Gdzie las pachnie rozchodnikami

Komentarze

Transkrypt

Gdzie las pachnie rozchodnikami
Gdzie las pachnie rozchodnik
rozchodnikaa mi…
WSTĘP
Pewnego październikowego wieczoru 1969 r., tuż przed 19.30, o której to godzinie od dawien dawna zaczynał się Dziennik Telewizyjny, cała rodzina zasiadła przed telewizorem. Był to akurat Dzień Nauczyciela, w tym też dniu w Belwederze miała odbyć się uroczystość dekorowania zasłużonych osób odznaczeniami państwowymi przyznanymi przez Radę Państwa. Jak zwykle, najpierw były liczne wiadomości
z „frontu produkcyjnego”: który to zakład pracy już w październiku wykonał w 150% plan roczny, potem
wiadomości ze świata, wreszcie wzmianka o orderach i odznaczeniach nadanych przez władze. Wreszcie
krótka, może 5-minutowa migawka z Belwederu. Marszałek Spychalski, w asyście oficjeli, przeszedł się
wzdłuż szeregu laureatów, wśród których wszyscy wypatrywali tej jednej, drobnej postaci Zofii Krawieckiej. Wreszcie padło: „Jest!” - Marszałek przypiął order, wręczył kwiaty, uścisnął dłoń i przeszedł do
następnego…
Kilkuminutowa migawka filmowa, może 3 sekundy Zofii Krawieckiej na ekranie programu ogólnopolskiego, uścisk dłoni Głowy Państwa, czy to wiele, czy nie – w porównaniu z półwieczem Jej działalności,
jakie poprzedziło to zdarzenie?
Ten i ów zapewne skwituje to wzruszeniem ramion, że tamto państwo…, że tamten regime…, cóż, nikt
nie wybiera sobie daty urodzenia i tym samym epoki, w której przyszło mu żyć, ale każdy ma - przynajmniej w pewnym stopniu – wybór, co z tym swoim życiem zrobi i czego dokona. Spójrzmy zatem
chłodnym okiem – z racji upływu czasu – na owo półwiecze życia Zofii Krawieckiej poprzedzające ów
październikowy dzień 1969 r. A zaczęło się to…
ROZDZIAŁ I
Zapewne pod koniec sierpnia 1921 r. Zofia Krawiecka, w towarzystwie serdecznej przyjaciółki, Wici
Krzeczkowskiej, po mężu Myszkowej, wyruszyła w podróż z rodzinnego Przemyśla do Majdanu Starego
w powiecie biłgorajskim. Przejazd z Przemyśla do Majdanu nie przypominał zupełnie tego, co znają
współcześni – autobusem można dostać się na miejsce w 2-3 godziny. Wtedy to była wyprawa na cały
dzień. Wiadomo z opowiadań, jak to się wtedy (a i długo potem jeszcze) jechało. Najpierw z Przemyśla
trzeba było dostać się pociągiem do Lwowa (ok. 60 km), tam czekała przesiadka na pociąg w kierunku
Warszawy. Wysiadało się na stacji Rawa Ruska (obecnie tuż przy granicy z Ukrainą, ale po tamtej stronie). W Rawie Ruskiej trzeba było czekać na pociąg, którym dojeżdżało się do Zwierzyńca, tam z kolei
przesiadka na kolejkę wąskotorową (starsi mieszkańcy okolic Biłgoraja pewnie jeszcze ją pamiętają).
Ciuchcia wlokła się z szybkością furmanki, wreszcie, uf... Ale to jeszcze nie koniec – wysiadłszy w Biłgoraju trzeba było jeszcze dostać się do Majdanu (ok. 7 km) po tzw. "dylówce"; jedynym środkiem lokomocji była furmanka. (Dopiero w latach trzydziestych położona została droga bita; pod koniec okresu
międzywojennego na trasie Biłgoraj-Tarnogród pojawiły się autobusy. Przejazd w jedną stronę kosztował
podobno 2 złote.)
Po cóż ta wyprawa w nieznane? Z dniem 1 września 1921 r. Zofia miała objąć posadę nauczycielki w
Majdanie. Jak do tego doszło, co skłoniło Ją do wyboru jakże trudnego zawodu nauczyciela?
A propos jazdy furmanką z Biłgoraja do Majdanu przypomina się opowieść Antoniny Wodzińskiej, kiedy
to po raz pierwszy przyjechała odwiedzić siostrę – Zofię Krawiecką. Przed stacją wąskotorówki w Biłgoraju, gdzie wysiadła, znajdował się „przystanek” furmanek. Woźnice przeważnie byli pejsaci i w chałatach. Zaczęła więc zwyczajowe targi z jednym z nich. „-Za ile do Majdanu” – spytała. „-A którą klasą
1
pani szanowna sobie życzy? Bo są czi!” – spytał woźnica charakterystycznym akcentem. Antonina spojrzała na furmankę wymoszczoną słomą, gdzie siedziało już parę osób. „-Co za różnica?” – spytała.
„-Szanowna pani zobaczy!”. Którą klasę wybrała, nie wiadomo. W każdym razie różnica wyszła na jaw
zaraz na pierwszej górce za Biłgorajem, kiedy to woźnica zaordynował: „-Trzecia klasa wysiada!”. Jakoś
za Korczowem była większa górka: „-Druga klasa wysiada, czecia klasa pcha!”. Proste? Proste!
Zofia Krawiecka urodziła się w cesarsko-królewskim Przemyślu, 29 marca 1900 roku, jako czwarte z
kolei dziecko Ludwika i Katarzyny Krawieckich a zarazem pierwsza córka. Przed nią było już trzech braci: Kazimierz, Aleksander i Józef. W 1902 r. urodził się najmłodszy z braci – Franciszek, a w 1906 r. Antonina, Mama Anny Wodzińskiej i Babcia Piotra Wodzińskiego.
Zofia urodziła się jako 7-miesięczny wcześniak, stąd była mała i drobna, ale już w wieku 9 miesięcy zaczęła chodzić, co wiadomo z rodzinnych przekazów.
O wczesnym dzieciństwie niewiele wiadomo; można jedynie przypuszczać, że – jak i inne dzieci - zaczęła uczęszczać do szkoły w wieku 7 lat. Wtedy też zapewne ujawniły się jej skłonności pedagogiczne, bo
jej ulubioną zabawą była właśnie "zabawa w szkołę" urządzana w domu lub na podwórku. Na podłodze
ustawiała puste butelki, które były jej "uczniami", sama zaś stawała za krzesłem zastępującym katedrę i
prowadziła "nauczanie". Później "lekcje" przeniosły się na podwórko, ale tym razem butelki zostały zastąpione dziećmi z okolicy i wszyscy razem bawili się w szkołę, z Zosią jako nauczycielką, rzecz jasna, i
to nauczycielką wymagającą, która "biła po łapach", czym popadło za brak wiedzy. Z czasem do tych
zabaw była wciągana najmłodsza siostra – Antonina, a że ta niewiele z tego rozumiała, nic więc dziwnego, że najwięcej obrywała. Dlatego, na wieść, że zaczyna się szkoła, Antosia kryła się, gdzie tylko mogła,
choć równocześnie bardzo chciała bawić się z dziećmi.
W roku 1910 rodzinę spotkał straszny cios, bo ojciec, Ludwik Krawiecki, będący kucharzem "nadwornym" biskupa przemyskiego Pelczara, zmarł i cały ciężar wychowania licznej gromadki dzieci spadł na
matkę. Katarzyna z Kowalskich Krawiecka pochodziła z licznej rodziny z podrzeszowskiej Gwoźnicy,
sama nie miała żadnego wykształcenia, umiała tylko czytać, bo już z pisaniem było znacznie gorzej, ale
od męża nauczyła się znakomicie gotować, dzięki czemu pracowała jako kucharka w domach oficerów
austriackich. (uwaga dla młodszych internautów – Przemyśl był w zaborze austriackim, w dodatku był
twierdzą z dość silnym garnizonem). Dodatkowo dorabiała organizując przyjęcia weselne itp. Całymi
dniami przebywała więc – z konieczności – poza domem, tak więc obowiązek opieki na najmłodszym
rodzeństwem spadał na starsze dzieci. Mimo tego jednak dzieci były trzymane krótko, niejednokrotnie –
jako ostateczny argument – był w robocie pas, który nie ominął nawet najstarszego Kazia, kiedy to ten,
zamiast do szkoły, poszedł na jarmark pomagać świnie gonić do rzeźni.
Zofia chodziła do szkoły ludowej od 1907 do 1912 roku, potem rozpoczęła naukę w 8-letniej szkole wydziałowej, gdzie ukończyła klasę czwartą. Następnie skończyła 4-letnie seminarium nauczycielskie – w
1921 r. Były to trudne czasy I Wojny Światowej. Cała rodzina przeżyła dwukrotne oblężenie Przemyśla
przez armię carską, potem zaś – w maju 1915 r. – przez Austriaków. Miała przy tym okazję na własne
oczy zobaczyć cara Mikołaja II wizytującego zdobytą właśnie twierdzę.
Niestety, z seminarium nie zachowały się żadne dokumenty, jedyną pamiątką jest zdjęcie Zofii Krawieckiej jako absolwentki. Jest to zresztą Jej najstarsze zachowane zdjęcie.
2
Pokwitowanie wpisowego z
c-k Seminarium Nauczycielskiego w Przemyślu.
Po zdaniu matury pojechała na placówkę nauczycielską do Majdanu. Dlaczego akurat tam? Można przypuszczać, że przyczyną tego był fakt, że w dawnej Galicji nauczycieli było dosyć, brak było wolnych
etatów, tamtejsze seminaria zasilały zatem kadrą pozostałe regiony świeżo wyzwolonej Polski, zwłaszcza
zaś dawnej Kongresówki, gdzie panował niedostatek nauczycieli.
Wróćmy jednak do tematu: obie dziewczyny, to jest Zosia i Wicia, wysiadły na stacji w Biłgoraju, siadły
na przywiezionych tobołach i w płacz! A tobołów musiało być sporo, gdyż zawierały wszystko, co młodej osobie mogło być potrzebne: rzeczy osobiste, pościel z siennikiem włącznie, książki, garnki itp. Jakąś
wynajętą furmanką dotarły w końcu do Majdanu.
Pierwszym miejscem pracy świeżo upieczonej nauczycielki była mała szkoła wiejska z zaledwie dwuosobową obsadą. Kierowniczką szkoły była młoda nauczycielka Olga Gettingerówna, córka kolejarza ze
Lwowa. Zofia zamieszkała wraz z Olgą w małym przyszkolnym mieszkanku. Jakiś gospodarz z desek
zbił pryczę, na tym położyły wypchany słomą siennik i obie z Wicią położyły się spać na tym prymitywnym łożu.
3
Maturzystka, rocznik 1919
Olga Gettingerówna, kierownik Szkoły Powszechnej w Majdanie w latach 1917-46
Majdan od samego początku oczarował Zofię. Opowiadała potem, że tak cudownie pachniał sosnowym
lasem, kwitnącymi rozchodnikami. Ten lasek i piasek wydał się jej czymś bardzo pięknym. Została, już
nie płakała, ale czy wtedy przeczuwała, że zostaje na całe życie? Ta młoda, bardzo ładna i wesoła dziewczyna pewnie nie myślała wtedy, że ten Majdan to początek i kres jej dorosłego, bardzo pracowitego i
oddanego szkole życia!
Początki nie były łatwe; brak było mebli, tylko sprzęty zrobione przez wiejskiego stolarza: stół zrobiony z
desek, krzesła bardzo niewygodne, bo chłopina umiał robić ławy i zydle, a nie „pańskie” meble. O
wszystko było trudno, bo to i dewaluacja marki była galopująca i pensja błyskawicznie traciła wartość.
Jednak mimo tego życie towarzyskie kwitło, a bardzo szybko okazało się, że obie nauczycielki, Olga i
Zofia, znalazły wspólny język z innymi przedstawicielami sfer wykształconych z kręgu Klucza, mianowicie w sprawach dotyczących życia wsi, chłopów i wspólnie zaczęli działalność oświatowo–kulturalną
w majdańskim środowisku. O Kluczu będzie mowa w następnym rozdziale.
Praca z dziećmi w tym czasie też była trudna. Wiejscy rodzice nie cenili jeszcze szkoły jako źródła wiedzy swoich dzieci. Były im one potrzebne do pomocy w gospodarstwie, pasły krowy przed lekcjami i po
lekcjach, odrabiały zadania „ za krowami", jak to się określało. Pomagały w robotach polowych, opiekowały się młodszym rodzeństwem. Przed wojną każdego roku były „kartoflane wakacje", tzn. na okres
kopania ziemniaków był tydzień wolny od lekcji. Wtedy ziemniaki kopało się ręcznie motykami i każda
para rąk do pracy była potrzebna. Często chłopi uważali posyłanie dzieci do szkoły za stratę czasu. Jak
już malec umiał się podpisać i czytał „na książeczce” do nabożeństwa, to było wystarczające i bardzo
często rodzice zatrzymywali dzieci w domu, aby pomagały w polu. Władze polskie wprowadziły obowiązek szkolny, ale były wypadki bezsilności wobec oporu rodziców.
4
Nauczyciele musieli zaczynać wychowanie i nauczanie od bardzo podstawowych, żeby nie powiedzieć
prymitywnych, pouczeń i wyjaśnień. Pierwszaków prowadzono do wychodka na podwórzu i objaśniano
jak z niego korzystać. Była to zwykła sławojka, ale we wsi chodziło się za stodołę w celu załatwienia
fizjologicznych potrzeb. Mniejszą potrzebę można było uskutecznić gdziekolwiek, ale grubsze załatwiano
na trawie za stodołami i za papier toaletowy służyły liście łopianu albo innych roślin, w końcu mógł to
być wiecheć świeżo zerwanej trawy. Chłopi uważali budowanie sławojek za pański wybryk. Następnym
problemem do rozwiązania było wytłumaczenie dzieciom, że w czasie lekcji nie mówi się idę s...ać, tylko
podnosi się rękę do góry i pyta, czy można wyjść. Dzieciaki, te małe i starsze, były straszliwie zawszone,
głowy, bielizna lniana, gruba roiły się od tych stworzonek. Na wsi uważano, że tak być musi, wszy były i
są nieodłącznym towarzyszem człowieka. Mieli własne sposoby na uwalnianie głów z uciążliwych lokatorów, mianowicie smarowano łepetyny naftą. Oglądaniem stanu podopiecznych zajmowali się nauczyciele, w bardzo krytycznych przypadkach wysyłali delikwentów do domu na odwszawianie ze zwolnieniem na trzy dni od lekcji. Było to całkiem normalne i naturalne, nauczyciel uczył wszystkiego i wychowanie nie dzieliło się na wynikające z karty nauczyciela, bo takiej wtedy nie było, i społeczne, bo ten
termin nie był wówczas znany.
Na wsi mało starszych ludzi umiało czytać i pisać – władzom carskim nie zależało na kształceniu Polaków. Ciocia Zosia prowadziła kursy dla analfabetów traktowane jako praca pozaszkolna. Zachowało się
podziękowanie Rady Szkolnej Powiatowej w Biłgoraju z 1 września 1927 r., a honorarium za cały rok
szkolny wyniosło aż 80 zł!
Zofia Krawiecka jako młoda nauczycielka
5
Jeszcze jedno zdjęcie Zofii Krawieckiej z okresu
międzywojennego.
Zofia Krawiecka (w środku), Olga Gettingerówna i
jej brat – Jan Gettinger
6
Pierwsze nauczycielskie zdjęcie Zofii Krawieckiej
Dzieci szkolne, osobno chłopcy i dziewczęta, udają się na mszę
ROZDZIAŁ II
Majdan Księżpolski z początku XX w.
Tak samo jak dziś na Majdan Księżpolski składa się Majdan Stary położony na prawo od szosy Biłgoraj –
Tarnogród, oraz na lewo od szosy Majdan Nowy. Wieś była uboga, ziemie liche, piaszczyste, mało urodzajne, mówiąc dzisiejszym językiem - niskiej klasy. Chłopi obsiewali swoje zagony żytem, jęczmieniem, hreczką (gryką), obsadzali ziemniakami i kapustą. Pszenicą obsiewali nieliczne, bardzo małe urodzajniejsze kawałki. Gospodarstwa były bardzo małe, biedne, takie, że jak ktoś posiadał 5 morgów ( 2 i
pół ha) uchodził już za zamożnego. Jak ktoś miał 3 krowy w oborze a w chlewiku 2 świnie i 2 konie w
stajni, to był uważany za bogacza. Domy liche, małe, drewniane, kryte strzechą, jednoizbowe, tylko u
bogatszych była mała kuchnia i większa izba. Przed samą wojną w Nowym Majdanie były trzy murowane domy a w Starym – dwa. Jednak nie był Majdan „dziurą zabitą deskami”. Był w nim tzw. Klucz, czyli
dworek, dom piętrowy i dwa domy mieszkalne dla 4 rodzin – to siedziba Administracji Klucza Księżpolskiego Ordynacji Zamojskich. (Tak jest w dokumentach). W powiecie biłgorajskim Zamoyscy mieli
7
ogromne dobra ziemskie i w Majdanie mieszkał zarządca tego klucza, a także pracownicy administracji
stanowiący wraz z nauczycielami grupkę inteligencji nadającą wsi inny charakter. Kiedy Zofia Krawiecka
zaczęła swą pracę, administratorem był pan Roszkowski, stary kawaler, ogromny miłośnik kwiatów,
ogrodnictwa. Sprowadzał z Holandii cebule hiacyntów i tulipanów, od ogrodników – krzewy i byliny
ozdobne. Zamienił ogród dworski w czarodziejski zakątek. Do dziś niewiele zostało z jego nasadzeń,
ogród jest bardzo zaniedbany. P. Roszkowski zmarł w Majdanie i tam został pochowany na cmentarzu
parafialnym. Jego następcą był pan Tadeusz Ossowski, który stracił swe dobra ziemskie w wyniku I Wojny Światowej, bowiem tereny znalazły się w Sowietach. Przyjechał do Majdanu ze swą matką, siostrą i
jeszcze dwiema krewnymi, zamieszkali wszyscy w dworku, który istnieje do dnia dzisiejszego, ale zrujnowany nie przypomina tego, czym był w relacjach rodzinnych.
Klucz
Pracownikami administracji byli wspaniali, bardzo wartościowi ludzie. Często rozbitkowie wojenni, którzy stracili wszystko oprócz wykształcenia i charakteru. Sam administrator i jego bliscy byli typowymi,
niedostępnymi osobami z arystokracji i choć nie mieli nic, nosa zadzierali, nie zapraszali do siebie osób z
innej sfery. Zapewne ci wszyscy ludzie znaleźli się w Majdanie w wyniku zawieruchy wojennej i wędrówki Polaków. Po I wojnie światowej musieli sobie szukać nowego miejsca w niepodległej ojczyźnie,
bowiem ich dotychczasowe bytowanie legło w gruzach. Potracili majątki, pracę, dorobek całych pokoleń,
zostawili to po wschodniej stronie granicy i musieli zaczynać wszystko od nowa.
Kamienica administracji Klucza
Pracownicy Klucza na ganku fornali
8
Dworek, 1932 r.
Ochotnicza Straż Pożarna i remiza
Ważnym momentem dla życia wsi oraz działalności społecznej było utworzenie Ochotniczej Straży Pożarnej. W dokumentach rodzinnych zachowało się zdjęcie aktu erekcyjnego remizy strażackiej, ciekawa
jest jego treść:
"Bogu Wszechmogącemu
Na chwałę,
Ojczyźnie na pożytek,
A Braciom na wspomnienie,
W radosną dziesiątą
Rocznicę wyzwolenia
Polski spod wiekowej
Niewoli, to jest w dniu
11 listopada 1928
Na placu ofiarowanym
Przez gospodarzy z Majdanu
Starego założono
kamień węgielny
pod budowę domu
Ochotniczej Straży
Pożarnej
i Polskiej Macierzy Szkolnej,
Który według woli ofiarodawców
i wszystkich mieszkańców
ma służyć po wieczne czasy
jako ostoja
Polskości, siedlisko
kultury i podstawa
skutecznej obrony
przed ogniem,
ciemnotą,
nienawiścią
i nędzą.
Rozpoczęte w dniu
9
dzisiejszym dzieło podejmują się
prowadzić i z pomocą Bożą
szczęśliwie zakończyć
istniejące w Majdanie organizacje,
za które podpisują:
Majdan Księżpolski, dnia 11 listopada 1928 r.
W imieniu Parafii
Ks. Józef Ołdak
Czł. dozoru Józef Łokaj
Kierowniczka Olga Gettingerówna
W imieniu Szkoły
Nauczyciel Adam Wodziński
Prezes T. Ossowski
W imieniu OSP
Naczelnik Wincenty Grot-Gisges
W imieniu Macierzy Szkolnej
Przewodnicząca E. Gisgesówna
Sekretarz Zofia Krawiecka
W imieniu Kółka Rolniczego
Prezes Franciszek Milbrandt
Vice-prezes Michał Markowicz
(Pisownia oryginalna)
Z tego dokumentu wynika jasno, że w 10 lat po odzyskaniu niepodległości w Majdanie istniały i prężnie
działały liczne organizacje społeczne. Wątpliwe, czy byłoby to możliwe, gdyby nie fakt, że właśnie w
Majdanie mieścił się wspomniany już Klucz. W lipcu 1926 roku grupa osób, pracowników klucza, nauczycieli wraz z gospodarzami Majdanu Księżpolskiego założyła Ochotniczą Straż Pożarną zarejestrowaną na podstawie postanowienia wojewody lubelskiego.
Założyciele Ochotniczej Straży Pożarnej w Majdanie
Siedzą od lewej Józef Łokaj (w kapeluszu), F. Milbrandt, Olga Gettinger, Wincenty Grot-Gisges,
Ewelina Gisges, Adam Wiktor Wodziński i Franciszek Adamek.
10
Pierwszym naczelnikiem Straży na terenie Majdanu Wincenty Grot-Gisges. Od samego początku a do
swojej śmierci członkiem OSP była Zofia Krawiecka.
Wspomnianą remizę budowano z cegieł, był w niej przewidziany garaż na urządzenia gaśnicze, napędem
były wtedy konie, garaż na samochody nie był więc potrzebny.
Życie teatralne wsi
Dużą część remizy zajmowała sala ze sceną, widownią i garderobą. To właśnie w niej odbywały się
wszystkie uroczystości związane z rocznicami państwowymi, to tu nauczyciele wystawiali grane przez
siebie lub przez uczniów sztuki.
Zespół teatralny
Szkoła
Szkoła mieściła się w starym budynku, dziś już, niestety nieistniejącym. Początkowo była w nim jedna
duża klasa szkolna i mieszkanie nauczycielek złożone z jednego, dużego pokoju i kuchni bardzo malutkiej. Przed szkołą był bardzo duży plac należący do parafii, przeznaczony na „parking” dla furmanek,
które w niedziele i święta przywoziły do kościoła ludzi ze Smólska i Lipowca. Był to bardzo piaszczysty
plac, przez który przebiegał drewniany chodnik od plebanii do kościoła, aby księdzu nie nasypał się do
butów piasek, gdy udawał się do kościoła. Początkowo równolegle do szkolnego płotu były zamocowane
grube drewniane belki, do których przywiązywano konie. Na zdjęciu już tych zamocowań nie ma. Chodnik i bele usunięto, gdy zbudowano szosę od krzyżówki do plebanii.
11
Stara szkoła w Majdanie, zdjęcie z lat międzywojennych
Stara szkoła w innym ujęciu
Widok kościoła od strony starej szkoły, zdjęcie z lat
międzywojennych
12
Klasa szkolna była ogromna, pięć okien w trzech ścianach, przy czwartej ścianie usytuowany ogromny
ceglany piec i drzwi do sieni. Przy tej ścianie zawsze stała tablica do pisania kredą.
Z sieni wychodziło się na mały ganek, a potem na plac szkolno – kościelny pokryty żółtym piaskiem jak
na nadmorskiej plaży. Takich miejsc z piaseczkiem w Majdanie nie brakowało. Również remiza, a w latach powojennych nowa szkoła, były zbudowane właśnie na takich piaseczkach. Na przerwach międzylekcyjnych dzieciaki wybiegały na ten plac i zaczynały się prawdziwe harce i swawole, przy czym nie
było bolesnych kontuzji, bo nikt padając na ziemię nie mógł sobie nabić siniaka, piaseczek amortyzował
upadki. Również na tym placu odbywały się lekcje gimnastyki, bo szkoła nie miała własnego boiska.
(Kiedy zawiodła pogoda, lub zima była sroga, lekcje gimnastyki odbywały się w klasie. Zofia Krawiecka
robiła to z ogromnym talentem. Usadzała dzieci na pulpitach ławek i prowadziła ćwiczenia rąk, przysiady
i ćwiczenia nóg odbywały się na podłodze między ławkami. Potem były gry i zabawy rozwijające inteligencję, refleks, gdy dzieci siedziały w ławkach. Oczywiście dzieci nie przebierały się w stroje gimnastyczne, ćwiczyły w codziennych ubraniach i butach, zresztą podłoga nie nadawała się do siadania na
niej, były to drewniane deski nasączane tak zwanym pyłochłonem, który śmierdział jak ropa naftowa, a
chronił przed pchłami i kurzem z naniesionego na buciorach piasku.).
Ks. Mikołaj Kostrzewa, proboszcz w Majdanie do
1941 r. Aresztowany przez Niemców, zginął w
Dachau.
ROZDZIAŁ III
Od początku istnienia koła PCK w szkole Zofia Krawiecka była jego opiekunem, aż do ostatniego dnia
pracy z przerwą na lata okupacji niemieckiej, bo wtedy praca wszystkich organizacji szkolnych była zawieszona. Organizowała młodzież, prowadziła kursy sanitarne, uczestniczyła w wakacyjnych kursach dla
nauczycieli-opiekunów kół szkolnych.
13
Szkolne koło PCK
Tutaj konieczna jest jedna dygresja - pod adresem dzisiejszych nauczycieli, stale narzekających na niskie płace, liczne obowiązki itp.
W latach międzywojennych każdy nauczyciel miał jeden miesiąc wakacji, a w drugim obowiązany był na
własny koszt pojechać i ukończyć kurs nauczycielski lub na wycieczkę krajoznawczą. Były to kursy sanitarne, krajoznawcze, modelarskie itp. Zachowały się tylko nieliczne zaświadczenia o ukończeniu kursów
przez Zofię Krawiecką przed wojną. Np. od 4 – 11 sierpnia 1939 r.! była Ciocia na wycieczce na Śląsk
Zaolziański i Beskidy Zachodnie. Zachował się cały jej program.
Bardzo często wspominała potem na lekcjach geografii, że widziała tereny, o których na lekcji była mowa.
Znalazł się jeszcze dokument z kursu geograficznego w Puławach w 1930 r. "Należy przywieźć ze sobą
pusty siennik, poduszkę, talerz, kubek, łyżkę i widelec. Koszt utrzymania wraz z mieszkaniem 95 zł." A
więc nauczyciel za ten kurs płacił. A dziś? Pewnie byłby krzyk na całą Polskę, że "zabierają nam wakacje
i jeszcze mamy płacić?".
Wracając jednak do tematu koła PCK w szkole, to Ciocia zorganizowała apteczkę szkolną, w której były
podstawowe środki opatrunkowe, lekarstwa szczególnie przydatne przy bólach brzucha, płyn Burowa, no
i bardzo potrzebna i skuteczna maść cynkowa. Zawsze po lekcjach opatrywała pokaleczone często zaropiałe dziecięce ręce i nogi, smarowała maścią cynkową strupy na buziach, leczyła chore brzuchy i gardła.
Wtedy nauczyciel musiał umieć wszystko – uczyć, leczyć, pisać podania i prośby do władz, udzielać porad prawnych i życiowych, godzić zwaśnionych. Jak wyglądała praca nauczycielska na wiejskiej placówce? Mu sieli wszystko umieć. Zosia i Babcia Autora, Antonina Wodzińska, Mama Anny Wodzińskiej,
udzielały pomocy w chorobach, do nich przychodzili starzy i dzieci z „bolakami” (czyrakami), ranami,
które nie chciały się goić, bo panienka znajdzie na to „liczydło” (lekarstwo). Pochodna od leczyć – liczyć.
Zosia przez cały okres swego majdańskiego życia była Panienką i do niej przychodzono jak do lekarza.
Zachowało się wiele legitymacji różnych organizacji, do których przed wojną Ciocia należała. Na ich
podstawie można wywnioskować, ile pracy pozalekcyjnej, dziś się mówi społecznej, wykonywał nauczyciel w II Rzeczypospolitej traktując to zresztą bardzo naturalnie jako część obowiązków, które należy
14
wykonać - dla dobra społeczności danej wsi, czy miasteczka. To nie była praca, lecz służba nauczycielska
i tak o niej mówiono.
Legitymacja służbowa
Legitymacja Związku Polskiego Nauczycielstwa Szkół Powszechnych
Legitymacja Centralnego
Związku Młodej Wsi
Legitymacja Związku Harcerstwa Polskiego
15
Legitymacja Towarzystwa
Popierania Budowy Publicznych Szkół Powszechnych
W grudniu 1938 r. powołano Ją w skład Gminnej Komisji Wyborczej; zapewne były to ostatnie przed
wojną wybory do Sejmu. Fakt powołania do komisji był dowodem uznania dla Jej pracy i działalności
społecznej.
Jest takie pisemko z grudnia 1931 r., w którym inspektor szkolny udzielił Jej płatnego urlopu od 12 do 31
grudnia. Nie ma informacji, na co ma być przeznaczony ten urlop. Od siostry, Antoniny Wodzińskiej,
wiadomo, że w pewnym okresie młodości Ciocia zaczęła tracić wzrok w jednym oku. Odklejała się siatkówka. Zapewne było to wtedy, urlop potrzebny był na leczenie. Wiadomo, że leczyła się u przemyskiego
okulisty, brała bardzo drogie zastrzyki, ale to nie pomogło. Nieodwołalnie straciła wzrok w tym oku. Mimo tego później pracowała dalej jeszcze 30 lat, poprawiała tysiące wypracowań patrząc jednym okiem. O
tym, że Ciocia widzi tylko na jedno oko, dowiedzieliśmy się znacznie później.
Początkowo Zofia Krawiecka mieszkała wraz z Olgą Gettingerówną w starej, nieistniejącej już szkole –
do 1929 r., kiedy to w Majdanie zainstalowali się rodzice Anny Wodzińskiej a dziadkowie Piotra Wodzińskiego. Wtedy właśnie zwolniło się mieszkanie zajmowane dotąd przez jednego z pracowników Klucza. Zofia Krawiecka, Olga Gettingerówna, Adam i Antonina Wodzińscy zajmowali część domu naprzeciwko Klucza, drugą część - Franciszek Milbrandt z rodziną. W sąsiednim domu mieszkała rodzina Gisgesów z córką Ryśką i synem Jurkiem (zginął w Powstaniu Warszawskim), natomiast w drugiej części
jego matka (zwana "babciunią") i siostra Ewelina. Pan Gisges, architekt z zawodu, i pani Ewelina byli
pracownikami Klucza.
16
Dom Gisgesów
Zofia Krawiecka, z
Mamą – Katarzyną
Krawiecką, lato
1939 r.
Dom rodziny
17
ROZDZIAŁ IV
Rok 1939
Pod koniec sierpnia 1939 r. majdańscy nauczyciele: Zofia Krawiecka, Olga Gettinger, Adam Wodziński,
wrócili z wakacyjnych wojaży, przygotowywali się do rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Ogólny niepokój wzbudzały pogłoski o zbliżającej się wojnie – nic w tym dziwnego, sytuacja międzynarodowa zaostrzała się, a to pokolenie przeżyło już jedną wojnę światową, wojnę bolszewicką i mizerię pierwszych
lat powojennych. Wielu utraciło dorobek życia pokoleń pozostawiony po tamtej wojnie za wschodnią
granicą. Tymczasem ogłoszona została mobilizacja, inspektorat oświaty wypłacił nauczycielom pensję za
trzy miesiące z góry. Radio nadawało instrukcje jak zabezpieczyć okna oklejając szyby paskami papieru,
opróżnić strychy, przy każdym budynku koniecznie musi być piasek i łopaty służące do zasypywania
ognia. Wszyscy szyli maseczki z gazy, przygotowywali piwnice, aby można się było w nich chować.
Dopiero o kilku dniach września okazało się, co naprawdę znaczy WOJNA. Przez Majdan przechodziły
fale uchodźców z zachodnich terenów Polski. Radio nawoływało, aby mężczyźni udawali się na wschód.
Wielu uchodźców, całe rodziny, zatrzymywali się u nas. Wszyscy dostawali jedzenie, mogli się umyć,
przenocować, a potem uciekali dalej na wschód, np. nauczycielska rodzina Kózków z małego miasteczka
koło Poznania, która utraciła cały dobytek w zbombardowanym pociągu ewakuacyjnym.
Przyszedł w końcu dzień, kiedy front dotarł do Tanwi w Markowiczach. Przez Majdan przetoczyła się
artyleria polskiego wojska, spienione w galopie konie ciągnęły armaty, a zakurzeni od pyłu żołnierze siedzieli na jaszczykach. Od strony Tanwi zaczęła się strzelanina, terkotały karabiny maszynowe, a gdy zapadł zmrok na niebie widać było łunę pożaru. To płonęły domy sklepikarzy koło mostu na Tanwi.
Następnego dnia rano wszyscy mieszkańcy Majdanu schronili się w lesie na końcu Majdanu Starego,
gdyż żołnierze polscy zarządzili ewakuację – Majdan Nowy miał być na linii frontu. Obozowisko mogło
wyglądać na majówkę, gdyby nie strzały, które znowu było słychać, a potem niemieckie samoloty zaczęły przelatywać nisko nad lasem szukając polskiego wojska. Po południu groźne detonacje było słychać od
strony Biłgoraja, Niemcy bombardowali miasteczko ogarnięte wkrótce pożarem. Widoczne były chmury
czarnego dymu. To najbardziej napawało strachem i grozą.
Po powrocie po kilku dniach okazało się, że wszystkie nagromadzone zapasy zostały splądrowane, nie
wiadomo, czy przez wojsko, czy może przez zwykłych złodziejaszków.
Wreszcie któregoś dnia na rowerach przyjechali żołnierze niemieccy. Dwaj zatrzymali się przed naszą
werandą. Ciocia wyszła do nich a ci zaczęli wołać: „vejce, vejce”1. Być może byli to Czesi lub Niemcy
Sudeccy. Ponieważ nikt nie wiedział, o co chodzi, zniecierpliwiony Niemiec wyjął z kieszeni jajko i
znów zaczął swoje „vejce, vejce”. Ciocia ujawniła się ze swoją znajomością niemieckiego i oświadczyła,
że kur nie ma, wobec czego nie ma i jajek. Zażądali chleba i zabrali ostatni kawałek, jaki był w domu. Od
tego czasu trzeba było chować ten niezwykle atrakcyjny dla Niemców artykuł z uwagi na ciągłe „najazdy” niemieckich pikiet w jego poszukiwaniu. Niemcy nie tyle go rabowali, co wymieniali za swój zupełnie niejadalny komiśniak wojskowy, wypiekany z trocin lub czegoś podobnego.
Któregoś dnia jeden z gospodarzy opowiadał o Sowietach rzekomo widzianych na szosie; zapewne był to
jakiś oddział, który zapędził się za daleko za linię Bugu i Sanu.
Przez jakiś czas jeszcze w izbach szkolnych leżeli jeszcze ranni polscy żołnierze, którymi opiekował się
Olek Kleczeński, przyjaciel rodziny, lekarz kliniki lwowskiej, którego losy wojny zapędziły aż tutaj.
Nauczyciele nie pracowali, szkoła była nieczynna, zajmowali ją Niemcy. Nie można było niczego kupić,
w dodatku zapasy żywności zakupione za trzymiesięczne pobory wypłacone przez władze oświatowe pod
koniec sierpnia zostały splądrowane we wrześniu. Było więc głodno i chłodno.
1
„Vejce” – po czesku „jajka”.
18
Okupacja
Przyszła zima. Zaczął działać w Biłgoraju inspektorat oświaty, szkoły zaczęły pracę. Ciocia, Tato i Olga
zaczęli uczyć. Niestety, żołnierze niemieccy zajęli na kwaterę cały budynek starej szkoły i lekcje
odbywały się w trzech izbach wynajętych od gospodarzy. Były to domy Józefa Cisa koło remizy
strażackiej, Jana Kapki Gałana i Józefa Bosaka. Od jednej klasy do dwóch innych było dość daleko, ale w
każdej uczył inny nauczyciel wszystkich przedmiotów nie trzeba było na przerwach zmieniać klasy.
Część domu i podwórza Jana Kapki
Gałana, zdjęcie powojenne. W tym
domu odbywały się zajęcia szkolne w
czasie okupacji. Po lewej stronie płot
charakterystyczny dla Majdanu.
Dom Józefa Cisa, zdjęcie powojenne.
Tu też odbywały się lekcje w czasie
okupacji.
Wtedy, podobnie jak wcześniej, nauczyciel w swojej klasie uczył wszystkich przedmiotów. W czasie
okupacji jednak nie wolno było korzystać z podręczników. Wydawane było pismo „Ster”, w którym były
czytanki i lekcje przyrody i anatomii. Nie wolno było uczyć historii, geografia Polski i matematyka tylko
w ograniczonym zakresie. Jednak Ciocia umiała rozszerzyć nauczanie o tematy zakazane. Bardzo ciekawie uczyła przyrody, np. temat kot – niby dobrze znane dzieciom wiejskim zwierzę, ale na lekcji znalazł
się kot gospodarzy i było oglądanie jego łap, oczu, uszu i dociekanie, jakie to ma dla niego znaczenie.
Lekcja o żółtobrzeżku była na łące zalanej wodą, podglądaliśmy owada i jego larwy, jedną w słoiku przynieśliśmy do klasy. Botanika to trawy i perz, którego na polach nie brakowało, ale my mieliśmy go na
ławkach i oglądaliśmy dokładnie jak jest zbudowany. Lekcja o wierzbie – proszę bardzo, idziemy na pole
i podglądamy męskie i żeńskie kwiaty wierzby iwy. Zawsze zwracała uwagę na poszanowanie przyrody,
uczyła szacunku dla zwierząt, troszczyła się o czystość otoczenia. Na wycieczce w lesie czy do Tanwi
bacznie patrzyła czy wszyscy zakopują skorupki od jajek na twardo i inne śmiecie. Biada tym, którzy
19
którzy tego nie zrobili. Zawsze podkreślała, że nigdzie śmiecić nie wolno. Dużym kultem otaczała kwitnące drzewa owocowe. Dzieci często zrywały gałązki kwitnących śliw czy jabłoni. Tłumaczyła, że każdy
kwiat to w lecie owoc, a zrywanie kwiatów jest grzechem. Wiele lat później w okresie telewizyjnym denerwowały ją bardzo rady udzielane sadownikom, aby obrywali część zawiązków jabłoni, wtedy owoce
będą dorodniejsze. Podkreślała, „jeśli się zawiązały, to niech dojrzewają, co się urodziło, niech rośnie”.
Nie mogła pogodzić się z taką brutalnością sadowniczą – wychowana w kulcie dla przyrody.
Zima roku 1939/40 była bardzo mroźna i śnieżna. Opału było mało, klasy stale słabo ogrzane, siedziało
się w płaszczach. Mimo wojennych, ciężkich czasów zimna, nie najlepszego odżywiania, Ciocia uczyła z
takim samym zapałem i talentem jak przed wojną. Lekcje z przyrody odbywały się na polach, na łąkach
nad brzegiem bajora, tzn. tam, gdzie akuratnie można było obserwować związane z tematem zwierzaki
czy rośliny. Po drodze były opowiadania i wyjaśnienia na temat mijanych zagonów. Zawsze zwracała
uwagę na poszanowanie ciężkiej pracy ludzi i apelowała, żeby nie męczyć zwierząt nawet tych najmniejszych jak żaby, czy kijanki, bo są pożyteczne i czują ból tak samo jak człowiek. Trzeba tu wyjaśnić, że
wiejscy chłopcy często nie mieli litości dla zwierząt, szczególnie drobnych i pastwili się nad nimi.
Wspomniany wcześniej „ Ster” zamieścił wiersz Jana Kochanowskiego, „Czego chcesz od nas Panie”. To
wystarczyło Cioci, aby wpleść lekcję historii na temat tego okresu i więcej powiedzieć o Kochanowskim.
Tu już wkraczała na teren zakazany, historii i geografii nie wolno było uczyć. Ale w jej drobnym ciele
mieszkała odwaga i głęboki patriotyzm. Tak pojmowała swoją służbę. Chyba na wiosnę władze przeniosły Ciocię na Zanie, bo w Majdanie miało uczyć tylko dwóch nauczycieli. Równocześnie my przenieśliśmy się do starej organistówki, którą nam wynajął ksiądz Kostrzewa. Właściciel wypowiedział nam
mieszkanie w domu, który nazywaliśmy „naszym”. Ciocia w Zaniach mieszkała w maleńkiej izdebce
wynajętej od gospodarzy. Było to bardzo skromniutkie gospodarstwo. Nie miała kuchni, jadła to, co gotowali gospodarze. Była jedynym nauczycielem, uczyła dzieci z klas 1– 4. Do wyższych klas dzieciaki
musiały chodzić do Zyń, położonych po drugiej stronie Tanwi. Zimą było to bardzo uciążliwe.
W końcu inspektorat przywrócił stan poprzedni i Ciocia wróciła do Majdanu, zamieszkała z nami w organistówce. Mieliśmy wtedy dwa pokoje, kuchnię i spiżarnię. Ciocia i ja zajmowałyśmy jeden pokój,
który spełniał również rolę jadalni i naszej sypialni. W drugim, mniejszym pokoju mieli sypialnie rodzice. Dość duża kuchnia służyła za jadalnię i sypialnię wuja Franka, który pewnego dnia przyjechał do nas
z Przemyśla i zamieszkał i zajął się produkcją mydła. Zdobył przepis, potrzebne składniki i odczynniki.
Przynosił z rzeźni biłgorajskiej odpady tłuszczu zwierzęcego, często cuchnące, na podwórku zmajstrował
palenisko i tam wygotowywał tłuszcz, aby nie zasmradzać mieszkania. Tak się w tym wyspecjalizował,
że robił mydła do prania i toaletowe barwione na różowo i pachnące. Handel nimi nie był dozwolony, ale
znajomi właściciele drogerii biłgorajskich byli jego odbiorcami. Poza tym robił wędliny u tych gospodarzy, którzy otrzymali od Niemców pozwolenie na zabicie wieprzka. Była to radość dla całej naszej gromadki, bo chłopi płacili w naturze, czyli mięsem i słoniną. Również kroił na cieniutki makaron liście tytoniu przywożone przez Mamę ze Zwierzyńca. Potem preparowali tę sieczkę wypiekając w duchówce w
puszce posmarowanej miodem. Otrzymywali „aromatyczny” tytoń sprzedawany w Biłgoraju. Była to
czysta kontrabanda, przyłapani na tym mogli z Mamą wylądować w obozie.
W maju 1943 r. pojechała Ciocia do Warszawy na zaproszenie pp. Gisgesów, którzy jeszcze w 1932 r. po
wyjeździe z Majdanu osiedlili się w Warszawie.
20
Zofia Krawiecka w Warszawie, maj 1943 r., w
towarzystwie pp. Gisgesów
Pani Gisges z dziećmi: Ryśką i Jurkiem. Zdjęcie
przedwojenne.
Ciocia była chrzestną matką Ryśki a ta w tym czasie postanowiła wstąpić do klasztoru i, jak zwyczaj każe, na uroczystość obłóczyn zaprosiła rodzinę i matkę chrzestną. Wróciła Ciocia bardzo przejęta uroczystością, ale i terrorem niemieckim panującym w Warszawie. U nas na wsi tego tak bardzo się nie odczuwało, ale Ciocia kilka nocy przegadała z rodzicami. Dla mnie wszystko było wtedy tajemnicą, ze względów bezpieczeństwa nas wszystkich. Przywiozła dla każdego z nas pamiątkowy obrazek i różaniec. W
przemyślny sposób zapisała w kalendarzyku teksty zakazanych piosenek śpiewanych w Warszawie i
dowcipy o Niemcach i Hitlerze.
W nocy opowiadała, co dzieje się na ulicach stolicy, co wyprawiają Niemcy z Polakami.
Partyzanci
W czasie okupacji Ciocia Zosia była w jakiś sposób związana z podziemiem, co tam konkretnie robiła, na
czym polegała jej działalność, nie wiadomo. Wiadomo jednak na pewno, że prowadziła tajne nauczanie w
tajemnicy nawet przed rodziną. Z oczywistych powodów w latach powojennych raczej nikt się tym nie
chwalił. W relacjach rodzinnych kontakty z partyzantami miały zupełnie inny charakter: zapewne już od
zimy 1942/3 ich nocne wizyty we wsi były coraz częstsze. W szczególności poszukiwali odzieży, pościeli
i żywności, dlatego ich wizyty dotykały głównie gospodarzy. Raz jednak przyszli do domu zamieszkiwanego przez nas i Ciocię Zosię. Było to w maju 1943 r. i był to prawdopodobnie oddział AL lub partyzant-
21
ki radzieckiej. Akurat wtedy brat Zofii i Antoniny przywiózł młodszą córkę Irenę z Przemyśla, bo "tu
spokojniej".
Zapewne także zbrojna działalność stała się przyczyną niemieckich represji. W czerwcu, jeszcze przed
zakończeniem roku szkolnego zajęli na kwaterę budynek szkolny, nie było więc lekcji i nie otrzymaliśmy
świadectw. Pod koniec czerwca zaczęli wysiedlać ludzi z Majdanu Nowego i wszystkich wiosek położonych po lewej stronie szosy Biłgoraj – Tarnogród. Domy położone na końcu Majdanu Nowego pod lasem
podpalono, a kogo znaleźli schowanego, zabijano. Łuna na niebie była okropna, krzyki ludzi i strzały
słychać było aż koło kościoła. Następnego dnia Mama zaczęła nas przygotowywać do wysiedlenia. Każdy dostał plecak zrobiony z lnianego worka i pakowaliśmy najkonieczniejsze rzeczy: ubrania, suchary
zrobione z chleba, buty. Ludzie ze Starego Majdanu chcieli pochować na cmentarzu pomordowanych, ale
Niemcy nie pozwolili. Obstawili wieś i szukali ukrywających się mieszkańców. Dopiero po trzech dniach
pochowano ich we wspólnej mogile. Widzieliśmy to, bardzo trudny do przeżycia widok. Po kilku dniach
przyszła kolej na wioski położone po prawej stronie szosy, a więc i na nas. 3. lipca 1943 roku bardzo
wcześnie rano od strony pola tyraliera Niemców otoczyła Majdan Stary i zaczęło się wysiedlanie. Ojciec
zamknął Mamę, mnie i Irenkę w spiżarni, w której już wcześniej nocowała nauczycielka z Zyń ze swoją
matką. Drzwi od spiżarni zasunął ogromnym, ciężkim kredensem kuchennym, a sam wraz z ciocią, wujkiem został w mieszkaniu. Miał nadzieję, że Niemcy go zwolnią, bo był tłumaczem, a Ciocia liczyła, że
też zostanie zwolniona, bo od początku okupacji była obserwatorem pól, przeglądała zasiewy i miała Ausweis, który już wcześniej ratował ją z różnych opresji. Niestety, nic nie pomogły Ausweisy – Cioci i
Ojca. Razem z całą ludnością polską Majdanu zostali wywiezieni do obozu przejściowego w Zwierzyńcu.
Tam spotkali ludzi z całego powiatu, bowiem Niemcy przywozili wszystkich z pacyfikowanych wsi właśnie do tego obozu. Byli wśród nich starcy, chorzy, dzieci. W tych tragicznych chwilach Ciocia okazała
się wielka duchem. Pocieszała i pomagała jak tylko mogła w tych warunkach. My uratowałyśmy się dzięki pomocy ludności ukraińskiej, której Niemcy nie wysiedlali. Rodzina Żerebców ukryła nas u siebie ryzykując własnym życiem. Ale to temat na inne opowiadanie. Koniec i środek Majdanu Starego został
spalony, a ludzie, których Niemcy wykryli – pomordowani. Z trzech pacyfikowanych powiatów tylko oba
Majdany zostały tak srogo potraktowane. W innych miejscowościach nie palili i nie zabijali ludzi. Pewnie
Majdan uchodził w oczach okupanta za najbardziej sprzyjający partyzantom. Domy koło szkoły i kościoła ocalały, bo w szkole była niemiecka kwatera. Z obozu w Zwierzyńcu Ciocia wraz z całą ludnością została przewieziona do obozu koncentracyjnego na Majdanku pod Lublinem. Znalazł się tam mój Ojciec i
Wujek Franek. Tam oddzielono mężczyzn od kobiet i dzieci. Zaczęło się koszmarne, obozowe życie.
Zapanował okropny głód i czerwonka. Dostawali po 10 dag czarnego, gliniastego chleba na dobę, rano i
wieczorem czarną lurę zwaną kawą, a na „obiad" rzadką zupę z brukwi. W tych warunkach starcy i dzieci
wymierali jak muchy, przecież nikt ich tam nie leczył. Ciocia pomagała jak mogła. Niewiele jednak w
tych warunkach można było zrobić.
W tych koszmarnych obozowych warunkach przebywała Ciocia 6 tygodni. Potem Niemcy zwolnili do
domów wszystkich ludzi z pacyfikowanych w czerwcu i lipcu wsi, za wyjątkiem tych wszystkich, których zdążyli wywieźć na roboty do Niemiec. (Dopiero po wojnie dowiedzieliśmy się, że ówczesny prezydent USA Roosevelt zagroził Hitlerowi sankcjami wobec mniejszości niemieckiej w Ameryce, jeśli nie
ustaną pacyfikacje Zamojszczyzny. Pacyfikacja Majdanu była bodaj ostatnią).
22
Zofia Krawiecka, 1939 r.
Zofia Krawiecka po wyjściu z obozu, koniec
1943r.
To ostatnie zdjęcie było robione już po lekkim odkarmieniu przez ludność, która nie była wywieziona do
obozu, czyli przez Rusinów, gdyż oni nie stracili zboża ani zwierząt. Ciocia i Wujek zostali w Majdanie.
Ludność wiejska pomagała im przetrwać, przynoszono im żywność, co kto mógł i dzięki temu przetrwali
okres najtrudniejszy po zwolnieniu z obozu.
23
Relacja sporządzona dla Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce przez Zofię Krawiecką na temat pacyfikacji Majdanu.
Szkoła w Majdanie była nieczynna aż do grudnia 1943r. Po pacyfikacji budynek szkolny był zrujnowany,
szyby powybijane, udało się przygotować jedną salę lekcyjną, a nauczycielki były dwie – Ciocia i Olga
Gettinger. Ponieważ w starej organistówce były dwa pokoje, Ciocia w jednym z nich, tym większym,
urządziła izbę lekcyjną i zaczęła uczyć dzieci. Nie można było wynająć izby na wsi, bo ¾ wsi było spalone. Zaczęła więc uczyć dzieci opalając klasę swoim drzewem. Mówiła – „przecież dzieci uczyć się muszą”.
24
Zezwolenie na wyjazd do Przemyśla w okresie świąt Bożego Narodzenia 1943 r.
Wakacje w 1944 r. spędziła Ciocia w Przemyślu, i z całą rodziną Krawieckich przeżyła walki frontowe o
Przemyśl, który wojska sowieckie „wyzwoliły” dokładnie 26 lipca 1944 r. Mniej więcej w tym samym
czasie Majdan został uwolniony od Niemców. Na wieść o tym Ciocia postanowiła wracać do siebie, choć
wszyscy namawiali ją na podjęcie pracy w Przemyślu, bo tam też brakowało nauczycieli. Odpowiedziała
krótko: „na wsi ktoś musi dzieci uczyć, moje miejsce jest tam”. I pojechała.
ROZDZIAŁ V
Po pacyfikacji i działaniach wojennych szkoła i kościół były bardzo zrujnowane. Wieś spalona z trudem
usuwała zniszczenia, odbudowywała domy i budynki gospodarcze. Na materialną pomoc mieszkańców w
remoncie szkoły nie można było liczyć. Co robi Ciocia? – Jak na początku swej pracy, organizuje zespół
dziecięcego teatru amatorskiego, przygotowuje przedstawienie pt. „Zaczarowana fujarka” i jeździ z zespołem do innych szkół, a zebrane w ten sposób skromne fundusze przeznacza na najpilniejsze prace remontowe w szkole i w kościele! A oto przykłady:
25
Dokument tożsamości z
22.01.1945
Zezwolenie starostwa z
1.02.1945 na wystawienie
przedstawienia "Smutno
niedzieli gdy się piątek
weseli"
Pokwitowanie ks. proboszcza Zawadzkiego
otrzymania 607 zł z
wpływów za przedstawienie jw.
26
Podanie z 18.04.1945 do
starostwa o zezwolenie na
wystawienie bajki J. Porazińskiej "Zaczarowana
fujarka".
Zezwolenie ze starostwa z
19.04.1945 na przedstawienie w remizie strażackiej w Majdanie
Jeszcze trwała wojna, a Ciocia przystąpiła do działania: potrzebne są pieniądze na remont szkoły i kościoła, to trzeba je zarobić. I zarabiała tak samo jak w czasie dwudziestolecia międzywojennego. Wszystko
musiało się odbyć zgodnie z przepisami i zwykłą ludzką uczciwością. Przecież w środowisku wiejskim
po wojnie były przekręty związane z działaniem władz i trudnościami w załatwieniu wielu spraw. Ciocia
bardzo dbała o rzetelną dokumentację finansową, aby nikt nie mógł jej zarzucić nieuczciwości. Była to jej
cecha charakteru, zawsze być w zgodzie z prawem i sumieniem.
W roku szkolnym 1944/5 oraz 1945/6 kierownikiem szkoły w dalszym ciągu była Olga Gettinger. Z zachowanych listów do Zofii Krawieckiej wynika, że latem 1946 r. opuściła ona Majdan udając się do rodziny na Śląsk. Przez rok w szkole majdańskiej było "bezkrólewie", z dniem 1 września 1947 Zofia Krawiecka została mianowana kierownikiem szkoły w Majdanie. Przysłano jej do pomocy młodą nauczycielkę niekwalifikowaną, która uczyła się w liceum pedagogicznym zaocznie. Nosiła ona nazwisko Kikinger, Ciocia nazywała ją Kiki. Potem inspektorat przysłał jej Romana Rosochacza z Tarnogrodu, dziwaka, starego kawalera. Wprawdzie miał studia wyższe, ale na nauczyciela, szczególnie w szkole podstawowej, nie nadawał się wcale. Miała z nim Ciocia krzyż pański. Cierpliwie znosiła jego dziwactwa,
nie wiadomo właściwie, dlaczego. Wyprosiła w gminie środki na remont starej szkoły i wtedy przeprowadziła się do tamtego mieszkania. Gmina również przystosowała murowany budynek mieszkalny po
Rusinach wywiezionych do Tarnopola w ramach akcji Wisła, tzw. zaniówkę. Była tam izba lekcyjna i
mieszkanie Kiki.
Życie Zofii Krawieckiej nadal było poświęcone pracy szkolnej, organizacji nauczania. Praca nauczyciela,
tak jak ona ją pojmowała, to także opieka nad dziećmi osieroconymi, trudnymi, była od wyzwolenia do
27
końca swego pracowitego życia kuratorem sądowym, odznaczonym za tę działalność srebrną, czy nawet
złotą odznaką. Tak jak przed wojną, prowadziła PCK w szkole, przewodniczyła kołu gospodyń wiejskich,
była nadal członkiem zarządu straży pożarnej. Nie traktowała lekko przyjętych obowiązków, wywiązywała się solidnie. Całej rodzinie znany był jej przyjęty dobrowolnie obowiązek robienia zastrzyków. W
Majdanie nie było pielęgniarki, a lekarze biłgorajscy zapisywali zastrzyki i z czasem kierowali majdaniaków wprost do Cioci. Dopiero wtedy, gdy zaczęły się problemy z reakcjami uczuleniowymi na antybiotyki, zaprzestała wstrzykiwania penicyliny, ale inne robiła. Nieraz przerywała rodzinne spotkania i wyjeżdżała do Majdanu, „bo mają przyjść na zastrzyk”.
Zdjęcie Zofii Krawieckiej z 1947 r.
Przed szkołą, rok 1950.
28
Zespół teatralny, 1957 r.
Brama powitalna z okazji wizytacji kanonicznej parafii przez biskupa lubelskiego,
1954 r.
Marzeniem Cioci było zbudowanie szkoły w Majdanie. Początkowo chciała, aby gmina kupiła kamienicę
od Szmidtów i przystosowała ją do potrzeb szkolnych. Sprawa rozbiła się o brak terenu pod budowę boiska szkolnego. Kamienica została sprzedana, rozebrana, a lekcje nadal odbywały się w trzech budynkach. Było to bardzo niekorzystne. Zbliżał się rok 1960, władze zaczęły realizować hasło „1000 Szkół na
Tysiąclecie”. Wiele miejscowości powiatu biłgorajskiego starało się o tysiąclatki. Starał się i Majdan, ale
jej nie dostał. Ciocia zareagowała po swojemu: zorganizowała komitet budowy szkoły w Majdanie, gospodarze dali plac pod jej budowę, a także domu nauczyciela i boiska. Każde gospodarstwo opodatkowało się, właściciele lasów dali po kilka sosen, które leśnictwo wytypowało. Sosny wycięto, drewno sprzedano i był to zaczątek kapitału na budowę. Wtedy komitet budowy wystąpił o umieszczenie jej w planach
powiatowych deklarując wykonanie prac ziemnych i pomoc w murarce w ramach czynu społecznego, jak
to się wtedy mówiło. Ciocia mogła przejść na zasłużoną emeryturę już w 1955 r., ale nie zrobiła tego,
czuła się potrzebna i chciała jeszcze pracować. W wieku 60 lat podjęła się wręcz karkołomnego zadania:
siłami wsi zbudować nową szkołę i dom nauczyciela.
29
Sposobem gospodarczym, bez użycia wielkich maszyn, cegła po cegle układanych przez wiejskich murarzy, powstawały mury nowej szkoły.
Początki budowy szkoły
Budowa szkoły
30
Początki budowy
Przenoszenie cegieł na
budowę
Układanie cegieł w wykopie
31
Uroczyste wmurowanie
kamienia węgielnego
Rosną mury szkoły…
…coraz wyżej
32
Szkoła gotowa na przyjęcie uczniów
Zofia Krawiecka przed
wejściem do szkoły –
dzieła Jej życia
Uroczyste otwarcie Szkoły odbyło się 15 września 1963 r.
Potem ruszyła budowa Domu Nauczyciela znajdującego się obok. Zofia Krawiecka zamieszkała początkowo w mieszkaniu służbowym znajdującym się w budynku szkolnym, potem, w 1969 r. przeniosła się
do Domu Nauczyciela.
33
Praca instruktorska Cioci
Zofia Krawiecka w klasopracowni
Na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia ministerstwo oświaty, starając się podnieść poziom
nauczania w szkołach, wprowadziło plan wdrażania nowych metod kształcenia opracowywanych przez
Instytut Pedagogiki w Warszawie. Wybrano trzy województwa jako „króliki” doświadczalne. Jednym z
nich było województwo lubelskie. Plan polegał na tym, że w wytypowanych województwach nauczyciele
przechodzili szkolenia, byli zapoznawani z tzw. nowinkami w pedagogice i miele wdrażać nowe metody
pracy z dziećmi, to wtedy właśnie między innymi wprowadzono nauczanie problemowe, lekcje prowadzone „równym frontem” z podziałem na grupy nie tylko na fizyce i chemii, ale na lekcjach wszystkich
innych przedmiotów i we wszystkich klasach. Wybrano doświadczonych nauczycieli na instruktorów
powiatowych. Oni mieli zadbać o wdrożenie nowych metod nauczania przez prowadzenie lekcji pokazowych, konferencji przedmiotowych, referatów. W tym czasie instruktorzy wywodzili się z nauczycieli,
którzy kończyli seminaria jeszcze przed wojną. Cioci powierzono funkcję instruktora nauczania początkowego, czyli klas I –IV. Już w nowej szkole dość prymitywnymi środkami jak na dzisiejsze czasy Ciocia zorganizowała klasopracownię nauczania początkowego.
Warto podkreślić fakt, że szkoła powstała, kiedy Ciocia była już w wieku emerytalnym, była dumna ze
swego dzieła; kiedy inni przechodzili na zasłużony wypoczynek, Ona pracowała dalej aż do 70-ego roku
życia. W roku 1969 została odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski nadanym przez
Radę Państwa. Wcześniej, bo już w 1955 r., została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi.
Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski z
legitymacją
O skali działalności Zofii Krawieckiej świadczą także liczne odznaczenia, jakie otrzymała – niezależnie
od Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski.
34
Złoty Krzyż Zasługi z
1956 r.
Odznaka Tysiąclecia z
1966 r.
Legitymacja Kuratora Sądowego
Złota Odznaka Związku Nauczycielstwa Polskiego z 1967
r.
Odznaka Honorowa
Polskiego Czerwonego
Krzyża z 1969 r.
35
Odznaka Przyjaciela
Dziecka z 1970 r.
Odznaka XXXV-lecia
Związku Ochotniczych
Straży Pożarnych z
1971 r.
Odznaka Zasłużony
Opiekun Społeczny z
1976 r.
Medal Komisji Edukacji Narodowej z 1977 r.
Legitymacja Terenowego Opiekuna Społecznego
36
ROZDZIAŁ VI
Ostatnie lata
Zofia Krawiecka przeszła na emeryturę 1 września 1971r., bardzo bała się tego momentu, „co ja będę
robić?” – pytała często. Jednakże nie zerwała całkiem ze szkołą, zostawiła sobie jeszcze kilka godzin lekcyjnych. Nie trwało to wszakże długo z uwagi na postępującą cukrzycę. Mimo tego wytrwale dzieliła
swój czas na pracę w środowisku majdańskim, odwiedzanie rodziny w Przemyślu i Wrocławiu, wreszcie
korzystała ze związkowych wczasów i wycieczek, również zagranicznych. Z tych ostatnich zachowało się
tylko jedno zdjęcie, z Budapesztu latem 1969 r.
Budapeszt, lato 1969 r.
Biłgoraj, 1974 r. Zebranie Koła Gospodyń Wiejskich
37
Wczasy w Cieszynie
1974 r.
Szklarska Poręba
Ciocia, prawie 80 letnia kobieta, śmiało wsiadała na krzesełka wyciągów górskich i pozwalała się wywozić na szczyty. Wszyscy podziwiali jej kondycję, gdyż jeździła w góry bez lęku wysokości, nie miała kłopotów z ciśnieniem, choć od lat cierpiała na cukrzycę i posługiwała się tylko jednym sprawnym okiem.
Stan wojenny w 1981 r. zastał ją w Majdanie. Na wsi wszystko odbyło się spokojnie, ostrożni chłopi siedzieli cicho i nie było żadnych incydentów. Ponieważ zbliżały się Święta Bożego Narodzenia, zgodnie z
nowymi przepisami wystarała się o przepustkę i przyjechała do Wrocławia. Obładowała się produktami
spożywczymi, cukrem, mąką, margaryną i dotarła do nas sprawiając nam ogromną radość. Były to trudne
Święta. Wszystko było na kartki, wszystko trzeba było wystać w kilometrowych kolejkach. Na wigilii
było 11 osób. Wszystkich trzeba było przenocować, bo obowiązywała godzina milicyjna. Jakoś wszyscy
się zmieścili, dla wszystkich znalazły się drobiazgi pod choinką, całej tradycji stało się zadość. Tylko
jeden zgrzyt był zupełnie niepotrzebny. We Wrocławiu wprowadzenie stanu wojennego wiązało się z
dramatycznymi wydarzeniami. Wszyscy to bardzo mocno przeżyli. Doświadczenia Cioci i reszty rodziny
były różne i stąd wynikały zbyt gorące dyskusje na tematy polityczne. Zacietrzewienie po obu stronach
było zupełnie zbyteczne, ale widocznie w tych gorących dla kraju i ludzi czasach trudno było uniknąć
zbyt gorących sformułowań. Można ich było jej oszczędzić. Dla osoby o głębokim poczuciu obowiązku
było nie do przyjęcia niszczenie sprzętów użytku publicznego, powtarzała – „niszczyć nie wolno” – mając na myśli działania Solidarności a nie bardzo chciała uwierzyć, że władze czołgami też rozjeżdżają
prywatne samochody i ogrodzenia. Były to ciężkie czasy dla wszystkich. Ciocia została we Wrocławiu
38
Wielkanocy, a na lato wróciła do Majdanu. W 1982 roku przyjechała na Święta po raz ostatni. Wtedy nikt
nie wiedział, że to już się nie powtórzy. Ciocia czuła się dobrze, tak samo jak zwykle, samodzielnie wędrowała po mieście, może tylko więcej zmarszczek pojawiło się na jej twarzy i więcej czasu zabierało jej
drzemanie w ciągu dnia. Pojechała do siebie na wiosnę 1983 r., ale bardzo źle zniosła podróż i nie odważyła się na podróż w czasie wakacji. Przyjmowała u siebie bratową i bratanice. Gotowała im obiady, zmywała, nie pozwoliła sobie pomagać. Po ich wyjeździe we wrześniu została w Majdanie sama. Już było jej
trudno jeździć do Biłgoraja po zakupy, prosiła o to nauczycielkę sąsiadkę. Bolała ją bardzo noga, a
pewnie miała do tego zawroty głowy, nie skarżyła się.
Ostatnie zdjęcie Zofii Krawieckiej
Na początku października bratanek z żoną wstąpili do niej po drodze na grzyby. Zorientowali się, że Ciocia czuje się bardzo źle. Zawieźli ją do Przemyśla, tam przyjęta do szpitala była intensywnie leczona. Po
dwóch tygodniach okazało się, że wyniki się poprawiły, widocznie jednak uciekła z niej chęć do życia, bo
13 października 1983 r. zmarła.
Zaczęły się rodzinne dyskusje, gdzie należy ją pochować, czy w rodzinnym Przemyślu, gdzie na cmentarzu leżą jej bracia i ukochana matka, czy w Majdanie. Wybór padł na Majdan, bo tam przepracowała i
przeżyła 62 lata życia. Tam zawsze czuła się, że jest u siebie. Mieszkańcy wioski bardzo uroczyście pochowali ją na wiejskim cmentarzu, na którym pełno żółtych rozchodników i wysoko rosną leśne dziewanny, które tak lubiła.
Pomnik Zofii Krawieckiej ufundowany przez
mieszkańców Majdanu
39
Sceny z pogrzebu…
EPITAFIUM
Smutna dla Majdanu godzina wybiła
Wielkim żalem, smutkiem mieszkańców okryła.
Po zgonie najdroższej naszej kierowniczki
Naszej wychowawczyni oraz przewodniczki.
Do każdego związku chętnie należałaś
W straży i wśród młodzieży chętnie pomagałaś.
Ty koło gospodyń z nami założyłaś
I na każde zebranie chętnie przychodziłaś.
Byłaś dla nas matką byłaś pielęgniarką
Dla wszystkich opiekunką i dobrą lekarką.
Ty przewodniczyłaś w szkole i wśród ludzi
Każdemu pomagałaś, kto się do Cię zwrócił.
Byłaś wciąż uczynna radą, nauczaniem
Za to Cię wszyscy ludzie kochali w Majdanie.
Całe swoje życie dla nas poświęciłaś
I wszystkich swych uczniów Pani! nauczyłaś.
Jak mamy miłować Boga i Ojczyznę
Jak bronić polskiej mowy, kochać pola żyzne.
40
Uczyłaś nas wszystkich jak żyć, postępować
Jak braterską miłością mamy się miłować.
Całą okupację z nami przebywałaś,
Za drutami Majdanku ludzi pocieszałaś.
W swym skromnym mieszkaniu Ty nas gromadziłaś
O historii Polski skrycie nas uczyłaś.
Każdemu z nas dzisiaj łza się w oku kręci
Twe czyny szlachetne chowamy w pamięci.
Żegnamy cię wszyscy nad grobem stojący
Jako dzieci Twoje Ciebie kochający.
Żegnaj, ach żegnaj nam kierowniczko miła
Niech Ci będzie przytulna ta ciemna mogiła.
Za twą długą pracę za Twoje starania
Niech Bóg miłosierny da w niebie mieszkanie.
Pieśń odśpiewana przez członkinie Koła Gospodyń Wiejskich podczas pogrzebu
41

Podobne dokumenty