Czytaj

Komentarze

Transkrypt

Czytaj
Kelnerka
Autorki: Daisy & Mariposiek
Cz. 1
Energicznym krokiem, przeskakując co dwa stopnie, pokonywała drewniane, masywne schody
instytutu. Słuchawki wciśnięte w uszy sprawiały, że nie zauważała świata wokół.
To nie był jej najlepszy dzień – z samego rana zaliczyła kłótnię z chłopakiem, w dodatku ta
koszmarnie deszczowa pogoda za oknem znacznie pogarszała jej nastrój. I nie to żeby nie lubiła
deszczu, dla samego faktu że pada z nieba czy z innych melancholijnych pobudek. Basię owe
zjawisko atmosferyczne wkurzało tylko i wyłącznie ze względu na brudne kałuże, którymi zazwyczaj
była ochlapywana przez jadące Marszałkowską samochody. Już drugi rok studiowała w Warszawie,
a jeszcze nie nauczyła się, że w taką pogodę powinno się chodzić jak najdalej od brzegu jezdni. W
dodatku te koszmarne syreny policyjne! To chyba najbardziej zdeprawowane miasto
środkowowschodniej Europy – pomyślała. Co chwila do jej uszu docierał ten okropny sygnał, ze
względu na wątpliwe sąsiedztwo. Basia wraz ze swoim chłopakiem Radkiem i ich zupełnie
zakręconymi przyjaciółmi, Zuzią i Marcinem, wynajmowała małe mieszkanko przy ulicy Andersa na
warszawskim Muranowie, który jak wiadomo topograficznie jest bardzo niedaleko Komendy
Stołecznej. Jako studentka dziennikarstwa – a więc i humanistka – była bardzo wrażliwa i otwarta
na świat i ludzi. Kiedy jako mały dzieciak szalała po górskich szlakach, będąc rodowitą
Przemyślanką, marzyła wręcz o wyrwaniu się z tej „prowincji”, jak o swoich rodzinnych stronach
kiedyś myślała. Jednak teraz oddała by wszystko za chociaż pół godziny tej naturalnej ciszy, która
jest tam. Ale Radek za to kochał Warszawę – to miasto to jego żywioł. Nie lubił wracać do domu.
Często Basia, po długich kłótniach, sama jechała na weekend do Przemyśla.
W ogóle jej chłopak był strasznie upartym i zaborczym typem, poza tym miał mnóstwo innych
wad... ale kochała go, może nie był to jakiś szalony poryw namiętności o jakich się naczytała w
romansach swojej starszej siostry. No ale co najważniejsze, był jej pierwszym mężczyzną. Kiedyś
obiecała sobie, że jeżeli już komuś się odda – tak bez ograniczeń, zupełnie - będzie to mężczyzna
na całe życie. Oczywiście koleżanki ją wyśmiały, ale nasza Basia jest niepoprawną romantyczką,
więc twardo trwa w swoim postanowieniu.
- Basia! – kiedy opuściła wydział, od razu usłyszała za sobą znajomy głos. Stał, ze skruszoną miną i
czerwoną różą w dłoni. – Jesteś wreszcie! …
- Radek? Co ty tutaj robisz? - wzruszył tylko ramionami, podając jej kwiat.
- Marcin miał rację! Jestem idiotą! Przepraszam za to… za to rano!
- Marcin? … Gdyby nie on, nie przyszedłbyś tutaj?
- Basia, to nie tak! Ja naprawdę nie chce się z tobą kłócić! … Przejdziemy się? Kupiłem dwa bilety
do kina!
- A mnie już czasami te kłótnie męczą… poza tym mam rozmowę w sprawie pracy! Zobaczymy się
w domu! – odwróciła się i odeszła.
- Ale Baśka?! – krzyknął.
- Będę późno, nie czekaj! – odpowiedziała i szybko wsiadła do nadjeżdżającego autobusu. Powiodła
za nim wzrokiem, a kiedy zniknął jej z oczu, zajęła miejsce pod oknem. Może żałował, a ona była
gotowa mu wybaczyć, ale nie mogła pozwolić, żeby traktował ją cały czas w ten sam sposób, kiedy
coś mu nie wychodzi, czy idzie nie po jego myśli. Zawsze kiedy miała inne zdanie niż on dochodziło
do kłótni. Nie potrafił z nią normalnie rozmawiać, czy przedyskutować problem. Zwykle mu ulegała,
by za chwile problem ucichł. Ale od jakiegoś czasu poczuła jak wiele rzeczy uwiera ją w ich
związku. Nie umiałaby go zostawić, w końcu są razem od trzech lat.
Pół godziny później stała przed wejściem prowadzącym do malutkiej kawiarenki. To właśnie tam,
jak mówiło ogłoszenie w porannej prasie, poszukiwano młodych studentek na stanowisko kelnerki.
Płaca nie była wysoka, ale wystarczałoby na jej studenckie utrzymanie. Na tym zależało jej ostatnio
najbardziej. Był też argument o tym by nie przesiadywać popołudniami w domu, ale starała się go
póki co odganiać. Dom kojarzył się bezpośrednio z Radkiem, poza tym on nie był zachwycony jej
pomysłem o pracy. I tak pełna obaw i wątpliwości stanęła w progu Coala Cafe. Sama knajpka
wydała się jej bardzo sympatycznym miejscem. Ciepłe, przytulne wnętrze i jakaś radosna
muzyczka pobrzękująca z radia - to wszystko juz na wstępie wywarło na niej bardzo pozytywne
wrażenie. Stoliki były pełne klientów, którzy akurat o tej porze zajrzeli tu na wieczorne piwo.
Podeszła do baru i zajęła jedyne wolne krzesło.
- Co podać? – zapytała kobieta za barem.
- Jaa… - zaczęła rozglądając się na boki. – Ja właściwie przyszłam w sprawie pracy! W dzisiejszej
gazecie znalazłam ogłoszenie! I jestem! – odwzajemniła uśmiech chichoczącej barmanki. – Chyba,
że już kogoś zatrudniono na to miejsce!
- Jakoś nikt się nie pofatygował oprócz Ciebie… - kobieta chuchnęła w łyżkę i zaczęła ją starannie
pocierać. – Knajpa otwarta jest siedem dni w tygodniu! Kiedy możesz przychodzić?
- Zatrudni mnie pani?
- Zapytaj mnie o to jeszcze raz, a zrezygnuję! – zażartowała. – Możesz wieczorami od 19, i w
weekendy? Wtedy jest największy ruch i nie wyrabiamy z Tereską!
- Z Tereską?
- A właśnie…. Lucyna! – wyciągnęła dłoń w stronę Basi, która natychmiast ją uścisnęła. – A Tereska
to moja wspólniczka. Poznasz ją, jak wróci z urlopu, czyli za jakieś trzy dni.
- Basia… to kiedy mogę zacząć?
- Może od zaraz? – mrugnęła. – Stolik piąty czeka na piwo! Zaniesiesz? – Storosz spojrzała na
stolik pod oknem. Siedziało tam dwóch mężczyzn – jeden młodszy, drugi nieco straszy. Zagadani,
kończyli właśnie pierwszą kolejeczkę. – No? Nie bój się, dasz sobie radę!
- A może…
- Idź! Idź! … Chłopcy mają dzisiaj ciężki dzień! Dostali niezłą burę od komendanta głównego! Za
swoje niekonwencjonalne metody pracy!
- To znaczy? – Basia zmrużyła oczy.
- Włamali się do samochodu! – zachichotała. – Tylko im nie mów, że Ci powiedziałam, bo gotów
przestać mnie odwiedzać! A to moi stali klienci.
- Włamywacze? – Lucynka głośno się roześmiała.
- Policjanci!
Basia obwiązała się w pasie białym fartuszkiem, wzięła z blatu tacę z dwoma kuflami napełnionymi
złocistym napojem i ruszyła w kierunku swoich pierwszych klientów. Podeszła do nich na trzęsących
się ze zdenerwowania nogach. Owi panowie sprawiali dość sympatyczne wrażenie, ale ona nawet
tego nie zauważyła. Wpatrywała się jedynie w kufle piwa, które niosła na tacy, a całą swoją uwagę
poświęciła temu by się nie przewrócić. I kiedy już była u celu - a mianowicie przy jednym z panów
policjantów - nie zwróciła uwagi na niebanalny fakt iż mężczyźni siedzą nieco inaczej niż kobiety.
Innymi słowy potknęła się o nogę lekko wystawioną na bok. Piwo z impetem zsunęło jej się z tacy i
wylało się... no cóż gorzej być nie mogło. Wylało się wprost na miejsce strategiczne męskiej
anatomii...
- O nie! – krzyknęła niemal na całe pomieszczenie. Mężczyzna, i to ten młodszy, wysoki brunet,
natychmiast wyskoczył zza stolika, wrogo lustrując sprawczynię plamy na swoich spodniach. –
Przepraszam…. Bardzo pana przepraszam! – zasłoniła usta ręką, kątem oka zerkając na kolegę
mężczyzny, który teraz pękał ze śmiechu.
- I z czego się śmiejesz? – żachnął brunet. – A ty nie potrafisz normalnie łazić?
- Powiedziałam przepraszam!
- Nic mi po twoim przepraszaniu! Cholera! – wrzasnął. - Co ja teraz zrobię?! - zaczął nerwowo
wycierać się chusteczkami. - Dziewczyno, czyś ty z księżyca spadła?! - nie zwrócił uwagi na to, że
Basia jest kompletnie przerażona.
- Prze... przepraszam! – aż podskoczyła słysząc ton jego głosu i już miała odejść, ale ...
- Basia, a ty gdzie? – Lucynka w porę ją zatrzymała. – Markowi nic się nie stanie, a ty będziesz
miała nauczkę!
- Zatrudniłaś jakąś ofermę! – odburknął Brodecki. – I lepiej, żeby nas więcej nie obsługiwała, kiedy
tu przyjdziemy!
- Jak Ci się coś nie podoba, to nie musisz tutaj przychodzić! – odparła barmanka. – W okolicy jest
spora konkurencja!
- Nie zwolnisz mnie? To twoi stali klienci… - wyszeptała Storosz, przypominając sobie jej niedawne
słowa. – A jak nie przyjdą już? To moja wina!
- Przyjdą… - odpowiedziała pewnie. – To co? Chcesz nowe piwo? … Niech stracę! Na moje konto! –
machnęła ręką.
- Nie! – warknął. – Jadę do domu! – rzucił na blat stołu dziesięciozłotowy banknot i wyszedł z
lokalu, trzaskając drzwiami.
- Przepraszam! – krzyknęła jeszcze Storosz.
Wracała do domu zmęczona, wręcz wykończona tym dniem. To był jakiś koszmar - pierwszy dzień
w pracy i taka kolosalna wpadka na wstępie! Co prawda potem jakoś jej szło. "Całkiem nieźle!" jak stwierdziła Lucynka. Ale wyraz twarzy tego faceta, którego oblała będzie ją chyba prześladował
przez następne pół roku. Najgorsze było to, że podobno był tu stałym klientem, więc na pewno
będzie go często widywać... ale poza tym fall startem, okazało się że ta praca póki co może spełnić
jej marzenia o chociażby zagranicznym wyjeździe w wakacje. Zawsze chciała pojechać na inny
kontynent - na przykład do Brazylii ... Ale nigdy nie starczało jej środków, a rodziców szóstki dzieci
nie byłoby stać na sfinansowanie takiego wyjazdu jednemu z nich. Więc jeśli już teraz zacznie
odkładać z pensji powinno wystarczyć na taką eskapadę! Tymczasem cicho przekręciła zamek w
drzwiach, bo jej współlokatorzy o tej porze zazwyczaj juz spali... Ale nie Radek, który kiedy tylko
weszła do ich wspólnego pokoju, zapalił lampkę…
- Dochodzi północ… dlaczego nie odbierałaś moich telefonów? Martwiłem się! – kiedy nie
odpowiedziała, wstał podchodząc bliżej niej. – Baśka, naprawdę tak Ci zależy, żeby się ze mną
pokłócić? … A może chcesz mnie sprawdzić? Co?
- Jestem zmęczona, a rano mam ćwiczenia. Możemy iść spać? – wzięła piżamę i poszła w kierunku
łazienki. – Porozmawiamy jutro!
- Dlaczego nie teraz? Pięć minut Cię nie zbawi… - złapał ją mocno za łokieć i odwrócił. – Baśka,
przepraszam! Co mam jeszcze zrobić?
- Nic! – pokręciła głową. – Posłuchaj mnie tylko czasami… zacznij przyznawać się do błędów. I nie
wyżywaj się na mnie za swoje niepowodzenia! Bo to boli…
- Przepraszam! … - uśmiechnęła się. – Kocham Cię!
- Ja Ciebie też!
Cz. 2
Przez kolejne dni mieszkanie przy ulicy Andersa było dla niej jedynie noclegownią. Wychodziła
zaraz po siódmej rano, wracała koło pierwszej w nocy. Na uczelni zaczął się tzw. „kocioł”, lub też
inaczej zwany okresem menstruacyjnym kadry akademickiej. Wykładowcy wymyślali kolejne
sposoby na to, żeby studenci się nie nudzili – referaty, kolokwia czy testy sprawdzające... koszmar!
Basia postanowiła sobie przede wszystkim nie narzekać – sama chciała zaczepić się do jakiejś
pracy, jak zresztą wielu jej kolegów. Dlatego teraz zaciśnie zęby i jakoś zniesie ten trudny czas.
Radek chodził zły za to, że kompletnie nie ma dla niego czasu – może i miał rację, ale postanowiła
mu dać nauczkę za to, że w ostatnie wakacje wyjechał na Słowację sam, bez niej. Nie lubił jej się
zwierzać, był raczej zamknięty w sobie ... I pomyśleć, że zgodziła się z nim chodzić po tym, gdy
bohatersko obronił ją przed bandą jakiś opryszków! Teraz nie potrafiła sobie go wyobrazić w takiej
sytuacji – był raczej nieporadny. Miał swój świat komputerów – w końcu studiował informatykę – i
rzadko wracał z cybernetycznych chmur na ziemię. Wiecznie zamyślony, trochę fajtłapowaty,
wzbudzał odruchowo chęć zaopiekowania się nim. Te cechy ją w nim ujęły... uśmiechnęła się na
myśl o jego ukochanym wełnianym swetrze (kompletnie niemodnym!) – znoszony, poplamiony
jakimś... czymś, ale za nic nie pozwolił go jej wyrzucić. To właśnie był cały Radek! Jej rozmyślania
przerwała Lucynka, która szturchnięciem łokcia i dziwnym uśmieszkiem oznajmiła jej przybycie
nowych gości... Gości, których ona wolała nie oglądać już nigdy więcej ...
- Cześć Lucynko! – przywitał się wesoło Marek, kompletnie ignorując stojącą za barem Basię. –
Dwa piwka! Musimy z Adamem uczcić skończoną sprawę!
- Tak? – zaciekawiła się.
- Sukinsyn ukrywał się w Łomiankach… ale my jesteśmy przecież najlepsi. Nie ma dla nas rzeczy
niemożliwych! – odpowiedział Zawada, starszy policjant.
- I bardzo skromni… - zachichotała. – Basia was obsłuży, bo ja muszę wyjść na godzinę, zanim
zbiegnie się więcej klientów. Basia, bar jest twój…
- Ale … jak to? – odwróciła się szybko w kierunku szefowej, przerywając zmywanie szklanek. –
Zostawiasz mnie samą?
- Poradzisz sobie! Na razie! – posłała jeszcze na odległość panom oficerom całusa i wyszła. Storosz
spojrzała na Marka i wycierając dłonie w szmatkę, podeszła do nich. – Co podać? – burknęła
nieprzyjemnie.
- Ja poproszę duże piwo… - pierwszy odezwał się Zawada, kątem oka obserwując swojego
młodszego kolegę. – A Marek to chyba nic… po ostatnich traumatycznych wydarzeniach tutaj! –
roześmiał się, kiedy młodzi odwrócili od siebie wzrok.
- Zamknij się! – szturchnął przyjaciela Brodecki. - Piwo… bez dodatkowych atrakcji. – dodał,
zwracając się tym razem do Basi.
- Jasne! – odwróciła się, czując jednak przez cały czas na sobie jego przenikliwy wzrok. Napełniła
dwa kufle piwem i postawiła przed nimi na blacie baru. – Dwanaście złotych!
- Ty mi wisisz jeszcze za pralnie!
- Ale ja ... nie chciałam … to znaczy przepraszam ... dobrze, zapłacę! - widząc jej zmieszanie i to
jak już wyciąga pieniądze z portfela, szybko złapał ją za rękę.
- On żartował tylko! - zaśmiał się starszy z nich widząc jak przyjaciel od dłuższej chwili trzyma
uroczą barmankę za rękę. - Marek bywa wyrachowany, ale tylko wtedy gdy przychodzi kolejne
upomnienie z banku za niespłacone raty!
- Adam… - Marek spojrzał na niego. – Czy ty musisz opowiadać jej o moich problemach
finansowych? Jeszcze się ze mną nie umówi…
- Dlaczego?! Przystojny podobno jesteś! – Basia zdezorientowana przerzucała wzrok z jednego, na
drugiego, w ogóle nie rozumiejąc ich wymiany zdań. – I młody… sprawny!
- Ej…! – Storosz głośno krzyknęła. Panowie zamilkli, przerzucając na nią wzrok. – Czy wy się ze
mnie nabijacie? – zapytała, zabierając dłoń.
- Jakbyśmy śmiali? – Brodecki na żarty się oburzył, poczym natychmiast wybuchł głośnym
śmiechem. – Słuchaj, miałem wtedy paskudny humor, a ty go jeszcze bardziej spaprałaś.
- Nazwałeś mnie ofermą!
- To akurat może być prawda… - widząc jej wrogie spojrzenie, szeroko się uśmiechnął. – Żartuję po
raz drugi… ale umówić się możemy!
- Po moim trupie!
- Ojojoj jaka groźna pani bufetowa! - Adam nie wytrzymał i ze śmiechu zakrztusił się piwem.
Natomiast Basia energicznie rzuciła trzymaną akurat w ręku ściereczką i nieznacznie pochyliła się
nad Brodeckim.
- Słuchaj nagrzany palancie, nie umawiam się z nieznajomymi! - i kiedy już odnosiła chwile
swojego triumfu widząc zmieszanie w oczach Marka, on natychmiast wygrzebał z kieszeni spodni
wizytówkę, podał jej ją i ze swoim charakterystycznym uśmieszkiem oświadczył:
- Marek Brodecki, numer mojego telefonu masz na tej karteczce! - i z satysfakcją wymalowaną na
twarzy zaczął sączyć zimne piwko. Przez kolejne dziesięć minut Basia starała się nie odwracać w ich
stronę - krzątała się przy barze, byle tylko nie patrzeć w stronę Brodeckiego. A kiedy dostała
zamówienie ze stolika, była niemalże wdzięczna nowym klientom za to że uwolnili ją chociaż na
chwilę spod wpływu tych wrednych policjantów. Tymczasem Marek Brodecki uważnie obserwował
jej każdy - nawet najbardziej niedbały ruch...
- A ty co się jej tak przyglądasz? … Podoba Ci się? – zagadnął po dłuższej ciszy komisarz. Brodecki
momentalnie odwrócił wzrok od dziewczyny, dopijając piwo. – Marek?
- Zwariowałeś?! Przecież ta mała ma góra osiemnaście lat.
- Dwadzieścia jeden…- poprawiła, słysząc jego słowa. – I nie mała, tylko niska… jeszcze piwka? –
Marek nieco się zdziwił.
- Chcesz, żebym popadł w alkoholizm? – zażartował zmieniając temat.
Baśka w końcu szczerze się uśmiechnęła. Do tej pory rzadko miała okazję do tego by flirtować z
obcymi facetami. W zasadzie w ogóle nie miała takich sytuacji, bo zwykle w miejscach publicznych
była razem z Radkiem, a on był bardzo zazdrosny... Ale teraz doszła do wniosku, że jej się to
nawet podoba - takie zainteresowanie ze strony innych mężczyzn...
- Broń Boże, nie chcę mieć nic wspólnego z pańskim alkoholizmem! - uniosła do góry ręce w geście
poddania i zalotnie przygryzła dolną wargę.
- To przestań się do mnie tak uśmiechać! - chwila dziwnego napięcia i wymiany spojrzeń i zaraz
cała trójka śmiała się na cały głos.
I tak mijał jej dzień za dniem – nawet nie zauważała kiedy. Dawniej całe popołudnia spędzała
bezproduktywnie w mieszkaniu lub w czytelni. A teraz nie dość, że miała zajęcie, pracowała w
sympatycznym otoczeniu, to jeszcze zarabiała własne pieniądze! Z tego była najbardziej dumna –
samodzielnie opłacała swoją część czynszu i skrupulatnie odkładała na wymarzony wyjazd.
Natomiast jeżeli chodzi o życie prywatne... prawie w ogóle go nie było. Od rana do godziny trzeciej
po południu siedziała na uczelni, potem od razu pędziła do pracy, a w nocy wracała na stancję.
Radek starał się to tolerować, czasem nawet czekał na nią, ale częściej spał gdy już wracała. Czuła
... oboje czuli, że tracą coś co dawniej było wartością w ich związku ... ale póki co nie chciała o tym
myśleć. Dlatego dziś, gdy udało jej się wcześniej wyrwać z uczelni, zgrabnie śmigała pomiędzy
stolikami i podawała klientom dania obiadowe. Już nie drżały jej ręce, nie wylewała zupy, nie myliła
stolików, colę nalewała do odpowiednich szklanek – po prostu dobrze jej się tutaj pracowało. No i
nie musiała się martwić o wyżywienie. Lucynka widząc jaka Basia jest szczupła –„zabiedzona”, jak
stwierdziła dosłownie - pilnowała jej na zapleczu, aż dziewczyna zjadła dwudaniowy obiad, co było
dodatkowym plusem nowej pracy. No i klienci – sympatyczni, kulturalni, nie oszczędzali na
napiwkach... ale szczególnie do gustu przypadli jej ci dwaj panowie policjanci, z którymi urządzała
sobie coraz dłuższe pogawędki. Gdy opowiadali jej o swojej pracy, słuchała ich z szeroko otwartymi
oczami, albo prowadziła słowne utarczki gdy uroczo się z niej nabijali... po prostu polubiła ich. No a
Marek... on nie ustawał w słownych insynuacjach i wciąż – śmiechem, żartem - próbował się z nią
umówić...
Cz. 3
Tego wieczora w Coala Cafe panował ruch większy niż zwykle. Piękna pogoda i mecz naszej
reprezentacji z Niemcami – te dwa czynniki wygoniły z domów płeć brzydką, by w towarzystwie
przyjaciół opijać zwycięstwo, ewentualnie porażkę „naszych”. Knajpa Lucynki, była więc pełna
panów, którzy wlewali w swe gardła hektolitry zimnego piwa, wciąż prosząc o następną kolejkę, a
swój wzrok skupiali na ekranie telewizora ustawionego w idealnym miejscu lokalu. Dziewczyny
wręcz dwoiły i troiły się, by zdążyć z zamówieniami. Basia już po pierwszej połowie zarobiła ponad
100 zł napiwków, więc nie mogła narzekać, mimo że nogi ją strasznie bolały od ciągłego biegania
między stolikami, lub stania za barem. Ale był wśród tego tłumu ktoś, kto jej ustawicznie poprawiał
nastrój... Marek przyszedł tu zaraz po pracy i wygodnie rozsiadł się przy barze. Patrzył na nią,
zaczepiał, rozśmieszał, a czasem nawet pomagał... Nie ukrywała, że podoba jej się ten subtelny
flirt i chemia jaka się między nimi wytworzyła. Oczywiście nie myślała o tym, żeby zdradzić
swojego chłopaka - w końcu wierność to jedna z jej żelaznych zasad! Ale Brodecki miał to coś, co
ją do niego ciągnęło i lubiła czuć na sobie jego przenikliwe spojrzenie. Czasem nawet czuła, że on
doskonale zna jej myśli... Adorował ją, wciąż podkreślał, że ma śliczny uśmiech i zauważyła, że
zawsze kiedy ona przemyka od stolika do stolika, on obserwuje jej zgrabne nogi, czy idealne
kształty ukryte pod czarną, obcisłą spódniczką. Brakowało jej tego – takiego cichego zachwytu ze
strony mężczyzny. Radek nigdy nie był zbyt wylewny i nie mówił jej tych wszystkich rzeczy... a ona
słysząc je czuła się nadzwyczaj kobieco...
- Może Ci pomóc? – Marek zwolnił krzesło kolejnemu klientowi i stanął obok niej za barem. Niemal
siłą zabrał jej z rąk kufle i sam zaczął napełniać je złocistym napojem. – Dziewczyno, ty się
wykończysz! Odpocznij chwilę… ja ich obsłużę.
- Spoko loko… poradzę sobie! - mrugnęła. – Już?
- Nie! Co to? – skinął w stronę stosu kartek, które walały się niemal po całym blacie za ich plecami.
- Notatki, jutro mam kolokwium z nauk politycznych! … Mogę już to piwo? – niecierpliwiła się. –
Marek…! - zabrała szklanki i znikła pośród tłumu. Brodecki momentalnie powiódł za nią wzrokiem i
gdyby nie Lucynka, która nagle wyrosła obok niego, obserwowałby ją nadal.
- Brodecki ty lepiej uważaj… - Marek zmrużył oczy kompletnie nie wiedząc o co chodzi jego
znajomej. – Baśka jest młoda…
- A ja to niby stary jestem? – oburzył się.
- Wodzisz za nią tylko! Ślepy by zauważył, że Ci się podoba! …
- Jeśli nawet, to co? Hm? – skrzyżował ręce na piersi. – Jestem wolny i chyba nie ma w tym nic
złego.
- Może nie ma, ale… Marek, poznałam ją trochę i… ona nie jest dziewczyną na jedną noc. Więc
odpuść sobie, albo postaraj się jej nie skrzywdzić!
- Jak sobie… mama… życzy! – przewrócił oczami i sięgnął po kartkę, którą podała mu Basia z
zapisanym kolejnym zamówieniem. Było już grubo po 22, mecz dawno dobiegł końca, a klientów
nie ubywało. Lucynka z Basią zaczęły się nawet martwić, że będą musiały tu siedzieć do samego
rana. Ale co się nie robi dla zwiększenia budżetu.
- Szefowo jeszcze jedno… stoliczek number seven! – krzyknął z końca sali jakiś nieźle już
podchmielony klient. Niski, łysy, który wydał dzisiejszego wieczoru chyba całą wypłatę. – Albo dwa!
- Tobie kolego już chyba dzisiaj wystarczy! – odkrzyknął Brodecki, zanim dziewczyny zdążyły
zareagować. – Wytrzeźwiej i wróć tutaj jutro!
- Marek! – uciszyła go natychmiast Lucynka. – Basiu zanieś mu!
- Może lepiej ja się nim zajmę… - wtrącił podkomisarz. – Typek spod ciemnej gwiazdy!
- Dziękuję, ale poradzę sobie sama! Ja tutaj pracuję, nie ty! – Basia lekko się do niego
uśmiechnęła, po czym zabrała tacę i ruszyła w kierunku stolika z numerem siedem. Podeszła
pewnie do podchmielonego klienta i z wyćwiczonym już doskonale "służbowym" uśmiechem,
postawiła przed nim napełnione kufle. Kiedy pochyliła się nad stolikiem, by zabrać wypełnioną
popielniczkę, poczuła jego spocone dłonie, które mocno przyciągnęły ją do siebie. Próbowała się
jakoś wyszarpać, ale on był silniejszy i co najgorsze pijany. Tak też wbrew własnej woli siedziała u
niego na kolanach, czując jego oddech na swojej szyi, a ręce wędrujące pod spódnicę.
- Ślicznotka z Ciebie! – wysapał. – Może się zabawimy?
To trwało może ułamki sekund, jednak dla niej ciągnęły się w nieskończoność. W końcu poczuła jak
inne męskie ręce odciągają ją od pijanego natręta. Potem zobaczyła jak Marek nokautuje go
jednym sprawnym uderzeniem w brzuch. Lucynka zaprowadziła ją na zaplecze, a za moment
pojawił się i sam Brodecki we własnej osobie…
- Zadzwoniłem po chłopaków… leży skuty na podłodze. Zabiorą go do izby wytrzeźwień! Nic Ci nie
jest?
- Nie… - burknęła, opatulona rękoma. – Śmierdzę cała! Brrr!
Marek podszedł do niej, nachylając nad jej szyją. Chciała się cofnąć, ale przytrzymał ją łapiąc za
przedramiona.
- Ja czuję jakiś piękny lawendowy zapach! – na jej twarzy mimowolnie zagościł uśmiech. Spojrzała
na jego twarz, dopiero po chwili orientując się, jak blisko siebie stoją. Oczy i usta dzieliły zaledwie
milimetry. – A może… to konwalia?
Lucynka pokręciła ze śmiechem głową i postanowiła dać im znać o swoim istnieniu. Nie chciała
bowiem wiedzieć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby przysunęliby się do siebie jeszcze o centymetr.
Zapewne przestaliby oddychać, a na to nie mogła pozwolić. Przynajmniej tutaj.
- Yhm! – odchrząknęła głośno, na co oboje natychmiast od siebie odskoczyli. – Basiu, może
skończysz na dzisiaj? Idź już do domu, odpocznij… poucz się!
- Ale… zostanę! Nic mi przecież nie jest.
- Bez gadania… Marek Cię odprowadzi, żebyś nie musiała chodzić po nocy sama! – dyskretnie
mrugnęła do Brodeckiego. – Chociaż raz zaoszczędzisz na taksówce.
- Dzięki, ale to nie jest konieczne, naprawdę!
- Baśka nie marudź! - odpowiedział wesoło Brodecki. - Nie zapominaj, że jestem gliną, więc z nikim
nie będziesz bardziej bezpieczna!
- Wiem, ale...
- Gdzie mieszkasz?
- Na Andersa...
- To niedaleko, ale pokażę ci drogę na skróty! - mrugnął do niej oczkiem, przez co całe zmieszanie
tą dziwną sytuacją z niej wyparowało.
- Dobrze... poczekaj, zaraz się przebiorę i pozbieram swoje rzeczy!
Kiedy wyszli było dość chłodno, więc Marek szarmancko pożyczył jej swoją kurtkę. Basia faktycznie
nie znała drogi, którą jej wskazał. Szli jakimiś małymi uliczkami, ale rzeczywiście jej się nie dłużyło.
Cały czas rozmawiali lub śmiali się. Jego towarzystwo było dla niej tak naturalne! Przy nim czuła się
swobodnie, mogła z nim porozmawiać o wszystkim - o rzeczach bardzo błahych jak i poważnych. W
końcu jakoś odruchowo zerknęła na zegarek - było już po 1.00! Przecież wyszli z knajpki koło
23.00 i szli aż dwie godziny?! Zatrzymała się nagle i spojrzała na niego z rozbawieniem - nie
miałaby siły nawet na to, żeby się na niego porządnie zezłościć...
- Dlaczego stanęliśmy? – zapytał, widząc jej przenikliwe spojrzenie. – Dobrze, dobrze… - w geście
poddania uniósł ręce do góry. – Ten skrót był nieco dłuższy, niż mówiłem. Ale to nie moja wina, że
tak świetnie mi się z tobą rozmawia!
- Ah tak?
- Twoja ulica jest zaraz za rogiem… - skinął w stronę budynku, za który prowadziła jakaś
kamienista droga. – Chodź!
- Marek, poczekaj… - zatrzymała go, łapiąc za łokieć. – Trafię dalej sama, nie musisz mnie
odprowadzać pod samą klatkę. – wolała nie ryzykować. Radek pewnie jeszcze nie spał, a kolejna
kłótnia z nim nie była jej na rękę. Wolała nie myśleć, jak bardzo byłby zdenerwowany, widząc ją z
innym mężczyzną. I to o tak późnej porze. – Dziękuję za… to dzisiaj, za odprowadzenie… i w ogóle!
- Jak chcesz, to mogę tak codziennie Cię odprowadzać! – wyszeptał, nieznacznie się ku niej
pochylając. – Wystarczy, że poprosisz!
- Marek… - spojrzała w bok, lekko się rumieniąc. – Nie trzeba!
- Ale do baru będę wpadał częściej… - uśmiechnęła się, przerzucając wzrok z widoku po drugiej
stronie ulicy, na jego oświetloną przez latarnię twarz. Był tak niesamowicie przystojny! Niby
niewinna twarz patrząca na nią tymi tajemniczymi niebieskimi oczami, a z drugiej strony bardzo
męska przez dwudniowy zarost. Kiedy się do niej uśmiechał, w okolicach ust robiły mu się takie
małe, słodkie dołeczki... wtedy czuła, że chciałaby poznać smak jego pocałunków i nie tylko! Ale od
razu szybko odganiała tę myśl, starając się skupić na kumpelskiej płaszczyźnie ich relacji... Tym
razem jednak było inaczej. Nie była w stanie się opanować, ani go odtrącić. Po dłuższej ciszy,
przybliżył się delikatnie przejeżdżając kciukiem po jej policzku. Przymknęła oczy. Przegryzła dolną
wargę. Poczuła jak powoli smakuje jej warg, ich najmniejszy skrawek, a kiedy pogłębiła pocałunek,
jej podniebienia. – Będę wpadał codziennie! Teraz już się mnie nie pozbędziesz! – dodał, niechętnie
odrywając się od jej ust.
- Marek… - głos jej zadrżał. - Ja... ty musisz coś wiedzieć... - jednak nie dane jej było dokończyć,
bo ponownie poczuła jego usta na swoich, jak subtelnie szczypał jej dolną wargę... odpłynęła...
Kiedy się od siebie oderwali mimowolnie przed oczyma stanął jej Radek. Przecież do tej pory tylko
on ją całował - wyłączając Wojtusia przed laty, podczas leżakowania w przedszkolu - i tylko jemu
pozwalała na to, co przed chwilą zrobił Marek. Ale Radek nie całował jej tak, że potem miała ochotę
na więcej i więcej... tak jak teraz! – Marek… idź już!
- Nie! – uśmiechnął się, co chwila skradając jej szybkie, ale coraz namiętniejsze buziaki. – Chyba,
że coś mi obiecasz!
- Nie! … Idź już, proszę!
- Obiecaj mi, że jutro spędzimy razem troszkę czasu!
- Ale przecież widujemy się codziennie! - chciała zaprotestować, ale nie potrafiła. Ten facet działał
na jej wolę obezwładniająco.
- Ale wtedy, kiedy ty jesteś w barze! A ja tak nie chcę... - kiedy zapadła pełna dziwnego napięcia
cisza wreszcie dodał - Zrozum... zależy mi na tobie! Chyba bardziej niż bym tego chciał, ja...
uwierzysz, że przez cały dzień myślę o tobie i tylko czekam żeby wyrwać Adama do waszej
knajpy?! - słysząc jego słowa serce podeszło jej do gardła, był taki szczery w tym co mówił. - Nie
mów, że nie zauważasz tego co się zaczyna między nami dziać... Baśka to jest obustronne, ja to po
prostu czuję!
- Marek to się nie uda!
- Jeśli nie spróbujemy, to się nie dowiemy… o której masz jutro to kolokwium? – pokręciła
przecząco głową. – O której? Spróbuję wyrwać się z komendy i przyjadę!
- Marek proszę Cię, nie!
- O której?
- O trzynastej…
Cz. 4
Kiedy brała prysznic myślała o nim, kiedy spała obok swojego chłopaka myślała o nim, we śnie
zjawiał się ON ... "Nie, to jakiś absurd!" - żachnęła się, gdy rano musiała spojrzeć w swoje oblicze
w lustrze. Bo czy absurdem nie można nazwać tego, że nagle po trzech latach kładzie na szali swój
stały związek i gwałtowne uczucie do faceta, którego zna od jakiegoś miesiąca? Co z tego, że jest
diabelnie przystojny, pociągający, męski, że całuje ją jakby była najważniejszą kobietą pod
słońcem, co z tego, że prawdopodobnie jest jej ideałem, o jakim od zawsze marzyła, co z tego?!
Przecież nie wolno jej zabrnąć, uwikłać się w jakiś tandetny romans jakie sobie można pooglądać w
kinie! Ale jego pocałunki będzie pamiętać już zawsze... teraz nie potrafiłaby powiedzieć jak całuje
Radek, po prostu świat kontaktów intymnych pomiędzy kobietą a mężczyzna dla niej zaistniał, od
kiedy ten niesforny pan komisarz całował ją na ulicy, pod rozgwieżdżonym niebem... Zuzia
doskonale wiedziała, że jej przyjaciółkę coś gnębi. Zawsze się sobie zwierzały, ale teraz wyczuła, że
Baśka nie ma ochoty na rozmowę w domu, jakby nagle obecność Radka zaczęła jej przeszkadzać.
Dlatego gdy tylko podczas okienka czekały na kolokwium, postanowiła ją zaciągnąć w najbardziej
intymne miejsce w całym budynku... do damskiej toalety…
- Baśka! Znamy się, jak łyse konie… wiemy o sobie niemal wszystko! Mówimy sobie wszystko! Nie
mamy przed sobą tajemnic… znaczy ja nie mam przed tobą! – Ostrowska mówiła nieskładnie,
intensywnie gestykulując przy tym rękoma. – A ty?
- Co ja?!
- Masz przede mną jakieś tajemnice? – Basia odwróciła wzrok w stronę lustra. – Widzę, że coś się z
tobą dzieje! Jesteś jakaś rozkojarzona… na ostatnich ćwiczeniach odpłynęłaś. Rozumiem, że nie
słuchałaś tego nudnego Kasprzyka, ale mnie? – oburzyła się. – Mów! Jak na spowiedzi…
- Zuzia…
- Zuzia, Zuzia, Zuzia … - wtrąciła. – To coś poważnego! Inaczej powiedziałabyś mi już dawno! Nie
zachowywałabyś się tak… przy Radku!
- Jak?
- Tak obojętnie! … Mam oczy i widzę! A najgorsze, że zachowujesz się tak odkąd zaczęłaś pracować
w tej knajpie.
Basia podeszła do ściany i opierając o nią plecy, zjechała do pozycji siedzącej. Ukryła twarz w
dłoniach, dopiero po chwili przerzucając wzrok na Zuzię.
- Poznałam kogoś… - rzuciła bez ogródek. – Jest starszy ode mnie! - Ostrowska rozdziawiła buzię.
Przez dłuższą chwilę obie milczały. – Powiedz coś! … Że Jestem ostatnią idiotką, kretynką… suką!
Nie wiem! … Mam faceta, a zainteresowałam się innym! Głupia! – otwartą dłonią uderzyła się w
czoło.
- Przystojny jest?
- Zuzia! – Baśka zgromiła ją wzrokiem. – To jest w tej chwili najmniej istotne. Czy ty nic nie
rozumiesz? Nie chce zdradzić Radka! Koch… - przerwała. - … zależy mi na nim!
- Na którym? Bo się pogubiłam… - wyszczerzyła w stronę przyjaciółki rząd swoich bielutkich
ząbków. - A nie zdradziłaś go jeszcze?
- Znamy się od jakiegoś czasu… zawsze przychodził do baru z przyjacielem, coś zjeść, napić się
piwa. A ostatnio bywa sam, żartuje, flirtuje ze mną… - zawstydzona odwróciła na chwilę głowę. –
To jest tak cholernie przyjemne… wiesz?
- Noooo… - na twarzy Zuzi ponownie zagościł uśmiech. – Znaczy domyślam się! … A ten jego
przyjaciel? Fajny?
- Około pięćdziesiątki!
- CO? - Ostrowska natychmiast poderwała się do pozycji stojącej. – Jak to koło pięćdziesiątki?! A
ten twój?! Umawiasz się z facetem w wieku swojego ojca? Zwariowałaś już doszczętnie?! To pedofil
jakiś! Rozkazuje Ci natychmiast zakończyć tą znajomość, zanim Radek się o nim dowie i … i inni…!
- Marek ma góra dwadzieścia pięć lat.
- Marek? – uśmiechnęła się. – Ostatecznie może być! … Mów dalej …
- No i wczoraj odprowadził mnie do domu i … pocałował. – Zuzi aż dech zaparło z zachwytu. –
Właściwie to całował mnie cały czas… z przerwami. Jakieś dziesięć minut.
- O matko boska! I co?
- Co, co? Nic!
- Ale jak? … Tak … fajnie? Tylko ustami, czy pomiział Cię też językiem? – Storosz przewróciła
oczami. – No mów wreszcie!
- Musiał mieć dużo dziewczyn przede mną, bo szło mu całkiem nieźle! – zamyśliła się. – Tak lekko i
delikatnie, a jednocześnie zachłannie i namiętnie!
- Bosko! – rozmarzyła się. – Ale jesteście razem? – Basia momentalnie posmutniała. Wzruszyła
ramionami i podeszła do lustra.
- On chce spróbować… - odpowiedziała cicho, obserwując dokładnie swoje odbicie. – Jak uda mu
się wyrwać z komendy, to przyjedzie po mnie po kole.
- Policjant?! – Zuzia aż pisnęła z radości. – I będzie w mundurze?! I w niebieskim samochodziku?!
- Głupia! – szturchnęła przyjaciółkę. – On nie z tych! On łapie morderców! … Pracuje w kryminale!
– uśmiechnęła się, sama nie wiedząc czemu.
- Jeszcze lepiej…
- Zuzia, ale przecież ja nie mogę z nim być! – Kiedy w oczach stanęły jej łzy, odwróciła się w stronę
przyjaciółki. – A Radek? Co z Radkiem? … Przecież to z nim jestem od trzech lat, z nim chciałam
ułożyć sobie życie! Z nim… zależy mi na nim!
- A mi zależy na Marcinie… i jesteśmy tylko przyjaciółmi… Baśka, może Radek nie jest tym
właściwym, pomyślałaś o tym? Przecież przez ostatnie miesiące tylko się sprzeczacie! Ciągle ma do
Ciebie bezpodstawne pretensje…. Wyglądacie bardziej, jak rodzeństwo, a nie jak zakochana w
sobie po uszy para. Nie macie jeszcze ślubu, a już zachowujecie się jak małżeństwo z co najmniej
dwudziestoletnim stażem.
- Nie… - pokręciła głową.
- Jesteś z nim z przyzwyczajenia, a nie z miłości… na początku na pewno coś do niego czułaś, nie
przeczę, ale teraz… zobacz jaka jesteś podniecona po wczorajszym wieczorze z Markiem! Sama
powiedziałaś, że całuje cudownie!
- Radek też całuje… - zamilkła.
- No? Jak całuje Radek? - Storosz przymknęła powieki. – Nie bój się tego powiedzieć! Zrzuć z serca
ten głaz!
- Radek całuje inaczej…
- Dobrze! A jak się z nim … - Zuzia cicho zachichotała, widząc dziwny wyraz twarzy Basi. - … no nie
raz słyszałam przez ścianę te wasze ekscesy!
- Zuzia! – krzyknęła. – Poza tym z Markiem jeszcze nie spałam i nie mam co porównywać! Czy
możesz już skończyć to głupie przesłuchanie?
- Jeszcze kochana, jeszcze! – mrugnęła. – Baśka, nie bój się do diabła ciężkiego przyznać, że lecisz
na tego policjancika! … Co czujesz, kiedy go widzisz?
- Denerwuje mnie… - naburmuszyła się. – Jest za bardzo pewny siebie! Ciągle tylko się uśmiecha i
nabija ze mnie!
- Żadnych motylków? Nic?
- Może… ale takie lekkie! Że prawie ich nie ma!
- Baśka, no proszę Cię! – Zuzia tak wrzasnęła, że Baśka aż podskoczyła. – Przestań się oszukiwać!
Radek to przeszłość! Poza tym… przepraszam za to, co powiem… ale to kompletny kretyn! Ubiera
się, jak z epoki kamienia łupanego! Gorzej od mojego dziadka!
- Jesteś okropna!
- Wiem! – skinęła głową. – Oho, już? Foch na całego, bo obraziłam twojego chłopaka?
- Dobrze! Dobrze! Dobrze! – Baśka podeszła do umywalki. Oparła się o nią dłońmi i spuściła głowę.
– Marek ... jest piekielnie przystojny! - zaśmiała się na głos. - Ma tak cudowne spojrzenie,
niebieskie oczy ... minę niewiniątka! Ale naprawdę potrafi zawrócić w głowie niejednej kobiecie tym
swoim uśmieszkiem! Kiedy się uśmiecha to ... - i tak z coraz większym uśmiechem na twarzy
opisywała Zuzi Marka ... Jej przyjaciółka z szeroko rozdziawioną buzią słuchała jaki to Brodecki jest
inteligentny, szarmancki gdy chce, uwodzicielski ... W pewnym momencie nie uwierzyła, że istnieje
naprawdę. Ale reakcja Basi tylko utwierdzała ją w przekonaniu, że pojawienie się Marka zmieni
zupełnie dotychczasowe życie Storosz, a może i jej przyszłość? – I czuję te cholerne motyle w
całym brzuchu!
- Zakochałaś się… farciara! – Zuzia uderzyła ją lekko między żebra. - I to z wzajemnością! Musisz
mnie obowiązkowo z nim poznać!
- Jeśli nawet, to co? … Nie chcę zostawić Radka! Nie mogę go skrzywdzić! On mnie kocha!
- Basiu… nie zniszczysz swojego szczęścia, rozumiesz? Nie zniszczysz! … A Radek jakoś to
zrozumie! Jeśli nie ty okazałaś się jego drugą połówką, to gdzieś tam na pewno czeka na niego ta
odpowiednia dziewczyna! …
- On będzie cierpiał… a ja tego nie chcę! Poza tym nawet nie mam pewności, że mi i Markowi się
uda. Może mu się znudzę? Jest tyle kobiet, a on miałby wybrać akurat mnie?
- Niedowiarek! – pokręciła głową. - … A Radek… Może powinnaś go jakoś przygotować na tą
wiadomość? Zacznij powoli się od niego oddalać…. Poczekaj na odpowiedni moment.
- Boję się!
- Będzie dobrze, zobaczysz! … Ale teraz o tym nie myśl. Masz dzisiaj randkę z Markiem i spędź z
nim miły dzień, hm?
- Chyba się za nim stęskniłam od wczoraj… - szeroko się uśmiechnęła.
- No, i niech ja Cię zawsze widzę taką radosną! Idziemy na tego kolosa?
- Idziemy! – Basia wesoło przytaknęła i ciągnąc przyjaciółkę za rękaw bluzy, wyprowadziła z toalety
na korytarz, gdzie kręciło się już kilku ich znajomych z kserówkami w dłoniach.
Rozmowa z Zuzią naprawdę wiele jej dała. Przede wszystkim nieco ją uspokoiła i trochę poukładała
w głowie. Tak naprawdę Ostrowska głośno powiedziała jej to, co w głębi duszy chciała usłyszeć ...
bo to serce podpowiadało jej by rzucić wszystko w cholerę i po prostu być z Markiem! Ale był też
Radek ... o nim na razie nie będzie myśleć! Tak jak poradziła jej Zuzia - teraz powinna cieszyć się
każdą chwilą spędzoną z Brodeckim, a o reszcie pomyśli później.
Zadowolone studentki wyszły z sali, w której pisały kolokwium, a które poszło im nadspodziewanie
dobrze! Po drodze coś sobie szeptały i co chwila wybuchały śmiechem. Jednak kiedy wyszły przed
budynek instytutu, Basia jakby skamieniała. Nie słyszała co trajkocze do niej Zuzia - patrzyła przed
siebie ... Stał tam oparty o służbowy samochód w czarnej, skórzanej kurtce i uśmiechał się do niej
zawadiacko. W rękach trzymał malutki bukiecik stokrotek ... Uśmiechnęła się szeroko gdy
wyciągnął do niej ręce, natychmiast podbiegła do niego...
- Wreszcie… stoję tu już jakiś czas, a po tobie ani śladu! – i zanim zdążył przywitać ją buziakiem,
ona pierwsza złożyła na jego ustach namiętny pocałunek. – No proszę, od wczoraj chyba coś się
zmieniło! Myślałem, że nadal będziesz się zarzekać, że…
- Kobieta zmienną jest… - wtrąciła. – Przemyślałam sobie kilka rzeczy i stwierdziłam, że „raz kozie
śmierć!” Najwyżej mnie zostawisz, ale chociaż przez kilka dni będę szczęśliwa!
- Nie zostawię Cię! – oburzył się.
- W takim razie cieszę się jeszcze bardziej… - i po raz kolejny dzisiaj go pocałowała, nie zważając
na przyglądających im się przechodniów. – Gdzie mnie zabierasz?
- Nie mam dużo czasu… za godzinę muszę wracać na komendę! Ale to wystarczy, żeby zabrać Cię
w jedno miejsce!
- Gdzie?
- A to niespodzianka! Wskakuj… - skinął w stronę drzwi samochodu od strony pasażera. A kiedy
wsiadła, sam zajął miejsce kierowcy i wdepnął pedał gazu, włączając się do ruchu.
Cz. 5 +18
Przez całą drogę trajkotała jak najęta. Chciała mu opowiedzieć wszystko - cały swój dzisiejszy
dzień, każdą chwilę bez niego. Marek tylko odpowiadał jej szerokim uśmiechem, bądź to
delikatnym buziakiem na czerwonych światłach, jeśli takowe się zdarzały. Owe pocałunki tylko na
chwilę wprawiały Basię w zakłopotanie. W końcu jakby nie patrzeć wybierają się na swoją pierwszą
randkę. Podekscytowanie czuła całą sobą, a rój motyli grasujący w jej brzuchu bezlitośnie je
wzmagał. Gdy Marek zatrzymał samochód nieco się zdziwiła. Wydawało jej się, że pan podkomisarz
wymyśli coś w stylu wykwintnej kolacji na dachu jakiegoś wieżowca. Tymczasem on zawiózł ją ...
nad Wisłę. Obawy o tym, że Marek chce z nią uprawiać ekstremalny seks na przednim siedzeniu,
okazały się jednak efektem zbyt częstego przebywania Storosz w towarzystwie swojej przyjaciółki
Zuzanny. Za chwilę stali objęci nad brzegiem Wisły…
- Widzisz to? – po dłuższej ciszy Marek skinął w stronę panoramy miasta. – Nigdy nie myślałem, że
Warszawa może być taka piękna… Ciągle tylko ten zgiełk, ludzie nieustannie gdzieś się śpieszą. Do
tego moja robota, syf i brud… a tutaj? Wszystko wydaje się zupełnie inne. Tak różne od
codzienności. Spokój, cisza… tylko szum Wisły. Można spokojnie pomyśleć, odpocząć! Dlatego Cię
tu przywiozłem. W moje… a właściwie teraz już nasze miejsce.
- W takim razie ja też będę musiała Cię gdzieś zabrać… - mrugnęła. – Kiedy mam wszystkiego
dosyć, nie panuję nad emocjami, czy po prostu pokłócę się z Ra… - urwała szybko, w porę
orientując się, co też chciała powiedzieć. - … z kimś, to tam jadę. Wystarczy mi pudełko
waniliowych lodów, zachód słońca i to miejsce.
- To znaczy? – mocniej ją do siebie przygarnął.
- To znaczy, że dowiesz się swoim czasie… - uśmiechnęła się, widząc jego zawiedzoną minę. – A
tak poza tym komisarzu, nie wiedziałam, że z Ciebie taki romantyczny facet jest… Zaczynam się
gubić… a gdzie ten silny glina, flirciarz i playboy? Zamiast wciskać mi tu jakieś bajery, użyłbyś tych
swoich kajdanek… - zrobiła dwa kroki w tył, ledwo powstrzymując wybuch śmiechu.
- Dobra, dobra… - uniósł ręce w geście poddania. – Przejrzałaś mnie… ale i tak Ci się dostanie! –
krzyknął i rzucił się w jej kierunku. Rozpoczęła się regularna pogoń dwójki zakochanych w sobie po
uszy ludzi. Aż śmieszne jest to jak taka dziecinna zabawa może do złudzenia przypominać ten stan
- radosne podniecenie, oszałamiające szczęście i pęd przed siebie - nie myśląc o niczym biegniesz,
czując jak nagle ziemski grunt unosi cię do góry, to jest to słynne bujanie w obłokach ... Dopadł ją
wreszcie i obezwładniając powalił na ziemię. Śmiech i zmęczenie sprawiły iż teraz oboje szybko
oddychali. On leżał na niej, lecz ani trochę im to nie przeszkadzało - spojrzenia zderzyły się ze
sobą, gorąco przeszło przez obydwa ciała. Patrzył na nią jakby była jedyną kobietą na świecie,
ofiarowaną właśnie jemu w prezencie. A ona? Nigdy w życiu nie czuła tak mocno i tak wiele w
przeciągu jednej chwili ...
- I co teraz ze mną zrobisz? – zapytała, w odpowiedzi otrzymując pełen czułości, a zarazem głęboki
i żarliwy pocałunek. A kiedy się on niej oderwał, z zamkniętymi nadal oczami czekała na więcej.
Jeszcze żadna pieszczota nie sprawiała jej tyle przyjemności, co ta dostarczana przez pana oficera.
- Ja naprawdę jestem romantyczny… - wyszeptał głosem skrzywdzonego, małego chłopca. Po czym
schodząc z niej, położył się tuż obok, przytulając ją do siebie. – A to miejsce znalazłem, kiedy
prowadziliśmy z Adamem sprawę. Wysłowili wtedy z wody ciało prostytutki.
- No to rzeczywiście romantyczny, jak cholera… - zachichotała. – Żartuję!
- Chcesz oberwać jeszcze raz? – i nie czekając na jej reakcję, cmoknął ją szybko w usta. – Chyba
muszę wracać na komendę! Zobaczymy się wieczorem mam nadzieję?
- Jak wpadniesz do Lucynki…
Resztę dnia spędziła w swojej knajpce. Gości rzecz jasna w porach popołudniowych i wieczornych
było więcej, dlatego nie dość że obsługiwała klientów siedzących w lokalu, to jeszcze tych, których
stoliki były wystawione na zewnątrz. Lucynka bowiem, widząc że interes kwitnie, postanowiła
wykorzystać ładną pogodę i urządzić mini ogródek przed lokalem. Dziewczyny miały przez to więcej
pracy, ale nie narzekały gdy okazało się że dochody w porównaniu z poprzednim miesiącem są o
niebo wyższe.
Jednak to nie przypływ gotówki sprawił, że Basia dziś tryskała humorem, zarażając nim klientów, z
czego w większości byli to stali bywalcy, którzy zdążyli już poznać i polubić nową kelnerkę. Kiedy
stała za barem, w przerwach pomiędzy jednym kuflem piwa a kolejnym, zerkała na wyświetlacz
swojego telefonu, który co jakiś czas informował ją o wiadomościach tekstowych wysłanych od
nadawcy, o tajemniczym imieniu „Marek”.
Pisał, że jest jego skarbem, że tęskni za nią i czeka aż wreszcie będą mogli się zobaczyć, pomijając
te coraz pikantniejsze wyznania ... Była niewiarygodnie szczęśliwa – pierwszy raz czuła coś tak
nieprawdopodobnego ... Tęsknota za kimś, kogo widziała kilka godzin wcześniej, szybsze bicie
serca gdy czytała jego sms’y, gorąco rozlewające się od żołądka po czubki palców gdy wspominała
jego pocałunki ... Po raz pierwszy była zakochana! I nagle jak bumerang wróciła myśl, która
natychmiast ściągnęła ją brutalnie na ziemię – Radek.
Skoro nie doświadczyła tego wszystkiego przy nim, to czym można nazwać to, co trzyma ich przy
sobie od ponad trzech lat? Do tej pory wydawało jej się, że miłością można nazwać to że się z kimś
po prostu jest ... Nie rozumiała koleżanek, które wariowały na punkcie swoich chłopaków, nie
mogły się uczyć, jeść, spać ... Ona z Radkiem nigdy nie przeżyła czegoś takiego – dobrze się
dogadywali, mieli podobne poczucie humoru, wspierali się w trudnych momentach, od czasu do
czasu sypiali ze sobą ... Właśnie! Na tym polu też nigdy nie doznała tych wszystkich ekstatycznych
uniesień, o jakich opowiadała jej, np. Zuzia. Dlatego kiedy dziewczyny zwierzały się sobie z
intymnych spraw, ona czekała żeby jak najszybciej zmieniły temat i broń Boże nie pytały jej o nic!
Bo co niby miała im opowiadać? Że jej się znudziło, że nie czuje nic poza czysto fizycznym
dyskomfortem, że udaje żeby jemu nie było przykro? Teraz jednak coraz częściej zastanawiała się
jakby to było z Markiem ... Biorąc pod uwagę niebanalny fakt, że już uzależniła się od jego
pocałunków to coraz śmielsze fantazje powodowały na jej twarzy dwa szkarłatne rumieńce... Z
zamyślenia wyrwał ją znajomy dźwięk telefonu. Z uśmiechem odczytała kolejną wiadomość od
niego ... „Odwróć się!”
- Mar… - natychmiast wykonała polecenia, wpadając wprost w jego ramiona. - … ek! Jesteś
wreszcie… czekałam! – uśmiechnęła się, rozglądając. – Jesteś sam?
- Adam ma nockę! A ty? – tym razem to on spojrzał za siebie. – Gdzie Lucynka? – Nie
odpowiedziała, przypominając sobie swoje myśli. Przegryzła delikatnie dolną wargę i wzrokiem
przejechała po klientach, czy aby na pewno nikt jej teraz nie potrzebuje - żadnych zamówień,
problemów z nietrzeźwymi. Mocno więc chwyciła pięścią koszulkę Marka i pociągnęła go za sobą na
zaplecze. Pocałowała i bez zastanowienia odpięła jego pasek od spodni. – Co ty… Basia…
- Cicho! – warknęła. – Nie musisz być delikatny! Nie jestem dziewicą… - Brodecki rozbieganym
wzrokiem obserwował jej kolejne poczynania. Zdążyła odpiąć rozporek, a Marek pchnął ją silnie na
ścianę i łapiąc za pośladki, podciągnął ją na wysokość swojego pasa, który objęła nogami. –
Lucynka zaraz wróci… mamy…
- Zdążymy! – wtrącił i złożył na jej ustach kolejny pocałunek. Nie siląc się, podwinął tylko jej
spódniczkę do góry i przesunął cienki pasek stringów. Szybkim ruchem ręki zsunął swoje spodnie i
bokserki i jednym pchnięciem zanurzył się w jej wnętrzu. Basia wydała z siebie jakiś bliżej
nieokreślony dźwięk, mocno ściskając dłońmi jego ciemne włosy i pozwoliła, żeby powtórzył ruch
jeszcze parokrotnie, doprowadzając siebie i ją do rozkoszy.
Przez następne minuty nie była w stanie skonstruować żadnej przytomnej myśli ... Wszystko
odpłynęło - był tylko Marek przy niej, obok niej, w niej ... Czuła jego zapach, dotyk ... Po
pierwszych gwałtownych ruchach rozchylił jej bluzkę i zaczął delikatnie całować jej szyję, dekolt ...
Kiedy zaspokoili "pierwszy głód" przyszła chwila opamiętania, że to nie do końca miało być tak ...
Ale coś popchnęło ich do tego spontanicznego seksu! Marek nagle poczuł się odpowiedzialny za to
co się stało i przede wszystkim za nią. Tak cholernie mu na niej zależało, chciał żeby ich pierwszy
raz był zupełnie wyjątkowy ... no i był, ale nie tak jak sobie wymarzył, nie tak jak ona na to
zasługuje ... Dali się ponieść dzikiemu pożądaniu, co było na swój sposób podniecające - w końcu
oboje doznali przebłysku spełnienia, ale czuli że jest jeszcze coś, czego we wzajemnej bliskości nie
odkryli przez tych kilka minut ... Postanowił teraz najdelikatniej ją pieścić by choć przez chwile
poczuła to, co między nimi może się stać ... Po czułych pocałunkach, kurczowo wtuliła się w niego i
pozwoliła by ją kochał. Przejeżdżał dłońmi po jej skórze, zaznaczając ślad ustami na szyi,
policzkach, wargach ... Kiedy oboje się rozluźnili, doprowadził ich razem do końca ...
Cz. 6
Przez kolejne trzy dni nie dostała ani jednej wiadomości od niego – nie pisał, nie dzwonił.
Po tym pamiętnym ekscesie na zapleczu „Coala cafe” odwiózł ją do domu i nie odezwał się ani
słowem, nawet nie pojawił się w barze, jak to miał do tej pory w zwyczaju. Czuła się okropnie.
Zachowała się jak pierwsza lepsza nimfomanka! Zamiast romantycznych uniesień, płynących ze
wzajemnej bliskości, oni uprawiali jakiś dziki seks na czas! Ale musiała przyznać, że sama była
prowodyrem tej sytuacji. Pomimo tego niesamowitego doznania, podczas gdy czuła go każdą
komórką ciała, pozostał wstręt do samej siebie i obawy przed utratą Marka. Przecież
skompromitowała się w jego oczach – do tej pory uważał ją za delikatną dziewczynę, która niczym
księżniczka z bajki czeka na swojego księcia ... Teraz Marek zorientował się, że Basia zdecydowanie
woli „Czerwonego Kapturka” z żarłocznym Wilkiem w roli głównej! Palący wstyd czuła za każdym
razem gdy spojrzała na siebie w lustrze, a co było najgorsze, gdy wróciła tego wieczora do domu
Radek specjalnie czekał na nią i widocznie miał ochotę na coś o czym ona wolałaby na jakiś czas
zapomnieć. Grzecznie wymówiła się kobiecymi przypadłościami i odwracając się do niego plecami,
całą noc przełykała gorzkie łzy. Wcale nie miałaby do Marka pretensji, gdyby teraz z nią zerwał. Za
kogo on ją musi teraz uważać?! Chyba tylko za panienkę, która wariuje na widok męskich spodni!
W dodatku te okropne kłamstwa którymi karmiła i Brodeckiego i Radka – innymi słowy w ostatnich
dniach czuła się beznadziejnie. I jeszcze niemalże fizyczna tęsknota za panem podkomisarzem
sprawiła, że psychika Basi była mocno poturbowana. Nie pomogła nawet rozmowa z Zuzią, która z
całych siła starała się pocieszyć przyjaciółkę. Cień człowieka, kiedyś nazywany „Basią”, cicho
egzystował w dawnym porządku – uczelnia, knajpa, dom ... Ale kogoś nagle zabrakło w tej
układance, żeby można się było cieszyć każdym dniem. Zmęczona, zniechęcona i niewyspana
opuszczała właśnie budynek swojej uczelni ...
- Basia, jedziesz do domu, czy do pracy? – z zamyślania wyrwał ją dopiero głos Ostrowskiej
dochodzący gdzieś z tyłu. – W piątek egzamin, musimy powtórzyć materiał z zeszłego semestru.
- Wiem, miałam wziąć kilka dni urlopu, ale… Zuzia jedź sama… obiecałam Lucynie, że dzisiaj się
poja… - przerwała, dziwnie mrużąc oczy. Zuzia bowiem w ogóle jej nie słuchała, patrząc zupełnie w
innym kierunku.
- O kurka!
- Co? – odwróciła się, podążając za wzrokiem przyjaciółki. W ich stronę, z rękoma w kieszeniach
szedł podkomisarz Brodecki. Mimowolnie się uśmiechnęła, ale widząc jego smutny wyraz twarzy,
również zmarkotniała. A kiedy się przed nimi zatrzymał, spuściła nieznacznie głowę.
- Cześć! – zagadnął, po chwili podając rękę Ostrowskiej. – Marek Brodecki.
- Zuzia… - westchnęła. - … Ostrowska… znaczy Zuzia Ostrowska! – podkomisarz cicho się
roześmiał. – Jestem najlepszą przyjaciółką Basi. Cieszę się, że wreszcie mogę Cię poznać. Baśka
jeszcze nigdy nie straciła tak głowy dla żadnego faceta…. Wiesz?
- Zuza! – Storosz zgromiła ją wrogim spojrzeniem. – Co tutaj robisz?
- To ja się chyba ewakuuje… - Zuzia wyprzedziła odpowiedź Marka. – Spadam, bo autobus mi
ucieknie. Miło było, na razie! – i odeszła, parokrotnie odwracając się jeszcze w stronę
„zakochanych”.
- Musimy porozmawiać… - Basia pokiwała głową i poszła za nim do samochodu. Nie odjeżdżał,
nerwowo stukając palcami o kierownicę. Zupełnie nie wiedział od czego zacząć. Dopiero, widząc, że
ona chce coś powiedzieć, rzucił… - Przepraszam!
- Za co? – nie kryła zdziwienia. Spodziewała się kłótni, zerwania, ale nie tego, że to on będzie
przepraszał ją. A przecież powinno być zupełnie na odwrót. – Ale Marek…
- Zależy mi na tobie… a zachowałem się jak… jak… jak napalony samiec! – dokończył
zdenerwowany, na co Storosz tylko się uśmiechnęła. – Nie powinienem na to pozwolić! To nie miało
być tak! … Ja naprawdę lubię seks… i naprawdę mam na Ciebie ochotę, ale cholera jasna nie w ten
sposób! Powinna być kolacja, może świece, kwiaty! A wyszło na to, że Cię wykorzystałem!
- Sprowokowałam Cię! … Marek jeśli ktokolwiek jest tutaj winny, to tylko ja! Zaciągnęłam Cię na
zaplecze i … nie mogę przez to na siebie patrzeć! Jestem jakąś… ździrą!
- Zwariowałaś? – delikatnie pochwycił w dłonie jej policzki, kciukami przejeżdżając po ustach. – Nie
masz prawa tak o sobie mówić!
- Ale tak jest… - w oczach stanęły jej zły. – Nigdy się tak nie zachowywałam, przepraszam!
- Żałujesz? – zapytał.
- A ty? – od razu pokręcił głową na nie.
- Żałuję tylko, że nie zrobiliśmy tego w bardziej cywilizowanych warunkach. Pragnę Cię, ale… też
szanuję! I na pewno nie powinienem doprowadzić do tego, co się stało.
- Byłam aż taka zła? – po tym pytaniu nie mógł się powstrzymać. Głośnio się roześmiał i złożył na
jej ustach pełen czułości pocałunek. – Czyli byłam dobra?
- Przeciętna… - momentalnie się naburmuszyła. – Kochanie, żartowałem! – i pociągnął ją w swoją
stronę tak, że usiadła mu na kolanach, opierając plecami o kierownicę.
- Co ty robisz? – wsparła dłonie na oparciu siedzenia, a czoło oparła od jego twarzy. – Marek, tu
jest mnóstwo ludzi…. – zagryzła dolną wargę.
- Ty naprawdę myślisz tylko o jednym… - Baśka mocno go szturchnęła i zsunęła się z powrotem na
miejsce pasażera. – Ej, no już się tak nie obrażaj.
- Zawieź mnie do pracy! – zażądała.
- Kobiety… - pokręcił głową i przekręcił w kluczyk w stacyjce.
Cz. 7
Nigdzie nie kupisz szczęścia, miłość daje je gratis! Tak właśnie ostatnio toczyło się życie panny
Storosz. Związek z Markiem kwitł w najlepsze, nasuwając na nos Basi różowe okulary. Chodziła
wiecznie rozmarzona, uśmiechnięta, zamyślona – gubiła klucze, wsiadała do niewłaściwego
autobusu czy zamiast tequili podawała klientom colę, oczywiście zaraz uroczo przepraszając.
Rozpamiętywała każdy jego uśmiech, pocałunek, spojrzenie ...
Dobry nastrój nie opuszczał także podkomisarza Brodeckiego – chyba pierwszy raz zakochał się po
uszy ! Do tej pory jego krótkotrwałe związki zazwyczaj obracały się wokół bardzo hedonistycznych
skłonności naszego pana oficera. Ale odkąd poznał Basię – tą wyjątkową dziewczynę , która
jednym niewinnym uśmieszkiem potrafiła zmiękczyć jego serce - postanowił pierwszy raz podejść
do związku tradycyjnie, tak by ona czuła się jak w bajce.
Po pamiętnym zajściu na zapleczu, który oboje uznali jako „fall start”, nie przekraczali tej granicy
intymności. Chodzili na długie spacery, razem oglądali filmy w jego mieszkaniu czy wychodzili
czasem potańczyć. Dla Marka również było to zupełnie nowe doświadczenie. Dotychczas spotykał
kobiety które szczególnie chętnie odwiedzały jego sypialnię i ani jemu to nie przeszkadzało, ani im.
Jednak teraz chciał doświadczyć zbliżenia z miłości, a nie satysfakcji z szybkiego numerka po pracy.
Basi chciał ofiarować czułość i całego siebie, pierwszy raz tak zupełnie i do końca. Jedyną rysą na
szkle było dziwne zachowanie jego dziewczyny, gdy od czasu do czasu składał jej propozycję
odprowadzenia pod same drzwi. Basia wtedy dziwnie się denerwowała, tłumacząc że nie chce
budzić swoich współlokatorów. Zuzię już zdążył poznać – nawet polubił tę roztrzepaną przyjaciółkę
Storosz, która ostatnio zasiliła szeregi pracowników „Coala cafe”. Lucynka kiedyś opatrznie rzuciła,
że skoro interes kwitnie, przydałaby się jeszcze jedna dziewczyna do obsługi. W dwa dni później
panna Ostrowska już śmigała z tacą pomiędzy stolikami. Jednak chyba praca tam nie byłaby dla
Zuzi tak atrakcyjna, gdyby nie ostatnio częste wizyty aspiranta Żałody, którego kiedyś Adam i
Marek przyprowadzili do knajpki na obiad. Ale to już zupełnie inna para kaloszy ...
Basia, pomimo tego że w związku z Markiem wszystko układa się fantastycznie, miewała napady
złego nastroju. Wiedziała bowiem, że czeka ją poważna rozmowa z Radkiem, od którego
praktycznie się odseparowała. Miała wyrzuty sumienia, ilekroć się z nim widziała.
Ale postanowiła sobie, że porozmawia z nim, zanim rozpoczną z Markiem nowy etap w ich związku
– innymi słowy zanim pójdą ze sobą do łóżka. Chciała wreszcie uczciwie zakończyć to, co
praktycznie już od dawna nie istnieje. Nie wiedziała tylko, że podkomisarz Brodecki akurat tego
wieczora pokrzyżuje jej plany ...
- Marek…?! – Basia wysiadła z samochodu. Rozejrzała się dookoła i zmrużyła oczy, widząc dziwny
uśmieszek swojego faceta. Nic z tego nie rozumiała, miał ją odwieść do domu, a tymczasem oboje
stali na parkingu przed blokiem podkomisarza. – Jestem zmęczona, proszę Cię, zawieź mnie do
domu! Hm?
- Nie… - mrugnął. – Nie po to skończyłaś dzisiaj troszkę wcześniej, żeby zostawić mnie teraz
samego! Idziemy… obejrzymy może jakiś film… - i ignorując jej kolejne argumenty dla których
mieliby nie spędzić tego wieczoru wspólnie, poszedł w stronę klatki, po chwili znikając za jej
drzwiami. Storosz nie miała więc wyjścia, tramwaje, autobusy, a tym bardziej metro nie wchodziły
w grę.
- Nie po to przecież znalazłam sobie faceta z furą! – dokończyła głośno i cicho chichocząc pobiegła
za Brodeckim, który czekał na nią przed drzwiami prowadzącymi do jego kawalerskiego królestwa.
Przyzwyczaiła się do lekkiego nieładu w mieszkaniu Marka. Jako typowy facet zostawiał
gdzieniegdzie elementy swojej garderoby, bądź też inne samcze gadżety. Jednak tym razem jego
królestwo było doprowadzone do stanu idealnego. Co więcej - porozstawiane na podłodze salonu
małe świeczki, bądź ogromny bukiet róż stojący na małym stoliku, obok kubełka ze schłodzonym
szampanem - tworzyły wyjątkowo miłosną atmosferę. Z szerokim uśmiechem na ustach rozejrzała
się wokół. Jeszcze nigdy nikt nie zrobił czegoś takiego specjalnie dla niej! Po chwili poczuła jak
znajome ramiona objęły ją od tyłu ...
- Czeka nas bardzo długi wieczór… - wyszeptał, pozostawiając na jej szyi ślad po delikatnym
pocałunku. – Dlatego nie mogłem pozwolić, żebyś wróciła do siebie!
- Aha! – przytaknęła. – I kiedy tylko będę próbowała zwiać, obezwładnisz mnie i zakujesz w
kajdanki?
- Dokładnie… - musnął jej ust i pchnął w stronę kanapy. – Siadaj i się nie ruszaj… pizzę powinni
zaraz przywieść! – Marek wyglądał na nieco zdenerwowanego, a kiedy napełniał kieliszki
szampanem, zauważyła nawet, że trzęsą mu się ręce. Denerwował się jak nastolatek przed
pierwszą, poważną randką. I tak też właśnie było – ich dotychczasowe spotkania nie przypominały
raczej romantycznych schadzek zakochanych, a teraz, kiedy zdecydował się na romantyczny
wieczór we dwoje, wszystko musiało być perfekcyjne przygotowane. Nic więc dziwnego, że nie
mógł zapanować nad swoimi emocjami.
W całym mieszkaniu roznosił się subtelny, zmysłowy aromat, który wydzielały rozstawione na całej
szerokości podłogi, oraz na meblach, małe świeczki. Siedzieli na kanapie tuż obok siebie - obłędnie
patrzył w jej oczy, jakby chciał uchwycić to maleńkie światełko które się w nich odbijało. Ona
natomiast upajała się tą jedyną i niepowtarzalną chwilą podczas której była tak uwielbiana przez
mężczyznę, bo tylko dla niego kompletnie straciła głowę. Nie liczyło się nic więcej - tylko ten
moment ich wzajemnej bliskości, najcenniejszy bo niepowtarzalny . Delikatny brzęk zderzających
się ze sobą kieliszków, uwodzicielski smak szampana i toast "Za nas!", dawał nadzieję na wspólną
przyszłość, której w tym momencie tak bardzo pragnęli. Nic więcej - tylko móc codzień być obok
tej jedynej na całym świecie osoby. Słysząc pierwsze takty piosenki, w której ktoś śpiewał że
"Wszystko co robi, robi dla niej ...", kołysali się w swoich ramionach. Podświadomie czuli, że
zapamiętają ten wieczór do końca życia. Po chwili jej bluzeczka już leżała na podłodze ...
Tymczasem w studenckim mieszkaniu Basi jej współlokatorzy zachodzili w głowę gdzie się podziała
Storosz. To znaczy tylko Radek i Marcin, bo Zuzia od razu domyśliła się, że skoro Baśka dzisiaj
wracała z Markiem, to zapewne zahaczyli o jego mieszkanie. No i z tego co Brodecki jej opowiadał
wczoraj o swoich zamiarach, to raczej nie wróci dziś do domu. Tak więc Zuzia zaklinała się, że nic
nie wie i gorączkowo zastanawiała się jak uspokoić Radka ...
- Zuzia, czy ja wyglądam na idiotę?! … - Ostrowska aż podskoczyła, kiedy podniósł głos. - Jesteś jej
najlepszą przyjaciółką … na pewno wiesz, gdzie jest.
- Radek, nie… nie wiem! – zająknęła się po raz setny wykręcając numer Storosz. – I nie martw się,
na pewno nic jej nie jest. Zaraz powinna wrócić…
- Skąd wrócić?! Dochodzi druga! – krzyknął, podchodząc do okna. – Pracujesz z nią w tym
pieprzonym barze, tak? … Więc powinniście wrócić razem! Gdzie ona jest?! – zapytał już nieco
łagodniej.
- Radek, nic jej nie jest… zapewniam Cię! – przejechała dłonią po jego przedramieniu. – Po prostu…
- zamyśliła się. – Po prostu miała jeszcze jechać do akademika, do Darii. Oboje nie zaliczyły
ostatniego koła u Małeckiego i … pewnie się uczą! – mówiąc, rozglądała się po pokoju. Nie potrafiła
kłamać, a przenikliwe spojrzenie chłopaka wcale jej w tym nie pomagało.
- Tak?! … - ironicznie się roześmiał. – To dlaczego do jasnej cholery mi o tym nie powiedziała, co?
Dlaczego nie zadzwoniła? Albo chociaż nie napisała wiadomości? – wrzasnął, ponownie próbując
dodzwonić się do swojej dziewczyny. Jednak i tym razem, po kilku sygnałach, usłyszał tylko jej głos
nagrany na poczcie głosowej.
- Radek, ale … ona właśnie poprosiła mnie, żebym Ci przekazała. Tylko … przecież mnie znasz!
Zuzia ciamajda, chodzi nieprzytomna… zapomniałam!
- Kłamiesz! – rzucił pewnie.
W słabym świetle widać było, że jest zaróżowiona. Miała oczy zamknięte, wargi lekko rozchylone,
oddychała ciężko. Był to obraz kobiety trawionej pożądaniem i ten widok podniecił go jeszcze
bardziej. Pochylił się, przytulając wargi do jej piersi. Drgnęła, jęcząc. Uśmiechając się lekko,
pocałował drugą pierś i znów na nią spojrzał. Zwilżyła językiem wargi, oddychając coraz szybciej.
Odczuwała rozkoszną udrękę, gdy język Marka drażnił coraz mocniej naprężone brodawki.
Zanurzyła palce w jego włosach, zaciskając je i przyciągając jeszcze mocniej jego głowę do piersi.
Jej ręce zsunęły się na szyję i ramiona Marka. Pragnęła zrzucić resztę ubrania i pozwolić, by pieścił
całe jej ciało. Zarumieniła się na tą myśl. Wyciągnęła rękę i dotknęła, jego rozpalonej jak w
gorączce skóry. Wodziła dłońmi po jego muskularnym torsie. Przebiegł go dreszcz, nad górną
wargą pojawiły się kropelki potu. Zamknął oczy, mrucząc jakieś niezrozumiałe słowa. Chwycił ją za
biodra i uniósłszy lekko, małymi kroczkami, obdarowując kolejnymi pocałunkami, podążył w stronę
sypialni …
Leżała spokojnie, wzruszona ogniem płonącym w jego oczach i czułymi słówkami. Położył dłoń na
jej piersi, poczym powiódł nią po ciele Basi śladem swojego spojrzenia. Gdy dotarł do złączenia
nóg, dziewczyną wstrząsną dreszcz. Pieścił ją delikatnie, mimo że pragnął zatonąć w niej
natychmiast całkowicie. Zerwał z siebie i niej resztki ubrania i położył się obok, pozwalając swym
dłoniom wędrować po ciele ukochanej, lgnąc jednocześnie do jej warg w zaborczym pocałunku.
Basia dygotała z rozkoszy, ledwie wytrzymując napięcie. Oplotła go ramionami, chcąc być jak
najbliżej. Stopili się w jedno, poruszając w pierwotnym rytmie, aż wreszcie obojgiem wstrząsnęła
najwyższa rozkosz …
Cz. 8
Kiedy otworzył ociężałe powieki było chwilę po 6.00 rano. Uśmiechnął się szeroko, sam do siebie.
Tę noc chyba zapamięta do końca życia! Niby nie robił tego pierwszy raz, ale co dziwne, tak
właśnie się czuł. Doświadczył tak wiele niesamowitych przeżyć i doznań w ciągu tak krótkiej nocy –
kiedy drżała w jego ramionach, kiedy uśmiechała się podczas gdy on roziskrzonym wzrokiem pytał
ją o przyzwolenie na dalsze pieszczoty, w końcu kiedy po jej policzkach popłynęły łzy w momencie
całkowitego zespolenia – połączenia ciał i dusz. To były łzy słodkiego bólu i pierwszego takiego
doświadczenia w jej życiu. Przyznała to potem, zasypiając w jego ramionach. „Nigdy nie przeżyłam
czegoś takiego ... Dziękuję ci za to ... mój mężczyzno!” – i zaraz po tym wyznaniu zasnęła. Ta
jego mała kobietka – pełna lęku i obaw o przyszłość, młodziutka i niedoświadczona, szalona z
miłości, biorąca cały świat w objęcia i niczym wróżka zmieniająca jego życie – to o niej marzył na
resztę swojego życia!
Uśmiechnął się ponownie, patrząc jak słodko śpi skulona w kłębek u jego boku. Pocałował ją w
nagie ramię, które teraz wydało mu się wyjątkowo kuszące. I może obudziłby ją pieszczotami i
pocałunkami, gdyby nagle nie zadzwonił jej telefon. Basia spała bardzo mocno i tylko mruknęła coś
niewyraźnie słysząc odgłos swojego telefonu. Postanowił spławić jak najszybciej tego natręta,
dlatego pewnie sięgnął po jej torbę leżącą na fotelu i wyciągnął z niej komórkę Storosz. Trochę
zaniepokoiło go wyświetlające się imię „Radek”. Musi się dowiedzieć kim jest ten facet, oby
którymś z jej trzech braci! Nie zniósłby, gdyby kręcił się koło niej jeszcze jakiś typek. Z
nieukrywaną niechęcią odebrał ...
- Słucham? – nikt jednak się nie odezwał. Marek spojrzał ponownie na wyświetlacz – połączenie
nadal trwało. – Halo? Jest tam ktoś? – zapytał głośniej, kątem oka obserwując przeciągającą się
właśnie Storosz. Przejechała dłonią po miejscu obok, i kiedy poczuła, że nie ma obok niej
Brodeckiego, otworzyła oczy.
- Maaaaaaa…. rek! – głośno ziewnęła. Przetarła zaspane oczy i opatulona kołdrą usiadła. – Co ty
robisz? Która jest godzina?
- Twój telefon dzwonił… - wyszeptał, podając jej komórkę. – Nie chciałem, żebyś się obudziła i…
- Odebrałeś?! – wtrąciła, chwytając mocno telefon. Na widok napisu „Radek” zamarła, a krew
niebezpiecznie uderzyła jej do głowy. Bała się cokolwiek powiedzieć, myśląc, że panowie zamienili
choć słowo. Nie mogła przecież pozwolić, żeby w ten sposób dowiedzieli się o swoim istnieniu.
Jeszcze nie teraz, nie tak. Zdenerwowana wypadła z łóżka i przyciskając aparat do ucha wyszła do
drugiego pokoju.
- Radek? – zapytała, cały czas zerkając w stronę sypialni. Marek na szczęście z powrotem wrócił do
łóżka. – Radek, jesteś tam?
- Tak! – warknął po dłuższej ciszy. – Kto odebrał twój telefon? … I do diabła gdzie się podziewasz?
Wiesz która jest godzina? … Szósta, a ty nawet nie raczyłaś mnie zawiadomić, że nie zamierzasz
wrócić na noc! – mówił tonem, jakiego nie miała jeszcze okazji słyszeć. Owszem, często się kłócili,
mówili do siebie podniesionym głosem. Ale teraz pytania niemal wystrzeliwane z jego ust, jak z
jakiegoś maszynowego karabinu, przepełnione były wściekłością, nad którą jak zdążyła się
zorientować, nie potrafił zapanować.
- Radek… ja Ci to wszystko wytłumaczę…
- Obdzwoniłem wszystkie szpitale… zawiadomiłem nawet policję! Nie pomyślałaś choć przez chwilę
o mnie? … Martwiłem się!
- Jak to policję?! – przełknęła ciężko ślinę, obawiając się, że wiadomość o jej zaginięciu może
dotrzeć bezpośrednio do Marka, bądź do któregoś z jego przyjaciół. – Zadzwoniłeś na policję?
- Tak, ale nie przyjęli zgłoszenia, bo nie minęła doba… z resztą nie ważne. Kto odebrał twój telefon?
– zapytał już łagodniej. – Kochanie, martwiłem się!
- Radek, będę za godzinę, to porozmawiamy, dobrze? – i nie dając mu możliwości odpowiedzi,
rozłączyła się. Zacisnęła mocno dłoń na komórce i wróciła do pokoju. Stanęła w progu i dokładnie
zlustrowała Brodeckiego. – Kto Ci pozwolił odebrać mój telefon?
- Nie chciałem, żeby…
- Nie obchodzi mnie to! – przerwała. – Marek, to moja prywatna rzecz i nie masz prawa,
rozumiesz? Mogłeś mnie obudzić!
- I od razu musisz się tak wściekać?! … A ty może coś przede mną ukrywasz, co? – zapytał
półżartem, który zamiast ją rozbawić, wprawił w kolejne osłupienie. – Kto to był? Jakiś Radek
wydzwania do Ciebie tak wcześnie, chyba mam prawo zapytać…
- Nikt… - odburknęła i zaczęła zbierać swoje ubrania. – Muszę wracać do siebie, przebrać się. O
ósmej mam ćwiczenia.
- Baśka, spójrz na mnie… - poprosił, a gdy nie zareagowała, złapał ją mocno w pasie i pociągnął w
stronę łóżka. – Co się dzieje? Tak bardzo Cię to ruszyło? … Przepraszam w takim razie, będę
trzymał łapki z dala od twoich rzeczy. I od Ciebie!
- Marek – przewróciła oczami. – Radek to mój kolega z roku, nie zaliczył ostatniego kolokwium i
poprosił, żebym mu przyniosła swoje notatki….
- Tak wcześnie?
- Na to już nie mam wpływu… - wzruszyła ramionami. – A teraz puść mnie z łaski swojej, bo muszę
się ubrać!
- Odwieźć Cię? – pokręciła głową.
- Poradzę sobie… ale możesz wpaść po mnie na uczelnię… i spędzimy popołudnie razem, hm? Mam
dzisiaj wolne!
- Kusząca propozycja! …
Szybko pozbierała swoje rzeczy, czule pożegnała się z Brodeckim i pobiegła na najbliższy
przystanek MPK. Nie mieli nawet czasu na romantyczne śniadanie po tak cudownej nocy. Telefon
Radka wszystko zburzył. Nie chciała do niego wracać - czy to ze strachu przed wyjawieniem
prawdy, czy dlatego że już tęskniła za Markiem - po prostu gryzło ją sumienie! Sieć kłamstw w jaką
wplątała obydwu, sprawiała że nawet chwile szczęścia były naznaczone wyrzutami sumienia i
zadręczaniem się. Nie kochała Radka - teraz była tego w 100 % pewna. Musiała tylko stawić czoła
prawdzie i wreszcie wszystko mu powiedzieć. Była na to gotowa już poprzedniego wieczora, ale
Marek zniweczył jej plany. Mimo to nie żałowała tej nocy -najcudowniejszej w jej życiu. Jednak
teraz musiała odłożyć piękne wspomnienia na później i z drżącym sercem przekroczyć próg
swojego mieszkania ... i pierwszą osobą którą zobaczyła, o dziwo nie był „jej chłopak”, tylko Zuzia.
On pojawił się chwilę później, kiedy Ostrowska szeptała jej coś do ucha.
- Byłaś u Darii w akademiku, uczyłyście się do nie zaliczonego kolokwium, a Marek to Wojtek…
jestem niezdarą i zapomniałam mu powiedzieć! Możesz na mnie pokrzyczeć!
- Wreszcie…
- Tylko nie krzyczcie! – Zuzia stanęła miedzy obojgiem. – Radek pamiętaj, że to moja wina.
Powinnam Ci przekazać, że…
- Zostaw nas samych, muszę porozmawiać poważnie z moją dziewczyną! – dopiero kiedy Basia
skinęła głową, żeby sobie poszła, zareagowała. A oni poszli do kuchni. Długo milczeli, dopóki Radek
nie zaczął…
- Nie wierzyłem, że byłaś u Darii… nie wierzyłem Zuzi. I nadal nie wierzę…. Baśka nie byłaś w
akademiku, prawda?
- Radek… ja… - przymknęła powieki. – Uczyłam się ze znajomymi…. A ten telefon, wyszłam do
toalety, zostawiłam komórkę na szafce… i…
- Dlaczego mi nie napisałaś? … Baśka, czy ty widzisz co się z nami dzieje? Odkąd zaczęłaś
pracować, nie mamy w ogóle dla siebie czasu. Od rana jesteś na uczelni, potem robota. Wracasz o
północy… My już nawet nie mamy do siebie zaufania!
- Ty nie masz!
- A jak mam mieć? Czuję się, jak piątek koło u wozu… niepotrzebny! Nie pamiętasz, jak było nam
dobrze? … Teraz nawet ze sobą nie rozmawiamy, nie mówiąc o jakimkolwiek wyjściu, czy…. łóżku.
– powiedział niepewnie. – Przecież my nawet nie wyglądamy jak para. Kiedy ostatnio powiedziałaś
mi, że mnie kochasz?
- A ty?
- Kocham Cię! – odpowiedział bez zawahania.
- Radek… - spuściła głowę.
- Baśka, spróbujmy naprawić nasz związek! … Spróbujmy wrócić do tego, co było kiedyś! Jeśli to
moja wina, przez moje pretensje tak się ode mnie oddaliłaś… to przepraszam! Przepraszam za
nasze wszystkie kłótnie! … Kochanie, zależy mi na tobie! – tak, jak była pewna zerwania, tak teraz
nie potrafiła powiedzieć nie. Spojrzał na nią jak zbity pies. Jak miała mu teraz prosto w oczy
powiedzieć, że go nie kocha, że go zdradziła i chce być z innym?! – Dzisiaj moja grupa robi imprezę
na mieście… pójdziemy, zabawimy się! Będzie jak dawniej…
- Radek… ty nie lubisz imprezować!
- Proszę Cię! Jeśli to ma nam pomóc. Pójdziemy? – Basia czując napływające piekące łzy,
przymknęła oczy i przytaknęła. A Radek, szczęśliwy objął jej policzki dłońmi i złożył na jej ustach
namiętny pocałunek. Zaskoczona, odwzajemniła pieszczotę.
Cz. 9
Punkt 21.00 Basia i Radek byli już w stołecznym klubie „Bazaar”, gdzie studenci III roku
informatyki świętowali urodziny jednego z kumpli. Było tłoczno, głośno i kolorowo. Basia tego
wieczora wyglądała wyjątkowo odświętnie – rzadko wychodzili razem na jakiekolwiek imprezy, co
więcej jej chłopak nawet przymykał oko na to, że Basia częściej balowała z Zuzią na mieście niż z
nim samym. On w tym czasie miał w domu spokój i mógł się zająć nowymi projektami programów
komputerowych. Jednak dziś starała się nie z powodu wyjątkowości tego wieczora. Widziała jak
bardzo cieszył się na to wyjście – nie mogła mu powiedzieć, że boli ją głowa i żeby poszedł sam.
Przecież wyszli razem głównie po to „by ratować swój związek”. Tak jakby było co ratować! –
pomyślała z goryczą. Mdliło ją za każdym razem gdy spojrzała na siebie w lustrze. To potworne
poczucie winy sprawiło, że zamiast dawnej Baśki w lustrzanym odbiciu widziała jakiegoś potwora,
który świadomie zadaje innym ból. A co najgorsze męczyła się z tym sama – nie mogła nawet
porozmawiać z Zuzią, bo ta miała dzisiaj wieczorną zmianę w „Coala cafe”. Dlatego zrobiła szybki
makijaż, włożyła swoją wypróbowaną sukienkę na imprezy, przykleiła uśmiech na twarzy i poszła
za uradowanym Radkiem.
Tymczasem Marek siedział na kanapie w swoim mieszkaniu ... sam. Obiecała mu wspólne
popołudnie, tymczasem nawet nie zadzwoniła. A on wszystko przygotował – jej ulubione spaghetti
(przy małej pomocy Lucynki), filmy które kochała i lody czekoladowe, którymi uwielbiała się
zajadać. Wszystko na marne, dostał tylko zdawkowego sms’a: „Przepraszam dziś nie mogę się z
tobą zobaczyć!„ Nic więcej – ani słowa wyjaśnienia, nawet żadnego „Kocham Cię„ ani chociaż
„Całuję”. Czyżby kolejna kobieta potraktowała go jak erotyczną maskotkę? Kiedy do głowy
zaczynały mu przychodzić coraz czarniejsze myśli otworzył butelkę wina, która była przygotowana
też z myślą o niej ...
Basia tymczasem modliła się w duchu by ten wieczór się jak najszybciej skończył. To był jakiś
koszmar! Siedziała tam, co jakiś czas będąc obcałowywana przez Radka, który z każdą godziną był
coraz bardziej wstawiony. W dodatku kompletnie olała Marka. Wysłała mu co prawda jednego
sms’a, na którego on odpisał jej dopiero po godzinie „Nie wiem co się z tobą dzieje! Baśka ja
jestem za stary na takie gierki i nie będę wiecznie na ciebie czekał!” Potem dzwoniła do niego
kilkakrotnie chcąc mu jakoś to wyjaśnić, ale wyłączył telefon. Była przerażona, jeżeli Marek ją rzuci
to kompletnie się rozsypie! A tak bardzo miała mu ochotę wykrzyczeć, że potwornie za nim tęskni i
chce by ją stąd zabrał. Jednak wytarła łzy, poprawiła makijaż i wróciła do rozbawionego i pijanego
już towarzystwa. Po kolejnej godzinie na szczęście Radek był już tak zawiany, że ledwo kojarzył
znajomych. Postanowiła go zabrać do domu. Słaniał się na nogach ale jakoś, przy pomocy Marcina,
zdołała go wprowadzić do mieszkania, a potem rozebrała go do samych bokserek i położyła do
łóżka. Sama zasnęło dopiero nad ranem ...
Kilka godzin później z pewnym trudem otworzył ociężałe powieki. Ból głowy, który dał mu się we
znaki, był pozostałością po wczorajszej imprezie. Cały obolały przekręcił się na drugi bok…
- Basia? – przejechał dłonią po pustym miejscu. Storosz siedziała na blacie w kuchni, w jego
zwiewnej koszulce. W dłoni trzymała telefon komórkowy, raz po raz próbując dodzwonić się do
Marka. Nadaremnie! – Tutaj jesteś… myślałem, że już mi uciekłaś na uczelnię. – objął ją mocno w
pasie i musnął ustami jej szyję. Wzdrygnęła się, ale nie dała tego po sobie poznać. – Dziękuję!
- Za co? – zmarszczyła brwi
- Za drugą szansę, wczorajszy wieczór… - zaczął wymieniać, całując po kolei jej dekolt, podbródek,
policzki i w końcu usta. – Za noc! – wyszeptał to tak cicho, że niedosłyszała. Nakręcał się coraz
bardziej, przesuwając dłońmi po wewnętrznych częściach jej ud. Basia przymknęła oczy, czując
napływające łzy. Jeszcze nigdy nie odbierała tak jego pieszczot – z wstrętem, niechęcią. Dlatego
nie mogła pozwolić, żeby posunął się dalej. Zwłaszcza ze względu na Marka.
- Radek… Radek nie teraz! – odepchnęła go lekko, zeskakując z szafki. – Zaraz muszę iść na
uczelnię, poza tym Zuzia… Marcin…
- Zuzi nie ma! – oboje usłyszeli nagle za sobą głos tego ostatniego. – Nie wróciła na noc! Napisała
mi w nocy wiadomość, że jej nie będzie.
- Jak to? – Baśka nieco się ożywiła. – Nie mówiła mi nic… gdzie ona jest? – Marcin wzruszył
ramionami. A Storosz natychmiast wykręciła numer przyjaciółki. Po trzech długich sygnałach
usłyszała wreszcie jej zaspany głos. – Zuzia?
- Basiaaaaa…. – ziewnęła głośno. – Cześć! Co się dzieje?
- To ja się pytam, co się dzieje. Gdzie ty jesteś? … Dlaczego mi nie powiedziałaś, że… - przerwała
nagle, słysząc w tle jakiś męski głos. – Z kim ty jesteś?
- Basiu, pogadamy na uczelni. Szczepan przyniósł mi właśnie śniadanie.
- Szczepan?! – krzyknęła, nie uzyskawszy odpowiedzi. Usłyszała tylko dźwięk przerwanego
połączenia. – Zuzia i Szczepan? – zapytała sama siebie, kompletnie zapominając o obecności
kolegów.
- Jaki Szczepan?!
Zadzwoniła do niego dokładnie dziesięć razy zanim podjęła decyzję, że przed zajęciami na uczelni
zobaczy się z nim na komendzie. Była w kompletnej rozsypce emocjonalnej - zagubiona, zmęczona
własnym tchórzostwem i życiem w kłamstwie. Poza tym zawiodła ukochanego faceta i w tym
momencie czuła się podle. Widziała jak się starał, jak bardzo o nią zabiegał, jak o nią dbał. A ona
jakby nigdy nic wystawiła go do wiatru i spędziła wieczór ze swoim byłym? Obecnym? Teraz już
nawet nie wiedziała kim jest dla niej Radek. Spała z nim w jednym łóżku, co nagle wydało jej się
obrzydliwie fałszywe. Po nocy z Markiem wiedziała tylko jedno – to przy nim chce zasypiać i budzić
się, bo to jego kocha.
A Radek dzisiaj rano zachowywał się co najmniej tak, jakby w nocy uprawiali jakiś niewiarygodny
seks. Przecież ze względu na przedawkowanie alkoholu nie mógł pamiętać, że spał jak zabity.
Lodowaty dreszcz sprawił, że nagle zrobiło jej się niedobrze na myśl o intymnym zbliżeniu z
Radkiem. Pierwszy raz w myślach nazwała się dziwką! A kiedy zobaczyła wreszcie Brodeckiego i
spojrzała w jego oczy wcale nie miała powodu by czuć się inaczej ...
- Cześć! Dlaczego nie odbierasz moich telefonów? – stanęła na tyle blisko, by poczuć jego zapach,
ciepło oddechu na twarzy. – Wiem, nawaliłam… ale naprawdę nie mogłam. Powiedz, że nie jesteś
zły… proszę!
- Wiesz, że nie powinnaś tu przychodzić?
- Nie obchodzi mnie to! – burknęła. – Stęskniłam się za tobą… i obiecuję, że zrobię dla Ciebie
wszystko, tylko się uśmiechnij…
- Nie trzeba wszystko!
- Tylko co?
- Tylko mnie kochaj!
Cz. 10
Nie mieli czasu by spokojnie porozmawiać na komendzie, bo zaraz Marek miał jechać z Adamem do
wezwania, natomiast Basia musiała się spieszyć by dotrzeć na uczelnię. Jednak Storosz względnie
uspokoiła rozdygotane nerwy. Ciągle był zły za wczoraj, ale co najważniejsze nadal chciał być z nią!
Tak więc Basia w znacznie lepszym nastroju, odwieziona przez panów oficerów na ulicę Nowy
Świat, przekroczyła progi swojego instytutu. Ostatnio sama musiała przyznać, że nieco zaniedbała
naukę i wszystko co się z nią wiązało, dlatego postanowiła że zrobi sobie w pracy trochę wolnego
przed sesją i więcej czasu będzie spędzała w czytelni ... i z Markiem. Zuzia stwierdziła iż nie widzi
problemu w tym, że to ona będzie teraz częściej i więcej pracować. Oczywiście przebąkiwała coś o
większej pensji, ale i tak wiadomo było że głównie chodzi jej o aspiranta Żałodę, który kompletnie
stracił dla panny Ostrowskiej głowę i teraz był stałym klientem „Coala cafe”. A Basia siedząc w
wydziałowej bibliotece, zamiast zagłębiać się w lekturze książki „Dziennikarz w globalnej wiosce”,
słuchała ekscytujących wrażeń przyjaciółki z pierwszej nocy spędzonej z nowym facetem. Patrząc
jak Zuzia z rumieńcami na twarzy i tym diabelskim uśmieszkiem błąkającym się w okolicach ust,
opowiadała o intymnych szczegółach jej związku ze Szczepanem, Basia nagle wpadła na genialny
pomysł jak sprawić by Marek już się na nią nie złościł za wczorajszy wieczór. Przezornie sprawdziła
czy ma klucze od jego mieszkania, a wychodząc z czytelni już nie myślała o miejscu dziennikarzy w
globalnej wiosce ...
Dla Marka znowu ten dzień nie był taki różowy. Trafili z Adamem na paskudną sprawę, w której
poszlaki zacierały się, a dowodów wciąż brakowało. Dlatego z bólem głowy, koszmarnym
zmęczeniem i marzeniami o spokojnym wieczorze spędzonym w domu opuszczał swoje miejsce
pracy. Wiedział, że Basia będzie na niego czekać. W ciągu dnia zadzwoniła i zapytała o której wróci
i czy może się trochę „popanoszyć” w jego mieszkaniu.
Widocznie chce mu przygotować coś specjalnego na dzisiaj, w ramach przeprosin za nieudany
wieczór. Uśmiechnął się na samą myśl o pomysłowości swojej dziewczyny, bo sam wybaczył jej jak
tylko zobaczył ją tu dziś rano. Ale postanowił, że trochę poudaje obrażonego – niech kobiety
wiedzą, że nie tylko one tak potrafią!
Kiedy wszedł do domu od razu poczuł delikatny zapach jej perfum, który teraz unosił się w całym
mieszkaniu. Światło wszędzie było przytłumione, a z sypialni dało się słyszeć zmysłową muzykę.
Zaintrygowany podszedł do komody, na której leżała długa, krwistoczerwona róża, a do niej
dołączony był mały bilecik. „Wybaczysz mi? Jeżeli jeszcze masz wątpliwości to zapraszam do
sypialni!” W tym momencie miał ochotę roześmiać się na głos. Tak mogła postąpić tylko Basia!
Uchylił drzwi i ... oniemiał! Na środku jego łóżka siedziała panna Storosz przyodziania jedynie w
czarny, skąpy staniczek z koronki który więcej odsłaniał niż zakrywał i majteczki od kompletu. Był
to widok o tyle komiczny, że strój wprost oszałamiał erotyzmem ale jego właścicielka była wręcz
purpurowa ze wstydu, jednak zdobyła się na nieśmiały uśmieszek. Ze śmiechem pokręcił głową ...
- Baśka ... ty jesteś stuknięta!
- Ale lubisz mnie jeszcze? – zapytała jak mała dziewczynka, na co on roześmiał się jeszcze głośniej
i zaczął się szybko rozbierać. Zmęczenie nagle go opuściło i jak najszybciej chciał się znaleźć przy
niej. Kiedy był już w samych bokserkach położył się na „swojej” połowie łóżka, czym kompletnie ją
zaskoczył. Myślała, że od razu przejdzie „do konkretów” tymczasem on wyciągnął do niej ramiona,
w które z ulgą się wtuliła.
Spojrzał delikatnie i ufnie w jej oczy, wiedziała co znaczy to spojrzenie, sama przecież do tego
doprowadziła – to będzie kolejna długa noc. Zbliżył się do niej na tyle, że czuła jego oddech na
karku, który przyprawiał ją o dreszcze podniecenia. Dotknął jej nagiego ciała. Przesunął ciepłymi
dłońmi wzdłuż kręgosłupa, następnie po dołeczkach nad pośladkami i zatrzymał się na brzuszku...
Na 'drodze' po której przesunęły się jego ręce została gęsia skórka. Nie mogła dłużej czekać,
pierwsza złożyła na jego ustach pocałunek – początkowo czuły, subtelny, który z każdym ruchem
warg zamieniał się w namiętny i żarliwy. Szybko zmieniła pozycję, siadając na jego biodrach.
Paznokciami przejechała po jego umięśnionym torsie i lekko pochylając pocałowała zaczerwienione
miejsca na nim pozostawione. Schodziła coraz niżej, i niżej. Językiem wodziła po jego ciele,
smakowała opalonej skóry. Nie poznawał jej – Baśka, skromna dziewczyna z południa, w przeciągu
chwili zamieniła się w prawdziwego wampa. Ale nie krył zadowolenia – dreszczyk emocji, jak z
prawdziwego filmu. Dlatego nie przerywając, postanowił włączyć się do tej erotycznej jego zdaniem
gry. Zanurzył dłonie w jej rozpuszczonych, miękkich włosach i zaciskając na nich palce, przyciągnął
z powrotem jej twarz do swojej. Cicho pisnęła, czując ból… Pocałował wpierw jej usta, potem
podbródek. Delikatnie wgryzł się w jej szyję pozostawiając ślad po zębach. Wolną ręką, obejmując
ją mocno w pasie przewrócił na plecy i przykrył całym sobą. Basia odchyliła głowę do tyłu, z na
wpół przymkniętymi powiekami obserwowała, jak mocuje się z zapięciem od stanika. Cicho
zachichotała, ale w następnej chwili, kiedy poczuła jak przygryza jej sutki, głośno jęknęła. Fale
ciepła rozeszły się po jej ciele. Resztkami sił zapanowała nad uniesieniem, które opanowywało
powoli każdy fragment jej ciała. Odchyliła ręce i pod wpływem kolejnej rozkoszy zacisnęła pięści na
obu krańcach łóżka.
Marek tymczasem dobrnął do jedynej przeszkody, która przeszkadzała im w całkowitym spełnieniu
tego wieczora – specjalnie dla niego włożonych koronkowych majteczek. Ostrożnie złapał za cienki
materiał i powoli zsunął je z bioder. Przeciągnął przez jej gładkie nogi i odrzucił za siebie. Spojrzał
na Baśkę. Miała wciąż zamknięte oczy. Delikatnie przegryzała dolną wargę. Na nowo okrył ją swoim
ciałem i czule pocałował w usta. A kiedy ukryła twarz w zagłębieniu jego szyi i mocno przytrzymała
rękę na jego karku, spokojnie, bez pośpiechu zagłębił się w jej wnętrzu. Zadrżała… Powtórzył ruch
nieco szybciej, i szybciej, i szybciej… z coraz mniejszą częstotliwością doprowadzał ich do
rozkosznego bólu, który za każdym kolejnym razem okazywał się nieziemską przyjemnością, tak że
oboje mieli ochotę krzyczeć.
Godzinami potrafili tak leżeć, pieścić się dotykiem, oddechem, pocałunkiem – ta noc miała więcej
nieoczekiwanych zwrotów akcji, niż mogli to sobie wyobrazić. On zmienił swoje wyobrażenie o Basi,
jako swojej kochance. Do tej pory była dla niego nieco nieśmiałą dziewczyną, która nie ma pojęcia
o tym ile prawdziwej przyjemności może dać kobiecie taka bliskość z mężczyzną. Przecież podczas
ich pierwszej nocy celowo był dla niej delikatny, łagodny i cierpliwy. I mocno się zdziwił,
odkrywając że nie jest dziewicą. Jednak dzisiaj była wyjątkowo odważna, choć i tak po jej wyrazie
twarzy poznał, że wstydzi się pewnych pieszczot, dlatego z wyrozumiałym uśmieszkiem wrócił do
tego co oboje znali i kochali. Chciał udowodnić tej jedynej kobiecie, że uwielbia jej ciało. Przed nim
nie musi się wstydzić swojej nagości i własnych potrzeb, bo przecież są jednym – połączeni nie
tylko związkiem ciał, ale i dusz. Musiał przyznać, że jego męską dumę podbudował jej cichutki
szept, którym pytała: „Mareeek? Możemy jeszcze raz?„ Już teraz zapomniał o tym, że w ten
sposób chciała go przeprosić – mając ją tak blisko nie pamiętał nawet co takiego zrobiła, by
zasłużył na jej przeprosiny. Dopóki ona jest przy nim – świat się zaczyna tu, właśnie w tym łóżku.
Pomimo późnej pory nie potrafili jeszcze zasnąć – leżeli w skłębionej pościeli szczęśliwi i cudownie
odprężeni. Patrzył na nią jakby była ósmym cudem świata – naga, z potarganymi włosami i
roziskrzonym wzrokiem. Czuł się świetnie – jak jeszcze nigdy. Tak jakby ktoś zaaplikował mu
zastrzyk nowej, życiowej energii. Chciało mu się śmiać i dzielić tą radością z innymi. Natomiast ona
leżała obok niego na brzuchu, czując że w tym momencie nic innego nie jest jej do szczęścia
potrzebne, bo On jest na wyciagnięcie ręki. Patrzyła w jego niebieskie oczy, które odpędzały od niej
wszystkie troski jakie zostawiła za drzwiami jego mieszkania. W końcu zapytała nieprawdopodobnie
słodkim głosem ...
- I jak?
- Chyba nie czuję nic, od pasa w dół, ale poza tym rewelacyjnie! – zaśmiał się i nachylając nad nią
czule pocałował w nos. – Widzisz jak mnie zmęczyłaś!
- Ale ja nie o tym! – zachichotała rumieniąc się przy tym – Czy nadal jesteś zły za wczoraj?
- Hmmm? – zamyślił się teatralnie i kątem oka spoglądał na jej przerażoną minę – Chyba już mi
trochę przeszło ... – przybliżył się do niej i zaczął całować jej ramię - ... ale mogłabyś mnie jeszcze
trochę poprzepraszać! – I może doszłoby ponownie do czegoś więcej, gdyby nie telefon Marka,
który ku niezadowoleniu obojga dawał się głośno we znaki. Niestety! Trzeba było wracać z obłoków
na ziemię – wezwanie od komisarza Zawady równało się ze świętym obowiązkiem. On pojechał na
miejsce nowej sprawy, a ona pozwoliła sobie na błogi sen w łóżku i pościeli, która jeszcze pachniała
nim. W końcu tym razem uprzedziła swoich współlokatorów, że dziś zostaje na imprezie w
akademiku. Tego dnia uśmiech już nie schodził z twarzy Marka, jak i zakochanej w nim po uszy
dziewczyny.
Cz. 11
Przez kolejne dni, tygodnie liczyły się tylko chwile spędzone wspólnie. Dzień był nieudany, gdy
akurat nie mogli się zobaczyć. Z uśmiechem myślała o tym, że jest po prostu uzależniona od
Marka, od jego bliskości, uśmiechu, głosu ... Wspólne noce zdarzały im się coraz częściej, chociaż
Basia wciąż nie miała odwagi by powiedzieć prawdę Radkowi. Raczej – uczciwie dodając - nie było
ku temu okazji. Radek wyjechał z Warszawy na jakieś praktyki połączone ze szkoleniem w
instytucie informatycznym w Berlinie – najnowsze komputery, nowinki cybernetyczne, zajęcia
prowadzone na światowym poziomie – dwa razy nie trzeba było go zachęcać do tego wyjazdu. A
Basia rzecz jasna wykorzystała ten czas, kiedy nie musiała mu się tłumaczyć, wymyślać jakiś
historyjek z księżyca o coraz to nowszych miejscach „gdzie akurat się zasiedziała”. Przez te upojne
dwa tygodnie po prostu była z Markiem, odpędzając gdzieś daleko wyrzuty sumienia, które były
niczym w obliczu prawdziwego szczęścia jakie dzielili we dwoje. Chciała być dla niego kimś więcej
niż tylko kochanką – gdy wracał z pracy czekała na niego z pyszną kolacją, potem potrafili siedzieć
do rana oglądając filmy, bądź gdy było już ciepło, na balkonie, patrząc w gwiazdy, które odbijały
się w jej / jego oczach. Z większym entuzjazmem chodziła też do pracy, wiedząc że Marek zajrzy
do baru w ciągu dnia, a na pewno zostanie dłużej wieczorem by na nią zaczekać. Innymi słowy
miłość kwitła w najlepsze!
Dzisiejszy dzień zapowiadał się cudownie – piękna majowa pogoda napawała wszystkich
optymizmem. Również perspektywa zbliżających się coraz bardziej wakacji, sprawiła że Basia
spotykała dziś samych uśmiechniętych ludzi. Sama też wprost promieniała szczęściem co zauważyli
nawet klienci „Coala cafe”, nie szczędząc jej nie tylko uśmiechów ale i większych napiwków. Teraz
podśpiewując jakąś skoczną melodyjkę pod nosem, w zastępstwie Lucynki, odbierała na zapleczu
nową dostawę towaru. I może wszystko byłoby w porządku, gdyby dostawca nie podstawił jej pod
sam nos świeżych krewetek ... co skończyło się szybką i nieoczekiwaną wizytą Basi w toalecie.
Przez resztę dnia chodziła blada, wciąż ją mdliło i nie chciała nawet słyszeć o jedzeniu. Zuzia w
końcu zaniepokojona słysząc, jak jej przyjaciółka kolejny raz wymiotuje, zmartwiona musiała się
dowiedzieć o powód tej nagłej niedyspozycji ...
- Baśka co się dzieje? – Ostrowska stanęła obok umywalki, nad którą jej przyjaciółka akurat
przemywała twarz zimną wodą. – Może idź do domu! Nie ma dzisiaj tłumów, poradzę sobie bez
Ciebie, hm?
- Nie, nie… - pokręciła. – Zostanę, Marek ma wpaść za godzinę!
- To wpadnie do mieszkania… Radka nie ma, a Marcinem sama się zajmę… - mrugnęła. – Nie piśnie
mu ani słowa…. A właśnie, kiedy on wraca z tego Berlina?
- Jutro… chyba! – sięgnęła po ręcznik. – I to będzie dobry moment, żeby z nim porozmawiać! Nie
mam już siły tego ciągnąć. Kocham Marka i… - nie dokończyła. Szybko odwróciła się w stronę
sedesu.
Jakąś godzinę później leżała już w wygodnym łóżku, opatulona kocem, popijając ożywczą herbatę z
rumem. Kiedy Marek przyszedł, jak zwykle po południu do Coala Cafe, i zobaczył Basię bladą i
skuloną na zapleczu knajpy, był rzeczywiście przerażony. Wyglądała jak - nie przymierzając - ci,
których w swojej robocie musiał oglądać co dzień, zapakowanych w foliowe worki. Na siłę
zaprowadził dziewczynę do samochodu i odwiózł do jej mieszkania. Basia czuła się tak źle, że
nawet nie pomyślała o tym iż Marek pierwszy raz zobaczy to miejsce, w którym ona mieszka ze
swoim „chłopakiem”. Na szczęście nie było nic co mogłoby zwrócić jego szczególną uwagę, bądź
zaniepokoić. On zresztą, bardziej zaaferowany był tym, że jego kobieta po raz kolejny dzisiejszego
dnia ma straszne nudności, niż wnętrzem jej mieszkania. Trzeba przyznać, że czule się nią
zaopiekował – mimo, że nie miała siły nawet na to by samodzielnie stanąć na dwóch nogach, to nie
mogła powstrzymać uśmiechu widząc jak troskliwie się nią zajmuje.
- Jutro z samego rana pójdziesz do lekarza… - zarządził po dłuższej ciszy Marek, ręką odgarniając
jej włosy i całując w czoło. – I zaczniesz wreszcie o siebie dbać.
- Dbam… - odburknęła, mocniej się do niego tuląc.
- Jasne! – prychnął. – Od rana na uczelni, potem praca w knajpie… nauka po nocach. I jeszcze ja…
- westchnął błogo.
- Właśnie! To ty mnie męczysz, a nie nauka i praca… - cicho zachichotała, widząc jego oburzony
wyraz twarzy. A kiedy odwrócił się do niej plecami, głośno roześmiała. – Marek no, przecież
żartowałam. Obraziłeś się? – nie odpowiedział, uważnie przyglądając się ramce ze zdjęciem stojącej
na najwyższej półce wysokiego regału. Od razu rozpoznał w niej swoją kobietę, ściśle objętą przez
wysokiego, cherlawego blondyna. Stali nad brzegiem morza, szeroko uśmiechnięci. – Marek, no! –
złapała dłońmi jego policzki i odwróciła w swoją stronę, a na ustach złożyła szybkiego, choć
namiętnego buziaka. – Przepraszam! – dodała przesłodzonym tonem.
- Kto to jest? – zapytał, wskazując palcem fotografię.
- Kto? – natychmiast powiodła za jego spojrzeniem, a widząc wspólne zdjęcie jej i Radka sprzed
dwóch lat, momentalnie zamarła. Przerzuciła wzrok z powrotem na Marka, to też znowu spojrzała
na zdjęcie. „Jak mogła być tak głupia, żeby o tym zapomnieć?” – karciła się w myślach. Szybko
rozejrzała się po pokoju, sprawdzając czy aby na pewno nic więcej nie znajduję się w zasięgu ich
wzroku, co by też mogło zdradzić obecność chłopaka. Odetchnęła, nie zauważając niczego
niepokojącego. Musiała tylko wymyślić jakąś dobrą bajkę. I choć nie czuła się z kłamstwem w
ustach dobrze, zwłaszcza jeśli chodziło o Marka, to nie mogła pozwolić, żeby się dowiedział.
Najpierw musiała załatwić sprawę z Radkiem. – T-to… to jest Rafał… Rafał, mój starszy brat… sztucznie się uśmiechnęła. – Mieszka z rodzicami w Przemyślu… pracuje w warsztacie
samochodowym…
- Mhm! – Brodecki pokiwał głową. – Musicie być bardzo blisko…
- A co? Zazdrosny? – zażartowała, rozładowując napięcie. Marek delikatnie odwzajemnił jej
uśmiech, a nie mogąc znieść jej insynuacji, złapał ją mocno w pasie i przewrócił na plecy,
przykrywając swoim ciałem. – Maa… Marek, co ty robisz?
- Dokładnie tak, jestem bardzo, bardzo, bardzo zazdrosny… - krzyknął, próbując przebić się przez
jej donośny śmiech. – I nikomu Cię nie oddam! – dodał już ciszej, obdarowując jej szyję
pocałunkiem.
- Głupek! – popukała go lekko w czoło. – Zrobisz mi jeszcze herbatki? – poprosiła, trzepocząc
rzęsami. – Teraz z miodem i cytrynką!
- Ehhh… kobieto, co ty ze mną robisz? – wziął kubek, ale zanim zdążył wstać, usłyszeli dźwięk
otwieranych drzwi, a po chwili w progu pokoju pojawiła się Zuzia. – Cześć!
- Marek? – zdziwiła się. – Jeszcze tu jesteś? – szybko się odwróciła i wypchnęła pojawiającego się
tuż za jej plecami Marcina.
- Ej, co ty robisz? – chłopak był jednak silniejszy i od razu ją wyminął. – Baśka, słyszałem, że się
rozchoro… o! – przerwał, widząc przyjaciółkę w objęciach obcego faceta, którym na pewno nie był
jego najlepszy przyjaciel. Storosz uderzyła się otwartą dłonią w czoło i szybko poderwała się do
pozycji stojącej. – My się chyba nie znamy…
- Raczej… Marek Brodecki… - podkomisarz podał chłopakowi rękę. – Jestem chłopakiem Baśki.
- Czerwony alarm… - wyszeptała Ostrowska, rozbieganym wzrokiem obserwując zaistniałą
sytuację. – Marcin, musimy pogadać!
- Chłopakiem?!
- Marcin, do drugiego pokoju! – niemal krzyknęła, ciągnąc go za rękaw bluzy. A kiedy zatrzasnęła
za nimi drzwi, mocno pchnęła go na jedno z łóżek. – Nic nie widziałeś, rozumiesz? – bardziej
zażądała, niż zapytała. – Żadnego przystojnego bruneta! Nie było go tutaj, jasne?
- Nie! – wstał.
- Marcin, jesteś moim przyjacielem? – Zuzia postanowiła przyjąć inną taktykę. – Jeśli tak, to po
prostu zapomnij o tym incydencie! Proszę!
- Jakim incydencie? … Chciałbym tylko wiedzieć dlaczego ten facet uważa się za chłopaka Storosz.
A Radek?
- Radek to już przeszłość!
- Co?!
- Marcin, posłuchaj… to nie jest proste… - uśmiechnęła się chytrze, przerywając swoją wypowiedź.
– Marcin, chciałbyś mnie pocałować? – chłopak zmrużył oczy. – Przecież wiem, że na mnie lecisz!
- Jesteś psychopatką!
- Dobrze! Chcesz wiedzieć, co się dzieje? … Baśka zdradza Radka od przeszło trzech miesięcy! …
Chociaż, teraz to już na odwrót. Poznała Marka, zakochała się i jest szczęśliwa! A Radek to
przeszłość, musi tylko jakoś delikatnie z nim porozmawiać i go zostawić!
- Ty nie mówisz poważnie?
- Bardzo poważnie! … I proszę Cię, nic mu nie mów. Baśka musi tylko znaleźć odpowiedni moment.
- Zuza, ale jak ty… jak ty to sobie wyobrażasz? Radek to mój najlepszy przyjaciel. Musi się
dowiedzieć! … Nie pozwolę, żeby jakaś… - zacisnął mocno pięści, powstrzymując się od obelg pod
adresem bądź co bądź także swojej przyjaciółki. - … żeby Baśka przyprawiała mu rogi.
- Solidarność fistaszków! – mruknęła pod nosem Ostrowska. - Tak, ale nie powiem mu o tym ani
ja, ani ty, rozumiesz? To ich prywatne sprawy, a my nie powinniśmy się wtrącać! … Marcin, proszę
Cię! – dodała spokojniej.
- Czuję, jakbym oglądał jakiś serial… to nie dzieje się naprawdę! – odwrócił się i podszedł do okna,
ale słysząc jak ktoś wchodzi do pokoju, natychmiast spojrzał w kierunku drzwi. – Proszę, proszę…
kogo my tu mamy? Panią puszczalską
- Marcin! – Zuzia posłała chłopakowi piorunujące spojrzenie. – Musiałam mu powiedzieć,
przepraszam! … A gdzie Marek?
- Poszedł, na szczęście zadzwonił jego telefon. Morderstwo na Wilanowie, czy… coś! – skrzywiła się.
– A jeśli chodzi o… nie sypiam z nimi jednocześnie!
- No raczej…
- Marcin, posłuchaj…
- Nie, to ty posłuchaj… - wtrącił, wbijając wskazujący palec w jej ramię. – Daję Ci tydzień. Jeśli mu
nie powiesz, to ja to zrobię!
- Rozumiem… - przymknęła oczy, powstrzymując napływające do oczu łzy. – I nie jestem na Ciebie
zła.
- Nie? – zdziwił się.
- Wystarczy, że sama uważam się za ostatnią ździrę. Oszukuję ich obu i nie jest mi z tym dobrze! …
Ale wiedz, że bardzo kochałam Radka. Zależało mi na nim, ale…. Jest świetnym facetem,
przyjacielem… ale to nie jest to, co kiedyś! Staliśmy się obcymi sobie ludźmi.
- To czemu mu tego nie powiesz? Łatwiej oszukiwać?
- Zamierzam… - pokiwała głowę. – Teraz już muszę. Mam tydzień. – uśmiechnęła się przez łzy. –
Nie chcę go tylko skrzywdzić!
- Już to zrobiłaś.
- Wiem… - spuściła głowę.
- Dobrze, nie powiem mu, bo wierzę, że sama to zrobisz jak najszybciej…. I nie dziękuj, bo nadal
nienajlepiej o tobie myślę… Zawiodłaś mnie, jako przyjaciółka i jako kobieta! Facet przez Ciebie
zaczyna wątpić w szczęśliwy związek.
- Wy wcale nie jesteście lepsi… - dodała milcząca jak dotąd Ostrowska. – No co? Taka jest prawda!
To wy zawsze się nami bawicie, zdradzacie i…
- Zuzia przestań! – przerwała jej Storosz. – Muszę to powiedzieć… dziękuję! … Pójdę się położyć,
bo czuję, że za chwilę znowu zwrócę dzisiejsze śniadanie. – i wyszła.
- Jesteś okropny! – rzuciła oskarżycielskim tonem Zuzia, kiedy drzwi się za nią zamknęły.
- A ty wisisz mi buziaka… - szeroko się uśmiechnął.
Jej samopoczucie – ani fizyczne, ani psychiczne wcale się nie unormowało – wręcz przeciwnie, było
jeszcze gorzej. Teraz nie musi udawać, że nie jest zdzirą, bo w oczach przyjaciół i tak nią jest.
Chociaż wiedziała, że Zuzia w każdej sytuacji stanie za nią murem, to i tak poczuła się z tym
jeszcze bardziej podle. Wszystko przez te cholerne kłamstwa! Nie miała siły nawet na to, żeby
płakać – jej organizm był osłabiony przez dzisiejsze sensacje żołądkowe. Po wyjściu Marka, Zuzia
nawet nie zaczynała z Baśką rozmowy na trudne tematy, widziała jak bardzo jest zmęczona i
obolała. Dzisiaj postanowiła, że będą spały razem – tak jak niegdyś w akademiku, w swoich
trudnych chwilach razem zasypiały, do późna zwierzając się ze swoich kłopotów. Taka była ich
przyjaźń – niezniszczalna. Nic więc dziwnego, że Ostrowska mocno przejęła się stanem zdrowia
przyjaciółki i problemami w jakie się wpakowała, przez zwykłe tchórzostwo i brak pewności siebie.
Po kolejnej, tej nocy, wizycie Baśki w toalecie już wiedziała co ma zrobić. Wróciła do jej pokoju i
wcisnęła skulonej na łóżku Storosz małe opakowanie. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że
jej intuicja tym razem się nie myli. Baśka nie wracała z toalety już jakieś dwadzieścia minut, Zuzia
w końcu postanowiła wkroczyć do akcji...
- I co? – zapytała niepewnie, stając przy siedzącej na zimnych kafelkach Basi.
- Zuźka... ja jestem w ciąży!
Cz. 12
Ta noc zdawała się nie mieć końca – godziny dzielące ją od świtu wlokły się niemiłosiernie. Tępo
wpatrywała się w gwiazdy, które tej nocy wyjątkowo mocno świeciły na granatowym nieboskłonie.
Zawsze taki widok wprawiał ją w niemy zachwyt – może nie była wiecznie rozmarzoną
romantyczką, ale cieszyły ją i olśniewały zwykłe, małe cuda natury, których na co dzień może nie
dostrzegamy, a są na wyciagnięcie ręki – tak doskonale piękne i tajemnicze prezenty od Stwórcy.
Ale za co niby miała Mu dziękować? Za to, że jej życie jest pasmem niepowodzeń i kuriozalnych
błędów? I jeszcze ta wpadka! Teraz sytuacja, kiedy mogłaby się wreszcie wyplątać z tego chorego
układu z Radkiem, skomplikowała się jeszcze bardziej. Poza tym ciąża w wieku 21 lat – podczas
gdy ma swoje studia, cudownego mężczyznę i czas na to by pochwycić świat w objęcia – jest
najgorszym co mogło ją do tej pory spotkać. Basia Storosz chce się cieszyć życiem, tańczyć boso
na plaży, biegać w czerwonych przetartych trampkach, podróżować ze swoim starym plecakiem,
spać pod namiotem, śpiewać na całe gardło wracając nocą do domu i robić milion innych głupstw!
Tymczasem stos pieluch, płaczący noworodek i organizm na skraju wyczerpania, sprowadzają jej
życie do jednej jedynej funkcji życiowej, na którą nie jest kompletnie gotowa – bycia matką! Marek
na pewno będzie chciał tego dziecka – w końcu tyle razy mówił jej o swoich marzeniach, owszem
chciał z nią szaleć na antypodach młodzieńczych marzeń, ale i kiedyś założyć rodzinę. Ona póki co
odganiała to postanowienie jej faceta, jak nieznośna muchę. Ale teraz musi się z tym zmierzyć oko
w oko. Jeszcze nie wiedziała co postanowi, ale póki co musiała się upewnić, że test ciążowy, który
wczoraj wręczyła jej Zuzia nie był wadliwy.
Z samego rana, gdy jej współlokatorzy jeszcze smacznie spali, pobiegła do znajomej pani
ginekolog. Z uwagi na wczesne godziny udało jej się dostać bez kolejki. Wracając stamtąd, ściskała
w dłoni wydruk z badania USG i jakieś zamazane zdjęcie, które najchętniej wyrzuciłaby do kosza.
Wróciła do domu – zamknęła się w swojej sypialni i emocje wreszcie puściły swoje hamulce. Łkała
żałośnie, jak jeszcze nigdy dotąd – w końcu Zuzia, spławiając Marcina, postanowiła jak zwykle
przyjść z odsieczą, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że tym razem problem jest
nieporównywalnie większy, niż te z którymi zazwyczaj razem się borykały...
- Basiu? – Zuzia niepewnie przekroczyła pokój przyjaciółki i usiadła na skraju łóżka. Dziewczyna nie
zareagowała, wtulając się mocniej w mokrą od płaczu poduszkę. – Byłaś u lekarza, tak?
- Zostaw mnie! – odpowiedziała z trudnością łapiąc powietrze.
- Porozmawiajmy… - nie dawała za wygraną. Przesunęła się bliżej Storosz i ścisnęła mocno jej dłoń,
którą ona natychmiast odtrąciła. – Stało się i nie możesz…
- Zostaw mnie! – wtrąciła podnosząc głos. – Chcę zostać sama, nie rozumiesz? … Zuzia wyjdź stąd,
słyszysz? – dodała nie widząc żadnej reakcji z jej strony. – Proszę!
- Baśka… dziecko to przecież nie jest koniec świata!
- Nie chcę o tym mówić!
- Ale kiedyś będziesz musiała! … Nie ze mną, to z jego ojcem, swoją rodziną … a płacz i użalanie się
nad sobą w niczym Ci nie pomoże. Wręcz przeciwnie, może tylko zaszkodzić dziecku!
- Chcę spać! – nie mogąc słuchać tego, co mówi jej najlepsza przyjaciółka, zaciągnęła kołdrę i
przykryła nią po sam czubek głowy. – Chcę zasnąć.
- Proszę, tylko że w ten sposób nie rozwiążesz problemów! … - Ostrowska szybkim krokiem wyszła
z pokoju. Przeszła wzdłuż przedpokoju w dwóch krokach, poczym wzbierając w sobie siły do dalszej
rozmowy, wróciła z powrotem. Złapała za róg kołdry i z impetem zrzuciła ją z Baśki. – Nie możesz
się załamywać! To ja tu jestem mięczakiem, a nie ty! … W naszym układzie to Baśka Storosz, którą
znam jest silna i odpowiedzialna. To Baśka nigdy się nie poddaje…. Baśka walczy mimo wszystko!
- I myślisz, że to jest takie proste…?! - wstała do pozycji siedzącej, ukrywając twarz w dłoniach. –
Co ze studiami? Marzeniami? … Zuzia, ja nie jestem gotowa na dziecko, rozumiesz? Nie teraz, nie
tak!
- Przecież nie będziesz z tym sama! Pomożemy Ci… nie jesteś jedyną kobietą jednocześnie
studiującą i wychowującą dziecko, czy prowadzącą dom.
- Świetnie, jeszcze zrób ze mnie kurę domową… - oburzyła się. – Może od razu przeniosę się z
dziennikarstwa do szkoły gastronomicznej i zapiszę na kółko gospodyń wiejskich? … Przynajmniej
nauczę się dziergać na drutach!
- Szczęśliwy tatuś będzie wniebowzięty! – mrugnęła. – A właściwie to… który to tydzień? Co
powiedział Ci ginekolog?
- Co, co powiedział? Że jestem w ciąży… - nadal mówiła zdenerwowanym głosem, mocno
gestykulując przy tym rękoma. - Jakiś trzeci czy czwarty tydzień! Nie wiem, potem już się
kompletnie wyłączyłam!
Dziewczyny były tak zajęte rozmową, że nie usłyszały odgłosu przekręcanego klucza w zamku od
drzwi wejściowych. Radek wrócił ze szkolenia wcześniejszym pociągiem i chciał zrobić Basi
niespodziankę. Był co prawda fanatykiem komputerów, a to czego nauczył się w niemieckiej stolicy,
zafascynowało go jeszcze bardziej możliwościami najnowszych programów, ale już pod koniec
praktyk musiał przyznać, że strasznie zatęsknił do swojej dziewczyny. Ostatnio nie układało im się
najlepiej, ale wierzył że ta rozłąka dobrze wpłynie na ich związek. Ponadto noc, którą spędzili
wspólnie zaraz po ostatniej imprezie dawała nadzieję na przełom w ich relacjach. Nie przejmował
się nawet tym, że kompletnie nic z tamtej nocy nie pamiętał - ważna była ta intuicja, która
nieprzerwanie mówiła mu, iż musieli się wtedy kochać jak nigdy dotąd. W jakim musiał być szoku,
gdy usłyszał urywki rozmowy Basi i Zuzi, która odbywała się w ich sypialni! Jak się właśnie
dowiedział nie pamięta nic z poczęcia swojego dziecka - doprawdy, żenujące!
- Ale wszystko jest w porządku? – Jak na wzorową ciotkę, Zuzia wolała się upewnić. Teraz nie
martwiła się wyłącznie o przyjaciółkę, ale również o jej maleństwo. – Przepisał Ci jakieś witaminy?
- Tak… - przytaknęła. – Zuzia, dziękuję! Chyba potrzebowałam… tych twoich mądrości.
- Wiesz ile mnie to kosztowało? – westchnęła przecierając czoło. – Aż mnie głowa rozbolała, ale…
warto było!
- Idziemy?!
- Gdzie? – Zuzia zmarszczyła brwi. – Jeszcze przed chwilą zwracałaś wczorajszy obiad,
wypłakiwałaś mi się na ramieniu…
- Na zajęcia, nie wytrzymam sama w czterech ścianach! – Storosz złapała za leżącą na biurku
torebkę i już wychodziła z pokoju, kiedy w drzwiach stanął Radek, wypuszczając z ręki podróżną
torbę. Storosz zrobiła krok w tył i z przerażeniem spojrzała na przyjaciółkę. – Radek?! Co ty tu
robisz?
- Mieszkam… - blado się uśmiechnął, wodząc wzrokiem po jej płaskim jeszcze brzuszku. – Chyba
musimy porozmawiać! … Poza tym, nie przywitasz się? Myślałem, że chociaż troszeczkę się za mną
stęskniłaś.
- A tak, jasne… - natychmiast do niego doskoczyła składając szybkiego buziaka na jego policzku. –
Cieszę się, bardzo! Tylko…
- Zaraz mamy zajęcia z Makowskim. Podobno szykuje dla nas jakieś niezapowiedziane kolokwium…
- dokończyła za koleżankę Zuzia, widząc jak z trudem przychodzi jej wymyślenie kolejnej
wymówki. – Baśka, pośpiesz się! – dodała, mijając chłopaka.
- Basia… - Radek złapał ją za łokieć, kiedy próbowała przejść.
- Porozmawiamy, obiecuję! … Tylko wieczorem, dobrze? – zapytała, delikatnie przejeżdżając dłonią
po jego policzku. – Przyjdę wcześniej.
- Cieszę się, że już jestem!
- Cześć! – i wybiegła, unikając jego czułego spojrzenia.
Zajęcia na uczelni trochę przywróciły ją do rzeczywistości. Nieuchronnie zbliżał się koniec semestru,
więc studenci musieli więcej swojego zaangażowania poświęcić nauce, niż oblewaniu weekendu,
sukcesu reprezentacji RPA w hokeju na lodzie, czy narodzin wnuczki prezydenta. Nie chciała myśleć
o ciąży, o dziecku czy nawet o Marku, dlatego między innymi wyłączyła swój telefon. A Brodecki,
kiedy po raz ósmy z rzędu nie usłyszał jej głosu w słuchawce, był już naprawdę zły. Bardzo się
martwił o jej stan zdrowia - przecież wczoraj tak mizernie wyglądała, to mogło być jakieś ostre
zatrucie, ale i coś o wiele poważniejszego.
Zadręczał się tym dopóki nie dostał pozwolenia od Adama na wcześniejsze wyjście z pracy.
Natychmiast kupił bukiet bladoróżowych stokrotek – bo Basia nienawidziła czerwonych róż, uznając
je za tandetne i bardzo pospolite – i najszybciej jak mógł zjawił się w Coala Cafe, wiedząc, że
dzisiaj ma popołudniową zmianę. Jednak zamiast Basi, za barem stała Lucynka, nalewając klientom
zimne piwko. Okazało się, że panna Storosz dopiero przyszła i przebiera się na zapleczu, tak więc
prosząc o kolejkę dla siebie, postanowił zaczekać. Jego uwagę zwrócił dziwnie znajomy blondyn
siedzący na sąsiednim stołku – był bardzo podenerwowany, a w dłoni ściskał ogromny bukiet
krwistoczerwonych róż, od których zapachu aż mdliło. Uśmiechnął się do niego przyjaźnie i ze
zdziwieniem stwierdził, że gdzieś już widział twarz tego cherlawego „naukowca” jak go w myślach
określił. On pewnie też czeka na swoją „połówkę”.
„Ach te kobiety! One tylko doprowadzają facetów do szału tymi swoimi humorami!” –pomyślał
przelotnie i uśmiechnął się odtwarzając w pamięci obraz słodkich dołeczków w okolicach basinych
ust, gdy tylko robiła gniewną minkę. Jego rozmyślania przerwało pojawienie się samej
zainteresowanej, ubranej w służbowy strój. W tym momencie stało się coś dziwnego – gdy tylko
Basia wyszła z zaplecza, ów niewyraźny, przestraszony blondyn, podbiegł do niej z wiechciem
kwiatów i zaczął ją obcałowywać na oczach wszystkich! Na reakcję Marka nie trzeba było długo
czekać...
- Marek?!!! – Storosz głośno krzyknęła, kiedy Radek leżał już na podłodze wycierając rękawem
swetra cieknącą po brodzie krew. – Radek, nic Ci nie jest? – i nie czekając na odpowiedź popchnęła
podkomisarza, powstrzymując go przed kolejnym atakiem zazdrości. – Marek, zwariowałeś?!
- Nie pozwolę, żeby jakiś typek Cię obłapiał… - rzucił, kątem oka obserwując chłopaka.
- To moja dziewczyna… kretynie! - usłyszał w odpowiedzi. – Baśka, powiedz mu! … Jesteśmy razem
trzy lata i za kilka miesięcy będziemy mieli dziecko!
- Co?! – Marek aż się roześmiał, nie dowierzając w to, co słyszy. Spojrzał na Baśką w nadziei, że od
razu zaprzeczy tym bredniom. Ale zamiast tego, zobaczył napływające do jej oczu łzy. – Baśka, co
tu jest grane? – zapytał już nieco podenerwowany. – Kim on jest?
- A ty? – zapytał Radek.
- To prawda? … - Brodecki przetarł otwartą dłonią twarz kompletnie ignorując chłopaka. – To
prawda, co on mówi? Jesteś z nim? Jesteś w ciąży? …. Baśka, powiedz coś w końcu! – krzyknął, nie
słysząc żadnej odpowiedzi. Dziewczyna aż się wzdrygnęła pod jego naciskiem.
- Marek ja Ci to wszystko wytłumaczę… - zaczęła.
- Ale co ty chcesz mi tłumaczyć?! Ja chcę wiedzieć czy to prawda… jesteś z nim?! – Baśka opadła
na krzesło, zakrywając twarz. Już nie mogła powstrzymać łez, rozpłakała się jak małe dziecko. A
Brodecki w ogóle jej tego nie ułatwiał – złapał ją mocno za ramiona i potrząsnął, niemal siłą
wyciągając od niej odpowiedź na zadane pytanie.
- Tak… ale to nie jego dziecko! – dodała natychmiast, ale do Marka już nie dochodziły jej
tłumaczenia. Puścił ją i odszedł kilka kroków. – Marek, posłuchaj mnie… - poszła natychmiast za
nim.
- Wiesz kim jesteś? – przerwał jej mówiąc nader spokojnie. – Jesteś zwykłą…. Dziwką! Sypiałaś z
dwom facetami na raz i myślałaś, że… co? Że to się nie wyda?
- Nie mów tak, proszę Cię! … Ja i Radek już dawno …
- Nie obchodzi mnie to! – uciął. – Nie chcę nawet tego słuchać…
- To co mam ci powiedzieć?! - wrzasnęła w końcu niepodobnym do siebie głosem, zwracając uwagę
wszystkich klientów. - Że jestem ostatnią zdzirą?! To chcesz usłyszeć?! Tak jestem ... - dodała juz
spokojniej - ... bo kompletnie straciłam dla ciebie głowę, bo dla ciebie zdradziłam porządnego
faceta, z którym byłam przez ostatnie trzy lata, bo ... bo ... cię kocham i będziemy mieli dziecko?!!!
- teraz rozszlochała się na dobre z bezsilności i bólu jaki widziała w oczach Marka. A on nie mógł
tam dłużej stać i patrzeć na nią - jak płacze i poniża siebie jeszcze bardziej. Kim ona do jasnej
cholery jest?! Niewyżytą panienką, której jeden facet w łóżku stanowczo nie wystarcza? Mógł sobie
dać wmówić, że jest dla niej najważniejszy - w końcu skutecznie go omamiła - ale teraz nie będzie
słuchał, że ona nosi jego dziecko! To wierutna bzdura! Marek, Radek ... ciekawe kto jeszcze
przewinął się przez jej sypialnię? Teraz mógł sobie tylko wyrzucać głupotę, dzięki której pewnego
dnia ta dziewczyna zawładnęła jego życiem. Ale nie potrafiłby teraz oddychać tym samym
powietrzem co ona - pierwszy raz brzydził się Baśki. Nie patrząc na utkwione w nim spojrzenia
klientów knajpy, z hukiem drzwi opuścił lokal. Basia natychmiast pobiegła za nim ...
- Zostaw mnie! – odtrącił jej rękę, kiedy próbowała go zatrzymać. – Zapomnij, że w ogóle istniałem
i kiedykolwiek byliśmy razem!
- Marek, porozmawiajmy spokojnie! … Mówię prawdę, to twoje dziecko, nie Radka, uwierz mi,
proszę Cię!
- Nie! … To koniec! – ostatni raz spojrzał w jej oczy, poczym wsiadł w samochód i odjechał.
- Kocham Cię! – wyszeptała, wycierając cieknące po policzkach łzy. – Kocham Cię! – powtórzyła i
wróciła do środka lokalu. Czekała ją jeszcze rozmowa z Radkiem, ale nawet ten tak, jak wcześniej
Marek, nie chciał słuchać jakichkolwiek tłumaczeń. Wyrzucił trzymane w dłoniach czerwone róże do
kosza i wyszedł.
Cz. 13
Przez resztę dnia nie była się w stanie uspokoić – całe jej życie właśnie legło w gruzach, w jednym
momencie straciła wszystko, straciła Marka. W dodatku Radek dowiedział się o tym najgorzej, jak
to było możliwe. Zdradziła go, okłamywała, upajała się swoim szczęściem zupełnie zapominając o
mężczyźnie któremu kiedyś coś obiecała - dla takiego postępowania nie ma wybaczenia, i nie
spodziewała się go po swoim, byłym już, chłopaku.
Zapłakana, zrezygnowana i bezsilna wobec zła jakie wyrządziła, w końcu weszła do swojego
mieszkania. Powitały ją przejmujące ciemności, tylko liche światło przebijające się przez oszklone
drzwi w końcu korytarza sygnalizowało, że ktoś jest w domu. Nieśmiało podeszła i pociągnęła za
klamkę – Radek stał odwrócony tyłem, patrzył się bezmyślnie w okno, co jakiś czas jego ramiona
drżały. Płakał – pierwszy raz w dorosłym życiu, bo pierwszy raz ktoś go tak bardzo zawiódł i
oszukał. Teraz zrozumiał, że łzy nie są tylko dla małych dzieci. Nigdy nie czuł się tak podle, nie
spodziewał się takiego ciosu, i to w dodatku o niej, od kobiety, z którą chciał budować swoją
przyszłość. Od kobiety którą tak bardzo kochał ...
- Myślałem, że nasze kłótnie… - zaczął pierwszy, wyczuwając jej obecność. – Że to tylko
przejściowe! … Odpoczniemy, damy sobie czas, więcej swobody i wszystko wróci do normy.
- Radek… - głos jej zadrżał. Podeszła bliżej niego. Chciała położyć dłoń na jego ramieniu, ale w tym
momencie odwrócił się do niej przodem, wycierając mokre policzki.
- Kiedy zamierzałaś mi powiedzieć? … Czy w ogóle zamierzałaś? – spuściła głowę, nie mogąc
patrzeć na ból tlący w jego oczach. – Naprawdę jestem aż takim nieudacznikiem, że musiałaś
poszukać sobie innego faceta?
- Radek to nie tak…
- Czego mi brakuje? … - ciągnął dalej, kompletnie ignorując jej słowa. – Co ma on, czego nie mam
ja? Lepiej całował? Był lepszy w łóżku? … Bo, że poleciałaś na pieniądze, to nie uwierzę.
- Daj mi to wszystko wytłumaczyć, proszę Cię!
- Ale co ty chcesz tłumaczyć? – niemal krzyknął, nie mogąc dłużej hamować spokoju, którym
przepełniony był jego głos. – Jak się z nim pieprzyłaś? Jak mnie okłamywałaś? … I to, że za kilka
miesięcy zostaniesz szczęśliwą matką nie mojego dziecka? …
- Nie krzycz… - poprosiła.
- Jak wyrzuciłaś do śmieci trzy ostatnie lata naszego związku? – ciągnął dalej. – Jak zniszczyłaś to,
co nas łączyło? … Nie jesteś w stanie tego wytłumaczyć!
- Radek, proszę Cię… nie krzycz… - podeszła, łapiąc go za ramiona. Natychmiast ją odepchnął,
robiąc kilka kroków w tył. – Wiem, że Cię skrzywdziłam…
- Nie wiesz! – pokręcił głową. – Nie jesteś w stanie nawet sobie tego wyobrazić… jakim ja byłem
idiotą, że Ci ufałem! Wierzyłam w każde twoje słowo, zapewnienie… i proszę Cię, nie przepraszaj
mnie! Tego nie zniosę…
- Kochałam Cię, naprawdę Cię kochałam…
- Nic już nie mów! – podparł się rękoma o parapet i przymknął oczy. Starał się jej nie słuchać, jej
wyjaśnień, jej płaczu. – Baśka, zamknij się!
- Zależało mi na tobie, słyszysz? Przepraszam…
- Zostaw mnie! – odtrącił kolejny z jej strony gest, kiedy mocno złapała go za rękę. – Nie chcę tego
słuchać! … Baśka, przestań! – krzyknął i z dużą siłą odepchnął ją od siebie. Storosz niebezpiecznie
zachwiała się na nogach i nie mogąc utrzymać równowagi, upadła na podłogę, mocno uderzając
twarzą w kant wersalki. Z bólu aż krzyknęła, po chwili czując jak ktoś mocno odwraca ją w swoją
stronę – to Zuzia, która nie wiadomo skąd nagle znalazła się w mieszkaniu.
- Co zrobiłeś?! – wrzasnęła na zdezorientowanego i lekko przestraszonego Radka. – Baśka, nic Ci
nie jest? … Jezuuu, masz całą spuchniętą brew. Radek przynieś coś zimnego z kuchni…
- Ja…Ja przepraszam! – jęknął.
- Głuchy jesteś?! … Idź już i przynieś jeszcze apteczkę z łazienki….
Zuzia natychmiast zajęła się rozciętym łukiem brwiowym przyjaciółki. Wyglądało to naprawdę
groźnie – podpuchnięte oko i wciąż sącząca się krew. Ale Baśka jakby zupełnie nie kontaktowała –
wyłączyła się już z tego co mówili Zuzia i Radek, on co dwa słowa przepraszał, a Ostrowska cały
czas na niego warczała. Było jej już wszystko jedno, i tak stało się najgorsze, co mogło się stać.
Nie zastanawiała się też dłużej nad dalszym mieszkaniem pod jednym dachem z Radkiem,
natychmiast zaczęła pakować swoje rzeczy, chociaż nie miała zielonego pojęcia dokąd iść – bo
przecież nie do Marka! Radek milczał gdy wychodziła z domu, nie obdarzył jej nawet przelotnym
spojrzeniem – trzy lata ich życia można teraz śmiało skreślić. Gdy powlokła się na postój taksówek,
usłyszała za sobą znajome stukanie obcasów i jakieś okrzyki, wydawane zdyszanym ze zmęczenia
głosem ...
- Zuzia? – dziewczyna ledwo łapała powietrze. – Co ty robisz?
- Chyba nie myślałaś, że zostawię Cię na lodzie? … Zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy, a jutro
wrócę po resztę.
- Zuzia, ale…
- Przestań marudzić! – wtrąciła. – Jestem twoją najlepszą przyjaciółką. Ty jesteś sama, w ciąży i…
nie zamierzam Cię teraz zostawić samej.
- Nie musiałaś mi o tym przypominać. – mruknęła kąśliwie.
- Przepraszam… - objęła ją mocno ramieniem. – A tak poza tym, to gdzie idziemy? – Storosz
wzruszyła tylko ramionami.
- Jakiś wolny peron na Centralnym na pewno się znajdzie.
Przez kolejne dwie godziny dziewczyny krążyły po stolicy szukając jakiegoś miejsca na tymczasowy
nocleg. Owszem były hotele, które rozłożyłby przed nimi swoje czerwone dywany, zapewniły
apartamenty na światowym poziomie, ale na Sobieskiego czy Mariotta, raczej nie było stać średnio
zarabiających kelnerek. W końcu znalazły coś, co odpowiadało zawartości ich portfeli akurat przed
wypłatą. Mały hotelik na Bródnie nie był ósmym cudem świata, ale że obie były zmęczone
nadmiarem wrażeń i całym tym dniem, podziękowałyby nawet za miejsce w stodole. Pokoik jaki
miały dzielić nie zachwycał wyposażeniowym bogactwem – bo stały tu dwie wersalki, mały stoliczek
i szafa - ale lepsze to, niż miejscówka na dworcu. No i łazienka na końcu korytarza, do której
Zuzia bała się iść, w obawie że ją ktoś porwie i zgwałci po drodze, nie była utrzymana w
standardach hoteli europejskich – odpadające kafelki, zamazane lustro i wyłącznie zimna woda, ale
dziewczyny cieszyły się, że ich pokój miał chociaż solidny zamek w drzwiach. Było już po 2.00 kiedy
siedziały na jednym łóżku i popijały gorącą herbatę z cytryną.
- Wiesz co? – Zuzia po dłuższej ciszy spojrzała na przyjaciółkę. – To dziecko Brodeckiego i nie
obchodzi mnie, co on sobie o tobie myśli, ale musi je uznać i zapewnić jego matce odpowiednie
warunki do donoszenia ciąży.
- Zuzia, proszę Cię, nie rozmawiajmy teraz o tym! – poprosiła, odstawiając szklankę na stolik.
Skuliła się i przykryła kołdrą, obejmując dłońmi brzuch. Choć na chwilę udało jej się zapomnieć o
Marku, udało jej się opanować łzy, więc nie chciała o tym myśleć, a tym bardziej rozmawiać.
Ostrowska jednak nie dawała za wygraną…
- Nie możesz przecież mieszkać w takich warunkach… ja może dałabym sobie radę, ale ty i
dzidziuś? Musisz się z nim spotkać.
- On mnie nienawidzi i nie wierzy, że to nasze dziecko. Wyraźnie powiedział mi, że to koniec, a ja
mam o nim zapomnieć!
- Phi… - prychnęła. – W takim razie ja z nim porozmawiam! Powiem mu do słuchu!
Storosz natychmiast poderwała się, wbijając w przyjaciółkę nienawistne spojrzenie.
- Nie zrobisz tego… - zakazała. – Nie będę go o nic prosić, a tym bardziej nie będziesz robić tego
ty. Muszę uporać się z tym wszystkim sama.
- I chcesz się tak łatwo poddać? – Basia spojrzała na nią pytającym wzrokiem. – Mówię o miłości.
Przecież go kochasz… mogłabyś zdobyć na nowo jego zaufanie.
- K o n i e c … - przeliterowała Basia. – The End, Fin … nie mam czego zdobywać na nowo. Będąc z
nim, byłam jednocześnie z Radkiem. Kłamałam! Zdradzałam! Jestem skończona! Nie wybaczy mi.
- Jeśli on kocha Cię tak mocno, jak ty jego, to wybaczy.
- Nie… - pokręciła głową. – Znam go i wiem, że Marek Brodecki najbardziej nienawidzi kłamstwa.
Poza tym on mnie już nie kocha…
- Jeśli nie spróbujesz, to się nie przekonasz!
- Zuzia, czy ty wiesz jak to boli, kiedy facet którego kochasz patrzy Ci w oczy i mówi, że to koniec?
Jak nazywa Cię dziwkę… jak Cię odpycha. Nie wierzy w żadne wyjaśnienia… Nie zniosę drugi raz
tego bólu.
- Baśka, ale teraz musisz myśleć nie tylko o sobie ... - Zuzia niepewnie skinęła głowa w stronę jej
brzucha - ... Dzisiaj było za dużo emocji i padły słowa, które nie powinny być powiedziane. Marek
musi sobie to wszystko przemyśleć, ułożyć ... ale jestem pewna, że z czasem zrozumie, że jego
przyszłość jest przy tobie i dziecku ... - Basia nagle zrobiła się jakaś dziwnie nieobecna. - Baśka co
jest?
- Wiesz ... ja nawet nie wiem czy ... czy chcę je mieć! Bo w tej sytuacji ... - jedna łza kapnęła na
policzku Basi, a za nią kolejna. Widać było, że nie zaakceptowała jeszcze nowej sytuacji, nie umie
mówić czy nawet myśleć o swojej ciąży.
- Co ci chodzi po głowie? - zapytała nerwowo Zuzia.
- Nie ... nic! Nie słuchaj mnie! - szybko wierzchem dłoni przetarła łzy - ... pewnie masz rację, ja też
powinnam to wszystko jeszcze raz przemyśleć i porozmawiać z Markiem! Jeżeli da mi chociaż cień
nadziei, to zrobię wszystko żeby odzyskać jego zaufanie, ale jeżeli znowu mnie odtrąci to ...
odejdę!
Cz. 14
Basia następnego dnia nie pojawiła się w pracy, zresztą Lucynka z wiadomych względów dała jej
teraz wolne, by mogła poukładać swoje sprawy prywatne. Ten dzień już z samego rana nie
zapowiadał się dobrze – ciemne chmury, które zawisły nad Warszawą, skąpały stolicę w strugach
deszczu. Dziewczyny obudziły się dość późno, bo wczoraj urządziły sobie w nocy dłuższą
pogawędkę, poza tym zmęczone nadmiarem negatywnych emocji zasnęły koło trzeciej nad ranem
snem sprawiedliwego. Zuzia, kiedy tylko otworzyła jedno oko i przekonała się jaka aura panuje za
oknem, postanowiła sobie zrobić dzisiaj wolne na uczelni i zająć się przygnębioną Storosz. Baśka
już była spokojniejsza, co nie oznacza że w jej życiu wreszcie zapanował błogi ład i harmonia.
Ostrowska wręcz wychodziła z siebie, by jej przyjaciółka choć na moment się rozpogodziła. Udało
jej się to dopiero, gdy z hotelowej stołówki, przyniosła do ich mikroskopijnego pokoiku tacę, z
ukochanymi przez Baśkę pierogami ruskimi. Już teraz postanowiła zatroszczyć się o przyszłą
mamę, skoro ojciec jej przyszłego chrześniaka tego nie robi. Zuzia doskonale zdawała sobie
sprawę, że Marek ma prawo do gniewu i rozczarowania, ale z drugiej strony tak strasznie było jej
żal patrząc na samotną Basię, że najchętniej skopałaby ten zgrabny tyłeczek Brodeckiego. Ale
nawet ona ze swoją genialną babską intuicją nie mogła wiedzieć, jak bardzo Marek przeżył ten cios
prosto w serce, jaki zadała mu Baśka. Przez cały dzień siedział w czterech ścianach i upijał się na
umór. Był tak pijany, że nie wiedział czy przezroczysta postać Baśki, w którą rzucał talerzami to
wytwór jego poalkoholowych wizji, czy rzeczywista osoba. Kiedy minęła mu wściekłość, płakał nad
ich wspólnymi zdjęciami gdy w pocałunku łączyli swoje usta, bądź gdy siedzieli na barze u Lucynki
przytuleni i zapatrzeni w swoje oczy. To wszystko było jednym, wielkim kłamstwem! To ona go
okłamała najgorzej jak tylko można, w fundamentalnej sprawie, to ona go zdradzała, to ona
zburzyła wszystko w co wierzył! I teraz ona chce mu wmówić, że nosi pod sercem jego dziecko ...
W myślach stwarzał wizje Baśki z innymi facetami – podczas gdy ich całuje, śmieje się do nich,
pozwala im na wszystko – tak bardzo chciał ją znienawidzić, za to że nie uszanowała tego co do
niej czuł, ale za każdym razem gdy na głos określał ją najgorszymi epitetami, czuł że coś
bezlitośnie szarpie jego serce na pół ...
W takim stanie, w nocy, znalazł go Adam. Kiedy leżał zalany w trupa - wszędzie walały się resztki
podartych zdjęć, potłuczone szkła czy porozrzucane poduszki. Zawada musiał mu mocno przywalić,
by wreszcie się ocknął, potem siłą zaciągnął go pod lodowaty prysznic i niczym kat czekał tuż za
jego plecami, podczas gdy Brodecki wymiotował, zielony jak nieszczęście, pochylony żałośnie nad
muszlą klozetową ...
Tymczasem, zdziwienie Zuzi osiągnęło apogeum tego wieczora, gdy zobaczyła jak Baśka nagle z
zapłakanej, samotnej panny z dzieckiem zmieniła się w dawną Basię, szalejącą za pewnym
gliniarzem ze stołecznej. Miała na sobie nowiutkie czarne dżinsy – rurki, podkreślające jej szczupłe,
zgrabne nogi i luźną bluzeczkę ze zwiewnego materiału w kolorze ciemnego turkusu, przewiązaną
w talii modnym paskiem, do tego zwisające korale i kolczyki tego samego koloru. Podpięła włosy do
góry, pociągnęła usta błyszczykiem i ... wyglądała pięknie. Nawet siniec, który nabił jej wczoraj
Radek udało się zatuszować jakoś pudrem, tylko ten plaster na łuku brwiowym sygnalizował, że
stało się coś, co nie powinno się stać. Zuzia doskonale wiedziała, że Baśka w końcu zebrała się w
sobie i odważyła się na rozmowę z Brodeckim. Podziwiała ją z jednej strony, a z drugiej bardzo się
bała, bo z góry wiedziała jaki będzie efekt tej rozmowy. Basia natomiast pełna obaw, ale i nadziei
pojawiła się wieczorem na korytarzach stołecznej komendy ... Pamiętała, jak Marek kiedyś
przyprowadził ją tutaj na randkę – było czerwone wino, kieliszki, a do tego pusta strzelnica i dwa
glocki. Strzelała wtedy pierwszy raz i to nawet z niezłym skutkiem. Dlatego znała to miejsce, a
nawet miłego policjanta w mundurze przy wejściu. Nie miała więc kłopotów z przemknięciem do
pokoju, w którym urzędowali panowie oficerowie. Od razu go zobaczyła… Siedział przy biurku, nad
aktami. Obserwując go tak, zdała sobie sprawę jak za nim tęskni, jak brakuje jej jego przytulanek,
pocałunków, a nawet ich drobnych sprzeczek. Nadymał wtedy tak śmiesznie buzię… Przymknęła na
chwilę oczy, wezbrała w sobie więcej siły na stawienie mu czoła… i już miała wejść, kiedy usłyszała
za plecami swoje imię, a w następnej chwili poczuła czyjeś ramiona na swoich.
- Baśka, jak dobrze Cię widzieć! – to Szczepan, którego głos szybko rozniósł się po całym piętrze,
dochodząc także do uszu zamyślonego podkomisarza Brodeckiego. Natychmiast spojrzał w ich
kierunku. – Nie wiesz co się dzieje z Zuzią? Ma wyłączony telefon.
- Powiem jej, że dzwoniłeś… - uśmiechnęła się sztucznie, kątem oka jednak obserwując
podchodzącego do nich Marka. – Cześć!
- Szczepan wyprowadź panią, cywile nie mają tutaj wstępu… - odpowiedział bez zająknięcia, cały
czas odwracając wzrok od jej spojrzenia. – Jeszcze będziemy mieli problemy z szefem.
- Marek, przecież to Baśka… twoja…
- Już nie! – wtrącił. – I radzę Ci, lepiej sprawdź też swoją Zuzią. Obie są siebie warte i nie zdziwię
się, jak też będzie miała jakiegoś drugiego na boku.
- Marek, ale o czym ty mówisz? – Żałoda przerzucał wzrok na zmianę z przyjaciela na jego
dziewczynę.
- Szczepan, zostawisz nas samych? Musimy porozmawiać… - aspirantowi nie trzeba było dwa razy
poważać. Od razu się ulotnił, wspominając coś o kolejnym telefonie do Ostrowskiej.
- Tylko my chyba nie mamy o czym rozmawiać… - odparł spokojnie podkomisarz, wracając do
kanciapy. – I przepraszam Cię, ale mam dużo pracy. Drogę do wyjścia znasz…
- Nie traktuj mnie tak… - ruszyła natychmiast za nim, zatrzymując się tuż za jego plecami tak, że
kiedy się odwrócił, ich twarze dzieliły zaledwie milimetry. – Co mam zrobić, żebyś mi wybaczył?
Żebyś wreszcie pozwolił wszystko sobie wytłumaczyć? – czuł, jak jej perfumy drażnią jego nozdrza,
a oddech delikatnie owiewa jego twarz.
- Nic! – uśmiechnął się, na co ona odpowiedziała mu tym samym. – Po prostu zostaw mnie w
spokoju. – i wyminął ją, próbując uspokoić rozkołatane serce. Jeszcze moment, a nie zapanowałby
nad emocjami, a na to pozwolić przecież nie mógł. Ta dziewczyna oszukała go tak, jak jeszcze nikt
wcześniej. I mimo, że w dalszym ciągu działa na niego w ten sam hipnotyzujący sposób, nie mógł
jej wybaczyć.
- Marek… - złapała go za ramię, zatrzymując. Miał dosyć jej litościwego głosu, próśb. Musiała
wreszcie zrozumieć, że to koniec. Definitywny koniec ich związku. Dlatego przybierając
zdenerwowany wyraz twarzy i ton głosu, spojrzał na nią w nadziei, że wykrzyczy jej to, co od
wczoraj leżało mu na sercu. Ale zamiast tego, jego uwagę przykuło spore zaczerwienienie pod jej
prawym okiem i plaster na brwi.
- Co to jest?! – zapytał, łapiąc ją mocno za podbródek i zwracając posiniaczoną stronę twarzy w
swoim kierunku.
- Nic, nic… zostaw! – odepchnęła jego dłoń, zakrywając nieznacznie oko. – Przewróciłam się na
schodach.
- Jasne… - mruknął. – Czyżby twój chłopak okazał się damskim bokserem? … Gratuluję wyboru! –
choć przeraził go fakt, że ten chłopak mógł podnieść rękę na kobietę, a tym bardziej na Storosz,
nie mógł pokazać tego, jak bardzo się martwi. – Niezła z was parka będzie. A dziecko… - zagwizdał.
– Który to miesiąc?
- Marek, przestań… - po jej policzku spłynęła pojedyncza łza, którą szybko przetarła wierzchnią
częścią dłoni. – Proszę Cię! … Nie jestem już z Radkiem, wyprowadziłam się wczoraj od niego… a
dziecko…
- Miałaś dwóch, a teraz nie masz ani jednego! – wtrącił. – Warto było? – pokręciła głową, nie
dowierzając w to, co słyszy. Marek w tej chwili nie był tym Markiem, w którym się zakochała. Jego
wzrok przepełniony był gniewem, a słowa raniły mocniej, niż te wypowiedziane wczoraj.
- Marek, to jest twoje dziecko… - niemal wypłakała, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu.
- Nie wierzę Ci… - wbił wskazujący palcem w jej ramię. – I nie pozwolę wpakować się w pieluchy.
Radek nie uznał dziecka, to co? Może Mareczek, drugi idiota, z którym się puszczałaś? Nie jeden, to
drugi… nieźle sobie to wykombinowałaś.
- Mówię prawdę… - wyłkała, ale on już nie reagował. Ani na jej słowa, ani płacz. Po prostu wyszedł,
mijając w progu zdezorientowanego Zawadę.
- Marek… - nie poddając się, wybiegła za nim. Krzyczała do niego, nie zważając na wścibskie
spojrzenia innych policjantów. Obiecała sobie przecież, że tak łatwo się nie podda, spróbuje go
odzyskać – dla siebie i swojego szczęścia, a także dla tego maleństwa, które nosiła pod sercem. I
już dobiegała do niego, żeby powtórnie go zatrzymać, gdy niebezpiecznie zachwiała się na nogach,
potykając przy tym o nierówno położoną wykładzinę. I gdyby nie jeden z mężczyzn znajdujących
się akurat w korytarzu, runęłaby jak długa na podłogę.
- Kurwa! – zaklęła, zdejmując lewy but, którego obcas w większej części znajdował się kilka
metrów za nią. – Niech to szlag! – Marek widząc to, uśmiechnął się pod nosem, ale szybko
spoważniał, widząc kuśtykającą w jego stronę Baśkę. – Złamałam obcas!
- Nigdy nie potrafiłaś chodzić w takich butach… poza tym po co to wszystko? Te buty, ten makijaż…
Nie musisz brać mnie na kręcenie tyłkiem. Zauważyłbym nawet po ciemku, że jesteś śliczna! –
Basia niepewnie dotknęła jego policzka…
- Idź już! – bardziej poprosił, niż rozkazał.
- Czyli to naprawdę koniec? – przytaknął i nie mogąc znieść jej spojrzenia, odtrącił jej rękę i
odszedł. – Koniec! – powtórzyła i nie odwracając się nawet za nim, poszła w kierunku wyjścia.
Cz. 15
Żeby wytłumaczyć emocje targające w tym momencie podkomisarzem Brodeckim, trzeba wrócić do
momentu kiedy całkowicie przypadkowo, zobaczył paskudny siniec pod okiem Baśki. Nadal nie
potrafił jej wybaczyć, ale nagła wściekłość jaka go opanowała na samą myśl, że ktoś mógłby
podnieść na nią rękę, wynikała z tych niepojętych uczuć jakie żywił do tej dziewczyny. Jakkolwiek
by go zraniła, jak bardzo zaszłaby mu za skórę, on nigdy by jej nie uderzył. Poza tym przecież była
w ciąży! W jednym momencie jeszcze bardziej znienawidził Radka – nie dość, że to on był jej
facetem przez trzy lata, dodajmy pierwszym facetem, to on jako pierwszy ją dotykał i kochał, to on
... Marek był wściekle zazdrosny o ten czas jaki Baśka spędziła z Radkiem, mimo że wmawiał sobie,
iż go to wcale nie obchodzi. Chciał być jej pierwszym i jedynym mężczyzną, jak się potem okazało
nie był ani pierwszym, ani tym bardziej jedynym ... Miotały nim gniew, ból i zazdrość, i kierowany
tą przedziwną mieszanką emocjonalną, jeszcze tego samego wieczora pojawił się pod drzwiami
mieszkania na ulicy Andersa ...
- Musimy sobie porozmawiać brachu… - odparł, widząc w progu znajomego blondyna. Wepchnął go
do środka i sam wszedł, zatrzaskując nogą drzwi.
- Baśka już tu nie mieszka…
- Po tym, co jej zrobiłeś też bym zapewne się wyprowadził. – prychnął pod nosem podkomisarz. –
Posłuchaj mnie, bo nie będę dwa razy powtarzał… - dodał, wbijając Radkowi wskazujący palec w
ramię.
- Grozisz mi? – wtrącił z kpiącym uśmieszkiem. – Nie rozśmieszaj mnie i lepiej wyjdź, jeśli nie
chcesz, żebym zawiadomił policję.
- Proszę bardzo… - w tym momencie Marek odsłonił z kurtki prawy bok, ukazując czarny skórzany
pasek z kaburą i bronią w środku. – Tak się składa, że mam kilku znajomych w prewencji. Mogę od
razu ich zawiadomić…. Uwierzą mi, czy tobie? A poza tym, to nie ja pobiłem swoją dziewczynę.
- Czego chcesz?!
- Jeśli zobaczę jeszcze raz, że coś jej zrobiłeś… jeśli spadnie jej choć jeden włos z głowy, to nie
będę już taki uprzejmy, rozumiesz?
- Nie zamierzam mieć już z nią nic wspólnego… nie pociągają mnie już takie suki, jak ona. –
Brodecki momentalnie złapał go za ramiona i przygwoździł do ściany. – No co? Uderzysz mnie? No
wal…. Baśka sama zasłużyła sobie na to miano. Oszukała nas obu! Jest zwykłą dziwką.
- Nie zamierzam brudzić sobie rąk… - puścił go i podszedł do drzwi, otwierając je na oścież. – I
mam nadzieję, że już się więcej nie spotkamy!
Tymczasem Basia wracając do hotelu już nie płakała. Mimo, że bardzo chciała się zmusić do
oczyszczających łez, to w środku czuła tylko chłodną pustkę, nic więcej. Marek jasno dał jej do
zrozumienia, że to definitywny koniec, że nigdy więcej nie będzie się mogła do niego przytulić, że
już nigdy nie pokłócą się o to, kto śpi na której stronie łóżka, że nigdy więcej nie obudzi jej rano
pocałunkami i słowami: „Cześć łobuzie, nieźle w nocy narozrabiałaś, ledwo żyję ...”. To zamknięty
rozdział! Mimo, że na jego widok wciąż serce omal nie wyskakiwało jej z piersi, to powzięła
postanowienie o rozpoczęciu wszystkiego na nowo, bez bagażu z przeszłości. Długo biła się z
myślami, rozważała wszystkie „za” i „przeciw”, bolało, bardzo bolało ale podjęła ostateczną decyzję
...
Zuzia musiała się tego samego dnia spotkać ze Szczepanem, bo ten ubzdurał sobie, że jego
dziewczyna ma kogoś na boku. Długo go przekonywała, że to tylko urojenia jego szanownego
kolegi Brodeckiego, że poza jedynym na świecie aspirantem Żałodą, nie ma w jej życiu innego
faceta, a mieszka w hotelu tylko i wyłącznie po to, by Baska teraz nie czuła się samotna. W końcu,
niechętnie, ale jednak stwierdził, że Zuzia, to ma kurka rację! Sama Ostrowska wróciła do swojego
tymczasowego lokum wykończona ponad dwiema godzinami paplania o nieprzeciętności swojego
mężczyzny i udowadnianiu, że w obliczu tych cech, nawet nie mogłaby spojrzeć na innego.
Spodziewała się, że zastanie swoją przyjaciółkę w stanie niemalże agonalnym, jak to się ostatnio
zdarzało i już przygotowała się na kolejne wyzwanie tego wieczora. Jednak Baśka była przeraźliwie
spokojna i poważna. Leżała na swoim łóżku, obok niej dzisiejsza gazeta i telefon komórkowy,
patrzyła w sufit ...
- Szczepan wspomniał mi, że byłaś na komendzie… - Storosz nawet nie zareagowała, kiedy
przyjaciółka usiadła na drugim łóżku naprzeciwko. – Podobno zrobiłaś z siebie niezłe pośmiewisko.
- Tak Ci powiedział? – nieznacznie się uśmiechnęła. – W zasadzie, to miał zupełną rację. Mnie i
Marka widziało i słyszało pół komendy, do tego złamałam obcas i wpadłam w ramiona innego
mundurowego.
- Jak Cię czujesz? … - Basia z powrotem ulokowała spojrzenie w suficie, nie chcąc odpowiadać. –
Brodecki to jednak idiota jest…. Nie wierzę, że nie zmięknął. Przecież widziałam, jak na Ciebie
patrzył. Baśka on Cię kocha, jestem o tym przekonana.
- Teraz to już nie jest ważne… - wtuliła się mocniej w poduszę. – To koniec! Prosił, żebym zostawiła
go w spokoju i tak właśnie zamierzam. Koniec z Brodeckim, koniec z płaczem. Zacznę wszystko od
nowa.
- A dziecko? – skinęła w stronę jej płaskiego brzuszka. – Zamierzasz wychować je sama? Marek
jest ojcem i jeśli nawet nie będziecie już razem, to powinien Ci pomóc.
- Nie będzie musiał… - wstała do pozycji siedzącej, przecierając zmęczone oczy. Wzięła do ręki
gazetę i podała Zuzia. – Czytaj… to zaznaczone.
- Co to? – Ostrowska przejechała wzrokiem po tekście, po chwili z przerażeniem przerzucając
wzrok na Storosz. – Baśka, zwariowałaś?! – krzyknęła.
- Mówię Ci o tym dlatego, bo jesteś moją przyjaciółką. I wiedz, że nie zamierzam wysłuchiwać
twoich kazań. Już postanowiłam.
- Baśka, ale…
- Już postanowiłam, tak? – przerwała. – A pieniądze jakoś zdobędę. W najgorszym razie poproszę
Lucynę o wypłatę za trzy miesiące z góry… albo odwiedzę jakiś bank. Jest teraz tyle tych kredytów.
- Nie, ja nie wierzę! – Zuzia poderwała się z łóżka i podeszła do okna. – Czy ty siebie słyszysz? …
Baśka to dziecko, w niczym nie zawiniło! To nie jego wina, że ma pogmatwanych rodziców…
- Zuzia przestań, bo i tak mnie nie przekonasz! … Poza tym ja nie jestem gotowa. Mam dwadzieścia
jeden lat, chcę studiować, rozwijać się. A w wakacje musimy odbębnić te przeklęte praktyki.
Uważasz, że jakaś dobra redakcja przyjmie dziewczynę z brzuchem? … Nie poradzę sobie ze
wszystkim!
- Przecież nie będziesz sama. Jestem jeszcze ja, jest … Marek i twoi rodzice.
- No właśnie, rodzice… - prychnęła. – Zachciało mi się wielkiego świata, Warszawy, to teraz mam.
Jakbyś nie znała mojego ojca… Poza tym oni też nie mają tylu pieniędzy, żeby mi pomóc.
- A miłość? Przecież poczęło się z miłości… To dziecko twoje i Marka, kochacie się i… może z
czasem uda wam się dojść do porozumienia. Dla niego!
- Nie chcę, żeby Marek był ze mną z obowiązku…. – dziewczyny mierzyły się wściekłymi
spojrzeniami. Zuzi nie mieściło się w głowie, że jej przyjaciółka, którą zna lepiej niż kogokolwiek
innego, decyduje się na tak radykalny krok jak aborcja. Może była liberalna w wielu sprawach, ale
życie poczęte było dla niej świętością, tymczasem Baśka ot tak sobie, z powodu problemów
życiowych chce zabić własne dziecko! Czy można je potraktować jak niepotrzebną rzecz i wyrzucić
na śmietnik? Zuzia była na nią wściekła0, a w Storosz bardziej wzbierał żal i bezradność, niż gniew
- jej przyjaciółka nie ma bladego pojęcia co czuje kobieta, która decyduje się na usunięcie ciąży! I
kiedy chciała wsparcia, została ogłuszona atakiem.
- Nie musi tak być. Marek Cię kocha, tylko… Baśka, proszę Cię… - Zuzia nieco złagodniała, widząc
łzy w oczach przyjaciółki. – Zastanów się jeszcze!
- Już to zrobiłam… i nie obchodzi mnie, co teraz o mnie myślisz. W przyszłym tygodniu mam
zabieg… i proszę Cię, żebyś tam ze mną poszła. Możesz to dla mnie zrobić?
- Ty naprawdę nie chcesz tego dziecka? – bardziej stwierdziła niż zapytała Zuzia.
- Tak, nie chcę! – odparła i szybko odwróciła się tyłem, przecierając spływającą po policzku łzę. –
Czy możemy już o tym nie rozmawiać?
Cz. 16
Dziwnie mijały jej te dni – tak jakby minuty strasznie wolno składały się w godziny. Snuła się po
mieście praktycznie bez celu, kiedyś każda godzina jej dnia była zagospodarowana, bo albo miała
zajęcia na uczelni, albo pracowała, albo ... albo była z Markiem. Teraz zaczęła się sesja, więc zajęć
już nie było, a jakoś nie potrafiła się skoncentrować na powtórkach do egzaminów. W pracy została
odesłana na przymusowy urlop, no a Marek zniknął z jej życia, a w zasadzie sama go z niego
wyrzuciła. Tak więc bezmyślnie gapiła się na sklepowe witryny, albo przesiadywała na ławeczkach
w centrach handlowych, patrząc jak wokół niej tętni życie. Raz nawet postanowiła zalać swoje
smutki alkoholem – poszła do baru i wolno sączyła tequillę, jednak nic to nie pomogło, a zostało
okupione potwornymi mdłościami następnego ranka. Zuzia patrząc na przyjaciółkę, tylko posyłała
jej wrogie spojrzenia. Ale cóż ona może wiedzieć! Dla niej decyzja Baśki o skrobance to przejaw
braku jakichkolwiek ludzkich uczuć, a tymczasem dla Storosz to dziecko byłoby tylko ciężarem! Bo
jak zacząć nowe życie grzebiąc się w pieluchach, z dzieckiem, którego ojciec nawet nie chce znać?
Ma je skazywać na zmarnowane dzieciństwo? Te logiczne argumenty nasza Basia ukuła sobie tego
wieczora, gdy wróciła po rozmowie z Markiem na komendzie. Bo niby jej postępowanie wydawało
się racjonalne – nie może zapewnić swojemu dziecku bytu i szczęśliwej rodziny, chce się dalej
rozwijać, poznawać świat ... Jednak tak jak często powtarzała sobie te slogany, tak często
zastanawiała się jak ono by wyglądało – czy miałoby ciemne włoski jak Marek, czy jasne jak ona,
czy jego oczka byłyby niebieskie czy piwne, jaki miałoby głosik, jaki uśmiech ... i właśnie wtedy z
piersi Basi wyrywał się przerażający szloch. Wtedy w myślach nazywała się bezdusznym potworem
...
Zuzia miała nie słyszeć jak w nocy jej przyjaciółka płacze do poduszki, ale im bardziej Baśka
starała się z tym kryć, tym bardziej było to dostrzegalne. W końcu Ostrowska widząc, że Storosz
nie jest ostatecznie przekonana do zabiegu, postanowiła zadziałać. Do „ginekologa”, który oferował
się w gazecie jako „profesjonalista„ miały pójść już za dwa dni „(...) ginekologia – szybko,
profesjonalnie, bez powikłań„ - brzmiało ogłoszenie zakreślone przez Baśkę, którego treść
przyprawiała Zuzię o odruch wymiotny. Może i robi źle, może za bardzo ingeruje w jej sprawy, ale
czuła, że jeżeli nic nie zrobi, jej przyjaciółka popełni największy błąd swojego życia. Dlatego teraz
czekała pod budynkiem Pałacu Mostowskich na jednego z pracujących tam panów. Wreszcie po
dwudziestu minutach wyszedł, w towarzystwie komisarza Zawady ...
- Marek?! – krzyknęła, a podkomisarz od razu zareagował na dźwięk swojego imienia. – Cześć!
Możemy pogadać? … To ważne! – dodała, widząc, jak przewraca oczami.
- To ja się zmywam… - pierwszy odezwał się Adam. – A na piwo pójdziemy innym razem… Aha…
gdybyś miał jakiś problem, to wiesz gdzie mnie szukać! – mrugnął i wsiadł do samochodu,
zostawiając przyjaciela i znajomą kelnerkę samych.
- Może się przejdziemy? – zaproponowała.
- A może od razu pójdziemy na kawę? … Zuza nie mam czasu na pogawędki, mów po co przyszłaś,
albo nie zawracaj mi głowy swoimi problemami.
- Tylko, że to też jest twój problem… chodzi o Baśkę!
- Z Baśką już wszystko skończone. Nie widziałem się z nią odkąd pojawiła się kilka dni temu na
komendzie… i wiesz co? Jakoś mi do niej nie tęskno.
- Nie przyszłam rozmawiać o waszym związku… Marek ona jest w ciąży.
- Gratuluję! … Czy to już wszystko?
- Marek, możesz jej nawet nienawidzić, ale to dziecko jest twoje… nie Radka, tylko twoje. Odkąd
związała się z tobą, nie spała z nim.
- Nie wierze… - pokręcił głową.
- Marek, ona sobie nie poradzi! Kończą nam się pieniądze, mieszkamy w podrzędnym hotelu….
Może ja dałabym sobie radę, wróciłabym do chłopaków do mieszkania, ale Baśka?
- Przyszłaś do mnie po pieniądze?! – rozszerzył szeroko oczy. – Jesteście obie śmieszne! … Po jaką
cholerę ja się wtedy do niej przystawiałem? Zostawcie mnie w spokoju! – niemal krzyknął i ruszył
w kierunku swojego samochodu.
- Marek… Marek, poczekaj! – zatrzymała go, kiedy otwierał drzwi auta. – Źle mnie zrozumiałeś! Nie
chodzi o pieniądze!
- A o co niby? Nie jestem idiotą!
- Baśka chce usunąć tą ciążę! – Marek oparł się rękoma o dach i spuścił głowę. – Umówiła się już z
ginekologiem…. Jeśli komukolwiek uda się odwieść ją od tej decyzji, to tylko tobie, rozumiesz?
Marek to jest twoje dziecko!
- A na jakiej podstawie miałbym Ci uwierzyć? …
- Nie mam dowodu… mam tylko słowo mojej najlepszej przyjaciółki, a to dla mnie liczy się o wiele
więcej. Znam ją i wiem, że w takiej sprawie nie kłamałaby. Dlatego proszę Cię, jesteś ojcem, więc
pomóż jej donosić tą ciążę. Nie dla niej, nie dla was, tylko dla waszego dziecka. Nie pozwól jej
popełnić największego błędu w życiu.
- Nie… Zuzia nie mogę! – potrząsnął głową, odwracając wzrok od jej spojrzenia. – Ja jej już po
prostu nie wierzę! Zbyt dużo się wydarzyło, żebym teraz…
- Nie proszę Cię, żebyś do niej wrócił… Zresztą… - z tylnej kieszeni spodni wyjęła małą karteczkę. –
Tutaj masz adres hotelu, w którym mieszkamy. Na wypadek gdybyś zmienił zdanie…
- Zuzia, nie zmienię! Jeśli Baśka nie chce tego dziecka, to widocznie tak jest.
- Ona się pogubiła… i już sama nie wie, czego chce, a czego nie. Weź tą kartkę… - siłą wepchnęła ją
Brodeckiemu do ręki. – Za dwa dni będzie po wszystkim.
- Zuzia…
- Cześć! I pamiętaj, co Ci powiedziałam… to jest na pewno twoje dziecko! – krzyknęła i pobiegła na
przystanek, znikając w tłumie pasażerów nadjeżdżającego autobusu.
Do baru Lucynki dotarł jeszcze tego samego wieczora. Nie mógłby usiedzieć w domu, chodząc z
kąta w kąt i rozpamiętując słowa Zuzi. A tak przynajmniej, mimo że jest to miejsce przesiąknięte
wspomnieniami, to będzie wśród ludzi, nie sam. Do tej pory nie wierzył w ani jedno słowo Baśki –
za bardzo go rozczarowała i zawiodła by myśleć o jej prawdomówności. Kiedy dowiedział się o ciąży
jego serce dziwnie zadrżało, mimo że nie umiał się do tego przyznać. W głębi duszy chciał, by to
było jego dziecko, ale nie potrafił uwierzyć. Znowu gdy Zuzia dzisiaj powiedziała mu o warunkach w
jakich teraz żyje Baśka, poczuł że ponosi odpowiednią karę za to co zrobiła, ale z drugiej strony aż
nóż mu się w kieszeni otwierał kiedy wyobrażał sobie jakiś zapuszczony hotel i kobietę w ciąży. I
teraz ona chce ją usunąć, zabić, zamordować to nienarodzone życie ... Czym ono zasłużyło na taki
los? Tym, że dorośli sami komplikują własne sprawy i nie potrafią ze sobą rozmawiać? Może
rzeczywiście jest ojcem ... A nawet jeżeli nie, to czuje dziwną odpowiedzialność za dziecko, nawet
jeśli nie swoje ... Usiadł przy dwuosobowym stoliku i skinął na Tereskę, by przyniosła mu kieliszek
czystej wódki, gdy siedział tak zatopiony w swoich myślach, poczuł czyjąś dłoń na swoim ramieniu
...
- To ty miałeś przyjść do mnie, a nie ja do Ciebie … - zanim spojrzał w bok, usłyszał znajomy głos.
Zawada natychmiast usiadł obok niego, zabierając mu sprzed nosa kieliszek. – A to nie jest
rozwiązaniem problemów. Co się dzieje? ….. No mów! – ponaglił, kiedy Brodecki nadal milczał.
- Baśka… - wzruszył ramionami. - … Zuzia próbowała mnie przekonać, że dziecko Baśki jest też
moje.
- I co? Uwierzyłeś?
- Nie wiem… ja już nic nie wiem! To wszystko jest jakieś takie popieprzone… - przetarł otwartą
dłonią twarz. – Adam, co ja mam robić?
- Nie wiem, ale… - uśmiechnął się, - Widzę, co się z tobą dzieje. Jeszcze trochę i przez kobietę
popadniesz w alkoholizm.
- Adam, to nie jest śmieszne! – skarciło. – A jeśli to naprawdę moje dziecko? … Jeśli potem będę
żałował, że jej nie uwierzyłem? Adam, ona chce usunąć tą ciążę!
- Myślę, że Baśka nie ciągnęłaby dalej tej farsy… nie kłamałaby. Straciła najważniejsze… straciła
Ciebie i dlatego nie chce tego dziecka. Do tego jest jeszcze bardzo młoda, jest sama i uważa
aborcję na najlepsze rozwiązanie w tym wypadku.
- To nie jest powód, żeby zabijać dziecko!
- Więc nie pozwól jej go zabić… i wreszcie pozwól dopuścić ją do słowa. Porozmawiaj z nią i zapytaj
wprost.
Rozmawiali tak jeszcze długo, Marek chyba właśnie tego potrzebował - takiej konkretnej rady
doświadczonego przyjaciela. Rozważał wszystkie „za” i „przeciw”, długo myślał o tej sytuacji, o
przyszłym ojcostwie – bał się, ale podjął decyzję. Ten kto twierdzi, że prawdziwy mężczyzna nie ma
prawa do strachu, ten chyba nigdy naprawdę nie doświadczył prawdziwego życia. Odpowiedzialność
za siebie, to co innego niż odpowiedzialność za bliskie osoby. Mimo, że nadal był zły na Baśkę,
mimo że nie umiał jej teraz przebaczyć uznał, że to co postanowił będzie dla wszystkich najlepsze.
Dlatego jeszcze tego samego wieczora pojawił się w tym podrzędnym hoteliku na Bródnie. Nie
wierzył, że ktoś w ogóle może chcieć tu mieszkać, patrząc na stan tego budynku odnosiło się
wrażenie, że lata świetności owego lokum przypadają na wczesne lata 50. Zadrżał gdy na końcu
korytarza przemknęło coś małego i szybkiego. Postanowił jak najszybciej zabrać stąd Baśkę, nie
zważając na jej protesty. Ona urodzi to dziecko czy tego chce, czy nie! Zapukał głośno trzy razy, a
gdy nikt nie odpowiadał, mocno kopnął nogą w drzwi, dzięki czemu zamek wątpliwej jakości od
razu ustąpił, a Zuzia, która nasłuchiwała kto też się może do nich dobijać, aż odskoczyła z
przerażenia. Dopiero widząc w progu znajomą twarz pewnego podkomisarza, odetchnęła w duchu
ciesząc się, że zmądrzał.
- Marek… przestraszyłeś nas! – rzuciła oskarżycielko, kątem oka obserwując zaskoczoną
przyjaciółkę.
- Mogłyście od razu otworzyć! … Gdzie masz torby? Pakuj się! – tym razem zwrócił się do Storosz,
cały czas jednak unikając jej wzroku. – Tylko szybko, bo zaraz zacznie padać!
Cz. 17
Stała przed nim kompletnie osłupiała, ubrana w jakąś za luźną koszulkę i przetarte jeansy, z
wilgotnymi włosami po niedawnym prysznicu. Kompletnie nie wiedziała jak się zachować, ani co
powiedzieć. Widziała tylko jego wściekłe spojrzenie i gromy, jakie ciskały w nią z jego oczu. Był
ostatnim człowiekiem jakiego spodziewała się dzisiaj zobaczyć, była raczej w kiepskim nastroju,
wciąż myśląc o jutrzejszym zabiegu. Pojawienie się Marka natomiast sprawiło, że w miejsce
jakiegoś marazmu i podłego samopoczucia, pojawiły się nerwy. Nie chciała go widzieć, nie dzisiaj
kiedy już praktycznie podjęła decyzję. Dzisiaj w nocy miała piękny sen – ona, Marek i dwuletnia
blondyneczka biegająca wokół karuzeli na placu zabaw, krzycząca do nich co chwilę „mamusiu”,
„tato!”. Obudziła się zlana potem, ze łzami ściskającymi ją za gardło. Śmiech dziecka dźwięczał jej
w uszach przez cały dzień. I teraz, patrząc na Marka poczuła że to było jakieś senne proroctwo.
Teraz on zjawił się - stanowczy, poważny i wściekły. Znała ten ton głosu i wyraz twarzy
nieznoszący sprzeciwu. Ale postanowiła, że tak szybko nie ustąpi ze swoich racji ...
- Zostaw to… - niemal krzyknęła, kiedy sięgnął po jej torbę leżącą w rogu pokoju. Złapała za jej
drugą stronę i z siłą wyrwała odrzucając na łóżko. – Co ty tu robisz?! … Po co przyszedłeś?!
Wyraźnie zrozumiałam, co mi powiedziałeś. To koniec!
- I nie zmieniłem zdania… - tak jak ona, podniósł ton głosu. Przeczesał otwartą dłonią włosy i
wreszcie na nią spojrzał. – Nie pozwolę tylko, żebyś… Nie usuniesz tego dziecka!
- Marek, co Cię to do jasnej cholery obchodzi?! … To moje życie! I mój problem! …
- Mylisz się! – zbliżył się do niej, wbijając wskazujący palec w ramię. – To jest teraz nasz problem!
… Nie pozwolę Ci zabić naszego dziecka, rozumiesz?
- Nie bądź śmieszny… - prychnęła. – Nagle zmieniłeś się w czułego tatusia?! Przecież mi nie
wierzysz, nie ufasz mi. Jestem dziwką, i prawdopodobne jest, że to dziecko może być tak samo
Radka, jak i twoje…. No potwierdź to! – dodała głośniej, ledwo powstrzymując napływające do oczu
łzy. – Kłamałam, oszukiwałam Cię, a ty nadal mi nie wierzysz! … Więc po co tu przyszedłeś? Po co?
- Proszę was, nie krzyczcie… - między obojgiem stanęła nagle Zuzia. Cały czas przyglądała im się z
uwagą, i nie mogła nie zareagować. To dzięki niej Marek przyszedł porozmawiać z jej przyjaciółką, i
nie mogła pozwolić, żeby wyszedł. Nie teraz, bo tylko dzięki niemu Storosz mogła zmienić decyzję o
aborcji. – Baśka, widziałam się z Markiem, powiedziałam mu o twojej decyzji…
- Po co?
- Nie pogarszaj swojej sytuacji, proszę Cię. To nie prawda, że dziecko może być Radka, bo obie
wiemy, że odkąd związałaś się z Markiem, nie spałaś z nim.
- I co z tego? … - załkała. – Do tej pory pamiętam, jak powiedział, że nie pozwoli wpakować się w
pieluchy. – posłała Brodeckiemu wrogie spojrzenie. – Więc niech nie udaje troskliwego, bo tym
razem to ja mu nie wierzę…
- Jeśli to naprawdę jest moje dziecko, to postaram się, żeby nic mu nie brakowało… dlatego tutaj
jestem. – dorzucił podkomisarz. – Ale jeśli teraz powiesz mi, że nie… że ojcem jest… - zacisnął
mocno pięści. – To wyjdę i obiecuję, że już więcej się nie zobaczymy. I zostanie to rzeczywiście
wyłącznie twoim problemem.
- Baśka przestać zgrywać twardą. Dobrze wiesz, że bez Marka sobie nie poradzisz… - krzyknęła
Ostrowska. - A przecież chcesz tego dziecka…
- Rozmawiałyśmy już o tym! – warknęła.
- Przestań pieprzyć… Myślisz, że nie słyszałam, jak ryczałaś po nocach?! I proszę Cię, nie zamydlaj
mi oczu swoimi przekonującymi hasełkami o wolności wyboru i niewykorzystanych możliwościach.
- Dajcie wy mi wszyscy święty spokój… - z bezsilności opadła na łóżko i zakryła twarz dłońmi. Zuzia
od razu chciała ją przytulić, ale Marek ją powstrzymał, pierwszy zajmując miejsce obok Storosz.
Chciał nawet ją objąć, ale widząc jak podnosi głowę, zabrał rękę. – To naprawdę jest twoje dziecko!
– wyszeptała przez łzy.
- Wiem… - uśmiechnął się. – Teraz już wiem i choć między nami nie jest tak, jak powinno, to chcę
być jego ojcem… Pozwolisz mi się tobą zaopiekować? – zapytał po dłuższej ciszy. – Moje
mieszkanie nie jest wprawdzie duże, ale na pewno jest w nim ciepła woda, porządne jedzenie… i …
- Ale… ale to chyba nie jest najlepszy pomysł. Dopóki czegoś nie znajdę, zostanę tutaj… a na
wakacje i tak wyjeżdżam do Przemyśla…. W październiku będę już w akademiku, nie trzeba!
Naprawdę!
- Czyli rezygnujesz z …. Zabiegu? – zapytała nieśmiało Zuzia, a kiedy Storosz tylko przytaknęła, z
radością rzuciła się jej na szyję. – Wiedziałam, że mu się uda.
- Udusisz mnie…
- Baśka ... nie gwarantuję, że uda nam się odbudować nasze stosunki, czy uda nam się być ze sobą
... To jest już raczej mało prawdopodobne…. Musimy sobie przemyśleć parę spraw, ale skoro mamy
być rodzicami, powinniśmy przede wszystkim zadbać o nie ... - tu ruchem głowy wskazał na jej
brzuch i nagle poczuł, że wzruszenie odbiera mu głos, wreszcie zaczęło do niego docierać, że
będzie miał dziecko - ... nasze sprawy nie mogą być ważniejsze! Dlatego proszę cię pozwól mi się
sobą zaopiekować dla dobra dziecka ...
- Marek… - pokręciła głową.
- Nie chcesz chyba przez okres sesji mieszkać w tej norze? – skrzywił się. – Poza tym…
- Pod jednym warunkiem… - wtrąciła. – Zgodzę się zamieszkać u Ciebie, jeśli tylko Zuzia pójdzie
razem ze mną. – tutaj oboje, Marek i jej przyjaciółka wymienili mało zachwycające spojrzenia. –
Bez niej nigdzie nie idę! – wzruszyła ramionami.
Cztery miesiące później…
Jesienny krajobraz szybko przesuwał jej się za oknem. Zawsze uwielbiała jesień – ten pierwszy
chłód, feria barwnych liści i wełniany sweter, który kiedyś zrobiła jej mama na drutach, a który
mimo swoich lat, nosiła do tej pory - zwłaszcza teraz. Z pewnym niepokojem myślała o tym co ją
czeka, teraz właśnie wracała do Warszawy po zasłużonych trzymiesięcznych wakacjach. To były
długie trzy miesiące spędzone w rodzinnym Przemyślu, trzy miesiące bez Marka. Co prawda
dzwonił niemal codziennie by wypytać ją o samopoczucie, ale to nie to samo co mieć go blisko, jak
do tej pory. Przez czas sesji egzaminacyjnej mieszkali razem. Marek zgodnie z przyrzeczeniem
troskliwe się nią zaopiekował – chodzili razem na badania, pilnował by przyjmowała witaminy i
magnez, czy się nie przemęczała. Obserwując go uważnie, można było dostrzec że jest szczęśliwy z
powodu dziecka, które już niebawem miało przyjść na świat. Poświęcał się dla niego do tego
stopnia, że zniósł nawet dzikich lokatorów w postaci Zuzi i wciąż odwiedzającego ją Szczepana. Ale
na jedno nie mógł się zgodzić – codziennie rano musiał być w pracy wypoczęty, dlatego nie pozwolił
na to by Basia wraz ze swoją szanowną przyjaciółką zajęły jego sypialnię. W związku z czym spał
razem z Baśką. Oczywiście nie było mowy o żadnym zbliżeniu, chociaż gdy Storosz zasypiała, on
delikatnie odkrywał jej brzuch i potrafił się wpatrywać w niego godzinami, rozmyślając o tym
przedziwnym człowieczku, który swoim pojawieniem się wywołał tyle zamieszania, ale który na
pewno będzie bardzo kochany.
Ich relacje były nawet dobre – nie kłócili się, ale starali się utrzymać dystans, by na razie nie
wracać do bolesnych wspomnień. Basia odzyskała nadzieję i robiła wszystko by choć minimalnie
zbliżyć się do Marka – a to specjalnie dla niego przygotowywała kolację, albo prasowała jego
koszule, tak by nie zauważył, a w nocy – niby mimowolnie ale przysuwała się tak blisko niego, że
rano budziła się w jego objęciach. Innymi słowy – wszystko zmierzało ku lepszemu. Dlatego trudno
się dziwić, że z bólem serca wyjeżdżała do Przemyśla. Tam nie spodziewała się radosnego przyjęcia
wiadomości o jej ciąży, zresztą rodzice wiedzieli już wcześniej, bo Radek zdążył opowiedzieć o
wszystkim swoim rodzicom, a ci donieśli zaraz z oburzeniem państwu Storosz. Ojciec rzeczywiście
strasznie się wściekał, ale z czasem atmosfera się uspokoiła. Basia dobitnie wytłumaczyła swojej
rodzince, że niczego od nich nie oczekuje poza wsparciem, a dziecko ma swojego ojca, który nie
może przyjechać ze względu na pracę. Raz nawet zadzwoniła do Marka z zaproszeniem, ale ten
zarzucił ją argumentami o nowej sprawie. Storosz wtedy wyczuła, że coś jest nie tak – ten głos,
który tak dobrze znała i kochała, wydał jej się dziwny. Ale zaraz odpędziła od siebie czarne myśli. I
teraz z pewną nieśmiałą nadzieją, myślała o tym że już niebawem zobaczy wreszcie Marka, tak
bardzo się za nim stęskniła. Postanowiła mu zrobić niespodziankę i nie mówić o terminie swojego
przyjazdu. Wprost z dworca PKS jakoś udało jej się przedrzeć przez zatłoczone miasto taksówką.
Teraz tylko czekała aż ukaże jej się w drzwiach ta kochana postać i z łobuzerskim uśmieszkiem
zaprosi ja do środka. Zadzwoniła raz, drugi i trzeci. W końcu zamek wydał z siebie
charakterystyczny dźwięk a jej oczom ukazała się ... zgrabna brunetka, bardzo zaspana, ubrana w
koszulę Marka. Dziewczyna stłumiła ziewnięcie i z dziwnym wyrazem twarzy wpatrywała się w
ciężarna kobietę ...
Cz. 18
To co Basia przeżyła w tym momencie nie da się streścić w jednym zdaniu. Jaka była nieprzytomnie
głupia, łudząc się że po jej powrocie będą mogli zacząć wszystko od nowa! Widok tej dziewczyny,
półnagiej i nie mniej zaskoczonej, był dla niej jasny. Spał z nią, w tym łóżku w którym spędzili tyle
cudownych nocy, w którym poczęło się ich dziecko i w którym tyle razy wyznawał jej miłość... Nie
wytrzymała - wściekłość, upokorzenie i ból popchnęły ją do sypialni. Wpadła tam jak burza, a
zaskoczony Marek tylko zdążył się okryć i zapytać co tutaj robi ...
- Co ja tu robię?! – wrzasnęła. – Wydawało mi się, że jeszcze mieszkam… szkoda tylko, że nie
zdążyłeś mnie zawiadomić, że sporo się zmieniło…. I nie udawaj takiego wstydliwego! Zapewniam
Cię, że też widziałam jego towar… - tym razem zwróciła się do dziewczyny, która właśnie pojawiła
się w progu pokoju.
- Marek… to ona? – Brodecki przytaknął, naciągając na goły tyłek bokserki. – Cześć, jestem
Agnieszka Makowska, przepraszam, że… tak wyszło…. – speszona zapięła ostatni dolny guzik
koszuli.
- Baśka… - Storosz powtórnie przejechała po niej wzrokiem. – Była Marka, matka jego dziecka,
które spłodziliśmy na tym łóżku… ale to już pewnie wiesz? I mam nadzieję, że Ciebie tak nie
skrzywdził…. – sztucznie się uśmiechnęła. – Chociaż jak widzę, kobiety rozstępy miewają nawet
przed ciążą…
- yyyy…. – dziewczyna nieco się skrzywiła. – Marek uprzedził mnie, że będzie miał dziecko z inną,
ale także wyraźnie dał mi do zrozumienia, że nic poza nim was nie łączy.
- No raczej… - spojrzała w kierunku zmiętej pościli i porozrzucanych ubrań. – I nic, a nic Ci to nie
przeszkadza? – dopytywała.
- Baśka, na zewnątrz… - odezwał się w końcu podkomisarz, raz po raz przerzucając wzrok z jednej
na drugą. – Musimy poważnie porozmawiać! – i niemal siłą, chwytając mocno jej łokieć, wypchnął
do salonu. – Aguś… zaraz wrócę!
- Aguś? … - prychnęła. – Do mnie nigdy tak troskliwie nie mówiłeś.
- Możesz mi wytłumaczyć, co ty wyprawiasz? – zapytał z pretensją, ignorując jej wcześniejsze
słowa. – I dlaczego nie zawiadomiłaś mnie, że przyjeżdżasz.
- A co? … Przenocowałbyś wtedy u niej? – warknęła. – Myślałam, że zrobię Ci niespodziankę… dodała łagodniej, odwracając wzrok od jego przenikliwego spojrzenia. Poza tym chciała ukryć łzy
czające się w kącikach jej oczu. I mimo, że udawała twardą, to w środku bardzo bolało.
- Marek, Adam dzwonił… morderstwo na Polach Mokotowskich. – ponownie przerwała im
Makowska, tym razem ubrana, z telefonem w ręce. – Jest wściekły, że wyłączyłeś komórkę.
Pośpiesz się.
- To wy pracujecie razem? – Basia nie kryła zdziwienia
- Agnieszka doszła do nas na początku sierpnia… - podrapał się w tył głowy. – Obiecana pomoc
Grodzkiego…
- Świetnie! – przytaknęła.
- Właśnie, to ty tutaj zostań, a kiedy wrócę, to porozmawiamy, okej? – nie zdążyła odpowiedzieć,
bo Marek zniknął za drzwiami łazienki, a w chwilę potem oboje wyszli, zostawiając ją samą w
mieszkaniu.
- To się nie dzieje naprawdę… - pokręciła głową i opadła na kanapę. Zakryła twarz rękoma i dopiero
teraz pozwoliła łzom spokojnie spłynąć po policzkach.
Marek nie chciał widzieć bólu i rozczarowania w oczach Baśki, dlatego jak najszybciej wybiegł z
mieszkania. Owszem, miała się dowiedzieć o Agnieszce, ale nie w taki sposób! Nie chciał przed nią
ukrywać, że związał się z kimś chociaż pewnie to byłoby dla niej świetną nauczką, za to co kiedyś
zrobiła jemu. Ale nie chciał kontynuować tego błędnego koła kłamstw. Kiedy w jego życiu pojawiła
się Agnieszka, uznał że ma prawo do tego by zacząć jeszcze raz, bez oglądania się w przeszłość i
postanowił traktować Baśkę tylko jak matkę swojego dziecka. Na bok odrzucił resztki uczucia, jakie
do niej żywił, bo wiedział, że prawdopodobnie już nigdy jej nie zaufa. A Agnieszka? Od pierwszego
dnia kiedy pojawiła się na komendzie – taka energiczna, piękna, uśmiechnięta i bardzo atrakcyjna zmieniła nieco jego patrzenie na świat. Od razu zaciągnęła go na piwo, widząc że ma jakiś problem.
Chyba nigdy nikomu tak szczerze nie opowiadał o tym co go boli, z jakimi problemami musi się na
co dzień zmagać. Z czasem wzajemne zaufanie przekształciło się w zauroczenie i niewątpliwą
fascynację fizyczną. Ona go zmieniła, nauczyła od nowa się uśmiechać, a co najważniejsze nie
miała pretensji o to, że Marek opiekuje się Baśką. Tylko czuł się z tym wszystkim okropnie! Teraz
już wiedział, że nie powinien jej na tę noc przyprowadzać do swojego mieszkania. Ale chciał jej
pokazać swoje „królestwo”, żeby poznała jego świat. Inne wieczory spędzali u niej ... Ale pech
chciał, że jego była dziewczyna akurat ten dzień wybrała sobie na powrót. Teraz miał potworne
wyrzuty sumienia. A przygnębiona mina Agnieszki wcale mu nie pomagała się ich pozbyć ...
- Poczekaj… - złapał ją za rękę, kiedy chciała wysiąść. – Powinienem Cię chyba przeprosić za
Baśkę. Nie wiem, co w nią wstąpiło… w ogóle nie mówiła, że przyjeżdża.
- Jest zazdrosna… - uśmiechnęła się, a Marek szybko odpędził od siebie te słowa. – I bardzo ładna.
- Aga, proszę Cię… - złapał ją delikatnie za podbródek. – Baśka nosi pod sercem moje dziecko i nie
zostawię jej teraz, ona naprawdę mnie potrzebuje. Może potem, po porodzie… poszukam sobie
nowego lokum, ale teraz….
- Marek, rozumiem… - przerwała i delikatnie musnęła jego usta. – I ufam Ci. No i w tym wypadku
chyba będziemy musieli przenieść się do mnie… na małe co nie co!
- No tak… ale teraz lepiej już chodźmy! Huragan na horyzoncie… - szepnął skinąwszy w stroną
idącego w ich kierunku Zawady.
Basia tymczasem zdążyła już przeżyć falę mdłości i wymiotów, która przyszła gdy tylko popatrzyła
na rozchełstane łóżko i wyobraziła sobie, co tutaj się musiało dziać tej nocy. I co było w tym
wszystkim najgorsze, ta dziewczyna nie była przygodą na jedną noc – wiedziała o Basi i ciąży.
Marek zapewne wszystko jej opowiedział. Podczas gdy ona tam w Przemyślu odkreślała dni do
spotkania z nim, on się zabawiał z „Aguś”! Po tej awanturze sprzed czterech miesięcy wydawało jej
się, że kobieta nie może przeżyć gorszego upokorzenia, do dzisiaj. Nie mogła dłużej zostać w tym
mieszkaniu, gdzie wciąż unosił się zapach perfum tej dziewczyny. Zapłakana, z rozmazanym
makijażem na policzkach, jak najszybciej wyszła stamtąd, od razu wybierając numer do jedynej
przyjaciółki i prosząc o spotkanie. Zuzia nieźle się przestraszyła słysząc w słuchawce jej głos.
Najpierw pomyślała że to coś nie tak z dzieckiem, ale gdy zobaczyła Storosz - roztrzęsioną,
przestraszona i zapłakaną, wiedziała że przyczyna takiego staniu ma imię i nazwisko: Marek
Brodecki!
- No już, chodź tu do mnie… - natychmiast przytuliła przyjaciółkę, głaszcząc ją przy tym po
włosach. – Co ten idiota znowu narozrabiał? … Poczekaj… - dodała, kiedy Storosz już otwierała
usta. – Poznałaś Agnieszkę?
- Wiedziałaś?! – zapytała z pretensją. – Dlaczego mnie nie uprzedziłaś?!
- Baśka, wróciłam z Przemyśla cztery dni temu, Szczepan powiedział mi o niej dopiero wczoraj
rano, kiedy przyszłam do niego na komendę… i to całkiem przypadkiem, bo dziewczyna wpadła na
mnie na korytarzu.
- Ona jest śliczna i zgrabna i…. – Storosz ponownie rozpłakała się jak dziecko. - … a ja? I Marek
mówi do niej „Aguś”. I pracują razem, i … spała z nim. I…
- Ty też! – Zuzia nieznacznie się uśmiechnęła. – I przestań beczeć. Kilka ładnych uśmiechów i
Brodecki będzie z powrotem twój.
- Zuzia przestań się ze mnie nabijać, to jest poważna sprawa… jestem skończoną idiotką, jak on
mógł mnie tak upokorzyć?! Nienawidzę go!
- Baśka… - tym razem Ostrowska przybrała poważny ton. – Marek niczego Ci nie obiecywał. Nigdy
nie mówił, że znowu będziecie razem. Miał się zaopiekować tobą i dzieckiem, i prawda jest taka, że
w tej sprawie nie masz mu nic do zarzucenia. Prawda?
- Tak, ale …. Mogę zamieszkać u Ciebie i Szczepana? – wypaliła nagle, ale widząc że przyjaciółka
chce coś powiedzieć, dodała… - Obiecuję, że nie będę wam przeszkadzać.
- Baśka…
- Nie będę mieszkać pod jednym dachem z Markiem i … nią! Wystarczy, że sypiał z nią w naszym
łóżku… znaczy w jego, ale w połowie w moim. Sorry, ale trójkąciki mnie nie interesują… albo ona,
albo ja.
- Nie stawiaj go w takiej sytuacji… to oczywiste, że wybierze Ciebie… tylko wtedy będzie jeszcze
gorzej, bo obwini dziecko za odebranie mu szczęścia.
- Myślisz, że on jest z tą szkapą szczęśliwy? – burknęła.
- Nawet jeśli nie jest, to nie twoja sprawa. Nie jesteście razem, więc on ma prawo do umawiania
się z innymi kobietami. A ty jeśli chcesz go odzyskać, to musisz się po prostu postarać.
- Zuzia, ja go kocham…
- Więc do dzieła koleżanko Storosz…
Cz. 19.
Basia poczuła się nieco lepiej, podczas gdy miała okazję spędzić trochę czasu w otoczeniu Zuzi i
Szczepana. Aspirant Żałoda wprost doprowadzał do łez, troszcząc się o ciężarną przyjaciółkę swojej
dziewczyny, jakby była jakimś ponadludzkim zjawiskiem. Basia nie mogła wstać z fotela by ten
zaraz nie zjawił się z pytaniem, czy przyszła mama aby na pewno dobrze się czuje. Dziewczyny
wręcz pękały ze śmiechu widząc jak Szczepan jest przejęty stanem Basi, a rozbroił je kompletnie,
stwierdzając że też zaczyna mieć charakterystyczne zachcianki na jedzenie. I razem ze Storosz
pałaszował chleb ze smalcem i ogórkiem kiszonym, popijając to obrzydliwie słodką herbatą i
narażając się tym samym na docinki Zuzi. Basia patrząc z boku na płomyk czułości tlący się w
oczach tego nieporadnego Szczepana, który był zarezerwowany wyłącznie dla jej przyjaciółki, nie
musiała ukrywać sama przed sobą że jej zazdrości. Na nią też tak ktoś kiedyś patrzył ... Ale
natychmiast odganiała od siebie przykre myśli, wiedząc że w otoczeniu przyjaciół będzie się czuła
doskonale przynajmniej zadbają o jej dobry nastrój. Wiedziała, że nie mogłaby już mieszkać z
Markiem, nie po tym co się dzisiaj stało ...
A sam Brodecki był wręcz zestresowany jadąc do swojego mieszkania – nie miał pojęcia jak się
zachować, co jej powiedzieć ... Z jednej strony czuł się bardzo pewnie, w końcu niczego jej nie
obiecywał i po tym co mu kiedyś zrobiła miał prawo związać się z kimś innym. Ale z drugiej strony,
wciąż miał przed oczyma te jej wielgachne oczy wypełnione łzami, jakby trochę przestraszone.
Kiedy pomyślał jak Basia mogła się poczuć widząc jego i Agnieszkę w tak niedwuznacznej sytuacji,
robiło mu się źle z samym sobą. Dlatego z wielkimi obawami przekraczał próg swojego mieszkania,
w którym zalegały kompletne ciemności . Pomyślał, że zasnęła i natychmiast pokierował swoje
kroki do sypialni – tam łóżko było już zaścielone, ale po Basi ani śladu. Jedynie na środku leżała
mała karteczka ...
„Zabrałam stąd swoje rzeczy, nie umiem już tutaj mieszkać, nie chcę być przeszkodą dla Ciebie i
twojej dziewczyny. Klucze jutro Szczepan odda ci na komendzie. Baśka.„
Nagły, lodowaty dreszcz przebiegł mu wzdłuż kręgosłupa, kiedy przeczytał jej słowa – zmiął ten
kawałek papieru i natychmiast udał się w miejsce, w którym spodziewał się ją zastać.
- Marek? – drzwi otworzył mu aspirant Żałoda. Zaskoczony wizytą przyjaciela od razu zasypał go
pytaniami. – Co ty tutaj robisz? Mamy sprawę? … Szef do mnie nie dzwonił. To coś poważnego, bo
mam wolny wieczór… i na noc też w zasadzie miałem inne plany…
- Jest Baśka? – podkomisarz widząc, że Szczepan coraz bardziej się nakręca, w końcu mu przerwał,
przechodząc do sedna sprawy swojej wizyty. – Wiem, że jest, więc ją tutaj zawołaj. Mamy do
pogadania.
- Ale ona nie chce z tobą rozmawiać… - odparł aspirant, dumnie wypinając pierś do przodu.
Pierwszy raz udało mu się postawić wyższemu stopniem, dlatego nie mógł kryć radości która nim
owładnęła. Nie miało znaczenia, czy jest w pracy, czy w domu. Marek był podkomisarzem, a on
tylko aspirantem od czarnej roboty. – Zresztą jest już późno. Coś jej przekazać?
- Tak, że tutaj stoję i nie odejdę, dopóki z nią nie porozmawiam! – chytrze się uśmiechnął,
krzyżując ręce na piersi. – Zawołasz ją, czy mam wejść do środka? … Poza tym, Szczepan jesteś
moim przyjacielem czy… jej? Znasz dłużej ją czy mnie? Pracujesz z nią czy ze mną? Jest w ciąży z
tobą czy ze mną? – Żałoda wyliczał na palcach kolejne jego pytania i już miał odpowiadać, kiedy za
placami, w sportowych spodniach i wyciągniętym swetrze pojawiła się Storosz.
- Dzięki Szczepan, jesteś kochany, ale… - uśmiechnęła się. - … zostawisz nas?
- Ale prosiłaś…
- To już nieaktualne! – wtrąciła. – Idź, Zuzia czuję się troszkę niedopieszczona. Będziecie mieli
chwilę tylko dla siebie… - mrugnęła i wypychając Brodeckiego na zewnątrz, zatrzasnęła drzwi.
Odwróciła się i poszła w stronę schodów. Usiadła. – Znalazłeś kartkę?
- Wyobraź sobie, że to nie było trudne. Baśka… - uklęknął przed nią, opierając dłonie na jej
kolanach.
- Marek proszę Cię! – przerwała, kręcąc głową. – Tylko mnie nie przekonuj, żebym wróciła do
twojego mieszkania, proszę Cię! Podjęłam już decyzję. Na razie zatrzymam się u Szczepana. A
później… - wzruszyła ramionami. – Coś sobie znajdę. W przyszłym tygodniu wracam do baru.
- Chcesz pracować? – niemal krzyknął, ale jego głos szybko złagodniał. – Zresztą nie ważne…
Baśka, ale dlaczego? Wiem, Aga… obiecuję, że to co zobaczyłaś, już nigdy się nie powtórzy.
- Będziecie żyli w celibacie? – zakpiła. – Jeśli dobrze pamiętam, ty lubisz seks, a ona też nie
wyglądała mi na cnotkę.
- Dlaczego taka jesteś?
- Marek, jak ty niczego nie rozumiesz… - wstała, poprawiając opadającą na jej czoło i oczy
grzywkę. – Postaw się na moim miejscu… Jestem w ciąży, a ojciec tego dziecka gzi się za ścianą z
inną kobietą… Swoją drogą, nadal miałabym spać … obok Ciebie? Raz ja, raz ona! Świetny
trójkącik.
- Baśka, to nie tak… - złapał ją za ramiona. – Rozmawiałem z Agnieszką, ona wie, że jesteście dla
mnie bardzo ważni…
- Dziecko jest… - poprawiła go. – Tylko dziecko.
- I chcę się wami zaopiekować! – mówił dalej, ignorując jej słowa. – Rozumie naszą sytuację, ufa
mi i… nie będziemy spotykać się u mnie ze względu na Ciebie.
- Łaskawcy… - burknęła. – Marek nie! … Naprawdę będzie lepiej, żebym została tutaj. Nie chcę być
przeszkodą w waszym związku. Wystarczy, że dziecko jest.
- Baśka, proszę Cię!
- Nie, to ja Cię proszę! – spojrzała na niego załzawionymi oczami. A Marek natychmiast znalazł się
obok niej, obejmując jej policzki. – Nic mi nie będzie, a ty będziesz szczęśliwy!
- O czym ty mówisz? – spuściła głowę, którą podkomisarz od razu uniósł przecierając spływające
łzy. – Baśka, co się dzieje?
- Pracujesz z nią. Jesteście razem prawie całą dobą. Nie zniosę tego, rozumiesz? … Kiedy nie
wrócisz na noc, będę wiedziała, że jesteś z nią. Kiedy zadzwoni twój telefon, będę myślała, że to
ona. Nie zniosę widoku twojego szczęścia, wiedząc że to ona jest tą pierwszą… a ja tylko matką
twojego dziecka.
- Basia? … - odwrócił się zakładając ręce na kark.
- Przez ostatnie trzy miesiące troskliwie się mną opiekowałeś, codziennie dzwoniłeś do Przemyśla.
Martwiłeś się. Marek, ja… mój powrót do Warszawy miał być niespodzianką. Byłam prawie pewna,
że… - przerwała. - … Mówią, że czas leczy rany. Miałam nadzieję, że nam się uda. Że zapomniałeś,
ale kiedy zobaczyłam Agnieszkę… wydaje się bardzo sympatyczna, ale ja już jej nienawidzę, bo ma
Ciebie. Nie ja, tylko ona….
- Nigdy… nie mówiłem, że…
- Wiem! – podeszła bardzo blisko niego, wspinając się na palce. – Dlatego nie mogę z tobą
zamieszkać, rozumiesz? … - delikatnie musnęła jego wargi. – Pozostaje mi cieszyć się tą kruszynką,
która jest nie tylko moja, ale i twoja…. Przepraszam! – czując jak na jej policzkach pojawia się
coraz więcej łez, zniknęła za drzwiami mieszkania.
Wyszedł z kamienicy z uczuciem, jakby ktoś go uderzył czymś ciężkim w głowę. Zupełnie nie
wiedział jak pozbierać myśli czy uciszyć szalejące emocje. Nie spodziewał się, że wróci do siebie
bez Baśki. Był cholernie pewny siebie, gdy jechał do domu Szczepana. Postanowił, że zabierze ją
stamtąd choćby siłą! Tymczasem gdy spojrzał w jej przepełnione bólem oczy, gdy wysłuchał tego
wszystkiego, poczuł się jak ostatni śmieć. Zrozumiał, że ona nadal go kocha, że przez ten czas gdy
on rozpoczynał swój romans z Agnieszką, ona wciąż żyła nadzieją na to, że będzie tak jak kiedyś,
że stworzą swojemu dziecku wspaniały, ciepły dom. Najgorsze było to, że jakaś część jego duszy
wręcz wyrywała się do Basi, ten skrawek jego serca nie mógł znieść bólu i upokorzenia jakie jej
zadał. W duchu przyznał jej rację – gdyby dzisiaj wróciła z nim do domu, okazałaby się kobietą
pozbawioną dumy i godności. Tymczasem ileż było tej dumy w postawie Baśki! Mogła wrócić z nim i
żyć prościej, ale nie wybrała drogi na skróty. Z jednej strony bardzo mu zaimponowała, a z drugiej
wściekał się – chciał za wszelką cenę być przy niej każdego dnia tego odmiennego stanu, patrzeć
jak ich dziecko się rozwija będąc jeszcze w brzuchu mamy. Zamiast tego, któregoś dnia gdy
przyjechał do mieszkania Szczepana, by zobaczyć się z Basią, został poinformowany przez
podekscytowanego Żałodę, że ich maleństwo pierwszy raz kopnęło, a sam aspirant miał wtedy
zaszczyt być blisko Basi. Tak bardzo chciał być przy tym, poczuć to osławione „pierwsze kopnięcie”,
dotknąć, wzruszyć się ... W zamian za to czuł się jak ktoś zupełnie obcy, kogo rola skończyła się na
trafieniu odpowiedniego plemnika do komórki jajowej.
Od tego momentu postanowił nigdy więcej nie dać sobie odebrać żadnego ważnego momentu z
ciąży Basi. Wręcz obsesyjnie dzwonił do niej z pracy kilka razy dziennie, zaraz potem gdy skończył
służbę kupował w supermarketach całe tony owoców, soków i obowiązkowo kilka tabliczek
czekolady z orzechami na którą Basia miała ostatnio wilczy apetyt – i z tym oto ekwipunkiem
pojawiał się w mieszkaniu Szczepana. Ich relacje poprawiły się – uwielbiał dbać o nią, troszczyć się
o dziecko, zabierać na spacery czy wyciskać sok z pomarańczy tylko i wyłącznie na życzenie Basi.
Często żartowali z jej stanu i powiększającego się coraz bardziej brzucha. Marek nawet zabrał ją na
zakupy i mieli nie lada ubaw przekraczając progi sklepów z witryną „Odzież ciążowa„. Innymi słowy
świetnie się dogadywali i cieszyli każdym dniem dzielącym ich od porodu. Brodecki skrupulatnie
pilnował, by Basia była na każdym badaniu u ginekologa, sam zadawał przy okazji lekarzowi
dziesiątki najbardziej szczegółowych pytań, czym wprawiał w rozbawienie przyszłą mamę, która
musiała go szturchać w bok gdy przesadzał ze swoją dociekliwością. Marek promieniał jako przyszły
ojciec, ale jego relacje z Agnieszką znacznie się pogorszyły. Wciąż nie miał dla niej czasu, bo po
pracy natychmiast jechał do Storosz i zostawał tam do późnego wieczora. A nawet gdy przyjeżdżał
do niej, dzwonił do Baśki i rozmawiał z nią co najmniej przez pół godziny. Owszem Agnieszka
starała się być wyrozumiała, ale wszystko ma swoje granice. Według niej troska Marka o dziecko i
jego matkę przekraczała jedną z tych granic. W dodatku seks „na odczepnego” przestał jej
odpowiadać. W końcu nie wytrzymała gdy rozentuzjazmowany Brodecki, trzymając przed sobą
zdjęcie z ostatniego USG, opisywał jej ze szczegółami swojego potomka ...
- Tak, wiem… już to słyszałam! Jego nóżki są malutkie, a ta kropka to serduszko! – odparła
dziewczyna, wyrywając zdjęcie Markowi. Wstała i podarła je w drobny mak.
- Co ty robisz? – krzyknął, zbierając kawałki z podłogi. – Zwariowałaś? … Co się z tobą dzieje?
- A co się z tobą dzieje? – krzyknęła. – Nie widzisz nic poza Baśką i waszym dzieckiem… Ja jestem
wyrozumiała, ale wszystko ma swoje granice…. Marek? – złagodniała. – Ja naprawdę cieszę się
razem z tobą… ale mam już tego wszystkiego dosyć! Jesteś na każde jej skinienie nawet gdy cię
nie potrzebuje...
- Ona ciągle mnie potrzebuje! Spodziewa się naszego dziecka, a ja robię co mogę by być dobrym
ojcem, nie rozumiesz tego?
- Rozumiem, ale czuję, że ja jestem na drugim, a nawet na trzecim planie. Wiedziałam co robię
wiążąc się z tobą, wiedziałam w jakiej jesteś sytuacji ... - spuściła głowę nie chcąc patrzeć mu w
oczy - ... Rozumiałam to, że Basia potrzebuje twojej opieki i troski, ale Marek ... nie widzisz że ona
mi ciebie odbiera?
- Nie… to nie prawda! – podszedł, delikatnie ją przytulając. – Jestem z tobą i nikt tego nie zmieni,
hm? – uśmiechnął się, a ona pokiwała twierdząco głową na znak, że mu wierzy.. – Obiecuję! … A
teraz jeśli pozwolisz, porywam Cię na miasto. Dzisiejszego wieczoru nikt nam nie zepsuje.
- Tak? – skrzywiła nieznacznie głowę. W odpowiedzi wyszeptał jej coś do ucha i udając, że nie widzi
jej zawstydzenia, pociągnął w stronę wyjścia.
Marek wybrał małą, zaciszną grecką knajpkę. Było nastrojowo i romantycznie. Robił co mógł by
zrekompensować jej te wszystkie chwile, kiedy ją zaniedbywał. Teraz doszedł do wniosku, że nie
zasługuje na Agnieszkę. Inna na jej miejscu od razu podziękowałaby za ten dziwaczny układ, a ona
wciąż chciała być z nim, wiedząc że będzie miał dziecko z inną kobietą. Myślenie o Baśce jako o tej
drugiej przychodziło mu z niemałym trudem. W jednym momencie miał ją przed oczyma, kiedy w
swojej seledynowej, obszernej, zwiewnej sukience siedzi na bujanym fotelu i czule mówi do
sporego brzucha. Ten błysk ciepła w oczach Marek zapamięta na zawsze, gdy wczoraj nieświadomie
przyłapał ją w takiej sytuacji. Ale dość! Nie może dzisiaj myśleć o Basi, gdy trzyma za rękę inną
kobietę. Mała poprawka – nie może wciąż o niej myśleć! Tak więc z trudem powrócił myślami do
Agnieszki. Milczeli – by móc sobie patrzeć czule w oczy i przekazać tym wszystko, co mogliby
powiedzieć. W zasadzie nie wiedział co chciałby jej powiedzieć, wystarczyło mu że była z nim w
najtrudniejszych momentach, to że postawiła go na nogi po zerwaniu z Baśką. Jakoś
instynktownie chciał ją pocałować i już nachylał się nad jej ustami, gdy usłyszał dźwięk swojej
komórki ...
- Odbierz! – powiedziała Makowska, odwracając twarz w stronę okna. – Może to coś ważnego.
Sprawa.
- W takim razie Adam zadzwoniłby też do Ciebie. Nie odbieram… nie ma mnie dzisiaj dla nikogo! – i
pocałował ją, mimo że w uszach cały czas brzęczał mu dźwięk telefonu. Nie ustawał, wciąż
dzwoniąc i wibrując.
- To nie ma sensu, ktoś chyba naprawdę Cię potrzebuje… - stwierdziła, odpychając go lekko od
siebie. - Odbierz. – podkomisarz skinął głową i nie patrząc na ekran, nacisnął na zieloną słuchawkę.
- Marek?! – po drugiej stronie usłyszał przerażony głos Zuzi. – Baśka jest w szpitalu…
Cz. 20
Leżała na szpitalnym łóżku skulona i drżąca ze strachu. Ten nagły silny ból, który pojawił się gdy
akurat odkurzała pokój, odebrał jej możliwość jakiegokolwiek ruchu i zdolność logicznego myślenia.
Takie lekkie bóle, jakby uszczypnięcia, pojawiały się już wcześniej ale nie chciała zaprzątać tym
głowy Markowi czy przyjaciołom, którzy pewnie zaraz podnieśliby alarm i wysłali ją na izbę przyjęć.
A Basia i tak miała dziwne uczucie że wciąż komuś przeszkadza – Markowi, który jest przy niej
praktycznie zawsze, lub Zuzi i Szczepanowi którzy tak bardzo jej pomagali. Oczywiście gdy tylko
powiedziała na głos, że pewnie im tylko zawadza, obydwoje nieomal się nie obrazili. Ale robiła co
mogła by wszyscy jej obecność i odmienny stan odczuli jak najmniej – sprzątała mieszkanie, robiła
nieporównywalną zapiekankę za którą Szczepan chciał ją wynieść na ołtarze, nie narzekała głośno
gdy poczuła się gorzej, nie panikowała czując ostatnio lekkie skurcze. Nie mogła za każdym razem
dzwonić do Marka, w końcu on ma prawo do swojego życia, nie może tylko i wyłącznie zajmować
się nią. Chociaż ostatnio coraz trudniej było im się rozstać, Brodecki zostawał z nią dłużej – na
przykład przedwczoraj gdy tak bardzo bolał ją kręgosłup, siedział przy jej łóżku aż zasnęła. Mimo iż
wiedziała, że robi to wszystko dla dziecka, a nie dla niej, to sama jego obecność była na wagę
złota. Wiedziała, że teraz jest gruba, momentami nieporadna i w żaden sposób nie może
konkurować z urodziwą i zgrabną dziewczyną Marka. Jednak zdarzały się momenty, że wręcz czuła
dziwne napięcie pomiędzy nimi, jak to było kiedyś, gdy jeszcze nie widzieli świata poza sobą.
Kiedy ostatnio ubrana w zwiewną, a nawet lekko prześwitującą sukienkę, spacerowała z Brodeckim
po parku, z każdym ruchem swojego zaokrąglonego ciała czuła jego palące spojrzenie na sobie.
Tylko on mógł sprawić, że nawet w zaawansowanej ciąży czuła się atrakcyjna i co tu dużo ukrywać,
znów rozbudził w niej nadzieję. Jednak nie chciała wykorzystywać dziecka do tego by odzyskać
Marka, jeżeli będzie chciał do niej wrócić, to powinien to zrobić nie tylko ze względu na nie. Dlatego
teraz leżąc w szpitalu bardzo bała się o reakcję Marka – mógł na nią krzyczeć i mieć pretensje,
zniosłaby to, bo wiedziałaby że miał rację. W końcu i tak wiele dla niej robi! Zabroniła Zuzi dzwonić
do niego, ale gdy usłyszała jak na korytarzu rozmawia z lekarzem, wiedziała że jej przyjaciółka jak
zwykle okazała się nieposłuszna. Wszedł do sali, ale zamiast chmurnej miny zobaczyła te kochane
niebieskie ślepia, patrzące na nią niezwykle czułym i zatroskanym wzrokiem ...
- To tylko fałszywy alarm… - zaczęła, kiedy bez słowa do niej podszedł, siadając na skraju łóżka. –
Mówiłam Zuzi, żeby do Ciebie nie dzwoniła. Pewnie byłeś zajęty!
- Bardzo dobrze zrobiła… Jak się czujesz? Rozmawiałem z lekarzem i nie zachwycił mnie diagnozą.
Na szczęście poleżysz sobie tutaj z tydzień i wszystko wróci do normy.
- Świetnie! – odparła z grymasem poprawiając kołdrę. – Będę leżeć i nic nie ro… - przerwała,
delikatnie się uśmiechając. Objęła rękoma brzuch i przymknęła oczy.
- Baśka, co się dzieje? – zapytał od razu zdezorientowany Brodecki. – Baśka?
- Daj rękę… - poprosiła i powoli położyła jego dłoń obok swojej. – Czujesz? Nasze maleństwo chyba
się obudziło… Codziennie o tej samej porze, a jego mama potem nie może w nocy spać.
- Myślisz, że to będzie chłopiec czy dziewczynka? – spytał ni z tego, ni z owego podkomisarz coraz
bardziej przybliżając twarz do brzucha swojej byłej dziewczyny. – Cześć, jestem Marek, twój tato.
Słyszysz mnie?
- Marek… wariacie! – Baśka głośno się roześmiała.
- Czytałem ostatnio, że dzieci bardzo dużo rozumieją, jeśli dużo się do nich mówi, kiedy jeszcze są
w brzuszku.
- Wiem… - mrugnęła. – Każdego dnia czytamy sobie Królewnę Śnieżkę, albo Kopciuszka. Mała od
razu się przy tym uspokaja.
- Mała?! – rzucił z oburzeniem. – Czyli już wiesz, tak? … Wiesz, że to będzie dziewczynka? Baśka,
przecież obiecaliśmy sobie, że…
- Pamiętam! – wtrąciła. – Nie pytałam ginekologa o płeć, po prostu tak czuję… Czuję, że to będzie
dziewczynka. Z moimi blond włoskami i twoimi niebieskimi oczkami.
- Nieee…. – skrzywił się, a Storosz miała ochotę ponownie się roześmiać, widząc jego grymas na
twarzy. Zawsze przybierał taką minę, kiedy tylko coś mu nie pasowało. – To jest nie możliwe. Co
innego chłopiec…
- Dziewczynka! – poprawiła szybko. – Mówię Ci, że to będzie dziewczynka. Podobno matki to
czują…
- A ojcowie to niby nie? Będzie chłopiec!
- Dziewczynka!
- To nierealne! – krzyknął i jednym ruchem ręki odkrył z górnej części piżamy jej brzuch. Baśka
zaskoczona rozszerzyła szeroko oczy, ale nie protestowała. Dokładnie obserwowała każdy jego
gest. Najpierw delikatnie ją pocałował, troszkę przy tym łaskocząc, a potem delikatnie przyłożył
ucho, nasłuchując swojego dziecka. Po chwili zaczął mówić…
- Jesteś chłopcem, prawda? … Będziesz miał mój kolor włosów i duże, ciemne oczy swojej mamy.
Nauczę Cię kopać piłkę, jeździć na rowerze … i podrywać laski… - dodał już ciszej, ale Baśka i tak
usłyszała.
- Marek! – zgromiła go.
- No co? … - wzruszył ramionami. – W końcu musi wyrosnąć na porządnego mężczyznę, a nie
zostać mięczakiem i do tego maminsynkiem… Nie pozwolę, żeby mój syn był pośmiewiskiem całej
szkoły.
- Głupek! – popukała go lekko po czole. – Nie będzie, bo urodzi się dziewczynka.
- Chłopiec!
- Marek… - śmiesznie zagestykulowała. – To będzie dziewczynka! Będziesz miał córkę, pogódź się z
tym!
- Ahh… - machnął ręką, przypominając sobie, że nie powinien dyskutować z ciężarną. – Lepiej już
pójdę. Jest późno, a miałem wejść tylko na chwilę! Wpadnę do Ciebie jutro przed pracą! Na razie…
- Pochylając się nad nią poczuł ten zapach jej delikatnej skóry, który zawsze będzie mu się kojarzył
z konwaliami. Mimo iż bardzo chciał, to nie umiał go zapomnieć. Wspomnienie chwil kiedy spała
przy nim naga i tak cudownie delikatna sprawiały, że coraz bardziej nie chciało mu się od niej
odchodzić. Tym bardziej teraz, gdy wiedział że pod dotykiem jego rąk tętni nowe życie, które
stworzyli razem. Właśnie świadomość tego sprawiły, że wydała mu się bliższa niż ktokolwiek inny
na świecie. Niech się dzieje co chce, musiał choć przez moment dotknąć jej ust ...
- Marek… Adam dzwonił… - kiedy dzieliły go od niej zaledwie milimetry, w progu sali pojawiła się
Makowska. Lekko zdziwiona, z wysoko uniesionymi do góry brwiami. – Chyba przeszkodziłam…
zawsze mogę poczekać na korytarzu… jeszcze!
- Agnieszka?! – spojrzał na Storosz i ponownie na drzwi, w których pojawił się teraz mężczyzna w
białym kitlu. – Agnieszka, poczekaj…! Aga! – i zniknął.
- Pielęgniarki doniosły mi, że szczęśliwy tatuś jeszcze tutaj. Przyszedłem go wyrzucić, ale
najwyraźniej się spóźniłem… - zażartował mężczyzna biorąc do ręki kartę swojej pacjentki. – Jak
się czujemy?
- Bywało lepiej…
- A jak malutka?
- Bardzo dobrze… - uśmiechnęła się. – I cieszę się, że pana widzę. Mam prośbę. – lekarz skinął
głową, żeby mówiła dalej. – Bo widzi pan, Marek… znaczy ojciec, nie ma zielonego pojęcia, że to
będzie dziewczynka. To miała być dla nas niespodzianka, ale ja mam najwyraźniej słabą wolę i nie
wytrzymałam.
- Nie musi się pani martwić. Będę milczał jak grób.
Marek dogonił ją dopiero przed wejściem do szpitala. Nie chciała go słuchać, tylko przez łzy
poprosiła by ją zawiózł na komendę. Nie mógł patrzeć jak przeciera podpuchnięte od płaczu oczy.
To wszystko przez to, że ten jeden raz nie potrafił się powstrzymać. Gdyby tylko z Baśką nie było
mu tak dobrze, gdyby ta euforia z faktu bycia ojcem nie była tak ogromna! Nie umiał w żaden
sposób powstrzymać tych uczuć. Dziecko było częścią jego i Basi i teraz zdał sobie sprawę, że to,
co kiedyś powiedział Agnieszce było kłamstwem. Podczas jednego z wieczorów, które spędzali
razem, niby mimochodem oświadczył swojej dziewczynie, że chciałby, aby to właśnie Agnieszka
była matką jego dziecka. Ona wtedy tak czule się do niego uśmiechnęła i na jakiś czas udało mu
się odpędzić od niej wątpliwości, że jest dla niego najważniejszą kobietą. Teraz jednak wiedział, że
to kłamstwo. Nie chciał, by mamą jego dziecka był ktokolwiek inny niż Baśka. Jednak czuł się
strasznie zagubiony w tym wszystkim.
I dlatego w jego związku coraz częściej pojawiały się konflikty. Agnieszka zaczęła otwarcie obwiniać
Basię i stwierdziła, że Storosz wykorzystuje dziecko do tego, by odebrać jej Marka. Co prawda
dochodzili do porozumienia dopiero w łóżku, ale każde z nich zdawało sobie sprawę, że na dłuższą
metę tak się nie da żyć. Oboje starali się to jakoś naprawić romantycznymi kolacjami czy
wypadami do kina, ale czas ku temu nie sprzyjał. Poród Basi zbliżał się coraz większymi krokami, w
związku z czym Marek chodził podenerwowany, czując że lada moment jego życie zmieni się
jeszcze bardziej. Często zadawał sobie pytanie, czy nie potrafiłby zacząć na nowo z Baśką. Ilekroć
pojawiała mu się w myślach taka perspektywa, w końcu jego wyobrażenia legły w gruzach. Nie
mógłby zostawić Agnieszki, czuł się przy niej dobrze, tyle dla niego zrobiła ... Ale gdyby ktoś zadał
mu pytanie czy ją kocha, nie umiałby odpowiedzieć od razu, bez zastanowienia. Zresztą ostatnio
nie miał nawet na takie przemyślenia czasu. Musiał dopilnować by w sprawie przyjścia na świat
jego dziecka, wszystko było pod kontrolą – telefon do lekarza, na izbę przyjęć, spakowana torba z
rzeczami Basi i wyprawka dla malucha, wyniki ostatnich badań ...
No i ten stres, który wręcz przeradzał się w panikę. Teraz niemal przez cały dzień był przy Basi,
śledził uważnie każdy grymas jej twarzy, próbując z niej wyczytać najmniejsze ukłucie bólu. Udało
mu się też namówić ją by po porodzie zamieszkała u niego. Użył niezbitych argumentów, o tym że
chce być blisko dziecka, no i że Zuzia i Szczepan mogą nie chcieć słyszeć w nocy płaczu maluszka.
Chociaż ten ostatni był wielce niepocieszony, gdy dowiedział się że Basia z dzieckiem nie
zamieszkają u „wujka Szczepana”. Storosz i tak już było wszystko jedno – ostatnio chodziła tak
obolała, czując że rozwiązanie jest już bardzo blisko. Z jednej strony chciała żeby było po
wszystkim, z drugiej bała się bólu. Mama wszystko jej wyjaśniła - jak będzie przebiegał poród,
uspokajała córkę jak tylko mogła, ale strach przed tym co ma się stać, był silniejszy.
Agnieszka tymczasem z coraz większą irytacją obserwowała swojego chłopaka. Chociaż trudno jej
było go obserwować, gdyż ostatnio prawie w ogóle się nie widywali. Marek nie myślał już o niczym
innym, aniżeli o przyjściu na świat swojego potomka. Znosiła to po cichu, to odsunięcie na drugi
plan. Ale z czasem zaczynało ją to wszystko przytłaczać, bo ile można słuchać o komplikacjach
porodowych, wyprawkach dziecięcych, lub doradzać w sprawie kupna łóżeczka! Teraz wiedziała to
na pewno – jej złudzenia o tym, że Marek będzie inny po urodzeniu dziecka, były płonne. Przecież
on już teraz miał fioła na jego punkcie!
Dzisiaj postanowiła zagrać vabanq - albo straci wszystko, albo zyska. Czekała na niego z pyszną
kolacją, ubrana w swoją nową, niezwykle seksowną sukienkę. To miała być próba – albo Marek
będzie jej, albo muszą się rozstać ...
Cz. 21
Marek jechał przez ulice Warszawy żółwim tempem – deszcz lał się z nieba od południa, w dodatku
wzmógł się silny wiatr, w związku z czym warunki atmosferyczne były fatalne. W zasadzie było mu
to na rękę – wreszcie mógł sobie wszystko przemyśleć na spokojnie, bo na komendzie lub w domu
był z Agnieszką, a resztę jego czasu wypełniała Basia. Ostatnio doszedł do wniosku, że nie jest
pewien swoich uczuć. Wszystko tak bardzo się skomplikowało wraz z przyjazdem Baśki do stolicy, a
gdy pojawi się dziecko, będzie jeszcze trudniej. Kiedy poznał Agnieszkę wiedział że to jest ta
dziewczyna, która nadaje na tych samych falach co on. Cudowne dwa miesiące spędzone razem
były wręcz sielankowe – zapomniał już o tym co przeszedł z Baśką, a Agnieszka była wspaniałym
lekiem na wszystko. Dlatego ich gorący romans nabierał rumieńców z każdym dniem, dopóki
Storosz nie postanowiła zrobić mu „niespodzianki” i nakryła ich razem w łóżku. Na to wspomnienie
wciąż czuł dziwny niesmak. Przez te ostatnie miesiące starał się z wszystkich sił, by zapewnić Basi
należyte wsparcie i opiekę. Natomiast jego dziewczyna, wbrew wcześniejszym zapewnieniom, nie
rozumiała tego. Nie rozumiała jak ważne dla przyszłego ojca są badania USG, podczas których ma
jedyną okazję by zobaczyć swoje dziecko, nie miała zielonego pojęcia co się czuje gdy maluszek
rusza się w brzuchu mamy, gdy przez specjalny sprzęt słyszy się kołatanie serduszka ... Dlatego
coraz częściej spotykał się u niej z kpiną z jego zaangażowania. Wtedy jakoś instynktownie wracał
myślami do Baśki, do tego jak bardzo zmieniło ją macierzyństwo. Stała się spokojniejsza, bardziej
zrównoważona, troskliwa i ... piękna! Mimo dużego brzucha i nieprawdopodobnych ilości jedzenia,
pochłanianych przez czas ciąży, wciąż była zachwycająca. Jej orzechowe oczy patrzyły na niego z
rozrzewnieniem, a usta układały się w uśmiechu, ukazując dwa słodkie dołeczki w policzkach. Ten
uśmiech coraz częściej miał przed oczyma, zasypiając.
W końcu po mozolnej przeprawie przez miasto był pod kamienicą, w której ostatnio mieszkała wraz
z przyjaciółmi, Basia. Wpadł na górę szybko i nie fatygując się dzwonieniem, błyskawicznie znalazł
się w mieszkaniu. Tam prawie zamarł w progu – Basia siedziała na szafce na buty, zapłakana , w
prostej sztruksowej sukience, z jednym niezasznurowanym, czerwonym trampkiem na prawej
stopie ...
- Basia?! – krzyknął natychmiast do niej doskakując. – Jezu, Baśka… - złapał się za głowę,
rozglądając na boki. - Tylko bez paniki, oddychaj. Tak, jak Cię uczyli w szkole rodzenia… wdech i
wydech…. Bez paniki…. Gdzie masz torbę do jasnej cholery?! Mówiłem, żebyś ją położyła jak
najbliżej drzwi.
- Marek… - wyłkała, przestraszona jego podniesionym głosem.
- Nic nie mów! Oddychaj… obiecuję, że dojedziemy do szpitala, jak najszybciej to możliwe. Wdech i
wydech… wdech i wydech!
- Marek, ale ja… Marek ja nie rodzę! – odparła cicho, przecierając zapłakane oczy i mokre od łez
policzki. – Ja po prostu chciałam iść do sklepu!
- Co?! – warknął nieprzyjemnie, szybko jednak rewanżując się czułym spojrzeniem. – Czy ty wiesz,
jak mnie wystraszyłaś? Nie rób tego więcej… - poprosił i delikatnie ją do siebie przytulił, lekko
całując we włosy, tak, żeby nie poczuła.
- Chciałam iść do sklepu, ale… ale nie mogłam zawiązać buta! – rozpłakała się jeszcze bardziej,
opierając głowę na jego ramieniu. – Przepraszam! … To przez ten głupi brzuch! Jestem gruba i do
niczego się nie nadaję.
- Nawet tak nie mów!
- Ale to prawda! – mruknęła. – Jestem gruba i brzydka. A dzieci sąsiadki nazwały mnie wczoraj
wielorybem… mam już dosyć! Niech ono wreszcie ze mnie wyjdzie! – Marek głośno się roześmiał. I z czego rżysz?! – huknęła.
- Spójrz na mnie… - obrażona odwróciła twarz w drugą stronę, udając że go nie słyszy. Złapał ją
więc nieznacznie za podbródek i skierował jej wzrok na swój. – Nie jesteś … - zacisnął mocno wargi
przed kolejnym roześmianiem. - … wielorybem, ani innym potężnym ssakiem. Jesteś kobietą, którą
Bóg obdarzył największym darem, jakim można obdarować kobietę… Dzieckiem!
- Naprawdę? – zapytała głosem małej, podekscytowanej dziewczynki.
- I nie jesteś brzydka… - ciągnął dalej ani na moment nie spuszczając z niej oka. – Wręcz
przeciwnie! Masz piękne duże, czekoladowe oczy… - przymknęła je na chwilę, a on przejechał po
jednym kciukiem. Oparł głowę o jej czoło i mówił dalej, coraz bardziej ściszając głos. – ... Twoja
pyzata buzia jest śliczna, kiedy w kącikach ust pojawiają się dołeczki …
- Marek! Pyzata?! - szturchnęła go z oburzeniem, mimo że chciało jej się śmiać.
- No a kto przez całą ciążę zajadał się czekoladą z pierogami ruskimi od Lucynki? - po chwili
milczenia oboje nie wytrzymali i chichotali jak para dzieciaków. Marek wciąż patrzył na nią z
uśmiechem i rozmarzonym wzrokiem wpatrywał się w jej rozpromienioną twarz - ... a twoje
zmysłowe usta… - jego spojrzenie powędrowało od razu nieco niżej. - … do tej pory pamiętam ich
truskawkowy smak…
- Marek… - tym razem nieco speszona odwróciła głowę, ale on natychmiast odwrócił ją z powrotem,
obejmując dłońmi jej policzki. – Proszę Cię! …
- Pamiętam każdy nasz pocałunek, każde czułe słowo… - zignorował ją. – I mimo tego, że się
popsuło, ja… Baśka ja chcę zapomnieć o wszystkich złych rzeczach, które nas spotkały. Chcę, żeby
było jak dawniej. Chcę… Baśka, muszę mieć Cię na nowo.
- Wybaczyłeś mi? … - zapytała niepewnie. – Marek, naprawdę mi wybaczyłeś? … Kiedy byliśmy
razem, mój związek z Radkiem już się nie liczył. Nie kochałam go! Nie spałam z nim. Chciałam go
zostawić!
- Ciii… - zakrył jej usta ręką. – Nie wracajmy do tego! … Obiecaj mi tylko, że ostatni raz wybraliśmy
się osobno w tak długą podróż. Przecież ja nie wytrzymam kolejnego dnia bez Ciebie i… naszego
dzidziusia. I pozwól mi zaufać Ci na nowo.
- Obiecuję, Marek obiecuję… obiecuję! – powtórzyła, kiedy silnie objął ją ramionami i pocałował w
czoło, po chwili schodząc coraz niżej. Muskał jej oczy, nos, policzki, dopiero na końcu składając na
jej ustach stęskniony i pełen czułości pocałunek. – Zostaniesz?
- Basia… Pewnie, że zostanę, ale nie dzisiaj… - jej szeroki uśmiech wnet zmienił się w przepełniony
smutkiem wyraz twarzy. – Nie patrz tak na mnie! Żeby być z tobą, muszę najpierw zakończyć coś
innego.
- Rozumiem… - spuściła głowę. – Agnieszka?
- Tak! Muszę z nią porozmawiać. Nie chcę jej skrzywdzić tak, jak… - urwał.
- Tak, jak ja Ciebie? – dokończyła. – Nie przepraszaj… - dodała, widząc jego przepraszający wzrok.
– Poczekam! …
Jechał do domu czując się jakoś dziwnie lekko. Zrzucił z serca coś bardzo ciężkiego, coś co przez
ostatnie miesiące nie dało mu spokojnie spojrzeć w lustro. Teraz pojął, że jego związek z Agnieszką
był nie uczciwy – oszukiwał ją, Basię, a przede wszystkim samego siebie. Krótkotrwała
przyjemność w łóżku i świetna rozmowa nie gwarantują miłości. Miłość to zaufanie, zrozumienie, to
wierność samemu sobie i tej drugiej osobie, z którą dzieli się każdy dzień i noc. Tymczasem to
Baśce znowu zaufał, to ona go rozumiała jak nikt inny, to jej chciał być wierny ... Nie czuł tego
wszystkiego do Agnieszki, mimo że bardzo starał się z nią stworzyć prawdziwy związek. Może
trochę na przekór Baśce, chciał udowodnić że on też potrafi tak postępować, grać nie do końca
uczciwie, w dodatku wplątując w to wszystko śliczną policjantkę. Ale teraz musi z tym definitywnie
skończyć, by móc w pełni cieszyć się przyjściem na świat swojego dziecka, które zmieniło
wszystko, podobnie jak kiedyś i jego świat wywróciła pewna niezdarna kelnerka, wylewając na
niego piwo.
Lekko zdenerwowany przekroczył próg swojego mieszkania, potykając się o kartony z niezłożonym
jeszcze, dziecięcym łóżeczkiem. Pomyślał, że zmontuje je dzisiaj, jak tylko porozmawia z
Agnieszką. Tymczasem ona czekała na niego w sypialni, gdzie pod oknem ustawiła mały stoliczek,
na którym w kubełku z lodem chłodził się szampan. Siedziała na krześle i zmysłowo się do niego
uśmiechała. Jej sukienka robiła piorunujące wrażenie, w dodatku odsłonięte śmiało, zgrabne nogi
przyprawiłyby każdego mężczyznę o szybsze bicie serca. Podeszła do niego i nie pytając o nic,
mocno się w niego wtuliła ...
- Czekałam na Ciebie! … - musnęła jego wargi, wsuwając przy tym dłonie w jego potargane włosy.
– Marek, musimy porozmawiać!
- Tak… - przełknął ciężko ślinę, wzrokiem wodząc po jej ciele. – Koniecznie! … Aga, proszę Cię! Nie
teraz! – złapał ją za ramiona, kiedy mocno wpiła się w jego szyję i oddalił od siebie na odległość
metra.
- Wiem, byłam ostatnio nieznośna… Ale nic nie poradzę, że jestem zazdrosna o twoją byłą, która w
dodatku jest z tobą w ciąży. Ufam Ci, ale ta małolata działa mi na nerwy!
- Właśnie o niej chciałem porozmawiać.
- Marek, nie… - na nowo do niego przylgnęła, głaszcząc rękoma jego kark i plecy, a na twarzy
pozostawiając ślady po kolejnych pocałunkach. – Tylko nie o niej. Porozmawiajmy o nas.
Postarajmy się naprawić nasze stosunki.
- Aga, nie… nie mogę! Aga, Baśka… ja ją nadal… - zamknęła mu usta namiętnym pocałunkiem i
popchnęła w stronę łóżka. Sama usiadła mu na biodrach i zsunęła ramiączka od sukienki ukazując
przed Brodeckim zupełnie nagi biust.
Basia tak dobrze nie czuła się od miesięcy! Marek nie dawał jej już złudnych nadziei, ale otwarcie
powiedział, że ją kocha! Chciało jej się tańczyć ze szczęścia, gdyby tylko pozwolił jej na to ten
ogromny brzuch ... Teraz Marek musi tylko jeszcze zerwać z tą „żyrafą”, jak w myślach określała
Agnieszkę, i wreszcie wszystko wróci do normy. Oczywiście zaraz tą radosną nowiną podzieliła się z
Zuzią, która jak zwykle przed snem, przyszła do pokoju Basi na codzienne plotki. Dziewczyny długo
rozmawiały i śmiały się – Storosz pierwszy raz od bardzo długiego czasu była tak radosna i
promienna, i znowu te maślane oczy ... Ostrowska wyszła kiedy dochodziła już północ, mając na
uwadze to, że przyszła mama musi się wysypiać. Basi nawet udało się wygodnie ułożyć, jednak nie
mogła zasnąć. Nagle zerwała się z łóżka i poczuła, że rozsadza ją energia. Musi coś zrobić, bo
inaczej zwariuje! Tak więc wyjęła z szafki wszystkie ubranka, które do tej pory nagromadziła dla
swojego dziecka i z zapałem zaczęła je od nowa składać i układać. Gdy skończyła, jeszcze raz
przewróciła do góry nogami zawartość torby przygotowanej na nagły wyjazd do szpitala i ułożyła
rzeczy od nowa. Zadowolona z siebie i trochę zmęczona, wreszcie postanowiła się położyć. Już
pochylała się nad swoją kanapą, gdy przeraźliwy ból przeszył ją od kręgosłupa aż po podbrzusze.
Wzięła trzy głębokie oddechy, tak jak instruował ja lekarz i postanowiła odczekać chwilę, w końcu
takie bóle zdarzały się już kiedyś. Bo to nie może być dziś! Poród miał się zacząć za trzy dni, a
dopiero pojutrze miała jechać do szpitala, to nie może być teraz gdy nie ma przy niej Marka!
Jednak po paru minutach ból był jeszcze silniejszy i w dodatku poczuła jak odchodzą jej wody.
Klęknęła na kolanach trzymając się mocno krawędzi łóżka, z intensywności bólu zakręciło jej się w
głowie i pomyślała że jeszcze chwila a zemdleje.
Kolejna godzina, to dla Basi jakby wycinek z jakiegoś mrocznego filmu. Spodziewała się silnego
bólu, ale to co rozrywało jej ciało na pół nie dało się porównać z czymś ludzkim. Bo to był nieludzko
mocny ból. Płakała, dusiła się własnymi łzami i krzyczała, czując już w ochrypłym gardle drapanie.
Nie umiała zapanować nad własnym ciałem, co ją śmiertelnie przerażało. Skurcze następowały
jeden po drugim, coraz szybciej. Położna była co prawda zaskoczona tak nagłymi i ostrymi
objawami, ale liczyła, że to zwiastuje szybki poród.
Basia myślała przytomnie tylko o jednym i wciąż jak w malignie wykrzykiwała to na głos ...
- Chcę do Marka!!!
Tymczasem Zuzia i Szczepan byli przerażeni - kolejna godzina mijała a pielęgniarki wychodzące z
sali Basi bezradnie wzruszały ramionami. No i ten Marek! Za chińskiego boga nie można się było do
niego dodzwonić. W końcu pojawił się nawet Zawada, który również bezskutecznie próbował
poinformować przyjaciela, że właśnie rodzi się jego dziecko. A Basia wiła się rozhisteryzowana,
prawie oszalała z bólu. On po prostu miał przy niej być ... Poród okazał się wyjątkowo ciężki dziecko zamiast się przekręcić, niespokojnie wierciło się w brzuchu, przyprawiając ją o bóle, które
były tak krótkotrwałe i mocne jak uderzenie batem. „Boże, czemu to jest takie nieludzkie?!„ –
pytała się w myślach, gdy już od ponad dwóch godzin to coś od środka torturowało ją bez żadnej
litości. Skąd mogła wiedzieć, że w tym samym czasie ojciec jej dziecka przeżywa zaspokojenie w
ramionach innej kobiety?
Bezradna, kompletnie bezsilna ledwo słyszała jak ginekolog i położna, nad jej głową, ostro kłócą się
o cięcie cesarskie. Lecz kiedy lekarz powiedział, że jeżeli to potrwa dłużej, dziecko może urodzić się
martwe, zaczęła go błagać ochrypłym od krzyku głosem, by je ratował. I wtedy dotarło do niej jak
bardzo teraz jest sama ...
Marek leżał nieruchomo patrząc w sufit. Głowa Agnieszki spoczywała na jego piersi. Kochali się jak
para szaleńców, którzy muszą to zrobić na czas – i znowu, i szybciej, i więcej ... Sam teraz nie
wiedział co go pchnęło w jej ramiona, ale teraz jego całe ciało było w stanie przyjemnego
odrętwienia. Przeżywając zaspokojenie, jednocześnie czuł wściekłość na samego siebie. Ale to był
ich ostatni raz, musiał być! Przecież obiecał Basi ... wspomnienie jej twarzy sprawiło, że poczuł
wstręt do siebie, do tego stopnia że zrobiło mu się niedobrze, a gorzkie łzy kapały mu z policzków
na brodę. W końcu wściekły zerwał się z łóżka i zaczął się ubierać ...
- Marek? … - Makowska usiadła, szczelnie opatulając się kołdrą. – Kochanie, co ty robisz? … Marek
mówię do Ciebie, słyszysz? – dodała głośniej. Podkomisarz tylko naciągnął na siebie koszulkę i
podparł rękoma o parapet okna.
- Zdradziłem ją! – zacisnął mocno powieki. – Zdradziłem ją, rozumiesz? … Co ja najlepszego
zrobiłem? Przecież jej obiecałem! … Spieprzyłem wszystko! – krzyknął, uderzając pięścią w stojącą
obok szafę.
- Skarbie, o czym ty mówisz? – wstała.
- Kocham Baśkę! – krzyknął, wycierając twarz od łez. – Cały czas ją kochałem. Od zawsze i na
zawsze! … Tylko musiałaś wszystko schrzanić! – mówiąc to, naraził się na ostry, siarczysty
policzek, który pozostawił po sobie sporych rozmiarów zaczerwienienie. – Po co ja się w ogóle z
tobą związałem?! …
- Może przypomnę ci jak mi powtarzałeś, że ona to tylko matka dla twojego dziecka, jak było nam
dobrze w łóżku i poza nim! Może właśnie dlatego się ze mną związałeś! … Szkoda tylko, że okazałeś
się zwykłym bydlakiem!
- Chyba będzie lepiej, jeśli już pójdziesz… - pozbierał jej porozrzucane ubrania i wcisnął jej w ręce.
– Ubieraj się!
- Wyrzucasz mnie? Od tak, jak bezpańskiego psa? … Jak dziwkę? Marek za kogo ty mnie uważasz,
co? Może mam Ci jeszcze wystawić rachunek za dodatkowe atrakcje? … Mogłeś mnie uprzedzić, że
jestem tylko od pieprzenia. Załatwiłabym bicz, albo…
- Zamknij się! – wypchnął ją z sypialni, kiedy dopinała ekspres sukienki. – Wyjdź stąd… zostaw
mnie w spokoju!
- Nie dotykaj mnie… - wrzasnęła.
- Torebka! – podał jej, kiedy naciskała na klamkę drzwi wejściowych.
Szczepan natomiast od jakiś kilku minut stał pod drzwiami mieszkania Marka, słysząc każdy
szczegół tej głośnej wymiany zdań. Bał się wejść, nie wiedząc czy przypadkiem nie oberwie czymś
w głowę. Jednak musiał wyciągnąć stamtąd podkomisarza, w końcu szef powiedział, że mu nogi
powyrywa jak wróci do szpitala bez Brodeckiego. Tak więc juz miał pukać do drzwi, kiedy same
ustąpiły, otwierając się z impetem . W progu stała podkomisarz Makowska, wściekła jak
nieprzymierzając prokurator Wiśniewska po przegranej rozprawie...
- Przesuń się… baranie! – dziewczyna odepchnęła zdziwionego i przerażonego jednocześnie Żałodę i
rzucając coś jeszcze o nienawiści w kierunku podkomisarza, zniknęła za zakrętem korytarza.
- Au! – Szczepan powiódł za nią wzrokiem. – Musiała nieźle narozrabiać!
- Nie twoja sprawa! – odburknął Brodecki. – Czego chcesz? …
- Baśka jest w szpitalu. Urodziła jakieś pół godziny temu.
Nie pamiętał jak trafił do tego szpitala . Wszystko co było dla niego ważne, wszystko w co do tej
pory wierzył, o co zabiegał, troszczył się ... on to wszystko zburzył. Jego dziecko - córeczka jak się
dowiedział – przyszło na świat po morderczym porodzie, gdzie istniało spore zagrożenie dla życia
dziecka, jak i matki. A jego przy tym nie było ... on znowu uległ niskim instynktom, zaprzepaścił
największą szansę jaką dostał od życia, był łajdakiem. Udawał, że nie widzi tego nienawistnego
spojrzenia, które posłała mu Zuzia, kiedy mijał ją na korytarzu.
Gdy był blisko sali Basi zauważył jak wychodzi z niej Adam i patrzy oskarżycielsko, nie spuszczając
z niego oka ani na chwilę. Już chciał to zignorować i wejść do środka wiedząc, że nie ma nic
ważniejszego niż kobieta którą dzisiaj tak bardzo zawiódł i okłamał, niż kobieta która dzisiaj omal
nie wykrwawiając się na śmierć, dała mu dziecko, ale silna ręka komisarza powstrzymała go przed
tym ...
- Śpi… a lekarz prosił, żeby jej nie męczyć. – zagadnął. – Ale małą pannę Brodecką chyba pozwolą
Ci zobaczyć. – mruknął. – Jest śliczna!
- Przecież termin miała za trzy dni… nie daruję sobie, że mnie przy niej nie było.
- To dzielna dziewczyna! … Jutro porozmawiacie!
- Adam? Ja… nie będę potrafił spojrzeć jej w oczy. – uklęknął, ukrywając twarz w dłoniach. – Adam
ona mi tego nie wybaczy! – mówił nieskładnie.
- Ważne, że nic im nie jest. Mama i córka czują się dobrze, a twoja nieobecność pójdzie szybko w
zapomnienie.
- Adam, jak ty niczego nie rozumiesz… kiedy Basia rodziła, ja… zamiast być przy niej, ja…
obiecałem jej! Obiecałem! Obiecałem! – otwartą dłonią uderzył się w czoło.
- Marek, co się stało?
- Spałem z Agnieszką…
Zawada stał przed nim osłupiały, jakby nie dowierzając w to, co przed chwilą usłyszał. Po dłuższej
chwili milczenia, nie wiele myśląc zdzielił Marka po twarzy. Brodecki aż zatoczył się pod ścianę.
Obaj panowie jednak nie zdawali sobie sprawy z tego, że przez uchylone drzwi do sali, w której
leżała Basia, wszystko słychać, a Storosz nie spała, wciąż czekając na Marka. Teraz jednak mocno
zacisnęła powieki i pozwoliła płynąć swoim łzom, w duchu obiecując sobie, że już nigdy nie zaufa
żadnemu mężczyźnie ...
Cz. 22
Basia jak zaczarowana wpatrywała się w maleństwo śpiące obok niej. Wciąż była bardzo osłabiona
po ciężkim porodzie, ponadto straciła dużo krwi i czuła, że leki przeciwbólowe przestają działać. Ale
nic nie mogło w tym jednym momencie zmącić jej szczęścia. Jej córeczka była absolutnie
doskonała, ważyła ponad 3 kilogramy, a przez sen wciąż poruszała małymi usteczkami chcąc nadal
ssać matczyną pierś. Dla Basi to wszystko było takie nowe i fascynujące – karmienie, przewijanie,
nienasycony apetyt jej dziecka. Mały żarłoczek instynktownie wiedział co ma robić, gdy znalazł się
w objęciach mamy. Basia będąc tak blisko małej, trzymając ją pierwszy raz w ramionach, poczuła
jak kiedyś była piramidalnie głupia. Przecież chciała usunąć ciążę, zabić własne dziecko tylko i
wyłącznie dlatego, że nie potrafiła sobie poradzić z problemami jakie postawiło przed nią życie .
Teraz na samo wspomnienie czuła jak lodowate dreszcze przechodzą przez jej ciało.
Trudno jej było określić do kogo mała jest podobna i póki co było to trudne, gdyż lekarz sam
powiedział, że dziecko wciąż będzie się zmieniać. Zresztą było jej to obojętne, ważne że malutka
była zdrowa i była jej ... Przez chwilę nawet pomyślała o Marku, ale czując jak łzy wzbierają się pod
jej powiekami, natychmiast odgoniła od siebie przykre myśli. Podjęła już decyzję – najlepszą z
możliwych i nie zamierza się z nim kłócić, krzyczeć, po prostu mu to powie.
Marek wszedł niepewnie do sali, gdzie od razu zauważył Basię, czule przemawiającą do dziecka
zawiniętego w puszysty kocyk. Jeszcze nie widział swojego dziecka i teraz szybko zastanawiał się
jaka jest, w związku z czym poczuł nagłe zdenerwowanie ... Wyrzuty sumienia nie dawały mu
spokoju i zmąciły nawet ten moment, gdy miał poznać swoją maleńką córeczkę, cząstkę samego
siebie. W końcu zebrał się na odwagę i wyjął zza pleców ogromny bukiet tulipanów. Z niepewnym
uśmiechem podszedł do jej łóżka ...
- Miałam rację, córka! – Basia odezwała się pierwsza, nie odrywając wzroku od małej. – Jest
śliczna, prawda? Marek, nasza córka… jest już tutaj, nie w brzuszku. Jest tutaj, a ja mocno ją
trzymam… i nie puszczę.
- Tak, jest piękna… - uśmiechnął się, czując jak do oczu napływają mu łzy. Był silnym, twardym
facetem, ale wystarczył jeden widok – najważniejszych kobiet w jego życiu – żeby pozwolić sobie
na uronienie łez. – I taka drobna.
- Ale nie jesteś zły? – Marek zmarszczył brwi, nie rozumiejąc co ma na myśli. – Że to dziewczynka.
Przecież chciałeś syna.
- Ważne, że jest zdrowa… - niepewnie usiadł na skraju łóżka. Z przejęciem patrzył to na swoją
pierwszą, i być może nie ostatnią, latorośl, to na rozpromienioną pierwszym dniem matkowania
Basię. – Obie jesteście! – i delikatnie pochylił się ku Basi, żeby ją pocałować. Ale ku jego zdziwieniu
odwróciła twarz, tak, że zdążył tylko musnąć jej policzek.
- Marek, musimy porozmawiać… - zagadnęła, kiedy zauważyła jego dziwne, nic nie rozumiejące
spojrzenie. Przecież się pogodzili, a ona trzyma go teraz na dystans, nie pozwalając nawet się
objąć.
- Ale nie musisz się martwić. W prawdzie nie złożyłem jeszcze łóżeczka, ale obiecuję, że zanim
wyjdziecie ze szpitala, należycie przygotuje cały pokoik.
- Nie, nie… Nie chodzi o pokój. – potrząsnęła głową. – Chciałam porozmawiać o nas… Wiesz, że
wczoraj na Ciebie czekałam? Rodziła się nasz córka, a Ciebie przy mnie nie było.
- Wiem, Basia… ja, Basia tak bardzo Cię przepraszam!
- Nie przepraszaj… - zamknęła oczy, próbując się nie rozkleić. – Za nic już mnie nie przepraszaj.
Należało mi się. Za Radka, za to jak zmarnowałam Ci życie.
- Kochanie, ale… Myszko, o czym ty mówisz?
- Jeśli chciałeś się na mnie odegrać, to Ci się udało… Bo to tak cholernie teraz boli. – po policzkach
spłynęło jej kilka łez. – Udało Ci się, a ja nie mam do ciebie żadnych pretensji. Świństwo za
świństwo.
- Nie rozumiem…
- Kiedy wczoraj przyszedłeś, ja nie spałam… Czekałam na Ciebie mimo wszystko. Czekałam,
żebyśmy mogli razem cieszyć się naszą córką.
- Słyszałaś? … Mnie i Adama? – skinęła głową. – Nie, to jakiś pieprzony sen… - wstał. Odwrócił się,
nie chcąc widzieć bólu tlącego się w jej oczach. Podszedł do okna, zakładając ręce na kark. –
Baśka, zerwałem z nią. Naprawdę! … To nie był żaden rewanż.
- Nie krzycz… - podniosła głos, widząc jak mała się wierci, przestraszona jego krzykiem. – Spałeś z
nią… Spałeś z nią po tym, kiedy my…
- Nawet nie wiesz, jak tego żałuje! – na nowo znalazł się obok niej. Delikatnie dotknął jej policzka,
ale ona natychmiast go odtrąciła. – Żałuję związku z nią. Baśka chcę być z tobą i naszą córkę. Chcę
zacząć wszystko od nowa. Spróbujmy, proszę Cię!
- Moja mama i brat są już w drodze… - oznajmiła, jakby w ogóle nie docierały do niej jego prośby.
– Wracam do Przemyśla.
- Co? – szybko wstał. Nie dowierzając w to, co słyszy. – Jak to wracasz do Przemyśla?
- Nie wyszło nam… - wzruszyła beztrosko ramionami. – Za dużo się stało, właściwie ciągle się coś
dzieje. Widocznie gdzieś tam na górze nie jesteśmy sobie pisani.
- Ale co ty chrzanisz? … Przepraszam! – dodał, spoglądając na swoją córkę. – Przecież się
kochamy… Baśka, kochamy się, prawda?
- Nie wiem… Dlaczego więc tak bardzo się krzywdzimy? … Marek, obiecuję, że nie zabronię Ci
widywania się z córką. Zawsze będziesz jej ojcem. Będziesz mógł wpadać do Przemyśla, kiedy tylko
będziesz chciał.
- Mam ją wychowywać na odległość? … A może przez Internet, w końcu idziemy z postępem. –
odburknął nieprzyjemnie. – Przecież ja sobie bez Ciebie nie poradzę. Chcę być z tobą. Jesteście dla
mnie najważniejsze. Nie psujmy tego.
- Już to popsuliśmy. – spuściła niepewnie głowę. – Zostawmy to tak, jak jest, proszę. Czas pokaże,
jak to z nami będzie.
- A studia?
- Wezmę urlop dziekański… na razie na rok, a potem się zobaczy. W Przemyślu będę pomagać
mamie w sklepie. Praca, jak każda inna…
- Nie wierzę, że chcesz mnie tak po prostu zostawić! Baśka, proszę Cię… daj nam ostatnią szansę.
- Wczorajsza rozmowa była naszą szansą. Zaprzepaściliśmy ją. Dlatego postanowiłam o wyjeździe.
Więc nie proś mnie, bo nie zmienię zdania… Muszę odpocząć od Warszawy, od nas. Teraz tylko ona
jest dla mnie najważniejsza… - mrugnęła do obserwujących ich małych ślepek. – I jej wychowanie.
- Myślałaś już nad imieniem? – zapytał nagle, odchodząc od wcześniejszego tematu. – Musi ładnie
brzmieć z nazwiskiem.
- Nawet już jedno wybrałam… - uśmiechnęła się. – Co powiesz na małą Tosię?
- Antonina Brodecka? – skrzywił się. – Leki przeciwbólowe chyba Ci zaszkodziły. A nie może być
Ania? Albo Magda? Małgosia? Joanna? – za każdym razem kręciła przecząco głową. – Naprawdę
chcesz, żeby nasza córka nazywała się Antonina?
- Tosia! – poprawiła szybko. – Będziemy do niej mówić Tosia.
- Antonina Brodecka.
- Tosia Brodecka.
Marek wydawał się być pogodzony z losem i decyzją Basi. Wmawiał sobie, że ją rozumie, że po tym
co jej zrobił nie ma prawa od niej wymagać, by z nim została. Ale nic nie poradził na to, że
perspektywa wyjazdu Basi i ich córeczki rozrywała jego duszę na małe kawałeczki. Wiedząc, że
niedługo będzie mógł się cieszyć Tosią, przesiadywał w szpitalu prawie całe dnie. Nie zniechęciła go
nawet mama Basi, która prawie bez ogródek wytykała mu na każdym kroku jego
nieodpowiedzialność i arogancję, w związku z tym jak potraktował jej córkę. Ale on chciał nacieszyć
się tym małym cudem, wiedząc że będzie ją mógł widywać tylko przez dwa dni w tygodniu, bo jak
sobie i jej obiecał, będzie przyjeżdżał do Przemyśla co weekend.
Kiedy pierwszy raz odważył się wziąć małą na ręce, jego serce fiknęło dziwacznego koziołka. Ona
była taka maleńka, krucha i jakoś instynktownie uspakajała się w bezpiecznych, ojcowskich
ramionach. Już wtedy, gdy po raz pierwszy ją trzymał tak blisko siebie, wiedział że nie będzie umiał
się z nią rozstać. A kiedyś był tak głupi i nie wierzył że Tosia jest jego ...
Teraz wiedział, że nigdy nikomu nie pozwoli sobie odebrać tej małej cząstki duszy, która należała
do niego, a którą nieświadomie podarowała mu córeczka. On był jej ojcem i nikomu nie pozwoli
tego zmienić. Razem będą patrzeć w chmury, puszczać latawce, nauczy ją włazić na najwyższe
drzewa, jeździć na rowerze latem i lepić bałwana zimą. Będzie ją chronił i kochał, bo to jest jego
córka, najlepsze co mu się w życiu przydarzyło ...
Tymczasem dzień wyjazdu Basi zbliżał się nieubłaganie. By formalności stało się zadość zapisał
małą w USC jako Antoninę Zuzannę Brodecką, drugie imię tym sposobem mała odziedziczyła po
szalonej ciotce, bez której inicjatywy pewnie nie byłoby jej na świecie.
Poza tym Basia i Marek wspólnie ustalili, że ochrzczą dziecko jak troszkę podrośnie. I nic więcej nie
było do dodania – decyzja zapadła, Basia była spakowana a Marek po raz chyba setny wypytywał
jej brata o wyposażenie samochodu, jakim jego córka miała jechać w tak długą podróż. Po
własnoręcznym sprawdzeniu danych technicznych – w tym klimatyzacji i ogrzewania, doszedł do
wniosku że mogą bezpiecznie dotrzeć do Przemyśla. A że przy tym serce pękało mu na pół, to już
zupełnie inna historia ...
- Uważaj na nią i koniecznie zadzwoń, kiedy dojedziecie…. Aha, i pamiętaj o tym niebieski misiu,
którego jej kupiłem. Od razu się przy nim uspokaja.
- Jasne! – uśmiechnęła się. – Ulubiony miś od taty zawsze będzie stał na honorowym miejscu.
- Basiu, pośpiesz się, musimy jechać! – krzyknęła z samochodu pani Storosz. – Długa droga przed
nami.
- Już idę… - odpowiedziała, przewracając oczami. – Nie lubię pożegnań i…. zresztą, co ja mówię?
Przecież my się nie żegnamy. Zobaczymy się, kiedy przyjedziesz. Bo przyjedziesz?
- Tak… jasne… przyjadę! – odwrócił twarz i dyskretnie przetarł mokre oczy. – Przecież obiecałem.
- Będę tęsknić… - wyszeptała, a on już nie wytrzymał, przygarnął ją do siebie i bardzo mocno
przytulił, ukrywając twarz w zagłębieniu jej szyi. – Ty też?
- Bardzo! … Idź już! – popchnął ją.
- Idę! Do zobaczenia! – odwróciła się i otworzyła drzwi od samochodu. Miała już wsiadać, kiedy
podbiegła do niego ostatni raz i obejmując dłońmi jego policzki, pocałował lekko w usta. Przetarła
łzy i zniknęła w środku auta, który chwilę później wyjechał na główną ulicę osiedla.
Cz. 23
Chłodny wietrzyk strącał ostatnie liście z drzew. Jesień tego roku była słoneczna, a ostatnio coraz
chłodniejsza. Basia szczelniej przykryła kocykiem śpiącą w wózeczku córkę. Lekko uśmiechnęła się
widząc jak Tosia z zapałem zaczęła ssać smoczek, który do tej pory spokojnie spoczywał w jej buzi.
Pewnie znowu robi się głodna, mały łakomczuch! – pomyślała czule i przyspieszyła kroku w drodze
do domu. Tosia rosła jak na drożdżach i wczoraj już skończyła cztery miesiące. Storosz mimowolnie
uśmiechnęła się na samo wspomnienie tego dnia. Był tort upieczony przez babcię Marysię,
przywieziony aż z Warszawy, prezenty, a wśród nich ten najważniejszy – Marek wybłagał u Adama
wolny dzień i zupełnie nieoczekiwanie pojawił się wraz z rodzicami w Przemyślu. Tosia jak zwykle
była gwiazdą pierwszego planu. Już od pierwszego dnia jej egzystowania na tym świecie, miała
wierne grono wielbicieli w postaci oczywiście zakochanego po uszy tatusia, wujka Szczepana, który
został jej chrzestnym ojcem i wujka Adama, który dla uśmiechu małej panny Brodeckiej był w
stanie ściągnąć gwiazdkę z nieba. Teraz gdy mała mieszkała w Przemyślu, państwo Storosz
również każdego dnia stopniowo tracili głowę dla swojej pierworodnej wnuczki. Basia stwierdziła w
duchu, że jej pociecha będzie miała cudowne dzieciństwo. No może nie do końca ... Gdyby Marek
mógł być przy niej każdego dnia, a nie jak do tej pory jedynie w weekendy, które zawsze mijały
tak szybko. Na początku rodzice Basi odnosili się do Brodeckiego z rezerwą, a nawet niechęcią,
widząc w nim człowieka który zrobił dziecko ich córce, a potem ją zostawił. Basia nigdy nie
powiedziała im prawdy o rozstaniu z Markiem. Zresztą państwo Storosz z czasem przekonali się do
niego, widząc jak bardzo kocha Tosię i jak się o nią troszczy, o nią i o Basię.
Wszystko co wiązało się z małą było dla niego priorytetem – finansował każdy, nawet
najdrobniejszy zakup. Zawsze do Przemyśla przyjeżdżał obładowany prezentami – od Lucynki i
Tereski raz przywiózł wielki kosz wiklinowy, wypełniony zabawkami, ubrankami i słodyczami, do
którego dołączona była karteczka „Dla małej Tosi – pracownicy i stali klienci Coala Cafe”. Gdy
Marek opowiedział Basi, że dziewczyny zorganizowały w knajpce składkę, stawiając na barze
pudełko do którego stali klienci, którzy doskonale pamiętali uroczą blondyneczkę śmigającą
pomiędzy stolikami, wrzucali pieniądze na wyprawkę dla małej, Storosz zwyczajnie się popłakała ze
wzruszenia, trochę tęskniąc do tamtych czasów. Tak więc Marek idealnie wywiązywał się z roli ojca
i każdą wolną chwilę spędzał w Przemyślu. Nikomu nie mówił jak bardzo tęskni, jak bardzo mu ich
brakuje – to i tak nic by nie zmieniło. Basia podjęła decyzję, a on musiał się dostosować, mimo że
Bóg jeden wie, jak było mu ciężko.
Sprzedał swoje stare mieszkanie i kupił nowe, większe z myślą o córce. Przecież kiedyś, jak
podrośnie będzie do niego przyjeżdżać i musi się tu czuć swobodnie. Oczywiście nic nie powiedział
o tym Basi, jak też o zaciągniętej pożyczce. Na pewno miałaby wyrzuty sumienia, przyjmując od
niego pieniądze, zresztą i tak za każdym razem było jej wystarczająco głupio. Tej nocy znów spał
w pokoju gościnnym, a za ścianą Basia i ich córeczka. Jechał wyjątkowo powoli, bo właśnie
zaczynała się typowo jesienna plucha i niezbyt długo dzisiejszego wieczora nacieszył się małą.
Zdążyli ją z Basią tylko wykąpać, a Tosia zaraz zasnęła. Próbował i on wpaść w ramiona Morfeusza,
jednak długo mu się to nie udawało. W końcu kiedy już sennie przymykał zmęczone powieki,
usłyszał jak za ścianą mała zaczyna płakać. Niewiele myśląc, wybiegł z pokoju nie bacząc na to, że
jest ubrany jedynie w bokserki ...
- Marek?! – Basia nieco się zlękła, słysząc dźwięk otwieranych drzwi. Natychmiast spiorunowała
podkomisarz wzrokiem, że wchodzi bez pukania, ale widząc go tylko w skąpej bieliźnie, dyskretnie
się uśmiechnęła. Nadal jego widok przyprawiał ją o dreszcze, a muskularne ciało wywoływało
niekontrolowany przypływ gorąca. Szybko jednak odgoniła od siebie nieprzyzwoite myśli, aby nie
zauważył jej rozkojarzenia, i podeszła do łóżeczka Tosi.
- Przepraszam, ale ja… może ja ją wezmę… - zaproponował i natychmiast pochwycił córkę w
ramiona, cicho szepcząc jej coś do ucha. – Nie płacz już kochanie, tatuś jest przy tobie. Nie płacz.
- Może trzeba ją przewinąć? – Marek pokręcił głową po uprzednim sprawdzeniu pieluszki. – Albo to
kolka. Ostatnio miewa ją coraz częściej. Będę musiała zadzwonić do przychodni.
- Też nie… - odpowiedział, spoglądają na córkę, która delikatnie zagryzła wargi na jego ramieniu. –
Basia, ona chyba jest głodna.
- Przecież karmiłam ją przed dziewiątą. - Marek wzruszył tylko ramionami. Storosz wzięła ją więc
na ręce i wygodnie usiadła w bujanym fotelu stojącym w kącie pokoju pod oknem. – Zostawisz
nas? – Brodecki zmarszczył brwi. – Chcę ją nakarmić… piersią! – dodała.
- Aha… no tak, tak, to ja będę u siebie! – odwrócił się i już miał wychodzić, kiedy ponownie na nią
spojrzał. – Wstydzisz się mnie?
- Marek? – zaśmiała się, myśląc, że się z niej nabija, ale natychmiast spoważniała, nie widząc
cienia uśmiechu na jego twarzy. – Będę ją karmić piersią! – wyraźnie zaakcentowała ostatnie
słowo.
- Wiem, rozumiem! … A ja pytam, czy się mnie wstydzisz, skoro każesz mi wyjść. Przecież
widziałem już twoje piersi… i nie tylko. Inaczej nie mielibyśmy Tośki.
- Marek, proszę Cię. Kiedy skończę, zawołam Cię!
- Zostaję… - usiadł na skraju jej łóżka. – Jeszcze nie miałem tej przyjemności zobaczyć, jak
karmisz naszą córkę. A teraz jest świetna do tego okazja.
- To chyba nie jest najlepszy pomysł, może kiedy indziej… - zaproponowała, ale nie dawał za
wygraną. Parokrotnie próbowała się go pozbyć, nadaremnie. Zmęczona popłakującą wciąż małą, w
końcu skapitulowała. Z wypiekami na twarzy zsunęła ramiączko od nocnej koszuli i przystawiła
Tosię do piersi.
Mimo, że pokój był oświetlany tylko przy pomocy małej nocnej lampki to i tak zauważył ciepłe
rumieńce na twarzy Basi. Ciekawe czy ona też czuła to paraliżujące podniecenie, które unosiło się
w powietrzu? Siedziała przed nim z obnażonym biustem, spoglądając bezpiecznie na Tosię, która
łapczywie napełniała swój już pusty żołądek. Nie było dla niego piękniejszego widoku, niż ten stary
jak świat - matka karmiąca dziecko. Poza tym to była Basia, ta dziewczyna której za nic nie mógł
wyrzucić z serca i myśli. Spoglądał na jej kobiece kształty - powiększone po ciąży, tak pełne i
zachwycające, że z trudem odganiał od siebie nieprzyzwoite myśli i wspomnienia, kiedy to będąc
razem byli czasami zupełnie niegrzeczni ...
- Miałem, rację, była głodna… - niepewnie podszedł do nich. Ukucnął i głaszcząc małą po główce,
obserwował jak je. – Jakie to uczucie? Boli?
- Co? – Basia niemal zachłysnęła się śliną, nie mogąc powstrzymać chichotu. – Czy to… to, nie!
Zwariowałeś? … Chyba, że mocno ściśnie.
- Nie jestem kobietą! Nie wiem! – posmutniał, udając obrażonego. – Nie śmiej się ze mnie!
- Przecież żartuję! – wolną ręką złapała jego podbródek, kierując jego wzrok na swój. – I wcale się
Ciebie nie wstydzę… To raczej zakłopotanie. Bo przecież…
- Nie jesteśmy razem! Pamiętam! – wtrącił. – Nie jesteśmy sobie pisani. Łączy nas wyłącznie
dziecko… - Basia pokiwała głową, odwracając spojrzenie. – Usnęła.
- Często tak się kończy!
- W takim razie chyba jestem już zbędny… - wstał i czule musnął jej policzek. A potem delikatnie
zjechał ustami na szyję, łagodnie skubiąc ją wargami. – Śpij dobrze! – wyszeptał i nie spojrzawszy
na nią, wyszedł cicho zamykając za sobą drzwi.
- Marek! – krzyknęła po dłuższej chwili, a drzwi momentalnie stanęły przed nią otworem. –
Dlaczego to robisz? To nie był zwykły buziak na dobranoc! … Przecież wiesz, że nam nie wyjdzie. Ja
Cię znowu okłamię, a ty wskoczysz jakiejś ladacznicy do łóżka. Nie chcę tak. Chcę być szczęśliwa. –
po policzku spłynęła jej pojedyncza łza.
- Boisz się. – bardziej stwierdził, niż zapytał. – Ja też! … - Włożył małą z powrotem do łóżeczka. –
Oboje jesteśmy nieufni. Oboje bardzo się skrzywdziliśmy…. Ale jeśli nie spróbujemy, nie dowiemy
się, czy rzeczywiście Bóg postawił na nas kreskę. Baśka, wróć do Warszawy! Wróć do mnie!
- Będziesz tego żałował… Jestem stukniętą małolatą z prowincji, której zrobiłeś dziecko. Nie
potrafię gotować. Nie potrafię uruchomić pralki. Co ze mnie za dziewczyna? … Nie nadaję się do
związków.
- Nie zniechęcaj mnie… Odkąd się rozstaliśmy, naprawdę próbowałem Cię znienawidzić za to, co mi
zrobiłaś. Za kłamstwa, za wszystko… ale nie mogłem. Myślałem o życiu, o tobie. Spałem z innymi
kobietami, ale z żadną nie było mi tak, jak z tobą. Potrzebuję Cię. Potrzebuję Tosi. Od jej narodzin
w ogóle sobie nie radzę. Siedzę po kilkanaście godzin w pracy, żeby nie myśleć, odliczam dni do
kolejnego weekendu, dzwonię. Baśka, wróć, proszę Cię, Chcę stworzyć z tobą dom dla naszej córki,
chcę naprawić nasz związek. Wróć do Warszawy, proszę Cię…. I co z tego, że nie potrafisz
gotować? Ja przyrządzam świetną jajecznicę. Ubrania będziemy oddawać do pralni. Nie wiem co
jeszcze… daj nam ostatnią szansę.
Basia już nie zasnęła tej nocy. Obiecała mu, że to przemyśli – nie chce się znowu sparzyć i
ryzykować szczęścia swojego dziecka. Ten aktualny układ wydawał się być dobrym rozwiązaniem
dla nich wszystkich. Basia przez te cztery miesiące nabrała zdrowego dystansu do świata, poza tym
sama czuła jak macierzyństwo ją zmieniło – stała się bardziej otwarta i cierpliwa. Tutaj w
Przemyślu, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, czuła się dobrze i swobodnie. Poza tym miała dużo
wsparcia i pomocy ze strony rodziców. Ale cały ten dystans diabli brali, gdy w każdy piątek
wieczorem przyjeżdżał Marek. Wraz z nim wracały wspomnienia i znowu serce biło mocniej. Mimo,
iż ustalili, że są wyłącznie rodzicami Tosi, a dla siebie nikim więcej, nie umiała powstrzymać tego
dziwnego napięcia pomiędzy nimi, gdy nagle kończyły się tematy do rozmów. Wiedziała, że Marek
nigdy nie zniknie z jej życia, że zawsze będzie jego ważną częścią, ale nie spodziewała się, że
tłumione uczucia mogą być tak silne. Rozważała wszystkie za i przeciw - Tosia mogłaby mieć
normalny dom, a jej mama skończyłaby studia w przewidzianym terminie, abstrahując od
wszystkich argumentów serca. W końcu Marek w niedzielę wieczorem wyjechał z Przemyśla sam.
Nie ukrywał rozczarowania, kolejnego zresztą, zastanawiając się ile jeszcze będzie w stanie znieść
...
Storosz po jego wyjeździe po raz setny zastanawiała się czy dobrze robi – wciąż jej utarte teorie
były zbijane przez jakieś kontrargumenty. Kochała go nadal – tego była pewna, ale bała się czy to
wystarczy by móc zacząć wspólne, odpowiedzialne życie ...
W poniedziałek nieoczekiwanie dla wszystkich i siebie samej, zaczęła pąkować walizki.
Rodzice zaklinali ją na wszystkie świętości by została w domu, bo Warszawa do tej pory przyniosła
jej same łzy i rozczarowania. Ale ich córka była uparta i w końcu postawiła na swoim - późnym
wieczorem jej brat zaparkował samochód pod znanym jej doskonale blokiem ...
- Rafał, zostań tutaj z Tośką. Pójdę po Marka i nam pomoże wnieść bagaże… - gdy chłopak skinął
głową na znak, że się zgadza, Basia zniknęła za drzwiami klatki schodowej. Stanęła przed drzwiami
na trzecim piętrze i pewnie, z nie schodzącym z twarzy uśmiechem, zapukała do drzwi, które po
dłuższej chwili w końcu ustąpiły. W progu stała długonoga, roznegliżowana blondynka. W prawej
dłoni trzymała kieliszek czerwonego wina, gdy tymczasem lewą próbowała naciągnąć na odsłonięte
uda przykrótką koszulkę. Basia zlustrowała kobietę wzrokiem, i czując jak do oczu napływając jej
łzy, a serce bije mocniej na jej widok, wbiegła do mieszkania, zatrzymując na środku eleganckiego
salonu. – Gdzie on jest?!... – wrzasnęła. - Znowu mnie okłamał, znowu… Zawsze obiecuje i nigdy
nie dotrzymuje słowa. Gdzie on jest?! – dziewczyna aż podskoczyła słysząc ton jej głosu.
- Ale… ale kto? – pisnęła przestraszona. – Kim pani jest?
- Gdzie jest Marek? – zapytała już łagodniej.
- Marek! – zawołała. – Marek… do Ciebie! W co ty się znowu wpakowałeś, co? … - Basia poszła za
nią w kierunku sypialni. Pod oknem, dopinając spodnie, stał wysoki mężczyzna. Też blondyn, w
okularach.
- Marek? – Basia niepewnie podeszła bliżej, dokładnie mu się przyglądając. – Kim pan jest?
- A pani? … Iwonko, kim ona jest?
- Ty mi powiedz! … Przyszła do Ciebie! A mówiłeś, że mnie kochasz, że się ze mną ożenisz! A
tymczasem… - dziewczyna złapała za pierwszą lepszą rzecz, w tym wypadku była to jej sukienka, i
mocno uderzyła nią swojego chłopaka w ramię. – Zdradzasz mnie?
- Nie! … Nie! – zaprzeczył. – Ja jej nawet nie znam!
- Nie wierzę Ci!
- Ale to prawda! – wtrąciła milcząca do tej pory Storosz. – Zaszła jakaś pomyłka… My się naprawdę
nie znamy.
- Więc po jaką cholerę pani tu przyszła?
- Bo… bo tutaj mieszka mój Marek. A właściwie to powinien mieszkać, ale… to nie możliwe, żebym
pomyliła mieszkania.
- Marek Brodecki? – zagadnął mężczyzna, a Baśka od razu przytaknęła. – Dwa miesiące temu
kupiliśmy od niego to mieszkanie. I to po niezłej cenie.
- Ale jak to? Marek sprzedał mieszkanie?! … To gdzie on się teraz podziewa?
Nie była przygotowana na taką niespodziankę. Widzieli się co tydzień, był ojcem jej dziecka i nawet
nie raczył jej poinformować, że sprzedał mieszkanie a teraz mieszka gdzieś, niewiadomo gdzie!
Wrrr była wściekła! Ale postanowiła, że jej podróż tutaj, pakowanie walizek i fatygowanie
zapracowanego Rafała, nie może pójść na marne, więc od razu chwyciła za telefon i gorączkowo
wybrała dobrze sobie znany numer ...
- Halo? – usłyszała po drugiej stronie. Zacisnęła mocniej pięść na komórce i nie zważając na śpiącą
na tylnym siedzeniu samochodu córkę, warknęła nieprzyjemnie:
- Możesz mi powiedzieć, gdzie ty do jasne cholery jesteś?
- W domu.
- W domu? – prychnęła. – A możesz mnie oświecić, gdzie teraz jest twój dom? Most
Poniatowskiego? A może Łazienkowski?
- Dlaczego jesteś taka niesympatyczna? Coś się stało?
- Tak! Właśnie tak! … Jest późno, ciemno i zimno. Pada deszcz, a ja i Tośka marzniemy w
samochodzie Rafała pod twoim domem na Woli.
- Co??? – krzyknął
- Zamierzałeś mi w ogóle powiedzieć, że sprzedałeś mieszkanie?
- Czekajcie na mnie! Zaraz będę! – i nie pozwalając jej dojść do słowa, rozłączył się. Baśka,
wściekła rzuciła telefonem o deskę rozdzielczą i opadła na siedzenie, przymykając ze zmęczenia
oczy.
Marek pojawił się wręcz błyskawicznie. Baśka akurat oderwała go od malowania ścian w nowej
sypialni. Tak więc zdezorientowany, na twarzy nieco upaprany emulsją o kolorze „złocisty szafran”,
który jak mu doradziła mama będzie najodpowiedniejszy do tego pomieszczenia, zaparkował swoją
toyotę tuż za volkswagenem Rafała Storosza. Nie musiał długo czekać, żeby Baśka wysiadła z
samochodu. W pierwszej chwili nawet się jej przestraszył – była wściekła a jej spojrzenie ciskało
błyskawice właśnie w jego stronę ...
- Wiesz kim jesteś?! – zaczęła od razu, wbijając wskazujący palec w jego ramię. – Jesteś kłamcą!
Wstrętnym, nieodpowiedzialnym kłamcą! … - w oczach zbierało jej się coraz więcej łez. –
Przyjechałam! Chciałam Ci zrobić niespodziankę! Dać nam szansę! …
- Nawet nie wiesz, jak się cieszę… - objął ją, ale ona natychmiast go odepchnęła, popychając do
tyłu.
- Nie dotykaj mnie! … Wiesz, jak się czułam, kiedy znowu w progu twojego mieszkania zobaczyłam
zgrabną, piękną kobietę? – rękawem kurtki przetarła zapłakaną twarz. – Dlaczego mi nie
powiedziałeś? … Nie uprzedziłeś? Nienawidzę Cię! – uderzyła go lekko w klatkę piersiową. –
Nienawidzę Cię! A jej facet ma na imię Marek. Myślałam, że to ty!
- Zrobiłem to dla naszego dobra…. Dla Ciebie, Dla Tosi.
- Pieprzę cię! … Przejechałam pół Polski, wyciągnęłam mojego brata z pracy, tylko i wyłącznie po to
by znów się poczuć tak jak wtedy! Wtedy też chciałam ci zrobić niespodziankę, pamiętasz? I
rzeczywiście udało mi się! Nigdy nie zapomnę tego upokorzenia, kiedy zobaczyłam ciebie i
Agnieszkę ... Powiedz, ile razy ten koszmar będzie do mnie wracał?!!!! - po tych słowach, swoimi
małymi piąstkami znów zaczęła go okładać po klatce piersiowej. Marek jednak nie mógł na to
pozwolić, dlatego złapał ją mocno za nadgarstki i odsunął od siebie na długość ramion. Mimo to,
Baśka coraz bardziej się nakręcała, obrzucając go kolejnymi, bezpodstawnymi pretensjami. Nie
dopuszczała go do słowa, nie słuchała wyjaśnień. Nie przeszkadzał jej nawet coraz bardziej
padający deszcz, czy łzy spływające po policzkach. Ogarnęła ją wściekłość nie do opanowania.
Toteż, żeby ją wreszcie uspokoić, Markowi przyszedł do głowy tylko jeden pomysł. Przyciągnął ją
jak najbliżej siebie i pocałował, przywierając ustami do jej warg. Próbowała się wyrwać, ale nie
mając na tyle siły, ustąpiła. Pozwoliła na ten czuły gest. Pozwoliła, żeby całował ją tak jak wtedy,
gdy po raz pierwszy odprowadzał ją do domu, gdy pierwszy raz całowali się pod uliczną latarnią,
gdy Marek jeszcze nie wiedział o Radku, gdy nie mieli pojęcia że będą musieli przejść tak wiele by
znowu poczuć to samo.
- Nie krzycz na mnie, dobrze? – poprosił, odrywając się od niej. – Kupiłem większe mieszkanie.
Urządziłem salon, pokój małej, a teraz maluję naszą sypialnię.
- Naprawdę? – jęknęła.
- Naprawdę! – uśmiechnął się. – I nie wiesz, jak się cieszę, że wróciłaś.
Cz. 24 - OSTATNIA
Basia nerwowo przerzucała zawartość swojej szafy. Żadne z ubrań według niej nie było
odpowiednie na dzisiejszy wieczór. Bo miało być wyjątkowo i uroczyście – w końcu rocznica to nie
byle okazja. Spoglądając kątem oka na bawiącą się na dużym łóżku Tosię, zdała sobie sprawę jak
szybko minął im ten rok ...
Oboje z Markiem zmienili się – bogatsi o wcześniejsze doświadczenia nie chcieli się spieszyć, ani
podejmować pochopnych decyzji. Tak też zamieszkali ze sobą postanawiając, że aby móc
odbudować swój związek, muszą dać sobie czas. I tak przez ten rok niby byli razem, a jednak nie
do końca. Mieszkali, wychowywali dziecko, dzielili się obowiązkami – to wszystko robili wspólnie.
Jednak nie doszło między nimi do żadnych zbliżeń czy nawet wyznań miłości. Życie nauczyło ich
też, by nie nadużywać słów „kocham cię” bo czasem przynoszą one więcej rozczarowań niż
szczęścia. Spali nawet w jednym łóżku, ale nie pozwolili sobie na jakiekolwiek intymne sytuacje,
również ze względu na Tosię, która póki co spała z nimi w jednym pokoju. Markowi było
momentami bardzo ciężko trzymać uczucia na wodzy, ale wiedział że na razie tak musi być.
Córeczka była ich największym szczęściem. Dzięki temu, że namówił Baśkę do przyjazdu do
Warszawy z małą, był świadkiem jej pierwszego wyżynającego się ząbka, który od razu
wypróbowała na palcu naiwnego tatusia. Niedawno gdy wrócił z pracy czekała go prawdziwa
niespodzianka – Tosia wprost z ramion mamy chwiejnie potuptała na przywitanie ojcu. Od tamtej
pory codziennie ćwiczyła nowo nabytą umiejętność chodzenia, taranując wszystko co spotkała na
swojej drodze. To były jego codzienne radości, widząc jak jego dziecko się rozwija sam dostawał
skrzydeł.
Mała panna Brodecka mówiła też pierwsze słowa – oczywiście poza banalnymi „mama, tata, baba,
dziadzia„ były też „blum”, który w jej języku był samochodem, oraz „pif paf!” gdy krzyknęła
niegdyś widząc pistolet przy pasku Marka. Uwielbiała też bawić się jego kajdankami i „czytać„
notatki mamusi. Była notorycznie psuta i rozpieszczana przez dziadków i wszystkich przyszywanych
wujków i ciocie, ale trudno było im się dziwić skoro mieli do czynienia z tak śliczną i słodką istotką.
Basia tymczasem wróciła na studia. Mimo nieprzespanych nocy z Tosią na rękach, była niemalże
wzorową studentką. Teraz zdobyta wiedza liczyła się dla niej bardziej niż wtedy, gdy nie miała
dziecka. Gdy była na uczelni małą zajmowali się rodzice Marka, którzy wcześniej byli nawet trochę
zazdrośni o to, że kiedy Basia mieszkała jeszcze w Przemyślu, mieli tak rzadki kontakt z wnuczką.
Tak więc życie pana podkomisarza z uroczą studentką wróciło do normy – na dobre zadomowili się
w nowym mieszkaniu, które było bardzo przestronne i funkcjonalne, a dzięki Storosz także
przytulne i gustowne. Jednak od jakiegoś czasu między Basią i Markiem dało się wyczuć dziwne
napięcie – może to słowa, które nie zostały jeszcze wypowiedziane, może to te ukryte myśli ...
Niepokój Basi wzmógł się kiedy dzisiaj Brodecki zaprosił ją na randkę. Na ostatniej randce byli
wieki temu, w czasach gdy ona jeszcze pracowała w Coala Cafe i nic dziwnego, że czuła
podenerwowanie tym niespodziewanym zaproszeniem.
W końcu znalazła coś odpowiedniego – turkusowa, mieniąca się bluzka ze zwiewnego materiału, z
odkrytymi plecami, do tego czarna obcisła spódniczka i buty na wysokim obcasie. Lekki makijaż,
srebrne kolczyki i była gotowa, choć wcale nie mniej zdenerwowana.
Jakież było jej zaskoczenie gdy Marek zaparkował samochód właśnie pod knajpką w której niegdyś
pracowała ...
- Ale… ale Marek? – zdezorientowana zmrużyła oczy, kiedy wysiadł i przeszedł od drugiej strony,
otworzył drzwi i szarmancko podając jej rękę, pomógł wysiąść. – Co my tutaj robimy? … Jest
ciemno, Lucynka musiała wcześniej zamknąć! – podeszła do szyby lokalu, żeby zajrzeć do środka.
- A co powiesz na to? – zadowolony wyją z kieszeni spodni klucze i pomachał nimi przed nosem
dziewczyny. – Lucynka wzięła wolne. Dzisiaj jej królestwem my się zaopiekujemy!
- Ale jak to? … Marek przecież ja umieram z głodu! Nie pozwoliłeś mi nawet przekąsić niczego w
domu, bo mieliśmy zjeść na mieście.
- Bez obawy… zamknij oczy! – poprosił, i choć Baśka nie była z tego powodu zadowolona, spełniła
prośbę, zasłaniając nawet oczy ręką. – I nie podglądaj. – zagroził, widząc jak delikatnie rozsuwa
palce.
- Już dobrze, dobrze, nic nie widzę! – zachichotała. Marek otworzył drzwi i przepuścił ją przodem,
cały czas jednak podtrzymując jej ramię. – Mogę już?
- Nie! – krzyknął. – Stój tutaj i się nie ruszaj. Zaraz wracam! - wyszeptał cicho nad jej uchem, przy
okazji lekko skubiąc je wargami.
- Marek, ale gdzie ty idziesz? – niemal krzyknęła, żeby go zatrzymać, ale jego już nie było. Została
sama, niewidoma, na środku wielkiego pomieszczenia. – Świetnie! … Następnym razem ja
rezerwuje stolik. – dodała głośniej, żeby usłyszał. – Marek, co ty znowu wymyśliłeś? … Proszę Cię,
jedźmy lepiej na Stare Miasto do pierogarni. Wczoraj serwowali ruskie po przecenie. Może się
jeszcze załapiemy.
- Zjemy tutaj… - odpowiedział jej z oddali głos podkomisarza.
- Marek! - tupnęła mocno obcasem dając tym samym do zrozumienia, jak bardzo się niecierpliwi. –
Słyszysz? Kiszki mi marsza grają…
- Już! … Już możesz otworzyć oczy.
Knajpka, którą do tej pory dobrze znała zmieniła się w romantyczny zakątek dla dwojga. Zniknęły
stoliki, poza jednym ustawionym pośrodku. Poza tym całe pomieszczenie połyskiwało od małych
lampek, imitujących świece poustawianych w szklanych lampionach. Na barze stał kubełek ze
schłodzonym szampanem oraz bukiet aromatycznych tuberoz. Marek wiedział, że Basia nie
przepada za czerwonymi różami, poza tym tak niezwykła dziewczyna zasługiwała na coś
niebanalnego. Z radia cicho sączyły się dźwięki piosenek Brandi Carlile - lepiej nie mogła sobie
wymarzyć rocznicy tego dnia, kiedy miała przyjemność zawrzeć znajomość z podkomisarzem
Brodeckim, wylewając nań piwo. Tyle się zmieniło od tamtej pory, tyle przeszli razem i osobno, a
teraz znów spotykają się w tym miejscu - ich historia zatoczyła koło.
- Marek… - Basia poczuła, jak zapiera jej dech, a oczy napełniają się kolejnymi łzami. – To…T-ooo
dla mnie? To wszystko dla mnie? – uśmiechnęła się, zakrywając usta ręką.
- Masz na myśli Spaghetti Carbonara i butelkę Dom Perignon?… Myślałem, że jesteś głodna. –
wzruszył ramionami i podszedł do niej, przeczesując opadającą na czoło grzywkę. – Nie jesteś?
- Przestań! – lekko uderzyła go dłonią w ramię. - Chyba zaraz się rozpłaczę!
- Hej, hej… - objął jej mokre policzki, przecierając przy tym kciukami. – Tylko mi tutaj nie becz. Bo
jeszcze pomyślę, że Ci się nie podoba. Troszkę się dzisiaj przy tym napracowałem.
- To była ta ważna sprawa, którą musiałeś załatwić z Adamem? – załkała z pretensją w głosie.
- Poniekąd… - mrugnął. – Czy możemy już jeść? – kiedy przytaknęła i doprowadziła swój makijaż
do porządku, odsunął jej krzesło, żeby usiadła. – Madame! – zażartował.
- Monsieur… - roześmiała się. - C'est magnifique el romantique repas du soir!
- Co? – zmarszczył brwi. – Nie wiedziałem, że znasz francuski.
- Je etudie francois on lycee.
- Baśka, nooo! … Nie nabijaj się ze mnie! Możesz zaprogramować się z powrotem na język polski?
- Maruda! – wytknęła mu język. – Pięknie pachnie! – pochyliła się nad swoim talerzem,
przyglądając pięknie udekorowanej porcji spaghetti.
- Najpierw toast… - zaproponował, napełniając jej kieliszek szampanem. – Proponuję, żebyśmy
wypili za dzień, w którym po raz pierwszy Cię zobaczyłem.
- Nazwałeś mnie wtedy niezdarą… - jednocześnie się uśmiechnęli. – I za dzień dzisiejszy, kiedy to
po trzech trudnych latach jesteśmy tu znowu…. Razem! – dodała niepewnie.
- Za szczęście, którym jest dla nas Tosia.
- Za zaufanie, bo bez niego nie byłoby nas tutaj.
- I za miłość…
- Za…. – zawahała się, zatrzymując na chwile wzrok na jego błękitnym i pewnym siebie spojrzeniu.
- … Za miłość!
Marek nic już nie dodał do tych słów, po prostu „za miłość”. Bała się, że powiedział to zbyt szybko,
bo może to wszystko znowu skończy się okrutnym rozczarowaniem? ... Posmutniała trochę, ale
teraz już wiedziała, że wyznań miłości nie można rzucać na lewo i prawo ... powtarzać ich
każdemu, bo te słowa są tak niepowtarzalne jak uczucie które wyrażają. Naprawdę kocha się raz –
gdy była z Radkiem wciąż mówiła mu, że go kocha, ale teraz z perspektywy czasu wiedziała, że
było to jakieś nieporozumienie.
Nawet ostatnio spacerując z Tosią spotkała go w jakimś parku, jak zwykle coś czytał. Podeszła do
niego, ale rozmowa się nie kleiła, z jego oczu wyczytała że nie przebaczył jej i prawdopodobnie
nigdy tego nie zrobi. Zresztą miał rację – oszukała go i zdradziła, na takim fundamencie nie można
odbudować nawet przyjacielskich relacji. Ale dosyć o Radku! Przecież jest na kolacji z Markiem – to
ma być bez reszty ich wieczór! Jakoś instynktownie zerknęła na zegarek i pomyślała o Tosi – czy
zasnęła bez mamy i czy za bardzo nie daje teraz popalić dziadkowi Krzysiowi, którego uwielbiała
męczyć, bo ten miał do niej nadzwyczajną słabość ... Jej gonitwę przeróżnych myśli przerwał
jednak Marek, prosząc ją do tańca. Kołysali się objęci w rytm spokojnej muzyki i czując bicie serca
tej drugiej osoby ...
- Wiesz, że kiedy się budzisz, zawsze przeczesujesz dłonią włosy? – Marek odezwał się po dość
długiej ciszy, kątem oka spoglądając na jej twarz i uśmiech, którym właśnie go obdarzyła. – Na
śniadanie pijesz kawę, a na kolację malinową herbatę. Nie lubisz dużych centrów handlowych, tylko
mniejsze sklepiki… zwłaszcza warzywniak przecznicę dalej od naszego bloku. Uwielbiasz książki
Karola Dickensa, filmy Spielberga i piosenki Stinga. Dowodem są wszystkie jego płyty ułożone
alfabetycznie na półce nad naszym łóżkiem.
- Wiem, ale po co mi o tym wszystkim mówisz?
- Daj mi skończyć, proszę… - przytaknęła. – Robisz świetną jajecznicę, zapiekankę z serem i
pieczarkami oraz pieczonego kurczaka w pomarańczach.
- Bo mnie tego nauczyłeś! – wtrąciła. – I twoja mama.
- Twoim marzeniem jest skończenie studiów, praca w redakcji, w której być może kiedyś sama
będziesz dla siebie szefem. Pragniesz wychować córkę na dobrego i rzetelnego człowieka. Poza tym
masz stałe mieszkanie, uczciwie zarabiasz na życie. Masz bliskich, którzy zawsze cię wspierają… I
jak mniemam jesteś szczęśliwa.
- Marek, do czego ty zmierzasz? – głos jej zadrżał.
- Opisałem przed chwilą twoje życie i przyznam, że jest ono niemal idealne… - westchnął. – Mówię
niemal, bo jak na razie nie ma w nim mnie.
- Co ty mówisz?
- Daj mi dokończyć! … Basia, ja chciałem dać ci czas, dlatego nie męczyłem cię żadnymi
deklaracjami. Wiem, że oboje bardzo się skrzywdziliśmy i trudno jest o tym zapomnieć. Ale mimo
tego nie chcę tylko z tobą mieszkać, być tylko ojcem twojego dziecka, tylko pomagać ci w jego
wychowaniu…. Basiu, chcę być twój, już na zawsze, rozumiesz? Chcę być częścią twojego życia,
dokładnie tego, które przed chwilą opisałem… Przez ostatni rok nauczyłem się z tobą być,
mieszkać. Poznałem twoje nawyki. Wiem, co zrobisz w danym momencie, jak się zachowasz. Jak ci
pomóc, kiedy jesteś zła. Jak rozweselić, kiedy jesteś smutna. Znam Cię na tyle, żebyś mogła
wreszcie wpuścić mnie do swojego serca… - po basinych policzkach spłynęły kolejno dwie ogromne
krople łez. – Kocham Cię… i to nie są wyrazy rzucone od tak na wiatr. To są te dwa słowa, których
jestem pewien. Bo uczucie, którym cię darzę naprawdę na nie zasługuje…. Nie jestem tylko w pełni
pewien, czy ja zasługuję na Ciebie! – zagadnął już weselej. – Powiedz coś! – dodał, kiedy tempo
wpatrywała się w jego twarz i oczy, w których również połyskiwały łzy.
- Je t'aime! – wyszeptała, ale Marek niewiele z tego zrozumiał, dlatego głośno wykrzyczała – Ja też
Cię kocham! – obejmując rękoma jego szyję. – Marek, ja też Cię kocham! – powtórzyła, a Brodecki
nie kryjąc radości, objął ją mocno w pasie i kilkakrotnie okręcił wokół własne osi.
- I wyjdziesz za mnie? – zapytał nagle, stawiając ją z powrotem na ziemie. – Znaczy…. To nie miało
być tak! Poczekaj…
- Marek? – zaśmiała się, kiedy przed nią uklęknął. Z kieszeni wyjął czerwone pudełeczko w
kształcie serduszka i podał jej, żeby otworzyła.
- Basiu, czy skoro już powiedziałaś, że mnie kochasz, to odważysz się także zostać moją żoną?
- Zaczekaj… - zachichotała na widok przerażonej miny podkomisarza, kiedy to zamiast udzielić mu
odpowiedzi, sięgnęła po swoją torebkę i wyjęła z niej telefon. Wystukała na klawiaturze znany jej
numer i przystawiła aparat do ucha. – Zuzia?! … Marek mi się właśnie oświadczył!!! Łiiiiiii!!!
Pamiętacie, kiedy byliście małymi dziećmi i wierzyliście w bajki, marzyliście o tym, jakie będzie
wasze życie? Biała sukienka, książę z bajki, który zaniesie was do zamku na wzgórzu. Leżeliście w
nocy w łóżku, zamykaliście oczy i całkowicie, niezaprzeczalnie w to wierzyliście... Święty Mikołaj,
Zębowa Wróżka, książę z bajki... byli na wyciągnięcie ręki. Ostatecznie dorastacie. Pewnego dnia
otwieracie oczy, a bajki znikają. Większość ludzi zamienia je na rzeczy i ludzi, którym mogą ufać,
ale rzecz w tym, że trudno całkowicie zrezygnować z bajek, bo prawie każdy nadal chowa w sobie
iskierkę nadziei, że któregoś dnia otworzy oczy i to wszystko stanie się prawdą.
- Marek? … Marek, ale gdzie ty jedziesz? Do rodziców jest przecież w drugą stronę. Obiecaliśmy
Tosi, że odbierzemy ją przed północą. Nigdy nie spała poza domem.
- Jest z babcią i dziadkiem, krzywda jej się nie dzieje, a nasza rocznica się przecież jeszcze nie
skończyła! – mrugnął.
- Tak? – chytrze się uśmiechnęła.
- Mamy sporo do nadrobienia kochanie…
Pod koniec dnia, wiara to zabawna rzecz. Pojawia się, kiedy tak naprawdę tego nie oczekujesz. To
tak, jakbyś pewnego dnia odkrył, że baśń może się nieco różnić od twoich wyobrażeń. Zamek, cóż,
może nie być zamkiem. I nie jest ważne "długo i szczęśliwie", ale "szczęśliwie" teraz. Raz na jakiś
czas, człowiek cię zaskoczy, i raz na jakiś czas człowiek może nawet zaprzeć ci dech w piersiach

Podobne dokumenty