AZIS SECK - Stowarzyszenie Vox Humana

Komentarze

Transkrypt

AZIS SECK - Stowarzyszenie Vox Humana
AZIS SECK,
Senegalczyk
43 lata
Właściciel knajpy „Baobab Cafe”
Organizator wydarzeń kulturalnych
Skąd jesteś?
Z Senegalu.
Dlaczego stamtąd wyjechałeś?
Wszystko zaczęło się od koszykówki. W Senegalu ten sport jest bardzo popularny. Mamy
jedną z najlepszych lig w Afryce. Na boisku obok domu biegaliśmy za piłką. W mojej
dzielnicy były trzy drużyny koszykarskie. Któregoś dnia przyszedł do mnie kolega
i powiedział, że trener widział mnie na boisku i chce ze mną rozmawiać. Byłem zaskoczony.
To był szanowany trener, a ja nie czułem się aż taki dobry. Ale zacząłem z nim ćwiczyć
i odnosić sukcesy. To było dla mnie ważne. Mieliśmy fajny kontakt, bardzo mnie
motywował. Potem się okazało, że dzięki graniu mogę wyjeżdżać. Pomyślałem wtedy
„To jest dobry plan”. Wyjechałem do Tunezji, a potem do Polski.
Kiedy?
16 lat temu. Miałem wtedy 25 lat. Mój znajomy grał w polskiej drużynie. Dzięki niemu
dowiedziałem się, że szukają zawodników. Grałem po to, żeby zwiedzać świat,
potraktowałem ten wyjazd jak wakacje. Tak trafiłem do Chorzowa. Zupełnie inny klimat.
W Tunezji mieszkałem na plaży, codziennie byłem nad morzem.
Pamiętasz swoje pierwsze wrażenia?
Jak przyjechałem do Warszawy były święta. Trochę zimno, trochę śniegu. Nie byłem na to
przygotowany. Musiałem kupić ciepłe ubrania. Ale źle się czułem, rano kaszlałem czarną
mazią. Potem się okazało, że to od ogrzewania węglem. Ten zapach węgla, to jest to co
pamiętam z początku.
Jak było w Chorzowie?
Mieliśmy duże problemy komunikacyjne. Menadżer nie mówił po angielsku, prezes drużyny
i trener nie mówili po angielsku, zawodnicy tylko dwaj. Nie da się budować drużyny bez
komunikacji. Wytrzymałem półtora miesiąca, po czym przeniosłem się do Koszalina i tam
skończyłem sezon. Potem przeniosłem się do Legii, ale wytrzymałem tylko rok. Polska
koszykówka mnie rozczarowała. Tutaj ludzie są wychowywani w kulturze indywidualizmu,
to nie służy grze zespołowej. Kiedy wygrywają, to „Ja! Ja! Ja!”, kiedy przegrywają, to „Ty!
Ty! Ty!”.
Jak to się stało, że z koszykarza zostałeś właścicielem knajpy?
W międzyczasie zaprzyjaźniłem się z właścicielami klubu „Piekarnia”. Zacząłem u nich
pracować jako barman. Pieniądze mniejsze, ale i stres mniejszy. Nie musiałem już ćwiczyć
ranki i wieczory, nie miałem kontuzji. Grałem wtedy od ośmiu lat w koszykówkę, a to nie jest
praca na całe życie. Przerzuciłem się na grę amatorską i zacząłem myśleć o stabilizacji.
Mogłem się spakować i jechać dalej, ale tutaj poznałem ważnych dla mnie ludzi, przyszłą
żonę. Zacząłem się zakorzeniać. Poszedłem na kursy gastronomiczne, marzyłem o knajpie.
Skąd ten pomysł?
Od dziecka o tym marzyłem. Mój brat był DJem, w domu zawsze była impreza. Kiedy tam
graliśmy w kosza, to po meczu zapraszaliśmy przeciwników do siebie. Fajna atmosfera się
budowała, nie walczyliśmy na ulicy, tylko jedliśmy razem kolację.
Od początku myślałeś o knajpie senegalskiej?
Kiedyś idąc ulicą zobaczyłem „pijalnię piwa”. Co to jest pijalnia piwa? – dziwiłem się. Ktoś
mi powiedział, że to miejsce gdzie się pije piwo. Bardzo mnie to rozbawiło. Nie wiem, czy
Polakom to się wydaje równie komiczne. Mnie się wydało. „Pijalnia piwa”. Na początku
myślałem, więc o pijalni. Zrobiłem research dostępnych piw, ponad 400 gatunków! Powoli
testowałem. Tymczasem znajomi podpowiadali mi, żebym robił knajpę afrykańską.
Pomyślałem ok, ale to będzie kuchnia senegalska, nie afrykańska. Zupełnie inne rzeczy je się
w Senegalu, inne w Etiopi. Afryka to wielki kontynent, w Europie często błędnie postrzegany
jako monolit.
Co pomogło Ci zrealizować marzenie?
W Polsce pracowałem sześć lat w „Piekarni”, z czasem awansowałem na menadżera. Później
pracowałem w „Cynamonie”. Co roku współorganizowałem imprezy senegalskie. Przez te
lata nawiązałem kontakty, zdobyłem doświadczenie,, które przydało mi się, gdy otwierałem
„Baobab”.
Pojawiały się trudności?
Oczywiście. Na początku miałem zakładać lokal ze wspólnikiem. Z różnych powodów nie
wyszło. Miałem trudności ze znalezieniem lokalu. W końcu znalazłem ten na ulicy
Francuskiej. Jest mniejszy niż bym chciał, ma tylko 50 m, ale rozbawił mnie pomysł, żeby ją
skolonizować, bo Francuzi skolonizowali wcześniej Senegal. Urzędniczka rzucała mi kłody
pod nogi, gdy chciałem założyć własną działalność gospodarczą. Odsyłała z kolejnymi
papierkami, utrudniała. Te same formalności załatwiłem z inną urzędniczką błyskawicznie.
Dlaczego ona to robiła? Bo jestem imigrantem? Chciała, żebym pracował nielegalnie?
Co się dzieje w twojej knajpie?
Moja knajpa jest pierwszą w Polsce knajpą z kuchnią senegalską. Serwujemy tradycyjne
dania m.in. pączki z fasoli, kuleczki rybne, krem z patatów, koktajle z mango. Pracujemy we
dwóch, ja i kucharz, również pochodzenia senegalskiego. Ale zależy mi na tym, żeby
„Baobab” nie był tylko punktem gastronomicznym. Współpracuję ze szkołą gry na bębnach
Strefa Rytmu, oraz z Festiwalem Filmów Afrykańskich Afrykamera. Organizujemy letnie
koncerty w ogródku, warsztaty gry na djembie i tańców afrykańskich, jam session.
Przychodzi na nie kilkadziesiąt osób. Organizowałem czytanie bajek afrykańskich, pokazy
filmów, ale sala jest za mała, żeby pomieścić ludzi. W sali, w której jest rzutnik można
zmieścić tylko 30 krzeseł. Chętni się nie mieszczą. Wielki ekran, mały lokal. Z Centrum
Językowym „Razem” zorganizowaliśmy spotkania informacyjne dla cudzoziemców
starających się o obywatelstwo w Polsce. Mogli się dowiedzieć jakie warunki muszą spełnić,
żeby dostać obywatelstwo, gdzie się uczyć języka polskiego, jak wyglądają egzaminy
językowe, które trzeba zdać przed uzyskaniem obywatelstwa.
Dalsze plany?
W przyszłości chciałbym rozszerzyć swoją działalność zakładając fundację i współpracując
z osobami pochodzącymi z różnych części Afryki. To nie jest takie łatwe ponieważ nie ma aż
tak wielu aktywistów wśród polskich Afrykanów. Jest nas kilku Mamadou Diouf, Pako Sarr.
Staram się ściągać do siebie jak najwięcej osób. Jak to się udaje, jestem szczęśliwy. Nie
ważne, czy utarg jest duży. Ważne, że jest głośno! Jeżeli ktoś ma promować kulturę
afrykańską, to kto ma to robić, jeżeli nie my, Afrykańczycy?
Afrykańczycy zabiegają o to, żeby nie używać słowa Murzyn.
Słusznie. Ja jestem Afrykańczykiem i jestem z tego dumny. A co to znaczy Murzyn? Być
może wyjściowo słowo to nie było pejoratywne, ale nabrało takiego znaczenia. Co to znaczy
Biały Murzyn? Biały niewolnik. To mówi wszystko. W Polsce przedstawia się
Afrykańczyków poprzez ich odmienność. Komentatorzy sportowi mówią „Przy piłce
Nowak... Kowalski... czarnoskóry”. A przecież nie mówią „biały, różowy, blondyn”.
Odnoszę wrażenie, że Afrykańczycy widoczni w mediach grają na bębnach, tańczą.
Do tego ich stroje sceniczne są „egzotyczne” – pomalowane twarze, spódniczki ze słomy.
Czy Afrykańczycy mogą się realizować w Polsce tylko w ramach wyznaczonych przez
stereotypy?
Nie tylko. Są oczywiście inni, tylko ich nie widać. Jeżeli ktoś pracuje w biurze, to się o nim
nie pisze. Znam w Warszawie inżyniera telekomunikacji, ogrodnika w Parku Pałacowym
w Wilanowie, doktora weterynarii, ale to jest mało medialne.
Mamadou Diouf, muzyk, działacz społeczny pochodzenia senegalskiego, powiedział, że
przez dziesięć lat spędzonych w Polsce nie było dnia, żeby ktoś go nie zaczepił na ulicy. –
To jest prawda. Chociaż też widzę, że jest co raz lepiej. Moja teściowa nie chciała, żeby jej
córka spotykała się z „Murzynem”, ale z czasem zaczęła zmieniać swoje poglądy. Nauczyła
się mówić Afrykańczyk. Ludzie poprzez kontakt ze mną, z moimi dziećmi oswajają się
z różnorodnością, mają możliwość zweryfikowania stereotypów. Kontakt z nami sprawia, że
ludzie zmieniają sposób postrzegania Afrykańczyków. Doświadczenia zastępują wyobrażenia.
Dzięki tym spotkaniom świat jest lepszy.
Skąd bierzesz na to wszystko siłę?
Mam ją w sobie. Skąd? Może od swojej mamy, która zawsze walczyła o swoje życie.
Angażowała się w politykę, pomagała ludziom, mówiła w czterech dialektach senegalskich.
Zawsze się śpieszyłem do domu, rozmawiałem z nią do 3 w nocy. Nie chcesz spać? – pytała.
Nie. Mamy są do rozmawiania.
Czy miałeś momenty kryzysowe?
Czasami tęsknię za morzem. Jestem człowiekiem pływającym w morzu, z falami, nie
w basenie. Czasami zadaję sobie pytanie: co ja tu jeszcze robię? Czemu tu jestem? Ale buduje
tu coś, jeszcze nie skończyłem. Mam tu swój „Baobab”. Nie można tak ściąć drzewa. Może
kiedyś, na emeryturze, wrócę, żeby wygrzewać się na plaży, jeść świeże ryby, bawić się.
Jesteś bardzo optymistyczny.
Musze podchodzić do życia pozytywnie. Budzę się rano i się uśmiecham. Świeci słonce, po
drodze do pracy pojechałem dziś nad Wisłę, pospacerowałem, wróciłem do pracy. Piękne!
Fajne! Życie jest takie.
Rozmawiała Zofia Stopa

Podobne dokumenty