Drodzy Czytelnicy

Komentarze

Transkrypt

Drodzy Czytelnicy
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 3
Od redakcji
www.scenapolska.nl
W numerze:
Drodzy
Czytelnicy
4-7 Gienek Brzeziński
i Marta Bujnowicz-Widerska
o przeglądzie polskich
filmów Cinema Polska
W
itam Państwa serdecznie i wiosennie. Nie będę powta−
rzać za innymi, że czas biegnie coraz szybciej, bo to nie−
prawda. To tylko my pędzimy za wszystkim i wszędzie.
A potem, gdy przez chorobę lub inne zawirowania życiowe zwalniamy
tempo, okazuje się, że można inaczej. Ci którzy mnie znają nie uwierzą,
że to ja piszę. Przecież stale się kręcę, coś załatwiam, telefonuję, biegam
i się usprawiedliwiam: „Przecież Scena Polska tego potrzebuje.”
No i dopadło mnie spowolnienie.
Gdy po wyjątkowo zakręconym styczniu: organizacja Salonu poetyc−
ko−muzycznego, Balu Maskowego, koncertu Piotra Kuźniaka, promocji
płyty Anki Kozieł, zapomniałam o swoich własnych urodzinach posta−
nowiłam chwilkę odpocząć i wybrać się na kilka dni na narty. Pojawiła
się okazja. Pojechałam do przyjaciółki do Zakopanego, stamtąd do Biał−
ki Tatrzańskiej i na Kotylnicę. Była cudna pogoda, śnieg jak marzenie
i trochę gorszy sprzęt z wypożyczalni, bo nie zadziałały wiązania , czyli
nie puściły narty gdy straciłam równowagę i siadłam na pokrytej śnie−
giem glebie. Moje kolano wykonało jakiś dziwny skręt i uszkodziłam so−
bie więzadła kolanowe. No, ale zostawmy już tę zimę, o której nie da−
je mi zapomnieć długa na całą prawą nogę orteza i przejdźmy do po−
ruszonego na wstępie tematu czasu.
Przyszła wiosna, pora, żeby rozejrzeć się dookoła jak pięknie budzi się
wszystko do życia. Podziwiajmy kolory i zapachy. Znajdźmy czas na po−
ezję, spacer czy odkładane odwiedziny bliskich. Oczywiście, zapraszam
też do lektury naszego pisma, a na pewno nie będzie to strata czasu.
Zofia Schroten-Czerniejewicz
8-9 Salon poetycko-muzyczny
im. Wandy Sieradzkiej
10-11 cena Polska
i Przyjaciele w 2009
– od stycznia do czerwca
12 Anna François-Kos
– Złota polska harfa…
13 Zofia
Schroten-Czerniejewicz
– Kabaret Elita ma 40 lat!
14 Ewa Wagner – Wiosenny
nokturn
w molowej tonacji
15 Jerzy Skoczylas
– Miauczący pies
16 Gienek Brzeziński
– Pytanie na śniadanie
18-19 Andrzej Tylczyński
– Kryptonim Jeździec Polski
„Scena Polska„ KWARTALNIK nr 1 (57) 2009 ISSN 1233−7633
Pismo dofinansowuje Senat RP
WYDAWCA/ZESPÓŁ REDAKCYJNY: Zofia Schroten−Czerniejewicz
(red. nacz.), Gienek Brzezinski (sekr. red.), Ewa Wagner, Elżbieta Wicha−Wauben,
Krystyna Misiak−Kurczewska oraz zespół.
Stichting Pools Podium, Prof. Wentlaan 28, 3571 GC Utrecht, Holandia,
Tel.31 (0) 30 2718296, fax. 31 (0) 30 2719613, E−mail: [email protected]
Stichting Pools Podium, ABN AMRO Utrecht, 51.85.44.443.
www.scenapolska.nl i www.poolspodium.nl
Zdjęcia: Archiwum SPP,
SKŁAD I ŁAMANIE: Dariusz Muzalewski, tel. +48 511 853 970,
DRUK: Drukarnia Swarzędzka Stanisław i Marcin Witecki, Tel. +48 (61) 817 27 64
Zdjęcie na okładce: Janusz Romaniuszyn
Zapraszamy do prenumeraty!
Zadbaj o stałą, bezstresową dostawę kwartalnika, zostań Przyjacielem Sceny Polskiej
w Holandii. Wpłaciwszy raz w roku 30 euro na konto 51.85.44.443 (tnv. Stichting
Pools Podium) zapewnisz sobie ciągłość lektury, łatwość dostępu do niej i informacje o
wszystkim, co organizuje Scena Polska w Holandii.
www.scenapolska.nl
Scena Polska nr 1/2009
3
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 4
Film
www.scenapolska.nl
Gienek Brzeziński
Pięknie, jak w...kinie
Zofia Schroten-Czerniejewicz (Scena Polska), Robert Kępiński (Polska Organizacja Turystyczna), Michał Kwieciński
(reżyser), Is Hoogland (Melkweg Cinema), Gienek Brzeziński (Scena Polska), Leendert de Jong (Filmhuis Den Haag)
fot.SP
K
olejny przegląd najnowszej pol−
skiej kinematografii z cyklu Cine−
ma Polska za nami. Scena Polska
wraz z Filmhuis w Hadze i Roterdamie
przygotowała zestaw filmów, z których
naprawdę trudno było zrezygnować.
Obejrzałem ich tym razem wyjątkowo du−
żo, bo aż sześć, a przecież nie powiem,
żebym czuł przesyt. Nawet po niedziel−
nym maratonie, w którym bez jakiejkol−
wiek przerwy na jakikolwiek posiłek, czy
choćby filiżankę kawy, po siedzeniu po−
nad sześć godzin przed ekranem – nie
czułem znużenia. Głód, owszem, czułem,
i to znaczny, ale znużenia – nie!
Zaczęło się w czwartek od „Jutro
idziemy do kina” Michała Kwiecińskiego.
To bardzo ładny film, nostalgiczny w
obrazach przedwojennej Warszawy,
sympatyczny w śledzeniu dojrzewania
trzech głównych bohaterów w cieniu
zbliżającej się katastrofy (o której my
wiemy niemal wszystko, a oni – kom−
pletnie nic), czasami wzruszający naiw−
nością tamtych młodych ludzi i wreszcie
wstrząsający tym, co stanie się z kwia−
tem polskiej inteligenckiej młodzieży już
wkrótce i jakie straszne skutki to przynie−
sie. I tylko koniec mi się nie podobał;
wydumany, hollywoodzki, mało przeko−
nywający i taki jakiś sztuczny (choć pew−
nie symboliczny, ale raczej z tych sym−
boli nieco łopatologicznych). Trochę mi
to zepsuło wrażenie, ale cóż? Obecność
na sali oraz na spotkaniu z widzami po
4
Scena Polska nr 1/2009
emisji, zaproszonego przez Scenę Pol−
ską, reżysera filmu, pana Michała Kwie−
cińskiego była na pewno wspaniałym
akcentem pierwszego dnia tego prze−
glądu.
"Cztery dni z Anną” Jerzego Skolimow−
skiego, to pierwszy od siedemnastu lat
film naszego wielkiego reżysera. I trzeba
przyznać, że wrócił w wielkim stylu. Film
Nie chciałem pozbyć się nastroju
ani zapachów z „Jaśminu”,
ale przecież trzeba było pędzić
na następny seans, tak bardzo
we wszystkim odbiegający
od poprzedniego:
„Katyń” Andrzeja Wajdy.
to niezwykły, o atmosferze ciemnej, gę−
stej, pełnej oczekiwań najgorszych i takiż
podejrzeń. Nie mogę tu zbyt wiele napi−
sać, bo nie da się mówić o tym filmie bez
zepsucia efektu końcowego tym, co go
nie widzieli. A polecam go ze szczerego
serca każdemu wielbicielowi dobrego ki−
na, jeśli już dla niczego innego, to tylko
po to, żeby zobaczyć odtwórcę głównej
roli, olsztyńskiego aktora Artura Steranko
(przyznam ze wstydem – zupełnie mi do−
tąd nieznanego). Bo też cóż to za wspa−
niała kreacja! Aktor samotnie niemal nie−
sie ciężar tego filmu, on tworzy atmosfe−
rę, on wypełnia sobą ekran nie tylko fi−
zycznie, ale i duchowo, on wreszcie spra−
wia, że film ten – choć przecież żaden to
thriller czy kryminał! – każe nam siedzieć
na brzeżku krzesła w jakimś niesamowi−
tym napięciu. Jeśli ktoś kocha kino – musi
ten film zobaczyć. I to nie w telewizji, tyl−
ko właśnie na dużym ekranie, w ciemnej
sali kinowej.
Niedzielne popołudnie przyniosło film
– „Jasminum” – na który warto było mi
biec od stacji w Hadze, żeby się tylko nie
spóźnić. Udało się! I choć zziajany, przez
kolejnych dziesięć minut dochodziłem do
siebie, to przecież widziałem wszystko od
początku, byłem tam i mogłem po raz
który to już z kolei poddać się magii filmo−
wego świata Jana Jakuba Kolskiego. Każ−
dy, kto raz dał się oczarować tymi jego fil−
mowymi opowieściami musi (i jest to
mus wewnętrzny, z głębi serca, jakaś
pierwotna wręcz konieczność) starać się
obejrzeć każdy jego kolejny obraz. I nie−
mal nigdy nie czuje się oszukany. Tak też
było i tym razem ze mną. Bo też jest to za−
prawdę film prześliczny, wciągający wi−
dza nie – wartkością akcji, nie – suspen−
sem, nie – ulicznymi pogoniami gangste−
rów i policjantów, nie – pięknem kobie−
cych piersi w erotycznych scenach, ale at−
mosferą, klimatami, dialogami i prostą(?)
prawdą, że autentyczni święci są czasem
między nami i to tam, gdzie się ich zupeł−
nie nie spodziewamy. A do tego wszyst−
kiego genialna rola Janusza Gajosa, który
po raz który to już z kolei udowadnia, że
należy do absolutnej czołówki naszej eks−
traklasy aktorskiej. Wzroku od niego nie
można oderwać! To dla mnie z całą pew−
nością najwspanialszy film tego przeglą−
du.
Nie chciałem pozbyć się nastroju ani
zapachów z „Jaśminu”, ale przecież trze−
ba było pędzić na następny seans, tak
bardzo we wszystkim odbiegający od po−
przedniego: „Katyń” Andrzeja Wajdy. To
jakby naturalny dalszy ciąg losów tam−
tych chłopców z „Jutro pójdziemy do ki−
na”. Ale jakże inny tu klimat, jakże inna
zupełnie to opowieść. To film o wydarze−
niach wstrząsających, tak długo przed
naszym pokoleniem zakłamywanych, a
tak dla nas – Polaków – ważnych. Nie bę−
dę się przy nim wymądrzał; uważam, że
jest to filmowa lekcja historii obowiązko−
wa dla wszystkich i – jak powiedział w
swoim wystąpieniu przed seansem Am−
basador Janusz Stańczyk – nie ma sensu
ocenianie tego filmu w kategoriach arty−
stycznych.
Na zakończenie tego mojego nie−
dzielnego filmowego „maratonu na
czczo” obejrzeliśmy „Korowód” Jerzego
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 5
Film
Stuhra. To współcześnie dziejąca się
opowieść o kłamcach i kłamczuszkach.
Pogodny i kolorowy bardzo w klima−
tach, czasami zabawny, czasami skłania−
jący do zadumy moralitet na temat te−
go, że kłamstwo zawsze w końcu wyj−
dzie na jaw, ale zanim to nastąpi można
parę osób mocno skrzywdzić. Odkryw−
cze? Nie za bardzo. Ale na pewno – do
obejrzenia, choć przyznam, iż trochę za−
wiedziony się czułem zepchniętym na
drugi plan wątkiem „lustracyjnym”. Ale
kiedy Jerzy Stuhr – rektor – mówi do
swojego uczelnianego kolegi mającego
kłopoty z próbą oczyszczenia się z nie−
prawdziwych zarzutów o współpracę z
SB, że on sam to nie ma żadnych zmar−
twień, bo cały czas był w partii, a partyj−
nych do współpracy nie werbowali, to
jest to scena genialna, choć po praw−
dzie śmiech wygasa szybko gorzkim gry−
masem. Końcówka filmu to już całkiem
niesamowita kolekcja nieprawdopodob−
nych zbiegów okoliczności zmierzają−
cych do – nieuchronnego! – happy−en−
du. Do tego Maciek Stuhr jest w swej ro−
li mdły jak ptyś z kremem. Za to debiutu−
jący na ekranie Karol Maćkowiak, od−
twórca głównej roli, wydaje się dobrze
zapowiadać i całkiem nieźle radzi sobie z
postacią, która napisana jest stereotypa−
mi; sympatyczny oszust, niby bez−
względny i niecofający się przed niczym,
ale przecież w końcu dobry i w odpo−
wiednim momencie nawracający się na
właściwą drogę. Trochę w filmie za du−
żo tego, co Wańkowicz nazwał kiedyś
„dydaktycznym smrodkiem”, ale film się
dobrze i z przyjemnością ogląda, więc
warto było. Tyle tylko, że po jego zakoń−
czeniu znowu musiałem biec, tym ra−
zem w przeciwną stronę, żeby złapać
pociąg do domu. No, ale po tym sze−
ściogodzinnym siedzeniu nie było to na−
wet takie złe.
W poniedziałek, wtorek i środę kolejne
trzy filmy, ale wrażeniami z nich będzie
się musiał podzielić z Państwem ktoś in−
ny; ja już nie dam rady ich tym razem zo−
baczyć. A szkoda...
G.B.
www.scenapolska.nl
M a r t a B u j n o w i c z -W i d e r s k a
Opowiedz
mi o Polsce.....
K
iedy po
r a z
pierwszy
w swym emi−
gracyjnym ży−
ciu, doznając
uczuć z pogra−
nicza patriotycz−
nej i nostalgicz−
nej
ekstazy,
oglądałam po−
kaz polskich fil−
mów w Hadze, nie mogłam oprzeć się
wrażeniu, ze każdy z tych filmów bez
względu na to jaką historię snuje, przede
wszystkim, świadomie lub nie, opowiada
nam o Polsce. To zabawne, że jako wielki
miłośnik i wierny kibic polskiego kina, tak
wyraźnie dostrzegłam to dopiero tutaj.
Może pozbawiona na co dzień obrazu
Polskiej rzeczywistości, daleka od widoku
wymownych polskich twarzy, oderwana
od polskich problemów natury społecz−
nej, finansowej, moralnej, a jednocześnie
tęskniąca za polską "nademocjonalno−
ścią" i tym wszystkim co NASZE, tak wy−
raźnie dostrzegłam w tych filmach opo−
wieść o swoim kraju.
Polska w nich ma wiele twarzy, są one
różne, na wskroś ludzkie, bardzo wyra−
ziste, niejednoznaczne, wielowymiaro−
we, wszystkie prawdziwe! Jedne z nich
bolą, drugie napawają lękiem, jeszcze in−
ne dumą, potrafią rozbawić, wzruszyć,
zawstydzić i zachwycić. Jaka więc jest ta
"FILMOWA POLSKA" zaprezentowana
wiosną tego roku w Hadze? Kiedy myślę
o Niej wyobrażam sobie, że to kobieta o
stu twarzach....
Biedna i brzydka
Taka jest w świecie przedstawionym
w filmach "Boisko bezdomnych i "Rezer−
wat". Wizualnie męczy, odraża. Pierwszy
z ww. filmów, będący dziełem Kasi Ada−
mik jest nieprawdopodobnie wierną ko−
pią środowiska kloszardów będących nie−
zniszczalną plagą dworców polskich z
niepodważalnym prymatem Dworca
Centralnego w Warszawie. Drugi z nich,
opowiadany przez Łukasza Pałkowskie−
go, przedstawia historię rozgrywającą się
w najbardziej niebezpiecznej dzielnicy
Warszawy, czyli na Pradze. Miejsce to,
cieszące się niezbyt chlubną opinią, to
współczesna wylęgarnia alkoholików,
rzezimieszków, drobnych złodziei, biedo−
ty. Do tego "pejzaż praski" okraszony jest
widokiem upadających, potwornie zanie−
dbanych przedwojennych kamienic,
przeplatany drobnymi sklepikami nocny−
mi i postkomunistycznymi skansenami
społemowskiego dobrodziejstwa. Swo−
istego rodzaju REZERWAT.
W tych filmach wszystko co widać, to
prawda. Każde przekleństwo, każda , za
przeproszeniem, morda, każdy kieliszek
alkoholu, każdy tatuaż i każdy cios w
pysk. Siedząc w fotelu kinowym niemalże
czuje się smród kloszarda z Centralnego i
menela z Pragi. Każdy z tych filmów opo−
wiada bardzo zajmującą historię, ale mi−
mo to na początku każdego z nich, pa−
trząc obiektywnie, obraz Polski boli. Boli
przez swój realizm i swoją prawdę.
My doskonale znamy tę rzeczywistość i
jej bohaterów. Każde polskie miasto ma
swój Dworzec Centralny i swój REZER−
WAT. W sumie gardzimy tymi tzw. "ludźmi
marginesu", a już na pewno nie zastana−
wiamy się nad tym dlaczego są w miejscu,
w którym są i jakimi ludźmi są naprawdę.
Te filmy w przebiegły sposób zmuszają
nas, aby przy nich na chwilę"przystanąć",
żeby dostrzec w nich człowieka. Człowie−
ka, który być może miał kiedyś swoją pa−
sję, z pewnością miał swoją miłość, na
pewno ma swoja przeszłość.
Przystanęliśmy chwilę nad nimi i oka−
zało się, że każda z tych historii nas wzru−
szyła, polubiliśmy jej bohaterów mimo, że
piją i ohydnie wyglądają, śmieszy nas ich
niewybredny język, bo paradoksalnie nie−
jednokrotnie właśnie poprzez swoją nie−
cenzuralność jest śmieszny. Chcemy, że−
by im się udało, chcemy, żeby wygrali te
mistrzostwa piłki nożnej bezdomnych,
na które pojechali, i żeby ich nie wyrzuco−
no z walącej się praskiej kamienicy w imię
nowych innowacyjnych inwestycji. Go−
dzimy się z tym, że nie da się ich wyelimi−
nować z krajobrazu Polski, bo są w niego
wkomponowani na stałe. Oswajamy
więc ten brzydki obraz, zapominamy, że
na początku nas zniechęcał, odpychał.
Czujemy, ze jest NASZ, że jest tą biedną i
brzydką, ale jedną z wielu naszych twa−
rzy, twarzy Polski.
Sprzedajna
Trudnego i śliskiego tematu dotknął je−
den z filmów pokazu w Hadze. Jest to
"brzydota innej jakości" niż ta pokazana
w "Boisku bezdomnych" i "Rezerwacie".
Tematem filmu jest śmierdząca karta na−
szej współczesnej historii, która zaczęła
się wypełniać po 1945 roku i nierozliczo−
na, uwiera do dziś. Pytanie o sens tego
"rozliczania" pobrzmiewa ostatnimi laty
ciąg dalszy – s. 6
Scena Polska nr 1/2009
5
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 6
Film
www.scenapolska.nl
Nieważne, jej syn decyduje się na to, bo
klient zaoferował bardzo atrakcyjna cenę!
Czy więc sprzedajna twarz z czasów
komunistycznej Polski ewoluowała w
twarz znieczuloną mottem "wszystko na
sprzedaż"? W pewien sposób tak, i to bar−
dzo smuci, ale pamiętajmy proszę, że sko−
ro byli ci, którzy donosili, byli też ci, na
których donoszono i o nich też powstały
filmy (o tym za chwilę). I młodzi też mają
jeszcze szansę, bo przecież "bohater
młodszy" filmu "Korowód", ostatecznie
nie sprzedaje do gazet podstępem zdoby−
tych nagrań załamanego SB'ka, tylko
dzięki spotkanej kobiecie, o innych kryte−
riach wartości, przynajmniej spróbuje być
lepszym.
Piękna i odważna
Gość przeglądu – Michał Kwieciński
szczególnie głośno. Pytanie to postawił
między kadrami Jerzy Stuhr w swoim fil−
mie "Korowód".
Historia byłego współpracownika SB,
który ze strachu został jednym z niezlicze−
nie wielu informatorów ówczesnej wła−
dzy komunistycznej Polski, przeplata się z
historią młodego chłopca, studenta zara−
biającego na życie robieniem i sprzeda−
waniem do kolorowych gazet zdjęć ludzi
znanych. Pierwszy z nich sprzedał się ze
strachu. Podłożył świnie wyjątkowe, w
konsekwencji rujnując człowieka, kolegę
zresztą, ale zyskując miłość kobiety, za
którą szalał. Przewrotnie można powie−
dzieć, że robił to dla miłości. Był świado−
my tego co robi, ale przełknął to jakoś,
choć nigdy nie zapomniał. Po latach kie−
dy pojawiło się niebezpieczeństwo, że
wszystko się wyda, postanowił sam wy−
mierzyć sobie karę i odejść od tych, któ−
rych kochał najbardziej. Zrobił to z peł−
nym przekonaniem i poczuciem winy,
choć bez żalu za grzechy.
Ta twarz Polski, ulepiona dłońmi na−
szej powojennej historii jest chyba jedną
z najtrudniejszych i zawstydza nas najbar−
dziej. System jaki panował w powojennej
Polsce, stworzył wśród Polaków karykatu−
ry moralne i to boli, że mamy też taką
twarz. Tylko czy każdy ma prawo jedno−
znacznie to oceniać? Czy chociażby moje
pokolenie, czyli ci którym młodość dane
było spędzić po 1989 roku, w naprawdę
wolnej Polsce, mają prawo wydać wy−
rok?
Tylko, że to pokolenie w większości
wcale nie zamierza tego robić, bo...ich to
nie obchodzi. I tak "bohater młodszy" fil−
mu "Korowód", po zeznaniach upitego z
6
Scena Polska nr 1/2009
Fot. ZSCz
rozpaczy SB'eka, mówi, "a ja ma w dupie
kto donosił nawet na samego Papieża, ro−
zumiesz? Mnie to po prostu nie interesu−
je". Dlaczego, pytam, go to nie interesu−
je? Bo ze stłamszonej komunizmem Polski
wskoczyliśmy wielkim susem do Polski ka−
pitalistycznej, bo nagle dla młodych ludzi
Bo niestety niektóre z tych wyjątkowych
filmowych opowieści bez znajomości
kontekstu historycznego, politycznego,
społecznego, tracą swoją siłę.
Ale jest też druga strona medalu.
Te filmy mogą być pewnego rodzaju
encyklopedią, źródłem informacji
o nas jako o narodzie.
autorytetem przestał być Powstaniec War−
szawski , a stała się mamona, bo kultura
masowa, której tak szybko i wdzięcznie
staliśmy się konsumentami zastąpiła nam
pamięć o naszej historii i miłość do trady−
cji? Młodszy bohater z filmu "Korowód"
nie sprzedaje prywatności innych ludzi ze
strachu, tylko dla pieniędzy. Nie oszukuje
swoich bliskich pod presją i groźbą, tylko
dla własnej wygody. Nie gardzi byłym
SB'ekiem, ale nikogo też nie szanuje.
W kolejnym filmie, "Pora umierać" au−
torstwa Doroty Kędzierzawskiej, bohater
decyduje się na sprzedaż swojego wielo−
pokoleniowego domu, pomimo absolut−
nego protestu swojej starej, zamieszkują−
cej ten dom matki. Miejsce to jest dla niej
bowiem wszystkim, co ma i co kocha.
Polskę piękną, młodą i odważną, ale na−
znaczonę nieuniknionym katastrofizmem II
wojny światowej, zaprezentował nam na
pokazie filmów w Hadze Michał Kwieciński
swoim filmem "Jutro idziemy do kina".
Jest rok 1938 w jednym z warszaw−
skich liceum męskich, klasa młodych pol−
skich chłopców stojących u progu swego
dorosłego życia odbiera świadectwa ma−
turalne. Trójka przyjaciół z tej klasy, bę−
dzie głównymi bohaterami filmowej hi−
storii. Chłopcy są piękni, młodzi, spragnie−
ni miłości, ciekawi kobiety, pełni wiary w
siebie i życie. Są królami świata! Mają ide−
ały, mają marzenia i siłę, żeby o nie wal−
czyć. Są normalnymi młodymi chłopaka−
mi, świntuszącymi o panienkach i gorą−
cym temperamencie. Na jednym z ostat−
nich spotkań piją wódkę "za kradzież, że−
by skraść kobiece serce, za bijatykę, żeby
bić się za przyjaciela i za oszustwo, żeby
oszukać śmierć". Nie boją się nadchodzą−
cej wojny. Wierzą, że nawet jeśli do niej
dojdzie "pogonią Niemców" i czym prę−
dzej wrócą do swoich ukochanych, które
wkrótce znajdą.
Historia tej trójki przyjaciół to opowieść
oparta na wspomnieniach Jerzego Stefana
Stawińskiego, polskiego scenarzysty i reży−
sera, który urodzony w latach 20−tych XX
wieku znalazł się wśród złotej, polskiej mło−
dzieży, której marzenia, zapał i pasja życia
zderzyły się z potworną rzeczywistością
drugiej wojny światowej. Jego filmowa
opowieść, to wstęp do tragicznej historii
pokolenia Kolumbów, pierwszego pokole−
nia narodzonego w wolnej Polsce, którzy
zamiast kochać swoje kobiety, cieszyć się
młodością i zdobywać świat, ginęli w la−
sach, okopach i Powstaniu Warszawskim
"przesypiając czas wielkiej rzeźby z głową
ciężką na karabinie". Ci natomiast, którzy
przeżyli II wojnę światową z uwagi na fakt,
iż walczyli często w AK lub na zagranicz−
nych frontach, w powojennej stalinowskiej
Polsce, skazani zostali na śmierć lub niewo−
lę pod zarzutem "zdrady ojczyzny". Piękną,
ale jakże tragiczną ma Polska tę twarz.
Wierna i Heroiczna
Kiedy w marcu 2000 roku Andrzej
Wajda odbierał Oscara za całokształt swo−
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 7
Film
jej twórczości, swoje podziękowanie za−
czął od słów " Będę mówił po polsku, po−
nieważ chcę powiedzieć to, co myślę, a
myślę zawsze po polsku". Nie sposób od−
mówić siły i prawdy słowom Mistrza, na−
wet jeżeli nie w pełni zna się albo też lu−
bi jego twórczość. Nikt chyba jednak nie
ma wątpliwości, iż Andrzej Wajda jest naj−
wierniejszym i najbardziej oddanym fil−
mowym piewcą losów polskiego narodu
na przestrzeni polskiej historii XX wieku.
Jego filmy to zarówno ekranizacje kla−
syki literatury polskiej, jak i również oso−
biste opowieści o Polakach stawianych
przez naszą historię twarzą w twarz z naj−
trudniejszymi wyborami natury etycznej i
moralnej. Polacy w filmach Wajdy to bo−
haterzy, to Ci, którzy dokonają zawsze
właściwego wyboru, nawet za najwyższą
cenę. To Polacy, którzy zawsze będą mieć
siłę, żeby walczyć, zawsze ostatecznie sta−
ną po właściwej stronie, zawsze z podnie−
sioną głową.
Przedostatnim filmem Wajdy jest , jak
sadzę, jeden z ważniejszych jego filmów
pt "Katyń", który również został zaprezen−
towany podczas przeglądu polskich fil−
mów w Hadze. Pisząc o tym filmie "jeden
z ważniejszych", mam na myśli jego te−
mat, jakim jest fragment naszej historii z
1940 roku, kiedy to wojska radzieckie ma−
sowo wymordowały blisko 15000 pol−
skich oficerów w Katyniu i Charkowie.
Opowieść Wajdy nie jest jednak, jak by
można oczekiwać, fabularną relacją lo−
sów polskich oficerów z wiosny 1940 ro−
ku. Jest opowieścią o tych, które zostały,
czyli o kobietach, żonach, siostrach, cór−
kach, matkach. O ich tragedii, nadziei,
czekaniu, cierpieniu i wierności. O tym jak
pięknie potrafią wierzyć w swoich boha−
terów, jak wiernie potrafią na nich cze−
kać, jak dzielnie i odważnie umieją wresz−
cie walczyć o ich pamięć. To film, który
oprócz niezaprzeczalnej wartości histo−
rycznej, opowiada widzom o kolejnej
stronie naszego kraju, mającej twarz Mat−
ki Polki i Antygony, które ponownie spoj−
rzały nam w oczy podczas drugiej wojny
światowej.
www.scenapolska.nl
wszechobecną zwierzynę i bliskość panu−
jącą między człowiekiem i naturą. I w tym
krajobrazie dzieje się przedziwna historia,
której sprawcami są braciszkowie o...roż−
nych zapachach, co jest istotą całej skom−
plikowanej opowieści.
Cudna to baśń o dobroci i miłości i o
tym, ze Ci najlepsi są tuż obok. I zarówno
w swym obrazie jak i opowieści, ukazuje
nam magiczną i piękną twarz Polski.
Kiedy zakończył się cały pokaz byłam
szczęśliwa, że miałam tu choć przez chwi−
Jaka więc jest ta
„FILMOWA POLSKA” zaprezentowana
wiosną tego roku w Hadze?
Kiedy myślę o Niej wyobrażam sobie,
że to kobieta o stu twarzach....
nas jako o narodzie. Być może poznając
choć trochę naszą historię, nasze losy i
rzeczywistość, w której przyszło żyć na−
szym dziadkom, ojcom, nam, lepiej bę−
dzie można nas zrozumieć, bardziej po−
znać, może czasem wytłumaczyć, trafniej
ocenić. Nie próbuję twierdzić, że jedy−
nym kluczem do nas, Polaków, jest nasza
historia, ale jestem przekonana, że wy−
warła ona na nas nieodwracalne piętno i
nie jest bez znaczenia dla tego, jacy jeste−
śmy.
I przede wszystkim Drodzy Państwo,
nasz marcowy pokaz, miał jeszcze inną
wartość, była to okazja do tego aby się
pochwalić tym, jacy wyjątkowi, wrażliwi,
bogaci emocjonalnie jesteśmy!!! Jakie
wspaniałe kino potrafimy tworzyć i jak
wiele mamy w tej kwestii do powiedzenia
i zaoferowania.
I jeszcze jedno, Drogie Panie, jakich
przystojnych aktorów mamy:)!!!
Marta Bujnowicz-Widerska
lę swoją "małą Polskę" i smutna jednocze−
śnie, że już jej tu nie mam. O potrzebie, a
wręcz konieczności takiego pokazu je−
stem absolutnie przekonana, tym bar−
dziej, iż ku memu zadowoleniu liczba wi−
dzów z pokazu na pokaz rosła. I nie była
to tylko publiczność polska, ale również
holenderska, słowacka, francuska. Udało
mi się również usłyszeć język angielski i
niemiecki. Wspaniale, pomyślałam, tak
trzeba!
Zastanawiam się tylko nad jednym; na
ile ktoś, nie będąc Polakiem, jest w stanie
zrozumieć i poczuć nasze filmy. Bo nieste−
ty niektóre z tych wyjątkowych filmowych
opowieści bez znajomości kontekstu hi−
storycznego, politycznego, społecznego,
tracą swoją siłę. Ale jest też druga strona
medalu. Te filmy mogą być pewnego ro−
dzaju encyklopedią, źródłem informacji o
PS. Chciałam jeszcze tylko dodać, iż
świadomie nie wspomniałam o jednym
z najważniejszych filmów tego pokazu, a
mianowicie o najnowszym dziele Jerze−
go Skolimowskiego "Cztery noce z An−
ną". Nie pisałam o nim teraz, gdyż poza
mistrzowsko pokazanymi obrazami, któ−
re genialnie oddają klimat polskiej zapo−
mnianej prowincji, film opowiada nam
nie o Polsce, ale o meandrach ludzkich
emocji, namiętności i szaleństw. Jest wy−
jątkowy w każdej ze swoich warstw i wy−
maga osobnej opowieści, którą być mo−
że opowiem innym razem. Teraz chcia−
łam tylko nadmienić, ze był i zrobił na
mnie powalające wrażenie, ale tym ra−
zem bez konotacji nostlgiczno−patrio−
tycznych:)
Magiczna
A pomiędzy Polską walczącą, umierają−
cą, przekupną, znieczuloną, odważną,
brzydką i heroiczną, znaleźliśmy się nagle
w uroczym, magicznym świecie, który
roztoczył przed nami Jan Jakub Kolski fil−
mem "Jasminum". I tu jest naprawdę baj−
kowo, ale czuje się, że to może być tylko
polska bajka. Bo jeśli ktoś spędził choć tro−
chę czasu na wsi, szczególnie w dzieciń−
stwie, kiedy to barwy, zapachy, smaki są
tak wyraziste i niepowtarzalne, zrozumie
o czym mówię. Klimat magicznej wsi pol−
skiej, który tak wyraźnie dominuje w
twórczości Kolskiego, wkradł się po trosze
i do "Jasminum". Tu co prawda akcja
głównie rozgrywa się w klasztorze i pobli−
skim malutkim miasteczku, jednak bli−
skość wsi odczuwalna jest przez cały film,
choćby przez pojawiające się wiejskie
pejzaże, swoiste klasztorne podwórze,
„Cztery noce z Anną”
Fot. FN
Scena Polska nr 1/2009
7
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 8
Poezja
www.scenapolska.nl
Zofia Schroten-Czerniejewicz
Salon poetycko-muzyczny
im. Wandy Sieradzkiej
Pierwsze spotkanie Salonu w Domu Polskim w Amsterdamie
S
cena Polska w Holandii 24 stycznia
„otworzyła” Salon Poetycko−Mu−
zyczny, któremu nadaliśmy imię
Wandy Sieradzkiej. Na pierwszym spotka−
Ewa Wagner
8
Scena Polska nr 1/2009
Fot. SP
niu, które odbyło sie w Domu Polskim w
Amsterdamie, postanowiliśmy przedsta−
wić poetów związanych z kwartalnikiem
„Scena Polska”. Wiersze swoje czytali:
Ewa Wagner, Gienek Brzeziński i Ela
Wichna−Wauben. Oczywiście najważniej−
szym akcentem tego wydarzenia była pa−
mięć o Wandzie Sieradzkiej de Ruig. Czy−
taliśmy Jej wiersze, obejrzeliśmy fragmen−
ty Jej programu telewizyjnego „Zza wa−
chlarza pani Wandy” i nadaliśmy nasze−
mu Salonowi Jej imię.
Właściwie, ten salon poezji i muzyki za−
wsze w Scenie Polskiej był. Już sama moż−
liwość przebywania w towarzystwie
Wandy była dla nas, zwykłych śmiertelni−
ków poezją. Gdy przyjechała na stałe do
Holandii, zostawiając w Polsce pozycję i
miejsce w mediach, miejscem Jej twór−
czej ekspresji stała się Scena Polska. Była
od początku na wszystkich naszych im−
prezach i nie przepuściła żadnej okazji,
dla uraczenia nas swoim wierszem, czy
choćby krótką rymowanką.
Wanda była szczególną poetką, rów−
nież autorką tekstów piosenek. Już drugie
pokolenie roni łezkę gdy słucha Jej prze−
boju „Nie płacz kiedy odjadę”, piosenki na−
pisanej w 1960 dla Marino Marini. Wanda
grała pięknie na fortepianie, zresztą przy
tym instrumencie poznała swojego dru−
giego męża Jana, Holendra. Jest więc i
muzyka w naszym Salonie Poetycko−Mu−
zycznym im.Wandy Sieradzkiej. Na pierw−
szym naszym spotkaniu podziwialiśmy
wspaniałą grę Ewy Wagner, która trzyma−
jąc w delikatnych dłoniach swoja altówkę
wydobyła z niej sięgającą Nieba muzykę.
Chyba dlatego, aby dotarła ona szybko do
Wandy. Tak, o Wandzie nie można mówić
ze smutkiem. Smutno, że Jej nie ma już
z nami. Ale czy naprawdę Jej nie ma?
Potrafiła żartować i śmiać się ze wszyst−
kiego. Nawet z samych poetów, którym
to Jej wiersz dedykujemy.
Ten kto zrozumiał ten wiersz i ma chęć
podzielenia się z innymi swoją twórczo−
ścią, czasami przechowywaną latami w
szufladzie nocnej szafki na pewno dobrze
poczuje sie w gronie bywalców Salonu.
Zapraszamy na nasze spotkania, które
planujemy na początek raz na kwartał.
Następne spotkanie Salonu odbędzie
sie 21 czerwca, z okazji Wianków organi−
zowanych przez Scenę Polską w Forcie
Blaukapel w Utrechcie. Gdy piękne
dziewczęta będą układały wianki z kwia−
tów, a panowie będą pilnować by ogni−
sko nie wygasło, poeci i miłośnicy poezji
spotkają się w nastrojowej salce w Forcie,
aby później przy ognisku uraczyć nas wy−
braną na tę okazję poezją.
Zofia Schroten-Czerniejewicz
Kontakt z Salonem Poetycko-Muzycznym:
[email protected], [email protected]
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 9
Poezja
www.scenapolska.nl
Wa n d a
Sieradzka de Ruig
Sobie
ku przestrodze
Niech poeta wierszami
ludzi nie zamęcza
Nie każdy toleruje
gdy się ktoś wywnętrza,
gdy układa w rymy
nowe metafory,
przemyślenia zwięzłe,
przywraca kolory
słowom zapomnianym,
zgubionym w hałasie
żargonowej mowy
bulgocącej w prasie.
Niech poeta wierszami
Nie zamęcza ludzi.
Myśląc, że ich ciekawi właściwie ich nudzi.
(Konstancin 1983)
Wanda – taką Ją pamiętamy
Emilia Gulkowska
E w a M a r i a Wa g n e r
Mąż
Młodość
tuż obok siebie
Prowadzona jego ręką kredka
blisko jak najbliżej
Nigdy nie przekroczyła wyznaczonej linii
oddychając szczęściem
Niebo było niebieskie
patrzą na niebieskie szczyty
A trawa zielona
samotni w środku wrzawy
Dom miał dwa okna
otoczeniu uśmiechem jak murem
Dwuspadowy dach i drzwi
gorącymi ustami
W kuchni stał czajnik
szepczą ballady wyznań
W pokoju telewizor i fotel
obchodzimy ich
Woda była ciepła
nie widząc
Gdy odkręcał czerwony kurek
nie słysząc
Zimna – gdy odkręcał niebieski
nie płosząc
żony i dzieci w domu nie było
ich nowej miłości
St.Anton am Arlberg,
19.02.2009
Odwrócili się do niego plecami
Których nie mieli
Fot. Archiwum SP
III Polonijny
Zlot Poetów
i Miłośników Poezji
Polonijny Ośrodek Spotkań
„Concordia” i dwutygodnik „Samo
Zycie” zaprasza 23 maja 2009 r.
od godz. 17.00 do późnych go−
dzin nocnych na III Polonijny Zlot
Poetów i Miłośników Poezji.
W programie: Msza św. w intencji po−
etów emigracyjnych. POEZJA: Barbara
Balas, Claudia Boron, Zbigniew Budek, Jo−
anna Duda−Murowski, Małgorzata Z. No−
wak, Irena J. Rostalski, Aleksandra Stegh,
Stanisława Zdrodowski i inni poeci (pra−
gnący zaprezentować swoje wiersze) mile
widziani! SZTUKA: Wystawa obrazów
Barbary Ur i Andrzeja Piwarskiego oraz
Pauliny Lemke, Wystawa: „Książka polska
w Niemczech” ze zbiorów Gabinetu Książ−
ki i Prasy Polskiej w Niemczech , w Opolu
MUZYKA: Aleksandra Stegh (poezja śpie−
wana), Eligiusz Badura (Universe), Syndy−
kat Jan „Kyks” Skrzek – gość specjalny!!!
Prezentowana w tym dniu poezja uka−
że się w Antologii. Zgłoszenia, informa−
cje: Joanna Duda−Murowski, 0208/89 99
800 i 01635221906. [email protected]−
ria.pl
i
www.haus−concordia.com.
Begegnungsstätte Haus Concordia
57562 Herdorf−Dermbach T:02744−77.
Scena Polska nr 1/2009
9
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 10
Wydarzenia
www.scenapolska.nl
Scena Polska i Przyjaciele w 2009
– od stycznia do czerwca
Aktorka Elena Leszczyńska – Odkrycie Roku „Orły 2009”
Styczeń – pracowicie rozpoczął się
ten rok w Scenie Polskiej. Najpierw byli−
śmy z kamerą u doktora Jerzego Jeske na
wspaniałej uroczystości w szpitalu Staad−
skanal. Kilka dni później, w ostatnim tygo−
dniu stycznia „przydarzyły” się nam aż 4
imprezy: otwarcie Salonu poetycko−mu−
zycznego w Amsterdamie, koncert w Ha−
dze promujący płytę Anki Kozieł, Bal Ma−
skowy w Utrechcie i koncert Piotra Kuź−
niaka w Polskiej Parafii. Szefowa Sceny
Polskiej nie zdążyła nawet wyprawić swo−
ich urodzin, trudno, osiemnastka to nie
była.
Luty – Scena Polska na festiwalu fil−
mowym Prowincjonalia we Wrześni spo−
tkała
Elenę Leszczyńską, aktorkę z filmu „Ma−
ła Moskwa”. Poznałyśmy się we wrześniu
na festiwalu filmowym w Gdyni. Do
Wrześni Elena przyjechała na spotkanie z
publicznością. Nikt wtedy nie przypusz−
czał, że ta skromna dziewczyna otrzyma
w marcu nagrodę Orły 2009 w kategorii
ODKRYCIE ROKU. Scena Polska trzymała
za Ciebie, Elenko, kciuki. Gratulujemy!
16 luty – na koncercie poświęcone−
mu pamięci Niemena, wystąpiła w Po−
znaniu włoska piosenkarka Farida. W Pol−
sce znana jest z występu w 1970 roku w
Sopocie, gdzie otrzymała nagrodę dzien−
nikarzy. Miałam okazję wraz z innymi
Farida
10
Scena Polska nr 1/2009
dziennikarzami porozmawiać dzień po
koncercie osobiście z gwiazdą. Farida
niewiele mówiła o tamtym czasie przeło−
mu lat sześćdziesiatych i osiemdziesią−
tych, gdy we Włoszech pojawił się Cze−
sław Niemen. Wspomniała, że do śmier−
ci artysty utrzymywała z nim przyjazne
stosunki, a nieznanym owocem tej
współpracy jest utwór Musica Magica.
Muzykę skomponował Niemen, a słowa
napisała Farida. W Poznaniu wykonała tę
piosenke po raz pierwszy, a na ekranie i
z playbeku towarzyszył jej Niemen. Przez
chwilę obydwoje byli razem z publiczno−
ścią. Ofiaruję ten utwór Polsce – powie−
działa później dziennikarzom – tylko trze−
ba go technicznie przygotować, przele−
żał tyle lat w szufladzie.
Dziaiaj jest szczęśliwą matką i babcią,
o temperamencie przypominającym tem−
perament Tiny Turner i takim samym re−
welacyjnym głosie, który tak zafascyno−
wał Niemena.
luty – Scena Polska zawędrowała aż
do Łęczycy. A to dzięki naszemu filmowi
„Śladami Olędrów. Przestrzenie obok
nas”. W Starostwie Łęczyckim powstaje
plan odkrywania na nowo historii miesz−
kańców tego regionu. Niewykluczone, że
byli wśród nich również przybysze z Ni−
derlandów.
Ciąg dalszy – s. 11
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 11
Wydarzenia
www.scenapolska.nl
Starosta Łęczycy przyjmuje Scenę Polską
Mamy pomysły na wspólne działania
Sceny Polskiej i Wydziału Promocji Staro−
stwa w Łęczycy. Rozmawialiśmy o tym z
gościnnym starostą panem Wojciechem
Zdziarskim, któremu wręczyłam nasze pi−
smo. Pan starosta obdarował Scenę Pol−
ską książką o regionie i lalką w stroju łę−
czyckim. Pochwalimy się nią na Wiankach
w Utrechcie.
marzec – 30 lecie poznańskiej Sceny
na Piętrze
Na pytania skąd wziął się pomysł na
Scenę Polską w Holandii zawsze odpo−
wiadam: z Poznania, ze Sceny na Piętrze.
To, że podpatruję od lat działania prowa−
dzącego tę impresaryjną scenę Romualda
Wiesław Prządka (Homo Artifex) i Romuald Grząślewicz (Scena na Piętrze)
Grząślewicza, pozwala mi na wybór naj−
lepszego programu dla Państwa i pozna−
wania wspaniałych aktorów, których za−
prasza Scena na Piętrze. Wielu z nich go−
ściliśmy w Holandii, a dzisiaj spotkałam
ich na Gali, podczas której Ci, którym
Scena zawdzięcza najwięcej” otrzymali
specjalnie na tę okazję zaprojektowane
odznaczenia: Homo Artifex. Są wśród
nich: Grażyna Barszczewska, Barbara
Wrzesińska, Emilian Kamiński i Zdzisław
Wardejn.
kwiecień – wiosenne wydanie Sceny
Polskiej w Holandii. Własnie trzymacie
Państwo w ręku.
maj – 2 maja w Vaals, w miejscu
gdzie schodzą się granice trzech państw:
Niemiec, Belgii i Holandii, odbędzie się
impreza Polonia Ponad Granicami. Wię−
cej na s......
czerwiec – Wianki, odbędą się 21
czerwca w Forcie Blaukapel w Utrechcie.
W tym roku Scena Polska zaprosiła do
współorganizacji Polsko−Niderlandzkie
Stowarzyszenie Kulturalne. Więcej w na−
stępnym numerze.
Latem zapraszamy do Nowej Róży w
Wielkopolsce. Scena Polska przygotowuje
specjalny program na wakacje, oczywi−
ście relaksujący!
Zofia Schroten-Czerniejewicz
Pools Podium – Scena Polska
Gala XXX lecia Sceny na Piętrze – Poznań 27 marzec – Międzynarodowy Dzień Teatru
Scena Polska nr 1/2009
11
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 12
www.scenapolska.nl
Sylwetka
A n n a Fr a n ç o i s - Ko s
Złota polska harfa…
K
wyszła cało, bo podobno miała przy so−
tóż w
bie, jak twierdzi, dobrego anioła stróża.
Holan−
16 dni spędziła w komie. Teraz może już
dii nie
o tym spokojnie opowiadać, bo fakt ten
zna orkiestry An−
zmienił ją kompletnie. Nabrała dystansu
dre Rieu? To
do życia, zrozumiała, jakie są jego praw−
przecież najsłyn−
dziwe wartości, zainteresowała się bud−
niejszy ambasa−
dyzmem… Najważniejsze, że znowu mo−
dor tego kraju
że grać, bo muzyka jest dla niej całym
na świecie! Bo
światem. „No, nie tylko – dodaje – także
kto sprzedał w
dwójka moich cudownych wnuków”.
ciągu roku 900
Rodzinną Polskę opuściła w roku
000 egzempla−
1981. Jeszcze na studiach wyszła za mąż
rzy jednej płyty? Kto grał na skrzypcach
za świetnie zapowiadającego się studen−
przed widownią stadionu w Amsterdamie
złożoną z 65 000 osób? Ile
orkiestr grywa non−stop w
największych salach świata?
Kto koncertuje regularnie z ze−
społem 300−400 osobowym?
Jaki artysta, sam, zatrudnia na
pełny etat 120 osób?
Jedną z tych osób zatrud−
nionych w orkiestrze Andre
Rieu jest polska harfistka, Ali−
cja Zajączkowska. Ala i harfa
to już historia całego życia.
Kto patrzy na jej delikatną, fili−
granową postać nie może
uwierzyć, że ta kobieta ma
dosyć siły, aby tę harfę tylko
utrzymać! Mimo siwiejących
już włosów, które zresztą tyl−
ko dodają jej specyficznego
uroku, ciągle wygląda tak sa−
mo, jak przeszło 20 lat temu,
kiedy pisałam o niej pierwszy
artykuł. Jeszcze nie tak dawno
temu z podziwem patrzyłam,
jak na prywatnym koncercie
pojawiła się „prowadząc” z
majestatem swoją harfę i…
oczarowała w ciągu sekundy
zebranych gości. Wszystkie
spojrzenia skierowane zostały
natychmiast w jej kierunku,
pierwsze akordy muzyki tylko
pogłębiły zainteresowanie
obecnych, którzy zachwyceni
pięknem muzyki nie mogli od
tej uroczej i świetnej harfistki
oderwać wzroku do końca
koncertu…
Urodziła się w Warszawie.
Jej pierwszym instrumentem Alicja Zajączkowska
był fortepian, na którym świet−
ta warszawskiego konserwatorium, który
nie grała już w 6−tym roku życia. W śred−
grał na organach. Karol zobaczył jej zdję−
niej szkole muzycznej, właściwie przez
cie w gablocie z fotkami z balu 1−go roku.
przypadek, wybrała harfę i, jak sama mó−
Tak mu się spodobała, że zdjęcie ukradł i
wi, wyboru tego absolutnie nie żałuje.
poszukiwał jej po całej uczelni. Pobrali się
Chociaż kilka lat temu bała się, że już ni−
jeszcze na studiach, wkrótce urodziła się
gdy nie zagra. Ręce odmówiły jej posłu−
ich córka, Karolina. Karol otrzymał stypen−
szeństwa! Rok 2004 był w życiu Alicji ro−
dium na kontynuację studiów w Brukseli.
kiem specjalnym, niestety – tragicznym .
Przyjechali razem, Alicja ukończyła studia
Na drodze z Polski do Austrii miała bardzo
u słynnej prof. Susanny Mildonian. Nie
ciężki wypadek samochodowy, z którego
12
Scena Polska nr 1/2009
było im łatwo. Trzeba było pogodzić życie
rodzinne z maleńkim dzieckiem ze studia−
mi. A wszystko to zbiegło się ze stanem
wojennym w Polsce! Dla obojga zaczęła
się wkrótce ciężka praca i liczne koncerty
w różnych (dla każdego) krajach świata.
Pewnego dnia wróciła z 6−miesięcznego
tournée po USA i okazało się, że roman−
tyczna, wielka miłość dobiegła końca. Ka−
rol miał kogoś innego! Bardzo to przeży−
ła, wydawało się, że to już koniec świata.
Życie pokazało, że nie był to jednak okres
dla niej najtrudniejszy. Jak zwykle, znowu
uratowała ją praca. I znowu zaczęły się
podróże po wszystkich kra−
jach świata z orkiestrami ka−
meralnymi i symfonicznymi.
Próbowała wszystkiego; gra−
ła nawet na harfie z muzyka−
mi jazzowymi, akompaniując
w kościele organom, czy na
koncertach charytatywnych
w więzieniach. Każde nowe
doświadczenie sprawia jej
przyjemność i zawsze jest no−
wym wyzwaniem.
Alicja Zajączkowska – dla
przyjaciół po prostu „Zają−
czek”. To kompletnie zwario−
wana kobieta; pełna niezli−
czonych pomysłów, nieumie−
jąca usiedzieć na miejscu. By−
wa, że nie daje znaku życia
przez kilka miesięcy, bo kon−
certuje gdzieś po świecie.
Kiedy jednak po długim nie−
widzeniu się ją spotka, to
wcale nie czuje się, że minę−
ło tyle czasu. „Zajączek” po
prostu latał, skakał, grywał
na swojej czarującej harfie
po całym świecie. Kiedyś tra−
fiła nawet na… Spitzbergen.
Ciągle gotowa do pracy; na−
wet w dniu pogrzebu uko−
chanego taty. Wsiadła w sa−
mochód, przywiozła poży−
czoną od przyjaciółki harfę,
siadła przy niej na środku oł−
tarza i... po prostu zagrała
ostatni raz „La source” dla ta−
ty, który to uwielbiał.
W swojej karierze spotyka−
ła renomowanych i sławnych
Fot.AK-F
muzyków, takich jak: Peter
Guth, Yehudi Menuchin, Andre Rieu. Z
tym ostatnim miała po raz pierwszy oka−
zję grać w 1989 roku. Poproszono ją o
udział w nagraniach nowej płyty orkie−
stry. Miała dużo radości z tej pracy, po−
nieważ atmosfera w orkiestrze Andre Rieu
jest bardzo specyficzna i współpraca ta na
długo utkwiła w jej pamięci. Podświado−
mie przeczuwała, że z tą orkiestrą kiedyś
się jeszcze spotka. Tak się stało w roku
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 13
Wydarzenie
www.scenapolska.nl
2005. Szukano jej długo, bo ktoś, kto ją
zna wie, że „Zajączek” często znika, a po−
tem się znowu gdzieś pojawia. Tak więc
rozsyłano za nią „listy gończe”, aż ją od−
naleziono. Pojechała do Maastricht,
gdzie orkiestra Andre Rieu zadomowiła
się na stałe.
Słynny holenderski skrzypek tam wła−
śnie się urodził. Syn dyrygenta orkiestry
naukę gry na skrzypcach zaczął w wieku
5 lat. Studia ukończył w Konserwatorium
w Liege i w Brukseli. Początkowo grał w
Limburgs Simphonie Orkest. W 1978 ro−
ku założył pierwszy zespół Maastricht Sa−
lon Orchestra, który składał się z 5−7 mu−
zyków. W 1987 założył słynną Johann
Strauss Orchestra. Sam zasłynął niezwy−
kle interesującą interpretacją drugiego
walca Szostakowicza. Gra na prawdzi−
wym Stradivariusie, mieszka we własnym
pałacu w Maastricht. W ubiegłym roku, z
okazji 25−lecia kariery objechał niemal ca−
ły świat z 250−osobowym zespołem. Dla
potrzeb spektaklu przygotowano dekora−
cje będące kopią słynnego pałacu w
Schönbrunn : 125 m szerokości, 30 m
głębokości, 34 m wysokości, 4000 m2 fa−
sady! Na niektórych koncertach występo−
wało 400 osób: muzycy, chórzyści, tan−
cerze, ba, nawet mistrzowie jazdy arty−
stycznej na łyżwach! Grają na stadio−
nach dla ponad 30 000 osób , robiąc at−
mosferę , której się nie da zapomnieć.
Ostatni koncert stadionie Roi Baudouin w
Brukseli trwał mimo zimna do północy;
publiczność siedziała, biła brawa i ciągle
prosiła o więcej…
Alicja początkowo dojeżdżała do pra−
cy z Belgii, z czasem zamieszkała w pięk−
nym Maastricht i czuje się wreszcie szczę−
śliwa. Kiedyś jej marzeniem była złota
harfa, ale o zakupie takowej mogła tylko
marzyć! Teraz jej marzenie się spełniło:
gra na złotej harfie, którą Andre kupił
specjalnie dla niej. W jej opowieściach o
orkiestrze przewija sie wiele pozytywnych
wrażeń. Jest to jedyne miejsce, gdzie „Za−
jączek dziś czuje się dobrze”.
Uwielbia tam być, uczestniczyć w
próbach, koncertować i podróżować.
„To jest specjalne miejsce ze specjalny−
mi ludźmi. Mam wiele zadowolenia z tej
pracy, choć praca nie należy do ła−
twych. Andre jest bardzo wymagający,
zarówno w stosunku so siebie, jak i do
innych. Dąży do osiągnięcia najwyższe−
go poziomu, więc przygotowania do
każdego koncertu to naprawdę ciężka
praca. Muzycy tej orkiestry po prostu
grają…zespół zgrany pod każdym
względem. To szalenie sympatyczni lu−
dzie, pomocni sobie nawzajem” – Alicja
nie ma słów na określenie atmosfery pa−
nującej w Maastricht. Już się zadomowi−
ła i tylko jej się teraz marzy, aby Polacy
w Polsce mieli szansę przeżycia czegoś
tak specjalnego, jak koncert Andre Rieu
i jego orkiestry. Dodaje jednak, że „ma−
rzy jej się też, iż wreszcie Andre i jego or−
kiestra przekonają się na własnej skórze,
że polska publiczność to najlepsza pu−
bliczność na świecie!"
Anna François-Kos
Zofia Schroten-Czerniejewicz
Kabaret Elita ma 40 lat!
Pierwsze występy: 1969
5 MARCA Sala Lustrzana klubu Pałacyk
we Wrocławiu. Tadeusz Ewaryst Drozda,
student Wydziału Elektrycznego Politech−
niki Wrocławskiej, startujący bez powo−
dzenia w przeglądzie piosenki studenckiej
z piosenka własnego autorstwa Czkawka
postawił piwo jasne Janowi Antoniemu
Kaczmarkowi, studentowi Wydziału Łącz−
nosci (później Elektroniki PW), który we
wzmiankowanym przegladzie otrzymał
wyróżnienie za piosenkę z własnym tek−
stem (melodia ludowa) Ballada o wan−
dzie co nie chciała Niemca.
12 MARCA Przystanek tramwajowy za
mostem Szczytnickim. T.E.Drozda spotyka
J.A.Kaczmarka i proponuje mu załozenie
na politechnice kabaretu. Przy okazji po−
kazuje mu nieodłączne banjo i uderza
chwyty C−dur, G−7. Kaczmarek zgadza się
i pokazuje Droździe uchwyt tramwajowy,
który urwał sie na zakrecie.
? MARCA Piątek godz.20.00. Pierwszy
występ kabaretu Drozdy z banjem i Kacz−
markiem w klubie na piętrze na rogu ulic
Świdnickiej i Podwale. Tu drozda wymy−
ślił na poczekaniu nazwe kabaretu: Elita.
2 KWIETNIA Drozda i Kaczmarek pod−
czas potańcówki w klubie studenckim
Pod Wiklinami poznaja Jerzego Skoczyla−
sa, studenta WydziałuElektrycznego,
święcącego triumfy po odśpiewaniu pio−
senki Kocio. Proponuja mu przyjęcie do
kabaretu Elita. Kocio zgadza się. Jedno−
cześnie Kaczmarek po raz pierwszy zgła−
sza chęć wstapienia do kabaretu Elita.
(źródło: Jan Kaczmarek „Elita moje ży−
cie moja przygoda.” Wydawnictwo Euro−
pa 2002)
Krótka, ale ważna
przygoda z Holandią
Kabaret Elita gościł na zaproszenie
sceny polskiej dwa razy w Holandii.
Pierwszy raz przed laty w Delft w wyboro−
wym składzie: Jan Kaczmarek, Jerzy Sko−
czylas, Leszek Niedzielski, Jan Szelc i Wło−
dzimierz Plaskota. Po latach przyjechali na
kolejny występ do Utrechtu, już bez Jan−
ka. Jak zwykle, wspaniała uczta kabareto−
wa, cudowny kontakt z publicznością i
zapewnienia o wzajemnej miłości. Plano−
waliśmy, że wkrótce znów zawitają do
Holandii.
Holandia 2009?
Zaplanowaliśmy w tym roku występ
kabaretu Elta na 15 maja w Rotterda−
mie. Niestety, sala De Doelen odmówiła
nam rezerwacji ze względu na zaplano−
wany remont, o czym przyjmujący naszą
rezerwacje pracownik administracyjny
... nie wiedział! Jeszcze kabaret nie przy−
jechał, a już mamy sytuację kabaretową.
Chociaż Scenie Polskiej wcale nie do
smiechu. No, ale jak to z przyjaciółmi,
Elita się nie obraziła i cierpliwie czeka. A
Państwo? Nasi widzowie? Czekacie na
kabaret Elita?
Jeśli chcecie, żeby jesienią przyjecha−
li do Holandii to napiszcie w jakim mie−
ście zorganizować występ – my nadal
myślimy o Rotterdamie, czy odpowiada
Wam np. termin listopadowy i ile osób z
Wami przyjedzie, wówczas zarezerwu−
jemy odpowiednią salę i zaprosimy Elitę
do Holandii. Takie rozeznanie jest orga−
nizatorom bardzo potrzebne, jeśli ma−
my zorganizować odpowiednie przyję−
cie naszych drogich Jubilatów. Potem w
historii kabaretu Elita, na ich 50−lecie
przeczytamy, jak to obchodzili swoje
40−lecie wśród Tulipanów i przyjaciół z
Holandii.
Piszcie na adres:
[email protected]
Zofia Schroten-Czerniejewicz
Pools Podium – Scena Polska
Scena Polska nr 1/2009
13
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 14
Proza
www.scenapolska.nl
E w a Wa g n e r
Wiosenny nokturn
w molowej tonacji
Deszcz.
Krople spadające na pochyłą szybę
małego okna w dachu przypominają tre−
molo na dziecięcym bębenku. Siedzę jak
przyklejona do czerwonego stołka.
Znam każdą żyłkę, każdą zmarszczkę
mojej dłoni. Rozszerzam palce, zginam
je, odciągam kciuk i uderzam w klawia−
turę. Pierwsze akordy szopenowskiego
nokturna zagłuszają wszystkie inne
szmery. Razem z trylującym początkiem
melodii oddalam się od tego pokoju,
szarości dnia i nurtujących myśli. Cis−
−moll, trudna, ale jednocześnie magicz−
na tonacja. Wolne tempo pozwala wła−
ściwie frazować nuty.
Przerywam przy biegnących w górę i
w dół pasażach. Czwarty palec prawej
dłoni nie zdążył opaść we właściwym
ułamku sekundy na klawisz.
Zawieszam ręce w powietrzu i natych−
miast słyszę bębniące o szybę krople. Nie
potrzebuję nut, żeby zacząć od początku.
E w a M a r i a Wa g n e r
WIOSNA
cichutko
raniutko
wymykam się z łóżka
staję na trawie
przyglądam zabawie
ptaków
sennie
wiosennie
po zielonej łące
biegnę w stronę drzew
nade mną krzyk mew
w oddali
zapatrzona
zakochana
w cieple słońca
wykąpana
zaczynam mój dzień
przy tobie
Ulm/Rammingen,14 luty
14
Scena Polska nr 1/2009
Powtarzam dokładnie ten sam fragment.
35 razy wykonywałam ten nokturn pu−
blicznie a wciąż jeszcze odkrywałam nie−
dokładności podczas ćwiczenia. Znowu
dochodzę do pasaży, tym razem prawa
ręka przesuwa się gładko dalej.
Telefon przerwał moją koncentrację.
Deszcz.
Za mokrym oknem czarna noc. Nie
mogę spać. Wsłuchuję się w oddech Pio−
tra obok mnie, potem ostrożnie odsu−
wam pościel i wychodzę na palcach z sy−
pialni.
Kot od razu znajduje w ciemności mo−
je nogi i łasząc się swoim szczupłym ciał−
kiem nie pozwala zrobić mi kroku. Światło
ulicznej latarni rozsrebrza parkiet salonu.
Schylam się i biorę kota na ręce. Jest zdu−
miewająco ciepły. Przyjemnie oprzeć poli−
czek na jego głowie.
Piotr zawsze mówi do niego te szelesz−
czące polskie słowa. Może miał rację, że
zbyt mało interesowałam się jego ojczy−
stym językiem. Nie potrafiłam przypo−
mnieć sobie w tej chwili ani jednego pol−
skiego słowa. Holenderski jest i zawsze
był praktyczniejszy. W końcu mieszkamy
w Amsterdamie. Dla Piotra było to waż−
ne. Dla mnie zresztą też.
Gdzieś daleko słyszę sygnał karetki po−
gotowia. Jakieś ludzkie życie potrzebuje
pomocy. Może to jest wyjście: zawyć o
pomoc. Przestać udawać. Skończyć z po−
kerowym uśmiechem na scenie i z uciecz−
kami w koncerty pełne Chopina, Beetho−
vena czy Rachmaninowa. Odrzucić wy−
glansowaną maskę na pokaz i wycenzu−
rowane wersje mojej kariery.
Zaprzeczyć, odważyć się na kilka „nie”
w kolejnym wywiadzie dla melomanów,
który wydrukują w kolejnym błyszczącym
magazynie. Kto to właściwie czyta?
Deszcz.
Mimo wszystko otwieram okno i wdy−
cham głęboko zimne powietrze. Chcę
wierzyć, że wiosna już się zaczęła. Za kil−
ka dni rozpocznie się kwiecień. Tęsknię za
ukwieconymi drzewami, za jedwabną
spódnicą plątającą się wokół moich bo−
sych nóg, za rozgrzanym słońcem chod−
nikiem, za schłodzonym winem pod kolo−
rową markizą przytulnej kafejki.
Tęsknię za jego wzrokiem, za jego
spracowanymi dłońmi i cieniem kapelu−
sza na nieogolonej twarzy. Tam gdzie jest
on, jest zawsze słońce. Nawet wtedy, kie−
dy chmury haczą się o czubki gór i wyspę
ogarnia przyjemny cień.
Jeszcze tylko dwa koncerty dzielą mnie
od niego.
Słońce.
Wysiadam z samolotu i wbiegam w je−
go ramiona. Jest! Uśmiechnięty, czekający
w białym wielkim kapleuszu, otulony cie−
płym wiatrem. Nie pamiętam, od ilu lat
tak właśnie mnie wita. Od momentu, kie−
dy jego dłonie zamykają się wokół mojej
talii, przestaję liczyć czas. Jedyne o czym
wiem, to godzina odlotu samolotu do
Amstedamu za dziesięć dni. Do tego dnia
zachłystuję się życiem. Wsiadam w żółtą
taksówkę i czuję jego udo tuż przy moim.
Na poboczu ulic drzewa uginają się od
różowych kwiatów. Kobiety w skąpych
sukienkach przebiegają tuż przed nami
ulicą. Taksówkarz piekli się na nie zza
swoich wielkich czarnych okularów...
Kilka minut później poznaję biały mur i
wielką bramę wjazdu. Drzewa i rododen−
drony dyskretnie okrywają willę. W dali
słychać szum morza.
Jak zawsze ściągam na progu buty i
boso wchodzę do domu. Chłodne kre−
mowe kafle przynoszą spodziewaną ulgę.
Na tarasie nad skałą czeka szampan i dwa
kryształowe kielichy. Luis jak zwykle po−
myślał o wszystkim. Od tylu lat...perfekcyj−
ny kochanek. Nigdy o nic nie pyta, nicze−
go nie wymaga, nie żąda. Czeka, a po−
tem cieszy się, kiedy jestem. Na ile smuci
się kiedy odjeżdżam?
Słońce.
Turkusowe fale morza porusza leniwy
wiatr. Zanurzam się w słonej wodzie i wy−
ciągam ramiona przed siebie. Luis rzuca
się jak delfin pod wodę. Pływanie sprawia
mi wprost dziecięcą przyjemność. Kiedy
zmęczeni leżymy na białej plaży, wma−
wiam sobie, że to piasek przyprószył jego
czarne włosy, a zmarszczki...są od słońca.
To przcież niemożliwe, żebyśmy się zesta−
rzeli w ciągu tych czterdziestu dni w roku,
w których się widujemy. Dotykam ustami
jego ramienia. Jest słone. Potem patrzę w
niebo i wchłaniam ten nieskazitelny błękit
w moją duszę. Do następnego spotkania
muszę zagrać dwadzieścia dziewięć kon−
certów i odwiedzić dziesięć różnych kra−
jów. Europejskich krajów, gdzie deszcz i
chmury są częstszymi gośćmi, niż słońce.
Zamykam oczy i nagle słyszę w głowie
melodię nokturna cis −mol Chopina. Na
ułamek sekundy twarz Piotra pojawia sią
w mojej wyobraźni. Szybko otwieram
oczy i wtulam twarz w brązowe ramię Lu−
isa. I znowu wchłaniam błękit perfekcyj−
nego świata.
Słońce.
Czerwona, niemal ognista kula topi się
w morzu. Siedzę na tarasie, oglądam ten
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 15
Satyra
www.scenapolska.nl
niewiarygodny, niemal kiczowaty „sun−
set” i czekam aż Luis dopiecze langusty.
Schładzam usta w chablis i podziwiam
kamienne rzeźby Luisa rozstawione w
ogrodzie. Jutro odjadą, opakowane w
białe pokrowce, do Paryża. Pojutrze odja−
dę ja: opakowana w nieprzemakalny
pancerz wspomnień. Niebawem wśli−
zgnę się w agendę pełną koncertów, w
sztywny plan ćwiczeń i wygodnie po−
zwolę Piotrowi zatroszczyć sią o mnie. Lu−
is zniknie z horyzontu, a podczas przy−
padkowych publicznych spotkań, będzie−
my udawać, że się bliżej nie znamy. Ina−
czej media zniszczą naszą idyllę.
Zaróżowione langusty docierają na
stół i roztaczają silny zapach czosnku. Lu−
is naprzeciw
śmieje się i opowiada kucharskie
anegdoty. Pierwszy kawałek soczystego
mięsa smakuje jak miłość.
Deszcz.
Kot rozciąga się na czarnym blacie for−
tepianu tuż obok tańczącej przy oknie fi−
ranki i od godziny kontempluje moje ćwi−
czenie „księżycowej” Beethovena. Wycią−
gam dłoń i głaszczę go pieszczotliwie.
Meloman, myślę i wracam do nokturnu
cis−mol Chopina. Piotr dyskretnie wsunął
głowę do pokoju i przypomniał o rozmo−
wie z agentem w Warszawie. Nie przery−
wając muzyki skinęłam, grając dalej. Ta
muzyka nigdy nie mogła powstać we
Francji. Typowo polska nostalgia brzmi w
tej melodii. Jestem pewna, że Polański
nieprzypadkowo wybrał właśnie ten
utwór do swojego filmu „Pianista”. Pasa−
że i tryl przebiegają poprawnie. Staram
się skupić na technice. Piotr stoi tuż przy
mnie, czuję jego dłoń na ramieniu. Zasłu−
chany patrzy na moje dłonie. Wiem, że
to jego ulubiony utwór.
Deszcz.
Hotelowe okno w polskiej stolicy ma
dokładnie ten sam koloryt co w Amster−
damie.
Czy naprawdę jestem w Polsce?
Słyszę Piotra w łazience podśpiewują−
cego piosenki Grechuty. Poduszka pach−
nie proszkiem, odwracam się i tulę się do
niej. Nokturn znowu chodzi mi po gło−
wie. Na ciemnym, okrągłym stole puszy
się biały bukiet. Nigdy nie mogłam zapa−
miętać skomplikowanych nazw kwiatów.
Dostałam go wczoraj, po koncercie.
Usłyszałam strumień wody, Piotr
wszedł pod prysznic.
Zsunęłam stopy na zieloną wykładzi−
nę. Jeszcze raz spojrzałam na bukiet. Do
łodygi przyczepiona była ozdobna kartka.
Dlaczego nie zauważyłam jej wczoraj?
Na białej tekturce widniały dwa an−
gielskie słowa.
Oparłam czoło o szybę okna i próbo−
wałam nie myśleć, nie czuć, nie reago−
wać. Bojaźliwie popatrzyłam na uchylo−
ne drzwi łazienki. Na szczęście Piotr nie
mógł usłyszeć mojego przyspieszonego
oddechu. Łza wymknęła mi się spod po−
wieki.
Deszcz.
A przecież Luis miał być w Paryżu.
Jerzy Skoczylas
Miauczący
pies
Szczeka kot, miauczy pies, ćwierka lis,
Na głowie wszystko staje.
Miesza się wokół dobro i zło,
Tanieją obyczaje.
Mędrzec kelnerem, panem buc,
Profesor indolentem.
Autorytetem prostak lub klaun,
Podrywacz impotentem.
Jak się odnaleźć w tej paranoi ?
I w jaki sposób tutaj żyć ?
Gdy bałwochwalców chór przekonuje:
Że tak musi być !
Szczeka kot, miauczy pies, ćwierka lis,
Dewiacja normalnością,
W pełnej pogardzie klasa i styl
Głupota jest mądrością.
Błazen idolem, lordem cieć,
Sprzątaczka gwiazdą super,
W telewizorze wdzięczy się cham
Z piórem wetkniętym w kuper.
Jak się odnaleźć w tej paranoi
I w jaki sposób tutaj żyć ?
Gdy bałwochwalców chór przekonuje:
Że tak musi być !
Szczeka kot, miauczy pies, ćwierka lis,
Wolnością zniewolenie,
Na wyprzedaży miłość i łzy,
Krew i tandeta w cenie.
Druhem bandyta, wrogiem brat,
Obrońcą prokurator.
Z pierwszych stron gazet uśmiech nam
ślą
Dziwka i deprawator.
Jak się odnaleźć w tej paranoi
I w jaki sposób tutaj żyć ?
Gdy bałwochwalców chór przekonuje:
Że tak musi być !
Szczeka kot, miauczy pies, ćwierka lis
Prawda się z kłamstwem brata,
Zlewa się w jedno z geniuszem kicz,
skazaniec lgnie do kata.
Diabeł aniołem, babą chłop,
Miałkość się ściga z gustem,
Tłum wielbicieli oddaje hołd
Kretynce z wielkim biustem.
Jak się odnaleźć w tej paranoi
I w jaki sposób tutaj żyć ?
Żyj po swojemu i wiedz, że wcale:
Tak nie musi być !
Ewa Wagner
Scena Polska nr 1/2009
15
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 16
Felieton
www.scenapolska.nl
Gienek Brzeziński
Pytanie na śniadanie
W
mo−
ich
„po−
rannych” pseu−
dofilozoficznych
rozważaniach
chciałbym się
dzisiaj podzielić
kilkoma reflek−
sjami o toleran−
cji, a także jej
(pozornym)
przeciwieństwie – braku tolerancji.
Tolerancja stała się w dzisiejszych cza−
sach pojęciem niezmiernie istotnym, na
które powołują się niemal wszyscy. Ma−
my więc tolerancję dla wyglądających
inaczej (narodów, kolorów skóry), dla
wierzących inaczej, dla postępujących
inaczej, dla kochających inaczej oraz dla
myślących inaczej, żeby ograniczyć się
tylko do tych kilku podstawowych zja−
wisk.
Są ludzie, i jest ich wcale niemało, któ−
rzy twierdzą, że wszystkie te „tolerancje”
to tzw. polityczna poprawność, niemają−
ca nic wspólnego z życiem i należy je wy−
rzucić do kosza. Bo: biała rasa jest jedyną
rasą cywilizowaną, a „nasi” są najlepsi i
najmądrzejsi. Bo: wiara chrześcijańska –
szczególnie ta w wydaniu katolickim – jest
wiarą jedynie słuszną, a cała reszta to po−
gaństwo, dzicz i barbarzyństwo. Bo: my
jesteśmy jedynymi ustawodawcami tego,
jak należy postępować i tylko my tego w
100% przestrzegamy. Bo: jakakolwiek
próba rozmowy o prawie do intymnego
związku z wyjątkiem tego, który prowadzi
do prokreacji świadczy o kompletnej de−
grengoladzie i popieraniu zboczeń. Bo:
tylko my wiemy, jakie myślenie jest po−
prawne i konstruktywne; cała reszta to
nonsens, nad którym pochylać się nie
warto. Ludzi, którzy tak właśnie myślą
zwykło się nazywać ultrakonserwatysta−
mi.
Po drugiej stronie tej symbolicznej ba−
rykady są tak zwani superliberałowie. To
ci, którzy uważają, że są tolerancyjni i że
każdy może robić to, co mu się żywnie
podoba i wszystkim innym od tego wara.
Oczywiście powyższy dialektyzm jest
czymś prymitywnie zgoła uproszczonym,
ale oddaje przecież z grubsza ideę (nie)to−
lerancji.
W życiu mamy, niestety, do czynienia
z przykładami znacznie subtelniejszymi,
skomplikowanymi i narażającymi nas na
codzienne duchowe rozterki; czy i jak za−
reagować na to, co nas spotyka? Czy wi−
dząc kogoś niszczącego tak zwaną wła−
sność publiczną mamy reagować, a jeśli
tak, to w jaki sposób? Czy superliberał
machnie ręką i powie, że to nie jego
sprawa wychowywać innych, nawet
16
Scena Polska nr 1/2009
wtedy, jeśli zobaczy kogoś tnącego scy−
zorykiem jego ukochany kasztan przed
domem? Czy ultrakonserwatysta każe ta−
kiego „przestępcę” zamknąć do więzie−
nia, albo przynajmniej uciąć mu dłoń w
geście przykładnej kary mającej odstra−
szyć ewentualnych kolejnych rzeźbiarzy
w żywych drzewach? Oczywiście, że na−
leży tolerancyjnie podejść do sąsiada,
który w sobotę po południu bardzo gło−
śno słucha swoich (i naszych) ukocha−
nych Beatlesów. Ale jak potraktować te−
goż sąsiada, jeśli codziennie późnym
wieczorem raczy nas zza ściany porcją
heavy−metalu lub kolejnym filmem wo−
jennym oglądanym na zestawie domo−
wego kina z pełnym wykorzystaniem
siedmiu kanałów audio o mocy 120W
każdy? A my akurat w pełnym skupieniu
rozkoszujemy się niuansami muzycznymi
nagrań Anny Marii Jopek. Otóż w takim
właśnie wypadku największy, najbar−
Może więc warto
zastanowić się czasem nad tą
naszą tolerancją;
czym się ona u nas ma
nifestuje i czy jest dokładnie taka,
jakąchcielibyśmy ujrzeć u innych?
dziej tolerancyjny liberał odkrywa w so−
bie nagle mordercze instynkty i...jakiś
czas później błogosławi prawo nieze−
zwalające przechowywania w domu
broni maszynowej.
Powtarza się do znudzenia, że w życiu
wolno robić wszystko, co nie przeszkadza
innym. To bardzo ładne i zgrabne zdanie,
tylko – jak wiele innych ładnych i zgrab−
nych zdań – nie przystaje do rzeczywisto−
ści. Bo „nieprzeszkadzanie innym” to poję−
cie wzięte z księżyca i nic nieznaczące;
jednemu przeszkadza już sama obecność
innej osoby, nie tylko nawet w pobliżu, ile
wręcz na świecie, drugi nawet w wyją−
cym tłumie na stadionie czuje się samotny
i nic nie jest w stanie mu przeszkodzić w
myśleniu. Znamy z życia tysiące przykła−
dów na to, że ludziom potrafią przeszka−
dzać takie rzeczy, że tylko siąść i płakać. I
wcale nie musi tu zachodzić sytuacja bez−
pośredniego wpływu przeszkadzającej
czynności na osobę przeszkadzaną (mój
komputerowy korektor mówi, że nie ma
takiego słowa, ale mi się ono akurat po−
doba i mam nadzieję, że tolerancja pury−
stów językowych wśród czytelników oka−
że się wystarczająca na tyle, żeby mnie
nie zlinczować), bo potrafią nam „prze−
szkadzać” czyjeś pomalowane na zielono
włosy, pierścienie na nosie przechodzące−
go właśnie punka czy też fakt, że prezy−
dent Kaczyński krzywo się uśmiecha (choć
przecież on wcale nie uśmiecha się krzy−
wo do nas!). Potrafi nas zresztą denerwo−
wać wszystko, nawet wówczas, kiedy sa−
mi o sobie mówimy, że jesteśmy bardzo
tolerancyjni. A z drugiej strony jakże czę−
sto oburzamy się na krzywdy wyrządzane
innym na tym naszym najpiękniejszym ze
światów, ale nie robimy nic, żeby coś z
tym fantem zrobić.
Są również takie chwile, kiedy ta nasza
chlubna skądinąd tolerancja staje się nie−
zauważalnie przyzwoleniem na zło. Za−
czyna się, być może, od niezwrócenia
uwagi na rzucony przez kogoś papierek,
na przejście obojętnie obok chłopców
niezbyt ładnie zaczepiających dziewczy−
ny, na kogoś siedzącego w tramwaju czy
autobusie z brudnymi butami na fotelu
czy kogoś skaczącego po dachu budki te−
lefonicznej. A kończy na przyzwoleniu na
czynienie przez kogoś komuś innemu au−
tentycznej krzywdy. Stajemy się obojętni,
boimy się o własną skórę, nie chcemy się
mieszać, ale wmawiamy sobie – i innym –
że jesteśmy tolerancyjni, że każdy musi
sam wiedzieć, co robi i za to ponosić od−
powiedzialność. Jednym słowem „tole−
rancja” jako środek do osiągnięcia społe−
czeństwa całkowicie i absolutnie antyspo−
łecznego, jednostkowego, egoistyczne−
go.
A przecież tolerancja nie może być
przyzwoleniem na zło. Tyle tylko, że gra−
nica między tolerancją a obojętnością
może być niezwykle cienka i niezwykle
płynna, zależąca wyłącznie od naszego
uznania, od naszego samopoczucia w
danej chwili, od naszej odwagi.
Obawiam się więc, że pojęcie „tole−
rancji” to kolejne słowo – klucz, czy mo−
że raczej – wytrych, którego treść zależy
od okoliczności i tego, kto się nim posłu−
guje (jest takich pojęć zresztą więcej; za−
liczyłbym do nich choćby „odwagę").
Może więc warto zastanowić się czasem
nad tą naszą tolerancją; czym się ona u
nas manifestuje i czy jest dokładnie taka,
jaką chcielibyśmy ujrzeć u innych? Bo to−
lerancja, z której jesteśmy dumni, ociera
się niebezpiecznie o przyzwolenie na
zło, zaś jej brak, może powodować wię−
cej zła, niż dobra. No ale co to właściwie
jest „zło"? I kto ma je zdefiniować? Ale to
już może jest temat na następne śniada−
nie.
PS. Jeśli powyższe rozważania kogoś
zezłościły swoją naiwnością, jeśli moja „fi−
lozofia” nie spełnia czyichś oczekiwań i
nie spełnia jakichś standardów – to bar−
dzo proszę o odrobinę...tolerancji.
G. Brzeziński
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 17
Korespondencja
www.scenapolska.nl
Elżbieta Mlicka
Inna bajka
O
d 20
l a t
miesz−
kam w Holan−
dii. Tu znala−
złam swój dom,
swoje miejsce
na
świecie,
choć przyjazd
nie był spowo−
dowany decy−
zją emigracji.
Miał być pobytem czasowym, najpierw
na cztery lata, a potem na następne czte−
ry. A później decyzja dokonała się – przez
„zasiedzenie” – sama. Od wielu lat obser−
wuję podobne zjawisko wśród znajo−
mych Polaków. Przyjeżdżają na krótko,
zostają na długo, być może na całe życie.
Z racji zawodu jestem zainteresowana
wpływem emigracji lub czasowego poby−
tu na obczyźnie na zjawisko adaptacji
społecznej, na psychiczne funkcjonowa−
nie ludzi w obcym środowisku, w niezna−
Przyjeżdżają na krótko,
zostają na długo,
być może na całe życie.
nej kulturze. A dokładniej – jaki wpływ
ma fakt mieszkania na obczyźnie na ro−
dzaj występujących problemów psychicz−
nych, ich obraz i natężenie.
Dziesięć lat temu, guru polskiej psy−
choterapii, Wojciech Eichelberger, sfor−
mułował swoje refleksje na temat psycho−
terapii emigracji (chodziło o polską emi−
gracje w Szwecji), stwierdzając na wstę−
pie: „nie wydaje mi się, by ludzie na emi−
gracji różnili się czymś od tych, którzy ży−
ją w kraju”. Zapewne ma rację, to samo
można powiedzieć o problemach psy−
chicznych, z jakimi się borykają, lecz z ca−
łą pewnością można stwierdzić, że tym
podstawowym, takim jak problemy ro−
dzinne, wychowawcze, depresje, zabu−
rzenia lękowe czy alkoholizm, prawie za−
wsze towarzyszą dodatkowe problemy,
które wynikają z procesu akulturacji. Po−
cząwszy od tego, że nie zna się języka lub
w jeszcze niewystarczającym stopniu, co
Gratulacje
czasami wręcz uniemożliwia pójście na
terapię, poprzez brak zaplecza społeczne−
go w postaci rodziny i przyjaciół na miej−
scu, na których można liczyć w momen−
cie kryzysu, a skończywszy na nieznajo−
mości nieprzejrzystego dla Polaków syste−
mu pomocy psychologicznej w Holandii,
Polak w psychicznej biedzie pozostaje
często pozostawiony samemu sobie.
Sytuacja jednak powoli się zmienia.
Od roku istnieje i działa poradnia zdro−
wia psychicznego i−psy (skrót od: psy−
chiatria międzykulturowa), która zatrud−
nia polskich specjalistów: psychiatrę, kil−
ku psychologów, internistę, doradcę
psychospołecznego i pielęgniarkę, a tak−
że polskojęzyczną obsługę administracyj−
ną. Zgłasza się dużo ludzi. Problemy też
są najróżniejsze i można powiedzieć, że
w zasadzie takie same, z jakimi przycho−
dzą pacjenci do psychologa w Polsce.
Jest jednak pewna różnica. Problemy te
mają często w tle niepokój o przyszłość,
niepewność egzystencji, wyobcowanie,
samotność, brak wsparcia i pomocy ze
strony najbliższych, brak wtopienia się w
holenderskie środowisko lub brak głęb−
szej z nim więzi. Często dużą rolę odgry−
wa też rozłąka z rodziną i wiążące się z
tym emocjonalne i społeczne komplika−
cje, utrata statusu społecznego, rozcza−
rowania płynące z braku spełnienia
oczekiwań co do zarobków, poziomu ży−
cia lub charakteru pracy. Ci, którzy trafia−
ją do naszego ośrodka, są zadowoleni,
że mogą ze swoim terapeutą porozu−
mieć się w języku ojczystym i że mogą li−
czyć na zrozumienie ich życiowej sytu−
acji, bowiem terapeuci w większości też
przeszli podobny proces przystosowania
się i znają problematykę związaną z emi−
gracją z własnego doświadczenia. Oni
też są z innej bajki.
Możliwości terapii (w tym choroby al−
koholowej) w języku polskim w przychod−
niach i−psy nie są jeszcze szeroko znane
wśród Polaków mieszkających w Holan−
dii. Korzystając z tego miejsca, zapraszam
wszystkich poszukujących pomocy psy−
chologicznej do i−psy w Amsterdamie−Du−
ivendrecht, tel. 020 5974848 i w Utrech−
cie, tel. 030 2879831.
Elżbieta Mlicka, psycholog
[email protected]
CO ROBISZ?
TA K S I Ę P L Ą TA M ,
T R O C H Ę P I O R Ę , T R O C H Ę S P R Z Ą TA M
Bogdan Micek, Utrecht 01-01-2009
Na zdjęciu Agata Kalinowska-Bouvy w purpurowej sali
Senatu w Paryżu, po obradach Związku SJPP.
Fot. MichB
Polka wicesekretarzem Generalnym
francuskiego Związku Dziennikarzy Prasy
Periodycznej – SJPP
18 marca br. na dorocznym walnym
zgromadzeniu francuskiego Związku
Dziennikarzy Prasy Periodycznej – SJPP
(Syndicat des Journalistes de la Presse
Périodique), jednego z najstarszych tego
typu w Europie, założonego w Paryżu
przed 115 laty, na nowego wicesekreta−
rza Generalnego Związku, została wybra−
na i jednogłośnie zatwierdzona Agata Ka−
linowska−Bouvy.
Nasza rodaczka mieszkająca od ponad
25 lat we Francji, jest znana w środowi−
sku Polonii od wielu lat, nie tylko jako Pre−
zes APAJTE – Polskiego Stowarzyszenia
Autów, Dziennikarzy i Tłumaczy w Euro−
pie, ale również poetka, a także autorka
przekładu „Tryptyku Rzymskiego” Jana
Pawła II, na język francuski, wydanego w
2003 roku w Belgii, Francji i Quebeku.
Informacja APAJTE, Paryż dn. 19/03/2009
Scena Polska nr 1/2009
17
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 18
Literatura
www.scenapolska.nl
A n d r z e j Ty l c z y ń s k i
Kryptonim
Jeździec Polski
Rzeczywistość
Tom III
NAGA PRAWDA
Rozdział I
Smog za oknami był nieprzenikniony.
Próżno starać by się przebić go wzrokiem.
Zresztą Zawada nawet nie próbował:
wolał skoncentrować się na śledzeniu ru−
chów pająka, który z wolna, ale uparcie,
plótł swoją perfekcyjną sieć.. W tym ple−
ceniu była tak niezwykła precyzja i wy−
trwałość, że mogła rzeczywiście zaimpo−
nować. Zbyszkowi zaimponowała a jed−
nocześnie zaciekawiła : czy to drobne
stworzenie do końca swojej precyzyjnej
roboty ani razu się nie pomyli? Czy będzie
tak perfekcyjnym profesjonalistą, jakim z
pewnością nie był żaden człowiek? Zawa−
da w swoim długim już, jak mniemał, ży−
ciu nie spotkał na pewno żadnego. Na−
wet najwybitniejsi agenci wywiadów, czy
kontrwywiadów, którym wielokrotnie
musiał stawiać czoła, z pewnością nie do−
rastali temu małemu pajączkowi nawet
do pięt, jeśli można użyć takiego określe−
nia w stosunku do pająka? Już nie wspo−
minając o nim samym, poruczniku Zbi−
gniewie Zawadzie, alias Gjulii Kerenyi,
alias harcmistrzowi Jerzemu Słuckiemu,
jakim był w rzeczywistości, choć nikt –
Od autora
Na tym kończy się pierwsza część
notatek mojego przyjaciela, które wy−
korzystałem najwierniej, jak to tylko by−
ło mozliwe, i spisałem w osobie pierw−
szej, tak, jakby to była jego autobiogra−
fia. Ta część „Kryptonim Jeźdźiec Polski'
nazwana została przeze mnie „Spowie−
dzią samobójcy”.
Odnalazłem też raport z wydarzeń,
jakie rozegrały się w Polsce, Niem−
czech, Włoszech i Szwajcarii oraz na
Oceanie Atlantyckim, związanych z za−
daniem nałożonym przez polskie pod−
ziemie na hrabinę Zofię de Torno, naj−
wyraźniej wielką miłość mojego zmar−
łego przyjaciela. Ten raport został po−
nadto poszerzony o historię życia bo−
haterki, studentki uniwersytetu po−
znańskiego, a obejmuje także wszyst−
kie działania nie tylko bohaterki, ale i
18
Scena Polska nr 1/2009
oprócz najbliższej rodziny – o tym praw−
dziwym nazwisku nie wiedział. On, Zbi−
gniew Zawada, popełnił już wiele błę−
dów w życiu i z całą pewnością nie był ta−
kim perfekcjonistą, jak ten mały pajączek.
A szczególnie ostatnio, kiedy podjął się za−
dania ponad siły, oczywiście go nie wyko−
nał i teraz, jako aresztant siedzi w tymcza−
sowym areszcie dowództwa wojsk pol−
skich w Anglii. Przywieziony tutaj statkiem
z Bueonos Aires, gdzie oddał się do dys−
pozycji władz, zgłaszając się do tamtej−
szej, polskiej placówki konsularnej. Sie−
dział w dodatku pod ciężkim oskarżeniem
o dezercję w obliczu wroga, co niewątpli−
wie mogło kosztować życie.
Omawiając wykonania rozkazu stał
się, formalnie rzec biorąc, dezerterem. W
warunkach wojny równa się to sądowi
wojskowemu, który z całą pewnością za−
stosuje degradację oraz wyrok śmierci
przez rozstrzelanie. I niechby, chociaż tyl−
ko przez rozstrzelanie, a nie na przykład
powieszenie, jeśli odmówi mu się honoru
wojskowego. Chwilowo siedzi jeszcze w
mundurze, jeszcze ma swoje oficerskie
dystynkcje, jeszcze jest traktowany po
ludzku i tylko od czasu do czasu przesłu−
chiwany. Grzecznie, ale oschle i dosyć
jej „anioła stróża”, porucznika Zbignie−
wa Zawady. Po odpowiednim opraco−
waniu i dostosowaniu do potrzeb
przygotowanej krótkiej serii telewizyj−
nej THE POLISH RIDER nazwany został
przeze mnie „Rzymski kurier”.
W oddzielnej kopercie znalazłem
też drugą część notatek, schowanych
w sejfie bagażowym nr 741 na dwor−
cu głównym w Brukseli. Dotyczą one
wydarzeń, jakie rozegrały sie juz po
śmierci bohaterki trylogii Zosi Nowa−
kówny, primo voto hrabiny Zofii de To−
ro, secundo voto Zofii Raczkowskiej,
vel signory Olivii dos Questos, gdyż
pod takim, przybranym nazwiskiem,
zginęła skrytobójczo zastrzelona na na−
brzeżu portowym w Buenos Aires.
Bohaterami tych notatek są oprócz
mojego przyjaciela, także inni ludzie
związani z Zosią, z jej drugim mężem i
miłością jej życia profesorem Włodzi−
bezlitośnie, bez brania pod uwagę uczuć,
jakie nim kierowały i bólu, jaki przeżywa.
A ból jest prawie nieznośny: zginęła ko−
bieta, którą pokochał miłością prawie sza−
leńczą, o której marzył dniami i nocami, a
której nie odważył się nawet dotknąć, po−
mimo swojej niepohamowanej żądzy i za−
deklarowanym cechom erotomańskim.
Była dla niego święta, ale nie tą święto−
ścią, która go onieśmielała i pętała jego żą−
dze, sprawiając, że wobec uwielbianych i
stawianych na piedestale niemal świętości
kobiet, stawał się impotentem. Jak wobec
obu swych kolejnych żon, które tak wła−
śnie ubóstwiał. Lecz wobec tej kobiety po−
wściągał swoje żądze nadludzką wręcz si−
łą, którą dawała mu lojalność wobec przy−
jaciela. Zofia, ów obiekt jego mrocznych
pożądań i obsesyjnej miłości, była bo−
wiem żoną jego przyjaciela, a nadto ko−
bietą, która pozostawała pod jego, Zbi−
gniewa Zawady, opieką. Robił wszystko,
by ją chronić, bronił z narażeniem własne−
go życia, co zresztą odkupił ciężkimi rana−
mi. Darował jej życie wtedy, kiedy miał je
zabrać. Zgodnie z rozkazem, zgodnie z
wyrokiem sądu wojskowego. To był jego
żołnierski błąd, jego dezercja, jego sła−
bość. To za nią przyjdzie mu teraz płacić
mierzem Raczkowskim na czele. Ludzie
ci, bezimienni często bohaterowie ru−
chu oporu, przeżywają liczne rozczaro−
wania, jakich nie oszczędziło im życie.
Dlatego też tę trzecią część „Polskiego
jeźdźca” zatytułowałem „Rzeczywi−
stość” , dla wyraźniejszego podkreśle−
nia mijania się planów, zamiarów i ma−
rzeń o sukcesach z rzeczywistością. Ta
część nie ma już charakteru autobio−
graficznego jak pierwsza, ani doku−
mentalnego jak druga, jest raczej ob−
szernym opisem i analizą losów wszyst−
kich bohaterów, uwikłanych w histo−
ryczną kanwę akcji, mającej kryptonim
„Jeździec Polski”, zresztą zapozyczony
ze słynnego obrazu Rembrandta.
Cała trylogia nosi oryginalny tytuł
angielski THE POLISH RIDER
Andrzej Tylczyński
(wstęp do książki)
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 19
Literatura
przed sądem wojskowym. Przeżyłby to
jednak bez szemrania, wytrzymałby
wszystko, gdyby mógł mieć pewność, że
jej życie zostało uratowane i to, że on jej
je darował. Kosztem swojego. W zamian
za swoje. Ale, nie. Stało się inaczej. Urato−
wał ją przed wyrokiem, nie zdołał wszak−
że uratować przed zemstą Abwehry, a
może Gestapo? Została zastrzelona z za−
sadzki, po cichu, w zaułku portowym w
Bueons Aires. Jak podały gazety w wyniku
porachunków wywiadów. Prawdopo−
dobnie przez agenta, związanego z Niem−
cami. Ale czy ktoś wie to na pewno? A
może zapłacił jej za wszystko kto inny, tyl−
ko kto? Jej mocodawcy? Polski ruch opo−
ru? Angielski Secret Service? Amerykańska
CIA? A może wreszcie wywiad włoski? A
jeśli jeszcze ktoś inny, komu odmówiła
współpracy? Albo ktoś, o kim za dużo wie−
działa? Tak więc ból, jaki odczuwał po jej
stracie wzmagał się proporcjonalnie do
odczuwanego żalu i bezsilności, uniemoż−
liwiającej zapłacenie skrytobójcom za
krzywdę, jaką wyrządzili jej i jemu. Tak, je−
mu, gdyż właśnie teraz, po tym cudow−
nym zbliżeniu na statku, kiedy po raz
pierwszy od lat kochania, danym mu było
zespolić się z nią w jedność, wejść w jej
do granic obłędu pożądane wnętrze, po
raz pierwszy zaczął wierzyć, że nagrodzo−
ny zostanie szczęściem ponad miarę; pra−
wem stałego pożycia z nią w Argentynie,
gdzie przecież oboje mogli znaleźć zacisz−
ną przystań…
Włodek, jej ukochany mąż, już nie żył.
Wyparła się zresztą jego jak Piotr Chrystu−
sa, w obliczu wielkiego zagrożenia, które
niósł jej on, porucznik Zbigniew Zawada,
wyznaczony wykonawcą wyroku śmierci
na niej, oskarżonej i skazanej za zdradę.
Czy to ważne, że wyparcie się miłości do
Włodka i wyznanie skrytych uczuć do nie−
go było wymuszone? Albo wręcz wyima−
ginowane? Dla niego nie. Jemu było do
pewnego stopnia obojętne, aby tylko do−
stąpić łaski dobrowolnego oddania… A tę
otrzymał i ona stanowiła dla niego ukoro−
nowanie dotychczasowej kariery polskie−
go Casanowy, za jakiego, nie bez racji, się
uważał. Po tej nocy na hiszpańskim trans−
atlantyku „Rio Negro”, zdążającym pełną
parą do Argentyny, było mu właściwie
www.scenapolska.nl
obojętne co się stanie. Jedno wiedział: do−
stąpił zaszczytu posiadania kobiety, stano−
wiącej apogeum jego życia, miłości, eroty−
zmu. Po niej mógł nie mieć nikogo, ona
wyleczyła go z erotomanii, ona pozbawiła
go chorobliwej postawy bezwzględnego
samca, traktującego stworzenia płci prze−
ciwnej jak instru−
menty
zabawy,
twierdze do zdoby−
cia, brzuchy do pe−
netracji, obiekty do
zaliczenia… Ją ko−
chał całym sercem,
całą duszą, całym ro−
zumem i całym cia−
łem, ale z nią i tylko z
nią chciał odtąd dzie−
lić łoże, na zawsze,
jak długo sił wystar−
czy, jak długo życia
stanie. I Tego mu od−
mówiono. Właśnie w
tym momencie, kiedy
znalazł się nareszcie
oko w oko ze szczę−
ściem. Zabrano mu bru−
talnie wszystkie jego
uczucia i marzenia, po−
zostawiając tylko gorycz
porażki i żądzę rewan−
żu… zemsty…
Tak jak ten mały pajączek, tkający skru−
pulatnie i precyzyjnie swoją pułapkę, w
którą złapać się miały muchy, komary czy
ćmy, tak on też budował w umyśle swoją
pajeńczą sieć, w którą miał się zaplątać
kiedyś, ktoś, kto na nabrzeżu portowym
w Buenos Aires pozbawił życia treść jego
życia, kobietę, za którą zapłacić było już
można tylko krwią.
− Gdzie jednak szukać tej ofiary? – prze−
mówił cicho do zapracowanego pajączka
– Poradź mi, proszę, bo nie mam żadnej
wskazówki… A pajączek, zatrzymując się
na chwilę, jakby pragnąc znaleźć odpo−
wiedź na tę zagadkę, ruszył zaraz w dal−
szą swoją drogę, szczelnie zamykając ple−
cioną nicią sam środek pułapki. Jakby
chciał mu powiedzieć: – Ja też nie wiem
kto i kiedy się tu zaplącze, ale buduję mo−
ją sieć w nadziei, że ten trud nie jest bez−
celowy. Rób to samo…
Zbyszek zamyślił się głęboko, jakby szu−
kając w pamięci nici, która mogłaby na−
prowadzić go do kłębka tajemnicy śmier−
ci Zofii…
Zasadniczo zemsta była czymś tak
przeciwnym jego naturze, że nawet nie
spodziewałby się, że aż
tak bardzo będzie jej
pragnął. Przecież wy−
baczał już tak wielkie
urazy, jak nawet dzia−
łania swojej drugiej
żony, Izy, która, z wy−
imaginowanej zdra−
dy, uczyniła przed−
miot swojej perfidnej
na nim zemsty, pole−
gającej na przypina−
niu mu tak rozłoży−
stych rogów, jakimi
próżno próbować
by ozdobić jelenia,
czy łosia. Zdradza−
jąc go na lewo i na
prawo z tak zajadłą
satysfakcją, jakby
chodziło, co naj−
mniej o zemstę ro−
dową. I wiedząc,
że w ten sposób
najmocniej go do−
tyka. Wszystko potrafił znieść, poza hańbą
zdradzonego męża, któremu inni przy−
prawiają rogi. A jednak i to wybaczył,
choć paliło, jego przesadne może poczu−
cie męskiej dumy, jak rana. Ale tej krzyw−
dy wybaczyć nie potrafi i wiedział, że za
nią szukać będzie rewanżu, choćby i w
piekle…
Copyright by Andrzej Tylko-Tylczyński
(fragment- ciąg dalszy w następnym numerze)
Od redakcji:
Na trylogię nosząca oryginalny tytuł
angielski THE POLISH RIDER składają się 3
tomy:
Spowiedź samobójcy, Rzymski kurier i
Rzeczywistość (w przygotowaniu). Frag−
menty tego ostatniego drukujemy za zgo−
dą autora.
Zofia Schroten-Czerniejewicz
X OGÓLNOPOLSKI KONKURS POETYCKI
O „LAMPĘ IGNACEGO ŁUKASIEWICZA"
Regionalne Centrum Kultur Pogranicza
w Krośnie zaprasza również poetów ze
środowisk polonijnych
− Na konkurs należy nadsyłać 3 utwory
o dowolnej tematyce w trzech
egzem−
plarzach maszynopisu, które dotąd nie
były nagradzane.
− Każdy utwór winien być opatrzony
godłem, to samo godło winno występo−
wać na dołączonej kopercie zawierającej
kartkę z imieniem i nazwiskiem, dokład−
nym adresem autora, numerem telefonu
(lub e−mail).
− Oceny nadsyłanych prac dokona ju−
ry, w skład którego wejdą krytycy i poeci
oraz przedstawiciel organizatora.
− Ogłoszenie wyników konkursu i wrę−
czenie nagród odbędzie się podczas Je−
siennej Biesiady Poetyckiej 18 września
2009 r.
− Autorzy nagrodzonych i wyróżnio−
nych prac zostaną poinformowani przez
organizatora listownie lub telefonicznie.
− Organizator nie zwraca nadesłanych
prac i zastrzega sobie prawo do publikacji
nagrodzonych wierszy – nieodpłatnie.
Prace należy nadsyłać do 30 czerwca
2009 r. na adres: Regionalne Centrum
Kultur Pogranicza / dawny Krośnieński
Dom Kultury/ ul. Kolejowa 1 38−400 Kro−
sno z dopiskiem KONKURS POETYCKI
Kontakt z organizatorem: tel. 013 43
218 98, e−mail: [email protected]
Scena Polska nr 1/2009
19
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 20
Recenzja
www.scenapolska.nl
Ko b i e t y n a p r e r i i
Willa Cather: „Moja Antonia”
E l ż b i e t a W i c h a -Wa u b e n
A
by
w
pełni
docenić
książkę, trzeba
przeczytać
ją
we właściwym
momencie: we
właściwym sta−
nie ducha, we
właściwym
miejscu, po wła−
ściwych
do−
świadczeniach.
Książka Willi Cather „Moja Antonia” wy−
dana została w Polsce po raz pierwszy w
1981. Chyba nikt nie musi być przekony−
wany, iż był to jak najbardziej niewłaści−
wy moment.
Sięgnęłam po nią niedawno, w ra−
mach szeroko zakrojonego projektu, któ−
rym zajęta jestem od czasu, gdy przyby−
łam do Holandii, mianowicie ustalania, w
jakiej mierze zmienia człowieka emigra−
cja.
Książka „Moja Antonia” opublikowana
została w Stanach Zjednoczonych w roku
1918. Opowiada o emigrantach z Euro−
py, przybyłych do Stanów Zjednoczo−
nych w drugiej połowie XIX wieku.
Nie jest to klasyczna powieść, przed−
stawiająca wydarzenia chronologicznie,
opisująca fakt po fakcie życie bohaterów
od dzieciństwa do starości. Książka ma
formę wspomnienia. I mimo, że jest to
wspomnienie mężczyzny, świat w niej
przedstawiony jest światem kobiet. Czy−
telnik odnosi nawet wrażenie, że jest to
kobiecy western, z którego wycięto sceny
pojedynków i strzelaniny, z którego usu−
nięto kowbojów i Indian. Pozostała preria
i kobiety, które muszą dać sobie radę w
trudnym świecie na skraju cywilizacji.
Książka zaczyna się w Nowym Jorku,
gdzie narratorka spotyka przyjaciela z
młodości, ustabilizowanego w dorosłości,
zamotanego w zobowiązania, głęboko
osadzonego w swojej sytuacji. Od same−
go początku wiadomo, że to, co nastąpi,
będzie tylko wspomnieniem. To, co zosta−
nie opowiedziane, nie zmieni życia boha−
terów. Ich życie już się wydarzyło.
Narratorka i Jim wspominają wspólne
dzieciństwo w Nebrasce, dawnych znajo−
mych, między innymi córkę czeskich emi−
grantów, Antonię. Jim zgadza się opisać
swoje wspomnienia, by pomóc w po−
wstaniu powieści o Antonii.
Narratorka postanawia jednak pozo−
stawić wspomnienia Jima w takiej formie,
w jakiej je dostarczył. To, co czytelnik
otrzymuje, jest opowieścią Jima.
20
Scena Polska nr 1/2009
Jest to opowieść o dziwnej przyjaźni,
przeradzającej się czasami w miłość, jeśli
takie stwierdzenie nie jest upraszczaniem
spraw życia.
Jim był typowym przedstawicielem
amerykańskiej klasy średniej, Antonia cór−
ką biednych imigrantów. Różnica w sytu−
acji społecznej, ale również w mentalno−
ści bohaterów, była nie do przezwycięże−
nia. Antonia pozostała dla niego nieosią−
galna, było to uczucie niespełnione i tra−
giczne.
Losy Antonii w opowieści Jima są jed−
nym z wielu wątków, nawet nie najbar−
dziej interesującym. Jej życie przebiegło
raczej mało spektakularnie: po rozczaro−
waniach młodości osiadła jako farmerka,
znajdując szczęście
i spełnienie w życiu
rodzinnym, w co−
dzienności, w cięż−
kiej pracy. Pytanie,
czy było to wyrze−
czenie się marzeń
młodości, zgodzenie
się na to, co możli−
we, pozostanie bez
odpowiedzi.
To, co najbardziej
interesujące w tej po−
wieści, to obraz życia
imigrantów z Europy,
ich wysiłki, by przysto−
sować się do obcego
miejsca, w którym każ−
dy musiał zaczynać od
zera, ponieważ w no−
wym miejscu był nikim.
Z Europy przywożono
tylko nadzieję na lepsze
życie i wspomnienia.
Przenoszono umiejętno−
ści i własną mądrość, lecz
nie szacunek, który umięjętności te i mą−
drość w starym kraju wzbudzały.
Ojciec Antonii tej konfrontacji nadziei z
rzeczywistością nie wytrzymał i popełnił
samobójstwo. Obcy kraj jest dla silnych
osobowości.
W powieści „Moja Antonia” najsilniej−
szymi osobowościami okazują się kobiety
imigrantki. Oprócz Antonii, która bierze
swoje życie we własne ręce, powieść uka−
zuje losy Leny Lingard. Życie Leny Lin−
gard wydaje się anachronizmem: jakby
Lena Lingard była bohaterką feministycz−
nej powieści, napisanej pod koniec, a nie
na początku XX wieku. Lena Lingard od−
rzuciła tradycyjne wzorce kobiecego ży−
cia: małżeństwo, wychowanie dzieci. Wy−
brała karierę i samodzielne życie. Nauczy−
ła się krawiectwa i otworzyła własne ate−
lier. Jej projekty znalazły uznanie i Lena
zdobyła sławę. Dzięki innej silnej kobiecie,
przyjaciółce z młodości, Tiny Sonderball,
przeniosła się do San Francisco, co było
ukoronowaniem jej kariery. Sama Tiny
Sonderball jest natomiast jak bohaterka
przygodowej powieści dla młodzieży. Po
wielu przedsięwzięciach postanowiła
wszystko sprzedać i szukać szczęścia (i zło−
ta) w Klondike. I znalazła. Wróciła do San
Francisco jako zamożna, niezależna ko−
bieta.
Epizodycznie pojawia się w powieści
postać polskiego imigranta. Jest nim je−
den z adoratorów Leny, Ordinsky, ubogi
nauczyciel gry na skrzypcach, który z oj−
czyzny przywiózł tylko do−
bre maniery i dumę.
Swoim groteskowym nie−
dopasowaniem
się
wzbudza tylko współ−
czucie bohaterów książ−
ki. Ciekawość polskiego
czytelnika pozostaje nie−
stety niezaspokojona:
nie wiemy ani dlacze−
go, ani w jaki sposób
znalazł się w Ameryce,
nie znamy jego dal−
szych losów.
Ostatnia część po−
wieści opisuje spotka−
nie Jima i Antonii po
wielu latach niewidze−
nia się. Spotkanie to
niczego nie zmieniło.
Wzbudziło tylko sen−
tyment i pytanie, czy
życie mogło ułożyć
się inaczej. Odpo−
wiedzi na to pytanie
nie znajdziemy w książce.
Jim uświadomił sobie tylko, że gdyby
rodzina Antonii została w Nowym Jorku,
gdyby ojciec zarabiał na życie grą na
skrzypcach, Antonia stałaby się innym
człowiekiem.
Gdyby nigdy nie opuściła rodzinnego
miejsca – byłaby inna.
Emigracja na pewno nas zmienia. Nie−
możliwe jest jednak sprawdzenie, na ile.
Każdemu dane jest przecież przeżyć tylko
jedną wersję życia. Nie możemy zmienić
kanału i popatrzeć sobie na wersję nasze−
go życia w kraju ojczystym.
Czy wybraliśmy nalepszą wersję nasze−
go życia – emigrując?
Nie wiadomo.
Albo może wiadomo tylko szczęśliw−
com.
Elżbieta Wicha-Wauben
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 21
www.scenapolska.nl
KANCELARIA SENATU RP
GABINET MARSZAŁKA
DZIAŁ PRASOWY
KONKURS DLA DZIENNIKARZY POLSKICH I POLONIJNYCH
O NAGRODĘ MARSZAŁKA SENATU RP
Senat RP ogłosił rok 2009 Rokiem Polskiej Demokracji. W 2009 roku mija 20 lat od pierwszych wolnych wyborów do Senatu RP
po II wojnie światowej. Od 1989 roku żyjemy w wolnej, demokratycznej Polsce. Transformacja ustrojowa przyniosła Polakom w
kraju wielkie zmiany. Senat RP, który jest opiekunem Polonii i Polaków za granicą interesuje się również tym, jaki wpływ na życie
naszych Rodaków poza granicami miały te zmiany. Jakie znaczenie dla emigrantów miało odzyskanie przez nasz kraj niepodle−
głości w 1989 roku, jaki istnieje związek między zmianą ustroju w kraju, a życiem jej obywateli poza granicami. Senat chciałby
wiedzieć jak postrzega to dwudziestolecie polska diaspora i jak wpłynęło ono na budowanie jej pozycji w krajach zamieszkania.
Dlatego Dział Prasowy Kancelarii Senatu organizuje konkurs dla dziennikarzy o Nagrodę Marszałka Senatu RP pt.:
"XX-lecie polskiej demokracji - moje życie zmieniło się, bo Polska odzyskała wolność"
Celem konkursu jest ukazanie związków między zmianą ustroju w Polsce a sytuacją emigrantów i Polaków żyjących poza grani−
cami i pokazanie jaki wpływ na losy Polaków miało odzyskanie w 1989 roku przez Polskę wolności.
Senat ogłaszając ten konkurs pragnie zainspirować media, a za ich pośrednictwem środowiska polonijne do refleksji nad minio−
nym dwudziestoleciem. Te refleksje pozwolą Senatowi spojrzeć na polskie przemiany z innej perspektywy, pozwolą przyjrzeć się
obowiązującym rozwiązaniom prawnym z oddali, ustalić czy sytuacja w kraju ma wpływ na losy emigrantów.
Autorzy najlepszych prac otrzymają nagrody i dyplomy.
W konkursie mogą wziąć udział dziennikarze prasy polskiej i polonijnej. Warunkiem udziału w konkursie jest opublikowanie pra−
cy lub wyemitowanie programu od początku tego roku do 14 sierpnia 2009 roku i przesłanie tych materiałów do 25 sierpnia
2009 roku na adres:
Dział Prasowy Kancelarii Senatu,
ul. Wiejska 6, 00-902 Warszawa
z dopiskiem na kopercie "Konkurs dla dziennikarzy".
REGULAMIN KONKURSU DLA DZIENNIKARZY POLSKICH I POLONIJNYCH
O NAGRODĘ MARSZAŁKA SENATU
na publikacje związane z ogłoszeniem przez Senat RP roku 2009 Rokiem Polskiej Demokracji pt: "XX − lecie polskiej demokracji −
moje życie zmieniło się, bo Polska odzyskała wolność"
1
Cel konkursu: ukazanie jaki wpływ na losy Polaków miało odzyskanie w 1989 roku przez Polskę wolności, ukazanie związków mię−
dzy zmianami w Polsce a sytuacją emigrantów i Polaków żyjących poza granicami.
2
W konkursie mogą wziąć udział dziennikarze pracujący w czasopismach polskich i polonijnych, rozgłośniach radiowych i telewi−
zyjnych polskich, a także polonijnych za granicą realizujących programy dla Polonii, a także współpracownicy tych redakcji.
3
Warunkiem udziału w konkursie jest opublikowanie pracy lub wyemitowanie programu od początku 2009 r. do 14 sierpnia 2009
r. i przesłanie dwóch kopii pod adresem organizatora do 25 sierpnia br. Ogłoszenie wyników i rozdanie nagród nastąpi w trak−
cie XVII Forum Dziennikarzy Polonijnych we wrześniu br.
Prace powinny odpowiadać następującym kryteriom:
a. treść publikacji powinna być zgodna z celem konkursu,
b. forma pracy dowolna (esej, rozprawka, reportaż, wywiad),
c. kopie tekstów prasowych, audycji radiowych lub programów telewizyjnych powinny być opatrzone pseudonimem,
a dane autora umieszczone w osobnej kopercie, znajdującej się w przesyłce,
d. prace mogą składać dziennikarze (autorzy) lub redakcje,
e. prace powinny być opublikowane w języku polskim,
f. jeśli jeden autor chce przesłać więcej prac konkursowych, każda musi być opatrzona odrębnym pseudonimem
i nadejść w odrębnej przesyłce,
g. prace oceni Kapituła Konkursu złożona z przedstawicieli środowiska językoznawców, dziennikarzy i senatorów.
4
Nagrody:
I nagroda − 5000 zł , II nagroda − 4000 zł , III nagroda − 3000 zł
5
Kapituła ma prawo do innego podziału nagród, w zależności od jakości, ilości i rodzaju nadesłanych prac konkursowych.
Warszawa,16.1.2009 r.
Scena Polska nr 1/2009
21
sp1-09.qxd
2009-03-29
21:35
Page 22
www.scenapolska.nl
22
Scena Polska nr 1/2009
Reklamy