czytaj dalej w formacie

Komentarze

Transkrypt

czytaj dalej w formacie
1
GWARKIEM NA BORNHOLM
Józef Ciężki
Sztorm, koło dziesięciu, zatrzymał nas przy kei. Wychodzenie
w morze jachtem trzynastometrowym i trochę, w takiej
pogodzie to prawie samobójstwo. Przeczekaliśmy pół dzionka
i noc w Wisłoujściu. Następnego dnia rano jeszcze lekki
rozkołys, ale po wyjściu za główki gdańskiego portu w
godzinkę było po wszystkim. „Po wszystkim” do tego stopnia,
że na Hel po prowiant, płynęliśmy na silniku. Rejs po zatoce
we wrześniowym słoneczku przy doskonałej widoczności, był
prawdziwym balsamem dla wytęsknionych morza ludzi, z
południa.
Taka pogoda dawała nadzieję na udany rejs. Kurs na
Bornholm, Czterech Ślązaków jeden Góral z Żywca i ja
Kaszub z Wdzydz.
Ale po kolei. Koło południa dobiliśmy do kei na Helu.
Sporo jachtów, wśród nich mój kolega z Wdzydz na swojej
„Szprocie V”, Irek. Ja zostałem na jachcie pilnować jednostki.
Piękny stary „Opal” miał dobrze ponad czterdzieści lat i zwał
się „Gwarek” cały z mahoniu, dwumasztowy „JOL.” Cudo,
przynajmniej dla mnie.
2
Chłopaki poradzili sobie z zakupami w trzy godziny.
Przyjechali ze sklepu wózkami, ponad dwa kilometry w jedną
stronę! Dwójka odwiozła wózki do sklepu a reszta zajęła się
pakowaniem prowiantu. Zanim wrócili było po wszystkim.
Kolega, który nie znał się na żeglarstwie, a za to sporo
wiedział o kuchni, jednogłośnie, oczywiście za jego aprobatą,
bo nie musiał wstawać na wachty, został wybrany kukiem.
Tego samego wieczora dał pokaz swoich możliwości. Kolacja
była niezwykła. Świetne spaghetti bolognese załoga popija
czerwonym winem, ja zaś, abstynent, raczyłem się kwasem
chlebowym.
Cierpień kuka związanych z kołysaniem nie będę opisywał, w
każdym razie trwały do samego końca rejsu. Z Helu
wychodziliśmy przed wieczorem.
Słaba dwójeczka ze wschodu pomagała świetnie. Wszystkie
szmatki na masztach i „Gwaruś” sunął w niezbyt
oszałamiającym tempie w stronę zachodu.
Powoli zapadał zmierzch. Na zachodnim niebie
odbywał się pokaz niezwykłych barw i kształtów. Z racji
mojej artystycznej duszy - jestem artystą plastykiem, widoki
robiły na mnie ogromne wrażenie. Fotografowałem, co tylko
się dało. Później, po powrocie te fotki pomogły w stworzeniu
wystawy „Woda darem życia,” w realizacji której pomógł mi
przyjaciel, fotograf i doskonały żeglarz Bartłomiej B
uczestnik tego rejsu. Wszystkie wachty odbyliśmy wspólnie
3
zachwycając się tym, czego inni nie widzieli albo widzieć nie
chcieli.
Zmierzch powolutku zacierał ostrość widzenia tego, co
na brzegu. Za to wszystko, co się świeciło w tym oczywiście
latarnie morskie na Helu, Jastarni, Kuźnicy czy Rozewiu słały
ciepłe przyjacielskie światło w naszą stronę. Pierwszy raz
płynąłem na zachód i widok z morza na polskie wybrzeże
robił na mnie duże wrażenie. Świecące różem i czerwienią
ogromne fermy wiatrowe, małe porty czy wieża telewizyjna w
Chwaszczynie, zdawały się być w bezpośredniej bliskości.
Cała załoga oglądał to wspaniałe widowisko do późnych
godzin nocnych.
Zbierałem się powoli do koi, niebawem wachta, a wtedy lepiej
być wyspanym. Poszedłem spać.
4
Samo wejście do dziobowej koi wymagało
akrobatycznych umiejętności, a spało tam nas dwóch, ja i nasz
kuk. Makabra, tłok gigant biorąc pod uwagę nasze bagaże,
ciągłe walenie głową o spodnią część pokładu i wręgi. Po
powrocie miałem „porysowaną” całą czaszkę, ale nie ma nic
za darmo, wytłumaczyłem sobie. Sen, zdawało mi się trwał
wyjątkowo krótko. Tuż po zaśnięciu, jak mi się zdawało,
poczułem szarpanie i głos budzący z dziwnym zgrzytem. A, to
kapitan…
Kapitanem był fajny kolega i doskonały żeglarz Artur P.
Ślązak, naukowiec i wspaniały facet, widzący świat w
podobny sposób jak ja czy Bartek. Nić porozumienia
zadzierzgnęła się między nami na poprzednim rejsie
„Zawiszą”. Jednym słowem odpowiedni człowiek na
odpowiednim miejscu. Po chwili stałem już za kołem
sterowym. Bartuś przygotowywał aparat. Wiało coraz
mocniej, piątka do szóstki. Kiwało coraz mocniej, co można
5
było zauważyć po zachowaniu naszego kuka. Gdzieś na
wysokości Kołobrzegu, slalomując pomiędzy rybackimi
bojkami od sieci, udało nam się, czyli Bartkowi i mnie, ustalić
największą prędkość z jaką pływał w naszym rejsie „Gwarek”,
a mianowicie siedem i pół węzła. Do końca rejsu niepobity.
Jak na starą styraną łajbę i żagle pamiętające Leonida Teligę
to naprawdę dobry wynik.
Kuk tradycyjnie wisiał na relingu jak stary ręcznik.
Męczyło biedaka okropnie, czasami towarzyszył mu Młody,
jak nazywaliśmy kolejnego załoganta ze Śląska. Też karmił
dorsze, ale ćwiczył takie uniki, że trudno Go było na owej
czynności „nakryć”. Pytam kiedyś kapitana „Zawiszy
Czarnego” - Waldek rzygałeś? A wiała prawie ósemka.
Posłuchaj – mówi – Kapitan nie rzyga, kapitan wymiotuje –
odrzekł.
Całe szczęście, że z byle powodu mnie to nie łapie.
Wiatr się wzmagał. Arturo wydał polecenie zdjęcia grota i
bezana. Płynęliśmy na samej geni, a łajbą i tak miotało
6
solidnie. W oddali zobaczyliśmy dwa mocno kołyszące się na
fali kutry.
To pewnie właściciele sieci, które tak dały nam się we znaki.
Pogoda nadal dopisywała. Słońce nas rozpieszczało wiatr
dopisywał. No i nie może nigdy być za dobrze. Zaczęły się
problemy z prądem. Trzeba było pompować wodę zęzową, bo
akumulatory właśnie w niej się topiły. Siadało wtedy
oświetlenie. Nie działał GPS ani oświetlenie zewnętrzne, a to
mogło być niebezpieczne, szczególnie nocą na ruchliwych
wodach. Pompowaliśmy więc zapamiętale. Pompa „ moja
twoja”, ściśle mówiąc wajcha od pompy, znajdowała się pod
siedzeniem sternika. W związku z tym podczas codziennych
akcji, sternicy stali kiwając się rytmicznie. Fajny widok, jakby
nieco historyczny.
Z prawej burty przeszedł duży kontenerowiec i za
chwilę zginął za naszą rufą. Pewnie popłynął do Gdańska albo
do Gdyni.
Pogoda była jak na wrzesień niezwykła. Piękne słońce,
ciepło jak w domu a do tego solidny wiatr, typowe żeglarskie
marzenie.
Do połowy rejsu chyba już blisko. Nie mogłem się
doczekać widoku Bornholmu. Po godzince okazało się to
faktem. W oddali ujrzeliśmy wyspę. Wyglądała jak mglisto
siny paseczek na tle błękitnego nieba i kotłującej się wody.
7
Odległość, jaka nas dzieliła to jakieś piętnaście mil. Mogło się
zdawać, że skoro już ją widzimy to za chwilę będziemy w
porcie. Nic bardziej mylącego. Było grubo po szesnastej a
odległość jakby nie malała a raczej zmniejszała się, to
oczywiste tylko nie w takim stopniu jak wszyscy chcieli.
Byliśmy blisko. Zdjęliśmy żagle i rozpoczęło się podejście do
portu Svaneke. Porty na Bornholmie były tak budowane, że
podejście sprawia sporo kłopotów. Jak mi powiedzieli
miejscowi, takie obronne falochrony kamienne w formie
zawijasów budowano przeciw ciągłym napadom Szwedów.
Bez większych problemów dobiliśmy jednak do kei. Miłe,
uśmiechnięte twarze Duńczyków. Napisy po polsku
honorowane polskie karty kredytowe inny świat. Żadnego
pośpiechu, wszystko w swoim czasie. Nasz kapitan przy
cumowaniu wykazał spore zdenerwowanie, które udzieliło się
załodze. Zupełnie bez potrzeby - wiem co mówię, mamy
identyczne wykształcenie żeglarskie. Zapewne powodem była
spora liczba kibiców na obcych jachtach, których kilka stało
na cumach. Po chwili wszystko wróciło do normy. Wieczorny
spokój, prysznic, kolacja, trochę trunków.
Rozmowy na brzegu pod parasolami do późnej nocy. Bosko!
Około północy zobaczyłem coś dziwnego. W odległości pół
mili od falochronu płynął ogromny żaglowiec w pełnej gali
świetlnej. Krótko mówiąc świecił się calutki. Arturo chwycił
za radio i dowiedzieliśmy się że to rosyjski „MIR” w całej
krasie. Płynął od portu do portu po drodze włączając i na
zmianę, wyłączając oświetlenie.
8
Wspaniały niesamowity pokaz, szczególnie na tle czarnego
nieba i morza. Bartłomiej zrobił kilka fotek, ale nie za bardzo
się udały.
Poranek następnego dnia wstał optymistycznie słoneczny
i cieplutki. Ruszyliśmy parami, jeżeli można tak powiedzieć,
na zwiedzanie a raczej spacer, który miał rozruszać nasze
mięśnie i kości. Miasteczko okazało się wyjątkowo malutkie i
chyba po godzince było po wszystkim. To co piszę w niczym
nie umniejsza niebywałego uroku jaki roztaczała mieścina.
Postanowiliśmy, że zapakujemy się na powrót na
„Gwarka” i popłyniemy do nieco większego i leżącego
bardziej na północy, Allinge. Czyli mieliśmy przepłynąć
wzdłuż całego wschodniego wybrzeża wyspy. Wspaniale!
Bornholm jest pięknie zielony rosną tu także dziwna
sprawa, figi. A to przecież ta sama wysokość co trójmiasto?
Chyba skalista podwalina wyspy umożliwia kumulację
dużych ilości ciepła, które jest cały czas oddawane florze. Ale
dość tego wymądrzania się na tematy bardzo słabo znane albo
wcale. W każdym razie, w odległości pięciu mil od brzegu
można już odczuć ciepło wyspy na twarzy, oczywiście przy
sprzyjającym wietrze.
9
Pod wieczór wchodziliśmy w równie skomplikowany
co poprzednio sposób do portu w Allinge. Prysznic na brzegu,
kolacja i… poszedłem spać. Z resztą załogi było, mówiąc
oględnie, różnie.
Znowu piękny poranek. Słoneczko lekko falujące
morze a na brzegu wielkie poruszenie. Jarmark. W oddaleniu
grupa miejscowych artystów-rzemieślników sprzedaje swoje
regionalne wyroby. Bardzo ciekawa skandynawska odrębność.
Kawiarenki na samym nabrzeżu pełne ludzi najczęściej w
zawansowanym wieku, jedzących lody. Cały czas
prześladowała mnie refleksja, że poruszamy się po wielkim
żywym skansenie.
Ja poszedłem z Bartkiem obejrzeć maleńką hutę szkła
artystycznego. Bardzo ładnie wykonane ręcznie kielichy,
szklanki, filiżanki i cała gama gastronomiczno – domowych
wyrobów.
10
Sporo pamiątek za niezłą kasę.
Wszystko tu jest bardzo drogie, mówię o Bornholmie.
Ale chyba tak powinno być. Potem poszliśmy do galerii.
Szumna nazwa. Ładne wyroby z miejscowych kamieni,
srebro… i tu utknąłem. Moja Basia bardzo ceni sobie wyroby
ze srebra. Kupiłem bransoletę ze srebrnego widelca. Bardzo
gustowna. Jak potem się zorientowałem po rozmowie z
kolegami, ów duński galernik nabył ten widelec w Gdańsku
podczas Jarmarku Dominikańskiego.
Ale to mało istotne, kupiona została na wyspie i to jest ważne.
Wróciliśmy na
pokład
Gwarka. Największym
zaskoczeniem dla mnie był stosunek miejscowych do nas,
Polaków. Ciepły, miły, odnosiło się wrażenie, że znają nas od
dawna.
Aż dziw! Przecież gdzie pokażą się „nasi”, coś musi zginąć,
coś musi być zepsute lub nadwyrężone, a tu jakby nic się nie
wydarzyło. Może brać żeglarska jest inna – pomyślałem? To
że była inna jak robiłem pierwszy patent a było to ponad
czterdzieści lat temu, to pewne mogę zaświadczyć, ale że jest
teraz? Mam nieco odmienne. Jedynym dysonansem w tej
miodem wysmarowanej opowieści o rodakach był fakt
zobaczenia przez załogę puszki po piwie na dnie czystej jak
11
kryształ zatoki. Nadmieniam, że gdyby nie sól wodę w porcie
można by normalnie spożywać.
Owa puszka była po piwie Tyskim, i pochodziła na pewno z
polskiego jachtu. Duńczycy mając bez liku doskonałych piw
na pewno nie importują Tyskiego. Więc na pewno Polska!
Może się czepiam? Ale chcę zwrócić uwagę na szczegóły.
Tak nas piszą jak nas widzą- jak mówi stare mądre
przysłowie. Na pewno jeszcze tysiące Polaków tu przypłynie i
przyjedzie, więc lepiej dbać o opinię, czyli dmuchać na zimne.
To chwilowo na tyle.
Ostatnia wysoce uroczysta kolacja, jutro opuszczamy
Bornholm.
12
Miłe wspomnienia pozostaną na długo, a ja obiecałem sobie
że będę wracał, kiedy tylko będę mógł.
Jest ranek. Tradycyjnie piękny. Jacht gotowy, my także.
To płyniemy na Christianso. Kurs północny zachód.
Christianso, jest małą wysepką na której w przeszłości
mieszkali zesłańcy,było też ogromne więzienie i równie duże
koszary.
Ale nie napisałem nic o najbardziej charakterystycznej
architekturze, spotykanej tylko tu. Mowa o ogromnych
wędzarniach. Biały duży kominek z kolorowym dołem czyli
paleniskiem. Przygotowywany jest w nich Bornholmski
specjał, czyli śledź po wyspiarsku albo duńsku. Z tym
śledziem jest jak z ostrygami, albo polubisz od razu albo
wcale.
Od samego rana wieje mocna czwórka. Idziemy na
żaglach postawionych tuż za główkami portu w Allinge.
13
Wspaniała jazda.
Z poziomu jachtu wyspy, na którą płyniemy, nie widać.
Ale po dwóch godzinach, może nieco więcej a może mniej,
wyłania się na horyzoncie z lewej burty, wielka baszta na
prawo od niej koszary całe pomalowane na żółto. Tu wejście
do mariny wygląda na proste, ale ma swój hak. Tor wodny jest
wąski a po obu jego stronach wystają ostre skały. Wygląda to
bardzo złowrogo.
14
Bez sensacji jednak, cumujemy przy rybackim nabrzeżu.
Stoimy tuż przy żółtych koszarach nie daleko wąskiego
mostku dla pieszych mieszkających po drugiej stronie wyspy.
Na wyspie mieszka kilkudziesięciu stałych mieszkańców. Jest
sklepik, rybacy codziennie przypływają ze świeżymi rybami.
Sielanka. Z góry, z maleńkiego cmentarzyka widać Bornholm.
15
Wyspa to rodzaj fortu. Grube mury,
nie naznaczone zbytnio zębem czasu.
Na nich leżą potężne działa, ustawione tak, że podejście do
wyspy z obojętnie której strony jest praktycznie niemożliwe
bez wiedzy obrońców.
Produkują swoje wino i piwo, przy którym spędzają najwięcej
czasu, oczywiście przygryzając śledziem. Brr!!!
Jeszcze dziś odpływamy z Christianio w drogę powrotną do
Gdańska. Chciałem kupić śledzi, aby sprawić rodzinie i
znajomym niespodziankę. Niestety, za późno się
zorientowałem i już nie było. U nas, to znaczy na Kaszubach
wędzi się węgorze. Jest to smak i zapach, którego nie sposób
zapomnieć. Można spytać Bartka.
16
Narobiliśmy sporo zdjęć, aby wszystko dokładnie sobie
przypominać w domowych pieleszach. Woda w porcie
krystalicznie czysta jak na Bornholmie. Widzieliście zapewne
wodę w basenie portowym na Helu. Korzuch ze śmieci,
plastikowe flaszki, gnijące ryby - syf straszny. To chyba też
najlepiej o nas nie świadczy. Szwedzi nazywają nas
największymi brudasami Bałtyku. Chyba coś jest na rzeczy?
Wyjście z basenu portowego na Christianso, jest
wyjątkowo wąskie. Jeżeli woda jest spokojna to wyjście na
pełne morze nie stanowi problemu, ale jeśli wieje z zachodu i
to pięć – sześć w skali Beauforta, to zaczyna być niewesoło.
Na końcu toru wodnego, po jego lewej stronie sterczą skały
jak zęby rekina.
Wychodzący pół godziny przed nami sześćdziesięciu-stopowy
jacht niemiecki, otarł się o nie ale nie zwrócili na to żadnej
uwagi i popłynęli w stronę Bornholmu. Mocno desperackie
posunięcie kompletnie bez potrzeby.
Pada komenda „cumy rzuć” i odbijamy od nabrzeża.
17
Arturo, planuje wyjść na samym silniku i chwała mu za to.
Niemcy wychodzili na grocie i silniku z wiadomym skutkiem.
Bierzemy solidny rozbieg i bez najmniejszych problemów
jesteśmy na pełnym morzu. W międzyczasie na Christianio
wszedł polski jacht „Warszawska Nike”. Spotkaliśmy się już
w Allinge. „Nike” jest dużo większa od naszego „Gwarka” i
szybsza. Wychodzą w morze jakieś trzy godziny po nas.
Jest noc. Od północy mamy z Bartkiem wachtę.
Gwiazdy, jak perły na granatowym aksamicie, migotają do
nas przyjaźnie.
Morze się nieco uspokaja. Nagle na kierunku północ
północny-wschód, na samym końcu widnokręgu z morza
wynurza się piękny w barwach trójkąt. Pytam Bartka dla
pewności:
- widzisz to samo?
- jasne – odpowiada.
Uspokoiłem się nieco. Z głową i oczami okey. Co za kretyn
świeci kolorowymi światłami na własnego grota na środku
Bałtyku ? Nadal obserwujemy zjawisko. Po chwili już wiemy.
To nie grot, a róg księżyca wynurzający się z morza o
wschodzie. Niesamowite wrażenie.
O świcie okazuje się że „Warszawska Nike” nas
wyprzedziła. Pytam Artura:
- Pozwolisz poganiać się z nią ?
- Jak chcesz to działaj.
Mam spore doświadczenie regatowe. Przez dziesięć lat byłem
z pięćdziesiąt razy na „pudle”. Ale „Gwarek” to nie regatowa
łódka, żagle starusieńkie i kompletnie nie znająca się załoga.
Ale próbujemy. Po parunastu godzinach wysiłków jest już
blisko, ale wtedy oni zmieniają kurs i uchodzą zemście. No
trudno, staraliśmy się a wyszło jak…
18
Przed nami jeszcze sporo mil do mety. Wiatr jakby
o tym wiedział i przybrał znacznie na sile. Chyba idzie duży
niż, może być ciekawie. Daleko za rufą widać sine okrutnie
niebo i burzę.
Będzie nas goniła do samego Gdańska, ale gdzieś po drodze
zmieni kierunek jak „Nike”.
Nocą mijamy płycizny Jastarni.
Niedaleko przepływają dwa stateczki wycieczkowe, bez
turystów. Pewnie płyną do Gdańska. Idę spać, niskie ciśnienie
daje mi się we znaki, a na leżąco idzie to wytrzymać.
Przespałem latarnie morską na Helu. Chłopaki z wachty też.
Ranek przywitał nas niedaleko portu północnego. Widać
19
wielki złoty krążek, to bursztynowy stadion. Fantastyczny
namiernik. Jesteśmy w Gdańsku! To już koniec, trochę żal.
Ostatnie zdjęcia i do następnego rejsu.
Ale chyba nie wszyscy.

Podobne dokumenty