numer 6 (7) - JCC Krakow

Komentarze

Transkrypt

numer 6 (7) - JCC Krakow
WRZESIEŃ 2014
NUMER 6 (7)
SŁOWO WSTĘPNE – Szukając właściwej drogi ........................................................ 4
DWA SŁOWA – i inne atrakcje ...................................................................................... 5
LUDZIE JCC – Magda Arabas ....................................................................................... 7
LUDZIE JCC – Chór ....................................................................................................... 9
WSPOMNIENIA – Wspomnienia Reny Rach ........................................................... 12
CO SŁYCHAĆ? – Szkółka niedzielna ................................................................... 16
CO SŁYCHAĆ? – Chupa nad chmurami ................................................................... 18
JESTEŚMY to miesięcznik wydawany przez Centrum Społeczności Żydowskiej w Krakowie.
Osoby chcące współpracować z naszym miesięcznikiem prosimy o kontakt z redakcją:
[email protected]
Redaktor naczelna: Zofia Radzikowska
Redakcja: Anna Gulińska, Joanna Fabijańczuk, Sebastian Rudol, Ishbel Szatrawska
Opracowanie graficzne: Alicja Beryt | Fotografie: JCC
SŁOWO WSTĘPNE
DWA SŁOWA
Szukając właściwiej drogi
Przygotowujemy
się
do
dnia,
w którym jest sądzony cały świat, do dnia Rosz
Haszana, poszukujemy właściwej drogi,
na którą chcemy powrócić. Poszukiwanie
rozpoczyna się od analizy własnego
postępowania, takie poszukiwanie duchowe
wyraża się w samej nazwie tego miesiąca,
ponieważ „elul” to aramejskie słowo
przywodzące na myśl „poszukiwanie”*.
Życzymy wszystkim szczęśliwego
i słodkiego roku. Obyśmy zostali zapisani
w Księdze Życia na dobry rok!
Drodzy Czytelnicy!
Wracamy do Was po wakacjach. Po
krótkiej przerwie JCC znowu zatętni życiem,
a w piątkowe wieczory spotkamy się
z radością na uroczystych, szabatowych
kolacjach. Przygotowujemy się do nowych
wyzwań, szukamy nowych pomysłów (bliższe informacje znajdziecie wewnątrz
numeru).
Zanim jednak pójdziemy naprzód,
warto zatrzymać się na chwilę i zrobić coś
w rodzaju rachunku sumienia. Znajdujemy
się bowiem w czasie szczególnym
– w miesiącu Elul – a jest to właśnie czas
powrotu, poszukiwania i przygotowania.
4
*Gazeta Fundacji Laudera w Krakowie, nr
16, 1998.
Zofia Radzikowska
Red. Naczelna
...i inne atrakcje!
Kiedy kończy się Festiwal Kultury
Żydowskiej, JCC w końcu łapie oddech.
Większość regularnych zajęć zostaje
zawieszona, w sierpniu nie odbywają się
kolacje szabatowe, członkowie wyjeżdżają
na wakacje. Dla pracowników JCC
wakacje to nie tylko czas urlopów, ale też
pracy nad programem na kolejny rok.
Rosz Haszana jest początkiem nowego
„sezonu” programowego. W roku 5775
planujemy utrzymać wszystkie najbardziej
popularne zajęcia i kursy językowe oraz
dodać kilka nowych propozycji. Niektóre
z nich pochodzą od naszych członków, inne
wypracowaliśmy podczas licznych dyskusji.
Zacznijmy
od
najmłodszych.
Działalność naszego mini-żłobka okazała
się sporym sukcesem. Wobec tego, na
prośbę rodziców, od października żłobek
będzie działać 2 razy w tygodniu – w środy
i w piątki. Dzieci w wieku 7-12 lat
chcielibyśmy zaprosić na zajęcia z rabinem
Avim, które pozwolą na poszerzenie
wiedzy na temat judaizmu w zabawny
i nieformalny sposób. Na zajęcia będzie się
składać m.in. nauka języka hebrajskiego
i poznawanie żydowskich tradycji i świąt.
Dla najpilniejszych uczniów przewidziane
są nagrody! Pierwsze spotkanie odbędzie się
2 października o godz. 16:00.
Nowe inicjatywy kierujemy nie tylko
do dzieci, ale też ich rodziców. Dlatego
raz w miesiącu będziemy organizować
program dla rodzin, który będzie się opierać
w dużej mierze na różnorodnych, ciekawych
i nietuzinkowych warsztatach.
Wprowadzamy też pewną nowość
do naszych kolacji szabatowych. Będziemy
organizować
tematyczne
kolacje,
zainspirowane daniami z różnych stron
świata! Także do obchodów świąt żydowskich
zamierzamy dodać nowe elementy w duchu
idei „Tikkun Olam”. Pozwolą nam one
spojrzeć na tradycję żydowską w szerszym
kontekście oraz zaangażować się w różne
inicjatywy mające na celu działanie na rzecz
naszego otoczenia. Z okazji Rosz Haszana
przygotowaliśmy ekologiczną prezentację
opartą o koncepcję stworzenia świata,
zatytułowaną “Bóg stworzył świat w 6 dni...
Nie zepsuj tego! Co możemy zrobić dla
świata dzisiaj?”. Prezentacja, prowadzona
przez Macieja Skinderowicza i Magdalenę
Pastuszak ze Związku Stowarzyszeń Polska
Zielona Sieć odbędzie się w czwartek,
25 września o godz. 18:30.
Rabin Avi będzie jak dotąd prowadzić
swoje stałe zajęcia. Powrócą zajęcia dla
par, które będą odbywać się w soboty
po uroczystości Hawdali. Nowością jest
cykl wykładów „Judaizm dla wszystkich”
(wtorki, godz. 18:00, oczywiście wtedy, gdy
rabin jest w Krakowie). Wykłady będą oparte
na studiach nad konkretnymi fragmentami
poszczególnych ksiąg biblijnych.
5
LUDZIE JCC
W
Klubie
Studenckim
także
nastało wiele zmian! Spotkania w ramach
„Gimelomanii”
podczas
Festiwalu
Kultury Żydowskiej przyciągały tłumy
zainteresowanych, dlatego zamierzamy
kontynuować ten cykl. Studenci przedstawią
swój punkt widzenia na różne kwestie
związane z judaizmem i chętnie podyskutują.
Dyskusje będą się odbywać raz na dwa
miesiące w siedzibie Gimela w JCC WEST
przy ul. Izaaka 5. Pierwsze spotkanie już
18 października. Studenci będą też raz w
miesiącu organizować specjalne wydarzenia
dla członków naszej społeczności, podczas
których podzielą się swoimi pasjami i
umiejętnościami.
Nowością będzie cykl „Szoraszim”
[hebr. korzenie], na który będą składać się
spotkania, wykłady, panele poświęcone
różnym odcieniom tożsamości żydowskiej.
Będziemy również prezentować najciekawsze
publikacje dotyczące szeroko rozumianej
kultury żydowskiej w ramach „Książki
miesiąca”. Naszym pierwszym gościem
będzie Mikołaj Grynberg, autor książki
„Oskarżam Auschwitz”. Spotkanie autorskie
odbędzie się w środę, 22 października o godz.
18:00.
Dla tych, którzy cenią zajęcia
ruchowe, przygotowaliśmy nową propozycję
–
warsztaty
metody
Feldenkraisa.
Moshe Feldenkrais (1904-1984) był
żydowskim fizykiem i judoką, który
opracował
innowacyjną
metodę
ćwiczeń ruchowych mających na celu
rehabilitację, ale także większą świadomość
własnego ciała i uzyskanie równowagi
6
LUDZIE JCC
w organizmie. Zajęcia będą prowadzone przez
Pawła Wójtowicza, członka brytyjskiego
stowarzyszenia The Feldenkrais Guild,
jednego z 10 certyfikowanych trenerów tej
metody pracujących w Polsce. W zajęciach
może uczestniczyć każdy. Wiek i kondycja
fizyczna nie są żadnym ograniczeniem.
Zajęcia będą odbywać się co tydzień w środę
o godz. 18:00 począwszy od 1 października.
Magda Arabas: Od stresu do sukcesu
Mój dziadek i jego rodzina nie są
Żydami, znaleźli się w obozie ze względu na
ich działalność konspiracyjną i partyzancką
walkę z hitlerowcami. Naziści w ich
rodzinnym domu znaleźli broń – kara była
jedna – zesłanie do KL Auschwitz, nie
zabrano jedynie ich matki. Dziadek przeżył
i choć niewiele mówił o tym ciężkim dla
niego okresie, to od dziecka słyszałam
o Żydach, Holokauście, człowieczeństwie
i godności. Dopiero teraz rozumiem, co chciał
mi przekazać.
Na pewno w ciągu roku pojawi
się jeszcze więcej programów, projektów
i propozycji. O wszystkim będziemy
na bieżąco informować w naszym
newsletterze, na Facebooku, na plakatach
w budynku. Pracownicy biura i recepcji
chętnie udzielą bliższych informacji. Jesteśmy
także otwarci na Wasze sugestie. Będziecie
mieli szanse je przedstawić na kolejnym
publicznym forum, które zorganizujemy
w czasie Sukkot.
Anna Gulińska
Festiwal Kultury Żydowskiej, przed kolacją
szabatową. Magda wśród wolontariuszy JCC.
Jak znalazłam się w JCC? Zacznę
od początku. Wszystko zaczęło się w
okresie mojego dzieciństwa – Freud by
się ucieszył. Dlaczego tak dawno? (ale
też bez przesady z tą dawnością) Mój
dziadek wraz ze swoim rodzeństwem
byli więźniami KL Auschwitz-Birkenau,
a historie z Auschwitz towarzyszyły mi od
najmłodszych lat. Tylko tyle i aż tyle.
Dziadek nie chciał opowiadać
o czasach wojny, więc musiałam zacząć
własną lekturę. Nieraz chciałam zdobytą w
tradycyjny sposób wiedzę skonfrontować
z doświadczeniami dziadka, jednak ten nie
chciał niczego komentować. Nadal brakowało
mi pewnego elementu, którym w przyszłości
okazała się kultura żydowska.
Kiedy studiowałam religioznawstwo
trochę podświadomie wybierałam wszystkie
przedmioty związane z judaizmem i Żydami.
Moje seminarium licencjackie było także
poświęcone tematom żydowskim. Miałam
dość historii, postanowiłam zająć się tematem
współczesnego życia żydowskiego.
Szukając informacji natknęłam się na
stronę JCC, które – jak się okazało – daje
możliwość pracy wolontaryjnej w Centrum.
Trzeba było złapać byka za rogi; postanowiłam
wypełnić formularz. Długo czekałam
7
LUDZIE JCC
LUDZIE JCC
mam nadzieję – będą trwały dłużej niż moja
obecność w JCC. Gdy dowiedziałam się, że
Agata odchodzi, zrobiło mi się bardzo smutno;
w końcu nazywaliśmy ją naszą “mamą”.
Zawsze mogliśmy liczyć na jej pomoc
i słowa otuchy. Jednak po chwili zdałam sobie
sprawę, że może jest to dla mnie kolejny dar
od losu?
Chanuka 2013. Magda Arabas, pierwsza od prawej.
na odpowiedź Agaty, która zajmowała się
wówczas koordynowaniem wolontariatu.
Miała urlop.
W końcu Agata umówiła się ze
mną na spotkanie. Kiedy zapytała mnie o
Festiwal Kultury Żydowskiej nie byłam
w stanie wydusić z siebie ani jednego słowa,
a był on przecież lwią częścią mojego
licencjatu. Uśmiechając się nieśmiało
przepraszałam, że to stres spowodował,
że niczego nie pamiętam. Agaty to jednak
nie zniechęciło i zaprosiła mnie na szkolenie.
Nie do końca wiedziałam, czego się po nim
spodziewać. Szkolenie i integracja okazały
się nadzwyczaj udane.
Pierwszy dyżur, pierwsza Chanuka,
pierwsza wpadka – zniknęły hantle
z siłowni. Wszystko bardzo dokładnie
pamiętam i wspominam. Dwa lata
spędzone na wolontariacie były dla mnie
bardzo dużym doświadczeniem pełnym
niesamowitych niespodzianek. Z każdym
dyżurem poszerzałam moją wiedzę na
temat współczesnego życia żydowskiego.
Poznałam wielu ciekawych ludzi i ich
historie. Nawiązałam przyjaźnie, które –
8
Chór JCC
Postanowiłam
kandydować
na
stanowisko koordynatorki wolontariatu.
Wiązało się to z ogromnym stresem. Był to
czas, w którym zaczynałam mierzyć się ze
swoimi marzeniami i słabościami, a to nigdy
nie jest łatwe. Minął miesiąc, oswoiłam się z myślą, że teraz odpowiadam za
wolontariuszy, mam nowe pomysły,
które będę sukcesywnie wprowadzać
w życie. Wiem, że to czas zmian, nie
tylko dla mnie, ale też dla wolontariuszy
i JCC. Teraz poznaję wszystko od środka.
Nie uciekam. JCC staje się moim domem.
Magdalena Arabas
Michał Szostało z Chórem JCC
Chór JCC rozpoczyna swój trzeci
rok działaności i, jak zawsze, chcemy
serdecznie zaprosić wszystkich członków
i wolontariuszy, którzy lubią i potrafią
śpiewać do dołączenia do naszego zespołu.
Czym jest chór JCC? Obecna
grupa składa się z około piętnastu kobiet
ze środowiska JCC, które śpiewają żydowskie
pieśni i utwory chóralne – repertuar jest bardzo
zróżnicowany. Łączymy wszystkie pokolenia,
od studentów po seniorów. Śpiewamy
piosenki w jidysz, ale i po hebrajsku – dawne,
mniej dawne, i całkiem współczesne. W
języku hebrajskim wykonujemy repertuar,
który zawiera zarówno utwory liturgiczne,
jak i izraelską muzykę ludową czy poezję
śpiewaną. Zdarza nam się też śpiewać
piosenki polskie napisane przez żydowskich
autorów (np. Jerzego Petersburskiego),
a w tym roku planujemy nawet zaśpiewać
kilka piosenek Leonarda Cohena.
Jak na tak stosunkowo młodą grupę,
Chór JCC zdobył już szereg doświadczeń
na różnych krakowskich scenach. Występował
między innymi w Piwnicy pod Baranami,
w Żydowskim Muzeum Galicja, na Festiwalu
9
LUDZIE JCC
Kultury Żydowskiej (już dwukrotnie!),
a nawet – całkiem niedawno – na
Festiwalu Kultury Romskiej. Na bieżący
rok wstępnie planujemy występ na
otwarcie muzeum Mordechaja Gebirtiga,
gdzie, jeśli wszystko pójdzie zgodnie
z planem, będziemy towarzyszyć wielkiej
gwieździe muzyki jidysz, Shurze Lipovskiej.
Występujemy również w JCC, na przykład przy
purimszpilach czy imprezach urodzinowych,
a czasem podczas kolacji szabatowej czy
z okazji świąt. W tym roku będziemy mieli również
gościa z programu Fulbright, Sonję Larson,
która będzie nam towarzyszyła i pisała
pracę naukową o tym, jak muzyka wpływa
na rozwój i utrzymanie społeczności
żydowskiej po Zagładzie, i w dodatku będzie
z nami śpiewała.
Poproszono mnie o kilka słów na
własny temat, opowiem więc trochę o swojej
drodze, która prowadziła do założenia tego
chóru. Na początku swojego członkostwa
w JCC, śpiewałem jako bas w chórze
Katedry Wawelskiej. Jonathan pewnego
dnia wspomniał że brakuje w JCC grupy
10
muzycznej, i zapytał, czy ja bym nie chciał
się tego podjąć.
Z wykształcenia – i z umiłowania
– jestem kompozytorem. Na studiach
z kompozycji uczy się nie tylko oczywistych
rzeczy – teorii, kontrapunktu, historii czy
jak pisać muzykę – ale również dyrygentury,
solfeżu, i śpiewu chóralnego. Czynności
dyrygenta są mi więc dosyć dobrze znane od
strony warsztatowej. Na zajęciach z historii
szczególnie interesowała mnie psalmodia
w świątyni Jerozolimskiej, zaginiona tradycja,
którą zawsze pragnąłem odnaleźć. Później,
na studiach w Nowym Jorku – największym
żydowskim mieście na świecie – miałem
okazję poznawać muzykę żydowską od
wszelkich stron, od muzyki klezmerskiej
w jidysz, po tradycjny śpiew jemeński,
wszelkie gatunki muzyki izraelskiej,
i oczywiście nowojorski jazz. Z kolei tradycja
muzyki klasycznej ma wiele wspólnego
z żydowskim podejściem do egzegezy
i gematrii – kompozytorzy są zazwyczaj
miłośnikami rebusów, łamigłówek, zagadek
matematycznych i wszelkiego rodzaju
alegorii. Wreszcie, po studiach nauczyłem
się grać na akordeonie, więc to tylko kwestia
czasu, żebym stał się wreszcie klezemerem.
Nie pochodzę co prawda z żydowskiej
rodziny, natomiast byliśmy wygnańcami
Solidarnościowymi
z
czasów
stanu
wojennego. Dziwnym trafem, w Ameryce
zostaliśmy prygarnięci przez środowisko
żydowskie – przede wszystkim przez polskich
wygnańców, którzy byli uczestnikami
wydarzeń najpierw w roku 1957, a później
1968. Jako małe dziecko wychowałem się
więc, myśląc, że Polscy Żydzi są conajmniej
WSPOMNIENIA
Rumunów i Austriaków miało żydowskie
korzenie. W dodatku, moja córka, Ellie,
ma żydowskie korzenie po swojej matce.
Jej babcia była uchodźczynią z Łodzi,
która wyjechała w 1939 roku do Ameryki i
ukrywała swoje żydowskie korzenie
aż
do
momentu,
kiedy
urodziła
się
Ellie.
Matka
Ellie
niewiele
wie o swoich korzeniach i tradycjach
żydowskich, postanowiłem więc na własną
rękę nauczyć moją córkę tyle, ile tylko mogę
o tym, kim jest i skąd pochodzi.
Chciałbym więc ponownie zaprosić
wszystkich członków JCC, którzy kochają
śpiewać i mają niezły słuch do tego, żeby
wspólnie z nami poznawali bogactwo
i różnorodność muzyki żydowskiej i aby
wspólnie z nami wypełniali JCC śpiewem.
Michał Szostało, z córką Ellie.
fot. Andy Lachance
Michał Szostalo
tak samo liczni jak inni Polacy; znajomi
nas zapraszali na kolacje świąteczne czy
uroczystości w synagogach, przy czym
muzyka i kultura żydowska mi towarzyszyła
od najwcześniejszych lat. Rodzice mnie
wysłali do przedszkola w JCC w St. Louis,
w stanie Missouri. Przez krótki okres jako
pięciolatek jadłem tylko bajgielki. W dodatku
temat Żydów miał w mojej rodzinie szczególne
znaczenie, ponieważ mój dziadek pomagał
ukrywać żydowskie rodziny z wileńskiego
getta podczas II wojny światowej, a rodzina
mamy jest wielką mieszanką wszystkich
narodowości imperium austrowęgierskiego,
i często się zastanawialiśmy z mamą, ilu
wśród tych wędrujących Węgrów, Czechów,
11
WSPOMNIENIA
Wspomnienia Reny Rach (cz. I)
przeżyć. Przez wiele lat uniemożliwiało jej
to opowiadanie o swoich wojennych losach.
Jej niezwykle interesujące wspomnienia
zostaną podzielone na dwie części – wojenną
i powojenną.
Wywodzę się ze znanego krakowskiego
rodu Sternów, który zamieszkuje wawelski
gród od wielu pokoleń. Z tego, czego się
dowiedziałam, w przedwojennym Krakowie
mieszkały trzy niespokrewnione ze sobą
rodziny Sternów.
Wspomnienia Reny Rach z domu Stern są
kolejnymi wspomnieniami na łamach naszej
gazety. Tym razem przedstawiona zostanie
historia dziecka getta krakowskiego,
które przetrwało wojnę dzięki ogromnej
determinacji swojej matki oraz pomocy
polskiej rodziny.
Rena jest rzadkim przykładem
żydowskiego dziecka, którego rodzice
przetrwali niemiecką okupację, zaś po
zakończeniu wojny odnaleźli ją i wspólnie
rozpoczęli życie od nowa.
Wspomnienia te publikowane są po raz
pierwszy. Mimo iż sama wojny nie pamięta, do
dzisiaj odczuwa skutki tego traumatycznego
przeżycia i ma świadomość, że mogła nie
12
Mój ojciec, Ascher, urodził się
29 stycznia 1904 roku w Krakowie, jako
najstarszy syn Samuela Lancfelda i Racheli
z domu Stern. Nosił nazwisko matki.
Zgodnie z obowiązującym wówczas prawem
ponieważ jego rodzice nie zarejestrowali
religijnego ślubu w urzędzie stanu cywilnego,
był traktowany jako dziecko nieślubne
i tym samym nie miał prawa do używania
nazwiska ojca. Miał czworo młodszego
rodzeństwa: Markusa, Ryfkę (Renę), Gitlę,
Esterę. Niestety imienia ostatniej siostry nie
pamiętam. Mój dziadek był właścicielem
fabryki kufrów.
Ojciec skończył 7 klas szkoły
powszechnej i 2 lata kursów handlowych.
Przez 2 i pół roku pracował jako ekspedient
w składzie elektrotechnicznym firmy Hoffner
i Berger przy ulicy Szewskiej. W latach 19261928 odbył służbę wojskową i następnie
do 1931 roku pracował jako ekspedient
w firmie Kranz. Jego ostatnim miejscem pracy
przed wybuchem wojny był Teatr Żydowski
przy ulicy Bocheńskiej, gdzie pracował jako
kasjer.
Rena z matką
Moja matka, Leonora z domu Friedman,
urodziła się 4 maja 1910 roku w Krakowie,
jako córka Izaaka i Perli z domu Friedman.
Podobnie jak mój ojciec nosiła ona nazwisko
swojej matki. Przed wojną nie pracowała
i zajmowała się domem.
W marcu 1941 roku moich rodziców
zamknięto w krakowskim getcie. Tam 12
maja 1941 roku w kamienicy przy ulicy św.
Benedykta przyszłam na świat, w środku
wojennej zawieruchy. Moje imię otrzymałam
na część siostry ojca, po hebrajsku nazywam
się Rywka.
Z okresu przebywania w getcie, co
jest oczywiste, nie pamiętam absolutnie nic.
Wszystko co opowiadam, wiem z relacji
moich rodziców. W listopadzie 1941 roku
ojciec znalazł zatrudnienie w Deutsche
Emaillewarenfabrik Oskara Schindlera, gdzie
pracował jako asystent ślusarza. Dzięki temu
wiodło nam się lepiej; nie głodowaliśmy,
gdyż mieliśmy większy przydział żywności.
Pod koniec 1942 roku ojciec trafił do obozu
w Płaszowie, a ja z matką pozostałyśmy
w getcie.
WSPOMNIENIA
Na początku marca 1943 roku, moja mama,
dowiedziawszy się o planowanej likwidacji
getta, postanowiła z niego uciekać. Dołączyła
do grupy ludzi, która od pewnego czasu
planowała ucieczkę kanałami. I tak pewnego
dnia wyszliśmy na aryjską stronę. Wszyscy
brudni, obłoceni i śmierdzący; zwracaliśmy
uwagę ludzi i na pierwszy rzut oka było widać,
że jesteśmy uciekinierami z getta, przez co
groziło nam ogromne niebezpieczeństwo.
Był wówczas środek dnia. Po chwili podszedł
do nas pewien człowiek, który zaproponował
schronienie, gdzie mieliśmy przeczekać dzień
i w nocy wyruszyć w dalszą drogę. Mama
jednak nie zdecydowała się pójść z grupą, ze
względu na to, że miałam wtedy zapalenie ucha
i ciągle płakałam, co mogło zwrócić uwagę
niepożądanych ludzi. Z tego, czego się
później mama dowiedziała, wszyscy z naszej
grupy zostali zamknięci w jakimś baraku,
a człowiek, który ich tam zaprowadził, doniósł
na nich do gestapo, po czym wszyscy zostali
rozstrzelani. Dzięki mojemu zapaleniu ucha
cudem ocalałyśmy.
Mama wraz ze mną udała się do swojej
przyjaciółki z lat szkolnych, Władysławy
Budzisz, która mieszkała w kamienicy
przy ulicy Dietla 36. Tam mama znalazła
schronienie, jednak pani Budzisz nie zgodziła
się na to, abym ja została z nią, gdyż małe
dziecko mogło zbytnio zwracać uwagę
i
narażać
nas
wszystkich
na
niebezpieczeństwo. Znalazła dla mnie
starsze, bezdzietne małżeństwo mieszkające
w Dębnikach, które za gratyfikację finansową
zgodziło się mną opiekować. Nazywali się
Muszyńscy. To byli bardzo prości ludzie,
on był dorożkarzem, ona sprzątaczką.
Początkowo czułam się tam bardzo źle, gdyż
moi opiekunowie nie zajmowali się mną
należycie i nie czuli do mnie żadnej miłości,
przywiązania. Często aby dostać troszkę
jedzenia musiałam dla nich tańczyć lub
13
WSPOMNIENIA
mnie ochrzcić. Chrzest przyjęłam w kościele
św. Stanisława Kostki w Dębnikach i od
tego czasu nazywałam się Maria Stanisława
Muszyńska. Do dzisiaj wiele osób zna mnie
pod imieniem Marysia.
W domu moich przybranych rodziców
bezpiecznie przebywałam do końca okupacji
niemieckiej. Mama podjęła kroki, aby mnie
odebrać. Jednak Muszyńscy kategorycznie
odmówili. Po kilku próbach mama się
poddała, nie potrafiła wykazać jakiejś
większej inicjatywy. Jak tylko mogła, starała
się mnie odwiedzać i zabierać na spacery – to
był mój jedyny kontakt z moją mamą.
Ojciec Reny, Ascher Stern
śpiewać.
Mama, która została u pani Budzisz,
posługiwała się załatwionymi przez nią
aryjskimi papierami na nazwisko Zając.
Mama miała tak zwany dobry wygląd i mogła
w miarę bezpiecznie poruszać się po Krakowie
i podejmować dorywcze prace, m.in. jako
sprzątaczka czy pomoc domowa. Często
mnie odwiedzała w domu Muszyńskich,
jednak ja absolutnie nie wiedziałam, że jest
moją mamą. Myślałam, że jest tylko znajomą.
Pamiętam, jak często wołałam, że przyszła
pani Zającowa. Celem jej wizyt było nie
tylko odwiedzanie mnie, ale płacenie za moje
przechowywanie.
Moi opiekunowie z czasem bardzo
przywiązali się do mnie i zaczęli traktować
jak swoją własną córkę. Przekonani, że moi
rodzice nie przeżyją wojny, zdecydowali się
14
Warto wrócić jeszcze do mojego ojca.
Przebywał on w Płaszowie do listopada 1944
roku. Jego numer obozowy to 69394. Dzięki
pracy w fabryce Emalia został wpisany na
drugą listę Schindlera, dzięki której wraz
z pozostałymi Schindlerjuden miał zostać
wysłany do fabryki w Brünnlitz. Wraz
z grupą mężczyzn został jednak wysłany nie
do Brünnlitz, a do obozu w Gross-Rosen.
Kiedy Schindler dowiedział się o tym,
w grudniu 1944 roku udał się do obozu
i wykupił wszystkich jego pracowników,
w tym mojego ojca, których przewiózł do
swojej fabryki. Ojciec przebywał tam do
maja 1945 roku, kiedy to został wyzwolony
przez wojska radzieckie.
Do
dnia
dzisiejszego
posiadam
zaświadczenia z Brünnlitz, wydane przez
kierownictwo fabryki na początku kwietnia
1945 roku, które stanowią tymczasowy
dowód tożsamości ojca, gdzie znajduje się
także prośba o umożliwienie mu powrotu
do miejsca zamieszkania oraz informacje
o wymianie obozowego pasiaka na kawałek
materiału.
Papier firmowy fabryki Oskara Schindlera
W lecie ojciec był już w Krakowie.
Wymagał natychmiastowego leczenia, które
trwało do 1946 roku. W Płaszowie nabawił
się wielu schorzeń, w tym zesztywnienia
kręgosłupa szyjnego, przez co nie mógł
wyprostować głowy i cały czas chodził
lekko zgarbiony. W obozie ojciec starał się
maskować swoje problemy zdrowotne, gdyż
wiedział, że udanie się do bloku szpitalnego
oznacza natychmiastową śmierć, gdyż
Niemcom potrzebni byli zdolni do pracy, a
nie chorzy.
Opowieść o tym, w jaki sposób
połączyła się moja rodzina po wojnie, brzmi
jakby była wzięta z filmu. Moja biologiczna
mama wzięła mnie na spacer po Kazimierzu.
Wówczas wyjawiła mi prawdę, że jest moją
mamą i że mam pięknego tatusia, który jest
w obozie i na pewno wkrótce wróci. Po
chwili spotkała ojca na ulicy! To było jedno
z najdziwniejszych wydarzeń w moim życiu.
Pamiętam jak mama rzuciła mu się w ramiona,
a ja zaczęłam rozpaczliwie płakać, gdyż
widziałam niskiego, zgarbionego mężczyznę,
a nie mojego przed chwilą wymarzonego,
pięknego tatusia. Nie chciałam nawet do
niego podejść i przywitać się.
Z chwilą, kiedy rodzice byli już razem,
ojciec podjął inicjatywę odebrania mnie moim
opiekunom. Mimo ich dużych oporów, trafiłam
z powrotem do biologicznych rodziców. Ojciec
prawdopodobnie przeprowadził to drogą
sądową, ale nie jestem tego do końca pewna.
Mimo tego nie miałam zamiaru zostać z nimi
i jak tylko nadarzała się okazja, uciekałam
z domu i przez most Dębnicki udawałam
się do Muszyńskich. Takich sytuacji było
kilka i za każdym razem byłam odbierana z
powrotem. Rodzice bezskutecznie próbowali
mnie przekupić zabawkami i przekonać
tym do siebie. Z czasem uspokoiłam się
i przestałam uciekać z domu, przez co
straciłam kontakt z Muszyńskimi. Było to
Rodzina Sternów
dla nich wielką tragedią. Przybrany ojciec
zaczął z tego powodu pić i pewnego dnia
pod wpływem alkoholu wpadł swoją dorożką
do Wisły i się utopił. Po kilku latach zmarła
także jego żona.
W 1947 roku całą rodziną przeprowadziliśmy
się z Dietla 36 do mieszkania w kamienicy
przy ulicy Grodzkiej 8, o które przez długi czas
starał się mój ojciec. Wówczas rozpoczęliśmy
na nowo nasze życie, które wielkim wysiłkiem
staraliśmy się odbudować.
Spisał Sławomir Pastuszka
15
CO SŁYCHAĆ?
Szkółka Niedzielna
W
tym
roku
obchodziliśmy
(hucznie, dodajmy!) szóste już urodziny
JCC Krakow. Od samego początku
istnienia naszego Centrum, kluczową rolę
w jego działalności odgrywała działalność
edukacyjna. Ta skierowana na zewnątrz
– nie pamiętam już nawet ile lekcji
i
warsztatów
poprowadziliśmy
w miejscowych szkołach, przedszkolach
i zakładach karnych – jak i ta, która służyć
ma bezpośrednio naszej społeczności.
Najważniejszą, jak sądzę, częścią tej
działalności jest odbywająca się w roku
szkolnym co tydzień Szkółka Niedzielna.
16
Jak wygląda nasze typowe niedzielne
spotkanie? Przede wszystkim, żadna szkółka
nie jest typowa – gdy w jednym pomieszczeniu
spotka się tylu interesujących ludzi, których
w dodatku nieziemsko wręcz rozpiera energia,
nie ma mowy o rutynie!
Spotykamy się o 11:00. Czasem
punktualnie,
częściej
z
niewielkim
spóźnieniem – z tego miejsca ukłony niech
zechcą przyjąć niezawodni i cierpliwi
wolontariusze! Każda szkółka poświęcona
jest jakiemuś zagadnieniu związanemu
z religią, kulturą, historią, tradycją lub
współczesną problematyką żydowską.
Kiedy akurat wypada jakieś święto
rozmawiamy,
na
przykład,
o
charakterystycznych dla niego zwyczajach.
Naturalnie, na rozmowach się nie
kończy – szybko przechodzimy od słów do
czynów. Gdy tuż za rogiem jawi się Purim
– pieczemy hamantasze, czy konstruujemy
własne gragery. Na Pesach – tworzymy
z gliny własne talerze sederowe, które potem
w zaprzyjaźnionej pracowni ceramicznej
jedna bardzo miła pani wypala w specjalnym
piecu. Przed Sukkot robimy ozdoby do suki
– to już właściwie taka tradycja, że dzieci ze
szkółki niedzielnej mają specjalny udział w
przystrajaniu suki.
Czasem odwiedzają nas różni
goście. Kiedyś na przykład ze specjalnymi
warsztatami o żydowskiej ekologii przyjechał
z Warszawy wolontariusz Jointu, Jeremy.
Bardzo często, gdy tylko pozwala mu na to
czas, odwiedza nas rabin Avi. W zeszłym roku
poprowadził cały cykl kaligrafii hebrajskiej!
Okazało się, co nie było dla nikogo wielkim
zaskoczeniem, że Kraków wciąż jest kolebką
świetnych soferów.
CO SŁYCHAĆ?
Czasem w ramach Szkółki wychodzimy
również
poza
JCC.
Uczestniczymy
w różnych warsztatach, słuchamy ciekawych
wykładów i, wreszcie, oglądamy filmy
w kinie, czy spektakle w teatrze. Każdemu
w końcu należy się też odrobina rozrywki!
W ramach Szkółki uczestnicy zajęć uczą się
również hebrajskiego, czego pilnuje już od
trzech lat niezawodna Magda.
Ponieważ tekst nigdy nie odda tego,
jak świetnie potrafimy się wspólnie bawić,
do artykuliku załączam parę zdjęć. Mam
nadzieję, że zachęcą tych rodziców, którzy
wciąż jeszcze zastanawiają się, czy posłać
swoje dzieci do naszej Szkółki do tego, że
warto to zrobić. Stałym bywalcom natomiast,
przypomną miłe chwile i zmoblizują do
regularnych spotkań z nami w nowym roku.
Ruszamy już 21 września! Gwarantujemy
– i wierzę, że mówię w imieniu nie tylko
moim, ale również Marii, Sary i Magdy –
że tegoroczne zajęcia będą jeszcze lepsze!
Szykujemy również parę niespodzianek,
między innymi małą weekendową wymianę z
uczestnikami Szkółki Niedzielnej działającej
przy Gminie Wyznaniowej Żydowskiej we
Wrocławiu oraz – rzecz bez precedensu!
– wspólne, rodzinne warsztaty dla dzieci z
rodzicami!
Do zobaczenia na pierwszym piętrze!
Patryk Pufelski
Tuż
przed
Pesach
wspólnie
koszerowaliśmy też kuchnię w JCC –
śmiechu było co niemiara, a przy tym wiele
się nauczyliśmy!
17
Chupa nad chmurami
W niedzielę 14 września 2014 do
stolicy Tatr – Zakopanego zjechało prawie
100 osób, w większości byli to członkowie
społeczności żydowskiej z całej Polski.
Powoli wszyscy zebrali się w
Kuźnicach żeby razem wyruszyć kolejką lub
na piechotę na szczyt Kasprowego Wierchu
gdzie mogli uczestniczyć we wspaniałej
i niepowtarzalnej uroczystości – ślubie
Staszka i Moniki Krajewskich. Żydowskim
ślubie, który połączył dwoje wspaniałych
ludzi, zaangażowanych od wielu lat w
życie żydowskie w Polsce i równocześnie
kochających góry.
Dla takiej uroczystości na szczycie
Kasprowego Wierchu spotkali się rodzina i
przyjaciela państwa młodych. Wspólnie od
górnej stacji kolejki przeszli na szczyt gdzie
wśród chmur stanęła chupa, w której Staszek
oczekiwał na swoją obecną, a zarazem
przyszłą żydowską żonę Monikę.
Czterdzieści lat temu odbył się ich
pierwszy cywilny ślub. Teraz Państwo młodzi
18
rozpoczęli swój kolejny etap wspólnego
żydowskiego życia. W zgodzie w żydowską
tradycją, w obecności synów, świadków,
rodziny i przyjaciół, Jonathan Ornstein razem
z Naczelnym Rabinem Polski Michaelem
Schudrichem przeprowadzili tą wzruszającą
uroczystość zaślubin. Przepiękną ketubę –
stworzoną przez Ewę Gordon – podpisało
dwóch świadków, wypowiedziano Szewa
Brachot (siedem błogosławieństw) i po
rozbiciu przez Pana młodego kielicha,
radosny żydowski śpiew poniósł się pośród
tatrzańskich szczytów.
Państwo młodzi po chwili odosobnienia
(Jichud)
w
dyżurce
Tatrzańskiego
Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego
razem z gośćmi zjechali kolejką na dół, gdzie
w Zajeździe „Kuźnice” rozpoczęła się uczta
(Seudat micwa), która zakończyła się dopiero
w Krakowie w restauracji „Klezmer Hois”.
Wśród tłumu gości, słuchając
limeryków i moskalików oraz wspomnień
Staszka i Moniki wszyscy bawili się do
późnych godzin nocnych.
Mazal Tow Państwu młodym!
Jeden z gości weselnych
Piotr Nawrocki

Podobne dokumenty

Festiwalowe wspomnienia

Festiwalowe wspomnienia Wyjątkowe podziękowania dla Fundacji Taubego na rzecz Życia i Kultury Żydowskiej współorganizatorów kolacji oraz naszych bliskich przyjaciół.

Bardziej szczegółowo