WnetWstąpienie tak, tato BaJka o dzieWczynce, która paMięta

Komentarze

Transkrypt

WnetWstąpienie tak, tato BaJka o dzieWczynce, która paMięta
nr 12 • kwiecień 2016
dwumiesięcznik • ISSN 2449-6375
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Wnetwstąpienie
Jan Maszczyszyn
Tak, tato
Agnieszka Olewicz
Bajka o dziewczynce,
która pamięta,
jak robiono księżyc
Weronika Stępkowska
Sztuka robienia
z czytelnika wariata
Anna Karowicz
Niewola codzienności
Magda ZimnA
wstępniak
Z
awsze to miło wiedzieć, że o „SOFIE” się mówi. Dosyć niedawno w „Nowej Fantastyce” ukazał się tekst, w którym autor przeanalizował wycinek e-zinów (i nie tylko)
funkcjonujących w sieci. Wśród nich znalazła się również „SOFA”. Liczba lajków na
Facebooku – które dla twórcy felietonu są jednym ze stempli świadczących o atrakcyjności
pisma – tak naprawdę nie jest miarodajnym wyznacznikiem tego, jak wiele osób lubiących
stronę zalicza się do grona stałych czytelników. Aczkolwiek zawsze lepiej mieć więcej niż
mniej, bo być może dzięki temu grono się powiększy, dlatego oddaję autorowi, co jego,
zwłaszcza jeśli chodzi o kwestię promocji naszego dwumiesięcznika. Dyskusja ciekawa
i poruszająca wiele istotnych wątków – odsyłam do „Nowej Fantastyki”!
Zostając w klimatach reklamowych – szukamy czarodzieja, który dołączy do naszej redakcji i porzuca trochę zaklęć w dziale promocyjnym. Gdybym miała trochę więcej czasu, to
chętnie osobiście zajęłabym się współpracą z wydawnictwami i blogerami, żeby nawiązać
kontakty, ale niestety… Doba ma tylko 24h. Warto więc skorzystać. Rekrutacja trwa do
końca kwietnia. Szczerze zapraszam. Więcej na naszym fanpage’u.
Tak jak obiecaliśmy, wyniki konkursu Walę tynkowego znajdziecie na str. 15. Jeszcze raz
serdecznie gratulujemy wszystkim Uczestnikom!
UKŁADAMY
SIĘ
I na koniec ostatni smaczek, bo mi się miejsce kończy – w dziale publicystyki pojawił się
nowy sektor, strefa, zona, miejsce kultu literackiego na trochę innych zasadach: SOFOWICZE OPINIUJĄ. Znajdziecie tam miniopinie na temat przeróżnych książek. I tych nowych,
i tych trochę starszych. Chcemy ów dział utrzymać już do końca, dlatego wszystko zależy od Was, drodzy SOFOWICZE, i od Waszych krótkich recenzji, które wypełnią stronę
w czasopiśmie. Możecie je podsyłać na nasz e-mail: [email protected]ęcznik.pl lub
w wiadomości prywatnej na Facebooku.
Do następnego – w czerwcu!
W
SŁOWA(CH)
Anna Wąsikowska
u k ł a d a m y
s i ę
w
spis treści
s ł o w a ( c h )
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
SOFA 02/2016 (12)
REDAKTOR NACZELNA
Anna Wąsikowska
[email protected]
DZIAŁ PROZY
Anna Wasińska
[email protected]
DZIAŁ PUBLICYSTYKI
Aneta Rzepka
[email protected]
SEKRETARIAT/PROMOCJA
Paulina Siedlich
[email protected]
WYDAWCA
Anna Wąsikowska, Kraków
OKŁADKA
Leszek Kostuj
OPRACOWANIE GRAFICZNE/DTP
Arek Kikulski, Magda Kwasik (Madee),
Beata Pytel, Izabela Szymczak,
Katarzyna Ślączka, Ewa Światłoczuła
WSPÓŁPRACA
Anna Dudało, Dariusz Zajączkowski,
Anna Karowicz, Mirosław Śliwa,
Sylwia Kępa
opowiadania • miniatury • proza
5Nic – Grzegorz Bryk
7Bajka o dziewczynce, która pamięta, jak robiono księżyc
– Weronika Stępkowska
8 E-mail z załącznikiem – Barbara Marszałek
10 Miłość mojego życia – Sebastian Marks
15WYNIKI KONKURSU
16Wnetwstąpienie – Jan Maszczyszyn
29 Czarny żwir – Dagmara Pieczyńska
30 Nerwowa cisza – Marek Grzywacz
33Siniaki – Kasia Jabłonowska
39 Tak, tato – Agnieszka Olewicz
47 Zatarty trop – Marianna Szygoń
publicystyka
65Wapno pościeli. Wokół wiersza Alienacje Pana Cogito
Zbigniewa Herberta – Adam Buszek
66Sprawiedliwość – Mirosław Śliwa
69 SOFA PATRONUJE!
70
72
74
76
77
78
Z kamerą wśród dzików – Sebastian Marks
Rzeka przemienienia – Michał „Mike” Majewski
Ocalałe grusze – Dariusz Zajączkowski
Sztuka robienia z czytelnika wariata – Anna Karowicz
Poetyckie terapie. Część druga – Sylwia Kępa
Niewola codzienności – Magda Zimna
79 SOFOWICZE OPINIUJĄ!
82 GALERIA AUTORÓW
84PATRONATY
3
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
4
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Grzegorz Bryk
Nic
J
akże urocze dźwięki uchodziły spod opuszek
o dawno stwardniałym naskórku, szarpiących
wprawnie struny gitary. Druga ręka ślizgała się płynnie
po gryfie, palce zaś zwinnie niczym odnóża wyjątkowo
żwawych robaczków zmieniały akordy, co rusz ozdabiając i wzbogacając melodię zmyślnym legato bądź
ekspresyjnym vibrato. Melodia z perfekcyjnie nastrojonego instrumentu odbijała się echem od ścian półmroku. Na jednej z nich małe okno było, a za nim: n i c.
Jakoby nie istniało już nic poza tym pokoikiem, skromnie, bo w jednoosobowe drewniane łóżko, nocną szafkę i wiekową komódkę, umeblowanym i bez drzwi
żadnych. Płomyk na czubku wpół wypalonej świecy w
najlepsze swawolił z melancholijną improwizacją, jaką
do życia powoływał wsparty plecami o ścianę i siedzący na podłodze ze skrzyżowanymi nogami twórca.
A akordy dalej ulatywały w półmroczną przestrzeń,
zadziwiając dźwiękiem doskonałym.
Wybrzmiewały, a ludzie wsłuchiwali się w ich zrodzone melancholią piękno. Aż trudno uwierzyć, że anielskiej melodii, która koi każdy nerw ciała, nigdy nie spisano, a jest ona jeno podarunkiem chwili trwającej od
wieków. Chwili, w zamierzeniu, bezkresnej, nigdy nie
mającej posiąść końca, zrodzonej, by błądzić pośród
dusz ludzkich i ich nieśmiertelnych tańców.
Nie była to zwykła muzyka, niosła ze sobą pierwiastek
narkotycznej, kosmicznej niesamowitości. W jej rytm
idee pojawiały się i błądziły pośród alejek pogrążonego
zadumą umysłu, odbijały się od ścian labiryntu myśli,
tworząc ulotne, skrzące się paletą barw obrazy.
Samotny w ciemności
wokół mnie cienie
przyjaciele odeszli
zostawiając samotnego
w ciemności umysłu
na wieki wieków…

5
opowiadania • miniatury • prozA
Fantastyczne dźwięki dalej krążyły pośród półmroków pokoju, zduszone w ciasnocie, niemoralnie ocierające się i obijające o siebie, zlane potem. Tłukły o ściany
w pragnieniu wolności, lecz napotkawszy przeszkodę
nie do powstrzymania, pokiereszowane i zrezygnowane powtarzały echem smutne tony…
na wieki wieków… na wieki wieków… na wieki wieków…
Potrzeba by bajecznego wierszoklety, wybitnego
mówcy, cudownego dziecka poezji po mistrzowsku
władającego brzmieniem i rytmem słowa, by z pomocą zdań opisać tę nagłą zmianę gry i nastroju. Palce
wierzgały po strunach, a pudło rezonansowe nagłośniło kolejną falę spektakularnych melodii. A to, co zostało stworzone, było dobre i było doskonałe. Choćby
sprowadzić najzaciętszego krytyka, nie znalazłby powodu do goryczy. Albo nie wiadomo jak znakomitym
by uchem dysponować, nie dałoby się usłyszeć żadnej
skazy spowodowanej niedostatecznie mocnym chwytem progu bądź zgubnym zbłądzeniem na przestworzu gryfu! ŻADNEJ!
Melodia jakby nabrała wigoru i palce coraz mocniej
szarpały za struny. Dźwięk stawał się głośniejszy, coraz
bardziej i b a r d z i e j… Wnet wolna ballada przerodziła się w szaleńczą jazdę od akordu do akordu, szybciej
i szybciej, s z y b c i e j! Jakoby demony zawładnęły
ciałem muzykanta, jakoby to właśnie ich szatańskie
podszepty w tej chwil stały się rękoma grającego.
S z a l o n y!
Okno nagłym porywem rozwarło się na oścież, a przezeń wleciał wiatr jakiś, a na zewnątrz nie było n i c. Gitara dalej wściekle grała, melodia dokądś grała, opętane
ręce ślizgały się po gryfie, a na zewnątrz nie było n i c.
– Czerń? – posłyszałem.
– Czerń to by było już c o ś, a na zewnątrz nie było
n i c!
Gnaj wietrze, gnaj po pokoju!
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
6
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
I gnał!
Włosy gitarzysty czochrały podmuchy wiatru, instrument wrzeszczał swe skryte w szyfrze melodii skargi,
a na zewnątrz nie było n i c.
Pełna skupienia mina gitarzysty przerodziła się teraz
w opętańczy, przeszyty bólem grymas, jakby umysł nie
był w stanie nadążyć za ruchami palców. Pot zaperlił się
na zmarszczonym czole. Ręce przeszywały powietrze
z taką szybkością, że zdawały się teraz rozmywać
w przestrzeni, skóra zostawała w tyle za kośćmi i mięśniami, a ciało za duszą.
Akordy następowały po sobie. Następny, następny
i następny. Zmieniały się bez wyraźnego schematu, aż
wreszcie jeden z nich zdawał się być jak zagubiony na
środku oceanu rozbitek, jak cywilizacja gorsząca przyrodę bądź jak gnilna plama na malarskim arcydziele.
Albowiem ostatni akord skalany był fałszem paskudnym, gwałcił uszy brzydotą i wstrętem. Dźwięk obrzydliwy, dźwięk cuchnący, dźwięk obślizgły wyleciał
przez okno, za którym nie było n i c. Echo płynęło ku
niebu – gdziekolwiek też ono było: czy u góry, czy na
dole – aż wreszcie ucichło. I wtedy nastał koniec, który
miał nie nastąpić…
Pokój zalało coś, co było niczym, a pokój stał się
niczym.
i teraz nie było już n i c… i nic echem się niosło
n i c… n i c.… n i c…

BAjka
Weronika Stępkowska
o dziewczynce, która pamięta, jak robiono księżyc*
Z
nałam kiedyś kobietę, która nosiła swoją skórę na
ubraniu. Ja zupełnie jej nie posiadam – dawno
temu, usiłując się zabić, popełniłam nie samo-, a właśnie
– skórobójstwo. Chcę, żeby moją skórą wyłożone było
niebo… – śpiewałam tamtego dnia.
Wskazówki zegara nie pomogą: pamiętam to o wiele
za dokładnie. A przecież wtedy miałam jedynie serce
na dłoni. Wróciło do mnie kilkanaście lat później, zapakowane w tęczę. Wzięłam ją za powróz, przy czym
dotarło do mnie, że zgubiłam pryzmat.
Ja – człowiek zbudowany z kry, stali. Z krystalicznych
białek ocznych, którymi widzę prawie to samo, co… Co
mi umknęło? Przeszłość? Nie, bo…? Znam je: błę(dny)
kit. To ze złych myśli, którymi było nasączone, urodziła
się myśliwa.
Pamiętam tamten dzień. Trafiłam z roztargnienia do komory gazowej serca. Moja skóra była jedyną maską przeciwgazową. Spełniła swoje zadanie, ale dlatego umarła,
jak i wieczne jutro. Odtąd noszę na sobie wnętrzności.
A jednak dziś, jak wtedy, mówię do siebie:
– Act, eon!**

* Parafraza cytatu z Oceanu na końcu drogi Neila Gaimana.
** Act, eon! (ang.) – Działaj, eonie!
7
opowiadania • miniatury • prozA
Barbara Marszałek
E-mail z załącznikiem
Nie jestem nieszczęśliwa, nie jestem szczęśliwa. Widocznie istnieje stan pomiędzy. Jiřina Jiráskova (wolne tłumaczenie)
G
dybyśmy poznali się dzisiaj, nawet nie rzuciłabym okiem w twoją stronę. Cherlawy łysiejący
egocentryk, który nie ma poczucia humoru. Boli? Powinno boleć. Będę zła. Zarzucałeś, że jestem naiwna,
za dobra. Już nie jestem. UKŁADAMY
u k ł a d a m y
8
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Chociaż… Wczoraj posłałeś e-mail z prośbą, abym
przetłumaczyła tekst. Za free, przecież to dla mnie
proste. Oczywiście. Słowa „manewrowy ustawiacz” czy
„operator wózka widłowego” używam kilka razy dziennie w paru językach. Nic nigdy nie było dla mnie proste. Często się bałam.
Również w tę noc pod gołym niebem w wileńskim parku. Lubiłeś duże piersi. Co byś robił, gdybyś miał je w zasięgu ręki? Zgniatał? Miażdżył? Poszturchiwał? Nieważne. Nigdy nie miałeś powodzenia u kobiet. Piszesz: „Gwiazdy ci sprzyjają”. Gówno prawda. Mężczyzna, z którym byłam na spacerze, nie odpisuje na SMS-y, a semafory zacięły się na
czerwonym świetle.
Czytałeś Podsiadłę do telefonu. Padał deszcz, automat zżarł całą kartę. Następnego dnia współlokatorka wyjechała na weekend. Wtedy dowiedziałam się,
że zmęczony mężczyzna może pachnieć inaczej niż
spocony kolega po WF-ie. Poezja, szepty, delikatne
podszczypywanie pośladków. Na śniadanie parówki
z ketchupem, grzanki i Huśtawka Kleyffa. Świat nie
zwariował, to ja przestałam mieć kontakt z rzeczywistością. Wszystkie dziewczyny z wydziału wiedziały, że jesteś
mój. Tylko mój. Wiedziały, na kogo czekasz pod pomnikiem Korfantego. Nie było kwiatów. Kłamałam, że
ich nie lubię. Mieliśmy swoje miejsce, dobrze wygrzane stołki, rytuał wypicia trzech piw i zagrania w lotki
przed pójściem w miasto. Pijane małolaty obściskujące
się w tramwaju to my. Urwany film. W akademiku na
pierwszym piętrze był sklepik, a w nim kefir z lodówki.
Najważniejsze było tu i teraz. W lustrze twoje obicie. Nakładasz na twarz płyn do
golenia. Odczekujesz chwilkę, ukradkiem zerkając na
mnie, wtuloną w koc. Podnosisz żyletkę… Słyszę charakterystyczne hrrr… Kiedy zaczęliśmy się mijać? Nieuchwytny skrawek
czasu. Niewidoczna pchła skacząca w sierści codzienności. Czy teraz umiałbyś odpowiedzieć? Pamiętam miasteczko Cholet w departamencie
Maine-et-Loire. Małą piekarnię na rogu ulicy Nationale
i tamtejsze wyśmienite ciasteczka. Grupka Francuzów
zaprosiła mnie na rybę z grilla i sałatkę z czosnkiem,
z ogromną ilością czosnku. Późnym wieczorem usiadłam na ławce, wpatrując się w mniejszą kopię Notre-Dame. Pragnęłam porozmawiać z kimkolwiek o czymkolwiek, byle po polsku. Wyjechałam, abyś zatęsknił, ściągnął mnie z powrotem, znalazł pracę i zapłodnił. Pisałeś listy. Dziesiątki listów poplamionych fusami
z herbaty, w których rozbierałeś mnie i doprowadzałeś
do orgazmu kilka razy z rzędu. Po tobie byli lepsi, znacznie lepsi. Niewyrafinowani
i naturalni. Boli? Powinno boleć. Będę zła. A jednak. Znasz mnie najlepiej. Wiesz, że umiem wyć
do księżyca. Wiesz, że pod maską silnej, niezależnej kobiety kryje się motyl. Łatwo go zranić. Istnieje stan pomiędzy. Często wychodzę z domu po zachodzie słońca. Być
może w poprzednim wcieleniu byłam nietoperzem.
Albo sową. Przełykając ślinę, myślę o słowach, które mogłyby coś
znaczyć, a w środkach transportu szczerze uśmiecham
się do ludzi. Podobno wysłana pozytywna energia wraca. Liczę na nią i nie zwracam uwagi na uciekające lata. Czas jest starym draniem, nie należy mu ufać. 
Na Ukrainie byłam w siódmym niebie. Mieszkaliśmy
u chłopa, z którym piłeś wódkę. Nie było ciepłej wody, właściwie nie było tam nic oprócz starego wdowca
i leśnych ptaków. Gdy zniknęliśmy w trawie, miałam
sukienkę w kwiaty. Tłumaczenie w załączniku.
9
opowiadania • miniatury • prozA
Sebastian Marks
Miłość
Mojego Życia
C
hcecie, to wierzcie, nie chcecie – nie wierzcie,
chociaż wolałbym, żebyście chcieli, bo inaczej
pewnie utknę tu na wieki, a „tu” znaczy w miejscu ciemnym, wilgotnym i ciasnym. Czytajcie zatem uważnie, bo
od tego może zależeć moje życie.
Wszystko zaczęło się od nocy spadających gwiazd.
Chyba szesnastego sierpnia, czy którego tam ona wypada. Trochę wcześniej przestałem pić po Miłości Mojego
Życia, a piłem dobre trzy miesiące non stop. Chodziłem
na jakieś piwne poniedziałki, wtorki, środy… Jak się
okazało, w Warszawie każdy dzień był wówczas dniem
piwnym. Remonty, sronty, medyki i inne mordownie załadowane po brzegi studenciakami. Wiecie, na pewno
raz czy dwa zdarzyło wam się być w takim miejscu.
Najlepsze jest to, że rozstaliśmy się z mojej winy. Uznałem, że już jej nie kocham, co – jak się okazało niespełna
trzy tygodnie później – było zwykłą gównoprawdą. Po
tych trzech tygodniach zatęskniłem. To było jak niewinne ukłucie w serce. I jakby kolka, tylko w głowie. Myślałem, że potrzebuję więcej powietrza, ale okazało się,
że to ona jest tym powietrzem. Wykręciłem jej numer
(widziałem, że jakiś czas temu wrzucała płaczliwe posty
na feja) i pytam, czy chciałaby się umówić – jak koledzy, bez żadnych podtekstów, żeby sobie nie wyobrażała. Wiecie, chciałem sobie zostawić furtkę, że jakbym
znowu się mylił co do kolki i ukłucia, to zawsze będę
miał jakąś furtkę awaryjną. A ona mi na to, że nie ma
ochoty. Wychodzi z Grzesiem. Nie mówi, jakim Grzesiem, w ogóle – wtf, i odkłada słuchawkę. No to wtedy
się wkurwiłem, co trwało może pięć minut, a potem
znowu mnie zakłuło. Znaczniej mocniej niż poprzednio.
I już nie puściło. Zadzwoniłem za parę dni jeszcze raz,
a ta znowu z tym Grześkiem i że miałem swoją szansę,
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
10
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
a teraz mam tyle powietrza, ile chcę, i niech sobie robię
z nim, co sobie chcę. Nigdy więcej nie odebrała. Pewnie
zmieniła numer. Pewnie ten Grzesiek jej tak nagadał.
Zresztą nieważne. Potem piłem, a potem była ta noc
spadających gwiazd.
Poszedłem z kilkoma niezbyt bliskimi znajomymi na
podzamcze przy świecących fontannach. Noc tak gęsta
jak atrament, a gwiazdy, jedna po drugiej, hyc; i tylko
smugi zostawiały. Jakaś dupeczka obok mnie siedziała
i się mnie pyta, czy myślę nad życzeniami, że się tak nie
odzywam. Mówię, że nie, że tak sobie siedzę, co mam
się odzywać. Byłem jeszcze wtedy smutny i często się
zawieszałem, nie myśląc o niczym. Ona na to, że obowiązkowo powinienem pomyśleć jakieś życzenie. Jeśli
spadająca gwiazda może je spełnić, to co dopiero setki
spadających gwiazd. I pomyślałem, zażyczyłem sobie,
żeby wszystko odkręcić. Żeby nigdy nie poznała żadnego Grzesia. Przecież pamiętałem te statusy, pamiętałem, jak płakała. Nie chciała mnie puścić, błagała, bym
to przemyślał. Sam nie wiem, jak mi się udało z nią zerwać. Musiałem zupełnie stracić serce. Wystarczyłoby
cofnąć się o parę tygodni…
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Pomyślałem, że mogłaby się tu gdzieś kręcić. Że może te gwiazdy zadziałają.
Tonący brzytwy się chwyta, jak mówią, to ja się tych
gwiazd uczepiłem. Siedziałem jeszcze ze trzydzieści
minut, zanim skwer całkowicie opustoszał. Nie było jej.
Albo była, ale z Grzesiem – i już dawno sobie poszli.
Normalnie poszedłbym się urżnąć, ale że z tym skończyłem, to po prostu wróciłem do domu i położyłem się
spać. I wtedy się zaczęło.
Śniłem, że jestem w swoim dawnym przedszkolu. Ale
nie tak, jak się zazwyczaj śni. Doskonale wiedziałem,
że śnię, że przecież jestem na studiach. Tu, niedaleko
przedszkola, mieszka mój kolega, którego poznałem
dopiero w gimnazjum. Wszystko wiedziałem.
No więc byłem w przedszkolu. Szła Wielkanoc. Zrobiliśmy z panią taką wielką wspólną palmę z krepiny
i jeszcze mnóstwa innych ozdób; i ta palma stała na
takim kamiennym tarasie, z którego wychodziło się
na podwórko. Siedziałem ze swoją pierwszą miłością.
Nazywała się Agnieszka Pawlik i właśnie wyciągała do
mnie zaciśniętą rękę, w której coś trzymała. Wiedziałem, że będzie to samochodzik z jajka niespodzianki.
Nawet nie wiecie, jakie to było dziwne uczucie. Ona
miała sześć lat. Co prawda ja też, ale tylko z wyglądu,
nie byłem przecież tym małym chłopcem, co kiedyś.
Byłem dwudziestoczteroletnim debilem, który zostawił
Miłość Swojego Życia i bardzo żałował, byłem pijakiem,
który z tym skończył i dlatego obecność sześciolatki nie
bardzo mi odpowiadała.
Pomyślałem, że skoro to mój sen, to po prostu wstanę i sobie gdzieś pójdę. Może po mojego kolegę
z gimnazjum. Byłem ciekaw, jak wyglądał, kiedy był
w przedszkolu. Agnieszka mnie pyta, gdzie idę, przecież

11
opowiadania • miniatury • prozA
dopiero co dała mi prezent. Nieładnie tak odchodzić.
Zupełnie jak prawdziwa osoba. W ogóle ten sen był bardzo realistyczny. Mówię, że idę w świat, a ona, że tak nie
można, bo pani nie pozwala. Mówię, że w dupie mam
panią, wstałem i poszedłem. A ona w płacz i biegnie do
pani, mówi jej, że się brzydko odzywam i zachowuję.
Pani do mnie z pretensjami, no to ja jej, że się stąd zawijam i nie obchodzi mnie, co ma mi do powiedzenia.
Chyba wówczas nie było jeszcze określenia „zawijam”,
bo najwyraźniej go nie zrozumiała, zrozumiała za to
drugą część, więc złapała mnie za rękę i zaciągnęła do
sali. Rozumiecie? Zamknęła mnie w sali. Nie wiem, ile
tam siedziałem. W końcu wstałem i wdrapałem się na
parapet. Wyjrzałem przez okno. Sala była dość wysoko,
ale sen to sen. Co mi się mogło stać? Otworzyłem okno,
wyskoczyłem i jakimś cudem złamałem nogę. Zabolało jak cholera. Nie mogłem się podnieść. Zabrali mnie
do szpitala i dopiero w tam się obudziłem. Noga pod
gipsem strasznie swędziała i próbowałem się podrapać.
Wtedy zorientowałem się, że już nie śpię i drapię swoją
własną nogę, nogę idioty pijaka.
Wstałem totalnie zszokowany. Wszystko pamiętałem
i nawet czułem jeszcze ból w nodze. No, ale to był przecież tylko zły sen. Nie ma się nad czym rozwodzić. Z tą
myślą poszedłem na uczelnię. Wróciłem, zrobiłem jakieś
bzdurne zadania z łaciny, trochę pograłem na komputerze,
trochę poszlajałem się z kumplem i położyłem się spać.
Tym razem śniło mi się, że jestem pierwszakiem i idę
dać mojej ówczesnej miłości dyskietkę z nagranymi
Pokemonami Red i emulatorem. Ta miłość trwała przez
całą podstawówkę. Tylko że jej obiekt znałem akurat z
późniejszego życia i wiedziałem, iż wyrosła na nieciekawą dresiarę. No więc poszedłem do niej, dałem te pokemony i przy okazji dorzuciłem, że wyrośnie na tępą dresiarę i nic w życiu nie osiągnie. Należało jej się. Tyle lat
ją kochałem i nie doszło nawet do jednego pocałunku.
Spotykała się z samymi dresami. Nieważne – z ładnymi
czy brzydkimi, ważne, że z dresami. Ja jej na walentynki
wiersz napisałem. Nawet niezły jak na chłopca z podstawówki, a ona nic. To niech teraz ryczy.
Nie przewidziałem tylko, że powtórzy to starszemu
bratu, a ten, dając mi potężnego plaskacza w twarz,
wyrzuci za drzwi. Tyle zwojowałem.
No i się obudziłem. Piekła mnie morda. Tym razem to
już nie mogło być złudzenie. Piekła mnie morda i tyle. Nie mogłem sobie tego wymyślić. Jak przejrzałem
się w lustrze, była zaczerwieniona tam, gdzie uderzył.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
12
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Pomyślałem, że mi odbiło. Do tej pory nie jestem pewien, czy tak nie jest.
Następnego wieczoru bałem się usnąć. Nie wiedziałem, co mnie czeka. Zacząłem myśleć intensywnie o tej,
do której tęskniłem, co zresztą nie było trudne, bo i tak
średnio co pięć minut przechodziła mi przez myśl.
I znowu się nie udało. Tym razem trafiło na Dziewczynę
„Dziewczyny”. Była na okładce czasopisma dla młodych
panienek i przez to tak właśnie nazywałem ją w myślach. Poznałem ją dwie dziewczyny przed Miłością Mojego Życia. Tej nie miałem akurat nic do zarzucenia. Była
fajna. Nawet nie pamiętałem już, czemu z nią zerwałem.
Pachniała truskawkami i czymś takim sterylnym. Jakby
non stop przemywała twarz różnego rodzaju tonikami. Może zresztą właśnie tak było. Czułem wobec niej
wyrzuty sumienia. Była we mnie bardzo zakochana.
W ogóle mam tak, że dziewczyny się we mnie zakochują. Miłość Mojego Życia też była we mnie zakochana,
ale to spieprzyłem. Mam również tak, że wszystko nieustannie pieprzę.
Leżeliśmy akurat na jej łóżku, więc ją pocałowałem. To
było jedyne, co przyszło mi do głowy. Nawet w realnym
świecie, oglądając jej dorosłe zdjęcia, miałem czasem
ochotę jeszcze raz ją pocałować. Nasz związek w ogóle
opierał się na całowaniu. Głównie wpadaliśmy do niej,
bo starych nie było do osiemnastej, ściągałem jej bluzkę
(nigdy stanik) i godzinami się całowaliśmy. Szkoda, że
teraz, kiedy człowiek poznał już seks, całowanie stało
się jedynie wjazdem na posesję i po kilku minutach zaczynało mnie zwyczajnie nudzić.
Traf chciał, że był to ten felerny dzień, gdy Lechu (tak
mówiła o swoim ojcu) przyszedł wcześniej, niż powinien.
Ona, przerażona, zakłada bluzkę w pośpiechu i szepcząc, każe mi wejść do szafy. Ja w tej szafie, Lechu wchodzi do mieszkania. Słyszę, jak Dziewczyna „Dziewczyny”
biega po pokoju. Po chwili rzuca na mnie moją kurtkę,
plecak, buty i znów zamyka drzwi. Lechu wchodzi, pyta,
co tam, jak tam, czy lekcje odrobiła, co w ogóle w szkole
się działo, pyta, czy coś zje, i wychodzi do kuchni robić
sobie obiad.
Stoję na ugiętych nogach od dobrych piętnastu minut.
Zaczynają mi drżeć. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam.
W końcu dociera do mnie, że jest przecież sprawdzone
wyjście z sytuacji. Wychodzę z szafy. Ona patrzy się na
mnie jak na wariata. Świszcze, żebym się schował, bo Lechu mnie zabije, ale nie słucham. Podchodzę do okna,
otwieram je, staję na parapecie i bez słowa wyskakuję.
Dziewczyna „Dziewczyny” mieszkała na szóstym piętrze.
Lecąc, słyszę jej krzyk, który wwierca mi się w głowę
i zostaje ze mną jeszcze długo po upadku. Sam upadek
brzmi jak bardzo odległy wybuch bomby. Takie basowe
tąpnięcie, które mieszając się z jej krzykiem, tworzy mój
własny akord śmierci.
Zrywam się z łóżka jak po najgorszym koszmarze. Piszczy mi w uszach, łeb pulsuje i widzę szare mroczki przy
krawędziach wizji. Dopiero po dłuższej chwili dochodzę
do siebie.
Tego dnia nie poszedłem na zajęcia. Byłem już pewien,
że oszalałem. Nie wiedziałem, co mam robić. Pieprzone
złośliwe gwiazdy. Najwyraźniej postanowiły mnie ukarać za to, że w przeszłości byłem dupkiem. Co ja mówię:
„w przeszłości”! Że cały czas jestem samolubnym dupkiem. Że nawet teraz myślę o Miłości Mojego Życia jak
o save`ach z długiej gry, które bezpowrotnie przepadły,
z tym zastrzeżeniem, że bardzo tę grę kochałem.
Piję hektolitry kawy, byle tylko nie usnąć. Dobrze, że
od ponad pół roku mieszkam sam, bo starzy już dawno wysłaliby mnie do czubków. Łażę po mieszkaniu i
ze wszystkich sił staram się skupić na Miłości Mojego
Życia. Na jej lekko kręconych brązowych włosach, zielonych oczach i ogromnych, apetycznych ustach. Na
jej sporych cyckach, kształtnej pupie i estetycznej pochwie.
Kładę się w salonie i odpalam telewizor. Przy czwartym lub piątym z rzędu odcinku Przyjaciół zasypiam.
Jestem w świeżo odnowionej kawalerce w Krakowie.
Doskonale poznaję to miejsce. Tutaj pierwszy raz uprawiałem seks. Ten epizod należy, co prawda, do bardziej
żenujących w moim życiu, ale mam nadzieję to zmienić.
Poznałem ją tuż przed Miłością Mojego Życia. Ta dziewczyna w rzeczywistości niedawno się zaręczyła. Widziałem zdjęcie pierścionka na feju. Jest teraz szczęśliwa
i piękniejsza niż kiedykolwiek. Powinienem był zostać
z nią na zawsze i pewnie zostałbym, gdyby nie Miłość
Mojego Życia.
Wychodzi z łazienki, jest długowłosą blondynką o lekko garbatym nosie, dużych niebieskich oczach, ogromnych piersiach i najbardziej słowiańskiej urodzie, jaką
można sobie wyobrazić. Ma na sobie skąpe majtki i moją podkoszulkę jakiejś archaicznej skejtowskiej firmy, bo
w tamtych czasach ubierałem się jak skejt, chociaż kompletnie nie umiałem jeździć na deskorolce ani rolkach.
Dziewczyny po prostu leciały wtedy na skejtów.
Kładzie się koło mnie na materacu i proponuje partyjkę
makao. Podczas tego wakacyjnego pobytu w Krakowie
rozegraliśmy chyba z milion gier. Po którejś z rund zadaje pytanie, którego miałem już nigdy nie zapomnieć:
„Jak mam cię traktować?”. Czy to jest jakaś pieprzona
Opowieść wigilijna? Czy ja mam teraz naprawiać swoje błędy? Dobra, myślę. O to wam chodzi, pieprzone
gwiazdy? Chcecie, to macie. Wchodzę do gry. Odpowiadam, że na poważnie. Żeby traktowała mnie serio.
W rzeczywistości odparłem wtedy, żeby traktowała
mnie z przymrużeniem oka. Była przez to smutna już do
końca wyjazdu. Tym razem tak nie będzie. Mówię więc
po raz drugi, żeby traktowała mnie serio. Odkłada karty
i przytula się do mnie. Czuję na szyi jej wielkie piersi.
Potem gładko dochodzimy do seksu, który trwał wówczas około dziesięciu sekund. Teraz trwa trochę dłużej.
Podoba mi się ten układ. Nie próbuję wyskakiwać
z okna ani w żaden inny sposób przerywać snu i o dziwo, nie budzę się wcale. Przeżywamy razem kolejny
tydzień, śmiejemy z Petardy po północy (tytuł jednej
z audycji radiowych), a potem wracamy razem do Warszawy.
Pamiętając chronologię zdarzeń, wiem, że za jakiś czas
mam poznać Miłość Mojego Życia. Spotkam ją przypadkiem w Zakątku, takiej knajpie w bramie na Chmielnej,
i zakocham się w niej bez reszty. Nie wiem, czy w ogóle
chcę tam iść, bo dobrze mi z cycatą blondynką. Jest fajna i zabawna. Potem przypominam sobie, że w prawdziwym życiu niebawem ma zostać mężatką. Wątpię,
że ze mną czeka ją równie świetlana przyszłość, a boję
się, że to, co się dzieje, nie jest żadnym snem, bo czy
podczas snu można parokrotnie kłaść się spać i budzić
u boku tej samej dziewczyny w tym samym miejscu?
To by była już jakaś gruba Incepcja.
Decyduję się pójść do Zakątka. Mój kolega pracuje
tam za barem, więc czasami skapuje mi jakieś darmowe
piwko. U góry drzwi zamontowany jest dzwoneczek obwieszczający przybycie nowych gości. Dzwoni. Wiem,
że to ona. Pamiętam dokładnie, w którym momencie
weszła; i ten moment właśnie nastąpi. Ale drzwi się nie
otwierają. Dzwonek dzwoni bez przerwy, lecz drzwi
pozostają zamknięte. Trwa to irytująco długo. Potem
uświadamiam sobie, że to dzwonek do drzwi wynajmowanego przeze mnie mieszkania.
Nie od razu udało mi się wstać, czułem się, jakbym spał
z tydzień. Miałem zastałe stawy i mięśnie. W końcu doczłapałem do drzwi. To był mój kumpel z uczelni. Spytał,
czy wszystko ze mną w porządku, bo nie było mnie na

13
opowiadania • miniatury • prozA
zajęciach. Odpowiedziałem zachrypniętym głosem, że
to tylko jeden dzień, a on na to, że cztery. Jakie cztery,
się go pytam, wybałuszając oczy. No cztery. Od wtorku.
A dzisiaj piątek. We wtorek faktycznie nie byłem na zajęciach. Musiałem spać od wtorku w nocy do piątku po
południu.
Z początku byłem w szoku i nie wiedziałem, co powiedzieć, po dłużej chwili odparłem, że żartowałem i że
jutro będę już na zajęciach.
Po kwadransie poszedł do domu, a ja pobiegłem do
kuchni i przez dobrą minutę raczyłem się wodą prosto
z kranu. Zrobiłem też jajecznicę z pięciu jajek, bo byłem
głodny jak nigdy dotąd, ale okazało się, że mój żołądek
skurczył się do tego stopnia, iż nie byłem w stanie jej zjeść.
Usiadłem przed telewizorem, wgapiając się w sunący
wolno pasek informacyjny, jak gdybym mógł wyczytać
z niego przyszłość. Ktoś tam się rozbił po pijaku, ktoś
buchnął pieniądze parze staruszków, podając się za policjanta, ktoś zabił siekierą małą dziewczynkę…
Wyłączyłem telewizor i rozciągnąłem się na kanapie.
W głowie miałem taki mętlik, że ledwo mogłem wybrać
z niego myśl, na której mógłbym się skupić. Następny
sen będzie o niej. W tych snach jest przecież żelazna
ciągłość. Następny sen będzie więc o Miłości Mojego
Życia. Pytanie tylko, co stanie się z moim ciałem, jeśli
nie będę chciał się obudzić. Czy umrę razem z nim? A
jeśli przydzwonię w coś przez przypadek i się obudzę,
to czy już nigdy nie będę miał szansy się z nią spotkać?
Nie muszę nawet w nic uderzyć, ktoś może po prostu
znów zadzwonić do drzwi.
Po przemyśleniu potencjalnych scenariuszy stwierdziłem, że nie ma się czego bać. Tak czy inaczej sprawa
sama się jakoś rozwiąże.
Tej nocy nie mogłem zasnąć, a gdy rano poszedłem na
zajęcia, okazało się, że rok akademicki dobiegł końca.
Nie byłem tym faktem specjalnie zdzwiony, dawno miałem wszystko pozaliczane, więc nie przywiązywałem
wagi do terminów. Po oficjalnym apelu poszliśmy do Indeksu opijać kolejny krok na drodze do pośredniaka. Co
prawda skończyłem z alkoholem, ale trzy piwka nikomu
jeszcze nie zaszkodziły, więc lekko niepewnym krokiem
wyszedłem z pubu prosto w ciepłe objęcia czerwcowego popołudnia. Za Kopernikiem zawinąłem w dół Oboźną i skręciłem w stronę konserwatorium muzycznego.
Dochodząc do skweru Wodziczki, od razu ją dostrzegłem. Zupełnie jakby to było przeznaczenie, bo przecież
nie siedziała specjalnie na widoku, a i jej włosy zmieniły
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
14
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
kolor na ten rodzaj blondu, który da się osiągnąć tylko
na długo rozjaśnianych ciemnych włosach. Z początku
nie chciałem w ogóle podchodzić, ale była z Grzesiem,
a alkohol krążący po moim ciele zdecydował, że temu
Grzesiowi to trzeba będzie się przyjrzeć. Przechodząc,
zerknąłem na nich niby przypadkiem i udając wielkie
zaskoczenie, przywitałem się z obojgiem. Grzesiek wyglądał w porządku. Normalny typ. Ani lamus, ani dres.
Ona nieco schudła, ale wydawała się być szczęśliwa. Jej
szczęście zabolało mnie do granic możliwości. Gdy na
mnie patrzyła, wyglądała, jakby widziała obcą osobę,
a my się przecież tyle czasu kochaliśmy. Pożegnałem
się i wypijając po drodze jeszcze kilka piw, ruszyłem do
domu.
Byłem do tego stopnia pokonany, że we wszystkich
napotkanych po drodze ludziach widziałem ten jej beznamiętny wzrok, którym obarcza się przechodniów, nie
siląc się nawet na zapamiętanie ich twarzy.
Kładąc się na kanapie, byłem już ledwo ciepły. Myślałem tylko o tym, żeby zniknąć i już nigdzie się nie pojawić. Sen zmorzył mnie tak szybko, że nawet się nie zorientowałem, że stoję na stacji metra Centrum, a obok
mnie stoi ona.
Widzę jej łzy i dłoń kurczowo ściskającą moje ramię.
Mówi, żebym nie odchodził, bo bardzo mnie kocha
i nie rozumie mojej decyzji. Jej zaszklone oczy wyrażają
bezgraniczną rozpacz, niezgodę na całe niezawinione
zło tego świata. Nic dziwnego, że dzisiaj nie chce mnie
znać. Skrzywdziłem ją swoim egocentryzmem i ma pełne prawo patrzeć na mnie z obojętnością. Miłości nie
wolno przecież odrzucić, jak śpiewał ktoś tam kiedyś.
W rzeczywistości było tak, że po zerwaniu chciałem
jechać do domu, ale ona pobiegła za mną do metra
i nie chciała mnie puścić. Zamiast dostrzec w jej oczach
bezgraniczną miłość i oddanie ja widziałem tylko psychopatkę, która się na mnie uwzięła, więc uciekłem się
do fortelu. Kiedy drzwi wagonu zaczęły obwieszczać,
że zaraz się zamkną, wyrwałem się i w ostatniej chwili
wszedłem do wagonu, zostawiając ją na peronie. Nigdy
nie zapomniałem tego bezradnego spojrzenia. W jej
oczach runął cały świat, a mi to jeszcze schlebiało.
Teraz przytulam ją mocno, a ona zaczyna mnie odpychać. Pyta, co ja sobie wyobrażam. Mówię, że nie wiem,
że przepraszam, że nie mam pojęcia, co mnie naszło,
jakaś chwila zwątpienia czy co. Uderza mnie z całej siły w twarz, plaśnięcie niesie się po całej stacji, lecz jakimś cudem się nie budzę. Po chwili przylega do mnie
i zaczyna płakać. Wychodzimy z metra, obejmując się.
Trwamy tak w upojnej symbiozie przez kilka dni,
chociaż widzę, że przestała mi ufać. Pyta, z kim się dziś
widzę, co będę robił i o takie tam. Proponuję, by wprowadziła się do mojej kawalerki. Chcę odbudować jej
zaufanie.
Po półtora tygodnia zaczynam się źle czuć. Kręci mi
się w głowie i miewam duszności. Idę do lekarza, ale
według niego nic mi nie dolega.
Miłość Mojego Życia robi mi zimne okłady, herbaty
z malinami i nieustannie mierzy mi temperaturę, która każdorazowo wynosi trzydzieści sześć i sześć. Pod
wieczór, koło dziewiętnastej, słyszę dzwonek do drzwi.
Nie mogę się podnieść, a gdy pytam Miłość Mojego
Życia, czy otworzy, odpowiada, że nikt nie dzwoni,
i z przestraszoną miną idzie po termometr. Dzwonek
jednak nie cichnie. Terkocze już chyba z dziesięć minut.
W końcu udaje mi się podnieść. Otwieram, a w drzwiach
stoi ona. Jest chudsza, ma zapłakane oczy i blond włosy. Wchodzi bez pytania i siada na kanapie. Teraz mam
w domu dwie Miłości Mojego Życia, przy czym jedna
nie widzi drugiej. Ta blond mówi, że Grześ ją zostawił
i że jest takim samym bydlakiem jak ja, druga natomiast
niesie termometr i każe mi się położyć. Próbuję spełnić
jej prośbę, ale w momencie, gdy ta niosąca termometr
siada dokładnie w tym samym miejscu, co ta płacząca
za Grzesiem, wszystko osuwa się w ciemność.
Zanim zaczynam cokolwiek widzieć, mija nieokreślona ilość czasu. Rok albo sekunda, sam nie wiem.
Z początku myślę, że oczy przyzwyczaiły mi się po
prostu do ciemności, ale zdaję sobie sprawę, że nade
mną tli się smuga światła. Dostrzegam zeszyt i ołówek.
Przez cały czas miałem je przed nosem. Z początku piszę „ratunku, pomocy” i tak dalej. Wyrywam kartki, składam je w samolociki i próbuję wrzucać w prześwit światła. Kilka z nich trafia w cel i znika w mdłej poświacie.
To moja ostatnia próba. Tym razem spisałem wszystko
dokładnie. Za chwilę złożę to w samolocik i postaram
się znów trafić w światło.
Jeśli ten samolocik trafi w twoje ręce, proszę, pójdź
do mojej kawalerki i sprawdź, co się ze mną stało. Być
może to tylko zły sen, być może dasz jeszcze radę mnie
obudzić. Znajdź też Miłość Mojego Życia i zapytaj, czy
wciąż mnie pamięta. 
wyniki konkursu
Toksyczny konkurs walę tynkowy zaskoczył nas różnorodnym podejściem do tematu i dostarczył niesamowitych wrażeń, za co dziękujemy! Dlatego miło nam poinformować, że:
Pierwsze miejsce zajęła Izabela Kudasik i jej „Przeczucia”.
Drugie miejsce należy do Grzegorza Bryka za „Praktykę drugiej połowy”.
Trzecie miejsce przypadło Izabeli Szymczak za „Obsesję”.
Postanowiliśmy oprócz tego wyróżnić jeszcze jeden tekst – za metaforyczność i ciekawy
styl – „Regulus” Agaty Rudnickiej.
NAGRODY:
I miejsce – „Kieszenie Przeszłości” Anety Rzepki oraz publikacja tekstu w kolejnym numerze „SOFY”.
II miejsce – „Adam i Ewy” Moniki Orłowskiej oraz publikacja tekstu w kolejnym numerze „SOFY”.
III miejsce – „Miseczka Szczęścia” Anety Rzepki.
Wyróżnienie – „Charlotte” Wiolety Strzelczyk.
Serdecznie gratulujemy Zwycięzcom! Prosimy o przesłanie adresu wysyłkowego e-mailem lub
o skontaktowanie się z nami przez Facebooka.
15
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
16
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Jan Maszczyszyn
Wnetwstąpienie
opowiadania • miniatury • prozA
O
bcy dotarli do Ziemi w niekształtnych bryłach
brudnego lodu. Wchodzili na orbity z zastanawiającym wahaniem źle pilotowanej maszyny. Tkwili
tam w obłędnym tańcu ponad rok, a potem miesiącami
przedziwnie zsuwali się w atmosferę. Nic z łagodnego
ślizgu, nic z upadku, nic z gwałtowności kolizji. Raczej
jak obrzydliwa masa spływającego kleju, pozbawiona
zwykłego dynamizmu wylewanej cieczy.
W łagodnym zetknięciu z gorącymi masami powietrza
lód pokrywający istoty uległ szybkiemu odparowaniu.
Całe niebo przecięły tłuste, wirujące smugi. Niesiony
wiatrem smród wplótł się w mgły niemające końca.
Zmieszał się z rosą i zanieczyszczał wilgoć dodatkowym, wstrętnym posmakiem. Zwykły oddech przenikały rozpylone kropelki cieczy dającej się porównać tylko
do jakiegoś obcego moczu. Wypluwane, barwiły ślinę
krwią. W obszarach podbiegunowych ciecz zamarzała
i padał przesiąknięty starym tłuszczem śnieg.
Wreszcie – zbyt wyczekująca bowiem była długa cisza
– rozległ się cichy, przeciągły grzmot podchodzących
do lądowania. Dopiero teraz można było rozróżnić pojedyncze ciała. Z daleka niekształtne. Przypominające
grudy zlepionych skwarek. Z bliska podobne do jaszczurów z wielkimi rozdygotanymi ludzkimi rękami.
Obcy pozbawieni kosmicznych statków? Bez skafandrów? Niemal nadzy wobec próżni? Tłumnie ruszyli
w gwiazdy w zwykłych latających gaciach?
Spleceni trzema parami rąk, w długich na kilometry roztańczonych rzędach spadli na uśpione miasta.
Z wrzaskiem wyrywającym z trzewi życie przelatywali
ponad tłumami zaskoczonych ludzi. Setki tysięcy trzymających się za ręce obcych. Rozśpiewanych, rozgwizdanych i wrzeszczących. Miliony ludzi umarły już pierwszego dnia, miliardów nigdy nie dobudzono ze snu.
Przeloty przypominały bombardowania dźwiękiem.
Niektórym kojarzyły się z pieśnią wigilijną, od której pękały mury, innym – z lawiną głosów słyszalnych nawet
w wirtualnym świecie Internetowego Spieku. Umierali tylko ci zdecydowani wyłącznie na rzeczywistość.
Innych oszczędzono. Jakby uzależnienie od netu stanowiło punkt zbieżny, ważny i istotny w próbie całkowitego zagarnięcia ekologicznej niszy zajmowanej przez
człowieka.
Nazywali siebie Hydrolami. Lądowali wokół głównych
pól Spieku. Kopali nory i czekali. Być może Internet
wylał się z czeluści kosmicznej nocy? Albo ktoś… w nim
zrodzony?
1.
Froyl stał na polu tuż za linią krzywych domów. Ściany
wybrudzono hasłami młodzieżowych przekleństw
i rozległymi panoramami graffiti. Rysunki falliczne
wprost szokowały dbałością o szczegóły. Prym wiodły
widoczne objawy nowych chorób. Przestały być zagrożeniem, więc przerodziły się w intrygującą zabawę.
W naturalnym zdobnictwie ciała modą stały się szczególnie choroby skóry. Podnóże murów wyglądało wobec tego jak jedna wielka wysypka ropiejących wrzodów. Całość tworzyła przejaskrawioną paletę kolorów,
przy których tęcza była bladą kurwą.
Froyl poruszył stopą. Ciepła maź zachlupotała. Pod
miękką watą dziwnego kurzu kryły się rozległe, płytkie kałuże, tak że po chwili nawet najsuchsze miejsce
nasiąkało galaretowatym płynem ogólnoplanetarnej
sieci. Błyskawicznie wypełniał stopy stojącego. Skóra
pękała, kości miękły, a podeszwy stawały się cięższe
niż tona zardzewiałego żelastwa. Wystarczyło, że zaszło
podejrzenie o nieuzgodnioną zmianę hasła, zły login,
zafałszowany certyfikat binarny, a sieć natychmiast
upominała się o swój płyn i w jego poszukiwaniu wypróżniała do zera system krwionośny delikwenta. Ból
był straszliwy, a ryzyko zapieczenia podwójne. Suchość
oznaczała brak kontaktu ze środowiskiem, odrzut
i zwykle prowadziła do szaleństwa. Należało wstrzymać na możliwie długo oddech. Zatrzymać większość
procesów życiowych w Realu. Przeczekać do czasu
wyprodukowania namiastki naturalnej krwi i zastartować organizm na nowo. Najgorsze jednak pozostawały
wymogi natury biurokratycznej. Mówiono, że zmiany
w jakiś sposób wymusili na sieci Hydrole. Nowe logowanie do systemu, wbijanie haseł i uzupełnianie kodów
zajmowało tygodnie. A sama aklimatyzacja w wirtualnych rzeczywistościach? Niekiedy stawała się po prostu
niemożliwa.
Froyl wylogował się. Odetchnął pełną piersią, zakasłał
i w kilku susach ponad wszędobylskimi kałużami dotarł
do popękanego chodnika. Miał tu stary samochodowy
akumulator, na którym usiadł. Ostrożnie, wręcz z nabożną czcią, ściągnął wełniane skarpety. Po Spieku wyglądały niczym o kilkanaście rozmiarów za duże rękawiczki. Setki iskier wystrzeliły od materiału, przepełzły
mu przez palce i spłynęły do ziemi. Rozmasował suchą
jak pergamin skórę. Wstał. Rozluźnił mięśnie. Splunął
kilkakrotnie. Po przebywaniu w sieci na języku zawsze
gromadził się obrzydliwy nalot.

17
opowiadania • miniatury • prozA
Z wolna powracał słuch. Dochodziły pomieszane głosy. Bardzo odłegły śmiech, płacz i nieco bliższy odgłos
cichej rozmowy. Ujrzał zamazane, potem coraz wyraźniejsze sylwetki krzątających się Froggies. Kątem
oka podpatrywał te człekopodobne istoty. Z wyglądu
przypominały małe dzieci, z zachowania – zrzędliwych
starców. Coś robiły ze stojącą głęboko zalogowaną kobietą. Z pewnością utknęła w najgłębszym Spieku. Jej
włosy dymiły, a z uszu, jak z nieszczelnego zaworu, wydobywał się cichy syk. Kamienna twarz wyrażała obojętność trupa. Froggies, podśmiewając się, spłaszczały
jej brzuch. Froyl wielokrotnie już widział tego rodzaju
spłaszczanie i tym razem widok nie wywołał torsji.
– Froyl! Froyl Froyl! – pisnęły w jego kierunku maluchy.
Człowiek jakoś zawsze im imponował.
– Co tam grzebiecie? Znowu problemy z trawieniem?
– spytał, zamierzając iść do kobiety.
Na widok jego niepewnego kroku warknęły złowrogo.
Ostentacyjnie znieruchomiał.
– Zapiek. Ma zapiek – wyjaśniły. – Wielki czteromiesięczny zapiek. Dziwne, że nikt nic nie widział. Chodziła po
Realu i nikt nie widział. W samotności wybierała szkodliwe opcje. Wysuszające…
Froyl obojętnie przyglądał się rozciąganym na brzuchu kobiety kawałkom skóry. Małe ręce maluchów
pracowały śpiesznie. Jedne delikatnie wygładzały i naciągały, inne wyskakującymi z palców szponami przebijały, cięły i rzucały na ziemię schnące szybko kawałki
brzucha. Na gorącym błocie internetowego Spieku
fragmenty zwijały się i kruszyły jak kawałki szarego
mydła. Pachniały nawet podobnie.
Kobieta stała z wysoko wyciągniętymi rękoma, dumnie wypięta, wibrująca w wirtualnym śnie, a drżąca w
Realu jak boleśnie strugana lalka. Piersi przeświecały starym srebrem, a usta pokrywała gruba warstwa
szminki. W wąskiej szparce krzywej wargi czerniały dwa
przegniłe zęby.
Coś chlupnęło i pociekło wzdłuż kolan przekształcanej. To, co upadło potem na płaski kamień, wyglądało
na najdziwniejsze stworzenie, jakie udało się zobaczyć
Froylowi w całym krótkim życiu. Ciągnęło za sobą długi
oślizły przewód, łączący się gdzieś głęboko ze stojącą
nieruchomo postacią.
– Boli, boli, boli… – skomentowały pracowite maluchy. Zaśmiały się krótko, przydeptując to coś mocniej
do powierzchni ziemi, aż pękło jak nadmuchana torebka po hamburgerze.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
18
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
– To obcy?
– Tak, tak, tak. Obcy – przytaknęły zgodnie.
Jeden z Froggies zbliżył się. Sięgał mu zaledwie do
pasa, a patrzył spode łba. Rozwarł usta w szkaradnym
metalicznym uśmiechu, jakby już w młodości stać go
było na srebrne wypełnienia ubytków w szczęce.
– Hydrole robią wasze brzuchy robaczywymi w Realu.
Wiesz o tym?
– Robak? Prawdziwy ludzki robak? Pokażesz mi go? –
zapytał Froyl poruszony.
– Nie. Lepiej już sobie idź, Froyl – odmówił stanowczym tonem maluch, wskazując pobliskie domy. – Idź
tam. Niech twoi chłopcy cię wsadzą do wanny. Niech
cię dobrze wymoczą w środkach odżywczych dla skóry.
Niech przetrawią za ciebie. Wymienią płyn limfatyczny. Podregulują skład krwi i wymienią filtry w nerkach. Za chudy
jesteś. Pogarbiony i bardzo suchy. Potwornie suchy…
Froyl posłuchał. Pobiegł koślawo, trenując równy oddech. Odprowadziły go krzywe spojrzenia Froggies.
W biegu wcisnął skarpety sieciowe do kieszeni spodni.
Truchtał w stronę obdziobanych bloków. Zawsze po
wyjściu ze Spieku świat przypominał stare, pożókłe
fotografie. Tak było i teraz. Mroczne, zamazane obrazy,
nierzadko z dziwnie skrzypiącym podkładem muzycznym fragmentów plików mp3, koegzystujących w mózgu z jeszcze niewyraźnymi dźwiękami z Realu.
Poprzez setki lat informatycznej rewolucji sieć przyjęła formę płynu. Rozlewał się tuż pod powierzchnią
gruntu, gdzie lśnił zaledwie widoczną wilgocią. Głębiej
przesączał się niemal poprzez wszystkie warstwy Ziemi
aż do samego jej zimnego już jądra. Wyparł wodę. Zastąpił oceany. Wessał w siebie chmury. Zwykły kamień,
roślina czy zwierzę, naciśnięte nawet z niewielką intensywnością palcem, wydzielały galaretowatą ciecz. Stąd
te utraty kształtów, zmiany kolorów i stępienie ostrości
zarysów pod wpływem zwykłego wiatru.
Froyl popchnął skrzypiące drzwi. Przebiegł kilka
schodów i znalazł się w zimnym korytarzu kamienicy.
Zobaczył zarys niepokojąco rozdrganego cienia. Ktoś
tu siedział i machał paskami sieciowych kodów. Froyl
przypuszczał, że zna siedzącego.
– Cześć, Pencil – zaczął. – Nieźle wyglądasz – stwierdził,
chociaż z daleka zalatywało kłamstwem. Obraz wyostrzył
się nagle, potem przejaskrawił jak w źle wyregulowanym
monitorze. Pencil chorobliwie chudym ciałem opierał
się o odrapaną ścianę. Jego oczy tonęły już głęboko w
czaszce, jak gdyby wciągnął je stale kurczący się mózg.
– Już sobie postałeś? – zapytał. – Człowieku, nie widziałem cię szmat czasu. Szkoda twojego życia na pole,
za dużo formalności loginu. Ja mam stanowisko w piwnicy. Niezła szybkość przesyłu danych – przekonywał.
Jego oczy dawno przestały być ludzkie. Przez źrenice
przeświecał brudny metal.
– Ja żyję moją miłością. – Froyl ciągle nie potrafił wyrównać oddechu. – Znalazłem ją. – Słowa wciąż posiadały odległe brzmienie. Jakby produkowało je dno
brzucha albo brudna powierzchnia ściany. – Jest cztery
kilometry stąd – dodał wreszcie normalnie.
– Ta twoja dziwka? Na polach Broomville?
Skinął głową. Słowo „dziwka” nie było obrażające, raczej zabrzmiało odświętnie, szczególnie dzisiaj.
– Zgadłeś. Od zawsze wiedziałem, że istnieje gdzieś
w pobliżu. Nikt jej nie uprowadził, nie zrobił resekcji,
nielegalnych podprowadzeń i kanałów. Po prostu zapiekła się na łączach.
– Zobacz moje sieciówki – wymruczał Pencil, wskazując ruchem głowy niechlujne skarpety. Jakieś iskry
strzeliły z nich aż do muru. – Też się zapiekły. Uciekałem
od tego portalu obcych już w Realu.
– Nie stój na betonie, ośle. Przecież tam nie ma pola.
Ugotują ci się nogi! – Froyl stał w osłupieniu, przypatrując się nogom Pencila. Przypominały oparzone nad
gazem udka niedzielnego kurczaka.
– Pierdolę to! – rzucił rozgoryczony Pencil. Machnął
w końcu ręką. – Ile jeszcze zostało nam lat? Pięć? Dziesięć? Nastawiam czas na sieciowy miesiąc, a budzę się
po roku. Potem nie mogę dojść do siebie przez tydzień.
Czy ty też cierpisz na rozbłyski dzikiego światła w Realu?
Froyl skinął w milczeniu głową.
– Wszyscy zamienimy się w potwory – kontynuował
Pencil. – Ale lepiej idź już, bo czekają tam na ciebie twoje maluchy, Froggies.
Powiedział to ciepło, jakby od niechcenia, ale Froyla
przeszedł zimny dreszcz odrazy. Znowu to samo!
Niechętnie wdrapał się na swoje piętro. Zastał drzwi
do mieszkania oparte o ścianę. Widocznie któryś
z zapalczywej dziesiątki wyrwał je z zawiasów. Wszedł
do zimnej kuchni. Stały, sukinsyny, w jednym rządku,
szczerząc ząbki w jadowitym uśmiechu. Ze zdziwieniem doliczył się szesnastu. Były w różnym wieku, ale
większość nie przekroczyła czwartego roku życia. Dwa
wyglądały na niedorozwinięte roczniaki z zaledwie wykształconą mordą. Wszystkie nagie, jak zwykle posiniałe i mokre od jakiegoś wstrętnego potu.
– Froyl! Froyl! – zawołały z jakimś niezdrowym entuzjazmem. Te najbliższe pomogły mu ściągnąć koszulę,
jeszcze inne spodnie. Niektóre głaskały go z zainteresowaniem po pośladkach. Ze skupieniem poszukiwały jakichkolwiek śladów przemiany materii. Niestety odbyt
wyglądał na całkowicie zrośnięty.
– Boli? Boli? Boli? – pytały, naciskając goły brzuch.
– Nie – odpowiadał przy każdym nacisku. – Jest suchy.
Jeżeli rozumiecie, co mam na myśli.
– Tak, tak. Suchy – rzuciły zgodnie i ospale. Zawsze
udawało im się operować chóralnym półgłosem. Nic,
nawet zająknięcia. Perfekcyjnie audiodopasowani.
– Masz sny? Śpisz? – pytały.
– Nigdy nie mam na to czasu. Zwykle stoję na polu.
– I nie wiesz, czy podczas Spieku śnisz?
– Przebywanie w wirtualnym świecie Spieku jest jak
sen. Zwykle czekała tam moja dziewczyna, Ropen,
dopóki jej nie zgubiłem w jakiejś nowej przeglądarce.
Zwyczajnie zmieniłem skórkę, a tu wpadł spam, jeden
i drugi. Dwie strony dalej. Kanał gier, jakiś szybki przelot
po odsyłaczach, powrót. I znów powrót. I nie ma mojej
dziwczyny-snu. Brak adresu. Zero kompletne. Sprawdzam historię. I coś wymazało ją doszczętnie z historii.
Czytam. Brak danych. Sprawdź prawidłowość wbitego hasła. Sprawdzam. Milion razy. Gubię się. Głupieję.
I znów wchodzi spam obcych…
– Logowała się do tego samego portalu? Mieliście
dzieci?
– No, kochaliśmy się niezliczoną ilość razy.
– No to posiadacie jakieś potomstwo?
– Ależ skąd. Przecież musiałoby się urodzić w Spieku,
wirtualnie. Bez sensu.
Milczały przez chwilę, gładząc jego podbrzusze.
– A my?
– Co wy? – Niemal się wściekł, pytając. Dłonie mu
drżały, usta stały się zimne i wąskie. Nawet nie przypuszczał, że pytanie wyzwoli tyle obrzydzenia. – Co za
insynuacje? Kurwa!
– Ostatnie dziecko w Realu urodziło się naturalnie ponad dwieście lat temu – podpowiedziały.
– Ty nie masz już szans – wyśmiał go ktoś z boku. –
Twoja Ropen nie posiada nawet aktywnych piersi
w Realu.
– Ptaki wydziobały jej sutki! – zaśmiał się jakiś zasmarkaniec z tyłu.
– Jej układ krwionośny kończy się na płucach – skomentował stojący najbliżej wanny.

19
opowiadania • miniatury • prozA
– Mylicie się. Znajdę ją i wam udowodnię, że wszystko
działa, jak należy.
– Prędzej ja ci udowodnię, że urodzi się ludzki potomek ze związku z Hydrolami.
– Zawsze mówiliście, że ta planeta nas, ludzi, już nie
chce. To po co wam potomek skrzyżowany z Hydrolami?
– Bo to prawda. Was, ludzi, już nie…
Kilku malców doprowadziło go do wanny.
2.
Wynurzył się mokry, kapiący tłuszczem i pokrzepiony.
Jeszcze w wannie Froggies zaaplikowały mu tuzin oleistych porcji wchłaniaka, przeczesały skąpe włosy i posmarowały kremem ospowatą twarz. Kiedy wyszedł, rozbiegły
się po kamienicy, niosąc pomiędzy ściany dziki śmiech.
Jeden pozostał. Gapił się z rozdziawioną paszczą tak
długo, że Froyl zdążył się doliczyć chyba z siedemdziesięciu ostrych zębów. Błyszczały jak ostrze fabrycznie
nowej piły. Wreszcie malec podszedł do okna. Pluł, usiłując dosięgnąć śliną chodnika. Charkanie i głośny gulgot były nie do wytrzymania. Froyl miał dość. Rozejrzał
się wokół i z całej siły kopnął brzdąca w dupę, aż puścił
bąka. Nic to nie zmieniło. Mały zaczął podejrzliwie węszyć. Przechylił się przez parapet.
– No, wąchaj, wąchaj! Nie wiem, co, do kurwy nędzy,
robią tam z wami w banku spermy, bo jakoś coraz dziwniej im to wychodzi.
Froggie odwrócił się wolno.
– Nie przypominacie wcale normalnych dzieci – kontynuował człowiek. – Słoik nanobiontów domieszali do
genotypu w waszej maminej kadzi? Pewnie nie było to
nic ludzkiego! Brak w waszych twarzach duszy. – Froyl,
ubierając się, mówił powoli. Trochę kręciło mu się
w głowie po tym obżarstwie. Znów przez obraz
przebiegły jakieś śnieżne pasy, biegnące tym razem
w poprzek. Mrugnął kilkakrotnie. Zakłócenia wpadły
z sykiem pod prawą powiekę. Uwolniły pojedynczą łzę,
ciężką jak kropla oleju. Wstydliwie roztarta na policzku
przypominała smugę czerwonego smaru.
– To zależy od tego, kto i jak rodzi – wyjąkał mały.
Z trudem wymawiał słowa. Jego oczy stały się mocno
okrągłe. Niemal wypadły z orbit. – Dlaczego ja zawsze
muszę znosić twoje humory? – dodał z pretensją. Nagle
wlepił wzrok w gołego fiuta.
– No, popatrz sobie, popatrz… podglądaczu! Może
wypadniesz na skwer z wrażenia.
– Niby na co mam patrzeć?
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
20
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
– Sikacz ciągle pracuje.
– Bo krwawi?
– No i siknie czasami moczem – wyjaśnił Froyl z dumą.
Maluch wzruszył ramionami. Potem pokręcił głową
w niedowierzaniu.
– Ludzie kłamią – zakończył, przysuwając się z powrotem
do okna.
Froyl zapiął wreszcie oporny rozporek. Wchłaniaki wysadziły mu brzuch. Miał wypocić to syntetyczne świństwo przy następnym kąpaniu. Nie marnował więcej
czasu. Wybiegł z domu.
Pencil spał na chodniku. Obok siedziały jego Froggies.
W milczeniu patrzyły na swego pana. W oczach chowały
zniecierpliwienie i zwykłą złość.
Froyl przebiegł drogą do najbliższej przecznicy. Minął
kilku nieśpiesznie spacerujących ludzi, podążających
za nimi wiecznie rozgadanych maluchów, przeźroczystego konia usiłującego wyrwać z pęknięcia chodnika
młodziutką trawę i wysuszonego kota śpiącego na parapecie okna. Real zaskakiwał monotonią. Brakowało
roślin. Brakowało tężyzny kolorów. Nawet powietrze
wypełniał smród po lądowaniu obcych, chociaż od tego
faktu minęło już dwadzieścia długich lat.
Po kwadransie dotarł do narożnego sklepiku używanej
odzieży sieciowej Babuni Volta. Kradzione, a potem przeszywane ciuchy Hydroli stały się idealnym remedium
na zaprogramowane dolegliwości netu. Nierzadko sam
tradycyjny Splot Hydrolski nie wystarczał. Niezbędne
były kody obcych. Nie obywało się bez dodatkowego
logowania każdej nitki z osobna. Artystka robiła to
w godzinę. Amator grzebał się z hakowaniem miesiącami. Częstokroć ponosząc śmierć przy próbach wchodzenia do Spieku.
Wykradanie ciuchów obcym należało już do historii.
Wiązało się z ryzykownym podkopem do ich szatni,
niejednokrotnie z walką, a czasem i śmiercią. Nielicznym się udawało. Często założenie czegoś hydrolskiego
doprowadzało do infekcji niszczących skórę, a czasem
do paraliżu ciała. Nie było nikogo, kto parałby się tym
ryzykownym zajęciem na stałe. Oprócz Babci Volty.
W centralnym punkcie wystawy wisiały srebrzyste
kalesony. Na tym sprzęcie Hydrole pokonali otchłanie
kosmicznej przestrzeni. Bardzo ciężkie w pilotowaniu,
siermiężne, niekiedy dopasowane do ludzkich nóg.
Pencil często wspominał dziadka Wasyla. Stary ubrał
kiedyś to kurewstwo i wyrżnął w locie w drzewo, ledwo
uchodząc z życiem.
Potężna moc kalesonów pozwalała na połączenie się
z kwantową siecią Spieku wprost z powietrza. Pencil
opowiadał, że czasem odnajdowano kilkudziesięciu
sczepionych razem na drzewie ludzi. Do tej pory nikt ich
nie dobudził. Ponoć, gadał Pencil, przeszli na Uchlejstwo.
3.
Dom Dreda stał na drugim końcu miasta. Niegdyś kleił
się do ściany drapacza chmur, a od czasu inwazji przylegał już tylko do wyniosłych ruin. Dred miał niewielki
pokój na poddaszu. Okna wlewały tu sporo światła.
Brakowało w nich szyb i jedynie kratownica ram wycinała wzór cienia na ścianach. Może dlatego słońce
z taką łatwością przejaskrawiało kilka krzeseł i niewielki
stół z plastiku.
Wejście Froyla było dość niespodziewane. Siedzący
przy stole Dred błyskawicznie przykrył coś szmatą. Ale
grymas strachu zmiękł i twarz rozpogodziła się na widok
egzaltowanego gościa.
– Dred, znalazłem ją!
– No, mów – spokojnie zachęcił Dred, wpuszczając
kroczące za Froylem maluchy. Dokładnie siedmioro.
– Ropen jest zalogowana na polu Broomville. – Jego
oczy błyszczały, gdy to oznajmiał.
– To po drugiej stronie miasta – stwierdził z niechętnym grymasem Dred. Przydusił peta w popielniczce.
Jeden z Froggies wyczyścił stół i posprzątał niedopałki.
– Idziemy? – zapytał Froyl.
Dred nienawidził tego natrętnego tonu u przyjaciela.
Spojrzał na niego przenikliwie. Chudy głupek pocił się
i drżał podekscytowany. „Cóż znaczyła jakaś zagubiona
dupa na odległym portalu? Jeszcze Broomville, skąd,
jak ogólnie wiadomo, się nie wraca”, pomyślał.
– Raczej nie teraz. O tej porze cały teren roi się od
Froggies. Nie odpuszczą nam samotnego spaceru.
– Dlaczego?
– Są zazdrosne.
– O co?
– Zwyczajnie. O miłość. Niewielu opiekuje się ludźmi.
Te osamotnione są najgorsze.
– Nie pójdziesz?
– Powtarzam: nie teraz.
Twarz Froyla pozostawała niewzruszona odmową.
W jego dłoni błysnęła tabletka spina. Był to niemal niedostępny po tej stronie globu rodzaj dopalacza netowego.
Dred uśmiechnął się. W końcu machnął obojętnie ręką.
– Pójdziemy wcześnie rano. Popołudniami Hydrole
wygrzewają się na łąkach tuż pod lasem!
Dodana uwaga w zupełności wystarczyła, żeby na
dzisiaj ostatecznie ugasić zapał przyjaciela. Jego oczy
zmatowiały, wyglądały teraz identycznie jak plamy
tłuszczu na jego wiecznym golfie.
– To kiedy? – upewniał się jednak niecierpliwie.
– Mówiłem ci. Jutro rano. I nie pójdziemy tam bez
broni. Zbudowałem świetną pukawkę z resztek browninga, rolsona i szamiatnikowa. Mówię ci, cudo myśli
rusznikarskiej.
Dred odrzucił szmatę. Odsłonił precyzyjne narzędzie
do zabijania. Broń przypominała dwa ping-pongi połączone misterną plecionką złotych nici. Lufa i rękojeść były czarne, a zasobnik na energię różowy. Już na
pierwszy rzut oka przedmiot wyglądał na miks konstrukcyjny posiadający wielu ojców.
– To wymiatacz mojej konstrukcji – dorzucił Dred,
jakby jedno wyjaśnienie nie wystarczało.
Froyl odsunął się z przestrachem.
– Wypróbowałem go… – zawiadomił przyjaciel z udaną powagą. Uniesione brwi świadczyły o co najmniej
udanym eksperymencie. Jedną ręką sięgnął po butelkę
whisky stojącą pod stołem. Napełnił dwie szklanki i jedną postawił przed Froylem.
– Przełam spina na pół i wrzuć – powiedział tonem
nieznoszącym sprzeciwu.
Wypili. Obaj przez chwilę z trudem łapali oddech.
– Ciężko jest żyć w Realu bez tego stuffu, Froyl. – Dred
pojednawczo klepnął kumpla w ramię. – Chodź, coś ci
pokażę – dodał, ciągnąc go za rękę.
Razem upchnęli wrzeszczących Froggies do szafy.
– Chcemy być sami. Przynajmniej na chwilę – przekonywali rozwrzeszczaną hołotę.
– Gówno, gówno, gówno! – zawodziły, kopiąc wściekle
drzwi.
– Chodź, Froyl. Te drzwi wytrzymają jakiś czas.
Przeszli przez pół kamienicy i wyłamali zamknięte
drzwi do mieszkania starego Wasyla. Zastali tam kompletny bałagan. Przed parapetem okna stał mały Froggie. Był goły, tak jak wszystkie Froggies w jego wieku.
Podeszli bliżej. W głowie dzieciaka ziała okropna dziura
sięgająca stóp. Lej był wydrążony w srebrnej, metalicznej masie. Dred włożył rękę do środka. Chwilę coś
drapał. Wyciągnął. Jego wskazujący palec pokrywała
gruba warstwa srebrzystej masy.
– Skosztuj tego – powiedział znów tym swoim głosem
tyrana.

21
opowiadania • miniatury • prozA
Froyl polizał.
– I co?
– Słodkości.
– Dziadek Wasyl mówi, że smakuje jak czekolada. Była
kiedyś taka sprasowana masa z kakao, cukru i mleka. –
Oblizał dokładnie palec. – Wasyl mówi, że one smakują
jak czekoladowe zające wielkanocne.
– On zawsze tutaj stał?
– Hektor? – Dred wzruszył ramionami. – Zawsze.
– U mnie też taki Hektor ciągle stoi przy oknie. Co one
robią?
– Może to strzelec wyborowy, do kurwy nędzy. Co
myślałeś, że te dzieci opiekują się nami z dobroci serc?
Zawsze było na odwrót. To dorośli opiekowali się dzieciarnią i tłukli to to pasem po gołym tyłku albo kazali
klęczeć w kącie na grochu.
Froyl przełknął głośno ślinę.
– Jutro pójdziemy po twoją Ropen. I niech nikt się nie
ośmieli stanąć nam na drodze – oznajmił Dred, wymachując bronią. – Będziesz miał z nią prawdziwe dzieci?
– Obiecywała mi to za każdym razem, kiedy kochaliśmy się w Spieku.
– I ty wiesz, jak się to robi w Realu?
– Jak? – Froyl przełknął znowu ślinę, tym razem całkowicie zmieszany.
– Ona musi ci się oddać – powiedział Dred i na widok
miny przyjaciela parsknął niepohamowanym śmiechem.
– Całowaliśmy się aż do orgazmu.
– Froyl, durniu! Od tego nie rodzą się dzieci. Musisz
być sprawny seksualnie. Wiesz, ona i ty. Zdrowe genitalia przede wszystkim, a tobie nawet już odbyt nie
działa. Poza tym nie zapominaj o okresie płodności u
kobiety. Nigdy, powtarzam, nigdy dotąd nie widziałem,
żeby Spiek tak od siebie pozwolił na wylogowanie się
kobiety w dniach jej płodności. A twoja…
– Ropen Agamhout Sterson – podpowiedział Froyl z rozszerzającym się uśmiechem. – No co? Tak się nazywa.
Dred tylko postukał się palcem w czoło.
– Pamiętasz twoich rodziców? – zapytał wolno.
– Obawiam się, że nie. – Oczy Froyla wypełniły się
dziwnym matem. – Opowiadano mi, że zginęli w kampanii antywirusowej.
Dred uśmiechnął się z pobłażaniem.
– A ty wierzysz w takie brednie?
– W jakie?
– A takie, że istnieją wirusy.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
22
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
– To są programy.
– Pisane przez ludzi?
– Pisane przez programy.
– Czy ty też robisz się czekoladowy w środku? Powoli
konwersacja z tobą zamienia się w rozmowę z półgłuchym Froggie.
– Froggies niedosłyszą?
– I niedowidzą… Po prostu Internet jeszcze nie całkiem wylał się do rzeczywistości.
4.
Wczesnym rankiem wyjechali starą, koślawą taczką na
ulicę. Zwolnili przed skrzyżowaniem. Nigdy nie widzieli
czegoś podobnego. O ścianę stał oparty trup kobiety.
Nawet nie była sina czy cuchnąca zgnilizną. Zwyczajna,
sucha, jakby wystrugana z jednego spękanego kawałka
drewna. Obok następna. Siedząca w rozkroku. Wszystkie bez brzucha. Jakby ktoś kopnięciem wyrwał z ciała
wielką piłkę wraz z wnętrznościami.
– To, według ciebie, nazywa się spłaszczanie? – spytał
Dred, kręcąc głową z powątpiewaniem.
– Nie wiem. Te są jakieś inne.
– One są suche. Ściągnięte ze Spieku. Dlaczego, myślisz,
proces nosi taką nazwę? Wysusza? Spija z nas wodę?
Powiedz, że nie wiesz.
W odpowiedzi Froyl wzruszył ramionami. Był zły od
wczoraj. Za to głupie pytanie o orgazm. Jakby on, Froyl,
był głupim dzieciakiem i miał uwierzyć w takie bzdury
jak genitalia.
Za skrzyżowaniem rozpoczynały się place zabaw
Froggies. Nikt nie przejmował się miastem, odbudową ulic czy poprawą zdewastowanej infrastruktury. Na
ruinach powstawały zjeżdżalnie, kręte aleje do biegów
wyczynowych, dziury do gry w chowanego. Co innego
mogły zbudować dzieci?
Przeszli pośpiesznie kilka skrzyżowań, przetoczyli się
przez parki i dziesiątki galaretowatych kałuż. Każdy
skwer wypełniały śpiące Froggies. Hałas budził nieliczne. Przebudzone, unosiły głowy i wodziły za nimi złowrogimi spojrzeniami.
Idącego obok taczki Froyla oblał zimny pot. Przeczucie go nie myliło. Jakiś malec pobiegł za nimi, smarkając
i kichając raz za razem. Chciał zajrzeć pod koc, którym
przykryta była skrzynia ładunkowa. Gwałtownie szarpał materiał, ale Dred z rozmachem kopnął go w tyłek.
Froggie odskoczył i wybuchł wrzaskliwym płaczem.
Potem biegł tuż za nimi, próbując złapać Froyla za rękę.
Rączka była malutka, pulchna i mokra od łez. Froyl
uchwycił podaną dłoń i w złośliwym uścisku pociągnął
malca za sobą. Pamiętał Nockolsona, któremu dzieciarnia wygryzła dziurę w brzuchu tylko dlatego, że nie
chciał się bawić. Zresztą hałas obudził już wszystkich
innych. Przecierali zaspane oczy.
Poza miastem rozciągało się lądowisko obcych. Zapach świeżo drążonej ziemi ciągnął się daleko poza
horyzont. Przechodził nawet pod miastem Hamilton,
wdzierał się w pradawne, rozłożyste plaże bez morza,
pod skały i w martwy już las. Wylądowali tutaj w skłębionym tłumie – zupełnie innym niż pozostałe. Długo
nie mogli zapanować nad zamieszaniem. Kłócili się
o każde miejsce. Spierali o miękkość podłoża. Grymasili, kto pierwszy ma kopać i jak. Wielu ludzi opowiadało historie o porzuconych w okolicy Broomville kalesonach obcych i majtkach z zasranymi nogawkami.
Niewątpliwie był to sprzęt latający wysokiej klasy, skoro
przylecieli na nim aż z gwiazd. Zresztą to właśnie stąd
pochodziły ciuchy Uchlei.
Kiedy wjechali taczką pomiędzy wylegujące się na
słońcu cielska, powitało ich wrogie porykiwanie i chrząkanie. Obcy z wyglądu przypominali foki. Posiadali trzy
pary rąk, na których chwiejnie stali, krótki ogon i szeroki łeb. Nie daj Boże, żeby przewrócili się nieoczekiwanie
na grzbiet! Rozpoczynali wówczas zespołowe klaskania. Niejedno miasto wymarło po tych hipnotycznych
dźwiękowych seansach.
Obcy zwykle wylegiwali się w pobliżu pól Spieku.
Froyl podejrzewał, że podkopują się pod stojących
i pozwalają młodym odgryzać palce z bosych nóg ludzi.
Sam często budził się z dziurami w skarpetkach i z krzywo obgryzionymi do krwi paznokciami.
– Skręćmy w stronę lasu. Oni cuchną jak breja w misce
z naczyniami.
Froyl zgodził się w milczeniu. Jemu smród kojarzył się
z parą zdechłych na słońcu kotów. Po prostu czasem tak
mieli. Niezgodność skojarzeń.
Nagle za zakrętem zobaczył kilka stworów większych
niż reszta. Unosiły głowy i przeciągle ziewały, ukazując
rzędy niekończących się zębów. Otwarte usta przypominały kratownicę samochodowej chłodnicy z bardzo
starych modeli. Zawsze zastanawiało go, jak jedzą.
Przesiewają pokarm? Wciągają niczym odkurzacz poprzez drgającą szatkownicę ostrych jak noże siekaczy?
Skręcili w stronę lasu. Kilka cielsk, stękając, powlekło
się za nimi. Od strony miasta nadbiegały spanikowane
Froggies. Nie wyglądały na ludzkie dzieci. Za dużo było
w ruchu gromadki sztucznej posuwistości szachowych
figur. Sunęły jak martwe rzeźby po grubo nasmarowanym tłuszczem marmurze. Tylko ich ogłuszający wrzask
brzmiał swojsko i przywodził na myśl podpalane szybko przedszkole.
Przyśpieszyli. Krzaki pełne były młodych Hydroli. Do złudzenia przypominały wielkie żaby i, w przeciwieństwie
do starych, w ich spojrzeniu wiele było z automatyzmu
zwierzęcia. Trzeszczącą taczkę nagradzały warczeniem.
– Pośpiesz się.
– Robię, co mogę. Trudno mi chodzić. Od tygodnia nie
mam wielkiego palca u prawej stopy.
– No chyba sobie żartujesz? – Froyl był zaskoczony
i zdezorientowany.
– Ktoś odgryzł go na polu.
– Na naszym polu? To gdzie my teraz będziemy stać?
Objął ich cień lasu. Przez drzewa przewijała się mgła.
Miała w sobie coś nierealnego i sztucznego. Froyl pamiętał ją jeszcze z okresu inwazji. Bezpośrednio poprzedzała nalot splecionych ciał. Mówiono, że jest gazowym serwerem i każdego roku rośnie pod wpływem
Głosu Nieba – dziwnych komunikatów mających więcej
wspólnego z promieniowaniem reliktowym niż ze zwykłą informacją.
Mgła, nadchodząc, zamieniała jasny dzień w mrok
nocy. Wzrok doprowadzała do granic bolesnej ślepoty.
Wielu uznawało ją za rodzaj zwierzęcia. Tolerowała osoby wolno wędrujące. Natomiast biegnące doprowadzała
do utraty przytomności, a nawet i śmierci. Od lat tkwiła
w tym samym miejscu, w lesie, niezmącona i wyczekująca.
Mimo to obecność drzew uspokajała. Spękane pnie
pięły się wysoko w niebo. Z bezlistnych szczytów gałęzi
zwisały ciała ludzi. Głęboko wrastali w korę. Niektórzy
do łokci nierozpoznawalnie zespalali się z konarami.
Inni tłumnie oblepiali pień jak ćmy. Wielu zamieniło
się w nieodróżnialne od drzewa bulwy, pokryte tylko
jaśniejszą korą.
Wszyscy logowali się w sieci wspólnie z drzewem jako
jeden symbiotyczny organizm. Ten gatunek człowieka
nigdy nie opuszczał Spieku. Niekończące się blogi,
które wymagały personalnej obecności, aktywności
mailowe, natręctwa niezliczonych forów, kustomizacje nowych Windows, bloki dodatkowe, rozwinięcia
programowe, no i ciągle modne skórki zapalające się
warstwami tatuaży na skórze pleców i brzucha. Nocą
wisielce przypominali kolorowe lampiony.

23
opowiadania • miniatury • prozA
Byli nałogowcami. Nogi i głowy Uchlei drżały w ekstazie nowych bytów. Organy wewnętrzne, już bez
wrodzonych funkcji życiowych, podejmowały bezsensowne sieciowe gry nowotworowe. Na innym poziomie system immunologiczny brał udział w grach wirusowych, a komórki upajały się swoją bezsystemową
wolnością.
Gdy nadchodził wiatr, drzewa stękały pod ciężarem
zawisłych ludzi, podobnych do rzędów zbyt wykrochmalonych chorągwi.
Las skończył się nagle. Przeszedł w gęste chaszcze.
Było tu więcej tłustego śniegu. Bielał szerokimi, nietopniejącymi łatami, kiedy minęli ostatnie kępy krzewów.
Na łąkach, pośród kałuż, aż po daleki horyzont stali
ludzie. Na ich twarzach nie malowało się żadne uczucie.
Były puste, wysrebrzone jak metal, który wypełniał ich
wnętrzności i przeświecał przez skórę. Mężczyźni stali
z rozciągniętymi ramionami, kobiety miały ręce opuszczone i mocno przylegające do ciał. Na wszystkich nogach iskrzyły się uszyte na miarę rajtuzy Hydroli. Ciała
żenowały odpychającą starczą nagością. W wolnych
miejscach bulgotał sieciowy płyn. Spod ziemi zasysały go ludzkie stopy, ręce i głowy. Zależy kto, gdzie i na
czym stał. Jednak – wysysany w nadmiarze – często
przeładowywał ludzkie ciało. Wtedy buchało z uszu
i nosa jakąś dziwną odmianą pary wodnej. Stojący na
placach Spieku ludzie wyglądali wtenczas na komicznie
zażenowanych. Ten krótki brak balansu przypominał
nagłe sranie. Nawet smród był podobny.
Dred przezwyciężył strach. Podszedł do najbliżej stojącej postaci. Dotknął jej podbrzusza. Potem ostrożnie
zdrapał trochę skóry i polizał swój palec.
– Smakują jak Froggies – wyszeptał nabożnym tonem.
5.
Odnalezienie Ropen w tym tłumie graniczyło z cudem.
Nie mieli za wiele czasu. Froggies na pewno już wpadły
w histerię. Przenigdy nie pozwalały ludziom nawet na
jeden samodzielny spacer. Co sobie pomyślą Hydrole na
widok takiej parady, i to z trzeszczącą na kilometr taczką?
Dred i Froyl zredukowali grono podejrzanych do kilku
kobiet stojących blisko siebie. Froyl dokładnie pamiętał
charakterystycznie złamane drzewo w pobliżu i raczej
mgliście dwie sąsiadki Ropen. Nie wiadomo, dlaczego na
polach Broomville płeć piękna pokrywała się w okolicach czoła woalką grubej na dwa palce pajęczyny. Biegła do szyi i zaciskała się na niej jak ściągnięty balon.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
24
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Głowa pulsowała dziwnym oddechem, nadymając się
i kurcząc na przemian. Mężczyźni zwykle pozostawali
nieruchomi. Niektórym z twarzy odpadały wargi i parszywie wyglądający rząd żółtych zębów straszył nawet
Froggies. Trzy kobiety stały splecione ramionami. Rozerwanie uścisku było trudne i ryzykowne. Po chwili
udało się długim drągiem odłamać czyjąś oporną rękę.
– Ropen, kochanie? To ty? – Froyl niemal łkał przy tym
pytaniu. Chciał ją natychmiast stąd zabrać. To pole było
przeżarte podziemnym Spiekiem obcych. Inwazja w sieci
przebiegała coraz gwałtowniej. Hydrole przejmowali portal za portalem, adres za adresem. Wyszukiwarki posiadały
fałszywe dane historyczne, naukowe i anatomiczne.
Historia sztuki i literatury? Nie istniała. Eksploracja
przestrzeni kosmicznej? Lądowania na Marsie, Księżycu i Merkurym? Wypadły z aktywnych haseł. Kosmos,
w szerokim znaczeniu tego słowa, zredukowano do
lakonicznego hasła o raczej symbolicznym znaczeniu.
Zerwali pierwszą warstwę z twarzy Ropen. Przy ciągnięciu strzępy skóry wydawały dźwięk podobny do
szelestu celofanu. Twarz nadal pozostawała nierozpoznawalna. Od światła dzieliła ją masywna powłoka barwnych pajęczyn. Właściwie to była maska. Wyglądała jak
narzucony na twarz cieniutki i łamliwy kożuch z mleka.
– Skąd wiesz, że to ona? – zapytał zniecierpliwiony Dred.
– Przypuszczam. Na portalu stała najbliżej lasu. Ropen,
błagam cię, daj znak. Porusz tą cholerną ręką!
Z nogami był niemały problem. Obie wrastały gdzieś
głęboko pomiędzy plastry bazaltowej skały. Nie dały się
ruszyć. Szybko przywlekli z lasu kawał grubego konara.
Podważyli i wyłamali jedną z nóg, aż wystrzeliła drzazgami białej grzybni. Pozostałe rozruszali w mokrej ziemi.
Dziwny był ten płyn niewiadomego pochodzenia, wylewający się pulsującymi erupcjami z podziemi. Zabarwiał
grunt na czerwono, ale na pewno nie była to krew, raczej
gęsty sok z resztkami zmiażdżonych owoców. Nawet
pachniał inaczej niż ciecz Spieku. Parzył przy dotknięciu.
Nogi okazały się pozbawione stóp. Do złudzenia
przypominały nogi manekina, takie kończące się grubym drutem. W ciągu tych lat zagubienia wynaturzone
i ostygłe ostrze niemal całkowicie zardzewiało.
Przełożyli ciało na taczkę. Dobrze, że było tak uparcie
nieruchome. Rzeźba nie byłaby bardziej sztywna. Dred
krawędzią noża ostrożnie podważył woalkę na twarzy.
Widać było, że ma w tym niemałą wprawę. Krawędź
z sykiem popuściła. Rozsunęli luźną warstwę skóry.
Strzeliła jak naciągnięta guma do zatykania słoików. Za
którymś z kolejnych razów oderwał się brzeg, ukazując następne kilka wolnych warstw. Pośpiesznie zdarli
jedną po drugiej, jakby to były liście świeżej kapusty,
a nie stara ludzka głowa. Froyl kilkakrotnie zwymiotował.
Wreszcie przemógł się, zbliżył, przypatrzył uważnie. To,
co pozostało z czaszki, było grubości marchewki.
– To ty, Ropen? Odpowiadaj, dziewczyno! – Spróbował
na próbę pocałować monstrum.
– Daj spokój! – Dred ciągle wykazywał przytomność
umysłu. W twarzy zniekształconej istoty trudno było
rozpoznać linię ust czy kolor oczu. Wątpił, czy byłaby
zdolna przemówić.
Nagle wydała z siebie przeraźliwy pisk gwizdka i złamała się u nasady szyi. Była zbyt spróchniała, aby pozostać długo żywa w Realu.
Froyla ogarnęły drgawki.
– Zabiłeś ją! – krzyknął.
– Przecież to i tak nie twoja Ropen! Dlaczego się tak
wściekasz? Sam weź nóż i próbuj!
Dred spoglądał z niepokojem na las. Tam, gdzie zaczynała się wyschnięta trawa łąki, leżały na wznak dwa
Hydrole. Kilka innych jaszczurczym ruchem wczołgało
się w okoliczne nory wypełnione galaretowatą cieczą.
Zapewne robiły podkop pod miejscem, gdzie stali.
– Pospiesz się. Następna musi być ta właściwa.
Odrzucili zwłoki. Upadły jak kłoda doszczętnie spróchniałego drewna. Druga kobieta była inna. Ciało zdawało
się bardziej soczyste, a reakcja organizmu na operacje
nożem pełna boleści i przerażenia. Ostatnia błona zeszła
wraz z krwistą masą i wreszcie ukazała się twarz. Głowa
była wielkości i kształtu wałka do rolowania ciasta. Froyl
natychmiast ją pocałował, chociaż sam akt był szkaradny
i wynaturzony. I jeszcze ten zapach topionego wosku.
– Zabierajmy się stąd. Hydrole zabijają szwendających
się po Realu ludzi.
Taczka ugięła się pod ciężarem Ropen. Kobieta coś
mówiła, ale nie zwracali na to uwagi.
– A Froggies? Zaatakują?
– Froyl! To ty nie wiesz, że Froggies rodzą się w ziemi jak grzyby? To wynik naszych seksualnych uniesień
w wirtualnym świecie. Nie ma więcej ciąży! Jest Spiek,
grzybnia i Froggies, durniu!
– Jak to? Zmaterializowały się w Realu? To nie są dzieci
z próbówki?
– Skoro rodzice żyją w świecie splecionych rzeczywistości, czym mogą być? Zmaterializowanym wyrzutem
sumienia?
– To dlaczego nam pomagają?
– To proste. Chcą naszego powrotu do sieci i spłodzenia jeszcze liczniejszego rodzeństwa.
– Jakiego rodzeństwa?
– Do diabła, Froyl! Jak długo możesz pozostawać taki
naiwny? Twoje maluchy opiekują się tobą, bo je zmajstrowałeś w sieci. Ciecz Spieku poniosła twój wytrysk
Bóg wie gdzie, zamieszała to z Bóg wie czym i urodziły
się te małe skurwysyny wprost z ziemi. Nie widziałeś
nigdy rodzącego się Froggie?
– Nie.
– Wychodzi taka biała odnoga, grubieje, rozdwaja
się. Pęcznieje u szczytu jak kapelusz grzyba i zamiast się
spłaszczyć i rozszerzyć nadyma się w ryku malucha jak
balon. Oczy pojawiają się zwykle po roku i chodzą po
całej głowie w poszukiwaniu właściwego miejsca. Rozumiesz wreszcie? Opiekują się tobą, bo to są twoje dzieci.
Ale nie pozwolą ci się oddalić nawet na krok, żebyś przypadkiem nie zdradził mamuśki Sieci z kimś w Realu.
– Z kim?
– Z kobietą! To kobiety rodzą ludzkie dzieci, durniu.
Pognali w stronę miasta.
6.
W lesie, wściekle sycząc, zagrodził im drogę Hydrol.
Merdał krótkim ogonem z szybkością samochodowej
wycieraczki. Nie było w tym nic z entuzjazmu, radości,
z impulsywności uczuć. Jakaś próżna wiara w hipnozę
ruchu. W ten sposób atakował wszystkich na swej odległej o parseki planecie. Rozdziawił paszczę pełną zasysaczy. Struga wciąganego powietrza niemal powaliła
ich na ziemię. Zawirowały suche liście, kawałki patyków
i przypadkowe śmieci, ale powietrzny prąd skoncentrowany był tylko na Ropen. Ciało kobiety z jękiem uniosło się z taczki. Froyl krzyknął. Z rozpaczą pochwycił jej
nogi, zaparł się stopami w błotnistej ziemi i pociągnął
w przeciwnym kierunku.
– Zostaw mnie… – Szept kobiety był przejmujący i nie
wiadomo, do kogo adresowany.
Zadudnił wymiatacz. Wystrzelił dziurę w oślizłej głowie
obcego. Potwór zdążył przewrócić się na grzbiet. Zanim
zdechł, zaklaskał kilkakrotnie. I jeszcze raz. I znów. W końcu po raz ostatni zetknął dłonie. Wolno, wolniej… Zastygł,
martwy. Poprzedzający śmierć dźwięk sparaliżował Dreda.
Upadł na kolana, z sinych ust popłynęła mu żółta ślina.
– Wstawaj! – krzyczał Froyl, ledwo utrzymając wysychające ciało Ropen. Pogładził jej skórę, chociaż miał

25
opowiadania • miniatury • prozA
wrażenie, że dotyka już tylko złuszczonej kory drzewa.
– Froggies atakują!
Spośród drzew wysunęły się małe postacie. Posuwając się na czworakach, wyglądały jak krótkie i krępe psy.
– Froyl! Froyl! Froyl! – przeszczekiwały się nawzajem.
– Dred! – szczeknął mały piegus w pobliżu.
– Wara, gówniarze. Wypieprzać mi stąd! – warknął
Froyl.
– Do domu! Do domu! Szybko do domu – nakłaniały
z jakimś zwierzęcym sykiem.
– Nie byliście dzisiaj w polu – adresowały ku ludziom
nienawistne wyrzuty.
– Spiek ma dziś wyższe parametry przesyłu – zachęcały.
– Mamy kody wejściówek do portali obcych – przegadywały się nawzajem, pomimo że dziąsła już im krwawiły na niebiesko od intensywności kłamstwa.
– Jazda mi stąd! – Machnął kawałkiem spróchniałej
gałęzi, którą złapał w pośpiechu dla obrony. Uderzenia
po głowach tylko je rozsierdziły. Odtąd unikały ciosów
w krótkich, urywanych odskokach. W tych momentach
zimno strzelające iskry łączyły je z ziemią.
– Froyl! Boli, boli, boli? – Z tym głupim pytaniem na
ustach stłoczyły się wszystkie razem i runęły jednocześnie do wściekłego ataku. Skoncentrowały się na nogach Dreda. Każdy gryzł i uciekał z kawałkiem wyrwanego mięsa.
– To za Hektora!
– Za Hektora! – darły się coraz głośniej.
Dred dostał drgawek. Wymiatacz wypadł mu z rąk.
Froyl natychmiast podniósł broń. Zauważył, że już potrafi utrzymać ciało Ropen siłą jednej ręki. Wysychała
jak kwiat bez wody! Zawył, zrozpaczony. Strzelił serią.
Odpychające pyzate buzie z kawałkami nogi Dreda
w zębach rozrywał wściekły ogień wymiatacza. Te
nietrafione rozbiegły się z płaczem.
– Tatuś, kurwa…! – krzyczały głosem pełnym wyrzutów.
– Nie trafiaj!
– Tatuś! – Wrzaskliwy płacz był nie do wytrzymania.
Jeden schował się za plecami Dreda, ciągnąc i wyrywając mu garściami włosy. Dwa inne nagle zawróciły
i wbiły zęby w tyłek Froyla.
– Do domu! Do domu, skurwysynie – warczały kącikami ust.
Próbował je z siebie strząsnąć. Potem, wrzeszcząc
i strzelając na oślep, podpalił sobie spodnie. Po sekundzie znieruchomiały. Martwe, lepiły się do portek.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
26
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Musiał je siłą odrywać. Puszczały razem ze strzępami
materiału.
Ostatni Froggie ukrywał się za plecami Dreda. Mruczał
do siebie, jakby sam był na poły wygłuszoną krótkofalówką. Froyl delikatnie położył ciało Ropen na ziemi.
Palce jej dłoni wbiły się głęboko w piach. Instynktownie
szukała rękami łączy Spieku.
– No chodź tutaj… – Froyl zdobył się na odrobinę słodyczy dla malucha. Za wszelką cenę próbował złapać
go za szczeciniaste włosy. Udało się, bo wyjrzał na chwilę i to go zgubiło. Froyl pociągnął z całej siły.
– Tatusia ci się zachciało? Do domu ci się zachciało?
A gdzie jest ten twój skurwiały dom?
Mały, jazgocząc, zawisł w powietrzu. Nie oderwał się
od ziemi. Nie, nie. Biegnącym od stóp jęzorem w kolorze miedzi nadal pozostawał zespolony z podłożem.
Głowa jednak zatrzymała się dokładnie naprzeciw lufy
wymiatacza. Pulchne rączki prężyły się, tężały, uzyskując twardość stali. Szykował się do ataku. Za moment
miotał górnymi kończynami niczym ostrym nożem
rzeźnika. Ale tylko przez chwilę. Strzał roztopił szyję
i wreszcie równy płomień oderwał głowę od ciała. Froyl
ze zdziwieniem patrzył, jak – oderwana – kurczy się
w jego ręku i zamienia w pomięty twór podobny do
kartofla.
– Wiesz, ja często myślę, że ten świat jest dobrze pojebany – powiedział obserwujący scenę Dred.
Froggies wygryzły mu nogi, a wychodzące z okolic
miednicy żyły już zachowywały się jak korzenie błyskawicznie rosnącej rośliny. Instynktownie wgrzebywały
się w ziemię albo wbijały jak gwoździe w pień najbliższego drzewa. Co który miał bliżej. Gorączkowo poszukiwały łączy Internetu.
– I kto tu jest uzależniony? – Uśmiechnięty Froyl rozglądał się badawczo. – Zobacz, twoje ciało. Zupełnie pozbawione kontroli. Typowy automatyzm uzależnienia.
Las wydawał się pusty. Froyl pochwycił najbliższego
martwego Froggie. Leżał bezwładnie pośród liści, ale
ciągnięty, nie dał oderwać się od ziemi.
– Nie można odsunąć dzieciaka od podłoża. Kiedyś
próbowałem – wyjaśniał, nie wiadomo czemu szeptem,
Dred. – Jest cholernie mocno namagnesowany. On pracuje na potwornych energiach w Spieku. Jest zalogowany, pomimo że jak najbardziej, i to kurewsko, realny.
Z lasu dobiegł jazgot nadciągających Hydroli. Nie
mieli chwili do stracenia.
– Zapakuj nas na taczkę i ruszaj na pola Hoarnaxu!
Dred wrzasnął z bólu, gdy zbielałe żyły, gwałtownie
pociągnięte, trzasnęły. Z Ropen był nie lada problem.
Wybuchła płaczem. Jedna z jej rąk, zbyt głęboko wsunięta w ziemię, odłamała się. Nie wypłynęła nawet
kropelka krwi. Tylko grunt chlupnął obrzydliwą ropą.
Kobieta jęczała, kiedy przemykali po kamienistej drodze pośród lasu rzadkich brzóz.
Na pole sławnego Spieku Hoarnax dotarli przed południem. Dred był piekielnie ciężki. Froyl z trudem przeniósł go na pole i umieścił w rzędzie tuż za stojącym
starcem. Resztki krwi przyjaciela zabarwiły mu spodnie
na zielono. Grunt był gorący, parzył stopy.
– Wiem, to moja wina… Dred, przepraszam cię. – Froyl
łkał. Rozpinał koszulę kompana, niechcący odrywając guziki. Zbierane pośpiesznie, na powrót wypadały mu z rąk.
– Po co mnie rozbierasz? Co chcesz zrobić? – zapytał
Dred w kompletnym osłupieniu.
Ręce Froyla wyzwalały jakiś dziwny prąd, który rozsadzał
mu czaszkę. Stąd tryskające z nosa iskry. Nawet zapalił palcem brudną podkoszulkę. Spłonęła szybciej niż gazeta.
– To nic… To z nerwów. Co chcesz teraz zrobić z tą
połówką siebie?
– Zalogować się na tym polu – odparł spokojnie Dred.
Zapadł się w błocie już niemal po zniekształcony wielkimi bliznami pępek. – Przecież to obojętne, jak wyglądam w Realu. W Spieku liczy się tylko osobowość.
Terabajty indywidualnego zapisu.
– Tak, tak. Zawsze mówiłeś mi, że w początkowej fazie
jest indywidualizm i personalizacja, a później zamazana
percepcja ogółu i zatracenie w woli tłumu.
– Komercjalizacja i śmierć indywidualnego odbioru –
powiedział, rozglądając się i znacząco wskazując głową
na innych. – Zobacz, w Hoarnaxie stoi ponad dziesięć
tysięcy ludzi. Są już jak posągi. Nawet obudzeni, nigdy
nie byliby zdolni do zwykłego oddychania. Ty sam masz
problem z trawieniem. Bez kąpieli w specjalnym roztworze nie przeżyłbyś tygodnia…
Dred dostał ciężkiej zadyszki. Przez chwilę nie potrafił wykrztusić słowa. Z oczu pociekły mu kolorowe łzy.
W powietrzu unosił się zaduch stłoczonych ciał i charakterystyczny, ostry zapach Spieku. Nieoczekiwanie
pociemniało. Od lasu zerwał się wiatr.
– Uciekaj. Mgła nadchodzi… – ostrzegł Dred.
Froyl dalej stał nieruchomo. Jego chuda sylwetka
z wykręconą miniaturową rzeźbą kobiety pod pachą
ostro kontrastowała z zimnym czerwonym słońcem
w dalekim tle.
– Ta mgła serwera kondensuje się jak obcy Bóg.
– Nie wierzę w żadnego Boga – parsknął ze złością
Froyl.
– W co, do cholery, znowu nie wierzysz?
– Ja żyję jak normalny człowiek, rozumiesz?! Przecież
nie potrzebuję tego pierdolonego odbytu codziennie!
Dred zaniemówił. Percepcja Froyla zdawała się daleko odbiegać od rzeczywistości. Jego myśli zawsze były
gdzie indziej. Jemu samemu przed oczyma przeleciały
pasma zakłóceń.
– Nie, nie tylko czasami – spokojniej zaczął Dred. – Potem gówno w człowieku narasta, wypełnia cię i najzwyczajniej w świecie cię udusi.
– Rozumiem. Okej. To dlatego my, żywi, jesteśmy tak
wilgotni? Od gówna?
– Spierdalaj!
– Niieeee zostawię cię.
– Wiedzą o nas, Froyl, wszystko – spróbował z innej
strony Dred. Jego twarz stała się zimna jak maska. – Boją się, że wyrwiemy więcej lasek, rozłożymy im nogi i
je zapłodnimy. – Uśmiechnął się blado. – Przegraliśmy
już wcześniej. Nasza ucieczka od rzeczywistości jest
starsza niż rasa. Internet dla człowieka stał się pułapką. Udokumentował prawdy o gatunku, objawił naszą
małostkowość i zwyrodnienia percepcji. Obcy czują się
usprawiedliwieni w obliczu zniszczenia i degeneracji,
jaką zastali na Ziemi. Pragną naszej eksterminacji tak
mocno, jak podświadomie my sami i cała ta umęczona
planeta.
– Nie wierzę.
– Uciekaj, debilu! Zrób coś w ludzkim, wyniosłym stylu.
Oszczędzisz przynajmniej mit… – Złapał jego rękę. –
Mit miłości – wyjąkał. Po minie przyjaciela uznał, że
dotarło do niego wszystko, co chciał przekazać. Westchnął ciężko. Płyn zabulgotał mu pod brzuchem. Obaj
wiedzieli, co to oznacza. Hydrole.
Froyl nie czekał już dłużej. Pochwycił mocniej Ropen i
zerwał się do ucieczki. Kobieta w międzyczasie skurczyła się do wielkości dużej lalki. Zesztywniała. Biegł z nią
jak oszalały. Dalej, w głąb ludzkich rzędów. Byle zdążyć.
Byle zniknąć. Wkrótce zgubił się w milczącym i zimnym
tłumie.
7.
Przystanął zadyszany pomiędzy niekończącymi się
szeregami ludzi. Przed nim ciemniała nora. Była dość
przestronna, żeby się w niej zmieścić wraz z malejącą

27
opowiadania • miniatury • prozA
Ropen. Wszedł ostrożnie. Nogi po kolana zanurzyły się
w galaretowatej cieczy. Powierzchnię wypełniały pływające wszędzie podłużne jaja. Kołysały się jak puste
termosy. W niektórych pękała skorupa. To stamtąd nadchodził radosny gulgot młodych. Pod wodą coś kotłowało się z bulgoczącym chichotem. Froggies.
Dopiero teraz Froyl pojął straszliwe objawienie prawdy.
Świat ludzi odchodził. Przejmowały go wytwory wirtualnej wyobraźni dwóch obcych dotąd sobie światów.
Dlatego tak tolerowały się nawzajem i wspomagały.
To one wezwały obcych. To one zapraszały do świata
wymarłej, zdewastowanej przez człowieka Ziemi. Wzywały innych, podobnie zrodzonych – z poczwarnych,
zniszczonych kwantowym internetem światów. To nie
jakiś tam bunt robotów, których żelazne, agresywne korpusy da się zwyczajnie roztopić jak czekoladę.
O wiele gorszy. Odrzut przez rzeczywistość niechcianego, nienaprawialnego i z gruntu bezwartościowego
pseudointeligentnego pasożyta.
Poczuł gorący strumień powietrza bijący z głębi nory.
Usłyszał szamotaninę i stłumione ryki. Tuż przy wejściu
dostrzegł porzucone majtki Hydrola. Były charakterystycznie obsrane, jak wszystko, co nosiły na sobie te
obrzydliwe istoty. Pokonał odrazę. Podniósł je i przyjrzał się im pod światło. To była misterna robota. Najnowszy model, dopasowany do malutkiej pupci Froggies. Babka Volta oddałaby cały swój sklep za strzęp
takiego materiału.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
28
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Hałas przybliżył się. Froyl, nie tracąc czasu, spróbował to
coś wciągnąć na tyłek. Wilgotne, opornie się rozszerzały.
Weszły do kolan. Uda były stanowczo za grube. To jednak
wystarczyło. Uchwycił szepczącą Ropen. Wznieśli się w powietrze, ciągnąc i rwąc spływającą, grząską ziemię.
W tym momencie na zewnątrz wypadły dwa jaszczury.
Kilku ociekających żelem Froggies dalej kontynuowało
obrzydliwe nurkowanie pod aprobującym okiem bestii.
Niektóre pozostawały pod wodą szczególnie zespolone. Jakby tworzyły jedność z obcą formą internetowego życia. Jakby odnalazły kopulujące ze sobą części!
Froyl jęknął. Widział orgazm! Obserwował oleiste
cielska rodziców malejące w jaskrawych promieniach
słońca. Czuł jeszcze prąd hydrolskich zasysaczy, kiedy
wzlecieli pomiędzy chmury. Dopiero teraz dotarł do
niego sens słów, sens szeptu trzymanej kobiety.
– Nie uciekaj… Nie uciekaj… Zostań ze mną.
Wytarł językiem łzy z jej dziwnej twarzy. Przytulił mocniej. Przejęło ich zimno kosmicznej nocy. Twardnieli
w bryle obejmującego ich lodu.
– A kto powiedział, że to jest lot do innego świata?
– Tak, tak… Zabij nas, zabij, proszę… Czas już przeminąć.

Dagmara Pieczyńska
Czarny żwir
M
iasto na południu. I wieczór. Niebo przebite gwiazdami, wokół ciemna i ciasna cisza. W mieście gładko rozczesane ulice, przy jednej – obdarta ze skóry kamienica. Przed nią szare podwórko. Cyganki
zamiatają spódnicami czarny żwir i pilnują swoich mężczyzn. Mężczyźni stoją przed wejściem i gotuje im się krew w żyłach. Powietrze ma zapach mokrej szmaty. Schody jęczą ze starości. Słucham, jak uginają się pod łapami siejących pecha kotów. Siedzę na wycieraczce i palę. Słucham. Wycie kotów przypomina płacz dziecka. Palę jointa i boję się śmierci. Wycie kotów mi o niej przypomina. Czekam zawsze na ten wieczór.

29
opowiadania • miniatury • prozA
Marek Grzywacz
Nerwowa
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
30
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
C
hoć jemy to samo, już kończę. Odkładam widelec w roztrząśnięte danie, nie byłem wcale głodny.
Ona je powoli. Nie podnosi głowy często, co kusi, korci.
To zajmuję się. Wyjmuję portfel, nie sprawdzam zasobów, w przegródkach śmietnik. Wygrzebuję świstek,
na którym coś zapisałem, sprawdzam co, nieistotne. Kupon. Puściłem rano, potencjalnie zajmujący. Komórka na stół. Strona ładuje się wieki. Ostatnio rzadko wygrywam, ale zdarzy się czuj, popołudnia na kanapie
z ojcem, pykanie z meczu na mecz, to nadal żyje. W zakładowniach czuję się obco, gdy nie za rączkę z nim,
ale nawyki. Myślę, że próbował. Korzystając z mojego niejakiego zainteresowania, wtapiał mnie w ten swój
świat, leniwy, włochaty i pachnący piwem.
Nietrafiony unik. Nic się nie zaczęło. Ona zatapia widelec w paćce surówki.
Wędruję wzrokiem, byle nie przed siebie.
Ta kebabownia, chociaż nie bazarowa, z dobrych, do niej mi nie pasuje. Naokoło motywy ogólnie orientalniawe, ale bez wskazania na konkretny wycinek tego Orientu. Za ladą każdy z chłopaków skąd indziej,
właściciel Polak, raz rozmawialiśmy. Takie ni to. Ale, dziwne, gorąco tu nie jest, na zewnątrz przeciwnie.
I dobrze, lato oblepia nas od rana. Tu wiatrak na suficie, śmigło, helikopter, nie klima, śmiesznie. Jego dźwięk
w tle pomieszczenia podkreśla wszystko, co przekazujemy sobie ostrożnymi zerknięciami.
Dziwne, że ona tym całym czosnkiem się nie martwi. Mnie już przeszkadza myśl o własnym oddechu. Zlewa
na talerz resztę sosu z minimiseczki.
Wpada pomysł.
Śpieszę na dół, uśmiecham się do oprawiającego kurczakowe słupy. Dwie herbatki, te ichnie. Nie wiem, ile
mają wspólnego z dalekimi krajami. Tyle co wystrój? Smaczna, bo nie nasza. A w czym problem? Wydaje się,
że kategoria, do jakiej ona mogła mnie zaliczyć, nie spodoba mi się. Przynajmniej nie powinna.
Mój zawsze problem. To da się kategoryzować. A ja nie pojmuję, jak działam. Podłoże? Tak, podnieca, nie
oszukam. Ale uczucie, że nie wyłącznie, kiedy się udaje, wyjątkowo udaje, coś innego osładza mózg, nie takie
spełnienie. Nie po tej stronie rozpadliny? Raz nachodzi, że tak, raz nie, to chuderlawe ciało jest dosyć nijakie,
w sensie, że nie wiem, czy nie opcja pośrednia, czy dual potrzebny. Ludzie potrafią się skategoryzować i żyć
wedle. Moje nieokreślenie niezmiennie irytuje.
Nawykły do komplikowania?
Stawiam te herbatki. Ona dziękuje ładnie. Oczami pokazuje, że docenia drobiazgi. Mnie. Biorę serwetkę,
w odruchu podnoszę nią zagubioną na blacie kruszynkę mięsa.
Fałszywie pokazuje.
Jej kategoria – gracz. Jest dobra, ją króciutko, ale znałem trochę takich. Wygrywa uwagę, wygrywa towarzystwo, wygrywa przyjemnostki. Gra z natury. Tego się obawiam, od tego nerwy. I wiem, że nie pokocham.
Kochanie też nieokreślone. Dual bez znaczenia. I chłopcy, ale głównie dziewczyny. Kluczem podziw. Kochałem to, co podziwiałem, moim typem ten, któremu zazdroszczę bycia taką osobą. Czasem gdybanie, czy stąd
się wziąłem. Wiem, że pierwszą podziwiałem młodszą siostrę matki, podziwiałem żarliwie. Pomieszkiwała
u nas parę razy. Ciotka chyba wiedziała, że cichy mały obserwuje za dokładnie. Zdaje się, jeśli filtr lat nie
myli, że jej się podobało.
Na jej talerzu ostało się trochę żółtego ryżu, w nim źdźbła surówkowej kapusty, rozmazane w jedno sosy.
Zje do końca, ma wszystkie apetyty aż nadrozwinięte. Też ją podziwiam, ale to podziw w kontekście. Niekoniecznie dla osoby, martwiące.
Internet był bezpieczny przed nią, depozyt niezobowiązujących marzeń, konkretne miejsce ubarwionych
wyznań, biblioteka tajnych dzienników. Trudno, żeby nie fascynowała, prawdziwa pośród anonimowych
nóg i sylwetek. Co tam mogła robić? Za bardzo rozmawialiśmy. W nierealu wzniosłem szereg barier. Wiedziała, jak przeskoczyć, miał bić alarm, nie bił. Nie uważałem ze zdjęciami. Któregoś razu nie uważałem, z kim
jesteś i gdzie jesteś. Okazało się, że blisko. Wybrałem galerię obok pracy, środowisko oswojone. A ona, krok

31
opowiadania • miniatury • prozA
przed, odnalazła mnie w budynku, gdzie pociłem się z tym moim kucykiem frajera i ciążącym garniakiem,
przekładając papiery za studenckie drobne. Widok na korytarz, lubię oderwać myśli, skupiając się na ruchu
między biurami. Siadła tam, po prostu. Przyglądała się, choć ledwo dało się zajrzeć do środka. Prezentowała
się. Wyjący alarm słyszałem jak zza grubego betonu. Może tylko fryzura, ale wyglądała jak mrok lat pięćdziesiątych, jak wszystkie te dziewczyny z Twin Peaks. Obiecywała. Poruszyło, nie, że nie, cudem dopełzłem do
siedemnastej, skoro ona tam.
Teraz, kiedy wreszcie odsuwa talerz na bok i unosi fikuśny dzbanuszek, herbata na pewno zimnawa, nie
jest zjawiskiem paranormalnym. Nie patrzę przez zniekształcające szkła, jedno – wizji ideału, drugie – zaparowane obawami. Namacalna. Uśmiech, telefon z torebki, pisze prędko esemesa, nagle pochmurnieje twarz.
Tu nie będzie próby sił, ona demonstruje. Literki składa dla mnie. Sugeruje, że atrakcyjniejszy wieczór ma na
wyciągnięcie ręki, albo zbywa plany, a to – bo ja jestem obecnie ważny.
Ja z kolei nie chcę się cofać. Długo pracowałem na dozę komfortu bycia ze sobą. Mozolne usuwanie mniemania, że wszyscy widzą na wylot, że każdy posiadł ostateczną wiedzę o mnie. Nauka normalizacji, by potem
tę tarczę normy powoli, kiedy wolno, bez winy odrzucać. Przyzwyczajenie się, że sam, ale dzięki niemu, przy
wyzbyciu się współlokatorów, nieposiadaniu podglądaczy, niespodziewaniu się gości, wystarczą rolety i
zamek w drzwiach, by nastała pełna swoboda. Lekcje zdobywania, kiedyś komedia pomyłek, ale Internet
jest wielki. Wypielęgnowanie w sobie pewności, że to, co robi mi dobrze, musi być wedle najlogiczniejszej
definicji dobre dla mnie.
Komfort. Bez miejsca na pasożytnicze relacje. A śliczność, która – już gotowa opuszczać lokal – uśmiecha
się do mnie z zalotną czułością, to właśnie oferuje.
Nie oferta, którą odrzuciłoby się od razu. Ale przejrzałem jej komputer, strasznie to podłe i ciąży na sumieniu, jednak trzeba się ubezpieczać. Niezbyt tajny tajny folder. Jakby czekał na moje wątpliwości. Modele
bardziej kobiecy niż modelki, mimikryczny glamour, Pejić i inne postsłowiańskie kwiatuszki. Ci, którzy symulują przez kamerki tak dobrze, że i głosem się nie zdradzą. Chłopcy tak niechłopięcy – a może aż tak chłopięcy? – że bez zastrzeżeń piękni w pudrowo-koronkowych strojach gotyckich lolit. Pierwsza liga, bezbłędni.
Z niezbadanych przyczyn ona czegoś takiego chce na własność, o to gra.
Odłączyła od cyfrowego stada, osłabia ofiarę. Teraz też, jak idziemy na dół, żegnamy nucącego coś kebabiarza. Każdy jej ruch ma mnie zmiękczyć.
Ma?
Przecież byłem u niej. Poznałem magię. Składała mnie na nowo. Kiedy zapinała suwak sukienki, jakby
zamykała w wymarzonej formie. Kiedy rozczesywała, potem układała włosy, przestały mi przypominać, że
na co dzień są strąkami godnymi wiecznego prawiczka. Kiedy dobrała właściwe buty, właściwe dodatki
i oceniała mój chód, oczy jak radosne węgielki, poczułem się dumny. Kiedy jej usta nagrodziły moje, krótki
romans dwóch czerwieni, wiedziałem, że przemieniłem się w końcu w zjawisko.
Jej zdolności nie wynikają, pełna żenady myśl, z płci. Czy z nieziemskiego talentu. Stara się, bo robi to dla
siebie.
Samodzielnie zdołałbym zadowalająco. Przekonująco. Łudząco. Prawie jak.
Ale nigdy glamour.
Ona jest przeciwieństwem komfortu, omotaniem i zagrożeniem, nigdy nie pokocham, nie pomoże spełnienie perwersyjnego snu, że można to z kimś naprawdę dzielić. Opory jednak spóźnione, bo oto wchodzimy
w lato, trzyma mnie za rękę, ściska dłoń mocno i przyjemnie, na czerwonym dla pieszych przytuli łapczywie,
na pokaz, żeby wreszcie wzrok reszty nie karmił paranoi, a nasycał poczuciem, że jest, jak należy.
A wieczorem ponownie stanę się jej prywatnym projektem.

UKŁADAMY
u k ł a d a m y
32
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Siniaki
Kasia Jabłonowska
Zanim nabiłeś mi siniaki…
Spoglądamy na strzelisty strop kościoła Mariackiego,
wypełniony mętnym powietrzem, jakby trwało tam bez
ruchu przez setki lat. Może już kiedyś tutaj byliśmy, może
wszyscy ludzie już tutaj byli. Zdobienia oblekają ściany
jak człowiecza skóra tkanki, pozwalając, by naczynia
krwionośne przetwarzały słowa modlitwy na pieśń ku
czci własnej świadomości. Kocham cię. – Polatamy? – pytasz.
Obejmuję talię cyborga wspomaganego mocą silnika
mechanicznej bestii. Skórzany pancerz ukrywa pulsują-
ce organy. Wewnątrz buzuje krew i nawet przez grubą
powłokę czuję jej ciepło, wytwarzane tańcem miliardów
turbin upiętych w cielesną infrastrukturę. Mięśnie oddalają od siebie równo ułożone żebra i zasysasz tlen jak
paliwo. Kilka tysięcy obrotów na minutę, w miejską przestrzeń wdziera się dziki krzyk hordy ujadających psów.
Mkniemy pośród kolorowej kaskady świateł, a prędkość
szybująca w górę, niczym słupek rtęci podczas upalnego
dnia, stapia ją w migotliwy snop pełzający po szybce kasku.
Urbanistyczne kształty wieżowców, kamienic, galerii –
municypalna pieczęć ludzkości – plączą się jak warkocze

33
opowiadania • miniatury • prozA
młodych dziewcząt podczas tańca. Jeśli zginiemy, to razem,
jeśli zapłaczą anioły, to tylko czarne, jeśli przykryje nas
sypka ziemia, to w jednej trumnie.
Kocham cię. Strach to nienasycony potwór. Przychodząc, zagarnia
wszystkie myśli i nie pozostawiwszy przy tym nawet
maleńkiej szpary, by na moment wyściubić głowę, odcina dopływ powietrza.
Stałam przed drzwiami sali, w której za kilka minut
miał rozpocząć się język polski. Do odpytywania z recytacji Ody do młodości zostałam tylko ja. „Nie dasz rady”.
W skronie tłukło nieznośnym gorącem. „Nie będzie nikogo przed tobą, usiądziesz, lista obecności i przepaść”. Uciec, uciec jak najdalej, cisnąć w kąt ciężki plecak
i zostawiając w szatni kurtkę, buty, jednym pchnięciem
otworzyć ciężkie drzwi. Biec, biec przez siebie do utraty tchu, a później nigdy nie wrócić. Byłam gotowa do
dezercji z miejsca stracenia, tak samo jak byłam pewna
czającego się za plecami wstydu. „Kurwa, znowu zwiejesz? Jak pryśniesz, Sikora się wkurzy i nie zdasz na
pewno. Już i tak podpadłaś, to twoja ostatnia szansa”.
Strzępy rozsądku usiadły na ramionach, zwiększając
ciężar ciała i paraliżując nogi. „Może nie przyjdzie, może
jest chory, już minuta po czasie”.
Na końcu korytarza zamajaczyła wysoka postać,
odziana w błękitny garnitur, z ciemnogranatowym
czymś pod pachą, uśmiercając nowo narodzoną nadzieję. "Jest, idzie, ma dziennik". Wypacykowany, pod
krawatem, szpakowaty pan koło sześćdziesiątki, mówiący powoli, wyraźnie i nienaganną polszczyzną.
Zaduch w sali wywołał rozedrganą falę mdłości.
Szuranie krzeseł, brzęk rozpinanych tornistrów, trzask
książek i piórników, suchość w gardle, nerwowe przełykanie nieistniejącej śliny, szum, wielki szum w uszach
– wszystko to sprawiało wrażenie sennego koszmaru,
z którego nie sposób się wybudzić. „Kurwa, dlaczego
ja? Dlaczego inni potrafią tak po prostu? Dobra, nie
tragizuj, nie pierwszy raz i nie ostatni”. Chichoty, liściki,
głupie uśmiechy, ktoś obok o coś pytał, to Alina, ona
pierwsza rzuciła kamień, widziałam kątem oka, jak
kładąc się ze śmiechu na ławce, co chwila próbowała
naśladować moje tiki. Parę dni po rozpoczęciu roku
szkolnego cała pierwsza klasa jednego ze śląskich liceów ogólnokształcących była w szoku, najwidoczniej
nigdy wcześniej nie zetknęli się z tego typu defektem.
Miałam tak spocone dłonie, że zostawiły na długopisie
wilgotne zacieki. „Bez serc, bez ducha, to szkieletów
ludy...” Chciałam już wyjść na środek, położyć zeszyt
przed profesorem Sikorą i wyrecytować wiersz. "Tak,
tym razem wyjdę z tego obronna ręką, tak normalnie,
nikt nie będzie szydził, wszyscy zdążyli przywyknąć".
Wodząc wzrokiem po kątach sali, szukałam dziury
i gdyby trafiła się chociaż maleńka, maciupka, zrobiłabym wszystko, by zmieścić w niej całe ciało. Można
by je sprasować razem z duszą, zwinąć w rulon i wetknąć w najczarniejszy kąt, przecież i tak ten zestaw
nie był wiele wart. Przeniósłszy wzrok za okno na niebo błyszczące wczesną wiosną, oddzieliłam umysł od
niedoskonałego ciała, zanurzając myśli w szeleście
promieni tańczących na zewnątrz. To chyba tak, jakbym na chwilę psychicznie umarła. Tymczasem stojąc
na środku sali dobry kwadrans, dotarłam zaledwie do
czwartego wersu. Z ust wypływały powtórzenia głosek,
sylab, słów przeplatane pomrukiem: "yyyyyyyyyyyyy".
Wszystko razem brzmieniem przypominało próbę odtworzenia magnetofonowej taśmy, którą w zabawie
pomięło dziecko. Nawet ja sama nie byłam w stanie
tego słuchać, a reszta klasy z pewnością przeżywała
podobne katusze. Są takie momenty w życiu, gdy namacalnie doświadczamy istnienia – planeta, niebo, drzewa, mury, ludzie
– i ty w epicentrum wydarzeń, na trajektorii lotu sytuacyjnych odłamków, w ogniu człowieczych uczuć.
Uświadamiasz sobie, że wszystko dzieje się naprawdę,
że sny nie przecierają oczu, zakładając kapcie, tylko zostają w łóżku z głową wtuloną w poduszkę, że droga,
którą podążasz, może niespodziewanie skręcić do piekła. Mój moment powrotnego scalenia umysłu z ciałem
bolał niczym posypana solą otwarta rana.
Profesor Sikora uniósł dłoń na znak, że usłyszał już
wystarczająco dużo. Pochyliwszy głowę nad zeszytem,
dłuższą chwilę ssał czubek pióra z rodzaju tych, dzięki
którym dzieciaki stawiają soczyste kleksy, po czym rzekł:
– Dobry, siadaj. Zawtórował mu ryk silnika dobiegający zza uchylonego
okna. Przyjechałeś po mnie.
Widziałam przez okno szkolnego korytarza, jak cierpliwie czekasz. Mieliśmy jechać do parku do Świerklańca – na naszą piątą randkę. Po pierwszej wywiało
cię, niczym czarne ziarenka z zasuszonej makówki, na
miesiąc. W ogóle często znikałeś.
Szłam do łazienki, by zmyć z powiek obraz zasępionej
twarzy profesora Sikory, dumającego nad oceną recytacji. Siedziałeś na motocyklu, obserwując zdezelowane drzwi. Nie było dziewczyny, która nie rzuciłaby
okiem w kierunku czerwonego rumaka i jego właściciela, dlatego, tonąc w chłodnej stali twoich tęczówek,
wciąż zadawałam sobie pytanie, czemu tak się uparłeś,
czemu ja. Przecież nie potrafiłam płynnie powiedzieć
jednego zdania, nie rozumiałam większości żartów,
zewsząd wystawały kości i kosteczki – równie kruche
jak zadowolenie z samej siebie. A ty zdawałeś się tego
wszystkiego nie dostrzegać, tylko w kółko opowiadałeś
o jakiejś czekoladzie.
Zimna woda nie przyniosła ulgi, oczy nadal piekły. W parku, siedząc po turecku za jedną z ławeczek,
balangowały moje koleżanki, a obok nich pusta litrowa butelka po wódce odbijała słoneczne promienie.
Przymknięte powieki, niezrozumiały bełkot i pierwsze
niu i łzach matki; nie wiedziałam już, czy to wydzielina
żalu, czy bardziej szaleństwa. Padał deszcz. Krople lądowały na twarzy, jedna przy
drugiej, niczym stado ptaków, a gdy było już zbyt ciasno, szeroka struga spływała w kierunku brody, zabierając z sobą słone drobiazgi wyciśnięte z oczodołów.
Broczyłam bezbarwną krwią. Jezus też broczył podczas
ostatniej wędrówki, a na końcu drogi czekała śmierć i
odkupienie. Dzwoniłam, aż ciche łkanie deszczu przerwał twój zaspany głos, zniekształcony przez domofon.
– Mmmmooooogę weweweeeejść? – zapytałam,
szczękając zębami. Odpowiedziało mi brzęczenie zwolnionej blokady zamka. Stałeś w drzwiach ubrany tylko
w szare dresowe spodnie. – Przyszłaś pieszo? Przytaknęłam mokrą głową. torsje uświęcały jak kościelne kropidło wiernych skostniałą jeszcze przestrzeń. Nie mogły dojść do przystanku, co chwila przewracając się na trawnik. Wieczorem
miały całkowicie się zeszmacić, zarzucając kwasa i dotykając w kącie knajpy wyimaginowanych palmowych
liści. Patrząc na nie z obrzydzeniem, powiedziałeś, że
kiedyś zabierzesz mnie daleko stąd.
Tego dnia randka nie trwała długo. Próbowałeś za
wszelką cenę wyciągnąć ze mnie, dlaczego nic nie
mówię. Prawda nie chciała przejść przez zaciśnięte
gardło. "Wiesz, nie dałam rady wyrzucić z siebie kilku
pieprzonych zwrotek. Prawdopodobnie do niczego się
nie nadaję. Dalej mnie chcesz? Masz dość? No co ty!"
Spłonęłabym ze wstydu.
Był początek kwietnia, wątłe źdźbła młodej trawy,
oblane słońcem jak rumiane policzki dziewicy słyszącej dźwięk kroków wybranka tuż za drzwiami sypialni,
zasysały życie pośród szumu drzew. Tytoń miał gorzki
posmak, a twoje usta na próżno szukały moich warg.
Powiedziałeś, że to chyba jednak nie ma sensu. – Trzeba było zadzwonić, masz mój numer, przyjechałbym. – Nnnnie mmmiamiaaaałam zsssz czeczeczego. –
Każdy czasem mija się z prawdą. Nienawidziłam rozmów telefonicznych od chwili, gdy
urzędniczka, słysząc w słuchawce rwany monolog, zapytała: „Przepraszam, pani jest pijana?”. Oliwy do ognia
dolał brat mojej przyjaciółki, który usłyszawszy „yyyyyyyyyyyy” rozpoczynające zdanie, odpowiedział chichotem, po czym zawołał: „Magda, yyyyyy, dududukacz
do ciebie!”. Natychmiast odłożyłam słuchawkę, a łzy
mimowolnie spłynęły po policzkach. Siedziałeś obok.
Byliśmy na trzeciej randce. Siłą wyciągnąłeś ode mnie,
co się stało. W efekcie Bartek tak oberwał, że przez miesiąc nie wychodził z domu. Jednak wtedy otrzymałam
od samej siebie całkowity zakaz na samodzielne wykonywanie telefonów. Powoli ściągnąłeś ze mnie mokre ubranie. Brudne
dźwięki dzikich koni Micka Jaggera, uderzywszy w
ciało, galopowały teraz wewnątrz, wprawiając mięśnie
w niekontrolowany dygot. Starłeś z mojej zziębniętej
skóry wiosenną wilgoć.
– Będziesz spać w sypialni, a ja… – Ty tttteteż – dokończyłam. Pościel ziała lodem albo po prostu dostałam gorączki.
Leżałeś nieruchomo, tylko klatka piersiowa w równych
odstępach czasu unosiła cień w mroku kilka centymetrów w górę. Sen nie chciał nadejść. Gdy na siłę przymykałam powieki, tysiące ruchliwych robaczków biegało wokół gałek, próbując wydostać się na zewnątrz.
Dochodziła druga nad ranem. Czasem nawet najgrubsze mury nie są w stanie wchłonąć całego krzyku
ani brzęku rozbijanych butelek. Naciągnięta na głowę
kołdra była słabą izolacją, nie łagodziła ostrości dźwięków. Zapach tanich papierosów, wymiocin i przypalonego mleka szybował w powietrzu, wgryzając się w
firany i obicia jak fetor ciała toczonego rozkładem. Założyłam spodnie. W zimnym przedpokoju stopy odciskały swój kształt w urynie, na wpół strawionym jedze-

35
opowiadania • miniatury • prozA
Załamania kołdry otoczyły nas delikatnością fal, tnąc
jasne cienie wstającego dnia. Położyłam głowę na twoim ramieniu.
– Kkkokoooochaj się zzzzeze mną. – Szept zdawał się
kruszyć spokój nadchodzącego brzasku. Sekundę później dotknąłeś moich ust. Chciałam poczuć, jak żyjesz
we mnie. Z kolejnych godzin, dni, tygodni pamiętam tylko jedno: szczęście. Broń na dnie nocnej szafki, zniknięcia, nagły chłód w oczach, gwałtowny seks, wszystkie twoje
grzechy nie miały dla mnie znaczenia, tak samo jak dla
ciebie nie miał znaczenia fakt, że nie potrafię normalnie
powiedzieć: „Kocham cię”.
Siniaki
Poranek jest jaskrawy jak kropla prawdy w strumieniu
kłamstw. Na nocnej szafce leży paczka fajek, nietknięta
od kilku miesięcy. Dym zabija zapach czekolady, rozsiewany przez twoją skórę. Bose stopy przyklejają się do
gumolitu w kuchni, nie chodzisz w kapciach, lubisz czuć,
zimno, ciepło, ból, smutek, radość; cokolwiek, byle czuć.
Upewniasz się w ten sposób, że żyjesz. Brzęk przestawianych naczyń ginie w szumie telewizora, a kwiatowy
wzór tapety blednie razem z gniewem, gdy odtwarzam
w myślach doskonałą sekwencję ruchów dłoni malującej szminką usta. Opierasz lewe biodro o kuchenny
blat, wpinając żółtą spinkę we włosy, jak słońce w błękit. Bierzesz kubek z parującą kawą i otwierasz drzwi.
– Śniłam ci się?
Jestem z tobą, w tobie, mówisz, że inny świat nie
istnieje.
– Świeżak, kopsnij szluga! Gdzieś je skitrał1?
Masz dziwne oczy, zachodzą mgłą.
– Będzie do mnie podklepywał na bajerę2.
– Kurwa, karnego solniaka wyłapiesz3…
Ktoś z łoskotem zamyka drzwi, rygluje zasuwami,
jakbyśmy nie byli w sypialni, tylko w lochach Alcatraz,
a korytarzem przechadza się śmierdzący potem strażnik z pękiem kluczy albo Ed Harris jako generał Hummel, waląc kałachem o kraty. Wściekłe głosy uderzają w
ściany, ich właściciele czyhają na mój błąd jak horda
wygłodniałych wilków. Pokonanie słabości potrafi
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
36
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
najdotkliwszą klęskę obrócić w zwycięstwo. Czekam,
aż będę mógł rozpieprzyć im łby.
Błaganie o litość; to chyba ten gość, którego przywiązaliśmy łańcuchem do samochodu. Uratował go czarny
kot, bo Maciek nie chciał wycierucha przejechać.
Wiązki przekleństw jak odbezpieczone granaty wybuchają pod czaszką. Szepczesz. Co? Nie musisz nigdzie iść! Znikasz. Otwieram oczy.
Blondynka, ściskając silikonowe cycki, patrzy nieruchomym wzrokiem i wykrzywia usta w grymasie, którego u kobiet nie znoszę, jakby zamiast mózgu miała
pralinę nadziewaną spermą. Przecieram twarz. Nigdy
nie lubiłem tlenionych lalek zadzierających nosa, zazwyczaj okazywały się cienkie jak pornus, w którym
facetowi nie staje, a laska ma większą ochotę na operatora kamery.
Pot spływający po karku wsiąka w kraciasty koc, a razem z nim resztki sennych obrazów, pokrytych twoimi
liniami papilarnymi, jakbyś grzebała w mojej głowie.
Wróciłem. Zasysam więzienny brud jak noworodek
pierwszą dawkę powietrza i myślę sobie, że niektóre
powroty są przykrym żartem losu. Uciekłaś do stolicy.
Powiedzieli, że gość, który trzasnął ci dzieciaka, to farmazon, a ty przecież brzydzisz się kłamstwem.
– Zostawiłeś mnie samą w tym syfie.
– Gdybym nie wyjechał, moja głowa spadłaby wprost
pod twoje stopy.
Słońce gra na podłogowych klepkach jak na rozstrojonym pianinie. Świeżak zajmuje pryczę nade mną.
Spod poduszki wystaje fragment zdjęcia, na którym
uśmiechnięta blondynka trzyma w ramionach śpiące
niemowlę. Ciekaw jestem, jak nowy zniesie rozłąkę.
Na razie fota przynosi ulgę, stanowi przeciwwagę dla
szamba obwarowanego kratą, jednak z czasem zacznie
budzić wątpliwości. Patrząc na kobietę, którą w białej
sukience poprowadził do ołtarza, będzie zadawał wciąż
te same pytania. Czy już poczuła słabość do jakiegoś
pana Władzia reperującego jej pralkę, przykręcającego
kran i naprawiającego samochód? Ostatecznie jest bardziej użyteczny od niego. A może najlepszy kumpel się
nią zaopiekował?
A jak "życie zawodowe", od którego wziął przymusowy
urlop? Od ilu spraw został odsunięty? Czy matka, którą
zawiódł, dalej rozpacza nad losem syna?
Zaciśnie zęby w oczekiwaniu na listy i wiadomości.
Ostatni skrawek papieru, który dostał, skitra pod poduszką. Tyle razy go rozwinie i złoży z powrotem, że
przetrze się na krawędziach, a staranne pismo wykrzywi pot albo łzy. Paranoiczne myśli zrobią czystkę
w mózgu jak bojówki Tygrysa Arkana w bośniackich
wioskach, pozostawiając zgliszcza i masowe groby.
W końcu, w ciasnej pętli żółtych ścian, zmasakruje
współlokatora zupełnie bez powodu albo zrobi coś
przeciwko „administracji” zakładu i pójdzie na dźwięki4,
jeden raz, drugi, trzeci i tak dalej, niwecząc możliwość
skrócenia odsiadki. Stan chronicznego wkurwienia
stanie się nieodłączną częścią zachowania jak przemyt
elementem dziedzictwa kulturowego Bułgarii. Można
to nazwać produkcją szumowin na szeroką skalę. W zamyśle twórców państwa prawa miała być oczyszczalnią
ścieków.
Nie dla wszystkich paka jest kurtyną ograniczającą
dostęp do tego, co kochają. Niektórzy przemierzają
spacerniak na wzór celebrytów wystawiających do
kamery upudrowane twarze. Nie siedzą za majtki5 ani
pedofilskie zapędy, więc mogą być gitami6 chodzącymi
z podniesionym czołem. Ponoć ten rodzaj dumy pozostaje w sercu po wsze czasy. Są ważni, dopóki gówno
nie wypłynie na powierzchnię, a czasem tak się zdarza.
Tatę7 dochodzą słuchy, że któryś obsypywał psiarnię
niusami jak rolnik pola uprawne nawozem. I koniec
kariery. Pozostaje tylko kruka8 prosić o rozgrzeszenie.
Swoją drogą, nienawidzę konfidentów.
Nie mam zdjęć. Przewijam w głowie wciąż ten sam
stary film, powoli, klatka po klatce. Co jakiś czas obrazem wstrząsa kilka poziomych, białych pasków. Kadr
tańczy, nadając gestom aktorów groteskowego wyrazu. Patrzenie na ciebie, nawet w myślach, sprawia mi
przyjemność. Tak samo jak moment, gdy wychodzę na
kolejną przepustkę.
Pan wychowawca lubi porządek pod celą i zapach
banknotów wpadających w łapy. Żona chce iść do spa,
dzieciak czeka na nowy rower, a z państwowej pensji
można co najwyżej kupić krem Nivea i rozpadający się
składak. Mogę mieć z nim układy, bo gitem nie jestem.
Później pewnie powiedzą, że pogardziłem więzienną
bracią, ale i tak ostatecznie przegra ten, którego szybciej dosięgnie śmiercionośna kula.
Podłoga zaczyna dygotać od mocnych uderzeń, jakby
siedzący piętro niżej Cypek zmienił się w młot pneumatyczny, co nikogo nie dziwi, bo często odbiera rakiety
z koksem9. Pęcznieje w oczach jak nadmuchiwany balon.
– Puca! Otwieraj lipo i przewiń10!
Jędrek podbiega do okna, jedynego, które łapie
widok na ulicę, i szarpie za klamkę. Z beemki na gdańskich blachach, lśniącej w wiosennym słońcu gładką
czernią, wysiadają dwaj goście.
– Nawiń11! – krzyczy Jędrek.
Mężczyzna w obcisłej błękitnej koszulce, pokroju
samców potwierdzających boskość swojego ciała
w spojrzeniu suki w rui, przykłada dłonie do ust:
– Lucyna czuje się dobrze!
Jędrek, niczym echo tłukące w nagie górskie szczyty, powtarza dokładnie słowo po słowie, naśladując
nawet akcenty kładzione na sylabach. Z wieżyczki naprzeciwko wyłania się strażnik z karabinem gotowym
do strzału.
– Zamknij okno, skurwysynu! Zaraz łeb ci upierdolę!
– Pozdrowienia od Jolki, jest na wakacjach!
Jędrek udaje, że nie słyszy gróźb, a lufa wymierzona
w jego kierunku topnieje pod wpływem adrenaliny jak
kawałek lodu wrzucony do wrzątku:
– Cypek, Jolka jest…
W tym momencie okno celi poniżej zamyka się z hukiem. Jędrek robi kilka kroków w tył i spogląda na mnie
przerażonym wzrokiem, szukając pomocy. Wie, że mu
jej nie udzielę. Nie tym razem.
– Kurwa – przekleństwo wypływa z jego ust, jakby
usiłowało zatuszować hańbę. Złamał zasadę. Żadnych
ksyw, nigdy. Wyjątki od reguły nie obowiązują. Błąd,
który dla normalnych ludzi – rano wyjeżdżających do
pracy, po południu wstępujących do baru na piwo,
a wieczorem wspólnie z rodziną jedzących kolację –
jest nieznaczącym incydentem, tutaj sprowadza cię do
roli ściery, zbierającej gówno spod każdego tyłka.
– Aleś odjebał, człowieku. Na harem12 pójdziesz.
A tak ładnie garowanie13 zacząłeś, od dziesiony z dwóją14
– mówi ze spokojem Monter, przeciskając się przez
szparę między Jędrkiem a piętrowym łóżkiem. – Nie
zarzucać, kręci się na ostro15. – Zasłania granatową
kotarę, oddzielającą kibel od reszty pomieszczenia, zapewniając sobie chwilę samotności.
Ściany ożywają. Krzyki, wycie i walenie wszystkim,
co może znaleźć się na kilkunastu metrach kwadratowych, zamykają Jędrka w ślepym zaułku własnego strachu. Żałosny widok, jakby z młodego, jędrnego ciała
opadła skóra, wydobywając na zewnątrz niedołężną
staruszkę.
– Dawać tu tę kurwę!

37
opowiadania • miniatury • prozA
Jędrek włazi na pryczę i nakrywa głowę poduszką.
Pośród skowytu, składającego obietnicę bolesnej kary,
błaga Boga o przebaczenie, o ochronę. Widzi siebie siedzącego przed poważną panią psycholog, z ramionami
kulonymi ciężarem wstydu.
– Smakowało zjełczałe masełko?
Co ma odpowiedzieć? Że wypił w ramach pokuty za
wyrządzoną krzywdę? Że przez kilka dni nie chciał czuć
za sobą szybkich ruchów męskich bioder?
Później, jako jedna ofiara z wielu, opowie swoją historię dziennikarzynie, który poczuwszy zew krwi, będzie
chciał się upaprać i zrobić dokument o realiach polskiego więziennictwa. Przy okazji sfilmują wnętrze celi,
typów podpierających ściany zwieńczone kolczastym
drutem i wytatuowanych od stóp do głów, po czym
zmontują sceny grozy jak w dobrym horrorze, tyle
że na faktach, z dołującą muzą w tle. Powstanie produkcja ku przestrodze, a ludzie lubią oglądać niedolę
innych, lubią mówić: ci to dopiero mają przesrane. Dlatego jeżdżą na wycieczki do dzielnic nędzy, gdzie szyby autokarów rozbłyskają światłem fleszy, bo wyjście
na ulicę jest zbyt niebezpieczne, trzymając coca colę
w ręku, robią foty na polach śmierci w Kambodży, bukują pokój w jednym z kubańskich hoteli z widokiem
na zakamarki poza grubym ochronnym murem. Oglądają dokumenty o wojnach kamorry w Secondigliano
i stwierdzają, że mafia wcale nie jest taka fajna jak na
kartach powieści Maria Puza. Zyskują prawo do samorozgrzeszenia i przechodzą metamorfozę z życiowych
nieudaczników w wygranych.
Zamykam oczy. Myślę o tobie, mimo upływu lat.
Kiedyś zostawiłem cię w moim mieszkaniu, samą.
Wróciłem nad ranem. Zmyłem krew z dłoni, żebyś się
nie bała. Strach w twoich oczach doprowadzał mnie do
szału. Był synonimem zatrutego świata, w którym umorusałem łapy. „Boi się, bo wie, że nie potrafisz jej ochronić”. Ciemną nocą diabły siadają na piersi i wykrzywiają
mordy. Spałaś w samych majtkach, przytulając moją
koszulę, jakby to było gwarancją bezpiecznego powrotu. Kiedy zdejmowałem spodnie, klamka wypadła zza
paska. Przez cały czas leżałaś na chropowatej rękojeści.
Obtarłem ci wtedy skórę na plecach. Słowem nie pisnęłaś, dopiero gdy siniak zobaczyłem, powiedziałaś, że…
Cisza. Leżymy na podłodze nadzy, w twoim domu. Za
oknem spadają pierwsze płatki śniegu. Podobno nie ma
dwóch identycznych. Zdobią czarną ziemię jak moja łza
zimną podłogę. Drętwieją mi stopy. Okrywasz mnie koszulą z zapachem płonących zniczy, wplątanym między
ciasno splecione bawełniane nitki. Poznaliśmy się szesnaście lat temu, pierwszego listopada, nad Grobem Nieznanego Żołnierza. Było zimno. Miałeś na sobie skórzaną
kurtkę na motor.
Patrzysz w sufit, jakbyś szukał tam odpowiedzi na pytanie, którego nigdy głośno nie zadasz. Łapię za rękaw
uciekający czas, proszę, by przystanął choćby na chwilę,
walczę o sekundy twojego dotyku. Kiedy jutro brzask zakończy bezsenną noc, zawieziesz mnie na dworzec. Pojadę do domu, gdzie córka zechce, bym umyła jej włosy,
a mąż wieczorem przykryje kołdrą i skorzysta z mojego
ciała, jak korzysta się z prysznica albo chusteczek w barze
szybkiej obsługi. Zamykam oczy.
– Tęskniłam.
Znowu mam siniaki, ale tym razem nie zejdą…

Nowy, daj papierosa! Gdzie je schowałeś?
Będzie do mnie przychodził na naukę.
3
Karny solniak – kara w postaci napoju sporządzonego z całej chemii, jaka znajduje się w celi.
4
Odbywać karę dyscyplinarną w odosobnionej celi.
5
Majtki – gwałt.
6
Git – grypsujący. Grypsera – podkultura więzienna, rządząca się ściśle określonymi zasadami.
7
Tata – szef grypsujących.
8
Kruk – ksiądz.
9
Rakieta z koksem – paczka ze sterydami.
10
Puca – wymiana informacji. Lipo – okno. Przewiń – powtórz.
11
Nawiń – mów.
12
Harem – część celi zajmowana przez cweli. Cwel – mężczyzna zmuszany do seksu z innymi więźniami.
13
Garowanie – odsiadka.
14
Dziesiona z dwóją – rozbój z bronią.
15
Nie jeść! – Kiedy więzień idzie skorzystać z toalety, musi to zasygnalizować. Wtedy żaden z pozostałych osadzonych nie może jeść.
1
2
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
38
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Agnieszka Olewicz
Tak, tato
Byłem dobrym chłopcem.
Zresztą nie istniał żaden powód, dla którego miałbym
nim nie być. Pochodzę z dobrego domu, nigdy nie byłem bity, nie chciałem bić, nie musiałem patrzeć, jak biją. A teraz stałem w rozkroku, ja – czerwona morda, ja
– przyspieszony oddech, bo płuca już nie te, co kiedyś.
Ja. Rękojeść, rączka, jak zwał, tak zwał, uchwyt pejcza
w moim spoconym łapsku. Ja, sznurki leniwie opadające na podłogę, którą dawno ktoś powinien umyć. Mój
syn. Ale mój syn uciekł z domu. Dobre dziecko. Dobry
chłopiec.
Ja. Jestem pejczem. Jestem pejczem bardziej niż
czymkolwiek innym na świecie. Mimo to nie mogłem pojąć, jak to się stało. Dlaczego ta dziewczyna
jest pobita? Zlana, zmaltretowana, ścięta. Mimo paru
głębszych jestem w stanie dostrzec, że przywiązałem
jej nadgarstki do nogi stołu za mocno; dłonie zbladły
z braku dopływu krwi, podczas gdy przedramiona są
prawie purpurowe. Klęczy wygięta tyłem do mnie, włosy rozsypują się po pręgach na plecach. Mokre pośladki
(dupa po prostu) całe w różowych, szorstkich bruzdach.
Najdziwniejsze – tego nigdy nie mogłem pojąć – ona
sama była mokra. Kobiety. Potrafię liczyć do siedmiu,
wiem, ile ich w ten sposób potraktowałem. I każda była

39
opowiadania • miniatury • prozA
mokra. Równouprawnienie, też coś. Nie w moim domu.
Nie w moim łóżku. I nie na mojej podłodze.
Bzdurne te pytania, tłuką w głowie, szumią i przewracają żołądek, mieszając się z wódką. Niewłaściwe pytania. Pytanie w gruncie rzeczy było jedno: dlaczego nie
posłuchałem ojca?
*
– Pamiętaj, synu.
Wyobrażałem sobie, że ojciec pouczający syna powinien mieć w gębie cygaro, a jeśli nie, to przynajmniej
wypadałoby siedzieć w łódce na jakichś rybach. A ten
posadził po prostu dupsko na kuchennym krześle, u
szczytu stołu, jak mu matka kazała. Głowa rodziny. Zasrany pantoflarz. Naprzeciwko ja, ten pouczany. Sceneria jak z komuchowego przesłuchania. Rodzina w roli
mebli. Zresztą oni zawsze byli meblami.
– Pamiętaj, synu, nigdy nie wolno ci uderzyć kobiety.
Nigdy. To tak, jakbyś sam sobie uciął prącie, rozumiesz?
Patrzyłem na niego chyba z nienawiścią. Ze wszystkich określeń dotyczących tego, co miał w spodniach,
wybrał najgorsze; przez niego, sikając, zawsze czułem
się jak wiosenny kwiatek, do którego zlatuje się cała
chmara pszczół, bzycząc: „Bzzz! Bzzbzzzbzzzz!”. Na
dodatek każde zdanie kończył tak, jakby uważał, że
jestem niedorozwinięty. „Mamy na obiad żurek, rozumiesz?”, „Patrz na mnie, jak do mnie mówisz, rozumiesz?”, „Dziadek nie żyje, rozumiesz?”
I rzeczywiście patrzył mi przy tym w oczy, a miał
wzrok denerwujący każdego, kogo wybrał na ofiarę.
Na każdego gapił się w taki sposób, jakby sądził, że
jest niespełna rozumu. Pewnie wydawało mu się, że to
wyraz przenikliwości. Tłumaczył wszystkim, ile jest dwa
i dwa, i czuł się jedyną osobą, która potrafi dodawać.
Gapił się. A ja zaczynałem mieć wątpliwości, czy to aby
na pewno cztery.
Przecież nigdy nie chciałem uderzyć kobiety!
*
Byłem, cholera, dobrym chłopcem. Dobrym chłopcom też czasem stoi, ale nie aż tak, do diabła (kurwy
nędzy). Czułem, że lada moment rozsadzi mi spodnie.
To była jedna z tych bolesnych erekcji, z powodu których dzieciaki klękają w konfesjonałach, bo nie da się
ich zostawić samych sobie. A laska robiła się niecierpliwa, widziałem to, chociaż nie wydała z siebie dźwięku.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
40
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Wierciła tyłkiem, ocierając się dołem o moje usyfione
panele. (Nie dołem. Cipką).
*
– Nigdy nie przeklinaj, synu. Przeklinanie świadczy
o braku charakteru. Rozumiesz?
Przysięgam, miał żółtko w wąsach. Spływało z kącika
ust. Nigdy w życiu nie widziałem niczego tak obrzydliwego.
– Irek, daj już spokój – zajęczała matka.
Śniadania. Obiady. Kolacje. Nie było mowy o ucieczce.
Po dziś dzień nienawidzę jeść; i dobrze, nadal byłbym
tłustą świnią. Moi dwaj bracia i siostra gapili się w swoje talerze, skupieni na jajecznicy. Michał się krzywił, bo
nie znosił jajek na czczo. Babcia memlała z wyrazem
błogiej obojętności na twarzy, bo ojciec nigdy nic do
niej nie mówił. Była głucha i chyba faktycznie niespełna
rozumu. Pamiętam, że raz obudziła się w nocy, wyjęła
odkurzacz i powybijała wszystkie okna. Było jej gorąco.
Każda sekunda w tym domu chciała, żebym wybuchł.
Ale ja nie wybuchałem. Byłem dobrym dzieciakiem.
*
Wierciła się coraz bardziej, wyglądała jak jedna z brytyjskich aktorek porno, tyle tylko, że z cellulitem. Jak
dorwę kiedyś człowieka, który wyjaśnił mi, czym jest
cellulit, zrobię mu go na twarzy. Wierciła się i zaczęła
nawet postękiwać. Zaraz się wścieknę.
– Uspokój się, cholera.
Jęknęła, kiedy strzeliłem paskiem w powietrze. Żałosne.
– Idę na dwór.
– Teraz? – Uważaj, bo się rozryczysz. – Misiu…
Zapaliłem na dworze, palenie w domu jest przecież
wulgarne. Ha. Była burza! Dlatego wyszedłem, lało (pizgało) jak z wodospadu, Bóg walił gromami w ziemię
i nie potrzeba żadnej metafory. Niech ją piorun (jebnie)!
Już myślałem, że zajęczy: Ireeek, daj spoookóóój…”.
Nigdy nie chciałem uderzyć swojej dziewczyny.
*
– Skarbie…
Oparła zgięte kolana na moich biodrach. Udało mi
się nie poruszyć i nie otworzyć oczu, ale zdradziłem się
drgnięciem kącika ust. Uśmiechnęła się; wiedziałem,
że się uśmiecha, czułem jej ciepły, kwaśny oddech na
uchu. Zawsze przygryzała mi płatek prawego ucha i de-
likatnie, niemal wstydliwie głaskała językiem wnętrze,
a ja się odwracałem. Ha! Nie tym razem. Poczułem jej
zaskoczenie; zatrzymała uda na plecach, ale trwało to
tylko pół sekundy. Nie należała do kobiet, które lubią
okazywać wahanie. Ugryzła mnie, nawet za mocno,
przesunęła zdecydowanym ruchem już nie uda, ale całość. W górę. No i co teraz?
Kotku?
– Ty skurwielu – wyszeptała mokro. Była więcej niż
wcięta. – Odwróć się.
Nie przeklinaj. (Kurwa). Zaczepka, zawsze tak robi,
wie, jak tego nienawidzę. Poruszyłem się lekko. Nawiedziła mnie fantazja, w której przesuwa się i dławi.
Krótka, dwusekundowa, mężczyźni tacy jak ja nie lubią niespełnionych fantazji. Nie (kurwa), nie. W życiu.
Żebym ja dał się zdominować przez kobietę? Kocham
ją, ale chyba nie aż tak. Wkurzyłem się, zachciało mi się
nagle pokazać, kto tu rządzi, mimowolnie napiąłem
wszystkie mięśnie, przypływ gorąca w okolicy głowy
i karku. Chyba ci odbiło, Julia. Nie i już.
– Kochanie…
Im słodszy szept, tym bardziej nie należy ufać dziewczynie. Równie dobrze mogłaby powiedzieć: „Kochanie,
a może odgryźć ci głowę? A może obie, co?”. Naturalnie nie mogła zagrozić niczym w tym stylu, byłem
wielki i silny jak byk. Gdybym nie był, ona w ogóle nie
byłaby moją dziewczyną. Gdyby poznała mnie cztery
lata wcześniej, czułaby współczucie, broń Boże żadnej
ochoty. Cztery lata wcześniej w dalszym ciągu pozostawałem grubą,ślamazarną beczką, bo moja matka
chciała uzupełnić niedobór normalności domowej
nadmiarem domowego żarcia. Chciała widzieć swoją
miłość na lejącym się brzuszysku i cycowatym torsie
potomka, żądała, aby dupsko latorośli nie mieściło się
od tej miłości w drzwiach. Oczywiście wtedy tego nie
wiedziałem, pewnie bym na to nie pozwolił. Chociaż
nie wiem. Nie, w ogóle nie mam pojęcia, co bym zrobił.
No, ale cztery lata wcześniej dostałem pierwszego
kosza od niejakiej Joanny (kurwa jej mać) – nawet nie
pamiętam nazwiska – i uświadomiłem sobie, jakbym
tego wcześniej nie wiedział, że jestem piętnastoletnią
tłuszczową cysterną, brzydką i słabą, a ponadto mam
dziwne rodzeństwo, dobrego tatusia, stłamszoną życiem matkę i szurniętą babcię. Nawet nie jestem pryszczatym poetą, jak stwierdziłem na głos, gapiąc się na
swoje nalane odbicie. Absolutnie żadnych atutów. Jak
ty chciałeś, Grzesiu, poderwać jakąś dziewczynę?
No bo właśnie dotarło do mnie, że miłości nie ma, jest
tylko giełda wymiany, a ja jestem niedorobionym, wadliwym towarem. Oj, to bolało. Popadłem w młodzieńczą depresję i werteryzm. Nie ma nic poważniejszego
od tych dwóch choróbsk. Nie myślałem, co prawda,
o samobójstwie, ale na dwa miesiące zostałem bulimikiem. Rzygałem wszystkim. Nawet się do tego nie
zmuszałem, po prostu z każdą kolejną jajecznicą i zlepionymi wąsami ojca wyobrażałem sobie, jak wyrastają
mi wielkie jajeczne cycki. Na szczęście mi przeszło, o
dziwo – samo z siebie; młodzież nie potrafi zbyt długo być oszalała, instynktownie wyczuwa, że to nie do
zniesienia dla psychiki. To starzy są tacy zatwardziali
w wariactwie, a ja miałem przecież swoje piętnaście
lat i trochę oleju w głowie. Zacząłem biegać. Pomału,
pomału, coś czułem, że jeśli nie będę tego robić prawie mimochodem i niezauważalnie dla samego siebie,
spanikuję, położę się w łóżku i zjem jajecznicę, a potem
będę gapił się na zdjęcie mojej niespełnionej miłości.
Pięć minut dziennie, jakoś tak… szybciej do szkoły,
no, niechcący wstawałem trochę później. Potem, powoli, dziesięć minut wieczorami. Potem zacząłem
delikatnie robić brzuszki. Potem prawie mi odbiło i
zostałem kulturystą. Bo czułem się coraz bardziej rozwścieczony. Widziałem to. Moja rodzina mnie pożarła.
Dopóki byłem gruby, nie myślałem nawet, że może być
inaczej. A było! Więc co jest nie tak z moją rodziną?
Kiedy kochałem się z Julią po raz pierwszy, za szybko doszedłem. A potem nie mogłem wstać. Mówiłem
sobie, że to sterydy. Była dla mnie za dobra. Kochała
mnie. Próbowała mnie pożreć. Była w tym lepsza od
matki, miała dłuższe nogi i cudowne włosy. Nie do
połowy pleców. Do tyłka. Zorientowałem się, że mnie
trawi, kiedy byliśmy zaręczeni, a zdołałem się uwolnić
dopiero po ślubie i narodzinach Marcina. Nie wiem,
co zrobiła, nie pamiętam, naprawdę nie pamiętam,
w jakich okolicznościach po raz pierwszy uderzyłem
kobietę. Ale zrobiłem to, gdy Marcin miał dwa lata,
rąbnąłem ją w twarz, przez chwilę myślałem, że wybiłem zęby mojej żony. Marcin śmiał się, kiedy podchodziłem do niej – mówiła potem, że wyglądałem
jak oszalała krowa – i zaczął płakać, kiedy usłyszał

41
opowiadania • miniatury • prozA
krzyk. Popatrzył na mnie. Pewnie za dużo chleję i nie
mam szarych komórek, ale zawsze myślę, że miał wtedy wzrok mówiący: „Zabijesz moją matkę”. Nie wiem.
Nie zrozumiał pewnie nawet, że to ja jestem przyczyną
wrzasku „daa- dyyy!”. Pewnie.
Cholera, nadal jestem przekonany, że mnie wtedy
znienawidził.
*
– Do kurwy nędzy, Grzegorz, ty placku!
Nie do wiary! Wściekła się? Naprawdę odważyła się
wściec?
– Masturbujesz się tam czy co?
Ja? Masturbować się? Ja jestem dobrym chłopcem.
Poza tym to obrzydliwe, nie?
*
– Grzesiu, skarbie, co to jest?
Jakbyś nie wiedziała, co to jest (durna pipo), kochanie. To są pornole. A to nie było takie zwykłe „Grzesiu,
skarbie”, to było przerażone „Grzesiu, boję się ciebie”.
Zdaje się, że dla mojej żony nagle wszystko zaczynało
być jasne.
Nie wszędzie można dostać tego rodzaju świerszczyki, a już na pewno nie tuż po komunie. Te były sprowadzane, nie wiem, z Rosji czy z Ukrainy, przez kumpla.
Sam miał nietęgą minę, kiedy mi je dawał. Na początku
nie wiedziałem, jak nazwać większość użytych do zdjęć
narzędzi: co to, jakieś stalowe spinacze do prania? A to
na pewno nie są zwykłe kajdanki, na pewno skóra goi
się po tym co najmniej przez dwa tygodnie. Właściwie
to w sumie amatorszczyzna, jeśli ludzie nie potrafią
bawić się tak, żeby nie zostawiać śladów. A może ich
to kręci.
Potem się dowiedziałem, że tak i że mnie też kręci.
Ale wtedy jeszcze przeglądałem świerszczyki „z ciekawości”. Jakoś tak dostałem je niedługo po tym, jak
uderzyłem Julię i klęczałem przed stolikiem, zza którego nie chciała wyjść. „Przepraszam, kochanie. Nigdy
więcej, kotku. Kocham cię. Julia, kocham cię”. Nie do
wiary, że dała się na to nabrać. Nie do wiary, że ja dałem się na to nabrać. Działało, aż do tego momentu jej
nie uderzyłem. Spaliłem w kominku świerszczyki. Zacząłem się czuć źle, jakby mnie rozsadzało od środka.
Psuło się wszystko, co zbudowałem przez półtora roku.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
42
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Nie docierało do mnie czemu, ułożyło się, uprawiamy
seks, jest w porządku, dzieciak rośnie, mam pracę. Nie
znoszę tej kobiety.
Przez dwa tygodnie tylko się darłem.
– Nienawidzisz mnie. Nienawidzisz mnie, tak jak nienawidzisz swojej matki.
Powiedziała to całkiem spokojnie. Głupia. Myślała, że
jej nie rąbnę? Nie miała nic w ręku, a stolik dawno wypieprzyliśmy, bo niemal doszczętnie zjadły go korniki.
Z nas trojga nie dał się nabrać tylko Marcin. Ja udawałem, że nie jestem alkoholikiem i damskim bokserem,
po prostu lubię wypić i bywam porywczy. Moja żona
udawała, że ma męża chorego na nerwicę, któremu
trzeba pomóc. A Marcin, mając trzy i pół roku, zobaczył
fioletowe ślady palców na ramionach Julii. Popatrzył na
mnie. Skąd on (kurwa) wiedział? Rozbeczał się i latał
po podwórku, wrzeszcząc: „Tata skujwiel, tata skujwiel!”.
Nauczył się od matki. Tłumaczyłem sąsiadowi, że Julii
zdarza się kląć w korkach.
*
– Pieprzę to! – stłumione wycie zza ściany. – Rozwiąż
mnie, do cholery, wychodzę stąd!
Ile ja tu siedzę? Dziesięć, piętnaście minut? Niewyżyta szmata. Właściwie czemu śpię z dziewczyną, którą
znam od liceum? Oszalałem? Jokasta cholerna. Co to
w ogóle za imię? Nieważne. Nie powiem, żeby nie była
ładna, ignorując ten cellulit na dupie. Ale tego się nie
robi. Poza tym ona jest facetem, słowo daję. W liceum
klepałem ją niezdarnie po plecach, bo nie wiedziałem,
co tu począć; nosiła włosy ścięte na chłopczyka, beznadziejne dżinsy, szeroką koszulkę i pieszczochę, pluła i charkała dalej, niż widziała, klęła – wszystkie moje
klęły, nie mam pojęcia, o co chodzi – no była facetem.
Byłem za głupi, żeby wpaść na pomysł, że może być
lesbijką. Za moich czasów lesbijka była czymś tak samo
realnym jak trzymanie zebry w klatce pod łóżkiem. Niby możliwe, ale co z tego? Gdzieś tam. Nie u nas.
Może nawet była lesbijką, ale przestała nią być. O ile
tak można, nie znam się. Ale miesiąc temu spotkaliśmy
się na zlocie klasowym, na który zaciągnięto mnie siłą.
Kiedy zobaczyłem, jak się wylaszczyła, poczułem się
oszukany. Ale mniejsza, nie to mnie intrygowało; zastanawiałem się nad tym, nad czym myślałem zawsze,
a gdy pytałem, spotykałem się z milczeniem. Jokasta
była bezpośrednia. Przyznała, że nie należy do tych kobiet, które lubią, kiedy mężczyzna bije je w łóżku, bo
chcą się czuć zniewolone. Po prostu lubi ból. Stwierdziła, że jest intensywniejszy od najsilniejszego orgazmu,
jaki miała, gdy pewnej nocy przyśniła jej się chmura
w kształcie wielkiego kutasa; powiedziała, że lubi być
poddana, ale nie mnie, tylko bólowi. Czuła się wtedy
większa niż cały Wszechświat, bo cały Wszechświat był
bólem, nie tylko nie liczyła się wówczas przestrzeń i
okoliczności, nie liczył się również czas. Nie było czasu
w obliczu bólu. Prawie jakby była nieśmiertelna. A teraz nagle zrobiła się wyszczekana. Nie. Nienawidzę nie
mieć kontroli. Cholerna wóda.
– KURWA, rozwiąż mnie, mówię!
Zabiję tę kobietę. Przez kobiety zostanę kiedyś gejem.
Pedałem.
*
– Michał – wychrypiałem, usiłując otrząsnąć się z
szoku. Miałem nawet w dupie fakt, że przeklinam, być
może to właśnie przeraziło mojego biednego brata. –
Michał. Przecież nie możesz być pedałem.
No jak nie mogę, mówiło spojrzenie mojego brata,
błaganie w oczach mojego brata, drżące po babsku
wargi mojego brata, mojego brata pedała. Nienawidzę
pedałów! Mój brat nie może być pedałem, pedałów w
ogóle nie ma, nie można chcieć przelecieć faceta, to
niemożliwe, obrzydliwe i straszne. Właśnie sobie wyobraziłem, jak mój brat robi jakiemuś wielkiemu mięśniakowi ze stacji benzynowej dobrze, poruszając przy
tym głową jak Julia. Co mam teraz zrobić? Oszalał? Dlaczego w ogóle mi o tym mówi?
Dopiero w tym momencie dotarło, że mówi, bo chce,
żebym go jakoś wsparł, poparł, zrozumiał, zaakceptował… – skończyły mi się słowa, których uczą w podstawówce, dźgając wskaźnikiem w kartonowego murzyna. Zwariował. Mam zaakceptować fakt, że mam brata
pedała? Bezgłośnie wymówiłem to zdanie trzy razy, za
każdym kolejnym inaczej je akcentując. Mam brata pedała. Mam brata pedała. Mam brata pedała. Dzień dobry, jestem Grzegorz, mam brata pedała i chciałbym u
państwa pracować. Cześć, mała, jestem Grzegorz, mam
brata pedała, skoczysz na drinka? Mamo, nie mogę
teraz rozmawiać, mam brata pedała. Żartujesz, mały.
Bracie pedale.
Mimo wszystko się starałem.
– Posłuchaj, eeee… Jesteś pewny?
Kiwnął głową. Zaraz się rozbeczy. Jeśli się rozbeczy,
będę musiał mu maznąć.
– Ale czy ty już… No wiesz…
Dlaczego nie mogłem po prostu zapytać: „Michał,
uprawiałeś seks z facetem? Michał, słuchaj, a dupa cię
nie boli?”.
– Nno… W pewnym sensie…
– Jak to, kurwa, w pewnym sensie? Jak w jakim
sensie? TO się robi albo nie, rozumiesz?
Że co?! Skoczyło na mnie zębate widmo ojca, przeklęta
zjawa potrząsająca mną i skrzecząca: „Rozumiesz? Rozumiesz? Rozumiesz? Masz brata pedała, rozumiesz?
TO się robi tak: kiedy mężczyzna czuje, że jego prącie
jest sztywne…”.
Mój mózg pracował na takich obrotach, że gdyby nie
uszy, pewnie by się przegrzał. Podsuwał mi paskudne
wizje, wciąż z udziałem gościa ze stacji benzynowej.
Że co mój brat mógł robić? Oralny? Analny? Jakieś zabaweczki? Czy ten facet goli sobie… Niemal błagałem
Michała wzrokiem, tak jak on przed chwilą błagał mnie.
Powiedz to, proszę, powiedzże coś…
– Grzesiek – załkał Michał, czy też Michalina. – Kochasz mnie?
Nie wierzę.
– Tak – popatrzyłem mu w oczy, spokojnie, gładko. –
Zawsze będę cię kochał, kimkolwiek byś był.
A ja przez całe życie, do dziewiętnastego roku bycia
członkiem rodziny Richterów, myślałem po prostu, że
mój brat jest słaby. Że zwyczajnie mam nim nie być,
a wtedy wszystko będzie dobrze. A on jest ciotą. (Ja
pierdolę).
I tak, przytuliłem go. Chociaż kłamałem. Nie mógłbym kochać swojego brata pedała.
*
Oparłem się o framugę. Jasna cholera. Nie przewróciłem się, raczej ktoś wyrwał mi grunt spod stóp, jakby to
był dywan. Jestem pijany i rozmyślam o swoim bracie
pedale. Dosyć tego. Uspokoiłem się. Panuję nad tym.
Mogę panować nad nią, mogę i nad sobą. Tak?
Jokasta?
– Jokasta – warknąłem, w tym domu można tylko
wrzeszczeć i warczeć. – Jokasta, kurwa, dawaj nadgarstki.
(Nigdy nie przeklinaj, synu).

43
opowiadania • miniatury • prozA
– Co się z tobą dzieje? – Jokasta rozcierała sobie z sykiem przedramiona. Nawet nie pofatygowała się, żeby
założyć spodnie na tyłek, po prostu wciągnęła szorty.
Bezmyślnie gapiłem się, jak tu i ówdzie jej się wżyna.
Oho, a to co, stanika też nie założy? Ciekawe, swoją
drogą, stoją jej z zimna czy z podniecenia? Gęsiej skórki nie ma, tak że…
(Kurwa), mogłaby ogolić pachy…
– Kurwa mać, Grzesiek, pedale, ogarnij dupę!
Nie przeklinaj, Jokasta. Co? Że jak? Że…
– Powtórz.
– Chory czy co…
– Powtórz.
– Daj spo…
– Nie jestem pedałem, rozumiesz?! – ryknąłem i z miejsca tego pożałowałem, bo kiedy już ryczałem, zaraz
musiałem się czymś zamachnąć. Kurwa, kurwa (nie…
zamknij się, stary pierdzielu), to chyba jasne, że nie jestem
żadnym pedałem; nie wiem dlaczego, ale perspektywa
bycia pedałem wydała mi się straszna. Okropna. Naprawdę. Nic gorszego. Nic gorszego od Michała – pedała. Pejcz trzasnął o ziemię, najpierw właściwą częścią,
potem rączką (rękojeścią, uchwytem), potem krzesło,
a krzesło już…
Nie uderzę jej, nie uderzę za żadne skarby, nie krzesłem…
– Powtórz, kurwa! Powtórz!
A jak już ryczałem, musiałem rzucać.
*
Marcin miał obłęd zamiast oczu. Właśnie się dowiedział, że matka powiesiła się w pokoju, w którym spędził dziesięć lat, nad łóżkiem, w którym spał przez siedem. Nie dziwiłem się. Dziwiłem się sobie, że w ogóle
mnie to nie rusza. Szczęki mi się zaciskały. Musiałem.
Nad sobą. Panować.
– Nie zabiłem twojej matki, synu, co ty bredzisz?
– Tato – nie mam pojęcia, jakim cudem mówił ani jak
to zrobił, że nie połamał zębów. – Ty chuju. Gnoju. Skurwielu. Zabiłeś moją matkę. Zamordowałeś.
Bardzo. Cicho. Bardzo. Spokojnie. (Kurwa. Jego. Mać).
– Nie.
– Tak! Zabiłeś! Może nie ręką! Ale zabiłeś matkę, rozumiesz, zasrany moczymordo, czaisz?
Usłyszałem tylko jedno słowo. Swoją drogą, akurat w
tym momencie byłem pełen podziwu. Już się bałem,
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
44
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
że mój syn będzie jak Michał (mój brat pedał), że będzie maślaną ciotą. Ale co on sobie myśli, szczyl mały,
gnojek jeden, kurwa, kurwa, no ja pierdolę (nigdy nie
przeklinaj, synu), nie. Nie, nie, nie, nie można bić dziecka, nie wolno! (Rozumiesz?)
Krzesło przeleciało przez stół. Zachwiałem się. Gdzie jest
Marcinek? Kiedy widzi się podwójnie, trzeba celować w środek. Widzę dwa stoły, cztery krzesła, dwie lampy i nawet
dwie podłogi, założone na siebie jedna na drugą, i przy tym
ani jednego Marcinka. Marcinek, synu, gdzie się schowałeś?
A potem, nagle – wcale nie stopniowo, po prostu jak
kubłem w mordę – uspokoiłem się. Mój syn. Mój syn
leżał ze śliwą pod okiem i chyba krwiakiem na policzku, rozbitą wargą, ale nie charakterem. Mój syn. Nie
synek, synuś, jestem ojcem, nie tatusiem. Mój syn nie
rozpłakał się, chociaż wiedziałem, że rozryczy się zaraz
po wyjściu, a tego, że pójdzie w cholerę, byłem pewien.
Jego ojciec również się nie rozryczał. I nigdy donikąd
nie poszedł, bo po prostu nie miał dokąd.
Wtedy podarowałem mu wszystko, co miałem. Postanowiłem być lepszym ojcem niż jego dziadek.
– Tak, synu. Zabiłem twoją matkę.
Pozwoliłem mu się znienawidzić. Po to tylko, żeby
matka mojego syna nie została Andrzejem Richterem.
*
– Grzesiek. Grzegorz. Patrz na mnie.
Nie uciekła, ale też i ja jej nie uderzyłem. Zatrzymałem
się w powietrzu. Po raz pierwszy w życiu. Nie mogłem
się zatrzymać przy swoim dziecku? Przy swojej żonie?
Może mogłem. A może mój ojciec mógł tego dnia nie
pić. Może nie zamordowałby
Andrzeja Richtera.
Może ja nie chciałbym teraz zamordować wszystkich.
*
Ojciec nie przejął się tym, że dziadek nie żyje, myślał
tylko o tym, że go zabił. Że on jest mordercą. Naturalnie tego nie powiedział; trząsł się, płakał, prawie mu
współczułem, jęczał coś, że światła popsute, że on miał
pierwszeństwo, że co to za drogi, słowem – bredził.
Matka nic nie powiedziała. Popatrzyła w przestrzeń, a
raczej w tył własnej głowy. I zemdlała. Zanieśliśmy ją z
Kamilem do pokoju, cholerny Michałek zaczął ryczeć
i do niczego się nie nadawał. Wlekliśmy ją w pełnym
męskiej godności milczeniu, nie przytuliłem brata, nie
pocieszyłem go, powinienem, ale i on nie powiedział
do mnie słowa. A zresztą – co miałem powiedzieć, no
co, że tak miało być, że w niebie jest Pan Jezus i on bardzo potrzebował dziadziusia, tak? Kamil miał wtedy
trzynaście lat, wiedział, że to nie był żaden „dziadziuś”,
nie ma czegoś takiego; był Andrzej Richter, niedołężny
alkoholik, który zawsze chciał być ojcem i dziadkiem, a
był tylko Andrzejem Richterem. Zdawał sobie sprawę,
że Pan Jezus nie potrzebuje do niczego Andrzeja Richtera, nawet gdyby nie był Andrzejem Richterem, tylko
saksofonistą, malarzem albo znanym naukowcem,
który wynalazł wehikuł czasu. Myślę, że wtedy Kamil
zaczął podejrzewać Pana Jezusa o bycie sadystą; wtedy
się to musiało zacząć, „to” – mam na myśli nienawiść do
całego świata, której ja nie mógłbym z siebie wykrzesać za żadne skarby. „To” w wykonaniu mojego brata,
który nigdy nikogo nie uderzył i nie skrzywdził, było
znacznie powyżej moich możliwości. „To” objawiało
się taką niechęcią w oczach, w każdym ruchu, geście
i co tam ludzie robią, we wszystkim. Do tego stopnia
znienawidził świat za zabijanie Andrzejów Richterów,
że poszedł na medycynę, aby podjąć męczeńską, katorżniczą pracę Syzyfa i codziennie cierpieć śmierć Andrzeja Richtera na sali operacyjnej. Niby nie powinien
aż tak zareagować, przecież od tamtego czasu przeżył znacznie więcej, w tym samobójstwo najlepszego
przyjaciela i rozwód. Ale na tym „to” polegało. Kamil w
wieku trzynastu lat zdecydował, że nie pogodzi się ze
śmiercią Andrzeja Richtera. Postanowił też, że będzie
towarzyszył jego śmierci aż do dnia, gdy sam stanie się
Andrzejem Richterem. Poważna, męska decyzja.
Beatka szmatka udała, że pogodziła się ze zjawiskiem
śmierci właśnie wtedy, kiedy jej brat uznał, że zrobi coś
dokładnie odwrotnego. I okłamała wszystkich, zrobiła
nas w jajo, bo nienawidzi alkoholu i pokoju Andrzeja
Richtera i nie może patrzeć na ojca. Michał Richter w
ogóle się nie zmienił, popłakał i pozostał Michałem
Richterem, co było jeszcze bardziej przerażające. A ja
nie wiem, kim byłem, jakoś się zmieniłem, na pewno;
niemniej jednak – jak nie znałem siebie przed śmiercią, tak nie znałem siebie po niej, więc w gruncie rzeczy żadna zmiana chyba nie nadeszła. Ach, pieprzyć
to. Może wcale nas to tak nie uderzyło, może sobie
wmawiam. Chrzanić, ze starego pokolenia została tylko matka. A kiedy do niej mówię, czuję, jakbym rozmawiał ze zwłokami. Babcia po prostu zwariowała do
reszty i też umarła, w wieku osiemdziesięciu dwóch lat,
nie ma w tym nic dziwnego. Ojciec, śmiać mi się chce,
umarł na raka płuc, nie zapaliwszy w życiu ani jednego
papierosa. Wyobrażam go sobie konającego na łóżku
szpitalnym, pytającego w przestrzeń: „Rozumiesz?”. Zamordowawszy teścia, postanowił wyprzeć się mordu
i doprowadził swoim zachowaniem matkę do niemej
pasji, ale był za głupi albo zbyt tchórzliwy, żeby to pojąć. Matka wyżywała się na nas, udając,że tego nie robi.
Wszyscy udawaliśmy. Tylko Andrzej Richter nie chciał
udawać, że żyje. Gdyby umarł na zawał, byłoby w porządku, bolałoby, ale przynajmniej nasze pokolenie
pogodziłoby się wreszcie ze śmiercią. Zamordował go
mój ojciec, więc jest tak, jakby naszej rodziny już nie
było. Chyba przestała udawać, że istnieje.
*
Głupia wóda. I teraz siedzę na własnej podłodze, przytulany przez babę, którą dopiero co lałem pejczem. Co
ona, nie boi się mnie? W ogóle? Nawet kiedy wziąłem
znowu do ręki ten sam pejcz i tnę nim powietrze, robiąc niewidzialne bruzdy na ciele ojca? Zawsze uważałem, że nałogowcy i damscy bokserzy są obrzydliwi,
a tymczasem się okazało, że dla kobiet to najlepsza
partia. One wręcz czekają, aż znajdą jakiegoś wariata,
żeby móc się łudzić, że są dla niego światełkiem w tunelu. Wykłócają się o te litry wódki, tony kokainy, stosy
zakrwawionych łyżeczek i kopce petów, nie zauważając, że same są ciężko uzależnione od własnego krzyża.
Jezus powinien być kobietą. Zawsze tak myślałem, bez
względu na to, czy patrzyłem na swoją matkę, na Julię,
siostrę czy na tę dziwkę odmrażającą sobie właśnie za
drzwiami tyłek. Nawet kiedy dochodziłem, obojętnie
w jakiej pozycji, czułem przez skórę katorżniczą pracę
tych kobiet i ich zbolałe orgazmy; tak jest, nawet gdy
biłem słabo albo wcale, wiecznie czułem, że to dla nich
bardziej cierpienie niż przyjemność. Julia powiedziała
mi kiedyś, że uczucie kobiecego orgazmu jest podobne do uczucia rozpadania się na kawałki. Wzruszyłem
na to ramionami, ale tak się złożyło, że po Julii miałem
wiele kobiet, w tym jedną poetkę. Przypomniałem sobie o słowach mojej dziewczyny, późniejszej żony, późniejszej nieboszczki, kiedy prawie złamałem piszczel tej
wrażliwej poetce, gdy odmówiła przywiązania nogi do
ramy łóżka. Przewróciła oczami.
– Nie, to nie do końca prawda. To raczej tak, jakby roz-

45
padało się nie ciało, tylko… bo ja wiem… jakby skóra
i mięśnie pozostawały na miejscu, ale wszystkie neurony eksplodowały od środka. Zwłaszcza te od pasa w
dół. Nigdy mi się nie zdarzyło, żeby ktoś był tak dobry,
żebym pękła wyżej.
Zarobiła za te słowa plaska w dupę. Nie, nie takiego
figlarnego, dla żartu, żeby tylko upokorzyć. Biję, żeby
bić. Och, mam straszliwy burdel w głowie, w mieszkaniu i wszędzie. Dupa. Też się podniosę. Jestem alkoholikiem. Oni po wszystkim się podnoszą.
– Grzegorz.
Mówi do mnie łagodnie. Mów. Ale nie zmuszaj do
odpowiedzi. Mów, proszę.
– Grzegorz. Chodzi o żonę? O syna? O seks? Z tym się
można pogodzić. Ja się pogodziłam.
Gówno się pogodziłaś.
Popatrzyłem na nią. To lesba. Wpadła kiedyś na to? To
pieprzona lesba. Musi się zmuszać do seksu z facetami.
O żonę? O syna? Moja żona się zabiła, o tym wiedziałem. Mój syn wiedział, że zabiłem ją ja. Ona prawdopodobnie w ogóle nie wiedziała, że się zabija albo że jest
zabijana. Niektórzy ludzie zabijają się tak, jak inni piją,
ćpają albo palą papierosy; pije się, bo się pije, ćpa się,
bo się ćpa, pali się, bo się pali, bije się, bo się bije, zabija
się, bo się zabija. Cała reszta to tło, którym próbuje się
przykryć tę jakże mądrą prawdę. Tło jest zawsze zbyt
mętne, prędzej czy później z każdego wylezie sakramentalne, pijackie, masochistyczne, sadystyczne, samobójcze: „Bo tak”.
O seks?
– Wyjdź już. Wyjdź, proszę. Muszę zostać sam.
Naprawdę muszę.
Popatrzyła mi w oczy. Kogoś mi w tym przypominała.
Tyle tylko, że była mądra, ukrywała to skrzętnie, ale była; wiedziałem to. Byłem pewien.
– Rozumiesz?
Zrozumiała.

reklama
opowiadania • miniatury • prozA
Tw
orz
ym
y
dla
ciebie
studio BLacK to grupa
specjaListów Z wieLoLetnim
doświadcZeniem w reKLamie
i poLigrafii.
nasZe dZiałania oBejmują:
• projeKtowanie graficZne
(cZasopisma, uLotKi, reKLamy,
roLLupy, Banery, foLdery,
wiZytówKi, itp.)
• druK
• oKLejanie samochodów
• gadżety reKLamowe
• projeKtowanie stron www
• Banery internetowe
UKŁADAMY
SIĘ
W
SŁOWA(CH)
• e-maiLingi i preZentacje
muLtimediaLne.
u k ł a d a m y
46
s i ę
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Marianna Szygoń
Zatarty trop
–J
edź! – rozkazał.
Beth nie wykonała polecenia, ogarniając
zbaraniałym wzrokiem spoconą twarz obcego mężczyzny, który właśnie wpakował się na fotel pasażera. Wysadziła Ethana przed szkołą, ale nie wpadła na to, by zablokować drzwi, gdy dzieciak wysiadł. Światła zmieniły
kolor na zielony, kierowcy z tyłu zaczęli wściekle trąbić,
a ona zdołała wydobyć z gardła jedynie krótki, żałosny jęk:
– Ale…
– Ruszaj, kurwa! – ryknął intruz, wciskając jednocześnie pod jej żebra zimny przedmiot o wąskim, ostro
ściętym końcu. – Już!
Wyraźnie poczuła go przez cienki materiał lekkiej
bluzki. Pistolet czy nóż? Nie ośmieliła się spojrzeć w dół.
Stopa sama odnalazła pedał gazu, samochód ruszył
z piskiem opon, ponownie witany jazgotem klaksonów,
tym razem ze strony tych, którym przecięła drogę. Od
zderzenia z pędzącą furgonetką dzieliły ją milimetry.
– Przejechałaś na czerwonym – zagrzmiał, głębiej
wbijając twardy przedmiot w bok Beth. – Na drugi raz
rób, co mówię!
Instynktownie odchyliła ciało w bok i wstrzymała oddech, zagryzając wargi aż do krwi. Na przekór bólowi
i przerażeniu, wyciskającym łzy z oczu, radio beztrosko
mruczało pretensjonalną piosenkę o miłości. Why won’t you release me – podpowiadał refren.
– Mam syna… Puść mnie – wyjąkała. – Bierz auto
i jedź, dokąd chcesz!

47
opowiadania • miniatury • prozA
Niespodziewanie cofnął dłoń. Kątem oka dostrzegła,
jak ukrywa pod kurtką pistolet, wciąż jednak kierując
lufę w jej stronę.
– Nie jestem złodziejem. Ty pojedziesz. – Odsunął się,
wygodniej siadając w fotelu pasażera i dodał: – Nie
utrudniaj, bo dzieciak zostanie sierotą.
I tak zostanie, przemknęła jej przez myśl ponura
wieszczba.
Zagryzła wargi jeszcze mocniej i nerwowo zacisnęła
palce na kierownicy. Kolejne skrzyżowanie powitało
ich czerwienią. Pierwszym, co przyszło jej do głowy,
był pomysł, by pchnąć drzwi, zerwać się z fotela i uciec.
Musiałaby jednak wpierw odpiąć pas. Czy on naprawdę
strzeli, gdy tylko zacznę mocować się z zamkiem?, rozważała przez długie niczym wieczność sekundy pozostałe
do zmiany świateł.
Nie starczyło jej odwagi, by to sprawdzić.
***
– To twoja matka?
Ethan nieznacznie skinął głową. Przywykł do obojętnych, wyzbytych z ciekawości spojrzeń, jakimi postronni obdarzali pogniecione zdjęcie. Fotografia zatrzymała czas dla niespełna czterdziestoletniej okularnicy,
odzianej w bury, równie niemodny jak fryzura sweter.
Nie pamiętał matki innej niż na tym zdjęciu, jakby kawałek papieru, poprzecinany rysami zagięć, zawłaszczył całą jego pamięć.
– Dawno było robione?
– Piętnaście lat temu.
– No, to mamunia wygląda teraz zupełnie inaczej. –
Sprzedawca w minimarkecie przy stacji paliw z ironicznym skrzywieniem warg, mającym uchodzić za uprzejmy
uśmiech, oddał zdjęcie. – Świeższego nie masz?
– Nie. – Chłopak złożył je na pół i schował do kieszeni.
Czuł, że nieuprzejmy Metys zaraz zada jeszcze jedno
rzeczowe pytanie, a odpowiedź, której Ethan będzie
musiał mu udzielić, sprawi, że grubas w brudnym mundurku z logo dużej sieci paliwowej przestanie traktować go poważnie.
Nic nowego. Zdążył przywyknąć.
– A kiedy niby miała bywać w tej okolicy? – spytał
miejscowy, widząc markotną minę chłopaka, raczej
po to, by przyspieszyć koniec rozmowy niż ze szczerej
chęci pomocy.
– Właśnie wtedy. Wypłaciła gotówkę z bankomatu naprzeciwko – padła odpowiedź. – Potem prawdopodobnie
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
48
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
tu zatankowała.
– Byłaby na nagraniu. Też mamy kamery. – Sprzedawca ukrył dłonie w kieszeniach i znudzony, zaczął wypychać je pięściami.
– Wtedy mieliście awarię.
Metys zamrugał kilka razy, po czym wydął usta i wodząc mętnym spojrzeniem między pustawymi półkami, przyznał:
– Tak, rzeczywiście… Faktycznie, przypominam sobie…
Serce Ethana zabiło mocniej, choć rozsądek podpowiadał, że to kolejny fałszywy alarm.
– Taak – ekspedient dokończył po chwili namysłu. –
Rzeczywiście tam kiedyś był bankomat. Ale zlikwidowali, przecież wszyscy teraz płacą paypassem.
Chłopak odwrócił się na pięcie i wypadł ze sklepu, w
odwecie zrzucając po drodze towary z mijanych regałów. Minimarket był ostatnim miejscem, które miał odwiedzić w tej mieścinie. Ścigany wrzaskami oburzonego
sprzedawcy, rozchlapując pośniegowe błoto, dopadł
zdezelowanego mustanga i z rykiem silnika wyjechał na
szosę prowadzącą do mostu na rzece Columbia.
Znowu wyszedł na idiotę. Przez nią, pomyślał z wściekłością. Rzuć to w cholerę, usłyszał w głowie głos ciotki.
By go zagłuszyć, podkręcił głośniej odtwarzacz. Otworzył szeroko okno; mroźne powietrze skutecznie studziło rozpaloną skórę, nerwy też puściły szybciej, niż
się spodziewał.
Nie wrócę więcej do Vantage, obiecał sobie.
Nie pierwszy raz.
***
– Uuu, biednie – orzekł, zaglądając do czerwonej
portmonetki.
Wysłużony chevrolet Beth przemykał główną ulicą
niewielkiego miasteczka, ale szeroko rozlokowane
schludne domki i scenki z życia na prowincji niewiele
obchodziły porwaną. Od dobrej chwili obserwowała
ukradkiem, jak porywacz przegrzebuje jej wielką workowatą torebkę. Z początku uważała, że robi to z nudów,
ale szybko pojęła, że poszukuje czegoś konkretnego.
Pieniędzy.
A podobno nie jesteś złodziejem, pomyślała z przekąsem.
– No cóż, czas skorzystać z debetu – oznajmił w końcu.
– Niedaleko zajedziemy z pustym bakiem.
Łypnęła okiem w bok – trzymał kartę kredytową pomiędzy dwoma palcami tak, jak trzyma się papierosa,
by następnie wsunąć plastik do kieszeni na piersi. Lekko
oblizała spieczone wargi i z wysiłkiem przełknęła zgęstniałą ślinę.
– Niedaleko zajedziemy z pustym bakiem – powiedział. Czyżby czekała ich długa podróż?
– Chciałabym papierosa – wymamrotała przez ściśnięte gardło.
– Kolejna paląca mamuśka. – Facet zanurzył rękę
w torbie i wygrzebał stamtąd pomiętą paczkę winstonów, wyjął jednego i zapalił. Resztę schował do kieszeni, ignorując prośbę kobiety. – Moja była taka sama.
Wredna, samolubna suka. Uwielbiała kurzyć w pokoju
dziecinnym. Pamiętam, jak podpalała podczas karmienia. W jednej ręce fajka, na drugiej siostra. – Głęboko
zaciągnął się dymem i ostentacyjnie strząsnął popiół
do torebki. – Przyznaj, Matko Święta od Nieustającego
Jarania, twój dzieciak też już jest nałogowcem.
– Nie – jęknęła cicho, czując łzy napływające do oczu.
twardego tworzywa poczuła żar gaszonego we wnętrzu dłoni niedopałka. Nie pozwolił jej cofnąć ręki,
przytrzymując przegub trzema wolnymi palcami.
– Nie będziesz uciekać ani z nikim gadać. – Rozluźnił
uchwyt, rzucił jej kartę na kolana i dobył broni. – Nie
wchodzisz do środka. Załatwiasz bankomat i wracasz.
Wytniesz mi jakiś numer, to strzelę w plecy. Tobie i każdemu, z kim zamienisz choćby słowo. Rozumiesz?
W milczeniu skinęła głową. Łykając łzy, wysiadła z samochodu.
Straciła ochotę na papierosa. Powędrowała spojrzeniem ku zegarowi na tablicy rozdzielczej. Za parę godzin mały skończy lekcje i będzie na nią czekał. Do tej
pory zawsze odbierała go na czas.
Chrząknęła dla dodania sobie odwagi i zaczęła cicho:
– Pozwól mi zadzwonić do bratowej… Ktoś musi pojechać po Ethana do szkoły. Proszę…
Nadal palił, leniwie podnosząc papierosa do ust i ze
stoickim spokojem na twarzy strzepując popiół. Wyglądało na to, że rozważa prośbę.
Albo że wcale nie słucha.
– Proszę – powtórzyła. – Nie powiem ani słowa o tobie, przysięgam.
– Zatrzymaj się – powiedział nagle i wskazał przestronny
parking przed samotnym pawilonem handlowym. – Tam.
Skwapliwie wykonała polecenie. Drżącymi palcami
przekręciła klucz w stacyjce, po czym obróciła głowę
i spojrzała z nadzieją na porywacza.
– Pozwolisz mi? Mogę zadzwonić? – pytała gorączkowo.
– Mogę?
– Najpierw pójdziesz do bankomatu. – Zrzucił torbę
z kolan i wepchnął ją stopą w niszę pod deskę rozdzielczą.
Potem wyciągnął z kieszeni kartę kredytową. Papieros
między palcami drugiej dłoni nieubłaganie zamieniał
się w rolkę popiołu. – Wyciągniesz, ile zdołasz. Później
zobaczymy.
Z ociąganiem sięgnęła po plastik. Zahipnotyzowana
przez przenikliwe ciemnobrązowe oczy patrzące spod
krzaczastych brwi, nie zauważyła, że mężczyzna wcale nie podaje jej karty. Krzyknęła z bólu, gdy zamiast
w ogóle to obiecywała.
Słowa ciotki, relacjonujące ostatnią rozmowę telefoniczną z młodszą siostrą męża, brzmiały za każdym
razem podobnie, choć z biegiem czasu wkradała się
między nie dysharmonia fałszywych wspomnień. Piętnaście lat to szmat czasu, a pamięć potrafi płatać figle.
Jedno pozostawało niezmienne: nagranie z monitoringu bankowego. Dość marnej jakości, ale matkę dało się
na nim rozpoznać. Emerytowany detektyw, który udostępnił chłopakowi film, bez przekonania życząc powodzenia, sam prawie od razu poszukiwań zaprzestał. Oficjalnie nie wykreślono jej z list osób zaginionych, nie
uznano też za zmarłą, choć z rzeki na granicy rezerwatu
Coeur d’Alene wydobyto należący do niej wóz.
Ethan odwiedził wszystkie szpitale w okolicy, ale
w tamtym czasie do żadnego nie przyjęto Beth Dembowsky ani mogącej za nią uchodzić Jane Doe. Jakby
zapadła się pod ziemię.
Wielokrotnie pokonywał drogi prowadzące z rodzinnego
Ellensburga przez Vantage do granicy stanu i dalej, przez
rezerwat, aż do miejsca, w którym znaleziono samochód.
Odwiedzał stacje paliw, przydrożne bary, kościoły i motele,
wszędzie wypytując o starych pracowników, bo tylko oni
mogli coś pamiętać. Omijał zagubione w dolinach farmy,
kluczył wśród lesistych, łagodnie falujących wzgórz, z respektem spoglądając ku górom na horyzoncie. Wybierał
trasy, które podpowiedziałby mu GPS, gdyby z niego korzystał, bo przecież matka, jako prawdziwa mieszczka,
nie wyszukiwałaby dróg trudnych i niebezpiecznych.
Zakładał, że po wyjeździe z Vantage wybrała główną
***
– Zadzwoniła koło południa. Nie zdążę przyjechać po
małego, spóźnię się. Tak powiedziała. Odbierz go ze
szkoły, okej? Wrócę późno, mówiła. Wyrodna suka!
Nigdy nie wróciła. I Ethan wcale nie był pewien, czy

49
opowiadania • miniatury • prozA
szosę prowadzącą na północny wschód i nie porzuciła
jej, dopóki nie musiała wjechać na teren rezerwatu.
Czego miałaby tam szukać, nie wiedział. Nie mieli indiańskich przodków. Może się zgubiła? Chyba że to nie
była ona, tylko ktoś, kto przemocą zabrał jej samochód.
Ale o tym wolał nie myśleć.
Nie miewał przeczuć. Wierzył, że kiedyś, choćby przypadkiem, trafi na szlak, który przemierzała piętnaście
lat wcześniej. Nie miał innego wyjścia. Podporządkował poszukiwaniom życie osobiste, rzucił szkołę, odtrącił dziewczynę, poświęcił pracę, popadł w konflikt z rodziną. Bywało, że miał ochotę dać za wygraną. Czasem,
rozgoryczony ludzką niepamięcią, jechał przed siebie
bez celu, byle dalej od miejsca, w którym nie było już
śladu po zatopionym samochodzie matki.
Tak jak wtedy, gdy pędził szosą numer dziewięćdziesiąt pięć na południe, gnany wibrującym w głośnikach
growlem, prawie nie zdejmując nogi z gazu. Gdyby nie
matka, mógłby tak jechać aż do Las Vegas.
Gdyby nie matka.
Ciemny radiowóz policji stanowej pojawił się znikąd.
W słabym świetle gasnącego słońca lśnił prawie idealną czernią, odblask migającego koguta zajaśniał we
wstecznym lusterku jak błyskawica. Zamiast grzmotu
zabrzmiał jednak krótki, urwany ryk syreny, więc Ethan
posłusznie zjechał na pobocze. Bez słowa podał niewiele starszemu od siebie funkcjonariuszowi prawo
jazdy i obojętnie czekał, aż tamten zeskanuje umieszczony na dokumencie kod QR. Wiedział, że za chwilę
czytnik nieco większy niż popularne smartfony pokaże
dane osobowe, informacje na temat samochodu, a nawet wykaz niezapłaconych mandatów czy wykroczeń
drogowych. Uwidoczniłby również listę niedawnych
użyć karty płatniczej oraz listę miejsc, w których Ethan
poprzednio przebywał, gdyby nie…
– Brak aktywnego połączenia z siecią – zauważył policjant, podnosząc znad wyświetlacza surowy wzrok. –
Coś nie tak z pańskim urządzeniem mobilnym, panie
Dembowsky?
– Właśnie. – Chłopak z zakłopotaniem podrapał się po
głowie. – Telefon mi padł.
– Pół roku temu? Wtedy system lokalizował pana
ostatni raz.
Ethan zrobił minę zbitego psa. Tak, wtedy, zimą, przypomniał sobie. Jeszcze w Ellensburgu, gdy ostatni raz
dzwoniłem do ciotki.
– Nooo… Widzi pan, taka sprawa… Coś tam się
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
50
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
spieprzyło w elektronice, a szczerze mówiąc, nieszczególnie mi się ostatnio wiedzie. Nie stać mnie na naprawę.
Pełne dezaprobaty spojrzenie funkcjonariusza zastygło na fantazyjnych tatuażach zdobiących przedramiona chłopaka, prześlizgnęło się po misternych pierścieniach ze stylizowanymi na satanistyczne symbolami,
dekorujących każdy zaciśnięty na kierownicy palec, by
na koniec powędrować ku licznym kolczykom znaczącym
oba łuki brwiowe.
– Rząd bezpłatnie wymieni panu na nowy – oznajmił
zimno.
– Tak? – bąknął Ethan, patrząc w taki sam sposób na
wypolerowane guziki i błyszczącą gwiazdę na jego
piersi. – Naprawdę?
Niezrażony lekceważeniem mundurowy zaczął recytować wyuczoną formułkę:
– Wystarczy zgłosić się do najbliższego urzędu burmistrza. Na razie dostanie pan ode mnie tymczasowy
lokalizator. Jego wydanie wiąże się z koniecznością uiszczenia ustawowej kaucji w wysokości stu dolarów, która
zostanie panu zwrócona w biurze lokalnego szeryfa.
– Uhm – z ust chłopaka wyrwał się dźwięk od biedy
mogący uchodzić za zgodę.
Strata stu dolarów nie bolała go tak bardzo, jak perspektywa korzystania ze Statesbooka, aplikacji od niedawna obowiązkowej dla wszystkich obywateli, i jak
fakt, że bycie offline zajmowało przedstawicieli prawa
bardziej niż wykroczenie drogowe.
– Mandat za przekroczenie dozwolonej prędkości
w stanie Idaho…
Funkcjonariusz dalej recytował wyuczone kwestie, ale
chłopak przestał słuchać. Gdy mundurowy wrócił po
lokalizator do radiowozu i na moment spuścił Ethana
z oczu, ten zrobił najgłupszą i najbardziej ryzykowną
rzecz w życiu. Bez zastanowienia uruchomił silnik, przycisnął pedał gazu i przeciął pustą szosę, wpadając w objęcia bocznej drogi, zdającej się prowadzić donikąd.
***
– Skręć tutaj.
Beth bez szemrania wykonała polecenie, zjeżdżając
w boczną uliczkę. Krótko mknęli międzystanową szosą
numer dziewięćdziesiąt pięć, by znowu zanurzyć się
w plątaninie mało uczęszczanych dróg. Z początku dziwiła się, że porywacz kazał wyłączyć nawigację i sam
wiódł ją sobie tylko znaną trasą pomiędzy niewielkimi miejscowościami. Sprawiał wrażenie, że czuje się
w tych okolicach tak pewnie, jakby właśnie stąd pochodził.
Pytanie o cel podróży zbył milczeniem. Gdyby nie
niemrawo szemrzące radio, cisza stałaby się nieznośna.
Godziny mijały jedna po drugiej i Beth zrozumiała w
końcu, co było nie tak: bardziej niż milczenie towarzysza niepokoił brak dzwonków komórki. Nie jej własnej,
bo tą po krótkiej rozmowie z bratową porywacz rozbił
o kamień, usunąwszy wcześniej kartę SIM. Wyglądało
na to, że sam też nie posiada smartfona. Ani razu nie
sprawdził przychodzących wiadomości, nie surfował
po necie, nie odbierał ani nie wykonywał połączeń.
Nie tylko dlatego bała się coraz bardziej. Okolica wyraźnie zmieniała charakter – znikały trawiaste pagórki,
coraz większe połacie terenu zaczynał zajmować las.
Szosa przeszła w wąską, wyboistą, gruntową drogę
i myślami porwanej nieubłaganie zawładnęło przy-
na parkingu obok zabytkowego budynku lokalnego
banku. Jasny parter kontrastował z piętrem z ciemnoczerwonej cegły, a kunsztowne łuki okien przywodziły
na myśl styl kolonialny. Zaskoczona Beth pozwoliła silnikowi zgasnąć.
– Nie mam tu konta – wyjąkała, nerwowo poprawiając okulary.
– Masz – odparł, rozbawiony.
Odwróciła głowę. Trzymał w dłoni płaski srebrny
klucz.
– A dokładnie skrytkę depozytową na twoje nazwisko – wyjaśnił. – Interesuje mnie jej zawartość. Pójdziemy tam razem. Jeśli spytają, przedstawisz mnie jako
swojego goryla, narzeczonego, brata, wszystko jedno.
Pamiętaj, żeby grzecznie odpowiadać na pytania i nie
kłapać niepotrzebnie dziobem, bo ktoś zginie razem
z tobą. Rozumiesz?
puszczenie, że skończy jako kolejna ofiara seryjnego
mordercy. Zagryzała wargi coraz boleśniej, oddychała
jeszcze szybciej i płycej, a drżenie opanowujące stopy
przenosiło się na pedał gazu. Melodia silnika straciła
równy rytm, samochód zgasł raz i drugi, ale jedynym,
co usłyszała od porywacza, było oschłe i, jak się jej zdawało, mocno cyniczne:
– Weź no się w garść, kobieto. Już niedaleko.
Nie uspokoiło jej to ani trochę; brzmiało jak groźba.
Serce waliło jak młot. Zaschło jej w ustach, ale jakby na
przekór suchości bluzka lepiła się do spoconego ciała,
a słona wilgoć bezlitośnie żarła oparzelinę na dłoni.
Gehenna trwała aż do momentu, w którym las nagle
zrzedł, przechodząc w znajomy pofalowany krajobraz,
ze skrytą za fałdami pagórków mieściną.
Felton Creek, położone nad strumieniem o tej samej
nazwie, powitało ich krzątaniną popołudniowych
powrotów z pracy. Zaszokowana Beth, nie wierząc
w tak nagłą odmianę losu, przy okazji krótkiego postoju
przed przejściem dla pieszych spojrzała pytająco na
porywacza.
– Co? – Zmarszczył karcąco brwi. – Przecież mówiłem,
że niedaleko.
Otworzyła usta, ale zaciśnięte gardło nie pozwoliło
na wypowiedzenie choćby słowa. Rozważała, czy lekki
uśmieszek błąkający się po jego wargach należał do
bawiącego się własną nieczystą grą sadysty czy pospolitego, choć groźnego kpiarza.
Nie pozostawił jej zbyt wiele czasu na roztrząsanie niuansów swojego charakteru, każąc zatrzymać samochód
– Ale… przecież nigdy tu nie byłam… Skąd nagle…
depozyt?
– Steve otworzył go na twoje nazwisko – oznajmił,
wysiadł z auta, po czym pochylił się i zajrzał do środka,
spoglądając na Beth ponaglająco, zdziwiony, że wciąż
siedzi w fotelu. – No dalej, idziemy.
– Nie widziałam sukinsyna od dziewięciu lat – szepnęła, skonsternowana, i uniosła wysoko brwi. – Kiedy
to zrobił?
– Właśnie wtedy – warknął, sięgając po jej torebkę.
Następnie obszedł samochód i otworzył drzwi po stronie kierowcy. – Wysiadaj, do jasnej cholery. Niedługo
zamykają.
Wykonała polecenie jak automat. Pogrążona w myślach, równie mechanicznie odebrała torbę z jego rąk i
zablokowała centralny zamek. Porywacz chwycił ją za
ramię i pociągnął za sobą w stronę banku.
– Dobrze go znasz? – odzyskała głos i zasypała towarzysza pytaniami: – Gdzie jest teraz? Dlaczego nie daje
znaku życia? Czemu tak nagle zniknął? Żyje z inną?
– Zamknij się. Miałaś nie kłapać dziobem, pamiętasz?
– Zniecierpliwiony, zatrzymał Beth nagłym szarpnięciem i patrząc jej prosto w oczy, przypomniał szeptem:
– Masz zadanie do wykonania. Jak się dobrze spiszesz,
może powiem coś więcej. Może.
Zamilkła, usiłując wyczytać prawdę z zimnego wzroku,
drgających nerwowo szczęk, ściągniętych brwi i niewielkich kropli potu zbierających się na czole i grzęznących w
ciemnym zaroście, który zaczynał kiełkować na nieogolonych policzkach. Bał się, zrozumiała. Czego? Demaskacji,

51
opowiadania • miniatury • prozA
ochrony banku, zdrady z jej strony? Stali tak, milcząc
i mocując się spojrzeniami, na środku trotuaru, obojętnie omijani przez przypadkowych przechodniów.
Wreszcie Beth powoli skinęła głową.
– Zrobię, co każesz. Ale potem powiesz.
– Może – powtórzył.
Czując, że uścisk palców na jej ramieniu zelżał, odwróciła się i pchnęła ciężkie skrzydło przeszklonych drzwi
banku. Porywacz podążył za nią jak cień. Powie, pomyślała. Wiem, że powie.
Nie była tylko pewna, czy to, co chciałaby usłyszeć.
***
Gnał wąską gruntową drogą, ścigany przez nieustępliwego funkcjonariusza policji stanowej. Samochód
podskakiwał na wybojach, gałęzie krzewów cięły karoserię na zakrętach, raz czy dwa prawie ocierał się
o drzewa. Las gęstniał niebezpiecznie, serce Ethana
dudniło jak dzwon. Chłopak podejrzewał, że droga za
chwilę skończy się przepaścią, jak w słabych filmach
akcji klasy B. Ostre, niespodziewane zakręty nie wróżyły nic dobrego, a pokonując każdy kolejny, czuł, że
bezpowrotnie wyczerpuje zapas farta, przewidzianego na całe życie. Bywało, że mijał o włos porzucone na
poboczach pnie i słupy znaków ostrzegawczych. Po
jednym z takich karkołomnych łuków Ethan odkrył, że
nieodstępujący go radiowóz gdzieś przepadł; zapewne
uparty sukcesor Johna Wayne’a ze srebrną gwiazdą na
piersi ugrzązł na poboczu.
Zapatrzony we wsteczne lusterko, nie zauważył kolejnego leśnego wirażu. Huk gniecionego metalu utonął
w grzmocie eksplodującej poduszki powietrznej. Oszołomiony chłopak nie odważył się poruszyć nawet wtedy,
gdy kątem oka zaczął dostrzegać złotawe błyski, a jedynym wyjaśnieniem, jakie przychodziło mu do głowy, był
pożar. Warkot towarzyszący tajemniczemu światłu nie
przypominał jednak skwierczących płomieni.
Niespodziewanie do wnętrza samochodu wtargnął
zimny i ostry powiew; ktoś otworzył drzwi i o coś pytał,
ale dudnienie w uszach sprawiło, że Ethan nie zrozumiał ani słowa. Potem ostrożnie poruszył głową i choć
postać mówiącego dwoiła mu się w oczach, z ulgą odkrył, że zamiast nadgorliwego gliniarza ma przed sobą
starszego faceta w kombinezonie roboczym. Potem
powoli sięgnął do zatrzasku pasa bezpieczeństwa i po
omacku trafiając palcami, uwolnił ciało z jego okowów.
Podtrzymywany przez nieznajomego, wysiadł z saUKŁADAMY
u k ł a d a m y
52
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
mochodu. Źródłem złotego blasku okazały się reflektory
starej półciężarówki. Chłopak pozwolił poprowadzić się
do niej jak dziecko. Szoferka śmierdziała tytoniem, tak
jak i cała barczysta postać człowieka, który pośpieszył
z pomocą. Nieoczekiwanie zapach papierosów przypomniał Ethanowi matkę.
– Lekarza w mieście… – tylko tyle zrozumiał z nieustającej paplaniny nieznajomego.
Czuł, że powinien odmówić, ale skojarzenie z dzieciństwem sprawiło, że nie protestował, zwłaszcza że silnik
pick-upa zagrał znajomo, kojąco. Uspokajał sterane
nerwy autsajdera nawykłego do nieustającej podróży.
Drzewa wkrótce zniknęły, a w oddali, tańcząc w rytm
podskakującego na wybojach samochodu, zajaśniały
światła małego miasteczka.
Felton Creek. Zagubiona wśród lasów miejscowość
miała nawet niewielką lecznicę, na wyrost określaną
mianem szpitala. Przypadkowy ratownik dopilnował,
by przyjęto chłopaka w pierwszej kolejności. Nikt z
oczekujących pacjentów nie oponował, wyglądało
zresztą na to, że wszyscy dobrze się znali.
Przyjaznej atmosfery nie zmąciło nawet przybycie zastępcy szeryfa, postawnej kobiety o niezaprzeczalnie
indiańskich rysach twarzy, noszącej na naszywce pospolite nazwisko White. Familiarnie gawędziła z personelem, nie zważając na spoconego ze strachu Ethana,
i chłopak już zdążył nawet pomyśleć, że nie przybyła
do lecznicy z jego powodu, gdy poufale klepnąwszy
w plecy lekarza, wypaliła:
– Idź na kawę, Joe. Muszę zamienić dwa słowa z naszym królem szos.
Siedzący na leżance Ethan odprowadził zrozpaczonym wzrokiem wychodzącego z gabinetu lekarza. Musiał wyglądać jak dziecko, które rodzice po raz pierwszy
pozostawiają samo w szkolnym autobusie, bo groźna
kobieta w mundurze uśmiechnęła się wyrozumiale.
– Narozrabialiśmy, co? – zagaiła i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Nie martw się, synu. Stronghorse
przyholował twój wóz. Miałeś cholerne szczęście, że na
paru guzach się skończyło.
Skończyło? Czyżby nie wiedziała, przed kim uciekał? Nerwowo przełknął ślinę, czując nieśmiały przypływ nadziei.
– Wyciągnął również z rowu jednego narwańca z policji stanowej. Też zarobił parę siniaków, a jego wóz jest
w o wiele lepszej kondycji niż twój. Zapewne bardzo
cię to cieszy, synu?
Spochmurniały chłopak niezdecydowanie skinął głową.
Nadzieja matką głupich, pomyślał.
– Powiesz mi, czym sobie tak nagrabiłeś?
– Byłem offline – wychrypiał.
– Tylko?
Tylko? Co to, do jasnej cholery, znaczy? Zdziwiony
Ethan zmarszczył brwi.
– Było jeszcze przekroczenie prędkości – przyznał ponuro.
Mundurowa sięgnęła po leżący na biurku kapelusz.
– Zgadza się – powiedziała, zakładając go. – Po wyjściu ze szpitala zameldujesz się u mnie. Zatrzymuję
twoje prawo jazdy, na razie nie wolno ci opuścić Felton
Creek. – Zamilkła na chwilę, widać było, że miała ochotę powiedzieć coś jeszcze, ale dopiero na progu dodała
z surową miną: – Dla twojego własnego dobra. I nie
rozrabiaj, bo cię zamknę. To spokojne miasto, ostatnią
strzelaninę mieliśmy piętnaście lat temu.
piechotę powinien do rana dotrzeć do międzystanowej. Wpadł na ślad, może przecież wrócić do Felton
Creek, gdy sprawa przycichnie.
Czuł jednak, że nie powinien teraz uciekać. I że wcale
nie chce tego zrobić.
Piętnaście lat temu?
Ethan początkowo z wysiłkiem przetrawiał usłyszane słowa, po czym nagle zerwał się z leżanki i wypadł
z gabinetu, by pobiec korytarzem za zastępcą szeryfa.
– Proszę pani! – Dogonił kobietę przy drzwiach lecznicy.
– Ta strzelanina, kiedy to było?
Przez szeroką twarz White przemknął grymas zdziwienia.
– W dwa tysiące trzynastym. Co za różnica?
– Kiedy dokładnie? Pamięta pani?
– Bodajże we wrześniu, ale…
– Ktoś zginął?
– Jakaś kobieta. Nietutejsza – wyjaśniła.
Przymrużywszy powieki, patrzyła, jak chłopak drżącymi dłońmi przeszukuje kieszenie. Skóra wokół jej oczu
pokryła się siatką zmarszczek, sprawiając, że funkcjonariuszka wyglądała na starszą, niż była w istocie.
– Ona?
Powoli wyjęła z dłoni młodego człowieka pogniecione zdjęcie i przez długą chwilę studiowała je uważnie,
zanim stwierdziła:
– Nie wiem. Nie było mnie wtedy w Felton Creek. Ale
sprawdzę. – Schowała fotografię i podniosła wzrok na
przejętego chłopaka, szukając podobieństwa. – Matka?
– Tak – bezgłośnie poruszył wargami.
– Sprawdzę – obiecała, nim zniknęła w przyczajonym
na zewnątrz mroku.
Ethan został, patrząc na swoje zdeformowane odbicie w szklanych drzwiach, potem powoli obejrzał się za
siebie. Nikt go nie pilnował, nikt nie zwracał na niego
uwagi. Rozsądek podpowiadał, by prysnąć; nawet na
czasu, nie teraz.
Rozglądał się przy tym nerwowo na boki, choć życie
w mieście płynęło rytmem równie leniwym, jak przed
wizytą w banku.
– Skoro masz, czego chciałeś, nie jestem ci już potrzebna – zauważyła, spoglądając ponad dachem samochodu na spiętą, spoconą twarz mężczyzny. – Jedź
dalej sam.
Uniosła dłoń; w ranie zaszczypało, metal kluczyka
brzęknął o dach.
– Wsiadaj – warknął. – Teraz zaczną polować także na
ciebie, nie rozumiesz?
– Kto? – spytała, ale porywacz zniknął w środku. –
Kto? – powtórzyła, wsiadając.
– Ruszaj – ryknął, wyrywając jej torbę z rąk. – Już!
Przestraszona, uruchomiła silnik. Samochód, podskakując na nierównościach niedbale uklepanej ziemi,
wytoczył się z parkingu na drogę.
– Dokąd? – zapytała cicho, zrezygnowana.
– Na północ – odrzekł spokojniej. – Jedź.
Prowadziła w milczeniu, zerkając kątem oka, jak mężczyzna nerwowo spogląda za siebie, choć na drodze
nie działo się nic podejrzanego. Jego zachowanie coraz mocniej pachniało paranoją i Beth postanowiła, że
musi uciec.
Nie ma innego wyjścia. Ale najpierw dowie się paru
rzeczy.
– Skąd znasz Steve’a? – zadała pytanie, zakładając
równocześnie, że przy okazji odwróci uwagę porywacza od wyimaginowanego zagrożenia.
***
Sprawa w banku poszła gładko. Zbyt gładko, sądząc
z pośpiechu, z jakim porywacz parł do samochodu.
Zawartość skrzynki bankowej przyniosła Beth niemałe
rozczarowanie – zamiast spodziewanych równo ułożonych zielonych banknotów znalazła w środku jedynie
jakąś płytę CD bez opisu. Towarzysz po krótkim namyśle wrzucił dysk do torebki zakładniczki, mrucząc pod
nosem coś w rodzaju: Wezmę potem.
– Co to jest? – spytała, gdy tylko opuścili budynek.
– Nieważne – burknął, ciągnąc Beth za rękę. – Nie ma

53
opowiadania • miniatury • prozA
– Znałem – sprostował, sięgając po broń. – Jadą za
nami.
Sprawdziła we wstecznym lusterku – z bocznej uliczki
wyjeżdżała właśnie zwykła półciężarówka. Taka, jakich
używają miejscowi. Beth przełknęła ślinę, czując wzbierający niepokój.
– Znałeś? Co to znaczy?
– Właśnie to, co myślisz – odparł z roztargnieniem,
gapiąc się w tylną szybę.
– Nie wiesz, co myślę. – Podniosła wzrok; pick-up
podążał ich śladem, ale przypisywanie temu faktowi
dodatkowych znaczeń wciąż jeszcze uważała za objaw
paranoi. – Obiecałeś, że mi powiesz. Zrobiłam to, czego
chciałeś, więc…
– Później – syknął, nie wyjaśniając niczego. – Szybciej!
Wóz miejscowych zjechał na pobocze. Ciemnoszary
sedan, który musiał jechać za nim, wyraźnie przyspieszył. Beth nie zauważyła go wcześniej. Instynktownie
nacisnęła na pedał gazu, ale dystans między nimi wcale
się nie zmniejszał. Coraz rzadziej rozrzucone zabudowania powoli ustępowały miejsca połaciom pustych, trawiastych przestrzeni. W oddali majaczyło ciemne pasmo
lasu. Dotrą do niego w ciągu kilku minut. Co będzie dalej,
skoro ten świr zdobył już to, na czym mu zależało?
– Myślę, że po prostu gówno wiesz. Może nawet wcale
nie znałeś Steve’a, a ten klucz zdobyłeś przypadkiem
– powiedziała, usiłując opanować drżenie głosu. – To,
że ktoś za nami jedzie, też pewnie jest zbiegiem okoliczności...
– Zamknij się! – Podniósł głos. – Przyspiesz! Nie pozwól mu wyprzedzać!
Szary samochód znalazł się tuż za nimi, przygotowując się do manewru mijania. Beth nerwowo zagryzła
wargi, decydując się na ryzykowny krok: nieznacznie
zmniejszyła nacisk na pedał gazu i prędkość nie wzrosła. Porywacz to poczuł; natychmiast odbezpieczył
broń i wcisnąwszy go pod podbródek zakładniczki,
wycedził:
– Szybciej!
Dotyk zimnego metalu na skórze zmusił ją do działania. Silnik zawył, auto pomknęło przed siebie, zostawiając pościg w tyle.
Ale tylko na moment; sedan dogonił ich w mgnieniu
oka. Kidnaper wycofał dłoń z pistoletem, wciąż jednak
opierając ją o fotel blisko ucha porwanej i w ostatniej
chwili zajechał tamtemu drogę, znienacka skręcając.
Oszołomiona Beth nie zdołała odbić tego desperackiego
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
54
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
pchnięcia i samochód wypadł na pobocze, grzęznąc
w piachu. Ciemny sedan też nie utrzymał się na szosie,
lądując w porośniętej usychającą trawą skarpie.
Zakładniczka skamieniała, z trudem łapiąc dech. Jak
z oddali docierało do niej szczęknięcie otwieranych
drzwi i pośpieszne kroki na asfalcie. Z odrętwienia
wyrwał ją ogłuszający huk; odruchowo zakryła uszy
dłońmi. Mimo strachu spojrzała za siebie: porywacz
otworzył ogień do ludzi z szarego wozu, oddając strzał
za strzałem.
Tamci odpowiedzieli tym samym.
***
Nie przypuszczał, że kiedykolwiek z własnej woli wsiądzie do radiowozu. W samochodzie zastępcy szeryfa
nie czuł się pewnie, ale chwilowo cała niechęć, jaką
żywił do przedstawicieli prawa, zeszła na dalszy plan.
Nie umieli, nie chcieli przecież znaleźć jego matki i od
zawsze miał im to za złe. Nie zależało im, wiedział to aż
nazbyt dobrze.
Jedynie Indianka z Felton Creek przejęła się swoją rolą
i nie zbyła Ethana wzruszeniem ramion, a teraz miała
mu coś do powiedzenia. Nie zdradziła co, ale i tak przeczuwał, dokąd jadą. Krótka przejażdżka nie przyniosła
mu rozczarowania, potwierdzając to, czego podświadomie oczekiwał, nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
Przystanęli przed miejscowym cmentarzem. Dozorca zaprowadził ich do jednego z nagrobków, gdzie
wszystkie wątpliwości Ethana rozwiały się jak dym. W
zawstydzenie wprawił go tylko fakt, że najpierw poczuł
ulgę, dopiero potem żal.
– Tu ją pochowano. – Słowa zastępcy szeryfa niosły
więcej smutku, niż potrafił wykrzesać z siebie syn zmarłej. – Na jej własne życzenie.
– Jak to? – bąknął chłopak, wodząc nieprzytomnym
spojrzeniem po starannie przyciętej, choć już zeschłej
trawie i zadbanych płytach nagrobnych.
Nawet mogiła obcej dla miejscowych kobiety nie różniła się od reszty.
– Podobno przed śmiercią zastrzegła, że chce zostać
w Felton Creek.
– Nie rozumiem. – Zatrzymał wzrok na funkcjonariuszce i marszcząc czoło, spytał: – Nie prosiła, żeby powiadomić rodzinę? Poza tym była na stanowej liście osób
zaginionych. Nikt nie skojarzył nazwiska? Przecież piętnaście lat temu internet był już dość powszechny, nie?
White zmarszczyła brwi w zdziwionym grymasie.
– Nie. Nasza społeczność do dzisiaj obywa się bez
tego wynalazku – odrzekła zimno. – Mamy specjalne
zezwolenie Kongresu. Na tych samych zasadach dla
amiszów zrobiono wyjątek przy ubezpieczeniach społecznych. Tyczy się to jednak tylko enklawy Felton Creek i obywateli miasta.
Zaskoczony Ethan zastygł z półotwartymi ustami. Tak,
faktycznie, teraz zdał sobie sprawę, że ani w szpitalu,
ani w mieście nie widział tabletów, laptopów, smartfonów. Tutejsi nie stronili od elektroniki, ale wszystkie
urządzenia, których używali, miały swoje lata, jakby czas
tutaj zatrzymał się pod koniec dwudziestego wieku.
Krótkofalówka ponad okazałymi piersiami zastępcy
szeryfa zabrzęczała przeciągle.
– Powinieneś to rozumieć, sam wolisz być offline. –
White sięgnęła do urządzenia, wysłuchała komunikatu,
po czym dodała: – Wracamy. Przyjechali po ciebie ze
lecz kilka wieczorów, nie znalazła żadnej wzmianki
o jedynej strzelaninie w mieście w przeciągu piętnastu
lat. Przeczuwała, że sprawa musiała mocno śmierdzieć.
Na upragniony trop trafiła dopiero w kartotece biura lokalnego koronera. Raport z sekcji wyglądał na
kompletny. Wynikało z niego, że przyjezdna kobieta
postrzeliła się sama w hotelowym pokoju i umarła
niedługo po nieudanej próbie samobójczej. Jedyne
zachowane zdjęcie zwłok mogło przedstawiać kobietę
z fotografii Ethana, ale niecelny strzał w skroń zniekształcił rysy twarzy.
Skąd wzięła się legenda o rzekomej strzelaninie, pozostawało zagadką.
stanowej.
Chłopak po raz ostatni obrzucił ponurym spojrzeniem grób matki. Bez oporu wsiadł do policyjnego samochodu, rozmyślając o czymś intensywnie.
– Skoro umarła tutaj, to dlaczego jej wóz znaleziono
na granicy rezerwatu? – spytał w końcu.
– Nie wiem, synu – odparła mundurowa. – Musiałbyś
spytać Burta Stronghorse’a. On wtedy kierował tutejszym posterunkiem.
– Nie zdążę – mruknął ze złością Ethan, odruchowo
zaciskając pięści.
– Nie zdążysz – przyznała lakonicznie.
– Więc niech pani coś zrobi. Cokolwiek, żeby mnie nie
zabrali. Jeszcze nie teraz.
– Nie mogę tak, synu. Ale obiecuję, że pomogę ci, gdy
tu wrócisz. Bo wrócisz, prawda?
Chłopak nie odpowiedział. Nie odezwał się więcej, nawet wtedy, gdy przekazywała go oficerom policji stanowej. Odjechał, żegnając Felton Creek zaciętą miną
i wściekłym spojrzeniem. Funkcjonariuszka wiedziała, że
pod płaszczykiem gniewu skrywał niepewność, strach
i gorycz, że cała jego wyczerpująca krucjata znalazła
tak rozczarowujący finał.
Dla White sprawa nie zakończyła się równie szybko.
Nie narzekając na nadmiar obowiązków w spokojnej
mieścinie, coraz częściej wracała myślą do wątpliwości zasianych przez chłopaka. Wreszcie, któregoś
piątkowego popołudnia, pękła i zaczęła przetrząsać
archiwum w poszukiwaniu dokumentów dotyczących
zajścia sprzed lat. Choć poświęciła na to nie jeden,
czyk w stacyjce i wcisnęła gaz. Koła zabuksowały w piachu, silnik zawył jak opętany i wóz z najwyższym wysiłkiem wytoczył się na szosę, by następnie pomknąć
przed siebie z otwartymi drzwiami po stronie pasażera.
Nie myślała o tym, że uciekając, pozbawia kryjącego się
za samochodem porywacza jedynej osłony przed kulami. Zerknęła we wsteczne lusterko tylko raz – mężczyzna
leżał na jezdni, być może postrzelony lub martwy. Gdy
ciemny sedan zniknął za zakrętem, zatrzymała auto, ale
tylko po to, by zamknąć drzwi.
Potem czym prędzej ruszyła przed siebie. Prowincjonalna, wąska szosa wiodła brzegiem ciemniejącego z minuty
na minutę lasu, coraz częściej przerywanego pustymi połaciami pól. Beth mknęła nią z duszą na ramieniu, bojąc się
zatrzymać przy rozrzuconych z rzadka farmerskich domostwach. Wyglądało jednak na to, że nikt jej nie ścigał.
Skrzyżowanie zaskoczyło ją po zmierzchu. Ponad
wzgórzem o łagodnych stokach niebo wciąż czerwieniało. Niepewna kierunku, w którym miałaby podążać,
odważyła się wysiąść z samochodu i rozejrzeć wokoło,
pośpiesznie wypalając papierosa. Kierunek wybrała
odruchowo i, jak mniemała, szczęśliwie. Po niespełna
kwadransie jazdy minęła radiowóz. Przystanęła natychmiast, bez zastanowienia prosząc funkcjonariusza
o pomoc. Wydawało się, że to koniec kłopotów: mundurowy poprosił o wsparcie i kazał jej czekać. Uspokojona, przysiadła na kanapie w tyle policyjnego auta.
Niepokój powrócił, gdy zamiast kolejnego radiowozu
pojawił się zwykły ford, bardzo podobny do ciemnoszarego sedana. Wysiedli z niego dwaj poważni, oficjalnie
***
Przeraźliwy hałas rozpryskującej się tylnej szyby wyrwał
Beth z odrętwienia. Bez zastanowienia przekręciła klu-

55
opowiadania • miniatury • prozA
wyglądający mężczyźni. Przypominali agentów federalnych, nie przedstawili się jednak, a już pierwsze usłyszane od nich pytanie sprawiło, że trzymająca papierosa dłoń Beth zaczęła nerwowo drżeć.
– Gdzie jest Matthew Juarez?
– Kto? – Zamrugała, jakby papierosowy dym nagle
zaczął gryźć ją w oczy.
– Nie udawaj głupiej. Facet, z którym podróżowałaś.
– Został w Felton Creek. Wpadł w szał, zaczął strzelać…
Uciekłam.
– Nie został w Felton Creek – oznajmił drugi agent. –
Mówił, dokąd się wybiera?
Beth dopiero teraz poczuła, jak zimny nastał wieczór.
Dreszcze zaczęły wędrować po jej zmęczonym ciele.
– Nic nie mówił. Nawet jak się nazywa. To skończony świr.
– Na pewno?
Westchnęła, szukając w pamięci czegokolwiek, co zadowoliłoby rozmówców.
– Tylko to, że jedzie na północ.
– To znaczy dokąd?
– Nie wiem! – wybuchnęła. – Mam to gdzieś, chcę
wrócić do domu!
– Radziłbym współpracować – oświadczył pierwszy
ostro. – Juarez zabił dwoje ludzi w Felton Creek, a na
razie nic nie wskazuje, że nie byłaś z nim w zmowie.
– Że jak? – Papieros wypadł z palców Beth na jezdnię.
– Ja?
– Razem opróżniliście skrytkę bankową. Co zrobiliście
z zawartością?
– On… – Naraz poderwała się z miejsca. – Wrzucił mi
do torebki, powinna jeszcze tam być. Mam w wozie,
pokażę!
Najbliżej stojący agent skinął głową, ale ciemność
sprawiła, że wyraz jego twarzy pozostawał zagadką.
Kątem oka zauważyła, że drugi dyskretnym ruchem
sięgnął pod pachę.
– Dobrze, pokaż – powiedział, po czym zwrócił się do
policjanta: – Pan jest wolny, dziękujemy za powiadomienie.
Mundurowy czym prędzej odjechał. Beth niepewnym krokiem podeszła do samochodu i przysiadłszy
w fotelu kierowcy, sięgnęła po torebkę. Gorączkowo
przeszukała zawartość, ale nie znalazła zmatowiałego
ze starości plastikowego pudełka. Ponowiła próbę, wyrzucając wprost na jezdnię, co tylko wpadło jej w ręce,
by w końcu wytrząsnąć wszystko, ale płyty CD pomiędzy rozrzuconymi na szosie przedmiotami nie było.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
56
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
– Skurwiel musiał ją zabrać – wyjąkała, łapiąc się za
głowę.
– Tak więc wracamy do punktu wyjścia – usłyszała. –
Gdzie on jest?
– Skąd mam wiedzieć?
Nie spodziewała się tego, co nastąpiło zaraz potem.
Agent znienacka schwycił ją za ramię i wywlekł z samochodu.
– Gdzie, kurwa? – wrzasnął Beth wprost do ucha,
przygniatając ją do szosy i boleśnie wykręcając rękę.
– Gadaj, suko!
– Nie wiem! – zawyła płaczliwie, czując wżynający się
w skroń drut okularów. – Nie wiem!
Bardziej zgadła, niż zobaczyła, że drugi mężczyzna
przykuca obok. Gdy czoło zmroził jej zimny dotyk metalu, na moment przestała oddychać.
– Dokąd pojechał?
– Nie… nie… – charczała, łykając łzy. – Proszę…
Naraz nacisk ustał. Silne ramiona agenta uniosły Beth
w powietrze i pod stopami znów poczuła twardy grunt.
Zanim zrozumiała, czemu zawdzięcza zmianę, obok
przemknął samochód. Hamował; jaskrawy blask reflektorów rozmazywał się w jej załzawionych oczach. Sępy
zlatują się na żer, pomyślała. Czerwień szybko przeszła
w białe światła cofania, agenci odzyskali rezon i pociągnęli kobietę do swojego auta, ale szybko zatrzymali
się w pół kroku.
Jadący na wstecznym pojazd z impetem ugodził
przód ich służbowego wozu. Ruszył, zahamował, nabrał
rozpędu, by uderzyć po raz drugi. Obaj sięgnęli po broń.
Beth odzyskała wolność, ale przytomności umysłu starczyło jej tylko na to, by wpełznąć za własne auto i zastygłszy w ciemności, liczyć, że nie ona jest celem ataku.
Gdy oddali pierwsze strzały, samochód desperata
zmienił kierunek, ruszając wprost na tajniaków. Jeden
z przeraźliwym krzykiem padł na jezdnię, pchnięty
zderzakiem, lecz wkrótce, miażdżony kołami, zamilkł.
Drugi, ukryty za służbowym pojazdem, nie przestawał
strzelać, dopóki agresor, uderzając przodem w bok jego wozu, nie przygwoździł go do drzewa. Zamroczony,
oślepiony reflektorami, na moment stracił orientację.
Szczęk otwieranych drzwi i odgłos odbezpieczanej
broni zlały się niemal w jedno. Po strzale, który go dobił, zapadła cisza.
Tym wyraźniej zabrzmiały kroki kogoś, kto pokonał
agentów. Beth wstrzymała oddech, ukryła głowę w ramionach i wbiła paznokcie w kępę wysuszonej trawy
na poboczu. Pomyślała, że powinna uciekać między
drzewa, ale nie zdążyła wprowadzić tego w czyn. Zaciśnięte na pożółkłych źdźbłach dłonie niespodziewanie
wydobył z ciemności snop światła podręcznej latarki.
– Wyłaź – usłyszała znajomy głos i przeszył ją lodowaty dreszcz. – Pomożesz mi.
Znowu on. Jak nazwali go agenci?
Matthew Juarez?
Poczuła uścisk w gardle i przez chwilę z trudem chwytała powietrze, zanim niepewnie wstała, przytrzymując
się samochodu.
– Po co wróciłeś? – bąknęła, zdezorientowana.
Pociągnął ją za sobą na szosę.
– Wolałabyś, żeby cię zabili? Miałem cię zostawić jak
ty mnie w Felton Creek? – spytał drwiąco, szukając latarką stratowanego agenta. – Pomożesz powsadzać ich
do samochodów i będziesz woln…
– Znowu – potwierdził i zamknął maskę. – Chodź, pogadamy w domu.
– Wolałabym nie – odparła w sposób zdradzający, że
odmawia bardziej ze względu na Burta niż na siebie.
– Zresztą sprawa, z którą przychodzę, nie zajmie wiele
czasu. I na pewno ma wiarygodne wyjaśnienie.
Starszy człowiek oparł się o samochód i skrzyżował
dłonie na piersi.
– To znaczy? – spytał bez krzty ciekawości, jakby wiedział, o co chodzi.
– Pamiętasz tamtą strzelaninę sprzed piętnastu lat? –
zaczęła White. – Wygląda na to, że szlag trafił większość
dokumentacji.
– Co chcesz wiedzieć?
– Jak było naprawdę. Tylko tyle.
Wyblakłe, szkliste oczy Burta pociemniały.
– Nie było żadnej strzelaniny. Jakaś przyjezdna piła do
Snop światła wydobył z mroku zmasakrowaną postać. Z wysiłkiem unosiła pistolet w drżącej dłoni. W tej
samej chwili padł wymierzany w źródło światła strzał.
Trafiony Matt krzyknął i przypadł do ziemi. Latarka potoczyła się po szosie.
– Kryj się! – wykrztusił zdławionym głosem.
Nie mógł widzieć, że przerażona Beth już wycofała się
na pobocze. Kolejna kula świsnęła tuż obok jego głowy. Na chwilę przezwyciężył ból, z wysiłkiem sięgnął
po broń i zaczął naciskać spust, celując na oślep w skrytego w mroku przeciwnika.
Przestał dopiero, gdy opróżnił magazynek.
lustra w hotelu, a potem palnęła sobie w łeb tak nieudolnie, że prawie odstrzeliła pół twarzy. Umarła tego
samego dnia.
White skinęła głową ze zrozumieniem.
– Skąd więc ta historia?
– Przez lata ułożyła się z ludzkich fantazji. Zresztą, ta
biedaczka sama miała nielichą wyobraźnię. Twierdziła,
że to nie ona strzelała, chociaż zastaliśmy drzwi i okna
zamknięte od wewnątrz. I ślady prochu na jej dłoniach.
Wiesz, jak u nas jest. Jedna pielęgniarka opowiedziała
drugiej, ta siostrze czy matce, wieczorem każda mężowi… To, co tamta Dembowsky mówiła przed śmiercią,
tylko podsycało sensacyjne plotki.
Mundurowa otworzyła szeroko oczy.
– Co takiego?
– Że przewozi coś cennego, że przed kimś ucieka, że
po nią przyszli… Sprawdziłem to, co nosiła przy sobie.
Pospolite przedmioty, nic niezwykłego ani wartościowego.
– Ale nie zawiadomiliście rodziny.
– Twierdziła, że żadnej nie ma. Zobowiązała mnie do
zachowania w tajemnicy jakichś sensacyjnych materiałów, które zdobyła. Twierdziła, że mogą zniszczyć ten
kraj, a tak naprawdę…
Zawiesił głos i pokręcił głową z dezaprobatą.
– Co to było? – White z przejęciem obróciła kapelusz
w dłoniach, myśląc jednocześnie, że jak na kogoś, kto
prawie odstrzelił sobie pół twarzy, Dembowsky była
podejrzanie gadatliwa.
– Płyta CD z nagraniem jakiegoś ślubu. Marnej jakości.
***
– Cześć, Burt. – White zdjęła kapelusz i uśmiechnęła
się przyjaźnie. – Norma powiedziała, że cię tu znajdę.
Starszy mężczyzna, pochylony nad silnikiem wysłużonej półciężarówki, wyprostował plecy i sięgnął po
szmatę, by wytrzeć umazane smarem dłonie.
– Przychodzisz służbowo czy prywatnie? – spytał.
– Raczej prywatnie – odparła, nieco zdziwiona. –
Z mundurem rzadko się rozstaję, wiesz.
Stronghorse nigdy wcześniej nie witał jej w ten sposób. Wyglądał na zmęczonego, wręcz przybitego,
i White pomyślała, że coś mu dolega.
– Raczej – powtórzył, zupełnie jakby spodziewał się
po tym słowie ukrytych znaczeń.
– Dobrze, niech będzie prywatnie – sprostowała i podeszła bliżej. – Bez „raczej”. Znowu pompa? – zainteresowała się uprzejmie, zerkając na odsłonięty silnik.

57
opowiadania • miniatury • prozA
Z tego, co pamiętam – z początku wieku. – Burt potarł
palcami piekące powieki, zamknął maskę auta i utykając, ruszył ku drzwiom warsztatu. – Wejdź do domu,
Iris, napijemy się kawy. To stara sprawa. Nie warto jej
rozgrzebywać.
White starannie założyła kapelusz.
– Tylko jest jeden problem: ta kobieta była wtedy i
wciąż figuruje na liście zaginionych stanu Waszyngton.
Wiesz, że muszę zawiadomić tamtejsze służby?
Stronghorse zatrzymał się na progu, zagradzając jej
drogę.
– Nie musisz. Dasz okazję tym na górze. Tylko czekają
na pretekst, by zabrać nam nasze przywileje. Chcesz,
tak jak reszta kraju, nieustannie być online?
Podniosła głowę i twardo spojrzała mu w oczy.
– Nie. Ale chcę obejrzeć to, co zostało po tej Dembowsky.
Burt wydął wargi. Wyglądał, jakby rozważał, czy warto.
– Poszukam – powiedział w końcu. – Podrzucę z rana
na posterunek.
Przeczucie jednak mówiło White, że stary nic nie znajdzie. Nie zamierzał nawet próbować, co zrozumiała,
obserwując z oddali, jak pośpiesznie opuszcza posesję
rzekomo niesprawnym starym dodgem. Poczeka do
rana, po czym zada mu jeszcze jedno pytanie: jak samochód Beth trafił do rzeki St. Maries?
***
– Potrzebujesz lekarza. – Długo mknęli w ciemności,
ale w oddali zamajaczyły światła ludzkich siedzib, więc
Beth ponowiła prośbę. – Poszukajmy pomocy.
– Nie. – Oddychał ciężko, walcząc z bólem. Plama krwi
z rany pod lewym barkiem powiększała się z minuty na
minutę. – Nie ma mowy.
– Wykrwawisz się.
– Co z tego? – warknął. – Zależy ci?
Nie odpowiedziała. Prowadziła samochód w milczeniu przez pogrążoną we śnie miejscowość, która okazała się niewielką osadą z kilkoma zaledwie domostwami.
– Widzisz? – zauważył z satysfakcją. – Nie mają tu nawet weterynarza.
– Przychodzi ci do głowy jakieś inne wyjście? – spytała.
– Teraz w lewo – polecił tylko w odpowiedzi.
Szosa wkrótce zniknęła w lesie i Beth instynktownie
zwolniła. Po lewej, spoza drzew wyłoniła się jasna fasada
kościoła. Zdjęła nogę z gazu i zerknęła pytająco na Matta.
– Nie – odpowiedział. – Tu też nie będziemy bezpieczni.
– Próbował wziąć głęboki oddech, ale pierś przeszył
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
58
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
potężny ból. – Znam miejscowego… kolegę z wojska.
Był sanitariuszem… Tylko jemu zaufam. Jedź.
Przyspieszyła. Ciemne pnie drzew, wydobywane
z mroku przez reflektory, umykały coraz szybciej. Przed
oczami Beth stanął obraz dwóch płonących samochodów, a na wspomnienie stratowanego kołami trupa,
którego na polecenie porywacza zawlekła do jednego
z aut, żołądek wciąż podchodził jej do gardła. Wciąż
czuła też na sobie smród benzyny, rozlewanej na porzucone pojazdy. Jednym z nich przyjechał Juarez; dałaby głowę, że ten właśnie ford wcześniej brał udział w
pościgu. Oparzona dłoń pulsowała bólem.
– Zabiłeś tamtych ludzi na drodze z Felton Creek,
prawda? – spytała cicho i nie czekając na potwierdzenie, dodała: – Co to za jedni?
– ACID. Advanced Cyber Intelligence Division. Wywiad elektroniczny, skierowany przeciwko wrogom
wewnętrznym, to znaczy – obywatelom. Nam.
Zmarszczyła brwi.
– Nigdy o nich nie słyszałam.
– Nie ty jedna.
Myślała przez chwilę, po czym ponuro rzekła:
– Zabiłeś agentów rządowych. To jak zamordować
policjanta, nie darują ci.
– Nam – sprostował. – Nie uwierzą, że dokonałem
tego wszystkiego bez twojej pomocy. Zagryzł wargi,
zmrożony przez światła nadjeżdżającego z przeciwka
samochodu, i instynktownie sięgnął po broń, ignorując
lepką wilgoć, spływającą z rany na brzuch. Odetchnął z
ulgą, gdy pojazd minął ich i zniknął w mroku.
– Powiedz mi przynajmniej, co jest na tej płycie – zażądała po chwili. – Powinnam wiedzieć, przez co zamieniłeś moje życie w szambo.
Juarez przez moment zbierał siły, zanim zaczął mówić:
– Nagranie z dwa tysiące trzeciego roku. Rozmowa
wysoko postawionego urzędnika federalnego z pewnym pomysłowym studentem Harvardu. – Odetchnął
i kontynuował: – Parę miesięcy później zaczął działać
pewien nowatorski serwis społecznościowy… i szybko
opanował rynek. Eh… Początkowo zakładali, że za darmo będą szpiegować naszych gówniarzy… Zaskoczyło
ich to, że równie łatwo można inwigilować cały świat…
Za jego zgodą.
– Rozumiem, ale zabijać przez coś takiego? – chrząknęła z niedowierzaniem. – To chore.
– A jednak właśnie tak zginął Steve – wyjaśnił zduszonym głosem.
– Nie… Nieprawda – wyjąkała zaszokowana. – Drań
uciekł z jakąś zdzirą.
Porywacz uśmiechnął się smutno.
– Uważaj na słowa, to była moja siostra. – W jednej
chwili spoważniał i dodał: – Ją też zabili… Dzięki temu,
widzisz, prawie jesteśmy rodziną.
Nerwowo poprawiła pokrzywione okulary.
– Chrzanisz – odparła, tym razem ze złością. – Jesteś
zwykłym świrem. Nie wierzę w ani jedno słowo. Ani
jedno, rozumiesz?
– Twoja sprawa – wymamrotał.
Zerknęła we wsteczne lusterko – w oddali zajaśniały
dwa świetlne punkty. Z biciem serca śledziła je wzrokiem, ale utrzymywały dystans, by wkrótce zniknąć.
Pewnie skręcił w jedną z licznych bocznych dróg, pomyślała. Juarez jęczał, z trudem chwytając powietrze. Trzeba było odwiedzić tamten kościół. Co zrobię, jeśli drań mi
to; sama byłaby, gdyby jacyś pokiereszowani podróżni
wyrwali ją późną nocą z łóżka.
– Błagam! – skamlała, coraz bardziej zdesperowana.
– Pani mąż służył w armii, prawda? Był sanitariuszem!
Znał tego człowieka. Niech pani coś powie, na litość
boską! – Podbiegła i otworzyła drzwi pasażera. – Przeniesiemy go do domu, pomoże mi pani?
– Dddobrze – wymamrotała wreszcie kobieta.
Beth zanurkowała w aucie, by odpiąć pas bezpieczeństwa Juareza, zauważając, że porywacz oprzytomniał.
Wpatrywał się przed siebie szklistym wzrokiem i mamrotał coś pod nosem. Zastygła, nasłuchując.
– Pies – powtarzał. – Pies… kobieto, popatrz… Ten pies…
Skonsternowana, podążyła spojrzeniem w tym samym kierunku, co on: na granicy między zasięgiem
świateł reflektorów i mrokiem leżało na żwirze duże łaciate bydlę. Za zranionego łba leniwie sączyła się krew.
tu umrze?
Chociaż taka ewentualność byłaby jakimś rozwiązaniem skomplikowanej sytuacji, myślała o niej z niewytłumaczalną niechęcią.
– Wytrzymaj – powiedziała z nieskrywanym napięciem
w głosie. – Jeśli odpłyniesz, nigdy nie znajdę tego sanitariusza. Nie wiem, gdzie go mam szukać. Słyszysz, Juarez?
Potrząsnął głową i wycharczał coś, co brzmiało jak adres na przedmieściach St. Maries.
Las wyraźnie się przerzedził, drzewa zastąpiły trawiaste pobocza, czasem gdzieś w mroku błyskały okna
samotnych domostw, takich jak to, które z początku
minęła obojętnie, przeoczywszy zjazd z drogi stanowej. Wściekła na siebie, długo kluczyła, zanim znalazła
właściwy budynek. Zatrzymała samochód na podjeździe; lampa na froncie domu zapłonęła automatycznie.
Gdzieś z oddali dobiegało ujadanie psów. Dopiero wtedy odważyła się odezwać do towarzysza. Jego głowa,
oparta o piersi, kiwała się nieznaczne.
– To tutaj? – Dembowsky delikatnie trąciła ramię porywacza. – Juarez, to ten dom?
Zarzęził cicho. Wszystko jedno, pomyślała. W tej samej
chwili otworzyły się drzwi i na progu stanęła kobieta
w szlafroku. Beth wysiadła pośpiesznie.
– Proszę mi pomóc! – zawołała błagalnie. – Wiozę rannego, potrzebujemy lekarza!
Gospodyni postawiła kilka niepewnych kroków. Żwir
chrzęścił pod jej stopami, gdy podchodziła z ociąganiem,
a ze skrytej w mroku twarzy nie dało się niczego wyczytać. Beth czuła, jak bardzo jest przerażona. Rozumiała
W jednej chwili zrozumiała wszystko: brak pościgu,
szczęśliwą ucieczkę, strach gospodyni i martwe zwierzę.
Nie odpięła pasów Matta. Bez zastanowienia zatrzasnęła drzwi pasażera, odepchnęła przerażoną kobietę
i czym prędzej wróciła na fotel kierowcy. Jeszcze zanim
uruchomiła silnik, z domu wypadli uzbrojeni ludzie.
Ruszyła na wstecznym, wypadając z podjazdu.
Kanonada strzałów i ciemność sprawiły, że zamiast
wybrać wyjazd na drogę stanową, skręciła w drugą stronę, na nieznany szlak. Chwilę potem na wiejską szosę wytoczył się ciężki SUV, błyskając lampami
ostrzegawczymi.
Głowa Juareza ponownie opadła na piersi, podskakując przy każdej nierówności. Błękitne reflektory pościgu zdawały się we wstecznym lusterku z każdą chwilą
rosnąć. Beth włączyła długie światła i widząc przed
sobą prosty odcinek, przyspieszyła. Przemknęła obok
kilku cichych domostw, prawie nie rejestrując ich istnienia, i zupełnie obojętnie minęła przysadziste bryły
zabudowań gospodarskich, leżących na łuku drogi.
W tym momencie samochodem zatrzęsło jeszcze bardziej. Zniszczona szosa urywała się nagle, przechodząc
w ubity polny trakt, wiodący między drzewa. Dembowsky nie zdjęła nogi z gazu aż do chwili, gdy zobaczyła
odbłyski świateł w ciemnej toni.
Ostro przyhamowała, zastygając centymetry od brzegu pogrążonej w mroku rzeki. Silnik zgasł, a ona siedziała bez ruchu, dysząc ciężko jak po forsownym biegu.
Czuła, że powinna otworzyć drzwi i uciec, ale nie dała
rady zmusić ciała do jeszcze większego wysiłku. Nogami

59
opowiadania • miniatury • prozA
wstrząsały nieskoordynowane skurcze, podniesienie
drącej ręki do twarzy okazało się prawie niewykonalne,
a serce zdawało się rozsadzać nie tylko pierś, ale i metalową puszkę nadwozia.
Wkrótce zresztą było już za późno. Spoza drzew wytoczył się potężny wóz ACID-u, natychmiast włączając
oślepiający szperacz.
– Otwórz powoli okno i wysuń przez nie obie ręce –
usłyszała ryk z głośnika.
Wtedy poczuła na udach jakiś kanciasty kształt. Zerknęła w dół.
Płyta CD w wymazanej krwią plastikowej obwolucie.
– Weź… Przechowaj to dla mnie… Wrócę…
Z czarnych, nieubłaganie mętniejących oczu Juareza wyzierała bezgraniczna rozpacz. Słaby szept Matta
utonął w kolejnych wezwaniach agentów. Beth wyciągnęła rękę, zanurzyła dłoń w kędzierzawych włosach
porywacza i pochyliła się, składając na jego ustach długi,
pożegnalny pocałunek. Płyta zsunęła się z jej kolan,
wpadając pod fotel kierowcy.
Potem wystawiła dłonie za okno. W odpowiedzi
szczęknęły otwierane drzwi rządowego SUV-a, a pod
stopami agentów zachrzęścił piach. Nadciągali ostrożnie, z bronią gotową do strzału; oczekiwanie ciągnęło
się jak tortura. W ostatniej chwili cofnęła dłoń i sięgnęła
do ręcznego hamulca.
Mimo przeszywającego bólu oparzonej dłoni, zwolniła go i zamknęła oczy. Samochód powoli staczał się
do rzeki.
***
– Wychodzisz, Dembowsky – usłyszał. – Na jakiś czas,
więc nie ciesz się za bardzo.
Spojrzał na strażnika spode łba.
– Jak to?
– Biuro szeryfa hrabstwa Latah wypożycza cię na czas
dochodzenia i obiecuje zwrócić w stanie nienaruszonym
– zażartował niemłody, zgorzkniały funkcjonariusz.
– Bardzo zabawne – mruknął ironicznie Ethan pod
nosem. – Jakiego dochodzenia?
– To już ty lepiej wiesz.
Nie miał pojęcia, ale gdy zobaczył podpisującą jakieś
papierzyska White, zrozumiał. Zdziwiło go tylko, że nie
nosiła munduru zastępcy szeryfa. W burej kurtce i ciasnawych jeansach wyglądała jak pierwsza lepsza prowincjuszka. Strażnik wycedził coś do krótkofalówki, jedna,
potem druga krata z leniwym pomrukiem wsunęła
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
60
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
się w ścianę, gumowe podeszwy tenisówek miękko
zaszurały o podłogę. Strażnicy nic więcej nie wyjaśnili,
a z kamiennej twarzy funkcjonariuszki też nie wyczytał
niczego. Na zewnątrz czekała go kolejna niespodzianka: White przyjechała nie radiowozem, a prywatnym,
niemożliwie zabłoconym jeepem.
Skołowany, spytał opryskliwie:
– O co znowu chodzi?
– Wizja lokalna, synu – odparła enigmatycznie, zdejmując mu kajdanki.
– Przecież nic nie zrobiłem.
– Wiem.
Tym razem to ona milczała przez całą podróż. Ethan
ostentacyjnie odwrócił głowę i tępo wpatrywał się
w przemykające za mokrym oknem rolnicze krajobrazy.
Z początku dziwiło go, że nie podążali w stronę Felton
Creek, ale na północ międzystanową numer dziewięćdziesiąt pięć, ku zalesionym terenom okalającym rezerwat Coeur d’Alene. Nie okazał jednak zaskoczenia,
podobnie jak wtedy, gdy skręcili w jedną z prowincjonalnych dróg, obojętnie minęli jasne farmerskie domy
i budynki gospodarskie, by zanurzyć się w ciemnozielonym iglastym lesie. Zaniepokoiło go, gdy White zatrzymała terenówkę obok przechylonej ku ziemi, pordzewiałej skrzynki na listy.
– Nie lubi gości – wyjaśniła, gasząc silnik.
– Kto? – spytał, wysiadając, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Rozmiękła po deszczu gruntowa droga poprowadziła
ich do zaniedbanego, przypominającego skrzynię budynku. Nie miał w sobie nic z oszczędnej, prostej elegancji
rolniczych domostw ani z wypieszczonych szeregowców z przedmieść. Przywodził na myśl wielką przyczepę kempingową, a otaczający go nieład potęgował to
wrażenie. Tuż przy drzwiach zastygło w godnej pożałowania pozie trójnogie, okaleczone krzesło, gdzieś obok
porzucono samochodową kanapę. Spod wyleniałej
tapicerki wyłaziła żółta gąbka. Ethan obrzucił pełnym
niechęci spojrzeniem dziurawe wiadra, rozmiękłe kartonowe pudła i rozbity telewizor, z wnętrza którego
wyglądał kot, by w końcu zatrzymać skonsternowany
wzrok na White.
– Czyj to dom?
– Ty mi powiesz.
– Nigdy tu nie byłem.
– Wiem.
Zastukała; z wnętrza najpierw dobiegło miauczenie,
przeraźliwy rumor, skrzeczenie: „Spieprzaj stąd!”, a potem wrzask uderzonego czy przepędzanego zwierzęcia. Drzwi pozostały jednak zamknięte.
– Pani Smith? – zawołała White najłagodniej, jak
umiała. – Proszę otworzyć, chcemy tylko porozmawiać.
Nie zajmiemy wiele czasu.
Ethan zmarszczył brwi i pokręcił głową. Czy tylko po
to wyciągnęła go z aresztu?
– Coś za jedna? – usłyszeli.
– Iris, kuzynka Burta Stronghorse’a – skłamała na poczekaniu funkcjonariuszka.
Zachrobotał klucz i drzwi rozwarły się nieznacznie.
Kobieta o rzadkich siwych włosach założyła okulary
ze sklejonym brudnym plastrem noskiem i wlepiła
w White nieprzytomne spojrzenie.
– Czego? – wychrypiała. – Nie znam cię.
Młody Dembowsky poczuł, jak pomimo zimna i sią-
chmurę kurzu. – Kawy. Gdzieś miałam kawę. I placek.
Przecież wypada poczęstować gości, no nie?
Chłopakowi na samą myśl o jedzeniu zebrało się na
wymioty. Już prawie wstawał, by wybiec na zewnątrz,
gdy zauważył w dłoniach matki broń. Zanim zdążył
choćby jęknąć, strzeliła dwa razy w szeroką pierś White.
Podłoga jęknęła głucho pod ciężarem padającej policjantki; na bluzie Iris zaczęły rosnąć dwie ciemnoczerwone plamy.
Uzmysłowił sobie, że okazję do ucieczki stracił bezpowrotnie.
piącego deszczu ogarnia go gorąco. Twarz gospodyni, choć zdeformowana blizną ciągnącą się od skroni
przez policzek aż do ust, wyglądała znajomo.
– To ona – wykrztusił przez ściśnięte gardło.
– Teraz mogę ci powiedzieć – szepnęła do niego Iris. –
Dokonaliśmy ekshumacji: w grobie twojej matki spoczywają zwłoki sporego psa. Burt Stronghorse, przyparty
do muru, przyznał, że pomagał w upozorowaniu śmierci.
Podobno błagała o to, twierdząc, że jest śledzona. Choć,
jestem pewna, że chronił raczej naszą społeczność niż
swój czy jej tyłek – dodała, po czym powiedziała głośno:
– Niemożliwe. Burt na pewno o mnie wspominał. Przecież był tu niedawno. Zapowiadał, że wpadnę.
Właścicielka domu przymrużyła powieki, jakby coś
sobie przypominając. Nagle otworzyła drzwi szerzej
i ponagliła, zaaferowana:
– Coś wspominał. Wchodźcie. Szybko, szybko!
White weszła pierwsza. Zaraz uderzyły ją pomieszane wonie zwierzęcych odchodów, brudu, stęchlizny.
We wnętrzu zawalonym kartonami, szmatami i pustymi opakowaniami po produktach spożywczych harcowały koty. Ethan z nieskrywaną przykrością zastygł
na progu. Beth wciągnęła go do środka, energicznie
zatrzaskując drzwi. Potem bezceremonialnie pchnęła
syna na zarzucony podartymi szmatami fotel i gniewnie mamrocząc coś pod nosem, zaczęła gorączkowo
przetrząsać swój marny dobytek.
– Proszę pani? – zagaiła policjantka. – Szuka pani czegoś?
– Tak, tak. – Gospodyni zrzuciła na podłogę kolejny karton. Ze środka wysypały się pożółkłe gazety, wzbudzając
szybę. Na zewnątrz szarzało; zerknęła na zegarek. Tak,
bez wątpienia wstawał świt.
– Juarez? – wybełkotała, masując palcami zesztywniałą szyję.
Druga dłoń, wyciągnięta ku miejscu, w którym powinna trafić na ramię porywacza, zawisła w powietrzu.
Dopiero wtedy Beth powoli odwróciła głowę, spoglądając z konsternacją na pusty fotel pasażera. No tak,
przecież go zabrali.
Skurwiele z ACID.
Mechanicznym ruchem zdjęła okulary i ukryła twarz
w dłoniach. Załkała, przytulając policzek do kierownicy. Biedny Matt. Aresztowali go… Zapewne jej też nie
spuszczą z oka.
Nie powinna tkwić tu zbyt długo, nie mogła dłużej
podróżować tym samochodem. Bezwładną, jakby obcą
dłonią pchnęła drzwi, postawiła stopę na mokrym piasku i wyjrzała na zewnątrz. Auto wciąż stało na brzegu.
A przecież pamiętała, jak luzuje ręczny hamulec.
Stchórzyła czy agenci w ostatniej chwili udaremnili jej
próbę? Mętna toń rzeki St. Maries, smagana strugami
deszczu, powoli zmieniała barwę ze smolistej czerni na
przygnębiającą szarość. Beth zastygła, bezradnie oparta na drzwiach, i rozważała, co ma robić dalej. Przeklinała w duchu niezdecydowanie i pustkę w głowie.
Wiedziała jedno: do dawnego życia nie może wrócić.
Zbyt wielkie zagrożenie sprowadziłaby na bliskich. Na
wspomnienie Ethana po jej policzku popłynęła ciepła
łza, lecz szybko ostygła, tłamszona zimnymi kroplami
deszczu.
***
Chwilę trwało, zanim zrozumiała, że to krople spadające z gałęzi drzew tak natarczywie stukają o maskę starego chevroleta. Otworzyła oczy i rzuciła nieprzytomnym wzrokiem na deszcz, gęsto obsiadający przednią

61
opowiadania • miniatury • prozA
Czuła zresztą, że wracać nie chce. Że powinna, musi,
pójść tropem Steve’a. Dowiedzieć się, dlaczego drań
porzucił ją i dziecko. W czym od niej była lepsza ta
latynoska zdzira, z którą uciekł? Jak zwykły mechanik
wszedł w posiadanie tak niebezpiecznego nagrania?
Dlaczego właśnie Beth zostawił w spadku straszliwą
tajemnicę, ukrywając ją w prowincjonalnym banku
zagubionej w górzystych pustkowiach mieściny? I co
łączyło go z Felton Creek?
Felton Creek. Przecież Matt obiecał, że wróci. Sięgnęła
pod siedzenie kierowcy, odnajdując oddaną jej na przechowanie płytę. Nawet w półmroku deszczowego poranka dobrze widziała na plastikowym futerale krwawy
ślad palców Juareza. Przycisnęła go do piersi jak drogą
sercu pamiątkę, wyczuwając bijące od niej ciepło.
Tak, Matt. Przechowam ją dla ciebie. Cierpliwie zaczekam na twój powrót.
Zanim zluzowała ręczny hamulec, zabrała z wozu torebkę. Przez chwilę stała na brzegu, usiłując dłonią osłonić
przed deszczem ledwo tlący się płomyk zawilgotniałego
papierosa. Samochód majestatycznie tonął w mętnych
wodach. Tamta wizja musiała być przeczuciem, zrozumiała.
Proroctwem, podprogową podpowiedzią losu.
Papieros zgasł na dobre. Rzuciła go w błoto, poprawiła na ramieniu pasek torby i ruszyła w drogę powrotną.
Dzięki uczynnym kierowcom dotarła w końcu w okolice Felton Creek i za resztę pieniędzy wynajęła w miejscowym hotelu pokój. Następnego ranka zacznę pytać
o Steve’a, obiecała sobie, ale mimo zmęczenia nie potrafiła zasnąć. Zawartość odziedziczonego po Juarezie
dysku nie dawała jej spokoju.
Nie wytrzymała długo. Późnym wieczorem zeszła do
recepcji i poprosiła o możliwość przejrzenia nagrania.
Uprzejmy właściciel udostępnił jej wysłużony odtwarzacz i zaglądał przez ramię, gdy z tężejącą z żalu twarzą
uruchomiła amatorski film ze ślubu Steve’a Halla i ciemnookiej latynoskiej zdziry o mocno przeciętnej urodzie.
Jej Steve’a.
Nie obejrzała filmu do końca. Zostawiła płytę w kieszeni odtwarzacza i poruszona, bez słowa wróciła do
pokoju. Juarez mnie oszukał, myślała, automatycznie
pokonując stopień za stopniem skrzypiących schodów.
A może sam nie wiedział, co naprawdę zawiera nagranie?
Nie. Przystanęła na półpiętrze, do bólu wbijając paznokcie w drewnianą poręcz. To agenci musieli podmienić dysk. Tam, nad rzeką. Przecież mieli na to czas.
Wytarty dywan w korytarzu miłosiernie tłumił jej
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
62
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
kroki, klucz donośnie chrobotał w nieczęsto używanym zamku hotelowego pokoju. Nie zapaliła lampy,
neon za oknem i tak dawał aż nadto światła. Beth, nie
zdejmując zabłoconych butów, rzuciła się na łóżko,
wbijając nieprzytomny wzrok w barwne smugi na suficie. A może…
Ale jestem głupia. Zostawiłam płytę, a przecież… Łóżko zaskrzypiało przeraźliwie. Podrywała się z myślą, że
właściwy przekaz z pewnością został zakodowany.
W tej samej chwili gdzieś z ciemności w rogu pokoju
padł strzał.
***
– Wiedziałam, że w końcu przyjdziesz – wymamrotała.
Pistolet drgał w jej kruchych, przedwcześnie postarzałych dłoniach o pokrzywionych przez gościec palcach.
– Czekałam na ciebie, suko. To ty do mnie strzelałaś
w hotelu. Dobrze cię zapamiętałam.
Beth podeszła do White, nie przestając do niej mierzyć. Przestraszone hukiem koty jeden po drugim
czmychnęły na zewnątrz przez zabezpieczony klapką
otwór w drzwiach.
– To nie tak – wybełkotał Ethan. – Ona jest…
– Wiem kim – przerwała mu. – Wystarczy mi twój strój.
W natłoku zdarzeń chłopak zupełnie zapomniał, że
nosi więzienny uniform. Matka tymczasem ponownie
rzuciła się w wir poszukiwań.
– Potrzebujesz normalnego ubrania – gadała niby
do syna, niby do siebie. Wreszcie wygrzebała ze sporej
sterty szmat w rogu dwie zleżałe części męskiej garderoby i rzuciła nimi w chłopaka, by zaraz zniknąć w klitce
pełniącej funkcję sypialni. – Przebieraj się. Szybko, ktoś
mógł słyszeć strzały!
Z odrazą zrzucił z kolan śmierdzące stęchlizną łachmany.
– Nie… Nie – wybełkotał, wstając ostrożnie. – Poradzę
sobie.
Jęk sprężyn starego fotela zabrzmiał jak ryk alarmu,
ale nie zwrócił uwagi rodzicielki. Ethan śmielej postawił
na skrzypiącej podłodze pierwszy krok. Byle prędzej
dopaść drzwi. Uciec, korzystając z chwili nieuwagi tej
starej wiedźmy.
Nie myślał już o niej jak o matce.
Nim przekroczył leżące na środku salonu zakrwawione ciało White, zerknął do sypialni: wariatka klęczała;
odsunęła jedną z desek i poczęła grzebać pod podłogą.
Korzystając z okazji, kucnął przy policjantce, by odnaleźć kluczyki do samochodu. Drżące palce, wędrujące
w pośpiechu od kieszeni do kieszeni, natrafiły na skrytą
pod kurtką kaburę i instynktownie wyrwały z niej pistolet. Szarpnięcie ocuciło Iris – z trudem uniosła powieki, a widząc chłopaka, poruszyła wargami w cichym
błaganiu:
– Pomóż… synu… Zabierz mnie…
Zaniemówił. Sądził, że policjantka nie żyje.
– Masz broń? – Usłyszał kroki, a zaraz potem głos matki:
– Świetnie. Żeby cię tylko z nią nie złapali, Juarez. Samochód też musisz zmienić, ale w tym jesteś całkiem dobry.
Juarez? Kto to, do kurwy nędzy – miał spytać, ale
w ostatniej chwili ugryzł się w język. Podniósł na matkę
zbaraniały wzrok. Stała tuż obok, w nogach umierającej
Iris; zauważył z ulgą, że zostawiła gdzieś pistolet.
– Trzymaj. – Rzuciła na brzuch White pomiętą i poplamioną papierową torebkę z ledwo już widocznym
logo Burger Kinga i dodała: – Przechowałam to dla
ciebie. Piętnaście lat pilnowałam. Tak jak kazałeś. Raz
tylko spuściłam z oka, ale dobrze się złożyło. Inaczej by
znaleźli.
Z ociąganiem podniósł papier i zajrzał do środka:
pomiędzy wyblakłymi kartkami jakiejś gazety jaśniał
krążek przestarzałego nośnika danych. Na takich zapisywano dawno temu pliki. Brązowe ślady na obwolucie
z przezroczystego tworzywa przypominały zaschniętą
krew. Nic nie rozumiał z bełkotu matki, ale przytomnie
nie spytał, co zawiera dysk.
– A ona? – Wskazał ruchem głowy na zastępcę szeryfa.
– Ja się nią zajmę. – Beth z nienawiścią kopnęła kostkę
konającej. – Jedź, zanim wpadnie tu jej wsparcie. No
już! – wrzasnęła, widząc niezdecydowanie chłopaka. –
Na co czekasz? Znowu cię zgarną, jak wtedy, nad rzeką!
– Ethan… – Głos Iris przechodził w rzężenie. – Proszę… Pomóż…
– Tak nie można – powiedział, przykucając za głową
zastępcy szeryfa. Potem umieścił za paskiem broń,
wsunął dłonie pod pachy rannej i z niemałym wysiłkiem pociągnął ją za sobą. – Jadę z nią do szpitala, rozumiesz?
– Mowy nie ma! – Beth tupnęła nogą i zniknęła w pomieszczeniu obok.
Mocując się z ciałem postawnej policjantki, nie przestawał podejrzliwe zerkać na sypialnię. Spomiędzy dobiegających stamtąd złorzeczeń i rzężenia Iris bezbłędnie wyłowił odgłos przeładowania pistoletu.
Gdy matka wróciła, był gotów.
– Nigdzie z nią nie pojedziesz, Juarez. Nigdzie! – wychrypiała, ponownie celując w pierś White, ale nie zdążyła pociągnąć za spust.
Broń w dłoni syna wystrzeliła pierwsza.

63
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
64
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Adam Buszek
Wapno pościeli.
Wokół wiersza Alienacje Pana Cogito Zbigniewa Herberta
1
Erotyk Zbigniewa Herberta. Dla
tych, którzy patrzą na poetę tylko
oczami szkolnej edukacji – dziwna sprawa. Niemal niespotykana.
Nawet jeśli pamiętamy boginię
zwycięstwa, która waha się, czy
pocałować młodzieńca w czoło.
Bo przecież niedoszły pocałunek,
jak uczą podręczniki, jest tu metaforą… Spotkanie kochanków z
wiersza Dwie krople chowa się nieśmiało gdzieś w cieniu Pani Wojny,
w cieniu Pani Historii…
2
Pan Cogito leży w łóżku z dziewczyną.
Dwie obecności spoczywają ku
sobie. Jedna powierzona straży
Hypnosa. Druga cała w niedowierzającym czuwaniu.
Nic nie zdradza dziennej czy nocnej pory. Ani jedna głoska nie wyjawia poprzedzających spotkanie z
czytelnikiem sekretów dwojga.
Pan Cogito trzyma w ramionach
ciepłą amforę głowy
Widzi tylko dotyk. Głowa jest ciepła
nie tylko mocą krążącej bezustannie
krwi, ale samą konsystencją obecności, świeżo wznieconym żarem
oplotów. Przenikliwe opuszki dziwią
się sobie. Pan Cogito stwierdza ze
zdumieniem, że nie jest tu sam. Nie
mieści się w swojej jedyności. Waży
ciepły ciężar cudzej obecności.
stwierdza ze zdumieniem
że istnieje ktoś poza nim
Stwierdza„jeszcze raz”. Jaka siła nakazuje po raz kolejny nie dowierzać?
Co niepokoi w ponowieniu – co
w ponowieniu zdumiewa się sobie?
Oto wschodzą pomiędzy wersami
odciski palców – odbite w słowach,
a przecież dotkliwe.
istnieje ktoś poza nim
nieprzenikniony jak kamień
o granicach
które otwierają się
tylko na moment
potem morze wyrzuca
na skalisty brzeg
Znaki – jak zwykle, raz jeszcze niezapowiedzianej – wizyty Erosa między dwojgiem egzystencji. Nieprzeniknione granice zostały uchylone
i natychmiast domknięte. Nie ma
wątpliwości, kto odpowiada za tak
przewrotną inwazję.
morze wyrzuca
na skalisty brzeg
Eros wydobywa „najpiękniejszą”
z możliwości osoby. Przedstawia
ją w zenicie spotkania, zadając jej
jednocześnie śmiertelny cios, jak
w wierszu innego poety:
Myśl o mnie, ust nie pamiętając,
ani ze sobą nie zabieraj.
Bo w nas prócz nas jest innych wielu.
nie chcę od dotknięć twych umierać. (Marian Ośniałowski, Nie całuj
mnie tak bardzo długo)
Nie chce umierać ktoś„najpiękniej-
szy we mnie”, z kim spotkał mnie
drugi. Króluje tu sprzeczność cudowna i okrutna; w jednym skurczu fizjologicznego i psychicznego
zenitu będą się wzajemnie wypierać i znosić rozkosz nasycenia
z goryczą utraty, naciskiem znużenia, udręką agonii. Eros jest bardziej w dotykaniu niż dotknięciu,
więc osadza zgryzotę niedosytu
w kulminancie płciowych zapasów.
Granice ludzkiej skóry
otwierają się
tylko na moment
potem morze wyrzuca
na skalisty brzeg
Eros nastaje na arcyludzką potrzebę zadomowienia w odkrywanym. Najintymniejszym głodom
wyobraźni dedykuje obietnice
na wyrost. Każdy wschód gestu
ocienia smugą znużenia. Wie, że
każde „teraz” granicznej możliwości umiera, zanim się narodzi.
Strzeże więc koniecznego obiegu
rozczarowań. Oznacza to, że jest
samoodnawialnym, nieprzerwanym pragnieniem. Życiodajnym
ruchem. Ruchem nieśmiertelnym.
3
Pan Cogito odprawił wszystkie zaklęcia. Czas przeszły wiersza świeżo
pamięta pukanie do cudzych granic. Czytelnik zastaje „wyrzuconego
na skalisty brzeg”, który
jeszcze raz

65
publicystyka
Mirosław Śliwa
stwierdza ze zdumieniem
że istnieje ktoś poza nim
nieprzenikniony
jak kamień
Drugi pozostaje nieprzenikniony
niejako podwójnie. Po pierwsze
dlatego, że zadał klęskę erotycznej
próbie rozpoznania. Po wtóre jest
szczelnie zamknięty w rzeczywistości sennej. Nie sposób przeniknąć jego istoty. Przypomina drewnianą kostkę:
Nawet jeśli ją szybko przepołowić, natychmiast jej wnętrze staje
się ścianą i następuje błyskawiczna
przemiana tajemnicy w skórę.
Pan Cogito
przygląda się śpiącej głowie
obcej a pełnej czułości
Dopiero błądził wzdłuż granic zawierzenia w dialogu inności. Apogeum, w którym je przekroczył,
wyrzuca go
na skalisty brzeg
– a to oznacza powrót do stałego stanu skupienia własnej osoby. Sprzeczność między obcością
a czułością wydaje się teraz trudna
do poznawczego zniesienia. Pieszczota zakreśla jednak niepojęcie
obszerniejszy horyzont: pozornie
gaśnie w fizjologicznym przesileniu, ale pozostawia ślad w „dziejącej się” historii spotkania; należy
jakby do czasu teraźniejszego stale
ponawianej obietnicy, do owego
„jeszcze raz” zaklętego w zdumieniu Pana Cogito, który odkrywa, że
istnieje ktoś poza nim – towarzysz
podróży w podziemia skóry, świadek i uczestnik prastarej, odnawiającej umowy ciał. Ktoś
o własnej krwi
obcym śnie
uzbrojony w swoją skórę
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
66
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
4
Kobieta nie zabiera głosu albo zostaje on zawieszony. Czyżby żeńskiej
obecności rozpisano rolę głuchoniemego świadka posępnej zadumy?
A może chodzi wyłącznie o to, by
pozwolić wybrzmieć subtelnemu
studium męskiej melancholii?
Pan Cogito
oddala
śpiącą głowę
Nie wypowiada ani słowa. Twarz
ukochanej obejmują palce niemej
adoracji. Są onieśmielone tajemnicą, która przypomina się, spotęgowana, w epilogu erotycznego
oplotu. Uważne oddalanie śpiącej
głowy ma w sobie coś z bezinteresownego żalu i – niedostrzegalnej
nieomal – struchlałej goryczy. Niemy gest zdaje sprawę z uświadomionej właśnie niemocy, odczuwa
skutki zderzenia z jakimś punktem
krytycznym spotkania. „Głowa śpi” –
zastygła w nieświadomym spoczynku, w letargu świadomej obecności.
Należy postępować delikatnie. Owo
„delikatnie” nuci bezgłośnie melodię
precyzyjnej czułości: jakby z palcem
na ustach opuszczało się kogoś właśnie śniącego.
żeby nie zostawić
na policzku
odcisków palców
Dobranoc. Wracam do swojej
samotności…

Sprawiedliwość
W
komedii Sylwestra Chęcińskiego pod tytułem Sami
swoi matka jednego z głównych
bohaterów, kiedy ten wybiera się
na rozprawę sądową, wręcza mu
dwa granaty i mówi: Sąd sądem,
a sprawiedliwość musi być po naszej stronie. To krótkie zdanie obrazuje nasz, na ogół bardzo emocjonalny, przepojony osobistym
poczuciem krzywdy i nieskrywaną roszczeniowością stosunek do
sprawiedliwości. Tymczasem sprawiedliwość w sensie idealnym jest
wartością absolutnie bezwzględną i kompletnie, aż nieludzko
obiektywną. Zaryzykuję nawet
stwierdzenie, że w tak rozumianej
sprawiedliwości materializuje się
metafizyka. Temida, grecka bogini
sprawiedliwości, przedstawiana
jest z opaską przesłaniającą oczy,
bo dotyka wszystkich; z wagą – waży
wszystkie uczynki i akty wolnej woli
oraz z mieczem, gdyż bezwzględnie każe za każde zło, głupotę i brak
refleksji. Człowiek sprawiedliwy, to
człowiek, który żyje według praw
boskich i ludzkich, ale w tej właśnie kolejności. O świętym Józefie,
opiekunie małego Jezusa Mateusz
Ewangelista mówi: Józef, który był
człowiekiem sprawiedliwym...
Starożytni Rzymianie uważali, że
sprawiedliwość, to życie zgodne
z ogólnie przyjętym porządkiem
rzeczy i jako taką wiązali ją z systemem prawnym, który rozstrzygał o tym, czy coś jest zgodne ze
starannie skodyfikowaną umową,
czy też nie jest z nią zgodne, a więc
czy coś jest sprawiedliwe, czy też
urąga sprawiedliwości. Jeśli jednak dobrze przyjrzeć się ewolucji
tego pojęcia w historii, nie sposób
nie zauważyć, że sprawiedliwość
jako wartość nigdy nie została
w pełni i jasno zdefiniowana,
a przynajmniej nikt nie uczynił tego w sposób, który nie budziłby
sprzeciwów i kontrowersji.
W potocznym odczuciu do sprawiedliwości odwoływano się zawsze wtedy i tam, gdzie pojawiał
się jakiś konflikt interesów. To
zadziwiające, że sprawiedliwość
najczęściej była rozumiana i rozpatrywana jako pojęcie społeczno-ekonomiczne, a właściwie nikt nie
zainteresował się nią jako wartością
porządkującą relację między człowiekiem, a jego wolnością. W dzisiejszych czasach sprawiedliwość
funkcjonuje podobnie jak kiedyś
albo w porządku prawnym, w sensie postępowania zgodnego z prawem, które jest emanacją umowy
społecznej, albo jako pojęcie dotyczące podziału wytworzonych
dóbr, aktualnie prawie wszędzie
pod nic niemówiącym pojęciem
sprawiedliwości społecznej.
O ile realizacja sprawiedliwości
w sensie prawnym jest działalnością
konieczną i ze wszech miar pożądaną, o tyle, jak sądzę, hybryda
występująca pod nazwą sprawiedliwości społecznej jest zupełnie
niemożliwa do logicznego zdefiniowania i wcielenia w życie i, jako taka,
podatna jest na przekłamania, które, oczywiście, służą nadużyciom, przede
wszystkim ze strony rządzącej klasy politycznej.
W zupełności zgadzam się z Friedrichem von Hayekiem, krytykiem wiary
w nieograniczone możliwości rozumowego kreowania świata przez człowieka i, podobnie jak on, uważam, że ludzie nie są w stanie pojąć celu ewolucji wszechświata oraz kształtować go według własnego widzi mi się, choćby
nawet kierowały nimi najszlachetniejsze pobudki. Nasza wola może przeciwstawić się naturze, ale efekty tego buntu będą nieodmiennie opłakane.
Wolne podejmowanie decyzji absolutnie i nierozerwalnie związane jest
z koniecznością ponoszenia konsekwencji, choćbyśmy ich nawet nie rozumieli
i nie zgadzali się z nimi. Nie będę tu rozpatrywał sytuacji człowieka pozbawionego wolności siłą, chociaż i w tym przypadku wiele decyzji podejmuje on
w sposób swobodny, niezależny od woli tyrana i, oczywiście, za ich następstwa
sam ponosi odpowiedzialność. Interesuje mnie sytuacja człowieka wolnego.
Mamy więc, niewymuszoną decyzję wolnej jednostki, która w pewny
sposób prowadzi do określonych implikacji. Wolność wymaga odwagi
i rozwagi, bo wymaga ich konieczność zmierzenia się ze skutkami z niej wynikającymi. Jak ma się do tego jednak sprawiedliwość, od której zacząłem?
Otóż jestem przekonany, że sprawiedliwość, to nieodwracalność kary albo nagrody za każdą ludzką, zrealizowaną na zasadzie wolnej, woli decyzję.
Możemy scedować naszą wolność na kogoś innego, na jakiś inny byt na
przykład państwo opiekuńcze, ale pamiętajmy o tym, że konsekwencje
decyzji, które podejmuje za nas państwo są i zawsze będą przypisane nam
osobiście. Politycy na ogół nie ponoszą odpowiedzialności za czyny, choćby
najbardziej destrukcyjne, podejmowane przez nich, ale z woli i w imieniu
obywateli. Ponoszą je zawsze obywatele.
Bywa, że, kiedy spotyka nas coś złego, zadajemy sobie pełne goryczy pytanie: za co mnie ten los karze? Innym razem, kiedy przytrafia nam się coś
dobrego, twierdzimy, że otrzymaliśmy „dar od losu”. Jednak to nie los nas
karze czy nagradza. To my sami jesteśmy sprawcami dobra czy zła, które
się nam przytrafia. Powie ktoś: ale nie wszystko w tym życiu da się przewidzieć; lub też: to nieprawda, że nagroda i kara są w życiu nieuniknione, bo
wielu złych ludzi nie poniosło żadnych konsekwencji swoich postępków,
a wielu dobrych nie spotkała w tym życiu żadna nagroda. Odpowiem tak:
czasami skutki decyzji, które wcieliliśmy w życie, zaczynają nas dotykać
dopiero po wielu latach, kiedy nie pamiętamy już co, kiedy i dlaczego zrobiliśmy. Po drugie: nikt z nas nie zna sumień zbrodniarzy, ludzi złych. Nie
wiemy, w jakim tkwią piekle, a zgotowali sobie sami, już tutaj, w tym życiu. Po trzecie: nie żyjemy w doskonałym świecie, nie mamy o nim pełnej
wiedzy, nigdy jej mieć nie będziemy i w istocie wszystkiego nie jesteśmy w
stanie przewidzieć. Po czwarte wreszcie: dla ludzi wierzących istnieje Bóg
i Jego sprawiedliwość, która nieskończenie lepiej porządkuje stan rzeczy.
Żaden jednak spośród wyżej wymienionych przypadków nie zwalnia nas
od potrzeby przewidywania skutków tego, co w życiu robimy.
W związku z tym na horyzoncie aksjologicznym pojawiają się kolejne pojęcia związane z wolnością i jej konsekwencjami oraz ze sprawiedliwością.

67
publicystyka
chodzi mianowicie o poczucie odpowiedzialności i poczucie obowiązku.
Świat i życie (los) nie wymagają od nas niczego. Mamy prawo postępować
na tyle głupio, aby w końcu doprowadzić do samounicestwienia. Nie jesteśmy konieczni. Możemy być, ale nie musimy. A jednak jesteśmy, istniejemy
i wielu z nas po prostu kocha życie, a wszyscy przecież posiadamy instynkt
przetrwania. Nasze otoczenie (natura) jest nam tak samo przyjazne jak
i wrogie. To spostrzeżenie dotyczy także ludzi pośród, których żyjemy. Świat
jest, co prawda, skomplikowany, ale my znamy ogólne reguły gry. Znamy
je, bo począwszy od pierwszej prakomórki, która pojawiła się na ziemi, nieuświadomione dziedzictwo wiedzy o tym, jak przetrwać w sensie fizycznym,
jest nam przekazywane aż do dzisiaj i będzie przekazywane tak długo, jak
długo życie będzie istniało. Mało tego, nasz gatunek posiada świadomość,
zdolność zapamiętywania, wyobraźnię oraz umiejętność spekulatywnego
myślenia. Poprzez dziesiątki tysiącleci wytworzyliśmy kulturę, której głównym zadaniem było wyjaśnienie, oswojenie i opanowanie nieprzewidywalnych sił przyrody i naszej własnej, irracjonalnej natury. Roszczeniowa postawa współczesnego człowieka była przodkom ludzkości zupełnie obca. Jeżeli
ktoś postępował głupio, to sprawiedliwie ginął, natomiast ten, kto działał w
poczuciu obowiązku i odpowiedzialności za życie własne i dobro społeczności, w której żył, potrafił przetrwać. Chodzi więc o sprawiedliwe przetrwanie
lub sprawiedliwe unicestwienie. Przetrwa ten, kto posiada zdolność przewidywania, ten kto jest roztropny, krótko mówiąc, ten kto jest mądry.
Mądrość… wartość dzisiaj zupełnie zapomniana. Ta „niepamięć głupców”
skazuje naszą kulturę na uwiąd, a w końcu, bo może i do tego dojść, zgubi całą naszą cywilizację, jak również nas samych jako jednostki. Czy tak
się stanie? Nie wiem. Mam nadzieję, że jakiś promień nadziei jeszcze nam
świeci. Przypomnę może więc piękny passus z Księgi Mądrości:
Kto szuka Mądrości, znajdzie ją łatwo...(…)
uprzedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać.
Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą
u drzwi swoich.
Wolność domaga się mądrości, bo wie, że sprawiedliwie będzie musiała
zmierzyć się z ucieleśnieniem samej siebie. Realizacja właściwie pojmowanej wolności wymaga od człowieka poznania warunków brzegowych,
w których może on działać, nie szkodząc sobie ani innym. Tak myśli jednostka niezależna. Wolność ją konstytuuje. Człowiek roszczeniowy również nie myśli o wyrzeczeniu się wolności, on jednak pragnie pozbyć się poczucia odpowiedzialności jak również skutków
swoich działań. Taką nieograniczoną wolność nazywamy samowolą. Samowola nie liczy się z wolnością innych, nie liczy się z naturą człowieka,
a w skrajnych przypadkach nie liczy się nawet z prawami przyrody.
Samowola jest absurdem.
Sprawiedliwość społeczna, a więc sprawiedliwość roszczeniowa, jest efektem
samowoli i, jako taką, cechuje ją kompletna bezrefleksyjność, a więc głupota.
Żaden rozum nie jest w stanie usprawiedliwić jej istnienia, za to znakomicie
z tej roli wywiązują się niskie (egalitarne) emocje takie jak litość, pogarda,
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
68
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
zawiść, chciwość, pycha i im podobne.
Mądrość jest syntezą czy też wypadkową kilku wartości, spośród
których najważniejsze miejsce przynależy do prawdy. Wizję porządku rzeczy kształtujemy w oparciu
o prawdę o świecie i nas samych.
Aby żyć świadomie i sprawiedliwie
musimy w pierwszej kolejności poznać swój własny potencjał, nauczyć się oddzielać dobro od zła
i rozumieć hierarchię ważności
spraw, z którymi borykamy się na
co dzień. Ewolucja, której podlega
cały wszechświat łącznie z każdym
z nas z osobna, tak jak wszystkie
procesy, ma charakter bardzo dynamiczny. Poza tym we wszechświecie
występuje tak wiele zmiennych,
że nigdy, ze względu na stopień
ich złożoności i zmienności, nie
pozwolą nam one do końca zrozumieć sensu istnienia tego, co
jest. Pozostaje tylko wiara w dorzeczność egzystencji wynikająca
chociażby ze słynnego pytania
Leibniza: Dlaczego istnieje raczej
coś niż nic?
Życie jest trudne, pamiętajmy
jednak, że żadne trudności nie
zwalniają nas z koniecznej potrzeby coraz to doskonalszego
poznawania otaczającego nas środowiska i nas samych. Jeżeli więc,
weźmiemy pod uwagę wpływ
środowiska, który lepiej lub gorzej
rozumiemy i jakoś kształtujemy, jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że
nasze działania, czy nam się to podoba, czy nie, są jednak wynikiem
naszej wolnej woli, to musimy pogodzić się z tym, że wszystko to, co
nas w życiu spotyka, jest usprawiedliwione, jest sprawiedliwe.

Czytelniku!
SOFA patronuje!
Jeśli myślisz, że No coś ty! to książka ociekająca skandalem, tanią sensacją czy nieuzasadnionym wulgaryzmem – mylisz się. Niczego takiego w środku nie znajdziesz. To
opowieść o prawdziwych ludziach, zwykłych zjadaczach chleba, tych niedocenianych,
którzy nie zaznaczyli się na kartach historii wielkim bohaterstwem. Jednak każdego dnia
pracowali, słowem i czynem okazując drugiemu człowiekowi dobroć i szacunek. Sabina,
kobieta czterech pokoleń, przeniesie Cię w rzeczywistość lat trzydziestych, gdzie życie
na wsi kręciło się wokół kiszenia kapusty i wiejskich ploteczek. Poznasz wojenne losy
rodziny Czerwińskich i lęk, kryjący się w ludzkich sercach. Ciężką pracę łódzkiej włókniarki i… peerelowską szarość dnia codziennego. A wszystkie opowieści przeplatane są
różnokolorową teraźniejszością. Jednym słowem, jeśli szukasz autentycznych przeżyć
napisanych z młodzieńczą refleksją i swadą – dobrze trafiłeś.
69
publicystyka
Sebastian Marks
Z kamerą
wśród dzików
B
yć może nie będzie to najlepszy i najmądrzejszy początek, ale wypada powiedzieć od czego
wszystko się zaczęło… Nie lubię grubasów! I nie mówię tutaj o ludziach z chorą tarczycą, tylko o chorobliwych żarłokach, którzy zaraz po przebudzeniu marzą
o hamburgerze, a korytami ich żył płyną pięknie zarumienione fryteczki. Czasem łapię się na tym, że stoję
przed jakimś barem szybkiej obsługi, wpatruję się w
pary grubasów ze smakiem pałaszujące swoje ulubione zestawy smakowitości i narasta we mnie uczucie fascynacji pomieszane z oburzeniem. Sami widzicie, że
nie jest ze mną najlepiej.
Któregoś ranka patrząc na siebie w lustrze stwierdziłem, że zaczynam upodabniać się do tych, których z
takim przejęciem lubiłem dotąd podpatrywać. Konkluzja była oczywista: po pierwsze nie mogę dopuścić,
by moja otyłość dalej się rozwijała, a po drugie, dopóki
nie zlikwiduję nadmiernych kilogramów, nie będę miał
moralnego przyzwolenia, by dalej ich podglądać, a jeśli
tak, to nie na tych samych zasadach, co do tej pory…
I tu, jak powiedział mój ulubiony szczeciński raper, zaczynają się jaja.
Szukając ratunku zapisałem się na siłownię. Idąc tam
pierwszy raz czułem się, jakbym szedł na spotkanie przygodzie i wcale nie byłem daleki od prawdy. Po wstąpieniu w szeregi dzików, jak abonenci siłowni lubią się nazywać, Wasze życie może nabrać nowych kolorów.
Wchodzicie. Murowane, gołe ściany utrzymane w surowej stylistyce przesiąknięte są potem tysięcy istnień, które, podobnie jak Wy, wyszły z założenia, że w zdrowym
ciele z pewnością uwije sobie gniazdko zdrowy duch.
Już na wstępnie musicie uświadomić sobie także, że
siłownia ma swoją własną subkulturę, której występowanie zawężone jest wyłącznie do miejsca treningu,
choć mentalne powinowactwo tak łatwo już nie zanika.
Pierwsze, co rzuca Wam się w oczy to feeria barw
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
70
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
bijąca od wymyślnych, modnych kostiumów przeznaczonych do trenowania na siłowni. Każdy szanujący
się dzik i locha (chyba taką analogię należy wysnuć)
ma na sobie ciuchy firmy Under Armour (tutaj niestety kryptoreklama jest konieczna) z istnienia której do
tej pory nie zdawaliście sobie sprawy. Jeśli jesteście
dzikami tudzież lochami wyższego rzędu i myślicie
o sobie poważnie, koniecznie powinniście zaopatrzyć się
w specjalną serię tej firmy oferującą bluzki z emblematami superbohaterów (jak do tej pory widziałem już
Supermana, Batmana, Zieloną Latarnię i Flasha). Jeśli
tego nie zrobicie, dziki będą patrzeć na Was, co zresztą
słuszne, jak na zwykłych amatorów. Następną rzeczą są
sportowe legginsy (?), na które koniecznie musicie założyć krótkie spodenki, no bo dzik biegający w samych
legginsach, to tylko żart z dzika.
Jeśli więc sądziliście, że na siłownię należy założyć
najgorsze łachy, bo i tak pod koniec treningu będą całe przesiąknięte potem, z przykrością stwierdzam, że
byliście w grubym (nomen omen) błędzie.
W przypadku loch, kuriozum sięga nieco wyżej, ponieważ panie przychodzące na siłownię wyglądają tak,
jakby tuż po treningu były przewidziane wybory miss,
w których one będą w oczywisty sposób brały udział.
Pełny makijaż, manicure i estetycznie, acz wygodnie
ułożone włosy to absolutna podstawa.
Jest jeszcze kwestia bidonów, które każdy dzik i locha
powinni mieć, a Wy, stwierdzam to ze smutkiem, nie
zdawaliście sobie z tego sprawy. Bidony służą, oczywiście, do wygodnego mieszania odżywki z wodą, by muskulatura mogła rozwijać się w spodziewanym tempie.
Następnym spostrzeżeniem, które rzuca się Wam
w oczy, jest brak grubasów. Niemal wszyscy, których
do tej pory spotkaliście, wyglądają tak, jakby za małolata wpadli do kociołka ze sterydami, więc, siłą rzeczy,
to Wy stajecie się wspomnianymi grubasami, a Wasz
punkt odniesienia zmienia się o 180 stopni. Trochę
pokorniejecie, tracicie na pewności siebie, ale to nic.
Będzie lepiej. Po to przecież tu jesteście.
Po kilku tygodniach chodzenia na siłownię i oswojeniu się z tajemniczymi maszynami, których zastosowania z początku nie sposób się domyślić, wpadacie
w siłkowy tryb. W moim przypadku najpierw trening
siłowy: biceps, triceps, plecy, klatka piersiowa, potem
brzuch, a następnie, jak powiedział inny, tym razem
warszawski, raper, kilka kilometrów biegingu.
No dobrze, wkleiliście się bezboleśnie w „dzikową”
brać. Niektórzy nawet mówią wam „cześć”, chociaż,
jako żywo, w życiu nie zamieniliście z nimi słowa, ale
wciąż pozostaje dostrojenie mentalności, które, w moim wypadku, okazało się niemożliwe.
Jako, że etap obiektywny mamy już za sobą, pora
przejść do osobistych spostrzeżeń, a tym samym zmienić formę narracji na pierwszoosobową.
Siłownia jest dość powtarzalną, a przez to nudną
formą aktywności. Bardzo szybko się nudzę, zacząłem
sobie wyobrażać, iż przebywam na safari pośród dzikiego, nieznanego plemienia, którego zwyczaje i zachowania postaram się zgłębić.
Zacząłem od wzajemnego stosunku dzików do loch.
Okazuje się, że każdorazowy pobyt w rezerwacie wiąże się z wiecznie trwającymi godami. Osobnicy męscy
przy każdej możliwej okazji prężą się do osobników
damskich, a te nie pozostają im dłużne. Wyprężone biusty i skaliste mięśnie ścierają się wciąż i wciąż
w rytualnym godowym tańcu. Prawdziwy dzik zawsze
służy losze ramieniem, poradą lub wskazówką, gdyby
ta miała jakiekolwiek trudności lub wątpliwości. Jeśli
dzieje się inaczej, to jest, jeśli jakiś dzik zachowa się w
stosunku do lochy nie po dżentelmeńsku, inny dzik
ma prawny i moralny obowiązek, by przydzwonić mu
w szable (fachowa nazwa kłów dzika). Jeśli nie słyszeliście ostatnimi czasy o walce dzików na jednej z warszawskich siłowni, z przyjemnością zawiadamiam, że
coś takiego miało miejsce. Rozeszło się o to, że pewna
locha nie była łaskawa wytrzeć po sobie sprzętu, z czego niereformowalny dzik raczył zdać jej sprawę.
Kolejną bardzo ważną rzeczą jest szlak zainteresowań,
po którym dziki i lochy szczególnie lubią spacerować.
Tutaj bez niespodzianek. Głównie siłownia, suplementy diety, ale zdarzają się także przypadki szczególne.
Byłem świadkiem rozmowy trzech dzików, którzy z taką zajadłością perorowali o tym, co jeść trzeba, a czego
jeść nie wolno, że niemal doszło do kolejnego starcia
szabli. Tym razem chodziło o przewagę kaszy i ryżu.
Każdy dzik miał na ten temat swoje zdanie, a że sprawa
dotyczyła rzeczy ważnej i, rzekłbym, leżącej u podstaw
wiary, powietrze zaczęło robić się gęste. Największe
ekstremum, jakiego byłem świadkiem dotyczyło gumy
do żucia. Jeden z dzików spytał kompana, czy ma takową. Adwersarz zaś odparł z nieukrywaną wyższością, że
guma do żucia zawiera węglowodany, więc on stosuje
miętowy spray do ust. Drugi był do tego stopnia zachwycony, że po treningu umówili się, że razem pójdą
do apteki by zakupić wspomniany specyfik.
Następna sprawa ma już mniej formalny charakter
i chciałoby się rzec, wchodzi swym zakresem w szarą
strefę rynku. Mówię tu o obrocie suplementami, który
nieraz przybiera bardzo humorystyczny wydźwięk. Pewien dzik wręczył któregoś dnia innemu dzikowi opakowanie suplementów, a ten zaoferował się, że od razu
zapłaci mu przelewem. Dzik przedsiębiorca wystraszył
się tego pomysłu i powiedział, że wolałby dostać gotówkę, której dzik nabywca akurat nie miał. Doszło do
burzy mózgów. Po kilku minutach obaj stwierdzili, że w
tytule przelewu można wpisać coś innego niż „opłata
za nieopodatkowane suplementy”, na przykład „wpłata” albo jeszcze lepiej „wpłata własna”. I tak wspólnymi
siłami dziki przechytrzyły system.
Zastanawiacie się pewnie, dlaczego o tym wszystkim
piszę. Po co w kulturalnym czasopiśmie „SOFA” takie
bzdety? Otóż z każdych wniosków szczegółowych
można wyciągnąć wnioski ogólne.
Na zajęciach, w których niedawno brałem udział, była mowa o eksperymencie, mającym sprawdzić, jakim
cudem ludzie mogli doprowadzić do holokaustu. Nie
będę omawiał całego procesu, ale wnioski wysunięto
następujące: ludzie w gruncie rzeczy nie lubią kierować swoim życiem, a jeśli sądzą, że lubią, po prostu sami siebie oszukują. Siłownia jest tego świetnym przykładem. Niewykształcone jeszcze warchlaczki, które
wkraczają na teren siłowni, bardzo szybko zaczynają
przejmować poglądy i zachowania od swoich bardziej
doświadczonych pobratymców. Coś, co początkowo
miało być jedynie formą aktywności fizycznej, stało się
światopoglądem. Zostawmy już dziki! Ludzie, którzy
jeszcze niedawno, podobnie jak ja, zakładali na trening
parę starych dresów i spraną koszulkę, teraz chodzą w
ciuchach Under Armour, leginsach i nałożonych na nie
krótkich spodenkach. Mało tego! Są z tego dumni. Czu-
71
publicystyka
ją się bezpiecznie, bo zunifikowali się z plemieniem. Bo
są jego częścią. Nawet gdyby plemię postępowało głupio, nawet gdyby łamało wszelkie standardy jakości i
użyteczności, nie o to w tym chodzi!
Liczy się całość, bo teraz jesteśmy już całością. Teraz
wpsikujemy do ust niemal czysty mentol, kupujemy
sobie bidony w kształcie granatów ręcznych, jemy ryż
lub kaszę, w zależności od tego, co preferuje twój doraźny autorytet. Choć z początku wydaje nam się, że
myślimy samodzielnie, nie zauważamy nawet, kiedy
stajemy się jedynie głosem ogółu. A, jak wiadomo, głos
ogółu to cisza absolutna.
Nie wiem, czy mój następny felieton nie będzie tyczył się optymalnego planu żywieniowego lub też nie
będzie rozprawką o wadach i zaletach treningu interwałowego, ale póki co, odkładając hantel, jak samotny warchlak w puszczy, kwiczę do Was: nie wysysajcie
poglądów z czyichś poglądów. Bieżcie je z faktów,
z własnego doświadczenia, bądźcie sami swoją własną
subkulturą… Ale nie tyjcie za mocno, bo nie lubię grubasów.

Michał „Mike” Majewski
Rzeka przemienienia
K
Autor: Artur Wodarski
Tytuł: Rzeka przemienienia
Wydawnictwo: Fundacja
Elbląg
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-938369-1-8
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
72
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
siążka bez wątpienia niezwykła, wciągająca od pierwszych zdań,
gwałtownie ustawiająca czytelnika w pozycji pełnego napięcia. Z gatunku takich, które natychmiast nazywa się jedynymi w swoim rodzaju,
bowiem, nie operując językiem wyszukanym, z najwyższej póki, pełnym
dusznych ornamentów i słownej woltyżerki, autor oddaje całą gamę
intensywnych uczuć, tych brudnych i tych szczerozłotych, w sposób nie
zawsze przyjemny dla czytającego, lecz wiarygodnie i z bolesną dbałością
o szczegóły, jakiej wymaga pisanie „na faktach”, a z takim mamy tu do
czynienia.
Znakiem szczególnym Artura Wodarskiego jest niewybredne słownictwo, tu też nie mogło go zabraknąć. Bez niego tekst byłby miałką bzdurą,
snem o czymś, czego się nie znało. Ubranie powieści w język ulicy było
strzałem w dziesiątkę, najlepszym z wyborów, by uwiarygodnić opowieść,
w której brud miesza się z jasnością. Jest to bowiem mocna, dosadna,
męska proza, niebacząca na subtelności, które byłyby tu jeno zbędnym,
denerwującym balastem. Całość okraszona morzem w pełni uzasadnionych wulgaryzmów nie przypadnie do gustu fanom powieści łatwych,
lekkich i przyjemnych, jako że i tematyce nie po drodze z kwiecistością
języka i puszczaniem oczka do czytelnika. Jednak „brud” językowy dodaje
tylko smaczku temu, co w międzyczasie. Trzeba nadmienić, iż stylizacja
językowa, użyta przez autora, mogła być jedyną, by oddać realia „działalności” SB i panujących tam, prymitywnych wzorców moralnych. Nakreślone postaci ubeków są idealnym obrazem ludzi tamtego pokroju.
Artur Wodarski pisze o najmroczniejszych czasach komuny, wsadza palec w nadal niegojące się rany. Nie ma najmniejszych oporów, by rysować
obrazy brutalne i złe, jak choćby wyrywanie paznokci, bicie niewinnych
ofiar, upadlanie moralne. Nie boi się Dobra nazwać Dobrem, a Zło ukazać
tak, by wzbudziło odrazę i jednoznaczną ocenę. Jest pisarzem świadomym tego, co chce przekazać, a zależy mu na obrazie idealnym. I poprzez
to nie ma w nim wahania – liczy się tylko to, co wtedy miało miejsce,
i oddanie tego w sposób jak najbardziej wiarygodny. Autor chce skreślić
obraz niezakłamany, żywy.
Od początku książki do samego końca trwa „prawda”, nie durne koloryzowanie. Chwilami jest odrażająco, ale czytelnik ma pewność, że twórca
wie, o czym pisze i że świat opisywany jest mu znany – gdzie go poznał,
nie nam wyrokować. Bez dwóch zdań poraża wiedza, z jaką mamy tu do
czynienia i profesjonalizm przekazu. Bo by tak pisać, nie wystarczy bujna
wyobraźnia.
Autor osadza swój utwór w czasach, gdy Solidarność walczyła z ustrojem, a ten bezpardonowo korzystał ze swej przewagi, grając w brudną grę,
by łamać jednostki, inwigilować opozycję, zmuszać niewinnych ludzi do
współpracy jako TW. Lecz czy aby niewinnych?
Opowieść toczy się niezwykle szybko, wręcz brawurowo, dwutorowo, co
niezwykle dynamizuje akcję, sprawiając, iż nie sposób oderwać się od czytania. Bohaterami są dwaj młodzi ludzie, których drogi, jakże odmienne,
nigdy nie mogły się spotkać, gdyż inny scenariusz zakreśliło życie. Jeden
na skutek szantażu zostaje milicyjnym kapusiem, drugi angażuje się w
działalność opozycyjną. Ten pierwszy gwałci kobietę, która potem wiesza
się, co jest „powodem” dla ubecji, by go „wziąć pod swoje skrzydła”, drugi
całe lata drży o życie ojca, poszukiwanego przez SB.
Z charakterem powieści niezwykle współgra reporterski ton, jakim posługuje się Artur Wodarski, skupiając się na pieczołowitym oddaniu wydarzeń niejako w formie relacji, w której bohaterów poznajemy tylko poprzez ich słowa i czyny, brak jest analizy psychologicznej charakterów, co
z kolei pozwala całkowicie zanurzyć się w akcji.
Kim może być człowiek w konkretnych okolicznościach?
Jak żyć w takich, gdzie istnieje tylko prawo życia i śmierci?
Jak zachować godność i móc potem spojrzeć innym w oczy?
Czy można zawrócić z drogi skundlenia i bycia kanalią?
W końcu – czy można wybaczyć?
Rzeka przemienienia to dojrzała proza polityczno-obyczajowa, osadzona
w tamtejszych realiach, ale także historia o kochaniu, któremu nie dane
było przetrwać. O tym, że czasem miłość przegrywa z życiem, bo ideały
nie istnieją. Powody bywają wówczas zbyt trywialne, by uchwycić ich
wiarygodność. Zwłaszcza gdy wydarzenia polityczne kładą się cieniem
na wzajemne relacje.
Istotnym elementem opowieści jest postępująca degradacja jednego z
bohaterów. Autor idealnie oddaje stan, w którym człowiek zdradza samego siebie. Sam siebie gnoi, nie wiedząc, jak wyrwać się z matni, którą
dotąd nazywał przystanią. Do pewnego momentu obojętny, potem staje
się panem świadomych myśli.
Dalej rzuca się w oczy, to element przypadku, a może przeznaczenia?
Jeden z bohaterów zdaje się być uwikłany w splot wydarzeń, a co za tym
stoi, niekoniecznie można nazwać
to zbiegiem okoliczności, byłoby to
zbytnim uproszczeniem. Może los
wskazał na niego palcem i powiedział:
ten?
Książka przypomina Psy Pasikowskiego – ta sama retoryka, ten sam
język, te same klimaty. Podobna temperatura czyni go tekstem ciężkim,
wielopłaszczyznowym, bolesnym.
Polskim do szpiku kości, jakże naszym, swojskim. Gdzieś między wierszami jawią się pytania: Czy warto?
Czy iść ta drogą? Gdzieś coś szepcze:
Kim będę za X lat?
Całość rewelacyjnie oddaje całą
perfidię ubeckich praktyk i tego, co
czyniły z łagodnymi umysłami ludzi,
których udało się schwytać i opętać.
Ale pojawia się też zwyczajne życie,
bezbarwne, dalekie od komedii Barei.
Jak się w owym czasie przemykało
między pustymi półkami. Mamy zatem również migawkę z szarych dni
„barwnej” komuny. I ten posmak „niesmaku” owych lat wyraźnie się kładzie smętnym cieniem. A w tle faceci
o płaskich, komiksowych twarzach
w długich, czarnych płaszczach…
Po lekturze pojawia się chęć dyskusji. Proza Wodarskiego nie pozostawia czytelnika obojętnym, zapładnia
umysł ku rozmyślaniom, dręczy wyobraźnię, by zgłębić do końca postawy bohaterów, skłonić ku wielu
refleksjom, definitywnie dać odpowiedź: jak żyć, by nie musieć pluć sobie w twarz i mieć spokojny sen.
I sam tytuł – jakże znamienny, kreślący zamysł Autora, który w końcowej scenie w zaskakujący sposób zamyka całą historię.
Rzeka przemienienia…

73
publicystyka
Dariusz Zajączkowski
Ocalałe grusze
Moniki Skrzypek należy rozpocząć od zmierzenia się z magnetycznym
spojrzeniem z okładki, od nawiązania niewerbalnej więzi, uzyskania
swoistej przepustki do wspomnień Sabiny Wandy Gułkowskiej, z domu Czerwińskiej. Przyznaję, że teraz z zupełnie innym nastawieniem,
czując się w pewien sposób zaproszony, wróciłem do pierwszych
akapitów gdzie spotkałem seniorkę rodu, blisko dziewięćdziesięcioletnią osobę, której żywotności i humoru mógłby pozazdrościć niejeden miałki młokos, przy czym nie pomijam tu również niedojrzałych
emocjonalnie czterdziestolatków płci obojga.
Trzynaście krótkich rozdziałów to zdecydowanie za mało, by ogar-
Autor: Monika Skrzypek
Tytuł: No coś TY!
Wydawnictwo: Rozpisani.pl
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83943590-0-3
L
iteratura faktu? Zmarszczyłem brwi, czytając informację
zamieszczoną z tyłu książki. Nie
tego się spodziewałem. I choć kolejne słowa zmiękczały pierwsze
wrażenie, to pozycję otworzyłem
z podskórną rezerwą. Zanim jednak nadgryzłem treść, wewnętrzny impuls nakazał mi jeszcze raz
spojrzeć na okładkę. Rysunek
przedstawiał górną część głowy
starszej kobiety. Spod płomieni
siwych, przetkanych tęczowymi
błyskami włosów wyłaniało się lekko zmarszczone czoło i granatowe
oczy o czarnych źrenicach, pulsujących zgromadzonym w głębi
duszy doświadczeniem i życzliwością. Przykuty tym wzrokiem pojąłem, że czytanie książki No coś Ty!
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
74
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
nąć życie pani Sabiny, rozpleść i ukazać meandry losów, palety emocji,
a często horrory wyborów i konieczność wymuszonych kompromisów. Dlatego też realną stawała się obawa, że autorka na siłę poupycha wydarzenia, dociśnie kolanem między linijkami, wprasuje w marginesy i na tacy poda skondensowaną, najeżoną faktami, trudną do
konsumpcji treść. W rzeczywistości każdy rozdział stanowi odrębne
i niekoniecznie chronologicznie wpasowane fragmenty dobrane na
pozór chaotycznie. A może po prostu zbyt zaaferowany treścią nie
zauważyłem klucza? Nie mam jednak złudzeń, że budują i tkają one
konkretny, krwisty wizerunek Sabci. Wizerunek dookreślony tłem poszczególnych opowieści, wyłonionych z pamięci, przeżytych, a nie
sztucznie zassanych z naukowych opracowań. Tak przyjęte zależności pomiędzy bohaterką a historycznymi odniesieniami czy to do II
wojny światowej, czy szarzyzny PRLu, nijak nie pasują do „literatury
faktu” nastawionej bardziej na zdarzenia niż człowieka. Do końca nie
wierzcie więc w ten okładkowy zapis, książka jest barwniejsza i, co
ważniejsze, ściśle wiąże czar i gorycz reminiscencji z blaskiem i cieniem współczesności, choćby przez to, że do tańca wspomnień wciąga kolejne pokolenia.
Fabuła wysnuwa się z rozmów i spotkań autorki z babcią Sabiną. Ten
pierwotny pomysł rozbudowano i poszerzono o wyjazdy do rodziny,
na cmentarze, do miejsc od lat nieodwiedzanych, ale i do przychodni zdrowia, Ogrodu Botanicznego, na blokowiska dzisiejszej Łodzi,
czy do sugestywnie opisanego Urzędu Pracy. Zabieg ten pozwolił
na osadzenie wspomnień bohaterki nie tylko w kontekście historycznym, ale, co ważne, w odniesieniu do współczesności, nadając
minionym zdarzeniom dodatkowego kolorytu. A może i znaczenia?
Autorka operuje płynnym, plastycznym językiem, który pozwala czytelnikowi z łatwością odnaleźć się w każdej części opowiadania, wręcz
odetchnąć wiejskim powietrzem przedwojennej wsi, grozą wojny
i niemocą zniszczonego przez nią miasta, duszną atmosferą socjalizmu i zmianami początku XXI wieku, by na koniec osiąść w ciepłej,
przytulnej babcinej kuchni na dziesiątym piętrze jednego z bloków
łódzkiego osiedla. Ale droga do tego miejsca łatwą nie była…
Rodzinny dom i dorastanie w realiach twardego, wiejskiego życia,
pośród codziennych trosk i drobnych radości przez lata kształtowało bystrą, umiejącą obserwować świat dziewczynę. Nic jednak nie
mogło przygotować jej na brutalność wojny. O głębi spustoszenia,
jakie poczyniła w dziecięcym jeszcze wnętrzu bohaterki, świadczą
słowa jedenastoletniej Sabiny, słowa wyrosłe na bazie ówczesnego
jej postrzegania świata: Wtedy zrozumiałam, że wojna to śmierć, to coś
gorszego niż urodzić siedmioro dzieci, a potem całe życie martwić się
jak je wykarmić. Potem przyszły czasy młodości i pracy w fabryce,
małżeństwo ze swoimi blaskami i cieniami oraz kolejne lata, w których jedni odchodzą, a inni pojawiają się z krzykiem narodzin. Niby
normalne życie, ale przecież w każdym przypadku tak unikalne, tak
niepowtarzalne …
Przenikająca się w książce rzeczywistość dziesięcioleci niczym oddech minionych epok, osiadający patyną na współczesności, nie pozostawia złudzeń, że dziś i wczoraj, choć czasem odległe, wespółstanowią o sednie istnienia. Tak ujęta współzależność pokoleń sprawia,
że – bez względu na to, czy Monika Skrzypek się na to zgadza, czy
nie – pojawia się drugi bohater: ona sama. W skrawkach informacji,
w rzuconym luźno słowie przemyca opowieść o sobie, o radościach
i problemach, przed którymi staje, o oczekiwaniach i, może już mniej
dosłownie, o wewnętrznych przeobrażeniach. W końcu swoistym
smaczkiem, w sumie niezwykle mocno rzutującym na ostateczny wydźwięk tekstu, są, ze strony na stronę mocniejsze, więzi łączące główną bohaterkę i pisarkę. Ich wzajemne relacje same w sobie mogłyby
stać się kanwą odrębnej opowieści. Jak bardzo bliskie stały się sobie
podczas tworzenia książki, mówią ostatnie zdania… I tu zakończę ten
wątek. Nie wgłębiajmy się w naprawdę intymne sprawy, pozostawmy
trochę prywatności.
Wracając do No coś Ty!… Czytelnika przede wszystkim absorbują
wspomnienia w kilku momentach rzekłbym nawet spowiedź, Sabiny.
Uważniejsi dostrzegą również proces swoistego dojrzewania autorki.
W pewnym wieku, który nie ma nic wspólnego z latami biologicznymi, człowiek zatrzymuje się i szuka korzeni, powiązań z ludźmi
i miejscem, z którego wyrósł, w które wrasta. Blada doczesność przestaje wystarczać, nie daje już oparcia, wewnętrznej stabilizacji. Na takie
schorzenie najlepszym panaceum może być właśnie zbliżenie pokoleń, niewymuszona próba wzajemnego zrozumienia i docenienia, taka
swoista obopólna, można by rzec, terapia, której, z racji doświadczenia,
bardziej świadomą jest babcia Sabina. W rezultacie Monika Skrzypek dostrzegła i zaakceptowała
swoje wyjątkowe i ważne miejsce
w środowisku i otoczeniu, czemu
dała wyraz w stwierdzeniu: Dzięki
niej (babce Sabinie) poznałam wielu ludzi, wiele miejsc, które niegdyś
obce, dalekie, teraz stały się namacalne. Łódź nie patrzyła już na mnie
chłodnym dystansem, rzuconym od
niechcenia spojrzeniem śniętej ryby
czy wzrokiem egoistycznej mieszczki (…) Łódź widzę w rumieńcach
Babki, czuję w zapachu drożdżowych bułeczek, uścisku ciepłych
dłoni rodziny Leszczyńskich.
Natomiast bohaterka, choć nie
zostało to wyartykułowane jednoznacznie, sięgając do własnej przeszłości i wracając do minionych lat
i ludzi, mogła poukładać i oczyścić
kilka niegdyś odłożonych, może
przez lata uwierających spraw.
Myślę, że między innymi właśnie
te ostatnie doświadczenia pozwoliły jej, gdy po dziesięcioleciach
patrzyła na swój rodzinny dom,
w spokoju wyznać: Do dnia dzisiejszego tylko jedna z tych przedwojennych grusz przetrwała, a w jej
słojach wyryta jest cała historia rodziny Czerwińskich. Czasem sama
czuję się jak ta grusza… stara, ale
pamiętliwa. Różnica polega na tym,
że mogę jeszcze o tym wszystkim, co
się wydarzyło, pogadać. Nasz świat
coraz bardziej gardzi i wstydzi się
starości, w swoim zadufaniu nie
widząc w niej doświadczenia i źródła tak potrzebnej nam życiowej
mądrości. Rozejrzyjmy się wokół
siebie i poszukajmy ludzi pokroju
Pani Sabiny, grusz ocalałych z życiowej zawieruchy.

75
publicystyka
Anna Karowicz
Sztuka robienia
z czytelnika wariata
Autor: Joanna Opiat-Bojarska
Tytuł: Gra pozorów
Wydawnictwo:
Czwarta Strona
Rok Wydania: 2016
ISBN: 978-837-976-35-35
Z
astanawialiście się kiedyś dlaczego jedne rzeczy pamiętamy, a inne wypadają nam z głowy?
Zawsze fascynował mnie ludzki
mózg i jego działanie i zadziwiał
fakt, że można zupełnie zapomnieć
o fragmencie własnego życia.
Ktoś tu postradał rozum. Albo postrada, chyba bardziej uzasadnione
jest tu użycie czasu przyszłego. Mam
nadzieję, że to nie będę ja.
Przewracałam się w łóżku z boku
na bok, nie mogłam sobie znaleźć
miejsca. Chodziłam po ciemnym
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
76
SIĘ
s i ę
W
przede wszystkim, realizm. Warto
przyjrzeć się podziękowaniom,
w których autorka wymienia grono fachowców pomagających
w tworzeniu książki. Między innymi dzięki nim Gra pozorów jest tak
niesamowicie prawdopodobna,
przejmująca i dopracowana w najdrobniejszych szczegółach.
W takiej właśnie sytuacji poznajemy Aleksandrę. Nagle obudziła się we własnym samochodzie
z wielką (tygodniową!) czarną
dziurą w głowie. Na domiar złego
kobieta zaczyna dostawać niepokojące płyty DVD i SMS-y, przez
co żyje w ciągłym strachu o życie
dzieci oraz własne. Dodatkowo
odkrywa tajemnice z życia zabitego przed rokiem męża i nie może
się odnaleźć w nowej, mrocznej
rzeczywistości.
Joanna Opiat-Bojarska bawi się
z czytelnikiem w kotka i myszkę…
Daje jakiś trop czy skrawek informacji tylko po to, żeby złapać go
w pułapkę. To jedna wielka gra pozorów, w której nikt nie jest tym,
kim się wydaje, a każdy fakt może
mieć drugie dno. Aleksandra wie,
że może ufać tylko sobie, a czytelnik wraz z nią otwiera szeroko oczy
z przerażenia i niedowierzania.
Utrata radości życia. Nieumiejętność przeżywania pozytywnego
stanu emocjonalnego. To charakterystyczne dla naszych czasów.
Wszyscy gonią za czymś, co teoretycznie ma im przynieść szczęście.
A kiedy już dotrą do celu, są tak sfokusowani na pogoni za tym, że nie
potrafią cieszyć się chwilą.
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
mieszkaniu i zastanawiałam się,
kiedy się obudzę. Bo jedynym logicznym wytłumaczeniem wydarzeń
z wczorajszego dnia, tej komedii
pomyłek, mojej tygodniowej nieobecności w szpitalu, policyjnego
przesłuchania i tego, co zobaczyłam
na filmie z Gabrielem jest to, że śpię
i śnię jakiś niewyobrażalny koszmar.
Joannę Opiat Bojarską trzeba
pochwalić za trafne spostrzeżenia
dotyczące naszych czasów, lekkie
pióro, wiedzę psychologiczną i,
Człowiek po to został zaopatrzony
w mózg, by myśleć i kłamać. Nadmiar szczerości może być bolesny.

Sylwia Kępa
Poetyckie terapie.
Część druga
P
Autor: Tomasz Piasecki
Tytuł: Red
Wydawnictwo: nie zostało
podane
Rok wydania: 2016
ISBN: 978-83-944018-0-1
od intrygującym tytułem Red kryje się drugi tom wierszy terapeutycznych Tomasza Piaseckiego. W pierwszym autor zawarł utwory, których
zadaniem jest motywowanie odbiorcy do troski o samorozwój i własne
szczęście. Drugi stanowi kontynuację refleksji autora – rozwija je, ale zawiera także kilka nowych elementów.
Samo znaczenie tytułu wydaje się być kluczowe dla zrozumienia idei tomiku. Czerwień bowiem jest tutaj symbolem gwałtownych uczuć, ale zostaje także podkreślona jej dwoista natura. Z jednej strony barwa ta może
kojarzyć się z energią i działaniem, zmierzaniem ku upragnionemu celowi.
Z drugiej zaś przypomina o żywiole ognia, niebezpieczeństwie, chaosie.
Te znaczenia w jakiś sposób są obecne w utworach Tomasza Piaseckiego.
Wiersze we wspominanym tomiku ponownie poruszają tematykę bliską
każdemu człowiekowi: jest więc tu miejsce na refleksję o odwadze w spełnianiu marzeńczy też porządkowaniu swojego życia, zamykania jednego
rozdziału w nim i otwierania kolejnego. Równie istotny wydaje się być
wiersz zatytułowany Pasja, w którym obojętność ludzi, przeciętność zostaje zestawiona na zasadzie kontrastu z wolą działania, dążenia ku innemu.
Takie postępowanie zyskuje aprobatę autora, który zagrzewa czytelnika
do podejmowania kolejnych wyzwań, odważnego mierzenia się z przeciwnościami oraz światem. Równie interesującą lekturę stanowi utwór
Dla kochających. Jest w nim zaakcentowany sprzeciw wobec traktowania
miłości jak zabawkę, kaprys. Jednocześnie wiersz ten stanowi apoteozę
uczucia rozumianego jako wzajemny szacunek oraz porozumienie dwóch
dusz, między którymi wytwarza się szczególna więź. Lalkarz z kolei jest
pytaniem o samodzielność człowieka w działaniu. Piasecki stawia tym samym odwieczne pytanie, które wielokrotnie pojawiało się w poezji: czy
wszystko wynika z naszej woli? A może ktoś nią steruje, decyduje za nas?
Red – podobnie jak Kruchy. Fragile – zawiera ilustracje Katarzyny Miszczak, które wprowadzają w nastrój poszczególnych utworów, oraz czyste
strony na własne przemyślenia lub też próby poetyckie.
Nowością są zaś komentarze oraz recenzje wierszy autorstwa Grażyny
Dreżewskiej, muzy autora. Dzięki nim można poznać odmienną perspektywę interpretacji wierszy. Nawiązuje się tu także swoisty dialog, dwugłos
między Piaseckim, a osobą, która stała się inspiracją do tworzenia poezji.
To dość interesujący zabieg, pozwalający na lepsze wniknięcie w liryczną
rzeczywistość i spotkanie z autorem.

77
publicystyka
Magda Zimna
Niewola codzienności
Autor: Michał Mautuszak
Tytuł: Odgrodzeni
Wydawnictwo: Białe Pióro
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-64426-37-7
D
la dziecka kłótnia zawsze ma
emocjonalne, dalekosiężne
skutki, często niedostrzegane przez
zepsutych dorosłych.
Czy przed złem jesteśmy w stanie
uciec? Przed czarnymi mackami,
które tylko czekają, by nas usidlić,
zniewolić, sprawić ogromny ból
i cierpienie. Pragniemy pozostawić
daleko za sobą to wszystko, co bolesne i nieprzyjemne. Zapomnieć,
wymazać z podświadomości, zamknąć pewien etap w życiu, aby
zacząć wszystko od nowa, inaczej,
tak, by było lepiej. Ale co, jeżeli jesteśmy sami, a nikt nie wskaże nam
tej odpowiedniej drogi? Zagubieni
tułamy się po świecie w poszukiwaniu szczęścia, jednak życie jest
przewrotne, niczego nie ułatwia.
Zamiast być lepiej, jest coraz gorzej.
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
78
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Uświadamiamy sobie, że to co piękne w środku jest zepsute. Jak poradzić sobie w tym trudnym świecie? Jak się w nim odnaleźć, by nie zostać
skrzywdzonym i samotnym?
Tajemniczy tytuł i ciekawy opis na okładce zachęciły mnie do sięgnięcia
po powieść Michała Matuszaka. Wiele się spodziewałam po tej lekturze,
jednak to, co otrzymałam, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Książka
nie należy do najłatwiejszych. Skłania do myślenia, do zastanowienia się
nad tym, co w życiu jest najważniejsze. Autor każe się nam zatrzymać i
spojrzeć na świat całkiem inaczej. Niejako zmusza, byśmy zauważyli to, co
przeważnie jest dla nas niedostrzegalne. Trudna tematyka, naszpikowana
przeróżnymi emocjami, które trafiają z dwojoną siłą do serca. Wwiercają się
w duszę, by po zamknięciu książki przypominać o swojej obecności.
Odgrodzeni to dwie odrębne historie. Pierwsza opowiada o małym chłopcu, który mieszka w bloku. Nie ma zbyt łatwego życia. Starszy brat obraża
go, poniża; ojciec stosuje przemoc fizyczną, często też psychicznej, a matka, pomimo ludzkich odruchów, potrafi także skrzywdzić tę małą bezbronną istotę. Kłótnie rodziców zmuszają Eryka do szukania swojego miejsca
wśród kolegów, akceptacji, chce zostać przyjęty do ich grona.
Natomiast druga część opowieści przedstawia historię dorosłej kobiety,
która przebywa w zakładzie karnym. Pewnego dnia, na zorganizowanym w
więzieniu spotkaniu autorskim, Sylwia poznaje ambitnego pisarza. Zainteresowana postacią autora, postanawia odkryć przed nim karty przeszłości
i opowiedzieć swoją burzliwą historię.
Bagaże doświadczeń Eryka i Sylwii odcisną swoje piętno w naszych sercach.
Powieść oparta na prawdziwych wydarzeniach, mówiąca o tym, co widzimy
na co dzień, czasem nie interweniując, gdyż problemy innych nas nie dotyczą. Autor zagłębia się w psychikę bohaterów, ukazując ich cierpienie, samotność oraz ból codziennego życia. Stara się jak najlepiej oddawać emocje
bohaterów, sprawia, że czytelnik kroczy wraz z nimi po odmętach ich świata,
stara się ich zrozumieć, wczuć się w sytuację. Autor nie koloryzuje, nie przerysowuje powieści, przedstawia niełatwą, brutalną rzeczywistość.
Miałam trudność w odnalezieniu się w tej opowieści. Nie była dla mnie łatwa, ani przyjemna, jednak wiele mnie nauczyła i pokazała to, czego często
nie dostrzegam albo nie mam okazji zobaczyć na własne oczy. W niektórych
momentach musiałam się zatrzymać, by zrozumieć sens przekazywanej treści. Fabuła jest bardzo mądra, starannie przemyślana, dopracowana w najmniejszych szczegółach. Może dla takiej dziewczyny jak ja powieść jeszcze
nie jest odpowiednia, widać muszę trochę do niej dojrzeć, by przekonać się,
jaki w sobie kryje potencjał. Jednak książka bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła i chętnie sięgnę po wcześniejszą powieść Michała Matuszaka. 
SOFOWICZE OPINIUJĄ!
Bardzo nowatorsko o wierności. W kolesiu – z rozpaczy, że nie chce go kobieta
życia – budzi się popęd kota w marcu (i trwa aż do późnej starości). Mimo iż
przeleciał trzycyfrową liczbę kobiet, nadal twierdził, że był „czysty i wierny” tej
jedynej. Do końca czekałam, aż ten absurd jakoś sensownie się wyjaśni. Uwaga!
Będzie spojler: nie wyjaśni się. A już na pewno nie sensownie.
„Miłość w czasach zarazy” Gabriel Garcia Marquez
– Edyta Saracka
Akapity z pozorną uczciwością starają się udowodnić, że mamy do czynienia
z powieścią o schyłku romantycznej epoki astronautyki i ciemności dziejów —
wymienionych na świat niedramatyczny i wysterylizowany z atawizmów. Tak
naprawdę jest to powieść o kobietach. Tylko i wyłącznie. Tych które kochają,
boją się, lub nie mają zdania o prymitywnej stronie męskiego ducha. Zaskakuje
mnie, jak trafna jest to wizja naszych czasów. Kolorów dużo, ale tylko z wierzchu. Świadomości mnóstwo, ale tylko w obrębie własnego osiedla. Lem mówił,
że napisał powieść naiwną, słodko rozbuchaną. Zgadzam się. Mimo zachwytu
nad dorobkiem pisarza, nie potrafię skutecznie zakręcić się w centryfudze Hala
Bregga.
„Powrót z gwiazd” Stanisław Lem
– Mikołaj Maria Manicki
Dlaczego warto? Bo to dzieło piekielnie wciąga - choć niby zaczyna się nudno,
to nie wiadomo kiedy się zapadło między historie Głosów Pamano. Bo ta książka
jest niczym stos zakurzonych, splątanych ze sobą lampek choinkowych, których
sieć jest przed nami sukcesywnie rozplątywana (mimo, że znamy rozwiązanie).
Każda z tych lampek przykuwa ciekawość swoim blaskiem; a wszystkie z nich
łączy przepiękny, poplątany narracjo-dialog. Do tego brutalny obraz skrawków hiszpańskiej wojny domowej, poetyckie przenośnie pochowane między
nierażącymi wulgaryzmami, sama historia wypełniona miłością, cierpieniem,
pamięcią, żalem, nadzieją i strachem, czyli wszystkim tym, co jest tak bardzo,
bardzo ludzkie; i co moim zdaniem jest tym powodem, dla którego ten tekst
się przeżywa i nie można się od niego oderwać. Niebanalna lektura, igrająca z
czytelnikiem niemal w każdym akapicie. Szaleństwo!
„Głosy Pamano” Jaume Cabre
– Tomasz Przyłucki
79
publicystyka
Są książki, dla których zapomina się o całym świecie z powodu angażującej fabuły. Tym razem trafiłam na książkę, która pochłonęła mnie na kilka godzin, bo nie
mogłam pojąć, jakim cudem te szokujące historie dzieją się tuż obok, w XXI wieku,
w wielkich miastach – za grubymi murami klasztorów. To autentyczne opowieści
o kobietach, które wyrzekły się siebie, by służyć Bogu i ludziom, i rozczarowały się
nie tylko samą służbą, ale i Bogiem, ludźmi. Suchy, reporterski ton narracji podkreśla
powagę tematu. Jeżeli w piekle faktycznie jest miejsce przygotowane dla kobiet,
które nie pomagają innym kobietom, zakonnice starej daty mają tam jeden wielki
sabat. Jakież to wszystko, wraz z okładką, aktualne… Jakie przez to przerażające.
„Zakonnice odchodzą po cichu” M. Abramowicz
– Z. Kamińska
Mówią, że bestseller. Nawet sam Król raczył polecić tę pozycję, o ile w ogóle wie, że ją
polecił. Dziewczyna z pociągu jest niezła (mowa oczywiście o treści), ale czy można ją
uznać za bestseller? Raczej jest to thriller/kryminał, który przypasuje mniej wybrednemu czytelnikowi, zaś dla tych bardziej wymagających będzie zaledwie rozgrzeweczką
i na rozgrzeweczce się skończy. Powieść Pauli Hawkins jest napisana dobrze, a postaci
ciekawie zarysowane, choć i tutaj można się było postarać o lepszy rys psychologiczny,
lecz brakuję jej czegoś, co by ją wyróżniło na tle innych kryminalnych utworów, a w czytelniku wzbudziło np. autentyczną chęć zamordowania mordercy, Niewątpliwie ciężko
jest utrzymać w tego typu literaturze napięcie lub je wywołać, by mogło przyprawiać o
niepokój, lecz nie jest to mission impossible. Dziewczynę z pociągu czyta się szybko. Czy
to zaleta czy wada, zostawiam do oceny. Na pewno jest to pociąg ekspresowy, który nie
zatrzymuje się na stacjach. A gdzieniegdzie mógłby zrobić wyjątek.
„Dziewczyna z pociągu” Paula Hawkins
– Krwinka
UKŁADAMY
u k ł a d a m y
80
SIĘ
s i ę
W
SŁOWA(CH)
w
„Cyngiel śmierci” Anthony Horowitz Powieść Horowitza napisana jest z szacunkiem
i wyczuciem. Dla dziedzictwa Fleminga, miłośników Bonda i zimnowojennych czasów. Autor niezwykle popularnych w Wielkiej Brytanii powieści sensacyjnych (cykl o
Alexie Riderze) i seriali BBC (doskonały „Detektyw Fole”), w Polsce znany jest przede
wszystkim jako sprawny rzemieślnik-kontynuator. To on przenosił na grunt serialowy
kolejne powieści o Herculesie Poirot Agathy Christie, to on opisał nieznane sprawy Sherlocka Holmesa, które oficjalnie stały się częścią kanonu („Dom jedwabny”
oraz „Moriarty”). Korzysta z epigońskiego doświadczenia pisząc również o Bondzie,
sprawnie imituje szorstki styl Fleminga i zgrabnie igra z oczekiwaniami czytelników.
Wpisuje fabułę w doskonale znany schemat bondowskich powieści (dzieląc ją na
dwie części, zapętlając) i korzysta z dobrze znanych chwytów (trawestując nawet
ikoniczne dla cyklu sceny, podobnie wprowadzając postaci i rozwijając wątki).
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
„Cyngiel śmierci” Anthony Horowitz
– Jan Sławiński
Jestem autorką monografii naukowej Hiszpania
w filmach Pedra Almodóvara, autorką książkowego blogu Górowianka (http://annasikorska.
blogspot.com), naukowo zajmuję się badaniem
filmów tego hiszpańskiego reżysera oraz rynku wydawniczego, a prywatnie jestem mamą
ponad czteroletniej Oli, która ma autyzm. Nie
mówi, niedawno nauczyła się pokazywać nam,
że chce jeść i pić oraz stanowczo mówić „nie”, co
uważam za bardzo ważny krok. Jej wielką zaletą
jest niespotykana pamięć, przez co czytamy kolejne książki.
Żyjemy w świecie, który troszeczkę wydaje się
być innym wymiarem. Brak komunikacji werbalnej zastępuje inny rodzaj porozumienia krążącego wokół wspólnie przeczytanych książek
pozwalających na pokazywanie świata, bliskość,
czas dla siebie i zrozumienie.
W formularzu PIT wpisz numer:
KRS 0000037904
W rubryce „Informacje uzupełniające
– cel szczegółowy 1%” podaj:
25068 Sikorska Aleksandra
Świat Oli nie powinien jednak ograniczać się
do rodziców, dlatego robimy wszystko, aby kiedyś była dorosłą osobą potrafiącą samodzielnie
wyjść na spacer, zrobić zakupy, ugotować sobie
obiad, pracować. Robimy bardzo duże postępy,
uczymy się niesamowicie wiele. Dzięki książkom córka ma niesamowicie bogate słownictwo
(wiem, że rozumie), zna litery (potrafi powiedzieć, że źle nazwałam pokazywaną literę choć
sama jeszcze liter nie wymawia). Staramy się, aby
Ola uczyła się tego, co inne dzieci, aby mogła bawić się z dziećmi bez zaburzeń, dlatego uczestniczy w zajęciach w przedszkolu integracyjnym.
Terapia, przygotowania do zabaw rozwijających
różne umiejętności córki i wizyty u specjalistów
pochłaniają bardzo dużo pieniędzy, dlatego będziemy niezmiernie wdzięczni za każdy przekazany przez Państwa 1% z podatku na Olę.
81
piszą dla nas
Galeria
autorów
Grzegorz Bryk
Ur. 1988 r. w Sandomierzu absolwent filologii polskiej ze specjalnością nauczycielską na Uniwersytecie Mikołaja
Kopernika w Toruniu. Specjalizacje: filmoznawstwo oraz tekstologia i edytorstwo. Stały współpracownik magazynu
„Gitarzysta”. Autor bloga poświęconego polskiej muzyce z gatunku art- i progresywnego rocka: www.polkazwinylami.blogspot.com. Za literackich mistrzów uważa Marqueza i Myśliwskiego. Poddaje ostatnim szlifom powieściowy
debiut Pierwsza przyczyna.
Adam Buszek
Rocznik 1985. Jestem absolwentem filologii polskiej UJ, mieszkam w Krakowie. Zajmuję się korektą i redakcją,
współpracą dziennikarską, twórczością literacką. Teksty publikowałem w prasie kulturalnej i artystycznej, m.in.
w „Teatraliach”, „Zalewie Kultury”, „Metaforze”, „Poezji dzisiaj”, „SzaFie”, „Inter”, „Pisarze.pl”, oraz w kilku antologiach
poetyckich. Jestem laureatem ogólnopolskich konkursów literackich. Przygotowuję do druku książkę poetycką,
pracuję nad książką dla dzieci.
Marek Grzywacz
Rocznik 86, mieszkaniec Józefowa koło Otwocka i absolwent politologii. Literacko debiutował w magazynie „Fantastyka: Wydanie Specjalne” w 2010 roku, z „Nową Fantastyką” związał się na dłużej i po dziś dzień jako publicysta. Na polu literatury niegatunkowej jego największym dokonaniem pozostaje wyróżnienie w pierwszej edycji
ogólnopolskiego konkursu Otwartym Tekstem i publikacja opowiadania w magazynie literackim „Chimera”. Stara
się robić dużo rzeczy na raz – aktywnie zajmuje się publicystyką, redagowaniem, tłumaczeniami i wszystkim, co
przynosi mu świat.
Katarzyna Jabłonowska
Z wykształcenia psycholog, lecz zamiłowanie do ludzkiej natury ubiera tylko w słowo pisane. Uwielbia grafitową
czerń miękkich ołówków, wczesne poranki wypełnione ciszą i wieczory pachnące latem. Wciąż umiera z tęsknoty
za małymi i dużymi rzeczami. Spokój odnajduje w długich pogaduszkach z nastoletnią córką.
Anna Karowicz
Czyta książki w hurtowych ilościach, a w przerwach prowadzi blog (Kto czyta – nie pyta), na którym je recenzuje.
Lubi leniwe wieczory przy świecach, gorącym kakao i ciekawej lekturze. W centrum swoich zainteresowań stawia
rozum i jego potęgę. Jako pedagog zajmuje się procesem uczenia się i przede wszystkim tym, „jak się uczyć, żeby
się nauczyć, a przy tym nie zmęczyć”.
Sylwia Kępa
Miłośniczka współczesnego reportażu, mocnej herbaty (ewentualnie dobrej kawy) oraz nocnego nieba. Absolwentka polonistyki (Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie), współpracownik portalu Bookeriada.
Michał „Mike” Majewski
Jakiś czas temu przekroczył magiczną barierę 40-tki. Warszawiak z urodzenia, człowiek spełniony o wielu pasjach,
z których jedną jest pisanie opowiadań. Jego dorobek literacki to: Na błoniach zaświatów 2009, książka papierowa;
Czarny skorpion 2013, e-book; W barze u Smukłego Steve’a 2013, e-book; Zła przestrzeń 2015, e-book.
UKŁADAMY
SIĘ
W
SŁOWA(CH)
Sebastian Marks (to jego prawdziwe nazwisko)
Urodzony w Warszawie przeszło dwadzieścia pięć lat temu. Prawie skończył polonistykę i filozofię. Z wykształcenia Nikt,
z zamiłowania utracjusz i megaloman. Nie lubi ludzi i świata, lecz bez wzajemności. W gimnazjum wygrał wojewódzki
konkurs na najlepsze opowiadanie. Ma bogaty dorobek literacki, doceniony głównie przez rodzinę i znajomych.
u k ł a d a m y
82
s i ę
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)
Barbara Marszałek
Obywatelka świata, rodowita zasolanka, mieszka w czeskiej Pradze. Miłośniczka spacerów, muzyki, poznawania
ludzi i innych kultur. Gotuje dobrą pomidorówkę. W chińskim horoskopie – małpa, w pracy – szczur biurowy. Chęć
napisania czegokolwiek dopada ją w metrze lub w parku na ławce. Optymistka ze skłonnością do zamyślania się.
Jan Maszczyszyn
Urodzony w 1960 roku w Bytomiu. Laureat pierwszego konkursu literackiego ogłoszonego przez miesięcznik „Fantastyka” (obok Sapkowskiego i Huberatha). Debiutował na łamach „Nowego Wyrazu” w 1977 roku opowiadaniem
Strażnik. Teksty publikował w wielu gazetach. Kilka opowiadań pojawiło się w antologiach (np. w Bizarro Bazar czy
Toystories), jak też w kwartalniku ZLP „Metafora” (Kraków 2013) oraz w postaci elektronicznej na różnych portalach
fantastyki i grozy. Wydał antologię opowiadań Testimonium (2013). W kwietniu roku 2015 nakładem wydawnictwa
Solaris ukazała się jego powieść utrzymana w klimatach steampunku Światy Solarne. Współzałożyciel klubu fantastyki „Somnambul”. W 1989 roku wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dzisiaj. Powrócił po latach do pisania
SF, zainspirowany ideą portalu Nowej Fantastyki.
Agnieszka Olewicz
Rocznik 96. Zawodu nie ma, bo studiuje. Psychologię. Nie wiadomo, czy interesuje się całym spectrum ludzkich
osobowości dlatego, że przygląda się ludziom, a potem bezczelnie o nich pisze, czy też dokładnie na odwrót. W
wolnych chwilach czyta Kierkegaarda i gapi się w okno. Nic nie można na to poradzić. Uzależniona od muzyki
filmowej, starego, dobrego heavy metalu i klasyki polskiego rocka.
Dagmara Pieczyńska
Baczna obserwatorka rzeczywistości, w której czuje się nieco wyobcowana. W związku z tym pilnie studiuje naturę
rzeczy, ludzi i siebie samej. Bywa, że wnioski ze swoich badań zawiera w literaturze.
Weronika Stępkowska
Urodzona w Dzień Wagarowicza 1978 roku, lubi poezję, feminizm i filozofię, a astronomię i muzykę uważa, za
Stachurą, za podstawę wykształcenia „czującego człowieka”. Z literaturą połączyła ją „miłość od pierwszej śmierci”.
Fascynuje ją przestrzeń słów, ich wieloznaczność i zazębianie się znaczeń. Autorka tomiku rozszczepienie języka
obcego (2013). Z zamiłowania tanatolog-amator.
Marianna Szygoń
Pisać musi, bo inaczej się udusi. A ponieważ pisać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, nie zamierza rezygnować z
ulubionego literackiego hobby. Urodziła się w tym samym roku, w którym w Emilcinie rzekomo wylądowało UFO. Zapewne dlatego tak bardzo lubi snuć opowieści z gatunku science fiction, choć z upodobaniem płodzi też mroczne kryminały.
Autorka domowej roboty e-booka pt. Metastaza — minipowieści fantastyczno-naukowej, dostępnej za darmo z sieci.
Mirosław Śliwa
Urodziłem się w 1960 roku na Pomorzu, jednak od 1971 roku mieszkam na Śląsku w Jastrzębiu – Zdroju. W latach
80. ubiegłego wieku działałem w opozycji antykomunistycznej. Pewno z uwagi na to dziewięć lat temu zostałem
zaproszony przez Stowarzyszenie Pokolenie z Katowic oraz katowicki oddział IPN do współpracy przy tworzeniu
Encyklopedii Solidarności. Interesuję się historią oraz filozofią, w szczególności filozofią natury i aksjologią. Od
dziesięciu lat publikuję w lokalnych portalach informacyjnych. Moje publikacje można również znaleźć w Portalu
Pisarskim, portalu Pisarze.pl oraz w miesięczniku Śląski Kurier Wnet.
Dariusz Zajączkowski
Rocznik 68, przez większość uznany za najlepszy w zeszłym stuleciu… Z wykształcenia budowlaniec, z wyboru
strażak. Ostatnio więcej biega, niż pisze. W tym pierwszym rywalizuje z córkami, w drugim – nikt z domowników
rękawicy nie podejmuje. Najlepiej czuje się na łonie natury lub z bluesem w tle, choć i ciszą na balkonie nie pogardzi. Ceni dobrą literaturę – i sam ocenia, którą z bieżących lektur do niej zaliczyć.
Magda Zimna
Dziewczyna, która często buja w obłokach. Jest pozytywnie zakręcona, zawsze uśmiechnięta i pogodnie nastawiona do
życia. Rozpoznać ją można po książkach które trzyma w dłoni. Na co dzień przesiaduje na uczelni na kierunku bibliotekoznawstwo w Katowicach, a wieczorem odpoczywa w pokoju, pisząc na komputerze. Prowadzi blog Czytamy bo kochamy.
83
patronaty
Wydawnictwo Psychoskok
Powstało w 2011 r. Współpracuje z czołowymi dystrybutorami rynku księgarskiego w Polsce, dzięki którym możliwa jest sprzedaż książek w kilkuset księgarniach
(również w sieciach handlowych), stacjonarnych i internetowych. Bezpośrednio zaopatruje także indywidualne księgarnie w dużych miastach, a aktualnie tworzymy
własną sieć dystrybucji książek.
Autorom oferuje nie tylko samo wydanie ich książek i dystrybucję, lecz także rzetelną informację i promocję w Internecie, zarówno w serwisach ogólnokrajowych,
jak i lokalnych.
novae res
Wydawnictwo Novae Res jest największym wydawnictwem dziełowym na Pomorzu.
Zostało powołane do życia w sierpniu 2007 roku przez Wojciecha Gustowskiego
i Krzysztofa Szymańskiego. Od początku istnienia wydawnictwo wchodzi w skład
Pomorskiego Parku Naukowo-Technologicznego w Gdyni, na którego terenie posiada swoją siedzibę. Wydawnictwo opublikowało dotychczas 750 tytułów, głównie
z zakresu beletrystyki i literatury popularnonaukowej. Od czerwca 2009 roku Novae
Res jest członkiem Polskiej Izby Książki. Oficyna jest również organizatorem ogólnopolskiego konkursu „Literacki Debiut Roku”.
www.Portal-pisarski.pl
Portal Pisarski – wyjdź z szuflady, stań na półce! Uprawiamy tutaj wiele gatunków.
Począwszy od poezji, prozy, publicystyki, a skończywszy na pograniczu. Zaparz duży
kubek kawy, rozsiądź się wygodnie i zajrzyj do głębokiej, zakurzonej szuflady, gdzie
chowasz przed całym światem Twoją twórczość. Najwyższa pora zarzucić debiutancki
haczyk i czekać, aż zaroi się od czytelników. Mili i rzetelni redaktorzy oraz użytkownicy
z chęcią skomentują Twój tekst.
www.autorzy365.pl
Serwis poświęcony zarówno książkom jak i autorom, ale również aktualnościom
związanym ze spotkaniami autorskimi, polecanymi książkami, recenzjami, badaniami
czytelnictwa i rynku wydawniczego.
UKŁADAMY
SIĘ
W
SŁOWA(CH)
Wszystkie teksty stanowią własność autorów. W “Sofie” publikowane są wyłącznie za ich zgodą.
Redakcja zastrzega sobie prawo do wyboru ilustracji dla utworów, które opublikuje.
u k ł a d a m y
84
s i ę
w
s ł o w a ( c h )
kwiecień (12) 2016
UKŁADAMY SIĘ
W SŁOWA(ch)

Podobne dokumenty