Nr 44 Waga: Mb

Komentarze

Transkrypt

Nr 44 Waga: Mb
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
5
Nr 1 (44)
styczeń
2010
Polszczyzna
piękna i poprawna
w odcieniu złota, brązu i czerwieni
Motto:
Jedni mówią o nas z szacunkiem: seniorzy
drudzy myślą (bez szacunku): dopust Boży!
Inni barwniej: to już życia jesień
Nostalgiczna i już bez uniesień…
A my zerkamy na siebie ukradkiem,
Jak przystało na babcię z dziadkiem.
Próbujemy dopasować się do wizerunku,
ale zgoła co innego widzimy na naszym rysunku.
Swe odbicie znajdujemy w wierszy strofach,
Które jesień wychwalają pod niebiosa!
(Lucja Ćwiok-Górczak)
Jeden z monotonnych, szarych
listopadowych
dni.
Trudno rozróżnić, czy ranek
to jeszcze, czy już wieczór
nadchodzi. Stłoczone chmury
nabrzmiałą wilgocią spływają
na ziemię, rozmywają kontury, dziwacznie wykrzywiając
kształty. Wiatr próbuje wyrywać z zziębniętych rąk parasole chroniące przed gęstą
mżawką raz po raz zmieniającą się w strugi deszczu.
Ot, późnolistopadowa jesienna pogoda, kiedy
”za oknami zawieja i rozmokła droga.”
i …”biedni ci, co nie mogą
uwierzyć w rusałki,
ani w duchy, we wróżby”… *
Nasza grupa „starszaków”
Polszczyzny pięknej i poprawnej od dawna zaprzyjaźniona ze skrzatami i duszkami
zawsze może liczyć na ich
interwencję. Mamy niezbite
dowody, że nawet taką jesienną szaroburą rzeczywistość
można odczarować – zmienić
w niezapomniany urokliwy
dzień…może wieczór… Dla
nas to proste: p. Jola Derewicz
wpadnie na pomysł, nasza Pani
Profesor – oczywiście z radością – podejmie temat i – z nie
mniejszą przyjemnością – poświęci kilka nocy na przygotowanie scenariusza. Pani Zosia
Madej znów będzie czuwać
nad przygotowanym przez
nas programem i dyskretnie
podpowie. Znajdą się w nim
wszystkie wyszperane przez z
nas – zgodnie z gustem, wrażliwością, nastrojem – utwory
zarówno mistrzów pióra, jak
też znanych lub dopiero odkrywanych autorów. Magia
słowa, szczypta wyobraźni i
wszystko staje się zwyczajnie niezwykłe. Czasem nawet
sami sobie przyglądamy się ze
zdumieniem.
Już od progu z pewną podejrzliwością popatrywaliśmy
w stronę p. Geni Ciesielskiej,
domyślając się jej tajemnych
konszachtów z metafizycznym światem. Bo jak mogła
się dokonać tak nagła metamorfoza „osiemnastki” (sali
naszych cotygodniowych zajęć)? Otwieramy drzwi i …
jeszcze szerzej oczy. Jesteśmy
w dziwnym nieco jesiennym
ogrodzie, gdzie dorodne kapusty rozpychają się między
papryką, pomidorami, wąsate pory wciskają w pachnące
kopry, czosnek miesza się z
różnokolorowymi jabłkami.
Przymglony fiolet śliw, pierzaste astry, chryzantemy, kasztany i liście, liście… Z szarości
porozumiewawczo mrugają ku
nam płomyki świec. W blasku
migotliwych światełek opalizują jesienne nasycone słońcem kolory, drżą listki. Jakaś
delikatna melodia, jakby kapela świerszczy grała hymny
jesieni.
W takiej scenerii nawet proste
słowa nabierają rumieńców,
olśniewają znane już metafory.
Nasza Niezrównana Autorka
scenariusza, p. Gabriela Kurpisz-Kasprzak, jak zawsze w
podobnych spotkaniach, jakby
z „drugiego planu” i z pewną
nieśmiałością prezentowała
prawdziwe perełki słowa wiążącego, wiodąc nas przez cudowne pejzaże …”w pozłocie
słońca i jesieni”… **
„Złotorude liście łapie niegdysiejszy nocny stróż,
chciałby jeszcze zmieść z jesiennej mgiełki srebrny kurz.
W
chmurach
zziębnięte
chmurki niewesołe mają już
miny,
Posmutniały otulone szronem
bladoróżowe jarzębiny” .***
Ile piękna można zmieścić
w słowie?! Ileż wzbudzić zachwytów…
bo „(…) piękno jest na to jest,
,by zachwycało” ****
Zacna p. Nina Żelazkowa traf-
nie zauważa: „ …byle nasze
oczy dostrzec to umiały”…
Wiersze p. Niny mają zawsze
wydźwięk optymistyczny, zarażają nas radosną energią .Do
jesiennego bukietu poezji p.
Nina przyniosła „Kilka słów
o jesieni” przekonując, że …
„czas jesieni jest czasem radości”.
Kartkując tomiki i księgi w
poszukiwaniu czegoś najbliższego naszym osobistym odczuciom, mogliśmy się przekonać, że jesień we wszystkich jej barwach i odcieniach
jest ulubionym tematem wielu
poetów. Szczególną inspiracją dla twórców są bajecznie
kolorowe, pełne radości dni
wczesnej jesieni.
Pani Amalia Bykowska w autorskim wierszu „Barwy jesieni” przekonywała nas, że jesień
„Nie jest smutna ani szara
Radości daje co nie miara”.
Jesień poetki Marii Janik
„Barwnym tiulem otulona
(…) Rozśpiewana, rozmarzona”, czyż nie wyglądamy
czasami podobnie w swojej
jesieni 60+?
Adam Asnyk o jesieni mówi
nostalgicznie:
„Jakże smutna teraz jesień,
Ach, smutniejsza niż przed
laty.”
Oczarowani barwami, grą
świateł, sytością jesieni identyfikujemy się z „Jesiennymi
życzeniami” Marka Biedrzyckiego, bo trzeba
„Patrzeć na jesień z serca
wrażliwością
I wszystko spamiętać, by żyło
w nas snami..”
Wiersz Jana P. Grabowskiego „Złoto i biel” wprowadza
nas w klimat zniewalających
wprost świateł października,
że … „ nie chcemy zrobić
kroku.”
Ale czy można wytrwać dłużej, gdy „…W żółtych płomieniach liści brzoza dopala się
ślicznie”…
a skrzypki żałośnie łkają w
„Jesiennej piosence” ( przekład Leopolda Staffa).
Rozczulają prawie do łez, a tu
jeszcze „ srebrną mgłą płacze
liść połamany”; uważniej stąpamy, wkraczając w scenerię,
gdzie „…pożar złotych liści
noc jesienna gasi” *
Z Marią Jasnorzewską-Pawlikowską idziemy tam, gdzie
„pachnie …gorzko, fiołkowoparmeńsko
grzybami, dębami i miętą.”
Z pleneru L .Staff zaprasza
nas pod dach domu, bo pada
„Deszcz jesienny”. Niebywale finezyjna gra słów do głębi
dusz się wdziera, wywołując
fale emocji i wzruszeń. Ma
także własności onomatopeiczne, a te właśnie oddają miarowość i monotonię jesiennego dżdżystego dnia. W większości swych niezwykle obrazowych wierszy Staff opiewa
jesień w minorowej tonacji,
np. „O jesieni”, ale częstuje
nas też odrobiną nadziei i
„Rozkosz najsłodsza i okrutna
Upaja serce bezlitośnie
A drzewa nie przestają szumieć:
Nadziei pieśń, czy wyrzeczenia?
Serce daremnie chce zrozumieć,
Gdzie nie ma nic do rozumienia”
Urzekające piękno poezji jesiennej podkreślały jeszcze
zgrabnie wplatane przez Panią Profesor fragmenty prozy
wprowadzające nas w malownicze krainy, gdzie raz „Głębokimi szuwarami idzie listopad
z kryształową łzą na mokrym
od dżdżu policzku”, a innym
razem „Wiatr ucichł, uspokoiło się powietrze, niebo wybłękitniało, a słońce jesienne
rozlało łagodne, bladozłote,
lecz ciepłe jeszcze światło na
ziemię”. Plastyka i alchemia
słowa , gdy widzimy „Lato już
w butelki rozlane, pełno już
jesieni w cebrze wina, przez
złoty park mój pies kosmaty
goni, chwyta liść czerwony i
orzech w nim chowa.” ***
Nasze jesienne spotkanie z
poezją ubarwione nastrojową
muzyką przygotowaną przez
p. Janinę Ozgę i naszego starostę p. Jana Siedlika przeniosło nas do przestrzeni ciekawszych, lepszych, a już na
pewno piękniejszych. Emocje
wymiatały smuteczki dnia po-
wszedniego, przepiękne pejzaże uskrzydlały myśli, wlewały
nadzieję w serca. „Jesień”
Renaty Łabusz przypomina,
że życie nie zawsze jest jasne,
ale też nigdy całkowicie nie
tonie w ciemności, tak i jesień
oprócz szarugi przynosi słońce, w którego promieniach
iskrzą się odcienie złota, żółci,
czerwieni i brązów. To doskonałe zakończenie naszej jesiennej uczty duchowej, które
pozostawia nas w stanie zadumy, refleksji, ale i nadziei.
Niechętnie opuszczaliśmy
nasz wyczarowany jesienny ogród i gdyńską YMCA.
Ściemniało. Wiatr szarpał
otwieranymi w pośpiechu parasolami, a my ze spokojem
i pobłażaniem patrzyliśmy
na spływające z nieba łzy
- „srebrne”, może „kryształowe”… O szyby autobusów
„deszcz dzwonił, deszcz dzwonił jesienny.”
Lucja Ćwiok-Górczak
i Maria Rymarz,
słuchaczki Polszczyzny
pięknej i poprawnej
* Jan Lechoń
„Romantyczność”
** Jan Brzechwa
„Październik”
*** Gabriela
Kurpisz-Kasprzak
„To już jesień”
6
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
Dlaczego Bez
ogródek
Gdzie dwóch Polaków,
warto
tam serca dla serc
Ciekawość. To nas trzyma
Przy nudnej taśmie dni..
Bo cóż by za sens miało
Powtarzać w nieskończoność/Te same słowa, gesty, czyny.*
Elżbieta
Wierszko
Powszechnie wiadomo, że
ciekawość świata, ludzi, wiedzy to zaleta. Dlaczego więc
komuś ciekawskiemu bardzo często przypinamy łatkę wścibskiego? Przecież
bez nieokiełznanej, a nawet
rozpasanej żądzy wrażeń,
nie byłoby postępu w wielu dziedzinach życia. Sądzę,
że nawet z pustej ciekawości
może narodzić się coś wartościowego. Kiedy kogoś zżera
ciekawość, drażni własna niewiedza, intryguje jakiś problem, to zdrowiej chyba jest
dać upust swojej dociekliwości (wścibstwu?), niż zadręczać się niezaspokojoną ciekawością!
Dla mnie interesująca będzie
perspektywa babskiej ciekawości. Brzmi od razu kiepsko. Sugeruje, że może to
być tylko ciekawość plotkarska pani z magla (kobiety już
nieistniejącej z powodu przemian społecznych). Na pozór
takie rozmowy rzeczywiście
dotyczą spraw błahych, ale
z drugiej strony, ileż w nich
emocji, ileż życzliwego zainteresowania losem bliźnich!
Zaryzykuję twierdzenie, że
niektórzy z nas nie zaistnieliby w świadomości sąsiadów,
gdyby nie sporządzono im
podwórkowego CV. Niezwykłym miejscem zaspokajania
ciekawości jest na przykład
zakład fryzjerski. Proszę zauważyć, że nie obowiązują
tu żadne podziały społeczne
czy towarzyskie, ponieważ
podlegamy tym samym przeobrażeniom. Zmęczone i sfatygowane czupiradło, któremu odrosty zaburzają środek
ciężkości, na trzy godziny
staje się kosmitką z irokezem w foliach i sreberkach,
by wreszcie odrodzić się jako
kobieta nowa, piękna i pewna
siebie. Wraz z upływem czasu i zmianami w wyglądzie,
podnosi się temperatura konwersacji i jej tematyka. Zgłębiając trendy w sezonowych
fryzurach, omawia się rodzaj
włosów i analizuje kłopoty z
ułożeniem fryzury; następnie
pojawia się temat kulinarnych
zagadek zdrowego żywienia,
po czym można wytoczyć
działa medyczne i farmaceutyczne; to z kolei pozwala zająć się filozofią życia w ogóle,
wychowaniem dzieci, poradami jak zdobyć, utrzymać lub
pozbyć się męża, szefa lub
herbatnika**; przy okazji,
mimochodem, dowiesz się,
gdzie najlepiej i najtaniej coś
kupić, uszyć, przerobić itd.
Niech ktoś odważy się powiedzieć, że są to tematy błahe!
Takiego forum nie zastąpi Internet, bowiem nic nie jest w
stanie zagrozić wymianie poglądów na żywo.
Niestety! Istnieje też drugie dno problemu, gdy zamiast życzliwości pojawia
się zawiść (pamiętacie scenę balkonową w „Dniu świra”?). Wtedy zamiast ciekawości dla sztuki, występuje
przede wszystkim wścibstwo
dla prywaty, z którym trzeba
walczyć, ponieważ bywa nieprzewidywalne i może okazać
się groźne. Ale kto ma podjąć
walkę? We francuskim filmie
Jesteśmy bardzo przekornym narodem. Wydaje się, że powiedzenie
„gdzie dwóch Polaków, tam trzy zdania” jest naszym narodowym przykazaniem. Sprzeczamy się niemalże o wszystko.
pt. „Plotka” w komediowej
stylistyce ujawniono, jak zaskakujące konotacje uaktywniają się, kiedy insynuacja zaczyna żyć własnym życiem.
Jesteśmy, proszę państwa, w
labiryncie!
Na szczęście istnieje też druga strona medalu. Nie zamierzam rozwodzić się na temat
tak modnych ostatnio w polityce parytetów, bo prawdę
mówiąc, nie wiem, o co chodzi. Jestem natomiast przekonana, że nadchodzi czas dobry dla kobiet. Będą (już są!)
kobiece, wykształcone, znające swoje prawa i radzące sobie z obowiązkami. Zresztą
zawsze sobie radziły. W wielu rodzinach z dumą opowiada się o krewnych, które nie
mieściły się w ramach narzuconych konwenansów, pokoleniowych przyzwyczajeń czy
zwyczajowych zachowań.
Dlatego warto z nowym rokiem przypomnieć, że istnieje
tyle sposobów na życie, tyle
możliwości do wykorzystania, ile dusza zapragnie! Bo
„… ludzie są jak kwiaty. Niektórzy jak maki, które kwitną
śmiało, lecz krótko. Inni jak
zdobna winorośl, passiflora
bądź milin. Jeszcze inni to
nieśmiałe fiołki i lak pospolity. A wszyscy razem tworzą
taki piękny świat. Są różni i
tak zdumiewający.”***
PS. W żadnym dostępnym
mi słowniku nie znalazłam
hasła: męska ciekawość, ale
jest tajemnicą poliszynela, że
mężczyźni plotkują na zabój.
Z ciekawości (a może wścibstwa?) zadałabym pytanie, o
czym plotkują panowie?
*A. Słonimski
** kompan do herbaty
***F. Rivers, Ogród Leoty
Radosław
Daruk
Dyrektor Programowy
Ogniska ZMCh „Polska
YMCA” w Gdyni
Od dwudziestu lat, kiedy cieszymy się zwycięstwem Solidarności, Solidarności milionów Polaków, obserwujemy,
jak przejawia się to w polityce
i w... gospodarce, jak skutkuje skomplikowaną sytuacją w
służbie zdrowia czy oświacie.
Oto bowiem narodowi wydaje się, że zgodnie z zasadami demokracji wybiera tych,
którzy w jego imieniu kierować będą sprawami państwa.
Wierzymy, że wybieramy gospodarza, który dbać będzie o
nasz wspólny dom; że będzie
doglądać wszystkiego, rozwiązywać problemy, godnie
reprezentować na zewnątrz i
dbać o nasze interesy. Takie
obietnice składają kandydaci.
A po wyborach…
Po prostu rządzą. Rozdzielają
stanowiska, przywileje. I bez
reszty zajmują się sprawowaniem władzy, dzieląc się rolami rządzących, koalicjantów
oraz opozycji.
Dlatego problemy narodu,
często pilne, takie do natychmiastowego
rozwiązania,
muszą czekać na sprzyjające
układy polityczne. Do tej grupy zagadnień z pewnością należą kłopoty tak zwanej służby
zdrowia. Kłopoty z dostępnością, finansowaniem i systemem. Stan ten, używając
języka medycznego, jest patologiczny i chroniczny. Dotyczy większości narodu, bo…
szlachetne zdrowie każdemu
kiedyś zacznie szwankować,
nie mówiąc już o tym, że profilaktyka zdrowia kosztuje niemałe pieniądze.
Gdy zagraża nam jakieś niebezpieczeństwo, potrafimy zewrzeć szeregi. Dowiodło tego
niejedno powstanie, niejedna
wojna. Polakom potrzebny
jest „wspólny wróg”. Wtedy
to, co dzieli, schodzi na dalszy
plan, a na pierwszym pojawia
się realizacja celu: rozprawienie się z wrogiem.
„
Młodzi gdynianie dzielnie kwestowali
z puszkami kilka
godzin na
mrozie (!)
”
Dzisiaj takim wrogiem nie jest
(Boże, uchowaj!) żaden z sąsiadów, ale niedofinansowane
lecznictwo – owszem. Porusza
nas brak sprzętu w szpitalach,
szczególnie dla tych najmniejszych. I oto pojawia się w Polsce ktoś, kto porywa wszystkich do pospolitego ruszenia,
do zbiórki pieniędzy na sprzęt
medyczny. I robi to już osiemnaście lat (á propos, Wielka
Orkiestra Świątecznej Pomocy weszła w pełnoletność!).
Godłem tego zrywu jest symbol miłości – serce. Serce dla
serc tych najmniejszych, bezbronnych, niewinnych. To
hasło otwiera serca i kieszenie. Łączy wszystkich ponad
wszelkimi podziałami.
W ubiegłym roku Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy
zebrała czterdzieści milionów
złotych, a to oznacza, że statystycznie każdy Polak podarował nieco ponad złotówkę
na sprzęt do wczesnej diagnostyki chorób onkologicznych
dla najmłodszych dzieci. W
tym roku kwota ta na pewno
będzie wyższa. Udział wzięli wszyscy. Dzieci i młodzież
– to oczywiste. Młodzi gdynianie dzielnie kwestowali
z puszkami kilka godzin na
mrozie (!), zbierając nawet
dwa tysiące złotych (rekord
w naszym Sztabie w YMCA
wyniósł 2245 zł!). Pomagali też rodzice, otoczyli opieką
najmłodszych wolontariuszy,
wspólnie z młodzieżą przygotowali wiele imprez w szkołach. Włączyli się też starsi
– pod egidą starszej młodzieży gdynianie wzięli udział w
marszu nordic walking – sumiennie liczyli zebrane do puszek pieniądze. Wśród tych,
którzy ofiarowywali serce dla
maleńkich serc, byli przedstawiciele obu płci, dzieci, młodzi i starsi, reprezentujący
różny status prawny, profesję
i poglądy. Tak pięknie działo się w Sztabie WOŚP przy
gdyńskiej YMCA. To ważny
i cenny przykład, który łamie
stereotypy, że młodzież to niepoprawna łobuzeria, a starsi
to „mohery”. Pewnie, że zdarzają się wyjątki, ale one tylko
potwierdzają regułę, że przeciw wspólnemu wrogowi trzeba iść razem. I poszliśmy!
Niewykluczone, że któregoś
dnia obudzimy się z przekonaniem, że rządzący nami,
przez nas wybrani, nie są naszymi przyjaciółmi…
A wtedy…
Poszukujemy archiwaliów dotyczących YMCA w Gdyni
Już pod koniec lat 20. ubiegłego stulecia oddelegowany do Gdyni emisariusz Polskiej YMCA rozpoczął działania zmierzające do utworzenia Ogniska w powstającym „z morza i marzeń” gdyńskim mieście–porcie.
Ognisko Polskiej YMCA w
Gdyni zostało powołane do
życia w 1932 roku. Kilkuletni
okres dynamicznego rozwoju
przed wybuchem II wojny
światowej YMCA w Gdyni zawdzięcza znakomitym
osobom, które zaangażowały
się w działalność na rzecz
mieszkańców Gdyni. Wiele
mówi skład Rady i Zarządu
Ogniska. Prezesem Rady był
admirał Józef Unrug. Jego
zastępcami:
wicekomisarz
Komisariatu Rządu w Gdyni
inż. Włodzimierz Szaniawski oraz konsul generalny Szwecji inż. Napoleon
Korzon. Prezesem Zarządu
Ogniska był dyrektor Żeglugi Polskiej Julian Rummel,
a skarbnikiem dyrektor Komunalnej Kasy Oszczędności w Gdyni Franciszek
Linke. Siedziba gdyńskiej
YMCA znajdowała się przy
ul. 10 Lutego 41, ale zajęcia
organizowane były w wielu
miejscach.
Powszechnie znanym miejscem związanym z przedwojenną działalnością Ogniska
YMCA poza Gdynią był
ośrodek w Wieżycy, obecnie
wchodzący w skład majątku
upadłej gdyńskiej Stoczni.
Redaktor naczelna: Dorota Kitowska
Redaktor prowadzący: Radosław Daruk
Kolegium redakcyjne: Dorota Kitowska,
Radosław Daruk, Gabriela
Kurpisz-Kasprzak, Elżbieta Wierszko
Ten
ośrodek zbudowany
został przez YMCA z przeznaczeniem na działalność
wychowawczą prowadzoną
latem dla polskiej młodzieży.
Nasza wiedza o gdyńskiej
YMCA w latach 1930-1951
jest niepełna. Dlatego zwracamy się do naszych Czytelników z prośbą o udostępnienie
dokumentów,
fotografii, wspomnień, pa-
Opracowanie tekstów i korekta: Gabriela Kurpisz-Kasprzak, Elżbieta Wierszko
Redakcja techniczna, skład i łamanie:
Łukasz Bieszke
Zespół redakcyjny: Gabriela
Kurpisz-Kasprzak, Kazimierz Krzyżak,
miątek i wszelkich przedmiotów
związanych
z
YMCA w latach 1930 –1951.
Chcemy zebrać materiały i na
przypadającą w 2012 roku
osiemdziesiątą rocznicę powołania Ogniska Polskiej
YMCA w Gdyni przygotować i wydać opracowanie dotyczące działalności
gdyńskiej YMCA.
Tych wszystkich, którzy
Halina Młyńczak, Ewa Przybyłowska,
Elżbieta Wierszko
Adres redakcji: Ognisko ZMCh „POLSKA YMCA” w Gdyni, 81-346 Gdynia,
ul. Żeromskiego 26
Kontakt: tel. 58 620–31–15, 621-78-42
mogą nam pomóc prosimy o kontakt telefoniczny
(58 620-31-15), mailowy
([email protected]) lub osobisty w siedzibie Ogniska w
Gdyni, ul. Żeromskiego 26.
Radosław Daruk
Dyrektor Programowy
Ogniska ZMCh
„Polska YMCA” w Gdyni
e–mail: [email protected]
Redakcja zastrzega się sobie prawo
do skrótów i opracowań tekstów.
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
7
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
Ocalić od zapomnienia
Grudniowa Apokalipsa
– moje zapiski kronikarskie
Halina
Młyńczak
Nie wyobrażałam sobie, że
moi koledzy i koleżanki będą
w pracy, a ja jak niekoleżeński tchórz skryję się w pieleszach domowych. Sadzę,
że podobnie czując i myśląc,
do pracy stawili się wszyscy
współpracownicy z mojego
działu. Byli wszyscy! Wszyscy ze strony Wejherowa oraz
mieszkańcy Gdańska, choć
tam już w dniach poprzednich
było najgroźniej.
Kolejka odjechała ze Wzgórza Nowotki punktualnie.
Przesiadając się na przystanku Gdynia Stocznia w kierunku Wejherowa, podróż przebiegła prawie bez przeszkód.
Ale to już była ostatnia kolejka, która w tym kierunku
jechała. Do nas i do ludzi na
peronie jeszcze nie strzelano.
Po godzinie 9.00, raczej bliżej 9.20 – 9.30, do zakładu
udało się dodzwonić mojej
córce Wiesławie, uczennicy szkoły podstawowej, z
wiadomością, iż w naszej
dzielnicy dzieją się rzeczy
straszne! Przerażone dziecko
płakało, przeraźliwie wzywało pomocy. W tej sytuacji postanowiłam jechać do domu
Mój przezorny kierownik,
inż. Marian Prawdzik, dał
mi „obstawę” w drodze do
domu, kolegę z działu, inż.
Janusza Ćwiklińskiego. Całą
drogę przeszliśmy szybkim
marszem wzdłuż ul. Czerwonych Kosynierów, ponieważ
ani trolejbusy, ani kolejki
już nie kursowały. Atmosfera grozy zagęściła się na wysokości przystanku Gdynia
Stocznia. Przy samym pomoście stała karetka pogotowia,
zaś kobiecy głos z radiotelefonu wołał: „przyjeżdżajcie
na Marchlewskiego. Jest wielu zabitych i rannych”. Młody
chłopak, pracownik stoczni z
poranioną dłonią relacjonował rozżalony, iż szedł do
pracy jedynie z kanapką w
aktówce. W pewnym momencie znalazł się naprzeciwko
milicjantów (czy żołnierzy?),
którzy miotali petardami.
Za nim byli ludzie, więc dla
obrony własnej chciał tę petardę odrzucić. Nie zdążył.
Petarda eksplodowała, raniąc
mocno jego dłoń i kogoś po
sąsiedzku.
W tym czasie na ul. Czerwonych Kosynierów było już
niewielu ludzi. Po prawej
stronie (patrząc w kierunku
Gdyni Głównej) mieszkaniec
pewnego domu mówił, iż
przed bramą przed godziną,
jak określił, rykoszetem zza
torów, został zabity czy też
poraniony mężczyzna, który
wyszedł ze swego mieszkania
na zakupy.
My kontynuowaliśmy wyprawę wzdłuż ulicy Śląskiej
i Warszawskiej i dalej koło
hotelu „Bałtyk”. Przerażenie
moje było niebotyczne! Ze
zgrozą stwierdziłam, że osiedle na Partyzantów nie istnieje! Przez ścianę dymu nie
widziałam, czy to pożar, czy
rumowisko po bombardowaniu; zwłaszcza, że pogróżki Kliszki o zbombardowaniu Stoczni Gdańskiej były
nam znane, chociaż nikt nie
wierzył, że to możliwe. Serce stanęło mi ze zgrozy. Nie
wiedziałam, czy jest tam jeszcze moje dziecko. Skamieniałam jak Niobe! Na szczęście
był ze mną mój Anioł Stróż,
Janusz, doświadczony po
przeszkoleniach wojskowych
mężczyzna, który, wyjaśniając, że to tylko zadymienie ze
świec i gazu bojowego, sprawił, że nie poddałam się rozpaczy.
W tej części miasta wiało już
prawdziwą grozą wojny. Słychać było salwy karabinowe, helikoptery latały wzdłuż
ulicy Kieleckiej, zataczając koła. Sama ulica Kielecka była pusta. Poszczególni
przechodnie tylko się przemieszczali.
Podążając do domu, chciałam
na dworcu Wzgórze Nowotki przekroczyć tory. Tuż na
zapleczu dworca stał barak
przewoźny (tzw. wóz Drzymały), w którym urzędowała ekipa remontowa. Gdy od
strony Kieleckiej nadlatywał
helikopter, mój kolega gwałtownie pchnął mnie za barak, krzycząc jednocześnie:
„ Kryj się”! Nagle kupa piasku leżąca przy baraku, ożyła, osypując się i zasypując
liczne kratery. Wyglądało
to tak, jakby na taflę jeziora
spadł grad, tworząc leje i rozstępujące się koła. Myślałam,
że to „ślepaki” wświdrowują
się w piasek, lecz Janusz po
wojskowemu ujął, że to ostre
strzelanie.
Wówczas jakiś mężczyzna
przestrzegł nas, abyśmy uciekali, bo na Kieleckiej z helikoptera zabito mężczyznę.
Nie uwierzyłam! Wszak to
nie wojna, a ludzie cywilni
to nie wojsko, z którym trzeba walczyć. Teraz już wiem,
że Janusz ocenił dobrze sytuację i chyba naprawdę był
moim Aniołem Stróżem, bo
inaczej moje dziecko i moja
Matka mogły doznać losu innych skrzywdzonych tak tragicznie rodzin. O mężu nie
wspominam, gdyż mężczyzna, czy to na wojnie, czy w
czasie pokoju, zawsze musi
zachować się inaczej. Ojcowie Grudniowi cierpią śmierć
swoich dzieci tak, jak i Grudniowe polskie NIOBE.
Ponieważ już byłam prawie
w domu, więc pożegnaliśmy
się z Januszem tak szczerze i serdecznie, jak tylko
to czynią ludzie w momentach nadzwyczajnych i życiowych niewiadomych. Dla
nas to była wojna lub wstęp
do niej.
Tory przekroczyłam na wysokości ul. Kopernika. Właśnie spod prezydium uciekali ostatni ludzie, a w ślad
za nimi strzelano salwami.
Widziałam, jak serie szły po
jezdni, wówczas jeszcze nieasfaltowanej. Dużą grupą
osób wpadliśmy na ul. Kopernika; niektórzy skierowali się na przystanek kolejki,
Fot. Halina Młyńczak
Pracowałam w biurze konstrukcyjnym Zakładów Radiowych przy ul.
Hutniczej w Gdyni,
Unimor, mieszkałam zaś w centrum
Gdyni, tuż przy
Urzędzie Miasta
(prezydium), na ul.
Partyzantów.
Pamiętnego dnia
17 grudnia, pomimo nawoływań
przez megafony
o pozostaniu w
domu, jak wielu innych pracowników,
usilnie starałam się
dotrzeć na 6.45 do
miejsca pracy.
Krzyż Grudniowy w Gdyni
kryjąc się w tunelu. Widziałam, jak oddział milicji walczył z nimi, uchylając się
przed kamieniami, które leciały z peronów. Na torowisku ich nie brakowało.
Przy kościele św. Antoniego zebrało się wielu ludzi
w różnym wieku, przeważnie okolicznych mieszkańców wracających do domów.
Nadleciał helikopter. W
otwartych drzwiach siedział
mężczyzna i na spokojne,
puste osiedle przy Partyzantów, kierował pociski z gazem łzawiącym, wżerającym
się w oczy i gardła.
W godzinach popołudniowych z górnych pięter u sąsiadów, a nawet z dachu
wieżowca, widzieliśmy, jak
milicja wyłapywała mężczyzn, którzy wychodzili z
kościoła. Brutalnie wykręcali im ręce, doginali do ziemi.
Do kościoła nie weszli, uszanowali sprzeciw proboszcza,
o. Stanisława Frejlicha, który
im drogę zagrodził.
Widziałam tę scenę osobiście.
Nasz wieżowiec i całe osiedle przesiąknięte było gazem.
Nie pomagało wietrzenie.
Wiele tygodni cierpieliśmy
na ból oczu i gardła, także oskrzeli. Przerażenie zaś
dzieci opisuje moja córka
Wiesława w liście do babci,
Marii Szpilewskiej z Rzeszowa. Zresztą listy nie docierały do adresatów. Moje i brata, które słaliśmy z wieściami
uspokajającymi Matkę, iż żyjemy cało, choć mniej zdrowo, dotarły do Rzeszowa z
końcem stycznia 1971 r.
W końcowej fazie poczynań ‘dzielnej’ milicji jeszcze
ostrzelano wzgórze kościelne świecami czy pociskami
dymnymi z małych wyrzutni ustawionych przy sklepie
spożywczym na ul. Partyzantów. Po prawdzie strzelano
w próżnię, bo ludzi tam nie
było. Taki sobie wykonywali taktyczny manewr dla postrachu.
Po zapadnięciu zmroku, około godziny16.00, „mądre
baby”, czyli moja sąsiadka
Teresa Puch i ja, wyruszyłyśmy na ul. Świętojańską.
Byłyśmy młode i głupie. Nie
zdawałyśmy sobie sprawy
z rozmiaru zbrodni. Zresztą nie tylko my kroczyłyśmy ulicami Gdyni. Gdynia
żyła zakupami, powrotem
ludzi z pracy, no i gapiami.
Do grudniowej mżawki dołączył żrący gaz. Przy urzędzie i przyległym skwerze
było szaro od mundurów milicji czy wojska. Stały czołgi. Nieprzyjemne wrażenie
robili cywile wplątani między zmilitaryzowanych. Mogła to być ubecja – i ci nas
wzrokiem ścigali do rogu
Świętojańskiej. Ulica Świętojańska nie była zniszczona
przez tzw. chuliganów – jak
podawano w komunikatach z
Gdańska.
Wracając do domu, na krzyżówce ulic Partyzantów i
Kopernika, skąd ostrzeliwano wzgórze kościelne, widziałam mnóstwo owijek z
naboi dymnych z instrukcją obsługi. Podniosłam je
i na pamiątkę wzięłam łuskę. Wówczas podszedł do
nas mężczyzna z pytaniem o
kierunek do szpitala w Gdyni Redłowie. Wskazałyśmy.
Wsiadł do białego, na owe
czasy niepospolitego, obcej
marki samochodu z rejestracją CD.
Dodam na zakończenie, iż
bardziej skrótowo składałam
zeznania na ten temat w Prokuraturze Marynarki Wojennej w Gdyni na Kamiennej
Górze, w szczególności zaś
na okoliczność udziału helikopterów. Miał też być przesłuchany Janusz Ćwikliński.
Nie wiem, czy do tego doszło, ponieważ wkrótce odebrano Marynarce Wojennej
śledztwo, kierując sprawę
do Sądu Wojewódzkiego w
Gdańsku.
PS
Sąd Okręgowy w Warszawie,
VIII Wydział Karny, powołał
mnie na świadka 14.04.2005
r w sprawie oskarżonego
Wojciecha Jaruzelskiego i
innych w wyniku przesłuchań prowadzonych przez
prokuratora Marynarki Wojennej.
Na ławie oskarżonych prócz
gen. W. Jaruzelskiego, zasiadał też członek Biura
Politycznego KC PZPR, wicepremier PRL Stanisław
Kociołek, generał broni,
Tadeusz Tuczapski i inni
sprawcy grudniowej pacyfikacji Gdańska, Gdyni, Elbląga i Szczecina. Każdy
miał chyba po dwóch mecenasów..Osławiony Kliszko
już nie żył.
W sali sądowej, przy trybunce dla świadka, po 25. latach
od tragedii, nie czułam moralnego zwycięstwa ani też
chęci zemsty…
Po moich zeznaniach za to,
już prywatnie na korytarzu
sądu, zaatakował mnie były
I Sekretarz Komitetu PZPR
w Gdańsku, towarzysz Stanisław Kociołek, iż wszyscy w
nim widzą głównego winowajcę wybrzeżowej masakry.
Osobiście, słusznie czy nie,
sadzę, że była to zmiana ekipy władców Polski z gomułkowskich na gierkowskich.
Jaką w tym rolę grał wicepremier Stanisław Kociołek,
nie mnie stanowić.
Apel Wiesławy Kwiatkowskiej do świadków „ Grudniowej Apokalipsy”, skłonił mnie do napisania w
1995r., na podstawie przechowanych zapisków kronikarskich, tekstu pt. Relacja
„Grudzień 1970”, który we
fragmentach znalazł się w
jej książce.
8
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
www.expressgdynski.pl
YMCA GDYNIA
Zbieraliśmy na ulicach Gdyni...
Zebraliśmy
250 000 zł!
Wielkie Dzięki!
... i pod dachami centrów handlowych Trójmiasta
Grupa tańca orientalnego rozgrzała męską część publiczności, wśród żeńskiej
rozpaliła chęć podjęcia nauki tańca brzucha
...na ulicach Gdańska...
Orkiestrowa Grupa Szturmowa
Tańce szkockie to jedna z wielu atrakcji, jakie gdyńska YMCA przygotowała na 18 Finał
Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
9
18 Finał WOŚP
Entuzjazm Magdy, organizatorki Orkiestrowego marszu nordic walking, udzielał się wszystkim
Wielki Dyrygent Orkiestry podpisał fotkę dla Gdyni
Bursztynowe serca w oprawie ze szkła artystycznego z Liczenie zawartości puszek. Młodzież starsza też gra
pracowni Edyty Barańskiej trafiły na aukcję
w Orkiestrze!
W czasie Finału mozna było nauczyć się...
samoobrony
Pomogli nam: Green Active sp. z o.o., Agnieszka Pomorska, Aleksander Chwaszczyno, ALFA CENTRUM Gdańsk, ANONSE – Wydawnictwo Steinborn., Aquapark Sopot, Art. Jewellers
Studio – Anna Gajewska, Prawo Jazdy ARTOM, ASTRA NAILS Polska - Natalia Stopa, AVER PPUH Gdynia, Clipper Bar Gdynia, BAUHAUS sp. z o.o., Beaphar - Adelajda Stopa, BIOELITA Magdalena Szelezińska, CASTORAMA, Centrum Handlowe Wzgórze, AUCHAN GDAŃSK, Centrum Handlowe PORT RUMIA, Centrum Handlowe BATORY, MATARNIA Park Handlowy,
TESCO Gdynia, Centrum Nauki EXPERYMENT, Coca-Cola Poland, COLTEX DAKAR Plus GSM, Dagoma sp. z o.o, Danuta Kędzia, Dwa Światy Gdynia, E-kolekcjoner Gdańsk, Agencja
Reklamowa EMIS, EURO-CYNK . sp. z o.o., Europe Led, Galeria Engel Gdynia, Green Way SA, Grupa Lotos SA Gryf Przewozy Autobusowe, Home Baby, Home England, Hortex Holding
SA., Hotel Grand Sopot, Hotel Haffner Sopot, Hotel Murat Reda, Hotel Nadmorski Gdynia, Hotel Orbis Gdynia, Hotel SHERATON Sopot, Hotel Wieniawa Rekowo Górne, Hufiec ZHP,
Jacht Klub Morski „GRYF”,Kancelaria Prezesa Rady Ministrów RP, Kancelaria Prezydenta RP, Karat International Sopot, Klub Miłośników Komunikacji Miejskiej VETRA, Komenda Miejska
Państwowej Straży Pożarnej w Gdyni, Komenda Miejska Policji w Gdyni, Księgarnia Artystyczna Gdańsk, Księgarnia Językowa Polanglo, Liga Morska i Rzeczna, „LITTERA” Iwona Pecko,
LPP SA., Magazyn Gdański Brygida Susko, Makro Cash and Carry, Meblarska Spółdzielnia Pracy „Dąb” Gdynia, Media Ster Gdynia, Morski Terminal Masowy Gdynia sp. z o.o, Nadmorskie
Centrum Medyczne w Gdańsku, Nauta Hull sp. z o.o., Nauta Stall sp. z o.o., Agencja Multimedialna NetPiksel, NYSTAL Zdrowa Żywność, Olimpic sp. z o.o., Oriflame, PitStop Gdynia, Pizza
Hut Gdynia, Pizzeria Las Palmas Gdynia, Polskie Linie Lotnicze LOT, Polski Rejestr Statków, Q.Q. Kids, Rabat Pomorze SA, Restauracje ANCORA, BOOLVAR, COCO, CYTRYNOWA SOFA,
DA VINCI, DEL MAR, KRESOWA, MONTE, Rockz Klub Muzyczny, Silver&Amber Adam Pstrągowski, SKM Szybka Kolej Miejska, Stena Line Polska, Stocznia Remontowa im. J. Piłsudskiego,
Stocznia Gdańska SA, Stocznia Północna SA, Stocznia Remontowa NAUTA, Stocznia Wisła sp. z o.o., Studio Szkła Artystycznego Edyta Barańska, Sword sp. z o.o., Trefl SA, prof. Czesław
Tumielewicz, Urząd Morski w Gdyni, Urząd Miasta Gdyni, Zbigniew Szeler, Morska Agencja Gdynia sp. z o.o., Ziaja LTD, Zarząd Komunikacji Miejskiej w Gdyni i inni.
10
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
Jest taka szkoła…
W Gdyni jest wiele szkół. W wielu
szkołach w Gdyni
realizuje się w interesujący sposób
program nauczania.
Tylko w nielicznych
szkołach w Gdyni
dba się o ucznia z
dysfunkcjami.
Fakt, że trwający w dniach 1
– 7 grudnia 2009r. Tydzień
Świadomości Dysleksji obchodzony jest w Szkole Podstawowej nr 29 w Gdyni, nie
powinien nikogo dziwić. Pani
Beata Ingielewicz, nauczyciel - terapeuta, członek Zarządu Polskiego Towarzystwa
Dysleksji w Gdańsku, jest koordynatorem merytorycznym
od lat budowanego programu
„Czytamy razem”. To sprawdzona na świecie metoda polegająca na interaktywnym
czytaniu książek z udziałem
wolontariusza; w Polsce propaguje ją pani profesor M.
Bogdanowicz.
Nie da się ukryć, że stan wiedzy o dysleksji zarówno w rodzinach, jak i szkołach jest katastrofalnie niski. Naprawdę
niewiele osób przyjmuje do
wiadomości, że z dysleksji się
nie wyrasta! Tym większa odpowiedzialność spada znowu
na szkoły podstawowe. Należy
bowiem stworzyć dzieciom w
wieku 6-13 lat warunki sprzyjające pokonywaniu trudności w czytaniu. Kiedy uwierzą one w swoje możliwości,
staną się silne i odważne, będą
lepiej radziły sobie w życiu.
Nadzór organizacyjny nad re-
alizacją programu „Czytamy razem” sprawuje gdyńska
YMCA. W jej gestii pozostają także wolontariusze: „Są to
kobiety i mężczyźni w wieku
18 – 80 lat, którzy lubią dzieci i książki, są cierpliwi, elastyczni w swoim zachowaniu,
nieoceniający, mają poczucie
humoru.”*Do zadań wolontariuszy należy prowadzenie
regularnych zajęć czytania z
dziećmi w określonym czasie i miejscu. YMCA , która podejmuje wiele działań
edukacyjnych, dba również o
kształtowanie postaw o charakterze charytatywnym i
przeciwdziałającym alienacji,
ponieważ służy to rozwiązywaniu ważkich problemów
społecznych.**
Mimo że program „Czytamy
razem” jest tani, nie realizuje
się przecież z niczego; musi
mieć wsparcie i poparcie rodziców, dyrekcji szkoły, logopedy, pedagoga, nauczycieli, którzy w porę zdiagnozują
kłopoty ucznia. Pani Beata Ingielewicz taką pomoc otrzymuje. Zainteresowanie programem znalazło np. wyraz w
uczestnictwie rodzin, nauczycieli i wolontariuszy podczas
Tygodnia Świadomości Dysleksji: na pokazową lekcję
matematyki z elementami terapii pedagogicznej trzeba
było dostawiać ławki.
Pani Grażyna Stenke, dyrektor Szkoły Podstawowej
nr 29 w Gdyni jest dumna ze
swoich nauczycieli. Podkreśla ich zaangażowanie, profesjonalizm i skuteczność.
Pomyślnie układa się także
współpraca z Radą Rodziców.
Sprawdza się stara metoda:
dobra organizacja, wspólny
cel i wzajemne zaufanie.
Tydzień Świadomości Dyslek-
sji miał brawurowy finał. Pani
Beata Buczek-Żarnecka, aktorka Teatru Miejskiego w
Gdyni, logopeda i terapeuta, bez pardonu napiętnowała niepoprawność językową,
niechlujną wymowę współczesnych Polaków oraz lekceważący stosunek mediów,
szkół, nauczycieli do mowy
ojczystej. Jak język giętki wy-
razi to, co pomyśli głowa, jeśli przestał być giętki? Czy
możliwe będzie porozumienie, jeśli nadawca komunikatu mówi niepoprawnie, a
odbiorca nie słucha? Zebrani
w „29” wolontariusze programu „Czytamy razem” z
przyjemnością i entuzjazmem
poddali się urokowi pani Beaty Buczek – Żarneckiej, wy-
krzywiając się twórczo podczas ćwiczeń z dykcji.
Organizatorzy, propagatorzy
i uczestnicy programu „Czytamy razem” są przekonani o
skuteczności metody i cieszą
się z wyników grudniowej
akcji. Ale nie spoczną na laurach. Wanda Warska śpiewała
przed laty: „Nie trać wiary i
nadziei! Może coś się zmie-
ni? Może coś się zmieni!”
Musi się zmienić!
*S. Belgrave, O. Holmes,
J. Melrose, F. Solesbury
** „Czytamy razem”. Program doskonalenia umiejętności czytania i rozwijania
myślenia
Elżbieta Wierszko
Kvina renkonto kun Esperanto
Saluton!
Przedrostek mis: - oznacza coś błędnego, mylnego,
niewłaściwego, złego, np: kompreni - rozumieć; miskompreni - źle zrozumieć; miskompreno – nieporozumienie; vojo - droga; misvojo - manowce; aǔdi
– słyszeć; misaǔdi - przesłyszeć się; mise - błędnie,
omyłkowo
Przysłówek ajn: - służy do wyrażania nieokreśloności, odpowiada polskiemu kolwiek i stawiany jest
po zaimkach, np: kiu ajn - ktokolwiek; kio ajn - cokolwiek; kia ajn - jakikolwiek; kie ajn - gdziekolwiek.
Deklinacja (deklinacio) rzeczowników i przymiotników: - w języku esperanto istnieją tylko dwa przypadki: mianownik (nominativo) i biernik (akuzativo), który powstaje z mianownika przez dodanie
końcówki n. Resztę przypadków tworzy się za pomocą przyimków. Odpowiadająca polskiej deklinacji, deklinacja wyrażenia dobry ojciec w języku
esperanto przedstawia się następująco:
Mianownik (nominativo) - la bona patro
Dopełniacz (genetivo) - de la bona patro
Celownik (dativo) - al la bona patro
Biernik (akuzativo) - la bonan patron
Narzędnik (instrumentalo) - per la bona patro
Miejscownik (lokativo) - pri la bona patro
Wołacz (vokativo) - ho! la bona patro
Przykłady:
M - La patro staras – Ojciec stoi.
D - Kolego de mia patro - Kolega mojego ojca.
C - Filo respondas al la patro - Syn odpowiada ojcu.
B - Karlo invitis mian patron - Karol zaprosił mojego ojca
N - Mi ĝojas pro mia patro - Cieszę się moim ojcem
M - En mia patro mi havas apogon - W ojcu mam
wsparcie.
W - Ho! Mia kara patro - O! Mój drogi ojcze.
Wyrazy złożone (vortoj kunmetitaj) :
floro + poto = florpoto – doniczka
manĝo + ĉambro = manĝoĉambro - jadalnia
bela + soni = belsoni - pięknie dźwięczeć
Zaimek pytający kie?: - Kie ili laboras? - Gdzie
oni, one pracują?
Vortoj:
al - do, ku
fenestro – okn
nomo - nazwa
amiko – przyjaciel
floro – kwiat
pendi - wisieć
ankoraǔ – jeszcze
kaĝo – klatka
plafono - sufit
aparato – aparat
kuiri – gotować
plu - dalej, nadal
bani – kąpać
kun - z (kim, czym)
pordo - drzwi
bildo – obraz
lampo – lampa
poto - garnek
ĉambro – pokój
loĝi – mieszkać
radio - promień, radio
ĉe - u, przy
montri – pokazywać
sub - pod
de – od
muro – ściana
radioaparato - odbiornik radiowy
Ekzercoj:
1. Adamo kaj Eva loĝas ĉe la gepatroj. En la loĝejo
estas kvar ĉambroj: la dormoĉambro de la gepatroj,
la manĝoĉambro kaj la ĉambroj de Eva kaj Adamo.
Ankoraŭ estas kuirejo kaj banĉambro.
2. La ĉambro de Adamo ne estas granda, sed bela.
Estas unu pordo kaj unu fenestro. En la ĉambro staras unu tablo, tri seĝoj kaj unu ŝranko. Ankoraŭ estas
unu malgranda tablo, sur kiu staras radioaparato kaj
florpoto. Sur la muroj pendas bildoj, sub la plafono
pendas lampo.
3. En la ĉambro de Adamo. En la ĉambro estas Eva,
Adamo kaj amiko de li. La nomo de la amiko estas
Marko. Ili sidas ĉe la tablo. Sur la tablo staras kaĝo
kun birdo. Tio estas birdo de Marko. Li montras al
Eva kaj diras: Tiu birdo bele kantas. Ankaŭ ĝi bone
flugas. La birdo plu ne estas en la kaĝo. Ĝi flugas en
la ĉambro. Ĝi flugas rapide.
- Kie ĝi estas? - demandas Adamo.
- Tie - montras Marko - sur la lampo.
Parolturnoj:
En kiu kvartalo vi loĝas? - W której dzielnicy mieszkasz?
Mi loĝas ĉe la strato X - Mieszkam przy ulicy X
Mi tre ĝojas, ke mi povas ... - Bardzo się cieszę, ze
mogę ...
Pri kio? - O czym? O co?
Bonvolu! - Proszę! (Zechciej, racz!)
Kion vi intencas? - Co zamierzasz?
Kiucele? - W jakim celu
precipe plaĉas al mi ... - szczególnie podoba mi się
...
laǔ mia opinio - moim zdaniem
devus esti - powinien (by) być
estas jam malfrue - jest już późno
denove la samo - znów to samo
vi mem decidis - sam (a) postanowiłeś (aś)
Humoraĵoj:
1. Du edzoj parolas pri kiam ili ekkonis siajn edzinojn:
- Mi, diras unu el ili, ŝin ekkonis tri monatojn antaǔ
nia geedeziĝo.
- Nu, diras la alia, mi ekkonis la mian tri horojn post
ĝi.
2. Virino diras al sia edzo: Mi ne scias kial ni ne estas
feliĉaj. Ni havas nur unu
volon: vi volas estri la domon... kaj ankaǔ mi!
Proverboj:
- Mateno laborigas, vespero ripozigas
- Kiu ne laboras , tiu ne manĝas
Taskoj:
a) Uzupełnij następujące zdania: - Ŝi loĝas en la
lo ................. . Ili dormas en la dorm .................. Li
manĝas en la manĝ .................. La lernantoj iras al
lern .................. La labor.../li/ iras al la labor... . La
kuir... /ŝi/ kuiras en la kuir... .
b) Opisz swoje mieszkanie (przynajmniej 5 zdań).
Kie vi loĝas? Kia estas la loĝejo? Kiom da ĉambroj?
Kiuj kaj kiaj? la mebloj, objektoj...
Ĝis la revido!
Opracował: Kazimierz Krzyżak
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
11
Maszkary, reduty
i tańcujące wieczorki
Sylwester jeszcze pobrzmiewa taneczną
nutą, a przed nami czas
balów (nie: bali!), czyli
roztańczony karnawał.
Nazwa karnawał dotarła do nas z języka włoskiego: carnevale, a wywodzi się z połączenia
dwóch wyrazów: carne
vale, czyli ‘mięso żegnaj’, co sugeruje, że
początkowo rzecz dotyczyła wyłącznie czasu
bezpośrednio poprzedzającego post (czyli trzech
ostatnich dni: niedzieli,
poniedziałku i wtorku
do północy), zwanego
ostatkami, zapustami
lub mięsopustem. Słowo
mięsopust jest tłumaczeniem łacińskiego określenia carnis privium ‘wolny od mięsa’, a nazwa
zapusty wiąże się z ‘pustymi’ (od mięsa) dniami,
które po nich następują.
W „Encyklopedii staropolskiej” Zygmunt Gloger tak pisze o karnawale: „Odgłosem i
zabytkiem owych czasów są
karnawałowe biesiady, tańce i maszkary. Swawole karnawałowe dawały okazje kaznodziejom staropolskim do
nazywania ich nie ‘zapustami’, ale ‘rozpustami’. Patrząc
na te płoche zabawy, jeden z
ambasadorów Sulejmana II
Wspaniałego, powróciwszy
do Stambułu, rozpowiadał, że
w pewnej porze roku chrześcijanie dostają warjacyi i że
dopiero jakiś proch sypany im
potem w kościołach na głowy
leczy takową. Kościół, chcąc
zapobiedz (dziś: zapobiec),
aby zabawy nie przechodziły w grzeszną rozpustę, ustanowił na czas karnawałowy
nabożeństwo czterdziestogodzinnem zwane”.
Władysław Kopaliński w
„Słowniku mitów i tradycji kultury” notuje łacińskie
wyrażenie carrus navalis i z
tym wyrażeniem wiąże słowo carnevale. Otóż w starożytnym Rzymie carrus nava-
lis to ukwiecony rydwan boga
Dionizosa, pojawiający się na
rzymskich ulicach podczas
hucznych obchodów nadejścia… wiosny.
Dawna karnawałowa Europa
pieczołowicie pielęgnowała
starożytne tradycje. Zabawy
przypominały wczesnowiosenne rzymskie obrzędy odprawiane ku czci bogów urodzaju, dobrobytu, szczęścia,
słońca życia i światła. Szczególnie wielbiono Dionizosa,
boga życia i słońca, patrona
wschodzących roślin i kwiatów, a zwłaszcza krzewów
winnych i wina.
W epoce staropolskiej nasi
przodkowie bawili się, i to
hucznie, na maszkarach. To
XVI-wieczne słowo maszkary
wywodziło się z języka włoskiego: mascara – ‘maska’, i
‘maskarada’; w języku francuskim: mascarade – ‘zabawa, w której uczestnicy noszą
maski’, a oznaczało kostiumową zabawę urządzaną z okazji
wesela na dworze królewskim
lub dworach magnackich. Te
kostiumowe zabawy na dobre
zawładnęły również czasem
karnawałowych pląsów i nawet dodawały im pikanterii.
Panny i kobiety stanu wolnego zawierały interesujące znajomości. Mężatki marzyły o
cichym, niezobowiązującym,
dyskretnym flirciku, a panowie odnajdywali się zazwyczaj nad ranem przy „białym
mazurze” tańczonym ze swoją
połowicą.
W XVIII wieku słynne były
publiczne bale kostiumowe:
reduty, na które trzeba było
wykupić bilet wstępu. Słowo
reduta jest zapożyczeniem z
języka francuskiego: redoute
i wierną kopią jego oryginalnego znaczenia. Dziś to słowo już zapomniane, wiąże się
jedynie z definicją polowych
umocnień obronnych z czasów I wojny światowej.
Z karnawałowych balów zasłynął wiek XIX. Bal (z języka francuskiego: ballare – tańczyć) odnotowywany był jako
ważne wydarzenie, opisywano bale proszone, pułkowe,
dobroczynne i panieńskie w
szczegółach i szczególikach w
kronikach towarzyskich „Kuriera Warszawskiego”. Panny
prezentowały nie tylko stroje balowe, zgodne z obowiązującą modą, ale i swoje….
wdzięki, oczywiście pod czujnym okiem mam, ciotek i babek (tzw. przyzwoitek), które
pilnie śledziły ewentualnych
kandydatów do ręki młodej
damy, szczególnie zwracając
uwagę na majątek i koligacje rodzinne starającego się
o względy młodzieńca. Uroczym elementem dawnych balów był karnecik, w którym
panna rezerwowała tańce dla
ubiegających się o jej względy
danserów. Karneciki tuż przed
karnawałowym balem przygotowywały oficyny wydawnicze. Każdy z nich sprzedawany był z małym ołóweczkiem,
często złoconym, i ze specjalnym zamocowaniem do pasa
balowej sukni. Na parkiecie
pojawiały się eleganckie panie w wytwornych sukniach,
panowie we frakach i smokingach; unosił się zapach perfum.
Orkiestra grała dostojnego poloneza, subtelnego walca i ży-
Styczniowy słowniczek wyrazów balowych
KARNAWAŁ, czyli okres
zimowych zabaw od Trzech
Króli do Środy Popielcowej,
wyzwala taneczną energię
w narodzie. Zanim jednak
roztańczymy się na dobre,
trwa gorączka przygotowań.
Mimo że zmieniła się moda i
piękne balowe suknie zastąpiono skrawkami materiału,
kłopot jest podobny: w co
się ubrać, by nie wystartować w takiej samej kreacji
jak Kowalska.
SALON – barok wprowadził go do pałaców; mieszczaństwo uczyniło pokojem
reprezentacyjnym; współcześnie występuje najczę-
ściej z aneksem kuchennym.
Ta niewątpliwa degradacja
wpłynęła także na spadek
prestiżu lwa salonowego.
Dawniej brylował w bogato zdobionych wnętrzach
specjalnie aranżowanych na
bale, kotyliony, rauty i reduty: „on pół diabła ona anioł/
w równych frakach i cylindrach/ twardzi jak rzeźbione drzewo/ lżejsi niż łabędzie puchy”*; obecnie jest
tylko wspomnieniem…
WODZIREJ – niezastąpiony! To od niego zależało, w
którą stronę potoczy się tańczący korowód; to on dyktował kolejność figur, liczbę
ukłonów, skłonów, podskoków, zwrotów, odchyleń: „z
jakąś pasją obłąkańczą/ wykonują wspólne ruchy/ idą
razem w prawo w lewo…”.
Wyobrażam sobie, że jest
jak dyrygent: z rozwianymi
włosami i połami fraka dwoi
się i troi, aby zwykłe dreptanie przypominało sztukę,
jednak wiedzę na ten temat
czerpię jedynie z książek,
filmów i sprawozdań koleżanki: „papierosy z ust wyjęli/ równocześnie się potknęli/ przewrócili wstali
tańczą”*.
KOTYLION to zarówno zabawa taneczna, w której do-
bór par następuje według
przypiętych „orderów”, jak
i sama ozdoba; „musimy
się łączyć rozłączać/ giąć
i przechylać i prężyć/ jak
dwie kobry które rozhuśtał/ dziki flet zaklinacza
węży”*.
KARNECIK – powiedzmy
od razu: młoda dama rozpoczynająca karierę salonową musiała go mieć! Można
było wygrać los na loterii,
czyli upolować męża (tylko co z tym fantem zrobić
później?). Z góry ustalona
kolejność tańców pozwalała ustalić także odpowiednią
kolejność tancerzy chętnych
wiołowego mazura. Bardzo
ważny bal przygotowywał
wodzirej, koniecznie elegancki i dowcipny. On to zręcznie
prowadził przede wszystkim
taneczne korowody, mostki w
polonezie, przeplatane dwójkami, czwórkami a nawet
ósemkami i szesnastkami.
Znakomicie bawiono się również kameralnie w mniejszym
gronie, na tzw. tańcujących
wieczorach i tańcujących herbatkach. Nazwa słowotwórczo chyba nie bardzo udana,
bo to przecież nie wieczory i
herbatki „tańcowały”, tylko
na nich tańczono, ale sympatyczna i szkoda, że tańcujące
wieczorki, a nawet tańcujące
śniadania (!) przetrwały tylko
do drugiej wojny światowej.
A dziś?
Z balowej etykiety pozostało
już chyba niewiele. Szkoda,
ale cóż, czasy też inne…
Gabriela
Kurpisz-Kasprzak,
wykładowca
Polszczyzny pięknej
i poprawnej
„Ta pani wciąż jeszcze tańczy
wesoła jak młoda dziewczyna”*
lub skutecznie zachęconych,
na przykład wysokością posagu lub …jeszcze inaczej:
„ach chodźmy odpocząć/
wśród parawanów chińskich gdzie się smoki droczą”*.
BIAŁE TANGO!!! Panie
proszą panów, a więc wybierają facetów, którzy są
albo przystojni, albo bogaci,
albo potrafią tańczyć. Trzeba jednak w porę zareagować (czyli ruszyć z miejsca)
i ubiec konkurencję. Nieszczęśniczki podpierające
ściany będą musiały szukać innego sposobu na złowienie męża, od zawsze bo-
wiem wiadomo, że wszystko
ma swój czas i nie wolno zasypiać gruszek w popiele.
Tymczasem „zwiędły suknie
i wachlarz z piór strusich/
czas opada jak chmura szarańczy/ wszystko kończy się
prędzej niż musi/ gra muzyka lecz nie ma z kim tańczyć”*. Koniec balu. „Jeszcze tylko mazur dzisiaj/
choć poranek świta/ czy pozwoli panna Krysia/ młody
ułan pyta”.
Pozwoli! A jakże!
*Maria Jasnorzewska
Pawlikowska, Pocałunki
Elżbieta Wierszko
12
21 stycznia - 4 lutego 2010 r.
[email protected]
www.expressgdynski.pl
HISTORIA
„My trzymamy z Bogiem”
Wspomnienie w 10. rocznicę śmierci ks. Hilarego Jastaka
„Kiedy ranne wstają zorze” słyszę głos w słuchawce telefonicznej. Witam księdza prałata
– mówię. Dobrą jesteś parafianką, bo mnie poznajesz po głosie,
odpowiada ks. Hilary Jastak.
Kiedy w 1961 roku zamieszkałam w budynku naprzeciw kościoła, widywałam często księdza proboszcza nadzorującego
prace przy kościele. Ciągle coś
budował. Na mszę nie można było się spóźniać, bo ksiądz
każdego dostrzegł; gromił także tych, którzy wychodzili za
wcześnie lub skrywali się za filarami. Początkowo wydawało
mi się, że jest bardzo surowy i
niedostępny. Powoli przyzwyczajałam się do Jego sposobu
bycia, poznając Go, gdy jako
gość odwiedzał moją teściową,
z którą mieszkałam. Pamiętał o
święcie patronki Zofii, interesował się życiem rodziny, dziećmi, dla których były cukierki i
obrazki w przepastnych kieszeniach sutanny.
Często wspominał wizytę Eugeniusza Kwiatkowskiego – brata
mojej teściowej - u swego ojca,
Jakuba Jastaka. Zapadło to mocno w Jego pamięci, toteż podjął
myśl Kwiatkowskiego, który
planował budowę bazyliki na
Kamiennej Górze. To połączenie kościoła z morzem nastąpiło w naszej parafii Najświętsze-
go Serca Pana Jezusa w Gdyni,
z inicjatywy i pod kierownictwem ks. Jastaka. Pierwszy też
zareagował na wiadomość o
śmierci Eugeniusza Kwiatkowskiego, dopytując o pogrzeb.
Pożegnał Go w imieniu gdynian razem z Karolem Wojtyłą
w Krakowie. Kilka dni później
odprawił mszę w Jego intencji i
poświęcił tablicę pamiątkową w
kościele NSPJ. Uczestniczyłam
w tych uroczystościach, ale już
wtedy ks. Hilary Jastak był dla
mnie wielką postacią. „Ta niezwykłość objawiała się w normalności – był miły, serdeczny,
dobry, widział starych i młodych”. (J. Błaszkowski, Pomerania 1989 r.)
Kaszub z pochodzenia, z tabakierką Abrahama, Gdynianin
z wyboru. Nie przestraszył się
ani nie zawahał, aby odprawić
mszę w strajkującej stoczni.
Udzielał schronienia w kościele;
przypłacili to więzieniem dwaj
Jego księża i kościelny. Otworzył kaplicę stoczniowców ze
sztandarem zbroczonym krwią
zabitego chłopca. Przyjmował i
nadzorował rozładunek darów
przywożonych w czasie stanu
wojennego i później sprawiedliwie je rozdzielał. Nie zapominał
o dzieciach uczęszczających na
religię i ich potrzebach w tych
ciężkich czasach, kiedy mydeł-
ko było wielką atrakcją. Otoczył
opieką artystów i umożliwił im
występy w kościele. W latach
90. założył fundację wspierającą
uczącą się młodzież kaszubską.
Prawie każdy w Gdyni miał kontakt z księdzem, kiedy uświetniał uroczystości okolicznościowe, przypominał o rocznicach
i sam inicjował ich obchody
albo podczas procesji Bożego
Ciała. W 100. rocznicę urodzin
Eugeniusza Kwiatkowskiego
wygłosił homilię w katedrze w
Oliwie. W ogromnym tempie
przygotował z zespołem „Księgę pamiątkową historii i życia
Gdyni” dla Papieża wizytującego Gdynię 11czerwca1987 r.
Myślę, że między innymi dzięki
Jego wstawiennictwu odbyło się
krótkie spotkanie z Papieżem na
skwerze, przed ołtarzem mojej
teściowej Zofii Dobrowolskiej.
Przed tą wizytą prawie cały czas
spowiadał w kościele, nawoływał znajomych do spowiedzi
przy swoim konfesjonale lub
też wywoływał rodzinę przez
kościelny mikrofon przed zamawianą mszą do uzupełnienia
intencji. To tylko świadczyło o
Jego obowiązkowości.
W domu był swobodny, dowcipny, ale i skupiony na sprawach
gości. Najpierw trzeba było odśpiewać z nim alfabet kaszubski,
później zakosztować słodkości z
Motto: Życie naprzód pędzi kłusem, z dnia
na dzień się wszystko zmienia, a ja pragnę
urok Gdyni, ocalić od zapomnienia…
BALLADA O GDYNI
chce każde dziecko, no i dorosły.
Pośród problemów dnia codziennego
wiele wysiłków, wielu z nas czyni,
aby skutecznie i obrazowo
przedstawić miasto imieniem – Gdynia
Tak dnia każdego coś się wydarza
upiększa miasto i okolice,
bo serce miasta tu otaczają
te nowoczesne piękne dzielnice
A trzeba zacząć wprost, od początku,
kiedy nad morzem stało chat kilka,
w których rybacy zamieszkiwali,
zajęci rybek łowieniem tylko.
Architekturą swą nas zadziwia
na skraju miasta – to Fikakowo,
co konkuruje z pierwszą dzielnicą,
która się zwie właśnie Orłowo.
Aż raz się przyśnił im sen niecodzienny,
zmienić to miejsce na kąpielisko,
zbudować molo i dom zdrojowy,
i pomalutku zmienić to wszystko.
Dobrze jest również pospacerować
nad morza brzegiem w słońcu i skwerze,
i się zapatrzeć w tę dal srebrzystą,
po tym nadmorskim chodząc bulwarze.
Gdzie twe marzenia w dal ulatują,
gdzie wiatr od morza twą twarz owiewa,
gdzie białe żagle w błękicie wody,
gdzie razem szumią: morze i drzewa.
I tak powstała ta nasza Gdynia
wyrosło mnóstwo pięknych budynków,
to ludzie mieli tyle zapału
i wiele chęci dobrych uczynków.
Do dzisiaj Gdynia wciąż się rozwija
i ważny port tu zbudowano,
a nasze miasto coraz piękniejsze
można podziwiać codziennie rano.
Gdy człowiek idzie Świętojańską,
oczy się cieszą, serce raduje,
zielone drzewka stoją w szeregu
człowiek się tutaj szczęśliwy czuje.
A naszą dumą i naszą chlubą,
co dnia każdego człowieka cieszy,
jest nowa trasa – ta Kwiatkowskiego,
którą oglądać każdy się spieszy.
Nagle wśród dachów wysmukłe wieże,
które nad miastem właśnie wyrosły,
wieże Sea Tower również oglądać
Tu morskie fale brzeg omywają,
żagle, jak ptaki śmigają w dali,
pragniesz krajobraz tak bliski sercu,
który w pamięci też zachowamy.
I tak żyjemy w tym pięknym mieście,
nie zawsze faktu tego świadomi,
lecz najważniejsze wiemy nareszcie,
że to się nie da nigdy zapomnieć.
Trudno uwierzyć, ale to miasto,
tak nam codziennie życie upiększa,
i coraz bardziej cenimy Gdynię,
a nasza miłość ciągle się zwiększa!
Nina Pruszkowska-Żelazkowa,
słuchaczka Gdyńskiego Uniwersytetu
Trzeciego Wieku w YMCA Gdynia
księgi „Pierwsza pomoc w cierpieniach wewnętrznych”; sam
lubił ryby i o nie pytał, gdy wpadał znienacka.
Żył skromnie, przeznaczając
wszystko na kościół, dlatego na
miejsce pochówku przy kościele
sobie zasłużył. Osobiste zbiory i
pamiątki po rodzicach przekazał
do muzeum sióstr zakonnych w
Orłowie w 1991 r. w rocznicę
swego Złotego Jubileuszu Kapłaństwa.
Nie sposób objąć wszystkich zasług ks. Hilarego Jastaka, są one
szeroko opisane, jak również zamieszczone w Internecie. Wiem,
że bardzo cenił sobie tytuł Honorowego Obywatela Gdyni i
Kościerzyny, który otrzymał 29
grudnia 1999r. List pożegnalny księdza do naszego Urzędu
Miasta zawiózł nasz wspólny
znajomy, nie przeczuwając, że
robi ostatnią przysługę księdzu.
10 lat od chwili śmierci przeleciało jak wiatr od morza. Z
mego okna widzę miejsce spoczynku księdza, a kiedy przechodzę obok, jest czas na chwilę
zadumy nad tym, co przemija,
a co pozostaje we wspomnieniach.
Nasz umiłowany Ksiądz Prałat
zasłużył sobie na pamięć i modlitwę.
Marianna
Doliwa-Dobrowolska

Podobne dokumenty