Zagadka Płonnik Mroczny zakątek Hormony stylu

Komentarze

Transkrypt

Zagadka Płonnik Mroczny zakątek Hormony stylu
Nr 4 luty 2015
Dwumiesięcznik
JA A
C
AK KA Z
IĄŻ NZJĘ
S
K CE
RE
S O FA
układamy się w słowa(ch)
Płonnik
OLAF TUMSKI
Hormony
stylu
MIKOŁAJ MARIA MANICKI
Zagadka
ZOFIA ALEKSANDRA DUBIEL
Mroczny
zakątek
SABINA WASZUT
Dołącz do sofowiczów: https://www.facebook.com/gazetasofa
Regulamin akcji na stronie: www.sofa-redakcja.pl
WSTĘPNIAK
ZZZajmująco – z pamiętnika pracoholika
Ostatnie miesiące były ciężkie, ale
i obfitujące w nowości – nowa strona SOFY,
która pewnie przejdzie jeszcze niejedną
rozbiórkę i “ubiórkę”; nowa akcja ZZZ, czyli
książka za recenzję, która cieszy się dużym
powodzeniem (obserwujcie, albowiem
nie znacie dnia ani godziny, kiedy nowe
pozycje wydawnicze wskoczą na stronę,
a Wy dostaniecie szansę, by je zrecenzować.
Więcej o akcji na www.sofa-redakcja.pl);
nowe cele, wyzwania... i tak dalej.
Pół roku pracy za nami, ale ostatnio
mówiłam dużo o sofowych perspektywach,
więc tym razem skupię się bardziej na
tekstach. W prozie prezentujemy osiem
miniatur – różnicowanych klimatycznie,
z których każdy wyciągnie coś dla siebie,
oraz dwa opowiadania – specyficzne
i dojmujące.
W publicystyce wykiełkowało nam pięć
recenzji (mamy głęboką nadzieję, że dzięki
akcji ZZZ opublikujemy ich w SOFIE
znacznie więcej). Gdyby nie Dariusz
Zajączkowski ze swoim Soplicowem,
w dziale recenzenckim znów prym wiodłyby
kobiety, ale... dla wyrównania szans
polecam dwa krwiste felietony. Doktor
habilitowany Mikołaj Manicki opowie
Wam nieco o hormonach stylu, które
niewłaściwie stosowane zagrażają życiu lub
zdrowiu czytającego, a Marek Tymoszczuk
będzie zastanawiał się, czy zdradzić Wam
pewną tajemnicę. Bądźcie czujni!
SOFA 02/2015 (4)
SPIS TREŚCI
PROZA
drabble miniatury opowiadania
5
7
8
10
12
14
15
18
19
24
Ziewanie rosomaka (Wojciech Łabędź)
Tranquilla (Weronika Stępkowska)
Miotacz młotków (Jakub Panfil)
Zagadka (Zofia Aleksandra Dubiel)
Dwunasty takt (Jan Kowalski)
Rozluźnienie pana Pnia (Joanna Kloska)
Iskra (Eryk Maciejowski)
Zdrowaś, Maryjo, mimo iż (Angelina Els)
Heniu (Dariusz Zajączkowski)
Płonnik (Olaf Tumski)
PUBLICYSTYKA
34
35
38
40
42
44
47
50
recenzje felietony eseje
Mroczny zakątek (Sabina Waszut)
Dybuk (Ewa Skalec)
Lokator do wynajęcia (Aneta Rzepka)
Czombrów, czyli prawdziwa twarz
Soplicowa (Dariusz Zajączkowski)
Moja niemiecka matka (Karolina Kowalcze)
Hormony stylu (Mikołaj Maria Manicki)
Bo nikomu nie powiem, jak tu jest pięknie (Marek Tymoszczuk)
GALERIA AUTORÓW
Anna Wąsikowska
REDAKTOR NACZELNA/DTP
Anna Wąsikowska
[email protected]
OPRACOWANIE GRAFICZNE
Anna Maria Weiss, Joanna Otorowska-Duda,
Marcin Wasiński, Leszek Kostuj
DZIAŁ PROZY
Anna Wasińska
[email protected]
PROMOCJA/WSPÓŁPRACA
Paulina Siedlich
[email protected]
DZIAŁ PUBLICYSTYKI
Beata Kołodziejczyk
[email protected]
STAŁA WSPÓŁPRACA
Anna Grzanek, Anna
Dudało, Aneta Rzepka
Ziewanie rosomaka
Wojciech Łabędź
Rosomak uniósł głowę, mrugnął, ziewnął, po czym obrócił się na drugi bok. Swoją drogą – do
mnie zadem. W zasadzie go rozumiem, życie w klatce potrafi ustawić perspektywę. Być może
na zawsze.
To głupie, ale zawsze chciałem go zobaczyć.
Ze względu na mobilny tryb życia jest prawdopodobnie najsłabiej poznany ze wszystkich
dużych drapieżników lądowych. W Wikipedii napisali, że charakteryzuje się dużą siłą, odwagą,
zręcznością i nieustępliwością. Jest z natury samotnikiem. Coś jak ja. Ale nie zapada w sen
zimowy. A ja mam wrażenie, że śpię od miesięcy.
Zatem teraz jestem w Opolu. Nie sądzę, że kiedykolwiek jeszcze tu wrócę. W zasadzie w moim
fachu, jak mawiają, nigdy się nie wie, czy się wróci. Pojutrze będę już przecież w samolocie,
lecąc tam, skąd podobno – no właśnie – nigdy się nie wie, czy się wróci.
Opolski ogród zoologiczny jest jedynym w Polsce zwierzyńcem, gdzie można obejrzeć
rosomaka. Więc tu jestem. Zaciągam się czerwonym lucky strikiem, przyglądam gęstej sierści
leżącego leniwie na wybiegu drapieżnego ssaka i nie wierzę, że to on siedzi za kratkami. Ssaka,
który – jak twierdzą eksperci – ma problemy z rozmnażaniem się w niewoli. Ja mam problemy
nawet na wolności.
Jankesi nam powtarzali, że lucky strike’i powinno się nosić wetknięte za hełm. Na szczęście.
Żeby mieć fuksa przy bombardowaniu. Zostało im to jeszcze od czasu Wietnamu, gdzie naćpane
chłopaki z artylerii, źle odczytując koordynaty, błędnie podawane przez równie naćpane oddziały
w dżungli, zrzucały ochoczo miliony dolców w postaci bomb – jak popadnie i w sposób trudny
do przewidzenia.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Ale był to właściwie rodzaj pustego śmiechu.
Potem mówiono bowiem, że bohaterskim manewrem uratowałem cały pluton, wyrywając nas
z zasadzki. A mi po prostu fajki wypadły.
Popierdalaliśmy piaszczystymi ulicami, bo patrole trzeba było odbębnić, a nie było tam
przecież nikogo, kto zabroniłby nam jechać tak szybko, jak mieliśmy na to ochotę. Kapral Dzida
był tak nawalony, że prowadziłem ja. Bo wypiłem stosunkowo najmniej. W głośnikach radia
leciała Coma, konkretnie Spadam, a ja wciskałem pedał gazu ile wlezie. Afgany przeskakiwały
przed maską w popłochu, klnąc za nami i wymachując rękoma. Dojeżdżaliśmy do naturalnego
zwężenia drogi, podobno – jak napisano w raporcie – idealnego miejsca na zasadzkę. A ja wtedy
chciałem zapalić. Wyciągałem lucky strike’a, paczka wypadła mi z łapy i potoczyła się pod
nogi. Gdy się po nią schylałem, osunął mi się położony obok beryl, moja indywidualna broń
samoczynno–samopowtarzalna, wzór dziewięćdziesiąt sześć. Przestraszyłem się, odruchowo
skręciłem kierownicą i przetoczyłem Rosomaka po trójce brudnych dzieci bawiących się na
5
poboczu, chcąc nie chcąc, omijając zwężenie drogi. A drugi wóz wpakował się prosto na minępułapkę. Na zwężeniu. Wszyscy zginęli na miejscu.
Rosomak wstał, znów ziewnął. Nigdy nie wyjdzie zza tych krat.
Położyłem rękę na ramieniu, przeliczyłem palcem gwiazdki na pagonie. Czwarta, która
zamieniła mnie dla świata z porucznika na kapitana, mile pieściła opuszki.
Zabiłem trójkę dzieci, po pijaku, dostałem za to kolejną gwiazdę, a to on siedzi za kratkami.
Pojutrze znów będę w samolocie do Afganistanu.
6
Tranquilla
Weronika Stępkowska
Serenite
Była przyzwyczajona do gier. Każda z nich wymagała odrobiny prawdy, którą należało dodać
do puli. Ta przez duże P nie była jej potrzebna. Każda Prawda przez duże P stanowiła obóz
pracy, w którym przetrzymywano tysiące prawd cząstkowych i nieobjawionych. Lubiła znęcać
się nad nimi w inny sposób, zwykle – po prostu nie dostrzegając. Do czasu, kiedy taka prawda
wychodziła na jaw. Mogło się to nazywać oportunizmem, mogło – opanowaniem. Nazwy zawsze
ją pociągały, dopóki nie próbowały być prawdziwe.
Ale tego dnia poczuła, że jest coś jeszcze innego poza słowami i prawdą. Musnęło różkiem jej
stopę. Wolno jak ślimak na ciałoskłonie ukazały się gwiazdy.
Kassandrogyne
– Sere, gwiazdy są dobre, żeby błyszczeć – powtarzały znajome.
Jednak nie wierzyła. Wydawały jej się zbyt egzaltowane, by się nimi delektować. Mądra Sade
podsunęła jej motto: cherish the day!* i tego się uczepiła. Może nawet czepiała, bo gdy spotkała
Kassandrogyne, postanowiła zetrzeć jej błyszczyk.
Ambiwalentynki
Tego wieczoru zdecydowała się wizytować prawdy owinięte ochronnie łgającym kordonem.
Udała się do baru, gdzie zasiadła na wysokim stołku, sącząc powoli tranquillę. Była już więcej
niż spokojna, a głód zaczynał ustępować – pojawiła się heroina.
Wiedziała, że kiedy przyniosą strzykawkę, wyciągnie się do niej wiele ramion. Może nie
wybrać żadnego z nich, a ostrość odczuwania przekształci się w (sedy)mentalną jasność. Ale
przecież nie potrzebowała jasności. Wyciągnęła rękę i wtedy na lekkim, bezwolnym ramieniu
zobaczyła wytatuowaną grzywę konia trojańskiego.
* Cherish the day! (ang.) – Ciesz się dniem! (Kochaj dzień!)
7
Miotacz młotków
Jakub Panfil
Kolejny patrol taki sam. Święta, nie święta, bez różnicy. Przede mną gwieździsta noc, szosa
i buteleczka spirytusu. Idę przed siebie. Idę, nasłuchuję i czekam. Trochę mi ciężko, bo wiek
już nie ten, ale alkohol niesie mnie naprzód. W małej dawce wyostrza zmysły, więc popijam
sobie drobnymi łyczkami. Ze mną pies. Bieg lat psa mnoży się chyba razy pięć. Zatem, jeśli się
nie mylę, jesteśmy w podobnym wieku. Nie wiem, nie jestem dobry w rachunkach. Pies idzie
obok i patrzy w ziemię, bo nic ciekawego się nie dzieje. Całe szczęście droga zaczyna opadać
w dół. Łatwiej iść, a i szybciej można dostrzec, jak coś będzie jechało. Chowam buteleczkę do
wewnętrznej kieszeni puchowej kurtki i poprawiam pas. Pas jest ciężki, bo wziąłem dzisiaj cztery
dodatkowe młotki. Wprawdzie nocna zmiana, ale w święta. Zawsze większy ruch, więc mogą
okazać się potrzebne. Patrzę sobie, gdzie dokładnie jakie rozmiary młotków powkładałem, żeby
później nie szukać.
Nagle pies przystaje, podnosi do góry jedną łapę i nadstawia uszu. Ja nic nie słyszę, ale
w końcu po to go mam, żeby słyszał wcześniej. Chyba jednak mu się wydawało, bo idzie dalej. Po
dwudziestu metrach zwierzak znowu przystaje, a ja wytężam wzrok i widzę światło. Przyglądam
się baczniej i nie mam wątpliwości. Reflektory. Zaczynam słyszeć też warkot silnika. Chyba nie
jedzie zbyt szybko, ale trzeba się upewnić. Stajemy na skraju lasu. Nie wiadomo, czy to nie jakiś
wariat, który będzie chciał nas rozjechać. Można nie wierzyć, ale i tak się zdarza. Już niejeden
miotacz zginął przy drodze. Kierowcy wiedzą. Albo my, albo oni.
Z kieszeni wyciągam policyjną suszarkę. Naciskam zielony guzik „on” i czekam, aż pojazd
zjawi się w polu widzenia. Jest. Po reflektorach zgaduję, że to stary volkswagen polo. Celuję
w niego. Urządzenie pokazuje sześćdziesiąt pięć kilometrów na godzinę. Jest po dwudziestej
trzeciej, więc można tu jechać sześćdziesiątką. Te pięć mogę mu podarować. Święta są, niech
jedzie. Idziemy dalej. Za cztery kilometry dotrzemy do wioski. Może monopolowy będzie
jeszcze otwarty. W końcu ludzie z pasterki będą wracać. Wychodzimy zza zakrętu na prostą
i pies znów się zatrzymuje. Tym razem jest niespokojny, kilka razy szczeka. Uspokajam go
kopnięciem w żebra i staram się wychwycić jakieś dźwięki. Nie widzę jeszcze świateł, ale za
to słyszę silnik pracujący na wysokich obrotach. Staję na poboczu. Czuję w żołądku, że będzie
akcja. Odwracam się i widzę, że na zakręcie, zza którego przyszliśmy, rosną brzozy. W ciemności
widać ich białą korę. Z kolei od strony wioski dostrzegam reflektory. Samochód jest jeszcze
daleko, ale szybko się zbliża. Za minutę będzie po wszystkim. Po kilku sekundach już wiem,
że to osobówka. Chyba BMW. Wybieram czterokilowy młotek. Prędkości nie mierzę, bo i tak
widzę, że zapierdala. Dla kurażu biorę jeszcze kilka łyków spirytusu. Pies szczerzy zęby i kuli
ogon. Samochód trochę zwalnia, bo kierowca widocznie wie, że jest tu zakręt. To dobrze, będzie
łatwiej trafić. Staję w rozkroku, biorę potężny zamach i rzucam. Słyszę trzask kruszonego szkła.
Nie widzę dokładnie, co się stało, ale wiem, że młot przebił przednią szybę, zamienił ją w wielką
pajęczynę. Prawdopodobnie zabił kierowcę. Słychać pisk palonych opon i samochód wpierdziela
8
się w brzozy. Jak Tupolew, albo i lepiej. Pies biegnie w kierunku wraku. Ja idę swoim tempem.
Nie chciałbym w święta jeszcze zawału dostać. Słyszę szczekanie. Znaczy – kundel żywego
znalazł. Ale lepiej się sam upewnię, dwa dni temu dostałem opieprz, że niepotrzebnie pomoc
wezwałem. Dochodzę na miejsce po minucie. Brak mi powietrza. Zasapany, świecę do wnętrza
samochodu. Facetowi z głowy za wiele nie zostało, ale miejsce pasażera puste, a pies szczeka
gdzieś z lasu. Idę, szukam, latarką oświetlam okolicę. Podążam za szczekaniem i znajduję. Pod
drzewem kobieta leży. Pasów nie zapięła. Podchodzę bliżej i włosy na karku stają mi dęba. Młoda
dziewczyna z brzuchem jak balon. W ciąży znaczy. Puls sprawdzam, ale już nie ma co zbierać.
Zmarła, zanim się doczłapałem. Biedak bez głowy pewnie wiózł ją na porodówkę do miasteczka
za lasem. No cóż. Samochodu nie oznakowali, że to nagły przypadek, więc w biurze nie będą
się mnie czepiać. Biorę ostatnich kilka łyków spirytu i myślę, że może jednak lepiej było, gdy
zamiast nas, miotaczy, przy drogach stały fotoradary.
9
Zagadka
Zofia Aleksandra Dubiel
Julia siedzi naprzeciwko starszego mężczyzny. Patrzy nie tyle na, co poprzez niego. Chciałaby
przejrzeć intencje, które nim kierują. Póki co jest w stanie przewidzieć każdy ruch tego człowieka,
ale zupełnie nie rozumie celu jego działań.
Milczy. Nie dlatego, żeby go ukarać, choć mężczyzna tak właśnie to odbiera. Milczy, bo
nagle odechciało jej się mówić. Przecież nic, co byłaby w stanie powiedzieć, nie ma znaczenia.
Mogłaby zacząć czynić mu wymówki, mogłaby zacząć krzyczeć, dąsać się – tylko po co? Przecież
on doskonale wie, że przegrał. Na własne życzenie jednym głupim wybiegiem stracił szansę...
Tylko na co? Właśnie tego Julia nie wie i pewnie dlatego ciągle jeszcze siedzi naprzeciwko
Adama.
Trzy miesiące temu, zdesperowana przedłużającym się bezrobociem, świeżo upieczona
pani magister Julia Warzec dostała się na staż organizowany przez Urząd Pracy. Wszyscy
pracownicy firmy, do której trafiła, patrzyli z nieufnością na drobną dziewczynę z wyższym
wykształceniem, mającą oto złapać za łopatę równo ze starymi wyjadaczami kopania. Zacisnęła
zęby, zaklęła prawie że fachowo i zabrała się do roboty.
To właśnie Adam pierwszy docenił jej starania. Przełamał panujące milczenie. Bo skoro
robi, płacze z wysiłku, ale robi, no to nie może być wtyką ani niczym innym równie paskudnym.
Wkrótce wtopiła się w tło z cichą pomocą dużo starszego kolegi, pojawiającego się
niespodziewanie, by wyciągnąć ją z większej zaspy śnieżnej, której mimo starań nie mogła
przeszuflować, albo by wyjąć jej z ręki ciężkie wiadra.
Co dostawał w zamian? Była świetnym słuchaczem. Nigdy nie nudziły jej historie
opowiadane przez Adama. Ale też i on wznosił się na wyżyny oratorstwa. W jego ustach
relacja z malowania ściany białą farbą fascynowała jak opowieść o zdobywaniu Mont Everestu.
Na tym jednak nie poprzestawał. Mówił o sklepie zoologicznym, który prowadził w latach
siedemdziesiątych, o kozach sprowadzanych w celu nakarmienia węża boa jakiegoś prominenta,
o swoich wyprawach na ryby i tym, co też może pływać w Wiśle niedaleko zapory.
Później wszedł na bardziej osobiste tematy: że praca fizyczna jest tylko przykrywką, bo
naprawdę zajmuje się zbieraniem haraczy, że jego żona jest właścicielką agencji towarzyskiej
i mówi do niego „ty głupi wilczku”, syn chce iść na studia, a kto to widział, żeby chłop się tyle
uczył...
Julia słuchała wszystkiego bez zastanawiania się nad tym, czy w opowieściach może
być choć kropla prawdy. Były podawane w tak intrygujący sposób, że ich realność nie miała
znaczenia.
Z powodu tych historii przesiadywała „na męskiej szatni” i pomaszerowała pierwszy raz
10
w życiu pod budkę z piwem.
Niestety, z czasem w radosnym słowotoku mężczyzny zaczęły pojawiać się delikatne aluzje,
a później całkiem konkretne sugestie. Nie były to jednak propozycje jednoznaczne. Właściwie
nic w nich nie mogło obrazić. Bo czyż oferta wspólnego wyjazdu z jednoczesnym głośnym
zapewnieniem, że będą dwa pokoje, że on, Adam, nigdy by się nie ośmielił nawet dotknąć takiej
młodej i uczciwej dziewczyny, czy taka oferta, składana z półkpiącym, ciepłym uśmiechem,
potrafi obrazić? A może powinna być oburzona z powodu błagań, by zechciała się z nim spotkać
chociaż raz w miesiącu w kawiarni? Stawiane pół żartem, pół serio żądania rosły, ale mimo
niepokoju, dręczącego szczególnie w kontekście wcześniejszych opowieści o powiązaniach
mężczyzny z mafią, mimo tego niepokoju Julia nie miała się czego uchwycić.
Tkwiła w narastającym poczuciu lęku, nie mogąc zrozumieć, czy ten zabawny niebieskooki
osiłek chce ją zaciągnąć do łóżka, zwerbować do agencji swojej żony, czy też jest to tylko
niewinne zauroczenie starszego pana, niepotrafiące znaleźć właściwej formy. Zarzucała sobie
nadmierną podejrzliwość na przemian z dziecinną wprost naiwnością.
Adam z maestrią zbudował wokół siebie mur niedopowiedzeń, a w zasadzie przegadań,
które całkowicie splątały prawdę i fikcję. Sprawił, że dziewczyna zaczęła wierzyć w najbardziej
nieprawdopodobne rzeczy, a te prawdziwe uważała za całkowitą bzdurę. Już nie wiedziała, kim
on jest, a nade wszystko zaś nie mogła uchwycić prawdy o tym, dokąd zmierza.
Koniec stażu przyniósł jej ulgę nie tylko fizyczną, związaną z końcem pracy ponad siły,
ale i psychiczną, wynikającą z rozstania z Adamem. Pożegnała się i prędko wyszła, zanim zdążył
zapytać o numer telefonu.
Teraz siedzi naprzeciwko tajemnicy. Jakim cudem skłonił Izę, koleżankę z byłej już pracy, aby
umówiła się w tej kawiarni i nie przyszła na spotkanie? Czy ją przekupił, zastraszył, czy po prostu
zbajerował? Właściwie to nieistotne. Julia czuła, że tak właśnie będzie. Wprost była pewna, że
idzie na spotkanie z Adamem. Nie wiedziała jednak i nadal nie wie najważniejszego – czego on
oczekuje.
Jednak, tak czy siak, już jej to nie dotyczy, postąpił nieuczciwie, jedno kłamstwo oficjalnie
postawiło pod znakiem zapytania wszystkie wypowiedziane słowa. Dlatego Julia milczy.
Mężczyzna źle znosi przegraną. Miota się. Zalewa przytulne pomieszczenie kawiarni
potokiem nerwowych słów. W końcu cichnie pod naporem milczenia dziewczyny. Bierze głęboki
oddech i wypowiada ostatnie:
– Przepraszam.
Julia Warzec już nigdy nie dowie się, czego pragnął. Mimo to uparcie będzie opowiadać historię
tej znajomości i zadawać pytania o cel przyświecający Adamowi wszystkim interesującym ją
mężczyznom. Jednak słowa i gesty otrzymane w odpowiedzi staną się rozwiązaniami całkiem
innych zagadek.
11
Dwunasty takt
Jan Kowalski
Narastające tupanie z impetem wpadło w drzwi. Otworzywszy je, zamieniło się w małą,
cichą dziewczynkę. Odświętnie ubrane czarne dziecko trzymało w rączkach poplątany łańcuch
światełek choinkowych. Mała rozglądała się po pokoju. Dostrzegłszy gniazdko kontaktowe,
podbiegła do niego.
– Zostaw to! – krzyknęła kobieta i zaraz potem się pojawiła. – Tu masz ozdoby – powiedziała,
wskazując na górę pudełek. – Zacznij wieszać od dołu, później ci pomogę.
Dziecko bez słów porzuciło światełka i podbiegło we wskazane miejsce.
Przyszli goście. Po jakimś czasie choinka była ubrana. Dziewczynka wpatrywała się w nią,
trzymając gwiazdkę. Był to czekoladowy cukierek zawinięty w sreberko. Dziecko najwidoczniej
szukało miejsca, aby go powiesić.
– Odejdź, bo ją w końcu przewrócisz – nakazał ktoś zza stołu.
Dziewczynka odwróciła się w stronę wujków i cioć, po czym znowu spojrzała na drzewko i na
swoją gwiazdkę
– Zjedz to i przyjdź tu wreszcie! – odezwał się inny głos.
Godzina była daleko posunięta względem pory, w jakiej zwykło się biesiadować. Mimo
to w barze ludzi nie brakowało. Nadchodziły święta i zaoszczędzone na tę okazję pieniądze
w cudowny sposób zamieniały się w wino. To czas bratania się mieszkańców. Poczucie jedności
rosło z każdą godziną. Nic tak nie łączy ludzi, jak wspólna pamięć najświeższych wydarzeń
i wspólny ból głowy.
Tymczasem późna pora nie przeszkadzała młodziutkiej wokalistce snuć dwanaście taktów
bluesa. Wiedziała, że 4:00 rozbudza w słuchaczach wrażliwość na drażniące w innych warunkach
blue notes. Czarna dziewczyna patrzyła z wysokości barowego stołka na już trochę przerzedzony
tłum pijaków, których głowy ukryte były w gęstej papierosowej mgle. Głowy-zimne głazy, głowywyspy bagienne, kępy, na których nie wolno się zatrzymywać wzrokiem. Znała życie nocne, ale
wiedzę tę przekuwała na swoją sztukę.
W jednym z kątów pomieszczenia stał stolik, przy którym zasiadało trzech mężczyzn: olbrzym
z dwoma kompanami. Ten pierwszy patrzył na śpiewaczkę i bawił się kuflem. Ściskał go i gładził,
jakby to była szyja, przez którą teraz płyną dźwięki i napełniają oczy wielkoluda.
– Zamknij tę kurwę – pijacko rzucił jeden z kolegów.
– Ucisz małpę – dorzucił drugi.
– Zamknąć ryje! – Olbrzym był w pewien sposób zauroczony gwiazdą wieczoru.
– Nie podniecaj się. Już jej nigdy nie zobaczysz. Jutro będzie kusić innych starych frajerów,
a potem wróci do czystego domu, zmyje z siebie nasze spojrzenia i zapomni o wszystkim. Jesteś
jej koszmarem, obleśnym robakiem…
– Stul pysk! – ryknął wielkolud.
12
– Ucisz małpę.
Po 9:00 olbrzym wracał środkiem chodnika i mamrotał do siebie. Wyglądał jak chmura
burzowa rzucająca oczami błyskawice na przechodniów.
– Podobno zerżnął tę śpiewaczkę na zapleczu. Od razu, jak tylko zeszła ze sceny – mówiono
w grupkach, które tworzyły się pod dopiero co otwieranymi sklepami.
Na drugi dzień spotkali się w barze, olbrzym i tych dwóch.
– Kto dzisiaj śpiewa? – zapytał największy i zaraz potem zaniósł się diabolicznym śmiechem.
– Na pewno nie gwiazdeczka – odpowiedział, akcentując każdą sylabę, jeden z kolegów.
– Co jest? – zdziwił się olbrzym.
Koledzy popatrzyli na siebie poprzez wielkoluda, jakby był przezroczysty.
– Aż tak ją wystraszyłem? – dodał.
– Nie, cieszyła się, ale teraz wisi na choince. Chcesz zobaczyć?
13
Rozluźnienie
pana Pnia
Joanna Kloska
Puk, puk. Czy mi się wydaje? Czy ktoś pukał? Nikt nie pukał. Popukaj się, panna, w czoło.
Ale nie ustaje. Idę jednak sprawdzić, co za tymi drzwiami. A tam ewidentnie ktoś stoi. Bije od
niego taka serdeczność. Nawet przez szczelinę. I błyska mi po oku zaglądającym przez judasza
ciekawie. To nie jest pomyłka! Pomyłki nie wchodzą w grę.
Otworzę – myślę. I otwieram. Człowiek wtarabania mi się za próg bez żadnej gadki. Milczy jak
pień. Patrzy jak pień. Błysk z niego wyparowuje gdzieś. Jakby polerowany pień nagle zmatowiał.
Ja cię kręcę! Kogóż ja wpuściłam do mieszkania? Panicznie szukam przytułku w swoich własnych
wątłych ramionkach. Chowam się tam, dokąd tylko da się. A Pień na mnie zmatowiale patrzy. Nie
przemawia przez niego ani jeden wyraz, ani gest nie przemawia. Milczy głęboko. I zastygłe gałki
skierowane są gdzieś do środka. Chwila, chwila! Hola, hola! Nagle znajduję się Pień wie gdzie.
Wbrew zasadzie, którą mi, kilkuletniej niegdyś, wpajano. Nie daj się zbałamucić obcym! Zadałam
się z obcym i przeniosłam, jakby to był kolega, z którym się lepiło babki piaskowe. Może dlatego
tak czuję, że nigdy z żadnym nie lepiłam babek. Może zatęskniłam za tymi nigdy nielepionymi
babkami. Nostalgia mi się załączyła i koniec.
Pień, wyprostowawszy się nieco, urósł w oczach i nagle przemówił. Uczynił to tak
niespodziewanie, że prawie omdlałam z wrażenia i przestrachu. A powiedział coś na kształt:
– Panieneczko droga, źle się czuję
w zamkniętych pomieszczeniach. Mam w takich
niezwykłe trudności, żeby choć poruszyć się
odrobinę. Pomogłaś mi, rozluźniając ramiona.
Poczułem zbawienny wpływ relaksu, mimo że ty
sama pewno zachodziłaś w głowę, co to za typek
spod ciemnej gwiazdy. Ale jednak nieświadomie,
skutecznie zmieniłaś postawę na bardziej
otwartą. Wtedy ja mogę się chociaż trochę ruszać
w zamkniętej przestrzeni.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć na te
mądrości, więc nic nie powiedziałam. Odzyskał
Pień swój blask i znów świecił serdecznością na
prawo i lewo.
– A dlaczego pan do mnie przyszedł i przeniósł
tutaj? – odważyłam się zapytać.
Milczał przez jakieś pół minuty. Po czym
dostrzegłam dlaczego.
14
Iskra
Eryk Maciejowski
Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga.
– Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa. Będą w niej chatynki z masła, będą gusła,
czary, miasta, będzie dom i będą góry; lasy, domy, cuda, chmury... Będzie ciemność, będzie
światłość; a w ciemności, bez światłości, trzy panienki nici przędą i świat cały z nici tkają. O tym
wszystkim ci opowiem, tylko jedno zrobić musisz, przyjść natychmiast do mnie musisz!
Wojtuś siedzi, myśli, duma. Pójść czy nie pójść? Trudna sprawa.
– Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa. Będą w niej wielkie przestrzenie, będą
nieba kolorowe, będą ptaki, będą smoki, będzie rycerz i księżniczka, będą skarby, czarodzieje
i co jeszcze tylko zechcesz. Jedno tylko zrobić musisz, wejść natychmiast we mnie musisz!
Wojtuś siedzi, myśli, duma. Wejść czy nie wejść? Trudna sprawa.
A w sąsiednim pomieszczeniu czarnoksiężnik zły, plugawy, kielich pełen nocy spija i się aż
z rozkoszy zwija.
Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga.
– Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa. Będą w niej zwyczajne domy, będą ludzie
i zwierzęta, gadające koty, konie, ryby, słonie i okonie. Pozwiedzamy, popatrzymy i na chmurze
się zgubimy, aż skończymy w mysiej dziurze. A w tej dziurze – słowo daję! – będzie szczur i trzy
głuptaki...
Wojtuś siedzi, myśli, duma. Iść czy nie iść? Trudna sprawa.
Czarnoksiężnik nasączony i ciemnością wypełniony krzyczy głośno w swej komnacie – ale
Wojtuś go nie słucha. Wojtuś w ogień się wpatruje, a w tym ogniu – same dziwy. Dziwy tańczą
i tańcują, masłem z beczki chleb smarują i do chleba kurz dodają, pajęczyny, brudu trochę, ości,
kości, ikrę ryby, skrzek ropuszy, oczy gnidy. Nad gotową już potrawą śpiewem czary odprawiają.
Potem wchodzi czarnoksiężnik i spogląda na potrawę.
– Smakowite, drogie panie – chwali je jak nigdy przecież! Więc kanapka jest niezgorsza. Wojtuś
czeka, patrzy, pragnie... Tak, udało się! Spożyta!
Czarnoksiężnik z bólu ryczy, dziwy tańczą wokół truchła, wykrajają płaty skóry, a spod skóry –
płat słoniny. I to wcale nie są dziwy, ale straszne, czarne, stare: zmarszczki, rysy, tłuszcz, kołtuny.
– Masz to, masz to, żryj to teraz, nakarm siebie i Wojtusia, mendo, gnido, pluskwo szara! Jedz
to, jedz to, gnij i cierp! Teraz, zaraz, ale już!
Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga.
Nagle Wojtuś także mruga. Czarnoksiężnik, nocy pełen, idzie właśnie do spijalni. Wciąż za
mało w nim ciemności, jeszcze więcej, więcej musi – ile jeszcze w siebie wdusi?
– Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa. Będą w niej zwyczajne domy. Będą szkoły
i ubrania, będzie słońce i podwórko. Będą piłki i chomiki, bramka, szklanka i dwa kije. Chmury
będą i dziewczynki, jak już na nie przyjdzie pora, lecz dziś pora na potwora...
Wojtuś siedzi, myśli, duma. Na potwora. Na potwora!
15
On opętał czarownika, zaklął, zamknął, w ciemność wpędził. A w ciemności galaktyki, gwiazdy,
słońca i pulsary. Czarne, ciemne, nienawistne: ręka, ból i uderzenie. Bieda, mgła, upokorzenie.
Licho, brudno i niesmacznie, mleko kwaśne, słońce przaśne i pierzyny z pajęczyny, z których
kurz się wysypuje.
A tam, w ogniu – same dziwy.
Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga.
– Chodź, opowiem ci bajeczkę. Bajka będzie długa. Przyjdziesz do mnie i zobaczysz: domy
z ciasta, chatki z masła i fontanny pełne słońca, cieni żadnych, śmieci żadnych, nic nie będzie,
tylko tęcza, kolorowa, wszechrozległa. A na tęczy siedzi para! On – król wielki. Ona – dama. I tak
bardzo się kochają, że marcepan w rękach kruszą, rozcierają, śnieg na ziemię posyłają...
Wojtuś siedzi, myśli, duma. Takie dziwy! Nie jest szaro, nie jest mokro, nie jest ciemno, lecz –
wesoło... I królewna jest na smoku, i król stary, mądry, wielki. I królowa taka piękna, taka ciepła,
taka wierna.
A tymczasem w swym barłogu leży sobie czarnoksiężnik. Śmierdzi, pierdzi, coś bełkocze.
Ciemność mu zaćmiła rozum. Już niedługo! Przyjdzie przecież wiedźma stara i nauczy go rozumu.
Nie, nie przyjdzie – już tu przyszła...
– Ja ci dam, ty stary dziadu! Ja ci zaraz tu pokażę! Młotkiem ciebie będę uczyć! Dziurę
w głowie ci wybiję, oko z czaszki ci wyłupię! Będziesz cierpiał, skamlał, konał, kiedy ja tu
niewyspana, kiedy ja zapracowana, kiedy ja na ciebie łożę, a ty tylko w swej ciemności, utaplany,
utytłany, cały jesteś tu niechciany!
– O ty stara, ty plugawa, taka głupia i kaprawa! Jak ja ciebie słuchać nie chcę, jak ja ciebie
widzieć nie chcę, jak ty mi zabierasz czas, jak ty mi zabierasz miejsce, jak ja nawet w łożu swoim
leżeć sobie dziś nie mogę, bo ty przyszłaś i przeszkadzasz, i do szału doprowadzasz!
– A gdzie panicz, stary dziadu? Gdzie twój dziedzic, głupi trzpiocie, dziegciu, pierdzie, psi
pomiocie?
– Zamknij ryj, jak do mnie mówisz! Zamknij wszystkie swe otwory, ja już nie chcę ich oglądać,
a tym bardziej ich odwiedzać! Nic tam nie ma, nic zupełnie, tylko ciemność, wszędzie ciemność...
– Nic nie umiesz, nie potrafisz, tylko leżysz i się boczysz, potem mruczysz, dziecko straszysz,
potem wszyscy głodujemy i przez ciebie żyć nie chcemy!
Wojtuś siedzi, myśli, słucha, choć udawać musi ducha. W wieży nic się nie uchowa. Wszystko
słychać, lecz kto słucha? Nikt nie słucha – a to skucha...
Słyszy więc, jak stara wiedźma czarownika młotkiem uczy. Bije, tłucze bez litości, a on
krzyczy, z bólu cierpi, lecz Wojtusia to nie rusza. Łza mu po policzku spływa, na podołek wnet
skapuje – tsss – i znika.
Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga.
– Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa...
A z komnaty ktoś wychodzi. Ciężki, smutny i zniszczony, samą nocą wypełniony. Młotek
w ręce ledwo trzyma, ale pas, o, pas udźwignie. Dźwigać pasy to nie sztuka.
– Wojtuś, Wojtuś, chodź no, proszę, mam ci coś do przekazania, no i też do pokazania...
Mlaszcze, mruga, pasem macha. Sprawiedliwość w oczach płonie, skwierczy, spala się i znika.
Wojtuś w ogień się wpatruje i decyzję podejmuje. Szybką, zręczną, tak bolesną. Nie chce
wiedźmy, czarownika. Domy z ciasta, chatkę z masła, tęczę z miasta, słońce jasne, kolorowe
– świat się miesza, zwiesza, zwija... Wszystko wokół już wiruje, skwierczy, śmierdzi, krzyczy,
topi, ogień trzaska, płomienieje, ogień czyści i wyzwala.
16
Wkracza dumny czarnoksiężnik, a na twarzy ma zdumienie.
– Stara! Stara! – wyje, jęczy, płacze prawie, a po twarzy ciemność spływa. Z własnej twarzy ją
zlizuje i ozorem chciwie chłepce; taka mocna, taka dobra, ciemność dobra, dobra, dobra!
No a Wojtuś już nie słyszy.
Z popielnika na truchełko iskiereczka mruga.
– Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa...
17
zdrowaś, Maryjo,
mimo iż
Angelina Els
ojciec jest przeciwny strasznie, ojciec ma dwie ręce i dwie nogi. nogi, na których chodzi, i ręce,
którymi wymachuje. ojciec ma brodę, na niej resztki zupy. ojciec ma usta, w ustach smaki, słowa,
zęby i język, którym rusza i rusza. ojciec ma włosy w nieładzie; na skórze, na dłoniach, na nogach
i na innych częściach ciała. ojciec ma matkę. matka ma mnie.
ja jestem mały, ale wysoko wchodzę i wychodzę; na drzewa, pod łóżka, za szafę, do szafy, do
piwnicy i wc. tam siedzę i tam udaję. a ojciec używa swojej twarzy, języka, swoich nóg i rąk.
najpierw chodzi po domu, potem wymachuje rękoma, potem mówi, a potem kładzie się na matce
i wrzeszczy: stara.
stara się posikała w majtki, potem na starego. stary wrzeszczy jeszcze bardziej, a stara krwawi.
z wargi, z języka, z ręki, a potem z serca. mówi mi na osobności, kiedy już ojca nie ma, że krwawi
i że odchodzi, bo ona ma... i urywa, a potem dodaje: jedziesz ze mną. wrzeszczy i uderza mną
o ścianę, kiedy się sprzeciwiam i używam swojej buzi. a potem ciągnie mnie za rękę, za nogę, za
kołnierz i wyciąga z domu. do miasta prowadzi.
idę.
to niedziwne, to normalne. ja i matka, matka i ja z naszymi walizkami pospiesznie spakowanymi
idziemy przez miasto, do innego miasta, a z innego miasta do jeszcze innego, a potem do innego.
ona wynajmuje pokój, mały, śmierdzący, z pleśnią na ścianach, na meblach, w meblach,
z zapachem, z przeciągiem, z oknami pękniętymi, z karaluchami łażącymi wszędzie. łapię te
karaluchy nocami do wielkiego słoja, by potem przyglądać się
im pod słońce, a matka tymczasem po mieście chodzi. zarabia.
musimy żyć – mówi i pokazuje siniaki na nogach. jestem silna
– mówi potem i pokazuje rany na nogach. ty nie masz siły,
dlatego musisz się mnie trzymać. ja mam spódnicę, ty masz
spodnie, i to nas od siebie różni. w naszych żyłach jedna krew
płynie, pamiętaj, wspomnij mnie czasem, gdy umrę, pomódl się
nad moim grobem, odmów zdrowaśkę.
pytam, jak się mówi zdrowaśkę, a ona wzrusza ramionami,
a potem mówi: idź do księdza, cię nauczy.
umiera wiosną roku jakiegoś tam. daty nie pamiętam, gdyż
matka wciąż mówiła: wymieniaj daty na wydarzenia. tak więc
matka umarła w tym samym roku co papież. mimo iż umarła,
wciąż trzymam się jej spódnicy. mam taką jedną. trzymam ją
w łóżku i mówię do niej: zdrowaś, Maryjo, mimo iż martwaś...
18
Heniu
Dariusz Zajączkowski
Przywarł plecami do ściany i wstrzymał oddech. Piętro niżej zgrzytnęły otwierane drzwi. Ktoś
jednak rozmyślił się i zatrzasnął je ponownie, ucinając gwar znudzonych głosów. Urzędnicy
starostwa mieli przed sobą jeszcze godzinę pracy, ale Robert wiedział, że każdy z nich myśli
tylko o sylwestrowych szaleństwach i jedynie dla pozoru przerzuca leżące na biurku dokumenty.
Przez chwilę nasłuchiwał, po czym odetchnął głęboko, odbił się od muru i powoli, krok za
krokiem, ruszył w górę wieży. Schody były kręte o wąskich, ciosanych toporkiem stopniach,
mocowanych do potężnego pnia. Mężczyzna delikatnie stawiał buty na wytartych przez wieki
grzbietach. Stromizna biegu zmuszała do podpierania się rękoma. Kilka minut później dotarł na
najwyższy podest, odruchowo poprawił zawieszoną na ramionach wypchaną torbę. Rozejrzał się
wokół. Od ostatniej wizyty zmieniło się tu niewiele. Ten sam półmrok, te same drzwi z wyrytymi
inicjałami we wnętrzu krzywych serc. Przed laty jedno z nich wyorał własnoręcznie. Odszukał
je teraz i przez dłuższą chwilę spoglądał w skupieniu. Zszarzałe, o zaokrąglonych krawędziach
jawiło się odległym cieniem. Wystarczyło jednak, że dotknął zarysu liter, a emocje powróciły
wraz z ciepłem i smakiem jej ust.
Odetchnął i nacisnął zimną, kutą klamkę. Drzwi poddały się lekko, otwierając przed Robertem
wnętrze małego, zakurzonego pomieszczenia. Gdzieś w górze usłyszał trzepot zabłąkanych
skrzydeł i gruchanie niespokojnych gołębi. Przed nim smugi światła przebijały się przez
zakurzone powietrze i osiadały jasnymi plamami na drabinie. Przestąpił próg, zamknął za sobą
drzwi, zdjął plecak i rzucił pod ścianę na prawo. Gdy się pochylił, ciepło, bijące od kominów
przyjemnie musnęło twarz. Z kieszeni wyciągnął zgniecioną czapkę, nasunął na głowę i spojrzał
w górę. Ze zdziwieniem stwierdził, że właz w suficie jest otwarty. Ostrożnie zaczął wspinać się
po szczeblach. Wyjście na platformę widokową prowadziło przez trzewia starego zegara. Robert
przypomniał sobie czasy, gdy jako dziecko prześlizgiwał się tędy pełen obaw, że któraś z zębatek
porwie go, wciągnie i przemieli. W tamtym czasie bezgranicznie wierzył w legendy o zaginionych
zegarmistrzach, którymi chronometr się żywił. Czy jednak to przypadek, że po gruntownym
remoncie, w trakcie którego wprowadzono rozwiązania bezobsługowe, mechanizm odmówił
posłuszeństwa? Dziś całość, zastygłą od blisko dziesięciu lat, metodycznie zżerała rdza. Temat
naprawy powracał w obradach rady gminy. Ostatnio zawiązało się nawet stowarzyszenie, które
dbało, by sprawa przywrócenia zegara do życia nie schodziła z łamów lokalnej gazety. Cóż, wciąż
jednak brakowało woli politycznej, by strumień gotówki skierować w to konkretne zamierzenie.
Powoli przesuwał się obok milczących trybów, martwych zębatek i splecionych ze sobą
w agonalnym bezruchu kółek. Truchło wionęło bezradnością i rozpaczą przegranej, wykorzystanej
do cna istoty. Zegary myślą, że rządzą Czasem. Oszukują się tykaniem i dźwiękiem kurantów
zagłuszają myśli o końcu, łudzą się, że ominie ich najgorsze, że los będzie łaskawszy. Jakież
rozczarowanie musi rozrywać ich serca, gdy Chronos za wierną służbę odpłaca rakiem rdzy?
– Uważasz, że z ludźmi jest inaczej? – Robert dopiero teraz w kwadracie wyłazu zauważył cień.
19
Na tle błękitu rysował się kontur głowy w czapce uszatce, ze zwisającymi po bokach końcówkami
szalika. Postać roześmiała się cicho, wplatając ledwo wyczuwalną nutę goryczy.
– Kończymy tak samo. Wystarczy zajrzeć do pierwszego lepszego grobu.
Nieznajomy cofnął się, zapraszając na górę.
Robert przez chwilę rozważał, czy nie zawrócić. Szukał spokojnego, cichego zakątka, a nie
towarzystwa pokrętnego filozofa, zwłaszcza że ostatnie zdanie wywołało lawinę wspomnień.
Huragan myśli i tysiące obrazów przemknęło w upiornym korowodzie, rozdrapując świeżą ranę.
Zacisnął dłonie na szczeblu drabiny i oparł na nich czoło. A potem wolno, wbrew sobie, zmełł
przekleństwo w ustach i wysunął głowę na zewnątrz. Pod ścianą na stercie kartonów siedział
starszy mężczyzna. Przywitał Roberta szerokim uśmiechem wypływającym z gęstego zarostu.
Zmrużył wodniste, bladoniebieskie oczy i spod daszka przyłożonej do czoła dłoni uważnie
przyglądał się przybyłemu.
– Nie podchodź do barierki. Jeszcze ktoś nas wyczai. – Brodacz przesunął się trochę i wskazał
wolne miejsce obok siebie. Robert skinął głową na znak, że rozumie. Przygarbiony, przedreptał
kilka kroków i ostrożnie usiadł obok nieznajomego. Oparł się plecami o drewnianą obudowę
wieży, naciągnął głębiej czapkę, postawił kołnierz i spojrzał z ukosa na sąsiada. Napotkał
przyjazną, zarumienioną od zimna twarz. Szron na zaroście w zestawieniu z czerwoną uszatką
przywoływał jednoznaczne skojarzenia z Mikołajem.
– Heniu jestem! – Chciał podać rękę, ale seria mokrego kaszlu szarpnęła nim gwałtownie.
Obrócił się w drugą stronę i długo nie mógł złapać tchu. W końcu opadł na kartony i przez
chwilę ciężko oddychał, spoglądając w górę. Robert podążył za jego wzrokiem. Jakieś trzy metry
nad nimi smętnie zwisały ogromne wskazówki zegara, ostrymi końcówkami celując w czubki
głów. Heniu wyciągnął z kieszeni piersiówkę i pociągnął spory łyk. Z lubością przełknął trunek
i zakręcił pojemnik. – Przepraszam, że nie częstuję, ale kierowcy nie mogą pić, nawet w Sylwestra.
Robert przemilczał uwagę. Zjawił się tutaj, by w samotności spędzić ostatnie godziny roku.
Przemyśleć kilka spraw, podjąć decyzje. Do rana nie miał zamiaru nigdzie się stąd ruszać.
Dlaczego tu? Lubił ten budynek. Stary, wiekowy, tajemniczy. Jako dzieciak pomagał ojcu –
palaczowi w kotłowni, a jednocześnie „złotej rączce”. Znał każdą dziurę, przejście, tajemne
zakamarki. Te mury żyły i czuł, jak teraz drżą z radości, że pojawił się po latach. Platforma
widokowa wieży i stryszek poniżej na zawsze pozostaną miejscami szczególnymi. Magicznymi.
A upływ lat wciąż potęguje ich urok. Nigdy nie zapomni wiosennej burzy spędzonej tu z Agatą.
Wtedy przyjęła jego oświadczyny. Stali smagani deszczem, objęci i szczęśliwi. Z głowami
w chmurach, pośród poukrywanych w zegarze gołębi. Wciąż pamiętał słodki smak deszczowych
kropel i zapach ozonu w powietrzu.
– To muszą być wspaniałe wspomnienia. – Heniu, z rozciągniętą uśmiechem twarzą, uważnie
przypatrywał się wyrwanemu z zadumy Robertowi.
– Skądś się znamy?
– W ciągu ostatnich miesięcy spotykaliśmy się nawet często. – Staruszek, oparty o ścianę, wbił
wzrok w niebo, jakby stamtąd oczekiwał potwierdzenia swych słów.
Robert, patrząc na profil sąsiada, najchętniej określiłby go jednym, wyjętym z filmu zdaniem:
„Podobny zupełnie do nikogo”. Nagle uzmysłowił sobie absurdalność całej sytuacji i wybuchnął
śmiechem. Najpierw tłumionym, bo mimo wszystko nie chciał urazić siedzącego obok, ale jego
reakcja spowodowała, że dał upust emocjom i po chwili obaj rechotali w najlepsze. Długo, falami
20
kolejnych wybuchów zaśmiewali się do łez. Robert czuł, jak w jego wnętrzu taje i rozpływa
się potężna, hołubiona bryła cierpienia. Miał wrażenie, że powstałe tam potoki wymywają
z zakamarków duszy wszystkie trucizny i złogi. Dawno nie doświadczał takiej wolności, lekkości
i uniesienia. Śmiał się chyba po raz pierwszy od pogrzebu. Kiedy to sobie uświadomił, owładnęło
nim poczucie oskarżenia. Szarpnęło, ścisnęło imadłem w piersiach tak bezlitosne, nagłe, że
z ledwością wciągnął powietrze. Potworny ból i poczucie winy chwyciło za gardło, wbiło szpony
w źrenice, prześwidrowało umysł, a ostatnia salwa śmiechu przerodziła się w spazmatyczny
szloch. Opanował się jednak szybko. Nie po raz pierwszy tłamsił w sobie emocje, choć tak
silnego ataku nie pamiętał. W ciągu kilku sekund przywdział maskę i ze sztucznym uśmiechem
zwrócił się w stronę rozmówcy.
– Mógłbym przysiąc, że kręciłeś się rankami koło śmietnika na moim osiedlu. Trafiłem?
Heniu nie odpowiedział od razu.
– Tam też bywałem, ale to jedynie małe epizody. – Spoważniał, przysunął się bliżej
i z odległości paru centymetrów wyszeptał: – Patrzysz bardzo powierzchownie. Skojarzenie
nasunęły ci moje łachy i od razu zaszufladkowałeś mnie jako menela. Spójrz głębiej, dalej.
W siebie też. Tylko zdejmij filtry uprzedzenia, odrzuć uwarunkowania, w jakie przez lata się
wpakowałeś. Dostrzeżesz dużo więcej i może bardziej prawdziwie.
– Co to za pieprzona gadka?! – Robert odepchnął starca, ale zaraz zrobiło mu się głupio,
gdy ten uderzył o ścianę. Powstała cisza uwypukliła odgłosy ekipy sprawdzającej scenę przed
wieczornymi koncertami. Stukot młotków, nawoływania i próby sprzętu nagłaśniającego.
– Jeśli już mówimy o patrzeniu, to mam tu... – Heniu, niezrażony sytuacją, wyciągnął zza
pazuchy spory futerał. Zdjął zabezpieczenia i wyłuskał z wnętrza lornetkę. Przewiesił pasek
przez głowę i skierował szkła w stronę obwodnicy miasta. Przez chwilę czegoś szukał, próbował
wyostrzyć obraz, w końcu, zadowolony, ruchem głowy przywołał Roberta. Pokazał mu kierunek
i oddał sprzęt.
– Czego mam szukać?
– Kobiety przy przejściu przez drogę. Przesuń trochę w lewo, chodzi o pasy przy twoim osiedlu.
Staruszek odszedł na bok. Zamknął oczy i zbierał resztkę sił, które coraz szybciej opuszczały
jego wychudzone, zużyte ciało. Wiedział, że za chwilę pojawi się również gorączka.
– Co widzisz?
Robert milczał. Bez słowa obserwował bezradną, zdezorientowaną Agatę. Zielone światło co
rusz pozwalało jej przejść przez jezdnię, białe pasy zapraszały szerokim gestem, grupy ludzi
falami przechodziły obok, ale ona tkwiła nieruchomo, bojąc się poruszyć choćby stopą. Stała
wrośnięta w brukową kostkę i przerażona przechylała się ponad krawężnikiem, jakby za nim,
zamiast asfaltu, rozciągała się bezdenna przepaść.
Zaschło mu w gardle, świszczący, szarpany oddech zaczął wstrząsać ciałem, palce zacisnął na
okularach lornetki. Zamknął na chwilę oczy, ale kiedy je otworzył, obraz wcale nie zniknął, lecz
zaczął pulsować, migotać, raz ciemniejąc, to znów świecąc, jednak cały czas trwał przesiąknięty
zieloną poświatą. Kolor nadziei przytłaczał, wręcz szydził. Tańczył wokół Agaty i zniewalał. Niby
podsuwał wolność, ale w rzeczywistości pętał. Cynicznie wydłużał cykl, wiedział, że dziewczyna
i tak nie jest w stanie drgnąć. Wiedział, że za każdym nieudanym przejściem jej poczucie winy
wzrasta i nieuchronnie zbliża się szaleństwo.
W końcu oderwał twarz od szkieł i przerażony spojrzał na Henia.
– Przecież wywiozłem ją i Kamila do rodziców!
21
Brodacz uśmiechnął się smutno, przełknął ślinę i przepraszająco pokiwał głową.
– Wybacz, ale celowo nie powiedziałem, że lornetka przybliża nie przestrzeń, ale stan ducha.
Tak wygląda wnętrze twojej żony. Czyż to nie koszmar?
– Kim ty, do cholery, jesteś? – Robert cofnął się. Irracjonalny strach wpełzał po nogach coraz
wyżej, sięgał pasa, bioder, gardła…
– Dla ciebie? Chyba kloszardem. – Heniu uśmiechnął się krzywo z własnego żartu, ale
dalej leżał z półprzymkniętymi oczyma. Gorączka poczerniła mu usta. Rysy się zaostrzyły.
Przekrzywiona czerwona czapka odsłoniła jedno ucho. – Ale na pewno nie jestem Mikołajem –
zakończył wymuszonym chichotem.
Robert odwrócił się, wciągnął głęboko powietrze. Wciąż miał przed sobą obraz Agaty, już na
stałe wkorzeniony w podświadomość jak niezniszczalny chwast. Może widok z czasem zblaknie,
zamaże się, ale pozostanie niczym potworna blizna, znamię cierpienia wypalone na sumieniu
pieczęcią doświadczeń. Jednak największym źródłem przerażenia okazała się prawda, ta, którą
ukrywał w zakamarkach tak intymnych, iż otwierał je w sekrecie jedynie przed częścią samego
siebie. Bolesna, wstydliwa, upiorna. Teraz był pewny, że skrzętnie chroniona tajemnica wymknęła
się spod kontroli. Na pewno znał ją Heniu… I kto jeszcze?
Kiedy przez lornetkę obserwował zmagania Agaty, dojrzał siebie. Stał po drugiej stronie
jezdni i wił się w niemocy. Krzyczał i błagał o pomoc, ale z zamkniętymi oczyma nie widział
wyciągniętych dłoni. Odtrącał je na oślep, w amoku, po kolei, ręka po ręce, aż w końcu wszyscy
zaczęli obchodzić go dookoła, bojąc się zranienia. Niektórzy nazywają to samotnością. Jaka jest
właściwa nazwa? Nie ma to znaczenia. W którymś momencie po prostu chce się tylko wyć.
– Pomóż mi zejść niżej. Robi się zimno.
Heniu klęczał przed nim, podparty na drżących ramionach. Kolejna próba powstania zakończyła
się upadkiem na twarz. Robert dopiero teraz zauważył, że pojawił się ostry, zacinający wiatr,
który w porywach splatał deszcz ze śniegiem. Do leżącego jednak nie podszedł. Chory pokręcił
głową i wytężając siły, podniósł się sam. Stał teraz uczepiony słupa i spoglądał na Roberta.
– Jesteś cholernym egoistą. Nie wiem, czy zawsze taki byłeś, czy to wpływ wydarzeń ostatniego
roku. Widok Agaty zrobił na tobie wrażenie, ale i tak bardziej przejmujesz się sobą – Heniu
ciągnął bez cienia goryczy i potępienia. – Nie muszę zgadywać, że to swego rodzaju ucieczka.
Zrozum jednak! Adaś zmarł, zanim udało się zebrać pieniądze na operację, i nie ma w tym
ani twojej, ani jej winy. Zrobiliście wszystko, co w waszej mocy. A teraz weź dupę w troki
i zacznijcie razem nowy rok!
Staruszek powoli znikał w otworze wyłazu. Kiedy już pewniej stał na drabinie, zatrzymał się
jeszcze. Z poziomu podłogi spojrzał uważniej i dokończył miękko, prawie ciepło:
– Przyprowadź ich tu kiedyś i opowiedz o starych czasach, o Heniu i o zegarze. Jeśli wszystko
dobrze pójdzie, to usłyszycie jego tykanie. A teraz… żegnaj!
Robert osunął się po ścianie na kartony. Nie przeszkadzał mu deszcz, ziąb ani zacinający wiatr.
Może nawet dobrze, że wiało i padało. Zawsze mógł powiedzieć, że to nie szloch i łzy.
Dobrze po północy po raz kolejny rozdzwoniła się komórka Roberta. Tym razem nie mógł
zignorować sygnału. Po tym, jak wyłączył zasilanie, powinna zostać martwym kawałkiem
plastiku. Tymczasem na wyświetlaczu wciąż pulsował nieznany numer. Przeprosił rodzinę
i wyszedł na zewnątrz. Mróz wieczorem liznął wszystkie kałuże, tak że lśniły teraz i nieśmiało
odbijały światło wątłego księżyca. Gdzieś w oddali wciąż pojawiały się wybuchy sztucznych ogni,
22
barwiąc brzuchy nielicznych chmur.
– Halo? – spytał niepewnie, z lekkim drżeniem.
– Witam serdecznie! – Głos rozmówcy, przesycony spontaniczną sympatią, brzmiał silnie
i radośnie.
– Tak?
– Bardzo przepraszam. Dzwonię, bo Heniowi zależało, bym przekazał informację, że zegar na
wieży ruszył. Nie wiem, o co chodzi, jestem tu Nowy, nie znam ludzi i nie ze wszystkim zdołałem
się zapoznać… Eee, nieważne. Na pewno się spotkamy.
– Ale…
– Jeszcze jedno… Mam to gdzieś spisane na kartce… Ostatnie słowa Henia. Ależ nagryzmolone.
O! „W Sylwestra Czas, niczym wąż, zrzuca skórę i co roku blizna jest mniej widoczna”. Okej! To
wszystko. Szczęśliwego Nowego Roku i do miłego zobaczenia.
Robert wpatrywał się w wygaszony, pusty aparat. Kiedy podniósł wzrok, zobaczył przed sobą
zaniepokojoną Agatę. Uśmiechnął się i objął ją ramieniem.
– Chodź, muszę ci opowiedzieć o Heniu.
23
Płonnik
Olaf Tumski
Ścieżka wśród wysokich traw była tak wąska, że cała trójka musiała iść gęsiego. Na czele,
z nosem przy ziemi, podążał Ugryź. Mały, brzydki kundel o sierści koloru musztardy był
niczym kompas dla dwóch wiecznie pijanych meneli w średnim wieku, którzy często mieli
problem z orientacją w terenie, szczególnie w środku nocy. Poza tym Czesiek i Wiesiek musieli
skoncentrować się na bezpiecznym transporcie tego, co znaleźli po całodniowym przeszukiwaniu
osiedlowych śmietników. Rozklekotany wózek skrzypiał niemiłosiernie, wyładowany do
granic możliwości przedmiotami z plastiku, różnych rodzajów metalu oraz tego, co nie zostało
skonsumowane przez sytych.
Byli już blisko swojego koczowiska, kiedy Ugryź stanął jak wryty, postawił uszy i zaczął
głośno warczeć, by za moment przejść w ostre szczekanie. Mężczyźni nie zwrócili większej
uwagi na zachowanie czworonoga. Spotykali już w tym miejscu zboczeńców, kopulujące pary,
podpitych studentów oraz swoich kompanów w niedoli. Wszystkich intruzów potrafili skutecznie
przegonić. Pies po chwili niepewności zanurzył się w trawie, nie przestając ujadać.
– Wyczuł, kurwa, jakieś zwierzę – splunął Czesiek. – Pewnie kota.
– Ugryź, do nogi! – wrzasnął Wiesiek. – Zara go zgubimy – dodał ciszej, pociągając nosem.
Niewielki pies rzeczywiście mógł łatwo zniknąć w otaczającej ich scenerii dziko rosnących
traw i krzewów nawet w słoneczny dzień, a co dopiero, gdy panują czarne mroki, lekko tylko
rozjaśniane przez trzy czwarte księżyca.
Aż trudno było uwierzyć, że znajdowali się w środku dużego miasta. Teren, nazywany Łaciną,
był ostatnim miejscem w centrum Poznania, którego praktycznie nie dotknęła cywilizacja. Jego
granice przylegały do wiecznie zakorkowanego ronda Rataje i wielkich blokowisk. Wkrótce
miało się to skończyć. Cały obszar został przeznaczony na osiedle i galerię handlową, ale póki
co pustkowie służyło jeszcze takim jak Czesiek, Wiesiek i Ugryź.
Szczekanie umilkło, ale narastający szelest deptanej trawy sygnalizował, że pies wraca. Po
chwili na ścieżkę wyskoczył Ugryź, cały i zdrowy, ale jakoś dziwnie zdezorientowany. Zamiast
ruszyć dalej, wszedł pod wózek, położył się, zwinął w kłębek i zakrył pysk ogonem.
– Ugryź, prowadź! – rozkazał Wiesiek.
– Co on taki wystraszony? – Czesiek spojrzał w kierunku, z którego wrócił Ugryź.
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż się spodziewali.
*
Komisarz Karolina Gehl dokładnie obejrzała znalezione zwłoki oraz miejsce zbrodni.
Wczesnym rankiem dwóch bezdomnych znalazł jeden z ich kolegów „po fachu”. Najpierw
zauważył siedzącego nieruchomo psa. Na widok leżących bezwładnie ciał z odciętymi głowami
kolega zwymiotował, a następnie pobiegł prosto na komisariat. Bezdomni zginęli zaledwie sto
24
metrów od ich koczowiska, czyli rozłożystego, samotnego drzewa i kilku krzaków. Idealna letnia
rezydencja.
– Widziałem już zamordowanych bezdomnych – technik policyjny złożył komisarz Gehl
wstępny raport – ale po raz pierwszy w taki sposób. Bardzo precyzyjna dekapitacja. Jedno cięcie
zakrzywionym narzędziem. Specjalista z najwyższej półki.
– Czyli możemy wykluczyć tego, który ich odnalazł – skwitowała Gehl.
– Morderstwa dokonał ktoś o bardzo wysokim wzroście i sporej sile – tłumaczył technik. – Ich
kumpel ma metr pięćdziesiąt w kapeluszu i z trudem utrzymuje butelkę z winem.
Stali na ścieżce dokładnie w miejscu, gdzie znaleziono Czesława i Wiesława. Wokół było już
posprzątane. Teren zabezpieczono, ciała zabrano do policyjnego laboratorium, a Ugryź trafił do
schroniska.
– Szkoda, że prawdopodobnie jedyny świadek nic nam nie powie – westchnęła Gehl.
Niestety, technik nie miał dla niej niczego na pocieszenie.
– Nie znaleźliśmy żadnych śladów, które mogłyby nas jakoś ukierunkować. W wózku typowe
fanty bezdomnych. Nawet nieruszone. Ktoś naprawdę zadbał, żeby to była czysta robota.
– Zawodowiec morduje dwóch kloszardów. – Komisarz Gehl pokręciła głową. – Po co?
– Może w ramach treningu – stwierdził z całkowitą powagą technik – albo mamy do czynienia
z psycholem robiącym to dla zabawy. Odezwę się, kiedy dokładnie ich przebadam.
Gehl wróciła do Komendy Miejskiej przy ulicy Szylinga. Poleciła rzecznikowi prasowemu
wydanie stosownego komunikatu dla mediów, bardzo lakonicznego w swojej treści.
Makabryczność zbrodni była doskonałą okazją dla tabloidów do stworzenia wizji psychopaty
biegającego po Poznaniu i odcinającego ludziom głowy. Stąd już tylko krok do psychozy, która
zawsze komplikuje śledztwo. Nie mogła pozwolić na żadne kompromitujące sytuacje. Ciężko
pracowała na swoją obecną pozycję. Atrakcyjna czterdziestoletnia brunetka miała bardzo wysokie
notowania w poznańskiej policji.
Po południu zadzwonił technik. Oznajmił, że po dokładniejszym zbadaniu zwłok w zasadzie
niewiele ma do dodania. Stwierdził jedynie, że narzędzie, którym odcięto głowy, było zardzewiałe.
Problem w tym, że czymś takim trudno jest jednym cięciem skrócić dorosłego człowieka o głowę.
– Jak to wytłumaczyć? – spytała Karolina.
– Nie wiem – przyznał technik. – To musiał być naprawdę super siłacz. Tym bardziej… –
zawahał się.
– Tak? – zachęciła go.
– Biorąc pod uwagę miejsca, w których stali w chwili śmierci, i przebieg cięcia, wygląda to tak,
jakby morderca ściął ich za jednym razem.
– Dwie głowy? – upewniła się.
– No tak – potwierdził. – Ale to już w ogóle wydaje się niemożliwe – dodał zaraz. – Tak chyba
potrafili tylko samuraje i Podbipięta – starał się zażartować.
Komisarz podziękowała, uświadamiając przy okazji technika, że niejaki Podbipięta miał na
swoim koncie trzy głowy, i poprosiła, żeby jutro rano raport z sekcji trafił na jej biurko. Odłożyła
słuchawkę i westchnęła, ciesząc się, że rozmowy nie słyszeli dziennikarze. Wyobraziła sobie
pierwsze strony gazet donoszące, że policja wytypowała już podejrzanych – samuraja i Podbipiętę.
To byłby hit sezonu ogórkowego.
Rozmyślania przerwał telefon. Policjantka dyżurująca w holu komendy poinformowała, że
przyszedł człowiek w sprawie morderstwa bezdomnych. Gehl poleciła natychmiast przyprowadzić
25
go na jej piętro po wcześniejszym
sprawdzeniu wykrywaczem metali.
Wezwała współpracownika Mariusza
Klonowskiego i zapytała, czy poprowadzi
z nią tę sprawę.
– Chyba nie mam wyjścia, Karolino. –
Lubił się z nią trochę podroczyć. Znali się
jak przysłowiowe „łyse konie”. – A przy
okazji przekazuję serdeczne pozdrowienia
od mojej żony.
– Dziękuję. Co u Moniki?
– W porządku. Pyta, kiedy wybierzesz
się z nią na kawę.
– Powiedz jej, że niedługo, ale najpierw
udam się z tobą na rozmowę z gościem,
który podobno coś wie.
Niespodziewany gość, który podobno
coś wiedział, czekał już w pokoju
przesłuchań. Wysoki, w średnim wieku,
ubrany skromnie w jasną koszulę i czarne
spodnie. Przyprószone siwizną włosy
zaczesane były na bok.
– Marcin Proboszcz – przedstawił się,
a Gehl poprosiła, żeby usiadł. Razem
z Klonowskim zajęli miejsce po drugiej stronie małego stołu.
– Co ma pan nam do powiedzenia? – Komisarz oparła splecione dłonie o blat.
– Jestem proboszczem parafii pod wezwaniem św. Rocha. – Widząc miny dwojga śledczych,
uśmiechnął się krzywo. – Wiem, jak to brzmi. Ludzie zawsze reagują śmiechem albo pukają się
w czoło, ale ja naprawdę nazywam się Proboszcz i jestem proboszczem.
– Znam faceta o nazwisku Prymas – oznajmił Klonowski – ale on nie jest prymasem.
– Przejdźmy do rzeczy. – Gehl zmierzyła współpracownika spojrzeniem przywołującym do
porządku. – Pańska… przepraszam, księdza parafia jest położona najbliżej Łaciny.
– Po drugiej stronie ulicy – uściślił.
– Co księdzu wiadomo w sprawie morderstwa?
Proboszcz opowiedział, jak podczas dyżuru w biurze parafialnym odwiedził go młody
człowiek, który usłyszał w radiu o zamordowaniu dwóch bezdomnych. Twierdził, że już od dawna
spodziewał się złych wydarzeń na Łacinie. Według jego słów ma tam grasować demon ukryty
w ludzkim ciele, który czasem przybiera postać pół człowieka, pół psa. Demon, zwany Płonnikiem,
w okresie oktawy Bożego Ciała wykrada zboże z niezżętych jeszcze kłosów. Zdolność tę miał
posiąść, paktując z diabłem. Posługuje się wielkim sierpem, którym wśród łanów zbóż wycina
wąską ścieżkę, znacząc w ten sposób obszar, który sobie upatrzył. Zboża na tak oznaczonym
polu nie wydadzą plonów, a ziarna trafią do Płonnika. Co prawda, na Łacinie od dawna już
niczego nie uprawiano, ale nieznajomy utrzymywał, że tym razem demon przybył, aby mścić
się na ludziach. Dlatego zginęli bezdomni, którzy przypadkowo na niego trafili. Morderstwa
26
mogą się powtarzać, a jedynym sposobem, aby powstrzymać demona, jest zatknięcie w ziemi
poświęconych w kościele gałązek.
– Wyciągnął z małego plecaka dwie zasuszone gałązki i domagał się, żebym je poświęcił –
kończył swoją opowieść Proboszcz. – Kiedy odmówiłem, bardzo się zdenerwował. Krzyczał, że
będę odpowiedzialny za kolejne tragedie, i wybiegł z biura parafialnego. Odczekałem jeszcze
chwilę, żeby ochłonąć, a potem wyszedłem na zewnątrz. Ostrożnie okrążyłem cały kościół, ale
nie było po nim śladu. Zajrzałem do kościoła i zobaczyłem, jak zanurza gałązki w chrzcielnicy.
Zacząłem krzyczeć, a on szybko uciekł. To musi być niezły wariat, ale ponieważ mówił
o morderstwie, zdecydowałem, że przyjdę do państwa i o wszystkim opowiem.
– Bardzo dobrze ksiądz zrobił. – Gehl nabrała głębszego wdechu. – Proszę nam pomóc
w sporządzeniu portretu pamięciowego tego człowieka. Rozumiem, że nie raczył się przedstawić.
– Przeciwnie. Mówił, że nazywa się Roman Mietkowski.
Po zakończeniu rozmowy policjanci wrócili do pokoju Gehl i zaczęli zastanawiać się nad tym,
co usłyszeli od proboszcza.
– Moim zdaniem świr. – Ocena Klonowskiego nie pozostawiała marginesu na spekulacje.
– Zgadzam się tobą. Ale czy świr nie może popełnić morderstwa? – zapytała ostrożnie Karolina.
– Co proponujesz?
– Na początek sprawdźmy, czy on rzeczywiście tak się nazywa.
Usiadła przy komputerze i wpisała w wyszukiwarkę nazwisko wymienione przez księdza.
Okazało się, że Roman Mietkowski ma swój blog. Jego zawartość wskazywała, że był to ten
sam osobnik, który odwiedził proboszcza. Wszystkie wpisy poświęcone zostały stworom ze
słowiańskiej mitologii. Na blogu roiło się od nazw demonów, strzyg, czarownic i upiorów. Autor
najwięcej miejsca poświęcił Płonnikowi.
Wiedza Mietkowskiego była jednak znacznie bardziej pogłębiona i nie opierała się jedynie na
ludowych przekazach. Powołując się na odnalezioną kronikę parafialną z początku XIX wieku,
opisywał historię ujęcia człowieka, którego podejrzewano, że jako Płonnik działa na terenie
dzisiejszej Łaciny. W tamtych czasach obszar nie należał do miasta. Rozciągały się na nim pola
i łąki. Nie wiadomo, w jaki sposób miejscowej ludności udało się odkryć, że jeden z ich sąsiadów
wszedł w spółkę z siłami nieczystymi. Pewnego dnia człowiek ów został otoczony przez chłopów
z widłami. Zamierzali wypędzić go ze wsi, ale on poderżnął sobie gardło dużym sierpem. Zanim
to jednak zrobił, oznajmił, że jego duch nie zginie i powróci za dwieście lat, a wtedy zemści się
na ludziach.
– Gość ma fantazję – uśmiechnął się Klonowski. – Napisał coś o sobie?
– Niewiele. Ukończył etnologię na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, a później
został zatrudniony na uczelni. – Gehl wróciła znowu do treści bloga. – Ostatni wpis pochodzi
z poniedziałku.
– Z wczoraj?
– Tak. Kilkanaście godzin przed morderstwem. Posłuchaj, co napisał.
Płonnik oznaczył teren. Wkrótce pewnie zaatakuje. Straciłem jedyną poszlakę świadczącą o jego
istnieniu i zamiarach. Jestem pewien, że on to sprawił. Zresztą nawet gdybym pokazał kronikę na
uczelni, i tak by mi nie uwierzyli. Nikt mi nie wierzy, ale wkrótce wszyscy się przekonają.
Gehl stwierdziła, że Mietkowskiemu trzeba się lepiej przyjrzeć.
27
– Być może wydaje mu się, że jest tym demonem – wyjaśniła. – Postaraj się dowiedzieć, gdzie
facet mieszka, a ja uderzę na uczelnię.
*
W Instytucie Etnologii i Antropologii Kulturowej UAM dobrze znano Mietkowskiego. Na
punkcie Płonnika miał prawdziwą obsesję. Pisał o nim w artykułach i pracach naukowych, które
uczelnia odrzucała, nie chcąc narazić się na kompromitację. Próbował potwierdzić swoje teorie,
powołując się na kronikę parafialną z 1811 roku, w której zapisano historię schwytania i śmierci
człowieka uważanego za Płonnika.
– Zaproponowaliśmy Romkowi, żeby przyniósł tę kronikę, to zbadamy jej autentyczność –
tłumaczył doktorant, który pracował z Mietkowskim. – Wczoraj miał dostarczyć eksponat.
Nie zjawił się. Zadzwonił i opowiadał mocno roztrzęsionym głosem, że skradziono mu
kronikę. Podobno na ulicy podjechał do niego ktoś na skuterze i wyrwał mu ją spod pachy.
Przekonywaliśmy go, żeby zgłosił sprawę policji, ale odpowiedział, że to nic nie da.
– A sam dokument? – interesowała się Gehl. – W jaki sposób Mietkowski wszedł w jego
posiadanie?
– Twierdził, że otrzymał w prezencie od nieżyjącego już sąsiada, który nie miał jej komu
zostawić. Księga miała zostać uratowana w pożarze wiejskiego kościoła pod koniec XIX wieku.
Od tej pory była przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinie sąsiada. – Doktorant rozłożył
ręce. – Taki dokument, nawet jeśli istnieje, nie jest dowodem na to, że po świecie chodzą demony
czy inne siły nadprzyrodzone. Nie na tym polega etnologia.
– Domyśla się pan, gdzie może teraz być Roman?
– Nie mam pojęcia. Poprosił o tygodniowy urlop. Czy on narobił sobie problemów?
Zanim komisarz zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią, zadzwonił Klonowski, prosząc
o szybkie załatwienie pozwolenia wejścia do mieszkania Mietkowskiego.
– Formalnie Mietkowski jest zameldowany u rodziców na Starym Mieście – relacjonował
Klonowski – ale dwa tygodnie temu wyprowadził się od nich. Zamieszkał w ciekawym miejscu.
Kojarzysz nowy wieżowiec przy rondzie Rataje?
– Ten obok stacji benzynowej i dworca autobusowego?
– Dokładnie. A co znajduje się po drugiej stronie ulicy?
– Osiedla mieszkaniowe.
– A w kierunku wschodnim?
– O cholera!
– Wieżowiec ma dwanaście pięter. On wynajął mieszkanie na jedenastym. Ma piękny widok na
całą Łacinę – podsumował zadowolony z siebie Klonowski.
Za pół godziny Karolina Gehl była w wieżowcu z odpowiednim zezwoleniem i dwoma
funkcjonariuszami. Trzydziestometrową kawalerkę z aneksem kuchennym urządzono bardzo
skromnie. Tapczan, szafka, jedno krzesło, w małej lodówce serek topiony i napoczęty sok.
Jedynym przedmiotem burzącym ascetyczny wizerunek był teleskop stojący przy oknie.
Brakowało dwóch najważniejszych elementów. Lokatora i narzędzia zbrodni.
– Karolino, czy możesz tu podejść!? – zawołał Klonowski, patrząc przez lunetę.
– To chyba on – ucieszyła się, zerkając przez teleskop. Wśród wysokich traw Łaciny szedł jakiś
mężczyzna z podręcznym plecakiem. – Odwiedza miejsce zbrodni. Wyjdziemy mu naprzeciw.
28
Wchodząc na teren Łaciny, rozdzielili się, żeby otoczyć Mietkowskiego. Gehl razem z jednym
policjantem skradała się, pochylona w trawie. Gdzieś od drugiej strony przedzierał się Klonowski
z drugim funkcjonariuszem. Karolina zbliżyła się do samotnie rosnącego drzewa. Wtedy usłyszała
przeraźliwy krzyk. Razem z towarzyszącym jej policjantem zaczęła biec z całych sił. Rozległ
się kolejny krzyk. Wiedziała, że jest już blisko. Dopadła wreszcie wąskiej ścieżki, na której
popełniono morderstwo, i zamarła. Ciała Klonowskiego i drugiego policjanta leżały jedno na
drugim, a tuż obok ich głowy. Nad zabitymi stał mężczyzna trzymający w ręku zakrwawiony
sierp. Karolina, z trudem opanowując drżenie na całym ciele, wycelowała w niego pistolet.
Mietkowski upuścił sierp i uniósł ręce w górę.
– Ja tego nie zrobiłem – wyjąkał.
– Zamknij się, gnoju! – wrzasnęła komisarz i osobiście zakuła go w kajdanki, zaciskając je
najmocniej, jak się dało.
*
Po uroczystościach pogrzebowych szef poznańskiej policji zaprosił komisarz Gehl do swojego
gabinetu. Zaproponował, żeby udała się na dłuższy urlop. Przekonywał, że to się jej należy,
a nawet jest bardzo wskazane.
– Czym sobie zasłużyłam? – Wzruszyła ramionami. – Zginęło dwóch policjantów, za których
odpowiadałam.
– Ujęłaś niebezpiecznego psychopatę – przypomniał komendant. – Prokurator postawił mu już
zarzut zabójstwa czworga osób.
– Mietkowski nie przyznaje się.
– To nie ma znaczenia. Dowody są aż nadto oczywiste. Jedyne, czego uczepi się obrona, to
próba uznania go za niepoczytalnego, ale ja do tego nie dopuszczę. – Komendant zacisnął zęby.
– Załatwił dwóch naszych.
– Nadal nie potrafię zrozumieć, jak ktoś uzbrojony tylko w sierp mógł zabić dwóch policjantów
z bronią – Gehl po raz nie wiadomo który w ciągu ostatnich kilku dni zadała to pytanie.
– Błagam cię, Karolino, nie rozpamiętuj już tego, bo zwariujesz. – Mężczyzna spojrzał na nią
ze współczuciem. – Musisz wrócić do równowagi. Jesteś silna. Dasz radę.
Podziękowała szefowi i pojechała do mieszkania, żeby pobyć trochę w czterech ścianach.
W pracy rzeczywiście trudno było jej wytrzymać. Wszystko przypominało jej o Klonowskim.
Ledwie jednak zamknęła za sobą drzwi i usadowiła się na sofie, rozległ się dzwonek domofonu.
Żona, a właściwie już wdowa po Klonowskim. Były dobrymi koleżankami, ale od śmierci męża
Monika się z nią nie kontaktowała.
– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi, ale musiałam się z tobą zobaczyć.
Widok jej smutnej twarzy chwytał ze serce. Karolina zaprosiła ją do pokoju.
– Jeżeli mogę ci w czymś pomóc… – zaczęła, ale Monika szybko jej przerwała.
– Wybacz, że nie odzywałam się tak długo. Chcę, żebyś wiedziała, że nikogo z policji nie
obwiniam za śmierć Mariusza, a zwłaszcza nie ciebie.
– Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.
– Chciałam o coś zapytać. – Monika mocno zaciskała dłonie. – Pracowałaś z nim. Czy Mariusz
miał kogoś? To znaczy inną kobietę.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – Karolina mogła spodziewać się każdego pytania, ale nie tego.
29
– On był ostatnio jakiś inny. Unikał mnie. Przestał ze mną sypiać. Spędzał noc w drugim pokoju
na kanapie. – Monika otarła łzy. – Wiem, że to nie mogłaś być ty. Po prostu cię znam. Boże, co
ja wygaduję. – Wyjęła chusteczkę.
Karolina nalała jej szklankę wody. Sobie też.
– Od kiedy zaczął się tak zachowywać?
– Parę dni przed śmiercią. A ostatnią noc spędził poza domem. Oświadczył, że ma nagłe
wezwanie. Wrócił nad ranem. Wystraszyłam się, bo na twarzy miał ślady krwi. Szybko je zmył.
To nie była jego krew. Pytałam, co się stało, ale nie chciał ze mną rozmawiać. Zjadł śniadanie
i znowu wyszedł. Czy on naprawdę miał jakąś nocną akcję?
– W tej chwili nie pamiętam. – Karolina przyłożyła dłoń do skroni. Doskonale wiedziała, że
tamtej nocy Mariusz nie był nigdzie wzywany.
– Dzisiaj dowiedziałam się, że wynajął mieszkanie – ciągnęła Monika. – Właściciel zobaczył
jego zdjęcie w gazecie. Sporo o tym pisano. Skontaktował się ze mną i zwrócił zaliczkę, którą
wpłacił Mariusz. Dobrze, że można jeszcze spotkać takich ludzi. Zgodził się też, żebym na chwilę
zajrzała do tego mieszkania. To była mała kawalerka. Nie zdążył jej nawet umeblować. Puste
ściany, jakby nikt tam nie mieszkał. Jest jeszcze jedna rzecz – kobieta nie mogła powstrzymać
potoku słów. – Mariusz kupił sobie skuter. Trzymał go w podziemnym garażu w tym bloku.
Skutery nigdy go nie interesowały.
– Gdzie wynajął mieszkanie? – zapytała Karolina i wypiła łyk wody.
– W tym nowym wieżowcu przy rondzie Rataje.
– Pamiętasz numer mieszkania?
– Tak się składa, że zapamiętałam. – Monika pociągnęła nosem. – Mieszkanie 127. Na ostatnim
piętrze.
Karolina omal nie upuściła szklanki. Ostatnie piętro dokładnie nad mieszkaniem
Mietkowskiego. Z widokiem na Łacinę.
– Wiesz, co było najdziwniejsze? – Monika nie skończyła jeszcze festiwalu rewelacji. – W tym
pustym mieszkaniu na środku pokoju stało metalowe wiadro. Były w nim resztki spalonych
kartek papieru i to. – Sięgnęła do torby, którą cały czas trzymała przy sobie. Wyjęła z niej
ciemnobrązową, skórzaną oprawę po książce, z której ktoś wyrwał wszystkie kartki. Chociaż
skóra lekko się nadpaliła, na grzbiecie bez problemu dało się odczytać, że była to kiedyś kronika
parafialna z 1811 roku. – Nic już z tego nie rozumiem. – Pokręciła głową.
Karolina rozumiała coraz więcej, chociaż jej racjonalistyczny umysł bronił się przed taką
interpretacją. Chwyciła Monikę za rękę.
– Możesz być pewna, że Mariusz bardzo cię kochał i nigdy by ciebie nie zdradził. – O tym była
absolutnie przekonana. – Prawdopodobnie przeszedł jakieś załamanie. Gliniarzom to się zdarza.
Taka praca. Mariusz został dzisiaj pochowany z honorami. Pamiętamy go jako dobrego policjanta
i wspaniałego człowieka. Niech tak zostanie. Rozumiesz?
Monika pokiwała głową i z całych sił objęła Karolinę.
– Mam do ciebie prośbę i nie przyjmę odmowy. – Postarała się o uśmiech. – Chcę, żebyś
zaopiekowała się skuterem po Mariuszu. Ja się na tym nie znam.
– Niech będzie – zgodziła się Karolina.
Monika została jeszcze chwilę, żeby ochłonąć, a kiedy wyszła, Gehl wyjęła z szuflady biurka
kopię zeznań Mietkowskiego i zaczęła z uwagą czytać tekst, który kilka dni temu tylko pobieżnie
przejrzała.
30
Udałem się na Łacinę, żeby zatknąć poświęcone gałązki na ziemi, którą opanował Płonnik.
To jedyny sposób na powstrzymanie demona. W przeciwnym razie byłby aktywny przez resztę
oktawy Bożego Ciała. Kto wie, ilu ludzi mógł jeszcze zabić przez te kilka dni. Przyszedł się
zemścić za to, co spotkało go dwieście lat temu. Tym razem nie zamierzał wycinać zboża,
którego na Łacinie i tak od dawna już nie ma. Przewidziałem, kiedy nastąpi jego aktywność.
Próbowałem o tym mówić, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem sam temu zapobiec. Przyszedłem
z gałązkami, które poświęciłem w kościele. Gdy byłem już na miejscu zbrodni, nadeszło dwóch
policjantów, przedstawili się i zapytali, co tu robię. Próbowałem wytłumaczyć, a wtedy ten ubrany
po cywilnemu, który przedstawił się jako Mariusz Klonowski, wydał z siebie krzyk i na moich
oczach zmienił się w pół człowieka, pół psa. Jedna z jego rąk nadal przypominała ludzką i bardzo
się wydłużyła. Trzymał w niej duży sierp. Zamachnął się szeroko i odciął głowę policjantowi
w mundurze. Następnie skierował się w moją stronę. Sięgnąłem błyskawicznie do plecaka,
wyjąłem z niego gałązki i wbiłem w ziemię. Płonnik zatrzymał się i znowu przeraźliwie ryknął.
Zaczął się jakby rozdwajać. Wyłoniła się z niego postać policjanta, bezwładna, chwiejąca się.
Płonnik odciął mu głowę, zanim ten zdążył upaść. Potem demon stał, przez chwilę mierząc mnie
nienawistnym wzrokiem, a następnie rozpłynął się w powietrzu. Zrozumiałem, że udało się go
pozbyć. Niestety, odchodząc, zdążył jeszcze zabić człowieka, którego ciałem zawładnął. Kiedy po
demonie nie pozostał już żaden ślad, z przerażeniem zauważyłem, że trzymam w ręku jego sierp.
W tym samym momencie pojawiła się policjantka. Płonnik zemścił się na mnie. Odpowiem teraz
za jego zbrodnie.
PS Cały czas mam wrażenie, jakbym już gdzieś widział tego policjanta. Tego Klonowskiego.
*
Następnego dnia bardzo wczesnym rankiem Karolina złożyła wizytę właścicielowi, od którego
Mariusz wynajął mieszkanie. Poinformowała, że podkomisarz Klonowski wykonywał tajne
zadanie, do którego potrzebne było mieszkanie operacyjne.
– Proszę zachować ten fakt w absolutnej tajemnicy. Ten człowiek nigdy tutaj nie mieszkał.
Nigdy go pan nie spotkał. Jego żony również. Rozumiemy się? – Zmierzyła właściciela surowym
wzrokiem.
– Oczywiście – zapewnił przejęty mężczyzna.
Wzięła skuter Klonowskiego i pojechała nad Jezioro Kierskie, leżące na granicy miasta.
Znalazła najbardziej odludne miejsce, rozejrzała się uważnie dookoła i wepchnęła maszynę do
wody. Wcześniej do małego bagażnika włożyła oprawę po kronice parafialnej. Przez chwilę
pomyślała o Mietkowskim. Jemu nie mogła już pomóc.
31
Mroczny zakątek
Sabina
Waszut
Prawie każdy doświadczył w dzieciństwie czegoś, co miało wpływ
na całe późniejsze życie. Często nawet pozornie błahe wydarzenia
odciskają się piętnem, zmieniają i kształtują przyszłość.
Bohaterka najnowszej książki Gillian Flynn, Mroczny zakątek,
przeżyła tragedię, po której nic już nie było takie jak przedtem.
Jednej nocy najbliższe Libby Day osoby — matka i dwie siostry —
zostały zamordowane. O zabójstwo oskarżono jej starszego brata,
a w wyniku zeznań dziewczynki Ben trafił do więzienia z wyrokiem
dożywocia za potrójne morderstwo.
Czytelnik poznaje Libby wiele lat później, gdy jako
trzydziestokilkuletnia kobieta bez grosza przy duszy egzystuje
w maleńkim, zrujnowanym mieszkanku. Z finansowych opresji
może uratować ją jedynie Klub Kryminalnych Ciekawostek — grupa
Autor: Gillian Flynn
ekscentrycznych ludzi, których pasją jest przeprowadzanie własnych
Tytuł: Mroczny zakątek
śledztw oraz odkrywanie tajemnic niewyjaśnionych zabójstw
Wydawnictwo: Znak litera
i zaginięć. To właśnie oni proszą Libby o pomoc w znalezieniu
nova
prawdziwego mordercy rodziny Dayów. Członkowie grupy są
Data wydania: 2014
bowiem przeświadczeni o niewinności Bena. Twierdzą, że podczas
ISBN: 9788324025909
przesłuchań dziecko dało sobie wmówić wersję dorosłych.
Kobieta początkowo nie jest chętna do pomocy, jednak brak
środków do życia sprawia, że przystaje na propozycję grupy i krok po kroku zaczyna cofać się
w przeszłość, otwierając kolejne zamknięte dotąd furtki. To, co za nimi spotyka, przenosi czytelnika
w mroczny świat kłamstw, niedomówień i podejrzeń. Do czego ta bolesna wędrówka przywiedzie
Libby? Jakie tajemnice odkryje, jaką cenę zapłaci za poznanie prawdy o swojej rodzinie?
Autorka prowadzi fabułę wielotorowo. W następujących po sobie rozdziałach opisuje śledztwo,
w którym uczestniczy dorosła już bohaterka, oraz godzina po godzinie przedstawia przebieg feralnej
nocy, podczas której mała Libby straciła rodzinę. Poznajemy tragiczne wydarzenia zarówno z punktu
widzenia Bena, jak i jego matki. Dynamizm książki, intrygująca, pełna zwrotów akcji, zagadek
i mrocznych sekretów historia sprawia, że trudno jest się oderwać od lektury.
Mroczny zakątek to nie tylko świetnie napisany thriller — kolejny bestseller, jaki wyszedł spod
pióra popularnej pisarki. To również doskonała książka psychologiczna, która w sposób budzący
niepokój ukazuje czytelnikom, jak łatwo jest manipulować ludzkim umysłem. Po przeczytaniu
powieści w głowie zostaje jedna myśl: to, w co wierzymy, co nam się wydaje, często nie ma nic
wspólnego z prawdą.
RECENZJA
34
Dybuk
Ewa Skalec
Z pojęciem dybuka spotkałam się w zeszłym roku, w czasie lektury
drugiego tomu Oka Jelenia Pilipiuka (chyba w pierwszym tomie
wspomniane słowo nie padło). Bardzo mnie zaintrygowało, kiedy
więc zobaczyłam, że na polskim rynku wydawniczym pojawiła się
książka o tym właśnie tytule, postanowiłam dowiedzieć się o niej
czegoś więcej. Krótka notka okładkowa i kilka słów o Autorze,
którego debiut literacki Bestia w 2007 roku został uznany przez
Rzeczpospolitą za najlepszą powieść roku, sprawiły, że nie miałam
już wątpliwości —chcę i koniec!
Przyznam, że kiedy sięgałam po książkę, istniały już w mojej
głowie pewne oczekiwania. Dybuk ich nie spełnił... Zaoferował coś
kompletnie innego, niż się spodziewałam i... chwała mu za to! Na
co liczyłam, przemilczę. Dostałam jednak coś znacznie lepszego,
Autor: Marek Świerczek
znacznie ważniejszego, coś, co chyba do końca życia gdzieś tam
Tytuł: Dybuk
we mnie pozostanie. Historię mądrą, przerażającą, trzymającą
Wydawnictwo: Ammit
w napięciu i... na wskroś prawdziwą, choć chciałoby się wierzyć, że
Data wydania: 2012
rzeczywistość wyglądała odrobinę bardziej kolorowo.
ISBN: 978-83-935576-0-8
Rzecz dzieje się w Polsce w roku 1946. Niemcy przegrali
(zakończenie działań wojennych miało miejsce mniej więcej przed
rokiem), po polskiej ziemi paradują teraz radzieccy zwycięzcy, tu
i tam można napotkać grupę czerwonoarmiejców. Do władzy dobrali się komuniści i nie zamierzają
odpuścić. Ani Niemcom, ani AK-owcom, ani Żydom. Nikomu. Jednym z tych, którzy staną im na
drodze, jest Rem Sosnkowski — były żołnierz AK, urodzony morderca, nożownik skazany na śmierć.
Dostanie jednak szansę i ponownie wyjdzie na wolność. Zadanie, które mu powierzono, nie jest łatwe
i przyjemne, a Rem — choć zawodowiec — nie ma najmniejszego pojęcia, w jakie bagno się pakuje.
Czym jest tytułowy dybuk, zapytacie. Podaję dokładnie za Wikipedią: W mistycyzmie i folklorze
żydowskim zjawisko zawładnięcia ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby. Dybukiem
nazywa się też samego ducha, duszę zmarłego, która nie może zaznać spoczynku (...) z powodu
popełnionych grzechów, i szuka osoby żyjącej, aby wtargnąć w jej ciało. Taki właśnie rozkaz otrzymał
Rem — wytropić i zabić dybuka. Nie będzie to jednak praca samodzielna. Niczym Frodo, Rem
ma przy sobie mniej lub bardziej zgraną, dziwaczną na pierwszy rzut oka, kompanię, której skład
w trakcie podróży ulega zmianom (raz in plus, raz in minus). Poznamy więc nie tylko Sosnkowskiego,
ale też Ślązaka/Niemca Sigismunda von Horna, Cygana Melkiadesa, a później Żyda Barucha i piękną,
młodziutką Żydówkę Judytę. Oto nasza drużyna pierścienia. W poczet bohaterów zaliczyć trzeba
jeszcze samego poszukiwanego, czyli Aarona Stallmana (vel doktora von Treppfa) oraz zlecającego
całą akcję Singera.
RECENZJA
35
W powieści nie znajdziecie jednak zbyt dużo mistycyzmu, magii, żydowskiej kabały. Napotkacie
natomiast beznadzieję i podłość, ludzkie cierpienie i gruzy, jakie zostawiła po sobie wojna. Nie chodzi
jedynie o ruiny budynków, ale przede wszystkim — ludzkich dusz, serc, polskiego honoru. Świerczek
nie szczędzi nam bowiem tej beznadziei, z którą ówcześni Polacy stykali się każdego dnia. Prawdziwe
zezwierzęcenie, powodujące, że Rem coraz bardziej traci nadzieję i poczucie sensu. Bo przecież nie
o to walczył wraz z innymi AK-owcami. Nie o to modlili się, idąc do walki, polscy żołnierze. Nie za
taką Polskę przelali krew. I nie chodzi już tylko o zestawienie sanacyjnej II RP z komunistyczną Polską
powojenną. Chodzi o to, że człowiek człowiekowi wilkiem, nawet w czasach pokoju. Całe szczęście
nasi bohaterowie spotkają na swej drodze kilka osób, dzięki którym nadzieja na to, że człowieczeństwo
się odrodzi, że słowa, takie jak: Bóg, Honor, Ojczyzna, znów będą ważne — że nadzieja na to jeszcze
jest, jeszcze nie wyparowała do końca wraz z unoszącym się po bombardowaniach popiołem, wraz
z biedą wiosek, co i rusz nękanych przez kolejne armie, wraz z dymem snującym się z kominów
krematoriów. A póki jest nadzieja...
Dybuk jednak nie jest powieścią z happy endem. Ostatnie zdania zawieszają jakby akcję, nie
wyjaśniają do końca, co się stało. Możemy się tylko domyślać. Możemy, ale zawsze istnieje
ewentualność, że było inaczej.
W książce, poza narracją trzecioosobową, pojawia się również pamiętnik Aarona Stallmana. To
bardzo ważna część utworu, ponieważ dzięki niej możemy lepiej zrozumieć tego człowieka. Zarówno
kim był i dlaczego, a także jak bardzo różni się prawdziwy Aaron od osobnika, który (nawiedzony,
jakby nie patrzeć) grasuje po kraju i zabija w okrutny sposób małe dziewczynki. Pamiętnik Aarona
jest wstrząsający. Nie dlatego, że przejmuje obozową grozą, ponieważ o czasach obozowych mówi
niewiele. Autor skupił się na młodości Aarona, na okresie dojrzewania, na życiu przedwojennym. Tym
bardziej więc nieludzkie wydaje się odtrącenie i brak szacunku dla chłopca — reakcje powodowane
jedynie faktem żydowskiego pochodzenia. Pamiętnik zmusza nas, byśmy sobie w końcu uświadomili,
że antysemityzm to nie tylko problem III Rzeszy i okresu wojennego. Że był on obecny również
w naszej sanacyjnej Polsce i... niestety, także po zakończeniu działań wojennych. Bo przecież o tym
w dużej mierze jest ta powieść — o problemie antysemityzmu w Polsce po odejściu z naszych ziem
żołnierzy niemieckich.
Jednak nie tylko o tym. Świerczek nie ogranicza się wyłącznie do jednego tematu, bo początki PRL
to bardzo wdzięczny czas dla literatów. Rozliczanie się z wojennymi „grzechami” kilka miesięcy po
zwycięstwie aliantów było chyba rzeczywiście codziennością. Każdy musiał zrewidować to, kim był,
kim jest i kim chce zostać.
Jaki morał płynie z Dybuka? Między innymi, że nie uciekniemy przed tym, kim jesteśmy. Ani
Baruch nie ma zbyt dużej szansy, by zostać feldkuratem, ani z Sigismunda nie będzie raczej dobry Żyd.
Co ciekawe, Rem zdaje się postacią niemal krystalicznie czystą, bohaterem, z którym chcielibyśmy
się utożsamiać. Dobry, szlachetny, zawsze staje w obronie słabych i uciśnionych. Nienawidzi
chamstwa, prostactwa i podłości. W jego towarzystwie można się czuć bezpiecznie, ale wiadomo, że
się z nim nie zadziera. A jednak... sam siebie nie nazywa szlachetnym ani dobrym, wręcz podkreśla,
że jest urodzonym mordercą. Fałszywa skromność? Może prawdziwa? A może po prostu krytyczne
spojrzenie oczami uczciwego człowieka, a nie kogoś, kto pragnie się wybielić i być przykładem dla
innych.
Całkiem niedawno brałam udział w dyskusji dotyczącej polskiej literatury. Wnioski były takie, że
jakkolwiek ciekawa i naprawdę z wysokiej półki, nie zachwyci raczej obcokrajowców. Ani swym
polotem, ani ważkością poruszanych zagadnień. Jest bowiem zbyt mocno osadzona w naszych realiach,
36
RECENZJE
w naszych kontekstach. Zbyt wiele w niej odniesień do polskiej historii, do polskiej martyrologii,
służy często do leczenia naszych własnych kompleksów. O dziwo, Dybuk jako powieść właśnie
osadzona w bardzo polskich realiach, w czasie tak specyficznym, jak rok 1946, wydaje się być bardzo
uniwersalna.
Groza miesza się tu z romansem, mistycyzm (choć w minimalnym zakresie) z sensacją. Treść
można odczytywać na kilku płaszczyznach, nie sposób jednak o niej szybko zapomnieć. Sam Autor
tak mówi o swym dziele: Wierzę, że dzięki temu „Dybuk” może trafić do szerszego kręgu odbiorców.
W warstwie fabularnej jest powieść drogi, połączona z groteskową, przygodową misją, w warstwie
głębszej, to historia stawania się, wyrywania z własnych ograniczeń, ale także moralnego upadku
i szaleństwa. A przy tym, służy także temu, by z uśmiechem niedowierzania przyjrzeć się żywym
wciąż stereotypom. Czy Singer jest tak żałosny i słaby, jak Żydzi we wspomnieniach Stallmana? Nie,
to zdeterminowany i inteligentny człowiek, choć pewnie w przedwojennych Sztetlach mentalność
była inna. Czy Polacy byli antysemitami? A co z całą galerią Sprawiedliwych Wśród Narodów
Świata? Stereotyp działa tak długo, jak długo ktoś się nie zastanowi. Dlatego „Dybuk” zawiera tyle
niedokończonych wątków, niekonsekwencji i ahistoryczności — takich jak cytaty z „Rammstein” —
chciałem, by czytelnik zatrzymywał się w czytaniu. Wracał dwa rozdziały wcześniej, by sprawdzić, czy
czegoś nie pominął, by złościł się na przeinaczanie historycznych faktów. Może wtedy łatwiej wpadnie
w złość na sprowadzanie ludzkiej różnorodności do głupawego stereotypu.
Cóż jeszcze mogę dodać? Mam kilka zastrzeżeń do samego wydania. Co prawda, literówek szukać
ze świecą, za to bardzo uprzykrzają czytanie myślniki w dialogach. Zdarza się, że są w jakichś zupełnie
dziwacznych miejscach, w których być nie powinny, natomiast brakuje ich tam, gdzie są niezbędne.
Nie sądzę, by był to zamierzony zabieg. Najgorszy jest jednak brak wcięć na początku akapitów.
Co dziwne, wcięcia owe są przy dialogach, nie ma ich zaś przy narracji. Nielogiczne to, a przede
wszystkim utrudniające lekturę.
Natomiast duży plus za okładkę, która robi wrażenie. Wieje od niej tajemnicą z odrobiną grozy,
a jednocześnie zmusza do zastanowienia. Najpierw nad tym, o czym będzie powieść, później już nad...
A nie, to już Wam zostawię. Przeczytajcie, naprawdę warto.
RECENZJE
37
L okator do wynajęcia
Aneta Rzepka
Kiedy za oknem zimno, szaro i ponuro, a poziom endorfin
gwałtownie spada z powodu ograniczonej ilości światła słonecznego,
należy sobie poprawić humor książką. Lokator do wynajęcia jest na
tę okazję pozycją wręcz idealną. O ile, oczywiście, lubicie komedie
z wątkiem kryminalnym i nutką romantyzmu.
Kim jest tytułowy bohater? To osoba, która pod nieobecność
właścicieli na zlecenie opiekuje się mieszkaniami. Do jej zadań
należy dbanie o lokal, używanie sprzętu domowego oraz regularne
dokonywanie wszelkich niezbędnych napraw. Takim wynajętym
gospodarzem jest Miśka. Pewnego dnia dziewczyna dostaje zlecenie
na opiekę nad domem w Zawilcu, miejscowości położonej niedaleko
Zakopanego. Podpisuje również umowę, w której zobowiązuje się do
dyskretnej obserwacji mieszkających po sąsiedzku ciotek pracodawcy.
Autor: Iwona Banach
Sprawa wydaje się prosta. Cóż to za problem złożyć raz na jakiś czas
Tytuł: Lokator do wynajęcia
grzeczną wizytę dwóm starszym paniom i sprawdzić, jak się mają?
Wydawnictwo: Nasza
Pewnie żaden. O ile rozmawiamy o typowych starszych paniach, a nie
Księgarnia
o kobietach rozrywkowych, pełnych temperamentu, mających szalone
Rok wydania: 2014
pomysły i zachowujących się trochę jak nastolatki.
ISBN: 9788310126313
Miśka, w asyście swojego współpracownika Noldiego, przybywa do
Zawilca. Już na wstępie dowiaduje się, że dom jest nawiedzony i rzuca
nożami. Uznaje to jednak za miejscową legendę. W jak wielkim jest błędzie doświadcza już pierwszej
nocy. Jako zagorzała racjonalistka nie wierzy, oczywiście, w zjawiska nadprzyrodzone. Bałagan
w kuchni, dzika lokatorka i trup na posesji nakazują jej jednak weryfikację poglądów. Ani mieszkanie,
ani okolica, ani nawet sąsiedzi nie są normalni. I o ile nieco odbiegające od normy zachowanie ludzi
jest gotowa nazwać chorobą górali, o tyle dziennych wydarzeń rozgrywających się w domu nie potrafi
racjonalnie wytłumaczyć. Bo w Lokatorze do wynajęcia świat zostaje wywrócony do góry nogami,
ale tylko pozornie. W tym szaleństwie jest metoda, jednak aby ją pojąć, należy przeczytać powieść.
Iwona Banach wykreowała barwne, niezwykle ciekawe i oryginalne postaci. Każda inna, niebanalna,
w jakiś sposób odbiegająca od stereotypów. Umięśniony Noldi, wyglądający jak osiłek regularnie
odwiedzający siłownię, jest chłopakiem romantycznym, wrażliwym, nigdy w życiu nikogo by nie
skrzywdził i boi się pająków. Nina i Bella, czyli mieszkające po sąsiedzku ciotki, pomimo swoich
lat, są energicznymi paniami, które mają ochotę bawić się, korzystać z życia. Nudną egzystencję
urozmaicają sobie licznymi aferami. Hodowla marihuany w doniczce, napuszczanie psów i kotów
na policjanta oraz sadzenie samozapalających się krzewów to tylko przykłady wybryków, do jakich
są zdolne. Niestety, czasu nie mogą oszukać. Chociaż duch wciąż młody, zdrowie już nie najlepsze.
Wreszcie policjant, który musi potulnie spełniać polecenia matki, a jego największą zasługą jest fakt,
RECENZJA
38
że jeszcze nigdy nie zamknął nikogo na długo. Pewnie dlatego mieszkańcy Zawilca bardzo go lubią.
Odrębną grupą bohaterów są zwierzęta — one również wymykają się stereotypom. York waleczny
jak lew, łagodny jak baranek nowofunlandczyk Kruszynka oraz kocięta terroryzujące psa.
W powieści Iwony Banach nic nie jest takie, jak powinno. Nawet prawda. Czytając, niejednokrotnie
miałam wrażenie, że świat fikcyjny oszalał. Ale to jedynie złudzenie. Autorka ma wszystko pod
kontrolą i skrupulatnie układa puzzle we właściwych miejscach.
Powieść czyta się szybko. Język jest prosty, niewymuszony, idealnie oddaje optymistyczny
klimat powieści i świetnie pasuje do niebanalnych osobowości bohaterów. Stylistyka tekstu została
podporządkowana obranemu gatunkowi, czyli komedii. Autorka prezentuje cięte, przezabawne
dialogi, a głównymi zabiegami stylistycznymi są komizm sytuacyjny, zabawa znaczeniem słów oraz
satyryczne portretowanie postaci. Przy opisie wydarzeń trudnych do wyjaśnienia (rzucająca nożami
kuchnia, krew na schodach, jęki w domu) czy wywołujących niemiłe emocje (porwanie, zamknięcie
w piwnicy, znalezienie trupa) króluje konkretny realizm. Iwona Banach nie próbuje budować nastroju
grozy, wzbudzać strachu. Narrator nie komentuje wydarzeń, nie ocenia bohaterów, pozostawia to
czytelnikowi, jednak jego obecność jest podczas lektury wyczuwalna. Zupełnie jakby siedział obok
i uśmiechał się lekko, kiedy po raz kolejny udaje mu się spłatać fabularnego figla.
Lokator do wynajęcia jest powieścią pogodną, optymistyczną i bardzo ciekawą. Poprawa humoru
oraz uśmiech podczas lektury gwarantowane. Polecam wielbicielom komedii, wątków kryminalnych,
ale przede wszystkim ludziom podchodzącym do życia zbyt dosłownie. Bohaterowie udowadniają, że
aby zdrowo funkcjonować w ponurej codzienności potrzeba dystansu do siebie, świata i ludzi. Tego
życzę Wam, sobie oraz wszystkim, których przytłacza ponura codzienność. Może kiedyś spotkamy
się w domu, gdzie nadprzyrodzona siła rzuca nożami?
39
RECENZJE
Czombrów, czyli prawdziwa twarz
Soplicowa
Dariusz Zajączkowski
Ludzki umysł reaguje na bodźce selektywnie, przede wszystkim
dostrzega to, co chce. Dlatego w chwili, gdy sięgnąłem po książkę
Joanny Puchalskiej Dziedziczki Soplicowa, świadomie zarejestrowałem
jedynie drugi człon tytułu. Pierwszy nieco później, miękko
i niepostrzeżenie wślizgnął się wraz z kolejnymi stronami opowieści.
Autorka wykorzystuje ten mechanizm postrzegania, uchyla drzwi
z głęboko wyrytym napisem: Litwo Ojczyzno moja… i wprowadza
nas do miejsca, gdzie rodziła się Mickiewiczowska epopeja. Choć
obecnie to świat wyrzezany czasem, przysypany popiołem zapomnienia,
przeorany prozą życia i pługiem dziejów — dodajmy, głębokim pługiem
— to jednak ocalały w nim nieliczne ślady tamtych historii. Ot, kilka
reliktów osadzonych pośród pól malowanych, gdzie rolę kompasu —
przynajmniej na początku książki — pełni zaczytany egzemplarz Pana
Autor: Joanna Puchalska
Tadeusza, wsparty rodzinnym archiwum (wszak Joanna Puchalska to
Tytuł: Dziedziczki
prawnuczka ostatnich właścicieli Czombrowa, pierwowzoru Soplicowa).
Soplicowa
W odnajdywaniu tropów i materialnych pozostałości z czasów
Wydawnictwo: Muza
ostatniego zajazdu towarzyszy nam wpojony w szkole wyidealizowany
Data wydania: 2014
wizerunek Polski szlacheckiej, tej osiadłej na wschodnich rubieżach,
ISBN: 978-83-7758-778-2
przepojony specyficzną tęsknotą i przefiltrowany Sienkiewiczem.
Autorka wciąga nas w kolejne opowieści i… niepostrzeżenie gasi
nostalgię, zdejmuje z oczu różowe okulary, stawia na twardej opoce prozy i rzeczywistości dworskiego
życia, życia dalekiego od sielanki. Szlacheckie Soplicowo odpływa, blaknie i choć pozostaje gdzieś
w tle opowieści, to wraz z nastaniem nowych właścicieli [Karpowiczów] kończy się staropolska epoka
sarmacka w Czombrowie i zaczyna nowoczesny wiek dziewiętnasty . No cóż, w końcu nie jest to
opowieść o Panu Tadeuszu i narodowej epopei, to rzecz o Dziedziczkach, niezłomnych, mocno po
ziemi chodzących kobietach, których codzienność miała w sobie może i mniej Soplicowa, ale nie mniej
patriotyzmu. Odnoszę wręcz wrażenie — i nie wyobrażam sobie, by Autorka nie przytaknęła — że
Mickiewicz w pewien sposób namaścił owe miejsce, ażeby następnym właścicielom i właścicielkom
dawało siłę bycia ostoją polskości, choć czasem chciałoby się rzec, zwykłego człowieczeństwa.
Skażeni szkolnym skrótem, przemilczeniem — może nie tyle celowym, co z konieczności
czynionym, skoro program wciąż napięty — postrzegamy tamtych ludzi i czasy przez pryzmat
Wielkich Wydarzeń i Dat. Natomiast książka daje wgląd w codzienność wieku XIX i czasów
międzywojennych, taką od podszewki, prostą, może wręcz siermiężną, ale prawdziwą. Uświadamiamy
sobie, że dopiero szczegóły egzystencji tamtych ludzi, ich relacje, problemy, uczucia pokazują, jak
niewiele się od nich różnimy. Tam też grosza brakowało, pomór owiec się trafił lub spadały ceny zboża
— ot, tak jak i obecnie, gdy do pierwszego nie wystarcza.
RECENZJA
40
I jeszcze jedno… Z lektury prozy Joanny Puchalskiej wyłania się także przekaz o współżyciu
narodów i religii na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego — dużo możemy się od nich nauczyć.
Autorka zwraca uwagę, ostrzega, by nie powielać powszechnego błędu przykładania współczesnej
miary do pojęć sprzed stu czy dwustu lat. Dziś mamy inną mentalność, inne postrzeganie
rzeczywistości, co dotyczy choćby pojęcia Litwa, które musi uwzględnić historyczne realia. Tym
samym — pośrednio, ale gruntownie — klaruje, dlaczego najbardziej polski z polskich poematów
zaczyna się od słów Litwo, Ojczyzno moja; wyjaśnia, co oznacza gente Lithuanus, natione Polonus.
Może, jeżeli zrozumiemy to pojecie — nie przetłumaczymy, ale zrozumiemy — to zidentyfikujemy
siebie jako cząstkę narodu i jako indywidualna jednostkę? W końcu, czyż mogę się nie zgodzić
z Autorką, że poznać przeszłość to zrozumieć siebie ?
A w kontekście powyższego nie zapominajmy, że Dziedziczki Soplicowa to również, a może
przede wszystkim, wędrówka Joanny Puchalskiej w poszukiwaniu swego ja. O domowym archiwum,
o zapomnianych dokumentach napisała: Są częścią mnie, bo ja z tego świata jestem. Co innego
jest wysłuchiwać opowieści rodzinnych, a co innego spojrzeć w dokument sądowy i przekonać się,
że rzeczywiście tak było. Że to, czego się człowiek nasłuchał w dzieciństwie, to nie bajki i legendy,
tylko prawda . A ja wciąż próbuję wyobrazić sobie, jakie uczucia targały Pisarką, gdy w piwnicach
wrocławskiej filmoteki odnaleziono kopię ekranizacji Pana Tadeusza z roku 1928, a na ekranie
poruszał się i przemawiał nigdy niepoznany pradziadek…
Takie przeżycia rysują i uwrażliwiają duszę — widać to w każdym akapicie, jaki wyszedł spod
pióra Joanny Puchalskiej.
41
RECENZJE
Moja niemiecka matka
Karolina Kowalcze
Brigitte popatrzyła z przerażeniem na męża, miotającego się w stosie
kosztownych futer. A wtedy on krzyknął:
— I oszczędź sobie tego płaczu na zamówienie! — W tym momencie
zaczęła podejrzewać, jako że na określenie jej łez Hans użył tego
samego sformułowania, co ten obrzydliwy poborca podatkowy — że
może jej własny mąż jest donosicielem. Dotychczas nie traktowała
partii nazistowskiej poważnie; mówiła o niej „to błazeństwo Hitlera”,
czym sprawiała Hansowi przykrość. Dziś jednak za tym, że puściły mu
nerwy, kryło się najwyraźniej coś więcej. Hans wydawał się n a p r
a w d ę wierzyć w nazistów .
Ta wiara w nazistów, która niecałe osiemdziesiąt lat temu opanowała
Niemcy, doprowadziła do wybuchu drugiej wojny światowej.
Okrucieństwo, jakiego na podbitych narodach dopuszczali się
Autor: Niklas Frank
hitlerowcy, do dziś wzbudza przerażenie. Kim byli ludzie, z jednej
Tytuł: Moja niemiecka
strony tak bardzo zaprzyjaźnieni ze sztuką i muzyką, a z drugiej —
matka
potrafiący z zimną krwią i bez żadnych wyrzutów sumienia posyłać
Wydawnictwo: Bellona
ludzi do gazu, wcześniej okradając ich ze wszystkiego, co posiadali?
Data wydania: 2006
Kim były ich rodziny, które — wiedząc o bydlęcych wagonach,
ISBN: 83-11-10436-0
obozach koncentracyjnych, głodzie, zarazach i rozpaczliwych,
niegodnych nawet szczura warunkach — milczeniem godziły się na
wszystko w zamian za życie w luksusie?
W 1991 roku w Niemczech ukazała się Moja niemiecka Matka, książka Niklasa Franka,
najmłodszego syna Rzeźnika Polski, Hansa Franka. Autor poddaje surowej ocenie swoich rodziców–
zbrodniarzy; z ogromną złością komentuje ich zachowanie, decyzje, a nawet listy. Mając dostęp
do wielu źródeł, dokumentów, dzienników, artykułów czy też samych wspomnień, Frank odtwarza
wczesną młodość matki i ojca oraz intencje, jakimi kierowali się w życiu. I nie pozostawia złudzeń:
rodzice byli pazernymi, zakłamanymi konformistami, nie kierującymi się w życiu żadną moralnością.
Moja niemiecka matka jest próbą poradzenia sobie z poczuciem winy, którym obarczono prawie cały
naród niemiecki, w szczególności rodziny największych zwyrodnialców.
Nie można żyć normalnie ze świadomością, że ojciec został powieszony — wyznał po latach Niklas
Frank w reportażu. — Jestem synem ludobójcy . Można natomiast wiele rzeczy przelać na papier, co
Autor robi w mistrzowski sposób. Śmiałe opisy, czasem przechodzące w naturalizm, sarkastyczne
uwagi, złość i żal przebijające przez wszystkie akapity — tylko syn mógł zdobyć się na takie ukazanie
rodziców. Nie mogąc znaleźć żadnego usprawiedliwienia dla wspierającego bestialskie ludobójstwo
ojca, dla milczenia oraz intryg wyniosłej i mściwej matki, przedstawił ich niczym Heroda i Herodiadę.
Nie miał w sobie litości, podobnie jak hitlerowcy względem swoich ofiar.
RECENZJA
42
Moja niemiecka Matka nie jest książką historyczną, ale pomaga czytelnikowi zrekonstruować obraz
Niemiec ubiegłego stulecia. Oprócz sylwetek dygnitarzy III Rzeszy Niemieckiej, Frank przemyca
wiele wątków związanych z panującymi stosunkami społecznymi — zmiana podejścia Niemców do
Żydów, opinie o Hitlerze i jego partii oraz kulisy życia elit niemieckich w czasie trwania oraz po II
wojnie światowej.
Twórczość Franka wywołała burzę w Niemczech, przerwała milczenie związane z rozliczeniem
wojny w rodzinach i w całym narodzie. Dzieci splamionych krwią rodziców nawet dzisiaj muszą
sobie radzić z historią i oskarżeniami. Niklas wraz ze starszym bratem Normanem wzięli na siebie
odpowiedzialność, którą powinni wziąć ich rodzice. [Oni] nie chowają głów w piasek. Nie obawiają
się konfrontacji z przeszłością. Wprost przeciwnie — szukają jej , pisał w książce Noszę jego nazwisko.
Rozmowy z dziećmi przywódców III Rzeszy Stephan Lebert.
Wprawdzie ich ojciec Hans, Generalny Gubernator, przed Międzynarodowym Trybunałem
Wojskowym przyznał się do części popełnionych zbrodni niemieckich, ale nie uchroniło go to od
kary śmierci. Natomiast matka, władcza prostaczka z niewielkiej miejscowości Forst, nie mieszała się
w politykę bezpośrednio: życie w luksusie było najważniejsze. Ludzie — nawet ci Żydzi, z którymi
robiła interesy przed wojną — nie mieli dla niej takiego znaczenia jak biżuteria i drogie futra. Całą
wojnę udawała, że nic złego się nie dzieje.
Za przykładem Pani Ministrowej, czytelnik zdaje się nie widzieć bestialstwa jej męża i pozostałych
morderców. Słyszy co prawda pogłoski o obozach koncentracyjnych, ale — podążając za kolejnymi
zachciankami kobiety i poznając nowe kochanki Króla Polski — długo się nad nimi nie zastanawia.
Moja niemiecka Matka jest jednym z najodważniejszych przedstawień zbrodniarzy wojennych.
Frank odziera rodziców z pięknych masek, pod którymi kryje się cynizm, wyrachowanie, pazerność,
żądza władzy, poczucie wyższości, okrucieństwo i bezwzględność w dążeniu do celu. Pozornie nic
nowego, ale książka wciąga i długo nie daje o sobie zapomnieć.
43
RECENZJE
Hormony stylu
Mikołaj Maria Manicki
Pisać książkę, jak głupio to brzmi, no bo się siada i zaczyna lepić jakieś przemyślenia niczym
bałwana w przepatynowaną śniegiem noc grudniową — kogo one będą obchodzić? Nikogo oprócz
tych, którzy znajdą w nich swoje.
Capote, Dick, Elliot, Fitzgerald, Lovecraft, Steinbeck, Twain, Vonnegut. Ameryka miała wielu
znamienitych autorów, w których dziełach rzesze czytelników odszukały swoje odbicia; mistrzów,
bez których nie może się obejść żaden podręcznik literatury XX wieku. Ja chciałbym mówić
jednak o dwóch takich, co ukradli literackie antypody; przywłaszczyli sobie przeciwległe bieguny
prozatorskiej estetyki, zapuścili korzenie i rozrośli się do kreatywnie pasożytniczej formy, inspirując
następne pokolenia twórców. Według mnie, to oni stoją na czele XX-wiecznej prozy amerykańskiej.
William Cuthbert Faulkner (1897-1962) i Ernest Miller Hemingway (1899-1961). O nich rzecz cała.
Różnili się od siebie i uwielbiali to zaznaczać. Niejednokrotnie zdarzało się, że umniejszali swoim
zasługom. Faulkner powiadał, że Hemingway nigdy nie odsyła do słownika, bierze tylko hebel
i struga proste, nienachalne słowa, jak na stolarza, nie zaś wielkiego prozaika przystało. Hemingway
— owszem — nie tytłał się barwami, został w zamian znakomitym rysownikiem i nie gorszy efekt
uzyskiwał od rywala, leżącego wśród wysokich plonów ekspresjonizmu. Ich walka była niezmiernie
ciekawa. Dwa wymiary, które istnieją co prawda w jednym wszechświecie, ale nie chcą, albo
wypadałoby nawet powiedzieć, że niezdolne są do wzajemnego przenikania. Czy rzeczywiście byli
przeciwieństwami? Jako ludzie, tak — ale tylko do pewnego stopnia.
Obaj urodzili się w epilogu XIX wieku, w zmierzchu epoki wiktoriańskiej. Podkreślając niejako
swoją szkolną mierność, a nie podlega wątpliwościom, że nie lepsze mieli stopnie od każdego innego
przyszłego wyrobnika amerykańskiego systemu, oddawali się sportowi i zabawom. Stronili od
rozrywek intelektualnych (Hemingway, zmuszany przez matkę do nauki, uciekał nawet z domu).
Również później nie poświęcili się edukacji. Hemingway stanął w miejscu, a Faulkner opuścił
Uniwersytet Mississipi po tym, jak zderzył się boleśnie z egzaminami z języka angielskiego. Obaj
palili się, aby pojechać na front Wielkiej Wojny, ale odrzucono ich ze względu na niezadowalający
stan zdrowia. Faulknerowi, który upodobał sobie wyobrażenia o podniebnych bataliach w zastępach
RCAF, pozostała dola rezerwowego w Brytyjskich Siłach Powietrznych w Toronto (najnowsze źródła
twierdzą, że okopów nigdy nie powąchał). Hemingway zaciągnął się do Czerwonego Krzyża i poprzez
Paryż dotarł na front włoski. Wraz z końcem wojny zamarzył, by chwycić za pióro. Nie inaczej
postąpił Faulkner. Debiutowali w dzienniku z Nowego Orleanu, The Double Dealer. Ich pierwsze
książki miały tożsamy wydźwięk „straconego pokolenia” — mowa o faulknerowskiej „Żołnierskiej
zapłacie” (1926) oraz „Moskitach” (1927) i o hemingwayowskim „Słońce też wschodzi” (1926) oraz
„Pożegnanie z bronią” (1929). Mimo tylu imponujących, korelujących z wyobraźnią biograficznych
podobieństw, wytworzyli odrębne style literackie. Okręty identyczne (literatura), przystań niby też
(Nobel), a jednak wrażenie robi fakt, że te same fale poniosły ich ku tak odmiennym lądom.
Technika powieściowa Williama Faulknera operuje wokół surrealizmu i patosu. Autor z typową
44
sobie — tak to widzę — wyrafinowaną niezbornością, poprzez powtórzenia, przecinki, średniki
i rozbebeszone wraz z miąższem fantasmagorie, wręcza czytelnikowi bilet donikąd. Ale tylko pozornie.
Mistrzostwem Faulknera jest właśnie to, że w długich zdaniach, bezdennym bogactwie słów i zawiłych
konceptach stojących niekiedy na zgliszczach składni, opowiada coś podprogowo. I to najzupełniej
pospolitym językiem. Akapity to barwne szaty, weselisko, cudowny hałas, pod którym drzemie
zwykła historia, jakich wiele. Autor wymaga od czytelnika nie tyle inteligencji, ile wrażliwości na
metafory. Fabuła narzuca czytelnikowi rolę śledczego, który musi zmierzyć się z niedopowiedzeniami,
zacieraniem chronologii i bełkotem dziejów. Niesamowita inwersja prozy Dostojewskiego.
Najbezpieczniej czuje się Faulkner w fikcyjnym hrabstwie Yoknapatawpha, nieodmiennie kreując
świat pełen rasizmu, irracjonalności, purytanizmu, bezprawia i bigoterii, i oszałamiającego klimatu
Dzikiego Zachodu. Bohaterowie posiadają cechy niemal mitycznych postaci, mściwych tytanów,
którzy niosą zwiastun katastrofy, ich własnej lub osób, z którymi ścinają się w beznadziejnych
nierzadko splotach nieszczęśliwych wydarzeń. Większość z postaci trafniej porównać by można do
upiorów, cieni albo półludzkich wyziewów, aniżeli śmiertelników z krwi i kości. Każda z nich staje się
na chwilę głównym bohaterem, by następnie gdzieś wyparować. Dzieła Faulknera są zresztą rodzajem
zapisu zbiorowej świadomości — to bardzo homogeniczny świat. Mimo że niejednokrotnie opuszcza
swój niesamowity klosz, wraca nieodmieniony i tak samo syty.
Nie oszukujmy się, twórczość Hemingwaya przynajmniej raz w życiu poszła na spacer z twórczością
Bukowskiego — bo i u obydwu panów trochę alkoholu, trochę śmierci i beznadziejności życia, i parę
niewieścich serc niecnie zaszczutych, i bardzo proste, żeby nie powiedzieć ubogie, pojęcie męskości
i męskich czynów. Tym, co jednak najsilniej dotyka u Hemingwaya, to wojna. O niej opowiada
wybitnie. Wojna obecna jest szczególnie pośród wspomnień, które pętają ręce prawie wszystkich jego
bohaterów. Walczą, nie mają sposobności, by myśleć — niespokojnie piją wywar z rzeczywistości,
cierpki łyk za cierpkim łykiem. Oni nie otwierają swoich czaszek, oni precyzują się w czynach
i wypowiedziach. Jest więc Hemingway wierny behawioryzmowi i realizmowi.
W przypadku Hemingwaya łatwiej mówić o fabułach, niż o stylu — w przeciwieństwie do
Faulknera. Bo Hemingway pisze lakonicznie, lecz sugestywnie, szybko, jakby na kolanie albo jakoś
nonszalancko, gdzieś pomiędzy swoją ukochaną Hiszpanią a Afryką. Z pozoru jak każdy inny literat.
Lecz on wzrusza nie rzewnością, ale surowością, obsuwa góry tą właśnie nieskomplikowaną pogardą
dla śmierci i brutalności, rozkleja dumą, siłą, wolnością i rzetelnością istnienia, miłością, odwagą,
zdradą i zmęczeniem. Operuje głosem śmiertelnika, by omijać zawiłą metaforę godną Faulknera, która
— może i należy to przyznać — gdzieś tam, już u zarodzi, zaczyna się z prawdziwą naturą ludzkiego
myślenia rozmijać i przybiera formę porywającego słowotoku dla wybranych.
Pisarze są tym, co wyprodukują dla czytelników. Zdobyłbym się nawet na stwierdzenie, że
literatura, dawno, dawno temu, zainicjowała pewien proces, który dostrzegamy masowo w dzisiejszym
Internecie. Mówię o autokreacji z czystego umysłu z pominięciem szeroko pojętej ekspresji. I każdy
z dostępem do sieci w tym uczestniczy. Jestem tym, co wyrażę. Ciało nie istnieje, pępowiną jest
dialog, refleksja, ciągi słów, w których dostrzegamy metafizyczny obraz człowieka po drugiej stronie
pióra bądź ekranu; język jest warunkiem sine qua non, to on daje duchowi narzędzia do odmalowania
swojego konstruktu. Pisarze piszą zresztą wyłącznie o sobie. Można posądzić mnie o uproszczenie,
ale to właśnie doświadczenia, osobiste autora sympatie i antypatie szlifują wiarygodność jego
fikcyjnych postaci. To z ducha twórcy — niczym z drzewa — wyrasta gałęzista konstelacja rozmaitych
charakterów. Autor we własnej osobie, lecz opowiedziany innymi słowami. Tyczy się to tak samo
Williama Faulknera, który zmaterializował się w Darlu Bundrenie w powieści „Kiedy umieram”, jak
45
i Ernesta Hemingwaya — ten zaś przyodział kubraczek Frederica Henry’ego w „Pożegnaniu z bronią”.
Pisarz, zwłaszcza kiedy usadowiony przed niezapisanymi stronami, jest od siebie uzależniony, jak
alkoholik od picia. I nikt nie przekona mnie, że jest inaczej. Bez ducha twórcy — wplotę zgrabnie
Henry’ego Millera — na biurku nic nie leżałoby poza arkuszem białego papieru, na którym nie byłby
w stanie postawić nawet ptaszka. Hormony stylu to inaczej — chciałoby się powiedzieć — związki
chemiczne uzyskane z młodości.
Od dawna zadaję sobie pytanie, czy ważne jest jak, czy o czym dzierga się historie. Wszystko to
sprawa subiektywna. Osobiście wolę sposoby, aniżeli treści, bo sposób zawsze zapowiada intymność,
albo nie tyle zapowiada, co ją uosabia. Tyle, ile osobowości, tyle możliwości. Przekaz zaś — ważny,
ale obracający się nieustannie wokół przetartych schematów, zawoalowanych nową perspektywą.
Chociaż osobiście preferuję styl Faulknera, aż ciśnie się na usta pytanie, czy Hemingway nie jest
przypadkiem w tej swojej celnej oschłości prawdziwszy i wartościowszy, bardziej od rywala przecięty
na dwoje i zakrwawiony esencją istnienia. W końcu on jeden z tego duetu widział grozę, absurd
i brudną elegancję wojny. Hemingway to wiarygodność egzystencjalna, Faulkner to wiarygodność
estetyczna. Jednakowoż niezaprzeczalnym zdaje się, że kiedy umiera tęczowa proza modernistyczna,
z bronią żegna się także biało-czarny minimalizm. Każdego mistrza trzeba kiedyś złożyć do grobu,
ażeby potem móc sobie usiąść w fotelu i z ckliwą radością rozsądzać, który lepszy…
46
Bo nikomu nie powiem, jak tu jest
pięknie
Marek Tymoszczuk
Dyskusja o tym, czym jest sztuka, trwa od zawsze. Czasem ma kulturalny przebieg, a niekiedy
mniej. Zdarzało się już, że oponenci wychodzili z okopów bynajmniej nie po to, by — posługując się
językiem polityków — wypracować wspólne stanowisko, lecz aby ręcznie udowodnić swoje racje.
Niezłe rozwiązanie, zważywszy na fakt, iż publikacje pośmiertne zwykle mają wysoki nakład, a nie
znam autora, który by o to nie zabiegał, nawet jeśli oficjalnie zaprzecza.
Otóż to, nakład — słowo kluczowe, a nawet wytrych. Używane często niczym łom: duży —
masówka (kogo on zna, przecież to miernota), mały — trzysta egzemplarzy (to chyba za dużo dla
rodziny?). Idealną wydaje się sytuacja, gdy autor... nic nie wydał. Teksty jego znamy wyłącznie
z szuflady i towarzysko możemy błysnąć tradycyjnym: „a czytaliście?”. Następnie pokazujemy
nuworyszom plecy, pozostawiając w przekonaniu, z jak wielkim intelektem dane jest im obcować.
O ile dość często będziemy stosować tę technikę, możemy doczekać się tytułu krytyka, znawcy
wykwintnej kuchni, a nawet ciała opiniującego. Stąd tylko krok do własnej rubryki w prasie lub
dyskusji panelowych w pozostałych mediach masowego wrażenia. A wtedy już bez strachu możemy
wygłaszać opinie, ferować wyroki, ścinać i wynosić (ważne, by zdecydowanie), jak na przykład M.
R. R. Swoją drogą, dałbym wszystkie pieniądze za widok jego miny, kiedy upubliczniono, czym się
parał w latach czterdziestych.
Takie myśli cisną się do głowy, gdy od czasu do czasu wyjdę z mojego bunkra. Ostatnim razem
z hukiem przemknęły dwa pociski: poziom portali literackich nieustannie spada i w Polsce nie mamy
literatów. Łupnęły w ścianę tuż obok mojej głowy, obsypując tynkiem. Przecierając oczy i wykasłując
ten nadmiar informacji, usiłowałem ogarnąć rzeczywistość. Po chwili przyszła konstatacja, że ten
pierwszy to nihil novi, ale drugi był jak strzał zza węgła. Muszę przyznać, że coś w tym jest. Albo to
kwestia moich rzadkich kontaktów z rzeczywistością.
Sztuka zawsze była elitarna, mimo tego, że do utrzymania wymagała sponsoringu. Miała swoich
kapłanów, wyznawców i było miło. Jaśnie oświecony tyran, czy inny satrapa, zamawiał dzieło, którego
gwarancją jakości była łaska lub niełaska, a czasem nawet gardło. Doskonały sposób, by zdopingować
autorów. Stan taki trwał przez wieki i nikt nie myślał o demokracji. Barierę dla plebsu stanowiła
umiejętność czytania i pisania, co skutecznie chroniło statusu autorów jako postaci wyjątkowych.
Dobrze, ale co z szeroko pojętymi odbiorcami? Nikt przecież nie uprawia sztuki dla sztuki (no,
prawie). Już antyczni wynaleźli audiobooki i funkcjonowało to całkiem nieźle, skoro przetrwały
takie rzeczy jak Iliada (przyznam, że nie wyobrażam sobie, bym miał się jej nauczyć na pamięć).
Rzecz bardzo przydatna, choćby w sytuacji, gdy sąsiedzi wpadną z wizytą i niechcący zaprószą ogień
w biblioteczce. Z czasem jednak papier zaczął dominować, a wynalazek Gutenberga skutecznie
pozbawił zajęcia bajarzy i pewnie tak narodziła się kasta polityków (jakoś trzeba było skanalizować
gadulstwo). Ci, którzy nie dorwali żadnych stołków, wynaleźli... telewizję. Oczywiście, zajęło to
chwilę, wszak otrząsanie z szoku trwa, a z poważnego szoku odpowiednio dłużej. Było dość czasu na
to, by słowo drukowane się rozpleniło. Wszystko, co dobre, kiedyś jednak się kończy — pozbawieni
47
zajęcia bajarze dopięli swego. Ruchome obrazki dopadły nas wszystkich.
Niektórym ta historia może wydawać się bardzo świeża, więc wspomnę pierwszą transmisję, która
miała miejsce jeszcze przed drugą wojną. Jak zabawnie brzmią słowa, iż telewizja upadła i kiedyś była
lepsza. To już się staje nudne: Grecja, Persja, Rzym, antyk, średniowiecze, Jerozolima, Bar, komuna,
telewizja, radio, literatura, malarstwo — ja mam dość.
Ale wracając do meritum. Ogólnie rzecz biorąc — znów można było przestać czytać. Czy już
pisałem, że było pięknie? No, więc było do czasu, aż narodził się Internet. Przez kilka lat... elitarny.
Ależ tak, komputer i ta cała technologia (znajomość unixa, dosu, niuansów protokołu, dostęp do
kabla) stanowiły barierę dla tych technicznych inaczej. Był to okres, kiedy słowo admin znaczyło bóg.
W ekspresowym tempie poprawiono to i owo i świat stał się jakby mniejszy. Pisanie o wszystkich
możliwościach, jakie daje dzisiejsza sieć, mija się z celem. Zamiast felietonu, powstałaby opasła
księga. Skupmy się na jednym aspekcie: funkcjonowaniu literatury w Internecie, a dokładniej — na
portalach literackich.
Muszę tu kogoś zacytować: Sztuka zwrócona jest nie ku materii, lecz ku duchowi. Ujawnia
w granicach danego tworzywa wrażliwość zmysłową danego artysty i związaną z nią symbolikę,
odkrywa rytm określonych stron życia wewnętrznego oraz zewnętrznego. Jej punktem widzenia
i zarazem przedmiotem są indywidualne przejawy rzeczywistości — przede wszystkim ludzkiej, ale
i pozaludzkiej. Jest zainteresowana w zdobyciu prawdy, w odsłonięciu tego, co sekretne, a więc cechuje
ją bezinteresowność, a nie nastawienie pragmatyczne . Takie poglądy głosił Bergson i ja, człowiek
kompletnie oderwany od życia, chętnie się z nim zgadzam, ale jak to się ma do obecnej sytuacji?
Początki portali były nieśmiałe. Autorzy nieliczni, teksty z pretensjami do dzieł najmarniej dobrych,
moderatorzy przejęci swoją rolą. Pisało się w cichości klasztornych cel, z rzadka wychodząc na
światło. Kapłani w białych szatach odprawiali liturgię, a całość owiewał kadzidlany zaduch.
Za takim stanem rzeczy tęsknią dzisiejsi weterani (nie wszyscy) i stąd znów słychać głosy o...
upadku, a jakże! I nie przeszkadzał nikomu fakt, iż dostać się do grona publikowanych było trudno,
lecz mimo to żaden portal nie awansował do miana opiniotwórczego. Nie oszukujmy się, różnego
autoramentu nieszuflady czy rynsztoki niczego nie zmieniły. Zadziałało natomiast prawo entropii.
Ci pierwsi (nie wiem, czy lepsi) różnili się spojrzeniem na sztukę, co musiało rodzić konflikty,
podziały i pożegnania (popularnie zwane banem). W konsekwencji kolejne portale rosły niczym
grzyby po deszczu. Maluczkim wypadało jedynie poczekać, kiedy popyt przekroczy podaż i stało
się. Łatwość tworzenia nowych stron czy wręcz gotowe skrypty zachęcały, by spróbować swoich
sił. Gorszy pieniądz wypiera lepszy, wszystko dąży do rozpadu, grawitacja istnieje również w sieci.
Dzisiejsze portale przypominają bazary, natomiast te, które tego uniknęły, wcześniej czy później
(raczej wcześniej) takimi się staną lub spadną do roli niszowej i wymrą z braku czytelników. Bo
w tym wszystkim pierwszorzędną rolę odgrywa sława. Czasem ta mołojecka, a czasem prowadząca na
prawdziwy szczyt, i święcie wierzę, że przyjdzie taki dzień, gdy pojawi się pierwszy noblista mający
w życiorysie portalowy start. Że nieszybko? Mnie się nigdzie nie spieszy, poczekam.
Komu jednak zawdzięczamy ten masowy pęd ku sławie? Sądzę, że prym wiedzie tu telewizja, która
już kilkadziesiąt lat promuje mit kopciuszka. Zwykły użytkownik opiekacza do grzanek praktycznie
co wieczór znajdzie stosowną pozycję w swojej kablówce. Ktoś może zaprotestować, oskarżyć mnie
o uproszczenia, ale jaki procent piszących kieruje się innymi pobudkami? Sława — przepraszam
za wyrażenie — i kasa to podstawowe cele dla większości. Nieliczni piszą, bo muszą, bo dusza się
wyrywa, bo czują, że coś istotnego mogą powiedzieć innym, ale ciąg jest na sławę i to nie podlega
dyskusji. Poglądy głoszone przez Bergsona były dobre, nim kły obnażyła komercja, czy raczej
cała komercyjna galaktyka. Dziś pachną harcerstwem, a szanse mają niczym pierwsi chrześcijanie
48
w rzymskim cyrku. No cóż, właśnie przyznałem, iż skazany jestem na wyginięcie. Kondolencje proszę
słać na pocztę.
Cały naród wziął się za pisanie i — mam wrażenie — zaczyna brakować czytelników. Średnia
jakość publikacji runęła ostrym pikiem w dół, wyrżnęła w wirtualną glebę tak, że echo w postaci „ależ
tragiczne, dno, mizeria” ciągle słychać. Mnie to ni grzeje, ni ziębi — robię swoje, czyli piszę. Ludzkość
nie przetrwałaby tyle, gdyby nie posiadła umiejętności adaptacji do warunków i przystosowania
środowiska do swoich potrzeb. Jako że to drugie stało się obecnie domeną polityków, usiłujących
za pomocą wszelkiej maści paragrafów nagiąć rzeczywistość (życzę powodzenia), nam malutkim
pozostało jedynie to pierwsze — dostosować się.
Mam za sobą okres wojowania, gdzie biały kaptur i pochodnia wydawały mi się najbardziej
stosownymi środkami. Przegrałem, bo nie sposób grabiami zatrzymać powódź. Dziś chodzę ciszej.
Uczę się, gdzie dają dobry towar, a co omijać szerokim łukiem. Koegzystencja z tandetą nie jest
taka zła i proszę mi nie wymyślać od konformistów. Sztuka, jak miłość, wymaga kontaktu z drugim
człowiekiem, z życiem. Inaczej wyradza się i — niczym rak — zżera sama siebie.
Jedyny mankament tego współistnienia to trudność w wyszukiwaniu pereł, ale jak cieszy, kiedy
wreszcie znajdziemy coś godnego uwagi. Paniom bliskie będzie porównanie do zakupów, gdy nagle
trafia się w jakimś secondhandzie na oryginalnego Gucciego za śmieszne pieniądze. Panom — może
giełda?
Myślę, że kolejny krok (choć żaden ze mnie futurysta) to wykształcenie mechanizmu wzajemnego
informowania się o tych poszukiwanych dobrach. Nie oglądając się na żadnych krytyków czy tak
zwane autorytety sponsorowane przez wytwórnie, wydawców, kreowane na potrzeby wszechmocnej
telewizji, itd. Zwykła rzecz: ja, autor/czytelnik dostrzegam perełkę, reszta to już tylko kwestia
komunikacji, a tę Internet oferuje bez ograniczeń znanych z epoki konnych posłańców. Ktoś tam
wpadnie i stworzy stosowny serwis (może już to zrobił). Nie, Twittera nie uważam. Takim metodom
jednak nie ufam, gdyż obarczone są poważnym ryzykiem manipulacji. Przykładem niech będzie
pieprzę zimę z Facebooka, gdzie sprawa się rypła jakiś czas temu, ale w międzyczasie kilkadziesiąt
tysięcy osób uległo złudzeniom. Trzeba przyznać, że PR w niektórych firmach godny jest samego
Szatana.
A co z literaturą krajową? Wtórna, pełna zbędnych eksperymentów, wreszcie nudna. Do rozpaczy
doprowadza śledzenie tych początkujących. Ileż można czytać nieudolne klony Pottera, Wiedźmina,
śledzić losy kolejnego wampira?! Ciekawostka — nie natknąłem się jeszcze na podróbki Wędrowycza,
mam tylko nadzieję, że autor oryginału nie cierpi z tego powodu (?).
Z nurtem realistycznym nie jest lepiej. Proza traktująca o współczesnych nam wydarzeniach
praktycznie nie istnieje. Może to obawa przed procesami, jakie mogłyby wytoczyć nasze elyty, gdyby
tylko ruszyć temat — nie wiem. Natomiast nie dalej jak pięć lat temu szczęka opadła mi z podziwu
nad szybkością publikacji, kiedy ujrzałem książkę traktującą o wydarzeniach smoleńskich. Ktoś
zwietrzył kasę?
Na celowniku mam również: Grocholę, Sapkowskiego, Pilipiuka, Masłowską... ale o tym może
następnym razem, o ile będzie, bo właśnie odczułem niepohamowaną potrzebę napisania kolejnego
wiersza i być może przypadkiem na niego traficie. Przy okazji odwiedzę kilka interesujących miejsc.
Interesujących między innymi dlatego, że nikomu nie powiem, jak tu jest pięknie. No, prawie nikomu.
Niepoprawny Sisey
PS Autor reprezentuje wyłącznie siebie i nie rości żadnych pretensji do bycia wyrocznią. S.
49
GALERIA AUTORÓW
Dariusz Zajączkowski
nfil
Jakub Pa
człowiek
Rodzinny
ch
ich dłonia
o szorstk
nym
nalistycz
jo
c
y
d
a
tr
i
do życia.
podejściu
rm
jednej z fi
ik
n
w
o
c
Pra
opę
ających r
wydobyw achodniej
z
naftową w zi się nad
rud
j
Afryce. T
m własne u
ie
n
e
z
c
ń
uko
rza m
także zda
a
i,
c
ś
ie
lu
pow
ć na Porta
a
w
o
k
li
b
st
się pu
Pisanie je
.
im
k
s
r
a
,
Pis
ą z rzeczy
n
d
je
o
g
brze
dla nie
czucie do
o
p
ją
a
d
które
asu.
tanego cz
wykorzys
Rocznik 68’, przez większość uznany za najlepszy
w zeszłym stuleciu… Z wykształcenia budowlaniec,
z wyboru strażak. Ostatnio więcej biega, niż pisze.
W tym pierwszym rywalizuje z córkami, w drugim
– nikt z domowników rękawicy nie podejmuje.
Najlepiej czuje się na łonie natury lub z bluesem
w tle, choć i ciszą na balkonie nie pogardzi. Ceni
dobrą literaturę – i sam ocenia, którą z bieżących
lektur do niej zaliczyć.
Olaf Tumski
Pisze i czyta lub czyta i pisze. Trochę
biega. Współpracuje z wydawnictwem
e-bookowo. Dotychczas wydał
powieści: Wymyślony, Dwunasta
warstwa, U Źródła, Kemen oraz
bajki dla dzieci Tomkowe historie.
Jego dłuższe i krótsze opowiadania
można znaleźć m.in. na Portalu
Pisarskim i na blogu olaftumski.
blogsport.com. Dwa opowiadania
zostały wydane w ramach antologii:
Golem poznański (Szkice z życia, RW
2010), Fabryka rowerów (Gorąca
antologia, e-bookowo). W tematyce
książek konsekwentnie przywiązany
do fantastyki i Poznania.
Wojciech Łabędź
Urodzony w kraju, którego już nie
ma, walczący o rzeczy i sprawy,
których nigdy nie będzie. Podstępnie
prześlizgnął się przez polonistykę na
Uniwersytecie Jagiellońskim, mieszka
w Krakowie, pracuje dla dużej stacji
telewizyjnej przy durnych serialach,
publikuje teksty na Portalu Pisarskim
i jest wielkim fanem własnej żony,
karaibskiego rumu i papierosów
z filtrem.
50
Zofia Aleksandra Dubiel (pseudonim SzalonaJulka)
Prawdziwa, związana ze swoim miastem, krakowianka.
Z wykształcenia mgr inż. zootechnik. Zajmuje się tym i owym
(od kilku lat pracuje jako bibliotekarka), ale najważniejsze dla
niej jest śpiewanie. Występuje w krakowskich pubach i piwnicach,
choć zdarza jej się również zaśpiewać nad powierzchnią ziemi.
W wolnych chwilach pisze, ot tak – dla przyjemności. W 2013 r.
Nakładem wydawnictwa Miniatura ukazał się jej debiutancki tomik
pt. kobiecenie.
Mikołaj Maria Manicki
Rocznik 1992, urodził się w Poznaniu. Miał okazję dużo podróżować
po świecie. Debiutował opowiadaniem Syntetycznie organiczni w 2013
roku. Domorosły filozof zafascynowany ogromną ilością dziedzin
— począwszy od fizyki i antropologii, przez psychologię, muzykę
i rysunek, na sporcie kończąc. Inspiracje pisarskie czerpie z Manna,
Schulza, Lema i Faulknera. Nie przywiązuje się do jednego sztafażu
gatunkowego. Posiada również doświadczenie dziennikarskie; jego
publicystyka pojawiła się dotychczas w kilku lokalnych dziennikach
i literackich gazetach internetowych.
Jan Kowalski
Karolina Kowalcze
Pościelowy rekin, król
koców, obłożnie zdrowy.
Zajmuje się łagodzeniem
obyczajów panujących
pomiędzy jawą a snem.
Cały jest, ale również
nabywa poszczególne
elementy, które asymiluje
metodą Aleksieja TetrisaPażytnowa. Pisanie mu
służy tak jak inne rzeczy,
których używa.
Ur. w 1991 roku. Obecnie
studentka piątego roku
kulturoznawstwa na
Akademii “Ignatianum”
w Krakowie. Pisarstwo
i podróże autostopowe
uprawia hobbistycznie.
Wolontaryjnie pracuje
na Festiwalu Kultury
Żydowskiej w Krakowie
oraz na wszelkiego rodzaju
imprezach dla dzieci.
51
Marek Tymoszczuk
rocznik 64, samotnik, urodzony gdzieś na
wschodzie, czemu przeczą wszystkie testy
internetowe: „masz 27 lat, wyjedź do Chile, zajmij
się zbawieniem ludzkości”. W pewnym sensie stara
się sprostać oczekiwaniom (nie obchodzi urodzin,
wciąż w podróży i nie bardzo już pamięta, gdzie
zostawił kuchenkę mikrofalową, a gdzie walizkę
z kaczorkiem). Wzorcowy egocentryk i egoista, co
akurat może być radosną informacją, gdy weźmie
się pod uwagę, jaką poezją, obrazami, prozą, rzeźbą
częstuje pechowców, popularnie zwanych widownią.
Sabina
Waszu
t(
1979)
tka kon
k
u
rsów p
m.in.
o
Pawlik XXI OKP im etyckich,
ows
. Ma
Wyróż kiej-Jasnorze rii
nio
w
Turnie na w I Otwa skiej.
ju Jedn
rtym
ego W
im. Ba
ie
r
Związa bary Dzieka rsza
ńs
n
„NA K a z Grupą Li kiej.
teryczn
RECH
Ę”. Pu
między
blikow ą
i
n
n
y
ał
m
Materi
ałów L i w Magazyn a
iter
ie
oraz w
Śląskie ackich „Ceg
ła”
j Strefi
Recenz
eG
2013 n entka. W sty ender.
akła
czn
Anagra dem wydaw iu
n
książk m weszła na ictwa
a „Isab
r
y
nek
elle
współa
utorką ”, której jest
.M
i serce
m chor eldunkiem
zowian
ka.
Laurea
Weronika Stępkowska
Urodzona w Dzień
Wagarowicza 1978 roku, lubi
poezję, feminizm i filozofię,
a astronomię i muzykę uważa,
za Stachurą, za podstawę
wykształcenia “czującego
człowieka”. Z literaturą
połączyła ją “miłość od
pierwszej śmierci”. Fascynuje
ją przestrzeń słów, ich
wieloznaczność i zazębianie
się znaczeń. Autorka tomiku
rozszczepienie języka obcego
(2013). Z zamiłowania
tanatolog-amator.
Eryk Maciejowski
Filozof i bajkopisarz przybyły na Ziemię
z planety Melmak w roku 1989. Mieszka
w Lublinie; pod przykrywką pracy
naukowej dla Uniwersytetu Marii CurieSkłodowskiej zbiera informacje o gatunku
homo sapiens. Gwiazdy dyktują mu
opowiadania i prozy poetyckie; niektóre
z nich opublikował na łamach czasopism
“Dworzec Wschodni” i “Wyspa”.
52
Aneta Rzepka
Mieszka w Warszawie, chociaż marzy jej się drewniana chatka
w górach. Studiowała filologię polską na Uniwersytecie Kardynała
Stefana Wyszyńskiego. Czyta odkąd pamięta. Wie, że żadnej chwili
nie można zatrzymać, ale można jej nie stracić, dlatego stara się brać
z życia to, co najpiękniejsze. W wolnym czasie bawi się w przelewanie
na monitor wymyślonych historii. Pisze głównie teksty prozą, poezja
to jednak nie jej bajka. Publikacje: Tohańska branka (2010), Na
strunach marzeń (2011), Gra o duszę (2012), Świat w pastelach Ingi
(2012), Sonata o marzeniach (2012), Magia kasztana (2012), Miseczka
szczęścia (2013), Renisowe opowieści (2013).
Ewa Skalec
Z wykształcenia prawnik
i bankowiec. Zajmuje
się tłumaczeniami,
przede wszystkim
prozy anglojęzycznej.
Z zamiłowania pożeracz
książek i recenzent. Marzy,
by kiedyś powiedziano
o niej również: pisarz.
Dzięki książkom poznała
Męża.
53
Angelina Els
Mieszka w Małopolsce.
Z wykształcenia geograf.
Pisze przede wszystkim
krótkie formy
prozatorskie. Publikuje
w Internecie.
Joanna Kloska
Rozdrabnia się na wiele
spraw i potem gania to
w jedną, to w drugą stronę,
nie mogąc nadążyć. Ciągle
coś zmienia i sama się
zaskakuje. Marzy o własnym
miejscu przy kominku.
54
PATRONAT Y
Wydawnictwo Psychoskok
Portal Pisarski — wyjdź z szuflady, stań na półce!
*
Wszystkie teksty stanowią własność autorów. W “Sofie”
publikowane są wyłącznie za ich zgodą. Redakcja zastrzega
sobie prawo do wyboru ilustracji dla utworów, które
opublikuje.

Podobne dokumenty