nr 13 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 13 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.redakcja24.pl
warsztaty
NLP
24-25 stycznia
2009 roku
www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
grudzień nr 9 (13)/2008 • ISSN 1898-3480 • egzemplarz bezpłatny
pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
u
R
P
z
e
b
y
t
e
i
b
o
K
dziennikarstwo | Gdzie się zaczęłam
Naczelna strona
REDAKCJA
redaktor naczelny:
Paweł H. Olek
redaktorzy:
Alicja Bobrowicz, Anita Krajewska
zespół redakcyjny:
Emil Borzechowski, Tomasz Betka,
Jan Dąbkowski, Agnieszka Juskowiak,
Marcin Kasprzak, Magdalena KarstAdamczyk, Marcin Łączyński, Paweł
Łysakiewicz, Alicja Matyja, Iwona
Pawlak, Joanna Maria Sawicka, Elżbieta
Stryjek, Julian Tomala, Agnieszka
Wójcińska, Wioletta Wysocka
współpraca:
Jan Brykczyński, Tomasz Jelski,
Maria I. Szulc, Bartosz Zaborowski
stały felieton:
Andrzej Zygmuntowicz
projekt graficzny i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / [email protected]
korekta: Joanna Maria Sawicka
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy: Grażyna Oblas
druk: Polskapresse Sp. z o.o.
nakład: 10 tys. egz.
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51
(IV piętro), 00-046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e-mail: [email protected]
Kolegia: każda środa godz. 19:00 sala 27
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcja24.pl
Piszesz,
fotografujesz,
interesujesz się PR?
Szukamy
współpracowników.
Kolegia redakcyjne,
każda środa godz. 19:00
Instytut Dziennikarstwa
UW, sala 27
| 02 |
Lubiani są przekonywujący (również,
gdy się z nimi nie zgadzamy),
a przez to skuteczni. Nielubiani budzą nieufność. Z pozoru banał, ale,
jak pokazuje życie, niezrozumiały
dla wszystkich. Kilkanaście dni temu
prestiżowy, brytyjski The Economist
uznał, że premier Donald Tusk nie
rządzi, tylko prowadzi nieustającą
kampanię wyborczą, z myślą
o wyborach prezydenckich. Nie
zmienia kraju, tylko uśmiecha się
„polityką miłości”. I niezależnie od
ocen skuteczności jego rządów,
nadal cieszy się dużym poparciem
społecznym, a gdy (miejmy
nadzieję) zdecyduje się wziąć Polskę
w cugle, społeczeństwo przytaknie
zmianom. Tak, jak akceptuje trudne
reformy w służbie zdrowia, emeryturach pomostowych, stoczniach
i nie wychodzi z tego powodu na
ulice. Lubianym wybacza się więcej.
To prawda, którą zignorował 10 lat
temu Jerzy Buzek. Będąc merytorycznym, a nie wizerunkowym premierem, wprowadził cztery słynne
reformy i przegrał kolejne wybory
z kretesem, jak nikt wcześniej i później. Odchodził w aurze społecznej
nienawiści (wg Leszka Millera
z biedy nawet noworodki porzucano
na śmietnikach). Musiała minąć dekada, by pojawiły się pierwsze głosy
oceniające pozytywnie ówczesne
reformy, a samego Buzka traktująct z poważaniem i typujące nawet
na przewodniczącego Parlamentu
Europejskiego. Tej prawdy nie zrozumiały również działaczki ruchów
kobiecych (raport str. 4-5). W ankiecie przeprowadzonej dla „PDF-u”,
aż 90 proc. mężczyzn uznało je za
dziwne, a jedynie 5 proc. za opiekuńcze!!! Nawet, jeśli zrzucimy całą
winę za zły wizerunek – podobnie jak
52 proc. respondentów – na media,
które zawsze potrzebują jaskrawych
i barwnych stereotypów, to i tak
trudno dotrzeć do merytorycznych
argumentów, odrzucając cały ten
jarmarczny antuaż. Bo jak można np.
nie protestować przeciw dyskryminacji kobiet w pracy, które zarabiają
na tych samych stanowiskach
i z identycznymi kwalifikacjami co
mężczyźni średnio o 30 proc. mniej?
Dlatego przerażająca w tym wszystkim jest opinia kierowniczki Gender
Studies Instytutu Stosowanych Nauk
Społecznych UW, która uważa PR za
pokrętną ideę i postuluje szkolenia
merytoryczne dla studentek
i studentów oraz pracowników mediów. Na szczęście powstają takie
firmy, jak Chic Creations – marketing z myślą o kobietach, które chyba bardziej niż naukowcy rozumieją
najprostszą drogę do zmian społecznych. Kobiety bez PR-u – miejmy
nadzieję, że już niedługo.
Paweł H. Olek
redaktor naczelny
PS: Czy wiecie, że jeden z kantonów
Szwajcarii przyznał prawa wyborcze
kobietom dopiero w 1991 roku?
rys. Maria I. Szulc
Kobietom
brak PR-u
| Anita Krajewska
Incydent w Gruzji
W tym miesiącu plus należy się wyjątkowo za coś, czego media nie zrobiły. Kiedy
w niedzielę 23 listopada świat obiegła
informacja o strzałach, jakie padły kilkadziesiąt metrów od przebywającego
w Gruzji prezydenta Lecha Kaczyńskiego, polskie media do sprawy podeszły z
rozwagą i nie skusiły się na nasuwający
się ton sensacji. Oczywiście TVN24
wykorzystał wszystkie kolory pasków
(czerwony, żółty i biały na dole
ekranu) na oprawę tego wydarzenia,
reporterzy uważnie dobierali jednak
słowa, donosząc o wydarzeniach w
Gruzji. Nie było w tym nadmiaru emocji,
materiałom towarzyszył tytuł Strzały w
Gruzji. Bez gorączki podeszły do sprawy
dzienniki, które w swoich poniedziałkowych wydaniach w większości przypadków umieściły to wydarzenie na jedynce,
nie nadając mu jednak znaczenia na
miarę zamachu w Sarajewie. TVN24
kolejne porcje informacji o strzałach
opatrywał tytułem Incydent w Gruzji i
zapanował już spokój. Czy to znaczy, że
opiniotwórcze media za nic mają sobie
bezpieczeństwo prezydenta? Chyba wręcz
przeciwnie. Nagła zmiana planu podróży
i udanie się na zwiady w region kontrolowany przez wojska osetyńskie, wspierane
przez siły rosyjskie, mogła zakończyć
się znacznie gorzej od tego, co się stało.
Znacznie gorsze rezultaty mogły też mieć
prezydenckie słowa o tym, że podczas
strzelaniny słyszał rosyjskie głosy.
Cieszę się, że zamiast przyczyniać
się do pogorszenia relacji polskorosyjskich dziennikarze woleli zadać
pytania o najistotniejsze w całym zajściu
sprawy: gdzie był w tym czasie BOR,
dlaczego ochrona gruzińskiego prezydenta do takiej sytuacji dopuściła i po co
w ogóle prezydenci w tak niebezpieczny
region się udali? Może dzięki właśnie takim pytaniom i jednoznacznej postawie
mediów drugi raz do podobnej sytuacji
nie dojdzie, a prezydent będzie mógł
bezpiecznie podróżować.
Teraz wstyd
Duet Sekielski-Morozowski do tej pory
był niezawodny. Chociaż zdarzało się,
że w swoim autorskim programie Teraz
My ocierali się o granice dobrego smaku
(do programu z premierem Donaldem
Tuskiem zaprosili Dodę, która w kusym
ubranku zaśpiewała specjalnie dla szefa
rządu), to byli jednak symbolem rzetelnego dziennikarstwa, w którym o coś
chodzi. Nie wiem za to, o co chodziło
autorom Teraz My, kiedy zrobili
program poświęcony prywatnemu
życiu ministra sportu Mirosława
Drzewieckiego. Dziennikarze wyciągnęli
szefowi resortu sprawę z 2000 r., kiedy
to w sylwestrową noc w Miami miał po
pijanemu znęcać się nad swoją żoną. Jako
dowód przedstawili notatkę policjanta z
tamtych wydarzeń. Zarzutom zaprzeczył
nie tylko sam Drzewiecki, ale też jego
żona, która powiedziała, że z policjantem
tamtej nocy nawet nie rozmawiała.
Do dzisiaj zastanawiam się, po co ten
program powstał. Czy tak doświadczeni
dziennikarze mogli dać się komuś wpuścić w maliny? Czy chcieli pokazać, że
mają taką siłę rażenia, że mogą wpływać
na skład gabinetu premiera? A może
chodziło jeszcze o coś innego?
Sekielski i Morozowski to ci sami dziennikarze, którzy dwa lata temu odkryli tzw. aferę taśmową (tzw. taśmy
prawdy z udziałem Renaty Beger), za
co otrzymali tytuł dziennikarza roku
Grand Press 2006. Mają na swoim koncie
także nagrodę im. Andrzeja Woyciechowskiego w kategorii publicystyka. Co
mogą dostać za Drzewieckiego? Myślę, że
powinni marzyć tylko o tym, by widzów,
kolegów po fachu i polityków ogarnęła
zbiorowa amnezja.
Samorządy bez prasy?
| Agnieszka Pawlik
Kontrowersyjny pomysł Izby
Wydawców Prasy o zakazie wydawania czasopism przez samorządy wywołał burzę, nie tylko
polityczną. Gazetki samorządowe
to zazwyczaj darmowe tygodniki/
miesięczniki wydawane przez
urząd gminy na obrębie danej
gminy czy powiatu. W małej miejscowości Karczew pod Warszawą
przykładem takiej gazetki jest Głos
Karczewa. Finansowany przez
burmistrza i jego ludzi darmowy
miesięcznik jest tubą propagandową samorządu. Szukanie jakichkolwiek krytycznych czy obiek-
tywnych artykułów wobec władz, jest jak
szukanie igły w stogu siana. Takich gazetek
jak Głos są w Polsce tysiące. Podwyższają
one poziom czytelnictwa prasy lokalnej
kilkakrotnie (głównie z racji tego, że są
rozdawane za darmo), lecz z drugiej strony
przypominają system prasy sterowanej,
kontrolowanej – są subiektywne, bez zgody
lokalnej administracji nic nie ma prawa się
w nich ukazać. Specjalnie dobrane artykuły
mogą wprowadzać mieszkańców w błąd,
dezinformując. Wykorzystywane są czasem
do perfidnej kampanii politycznej. Często
jednak czytelnicy dostrzegają w tych gazetkach jedyne źródło informacji o gminie –
zabierając im takie pismo, mogą odczuć to,
jako brak dostępu do informacji.
| Magdalena Karst-Adamczyk
W czasach szkolnych rodzice posyłali mnie na lekcje fortepianu do
przedwojennej damy, żony generała
sanacyjnego. Nikt w Koninie, skąd
pochodzę, nie wyglądał tak, jak ona.
Była elegancka i wytworna. W jej
domu leżały całe sterty Zwierciadła.
Wertowałam pismo, czekając na lekcje. Na przedostatniej stronie magazynu znajdowała się rubryka Serce
w rozterce. Kobiety pisały do redakcji listy, w których najczęściej narzekały na mężczyzn, a pisarka Zofia
Bystrzycka radziła im, jak należy
postępować. Jak na owe czasy była to
bardzo nowoczesna forma dziennikarska. To nieprawda, że za komuny
wszystko było beznadziejne. Zwierciadło trzymało wysoki poziom.
Ale w tamtych czasach nawet przez
myśl mi nie przeszło, że mogłabym
zostać redaktorką Zwierciadła.
Chciałam być nauczycielką, tak jak
moja mama. Wybrałam polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim.
W trakcie studiów trafiłam na praktykę korektorską do Dziennika Ludowego. W gazecie pracowali znakomici dziennikarze, wielu z nich miało
przedwojenne wykształcenie i sposób
bycia. Coraz wyraźniej docierało do
mnie, że nie chcę być nauczycielką.
Że powtarzalność i przewidywalność,
które towarzyszą tej pracy, są nie dla
mnie, bo ja stale potrzebuję nowych
bodźców i szybko się niecierpliwię.
Kiedy koleżanka z roku znalazła
ogłoszenie o egzaminach do Instytutu Dziennikarstwa, postanowiłyśmy
spróbować. Zdałyśmy.
Moją pierwszą szkołą praktycznego dziennikarstwa był Dziennik
Ludowy. Po odbytej praktyce studenckiej zostałam w redakcji już nie
jako korektor, lecz etatowy dziennikarz. Jak każdy adept tego zawodu
najpierw trafiłam do działu miejskiego, gdzie pisałam krótkie artykuły i drobne informacje. Dało mi
to obycie ze słowem i nauczyło pracy
pod presją czasu. Po dwóch latach
spędzonych w Dzienniku Ludowym
przeniosłam się do Zwierciadła, które wtedy było tygodnikiem i miało
świetną opinię. Redaktor naczelną
pisma była wówczas Krystyna Mojkowska, bardzo wymagająca dziennikarka, która nieźle nas wszystkich
wyczołgała (śmiech). Fuszerka nie
wchodziła w grę, co mi bardzo odpowiadało. Dostałam świetną szkołę
magazynowego dziennikarstwa, nawet, jeśli ówczesna formuła magazynu nieco różniła się od tej dzisiejszej.
Po jej odejściu funkcję naczelnej objęła kobieta z nomenklatury, która niczego nie wymagała, bo sama umiała
niewiele. Pismo zaczęło podupadać.
U Mojkowskiej każdy artykuł trzeba
było poprawiać wielokrotnie. Nie wystarczało, że tekst był dobry, musiał
być bardzo dobry, a najlepiej znakomity. Dla nowej szefowej wszystko
Krystyna Kaszuba:
Znam się na luksusie
było okej. Zaczęłam się nudzić. Konkurencją
dla Zwierciadła był magazyn Kobieta i Życie,
więc poszłam pracować dla konkurencji. Dzięki temu zamiast stać w miejscu, dalej się rozwijałam. Znów mogłam uczyć się od najlepszych.
Naczelną Kobiety i Życia była znakomita redaktorka, Barbara Sidorczuk.
Jako dziennikarkę Kobiety i Życia wysłano
mnie na Panafrykański Kongres Kobiet do
Angoli. To były lata osiemdziesiąte, w Angoli
toczyła się wojna. Chyba nie byłam tego w pełni świadoma, jadąc tam. Podczas Kongresu my,
delegaci innych krajów (bo formalnie pojechałam tam w charakterze polskiej delegatki), zamknięci byliśmy w złotej klatce. Ekskluzywny
hotel, limuzyny, rauty i przepych. Nie odczuwaliśmy tego, że kilkanaście kilometrów dalej
toczy się okrutna, pozbawiona jakichkolwiek
zasad wojna, w której giną kobiety i dzieci.
I pewnie nigdy bym się nie dowiedziała, jak to
naprawdę wygląda, gdybym po zakończonym
Kongresie nie zdecydowała się zostać jeszcze
kilka dni, by zobaczyć Angolę. Z dziennikarzami – lokalnymi korespondentami, z którymi zaprzyjaźniłam się podczas Kongresu,
pojechałam na linię frontu (oczywiście za
zgodą i wiedzą polskiej ambasady). Zobaczyłam prawdziwą Afrykę – biedną, podzieloną,
zostawioną samej sobie. To był koszmar. Po
powrocie do kraju zabrałam się do pisania.
Miałam w głowie mnóstwo przerażających
obrazów, ale byłam świadoma, że w Kobiecie
i Życiu nie może ukazać się tekst, który mógłby
ukazać się w Polityce. Nie zmienia to faktu, że
w magazynie dla kobiet opublikowałam reportaż o wojnie. W tekście Jak dobrze jest służyć
w Lubango napisałam o dzieciach bez rąk i nóg,
o szpitalach, w których brakuje łóżek i najbardziej podstawowych narzędzi medycznych,
o codzienności wojny, która nikogo nie obchodzi. Po ukazaniu się tego tekstu stała się rzecz
niezwykła. Na ulicy spotkałam wykładowcę
z Instytutu Dziennikarstwa, który zaczepił
mnie: „Krysia, gdzie ty byłaś? Co ty przeżyłaś?
Musisz mi o tym opowiedzieć”. Poszliśmy na
kawę i rozmawialiśmy o wojnie w Afryce, widzianej oczami nas, korespondentów wojennych. Ja stałam się korespondentem z przypadku, tylko na chwilę, ale on był kimś – mistrzem
reportażu, autorytetem w dziedzinie Czarnego
Kontynentu. Tym „kimś” był Ryszard Kapuściński. Rozpierała mnie duma. Ale koniec końców nie zostałam korespondentem (śmiech).
W magazynie Kobieta i Życie doszłam do stanowiska zastępcy redaktora naczelnego.
Pracując w popularnych PRL-owskich tytułach, miałam dostęp do zachodnich magazynów, kiedy jeszcze nie można ich było kupić w kioskach. Byłam zachwycona jakością
zdjęć, papieru, artykułów. To był inny świat:
Elle, Marie Claire, nie wspominając o Vogue’u. Po cichu marzyłam o tym, że w Polsce też
dokończenie str. 4 ▶
| 03 |
Krystyna Kaszuba:
Znam się na luksusie
kiedyś będą pisma tej klasy. Kiedy załamał
się ustrój i Polska otworzyła się na świat, postanowiłam dać Polkom coś, czego nigdy nie
miały – namiastkę luksusu. Był początek lat
dziewięćdziesiątych, badania wykazywały, że
Polki są dużo lepiej wykształcone niż kobiety
na Zachodzie, ale że w stosunku do swoich zachodnioeuropejskich sąsiadek mają zaniżone
poczucie własnej wartości. Ta wiedza stała się
dla mnie punktem wyjścia, kiedy wymyślałam formułę Twojego Stylu. Chciałam zrobić
pismo, które wyczuwałoby słowiańską duszę
i problemy Polek, a jednocześnie dało im poczucie własnej wartości. Chciałam, żeby Twój
Styl był pomostem pomiędzy dawną Polską,
która już odchodziła do lamusa, a nową, która
dopiero zaczynała się rodzić. Wiedziałam, że
chcę trafić do kobiet mądrych i że ich potrzeb,
także tych intelektualnych, nie uda się zaspokoić byle czym. Postawiłam na formę dziennikarstwa, która w Polsce była w zasadzie nieznana – na poradnictwo. Postanowiłam, że na
łamach pisma swoim doświadczeniem będą
się dzielić ludzie najlepsi w swoich dziedzinach: o psychologii pisała znakomita, wtedy
jeszcze nieznana, psycholog Ewa Woydyłło,
o dobrych obyczajach człowiek, który uczy dyplomacji, Edward Pietkiewicz, o tym jak dbać
o głowę i włosy – najlepszy wówczas fryzjer
w Polsce, Janusz Szymański. Profesjonaliści.
Dobrego pisma nie zrobi się z przeciętniakami, chciałam otoczyć się mądrymi ludźmi.
Szukałam nowej krwi. Nie dezawuowałam
dziennikarzy, którzy pracowali w PRL-u, ale
wiedziałam, że większość z nich to ludzie
przyzwyczajeni do pracy na pół gwizdka, którzy nie będą w stanie sprostać wymaganiom,
jakie stawia się dziennikarzom w prężnym
piśmie, aspirującym do miana luksusowego
magazynu. Oczekiwałam, tak jak nauczyły
mnie tego moje szefowe, Krystyna Mojkowska i Barbara Sidorczuk, że każdy tekst będzie
bardzo dobry. Jeżeli miał to być portret człowieka, powtarzałam autorom, że muszą ze
swoimi bohaterami przeżyć dwa-trzy tygodnie, by ich naprawdę dobrze poznać. Dawałam dziennikarzom czas. Nie interesował
mnie artykuł napisany szybko i byle jak.
Wielu form dziennikarskich, typowych dla
kolorowego magazynu, trzeba się było dopiero nauczyć. Przecież nie było redaktorek zajmujących się modą czy urodą, które mogłyby
podzielić się swoimi doświadczeniem z młodymi adeptkami. Poszukiwałam dziewczyn
z polotem, nowoczesnych. W wielu wypadkach intuicja mnie nie zawiodła. Pamiętam,
że kiedy TS pojawił się na rynku, do redakcji
zaczęli przychodzić przedstawiciele różnych
firm, zainteresowani zamieszczeniem reklamy.
Wśród nich zjawiła się kobieta reprezentująca
francuską firmę kosmetyczną. Przyszła razem
z młodą tłumaczką. Tłumaczka zwróciła moją
uwagę. Z krótkiej rozmowy dowiedziałam się,
że uczy francuskiego w przedszkolu, że przez
kilka lat mieszkała w Paryżu, że zna pismo
Cosmopolitan. Tą dziewczyną była Magda Groszewska, obecnie jedna z najlepszych w Polsce
dziennikarek zajmujących się urodą. W podobny sposób odkryłam Monikę Jaruzelską, która
przyszła do redakcji autoryzować tekst (była
bohaterką jednego z portretów), a została redaktorką działu moda i stylistką.
| 04 |
Kobiecy PRoblem
Do współpracy z TS zaprosiłam cenionych autorów i zaproponowałam
im kolumny z felietonami. To też
było nowatorskie, bo dotąd w polskiej
prasie funkcjonowały tylko felietony
polityczne. W TS pojawił się nowy gatunek-hybryda, który można by nazwać felietonem obyczajowym. Teraz
każdy tytuł ma kilku własnych autorów. Pierwszą osobą, której zaproponowałam felieton, był Mirosław Żuławski, znakomity pisarz (nie mylić
z Andrzejem Żuławskim, reżyserem,
który jest jego synem). Nie znałam
pana Mirosława osobiście, ale znałam i bardzo lubiłam jego książki. To
był dojrzały mężczyzna, dyplomata,
człowiek z klasą, który wiele przeżył.
Podobał mi się też jego stosunek do
kobiet. Wymyśliłam sobie, że mógłby
pisać felietony o swoim życiu, domu
rodzinnym, o kobietach, które wywarły na niego wpływ. Kiedy spotkałam się z panem Mirosławem w jego
domu i zaproponowałam mu kolumnę, okazało się, że on napisał pierwszy rozdział takiej opowieści o swoim
życiu, jakiej oczekuję, ale schował
ją do szuflady, bo nie miał pomysłu,
gdzie mógłby tekst opublikować. Fantastyczny zbieg okoliczności. Po każdy kolejny felieton jeździłam do jego
domu i odbierałam go osobiście. Dyskutowaliśmy o kolejnych numerach,
radziłam się go w wielu sprawach,
a pismo zyskało znakomitego felietonistę i recenzenta. Chciałam zgromadzić takich ludzi wokół pisma.
Chciałam, żeby ich pojawienie się
w redakcji było świętem, oderwaniem
od codziennej pracy, spotkaniem
z ich mądrością.
Odeszłam z TS wiele lat temu, ale
wciąż zajmuję się robieniem magazynów. Pracuję dla wydawnictwa Burda, nadzoruję wydawanie wielu tytułów. Część z nich to pisma luksusowe,
więc można powiedzieć, że znam się
na luksusie. Ale prawda jest taka, że
zasady redagowania magazynu są
takie same i w piśmie luksusowym,
i w tygodniku społeczno-politycznym, i w magazynie wnętrzarskim.
Oczywiście zawsze można zrobić to
lepiej – dowodem jest amerykańska
edycja Vouge’a. Anna Wintour, dość
karykaturalnie uchwycona w filmie
Diabeł ubiera się u Prady (choć film
bardzo mi się podobał), tworzy pismo, które co miesiąc biorę do ręki
i podziwiam. W jej magazynie
wszystko jest perfekcyjne. To nie
jest wzór, do którego dążę, bo Warszawa to nie Nowy Jork. Poza tym
amerykański Vogue jest nie do podrobienia. Na tym polega siła Wintour
jako znakomitego redaktora – jeżeli
komuś się wydaje, że już dociągnął
do poziomu, który reprezentuje jej
pismo, nagle okazuje się, że ona zrobiła kilka kroków do przodu i znów
zostawiła konkurencję w tyle. Mistrzostwo najwyższej klasy.
public relations | Raport
Jednocześnie jedynie 15 proc. mężczyzn
jest zdania, że są kobiece. Według 12 proc.
są wrażliwe, a tylko według co dwudziestej
osoby opiekuńcze. – To wynika z pomieszania pojęć – tłumaczy prof. Bożena Chołuj,
kierowniczka Gender Studies Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych UW. – Wystarczy zapytać o kobiety aktywne zawodowo
w otoczeniu pytanych mężczyzn, a wynik będzie inny – mówi. Jej zdaniem feminizm po
prostu leży poza obszarem zainteresowania
mężczyzn. – Poza tym w Polsce funkcjonuje
społeczeństwo homogeniczne, dlatego pytanie o każdą obcość natrafi na negatywną odpowiedź – tłumaczy Bożena Chołuj.
fot. Joanna Erbel
dokończenie ze str. 3 ▶
fot. Joanna Erbel
Gdzie się zaczęłam | dziennikarstwo
Czas zmian
Wiec 28 marca 2008 roku przeciwko zmianom w konstytucji.
Inteligentna,
wykształcona i ambitna
kobieta sukcesu.
Hałaśliwa, niewrażliwa
i zgorzkniała stara
panna – tak różne obrazy
feministek wyłaniają się
z ankiety przeprowadzonej
dla PDF. Dlaczego
kobietom tak trudno
stworzyć spójny
i przyjazny wizerunek
feminizmu?
| Magdalena Grzymkowska
– Jakieś takie poczochrane, dziwnie, prowokacyjnie poubierane – tak
o feministkach mówił Krzysztof Bosak w Wysokich Obcasach w sierpniu zeszłego roku. Jego wypowiedź
została ostro skrytykowana przez
środowiska feministyczne i stała się
powodem do dyskusji o budowaniu
wizerunku feministek na forach
internetowych. Na stronie portalu
feminoteka.pl internautka Anna Nowakowska pisze: Feministki muszą
mieć lepszy PR, bo nadal będą dominować bosakowe poglądy. W podobnym tonie była inna opinia: PR
to feministki mają dramatycznie zły.
Ale były poseł LPR nie jest jedyną
osobą, przekonaną o „dość radykalnym” wizerunku feministki. Z ankiety przeprowadzonej przez PDF
wynika, że aż 90 proc. mężczyzn
uważa, że feministki są „dziwne”.
– Z pewnością można zmieniać ten stereotyp – twierdzi Katarzyna Król, rzeczniczka
prasowa Partii Kobiet. Jej zdaniem wymaga
to planowanej, świadomej kampanii, skierowanej zarówno do kobiet jak i mężczyzn oraz
do wielu różnych grup społecznych i zawodowych. – Dla każdej z tych grup potrzebne są
inne argumenty. To zadanie z pewnością na
wiele lat – mówi. Problem w tym, że media
(nie licząc tych skierowanych przede wszystkim do kobiet, czyli Wysokich Obcasów, Zadry czy portalu feminoteka.pl) poruszają
tematykę feminizmu rzadko. A jeśli już pojawia się w nich feministka, stosuje się zasadę
„złotego środka”, opisaną przez Agnieszkę
Graff w książce Świat bez kobiet – aby zrównoważyć radykalne poglądy feministki, zostaje ona skonfrontowana z radykalnym konserwatystą.
Pomysły na poprawę wizerunku feministek
są różne. – Należy pokazać, że ruchy feministyczne realizują rzeczywiste i powszechne
potrzeby społeczne – tłumaczy Katarzyna
Król. Feministki dostrzegają problem negatywnej oceny społecznej. Wielokrotnie próbowały to zmienić. Przykładem może być list
otwarty zatytułowany Radykalne życzenia
od radykalnych feministek, opublikowany
w Wysokich Obcasach i Krytyce politycznej w
zeszłym roku z okazji Dnia Kobiet. Feministki zwracały się w nim do „normalnych polskich kobiet” i udowadniały, że chcą dokładnie tego samego, co one: równouprawnienia
we wszystkich sferach życiowych, w związkach i w pracy. Pod manifestem podpisały się
m.in. Bożena Chołuj, Agnieszka Graff, Kazimiera Szczuka i Magdalena Środa.
Jestem feministą
Eksperci od PR wskazują, że feminizm powinien częściej pojawiać się w prasie męskiej
i niefeministycznej, aby „oswoić” odbiorców
z tą problematyką – jeżeli nie poprzez artykuły, to chociaż w formie reklamy społecznej.
Konkretną propozycję kampanii przedstawia
Anna Szczerkowska, specjalista PR (Grupa
PRC). – Wyobraźmy sobie plakat: kobieta
z dwójką dzieci i podpis: „jestem feministką”;
mechanik w warsztacie: „jestem feministą”;
pani i pan młody w ślubnych strojach: „jesteśmy feministami”. Prosty przekaz – prosta informacja. Dopiero po takiej kampanii,
dopiero, gdy społeczeństwo zaakceptuje
i zrozumie feminizm, można na serio wziąć
się za wprowadzanie feministycznych postulatów w życie. W innym wypadku nic nigdy
się nie zmieni, zawsze będziemy płakać nad
niezrozumieniem, nie dając się zrozumieć
– tłumaczy.
Wielki Marsz Solidarności Kobiet, czyli Manifa 2007.
Innego zdania jest Bożena Chołuj.
– PR feminizmu jest dość pokraczną ideą. Lepsze byłyby szkolenia dla
studentek i studentów dziennikarstwa, dla pracowniczek i pracowników mediów w zakresie Gender Mainstreaming, czyli wytycznych Unii
Europejskich, które uczą szacunku
dla odmienności płci i różnic kulturowych, zachęcają do uznawania tzw.
diversity we własnym środowisku.
Szczuka i długo nic
Na wizerunek całego ruchu wpływa
zaledwie kilka najbardziej rozpoznawanych osobowości. Bezapelacyjną gwiazdą polskiego feminizmu
jest Kazimiera Szczuka (aż 60 proc.
ankietowanych podało jej nazwisko jako pierwsze). Ma ona swoisty
monopol na feminizm, chociaż
w Polsce jest wiele innych, zaangażowanych działaczek tego ruchu.
Te są jednak bardziej pochłonięte pracą naukową, która kontakty
z mediami spycha na plan dalszy.
– Na ukształtowanie wizerunku
Kazimiery Szczuki w dużej mierze
wpłynął teleturniej, w którym miała do odegrania rolę osoby oschłej,
złośliwej, niesympatycznej – zauważa dr Jacek Kochanowski, socjolog
i publicysta. – To było potwierdzenie
pewnego stereotypu, według którego
feministki czepiają się, są złośliwe
i nienawidzą mężczyzn. Ale z drugiej
strony można powiedzieć, że dzięki
temu, że Kazimiera Szczuka zdobyła popularność, mogła szerzyć swoje
poglądy feministyczne – dodaje.
Nie wiem
16 proc.
Tak
8 proc.
100
80
Raczej tak
24 proc.
Nie
24 proc.
60
40
20
0
Raczej nie
28 proc.
Czy uważa Pan/Pani, że obraz
feministki w mediach jest prawdziwy?
Feministka nie jest:
Romantyczna ‑ 84 proc.
Spokojna – 84 proc.
Delikatna – 76 proc.
Opiekuńcza – 72 proc.
Przywiązana do rodziny – 70 proc.
Feministka jest:
Wykształcona – 98 proc.
Inteligentna – 90 proc.
Wyzwolona – 88 proc.
Ambitna – 84 proc.
Pracowita – 84 proc.
Co mężczyźni myślą o feministkach?
Romantyczna – 15 proc.
Kobieca – 15 proc.
Delikatna – 5 proc.
Dziwna – 90 proc.
Opiekuńcza – 5 proc.
Wrażliwa ‑ 15 proc.
Sondaż przeprowadzony 19 października 2008 roku w jednej z dzielnic Warszawy
na grupie 50 przypadkowych osób.
| 05 |
Pięć razy dziennie,
codziennie
Dobrze zbilansowane i regularnie
spożywane posiłki to podstawa
prawidłowego funkcjonowania
organizmu. Podobne wagowo oraz
kalorycznie porcje są najlepszą terapią
chroniącą przed tyciem, problemami
ze snem i zaparciami.
| Elżbieta Stryjek
Jak wiadomo, przyzwyczajenie jest
drugą naturą człowieka. Dlatego nawykiem powinno stać się poranne
przygotowywanie posiłków na cały
dzień i zabieranie ich ze sobą. Przy
dobrych chęciach zajmuje to kilka
minut. Nawet, jeśli nie ssie nas w żołądku, trzeba zjeść. To przyzwyczaja
organizm do regularnego dopływu
„paliwa”, więc nie ma powodów do
gromadzenia zapasów „na wszelki
wypadek”. Żaden posiłek nie może
być przypadkowy. Powinien zawierać
te same grupy składników – białka,
węglowodany i warzywa. Posiłki należy zjadać w regularnych odstępach
reklama
czasu. Powinien być on nie krótszy
niż 3 godziny i nie dłuższy niż 6 godzin. Szczególnie zdradliwe jest podjadanie między posiłkami. Każde
nadprogramowe 500 kalorii dziennie
daje po roku dodatkowe 5 kg.
Śniadanie to podstawa. Największy
błąd to wypicie małej czarnej zamiast zjedzenia posiłku. Poranny
posiłek to świetna okazja do wypicia
mleka, maślanki, jogurtu lub kefiru,
najlepiej bez cukru. Optymalnie zaś
naturalnych nabiałów, które zawierają tylko zdrowe bakterie np. acidofilne. O regularnym spożywaniu nabiału szczególnie powinny pamiętać
kobiety. Czas przed menopauzą jest
okresem gromadzenia w kośćcu cen-
dziennikarstwo | Świeży plan
nego wapnia, który potem uchroni
przed osteoporozą. Jeśli kanapki, to
koniecznie na ciemnym pieczywie.
Na wierzch chudy dodatek białkowy
w postaci białego sera, wędliny drobiowej, wołowej lub cielęcej, ryby,
mięsa lub jajka. Na szczycie zdrowej
piramidy układamy „coś zielonego”.
Miłośnikom oryginalnych smaków
polecamy kiełki.
Drugie śniadanie zjadane pomiędzy
10.00 a 11.00. Istotna jest wartość
energetyczna, bo to jedynie lekka
przekąska. Przykładowa kompozycja: gotowany ciemny ryż, gotowany
kurczak i ananas lub brokuły. Można
też kupować gotowe sałatki warzywne, ale bez dodatku majonezu czy
zawiesistych sosów.
Obiad jest głównym posiłkiem dnia.
Od czasu do czasu można zamienić
kolejność kolacji i obiadu, tak, by ten
drugi był zjadany wieczorem. Jednak
stałe odwrócenie kolejności może
skutkować złym funkcjonowaniem
układu trawiennego.
Ziemniaki? Tak! Są odżywcze, a zjadane małych ilościach i bez tłuszczu
nie tuczą. Zamiennie można jeść
ryż, kaszę czy makaron z nieprzetworzonego białka roślinnego. Zapewni prawidłową perystaltykę jelit
i usunie z krwi nadmiar złego cholesterolu.
Mięso najlepiej ugotować na parze lub w wywarze warzywnym.
Należy unikać potraw smażonych
w głębokim oleju i z dużą ilością
soli. Warzywa można kupić w postaci gotowej sałatki lub mrożonki.
Ważne, by skrapiać je tłuszczem, co
Czerwone mięso, masło
UŻYWAĆ OSZCZĘDNIE
Biały ryż, biały chleb,
ziemniaki, makaron,
słodkości
Multiwitamina
dla większości
Alkohol
w umiarkowanych
ilościach
(chyba, że
nie wskazany)
Nabiał albo Ca
1-2 razy dziennie
Ryby, drób, jajka,
0-2 razy dziennie
Orzechy, r. strączkowe
1-3 razy dziennie
Warzywa
w większości
Produkty pełnoziarniste
większość
posiłków
Owoce
2-3 razy
dziennie
Tłuszcze roślinne
m.in. oliwa z oliwek,
olej rzepakowy
Codzienne ćwiczenia i kontrola wagi
PIRAMIDA ZDROWEGO ŻYWIENIA
zapewni przyswajanie witamin A, D,
E i K. Lepiej, żeby był to olej roślinny
(np. oliwa z oliwek) niż śmietana, zawierająca tłuszcze, które powodują
miażdżycę. Oleje dozujemy rozsądnie. Zarówno ich nadmiar jak i brak
ma szkodliwy wpływ na organizm.
Podwieczorek to świetny czas na
owoce. Żywieniowcy zalecają zjadanie ok. pół kilograma warzyw
i owoców dziennie.
Producenci owocowo-warzywnych
przecierów w kartonikach wyszli naprzeciw oczekiwaniom zabieganych
konsumentów, którzy nie mają czasu
na odwiedzanie barów ze świeżymi
sokami. Każda kompozycja 500 ml
to kopalnia makro- i mikroelementów. Nic jednak nie zwalnia z jedzenia owoców. Szczególnie polecane są
jabłka. Nie dość, że w sezonie tanie,
to zawierają bardzo dużo błonnika.
Oczywiście tuż pod skórką, dlatego
lepiej ich nie obierać.
Kolacja powinna być zjadana pomiędzy 18.00 a 20.00. Im później, tym
gorzej dla żołądka, który nie jest
w stanie prawidłowo strawić wszystkich składników i przekazać ich dalej.
Wszystko doprawiajmy dużą ilością
przypraw. Nie tylko tych z torebki, ale
również tych prosto z doniczki, które
dają aromat i przy okazji pięknie wygladają w mieszkaniu.
Patronat merytoryczny:
fot. Manu / Whip Magazine
Zdrowym być | dziennikarstwo
Droga zawodowa przyszłego dziennikarza nie jest
usłana różami. Nie każdy będzie prowadzić główne
wydanie programu informacyjnego albo publikować na
pierwszej stronie ogólnopolskiego dziennika. O tym,
jak odnaleźć się w medialnym gąszczu opowiedziała
Zuza Błasiak, początkująca dziennikarka.
| Joanna Maria Sawicka
Nie można pisać o czymś, czego się
„nie czuje”, dlatego według Zuzy
dziennikarstwo bez zaangażowania nie istnieje. Sama znalazła swoją pasję w sportach motocyklowych
– najpierw w motocrossie, a później we freestyle motocrossie (fmx),
o którym pisze od dwóch lat.
Złapać bakcyla
Zuzanna złapała bakcyla nieoczekiwanie, w czasie pierwszej polskiej edycji freestylowych zawodów
Night of the Jumps, rozegranych
w 2006 r. w katowickim Spodku.
Zuza pojawiła się na nich jako tłumacz symultaniczny jednego z zawodników. – Wtedy poczułam się
jak w domu – przyznaje Zuzanna.
Motocyklowy bakcyl powoli rósł.
Po raz kolejny dał o sobie znać wiosną zeszłego roku. Zuza i jej koleżanka zostawiły w czasie Wielkanocy rodziny i pojechały na zawody
off-road – głównie o motocrossie, enduro
i freestyle’u. Codziennie publikowała dwa
krótkie teksty.
Przebić się
Żeby zaistnieć w środowisku, trzeba stać się
jego częścią. – Pojawiasz się na pierwszych zawodach – przechodzisz bez echa. Jesteś na kolejnych, dalej nic. Dopiero po następnych ktoś
z zawodników zaczyna cię kojarzyć. Wtedy
łatwiej jest z kimś porozmawiać, bo wiedzą,
że rzeczywiście interesujesz się tym sportem
i masz o nim jakiekolwiek pojęcie – mówi
Zuza. – Trzeba wiedzieć, z kim nawiązać rozmowę. Czasem wystarczy poprosić o spray na
komary, żeby przełamać lody. Prywatnie można się dowiedzieć o wiele więcej niż na konferencji prasowej – stwierdza Zuzia. Przyznaje,
że dziewczyna ma trudniejsze zadanie, bo
z góry oceniana jest jako mniej kompetentna
niż mężczyźni. – To chyba przez to, że wiele
kobiet pisze o freestyle’u tylko z tego względu,
że dostały takie polecenie. Nie znają tematu
i pytają zawodnika, ile ma lat albo o jego ulubiony trik – mówi Zuzanna. – Wolę pytać
o to, co się dzieje w ich głowie, tydzień przed
Zuza na Freestylech w Zurichu, wrzesień 2007 roku
Z miłości do motocykli
do Austrii. Dziewczyny planowały
połączyć przyjemne z pożytecznym
i wysłać próbki swoich tekstów do
kilku redakcji. Propozycję współpracy przyjęła tylko jedna – portal
motocrossowy. – Napisałam relację z zawodów Night of the Jumps
w Graz, na kolanie, przed wyjściem
na uczelnię. Spodobało im się to,
co napisałam. To było motywujące, stworzyłam więc kolejny tekst,
tym razem z Country Cross w Lublinie. Pisałam go jeszcze z kurzem
w zębach. Byli zachwyceni, bo...
moje teksty miały przecinki i nie
trzeba ich było na nowo redagować
– wspomina z uśmiechem Zuza. Na
kolejnych zawodach poznała przyszłego pracodawcę i tak została redaktorem portalu internetowego.
Pisała o motocyklowych sportach
zawodami, już na starcie albo na mecie. Nie,
jakiej słucha muzyki albo jaki ma wzorek na
bieliźnie, bo to można sobie znaleźć w Internecie – wyjaśnia.
Poznać zawodnika
Nie lubi robić wywiadów z zawodnikami, bo
przyznaje, że po włączeniu dyktafonu sportowcy mówią o wiele mniej niż na spotkaniu
przy kawie. Wielu z nich zna prywatnie, często więc korzysta z nawiązanych wcześniej
znajomości, bo łatwiej w ten sposób zdobyć
świeżego newsa, który zainteresuje czytelników portalu internetowego. Tym sposobem Zuza dowiedziała się m.in. o wypadku
Tadeusza Taddy’ego Błażusiaka (wicemistrz
świata enduro, zawodnik fabrycznego teamu
KTM – przyp. red.). Wiadomość dotarła do
niej w kilku smsach, które wysłał jej brat zawodnika, bo Taddy czekał wtedy na operację
w szpitalu w USA.
Raz na wozie, raz na dworcu
Najwięcej przyjemności sprawiają Zuzi wyjazdy na zawody, bo podróże są jej drugą
życiową pasją. – Pojechałyśmy na zawody
Night of the Jumps do Graz, w Austrii. Jeszcze w Polsce zamówiłyśmy sobie hotel. Przyjechałyśmy na miejsce, zostawiłyśmy rzeczy i idziemy. Obeszłyśmy całe miasto i nie
mogłyśmy znaleźć dzielnicy, w której miały
być rozgrywane zawody. Pytałyśmy o drogę,
ale wszyscy tylko patrzyli na nas z politowaniem. W końcu ktoś nam wytłumaczył, że to
wcale nie jest dzielnica, tylko miejscowość
niedaleko Graz, do której nie dojeżdżają żadne autobusy, pociągi czy tramwaje. Próbowałyśmy złapać stopa, ale zostało nam bardzo
mało czasu. Koleżanka w geście rozpaczy
ostatni raz machnęła kciukiem, bo byłyśmy
przekonane, że już i tak nie zdążymy dotrzeć
na miejsce. Nagle zatrzymał się jakiś samochód. W środku siedziało trzech Rosjan.
Wsiadłyśmy, ale po minucie auto się zatrzymało, a kierowca zaczął wyciągać coś z bagażnika. Już widziałam te nagłówki w gazetach: „Dwie Polki zamordowane zagranicą”.
A Rosjanin po prostu przyniósł suszone rybki i coś do picia – opowiada Zuza.
Miłość do motocykli i poczucie dziennikarskiej misji zaprowadziło młodą redaktorkę
już w niejedno dziwne miejsce. Spała z menelami na dworcu w Pradze, w Madrycie nie
miała pieniędzy na jedzenie, jechała cztery
dni różnymi środkami transportu, żeby spędzić kilkanaście godzin na zawodach. Mówi,
że warto, bo liczy się tylko jedno ‑ stanąć na
arenie, na szczycie największej hopy (wzniesienie, na którym odbijają się motocykle
– przyp. red.) i poczuć energię ośmiu tysięcy
ludzi, którzy dopingują zawodnika. Wszystko inne jest nieważne...
reklama
Szkolenie:
Redakcja tekstów prasowych i naukowych
23-25 stycznia 2009 roku
www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
| 06 |
| 07 |
Puls redakcji / Playboy | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Puls redakcji / Cosmopolitan
„Jak go zdobyć, jedząc
banana?”, „Na pierwsze
spotkanie weź matę
do jogi, wydasz się
tajemnicza”, „Jeśli chcesz
rozstać się z chłopakiem,
ziewaj podczas
stosunku”, „24 godziny
z życia penisa”. To tylko
niektóre, z całej gamy
barwnych porad, których
udziela Cosmopolitan.
| Marcin Kasprzak, Julian Tomala
Redakcja, do której
przychodzą listy
w kształcie kurpiowskich
wycinanek i której
dziennikarze od
pięknych kobiet słyszą
„myślałam, że już do
mnie nie zadzwonicie”.
Tego, jak robić Playboya
od Polaków będą się
uczyć Litwini, którzy
przygotowują swoją
edycję.
| Joanna Sawicka, Elżbieta Stryjek
Część piętra w nowoczesnym budynku przy
Wilczej, w pobliżu centrum miasta, zajmuje
redakcja, która tworzy polską edycję znanego
na całym świecie Playboya. Od pierwszych
chwil wyczuwa się tam przyjazną atmosferę. Na ścianach wiszą antyramy z okładkami
polskiej edycji pisma i wycinki ciekawszych
artykułów. Ku zaskoczeniu wielu, po redakcji
wcale nie biegają półnagie kobiety… Kto jednak myśli, że jest nudno i przykładnie, ten się
grubo myli.
Play (boys & girls)
Choć pismo jest reklamowane jako „męski
punkt widzenia”, tworzą je także kobiety.
Dziennikarze Playboya to zespół profesjonalistów. Zanim trafili do redakcji, pracowali
w innych mediach. Niektórzy wciąż łączą
pracę w piśmie z innymi zajęciami, m.in. Rafał Jemielita, który jest jurorem w programie
Turbo Ring w TVN Turbo. Dziennikarze nie
opowiadają sprośnych dowcipów, nie są przepełnieni żądzą podziwiania biustów modelek. Pewnie rozczaruje to wielu czytelników,
którzy skrycie marzyli o pracy w redakcji
i podczas sesji fotograficznych. Redaktorzy
| 08 |
Świerszczyk z górnej półki
a może nagość z klasą?
nie biorą udziału z sesjach, ich praca to pisanie artykułów, standardowe dziennikarstwo.
Są fanami jazdy na rowerze. Wspólnie wychodzą na obiady do pobliskich restauracji. Czasem organizują spotkania po pracy. Wszystko
to sprzyja integracji.
Playboy stara się nie przyjmować stażystów,
głównie ze względu na specyfikę pisma, które wymaga od autorów wąskiej specjalizacji
i dobrej znajomości poruszanych tematów.
– Takiemu studentowi trzeba znaleźć coś na
siłę, a po dwóch, trzech dniach i tak zaczyna
się nudzić – wyjaśnia asystentka redaktora naczelnego, Monika Kucel. Oczywiście zdarzały
się również odstępstwa od tej reguły. Kiedyś
do redakcji przyjechał uczeń klasy menedżerskiej jednego z poznańskich liceów, który w tej
sposób zamierzał odrobić niekonwencjonalną
pracę domową. – Dokładnie wiem, a co mu
chodziło. Żeby klasa skowyczała ze śmiechu
– mówi Marcin Meller.
„Pokaż cycka”
Oczywiście pozyskiwanie gwiazd do sesji
odbywa się dużo subtelniej, niż zaprezentował to niedawno Kuba Wojewódzki w swoim
show na antenie TVN. Nierzadko negocjacje
trwają nawet kilka lat, bo kobieta zmienia
zdanie albo nie potrafi się zdecydować. – Czasem w grę wchodzą wątki osobiste. Najpierw
gwiazda odmawia. Potem np. bierze rozwód,
dlatego zgadza się na sesję, żeby się pokazać
w mediach – opowiada naczelny Playboya.
Propozycję udziału w sesji składa się dyskretnie – przez agenta albo wspólnych znajomych,
nigdy wprost. Zdarza się również, że gwiazdy
wręcz czekają na nawiązanie współpracy. – Już
myślałam, k***, że nigdy do mnie nie zadzwonicie – powiedziała Doda po odebraniu telefonu od Playboya.
Marcin Meller nie pojawia się na sesjach, bo
nie widzi takiej potrzeby. – Byłem może kilka
razy, kiedy bałem się, że będą jakieś nieporozumienia z modelką – wyjaśnia.
Co roku redakcja ogłasza też konkurs „Fotoerotica”, kierowany do
amatorów, zajmujących się fotografią erotyczną. W tym roku nadesłane
fotografie wypełniły trzy kartony.
O wysokim poziomie prac świadczy fakt, że wiele z nich ukazuje się
w zagranicznych edycjach pisma,
wydawanych na całym świecie.
Dziennikarze Playboya
nie opowiadają sprośnych
dowcipów i nie są
przepełnieni żądzą
podziwiania biustów
modelek
Nagość w Playboyu najbardziej
przemawia do więźniów, którzy listownie proszą o przesłanie im egzemplarza pisma do zakładu karnego. Z zasady redakcja jest nieczuła
na takie prośby. – Raz dostaliśmy
list w kształcie kurpiowskiej wycinanki. Gość się napracował, to
dostał trzy numery – wspomina redaktor Marcin Klimkowski.
Wolność Tomku
w polskim domku
Polski Playboy od amerykańskiego pierwowzoru przejął tylko logo
i tytuł. Cała reszta zależy już tylko od wizji zespołu redakcyjnego.
Polskie pomysły najwyraźniej trafiają w międzynarodowe gusta, bo
nasze wydanie otrzymało już kilka nagród, corocznie przyznawanych najlepszej światowej edycji
Playboya.
Swobodny jest nie tylko dobór materiałów
– od tłumaczeń wywiadów z amerykańskiego wydania aż po teksty stałych współpracowników z Ameryki Łacińskiej czy Anglii
– ale również codzienna praca w redakcji.
– Nie ma cerbera nadzorującego kolejne
kroki dziennikarza. A najbardziej zagadkowe jest to, że w efekcie powstaje bardzo dobre pismo. Nikt nie wie, jak to się dzieje, ale
tak właśnie wygląda nasza praca – przyznaje z uśmiechem Monika Kucel, asystentka
Mellera. Mimo pozornego rozprężenia istnieją „terminy nieprzekraczalne”. Połowa
zawartości numeru trafia do drukarni na
dwa tygodnie przed drukiem. Reszta cztery
dni później. Oczywiście zawsze pozostaje
jeden słaby punkt – wstępniak. – To jakiś
koszmar! Druk jest o 12.00, a ja o 11.00 zastanawiam się, co napisać – mówi Meller.
Polską redakcję uznano za wzorcową, dlatego do Warszawy na „kurs przygotowawczy”
przyjechała delegacja z Wilna, która jesienią
zacznie wydawać litewską edycję Playboya.
Współpraca między edycjami pozwala zdobyć wiele ciekawych materiałów. Polski Playboy chętnie wymienia się zdjęciami z innymi,
ale najchętniej z Rosją, Ukrainą, Niemcami.
– Polska, rosyjska i niemiecka edycja są do siebie bardzo podobne, wszystkie nastawione są
na lifestyle. Wydanie brazylijskie przepojone
jest seksem dla napalonych dwudziestolatków. Z kolei Francja to coś między Vogue’m
a pismem gejowskim – mówi Marcin Meller.
Która z nich jest najlepsza? – Oczywiście,
że polska – mówi z uśmiechem redaktor
naczelny. Jakieś zmiany w najbliższej przyszłości? – Na pewno layout, zamówiliśmy
nowe czcionki, będą zmiany w układzie
rubryk, ale to dopiero na wiosnę – dodaje
Marcin Meller.
Niepozorny biurowiec, labirynt korytarzy
i niezliczona ilość klatek schodowych. Osiem
tytułów w jednym miejscu – od Pani domu i
Oliwii po Playboya czy Shape’a. To właśnie
w tym miejscu powstaje miesięcznik Cosmopolitan (nakład: 178 tys. egzemplarzy)
– wiodący magazyn dla aktywnych seksualnie kobiet.
Polska wersja amerykańskiego magazynu
powstała w 1997 roku. Już pierwszy numer
zaszokował część społeczeństwa słowem
orgazm na okładce. Początkowo przejmowano młodzieżowe czytelniczki np. Bravo
Girl, uwodząc je dorosłym spojrzeniem na
sprawy seksu. Niemniej jednak intymne treści przekazywano wówczas powściągliwiej.
W ciągu 11 lat zaszła w piśmie ogromna zmiana. Dzisiaj gazeta bezpardonowo opowiada o
nawet najbardziej prywatnych kwestiach. Nie
boi się udzielania bezpośrednich odpowiedzi
na najbardziej krępujące pytania. – Gazeta
się zmieniła, ponieważ zmieniły się Polki
i otoczenie – podkreśla Dorota Lubańska, wicenaczelna, z wykształcenia psycholog. Dlatego niegdyś o seksie oralnym opowiadano
w kategoriach „czy”, a dzisiaj rozmawia się
o nim w kategoriach „jak”.
Jednak Cosmo to nie tylko seks. To także
ukazywanie relacji międzyludzkich, psychologia, miłość, kariera, uroda, zdrowie,
gwiazdy, odrobina kultury i oczywiście
moda. Redakcja nie wygląda wprawdzie jak
w filmie Diabeł ubiera się u Prady, a redaktor
naczelna z pewnością nie gardzi podwładnymi, jak robiła to bohaterka filmu. Łączy
je z pewnością klasa i styl, który oddziałuje
na charakter całej gazety. – Warszawska siedziba nie jest taka jak nowojorska, lecz nasza redakcyjna garderoba skromna nie jest
– dodaje z dumą Hanna Wolska. Dział mody
to zresztą połączenie reklam z wizją artystyczną Justyny Moraczewskiej, jednej z najlepszych stylistek w Polsce.
Każda ma swoje ciacho
– Nie jest to regułą. Naszą gazetę czytają też
dziewczyny młodsze. Sama daję Cosmopolitan mojej 13-letniej siostrzenicy – śmieje
się Lubańska. Fenomenem gazety jest to, że
trafia do rąk bardzo wielu różnych odbiorców. – Dziewczyna Cosmo nie ma wieku. Dostałam kiedyś list od sześćdziesięcioletniej
czytelniczki, która ubolewała nad tym, że nie
było tej gazety w Polsce, gdy miała 30 lat, bo
z pewnością jej życie erotyczne byłoby wówczas bujniejsze. Cosmopolitan tak naprawdę
jest gazetą, którą czytać może każda kobieta,
która jest przebojowa, świadoma własnych
wyborów, otwarta na świat i wyznaje zasadę,
będącą dewizą czasopisma, czyli „dystans
do siebie i całego świata”. Czytelniczki łączy
także to, że mają odwagę spełniać swoje marzenia i dążyć do celu. Nie poddają się, tylko
wyciągają wnioski. Chcą czuć się spełnione
w życiu zawodowym i prywatnym, także w
sypialni – dodaje naczelna.
I facet skorzysta
W redakcji pracuje jeden mężczyzna, który
odpowiada za przeprowadzanie sesji fotograficznych. Gazeta jednak ma stałych współpracowników, którzy redagują dział „męskie
sprawki”. Ponadto z redakcją współpracuje
także Michał Figurski, zajmujący się recenzjami muzycznymi. – Gazetę czytają także
geje. Wielokrotnie któryś z moich kolegów
prosił mnie o kalendarze z mężczyznami bez
koszulek – podkreśla Lubańska. Cosmopolitan po dokładnej analizie jest gazetą, która
daje korzyści zarówno kobiecie, jak i mężczyźnie. To na nim czytelniczka testuje nowo
poznane triki łóżkowe. – Jeśli kobieta czyta
naszą gazetę i jest szczęśliwa, to także jej
partner powinien zostać usatysfakcjonowany – dodaje redaktor naczelna polskiej wersji
miesięcznika.
Fun, Fearless, Female
Oczywiście nie wszystkie treści powinny być
traktowane serio. Cosmopolitan adresuje je
do inteligentnych czytelniczek, którym sta-
ra się zaprezentować pewien zakres
możliwości, uruchomić fantazję,
a przy okazji być pewnego rodzaju
rozrywką. – Czytelniczka powinna
odbierać niektóre nasze rady z dozą
humoru. Podczas czytania każdego
numeru powinna się także dobrze
bawić. Gazeta ani jej nie poucza,
ani niczego nie nakazuje. Po prostu rozbudza ochotę, by testować
życie. My oferujemy metody jego
smakowania, a sama powinna wybrać, które zastosuje – mówi Hanna
Wolska. – Staramy się prezentować
cały wachlarz możliwości aktywności seksualnej w różnym stopniu zaawansowania. Czytelniczka wie, że
Naszą gazetę czytają też
młodsze dziewczyny. Sama
daję Cosmopolitan mojej
13-letniej siostrzenicy
– śmieje się Dorota
Lubańska, wicenaczelna,
z wykształcenia psycholog.
niektóre akrobacje łóżkowe, które
proponuje Cosmo, należy traktować jako propozycję na przyszłość
albo żart, a nie obowiązek – podsumowuje Lubańska. Tak więc rady
„trzymaj majtki w lodówce” wytrawne czytelniczki nie zastosują.
Cosmozałoga
Mimo że gazeta adresowana jest
głównie do niezamężnych kobiet
(słowo „mąż” zastępowane jest
najczęściej uniwersalnym słowem
„partner”), to w redakcji ze stanem
cywilnym bywa różnie – ok. 50
proc. kobiet to mężatki. Naczelna także ma
swojego partnera, lecz obrączki na palcu nie
posiada. Z uśmiechem na ustach tłumaczy:
– Mój partner nie czyta Cosmopolitan, czasami tylko przekartkuje, nie zagłębiając się dokładnie w jego treść. Na pytanie, czy jest on
„ciachem” z całą pewnością i uśmiechem na
twarzy odpowiada twierdząco. Słowo „ciacho/ciastko/ciasteczko” jest jednym z ulubionych słów redaktorek. – Dla mnie ciachem
jest facet dobrze zbudowany, atrakcyjny
fizycznie. W definicji tego słowa jego wnętrze
i osobowość mają marginalne znaczenie
– tłumaczy Lubańska. Naczelna dodaje,
że każda kobieta ma własną definicję „ciacha”. – Dla 60-latki ciachem będzie zupełnie
kto inny niż dla uczennicy gimnazjum, bo
i 12-latki sięgają po nasze pismo. W redakcji pracują różne panie, w przedziale wiekowym 25-39 lat. Staramy się także angażować
w pracę stażystki, głównie studentki, które
wprowadzą do naszego pisma świeżość. Realia się zmieniają, podobnie jak oczekiwania
czytelniczek wobec naszej gazety – twierdzi
pierwsza dama Cosmopolitan. – Co zabawne, z całej redakcji (jej stałych członków)
żadna kobieta nie ma wykształcenia dziennikarskiego – śmieje się Dorota Lubańska,
absolwentka psychologii. W żartach dodaje
– kiedyś dział „seks” redagowała osoba, która nie była dziennikarką, ale seks był dla niej
czymś w rodzaju hobby.
Co w przyszłości?
W gazecie pojawiały się liczne teksty typu
„10 najlepszych pozycji pod choinką, w wannie, w lesie, samochodzie itp.”. Dokąd zmierza gazeta? Czy niedługo, z racji wyczerpania
realnych miejsc zaczną powstawać artykuły
typu „10 najlepszych pozycji w studni czy
w konfesjonale?”. – Spokojnie, limit jest niewyczerpalny, my jeszcze dużo jesteśmy w stanie wymyślić – pointuje Dorota Lubańska.
A „cosmogirls” z całą pewnością chętnie
o tym przeczytają.
fot. Cosmopolitan
fo. Bartosz Zaborowski
fo. Bartosz Zaborowski
Playboy i Cosmopolitan to tylko pozornie przeciwstawne sobie tytuły. Tak naprawdę nie mogą bez siebie istnieć, bo przecież „Playboy kocha
kobiety, a Cosmopolitan kocha mężczyzn” – jak podkreśla Hanna Wolska, od 6 lat redaktor naczelna kobiecego pisma. Wynika więc z tego,
że redakcje te żyją w pewnej symbiozie, nie tylko dlatego, że ich siedziby znajdują się na jednym piętrze.
Dla każdej coś dobrego
Wydawać by się mogło, że czytelniczkami są
tylko wielkomiejskie singielki. Mają dobrze
płatną pracę, są atrakcyjne, pewne siebie, inteligentne, zasypiają obok przystojnych mężczyzn, którzy gwarantują im satysfakcjonujące życie erotyczne. Innym gronem odbiorców
mogą być te kobiety, które dopiero do takiego
życia aspirują. – Cosmopolitan spełnia także
funkcję edukacyjną. Na pewno nie stara się
wpędzić kobiety w kompleksy. Udowadnia jej
na każdym kroku, że i ona może być cosmodziewczyną – tłumaczy wicenaczelna. Według statystyk targetem są kobiety (80 proc.
czytelników) w przedziale wiekowym 18-31
lat, z wykształceniem średnim lub wyższym.
| 09 |
Kolumna Zygmunta | fotografia
fotografia | Kalendarz Pirelli
publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
| Andrzej Zygmuntowicz
Ciało zawsze fascynowało. Od zarania dziejów pojawiało się ono
w najrozmaitszych wyobrażeniach
– od smukłych postaci, uwijających
się między zwierzyną na ścianach
skalnych grot, przez pękatą i malutką Wenus z Willendorfu, po kuszącą Wenus, wychodzącą z muszli
morskiej na obrazie Botticellego,
pulchne trzy gracje z dzieła Rubensa i greckokształtną dziewczynę
z dzbanem Ingresa. Te wyobrażenia były symbolicznymi obrazami
ludzkiego ciała. Nigdy dosłownymi,
choć czasem bardzo bliskimi temu,
co prawdziwe. Mimo że do dzieł
tych pozowali żywi ludzie, to artyści
z dużą swobodą tworzyli własne wizje człowieczej cielesności, obudowując ją historycznymi i mitologicznymi atrybutami.
Charles Negre - Etude d’apres nature - nu allongÇ sur un lit dans l’atelier de l’artiste, 1850 r.
Jeanloup Sieff - reklama rajstop
Grzech i wstyd
Eadweard Muybridge - Descending stairs, 1885
Eugene Durieu - Nude from behind, VI 1854
Kuszenie ciałem
Kultura judeochrześcijańska, dominująca w cywilizacji stworzonej przez
białego człowieka, napiętnowała
ciało jako źródło grzechu. Ciało stało się powodem wstydu i należało je
głęboko skrywać. Malarstwo mogło
uciekać od rzeczywistości w świat
skromnie odzianych bogiń i młodych mieszkanek bliskiej Azji czy
Północnej Afryki, ukazywanych jako
leniuchujące odaliski lub tancerki na
dworze sułtana czy emira. Pojawienie
się fotografii otworzyło nowy etap
w tworzeniu wizerunków ludzkiego ciała. Malarz mógł fantazjować,
wymyślając idealne ciała o nieskazitelnych proporcjach i pięknych obliczach, mógł też tu i ówdzie zasłonić
intymną część listkiem, gałązką czy
innym elementem, pasującym do wymyślonej sceny. Podobne zabiegi na
fotografii od razu rzucały się w oczy
przez swoją skrajną nienaturalność.
Ucieczka od realności
JBS mens underwear
Helmut Newton - Rue Aubriot, 1975
Katarzyna Kozyra - Więzy krwi
| 10 |
Keira Knightley, Scarlett Johansson & Tom Tord for Vanity Fair,
Annie Leibovitz, 2006.
Niemal pełna identyczność tego, co
na zdjęciu, z tym, co widzi ludzkie
oko, stawała się kłopotem, gdy fotograf chciał przedstawić klasyczny temat sztuki, jakim od zawsze był akt.
Fotografie od zarania atakowały oczy
widza mnogością dokładnie ukazanych elementów. Nagle za sprawą
precyzyjnego sposobu obrazowania
ciało stało się widoczne ze swoimi
prawdziwymi kształtami, proporcjami i najdrobniejszymi detalami.
Stało się natarczywie realne, zupełnie pozbawione malarskich upiększeń i sztucznych okryć niektórych
fragmentów. Nie od razu pogodzono
się z takim przedstawianiem rzeczywistości. Fotografowie, widząc niechęć do swoich zbyt szczegółowych
kadrów i obawiając się posądzeń
o szerzenie pornografii (taka przygoda, nie bez powodu, przytrafiła
się jednemu z pierwszych fotografów
aktu, Augustowi Bellocowi), szybko
zaczęli naśladować pomysły malarzy epoki akademizmu, czyli banalne do bólu gołe kobiety dźwigające
dzbany lub leniuchujące na sofach
i innych łożnicach. Gdy patrzy się na
te zdjęcia, rzuca się w oczy ich nienaturalność, wtórność wizji i kiczowatość scenografii. Jedynie kilka zdjęć
Charlesa Negre czy Eugenea Durieu
można uznać za próbę wyrwania się
z obowiązującego schematu. Najciekawsze z XIX-wiecznej produkcji fotograficznej wydają się szkice
Edgara Degasa i Thomasa Eakinsa,
sporządzone przy użyciu aparatu
fotograficznego, oraz sekwencyjne
zapisy ruchu, robione dla potrzeb
naukowych przez Eadwearda Muybridgea, wykorzystane później przez
Marcela Duchampa jako inspiracja
do słynnego obrazu Akt schodzący
po schodach.
Fotografia niepodległa
Dopiero po drugiej wojnie światowej
fotografia uniezależniła się od malarstwa i jego banalnych pomysłów.
Prawdziwa rewolucja nastąpiła jednak dzięki hipisom, którzy na wielką
skalę zaczęli popularyzować coś, co
powinno być oczywistą naturalnością od zawsze, czyli radość z posiadania ciała. Nakazy religijne przestały dominować, a ludzie zauważyli, że
ciało to nie tylko źródło grzechu, ale
także szczęścia. Fotografia szybko
wykorzystała reakcję społeczeństwa
na wyzwolone z dogmatów ciało.
I to nie tylko ta o artystycznym
charakterze, lecz przede wszystkim
ta związana ze współczesną reklamą. Cielesność stała się istotnym
czynnikiem, przyciągającym wzrok
widzów, i – niezależnie, czy chodzi
o nakłanianie do zakupu stroju,
kawy, batonika czy samochodu
– wszędzie kusi nas powabne ciało.
W pogoni za ideałem
Dla tradycjonalistów ciało, szczególnie kobiece, powinno być uosobieniem ideału piękna. Ale czy
w związku z tym powinniśmy zapomnieć, że ciało, dane nam raz na
całe życie, przechodzi najrozmaitsze przeobrażenia, czasem dalekie
od piękna. Te zmiany nie zawsze są
źródłem naszej satysfakcji. Ciało
niedoskonałe zostało wyrzucone
poza nawias wizualnej poprawności.
Współczesna kultura i na to znalazła
rozwiązanie, zwane chirurgią estetyczną. Ciała o nieidealnej budowie
da się wymodelować (zgodnie z panującymi aktualnie trendami) przy
pomocy skalpela i rozmaitych preparatów, poprawiających kształty
i proporcje. A jeśli i to nie zadziała,
bo mimo wszystko wieku nie da się
oszukać, pozostaje powrót do dawno wymyślonych zabiegów retuszerskich – odmłodzenia i odchudzenia
w programach do cyfrowej obróbki
obrazu. I tak gwiazda estrady, znana
z obfitości ciała, wiekowo zbliżająca
się do czasu emerytalnego, na okładce popularnego czasopisma wygląda, jakby dopiero co skończyła gimnazjum. Naraża się na śmieszność?
Nie szkodzi, ma być młoda, piękna
i zdrowa, bo tego wymaga dzisiejsza kultura popularna. Przydałaby
się kolejna rewolucja „dzieci kwiatów”, byśmy naprawdę uwierzyli,
że ciało, niezależnie od momentu
jego podróży w czasie, powinno być
przez nas zaakceptowane takim, jakie jest. Wtedy mniej będzie stresów
i załamań nerwowych tych, którzy
we własnych ciałach czują się niekomfortowo. Szczęśliwie w sztuce
współczesnej, często odnoszącej się
realnych sytuacji społecznych, ciała bywają znacznie bardziej prawdziwe. Sztuka nie zajmuje się dziś
pięknem idealnym i wymyślonym,
a skupia się na zobrazowaniu piękna
istnienia w każdej możliwej postaci,
ucząc nas tolerancji dla innego i akceptacji dla siebie.
P ‑ piękny,
I ‑ intrygujący, R ‑ jak
rewolucyjny, E ‑ elitarny,
L&L jak luksusowy oraz
legendarny,
I ‑ i niewątpliwie
najbardziej znany
kalendarz na świecie.
Jednym słowem ‑ Pirelli.
Kalendarz dla Lennona
| Iwona Pawlak
Rok 1964, Majorka. Na jasnopomarańczowym tle widać twarz blondynki o prostym nosie i nieco zbyt wydatnych ustach.
Jej podbródek oparty jest o nagie, oświetlone słońcem ramię, oczy podkreślone
ciemną kreską patrzą gdzieś w bok. Ten
prosty portret w słonecznym odcieniu pochodzi z pierwszego wydania kalendarza
Pirelli. Nic specjalnego, a jednak legenda.
Dariusz Cierpiak, częstochowski fotograf,
komentuje to tak: co fotografia może zawdzięczać firmie Pirelli? Myślę, że należałoby zapytać wręcz odwrotnie: co firma Pirelli
zawdzięcza dobrej fotografii? Wiele, chociaż
ta dziedzina ma się dobrze i bez nich. Nie
zmienia to faktu, że sam kalendarz stał się
swego rodzaju tradycją. Zresztą, wielu fotografików marzy wręcz o tym, by ich prace
znalazły się na jego kartach.
Dziewczyny i opony
O tym, że reklama jest dźwignią handlu wiemy wszyscy. Ale o tym, że najlepszą reklamą
opon będą fotografie pięknych kobiet, wiedziała tylko firma Pirelli. Pierwsze wydanie
kalendarza było dziełem Harry’ego Peciotti,
byłego dyrektora artystycznego grupy The
Doors, grafika i fotoreportera znanego z dokumentacji wojny w Wietnamie. Od początku firma postawiła na elitarność – był to prezent dla gwiazd show biznesu i ulubionych
klientów. Pierwsze egzemplarze wręczono
książętom Filipowi i Karolowi, oraz premierom Wielkiej Brytanii – Edwardowi Heathowi oraz Haroldowi Wilsonowi. W 1971 roku
nawet John Lennon osobiście odwiedził centralę Pirelli w Londynie, by odebrać kalendarze dla słynnej czwórki.
Co można było w nim znaleźć? Głównie artystyczne akty, do tego trochę fotografii glamour,
a z czasem zaczęły pojawiać się i bardziej
innowacyjne pomysły. W wydaniu Painted
erotism z 1986 umieszczono zdjęcia, na których pomalowane ciała modelek stawały się
fragmentami obrazów. Ciekawe są także lata
1989-90, czyli znaki zodiaku i igrzyska olimpijskie. W pierwszym przypadku każdy miesiąc to pokazanie innego znaku: dziewczynabaran trzyma rogi, strzelec łuk, a modelka
z anielskimi skrzydłami to panna. W stylizacji olimpijskiej kobiety przypominają amazonki. Owinięte na biodrach chustą ze wzorem bieżnika rywalizują w skokach, rzucie
oszczepem i biegach. Niewątpliwie godnym
uwagi jest także kalendarz na rok 2008, kiedy
to Patric Demarchelier bez grama erotyzmu
przedstawił piękno Dalekiego Wschodu.
Orientalnie ubrane modelki zamieniły się w
subtelne gejsze, nadając niezwykłego uroku
starofrancuskim ulicom Szanghaju.
Lista fotograficznych sław, które podpisały
się pod kalendarzem, to takie nazwiska, jak:
Harri Peccinotti, Herb Ritts, Peter Lindbergh,
Bruce Weber, Nick Knight i wielu innych. Do
zdjęć pozowały najpiękniejsze i najsławniejsze kobiety świata, między innymi Kate Moss,
Naomi Campbell, Cindy Crawford i Monica
M&M Hanging on Elephant
Bellucci. Kalendarze powstawały
nieomal na całym świecie – na Majorce, w Londynie, Maroku, Tunezji,
Paryżu i na wyspach Bahama.
W tym roku Peter Beard pojechał
do Bostwany, by na tle afrykańskiej
sawanny sfotografować między innymi polską modelkę, Małgorzatę
Belę. Jest to pierwsza Polka, której
zdjęcie ukaże się w tym kalendarzu.
Sesja odbyła się na początku maja,
a oficjalna premiera kalendarza
dwudziestego listopada w Berlinie.
Przesłanie, jakie niesie ze sobą to wydanie brzmi: ratujmy piękno dzikiej
Afryki. Firma postanowiła zwrócić
uwagę światowej opinii publicznej
na problem niszczenia i nadmiernej
eksploatacji zasobów naturalnych
Czarnego Kontynentu. Szlachetne,
owszem, ale czy skuteczne?
Koniec giganta?
Mówi się, że najpierw powstał kalendarz Pirelli, a dopiero później nadeszła rewolucja seksualna. Zaczęło
się od zdjęć – jak na nasze czasy
– niewinnych (pierwsze zdjęcie
odsłoniętych piersi to rok 1971).
Z czasem pojawiały się coraz to odważniejsze fotografie, między innymi zdjęcie Natalii Vodianowej z kociakiem na wysokości podbrzusza
albo Jacka Krauszera z Hedi Klum,
kiedy zostali wystylizowani na nastolatków jedzących lody. Jednak
teraz Pirelli wzbudza coraz to mniej
kontrowersji. ‑ Ten kalendarz to
żywa legenda, teraz już niestety niesamowicie skomercjalizowana. Nie
ma w nim, jak kiedyś, zdjęć zmieniających oblicze fotografii, zostało „nic szczególnego” – mówi Piotr
Wdówka, fotograf specjalizujący się
w artystycznych aktach ‑ osobiście
wolę kalendarz Lavazza…
Isabeli with Elephant
Rianna & Lara
| 11 |
Zapisz to, Kisch! | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Zapisz to, Kisch!
nie zdrowego rozsądku. Chyba jakoś równolegle znalazłem książeczkę Oza Na ziemi
Izraela. Postanowiłem wyruszyć jej śladem.
Okazała się doskonałym przewodnikiem.
Chyba nie jest zbyt znana.
Prawie nikt w Polsce jej nie czytał, bo wyszła
w znikomym nakładzie. A powinna być pozycją podręcznikową – można się z niej wspaniale uczyć warsztatu reportera pod każdym
względem, zarówno pisarskim, jak i zbierania materiału. Poza tym jest fantastycznym
przykładem pisania o własnym kraju, własnym narodzie, własnych sprawach kompletnie bez taryfy ulgowej. I to jest najczystszy
przejaw patriotyzmu – on kocha ten kraj nie
dla zalet, ale mimo jego wad. Zakłada, że z
historii dziedziczymy nie tylko jasne strony,
ale też kanty, długi, świństwa, trupa w szafie
i o nich także można mówić. U nas w Polsce
nie ma takiego pisarstwa.
Izrael to chyba niełatwy kraj
do opisywania. Jak pan się
przygotowywał przed wyjazdem?
Za pierwszym razem w ogóle. Byłem jedynie
osobą towarzyszącą. Ale wtedy poznałem
mnóstwo ważnych osób – począwszy od wdowy po Rabinie, przez Shimona Peresa, Baraka i wielu, wielu innych. Z jednym zastrzeżeniem – z lewej strony, bo z prawej nikt z nami
nie rozmawiał. Wtedy też miałem okazję
rozmawiać z kilkoma izraelskimi Arabami –
ludźmi etnicznie arabskiej narodowości, ale
mających izraelskie paszporty oraz z jednym
wysoko postawionym Palestyńczykiem. To
były moje pierwsze kontakty.
Pan Bóg lubi,
gdy ludzie rozmawiają
Siadam, gadam,
zapamiętuję
i zapisuję tylko to,
co warte – Paweł
Smoleński opowiada,
jak, pisząc o Izraelu,
stosował reporterską
metodę Amosa Oza.
– I to się świetnie
sprawdza.
| 12 |
| Z Pawłem Smoleńskim rozmawia Agnieszka Wójcińska, fot. Jan Brykczyński
Zazwyczaj pytam moich rozmówców
o konkretny reportaż. Z panem też
chciałam porozmawiać o jednym
z tekstów ze zbioru Izrael już nie
frunie, ale właściwie trudno mi było
zdecydować, o którym. Ta książka
najlepiej gra jako całość, bo pokazuje
wielość perspektyw, bez których
trudno ten kraj zrozumieć.
To szczególny kraj. Ma wielkość dużej męskiej chustki do nosa i nie ma tam nic – ani
ropy, ani innych cennych złóż. Mieszka tam
zaledwie kilka milionów ludzi, a nie ma dnia,
żeby nie było o nim notki w największych
gazetach na świecie. Dlaczego? Dlatego, że
zderzają się tam dwa fundamentalizmy religijne? Czy też dlatego, że cywilizacja Wschodu spotyka się tam z cywilizacją Zachodu?
A może jest to miejsce szczególne z powodów,
których nikt nie umie wytłumaczyć.
Gdy zacząłem pisać o Izraelu, publikowałem
pojedyncze teksty w Gazecie Wyborczej. Po-
tem okazało się, że one składają się w jakąś
całość, której części wzajemnie się dopełniają. Nie ma właściwie w książce postawy, która
się dubluje. Nawet, kiedy moi rozmówcy mówili o swoim krytycznym stosunku do Izraela,
a tak się złożyło, że większość tak właśnie
była do niego nastawiona, ich krytycyzm
wynikał z zupełnie różnych przyczyn. Dla
jednych ten kraj jest za miękki, dla innych
za twardy, dla jednych za bardzo religijny,
dla drugich za bardzo świecki, dla jednych
za bardzo podzielony, dla innych za bardzo
zjednoczony.
Ile razy był pan w Izraelu?
Nie tak dużo, cztery czy pięć. Znakomita większość tekstów w książce Izrael już nie frunie
pochodzi z wizyty w 2005 roku. Ale są też kawałki napisane dwa, trzy lata wcześniej. Jeden
czy dwa to quasi-reportaże przerobione z rozmów. Np. Edgar – moje warszawska rozmowa z Keretem [Edgar Keret – pisarz izraelski
– przyp. red.], i Arie – rozmowa z izraelskim reżyserem Folmanem, też zrobiona
w Warszawie i poszerzona o część z Izraela.
A skąd się w panu wziął ten Izrael?
Z książki Amosa Oza, do której
wielokrotnie pan nawiązuje w swojej?
Zaczęło się od pierwszej wizyty w tym kraju.
Pojechałem z moim szefem Adamem Michnikiem na konferencję poświęconą pamięci
zabitego premiera Icchaka Rabina. To musiał być 1999 rok – właśnie odchodził Bibi
Netanyahu i nadchodziła epoka Ehuda Baraka. Samolot odlatywał bardzo późno, więc
siedzieliśmy na kompletnie pustym lotnisku
i Michnik zapytał: Byłeś w Izraelu? Nie? To ja
ci zazdroszczę, bo przeżyjesz zachwyt. I miał
rację. To jest absolutnie cudowny i niezwykły kraj. Jeśli oczywiście przyjeżdża się tam
bez uprzedzeń, nie ma się wdrukowanego
w głowę, po której stronie człowiek ma być
etnicznie czy religijnie. Trzeba być po stro-
Ale bohaterowie pana książki to
przede wszystkim zwykli ludzie.
Jak pan do nich docierał?
Oczywiście nie zaczepiałem ludzi na ulicy.
Wiedziałem, z kim idę gadać danego dnia.
Wymyśliłem sobie na przykład, że chcę
pisać o syndromie jerozolimskim, więc
szukałem psychiatry. Okazało się, że moja
znajoma ma przyjaciółkę – psychiatrę. Potem szukałem człowieka, który odszedł od
religii i mój kumpel wskazał mi swego sąsiada Izraela. To był łańcuszek. Ale to tak
właśnie działa. Jak nie zna pani języka, to
chodzi pani od przyjaciela do przyjaciela.
W Polsce można pisać reportaż, śledząc
wiadomości w lokalnej prasie. Kupuje pani
Dziennik Bałtycki albo Głos Chojnic i widzi
tam historie, których nigdzie indziej pani
nie zobaczy, bo one nie trafiają na pierwsze
strony gazet centralnych.
Korzysta pan z takich metod?
A skąd bym wiedział, co się gdzie dzieje? Weźmy taką historię, na którą kiedyś trafiłem. W
jakiejś nadmorskiej miejscowości zmieniono
herb. Była w nim syrenka, która miała miseczkę A, a zmieniono jej biust na 85D, czyli
dostała cyców jak Dolly Parton. Jakiś czas
potem usłyszałem w Wiadomościach, że tym
razem na Śląsku też zmieniono herb – było
w nim dwóch mężczyzn trzymających się za
ręce, to ich rozdzielono. Wystarczy złożyć
te dwie historie i to pokaże wszystko, jakieś
pokłady idiotyzmu, które są w naszym kraju
– przekonanie, że miasteczko można promować przez gołe cyce jak gładź szpachlową, a
jak dwóch facetów trzyma się za rękę, to jest
to niechybnie promocja homoseksualizmu.
Toż to jest bardziej egzotyczne niż busz,
banany i małpy. A niech pani spojrzy, jak
Mariusz Szczygieł opisuje Czechy. Przecież
to wszystko, o czym on pisze, nie miało się
prawa nigdzie zdarzyć, a się zdarzyło. Trzeba
mieć ucho i oczy otwarte na egzotykę, która
jest wszędzie. To znaczy egzotykę, która znaczy ni mniej, ni więcej tylko, że coś jest różne
od nas samych. Dlatego młodym reporterom
radziłbym, żeby najpierw jechali szukać tematów do Tłuszcza, a nie do jakichś odległych miejsc.
Wracając do Izraela. Mówi
pan, że do bohaterów docierał
przez łańcuszek znajomych.
A nie miał pan problemów,
żeby namówić ich, by zaczęli
opowiadać?
Absolutnie. W książce Oza Na ziemi Izraela jest napisane, jak to należy robić. Trzeba siadać i gadać.
I pamiętać to, co wejdzie w głowę.
A potem to, co jest godne zapamiętania, zapisać. I tyle. Rozmów, które przeprowadziłem, były setki. To
był bardzo intensywny pobyt, ale
z drugiej strony te dni były takie,
jak w codziennym życiu. Przecież
na co dzień też pani wstaje, wychodzi, z jednym rozmawia dłużej,
z innym krócej, coś zapamięta,
a czegoś nie. Potem można to próbować ułożyć. Okazało się, że metoda zalecana przez Oza i skopiowana
przeze mnie jest bardzo skuteczna.
Moi bohaterowie, którzy po wydaniu książki czytali te teksty, mówili:
Jak ci się udało? To jestem ja.
Nigdy nie nagrywam.
Notuję, ale później.
Staram się tego nie robić
na oczach bohaterów,
bo notes, choć bardziej
intymny niż magnetofon,
też peszy.
Nie nagrywał pan, mimo że
te rozmowy były prowadzone
w obcym języku?
Nigdy nie nagrywam. Notuję, ale
później. Staram się tego nie robić
na oczach bohaterów, bo notes,
choć bardziej intymny niż magnetofon, też peszy. Tylko niektóre
z tych rozmów były po polsku.
Inne po angielsku albo po rosyjsku. To rzeczywiście pewne utrudnienie, ale ma też swoje zalety.
Jeśli człowiek rozmawia w języku,
który dobrze zna, ale nie jest to
jego własny język, a chce opowiedzieć coś najważniejszego, to pojawia się komunikat bardzo prosty,
skoncentrowany na tym, co najistotniejsze. Może brakować słów,
ale człowiek nie rozmienia się na
dygresje, półtony, didaskalia. Tam
jest istota rzeczy. Moim zdaniem
to bardzo często pomaga. Bo jeśli ma pani bohatera, który chce
coś powiedzieć, to nie ma szansy
uciec w język, żeby się zasłonić.
Albo mówi, albo nie. A jak mówi,
to mówi wszystko, bo nie ma tej
czapki niewidki.
Żydzi i Palestyńczycy chcieli
z panem rozmawiać równie
chętnie?
N i e m a k ł o p ot u z r o z m ow ą
z kimś z innego kręgu kulturowego
i o innym wyznaniu pod warunkiem, że nie mówi się mu, że jest
prosty, tępy i żyje w średniowieczu.
Równie dobrze można by się zastanawiać, czy ktoś nie ma problemu,
rozmawiając z Aborygenką czy zakonnicą. Zresztą Palestyńczycy we
współpracy z dziennikarzami chętnie pokażą i opowiedzą wszystko,
oczywiście na swój sposób. Do
pewnego stopnia bardzo ułatwiają
pracę. Trzeba też pamiętać, że są
społeczeństwem, które na tle innych arabskich narodów jest najbardziej wykształcone
i najbardziej świeckie. Fundamentalny islam
rozlewa się w Gazie, ale ci ludzie się przed
tym też bronią. Gorzej bywa z Izraelczykami. Wydaje mi się, że to kompletnie irracjonalne. I prawdopodobnie niewielu przyzna
się otwarcie do tego, co w głębi duszy myśli
mnóstwo osób: Wszystko jedno, co zrobię,
co powiem. Pokłady antysemityzmu są tak
wielkie, że i tak będzie na mnie. Więc nawet
nie chce mi się rozmawiać. Bo zawsze winny był Żyd. Nie ma po co się starać, bo cały
świat nas nienawidzi.
Ale pisze pan na przykład, że profesor
Szalom Lindenbaum, Żyd, sam się
do pana zgłosił, żeby opowiedzieć
o swojej wizji wszechobecnego na
świecie antysemityzmu.
Chciał przekazać swoje widzenie Izraela
i opowiedzieć, jak świat nie rozumie, dlaczego Izrael taki właśnie jest – twardy, niezłomny, walczący o każdy guzik. On jest
moją kopią człowieka, którego w swojej
książce sportretował Oz, a który był dość
przerażającym izraelskim nacjonalistą. Bo
tacy ludzie też tam są. Najśmieszniejsze jest
to, że myślałem, że pan Lindenbaum obrazi
się na mnie po tym reportażu. Gadaliśmy
parę godzin, a mnie resztki włosów stawały na głowie, tak przerażające było dla
mnie to, o czym opowiadał. Mówiłem mu,
że kompletnie się z nim nie zgadzam, że to
herezje. A on argumentował, że ma rację
i potem był zachwycony tekstem. Wreszcie trafił mu się facet, który jego słowami
opowiedział to, co on myśli o świecie. Nie
dodałem mu ani słowa, nie przekłamałem
nic z tego, co mówił. Zresztą myślę, że to
uniwersalna metoda, która sprawdza się
także w Polsce. Dowolna brednia, jaką pani
zacytuje ‑ pod warunkiem, że będzie zacytowana dosłownie lub w sposób oddający
myślenie danego delikwenta ‑ powoduje, że
jest on zadowolony.
A nie obawiał się pan mówić
mu, że myśli zupełnie inaczej?
Mam wrażenie, że to coś, czego
początkujący dziennikarze boją
się jak ognia.
Zawsze tak robię, jeśli nie zgadzam się
z tym, co mówi bohater. Oczywiście ryzykuję tym, że mnie spuści ze schodów. Ale
to się nigdy nie stało. Wydaje mi się, że jeśli pani mówi swemu rozmówcy bez agresji,
że się myli, to reakcją nie jest zrzucenie ze
schodów, tylko przytoczenie argumentów
na własną rację. Moim zdaniem Pan Bóg
cieszy się, gdy ludzie rozmawiają ze sobą, a
prawdziwa rozmowa nawiązuje się właśnie
w ten sposób. Fakt, że kwestionuję czyjeś
zdanie, oznacza tylko tyle, że się z nim nie
zgadzam. Nie oznacza, że on jest durniem,
bo ja się nie stawiam na pozycji mędrca.
Pamięta pani Saida, Palestyńczyka ze Starego Miasta w Jerozolimie, którego opisuję. Ilekroć tam jestem, zawsze idę do jego
sklepu. I zawsze pijemy herbatę, a on opowiada mi rzeczy, które brzmią dla mnie jak
brednie i na koniec dodaje: A ty i tak w to
wszystko nie wierzysz i uważasz, że jestem
dureń. A to ty jesteś dureń. I kolejnym razem, gdy mnie widzi, zaprasza mnie znów
na rozmowę.
W Polsce też się pan nie boi
rozmawiać w ten sposób z różnymi
osobami, które są głęboko przekonane
o swojej racji?
Jak byłem o wiele, wiele młodszy to myślałem, że jak ktoś mówi rzeczy, a którymi się
nie zgadzam, to jest to idiotyzm. Próbowałem tych ludzi, którzy w moim przekonaniu
mówili idiotyzmy, przedstawić jako idiotów.
Teraz myślę, że warto pokazać, że oni są po
prostu innym kolorem.
Mam wrażenie, że niektórzy
dziennikarze podpuszczają tego typu
bohaterów, by potem zrobić z nich
idiotów.
To jest niestety wszechobecna dziennikarska
choroba. Bierze się na warsztat kogoś, kto
troszkę się boi tego dziennikarza z Warszawy, chciałby zaistnieć, pokazać wnuczce tekst
o sobie i tak się go wypuszcza. Szczególnie jeśli on chce coś gwałtownie powiedzieć. Wtedy można się dopuścić największego świństwa, podpuszczania go, żeby powiedział
jeszcze coś i jeszcze. A wszystko po to, żeby
mieć hit. A może to prostu kwestia smaku.
Można zrobić z kogoś osła, ale to znaczy, że
się go nie chce zrozumieć. A jak pani go nie
chce zrozumieć, to siłą rzeczy ogranicza sobie możliwość percepcji tego, co na zewnątrz,
poza pani widzeniem świata, wrażliwością.
To może lepiej nie rozmawiać.
A nie jest tak, że pułapka kryje się
też po drugiej stronie – czy możemy
utracić obiektywizm w pokazywaniu
bohatera, który bardzo nam imponuje,
podziwiamy go?
Nie wiem czy jest taka pułapka. Jeżeli idzie
o informację, to oczywiście istnieje obiektywna informacja. Ale obiektywnego reportażu nie ma. Wszystko idzie przez pani myśli,
uczucia, stan ducha. Jeśli ma pani chandrę, to
pani nie lubi bohaterów, a jak ma pani dobry
humor – lubi ich pani. A czasami trafia się po
prostu na ludzi, których się chce pokazać, bo
wydają nam się tak wspaniali. Napisałem kiedyś tekst o Ludwice i Henryku Wujcach, i ktoś
mi może powiedzieć, że to pełna apologetyka.
Ale ja nie widzę w nich słabego punktu, zgadzam się z nimi od początku do końca. Moim
zdaniem są jednymi z najbardziej uczciwych,
przyzwoitych i fajnych ludzi, jakich mi było
dane poznać. To co ja mogę zrobić w takiej sytuacji? Na siłę doszukiwać się w nich słabych
stron? Tak nie wolno robić.
Paweł Smoleński
(ur.1959) – reporter, publicysta. Za
PRL-u współpracował z pismami
drugiego obiegu, a od 1989 r. jest
dziennikarzem Gazety Wyborczej. Swoje
reportaże publikował też w paryskiej
Kulturze. Autor książek Pokolenie
kryzysu, Gazeta Wyborcza – lustro
demokracji, Salon patriotów, Pochówek
dla rezuna (za którą dostał Nagrodę
Pojednania Polsko-Ukraińskiego),
Irak. Piekło w raju (z której teksty
uhonorowano Nagrodą Kurta Schorka)
oraz Izrael już nie frunie. Warszawiak.
Co czyta i jakich autorów ceni
Paweł Smoleński:
„Kapustę” (Ryszarda Kapuścińskiego,
przyp. red.) – za wszystko, czego mnie
nauczył, co napisał i co mi powiedział;
Johna le Care’a ‑ za kryminały, które są
sztuką portretowania ludzkiego umysłu;
Raymonda Chandlera ‑ za klimat lat 30.
w USA; Amosa Oza ‑ za wszystko, cudny
język i możliwość rozmowy face to face;
Salmana Rushdiego ‑ za to samo plus
umiejętność spojrzenia na człowieka
innej kultury; Warłama Szałamowa
‑ za opisy zniewolenia i dzielności;
Adama Mickiewicza – geniusz;
Norwida – podobnie; Pawlikowską-Jasnorzewską ‑ za delikatność;
Herberta, Szymborską, Miłosza ‑ cała
trójka ‑ bo tak (jak ktoś od czasu do
czasu nie przeczyta wiersza, niech nie
pisze, nie tylko wierszy; zresztą ‑ niech
wiersze piszą ci, co mają to od Boga);
Lidkę Ostałowską ‑ bo to najlepsza
polska reporterka, co znaczy, że
najlepsza na świecie.
| 13 |
CSR | Case-study
Afisz
Świadomy wybór
Coca Cola Company w 2007 roku, jako jedna z pierwszych firm
w Europie zaczęła stosować system znakowania produktów,
który został opracowany przez Europejską Konfederację
Przemysłu Żywności i Napojów (CIAA), zwany GDA (Guideline
Daily Amount, czyli Dzienne Wskazane Spożycie). System
informuje konsumentów o zawartości poszczególnych składników
odżywczych w produkcie.
BOŻYSZCZE KOBIET | Neil Simon | reż.: Cezary Morawski
| Paweł Łysakiewicz
Znakomita komedia jednego z czołowych
współczesnych dramaturgów amerykańskich, od
lat bawiącego i wzruszającego publiczność Stanów
Zjednoczonych i Europy. Barney niedawno skończył 45
lat. Ma udaną rodzinę, opinię „przyzwoitego człowieka”
i dochodową restaurację. Jego życie wydaje mu
się jednak nudne, wypełnione tylko obowiązkami
męża, ojca i biznesmena. Brakuje w nim szaleństwa,
spontaniczności, dreszczu prawdziwych emocji i ryzyka.
Decyduje się więc na zerwanie z dotychczasowym
stylem życia i postanawia zorganizować schadzki
z trzema przypadkowo spotkanymi kobietami...
Występują: Piotr Gąsowski, Hanna Śleszyńska,
Anna Dereszowska, Anna Deka
Wprowadzenie systemu oznaczeń
produktów GDA jest elementem
prowadzonej przez firmę strategii
„Forma na przyszłość”. Jednym
z jej 4 filarów jest umożliwianie
konsumentom świadomego wyboru. System polega na umieszczaniu na etykietach produktów
informacji o zawartości kalorii
i poszczególnych składników odżywczych w danych produkcie.
Głównymi zaletami GDA są łatwość w odbiorze i zrozumiałość,
wynikające z zastosowania oznaczeń graficznych, informujących,
Spektakle: 21, 22, 23 stycznia godz. 19.00
Kasa biletowa: poniedziałek – sobota 10 – 18, niedziela 12 – 18; tel. 022 628 50 93 • 022 696 84 61
Rezerwacja biletów: poniedziałek – piątek 9 – 16; tel. 022 628 06 74 • 022 696 17 53 • 022 626 16 03
oraz [email protected]
Sprzedaż w Internecie: www.ticketonline.pl • www.ebilet.pl • www.eventim.pl • www.teatralium.pl
Informacje o teatrze: www.teatrsyrena.pl • www.zoltytelefon.pl
PEER GYNT. Szkice z dramatu Henryka Ibsena
Przedstawienia w dniach: 13,14,16 grudnia o 19:00
Reżyseria: Paweł Miśkiewicz | Dramaturgia: Dorota Sajewska | Scenografia: Barbara Hanicka
Muzyka: Anna Zaradny | Ruch sceniczny: Jacek Owczarek
Obsada:
PEER GYNT - Krzysztof Bauman, Mariusz Benoit (gościnnie), Krzysztof Dracz, Adam Ferency, Marcin Troński
SOLWEJGA - Anna Nehrebecka
INGRYDA - Jolanta Olszewska / Urszula Kiebzak (gościnnie)
W ZIELENI - Katarzyna Figura
MATKA - Barbara Krafftówna (gościnnie)
MAŁPY/TROLLE - Wojciech Łaba, Wiktor Malinowski, Agnieszka Muczyń, Piotr Nowakowski, Szymon Osiński,
Marcin Połoniewicz, Andrzej Słomiński, Krzysztof Skolimowski, Błażej Szychowski, Piotr Świtalski
| 14 |
ile procent dziennego zapotrzebowania dostarczają składniki zawarte w produkcie, przy diecie na
poziomie 2000 kcal dziennie, która została przyjęta dla przeciętnej
zdrowej dorosłej osoby.
Co to jest GDA?
GDA to system znakowania żywności informacjami o procentowym
Wskazanym Dziennym Spożyciu.
Jest to łatwy i zrozumiały sposób
dotarcia do informacji żywieniowej,
która niezbędna jest w układaniu
zbilansowanej diety. Proste i dobrze
widoczne symbole graficzne z przodu i z tyłu opakowania pokazują
rodzaj oraz ilości podstawowych
Dane dotyczące substancji odżywczych w oparciu o ich
zalecane dzienne spożycie (GDA) znajdują się obecnie
zarówno z przodu, jak i z tyłu większości opakowań. Przód –
informacja o kaloriach i ich udziale w zalecanym dziennym
spożyciu dla dorosłego człowieka widoczna „na pierwszy
rzut oka”. Tył – panel informacyjny na temat poszczególnych składników odżywczych, czyli „Wielka 5”: kalorie,
cukier, tłuszcze, kwasy tłuszczowe nasycone oraz sód lub
„Wielka 8” w przypadku napoju izotonicznego Powerade i
napoju energetycznego Burn powiększona o węglowodany,
białko i błonnik.
Na każdej etykiecie znajduje się informacja dla konsumentów o tym, ile substancji odżywczych zawiera jedna
porcja napoju. Za porcję uważa się 250 ml. Wyjątkiem są
szklane butelki 200 ml oraz opakowania 330 ml, które same
w sobie uznawane są za porcje jednorazowe.
składników odżywczych zawartych
w danej porcji produktu. GDA oznacza wskazówki dotyczące ilości pięciu składników odżywczych (kalorie, cukier, tłuszcz, nasycony tłuszcz
i sól), jaką możemy spożywać
w ciągu dnia tak, aby łatwiej było
nam utrzymać zdrowy styl życia.
Ilości te przeliczone są na procentowy udział w codziennej diecie zdrowego dorosłego człowieka, utrzymanej na poziomie 2000 kcal.
Program edukacyjny
Wdrażanie systemu GDA w Polsce
odbywa się w ramach działalności
Polskiej Federacji Producentów
Żywności (www.pfpz.pl). Coca-
cola uważa, że wraz z innymi firmami, które podjęły tę inicjatywę,
pomoże konsumentom w dokonywaniu jeszcze bardziej świadomego wyboru produktów, będących
elementem ich codziennej diety.
21 października br. PFPŻ wraz
z Federacją Konsumentów uruchomiła pod patronatem Głównego Inspektoratu Sanitarnego
program edukacyjny skierowany
do konsumentów. W ramach programu edukacyjnego „Wybieraj
z GDA” przeprowadzane są działania, które mają na celu zwrócenie uwagi konsumentów na nowy
system znakowania żywności.
Umożliwi to wykorzystanie użytecznych pod względem żywieniowym informacji umieszczonych
na opakowaniach produktów żywnościowych, jak i zastosowanie
ich w komponowaniu codziennej
diety. Pozwoli to konsumentom
na szybkie i świadome wybory
żywieniowe podczas codziennych
zakupów. Do programu przystąpiło już około 400 firm spożywczych działających w Polsce.
W pierwszej fazie projekt ma dotrzeć do ok. 6 mln konsumentów
poprzez komunikację za pośrednictwem specjalnie zaprojektowanych kart i ulotek informacyj-
nych dystrybuowanych w trzech
sieciach wielkopowierzchniowych
(Tesco, Biedronka, Real) oraz poprzez informacje w mediach.
Kalkulator GDA
Dodatkowo specjalnie dla konsumentów przygotowano obszerny
portal internetowy (www.gdainfo.pl), zawierający kompendium
wiedzy dotyczącej znakowania
GDA oraz roli zbilansowanej diety
i aktywności fizycznej w zachowaniu dobrego stanu zdrowia. Na
stronie stworzonej przez Polską
Federację Producentów Żywności konsumenci znajdą niezbędne informacje dotyczące systemu
znakowania żywności. Program
w kompleksowy sposób informuje o zaletach umieszczania informacji dot. GDA na produktach
żywnościowych. Oprócz praktycznych danych przydatnym narzędziem jest kalkulator wartości
odżywczej. Dzięki niemu można
stworzyć indywidualną, zbilansowaną dietę oraz dowiedzieć
się, jakie składniki powinny być
ograniczone lub wyeliminowane
z naszego jadłospisu.
W poprzednim numerze
“PDF-u” opisaliśmy kampanię
Funduszu Kropli Beskidu
„Każda kropla wody z Beskidu
to nasze dziedzictwo – szanujmy
je wspólnie”. Firmy Coca-Cola
HBC Polska Sp. z o.o. oraz
Coca-Cola Poland Services
Sp. z o.o. otrzymały statuetkę
“Złoty spinacz 2008” dla
najlepszej kampanii CSR w
konkursie “Złote spinacze”,
organizowanym przez Polski
Związek Public Relations.
| 15 |
To PRoste / Case-study | PR
PR | PR na świecie / Event
O kobietach mówi się nieustannie.
O kobietach konsumentkach, o kobietach
matkach, o kobietach robiących karierę
w należącym do mężczyzn świecie biznesu.
Ale co wiemy o tym, jak się z nimi
komunikować? Bo czym w odbiorze
reklamy właściwie kierują się kobiety?
Dyskusja na temat stereotypów
dotyczących płci toczy się od
kilkudziesięciu lat. Żyjemy w dobie
społeczeństwa postfeministycznego
i wydaje się, że wszystko na temat
ról kobiet i mężczyzn zostało już
powiedziane. Także dlatego, że
w naszym zabieganym życiu role
uważane za tradycyjnie przypisane
konkretnym płciom bardzo się wymieszały i przestały być oczywiste.
Czy zatem uzasadnienie mają pytania o to, czy kobiety i mężczyźni
w reklamie, filmie, sztuce muszą
być przedstawiani tak tradycyjnie
i stereotypowo?
Rozmawiając o reklamie, która
wymaga przekazu jasnego, prostego
i czytelnego, trzeba chyba jednak przyznać, że posługiwanie
się stereotypami działa czasem
także pozytywnie. Reklama przede
wszystkim sprzedaje. Z drugiej
strony musi wpisywać się w pewien
sposób myślenia, w światopogląd
odbiorcy. Inaczej nie będzie przez
niego odbierana jako prawdziwa,
pasująca do tego świata, a tym
samym nie będzie skuteczna. A jaki
jest ten nasz światopogląd? Wszelkie
znaki na niebie i ziemi, z wypowiedziami badanych co roku Polaków
włącznie, wskazują na to, że nie
chcemy rewolucji w naszym tradycyjnie postrzeganym życiu. Chcemy,
żeby „mama” gotowała w kuchni
pyszną zupę, a „tata” przychodził
z pracy, całował ją na dzień dobry,
a następnie zachwycał się jej kulinarnym dziełem sztuki. Chcemy,
żeby „rodzice” chodzili z dziećmi
na karuzelę, gdzie, jeżeli rozboli
ich głowa, wezmą szybko działającą tabletkę. I chcemy, żeby nasi
przystojni „narzeczeni” oglądali się
za nami z uznaniem, kiedy ogolimy
nogi niezwykle łagodną maszynką lub użyjemy najnowszego,
pielęgnującego żelu pod prysznic.
Komunikacja korzyści, odwołująca
się do tradycyjnych wartości, jest tu
tak silna i wyraźna, że nie ma sensu
z nią walczyć w imię, być może,
wcale nie lepszej postfeministycznej
przyszłości reklamy.
Dzisiejsze media mają łatwo
dostrzegalną specjalizację. Z roku
na rok coraz głębszą. Wynika to
oczywiście z konkurencyjności,
ale również z rosnących wymagań
czytelniczki. Z takiego myślenia
zrodziły się tytuły poświęcone
w całości zakupom, jak Avanti,
zdrowiu i zdrowemu stylowi
życia, czy modzie, jak np. Fashion.
Oprócz tego większość tytułów
| 16 |
tzw. kobiecych jest mieszaniną
wszystkich tych tematów, czyli
skróconym przeglądem tego, czym
interesują się, czy z czym stykają na
co dzień kobiety. W tym przypadku
segmentacja opiera się głównie na
demografii – inne media trafiają
do kobiet świetnie wykształconych, majętnych, zadowolonych,
żyjących w dużych miastach, inne
do mieszkanek małych miasteczek,
z rodzinami, średnimi dochodami,
pracujących w domu. Wbrew pozorom cała zawartość magazynów
jest w obu przypadkach zbudowana tak samo. Znajdziemy w nich
rubryki dotyczące mody, porady
żywieniowe, informacje na temat
kosmetyków, czy sekcje poświęcone
stylom życia.
Nawet jeżeli wszystko wiemy, nadal
zdarza się, że dobrze skrojony
„kobiecy komunikat” bywa odkrywaniem Ameryki. Jednocześnie,
mimo że od wieków (lub przynajmniej od czasów pierwszego
wydania Mężczyźni są z Marsa,
a Kobiety są z Wenus) wiadomo,
że kobiety i mężczyźni się od siebie
różnią, to często, kiedy włączam
telewizor i widzę nasze reklamy,
uśmiecham się z niedowierzaniem.
na Krakowskim Przedmieściu
Powiedz jej o tym
Realizacja kampanii
| Magdalena Marzec
Problem
W odróżnieniu od innych krajów europejskich w Irlandii
nie ma państwowego programu profilaktycznych badań
raka szyjki macicy. Badaniu
można poddać się wyłącznie
prywatnie, w efekcie czego Irlandia ma jeden z najwyższych
wskaźników występowania
raka szyjki macicy w Europie.
Rocznie diagnozuje się tam
około 209 nosicielek wirusa,
a rak zabija 73 kobiety. Sanofi
Pasteur MSD zlecił kampanię edukacyjną na temat raka
szyjki macicy i jego związku
z wirusem HPV, kierowaną zarówno do młodych kobiet jak
i ich matek.
Celem kampanii Tell Her About It było informowanie kobiet
o związku wirusa HPV z chorobą, ale bez szufladkowania
go jako choroby przekazywanej wyłącznie drogą płciową.
Zanim rozpoczęto kampanię
Tell Her, Sanofi Pasteur MSD
przeprowadziło badania wśród
irlandzkich kobiet na temat
ich wiedzy i rozumienia tego
problemu. Główne wyniki badania wykazały, że tylko jeden
procent badanych potrafiło powiązać wirusa HPV z rakiem
szyjki macicy. Z tej liczby, tylko 22 proc. wiedziało, że HPV
powoduje raka szyjki macicy,
a zaledwie co trzecia kobieta
była świadoma tego, że wirusa
można wykryć przez badanie
wymazu z pochwy.
Na ambasadorkę kampanii wybrano prezenterkę telewizyjnych
wiadomości, Sile Seoige, ikonę stylu w Irlandii. Nawiązano również
współpracę z wiodącymi liderami
opinii, wśród nich z The Well Woman Centre, profesorem Walterem
Prendiville z Coombe Women’s Hospital i Tallaght Hospital w Dublinie, uznaną ginekolog dr Henriettą
Campbell oraz All Ireland Cancer
Foundation.
W maju 2007 oficjalnie uruchomiono stronę internetową www.
tellher.ie, na której zamieszczono
quiz zachęcający do interaktywnego uczestnictwa w akcji. Informacje
o niej wcześniej pojawiały się w mediach ogólnokrajowych.
Miesiąc później rozpoczęto Tydzień
Profilaktyki Raka Szyjki Macicy pod hasłem Powiedz jej o tym.
W kampanii użyto zdjęcia, na którym z Sile Seoige znalazło się 100
mężczyzn w koszulkach z napisem
Ja bym jej powiedział. W znaczących centrach handlowych czterech
największych miast w Irlandii rozstawiono stoiska, przy których pielęgniarki udzielały porad na temat
raka szyjki macicy. Kobiety, które
odwiedziły stoiska, wypełniały
krótkie kwestionariusze, które dostarczały informacji na temat ich
wiedzy o chorobie.
Kolejnym etapem kampanii była
sesja zdjęciowa Nie widzieć zła, nie
słyszeć zła, nie mówić o złu (See No
Evil, Hear No Evil, Speak No Evil)
z udziałem Sile Seoige. W młodzieżowych stacjach radiowych w całym
kraju wyemitowano pięć promocyjnych programów Powiedz jej na
antenie (Tell Her on the Air). Podczas audycji słuchacze mieli wysyłać
„sekrety”, czyli wiadomości tekstowe, których treść miała uczulić ich
znajomych lub rodzinę na problem
raka szyjki macicy i HPV. Zwycięzcy konkursu otrzymywali najnowszy model telefonu. W październiku
i listopadzie 2007 w wielu magazynach kobiecych, m. in. IMAGE, TV
Now, RTE Guide, Sky Magazine,
U Magazine i Slainte, pojawiły się
dwa artykuły sponsorowane na temat związku HPV z rakiem szyjki
macicy, skierowane do obu grup
docelowych. W listopadzie zatrudniono również firmę marketingową
Brand Ignite do organizacji Blue
Jacking (wymiany danych z różnymi urządzeniami wyposażonymi
w Bluetooth) na Elektrycznym Pikniku – trzydniowym festiwalu muzycznym, który przyciągnął 30 tys.
osób. Poprzez reklamy na stronach
internetowych użytkownicy telefonów komórkowych dowiadywali się
o możliwości ściągnięcia przy użyciu Bluetooth darmowych plików
muzycznych ze strony tellher.ie.
Ostatnim działaniem w ramach akcji było zorganizowanie w grudniu
2007 r. projekcji filmu Diabeł ubiera
się u Prady, w których uczestniczyło
250 kobiet.
Jak wykazały badania przeprowadzone po zakończeniu akcji, obecnie prawie 80 proc. kobiet w Irlandii jest świadomych, że rak szyjki
macicy jest chorobą powiązaną
z rozwojem wirusa HPV.
Prace magisterskie za 8 zł!
Jeśli macie pytania, piszcie:
[email protected]
Patronat merytoryczny:
Zagadnienia estetycznego umeblowania warszawskich ulic
oraz panowania nad wszędobylskimi reklamami to główne
tematy konferencji Reklama w mieście, miasto w reklamie.
| Paweł Łysakiewicz
K
luczowym elementem konferencji było odsłonięcie nowoczesnych mebli miejskich – kiosku
oraz słupa reklamowego na Krakowskim Przedmieściu, gdzie goście i uczestnicy eventu dotarli wynajętym autobusem komunikacji
miejskiej. Na miejscu czekał namiot
oraz scena, na której przemawiały
osoby odpowiedzialne za projekt.
Zaprezentowane meble powstały
według projektów Grzegorza Niwińskiego i Jerzego Porębskiego
z Towarzystwa Projektowego, działającego na zlecenie Zarządu Terenów Publicznych. Za montaż po-
zostałych pięciu kiosków i siedmiu
słupów jest odpowiedzialna firma
AMS, która sfinansowała projekt
w zamian za możliwość umieszczania na nich reklam.
Pozostałe punkty programu konferencji skupiały się głównie na dyskusji o tym, w jaki sposób można zapanować nad reklamami w przestrzeni
miejskiej. Swoje prezentacje pokazali przedstawiciele Barcelony oraz
Wiednia – miast, w których problem
reklam udało się już rozwiązać za
pomocą przepisów regulujących to,
jak i gdzie można je montować. Nie
zabrakło również wystąpień, dzięki
którym goście konferencji poznali tajniki poprawnej komunikacji
Licencjackie i dyplomowe również.
Oprawy sztywne z napisem (do 300 kartek 80 gr).
Tani druk cyfrowy - kolor 1 zł!
www.verso.pl
Czynne cały tydzień! [email protected], tel. 022 635 91 74
Stare Miasto, ul. Freta 17 (róg Świętojerskiej)
społecznej, a także projektowania
plakatów i organizowania kampanii
outdoorowych. Konferencji towarzyszyły również różnorakie działania towarzyszące, takie, jak wystawy
oraz przeprowadzone przez studentów oraz pracowników Uniwersytetu Warszawskiego seminarium,
dotyczące reklamy, przestrzeni publicznej oraz wizerunku miasta.
Konferencja odbyła się w dniach
20-21 listopada 2008 w warszawskim hotelu Radisson i była jednym z elementów programu bramy
kraju, którego pomysłodawcą jest
agencja AMS.
PR na świecie
Wysyp plastikowych
ludzików
Wyniki kampanii
Monitoring i ocena
reklama
Anna Król
Dyrektor działu komunikacji
konsumenckiej Euro RSCG
Sensors. Pracuje nad doktoratem
na temat kobiecości w strategiach
marketingowych.
fot. Bartosz Zaborowski
Przemeblowanie
Dubliński oddział agencji PR
Fleischman-Hillard otrzymał w 2008
r. nagrodę IPRA w kategorii opieka
zdrowotna. Jury doceniło agencję za
to, że udało się jej dotrzeć do dwóch
różnych grup docelowych
– młodych kobiet i ich matek.
Polskie projekty na
międzynarodowym
konkursie
fot. Bartosz Zaborowski
Reklama skrojona
na kobietę
Sto tysięcy plastikowych ludzików
nadających się do recyclingu zostało
ustawionych pod pomnikiem Kopernika
w Warszawie.
| Paweł Łysakiewicz
L
udziki miały zachęcać do podpisania manifestu klimatycznego.
Akcji, która jest częścią ogólnoeuropejskiej kampanii Podpis dla klimatu organizowanej przez koncern
energetyczny Vattenfall. Jej celem
jest zwrócenie uwagi na problem
ocieplania klimatu.
Pod koniec listopada pod pomnikiem Mikołaja Kopernika wśród
tysięcy figurek ustawiono komputery, za pomocą których można było
złożyć swój podpis na stronie internetowej akcji. Na bieżąco można
było śledzić zwiększającą się liczbę
podpisów zebranych pod manife-
stem i sprawdzić, w którym z krajów
udało się zaangażować największą
liczbę osób. Już prawie 180 tysięcy
osób różnych narodowości podpisało się pod manifestem klimatycznym Vattenfall. A pod względem
liczby złożonych podpisów na www.
vattenfall.pl/podpisdlaklimatu prowadzi Polska. Manifest klimatyczny
to trzy postulaty, których spełnienie ma przyczynić się do skutecznej
walki ze zmianami klimatu. Brzmią
one następująco: ustalenie globalnej ceny na emisję CO2, wsparcie
dla nowych technologii przyjaznych
klimatowi oraz wdrożenie przyjaznych klimatowi norm technicznych dla produktów.
Na międzynarodowej gali
European Excellence Awards
nagradzane są wybitne osiągnięcia firm działających w
dziedzinie Public Relations.
Na liście nominowanych znalazły się: Edelman Polska za
kampanię na rzecz ekologicznych toreb Greenbag, agencja
Feedback-Hill&Knowlton za
Ogólnopolski Program dla
Młodzieży Mam haka na raka,
agencja Glaubicz Garwolińska
Consultants za wsparcie buddyjskiej organizacji Agon Shu
w przeprowadzeniu religijnej
ceremonii w Jerozolimie,
On Board PR za kampanię
społeczną Kampania na
rzecz pracowników ochrony
dla NSZZ „Solidarność”,
Partner of Promotion za akcję
Warto kupować w Agito, Testa
Communications za organizację Polskich Dni w Zell am
See-Kaprun oraz United PR
związany z wprowadzeniem
na rynek Alior Banku.
Kryzys – szansa dla
PR-u i Internetu
W czasach kryzysu coraz więcej przedsiębiorców zwiększa
wydatki na działalność w sieci
i zabiegi PR – wynika z badań
przeprowadzonych przez
agencję badawczą Shape the
Future. Badanie pokazało, że
ponad połowa ankietowanych
przedstawicieli biznesu planuje zwiększyć nakłady
na działalność PR w przyszłym roku.
Lwy PR-u
Podczas 56. edycji prestiżowego
Międzynarodowego Festiwalu
Reklamy w Cannes w 2009 roku
pojawi się nowa kategoria – Public
Relations. Lwy w nowej kategorii
przyznawane będą przez jury pod
przewodnictwem Lorda Bella,
prezesa Chime Communications.
Powiedział on, że dyrekcja festiwalu dostrzegła, że w marketingu
pieniądze nie są inwestowane
jedynie w reklamę, ale również
w Public Relations, a także w
inne powiązane z nim dziedziny.
Nagrodzone zostanie kreatywne
zarządzanie reputacją i budowanie
zaufania między firmą i jej otoczeniem, a kolejne etapy kampanii
zostaną wyróżnione za „Strategię”,
„Kreatywność i Oryginalność”
oraz „Efekty”.
PR na wzgórzach Golan
Mieszkańcy wzgórz Golan –
spornego terenu między Izraelem
a Syrią – rozpoczęli kampanię
public relations ‑ informuje portal
haeerz.com. Stało się to po tym,
jak premier Izraela Ehmud Olmert
ogłosił zamiar wznowienia rozmów pokojowych z Syrią, co może
oznaczać ewakuację wzgórz Golan
i wysiedlenie Izraelczyków. Na
rzeczników prasowych wybrano
50 osób, aby jak najlepiej przygotować mieszkańców wzgórz Golan
do obrony swoich racji i sprostać
dużemu zainteresowaniu mediów.
Wizerunkowa porażka
Miedwiediewa
Prezes agencji LEEF Group, Władimir Frolov, na łamach internetowego wydania The Moscow Times
uznał ostatnie wystąpienie prezy-
denta Dimitrija Medwiediewa za
wizerunkową porażkę. Wg niego
zamiast uspokoić międzynarodową opinię publiczną Miedwiediew
posłużył się groźbami i wyraził
gotowość umieszczenia rakiet
skierowanych na czeskie i polskie
elementy tarczy antyrakietowej.
Wydźwięk przemówienia był na
tyle negatywny, że może ono skutkować znacznym utrudnieniem
ocieplenia stosunków amerykańsko-rosyjskich.
Kenia wykorzystuje
Obamę
Wg portalu timesonline.com
premier Kenii Raila Odinga chce
wykorzystać wybór Baracka Obamy na prezydenta do wypromowania swojego kraju. Premier chce
m.in. ustanowić dzień wyborów
w Stanach Zjednoczonych dniem
wolnym od pracy w Kenii.
Z Kenii pochodzi ojciec i babcia
prezydenta Obamy, a także jego
dalsi krewni.
PR na wzgórzach Golan
Mieszkańcy wzgórz Golan
– spornego terenu między Izraelem
a Syrią – rozpoczęli kampanię
public relations ‑ informuje portal
haeerz.com. Stało się to po tym,
jak premier Izraela Ehmud Olmert
ogłosił zamiar wznowienia rozmów
pokojowych z Syrią, co może
oznaczać ewakuację wzgórz Golan
i wysiedlenie Izraelczyków. Na
rzeczników prasowych wybrano 50
osób, aby jak najlepiej przygotować
mieszkańców wzgórz Golan do
obrony swoich racji i sprostać dużemu zainteresowaniu mediów.
opracowanie
Magdalena Marzec
| 17 |
Okolice | fotografia
Piękne zdjęcie.
Kto na nim jest?
To 90-letnia Francuzka, którą odwiedzałam,
podczas pobytu w Grenoble. Bardzo lubię ten
portret, choć moja bohaterka przez długi czas
nie chciała się zgodzić na zdjęcie... Mieszkała
w dużym mieszkaniu pełnym różnych sprzętów. Przychodziłam do niej przez pół roku,
na kilka godzin dziennie. Była zupełnie sama,
miała tylko dwa koty. Pomagałam jej w domu,
sprzątałam, robiłam zakupy, dotrzymywałam
towarzystwa. W dzisiejszych czasach mówi się
dużo o młodości, urodzie, a ludzie starsi są odstawieni na tor boczny, zapomniani, nikomu
niepotrzebni.
| Iwona Pawlak
Historia ślubnej fotografii rozpoczęła się w 1840 r., kiedy na materiale światłoczułym zarejestrowano
wesele królowej Wiktorii i księcia
Alberta. Było to zaledwie rok po
opatentowaniu dagerotypu i czternaście lat po wykonaniu pierwszej
trwałej fotografii przez Josepha
Najpierw ewolucja, teraz rewolucja
Co się stało, że w końcu zgodziła się
pozować?
Na początku mówiła, że jest stara i brzydka...
Wracałam do tematu wiele razy. Któregoś dnia
zobaczyłam ją w fotelu, w którym zwykle przesiadywała. Wspaniałe światło, to niesamowite
spojrzenie... Zapytałam jeszcze raz, a ona wyraziła zgodę.
Kiedy na nią patrzę, przypomina mi
się moja babcia. Dlaczego wybrała
Pani właśnie tę fotogtafię?
Wielu osobom to zdjęcie się podoba. Jest tu
spokój, pogoda, ciepło. W jej mieszkaniu,
mimo że było mocno zaniedbane, była jakaś
pozytywna energia. Kiedy zdjęcie powstało,
byliśmy z mężęm zagranicą. Lada moment
miało przyjść na świat nasze dziecko. Nie
było koło nas najbliższej rodziny, szczególnie
odczuwałam brak kobiet. Wtedy obecność tej
staruszki działała na mnie kojąco.
To jedyne zdjęcie tej kobiety?
Nie, wykonałam kilka ujęć.
Chciała ją pani uchwycić właśnie w
tym fotelu, pośród książek?
Tak. To było jej miejsce, jej ulubiony fotel.
Poza tym nie chciałam ustawiać jej w sztuczny sposób.
Taką formę portretów lubi pani najbardziej?
Czasami trzeba robić zdjęcia studyjne, komercyjne, ilustrujące jakąś historię, portrety
reklamowe czy portrety do wywiadów, ale ja
najchętniej robię te niewystylizowane. Staram się podchodzić do każdego człowieka w
sposób indywidualny, robić zdjęcia naturalne, oddające charakter osoby fotografowanej, niezmieniające go za bardzo. Takie jest
moje minimum komfortu.
To udaje się, kiedy o bohaterze wie
się coś więcej.
Trudno jest zrobić zdjęcie komuś, kogo się
nie zna. Owszem, można nacisnąć migawkę,
ale to nie odda charakteru osoby portretowanej. Nie znam nawyków, gestów, zachowań.
Poznanie bohatera przed sfotografowaniem
go to idealna sytuacja. Poznanie świata, w
którym funkcjonuje, charakteru, gestów,
| 18 |
fot. Tomasz Jelski, www.tomekjelski.com
W prostocie jest magia
Skończyła się era
portretu ślubnego, który
będzie wisiał w ramce
z Cepelii nad wezgłowiem
łóżka. Do lamusa odeszły
fotografie studyjne na
tle sztucznych ptaszków,
kwiatków i kolumienek.
Teraz młoda para chce
swoją sesją szokować
mimiki i osobowości. Jednak na to,
żeby fotograf wyczuł daną osobę,
potrzeba czasu. A z tym zwykle bywa
różnie.
Ma pani swoich mistrzów
portretu?
Richard Avedon. Nie szokował, jak
np. Helmut Newton. Na pierwszy
rzut oka wydaje się, że robił zwyczajne portrety. W tej „prostocie” zawarta jest magia, niesamowita wnikliwość, talent wydobycia z człowieka
prawdy.
Ale może czasami ciekawiej
jest właśnie szokować?
Wszystko zależy od odbiorcy. Każdy
ma inne potrzeby, inną wrażliwość.
Najważniejsza jest możliwość wyboru. Dlatego zawsze będą różnorodni
twórcy, proponujący swoje widzenie
świata, ludzi.
366 – osobisty wybór z czasu
366 fotografii, 366 obrazów utrwalonych
w przeciągu 366 dni.
Jeden dzień to jeden wybór.
To nie jest rozważanie nad upływającym czasem,
przemijaniem.
Jest to wybór z nadmiaru doznań, o które się
ocieramy, wybór z chaosu, z wizualnego przesytu.
To zapis bardzo indywidualny, skoncentrowany
na przestrzeni prywatnej, detalu życia, emocjach
i wizualnych zachwytach niż na dokumentacji
wydarzeń społecznych, podróżach czy zachodzących
zmianach.
Smakowanie codzienności, z którą jesteśmy złączeni
i nie zawsze ją dostrzegamy.
Zobaczyć, nie tylko oglądać – to myśl przewodnia.
Projekt był realizowany od 29 października 2007 do
28 października 2008 roku. Do wystawy dołączona
jest ścieżka dźwiękowa. Autorem jest Musioł [Rh+].
Wystawa „366” jest częścią projektu ZOBACZ
DOTKNIJ ZOSTAW, który przedstawi Formacja
Żeńska w ramach Festiwalu Sztuki Niezależnej
„Re-wizje” w dniach 10-12 grudnia 2008 w studYO.
Yola Zuchniewicz
Pochodzi z Bolesławca
Śląskiego (Dolny Śląsk).
Absolwentka Wydziału
Fotograficznego Akademii Sztuk
Pięknych – FAMU w Pradze.
Akt i portret należą do jej
ulubionych tematów w fotografii.
Publikowała w prasie, m.in.
w tytułach: Twój Styl, Playboy,
Pani, She, Przekrój, Zwierciadło,
Press, Pozytyw. Jest członkiem
Związku Polskich Artystów
Fotografików, autorką wystaw
zbiorowych i indywidualnych
w Finlandii, Szwecji, Francji,
Rumunii, Polsce i na Węgrzech.
Od 10 do 13 grudnia br. w Galerii
studYO przy ul. Inżynierskiej
3/13 w Warszawie będzie można
obejrzeć jej prace w cyklu „366”
– osobisty wybór z czasu.
www.yolafoto.pl
Nicéphore Niépce. Jednak do połowy wieku XIX młode pary nie pozowały do „formalnych” zdjęć ślubnych, a albumy stały się popularne
dopiero po roku 1880.
Fotografia kolorowa, która pojawiła
się na początku XX wieku, była na
tyle droga, że mogło pozwolić sobie na nią niewiele par. Stopniowo
następował rozwój fotoreportaży
ślubno-weselnych, zaś forma zdjęć
ślubnych, którą znamy obecnie,
ukształtowała się w latach siedemdziesiątych.
Zmiany, jakie w fotografii ślubnej
dokonały się w ostatnich latach, wynikają nie tylko z mody i trendów, ale
przede wszystkim z rozwoju sprzętu
fotograficznego. Aparaty stały się
mniejsze i lżejsze, a fotograficy dzięki temu bardziej mobilni. Kolejnym
przełomem było pojawienie się fotografii cyfrowej. Dzięki współpracy
z programami graficznymi odkryto
nieznane dotąd możliwości sterowania i korekty obrazu.
Ewolucje & rewolucje
We współczesnej fotografii ślubnej
można wyróżnić dwa trendy: reportażowy (fotograf rejestruje wydarzenia z przygotowań, ślubu i wesela) i
tradycyjny (młodzi decydują się na
zdjęcia pozowane). Dzisiaj fotografowi wolno praktycznie wszystko.
Bardzo popularne są zdjęcia detali, np. obrączek w różnych aranżacjach: w płatkach róż, na książce,
czy w kieliszku od szampana.
Młodzi wybierają coraz ciekawsze
miejsca na sesje. Dominują parki,
lasy i małe, pełne klimatu ulice,
zamki, opuszczone fabryki, wiatraki i pociągi.
A co, kiedy plener nie wystarcza?
Zawsze można pobawić się w odgrywanie ról. Dzisiaj nie wystarczy być
tylko panną młodą w białej sukni.
W internetowych galeriach można znaleźć
zdjęcia pary młodej na motocyklach, w stylizacji kowbojskiej czy hipisowskiej. Są i fotografie bardziej ekscentryczne, np. takie, na
których pan młody przebrany jest za wampira i czyha na delikatną szyję swojej żony.
Niektóre pary pozują z rekwizytami. Bywało,
że młodzi decydowali się na zdjęcie z wielkim
karpiem na talerzu, albo łyżką.
USA ‑ koniec lukru
‑ Nie wiesz, co zrobić ze swoją suknią po ślubie? To proste – zniszcz ją i zafunduj sobie
niepowtarzalną sesję zdjęciową w meksykańskiej dżungli. Takie podejście do fotografii ślubnej, zwane trash the dress (zniszcz
swoją suknię) narodziło się w Stanach Zjednoczonych. Młode pary zaczęły poszukiwać
zdjęć nietuzinkowych i niepowtarzalnych.
Popularne stało się pozowanie w morzu (generalnie we wszystkich wodnych akwenach,
wliczając fontanny), dżungli, jaskiniach,
a nawet i w błocie! Trash the dress ma szanse
stać się dominującym trendem także w polskiej fotografii. Coraz więcej nowożeńców
gotowych jest zniszczyć swoje kreacje, byle
wspomnienia ze ślubu utrwalić w jak najbardziej niekonwencjonalny sposób.
fot. Bartosz Zaborowski, www.bartekzaborowski.com
W zaniedbanym
mieszkaniu tej starej
kobiety znalazła spokój
i ukojenie. Dzisiaj
mówi, że to jedno z jej
ulubionych zdjęć. Z Yolą
Juchniewicz, autorką
portretu, rozmawia
Agnieszka Juskowiak
fotografia | Fotografia ślubna
Fotograficy ślubni utworzyli
międzynarodowe stowarzyszenie
WPJA (Wedding Photojurnalism
Association). Najbardziej znaną
postacią tego środowiska jest Jefa
Ascought, pierwszy fotograf w Wielkiej
Brytanii, który zaczął robić ślubne
fotoreportaże. Na liście najlepszych
ślubnych fotografów w 2007 r. znaleźli
się m.in. Dennis Reggie, Joe Buissink
czy Bambi Cantrell. W Polsce nikt
takich rankingów nie prowadzi, jednak
internauci wśród najciekawszych
autorów ślubnych zdjęć wymieniają czterech fotografików: Adama Trzcionka,
Annę Ciesielską, Anię i Marcina
Łabędzkich.
| 19 |
Perły z lamusa: Eugène Atget | fotografia
fotografia | Perły z lamusa : Eugène Atget
cywilizacji. Za punkt honoru postanowiła sobie wypromowanie
prac Atgeta, które były znane jedynie nielicznym odbiorcom. Wykupiła jego negatywy (około 1000
sztuk) i wyruszyła do Nowego
Jorku w poszukiwaniu wydawcy
fotografii paryskiego ilustratora.
W 1930 roku dopięła swego i wydała album Atget, photographe de
Paris, do którego fotografie sama
wybrała. W Nowym Jorku odkryła swoją nową pasję – Nowy Jork.
Zamknęła studio w Paryżu i wzięła się za fotografowanie miasta za
oceanem.
Miasto-kameleon
Blossom Restaurant, 1935
Fotografka
w wielkim mieście
Kim Wacław Rzewuski był dla Krakowa, a Eugène Atget
dla Paryża, tym Berenice Abbott była dla Nowego Jorku.
Jest znana jako spadkobierczyni setek fotografii po Atgecie,
niektórzy mówią, że również jego naśladowczynią. Oto portret
damy ilustrującej zachłyśnięcie się nowoczesnością.
| Agnieszka Juskowiak
Paryski bruk
Nightview, 1932
| 20 |
Urodziła się 17 lipca 1898 roku
w Springfield (Ohio), nad jeziorem Erie. Kiedy miała 19 lat,
zaczęła studia na Uniwersytecie
Columbia, ale porzuciła je, bo
nie odpowiadała jej konserwatywna atmosfera uczelni. W 1921
roku wyjechała do Paryża, gdzie
zaczęła studiować rzeźbę. Tam
poznała Mana Raya, amerykańskiego fotografa-surrealistę, który zaraził ją fotograficzną pasją.
Została asystentką w jego studiu
– pracowała w ciemni. Po dwóch
latach otworzyła własne studio
fotograficzne przy ulicy du Bac
w Paryżu. Jej klientelą byli tłumnie przebywający w modernistycznym w Paryżu artyści: pisarz
André Gide, malarz Marcel Duchamp, prozaiczka Djuna Barnes,
pisarz James Joyce czy poeta, grafik i malarz Jean Cocteau. W 1926
roku wystawiła po raz pierwszy
swoje prace w galerii Au Sacre du
Printemps. W 1927 roku otworzyła drugie studio przy ulicy Servandoni. Jej prace wystawiano w
Premier Salon Indépendant de la
Photographie oraz w Teatrze na
Champs-Élysées tuż obok zdjęć
Mana Raya czy André Kertésza.
Balzak obiektywu
W 1925 roku po raz pierwszy zetknęła się z pracami Eugène’a Atgeta, prekursora surrealizmu w fotografii. Udało jej się namówić go
na pozowanie przed jej aparatem.
Nie zdążyła jednak pokazać mu
swoich fotografii, bo kiedy dotarła
do domu fotografa, usłyszała, że
zmarł kilka dni wcześniej. Abbott
zaczęła przyglądać się twórczości
artysty i szybko absolutnie się nią
zafascynowała. Pisała o Atgecie:
Zostanie zapamiętany jako historyk miasta, romantyczny geniusz,
kochanek Paryża, Balzak obiektywu, z którego prac możemy utkać
olbrzymi gobelin francuskiej
Nowy Jork lat 30. to ciągłe zmiany. Wyburzano budynki, by na
ich miejscu wznosić nowe, jeszcze
wspanialsze. Ludzie napływali tu
ze wszystkich stron świata, a irlandzka muzyka mieszała się z atmosferą Chinatown. Abbott przez
kilka lat poszukiwała sponsorów
dla swojego projektu. Jej pomysł
na utrwalanie klimatu Nowego Jorku nie zyskał aprobaty ani
Muzeum Miasta Nowy Jork, ani
Fundacji Guggenheima. Utrzymywała się więc z prac komercyjnych
i z wykładów w New School of
Social Research. Dopiero w 1935
roku zyskała pozytywną opinię
Federal Art Project (FAP), która
pozwoliła jej rozpocząć z wielkim
rozmachem prace nad projektem
Zmieniający się Nowy Jork (Changing New York). Pierwsze ujęcia
zrobiła aparatem hand-held KurtBentzin, ale wkrótce przestawiła
się na wielkoformatowy aparat na
zdjęcia formatu 8x10 cali.
Nowy Jork
oczami Atgeta
W fotografii Nowego Jorku skupiała się na szczególe. Jej prace
to niepowtarzalne źródło wiedzy
o mieście. Utrwaliła dziesiątki
miejsc i budowli, które już nie
istnieją. Przechadzając się ulicami miasta, wędrowała od dzielnic
ekskluzywnych, jak Manhattan,
po dzielnice biedy, jak Bronx. Fotografowała i wznoszące się w zawrotnym tempie drapacze chmur,
i maleńkie zakłady rzemieślnicze
albo niszczejące domy. Jej obiektyw utrwalił także ważne z socjologicznego punktu widzenia twarze zmartwionych ludzi, ale także
ich miejsca pracy, codzienność,
czy też mknące po ulicach samochody, które wypierały powozy.
Na jej fotografiach widać z jednej
strony brudne zaułki, z drugiej
imponujące prześwity wznoszącej
się metropolii. Zachwyca w nich
niepowtarzalne ujmowanie czarno-białego świata: równowaga
bieli i czerni, oraz niemal zupełny brak kreacji – jej zdjęcia nie są
sztuczne czy misternie budowane
przez autora. Sprawiają wrażenie,
jakby tylko podglądała życie miasta, była niemym świadkiem jego
niepohamowanego rozwoju.
Greenwich Village
Rok 1935 to także zamieszkanie
z krytyczką sztuki i partnerką
życiową, Elizabeth McCausland,
w lofcie w Greenwich Village (gdzie
żyła aż do śmierci McCausland
w 1965), miejscu, które od XIX
wieku było prawdziwą przystanią
dla nowojorskich artystów oraz
intelektualistów. Elizabeth była jej
oddaną partnerką, autorką tekstów
do pracy o Nowym Jorku. Wydany w 1939 roku album Changing
New York zawierał 97 fotografii
Abbott, mających zaprezentować
odwiedzającym Wystawę Światową
turystom piękno Nowego Jorku.
Poprzedzony wystawą w Muzeum
Miejskim w 1937 roku odniósł nieprzewidywalny sukces.
US 2?
Kilkanaście lat później Abbott
i McCausland wybrały się w podróż
po Stanach drogą US 1, łączącą Florydę z Maine i liczącą sobie około
3000 km. Abbott przywiozła z niej
około 2,5 tys. negatywów. Jednak
ten projekt nie zyskał już takiego
rozgłosu jak Zmieniający się Nowy
Jork. W latach 50. Abbott skierowała się ku fotografii ilustrującej
zjawiska fizyczne, jak np. zjawisko
paralaksy (efekt niepokrywania
się dwóch obrazów, wynikający
z obserwowania obiektów z dwóch
różnych kierunków). Wiele jej fotografii przez lata było niezastąpionym materiałem dydaktycznym
dla pokoleń studentów. Stworzyła
serię ilustracji do podręczników
fizyki dla Instytutu Technologii
Massachusetts (MIT).
Abrahama De Peyster Statue, 1939
Żegnaj Nowy Jorku
Niedługo po zrealizowaniu projektu US1 wykryto u niej poważną
chorobę płuc. Po operacji dalsze
mieszkanie w zanieczyszczonym
spalinami Nowy Jorku okazało się
niemożliwe i Abbott musiała pożegnać ulice, po których przechadzała się przez setki godzin. Za tysiąc
dolarów kupiła niszczejący domek
w Blanchard, nad brzegiem rzeki
Piscataquis, w stanie Maine. Nadal
fotografowała – współpracowała
m.in. z magazynem Life. Poświęciła się publikacjom fotograficznym – wydała kolejne dwie prace
dotyczące twórczości Atgeta: The
World of Atget i A Vision of Paris,
w 1968 roku opublikowała album
pt. A Portrait of Maine oraz była
współtwórcą pracy The Attractive
Universe: Gravity and the Shape of
Space. Zmarła 9 grudnia 1991 roku
w swoim domu w Maine.
Newsstand, 1935
| 21 |
w empiku | kultura
kultura | Subkultura
Zadra jest jednym z popularniejszych
kwartalników społeczno-kulturalnych
w Polsce. 2,5 tys. nakładu w segmencie
rynku, gdzie większość tytułów ukazuje się
w paru setkach egzemplarzy, to już sukces.
| Marcin Łączyński
Zadra ukazuje się dzięki staraniom krakowskiej Fundacji Kobiecej, organizacji, której celem jest
popularyzacja równouprawnienia
oraz e feministycznej organizacji
Network Of East-West Women.
Kwartalnik ukazuje się od 1999
roku. Z redakcją stale współpracują Kinga Dunin, Agnieszka Graff,
Kazimiera Szczuka czy prof. Inga
Iwasiów.
Naczelną Zadry jest Beata Kozak
z Fundacji Kobiecej. Wcześniej
z jej inicjatywy ukazywały się dwa
tytuły, które bezpośrednio poprzedzały powstanie Zadry – zin Matka
Bolka i periodyk Pełnym Głosem.
Zadra jest pierwszym polskim
pismem feministycznym po 1989
roku, któremu udało się odnieść
zauważalny sukces. Jego miarą
jest nie tylko nakład czy nazwiska
znanych dziennikarek współpracujących z tytułem. Zadra radzi
sobie na tyle dobrze, że przez 9 lat
działalności redakcja zorganizowała między innymi Festiwal Zadry,
liczne konkursy i konferencje, a od
Zadziorny kwartalnik
niedawna wspiera także konkurs
literacki o nagrodę im. Narcyzy
Żmichowskiej.
Miesięcznik wśród swoich czytelników ma głównie ludzi nauki i
artystów. Zadra należy do tych
kwartalników społeczno-kulturalnych, w których główny nacisk kładziony jest na sprawy społeczne.
W najnowszym numerze trafimy
na teksty poświęcone między innymi problemom macierzyństwa,
refleksjom nad kondycją ruchu feministycznego w Polsce czy sztuce
genderowej.
Podobnie jak większość kwartalników społeczno-kulturalnych Zadra
nie olśniewa oprawą graficzną
– proste czarno-białe wnętrze z kil-
koma tylko kolorowymi stronami
i wyrazista, ale bardzo siermiężna
winieta, wyraźnie dają do zrozumienia, że to nie forma a treść tego
czasopisma ma zjednywać sobie
czytelnika. Czy skutecznie? Zdeklarowanym feministkom i feministom na pewno nie trzeba polecać
Zadry, a ich przeciwnicy pewnie
mogliby dzięki temu tytułowi lepiej
zrozumieć racje, które z takim zapałem zwalczają. Pozostali, których
nie obchodzą problemy biografii
znanych kobiet, sprawa aborcji czy
stereotypów płciowych raczej nie
zrozumieją, o co chodzi w Zadrze
i kogo ona uwiera.
Tytuł: Zadra
Redaktor naczelny: Beata Kozak
Tematyka: społeczno-kulturalny
/feministyczny
Cykl wydawniczy: kwartalnik
Nakład: ok. 2,5 tys.; 120 stron
Cena: 10 zł; www.efka.org.pl
reklama
Ogłoszenia
grudzień 2008
DZIENNIKARSTWO
Grand Press 2008
Kolegia redakcyjne pism, stacji radiowych i telewizyjnych zaproszone są do
udziału w konkursie Dziennikarz Roku
2008. Każda redakcja może nominować
od trzech do pięciu kandydatów, którzy
jej zdaniem są profesjonalni, przestrzegają etycznych kanonów zawodu
i promują światowe standardy pracy
w mediach.
Zgłoszenia nominacji do 12 grudnia.
www.grandpress.pl
[email protected]
Klimatyczny konkurs
Koalicja Klimatyczna ogłosiła konkurs dla
dziennikarzy zajmujących się problematyką zmian klimatu, zachęcających do
zachowań ekologicznych i informujących
o światowych działaniach w tej kwestii.
Można zgłaszać teksty, audycje radiowe
lub telewizyjne opublikowane do końca
2008 roku. Pula nagród wynosi 24 tys. zł.
Zgłoszenia do 16 stycznia.
www.koalicjaklimatyczna.org
[email protected]
Polsko-Niemiecka Nagroda
Dziennikarska
XII edycja konkursu na najlepszy tekst i
audycję radiową oraz telewizyjną (opublikowane w 2008 r.), wspierające proces
zrozumienia i porozumienia między Polakami a Niemcami, przybliżające codzienne
życie, problemy społeczne, zagadnienia
polityczne, gospodarcze, naukowe i kulturalne sąsiedniego kraju. Nagrodą w każdej
kategorii jest 5 tys. euro.
Powieść historyczna od lat miała
zasłużoną pozycję w kręgu literackim. Wystarczy przypomnieć Faraona Prusa, czy Quo vadis Sienkiewicza. A to tylko wierzchołek góry
lodowej. Gatunek wciąż prezentuje
wysoki poziom i potrafi zaskoczyć.
Doskonałym przykładem jest tu
książka Michelle Moran Nefertiti.
Pisarka, zafascynowana rzeźbą
Nefertiti, postanowiła napisać
książkę, w której połączyłaby dwie
pasje – historię i pisarstwo. Zrobiła
to perfekcyjnie. Pierwsze, co rzuca
się w oczy już na początku książki,
to styl, w jakim została napisana.
Bardzo skrupulatne odwzorowanie
sytuacji rządów faraonów nie przeszkodziło jej w napisaniu dobrej,
trzymającej w napięciu powieści.
Całość prezentuje się jako kompromis między stylem Krawczuka i Jasienicy – połączenie lekkości prozy
ze szczegółowością historyczną
tworzy doskonałą mieszankę.
Z jednej strony mamy dobrze skon-
ONITSZA
Egzotycznie
brzmiący tytuł powieści
tegorocznego
noblisty to
nazwa zachodnioafrykańskiego miasta,
znajdującego
się w obecnej Nigerii. To właśnie
do niego wyrusza z Europy para
głównych bohaterów, Maria Luisa
(zwana Maou) i Fintan (jej syn) Allenowie. Płyną do Geoffreya – męża
i ojca, którego nie widzieli od wielu
lat, i który okazuje się zupełnie obcym człowiekiem. Nagle ma on być
dla Fintana drugą po matce osobą,
z czym chłopiec nie może się pogodzić. Z kolei sama Maou dostrzega,
że mężczyzna, którego kochała,
zupełnie się zmienił.
U Le Clezio akcja rozgrywa się
bardzo powoli. Życie bohaterów
rekonstruowane jest jak u Conrada.
Akcję przeplatają retrospekcje
z początków związku Marii Louis
z Geoffreyem i poddania go próbie
czasu przez długą rozłąkę wojenną
(rzecz zaczyna się w 1948 roku).
Fabuła nie odgrywa jednak u Le
Zgłoszenia do 15 stycznia.
www.dnimediow.org
[email protected]
FOTO
Konkursu fotograficzny Pasja
fotografowania
Moja rodzina i najbliżsi to tytuł czwartej
edycji konkursu fotograficznego. Co
tydzień jedno zdjęcie wybierane jest do
finału konkursu. W każdej edycji konkursu do wygrania są aparaty fotograficzne
Panasonic Lumix DMC-L10 i Panasonic
Lumix TZ5. Nagrodami specjalnymi
konkursu jest udział w trzydniowych
warsztatach fotografii krajobrazowej prowadzonych przez Charliego Waite’a. Jury
przewodniczy Tomasz Tomaszewski.
IV edycja konkursu
trwa do końca stycznia.
www.lumisfera.pl
[email protected]
| 22 |
Kobieta z charakterem
Kobieta Faraon
Nic nie muszę – 25 lat
Edyta Geppert
Edyta Geppert, skromna perfekcjonistka. Wyrazista, bezkompromisowa, a jednocześnie kobieca i subtelna. Przede wszystkim na wskroś
prawdziwa w każdym dźwięku,
który wyśpiewuje. I tak już ćwierć
wieku przekazuje swoją wrażli-
Stereotyp bezbronnej kobiety, towarzyszki mężczyzny można
dziś odłożyć do lamusa. Zdecydowane, wyraziste kobiece
charaktery zawładnęły kulturą. W teatrach role żeńskie nie są
obsadzane mężczyznami. Społeczeństwo dojrzało i gotowe jest
przyznać, że Kopernik faktycznie była kobietą.
struowaną fabułę, pełną zwrotów
akcji, a z drugiej doskonały
przewodnik po historii starożytnej.
Powieść Moran, bestseller prestiżowego magazynu Los Angeles Times na pewno znajdzie wielu miłośników wśród polskich czytelników,
nie ustępując najlepszym pozycjom
z gatunku powieści historycznej.
Emil Borzechowski
Autor: Moran Michelle
Tytuł: „Nefertiti”
Wydawca: Sonia Draga
Clezio aż tak istotnej roli, jak nieustanne przekazywanie poetyckich
wrażeń bohaterów. Dużą rolę
w kształtowaniu ich tożsamości
odgrywają także przedstawiane
przez poznanych przyjaciół lokalne
zwyczaje i wierzenia. Zgodnie
z afrykańskimi obyczajami „dziecko
należy do ziemi, na której się poczęło”. Ta kilkukrotnie powtarzana
fraza podkreśla obcość białych
ludzi na Czarnym Kontynencie.
Onitsza to alternatywa dla reporterskich książek o Afryce (Kapuściński), przygodowych (Sienkiewicz, Blixen) lub zaangażowanych
społecznie (Coetzee, Gordimer).
Spojrzenie Le Clezio nie rości sobie pretensji do odkrywczości ani
mędrkowania, koncentruje się na
bohaterach i ich świecie. Niestety
brak książce żywszego przedstawienia emocji, jej epizodyczność
sprawia też, że pewne wątki traktowane są dość pobieżnie, przez co
pozostają w pamięci raczej obrazki
niż zwarte wrażenie.
Julian Tomala
J.M.G. Le Clezio „Onitsza”
PIW 2008; przełożyła Anna
Paderewska-Gryza
wość publiczności, która wciąż jest
liczna i wymagająca. Znakomita
polska piosenkarka w bieżącym
roku obchodzi 25-lecie swojej pracy na estradzie. W związku z tym
jubileuszem Agencja Artystyczna
„EDYTA”, sprawująca od początku
kariery opiekę nad działaniami artystycznymi Geppert, wydała płytę.
Nic nie muszę – dwunasty album
z piosenkami znakomitej artystki.
Płyta to piętnaście muzycznych
podróży. Zaskakujących i porywających. Ciepły, piękny głos Geppert
wyśpiewuje eteryczne liryczne
ballady. Z taką samą siłą przekonywania potrafi wydobywać dźwięki
mocne, przykuwające uwagę. Każdy utwór jest dopracowany, każdy
dźwięk wyśpiewany z pasją. Album
został nagrany z towarzyszeniem
Polskiej Orkiestry Radiowej.
33 sceny z życia
W najnowszym filmie Małgorzaty
Szumowskiej oglądamy świat oczami Julii (Julia Jentsch), córki reżysera i pisarki, będącej jednocześnie
żoną kompozytora. Gdy nadchodzą
choroba i śmierć rodziców, sielanka rodzinna zostaje zrujnowana.
Julia odkrywa, że jej inteligencka
rodzina nie potrafi w godny sposób
reagować na wielkie sprawy, które
dotykają ich życia. Siostra opuszcza
chorą matkę wypominając, że ta
nigdy o nią nie dbała, ojciec w żałobie wpada w alkoholizm, związek
Julii zaczyna się rozpadać. Sama
Julia nie chce obnosić się z żałobą,
uważa pewnie, że jej życiem nie
mogą sterować zewnętrzne rzeczy,
takie jak śmierć. Jako artystka nie
może pogodzić się z bezradnością
wobec spraw ostatecznych, dlatego
stara się okazywać do nich dystans.
O raku matki chce
zrobić wystawę,
ukazującą zabójcze
piękno wzorów nowotworu widocznych
na zdjęciu. Śmierć
w tym filmie została
odczarowana. Nie
mówi się o niej z
wielką nabożnością,
przez co jej obraz jest
ludzki. Pomysł obsadzenia zagranicznych
gwiazd (Julia Jentsch z Sophie
Scholl jako Julia, Peter Gaznzler
z Szefa Wszystkich Szefów jako
jej przyjaciel) wydaje się trafiony.
To egzotyczne połączenie skłania
ku refleksji, że o śmierci można
nakręcić film wzruszający ludzi pod
każdą szerokością geograficzną.
Niemniej jednak wobec tego dramatu o umieraniu i o osamotnieniu
można mieć pewien zarzut. Dramatowi bohaterki nie towarzyszy spojrzenie do jej wnętrza, tak, jak to ma
miejsce chociażby w Dziedzictwie
Philipa Rotha. Tam bohater, tracąc
rodziców, sam zaczynał odczuwać,
czym jest śmierć. W 33 scenach…
podobnej, szerszej refleksji jednak
zabrakło.
Julian Tomala
Mała Moskwa to opowiedziana z
wielkimi emocjami historia zakazanej miłości żony radzieckiego pilota
do polskiego oficera. Czas akcji
– doba praskiej rewolty 68. Miejsce
akcji – Legnica, nazywana Małą
Moskwą, największy obóz wojsk
radzieckich na zachód od ZSRR.
Wiera (Svetlana Khodchenkova),
kobieta z nieodgadnioną, rosyjską
duszą, śpiewa na konkursie Grande
Valse Brillante Ewy Demarczyk,
czym oczarowuje polskiego mundu-
rowego, Michała (Lesław Żurek). Po
długim bronieniu się przed uczuciem
Wiera podejmuje wyzwanie i nawiązuje z nim romans. Przeciw miłości
bohaterów stają polsko-rosyjskie
niesnaski. Polakom nie podoba się
Katyń, Rosjanie nie są zachwyceni
polskim pijactwem i zuchwalstwem.
Narastające napięcie nie sprzyja
„odwilży” między parą. Waldemar
Krzystek naprzemian kpi z narodowych stereotypów i podtrzymuje je
w ironicznym kontekście: „Musi to
na Rusi, a w Polsce jak kto chce”
wypowiada Rosjanka, część Rosjan
jest polakofobami i vice versa. Rzecz
jednak polega na tym, że te utarte
schematy tak bardzo nie zgrzytają,
są przedstawione z celową autoironią i przerysowaniem.
Odwrócony punkt widzenia (bohaterowie są w większości Rosjanami)
nakłania widza do spojrzenia na nie
tak starą historię nieco innym okiem.
Mała Moskwa zdobyła Złotego Lwa
w Gdyni za najlepszy film, zapewne
za próbę podjęcia dialogu z Rosją.
Czy jednak taki film jest nam dziś
potrzebny? Gra pięknych młodych
aktorów jest naturalna, ale to jedna
z nielicznych zalet Małej Moskwy.
Szersza publiczność nie pójdzie
raczej na film, w którym w większości mówi się po rosyjsku. Ambitniejsi
widzowie mogą źle znieść balansowanie na granicy politycznej poprawności czy tezy, że piękność Rosjanek
przemawia za sensem dialogu z
Rosją. Dlatego Mała Moskwa pozostawia trochę do życzenia, niemniej
jednak sama historia jest całkiem
ładnie pokazana, do tego
z zachowaniem realiów PRL, dlatego
można ją oglądać.
Wszystkie piosenki skomponował
Seweryn Krajewski, a ich aranżacja
jest dziełem Krzysztofa Herdzina.
Artystka po raz kolejny zaprasza
do muzyczno-słownego świata
pełnego autentyczności. Edyta
Geppert odsłania się przed słuchaczem. Tworzy niewidzialną intymną
krainę, do której zaprasza ludzi
złaknionych słów, bogatych w treści
i formy. Nic nie muszę to po części
autobiografia. Rozliczenie z losem.
Podsumowanie zysków i strat na
drodze życia, jednoznacznie oceniane pozytywnie. Artystka ma kilka
bezcennych rad dla słuchaczy – jak
żyć pięknie i prawdziwie, jakich
błędów się wystrzegać. Porywająco
wyśpiewuje je w utworze Śpiewka
o pękniętym sercu. Jest to zachęta
do podejmowania ryzyka, życia
pełną piersią i czerpania z jego uro-
ków pełnymi garściami dopóki ono
trwa, bo czasem kończy się zanim
człowiek zdąży posmakować, czym
jest naprawdę. Na płycie można
usłyszeć nową aranżację m.in. piosenki Szukaj mnie, znanej z filmu
Kogel mogel. Utwór to prośba o
mężczyznę mądrego, kochającego,
stałego, będącego opoką dla zakochanego, kobiecego serca. Najmłodszego słuchacza z pewnością
urzeknie utwór Miasteczko Pana
Andersena. Podróż w czasie i przestrzeni. Liryczny opis Kopenhagi. W
tle słów wyraźny brzęk dzwonków,
zapewne z zaprzęgu św. Mikołaja.
Resztę dopowie fantazja. Jak to jest
z moim śpiewaniem – ostatni utwór
na najnowszej płycie. Po części jest
odpowiedzią na odwieczne pytanie
o siłę, która daje artystce ciągłą
pasję śpiewania. Całość to pereł-
ka dla fanów tego typu ekspresji.
Mimo zmieniających się trendów
Geppert konsekwentnie prezentuje
własny niezmienny styl i pomysł na
śpiewanie. I tym zaskarbia sobie
wierność i oddanie słuchaczy.
Płyta to kwintesencja zdolności
wokalnych i ekspresyjnych Edyty
Geppert. Jest kojącą odskocznią od
muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej.
Zabiera słuchacza w świat pełen
wdzięku i artystycznych uniesień.
Idealna jako gwiazdkowy prezent.
Nie tylko dla kobiet.
Mała Moskwa
Julian Tomala
Elżbieta Stryjek
Wykonawca: Edyta Geppert
Dystrybutor: EMI Music Poland
Producent: Agencja
Artystyczna Edyta
Kompozytor: Seweryn Krajewski
| 23 |
Szkolenia medialne dla dziennikarzy i PR-owców
organizowane przez Fundację na rzecz Rozwoju Szkolnictwa Dziennikarskiego
działającą przy Instytucie Dziennikarstwa UW
Redakcja tekstów prasowych i naukowych
NLP (moduł I i II) Kurs prawa prasowego Zarządzanie sytuacjami kryzysowymi
Warsztaty fotoreportażu Organizujemy również szkolenia zamknięte, gdzie program dostosowany jest
do potrzeb i oczekiwań indywidualnych klientów.
Zgłoszenia przyjmujemy pod adresem e-mail: [email protected]
Szczegółowe informacje: tel. (22) 55 20 293, 0 502 825 492, www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
Patronat medialny:
Patronat branżowy:

Podobne dokumenty