiedy mieszkam sam w małym domu po dziadku
mam taki spokój, że nawet na Święta sprzątać nie muszę,
dziewczyn właściwie nie przyprowadzam, a chłopaki u
siebie mają podobnie, więc im nie przeszkadza, kiedy
przychodzą z piwem na mecz... zresztą po imprezie i tak
wygląda tak, że sprzątać przed nią nie trzeba...
Od czego zacząć, chyba od butelek i puszek, dobra, jakiś
worek się znajdzie i nie ma... co tam dalej? Ubrania – o
ulubione skarpetki się znalazły! Nieco nieświeże, ale
zaniosę do mamy to mi upierze podobnie jak resztę...
kurze mogą zaczekać, przecież i tak sprawdzać nie
będzie, a ważne, by wszystko upchnąć tak, by widać nie
było... wrzucę kołdrę do tapczanu... ubrania nie chcą się
zmieścić w szafie, nie szkodzi, pomogę sobie kolanem i
się zmieszczą... naczynia, pod zlew, nikt tam nie zajrzy,
omiotę kuchnię, przelecę się z mopem (zakurzył się) i
będzie dobrze... zasłonki brudne od papierosów, może
nie zauważy... gazety wyrzucę do pieca, zresztą
wszystko, co niszczy estetykę dam do piwnicy, później
się to posprząta... no w piętnaście minut się
oporządziłem, teraz mogę siąść spokojnie
komputera... co tam na blogu ciekawego?
do
30 stycznia 2006
Droga...
Świat wokół nich zmienił się od poprzedniego spotkania,
liście przykrył śnieg, na chodniku pojawił się lód, było
zimno – przy przystankach tramwajowych pojawiły się
koksiaki dające ciepło i iluzję wspomnień... jak zwykle
raz na trzy miesiące ten wieczór należał do nich... spacer
tą samą drogą, prosto w stronę mieszkania, gdzie czekał
jej narzeczony... kochała go, czekała na niego długo,
odpowiadał jej pod każdym względem, a jednak teraz
oddawała swą duszę innemu...
Szli oblodzonym chodnikiem pod rękę, wdychali magię
chwili, która zawsze im towarzyszyła, zawsze kiedy byli
sami... tak jak wtedy, kiedy ich ciała się połączyły...
- Jesteś dla mnie kimś bardzo ważnym... jak ojciec,
kochanek, przyjaciel w jednym... mogę Ci powiedzieć
wszystko i wiem, że nic się nie stanie, że on się nie
dowie, że nie będziesz chciał niszczyć mojego życia dla
siebie
- Jesteś moją przyjaciółką, nigdy Cię nie zapomnę i
nigdy nie zapomnę tego nastroju, wtedy... to było jeden z
najpiękniejszych wieczorów mego życia... ale wiem też,
że kiedy w sierpniu wyjdziesz za mąż dużo się zmieni, w
Tobie, nie we mnie... to naturalne
- Widzimy się tak rzadko i zawsze przed spotkaniem mi
się śnisz i zawsze wspominam, to nie jest normalne,
może nie powinnam wychodzić za mąż wiedząc, że tak
właśnie jest... powiedz...
- Chyba Cię nie zmartwię mówiąc, że to właśnie jest
normalne... wiesz, według mnie każdy człowiek żyje w
dwóch światach – można je rozumieć różnorako – Ty
żyjesz w świecie rzeczywistym i świecie fantazji... Twój
przyszły mąż jest częścią rzeczywistości, Twojego
realnego życia, będziesz z Nim, będziesz Go kochać,
będziecie mieć dzieci... ja i myśli o mnie to fantazja,
jestem nierzeczywisty, pojawiłem się w Twoim życiu
pewnie po to, by skierować Cię na właściwe tory...
wtedy, tych kilka lat wcześniej potrzebowałaś kogoś
takiego jak ja i się zjawiłem, sama mnie sobie
wymyśliłaś... ten wieczór przy świecach, ten szał,
wszystko co się wtedy działo... to nie była zabawa, to
była magia, której potrzebowaliśmy oboje... i Ty i ja... i
będę o tym pamiętać i Ty też...
- A co się stanie jeśli zapomnę? Przecież mogę
zapomnieć, choć dzisiaj wydaje mi się to niemożliwe Zapomnisz tylko wtedy, kiedy Twe rzeczywiste życie
stanie się życiem nierzeczywistym, kiedy w każdej
codziennej czynności znajdować będziesz coś
czarownego...
- Skąd Ty to wszystko wiesz?
- Ja tego nie wiem, wymyślam sobie tylko pewien
idealny świat, dla Ciebie... bo ja nie chcę Cię
zawłaszczać, nie mam po co... chcę byś była szczęśliwa,
z Nim i będziesz... wtedy i ja się uśmiechnę...
Doszli powoli do małego parku... ścieżka doń wiodąca
była drogą do innego świata, wchodzili w ciemność,
gdzie mogli się zanurzyć w siebie, przyciągani chwilą...
dziś zaśnieżona ławka nie pozwalała na spoczynek...
przytuliła się mocno, jej miękkie usta dotknęły jego ust,
poczuł jej skórę, pieścił delikatnie policzki, zamknął
oczy... jak zawsze alejka stała się świadkiem zakazanych
pocałunków, słów, a tych kilka minut wydawało się
wiecznością... energia przepływała przez nich oboje...
- Chciałabym Cię jeszcze mieć przed sierpniem, bo
potem, wiesz, przysięga ma dla mnie znaczenie
- A nie mówiłem... – zaśmiał się - po ślubie dużo się
zmieni... nie martw się, zobaczymy co się da zrobić... nic
na siłę... poszukajmy nastroju, poszukajmy magii... nie
dla Ciebie „TOP”, potrzebujesz dużo więcej...
- Bardzo się cieszę, że Ciebie spotkałam w moim życiu...
- Ale na ślub i tak nie przyjdę... za duże przeżycie...
Zza drzew wyłonił się jej blok, pocałowali się w
policzki... jeszcze patrzył za nią, kiedy znikała za
drzwiami klatki schodowej... do zobaczenia za trzy
miesiące...
01 lutego 2006
Zasada piąta: Jak najdalej od rzeczywistości...
Kompletnie nie rozumiem facetów, którzy:
1. Mają kochankę w pracy
2. Rozmawiają z kochanką o tzw. „problemach z żoną”
Mógłbym do tego dodać punkt trzeci – nie rozumiem
facetów, którzy w ogóle mają kochankę, ale przekornie
nie dodam...
Dlaczego nie rozumiem? Kiedy źle nam z żoną (a w swej
głupocie, zaślepieniu, znudzeniu czy megalomańskich
zapędach sądzimy, że to tylko i wyłącznie jej wina)
zaczynamy wtedy szukać w swoim otoczeniu siostrzanej
duszy, co to nie tylko siostrą dla nas będzie... ale
patrzymy
na
ewentualny
romans
nadzwyczaj
krótkowzrocznie, kombinując tak – „teraz ta beeee, a ta
cacy (proszę nie przestawiać liter) – a potem niech się
dzieje co chce”... nie chcemy bynajmniej zmieniać
statusu męża, ojca, głowy gospodarstwa domowego...
chcemy odpoczynku od rzeczywistości, nowej energii,
motywacji, potwierdzenia, a nie zamiany modeli... a
zatem nasz kryzys małżeński jest rozpatrywany w bardzo
małym czasowym horyzoncie – teraz, chwila, a
przyszłości nie ma...
Kiedy zwracamy uwagę na koleżankę z pracy, podnieca
nas, uwodzimy ją (albo pozwalamy się uwodzić jej) nie
wiemy, czy po skonsumowaniu fascynacji na biurku w
naszym pokoju ona na pewno ODWRÓCI się na pięcie i
POTRAKTUJE całość jako wspaniałą zabawę będącą
uwieńczeniem jej starań... nie mamy pojęcia, czy oto nie
pokazaliśmy jej nowego wymiaru uciech cielesnych
połączonych z przyjemnością rozmowy, kontaktu, magii
uwodzenia... skąd mamy to wiedzieć??? Przecież
koleżanki z pracy ( a przy okazji sekretarki, pielęgniarki i
stewardessy) co to są łatwe, bezpruderyjne, chętne i
gotowe na wszystko to najczęściej wymysł marnych
scenarzystów...
Co się stanie więc jeśli dla naszej pocieszanki staniemy
się kimś ważniejszym niż kawałek mięska? Kiedy
wkroczymy na grząski grunt kobiecych uczuć... i co
dalej? Klęska... o ile w sytuacji, kiedy ta jest daleko
możemy uciec, schować się to wtedy kiedy pracuje z
nami trudniej jest patrzeć jej w oczy...
Jeszcze gorzej kiedy z rzeczoną mówimy o żonie, która
jawi się w naszych opowieściach jako zło wszelakie,
roztyty baleron, wulkan pretensji i seksualnej Arktyki...
poprzez takie opinie o naszej (jakby nie było) wybrance
budujemy tylko przekonanie, że się rozwiedziemy dla
nowej, innej... a przecież można żyć w oderwaniu od
rzeczywistości, nie mówić o żonie, dzieciach, kreować
się jako wolny i niezależny od niczego, i można to robić
z uśmiechem na twarzy i przekonująco... tworzy się w
ten sposób pewną iluzję związku, a nie każdego na to
stać...
Jak najdalej od rzeczywistości – kochanka powinna być z
nami związana jedynie poprzez luźne spotkania, by
umożliwić sobie ewentualną zmianę obiektu uczuć, kiedy
to ciało już nas przestało brać... telefony (nigdy do
domu), za to częste maile, smsy, w miarę częste
spotkania nastawione głównie na seks, żadnych
wycieczek w stronę rodziny, wspólnych planów, czysta
zabawa, czysta przyjemność...
A która kobieta na to pójdzie? Okazuje się, że i tu nie jest
tak źle, bo coraz więcej myślenia w kategoriach „jestem
młoda, to „se” poszaleję, mam czas, żyję chwilą”... i tak
obydwie strony są zadowolone, i facet, który poszukuje
młodszej i młodsza, która poszukuje wrażeń u boku
„doświadczonego mężczyzny”... gruboskórne to i
krótkowzroczne jak nosorożec, ale zawsze będę zdania,
że gdyby nie głupie kobiety nie byłoby cynicznych
facetów...
03 lutego 2006
Mój serial...
"- Ewo, od pierwszej chwili kiedy cię zobaczyłem nie
jestem w stanie myśleć o kim innym. Cały czas myślę o
tobie,, przy śniadaniu, przy goleniu
- Jesteś wariat
- Musze się z Tobą dzisiaj zobaczyć
- Nie mogę, musze opiekować się ojcem... muszę
kończyć... do widzenia
- Do widzenia
Telefon odezwał się znowu
- Dzwoniłeś przed chwilą
- Przed chwilą, dla mnie to była wieczność..."
Przed sobą mam chusteczki, jaka piękna miłość, jakie
cudowne słowa, nie mogę się uwolnić od jej wzroku z
ekranu telewizora... jakaż ona piękna, jakaż
nieszczęśliwa ta miłość... przepraszam, muszę wytrzeć
nos... już...
Zanim zacząłem oglądać „Mój serial” traktowałem go
sceptycznie, ale od pierwszego tekstu porwał mnie swoją
energią, która każe myśleć, ze miłość prawdziwa istnieje
i to mimo tego, ze źli chcą ją zniszczyć... on był tak
idealny, tak przystojny, taki prawdziwy, każde jego
zdanie brzmiało jak najpiękniejsze na świecie miłosne
strofy...
Zawsze chciałem być taki jak on, tak działać na kobietę,
by śmiała się przy mnie z lubością... kiedyś stanąłem
przed lustrem i zacząłem wypowiadać kwestie z filmu,
które z czasem poznałem na pamięć...
- Chcę by Twoje oczy były tymi, które widzieć będę
każdego ranka...
- Znowu piłeś! Tyle razy Ci mówiłam, abyś nie zaglądał
do barku, poprzynoszą Ci petenci wódek, a potem widać
efekty – Kasia widocznie nie podzielała mego zapału
- Ależ Kochanie, to piękne
- Ty nie zmieniaj tematu, zadzwoniłeś po gaz, kończy się
- Nie, ale zaraz zadzwonię
- No tak, gapisz się w ten telewizor, oglądasz głupie
romansidła, a robota stoi
- Ależ ja mogę za Ciebie ten obiad przygotować, zrobię
ucztę godną Twej piękności
- Tak jak wtedy kiedy poprzypalałeś niemal wszystkie
garnki, wybacz, ale na razie to zadzwoń po gaz... byłeś w
piecu, zimno się robi
- Nie, jeszcze nie, wiesz, że tego nie lubię, ręce mi się
brudzą
- Ale przynajmniej jest ciepło, przecież nie będziemy tak
dużego domu grzać grzejnikami elektrycznymi, liczyłam
to specjalnie i wyszło, że węgiel będzie bardziej
ekonomiczny, odłóżmy trochę to kupimy taki z
podajnikiem i problemu nie będzie
- Ja się na tym nie znam, Żabusiu
- Tyle razy Cię prosiłam, byś nie mówił do mnie per
„Żabusiu” – to infantylne... idź do sklepu po ketchup, po
południu pojedziemy do M1, musimy zrobić większe
zakupy
- Dobrze Kochanie... ale nie lepiej pójść na romantyczny
spacer w świetle księżyca i upajać się chwilami z sobą
- Słucham?! Wieczorem to ja chcę się położyć,
przeczytać książkę, a nie biegać kiedy zimno i mokro...
- Dobrze, jak sobie życzysz
Wyszła z pokoju, zostałem sam, na szczęście jutro
kolejny odcinek mego serialu, może wreszcie Ewa
ulegnie namowom Adama i zgodzi się na to, by kochał ją
całym sercem...
05 lutego 2006
Stan klęski żywiołowej...
Wczoraj w godzinach wieczornych ponownie pokazały
swą niszczycielską siłę dwa potężne żywioły...
Pierwszy z nich to Rafaello, siedmioletnie tornado, a
nawet siedmioletnie i czteromiesięczne... pozostawił po
sobie totalne zmęczenie tak zwane posportowe, wiążące
się z tym, że jego obecność zmusza ofiarę do
uczestnictwa w grach, zabawach, sportach wszelakich od
koszykówki domowej poprzez strzelanie bramek na
punkty oczywiście...
Uwaga – tornado Rafaello w razie niespełnienia próśb
czy też przegranej w sporty wymienione zaczyna wyć
przeraźliwie czym potęguje zniszczenie... największym
dokonaniem Rafaella jest zrzucenie onegdaj telewizora fi
21 marki Unimor...
Prócz tego pozostawia po sobie tony papieru zapisanego
znakami runicznymi i wyrazami w rodzaju „Simba” oraz
własnoręcznie narysowane plany miasta „Kotkowo” z
ulicami takimi jak Frotkową, Gamborską, Fronocką,
Wysocką, Podwórkową, Serową i tajemniczo brzmiącą
ulicami Sofa i Erla... trzeba pamiętać również, że w
Kotkowie mieszkają: Kotek, Ko-córka i Gandzior, a
samo miasto jest większe niż Polska i jest na Słowacji...
Rafaello pozostawia też po sobie mnóstwo
rozkruszonych ciasteczek, papierków po cukierkach...
jego cechą charakterystyczną jest to, ze lubi się przytulać
do ofiary i zmuszać ją do gry na komputerze w wymiarze
ponadnormatywnym...
Jedyna drogą prowadzącą do uniknięcia negatywnych
skutków zetknięcia z żywiołem jest bezgraniczne
oddanie i wypełnianie poleceń szybko i bez zająknięcia,
niedozwolone są zwlekanie, mówienie „później”, bo
swym piskliwym głosikiem doprowadzi układ nerwowy
do większego rozstroju...
Żywioł drugi, nieco groźniejszy od Rafaello to huragan
Carolina, młodszy, bo pojawiający się z różnym
natężeniem od pięciu i pół roku, ale za to bardziej
bezlitosny nie tylko dla tak zwanego porządku, ale
również dla urządzeń w jego zasięgu...
Carolina w stanie uśpionym uwielbia malować, rysować i
szyć ubranka dla lalek... do dziś jej największym dziełem
(kiedy odpoczywała) pozostaje różowa bluzka dla
umięśnionego nad wyraz strażaka połączona z piórami
wokół jego szyi... poza tym nawet, gdy nie powoduje
zniszczeń nieustannie mówi i pyta... „o mróweczka,
mróweczka idzie, a dokąd ona idzie, do męża, a gdzie są
jej dzieci, a jaki mróweczka ma dom?”... nim zdąży się
odpowiedzieć zadawane jest kolejne pytanie, potem
kolejne i tak dalej...
Carolina należy do żywiołów, które należy nieustannie
monitorować, bo nawet niesłyszalna jest gotowa siać
zniszczenie... jej największym dokonaniem pozostaje
zalanie wodą otworu do wkładania kart pamięci w
drukarce, przez co ta zmuszona została do odmówienia
posłuszeństwa...
Zdecydowanie najgorzej jest, kiedy obydwa żywioły
spotkają się, bo wtedy łączą się w tak zwaną
„głupawkę”... natężenie dźwięków, energia i uszkodzenia
ciała są nieodłączną cechą niniejszego stanu... z
najbardziej typowych zachowań wymienić można:
skakanie po łóżku, szarpanie się, podkładanie nóg,
wylewanie wody w różnych miejscach domu, popychanie
się wzajemne, pastwienie się nad ofiarami żywiołów
przez skakanie po głowie, ciągnięcie za kończyny,
uwieszanie się nóg i szyi i piski wszelakich
częstotliwości... i cóż z tego, ze „głupawka” kończy się
zawsze płaczem któregoś żywiołu... nie pomaga...
Ratunku, znowu idą...
08 lutego 2006
POM... Powolny Objazd Miasta...
Kiedyś napisałem o „blondynkach”... napisałem bawiąc
się słowem, a moje przemyślenia były czysto teoretyczne
oparte tylko na opowieściach, schematach i nieco
parodystycznym ujęciu... bo w gruncie rzeczy myślałem,
że „świat nie jest zły”, jak śpiewa najbardziej medialna
przedstawicielka tej grupy... tymczasem...
- Mówisz o eksperymentach, badaniach socjologicznych,
społeczeństwie, zmianach w nim, o młodzieży, a wiesz
co to jest POM?
- Nie...
- To jest Powolny Objazd Miasta...
No tak, „za moich czasów” to chodziło się „pieszkom”
bo samochód był luksusem, a teraz każdy na dobrą
sprawę może go mieć... a kolega dalej...
- Kiedyś zrobiliśmy z kumplem pewien eksperyment.
Polegał ona na tym, że pożyczyliśmy od jego ojca Audi 6
na warszawskich numerach rejestracyjnych... ubraliśmy
się elegancko i jechaliśmy wolno Alejami... kiedy
zobaczyliśmy jakąś fajną dziewczynę spuszczaliśmy
szyby i pytaliśmy ją „Czy nie wiesz gdzie tu jest jakaś
fajna knajpa?”... „Wiem, to ja Was poprowadzę, może
razem się pobawimy” - wyobraź sobie, że w ten sposób,
w ciągu nieco ponad godziny do samochodu władowało
nam się w sumie trzydzieści podlotków! Oczywiście po
tym, jak już weszła, czy weszły, tłumaczyliśmy o co
chodzi, prosiliśmy je o wyjście i od nowa... trzeba było
widzieć ich miny, ale niektóre wychodziły ze słowami
"szkoda, fajni jesteście"...
W ogóle w Częstochowie jeśli chcesz poderwać panienkę
to tylko w Alejach i na Biznes Centrum... najlepszy dzień
to oczywiście piątek i sobota, na dobrą sprawę wystarczy
to o czym mówiłem, samochód i wygląd i każda (no,
prawie każda) głupia gęś na to poleci... jeśli jeszcze masz
blachy z Warszawy, Wrocławia czy Poznania to masz jak
w banku, że jak tylko chcesz się zabawić to się
zabawisz... ja ci mówię, to jest coś wspaniałego...
jedziesz sobie powoli w stronę Jasnej Góry i szukasz...
najlepiej na Placu Daszyńskiego, w okolicach Wałów
Dwernickiego, w okolicach przystanków autobusowych,
Plac Biegańskiego, potem prawa strona Trzeciej Alei
przy Don Kichocie i Koyocie, nawrót, niemal cała lewa
strona, Empik, Milano, Blikle, Druga Aleja i do mostu
nad torami... i z powrotem... głównie w piątki i soboty
wieczorem jeżdżą małolaty z syndromem zimnego
łokcia... napatrzyli się amerykańskich filmów i szpanują
swoimi dwudziestoletnimi oplami... kiedy pojawi się
lepszy samochód to ma takie zbiory, ze tylko brać,
wybierać...
- Ale która na to idzie? Przecież to absurd! To jest tak
schematyczne, że aż boli, to tak jakby mówić, "Hej, chce
mi się panienki! Która zrobi mi dobrze?" a te zlatywały
się ze wszystkich stron... przecież tak nie jest...
- Oj, chyba musisz u mnie przejść jakiś kurs życia... jeśli
chcesz poznać przyjemną intelektualistkę, porządną, z
przeżyciami, kochającą wiatr, wegetariankę, ćwiczącą
jogę z poglądem, że tylko miłość może połączyć dwoje
ludzi to idź do biblioteki... na piątym czy szóstym
spotkaniu (o ile będziesz miły, dżentelmeński, uroczy, w
jej typie, niezbyt nachalny, ale zdecydowany, grzeczny,
umiejący się zachować) MOŻE da ci się pocałować...
jeśli chcesz szybkiej zabawy, bez zobowiązań (nie chodzi
tu tylko o seks) to wsiadasz w samochód i ruszasz w
miasto... wybór należy do ciebie... już nastolatki potrafią
się zrobić na bóstwo, że wyglądają na dorosłe, pełny
przekrój od 16 do mniej więcej 25 roku życia - chcą
poczuć wielki świat, buntują się przeciwko rodzicom,
chcą się bawić... wiesz, w tym największy jest ambaras...
jeśli obydwie strony chcą to jaki to problem... żaden...
tylko chcieć...
10 lutego 2006
Relacja na żywo...
- Dzień dobry Państwu. Dzisiaj oto jesteśmy ponownie
na zawodach mających na celu wybór Najzajefańszego
Bloga Statusiałych Nastolatków – części konkursu na
Bloga Roku 2005!!!
Proszę Państwa – od samego początku w tej kategorii
prowadzi
niezagrożenie
Wawrzyniec
Prusky
(owacja!!!)... wspaniały blog, humorystyczny, świetnie
pisany, nie na darmo już teraz można powiedzieć, że to
jemu przypadnie główna nagroda, ale to sport, niczego
nie można wykluczyć...
Drugie miejsce, Władca Motyli, równie duża przewaga
nad rywalami, niestety dla autora nie został on zgłoszony
do oceny przez Jury, więc jego walka skończy się na tej
części... blog romantyczny, ciekawy...
Zdecydowanie najciekawiej jest w walce o trzecie
miejsce, na którym od dwóch dni mamy zupełnie
niespodziewanego Pana W. W kategoriach żartu, hihi,
powiem, że czasem jadam ryż u Pana Woo (śmiech z
taśmy), tuż za nim grupka, w której są : „Supul”,
„Zapiski z życia”, „Just nineteen”, a gdzieś między
innymi „Dwa światy”...
I oto, Proszę Państwa, do naszych uszu doszła sensacyjna
wiadomość... blog ten, który zaczął wędrówkę w górę
klasyfikacji od siódmego, a teraz jest na czwartym
miejscu zawiesza działalność...
Mam przy swoim stanowisku Sławka, autora...
- Sławku - czy mogę Ci mówić Sławku?
- Oczywiście
- Co się stało!!!???
- Dzień dobry Państwu. Nic się nie stało. Jadę na wakacje
zimowe.
- Ale Sławku, przecież masz szansę na trzecie miejsce,
jeżeli przestaniesz teraz to Twoje szanse się zmniejszą...
- Cóż, to jest sport... styczeń i początek lutego są zawsze
najcięższym miesiącem w pracy, po którym mam tydzień
wypoczynku, teraz go zamierzam wykorzystać... mam
nadzieję, że czytelnicy nie odwrócą się ode mnie i czekać
będę na kolejne notki już za dziesięć dni, o ile wena
dopisze...
- A Konkurs???
- Wie Pan, Panie Redaktorze, w części na
Najzajefańszego Bloga Statusiałych Nastolatków już
mamy zwycięzcę...
- Nikt nie dopędzi Wawrzyńca???!!
- Nie, serdecznie mu tego gratuluję, prowadzi bloga w
sposób perfekcyjny, sam uwielbiam tam wchodzić,
zresztą mamy podobne poczucie humoru... kontynuuję w części na Najzajefańszego Bloga Statusiałych
Nastolatków już mamy zwycięzcę, potem będzie bój o
wycieczkę na Rodos, ale obiektywnie stwierdzam, że są
lepsi, zresztą ja sam traktuję blog jako intelektualną
zabawę, forum wymiany myśli na różne tematy... poza
tym w Jury jest Ewa Drzyzga, a czego dobrego można się
spodziewać po Ewie Drzyzdze?
- Jest pan męskim szowinistą?
- Nie, absolutnie, a wyglądam?
- Zmieńmy temat - ostatnio pokazały się głosy, że za
dużo w notkach o związkach, zdradzie...
- Do czego Pan zmierza?
- Że blog Pana stał się monotematyczny...
- Nie zgodzę się z tym, owszem, opisuję dużo chorych
sytuacji, związków, zdrad, ale staram utrzymywać pewne
proporcje, poza tym blog nosi nazwę „Dwa światy” a z
lewej strony tekstu jest napisane jakie tematy będę
poruszał...
- A jednak będę się upierał, że te głosy są powodem
rzekomego odpoczynku...
- Ale ja naprawdę jadę do Poronina i Zakopanego, na
tydzień, już wpłaciłem zaliczkę... chcę zwyczajnie
odpocząć od komputera, ludzi, pojeździć na desce - może
się w końcu nauczę – pochodzić po Krupówkach,
dolinkach tatrzańskich...
- Interpretację zostawmy czytelnikom, dziękuję
uprzejmie, do widzenia Panu...
- Do widzenia Państwu, mam nadzieję, że mimo mojej
nieobecności znajdziecie na moim blogu cząstkę siebie...
- Tak, proszę Państwa, Sławek wyjeżdża, ale czy na
pewno, czy nie jest to czasem ucieczka od problemów,
które go przerastają... interpretację pozostawiam
Państwu, chociaż ja myślę, że tak właśnie jest... do
widzenia z Konkursu na Najzajefańszego Bloga
Statusiałych Nastolatków mówił do Was Wasz
Reporter!!! (standing ovation)
20 lutego 2006
Smak wspomnień...
Połowę z czasu swoich studiów spędziłem w Krakowie...
przemieszczałem się w trójkącie Katowice –KrakówCzęstochowa, śmiejąc się sam z siebie, że niedługo
powinienem zamieszkać tam, gdzie te kolejowe szlaki się
spotykały, czyli w Ząbkowicach...
I lubię Kraków, i często tam wracam, to znaczy wtedy,
kiedy podróżuję na południe Polski i z niego wracam...
tak było i teraz...
O atmosferze Krakowa pisać nie ma sensu, chyba, że o
przyjemności kluczenia po mniej znanych ulicach niż
Floriańska, Bracka czy Grodzka... Szpitalna, Mały
Rynek, Jagiellońska z Collegium Maius...
Kiedyś ktoś mi powiedział, że Kraków jest snobistyczny,
że ludzie jeżdżą tam de facto na pokaz, bo wypada być,
widzieć i koniecznie podziwiać i zachwycać się... jej
krytyka Krakowa była miażdżąca... próbowałem
dyskutować – nic to nie dało, aż dziewczyna pojechała
do Krakowa z chłopakiem i... no i okazało się, że to
krytykowane miasto wcale już nie jest dla niej tak
snobistyczne, złe, modne (w złym tego słowa
znaczeniu)... czasem nie lubię mieć racji...
Dla mnie Kraków miał oczywiście nieco inny wymiar,
bardziej codzienny... w końcu jakiś czas tam
pomieszkiwałem, nie sam znajdowałem uliczki odległe
od szlaków turystycznych w okolicach Młyńskiej, na
żydowskim pięknym Kazimierzu, w okolicach
Tynieckiej...
Teraz jednak rzadko schodzę ze szlaków, mam mniej
czasu, a zwiedzania starych kątów dużo...
Jednym z moich symboli „dawnego” Krakowa były lody
czarno-białe i kawiarnia na rogu Szewskiej i
Jagiellońskiej, gdzie je serwowano... trzynaście i
czternaście lat temu to miejsce było obowiązkowym w
wędrówkach po Starym Mieście, smak tych lodów to
była rozkosz – o towarzystwie nie wspomnę... naturalna
polewa czekoladowa, likier, bita śmietana, wprost
niebiańskość...
Przypomniałem sobie o nich kiedy ostatnio zatrzymałem
się w Krakowie, bez trudu odnalazłem lokal, który
wizualnie raczej nie zmienił się od wielu lat, zamówiłem
i...
Smaku wspomnień się nie zapomina, smak
teraźniejszości był zupełnie inny, polewa jakaś sztuczna,
śmietana jakby kwaśna, a likier taki sobie...
wspomnieniowy
nastrój
zniknął,
pozostała
teraźniejszość, w której trzeba było szukać drobnych
przyjemności, takich jak smak gałki czekoladowej czy
partia likieru na łyżeczce...
Wyszedłszy z lokalu zastanawiałem się, czy smak
wspomnień jest lepszy od smaku teraźniejszości i czy
konfrontacja
po
latach
zawsze
kończy
się
rozczarowaniem? Pewnie nie... ale wiele rzeczy w
przeszłości idealizujemy jak smak lodów – dziewczynę,
porywy serca, wczesną młodość, miłość, szaleństwo –
tymczasem już Heraklit z Efezu powiedział, że nie
można wejść dwa razy do tej samej rzeki... lody będą
inne, niezapomniana dziewczyna stanie się heterą,
młodość przeminie z pierwszym bólem kości nad ranem,
miłość przejdzie w Tybet, a szaleństwo przybierze
bardziej cywilizowane kształty...
Co robić? Żyć teraźniejszością nie myśląc o przeszłości,
z tej brać co najlepsze i nigdy nie chcieć wracać? Można,
ale powroty są tak przyjemne...
23 lutego 2006
Intelektualistki...
Nudzę się, mam już dosyć zimy, a początek lutego jest
martwym sezonem w wielu sprawach, także sercowych...
stare znajomości już się trochę zużyły, znużyły,
ucodzienniły... wiele się zdewaluowało, ich blask
przyblakł albo odeszły w przeszłość... trzeba się ruszyć...
No i co robić?
Dyskoteki są dobre dla debili, bo kogo tam można
spotkać? Blondynki, dla których sztuka rozmowy kończy
się na chichocie, a pustki może pozazdrościć próżnia...
od krzesła nie różni ich zarówno iloraz inteligencji jak i
to, że dowolnie i swobodnie można je posuwać... nie, to
za łatwe jak dla mnie...
O, mam pomysła! Wczoraj byłem na Studenckim Forum
BCC, takie ładne tam były te forumowiczki, może w tą
stronę... najpierw trzeba wybrać grupę docelową –
wybrałem, są zatem trzy kandydatki:
Kandydatka numer 1: Ładna blondynka, przyjemna
twarz, zaangażowana w pracę, ale spokojna i milutka...
brawa dla Ani!!!
Kandydatka numer 2: Czarnulka z długimi, ciemnymi
włosami, ładne rysy twarzy, ubrana elegancko i ze
smakiem... oklaski dla Agnieszki!!!
Kandydatka numer 3: Niepozorna, z krótkimi włosami,
ale z energetyczną siłą, ciepła, miła, ale energiczna i
poważna... owacje dla Renaty!!!
Każda z nich na pierwszy rzut oka wygląda jak
intelektualistka, więc zadanie ciężkie, przez to bardziej
podniecające...
Punkt pierwszy to sprawdzić, czy koleżanki są zajęte...
jeśli pierwszy warunek zostanie spełniony i koleżanki
będę zaangażowane jedynie w pracę, karierę, a głupoty o
miłości zostawią na „postudiach” to kontynuujemy... jeśli
nie to możemy iść na „czarny szlak” i wierzyć, że sobie
nóg nie połamiemy (żenić się w każdym razie nie
chcemy), albo się wycofać bez wchodzenia (na rynek)...
Punkt drugi... części wspólne... trzeba znaleźć taki punkt
ich życia, który umożliwi mi dosyć częste spotykanie się
z kandydatkami, a potem z jedną z nich (nie bądźmy
pazerni, chociaż wybór trudny)... takim dobrym punktem
wspólnym są debaty na planem rozwoju regionu
częstochowskiego i Częstochowy, w którym dzięki mej
funkcji mogę uczestniczyć jako koordynator lub
doradca... stąd już niedaleko do wspólnych dyskusji na
tematy... na razie zawodowe...
Punkt trzeci... słabe miejsca... w trakcie rozmów patrząc
głęboko w oczy najłatwiej można odkryć, gdzie taka
jedna z drugą ma słabe punkty i powoli je zacząć
wykorzystywać... zwierzęta, ekonomia, nieszczęśliwa
miłość, kłopoty z facetem... trzeba pocieszyć, pogłaskać
po głowie lub nieco pokrzyczeć (na innych, którzy z całą
pewnością są powodem smutku, frustracji i różnych
takich dziewczyńskich żalów na świat)...
Punkt czwarty... wykorzystać... wykorzystać wszelkie
nadarzające się okazje do zawładnięcia psychiką
dziewczęcia nieszczęsnego, by idąc spać myślała, by
chciała się spotykać, by przysyłała maila, by traktowała
jak najwspanialszego przyjaciela... a przecież nam chodzi
tylko o zabawę... no i wykorzystać wszelkie okazje do
innych rzeczy... w tym celu uruchamiamy pełen zestaw
narządzi i środków...
Punkt piąty... skończyć... w wielkim stylu, bez palenia
mostów, z uśmiechem na twarzy, z wielkimi słowami na
ustach... kiedy nam się koleżanka znudzi... w czasach
internetu i smsów zerwanie jest najłatwiejszą rzeczą pod
słońcem, zawsze przecież zwalić można na brak czasu...
No to na której by wypróbować swe umiejętności?
Szybciej, bo się nudzę...
04 marca 2006
O przemyślności kobiety niewiernej...
Tak, zajmuję się miłością, zdradą, opisuję zasady zdrady
doskonałej, a przecież w swych teoretycznych
(przypuśćmy, że teoretycznych) rozważaniach nigdy nie
brałem pod uwagę, że to ja mogę być zdradzany...
A przecież kobieta także niewierną jest, nieważne, że
rzadziej, że nie każda, ważne, że jest... i o tym wiedział
też Boccaccio, który w połowie XIV wieku napisał
„Dekameron” i jemu wcześniejsi wiedzieli o tym też...
Chociaż Sharon Stone powiedziała kiedyś, że „kobiety
umieją udawać orgazmy, za to mężczyźni potrafią
udawać całe związki” to sytuacja odwrotna
(przynajmniej w przypadku udawania związków) jest
możliwa...
No i co? Jak to wygląda? Jakże to moja partnerka
(hipopotamicznie) mogłaby mnie zdradzać? Przecież ja
jestem zaborczy i zazdrosny, nie pozwoliłbym,
wiedziałbym, domyśliłbym się... ale czy na pewno?
Po pierwsze – telefony... domowy – dla utrudnienia...
- Dzień dobry – czy mogę rozmawiać z panią Kowalską?
- Tak, już proszę – oddaję słuchawkę i nie słyszę nic,
tylko je „tak, oczywiście, może jutro, dobrze, do
widzenia”
- Kochanie, kto dzwonił?
- Kolega z pracy, na jutro mamy projekt do oddania,
wrócę trochę później...
I co, mają czy nie? Być podejrzliwym do końca, a może
mieć zaufanie, wszak projekty to nic nowego, powroty
nieco później też... pozostaje dokładna obserwacja ale to
dopiero jutro, przyjazd pod pracę też niewiele da, bo
przecież może wyjść sama...
Po
drugie...
zachowanie...
kobieta
zakochana
promienieje, widać, ze coś ją podnieca... ale skąd
wiadomo, czy to akurat nie moja osoba, poranne igraszki
czy po prostu dobry humor spowodowany słońcem...
Po trzecie... spotkania z koleżankami... no co ja mam
zrobić, kiedy ona wychodzi niby na spotkanie ze
znajomą, ale ja nie wiem czy tak jest... a może właśnie
ma kilka godzin dla swojego gacha i mi rogi
przyprawiają w bardzo niekonwencjonalny sposób...
Po czwarte... wyjazdy w delegację... patrząc
na opowieści kolegów, jak to się panie z ZUS-u
bawią, chyba nie pozostaje nic innego jak dzwonić co pół
godziny, by przekonać się, czy moja i tylko moja nie jest
właśnie „niemoja” a i tak przecież nie wiem czy jest po,
przed czy w trakcie...
Kilka sytuacji, kilka stanów umysłu i popadamy w
obsesję... zaczynamy podejrzewać, martwić się,
domniemywać, analizować każdy ruch, telefon,
uśmiech... potem zamykamy kobietę w złotej klatce a ta
uważając nas za tyrana zaczyna myśleć o kim innym
(samospełniająca się przepowiednia)
Podstawowym pytaniem, które zadaję rozmawiając o
dylematach etycznych jest pytanie: Czy chciałabyś
(chciałbyś) wiedzieć, że Twój, partner Cię zdradza?
Ja zawsze odpowiadam – Nie, nie chciałbym... pal diabli
przyprawianie mi rogów, pal diabli, że kochankowie
śmieją się ze mnie - ja jestem spokojny, ja nie myślę, nie
zastanawiam się, nie przejmuję się...
Dla mnie nie ma chyba gorszej rzeczy niż potwierdzona
świadomość porażki, świadomość, że ktoś rzuca się na
innego tylko dlatego, że ma ciebie dość, z twojej
(wyłącznie Twojej) winy...
Pomyślmy przez chwilę jak uniknąć tegoż przybytku? I
cóż, najlepszym sposobem jest po prostu o nią dbać, bo
„kobiety potrzebują powodu, żeby uprawiać seks.
Mężczyźni potrzebują jedynie miejsca” jak powiedział
Billy Crystal i to można rozciągnąć na zdradę – kobieta
jeśli ma powód zawsze znajdzie sposób, by cię zdradzić,
z byle kim lub z kimś nie byle kim, ze złości, z
przyjemności, pod wpływem chwili, alkoholu... kobieta,
o którą się dba, raz na jakiś czas przynosi kwiaty,
zaprasza do kina, z którą się rozmawia (jak szaleć to
szaleć) zdradza niezwykle rzadko... bo mało jest kobiet
nimfomanek (mnie jeszcze się taka nie trafiła, a żyję
raczej długo), które swoich mężczyzn traktują jak kogoś
stałego, resztę jako ciekawe eksperymenty genetyczne...
Być na tyle przy niej – duchem, jeśli ciałem nie można by tego NIE CHCIAŁA ZROBIĆ... a to bardzo łatwe,
często wystarczy po prostu chcieć... jaka szkoda, że w
przypadku panów jest to o wiele bardziej
skomplikowane...
08 marca 2006
Kocham kobiety...
Nieczęsto można zastanawiać się jak wyglądałby świat
bez Was - kobiet, ja wiem jedno, byłby to świat
przepełniony testeronowym samczym szałem pełnym
walki o władzę, pieniądze (tylko po co one skoro, według
Freuda, większość zakupów jest uzależniona od naszego
libido), rozmów o piłce nożnej i samochodach, gdyby nie
kobiety...
Kocham Was niemal za wszystko...
Za piękno... wprost niewyobrażalną przyjemność sprawia
mi obserwacja piękna, pójść „na miasto” i widzieć
piękno – w twarzach, sylwetkach, dostrzegać je w
gestach... kiedy w pracy spotykam mającą w twarzy ten
błysk potrafię przez ponad godzinę nie odrywać od niej
wzroku, lubię patrzeć, podziwiać... czasem zatrzymuję
się przed kioskiem i patrzę na twarze dziewcząt na
krzyżówkach Technopolu, są tam też moje dalsze
znajome... tylko kobiety dają tą przyjemność...
Za niezdecydowanie... za to samo niezdecydowanie,
które czyni nas bardziej męskimi - „wiesz, ja nie wiem
jak będzie dobrze, może ty zadecydujesz”... te pozory
władzy, które dawane są nam, a my przyjmujemy je jako
wyraz władzy – i nie mamy pojęcia, że władza ta jest
tylko iluzją...
Za brak logiki... jakże wyglądałby ten świat, gdyby nie
brak logiki, gdyby wszystko było poukładane,
posegregowane, powkładane w szufladki inżynierskich
umysłów ścisłych... nieprzewidywalność Waszych
zachowań sprawia, że każdy dzień wydaje się być
zagadką... brak jasnych reguł sprawia, że rzeczy
niemożliwe stają się realne, bo kobiety działają zgodnie
tylko z zasadami, które same tworzą... od wielu lat
staram się poznawać Wasz świat i mimo wszystko jestem
na samym początku i nie sądzę, bym kiedykolwiek dotarł
do końca...
Za idealizm... kiedy rozmawia się z facetem wiadomo, że
w środku jest albo misiem albo cynicznym draniem...
męski idealizm gubi się gdzieś między polowaniami a
kanapą... kiedy kobieta jest idealistką to jest to
kwintesencja dobra – „mój świat ma wyglądać tak, bym
miała dwójkę dzieci i kochającego męża, do którego będę
miała stuprocentowe zaufanie, będziemy tworzyć
szczęśliwą rodzinę, będziemy dzielić się obowiązkami i
żyć w miłości do końca swoich dni” – ileż ja razy
słyszałem podobne zdania! Ale są to zdania tak piękne,
że życie – choćby najbardziej cyniczne i podłe – nie
może zniszczyć ich siły...
Za uczucia... miłość jest dla kobiety najważniejsza, nic
nie może się z nią równać, zakochana kobieta
promienieje i to jest piękne...
Można wymieniać jeszcze dużo cech... cech, bez których
życie byłoby puste, nieciekawe, byłoby tylko nędzną
wegetacją... kocham kobiety...
Dlatego dzisiaj życzę wszystkim Paniom, by nigdy nie
zabrakło im tego, co dla nich jest najważniejsze, miłości,
zaufania, szczęścia... aby nigdy nie zabrakło Wam
zakochanych Romeów, którzy żyć będą tylko dla Was
Wam poświęcać każdą wolną chwilę... byście zawsze
spotykały szczęście, a nie rozmijały się z nim w
codzienności... byście były piękne na tyle, by się same
sobie podobać... byście miały pełne szafy, mnóstwo
kwiatów i poezji w swym życiu...
Dziękuję Wam za to, że jesteście...
10 marca 2006
Kolejny 10 marca...
Kolejny rok, kolejny siwy włos na już nieco szpakowatej
skroni... nigdy nie przepadałem za urodzinami, a jednak
są tak przyjemne, choćby ze względu na ten mijający
czas... Już kiedyś pisałem, że nigdy nie chciałbym wrócić
do czasów młodzieńczej głupoty, nie czuję żadnego żalu
z uwagi na przemijanie, mniej hipopotamicznych szans u
kobiet w wieku ciekawym... naprawdę cieszę się...
Statystycznie mężczyzna w Polsce żyje 74 lata, więc za
rok środek wieku i pytanie... czy ja już przeżywam
kryzys środka życia, czy mam go za sobą? Trzydzieści
kilka lat temu Elliot Jaques w artykule „Śmierć i kryzys
połowy życia” dowodził, że połowa życia to przełom.
Opisywał w nim, że w wieku około 37 lat talent wygasa
(Rossini) albo wtedy się rozwija (Gaughin, Bach, Joseph
Conrad) ewentualnie rozważania stają się bardziej
refleksyjne i pojawia się w nich nuta rozważań o śmierci
i przemijaniu (Goethe, Goya, Beethoven, Balzac)...
podsumowania, chęć zmian... bodaj najwyraźniej widać
to w książce Thomasa Manna „Śmierć w Wenecji”...
Może i w moim życiu przyszedł czas na zmiany, wyjazd
sportowym porsche ze striptizerką na drugi koniec Polski
czy Europy, by wyrwać się ze szponów codzienności i
odgonić widmo już gdzieś daleko widocznej starości i
śmierci...
Dobra... koniec filozoficznych rozważań... to tylko data –
10 marca 1970 roku o godzinie 12.10 przyszedłem na
świat, 10 minut po moim bracie Grzegorzu...
przyszedłem na świat jako trzecie dziecko w rodzinie
robotniczej...
A tego dnia „Życie Częstochowy” donosiło:
- „Akcje komandosów palestyńskich. Daremne próby Tel
Awiwu zmierzające do sterroryzowania narodów
arabskich”
- „Naloty B-52 na tereny położone nad granicą
Kambodży”, Dziennik „Prawda” o wojnie w Laosie”
- „Następna faza wymiany poglądów Polska – NRF",
- „Przeciwko dominacji USA. Trudności z traktatem
Intelsat”,
- „Norweski polityk o planie Gomułki”,
- „Współpraca Polski i Bułgarii. Sesja ekonomiczna w
Warszawie”,
- „Zamachy bombowe w Irlandii Północnej”,
- „Seria imprez odwetowych w NRF” (chodzi o związek
wypędzonych),
- „Modernizacja placówek naukowo-technicznych.
Unowocześnienie
produkcji
i
procesów
technologicznych”,
- „Przed krajowym zjazdem kółek rolniczych”,
- „Lenin o literaturze”,
- „Sesja naukowa w Krakowie poświęcona Leninowi”,
- „Polska cementem stoi!”,
- „Bitwa o szyby 15 tys. kolejarzy. Ponowne zamiecie na
Dolnym Śląsku”,
- „Łąka żywi pole” (o przydatności suszu w hodowli),
- „Zobowiązania Załogi Częstochowskich Zakładów
Chemicznych”,
- „Nowe domu w dzielnicy Tysiąclecia w Częstochowie”
(konkretnie na ulicy Gwiezdnej i 16 stycznia (dzisiaj
Kiedrzyńska),
- „Poprawa zaopatrzenia mieszkańców dzielnicy
Tysiąclecia”,
- „Zbiorowe bilety na film „Księżniczka” (kino Stradom,
dziś – Wyższa Szkoła Zarządzania”.
Tak, świat naturalnie się zmienia i bardzo dobrze, że przy
okazji i ja nie stoję w miejscu...
A na marginesie to już się boję co to dzisiaj będzie...
Epilog części pierwszej...
Moje życie składa się z dat... lubię przystawiać sobie
fiszki przy określonych numerkach w kalendarzu – tu
spotkanie, tu rozstanie, tu urodziny, tu ślub czy Komunia.
Tak było zawsze i taki już jestem...
I tę część kończę na moich urodzinach - dacie, która
zawsze będzie jakąś granicą...
Kiedy rozpoczynałem mą blogową przygodę w
listopadzie 2004 roku miałem na celu jedynie dotrzeć
wspomnieniami do tego co się działo we mnie przez
ostatnich piętnaście lat. Jedno, drugie wspomnienie były
w mej pamięci i nie pozwalały mi się uspokoić. Pisanie
do szuflady nie pomoże, kiedy masz wrażenie, że to
wszystko gdzieś w Tobie ciągle drzemie...
Z czasem ta moja pisanina przybrała zupełnie odmienne
formy, pisałem o ludziach, których spotykałem,
sytuacjach, które dano mi było zasłyszeć czy przeżyć...
Pierwszy rok i okazało się, że cała ta grafomania
znajduje swych wiernych czytelników, którzy bawili się
razem ze mną przy porannej kawie, z którymi kłóciłem
się i rozmawiałem, którzy przyprawiali mnie nieraz o ból
głowy, ale byli...
I jak w każdym blogu to nie Autor jest najważniejszy, ale
jego komunikacja z ludźmi, czytelnikami, zgadzającymi
się czy tez nie...
Sądziłem często, że trafiam na mur niezrozumienia,
obojętności, a w skrajnych sytuacjach wręcz zawiści, ale
okazało się tylko nieprzyjemnym snem...
Zyskałem wirtualnych znajomych, obserwowałem ich
zmiany w życiu, ich szczęścia i smutki... to im tę książkę
i zapiski poświęcam...
Część pierwsza jest wstępem do przyszłej częsci drugiej,
ale na razie na resztę zapraszam do internetowych
„Dwóch światów” www.slawek.34.blog.onet.pl.

Podobne dokumenty