Nr 49 Waga: Mb - YMCA dla Seniorów

Komentarze

Transkrypt

Nr 49 Waga: Mb - YMCA dla Seniorów
www.expressgdynski.pl
YMCA GDYNIA
5
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
Nr 6 (49)
czerwiec
2010
Wernisaże, wernisaże…
Od 1 czerwca w holu gdyńskiej YMCA podziwiać można prace wykonane różnymi
technikami przez grupę uczęszczającą na zajęcia „Terapii przez sztukę”.
„Terapia przez sztukę” to nazwa grupy liczącej 12 osób,
które pod opieką artysty plastyka mgr Jolanty Smulkowskiej
na przestrzeni ostatnich trzech
lat dokonywały poszukiwań w
zakresie formy i treści, posługując się wszelkimi materia-
łami i środkami, aby wyrazić
siebie. W ostatnim semestrze
było to sześć godzin pracy w
tygodniu. Wykorzystując roz-
maite techniki grupa pracowała nad rożnymi tematami: martwą naturą, postacią, portretem,
kompozycją, pejzażem. Tematy
inspirowane były przyrodą, muzyką, ruchem. Autorzy prac mówią: „Nie jesteśmy producentami
słodkich obrazków! Nam samym
czasami też nie jest słodko. Nasze prace i wystawy powstają w
wysokiej temperaturze działań!
Ale chyba tak trzeba… Dużo już
umiemy i możemy wystawiać in-
dywidualnie”. W grupie tej pracowały panie: Aldona Olańczuk,
Maria Fontańska, Renata Piekarska, Ewa Kopiec, Izabela Suchodolska, Rozalia Kunysz, Bożena
Zielińska, Bogusława Sobczak,
Teresa Gierszewska, Janina Janczelewska.
Wolni i odpowiedzialni w świecie sztuki
Zawsze mam obiekcje, czy powinnam wypowiadać się publicznie na temat sztuki. Moja
wiedza na temat kierunków
artystycznych, technik malarskich czy palety barw jest powierzchowna i obawiam się,
niewystarczająca, by formułować jakiekolwiek wnioski czy
opinie. Z drugiej strony sztuka fascynuje mnie w niewytłumaczalny sposób.
Pomyślałam, że na przecięciu tych sprzeczności
znajduje się artysta, człowiek, który inaczej patrzy
na świat, zmysłami odbiera bodźce zewnętrzne, odkrywa swoją wrażliwość,
by poprzez obraz komunikować się z innymi. I to
on interesuje mnie najbardziej.
Pani Teresa Skorupa pochodzi z rodziny uzdolnionej artystycznie. Obrazy dziadka,
mala- rza amatora, trafi ły do
muzeum w Przemyślu; matka i ciotka studiowały na Akademii Sztuk Pięknych; siostra
Marta i siostrzenica uprawiają
malarstwo i grafi kę; wyraźnie utalentowany pla- stycznie
jest wnuk, który repre- zentuje
już czwarte pokolenie. Teresa i
jej mąż studiowali ar- chitekturę wnętrz. Pięćdziesiąt godzin
tygodniowo zajęć na uczelni
przygotowywało studentów do
zawodu, ale również kształciło
w zakresie malarstwa, rzeźby,
grafiki. Jako architekt wnętrz z
doktoratem artystycznym kilkanaście lat poświęciła odpowiedzialnej pracy dydaktycznej
na Politechnice Białostockiej.
Satysfakcja i brak czasu na
wersytecie Trzeciego Wieku
grupy studentów zainteresowanych uprawianiem sztuki.
Program nauczania jest bardzo
ambitny i obejmuje zarówno
wiadomości teoretyczne (np.
wartość kreski, rola światła w
malarstwie, relatywizm barw i
form), jak i praktyczne umiejętności: martwa natura, collage,
postać człowieka z natury, pejzaż. Uczestnicy
obecnego trzyletniego
kursu są zgodni: p. Teresa pokazała im, jak patrzeć na świat, sprawiła,
że poczuli się wolni, a
w związku z tym musieli wziąć odpowiedzialność za swoją obecność
w świecie sztuki i poszukiwanie własnego stylu.
To jedna z największych
tajemnic dydaktyki, wiedza
dostępna tylko najlepszym pedagogom: nie zmuszać, ale
ukierunkowywać; chwalić, ale
odsłaniać błędy, wymagać, ale
zainteresować i zaciekawić tak
dalece, że niemożliwe staje się
opuszczanie zajęć. Trzeba pamiętać, że uczniami są ludzie
dojrzali z własnym bagażem
doświadczeń, którzy uwolnili
swoją artystyczną naturę i już
zmierzyli się z kompleksami.
Tworzą grupę przyjaciół i ufa-
„Zmień pragnienie w zamiar i
pewność, że weźmiesz, co Twoje.”
własną twórczość artystyczną,
bilans korzyści i strat; po prostu życie! Dopiero w trudnych
latach 80. sięgnęła po gobeliny,
by odreagować stresy wywołane sytuacją w kraju. W latach
90. zaczęła wreszcie malować
akwarele. Ta technika bardzo
jej odpowiada i pozostaje w zgo
dzie z jej temperamentem: maluje się szybko, równie szybko
widać efekt.
Od kilku lat Teresa Skorupa
prowadzi na Gdyńskim Uni-
ją swojej nauczycielce. Rysują, malują, organizują plenery,
eksperymentują z tematami,
formami i formatami. Ilustrują
pojęcia, wiersze i bajki. Podpatrują, przełamują schematy i
dyskutują. Cieszą się z sukcesów, żartują ze wzrostu prestiżu w najbliższym środowisku,
akceptują fakt, że nie są doskonali, bo przecież słabości nie
niwelują zalet. Nie przepadają
za wystawami, bo okupione są
dużym wysiłkiem i stresem; nie
sprzedają swoich prac, bo tak
trudno rozstać się z nimi.
Teresa bardzo ceni sobie współpracę z grupą. Uważa, że musi
zachodzić między nimi sprzężenie zwrotne, bo relacja Uczeń
- Profesor opiera się na sza- cunku, zaufaniu i braterstwie dusz.
W takiej przestrzeni łatwo poddać się wspólnemu nurtowi i
płynąć, płynąć, płynąć…*
Pisanie o sztuce jest zajęciem
karkołomnym, niewątpliwie;
pisanie o realizujących swoje marzenia, poszukujących
nowych środków wyrazu, zamieniających codzienność w
święto to zaszczyt. Pani Teresie
Skorupie i wszystkim uczestnikom Jej zajęć życzę zdrowia,
bo talent i motywację już mają!
Elżbieta Wierszko
*Z Mickiewicza
6
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
Dlaczego warto…
Od miesięcy obserwuję w swoim otoczeniu wzmożoną aktywność kobiet. Tzw. temat kobiecy jest zresztą nieprzerwanie aktualny od czasów sufrażystek. Mnie fascynują zarówno feministki odważnie domagające się równych praw,
parlamentarzystki walczące z przemocą, jak i amazonki
uświadamiające konieczność wczesnego wykrywania raka.
Chociaż nie biorę udziału w żadnej ze społecznych akcji na
rzecz kobiet, ze wszystkimi utożsamiam się. Z socjologicznego punktu widzenia jestem osobą bierną. Przeraziło mnie
to, bowiem nie chciałabym skończyć w tłumie skandującym uwolnić Barabasza!
Kim wobec tego chciałabym być?
Od początku mojej wielkiej miłości do literatury romantycznej i romantyków chciałam być dzieckiem, poetą lub
szaleńcem. Nie bardzo się starałam, dlatego nie osiągnęłam
wiele. Dziecko – nie ma o czym mówić! Zagubiło się w odmętach czasu i losu. Poeta – niestety, niestety! Brakuje mi
talentu, wrażliwości dziecka, intelektualnej dociekliwości. Pozostaje wariatka, ale na pewno nie ta
biedaczka z „Romantyczności”:
Co tam wkoło siebie chwytasz?/
Kogo wołasz, z kim się witasz?/ ona nie słucha. Może lepsza byłaby wariatka, która tańczy? Ledwo
zaczęłam oswajać się z tą nową
jakością egzystencjalną, a tu cios
w samo serce, czyli Montaigne ze
swoimi mądrościami: Tylko szaleńcy są pewni i zdecydowani!
Niczego nie jestem pewna, na nic
nie mogę się zdecydować! Przynajmniej nie od razu. Co robić?
Gdzie szukać natchnienia? Przypomniałam sobie, że istnieje bardzo wygodna instytucja
błazna. Kłopot polega na tym, że wyraz ten ma trzy znaczenia: klown, czyli artysta cyrkowy; trefniś, wesołek, w naszej
kulturze zbyt często utożsamiany ze Stańczykiem; głupiec,
który ośmiesza się swoim zachowaniem. Zorientowałam
się jednak w porę, że są to rzeczowniki rodzaju męskiego,
a ja piszę przecież o kobietach. Ponieważ nie zamierzam
robić z nikogo błazna, ani wyjść na błazna, dlatego potulnie
wracam do tematu.
Korzyści, jakie daje kobiecie przyrodzony lub przypisywany ‘brak rozumu’, opisano w niejednym dziele. W jakimś
starym kalendarzu wyczytałam na przykład, że kobieta nigdy nie powinna afiszować się mądrością; zdecydowanie
więcej osiągnie, kiedy, wiedząc i robiąc swoje, nie przypisze sobie zasług. Ma to jakiś związek z szyją, która manipuluje czyjąś głową, ale to nie jest mój przypadek.
Brnę więc dalej. Myślę, że od biedy mogłabym zagrać kobietę z klasą (nie mylić z nauczycielką albo z elegantką).
Dyskutantki jednego z kobiecych programów telewizyjnych wyznaczyły następujące kryteria dla tej kategorii: nie
szkodzić innym; z szacunkiem tych innych traktować; godnie nosić głowę; chamstwo zwalczać, ośmieszając; dbać o
kulturę języka. Ambitne zadanie, szerokie pole do popisu
na ugorze bylejakości. Gdzie diabeł nie może… No cóż!
Mogę dbać, uprawiać i nosić, ale chyba zawsze brakowało
mi temperamentu wojownika.
Czasami przywołuję w pamięci siłaczkę z opowiadania
Żeromskiego i moją fascynację jej pozytywistyczną determinacją, ale wtedy biją na mnie zimne poty. Wyczerpał
się zupełnie ten model społecznikowskiego działania. Inne
czasy, inne potrzeby i metody na miarę XXI wieku. Fundacje, stowarzyszenia, wolontariat, organizacje rządowe
i pozarządowe – dopóki system łączy ludzi z pasją, gotowych na poświęcenie własnego czasu, pieniędzy albo pomysłów, dopóty wszystko działa. Istnieje również, wierzę
w to, zwyczajna ludzka pomoc i współpraca. Wprawdzie
działania te nie są medialne, ale zawsze można na nie liczyć.
Nasze człowieczeństwo poddawane jest próbie właśnie w
codziennych aktach dobroci, wdzięczności, uprzejmości,
szlachetności, które nie wymagają ani odwagi, ani pieniędzy, ani poświęcenia. Dobro rodzi się wtedy, gdy ludzie zapominają o sobie.**
Powie ktoś, że kobieta dojrzała i doświadczona może być,
jeśli tylko chce, wolna jak ptak. Czy nie za szybko jednak
przywodzi to na myśl inne skojarzenia z ptakami? Ach! Cóż
to musi być na przykład za frajda, żyć wreszcie jak niebieski
ptak cudzym kosztem i próżnować, ile wlezie. Tymczasem
moja myśl lotem ptaka kieruje się także ku podejrzanym
albo rannym ptaszkom, a nawet stalowym ptakom, bo przecież z lotu ptaka widać więcej. Przerażona tymi perspektywami, kończę wątek ornitologiczny, marząc, by zawsze
budził mnie świergot ptaków.
Człowiek jest absurdalny przez to, czego szuka, wielki zaś
dzięki temu, co znajduje.***
Czy uda mi się coś odnaleźć? Czy poszukując wyimaginowanej tożsamości, nie zaprzepaszczę tego, co mam?! Czy
dlatego nie warto ryzykować zmian?
„Waha się,
jest w rozterce, krótko mówiąc
– jest kobietą*.”
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
Nie chodzę do kina na polskie filmy!
FESTIWAL
POLSKICH
FILMÓW
FABULARNYCH
reminiscencje kinomanki
W rozmowach kuluarowych, również
w festiwalowej sondzie, najczęściej
usłyszeć można było, że do kina chodzimy
rzadko albo wcale. W uzasadnieniu
padały wciąż te same argumenty:
ceny biletów w Multikinie są zbyt
wygórowane; brak czasu; zaspokajanie
potrzeb
kulturalnych
ulubionymi
serialami telewizyjnymi; wybieranie kina lekkiego, łatwego i
przyjemnego; preferowanie komercyjnych filmów amerykańskich
zawsze perfekcyjnie zrobionych. W takim kontekście polskie
kino ma małą szansę na przebicie; poza tym potencjalnego widza
zniechęcić mogą ‘recenzje’ pisane z perspektywy mi się podoba
(zamiast podoba mi się
lub mnie się podoba).
Ten stan rzeczy nie
dotyczy
kinomanów,
zwłaszcza
podczas
festiwalu. Tłumy widzów
w Gemini na pokazach dla
publiczności; dyskusje
w
oczekiwaniu
na
kolejny (czwarty, piąty)
film dnia; dzielenie się
pierwszymi wrażeniami,
obserwacjami, opiniami
na temat poprzednich
projekcji. Tutaj nie ma
oficjalnego
zadęcia;
znani aktorzy, reżyserzy i krytycy, zawieruszeni między widzami,
czekają ze wszystkimi, by zobaczyć wybrany film. Jesteśmy
podekscytowani zarówno zarejestrowanymi obrazami filmowymi,
jak i atmosferą tej dorocznej imprezy.
Mam kłopot z wyjaśnieniem, na czym polega fenomen festiwalu,
ta nieoczekiwana mobilizacja sił i entuzjazmu, by
przetrwać i jak najwięcej obejrzeć. Jestem zmęczona
i głodna, ale jednocześnie nie przeszkadza mi, że
znajduję miejsce na schodach ciemnej kinowej sali
i przycupnięta, nieporuszona trwam do ostatniego
kadru. W normalnym czasie nie chodzę do kina na
wszystkie polskie filmy: najpierw w miesięczniku
„Kino” czytam recenzje; wybieram ulubionych
reżyserów (Machulski, Kolski, Barański, a
także młodzi, np. Szumowska); odrzucam filmy
poskładane z gagów dla rozbawienia publiki.
Ale w czasie festiwalu nie dokonuję selekcji, poza ilościową, z
konieczności.
Zgadzam się z tymi krytykami i recenzentami, którzy są
przekonani o niezłej kondycji naszej kinematografii. Filmy, które
obejrzałam, miały dobre scenariusze, były świetnie zmontowane,
zadziwiały kostiumami i scenografią, niekiedy finezyjną. Przede
wszystkim jednak każdy z nich (nawet najsłabszy „Fenomen”),
był świetnie, wprost rewelacyjnie zagrany. Aktorzy głównych ról
Redaktor naczelna: Dorota Kitowska
Redaktor prowadzący: Radosław
Daruk
Kolegium redakcyjne: Dorota Kitowska, Radosław Daruk, Gabriela
i ci w epizodach, dorośli i dzieci, których nie
brakowało w tym roku na ekranie, obsadzeni
zostali z troską o wymogi fabuły. I to jest
dla mnie kolejna niespodzianka: scenarzyści
i reżyserzy wreszcie opowiadają ważne,
dramatyczne lub śmieszne, sensacyjne bądź
wampiryczne historie, które wzruszają,
przerażają, bawią, a na pewno zmuszają do
myślenia. Bo filmy robi się dla ludzi, którzy zechcą je po prostu
obejrzeć; i dla tych, którzy szukają odpowiedzi lub wskazówek;
i dla samotnych, zagubionych, zbuntowanych i pokręconych…
Bo sztuka wtedy jest bliżej nas, kiedy możemy odnaleźć w niej
swoje lub bliźnich problemy.
Mój faworyt, film J.J. Kolskiego „Wenecja”,
nie został nagrodzony. Jury nie doceniło
ani piękna filmowanej historii, ani uroków
poetycko malowanych w kadrze obrazów, ani
metaforycznego przekazu zagłady świata i
ludzi. Nie mam pretensji. Podjęcie i ogłoszenie
werdyktu nigdy nie jest łatwe. Tym bardziej, że
każdy z wyróżnionych filmów także zasługiwał
na nagrodę główną. Tegoroczny FPFF nie
wywołał wprawdzie trzęsienia ziemi, ale
dostarczył dostatecznie wielu emocji, by czuć się
usatysfakcjonowanym. Otwarte pozostaje pytanie,
ile filmów trafi do kin? I czy znajdą się chętni, by
je obejrzeć? Bez udziału i zaangażowania widzów
nie ma mowy o rzeczywistym sukcesie polskiego
kina, ale może jednak zdarzy się cud…? By
wspomóc cud (trochę wbrew sobie, łamiąc zasadę, że z gustami się
nie dyskutuje), zupełnie bezinteresownie przekształcam zdanie z
tytułu: Wprawdzie nie chodzę zbyt często do kina na polskie filmy,
ale … może uda mi się obejrzeć niezłą komedię M. Wojtyszki
„Święty interes”; przejmujące studium rozpadu rodziny P. Sali
„Matka Teresa od kotów”;
horror
w
komediowej
konwencji J. Machulskiego
„Kołysanka”; wzruszający
film D. Kędzierzawskiej
„Jutro będzie lepiej” z
trójką bardzo niedorosłych,
acz doświadczonych ciężko
chłopców; „Chrzest” M.
Wrony i koniecznie „Małą
maturę” J. Majewskiego.
Dodam jeszcze, że FPFF 2010 oferował poza Konkursem
Głównym wiele innych atrakcji, a wśród nich Konkurs Kina
Niezależnego, Konkurs Młodego Kina, Panoramę Kina Polskiego,
wystawy, koncerty, spotkania literackie. Przyznają Państwo,
że Gdynia potrafi zaszaleć, że promuje się z rozmachem, że
pamięta o rozmaitości zainteresowań odbiorców. Jeśli ktoś z
gdynian nudzi się, to tylko na własne życzenie!
Elżbieta Wierszko
„Mam kłopot z wyjaśnieniem, na czym
polega fenomen festiwalu, ta nieoczekiwana mobilizacja sił
i entuzjazmu”
„Mój faworyt, film
J.J. Kolskiego Wenecja, nie został
nagrodzony.”
Kurpisz-Kasprzak, Elżbieta Wierszko
Opracowanie tekstów i korekta:
Gabriela Kurpisz-Kasprzak, Elżbieta
Wierszko
Redakcja techniczna, skład i łamanie:
Łukasz Bieszke
Zespół redakcyjny: Gabriela
Kurpisz-Kasprzak, Kazimierz Krzyżak,
Halina Młyńczak, Ewa Przybyłowska,
Elżbieta Wierszko
Adres redakcji: Ognisko ZMCh
„POLSKA YMCA” w Gdyni, 81-346
Gdynia, ul. Żeromskiego 26
Kontakt: tel. 58 620–31–15, 621-78-42
e–mail: [email protected]
Redakcja zastrzega się sobie prawo
do skrótów i opracowań tekstów.
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
7
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
Ocalić od zapomnienia
Admirałowi Xaweremu Czernickiemu
– wspomnienie swe poświęcam
Na kartach Kroniki Gdyńskiej Rodziny Katyńskiej
dokonany został historyczny
zapis dotyczący symbolicznej mogiły Admirała Xawerego Czernickiego:
Gdynia, 16 października
1992r.
Na cmentarzu Witomińskim
w Gdyni odsłoniliśmy tablicę
poświęconą pamięci kontradmirała inż. Xawerego
Czernickiego w 110. rocznicę Jego urodzin. Dowództwo
Jednostki Wojskowej nr 4855
Marynarki Wojennej oraz
Gdyńska Rodzina Katyńska pragnie społeczeństwu
Gdyni i Polski przywrócić
pamięć o wielkim budowniczym floty Marynarki Wojennej II RP oraz stoczni i
Portu Wojennego w Gdyni;
o żołnierzu Września w wojnie 1939 r. i więźniu obozu
jenieckiego w Kozielsku na
terenie ZSRR. Jednocześnie
na symbolicznej mogile, na
tablicy ufundowanej przez
pana Ryszarda Rostankowskiego, zamierzamy podać
prawdziwą informację o dacie i miejscu śmierci:
Admirał Xawery Czernicki
zamordowany w 1940 przez
NKWD w KATYNIU
Orkiestra
reprezentacyjna
Marynarki Wojennej zagrała
hymn narodowy. W podniosłej atmosferze, w obecności
admirałów i wyższych oficerów z dowództwa Marynarki
Wojennej z kontradmirałem
Romualdem Wagą na czele,
odsłonięcia tablicy upamiętniającej męczeńską śmierć
admirała Czernickiego dokonali: komandor Józef Rogalski, (ja) Halina Młyńczak
oraz Antoni Czernicki, jego
bratanek. Składając do posad mogiły Serafiny Czernickiej, małżonki admirała,
urnę z męczeńską ziemią katyńską, tablicę poświęcił ks.
prałat Zdzisław Peszkowski.
W uroczystości uczestniczyli
kombatanci, młodzież szkół
gdyńskich, harcerze…
Prezes Rodziny Katyńskiej
pani Krystyna Kubska
przedstawiła rozmiar zbrodni
sowieckiej na polskich oficerach i apelowała: Dziś Marynarka Wojenna […] i Rodzina Katyńska [..] wpisują
w historię Gdyni postać Admirała Czernickiego złotymi zgłoskami. Ta mogiła nie
będzie zapomniana i opuszczona. Wojsko Polskie i Rodziny Katyńskie przyjdą tu w
te dni, kiedy czcimy pamięć
zmarłych i poległych na wojnie.
Słowa dowódcy jednostki
brzegowej MW, komandora Józefa Rogalskiego wybrzmiały niczym przyrzeczenie:
Głęboko umiłowałeś naszą
Polską Marynarkę Wojenną, której byłeś budowni-
czym. Kreując Ciebie, Admirale, na patrona podległej mi
jednostki, będę uczyć młode
pokolenie marynarskie, jak
być patriotą, jak kochać Ojczyznę, jak pozyskiwać wiedzę dla szlachetnego kształtowania osobowości Polaka
III RP.”
***
Jest w Gdyni ulica imienia
Admirała Xawerego Czernickiego; patronuje On również Centralnej Składnicy
Marynarki Wojennej w Pogórzu oraz szkole w Pogórzu
(gmina Kosakowo). W 2001
roku najnowszy polski okręt
wsparcia logistycznego nazwano ORP „Kontradmirał
Xawery CZERNICKI
Kontradmirał Xawery Stanisław Czernicki urodził się
na Wileńszczyźnie 16 października 1882 – jego ojciec
Edward był powstańcem
styczniowym. Po ukończeniu
gimnazjum w 1905 r. w Wilnie, studiował w Morskiej
Wyższej Szkole Inżynierskiej w Kronsztadzie. Pracę
w charakterze budowniczego
okrętów rozpoczął w 1906 r.
i kolejno przez 12 lat jako inżynier budował w stoczniach
Rewla i Petersburga kontrtorpedowce oraz pancerniki
„Sewastopol” i „Pietropawłowsk” dla carskiej marynarki.
W 1919r. rozpoczął służbę
w utworzonej polskiej Marynarce Wojennej. Na orężne karty dziejów morskiego
rodzaju sił zbrojnych wszedł
przede wszystkim jako dowódca Portu Wojennego w
Modlinie i Flotylli Wiślanej
podczas zaciętych walk z
bolszewickim agresorem na
Wiśle pod Płockiem i Włocławkiem w 1920 roku.
W latach 1926 – 1932, będąc
przewodniczącym komisji
nadzorującej budowę okrętów we Francji, komandor
Czernicki doprowadził do
realizacji kontrtorpedowców
„Wicher” i „Burza”, oraz
okrętów podwodnych „Ryś”,
„Wilk”, „Żbik”. Wspierał budowę floty wojennej przez
stocznie krajowe! Budowa trałowców zrealizowana
w latach 1933 – 1939 w firmach krajowych była sukcesem młodego polskiego przemysłu, osiągnięciem polskiej
kadry technicznej. Można
więc twierdzić, że wysiłkiem
i trudem admirała rosła i potężniała Marynarka Wojenna, utrwalała się obronność
naszych granic na morzu.
Odznaczony m.in. Krzyżem
Walecznych, Złotym Krzyżem Zasługi, Francuska Legią Honorową IV klasy, był
człowiekiem wielkiego serca
i formatu. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach potrafił
zachować godność oficera
MW RP.
Jako szef akcji ewakuacyjnej
kierownictwa Marynarki Wojennej we wrześniu
1939 r. zagarnięty do niewoli przez Armię Czerwoną, został osadzony w
obozie jenieckim w Kozielsku, a w 1940 r. zamordowany i zrzucony na
śmiertelny stos w dołach
katyńskich.
Czas kneblowania katyńskiej prawdy trwał 50 lat!!!
Nazwisko admirała Czernickiego z katyńskim raziło ówczesną rzeczywistość, przeto
w oficjalnych opracowaniach
encyklopedycznych oraz materiałach polskiej Marynarki
Wojennej stanowiło tabu, zastrzeżone państwową, a nawet
sowiecką cenzurą! Wytwarzano pustkę w świadomości Polaków o Katyniu i Admirale.
Cenzurowano nawet napisy
epitafijne na cmentarzach.
A jednak, zwodząc cenzurę,
ktoś, mimo usilnych starań,
„W 1940 r. zamordowany i
zrzucony na śmiertelny stos
w dołach katyńskich.”
niezidentyfikowany, na nagrobku żony, Serafiny Czernickiej w 1956 r. umieścił napis o śmierci kontradmirała w
ZSSR, lecz nie zaryzykował
prawdziwego napisu o katyńskiej, tragicznej okoliczności..
Bowiem nagrobek o takiej
treści nie przetrwałby nawet
nocy, a jego autorzy wylądowaliby w objęciach sadystycznej ubecji. Pamięć nie dała się
zgładzić! Przedwojenny gdynianin, żeglarz Stanisław Ludwig zaprowadził mnie na tę
mogiłkę, nad którą ze szczerą
pamięcią i szacunkiem często
się pochylał. Odtąd i ja zaczęłam tam przychodzić. Niejako
wiedziona poczuciem wspólnoty jego losu z losem mojego ojca, podjęłam obowiązek
doraźnej opieki nad mogiłą,
jako że w Gdyni nie było krewnych państwa Czernickich.
Swą skąpą wówczas wiedzą o
mordzie katyńskim i admirale
dzieliłam się, choć oględnie, z
otoczeniem. Gdy zaś w dobie
Gorbaczowa, zanim sowiecka agencja TASS 13 kwietnia
1990 r. ogłosiła, że mord katyński zorganizowały władze
ZSRR, jechałam do miejsca
kaźni, do Katynia, to wówczas
rodzina Ludwigów przekazała
mały wieniec i znicze, by złożyć Tam w hołdzie wielkiemu
Polakowi i dobroczyńcy miasta
Gdyni.
Jest w Gdyni jeszcze jedno
miejsce, gdzie społeczeństwo
walczyło o prawdę katyńską
z miejscową ubecją. W Dzień
Wszystkich Świętych, u wejścia na cmentarz Witomiński,
wyrastał krzyż z napisem „Katyń, Grudzień 1970”. Razem z
setkami zniczy w nocy ginął i
znowu nieznani, odważni Sprawiedliwi stawiali go w Zaduszki. Teraz, od czasu pani prezydent Franciszki Cegielskiej,
z dopisanymi, kolejnymi ofiarami komunizmu stoi trwale w
łunie tysięcy płonących ogni
w dni pamięci o Zmarłych.
Tu także jako Rodzina Katyńska kwestowaliśmy na budowę
cmentarzy wojennych.
W sprawie Katynia nadchodził
świt i rodziła się myśl o budowie żołnierskich cmentarzy w
Charkowie, Katyniu i Miednoje. Gdy przed rokiem na Katyńskim Cmentarzu spotkałam
ich głównego budowniczego,
ministra Andrzeja Przewoźnika, zatroskanego o stworzoną nekropolię, ale też i o
pobudowanie kolejnych cmentarzy w Bykowni na Ukrainie
i Kuropatwach na Białorusi,
to nie przeczuwałam, że widzę go po raz ostatni. W największym czarnowidztwie nie
przewidziałabym, że tragicznie
zginie w katastrofie pod Smoleńskiem. Pan da wieczny Pokój!
Jak nie zacytować wersu ze
starego Testamentu: A głupim
się zdawało, że oni pomarli… Pamięć nie dała się zgładzić! Jest naszą pokoleniową,
humanitarną powinnością!
Postacie wiernych Synów
Ojczyzny żyją w pamięci Rodzin i Narodu!
Załoga ORP „Kontradmirał
Xawery Czernicki”, okrętu
dowodzenia Stałym Zespołem Obrony Przeciwminowej
NATO – SNMCMG-1, złożyła hołd ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem, wśród
których był dowódca Marynarki Wojennej wiceadmirał
Andrzej Karweta.
52-letni admirał Andrzej Karweta zginął w katastrofie prezydenckiego samolotu pod
Smoleńskiem. Leciał do Katynia razem z państwową delegacją, by uczcić pamięć kilkudziesięciu polskich marynarzy
zamordowanych w Katyniu.
Był wśród nich Admirał Xawery Czernicki.
Z okazji nadchodzących dni
Święta Morza wilkom morskim, Admirałom, którzy ostatnią wachtę zakończyli pod
Smoleńskiem – swoje gdyńskie refleksje poświęca.
Halina Młyńczak
8
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
www.expressgdynski.pl
YMCA GDYNIA
Kontynuacja tematu z numeru majowego
Jest takie cudne
miejsce na świecie...
Są dwa rodzaje ludzi.
Ci, którzy żyją, grają i umierają.
I tacy, których jedynym zajęciem jest utrzymywanie
równowagi na krawędzi życia.
Są aktorzy.
I są podniebni tancerze.*
część 3
Wizyta w MUZEUM IKON w
Supraślu okazała się wydarzeniem, które na długo zapisze się
w mojej pamięci. Najpierw wystawa ikon ze zbiorów muzeum
w Łodzi. To początek cyklu spotkań opartych na wymianie często unikalnych dzieł sztuki. My,
Seniorzy na Podlasiu, uczestniczymy w wernisażu z prawdziwego zdarzenia: uroczyste
powitanie gości przez dyrektora placówki, wprowadzenie w
meritum przedsięwzięcia przez
kustosza wystawy, prezentacja
i podziwianie naprawdę pięknej ekspozycji, szampan, media, wywiady… Przeszłość i
„Moją uwagę przyciągają oczy świętych: duże, najczęściej okrągłe, ciemne, podkrążone...”
W supraskim muzeum ikon
można podziwiać
także prawosławne pięknie
zdobione
krzyże
teraźniejszość; nowoczesność i
tradycja; charakterystyczne kolory, oznaczające boską i ziemską naturę Chrystusa; skupienie
starszych i entuzjazm młodych,
którzy tu i teraz, na dobre i na
złe tworzą coś wielkiego.
Widywałam już ikony na żywo,
nigdy jednak nie miałam odpowiedniej wiedzy, by pojąć zapisaną w nich duchowość. Tym
razem, jak sądzę, uda mi się
odczytać ich sakralny charakter
oraz zrozumieć rytuał towarzyszący modlitwom, kiedy wierni zapalają świece, kłaniają się
przed ikoną, po czym całują ją.
Przyglądam się także czystym
kolorom, jakie stosuje się w pisaniu ikon. Ich symbolika nie
zmieniła się od początku chrześcijaństwa, a prawosławni są
zdecydowani bronić ortodoksyjnego stanowiska, upatrując
w tym siłę swojej religii.
Moją uwagę przyciągają oczy
świętych: duże, najczęściej
okrągłe, ciemne, podkrążone;
są poważne, może nawet smutne albo zatroskane; mimo to
emanują spokojem, mądrością
i chyba pewnością co do kondycji ludzkiej natury, naszego
człowieczego przeznaczenia.
Pan Jan Grigoruk, pracownik muzeum, ikonograf, który
wprowadzał nas w arkana sztuki ikonograficznej, w niedzielę
1 maja zaprosił do zwiedzania
stałej ekspozycji muzealnej w
remontowanym wciąż skrzydle monasteru. I oto pogrążeni
w mrokach przeszłości podążamy przez rzymskie katakumby
oczarowani muzyką i śpiewem
cerkiewnym. Z tego mroku zaczynają wyłaniać się za sprawą
gry świateł freski oraz symbole
chrześcijaństwa: litera x, ryba,
paw. Zafascynowani opowieściami przewodnika, urzeczeni
eksponatami, przechodzimy do
kolejnych sal, podziwiając, na
przykład, wnętrze szesnastowiecznej kuchni z zabytkowym
wyciągiem
wykorzystanym
do zaprezentowania rocznego
koła świąt prawosławnych, niebieską salę poświęconą Matce Boskiej, czerwoną salę rycerską, zachowane fragmenty
fresków ze zburzonej cerkwi,
ikony podróżnicze, pracownię
ikonografa, makietę odbudowywanej cerkwi. Doznajemy
nawet złudzenia, że uczestniczymy w pielgrzymce… Nowocześnie zaaranżowane wnętrza muzeum nie przekreślają
dawności, wręcz przeciwnie,
na każdym kroku stykamy się z
tradycją i bogactwem kulturowym prawosławia; umiejętnie
rozmieszczone i z pieczołowitością wykorzystane eksponaty
dostarczają niezapomnianych
wrażeń estetycznych, historycznych i duchowych.
Do przeżyć artystycznych na
najwyższym poziomie zaliczam występ chóru pod batutą Marcina Abijskiego. Prawosławni śpiewają pięknie, ale
właściwie nie koncertują, ponieważ traktują śpiew jako modlitwę, część liturgii. Czujemy
się wyróżnieni, bowiem specjalnie dla nas chór z monasteru wykona pieśni z Irmologionu Supraskiego. To najstarszy
znany zabytek cerkiewnej literatury muzycznej zapisany za
pomocą zachodniego systemu
liniowego, unikatowy rękopis z
1598 – 1601 roku. Znalazł się
w nim cykl muzyki liturgicznej, śpiewy św. Liturgii i świąt.
Szczęście podobno nie zależy
od okoliczności zewnętrznych.
Jak więc oddać głębokość, czystość, melodyjność i niepowtarzalny klimat koncertu? Czym
YMCA GDYNIA
www.expressgdynski.pl
9
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
Ojciec Jarosław Jóźwik kanclerz Akademii Supraskiej przybliżył nam prawosławną liturgię
Eksponowane ikony budziły nasz ogromny podziw
Pan Jan Grigoruk z ogromną pasją oowiadał nam o ikonach
wytłumaczyć wzruszenie słuchaczy: potęgą duchowego
przekazu, kunsztem i zaangażowaniem śpiewaków, tajemnicą tego niepowtarzalnego
miejsca? Ja zapomniałam, że
jest przeraźliwie zimno, że jestem zmęczona po dniu wypełnionym atrakcjami. To była ta
magiczna chwila, którą czasami udaje się zdobyć tylko dla
siebie. Dziękuję!
Wernisaż wystawy ikon z Muzeum Ikon w Łodzi
Część 4:
Przywiązuję dużą wagę do nieoczekiwanych spotkań, podczas
których można z zupełnie obcą
osobą porozmawiać na ciekawe
tematy, poznać inny punkt widzenia. Ważne jest także miejsce, które swoim charakterem
uzupełnia opowieść. Mieliśmy
szczęście do sympatycznych,
służąca pomocą oraz informacjami spoza przewodników turystycznych; oczekujący nas w
każdym miejscu podróży batiuszkowie, którzy opowiadali
o ikonostasach, freskach, miejscowych świętych, ale także o
dniu codziennym cerkwi i jej
wyznawców. Podziwialiśmy
ich szczerość, zaangażowanie
w uatrakcyjnienie nam pobytu, chęć zadziwienia nas swoją podlaską specjalnością albo
specjałem.
Najenergiczniej zabrała się
za nas pani Maria z gospody
„Sioło Budy”. Z hasłem: „Posłuszeństwo! Pokora! Szacunek!” na ustach jak z karabinu
maszynowego strzelała anegdotami, faktami, opisami dawnych zwyczajów, malowaniem
czarownych podlaskich krajo-
„Do przeżyć artystycznych
na najwyższym poziomie
zaliczam występ chóru pod
batutą Marcina Abijskiego”
Gospodarz grał na akordeonie i śpiewał gospodyni częstowała nas kiszką
ziemniaczaną płonęło ognisko płynęły pieśni i rozmowy
ciepłych ludzi, którzy otworzyli przed nami swoje serca.
Kanclerz Akademii Supraskiej,
ojciec Jarosław Jóźwik; przewodnik po muzeum, Jan Grigoruk; kierowca pan Janusz,
który przyparty do muru, czyli
zablokowany w korku na polnej drodze, kilka kilometrów
cofał autokar bez mrugnięcia
okiem; roztaczający opiekę i
zapewniający poczucie bezpieczeństwa pan Grzegorz Lewociuk; przeurocza, kompetentna,
brazów, które mimo prawnej
ochrony giną. Mówiła z delikatnym kresowym akcentem (ł
przedniojęzykowo-zębowe wymawiała najpiękniej na świecie) i z takim samozaparciem,,
że zaczęliśmy się martwić, czy
w ogóle zasłużyliśmy na pierogi, które serwowała kuchnia.
Biesiadny charakter przybrało spotkanie w gospodarstwie
agroturystycznym
państwa
Kundziczów. Gospodarz grał
na akordeonie i śpiewał, go-
spodyni częstowała nas kiszką
ziemniaczaną, płon ęło ognisko, płynęły pieśni i rozmowy. Spotkaliśmy tam przedstawicielki
Towarzystwa
Polsko-Fińskiego, które opowiadały o warsztatach dla młodych ludzi wykazujących inicjatywę i planujących swoją
przyszłość w regionie. Poznaliśmy ciekawe projekty, entuzjazm i młodzieńczą wiarę w
przenoszenie gór. A oni poznali
nas. Podczas tej imprezy plenerowej dyrektor YMCA zrobił
‘najciekawsze’ zdjęcia, dzięki
którym mamy nadzieję zaistnieć w show-biznesie.
Nasze plany wieczorne pokrzyżowała mgła. Najpierw nieśmiało, tuż nad ziemią, otulała
wszystko bielą, by za chwilę
śmiało zawładnąć krajobrazem
niepodzielnie. Nagle przyroda wyciszyła się, zamarła jak
w stop-klatce i nieporuszona
trwała na swoim miejscu. My,
Seniorzy na Podlasiu, musieliśmy, niestety, wracać do monasteru po omacku.
Życie nie stawia pytań,/ Życie
po prostu jest…/ Czasami zębami zgrzyta,/ a czasem łasi
się jak pies.* Czasami natomiast przynosi niespodzianki,
ekscytujące przeżycia, frapujące spotkania. Bo takie właśnie
jest Życie!
Osiem dni i nocy dostarczyło na pewno wiele wariantów
historyjek wspomnieniowych.
Im więcej, tym lepiej, bo tylko
to, co zostanie opowiedziane,
przetrwa.
Elżbieta Wierszko
* M. Fermine, Płatek śniegu
** A. Osiecka
10
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
www.expressgdynski.pl
YMCA GDYNIA
VI Gdyńskie Dyktando dla Seniorów
Jak Pana nazwać mam...
Jak Pana nazwać mam, gdy wśród powojów, pierwiosnków i powabnej zieloności
skrywam wyznanie w niezgłębionej ciszy, przedświtowym półmroku i nieśmiałości.
Jak Pana nazwać mam, gdy czarowne Preludium Deszczowe dla mnie Pan tylko gra
i stokroć tuli lśniąco szmaragdowe fiołki w zachwycie rozbudzonego nagle dnia.
Jak Pana nazwać mam u progu wczesnowiosennej nostalgii i drżących na wskroś westchnień,
gdy w biało-czarnej klawiaturze Balladę As-dur chowam bez słów w bezkresie uniesień.
Jak Pana nazwać mam, gdy przecudny Nokturn cis-moll podarował mi poranek zorzany,
skąpany w rosie, rozzłocony akordem, tęsknotą i dotykiem dłoni zapisany.
Jak Pana nazwać mam, gdy Koncert e-moll w blasku świec iskrzy jakby zagubiony,
gdy wpółprzytomnie czytam półszeptem list Pana, ten ostatni, ten niedokończony.
Jak Pana nazwać mam, gdy słowa powiewne i gwałtowne jak z aksamitu, jak z żaru,
gdy chwytam półnuty gdzieniegdzie rozrzucone i ściskam talizman mój z krztyną żalu.
Jak Pana nazwać mam, gdy bezdroża spowite niby-mgłą samotnie znów przemierzam,
gdy Pan nuci Walca Es-dur, kryształową ociera łzę – ja sercu nie dowierzam.
Jak Pana nazwać mam, Monsieur Chopin...
Dyktando autorstwa
Gabrieli Kurpisz-Kasprzak
Pan Jerzy Maniszewski
MISTRZ POLSKIEJ ORTOGRAFII
ANNO DOMINI 2010
Pani Ewa Grzona
WICEMISTRZ POLSKIEJ ORTOGRAFII
ANNO DOMINI 2010
WYRÓŻNIENI:
Pani Danuta Staszewska
Pani Irena Banaszek
Sięgam po ambitne wyzwania
Rozmowa z mistrzem polskiej ortografii VI Dyktanda dla Seniorów Panem
Jerzym Maniszewskim.
W majowy poranek, w holu
gdyńskiej YMCA spotykam
się ze zwycięzcą VI Gdyńskiego Dyktanda dla Seniorów 2010, Panem Jerzym
Maniszewskim. Informacja
o jego ortograficznym sukcesie wcześniej ukazała się w
„Dzienniku Bałtyckim”, niestety, z błędem w nazwisku.
Fakt ten nie wpłynął negatywnie na popularność naszego
gościa i gratulacje od znajomych, przyjaciół i rodziny popłynęły nieprzerwanym strumieniem, bowiem sławie, jaką
zyskują uczestnicy Dyktanda,
zwłaszcza zdobywcy pierw-
szych miejsc, nic nie może zaszkodzić.
O klasówce ortograficznej w
YMCA Pan Jerzy dowiedział
się w zeszłym roku, przeglądając „Ratusz”. Przypomniał
sobie, że w szkole oceny z
języka polskiego poprawiał,
pisząc dyktanda. Postanowił
odświeżyć dawną sprawność
i sprawdzić swoje aktualne
umiejętności. Zgłosił się więc
na konsultacje prowadzone
przez pomysłodawczynię i autorkę tekstów dyktand, panią
Gabrielę Kurpisz-Kasprzak,
wziął udział w dyktandzie i
zdobył wyróżnienie. W tej
Laureaci i organizatorzy VI Dyktanda
sytuacji nie miał wyjścia, po
prostu musiał ponownie stanąć do walki, by wygrać i trafić do Loży Mistrzów gdyńskich dyktand. I tak się stało
– VI Dyktando dla Seniorów
napisał bezbłędnie. Gratuluję!
Każdemu
przedsięwzięciu,
którego się podejmujemy,
zwykle towarzyszą wielkie
emocje. Podczas dyktanda
najpierw wszystkim udziela się atmosfera oczekiwania połączonego ze zniecierpliwieniem; potem pierwsze
czytanie tekstu, wstępna ocena stopnia trudności i adrenalina; wreszcie dyktowanie,
czyli pełna koncentracja i mobilizacja. Czy warto narażać się
na ten dodatkowy stres? Twierdząco na to pytanie odpowiedziało w tym roku 40 osób.
Nasz gość jest oczywiście zadowolony zarówno z przebiegu
dyktanda, jak i z rezultatu, bo
przecież poradził sobie rewelacyjnie. Może mówić o satysfakcji osobistej, o zadowoleniu
ze świetnie wykonanego zadania, o przyjemności przyjmowania gratulacji.
Tegoroczny laureat ma, jak sądzę, naturę wojownika. Przez
całe życie uprawia sport: biega,
pływa, jeździ na rowerze. Łatwość uczenia się języków obcych sprzyja podróżom, a zwiedzanie świata jest kontynuacją
zawodu marynarza, ukończył
bowiem szkołę morską i życie
spędził na morzu. Urodzony na
Mazowszu, dorastał w Olsztynie, ale na stałe osiadł właśnie
w Gdyni. Na ląd zszedł w 2004
roku w randze kapitana statku.
Informacja, że nie tylko sprawdził się na odpowiedzialnym
stanowisku, ale zna również
praktyczną stronę życia (zło-
ta rączka!), właściwie mnie nie
zdziwiła. Dyktanda wygrywają
przecież wszechstronnie uzdolnieni, a ja źródło ich sukcesów
upatruję w językowych zdolnościach komunikacyjnych i dlatego popieram każdą inicjatywę
promującą piękno i poprawność
języka polskiego. Dziękuję za
rozmowę.
Elżbieta Wierszko
„Źródło ich sukcesów
upatruję w językowych
zdolnościach komunikacyjnych.”
Do pisania dyktanda zgłosiło się ponad 40 osób
YMCA GDYNIA
Delfina Potocka
www.expressgdynski.pl
Maria Wodzińska
11
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
George Sand
Jane Stirling
Mój mały Chopinku...
Gabriela
Kurpisz
-Kasprzak
wykładowca Gdyńskiego Uniwersytetu
Trzeciego Wieku w
gdyńskiej YMCA
Gdybym była młoda, och gdybym
była młoda i piękna, mój mały Chopinku, wzięłabym Pana za męża
- mówi pewna hrabina w paryskim
salonie, a Chopin wręcza jej lśniąco
szmaragdowe fiołki. Panie za wachlarzami dyskretnie się uśmiechają, panowie odkładają rubasznie cygara. Ach ten Chopinek, wszędzie,
gdzie się tylko obrócić, wszystko, co
nosi miano kobiety, mówi o Chopinie. Kochają się w nim piękne kobiety. A on?
Zakochiwał się natychmiast; nie
umiem palców znaleźć – skarżył
się przyjacielowi – gdy zauważam
piękną kobietę podczas koncertu i
natychmiast porzucał, nie myśląc o
żadnej z nich, pozostawiając każdą
w przekonaniu, że to ona, tylko ona
oczarowała go.
Uwielbienie
Piękna i uwodzicielska hrabina Delfina Potocka poznała Chopina w
Paryżu. Wielbił ją bezgranicznie,
była dla niego muzą, która wyzwala, inspiruje i ofiarowuje natchnienie. Bo muza to piękna i wyjątkowa
kobieta, trochę czarodziejka, która z
niepozorności wydobywa to, co najpiękniejsze, to, co najbardziej wartościowe i szlachetne. Findelko najdroższa, najdziwniejszym z ludzi jest
geniusz, ten tak daleko w przyszłość
wybiega, że ginie z oczu ludzi w nim
żyjących, a nie wiadomo, które pokolenie pojąć go zdoła (...) ja w łepetynie mam tylko klawisze...(....
Chciałbym tylko napisać i zostawić
abecadło tego, co naprawdę polskie,
a nauczyć odrzucać polskość fałszowaną. Może mi to się jakoś uda...
W ramionach Fryderyka piękna Delfina szuka ukojenia, ucieka przed
mężem sadystą i potwornym zazdrośnikiem. Kilka dni przed śmiercią Mistrza, na jego prośbę, śpiewa
utwory Belliniego i Rossiniego, i
szlocha. Jest w białej sukni, cała w
bieli jak brzoza z bukiecikiem fiołków...Reszta jest milczeniem.
Miłość i... zwątpienie
Jest 1836 rok. Drezno, jesienny mżysty zmrok. Chopin oświadcza się
Marii Wodzińskiej. Zalotna, siedemnastoletnia Maria Wodzińska
była dla Chopina sentymentalnym
wspomnieniem szczęśliwej polskiej
przeszłości. On dla niej – il grande
maestro. Wystraszona i zadziwiona przyjmuje oświadczyny. Chopin
szczęśliwy, jakby zdrowszy, wzruszony uściskiem dłoni Marii, wraca
do Paryża. Będę miał dom, rodzinę
– pisze z nadzieją do przyjaciela. Ale
rodzice Marii wiedzą, że Chopin jest
chory. On już nigdy nie wyzdrowieje
– wyrokują.
W Warszawie państwo Wodzińscy
spotykają się kilkakrotnie z rodzicami Chopina, rozmawiają o wszystkim, tylko nie o Marii i Fryderyku.
Narzeczeństwo Chopina i Marii nie
przetrwało próby czasu. Po względnej serdeczności pierwszych wspólnych listów, w następnych pojawia
się, niestety, konwencjonalna życzliwość. Maria dopisuje się już tylko do listów swojej matki do Fryderyka, krótko i dyplomatycznie:
Proszę przyjąć zapewnienie uczuć
wdzięczności, które Panu winnam.
Proszę wierzyć w przywiązanie, które żywi do Pana cała nasza rodzina,
w szczególności zaś najgorsza jego
uczennica i przyjaciółka lat dziecinnych. Adieu. Kopertę z listami przewiązuje Chopin różową wstążeczką
, a na kopercie pisze ”moja bieda”...
Czasami czyta ten pierwszy od Marii list: Gdy wsiadał Pan do powozu,
zostawił Pan na fortepianie ołówek
ze swego pugilaresu (notatnika). Był
na pewno Panu w podróży potrzebny... My go tutaj z uszanowaniem
chowamy jak bezcenną relikwię...
i frasuje go pytanie: Co z ołówkiem
się stało, z tą relikwią bezcenną?
Przyjaźń i przywiązanie
Pod pseudonimem George Sand pisarka francuska, baronowa Amandine Aurore-Lucie Dudevant opublikowała swoją pierwszą powieść
„Indiana”. Prasa pisała z ogromnym
przejęciem o pani George Sand i
oceniła powieść jako „typowo męską”. Bohaterki jej powieści uwalniały się z okowów mieszczańskiego
małżeństwa, domagały się od mężczyzn śmiałego okazywania uczuć.
Ekstrawagancka, nietuzinkowa, kusiła pięknymi czarnymi oczami, oryginalnymi strojami, paliła cygara i
dystansowała wielbicieli ...chłodem.
Nie była kobietą ideałem, ale intrygowała i fascynowała.
Fryderyka Chopina ujrzała w salonie
hrabiny Marii d’Agoult i na perfumowanej karteczce napisała najkrótszy list: Ktoś Pana uwielbia.
Ona ma lat trzydzieści dwa i jest niekonwencjonalna zarówno w swoich
powieściach, jak i w stylu bycia. On
– lat trzydzieści sześć, uwodzi i zniewala swoją osobowością i muzyką.
Poznają się w Paryżu na przyjęciu
zorganizowanym na prośbę Sand w
domu Franciszka Liszta. Tego pamiętnego listopadowego wieczoru
Chopin daje się namówić do gry i
zasiada do fortepianu. Ona wpatrzona i zasłuchana siedzi przy kominku
z głową owiniętą szkarłatną chustką
i pali cygaro za cygarem. Szokuje
szarawarami z czerwonego aksamitu, wyglądem przypomina Turczynkę. Chopin nie znosi dymu cygar,
razi go też jej wyzywający strój. W
liście do rodziny napisze, że spotkał
ważną i sławną osobistość Madame
Dudevant, znaną pod nazwiskiem
George Sand, która nie przypadła
mu specjalnie do gustu i że jego
zdaniem jest raczej mało atrakcyjna. Być może powściągliwość i obojętność kompozytora spowodowała,
że na przyjęciu w paryskim salonie
George Sand pojawia się w białoczerwonym stroju, w narodowych
barwach ukochanej Polski Chopina.
Jest elegancki, opanowany, dobrze
wychowany, bardzo delikatnego
zdrowia, a na dodatek tworzy muzykę, która mnie hipnotyzuje – zwierza się Sand przyjaciołom. Organizuje więc przypadkowe spotkania
na przypadkowych przyjęciach z
przypadkowych okazji. Zawsze jest
wśród gości, śledząc grę Chopina z
ostentacyjnym, acz niekłamanym
zainteresowaniem.
Mały Chip-Chip szepce czule George Sand w paryskim salonie i przytula do serca fiołki...
Majorka i słońce. Zimę spędzą już
razem w ciepłym słońcu Południa.
Hiszpański konsul w Paryżu polecił
im Majorkę, która urzeka wspaniałym klimatem i kojącym krajobrazem. W niecierpliwym oczekiwaniu
na regenerujące siły, słoneczne dni i
aksamitnie granatowe noce – Chopin opisuje przyjacielowi turkusowe niebo i morze koloru lapis-lazuli,
„Ach ten Chopinek, wszędzie,
gdzie się tylko obrócić, wszystko, co nosi miano kobiety,
mówi o Chopinie. Kochają się
w nim piękne kobiety. A on?”
rajskie powietrze i dodaje: życie jest
piękne. Chyba zdrowieję.
Choroba czyni jednak postępy, lato
spędzają więc w wiejskim domku w
Nohant. Życie przywdziewa czarny
płaszcz. Sand stanie się opiekunką Chopina. I tak już będzie aż do
burzliwego rozstania po dziewięciu
latach bycia ze sobą. Sand żali się do
przyjaciół: Chopin zawsze gonił za
ideałem. Żadnych kompromisów z
rzeczywistością.
Nie, panno Jane, nie
Fryderyk nie chce już kochać nikogo. Żebym się mógł nawet zakochać
(...), to bym się jeszcze nie żenił, bo
byśmy nie mieli co jeść i gdzie siedzieć. Mogę w szpitalu zdechnąć,
ale żony bez chleba po sobie nie zostawię.
W tym smutnym czasie pojawia się
ona – muza malarzy, piękna, delikatna, bardzo kobieca i ... bogata
– Szkotka lady Jane Sterling. Pochodzi z arystokratycznej rodziny.
Jest uczennicą Fryderyka zakochaną
w nim bez pamięci. Na pewno utalentowana. Kiedyś będzie pani grać
bardzo, bardzo dobrze – zapewnia
Mistrz. Uwielbienie, jakim piękna uczennica darzy swego mistrza,
skłania ją do wielu niezwykłych
działań. To ona organizuje Chopinowi pobyt i tournée koncertowe w
Anglii i Szkocji (1848 r.). To ostatnia
jego podróż z rewolucyjnej Francji
do Anglii. Koncertuje w Londynie,
Edynburgu, Manchesterze. Gra, ale
ginie w nim muzyka. Ciężko chory gubi dźwięki fortepianu i kończy
koncert z krzykiem niemocy.
Nie, panno Jane, nie – odpowie na
wyznanie miłosne lady Jane.
Kazimierz Wierzyński, biograf Fryderyka Chopina, pisze: Nieoględność panny Stirling, która, chcąc
pomóc ukochanemu człowiekowi,
robiła wszystko, by przyspieszyć
jego zgubę, wydaje się niepojęta.
Niezwykły Chopin, niezwykłe kobiety i niezwykłe uczucia wśród jakże ludzkich i życiowych przeciwności.
12
10 czerwca 2010 r.
[email protected]
www.expressgdynski.pl
YMCA GDYNIA
Gdynią rządziły dzieci
30 maja br. roku w Parku Rady Europy w Gdyni
Urząd Miasta wspólnie z
gdyńską YMCA oraz Stowarzyszeniem Kibiców
Bałtyku Gdynia przygotował wiele atrakcyjnych
niespodzianek dla dzieci
z okazji ich święta.
O godzinie 14.00 p. Wojciech
Szczurek, prezydent Gdyni dokonał symbolicznego
przekazania władzy, wręczając uradowanym maluchom
klucz do miasta.
W festynie uczestniczyła
gdyńska YMCA. Zaprezentowały się działające w jej
ramach kluby: Bractwo Rycerskie wystąpiło w pokazach walk; Gdańsk Pipe Band
zagrał wspaniałą muzykę
szkocką; fascynujące pokazy walk wschodnich przygotowała grupa Kendo; grupy
akrobatyczne Abada Capoeira i Horne Trickz zachwyciły wszystkich swoją niebywałą sprawnością fizyczną.
Zespół Step Dance ze Szkoły
Podstawowej nr 39 dał wielki
show taneczny.
Do konkursu plastycznego
wszystkie dzieci zaprosiła
pani Barbara Polkowska, wykładowca gdyńskiej YMCA.
Uczestniczące w festynie
dzieci włączyły się również
do gier i zabaw, które zaproponowała młodzież z projektu Łajba przy gdyńskiej
YMCA. Nagrody ufundowane przez gdyńską YMCA,
Anonse Ogłoszenia Prasowe,
Lotos Gdańsk, producentów
zabawek „Aleksander” i Trefl,
oraz wiele innych współpracujących z YMCA firm sprawiły świętującym dzieciom
wiele radości.
Pogoda dopisała, było gwarno i wesoło. Spotkaniu w
Parku Rady Europy towarzyszył beztroski śmiech dzieci i
nastrój iście świąteczny.
Do zobaczenia w przyszłym
roku!
Dzieci lubią rysować
A gdyby tak w dyby
Dzieci z zainteresowaniem podchodziły do rycerskiego rynsztunku
Gdańsk Pipe Band
Grupa Abada Capoeira zwykle trenuje w YMCA
Deka renkonto kun Esperanto
Saluton!
Przyrostek ul: - oznacza osobę wyróżniającą się
daną cechą, np: juna – młody; junulo - młodzieniec; riĉa - bogaty; riĉulo - bogacz; saĝa - mądry;
saĝulo - mędrzec; bela - piękna; belulino - ślicznotka.
Określenia czasu (difinoj de tempo): 1. Pory roku (Sezonoj de la jaro) - wiosna printempo; lato - somero; jesień - aǔtuno; zima
- vintro.
2. Miesiące (Monatoj): Styczeń – januaro
Luty – februaro
Marzec – marto
Kwiecień – aprilo
Maj – majo
Czerwiec – junio
Lipiec – julio
Sierpień - aǔgusto
Wrzesień - septembro
Październik - oktobro
Listopad - novembro
Grudzień – decembro
3. Tydzień (Semajno): - poniedziałek - lundo;
wtorek - mardo; środa - merkredo; czwartek ĵaǔdo; piątek - vendredo; sobota - sabato; niedziela - dimanĉo.
4. Doba (Diurno): - rano - mateno; południe tagmezo; wiecór - vespero; północ - noktomezo;
noc - nokto; godzina - horo; minuta - minuto;
sekunda - sekundo.
Vortoj:
antaǔ - przed
ĉirkaǔ - dookoła
ĉirkaǔiri - okrążać
dum - podczas
fali - padać
forta - silny
frosto - mróz
hieraǔ - wczoraj
hodiaǔ - dzisiaj
infano - dziecko
klubo - klub
konsisti el - składać się z
kreski - rosnąć
kune - razem
malgraǔ - mimo
mezo - środek
mondo - świat
morgaǔ - jutro
neĝo - śnieg
odoro - zapach
partopreni - uczestniczyć
pluvo - deszcz
povi - móc
prezenti - przedstawić
pro - z powodu
rondiri – krążyć
ŝati - lubić
tamen - jednak
tempo - czas
tero - ziemia
tro - zbyt
Iomete pri YMCA: - La unua E-klubo en Malsupra Silezio aperis en la jaro 1905 en Vroclavo.
Jam de komenco partoprenis ĝin aktive katolikoj
kaj protestantoj. La unuan apartan grupon fondis
en novembro en la jaro 1907 la junaj evangelikoj
ĉe YMCA.
Ekzerco:
La kurso de Esperanto. Estas vendredo. Eva
venis al la klubejo por partopreni la lecionon de
Esperanto. Hodiaŭ ni lernos la vortojn de tempo.
- Komencas Marko: - La semajno konsistas el sep
tagoj. Hodiaŭ estas vendredo. Hieraŭ estis ĵaŭdo
kaj antaŭhieraŭ merkredo. Morgaŭ estos sabato
kaj postmorgaŭ dimanĉo. Sinjoro Kowalski! Kia
tago estas dimanĉo?
S-ro K: - Dimanĉo estas libera tago, dum kiu oni
ne laboras.
M: - Jes, ankaŭ oni ne iras al lernejo. Mi petas
malfermi la lernolibrojn, leciono deka. Komencos
legi s-ro Dodek.
S-ro Dodek: - (legas) La mondo estas grandega.
La tero kaj la luno iras ronde. La luno rondiras
ĉirkaŭ la tero dum unu monato. Ili kune ĉirkaŭiras
la sunon dum unu jaro.
M: - Dankon! Nun legos: - s-rino Wolan.
S-rino Wolan: - Ni vivas sur la tero. Neniu vivas
sur la luno. Sur la suno neniam povas esti vivo,
ĉar ĝi estas tro varmega.
M: - Dankon! Kaj nun ni prezentos la jarsezonojn. Kiam la suno forte brilas kaj estas varme sur
la tero, tiam estas somero. En vintro estas malvarme kaj falas neĝo. Malgraŭ la frosto infanoj ŝatas
ĝin. Oni ŝatas printempon, ĉar tiam kreskas belaj,
bonodoraj floroj. Sed oni malŝatas aŭtunon pro
pluvoj kaj ventegoj.
Parolturnoj:
ĝis nun - dotychczas
oni povas - można
oni devas - trzeba
por via dispono - do pana (i) dyspozycji
kune kun - razem z
kiel eble plej rapide - możliwie jak najszybciej
kvankam aliflanke - chociaż z drugiej strony
laǔeble - o ile to możliwe
ĝuste pritaksi - właściwie ocenić, docenić
Humoraĵo:
- Ĉu Dio estas ĉie?
- Jes, sinjoro.
- Do, Li estos ankaǔ en la korto de via domo...?
- Ne, sinjoro.
- Kial ne, malsprita knabo?
- Tial ke mia domo ne havas korton, respektinda
instruisto.
Proverbo:
- Kia estas via laboro, tia estas via valoro
- Espero kaj pacienco kondukas al potenco
- Kie hejmon laboro gardas, tien mizero ne
enpaŝas
Taskoj:
1. Proszę odpowiedzieć na pytania:
Nomu la sezonojn de la jaro. Kiu tago estas
hodiaŭ?
El kiuj monatoj konsistas ĉiu sezono? Kiun jarsezonon vi ŝatas?
El kiom da semajnoj konsistas unu monato? Kiuj
monatoj tio estas?
2. Proszę uzupełnić zdania:
Jak długo? - Oni ne laboras ........ (tuta tago). Oni
laboras ............ ( 8 horoj).
Ĉu vi dormas ....... (tuta nokto)?
Kiedy? - Venu al mi ....... ( ĵaŭdo). Mi skribos al
vi ........ ( sabato).
3. Proszę odmienić w czasie teraźniejszym, przeszłym i przyszłym we wszystkich
osobach następujące czasowniki: promeni, labori,
doni floron;
Ĝis la revido! Opracował: Kazimierz Krzyżak

Podobne dokumenty

Nr 44 Waga: Mb

Nr 44 Waga: Mb którzy w jego imieniu kierować będą sprawami państwa. Wierzymy, że wybieramy gospodarza, który dbać będzie o nasz wspólny dom; że będzie

Bardziej szczegółowo