Debata - Podlaskie Hospicjum Onkologiczne

Komentarze

Transkrypt

Debata - Podlaskie Hospicjum Onkologiczne
Bachmura
o tym jak w masie nie stracić na klasie
Kruk
wiersz: „Nie mogłem wrócić”
Targalski:
Przestańmy udawać idiotów
Brenda:
Niemcy o polskich obozach koncentracyjnych
Białous
rozmawia z dr. Pawłem Grabowskim, założycielem Hospicjum pw. Proroka Eliasza
Olek
o problemach frankowiczów
Sumliński:
„Niebezpieczne związki Bronisława
Komorowskiego”
Jarosiński:
Komorowski patronem WSI czy WSI
patronem Komorowskiego?
Czobanzade:
Wiersze i poematy tatarskie
Bachmura
o narodowym kompleksie lokalnej tożsamości
Białous
o śledztwie w sprawie Obławy Augustowskiej
Kaczorowski:
Z Sobiboru do UB
Korejwo
o utrwalaczach władzy ludowej
Falkowski
o Łynie
Felietony ks. Rosłana, Ulewicz,
Krystka
Łyna w Olsztynie, pocztówka z ok. 1914 r. ze zbiorów R. Bętkowskiego
Bętkowski:
Łyna, rzeka flisaków
Wesprzyj finansowo niezależne i wolne medium
„Fundacja Debata”, ul. Boenigka 10/26, 10-686 Olsztyn, nr konta bankowego: 26 24 90 0005 0000 4500 1354 7512
DEBATA Numer 5 (92) 2015
1
O tym jak w masie
nie stracić na klasie
Gdy piszę ten tekst, wokół panuje kojąca, znana wszystkim, cisza wyborcza. Ale to
tylko pozory, bo wygląda na to, że Polska jest w przededniu rewolucji. Wskazują
na to ostatnie notowania dwóch kandydatów, przeciwników obecnie panującego
nam systemu politycznego: bezpartyjnego piosenkarza Pawła Kukiza i koncesjonowanego monarchisty Janusza Korwin-Mikkego. Sondażowy rzut na taśmę daje
im razem niemal 25 proc. poparcia, co przy wyraźnej tendencji wzrostowej każe
bić na alarm. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać, gdyby tę wszechobecną,
towarzyszącą całej kampanii, medialną żonglerkę słowami „antysystemowość” i
„zmiana” brać serio. Chyba, że… mieliśmy do czynienia z kolejnym przedstawieniem, którego repertuar „podkręcono” dla wciągnięcia publiczności do udziału w
końcowym, wyborczym epizodzie.
bogdan bachmura
A
by to rozstrzygnąć warto przypomnieć czytelnikom, że istotą
i podstawowym wyróżnikiem
każdego systemu (ustroju) politycznego
jest odpowiedź na pytanie „kto rządzi”.
Tak więc w demokracji rządzi lud, czyli większość obywateli, w arystokracji
i oligarchii rządzi niewielka grupa,
w monarchii i tyranii – jeden człowiek.
Ten klasyczny podział dopuszcza rzecz
jasna wielość instytucjonalnych rozwiązań w ramach poszczególnych systemów
oraz ich modyfikacje. Jedną z nich jest
choćby panująca nam liberalna demokracja. Przyjrzyjmy się zatem, co proponuje nam „antysystemowy” Paweł Kukiz. W kończącym kampanię wyborczą
tekście dla „Rzeczpospolitej” czytamy,
że „Wprowadzenie JOW może sprzyjać
tworzeniu stabilnych rządów, ustanowieniu jednoznacznej odpowiedzialności za
sprawowanie władzy, a ponadto pogłębieniu demokracji”. Inne, „rewolucyjne”
propozycje Kukiza to „pozostawienie
systemu parlamentarno-gabinetowego”
i ewentualnie Senatu, który wprawdzie
jest „izbą bezproduktywną”, ale po pewnych modyfikacjach mógłby pozostać.
Receptą na całe zło mają być wprawdzie
jednomandatowe okręgi wyborcze, ale
i one mają służyć „pogłębieniu demokracji”. Z większą uwagą warto pochylić
się nad propozycjami Janusza KorwinMikkego. Z przekonań monarchista, na
co dzień praktykujący demokrata, pro-
ponuje silną prezydenturę, sprowadzenie
premiera do roli pierwszego ministra
podporządkowanego prezydentowi, Senat, jako izbę elitarną, w której uchwalane jest prawo, i Sejm, który „powinien
co najwyżej akceptować albo odrzucać w
całości akty prawne przygotowane przez
Senat”. Te propozycje to jeszcze nie jest
nowy system, ale poważna korekta istniejącego, w którym co prawda nadal
rządzi lud, ale prezydent i Senat zyskują
pozycję szczególnie silną i niezależną.
Korwin zdaje się przypominać, że
obalenie w Europie monarchii i powstanie demokracji z jej postulatem
równości nie zaprzeczało istnieniu
w każdej społeczności naturalnej hierarchii wyrażającej się w zapotrzebowaniu
na silne, budzące zaufanie przywództwo (ojciec narodu), elity gwarantującej
jej przetrwanie i ludu jako podstawy
społecznej piramidy. Dlatego w tej nowej demokratyczno – instytucjonalnej
układance systemowej przewidziano
instytucję prezydenta jako personifikację dawnego monarchy, Senat, czyli izbę
wyższą, reprezentującą pierwiastek arystokratyczny narodu (dzisiaj rozumiany
głównie jako arystokracja ducha) oraz
Sejm, jako pierwiastek ludowy. Oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie
proponował jeszcze powszechnego prawa wyborczego. Wprowadzono różne
cenzusy: urodzenia, majątkowy, zasług,
wykształcenia, płci, które miały pełnić
rolę kompetencyjnego sita. Było bowiem
oczywiste, że upowszechnienie dostępu
do wyborczych urn wpłynie negatywnie
na poziom wybranych przedstawicieli,
a w konsekwencji na jakość rządzenia
i styl uprawiania polityki. Rozwój mediów masowych, a wraz z nimi technik
manipulacji, sytuację wydatnie skomplikował, dostosowując rodzaj przekazu
do możliwości percepcyjnych mas, co
w efekcie daje przekaz spłycony, zinfantylizowany i emocjonalny, zamieniając
aktywnego obywatela w konsumenta
polityki, a wybory w pusty rytuał. Polityków, jako końcowy produkt tego procesu,
znamy wszyscy. Jak podkreśla Karolina
Churska w swojej pracy Rytuały w warunkach demokracji masowej, projekt demokracji masowej został stworzony dla
o wiele mniej złożonych społeczeństw
i struktur niż społeczeństwa współczesne. Temu m.in. przypisuje Churska
tyle zawiedzionych nadziei i niespełnionych obietnic współczesnej demokracji.
Dzisiaj już wiadomo, że zawiódł także
system edukacji, w którym pokładano
nadzieje na wykształcenie racjonalnego wyborcy, który potrafi być krytyczny
wobec tego, co mu się podsuwa.
Dlatego z nadzieją czekam na kandydata, który z konsekwencją Kukiza lansującego JOW, podniesie sprawę powrotu do rozsądnych cenzusów wyborczych.
Względnie zaproponuje inny sposób
na odsunięcie od władzy decydowania
o sprawach wspólnych ludzi niemających o tym pojęcia. Człowieka, który nie
ulęknie się nieuchronnego, od prawa do
lewa, larum w obronie powszechnego
i „zaszczytnego” prawa wyborczego, bo
zaszczyt w masie i tak traci na klasie. Jestem przekonany, że wielu Polaków przerażonych stanem tzw. elity, jest na taką
rozmowę gotowych. Ponoć demokracja
potrafi pokojowo rozwiązywać kryzysy,
gdyż jest zdolna do zakwestionowania
samej siebie. Może już czas sprawdzić czy
tak naprawdę jest.
Prezes Stowarzyszenia
„Święta Warmia” i „Fundacji Debata”, politolog,
publicysta
Bogdan Bachmura
DEBATA – miesięcznik regionalny
Redaktor naczelny: Dariusz Jarosiński, tel. 604 59 37 44, e-mail: [email protected]; www.debata.olsztyn.pl. DTP: Bogdan Grochal
Redakcja zastrzega sobie prawo do redagowania i skracania tekstów. Wydawca: „Fundacja Debata”, ul. Boenigka 10/26, 10–686 Olsztyn,
nr konta bankowego 26 24 90 0005 0000 4500 1354 7512.
2
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Erwin Kruk
Nie mogłem wrócić
Nie byłem na wojnie,
Więc nie mogłem z niej wrócić.
Stałem pośrodku wsi
I ona przyszła do mnie.
Uczyłem się przesłaniać te obrazy.
To jednak nie pomaga.
Czas nie jest lekarstwem
Na przerażający i przeraźliwy
Śpiew, w którego kręgach,
Jak na obcych planetach, życie upływa.
Miałem cztery lata,
A przed sobą
Lat ponad siedemdziesiąt,
Jak teraz.
Wojna przetoczyła się przeze mnie
I toczy się nadal,
Zostawiając ruiny, groby, przerażenie.
I wszystko, czego nie doznałem
I co w spokojnym domu
Nie mogłoby się zdarzyć.
Ale krzątam się dalej. I szukam domu,
I odnajduję ślady, jakie na moim życiu zostawił.
On gdzieś tu jest, milczy, oddycha nie za głośno
I czeka pewnie, jakby miał nadzieję,
Że go odnajdę w ogrodach pamięci.
Nie od razu, ale w jakiś czas po wojnie.
Panu Erwinowi Krukowi dziękujemy za wiersz, za okazywaną
sympatię. Życzymy dużo zdrowia z okazji 74 rocznicy urodzin.
Redakcja
Zamach smoleński –
przestańmy udawać
idiotów
Nieustanne podkreślanie błędów czy zaniechań rządu warszawskiego i prokuratury
w sprawie smoleńskiej dowodzi zakłamania. Śledztwa miało nie być, a celem rządu, realizującego w ten sposób interes własny i obcy, było maksymalne zatuszowanie
i uniemożliwienie śledztwa oraz ukrycie prawdy, która była niewygodna nie tylko dla
władz i mocarstw, ale również dla większości zdeprawowanego społeczeństwa.
jerzy targalski
M
iędzy 2010 a 2015 rokiem zmieniła się sytuacja geopolityczna
i powoli następuje ewolucja społeczeństwa polskiego. Rok 2010 oznaczał
apogeum resetu, czyli sprzedawania interesów mniejszych państw, jak sądził Barack Obama – w interesie amerykańskim,
Rosji. Europę pozostawiono pod kuratelą
niemiecką, a na Kaukazie przystąpiono
wspólnie z Władimirem Putinem do obalania prezydenta Micheila Saakaszwilego.
Niemcy przeżywali miodowy miesiąc po
ślubie z Rosją i raźno budowali Nord Stream, umacniając w Polsce kondominium
DEBATA Numer 5 (92) 2015
i pilnując posłuszeństwa Warszawy wobec
Rosji jako funkcji służalstwa wobec Berlina.
Zarząd polskiego żerowiska, składający się z prowincjonalnych cwaniaczków,
kombinatorów i złodziei, był zainteresowany w wykorzystaniu kłamstwa smoleńskiego do walki z opozycją. Rzecz jasna,
gdyby społeczeństwo polskie nie było zdemoralizowane, zastraszone, a nawet zdegenerowane, to takie usiłowania skończyłyby
się natychmiastowym obaleniem zarządu
żerowiska.
Czy gdyby Sowieci zamordowali prezydenta Mościckiego, Polacy też by twierdzili,
że zabił się ze złośliwości, bo mówienie czegoś innego groziłoby wywołaniem wojny
z Moskwą? Tuszowanie zamachu było więc
w interesie zarówno USA i Niemiec, jak
i większości społeczeństwa i aprobowanego
przez nią zarządu polskiego żerowiska.
Zarząd zdał egzamin
Zarząd żerowiska pod kierownictwem
Donalda Tuska miał więc tylko jedno zadanie – nie dopuścić do śledztwa, zatuszować
winę Rosji, zniszczyć opozycję i dostarczyć
uzasadnienia dla postawy zajętej przez
większość społeczeństwa zdeprawowaną
strachem, która wybrała życie w kłamstwie
z powodu głębokiego kryzysu moralnego
i tożsamościowego.
Zarząd, w tym prokuratura, zdały egzamin z punktu widzenia celu, jaki sobie
postawiły. Stanęły na wysokości zadania
i zrobiły, co mogły, by ukryć prawdę, a przy
okazji uderzyć w opozycję. Odpowiadało
to interesom Rosji, Niemiec, USA, większości Polaków, którzy uważają, że walka
o zachowanie godności jest bezsensowna.
Stale podkreślając „błędy” podobno naszego rządu uczestniczymy w kłamstwie, ponieważ nie dość, że sugerujemy, iż zarząd
żerowiska jest naszym rządem, to jeszcze
wmawiamy ludziom, że jego i prokuratury
celem było prowadzenie, a nie tuszowanie
śledztwa, dochodzenie do prawdy, a nie jej
ukrywanie. Piękny przykład zakłamania ze
strachu, by nie zostać okrzyczanym rady-
3
kałem i odrzuconym przez zdemoralizowaną tchórzliwą większość, która nienawidzi prawdy, widząc w niej zagrożenie dla
swojego gnuśnego bezpieczeństwa, a więc
ją odrzuca, a ludzi, którzy ją głoszą, nienawidzi. Tymczasem walka o wolność nie jest
radykalizmem. Radykalne lub umiarkowane mogą być tylko jej metody.
Zwrot 2015
Pięć lat temu Putin, rozzuchwalony polityką USA i Niemiec, rozpoczynał operację
nie tylko przywracania sowieckiej strefy
wpływów, ale przede wszystkim wasalizacji
Europy. Okazało się, że Zachód bez problemu przełknął zamach smoleński, więc można było posunąć się dalej. Eskalacja polityki
rosyjskiej jednak napotkała w końcu opór.
Stąd grożenie wojną i lokalne konflikty
zbrojne dla osiągnięcia pierwotnego celu.
Zmusiło to USA do zakończenia resetu i definitywnej stawki na normalizację z Iranem
kosztem interesów Izraela, co dla Polski jest
bardzo korzystne, gdyż zmniejsza znaczenie Rosji w polityce amerykańskiej.
Również Niemcy spostrzegły, że Putin nie chce przystać na bliską współpracę
kosztem kondominium w Polsce i na Ukrainie, ale bierze wszystko, sądząc, że RFN
będzie sojusznikiem Rosji na każdych warunkach. USA i Niemcy postanowiły więc
postraszyć Putina, ale w sposób umiarkowany, nie zamykając drogi do zgody. Dlatego Obama bez przerwy zapowiada jakąś
pomoc wojskową dla Ukrainy, co pozostaje
w sferze na ogół matriksowej lub symbolicznej. Ma przerazić Kreml, a rodzi tylko
eskalację, gdyż Putin nie rozumie, że chodzi o przekaz symboliczny, i myśli, że tak
wygląda prawdziwa potęga USA.
W latach 1992–2013 pomoc amerykańska dla Rosji w sferze humanitarnej,
wspierania demokracji, reform itp. wyniosła 20 mld dolarów, a w tym samym cza-
sie na te same cele Ukraina otrzymała od
USA 5 mld dol. W kategorii wspierania
demokracji Rosjanie zainkasowali 1 mld,
a Ukraińcy jedynie 0,5 mld. Może by więc
maniacy twierdzący, że majdan sfinansowali Amerykanie, zapoznali się z faktami,
zanim zaczną bredzić.
Niemcy zorientowali się, że nie tylko
Rosja nie chce podzielić się Ukrainą, ale
też bierze samą Polskę. Dali więc znać za
pośrednictwem Jürgena Rotha, że mogą
zaszkodzić, ujawniając część prawdy, ale
można też sprawę załatwić polubownie
– winny zamachu jest jakiś sierżant FSB
z Ukrainy, działający bez wiedzy i zgody
Putina. Inicjatywa wyszła zaś od urzędnika
z Warszawy – będzie trzeba tylko poświęcić
kogoś z ekipy Komorowskiego.
Korzyść polega na tym, że wraz ze zmianą sytuacji geopolitycznej zamach smoleński staje się instrumentem walki o wpływy
między Niemcami i Rosją oraz ich służalcami, ale to dopiero dobry punkt wyjścia. Im
bardziej ta walka będzie się zaostrzała, tym
bliżej będziemy ujawnienia prawdy. Największe niebezpieczeństwo polega na tym,
że hordy kłamców i agentów rosyjskich
bardzo szybko zmienią orientację, a dzięki
reżimowym mediom wszyscy natychmiast
zapomną, co mówili i jak się zachowywali
dotychczas. Jeśli będziemy stale przypominali kłamstwa tych nikczemników, będziemy mieli szansę pozbycia się ich z życia publicznego. Obawiam się jednak, że chorzy
na amnezję Polacy natychmiast wszystko
zapomną, „by się nie dzielić”.
Dwa rozwiązania
Zaostrzenie niemiecko-rosyjskich kłótni w rodzinie wcale nie jest dla nas korzystne. Wprawdzie kondominium zakończyć
się wówczas może w najlepszym wypadku
protektoratem niemieckim, ale nie uzyskamy swobody oporu przeciw Rosji, a będzie-
my jedynie traktowani instrumentalnie bez
możliwości wywalczenia sobie podmiotowości wobec żadnego z dwu rywali złączonych w miłosno-konfliktowym uścisku.
Sytuacja z I wojny się nie powtórzy.
Nieprzypadkowo w książce Rotha pojawiła się FSB z Połtawy na Ukrainie. W interesie niemieckim, może nawet bardziej niż
w rosyjskim, jest niedopuszczenie do sojuszu polsko‑ukraińskiego. Byłby on bowiem
skierowany nie tylko przeciw Rosji, ale także przeciwko niemieckiemu protektoratowi.
Dlatego wszystko, co dzieli Polskę i Ukrainę,
jest dla Berlina korzystne. Mamy być albo
oddzielnymi protektoratami, albo kondominiami, ale nie niepodległymi państwami
w sojuszu szachującymi sąsiednie mocarstwa.
Ewentualne przerodzenie się sojuszu
niemiecko-rosyjskiego w konflikt spowoduje jedynie, że USA sprawę naszego regionu w konflikcie z Rosją powierzą Niemcom, gdyż spór między Berlinem i Moskwą
odsunie zerwanie niemiecko-amerykańskie. Paradoksalnie dopiero utrwalony
sojusz niemiecko-rosyjski zmusi USA do
zaangażowania się w naszym regionie ze
względu na interes własny. Czyli tylko
wówczas staniemy się atrakcyjni dla interesów USA jako czynnik mogący sprzeciwić
się wzmiankowanemu sojuszowi. Tylko
wtedy pojawią się warunki dla suwerennej
elity politycznej do tworzenia przez Polskę
własnej podmiotowości państwowej, przy
wykorzystaniu interesów amerykańskich
jako kryszy dla realizacji naszych celów.
Źródło: „Gazeta Polska Codziennie”,
16.04. 2015
Ps. Józef Darski,
politolog, historyk,
publicysta, orientalista,
współautor ostatnio głośnej
książki „Resortowe dzieci”
Jerzy Targalski
Sztuka to niepodległość
P
onad dwadzieścia lat temu rozpoczęła się moja przygoda
z „Listem Oceanicznym”, pismem literacko-artystycznym,
które korzystając z gościnności torontońskiej „Gazety” przez
blisko dziesięć lat starało się dać świadectwo przekonaniu, że
literatura i kultura polska, po transformacji 1989 roku stanowi
jedność. Pismo zyskało uznanie i pewną popularność, historia
zweryfikowała jednak optymistyczne oceny stanu polskiej kultury i niepodległości.
Po latach patrzę na „List Oceaniczny”, jak na
swoistą formę zrealizowanego marzenia, które istniało i kwitło pomimo kryjącego się pod pozorami
jedności rozdarcia.
Polska nadal potrzebuje niezłomności Kazimierza Wierzyńskiego i postawy „pisarzy wyklę-
4
tych”, którzy twardo trzymali się prawdy i mówili wielkie NIE.
Emigracja zaś potrzebuje głosów niepodległości intelektualnej i
uznania wiekowej tradycji noszenia Polski w sercu, wbrew odległościom.
Nowe pismo „Polska Canada” chce być mostem miedzy Polską i Kanadą, między Polską i wszystkimi krajami, w których żyją
twórcy, dla których polskie korzenie nie są tylko kłopotliwym
balastem. „Polska Canada” otwiera swoje łamy dla
wszystkich, którzy wyrzekają się cynizmu, poszukują prawdy i nie wahają się przed zadawaniem trudnych pytań. Dla których sztuka, to niepodległość.
Zapraszamy do współpracy, zapraszamy do lektury!
Aleksander Rybczyński
http://www.polskacanada.com
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Niemcy o polskich
obozach koncentracyjnych
19 kwietnia 2015 r. w audycji Radia Olsztyn, przeznaczonej dla mniejszości niemieckiej i przygotowywanej na zlecenie Związku Stowarzyszeń Niemieckich Warmii i Mazur, ukazał się wywiad, jaki zatrudniony przez tenże Związek dziennikarz
przeprowadził z Pawłem Siegierem, autorem filmów dokumentalnych dotyczących najnowszej historii. Sieger był zaproszony na spotkanie Ziomkostwa Prus
Wschodnich odbywające się w Mrągowie, z pokazem filmu dokumentalnego na
temat… polskich obozów koncentracyjnych. Sam film, może poza negatywnymi
skojarzeniami wywołanymi tytułem, nie budzi większych kontrowersji. Gorzej
z omówieniem tematu, które autor wyartykułował we wspomnianym wywiadzie.
waldemar brenda
O polskich obozach koncentracyjnych:
T
e obozy powstawały od 44 roku
i pierwszy obóz powstał pod
Lublinem. Później systematycznie były przejmowane kolejne obozy niemieckie, Auschwitz – Birkenau/
Oświęcim – Brzezinka (…), Świętochłowice, Lamsdorf czyli Łambinowice,
obóz który zresztą został założony jako
obóz koncentracyjny. W tej metryce
w dokumentach założenia obozu, powołania do życia, jest „obóz koncentracyjny dla Niemców”. Tych obozów było
mnóstwo, można nawet powiedzieć, że
kilkaset. Przez jakiś czas funkcjonował
obóz w Warszawie, słynny KL [KLskrót od Koncentrationlager] Warschau
2, czyli tak zwany obóz na Gęsiówce,
Rembertów. Tereny niemieckie, kresy
wschodnie były przejmowane, a istniała
infrastruktura obozowa, to była przejmowana, jeśli nie, to powstawały nowe
obozy i to funkcjonowało właściwie do
53–54 roku, oficjalnie jako obozy pracy”.
O reagowaniu Polaków:
„Reakcja? Znaczy, jeśli ktoś ma
problem, bo nie myśli, bo ma braki w
wykształceniu, ma braki w wiedzy historycznej, to dla niego dowiedzenie
się, że coś takiego było, to jest problem.
Różni tacy – ja mówię „współcześni naziści” – kombinują, jak to wytłumaczyć,
w związku z czym pojawiają się nazwiska żydowskie funkcjonariuszy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego
czy komendantów obozu, no natomiast
problem jest taki, że 90% ludzi w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego
i ludzi w tych obozach powojennych to
byli Polacy. W związku z tym poszuki-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
wanie sposobu, by zrzucić odpowiedzialność na innych, to jest typowa reakcja
ludzi, którzy mają problem mentalny, czasami może nawet psychiczny,
a przede wszystkim są to kretyni, no…”
Wystarczy? Jedyne słowo, które
tytułem komentarza ciśnie się na usta
po takiej wypowiedzi, brzmi: skandal!
Ale skwitowanie tego typu wypowiedzi w taki sposób zbyt łatwo mogłoby
się wpisać w przekonanie Pawła Siegiera, że powodem uznania jego słów
za skandaliczne, jest odrzucenie problemu „polskich obozów koncentracyjnych”, spowodowane „brakiem wiedzy
historycznej” albo co gorsza „problemami mentalnymi…”
To samo, ale inaczej…?
Wszelkie rozważania historyczne,
także te dotyczące historii najnowszej,
powinny być dokonywane z uwzględnieniem kontekstu. Nadmierne uproszczenia, zbyt publicystyczne sformułowania itp. niekoniecznie sprzyjają
zrozumieniu przeszłości, a w zamian
oferują budowanie stereotypów. Takim
stereotypem jest na przykład nagminne zastępowanie stwierdzenia o niemieckich obozach koncentracyjnych
w czasie II wojny światowej, opowieściami o „nazistowskich obozach” lub
– ponoć ze względu na geograficzne
położenie – o „polskich obozach”. Na
skutek takich uproszczeń co chwila
wybucha afera. Dyrektor FBI James B.
Comey kilka tygodni temu mówił w
Muzeum Holocaustu o „Mordercach
i ich wspólnikach z Niemiec, Polski,
Węgier(…)”. W jednej z poczytnych
izraelskich gazet „The Jerusalem Post”
pojawiła się wzmianka o „polskich komorach gazowych”. Dorzućmy do tego
„nazistowską Polskę” w karcianej grze
edukacyjnej (!) firmy Mattel adresowanej do dzieci i już widzimy, jak pięknie w taką narrację wkomponowała
się interpretacja historii dokonana
w wywiadzie Pawła Siegiera. Nikt już
nie będzie zwracał uwagi, że mowa o
innym czasie, innych obozach i innych
ofiarach! Były polskie obozy koncentracyjne?
Takim stereotypem jest również
uznawanie za „współczesnych nazistów” tych historyków czy publicystów, którzy stawiają pytania o oblicze
etniczne polskiej (czytaj: komunistycznej) bezpieki. Można zastanawiać się
nad zasadnością takich rozważań, ale
nazywać ich z tego powodu „współczesnymi nazistami”?
Niemiecki kontekst
„polskich obozów”
Kiedy mówimy o „polskich obozach koncentracyjnych” po wojnie, nie
sposób odnosić się do tego problemu
z pominięciem obozów, czy szerzej
represji stosowanych przez państwo
niemieckie na ziemiach okupowanej
Polski w latach II wojny światowej.
W Niemczech NSDAP wygrała wybory przy ogromnym poparciu społecznym. Po przejęciu władzy przez
nazistów państwo niemieckie przystąpiło do budowania systemu obozów,
od 1939 r. rozszerzanego na terytoria
krajów okupowanych. Było ich łącznie
może nawet 12 tysięcy! Obozy jenieckie, obozy pracy, obozy koncentracyjne, obozy zagłady… Miliony polskich obywateli stały się ofiarą wojny
rozpoczętej przez Niemców. Wielu
z nich traciło życie wraz przedstawicielami innych europejskich narodów
w takich właśnie obozach. I wprawdzie
symbolem niemieckiego ludobójstwa
są dziś słowa Holocaust i Auschwitz,
ale w samym tylko obozie jenieckim
w Lamsdorf (Łambinowce) liczbę ofiar
szacuje się z ogromną rozpiętością na
40 lub nawet 100 tysięcy!
Kontekst komunistyczny
Konieczne jest także uwzględnienie komunistycznego totalitaryzmu,
od 1944 r. narzuconego Polsce przez
Moskwę, wraz z okrutnym systemem
represyjnego postępowania wobec
całych grup społecznych i narodów.
Polska komunistyczna była państwem
5
antydemokratycznym, nieakceptowanym przez większość społeczeństwa.
Przeciwko totalitarnej władzy komunistów najpierw stawiano opór, a potem
wielokrotnie buntowano się. W latach
czterdziestych i pięćdziesiątych przeciwnicy tej władzy, bądź ci, którzy za
jej przeciwników zostali uznani, byli
wywożeni do ZSRR, trafiali do więzień, obozów, często zwyczajnie byli
mordowani. W ten sposób niemiecki
obóz na Majdanku, w 1944 r. stał się
obozem NKWD, do którego kierowano polskich patriotów. Niemiecki obóz
w Działdowie w 1945 r. NKWD wykorzystywało do gromadzenia mieszkańców Pomorza, Warmii, Mazur, ale
też polskich robotników przymusowych pracujących w czasie okupacji
w Prusach, by ich następnie wywieźć
do sowieckiego Gułagu. Podobną
funkcję pełnił obóz w Ciechanowie.
Tzw. Gęsiówka, czyli niemiecki KL
Warschau, wyzwolona w pierwszych
dniach sierpnia 1944 r. przez powstańców warszawskich, niemal natychmiast
po zajęciu polskiej stolicy przez Armię
Czerwoną, w początkach 1945 r. został wykorzystywany jako obóz przez
sowietów, a od lata 1945 r. przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa.
Czy Działdowo, Ciechanów, Gęsiówka, Majdanek i wiele innych miejsc
o podobnym przeznaczeniu były zatem
„polskimi obozami” w tym znaczeniu,
jakie temu pojęciu usiłuje nadać Paweł
Siegier?
Prawdy już dawno odkryte
Z cytowanej wypowiedzi Pawła
Siegiera można wnosić, że jest on odkrywcą prawd skrzętnie do tej pory
w Polsce przemilczanych. Owszem,
badania zaczęły się dosyć późno, bo
przecież nad Wisłą można było o tym
normalnie rozmawiać dopiero wraz
z upadkiem PRL. Ale nie jest tak, że temat pozostaje nieznany i trzeba przełamywać jakieś straszliwe tabu. Pierwszą
próbą usystematyzowania wiedzy na
ten temat było opracowanie profesora Bogusława Kopki pt. „Obozy pracy
w Polsce 1944 -1950 – przewodnik encyklopedyczny” (Warszawa 2002) – autor
wymienia ponad 200 takich obiektów,
ale i przed, i po roku 2002 pojawiły się
liczne wartościowe publikacje.
Sięgam po książkę profesora Tadeusza Wolszy pt. „Więzienia stalinowskie w Polsce. System – codzienność
– represje” (Warszawa 2013). Mniej
więcej połowa tego obszernego opracowania traktuje właśnie o codzien-
6
ności obozów stalinowskich w latach
czterdziestych i pięćdziesiątych. Zaglądam do bibliografii. Dziesiątki publikacji, artykułów, monografii, edycji
źródeł, przyczynków i wspomnień.
W tytułach pojawiają się obozy w Jaworznie, Świętochłowicach, Łambinowicach, Wojciechowie, Majdanku,
Bojanowie, Błotnicy Strzeleckiej, Złotowie, Mysłowicach, Rembertowie,
Mielęcinie, Toszku, Skrobowie… Obozy dla młodocianych „przestępców”,
dla żołnierzy polskiej konspiracji, dla
Ukraińców i dla Niemców. Obozy
NKWD i obozy MBP. Obozy pracy
i obozy dla wysiedlanych. Wśród tytułów również takie: „O niemieckiej ludności cywilnej w polskich obozach (…)”
(T. Wolsza, „Dzieje Najnowsze” 2003,
nr 4), „Praca niewolnicza w obozach
koncentracyjnych Bieruta” („Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza z 18
października 1952 r.), „Polski gułag”
(B. Kopka, „Wprost” z 24 marca 2002).
A jednak żaden z tych tytułów nie budzi wątpliwości co do intencji i rzetelności autorów. Bądź samoistnie, bądź
w zestawieniu z treścią tworzą określony, historycznie uzasadniony kontekst.
Oczywiście, daleko nam do poznania wszystkich aspektów komunistycznego systemu represji, mimo że
w ostatnich latach uzyskaliśmy szereg
wartościowych publikacji, naukowych
i popularno- naukowych, także artykułów prasowych, filmów itp. Wiele
spraw jest wciąż przedmiotem dociekań historyków. Trwają polemiki, czasem zawzięte spory na temat faktów
i ich interpretacji. Wszak nie wszystko
musi być przedmiotem powszechnej
akceptacji. Dyskusja to jeden z fundamentów nauk humanistycznych.
Ale mówienie o „polskich obozach
koncentracyjnych” bez uwzględnienia
tych badań, kontekstów, okoliczności
można uznać za poważne nadużycie.
Nie tylko obozy
W omawianej wypowiedzi można
znaleźć więcej zdumiewających wątków, np. ubolewania nad likwidacją
Prus w 1947 r., państwa, które powstało „na idei Rzeczypospolitej, tylko bez
błędów, które popełnili Polacy”. Skrót
myślowy? Możliwe, ale dla mnie trącący kolejnym stereotypem i to rodem
z XVIII w. Albo taki fragment o Warmii i Mazurach: „Nagle się okazało, że
tutaj nie mieszkają Niemcy czy Prusacy,
tylko mieszkają Warmiacy, Mazurzy,
autochtoni, nie ma Niemców. Nie ma
Niemców, nie było i nigdy nie będzie”.
A z kolei, by zapobiec znikaniu Prus ze
świadomości „jest tylko jedno rozwiązanie, znaczy – koniec przepraszania,
koniec chowania się. To jest nasze, było
nasze i już. To, że w tej chwili tutaj jest
Polska – ok., ale niech ta Polska wie,
niech ci Polacy tutaj wiedzą (…) że to
jest nasza ziemia, to są nasze Prusy
z naszą tradycją (…). Trzeba zacząć
walczyć o swoje”. Jak rozumiem, taki
jest cel realizowanego przez Pawła Siegiera projektu „Pruska tragedia”, o którym również wspominał w wywiadzie.
Chce „przekazać prawdę o tej ziemi”…
Jaką prawdę?
Odcinają się
Treści audycji z 19 kwietnia wywołały burzę. O sprawie informowały
media. Głos zabrali parlamentarzyści.
Na stronie internetowej Radia Olsztyn
ukazał się komunikat Zarządu: „rozgłośnia odcina się od treści zawartych
w powyższej rozmowie, uznając ją za
manipulację faktami i stanowczo protestuje przeciwko takiej formie pokazywania historii (…).Efektem dotychczasowej współpracy Radia ze Związkiem
były programy, które wręcz wzorcowo
pokazywały potrzebę jednoczenia narodów polskiego i niemieckiego. Tym
razem, w kontrowersyjnej i jednostronnej rozmowie zabrakło dziennikarskiej
rzetelności autora, który nie powinien
dopuścić do bezkrytycznego prezentowania poglądów Pawła Siegera. Zarząd
Radia Olsztyn wyraża ubolewanie,
jednocześnie zwrócił się do Związku
Stowarzyszeń Niemieckich Warmii
i Mazur z żądaniem wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, od czego uzależnia
formę dalszej współpracy ze Związkiem
Zarząd Radia Olsztyn podjął również
decyzję o przygotowaniu cyklu audycji,
które w rzetelny i obiektywny sposób
odniosą się do treści i poglądów zawartych w rozmowie z Pawłem Siegerem”. Oświadczenie w zbliżonej treści
zostało nadesłane do Delegatury IPN
w Olsztynie. Równocześnie w trakcie
audycji radiowej „Poranne pytania”
w dniu 24 kwietnia br. prezes Związku Stowarzyszeń Niemieckich Warmii
i Mazur Henryk Hoch stwierdził
„przepraszam za tego pana”.
Dr historii, naczelnik
Delegatury Instytutu
Pamięci Narodowej
w Olsztynie
Waldemar Brenda
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Chorego trzeba okryć
płaszczem miłości
Z doktorem onkologiem Pawłem Grabowskim, założycielem
i kierownikiem Hospicjum Domowego pw. Proroka Eliasza
w Nowej Woli, rozmawia Adam Białous
Przy aucie doktor Paweł Grabowski
Jest ewenementem w skali kraju, że już
trzeci rok, założonej przez pana fundacji,
udaje się prowadzić hospicjum nie mając
kontraktu z NFZ…
Kiedy w roku 2012 otwieraliśmy hospicjum domowe w Nowej Woli, staraliśmy się
o kontrakt z podlaskim oddziałem NFZ.
Jednak byliśmy w tym temacie zupełnie
niedoświadczeni i wypełniając dokumenty,
potrzebne do tego, aby przystąpić do konkursu o kontrakt, popełniliśmy mały błąd.
Urzędnicy z NFZ odrzucili nasz wniosek
z powodu „błędu formalnego”. Kiedy złożyliśmy wniosek poprawiony, poinformowano
nas, że jest już za późno, a kolejny wniosek
o kontrakt możemy złożyć dopiero w roku
2014. Czekaliśmy więc cierpliwie, jednak
kiedy przyszedł roku 2014 Ministerstwo
Zdrowia, jak tłumaczyli się mi urzędnicy
w NFZ, niespodziewanie postanowiło, że
do połowy roku 2016 NFZ nie będzie przeprowadzać żadnych nowych konkursów na
usługi medyczne. Tak więc pozostaje nam
znów czekać, tym razem do roku 2016.
Z jakich środków udaje się fundacji
utrzymać hospicjum?
Możliwe jest to jedynie dzięki wsparciu
hojnych darczyńców i sponsorów. Wie-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
lu mieszkańców okolicznych wsi co roku
przekazuje nam 1 procent podatku, a niektórzy nawet co miesiąc przeznaczają na
utrzymanie hospicjum część swoich dochodów. Dzięki temu mamy już zapewnione
funkcjonowanie hospicjum domowego na
dwie trzecie tego roku. Poza tym staram się
otaczać ludźmi, którzy wiele dobrego robią
w hospicjum pro bono lub za swoje usługi
nie dyktują wygórowanych stawek.
Czy brak środków z NFZ nie utrudnia
funkcjonowania hospicjum?
Dzięki hojności ludzi dobrej woli udaje się nam utrzymać hospicjum domowe,
tak aby należycie funkcjonowało. Jednak
to jest stan pewnej stagnacji. Wiadomo
co stoi w miejscu i się nie rozwija, to ostatecznie ginie. Jest naszym wielkim marzeniem, aby w naszej siedzibie w Nowej
Woli, a może w innym miejscu, niedaleko
od obecnej siedziby, uruchomić hospicjum
stacjonarne. Jednak bez kontraktu z NFZ
nie jest to możliwe. Widzę wielką potrzebę istnienia takiego ośrodka, bo najbliższy
jest położony od tych przygranicznych wsi,
z których pochodzą nasi podopieczni, daleko, nawet ponad 60 km. Jeżeli osoba trafia do hospicjum, które jest tak daleko, to
jej rodzina nie ma możliwości odwiedzać
ją często.
Czy hospicjum stacjonarne, które fundacja ma plany uruchomić, miałoby się
czymś odróżniać od innych tego typu placówek?
Chcielibyśmy utworzyć hospicjum nietypowe. Opiekujemy się bowiem także takimi chorymi, którzy według norm NFZ, nie
kwalifikują się jako pacjenci hospicjum, nie
spełniają także urzędowych norm, aby stać
się mieszkańcami domów opieki społecznej.
Dam przykład. Mamy pod opieką starsze
małżeństwo. Żona leży już 15 lat w łóżku,
bez przytomności, a opiekuje się nią, przez
całą dobę, mąż, który myje ją, przewija i wykonuje inne trudne czynności. On mi mówi,
że przez 15 lat nie przespał żadnej pełnej
nocy. Chętnie poszedłby razem z żoną do
hospicjum stacjonarnego i tam się nią pomagał zajmować, bo nie chce się z nią na
dłużej rozstawać. To poruszający przykład
miłości. Nie ma jednak takiego hospicjum, a
my chcielibyśmy żeby u nas była taka możliwość, aby małżonek mógł być z osobą chorą.
Oczywiście NFZ nie dofinansowałby takiej
pacjentki hospicjum, ale chętnie zrobiliby to
darczyńcy.
Jak doszło do tego, że zorganizował
pan hospicjum gdzieś na wschodnich
krańcach Polski?
Urodziłem się i wychowałem w Krakowie. Tam, na Uniwersytecie Jagiellońskim
ukończyłem studia medyczne. W Krakowie
zrobiłem specjalizację pierwszego stopnia.
Później przeniosłem się do Warszawy, gdzie
zrobiłem specjalizację drugiego stopnia
z chirurgii szczękowo-twarzowej. W stolicy
przez 10 lat pracowałem w Centrum Onkologii, w Klinice Nowotworów Głowy i Szyi,
jako chirurg szczękowo-twarzowy. Pracowałem też jako lekarz w Hospicjum Caritas
Archidiecezji Warszawskiej w Błoniu. Kiedy
mieszkałem w Warszawie zdarzyło się coś,
co skłoniło mnie, abym podjął dzieło szaleńczo trudne. Otóż moje serce przestało bić,
zatrzymało się krążenie i około minuty nie
oddychałem. Reanimowano mnie i ocalono.
Kiedy wróciłem do życia – zrozumiałem że
Pan Bóg wzywa mnie do czynienia rzeczy
ważnych i bardzo ważnych, a to był moment
żeby te ważne zostawić i zacząć czynić te bardzo ważne. Dotarło do mnie, że najpewniej
wolą Boga wobec mnie jest to, abym zostawił
wszystko co osiągnąłem pracując z chorymi
w Warszawie, a również pozycję społeczną,
dobre zarobki, stabilizację życiową i pójść
tam, gdzie nikt nie chciał pójść. Długo się
modliłem, aby rozeznać - czy moja pycha mi
to podpowiada, czy rzeczywiście jest to wolą
Boga. Wyszło, że prawdą jest ta druga opcja.
Organizacje hospicjum zacząłem z 2 tysiącami złotych w kieszeni i grupą ludzi dobrej
woli, którzy wkrótce do mnie dołączyli. Bu-
7
dynek po dawnej szkole podstawowej w Nowej Woli wydzierżawiła nam na 30 lat parafia prawosławna, która niegdyś otrzymała go
od gminy. Tak zaczęliśmy. Mija już piąty rok
od założenia Fundacji Podlaskie Hospicjum
Onkologiczne. 3 lata od powołania przez nią
hospicjum domowego. Działamy, pomagamy, wyraźnie widzę jak Bóg to dzieło prowadzi, i to na każdym kroku, który czynimy.
Dlaczego jako patrona hospicjum obrał pan św. proroka Eliasza?
Jestem katolikiem. Kiedy pracowałem
w Warszawie, przez pięć lat należałem do
świeckiego Karmelu. Kiedy jednak przyjechałem na Białostocczyznę organizować
hospicjum, nie było możliwe, z powodu odległości i nawału obowiązków, przedłużać
moich zobowiązań świeckiego karmelity.
Z moim kierownikiem duchowym doszliśmy do wniosku, że Bóg chce abym służył
mu tu gdzie dziś żyję i pracuję. Jednak karmelita we mnie ciągle żyje. Wciąż jestem
zafascynowany patronem Karmelu – osobą
św. proroka Eliasza. Jego historia jest niesamowita. Wygnany przez królową Isabel na
pustynię, cierpi głód i prosi Boga o śmierć
(ta scena jest przedstawiona na logo naszego
hospicjum), lecz Bóg decyduje inaczej, posyła mu, przez kruka, pożywienie – codziennie kawałek chleba - aby nie chciał umierać,
aby chciał dalej żyć. Dla mnie to czytelny
symbol opieki paliatywnej. Człowiek cierpiący, u kresu życia, otrzymuje w darze od
życzliwych osób pomoc i miłość – a wtedy
pragnienie śmierci znika. To właśnie jest nasza rola – przynieść choremu ten życiodajny
kawałek chleba. Symbolem jest też płaszcz
Eliasza, przy pomocy którego dokonywał on
cudów. Przypomnę, iż płaszcz to po łacinie
palium i stąd nazwa specjalności – opieka
paliatywna. Karmelici wierzą, że Eliasz, osłania ich tym płaszczem, a my płaszczem miłości osłaniamy chorych. Powiem panu, że
Eliasz to osoba czytelna dla katolików, prawosławnych, ale też dla muzułmanów. A na
terenach gdzie prowadzimy hospicjum żyją
również Tatarzy. Może się zdarzyć, iż jakiś
Tatar też będzie potrzebował naszej pomocy.
Jaki teren obsługuje hospicjum?
Posługujemy na ubogich obszarach
wiejskich wschodniej Polski. Siedziba naszego hospicjum znajduje się we wsi Nowa
Wola, położonej około 40 km na wschód od
Białegostoku. Jest to Hospicjum Domowe
z Poradnią Medycyny Paliatywnej pw. Proroka Eliasza. Odwiedzamy stale kilkunastu
obłożnie chorych zamieszkałych w miejscowościach położonych w 4 przygranicznych
(chodzi o granicę z Białorusią) gminach
województwa podlaskiego. Ciągle zgłaszają
się do nas nowi pacjenci. Aby dotrzeć do
chorych, zamieszkałych w przygranicznych
wsiach, nasz zespół hospicyjny (lekarz, fizjoterapeuta, psycholog, pielęgniarka) musi
8
Budynek hospicjum
pokonywać dziennie dziesiątki kilometrów.
Pracownicy i woluntariusze hospicjum pomagają również rodzinom chorych oraz
prowadzą Warsztaty Terapii Zajęciowej dla
osób niepełnosprawnych umysłowo. Organizują też warsztaty, konferencje i wykłady
dla osób, które pracują z chorymi u kresu
życia – tj. personelu medycznego oraz wolontariuszy.
Czy w razie takiego życzenia chorego,
wzywacie osobę duchowną?
Nasi podopieczni należą do różnych
kościołów chrześcijańskich. Są katolikami,
prawosławnymi i protestantami. Są też osoby innych religii i wyznań. Niedawno zmarli
w naszym hospicjum w Nowej Woli protestancki pastor oraz świadek Jehowy. Dlatego
współpracujemy z duchownymi różnych
wyznań, których, jeśli taka jest wola chorego,
wzywamy do niej. Sami również, w miarę
możliwości dzielimy się z chorymi wiarą.
Chory czasem zaufa i chce o sprawach wiary
rozmawiać z lekarzem, czasem z pielęgniarką, a czasem z fizjoterapeutką czy psychologiem. Wszyscy jesteśmy wierzącymi chrześcijanami. Osobie terminalnie chorej na ból
duszy nie pomoże żadna tabletka, pomaga
wtedy spowiedź święta czy rozmowa z osobą
duchowną.
W społeczeństwie utarła się opinia, że
hospicjum to „umieralnia”. Co pan sądzi
o tym stereotypie myślenia?
Niewłaściwym jest spojrzenie na hospicjum jak na dom dla umierających ludzi. Często patrzy się na nich nawet jak na
osoby właściwie już umarłe. To jest mylny
stereotyp. My pracujemy z osobami żywymi, które mają prawo mieć swoje marzenia,
swoje plany, nawet swoje jakieś zachcianki.
I mają je. To nie jest ważne, czy człowiekowi zostało do końca życia 5 dni czy 5 minut.
To jest dalej człowiek w pełni wartościowy
i nie ma w nim nic gorszego. Jedynie panosząca się dziś na świecie cywilizacja śmierci
twierdzi, że dzieci nienarodzone są gorsze do
pewnego momentu życia oraz ludzie starzy,
chorzy też są niewiele warci. Być może na
tym oparta zostanie niedługo próba przekonania polskiego społeczeństwa do kłamstwa,
że eutanazja jest wartościowa dla niewartościowego życia. A prawda jest taka, że nie
ma niewartościowego życia. Ono ma wielką
wartość od początku do końca. Ja pracuję
z osobami chorymi od przeszło 20 lat.
W tym czasie tylko raz, jeden pacjent, będący pod presją wielkiego cierpienia, prosił
mnie o eutanazję, lecz kiedy ból minął, więcej już nie wracał do tego. Co ciekawe, nie
każdy pacjent chce żeby całkowicie wyeliminować ból, który odczuwa. Wiele osób, które
są wierzące, proszą, aby jedynie zmniejszyć
go do znośnych rozmiarów. Swoje cierpienia
chcą one bowiem ofiarować Bogu w intencji swoich dzieci czy w wielu innych intencjach. Ten ostatni okres życia ludzkiego ma
ogromną wartość. To właśnie wówczas jest
ostatnia szansa, aby pewne rzeczy, których
się w życiu żałuje, wyprostować, naprawić.
Ja jestem zafascynowany medycyną paliatywną i onkologią. Jest to dziedzina piękna i rozległa w swoich zainteresowaniach.
Medycyną paliatywną interesuje się coraz
więcej studentów wydziałów lekarskich czy
pielęgniarstwa. Wraz z psychologiem i fizjoterapeutką napisaliśmy autorski program
„Umieranie ludzka rzecz”. Na jego podstawie
organizujemy dwudniowe warsztaty dla studentów medycyny. Każdego roku przeprowadzamy je w trzech uczelniach w Polsce.
Za każdym razem jest komplet słuchaczy.
Dziękuję za rozmowę.
Niezależny dziennikarz,
publicysta, związany do
niedawna z „Naszym Dziennikiem”, lider zespołu rockowego „ignoto Deo”. Mieszka
w Białymstoku
Adam Białous
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Frankowicze: ofiary
czy cwaniacy?
„Złodzieje”, „Stop banksterom”, „Banki kpią z prawa i Polaków” – to tylko kilka
haseł, jakie przedstawiciele ok. 550 tysięcy tzw. frankowiczów nieśli na transparentach w już dwóch warszawskich protestach przeciwko instytucjom bankowym.
W mediach mainstreamowych dominuje obraz frankowiczów – osób, które zaciągnęły
tzw. kredyty frankowe – jako cwaniaków i malkontentów, którzy najpierw skorzystali
z nadarzającej się okazji, aby uzyskać tanio kredyty, a teraz - gdy koszty obsługi zadłużenia nieznacznie wzrosły – chcą przerzucić ciężar jego spłacania na resztę obywateli. Na czym polega tzw. kredyt frankowy? O co toczy się od wielu miesięcy zacięty
spór między frankowiczami a bankami? I czego tak naprawdę oczekują frankowicze?
magdalena olek
B
oom na tzw. kredyty frankowe rozpoczął się w 2005 r. – ich zaletami
miały być niższe oprocentowanie w
porównaniu do kredytów złotówkowych
oraz niski, stabilny kurs franka szwajcarskiego (CHF). Dzięki temu klienci otrzymywali kredyty o wysokiej wartości przy
relatywnie niskich kosztach, banki zaś
udzielając dużej liczby takich kredytów
zarabiały na oprocentowaniu. Pierwszy
problem pojawił się, kiedy w ślad za podobnymi wyrokami w innych krajach europejskich Urząd Ochrony Konkurencji
i Konsumenta orzekł, że część zapisów
z umów na tzw. kredyty frankowe stanowią klauzule abuzywne, czyli niedozwolone. Konflikt interesów znacząco nasilił się,
gdy kurs franka szwajcarskiego z rekordowo niskiego, tj. nieco ponad 2 zł, wzrósł
niemal dwukrotnie, na czym stracili kredytobiorcy, a zyskały banki.
Na początek należy wyjaśnić, że wbrew
obiegowej opinii tzw. kredyt frankowy
nie jest kredytem walutowym: bank nie
DEBATA Numer 5 (92) 2015
nabywa obcej waluty od podmiotu trzeciego i nie pożycza klientowi pieniędzy
w tej obcej walucie. Kredyt denominowany we franku szwajcarskim to inaczej
kredyt udzielony w złotówkach, którego
suma wyliczana jest jako równowartość
określonej kwoty wskazanej we franku
szwajcarskim. Tym samym ostateczna
wartość kredytu kształtuje się dopiero w
dniu uruchomienia kredytu i uzależniona jest od kursu waluty obcej na dany
dzień. Wysokość raty kapitału do spłaty
również zostaje określona dopiero w dniu
wymagalności tej raty – nie zaś w dniu
podpisania umowy. A zatem, w uproszczeniu, jeżeli w dniu uruchomienia kredytu o równowartości 100 000 CHF frank
kosztuje 2 zł, to kredytobiorca uzyskuje
200 000 PLN. Ale jeżeli w dniu przypadającym na spłatę zobowiązania kurs franka
wzrasta do 3 zł, to i całe główne zobowiązanie zwiększa się do 300 000 PLN.
I odwrotnie – jeżeli kurs franka spada, to
wysokość kapitału zmniejsza się. De facto
jednak kredytobiorca podpisując umowę nie wie, ile ostatecznie będzie musiał
zwrócić w przyszłości bankowi.
Powyższy mechanizm wskazuje na
spekulacyjny charakter tzw. kredytu
frankowego i od lat budził wątpliwości
prawników. Dopiero jednak gwałtowny,
dwukrotny wzrost kursu franka szwajcarskiego i związane z nim pogorszenie
sytuacji finansowej tysięcy rodzin spowodowały, że w całej Europie pochylono się
nad pytaniem: czy tzw. kredyty frankowe
w ogóle spełniają definicję kredytu, czy też
należy uznać je za instrumenty finansowe?
Kredytem bankowym jest umowa
między bankiem a kredytobiorcą, na podstawie której bank pożycza ściśle określoną kwotę pieniędzy (kapitał) na określony
czas, kredytobiorca zaś zobowiązuje się
zwrócić kwotę kapitału wraz z należnym
bankowi wynagrodzeniem w postaci prowizji i odsetek. Kwota kapitału nie ulega
zatem zmianie i jest znana obu stronom w
chwili podpisywania umowy.
Instrumentami finansowymi z kolei
są wszelkiego rodzaju umowy, na podstawie których powstają aktywa finansowe u
jednej ze stron i zobowiązania finansowe
albo instrumenty kapitałowe u drugiej
strony, np. papiery wartościowe. Wyróżnia się pochodne instrumenty finansowe,
czyli takie których wartość jest uzależniona np. od kursów akcji czy kursu waluty.
Jednym z nich jest przykładowo kontrakt
różnicowy – umowa pomiędzy sprzedającym i kupującym zakładająca, że sprzedający zapłaci różnicę między aktualną
wartością (w dniu wykonania kontraktu)
ściśle określonych aktywów, a ich wartością w dniu zawarcia kontraktu (jeśli różnica jest ujemna, to różnicę płaci kupujący
sprzedającemu).
Kredyt czy finansowy instrument pochodny – którą z tych form prawnych bardziej przypomina tzw. kredyt frankowy?
9
Odpowiedź na powyższe pytanie jest
kluczowa dla rozstrzygnięcia konfliktu
między bankami a frankowiczami. Prawo
unijne nałożyło bowiem na podmioty oferujące usługi inwestycyjne (obejmujące instrumenty finansowe) szereg specjalnych
obowiązków informacyjnych, mających
na celu maksymalną ochronę interesu
klienta (m.in. obowiązek oceny wiedzy
i doświadczenia klienta w zakresie oferowanych usług inwestycyjnych). Uznanie
tzw. kredytów frankowych za instrument
finansowy byłoby zatem niekorzystne dla
banków, które musiałyby ponieść prawne i
ekonomiczne konsekwencje nieprzestrzegania przepisów przy zawieraniu umów.
Obecnie powyższy spór prawny rozstrzyga Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w wyniku zapytania prawnego
węgierskiego Sądu Najwyższego.
Koniecznie należy zwrócić również
uwagę na drugi kontrowersyjny aspekt
udzielanych w Polsce tzw.
kredytów frankowych. Banki
stosowały bowiem w umowach kredytowych klauzule
uznawane od 2009 r. przez
Sąd Ochrony Konkurencji
i Konsumenta za abuzywne
(niedozwolone). W szczególności kontrowersje wzbudził
zapis stanowiący, iż kredytobiorca zobowiązuje się spłacić
kwotę kredytu z zastosowaniem kursu sprzedaży CHF
obowiązującego w dniu płatności raty kredytu zgodnie z
tabelą kursów walut danego
banku. Miernikiem wysokości raty nie był zatem żaden
obiektywny czynnik, np. średni kurs NBP, lecz dowolnie przyjęty przez
bank, przy czym nie informowano klienta
o zasadach ustalania kursu danej waluty.
W konsekwencji banki mogły dodatkowo
zarabiać na tzw. spreadzie, czyli różnicy
między średnim kursem NBP a „bankowym” kursem waluty. Jednocześnie banki nie zgadzały się na spłatę zobowiązań
bezpośrednio we frankach szwajcarskich.
Sytuację tę nieco poprawiła tzw. ustawa
antyspreadowa, przyjęta w 2011 r. Umożliwiła ona kredytobiorcom spłatę kredytu
we frankach samodzielnie kupionych w
dowolnej instytucji oraz nałożyła na banki
obowiązek zapisywania w umowie kredytowej wartości spreadu, po którym bank
będzie sprzedawał klientowi walutę. Do
dziś jednak banki stosują w umowach tzw.
klauzule abuzywne.
Mimo powyższych wątpliwości prawnych oraz ewidentnie bezprawnego działania banków, polskie władze oraz media
mainstreamowe przyjęły de facto „pro-
10
bankową” retorykę. Wbrew zapewnieniom o wsparciu i zrozumieniu dramatycznej sytuacji frankowiczów, w sprawie
będącej przedmiotem rozstrzygnięcia
TSUE polski rząd wydał 25-stronicowe
stanowisko odrzucające teorię o tzw. kredytach frankowych jako instrumentach
finansowych i przerzucające całkowicie
skutki gwałtownego skoku kursu franka
na kredytobiorców. Jednocześnie w mediach lansowano obraz frankowiczów
jako spryciarzy domagających się pomocy
finansowej państwa. Tymczasem frankowicze przede wszystkim żądają pomocy
władz w egzekwowaniu stosowania prawa powszechnie obowiązującego – tzw.
ustawy antyspreadowej i wyroków sądowych. Proponują również, aby wartość
zobowiązań głównych przeliczyć według
kursu franka z dnia zawierania umowy
kredytowej. Nieprawdą jest przy tym mit
o narażeniu banków na straty – podstawo-
we źródło zarobku banku przy udzielaniu
kredytu stanowi bowiem jego oprocentowanie (odsetki). Na gwałtownie rosnącym
kursie franka banki dodatkowo wzbogaciły się kosztem kredytobiorców - bez wcześniejszego ryzyka i kosztu nabycia waluty
obcej. Następnie, powtarzaną obiegowo
opinię, że raty tzw. kredytów frankowych
nie wzrosły, a zatem frankowicze nic nie
stracili, przesłania fakt, że w sposób znaczący, niekiedy dramatyczny, powiększyło
się całkowite saldo zaciągniętego kredytu. W wielu przypadkach przekracza ono
wartość nieruchomości stanowiącej zabezpieczenie hipoteczne kredytu. Powyższe oznacza, że kredytobiorca do końca
okresu kredytowania, czyli praktycznie
do końca życia nie ma żadnych szans np.
sprzedaży nieruchomości, na którą zaciągnął kredyt. W razie zaś wystąpienia niewypłacalności kredytobiorcy – dłużnika
bank zaspokoi się nie tylko z hipoteki, ale
sięgnie również do całego majątku kredy-
tobiorcy. I choćby na następny dzień kurs
franka spadł – bank nie zwróci klientowi
różnicy. Niektórzy podkreślają, że banki
przewidziały takie okoliczności, z góry
wiedząc, że nie ryzykują na ewentualnej
utracie wartości nieruchomości czy wzroście kursu franka.
„Mogli wziąć kredyt w złotówkach”
– to kolejny mit warty rozwiania.
Banki skutecznie utrudniały wzięcie
kredytu w polskiej walucie, ustanawiając
bardzo restrykcyjne warunki udzielenia
takiego kredytu, a jednocześnie kusiły
i zachęcały klientów do tzw. kredytów
frankowych. W rezultacie osoby niemające zdolności kredytowej przy kredycie
złotówkowym bez problemu dostawały
tzw. kredyt frankowy. Znacznie wyższe
były też prowizje pośredników za udzielenie „kredytu we franku szwajcarskim” niż
w polskiej walucie. Klienci byli też wprowadzani w błąd przez banki w zakresie
ewentualnego ryzyka. Wielu
frankowiczów twierdzi, iż
przy zawieraniu umów na pytania o ryzyko wahania kursu
waluty było zapewnianych
o tym, że frank szwajcarski
należy do najbardziej stabilnych walut i ewentualne nawet
maksymalnie 10-procentowe
wahania nie wpłyną negatywnie na sytuację kredytobiorcy.
Na koniec należy zwrócić
uwagę, że obecna sytuacja na
rynku walut obcych uniemożliwia większości osobom
przewalutowanie kredytu i
tym samym zapobiegnięcie
dalszemu wzrostowi zadłużenia – mało komu bowiem w
ciągu kilku lat dwukrotnie zwiększyła się
zdolność kredytowa.
Obserwując obecne działania polskiego rządu, bezradność polskich sądów
i Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów los frankowiczów wydaje się być
przesądzony. Ich ostatnia nadzieja tkwi
w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Czy organ ten jednak nie ugnie
się pod presją lobby bankowego i obiektywnie oceni sytuację? Czas pokaże. Niewątpliwie jednak żadna ze stron nie odpuści tej walki łatwo.
Absolwentka prawa
na Uniwersytecie Warszawskim, wieloletnia działaczka
Niezależnego Zrzeszenia
Studentów, współautorka
studenckiego czasopisma
„Lexuss”
Magdalena Olek
DEBATA Numer 5 (92) 2015
wojciech sumliński
„Niebezpieczne związki
Bronisława Komorowskiego”
(fragment książki)
Historia, którą opowiadam, nie jest
napisana „na wybory”. Jest reporterskim
zapisem faktów i przeżyć, które stały się
moim udziałem i tak naprawdę powstała
tylko z jednego powodu: bo lepiej wiedzieć, niż nie wiedzieć.
– W powieściach kryminalnych nie
ma wątpliwości co do dokładnej godziny śmierci znalezionej ofiary. Zazwyczaj
po pobieżnym zbadaniu lekarz puszcza
przegub nieboszczyka i mówi: „śmierć
nastąpiła ubiegłej nocy o godzinie trzeciej trzydzieści siedem”, a następnie z pobłażliwym uśmiechem, przyznającym,
że jest członkiem omylnej rasy ludzkiej,
dodaje: „Kilka minut w tę czy w tamtą”.
W rzeczywistości nawet dobry lekarz
ma dużo więcej trudności, bo waga denata i okoliczności zgonu wpływają na
ostygnięcie ciała, powodując że chwila śmierci może być określona jedynie
w przybliżeniu, z dokładnością do kilku
godzin. Nie jestem lekarzem, ani tym
bardziej dobrym lekarzem, ale jedno
mogłem stwierdzić na pewno: dyrektor
IV oddziału Banku PKO BP w Warszawie, zginął wystarczająco dawno, by
wystąpiło pośmiertne stężenie mięśni,
lecz nie na tyle dawno, by się cofnęło.
Był sztywny, jak człowiek, który zamarzł
podczas syberyjskiej zimy. Śmierć musiała nastąpić wiele godzin przed naszym przybyciem. Ile – nie wiem. Komisarz przerwał.
Po raz kolejny tego dnia przyjrzałem się człowiekowi, który snuł swoją opowieść: wysokiemu mężczyźnie
w dobrze skrojonym, ciemnym garniturze, z chłodnymi, przenikliwymi, szarymi
oczami, sympatyczną twarzą, która bardzo szybko mogła przestać być sympatyczna, wyglądającemu bardzo fachowo.
Nawet jeśli się go nie znało, nie można
było mieć wątpliwości co do jego zawodu. W jego smagłej twarzy nie było ani
niepokoju, ani wyczekiwania – po prostu spokojna pewność zawodowca, który
na zimno relacjonuje niezwykłą historię
W otoczeniu oficerów WSI Komorowski czuje się doskonale. Pierwszy z lewej gen. Marek Dukaczewski
DEBATA Numer 5 (92) 2015
niezwykłego śledztwa. „Dobry, spokojny
człowiek, a jednocześnie policjant, i to
nie taki, którego można by lekceważyć”
– zawsze tak o nim myślałem. I zawsze
zadziwiała mnie ta pozorna sprzeczność
– ot, dobry człowiek, a przy tym policjant,
którego nie można lekceważyć…
Komisarz powoli, z rozmysłem, zdusił niedopałek papierosa. Wydawało mi
się, że ten gest zawierał w sobie dziwny
przedsmak ostatecznej decyzji, jakby coś
w sobie ważył i przełamał. Po chwili wyciągnął srebrną papierośnicę, starannie
wybrał papierosa i wsunął papierośnicę na powrót do czarnej, dwurzędowej
marynarki. Był rzetelnie zmęczony – nie
na tyle jednak, by nie dokończyć tego, z
czym przyszedł. Uśmiechnął się lekko,
by po chwili podjąć przerwany wątek.
– Głowa nieszczęśnika spoczywała
na stole, na którym leżała Beretta PX 4.
To pistolet niewiele większy od standardowego telefonu komórkowego, którego jednak pocisk, zamiast przebić ciało
ofiary na wylot, niszczy wszystko, co
napotka na swojej drodze - kontynuował
spokojnie. – Przypuszczenie, że dyrektor popełnił samobójstwo kilka godzin
po tym, jak dzwonił do nas z deklaracją
przekazania nazajutrz informacji najwyższej wagi, wydało mi się zbyt naciągane. Postanowiłem więc sprawę zbadać
z bliska. Gdy podszedłem do trupa, już
wiedziałem w jaki sposób umarł… Zniżył głos do szeptu. W pełnej napięcia
ciszy zgrzytnęło kółko zapalniczki. Pochylił się do przodu, oparł o stół i mówił
dalej cichym głosem:
– Trzy ślady na piersi nie pozostawiały wątpliwości. Widziałem takie wiele
razy, zbyt często, by się mylić. Mój zawód
często sprawia, że stykam się z martwymi
ludźmi, których zgon bynajmniej nie był
naturalny. Nigdy jednak nie widziałem
podobnej sytuacji: ofiara, w której ciele tkwiły trzy kule, wyglądała tak, jakby
zginęła śmiercią samobójczą. Nie zauważyłem śladów bytności osób trzecich, ale
wizja samobójcy pociągającego za spust
raz za razem i trafiającego za każdym
razem we własne serce, podczas gdy już
pierwszy strzał musiał być śmiertelny,
wydała mi się równie absurdalna, co
groteskowa. Morderca byłby kompletnym idiotą, gdyby sądził, że ktoś uwierzy
w taki scenariusz. Kimkolwiek jednak
był, nie przywiązywał dużej wagi do
uwiarygodniania pozorów. Na moment
twarz mojego rozmówcy zlodowaciała.
– A teraz uważaj, bo będzie najciekawsze. Sekcji zwłok denata nie przeprowadzono, a samo śledztwo zamknięto, nim tak naprawdę w ogóle się zaczęło.
Nazajutrz po śmierci dyrektora w prasie
11
pojawiła się informacja, że zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w trakcie
pobytu na Ukrainie. Podobnie absurdalną informację znajdziesz w policyjnych
dokumentach dotyczących tej sprawy,
w tych aktach. Sięgnął po przepasane
tasiemką dwie opasłe papierowe teczki i pchnął je w moją stronę. Wziąłem
pierwszą teczkę z wierzchu i wyjąłem
kilka spiętych kartek. Były to informacje
Centralnego Biura Śledczego o Fundacji „Pro Civili” założonej przez oficerów
Wojskowych Służb Informacyjnych. Już
pobieżny ogląd wskazywał, że była to
bardzo interesująca lektura. Oczywiście,
jeżeli ktoś interesuje się wykradaniem
tajemnic państwowych, samobójstwami,
zabójstwami na zlecenie, defraudacjami
na gigantyczną skalę i ogólnie rozumianymi słabościami ludzkimi ze wszystkim, co określenie to w sobie zawiera.
U góry każdej kartki widniała adnotacja
o tajności dokumentu, a niżej zaznaczono odnośniki. Najstarszy dokument pochodził sprzed kilku lat i w przeciwieństwie do pozostałych zawierał nie jedno,
lecz kilka odnośników.
Cała ta sprawa coraz mniej mi się
podobała, o czym komisarz łatwo mógłby się przekonać, gdyby zobaczył moją
minę. On jednak z drobiazgową skrupulatnością lustrował sufit, jak gdyby
spodziewał się, że w każdej chwili może
zlecieć nam na głowę. Byłem zmęczony,
zirytowany i nie podobał mi się kierunek, w jakim zmierzała ta rozmowa.
W towarzystwie mojego gospodarza spędziłem pięć godzin, by później
wieczór poświecić na uporządkowanie
notatek. Cała historia w trakcie naszej
rozmowy zaczęła nabierać przejrzystości. Pokazywała, jak bardzo rzeczywisty
wizerunek Wojskowych Służb Informacyjnych oraz najważniejszego polityka,
który służb tych bronił, z konsekwencją
godną lepszej sprawy, odbiega od wizerunku wykreowanego.
Dochodziła dwudziesta, gdy sięgnąłem po drugą teczkę wypełnioną aktami
śledztwa prowadzonego przez oficerów
„polskiego FBI” - Centralnego Biura
Śledczego. Jej lektura potwierdzała, że
choć każdy polityk ma swojego trupa
w szafie, to Bronisław Komorowski miał
całe cmentarzysko.
Z całościowej analizy zebranego materiału wynikało, że minister był na bieżąco informowany przez podległe mu
służby o sytuacji na Wojskowej Akademii
Technicznej. Mimo to nie tylko nie podjął żadnych działań, które położyłyby kres
pandemonium, ale wprost przeciwnie usuwał przeszkody, które powstawały na
drodze działalności „Pro Civili”.
12
Wspólna fotografia z kapitanem Piotrem P., głównym macherem w SKOK Wołomin, aktualnie przebywającym w areszcie
Funkcjonariusze CBŚ ustalili też, że
Rosjanin posługujący się personaliami
„Igor Kopylow” – organizator procesu
wyłudzania ogromnych kredytów bankowych na rzecz „Pro Civili”, współdziałający z WSI i grupą pruszkowską
– miał niezbędne pełnomocnictwa wydane przez Ministerstwo Obrony Narodowej do zapoznawania się z pracami
badawczymi na WAT, sięgającymi nawet tajemnic państwowych. Świadkowie
potwierdzili, że Igor Kopylov regularnie
kontaktował się z kapitanem Piotrem
Polaszczykiem, który według relacji
tych samych świadków miał z kolei mieć
kontakt z Bronisławem Komorowskim.
Kopylow był też inicjatorem factoringu,
zwanego systemem satelitarnym, który
polegał na zakładaniu fikcyjnych spółek
na fałszywe tożsamości lub „ludzi – słupy”, w zamian za określoną gratyfikację.
Osoby te, bądź firmy, zaciągały kredyty
w bankach, głównie w IV Oddziale PKO
BP w Warszawie. Po krótkim czasie spółki ogłaszały bankructwo lub upadłość,
a zaraz potem upadały spółki, które
poręczały im kredyty, jak Korporacje
„Adar”, „Petimpex”, „Parsley Company
Limited”, „Kipron”, „Czok”, „Kiumar”, czy
„Glicor”. Wszystkie te spółki były kapitałowo i osobowo powiązane z Igorem
Kapylovem. Kwota wyłudzeń dokonanych tylko w ten sposób przekroczyła
sto milionów złotych, a przecież był to
tylko drobny zakres działalności „Pro
Civili”. Pieniądze transferowano z Polski za pośrednictwem Korporacji „Adar
i Parsley Company Limited” zarejestrowanej na Cyprze, do państw byłego
Związku Radzieckiego, głównie Rosji.
Przykład takiego działania stanowiła
umowa w sprawie zakupu jachtu motorowego przez „Adar” od firmy „Parsley”
o wartości sześciu milionów dolarów.
„Adar” zawarła umowę z WAT na leasing
jachtu na sześć lat, której łączna wartość
wynosiła trzydzieści sześć milionów złotych plus podatek VAT. Jednak już kilka
miesięcy później zawarto kolejną umowę
leasingu tego samego jachtu, której wysokość określono na dwadzieścia jeden
milionów złotych plus VAT. Wartość każdej z tych umów była zatem wyższa od
wartości jachtu, który po okresie leasingowania i tak miał pozostać własnością
„Parsley”. W tym samym czasie „Adar”
za pośrednictwem Wojskowej Akademii
Technicznej kupił od „Parsley” platformę
wiertniczą za sto dwadzieścia pięć milionów dolarów. Z uwagi na fakt, iż pieniądze wypłacone w wyniku obu umów – za
jacht i za platformę - miały zostać wysłane na to samo konto w banku na Cyprze,
stanowiły one prostą i szybką drogę do
wytransferowania pod osłoną WSI ponad stu trzydziestu milionów mafijnych
dolarów poza polski system bankowy.
Niezależnie od skutków finansowych, jakie wynikały z powyższych kontraktów,
umowy te zawierały również klauzule
umożliwiające kontrahentowi dostęp do
informacji stanowiących co najmniej tajemnicę służbową. Dotyczyło to przede
wszystkim możliwości wglądu w budżet
i bilans finansowy Wojskowej Akademii Technicznej, w tym zakres i budżet
finansowania prac naukowych, badawczych oraz wdrożeniowych na zapotrzebowanie Sił Zbrojnych i Komitetu Badań
Naukowych.
Nie mniej, nie więcej, oznaczało to,
iż posługujący się kilkoma tożsamościami, powiązany z obcym wywiadem,
międzynarodowy przestępca Igor Kapylow, mógł otrzymywać informacje
o stopniu zaawansowania ściśle tajnych
prac badawczych oraz o procesach ich
wdrażania na potrzeby Sił Zbrojnych
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Rzeczypospolitej Polskiej. Ustalono, że
szczególnie interesował go nowoczesny
system rakietowy. Tuż przed odebraniem śledztwa przez Wojskowe Służby
Informacyjne oficerom Centralnego
Biura Śledczego - czyli tuż przed przerwaniem śledztwa - prowadzący je policjanci próbowali dociec, jak to możliwe,
że Bronisław Komorowski, który o działalności Igora Kopylowa był informowany na bieżąco i miał w tej kwestii pełne
rozeznanie, nie zrobił kompletnie nic,
by położyć jej kres. Odbierając śledztwo
policji Wojskowe Służby Informacyjne
nie dopuściły do pełnego zrealizowania
tego wątku śledztwa.
Konkluzja oficerów Centralnego
Biura Śledczego odnosząca się do tego
fragmentu śledztwa była jednoznaczna:
Wojskowe Służby Informacyjne, które odpowiadały za kontrwywiadowczą osłonę
technologii rozwijanych w ramach projektów badawczych na Wojskowej Akademii Technicznej, same przekazały je w
obce ręce. Zdaniem prowadzących śledztwo oficerów CBŚ kluczowymi postaciami, których działania - bądź zaniechanie
działań – doprowadziły do takiej sytuacji,
a nadto do wyłudzenia z WAT setek milionów złotych, byli kierujący resortem
szef MON, Bronisław Komorowski, generał Andrzej Ameljańczyk oraz zastępca
komendanta WAT do spraw ekonomiczno-organizacyjnych pułkownik Janusz
Łada. Ten ostatni, przekraczając zresztą
swoje uprawnienia, wyraził pisemną zgodę na założenie rachunku bankowego
w IV Oddziale PKO BP w Warszawie – do
czego upoważniony był tylko komendant
WAT – a następnie założył w tym oddziale rachunek udzielając przy tym pełnomocnictw do korzystania z konta osobom
powiązanym z „Pro Civili”. Na tak funkcjonującym koncie bankowym dokonywano szeregu operacji poza ewidencją
WAT, a dotyczących fikcyjnych transakcji
gospodarczych pomiędzy „CUP WAT”
i licznymi firmami, m.in. „Budomix”,
„Transatlantic Finance Division”, „Korporacja Adar”, „Glikor”, „Sicura”, „Kiumar”,
czy „Nasz Dom”. Co ciekawe, pułkownik Łada zataił przed Urzędem Kontroli
Skarbowej fakt istnienie tego konta, ułatwiając tym samym przeprowadzenie
operacji służących do dokonania wyłudzeń. Przeprowadzane transakcje uwiarygadniały przed bankami kooperujące
z WAT firmy, co z kolei skutkowało zaciąganiem kolejnych kredytów, który nigdy
nie zostały spłacone. Tylko na tej jednej
operacji kooperujące z „Pro Civili” banki
straciły ponad siedemdziesiąt dwa miliony złotych, z kolei na współpracy z „CUP
WAT” tylko jeden oddział tylko jednego
DEBATA Numer 5 (92) 2015
banku – IV oddział PKO BP w Warszawie
- stracił kolejnych sto trzynaście milionów
złotych. Przy takim poziomie defraudacji,
rzecz jasna, trudno było zamieść sprawę
pod dywan, więc, jak to zwykle w takich
razach bywa, poświęcono najsłabsze ogniwo. W zamian za skompromitowanego
pułkownika Janusza Ładę na stanowisko
zastępcy komendanta Wojskowej Akademii Technicznej do spraw ekonomiczno
- organizacyjnych oddelegowano pułkownika WSI, Romualda Miernika, byłego
zastępcę dowódcy Oddziału 36 Zarządu
III WSI, w którym powstał specjalny zespół operacyjny do spraw malwersacji na
WAT.
W opinii policyjnych oficerów prowadzących śledztwo w sprawie „Pro
Civili” pułkownik Miernik utrudniał im
pracę, jak tylko mógł. Po objęciu urzędu
regularnie meldował osobom zaangażowanym w działalność Fundacji o wszystkich posunięciach prokuratury i Urzędu
Kontroli Skarbowej w sprawie śledztwa
na WAT. Podejmował też kroki zmierzające do skierowania postępowania prokuratorskiego na boczne wątki.
W efekcie jego działań m.in. przeprowadzono przeszukanie u pułkownika rezerwy Krzysztofa Biernata, prezesa
Centrum Innowacji i Technologii WAT.
Pułkownik Biernat podjął szereg działań
mających udowodnić bezzasadność dokonanego u niego przeszukania, włącznie z wykorzystaniem swoich politycznych koneksji. Informacja ta wywołała
popłoch wśród prowadzących procedurę, powstało bowiem realne zagrożenie
interwencji z zewnątrz i poprowadzenia
śledztwa w sposób rzetelny. W ocenie
kierownictwa „Pro Civili” uznano, iż
– jak to ujęto w wewnętrznej notatce –
„należy domniemywać, iż z przedmiotową sytuacją mogą wiązać się pewne
naciski ze strony osób powiązanych z
elitami rządzącymi. Spowodować one
mogą określone reperkusje w śledztwie.
O uzyskanych danych należy poinformować grupę operacyjną Zarządu III
WSI oraz Prokuraturę Okręgową”.
Powyższa notatka, do której dotarli
oficerowie CBŚ prowadzący śledztwo,
dobrze obrazowała relacje Zarządu III
WSI z Prokuraturą Okręgową w Warszawie prowadzącą śledztwo w sprawie
malwersacji na WAT i stanowiła potwierdzenie, że prokuratura odgrywała
podrzędną role względem WSI, które
miały zadbać, by sprawa została wyciszona, a następnie umorzona. I tak też
ostatecznie się stało.
Konkluzja była porażająca: przez siedem lat udawało się pozostawiać śledztwo na etapie postępowania przygoto-
wawczego, w którym nie podjęto decyzji
o postawieniu komukolwiek zarzutów.
Gdy po tym czasie funkcjonariuszom
„polskiego FBI” udało się odkryć wątki
prowadzące do obnażenia mafijno-agenturalnej struktury, nieomal natychmiast
– trzy miesiące po pierwszym meldunku
oficerów CBŚ do Komendanta Głównego Policji o sukcesach w prowadzonym
śledztwie - w Ministerstwie Obrony
Narodowej zainicjowano działania prowadzące do zamknięcia prowadzonego
przez policję śledztwa przeciwko „Pro
Civili”. W celu zapobieżenia potencjalnemu niebezpieczeństwu szef WSI,
generał Tadeusz Rusak, podjął otwartą walkę z organami ścigania żądając
przekazania śledztwa w sprawie Fundacji Wojskowym Służbom Informacyjnym i zakazując policji podejmowania
jakichkolwiek dalszych działań przeciwko „Pro Civili”. W liście do zastępcy
komendanta głównego policji generał
Rusak napisał między innymi: „Uprzejmie informuję Pana Komendanta, że z
uwagi na względy operacyjne oraz proceduralne dalsze czynności – w stosunku do osoby rozpoznawanej – Wojskowe
Służby Informacyjne będą realizowały
we współdziałaniu z Urzędem Ochrony Państwa. Nadmieniam, iż Zarząd
Kontrwywiadu I WSI nawiązał roboczy
kontakt z podległymi Panu Komendantowi funkcjonariuszami Biura do Walki
z Przestępczością Zorganizowaną w celu
wyjaśnienia sytuacji związanej z działalnością Fundacji ‘Pro Civili’”.
Po otrzymaniu pisma tej treści
i „konsultacjach” policja została zmuszona do odstąpienia od wszelkich działań
dotyczących „Pro Civili” oraz „Planete”- klubu mafii pruszkowskiej prowadzonego przez Jarosława Sokołowskiego pseudonim „Masa” – i to mimo, że
sprawa była rozwojowa, a zgromadzony
materiał bardzo szczegółowy. Doszło do
tego, choć na gruncie prawa nie istniała żadna możliwość, by generał Tadeusz
Rusak mógł wydawać Komendantowi
Głównemu Policji polecenia, a ten - by
się do nich stosować. A jednak w obu
przypadkach tak się dokładnie stało.
Dopięte do akt analizy wskazywały,
że interwencja w postaci przywołanych
w piśmie „konsultacji” musiała odbyć się
za poziomie ministerialnym – Ministra
Obrony Narodowej oraz Ministra Spraw
Wewnętrznych…
Niebezpieczne związki Bronisława
Komorowskiego, Biała Podlaska 2015
Wojciech Sumliński
Dziennikarz śledczy, autor kilku książek
13
Komorowski patronem
WSI czy WSI patronem
Komorowskiego?
Fundacja „Pro Civili” została założona w roku 1994 przez oficerów Wojskowych
Służb Informacyjnych. Miała zajmować się m.in. ochroną funkcjonariuszy i pracowników służb państwowych oraz ich rodzin. Celem było też prowadzenie działalności
charytatywnej na rzecz osób potrzebujących. Faktycznie działała w obszarze ubezpieczeń, budownictwa, nauki (Wojskowa Akademia Techniczna), importu – exportu.
dariusz jarosiński
B
ronisław Komorowski był jedynym
posłem Platformy Obywatelskiej,
który w roku 2006 sprzeciwił się
rozwiązaniu przez Sejm RP Wojskowych
Służb Informacyjnych, służb poprzez
które Rosjanie mogli oddziaływać na sytuację w III RP. Zbrodnią i hańbą nazwał
prezydent Komorowski rozwiązanie WSI.
Widać więc, że nie przebierał w słowach
mówiąc nawet o swoich koleżankach i kolegach z PO - i to w pięć lat po rozmontowaniu w sposób lege artis przez Sejm RP
„długiego ramienia Moskwy” (określenie
prof. Sławomira Cenckiewicza). W tym
kontekście nie powinno dziwić oddawanie przez prezydenta Komorowskiego
honorów gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu – zapraszanie go na posiedzenia Rady
Bezpieczeństwa Narodowego, czczenie
jego urodzin, przemówienie na pogrzebie, a także otaczanie się w Kancelarii
Prezydenckiej postkomunistami, i to nawet tak skompromitowanymi, jak choćby
Tomasz Nałęcz, który robi za prezydenckiego bulteriera.
„Żołnierze WSI nie będą głosować
czwórkami, ale Komorowski ma mój głos
i środowiska WSI, bo kategorycznie był
przeciwny likwidacji WSI. Otworzę szampana, gdy wygra” – mówił w czasie kampanii wyborczej w roku 2010 w wywiadzie
dla „Polski. The Times” Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych, szkolony przez GRU w Moskwie.
„Gdyby chciał skorzystać z naszej rady,
z naszych opinii czy ekspertyz, absolutnie
jesteśmy otwarci, żeby taką wiedzą służyć
– zapewniał dalej były szef WSI.
Zdaniem Doroty Kani, publicystki,
współautorki „Resortowych dzieci”, Bronisław Komorowski związał się z WSI od
początku swojej działalności politycznej
po roku 1989. To kontrwywiad WSI miał
wybawić Komorowskiego z kłopotów,
14
odzyskać zainwestowane duże pieniądze
w piramidzie finansowej Janusza Palucha
i uzależnić go od siebie. O sprawie pisała Dorota Kania w czerwcu 2010 roku
na łamach „Gazety Polskiej”: „W 2007 r.
w Aneksie z weryfikacji Wojskowych
Służb Informacyjnych ukazała się informacja o pieniądzach ulokowanych przez
Bronisława Komorowskiego i aktora Macieja Rayzachera (jest obecnie w komitecie poparcia Komorowskiego na prezydenta) w parabanku.
Służby interesowały się również kontaktami finansowymi Komorowskiego
i Rayzachera z Januszem Paluchem, który
prowadził tzw. działalność parabankową.
Komorowski, Rayzacher i Benedyk mieli
zainwestować w przedsięwzięcie Palucha
260 tys. DEM. (…) W notatce WSI stwierdzono, że Rayzacher i Komorowski nie
mieli »możliwości żądania zwrotu pieniędzy drogą prawną«. W.S. Tomaszewski dowiedział się, że »generałom udało się odzyskać pieniądze przy pomocy kontrwywiadu
wojskowego«. Próbą odzyskania pieniędzy zajął się w imieniu Komorowskiego
i Rayzachera WS [tajny współpracownik
WSI – red.] »Tomaszewski«. – czytamy
w Aneksie.
Sprawę komentowały szeroko zarówno media, jak i Bronisław Komorowski i Maciej Rayzacher, który w latach 1991–1993 był zastępcą dyrektora
departamentu oświatowo-kulturalnego
w Ministerstwie Obrony Narodowej w
czasie, gdy Komorowski był wiceministrem obrony narodowej ds. wychowawczo-społecznych.
Wymienianie mojego nazwiska w kontekście nadużyć dokonanych przez niejakiego Janusza Palucha to kolejny przykład
opowiadania w stylu: »On ukradł albo
jemu ukradli, dość, że zamieszany w kradzież«. Otóż to mnie ukradziono wówczas
pieniądze, które pożyczyłem od rodziny
i powierzyłem p. Rayzacherowi, który je
umieścił w jakiejś piramidzie. To nie miało
nic wspólnego z WSI. Tyle że WSI rozpracowywały aferę, w której pieniądze utracili
też niektórzy oficerowie – stwierdził na łamach „Gazety Wyborczej” w lutym 2007 r.
Bronisław Komorowski”.
Swoją drogą nie sposób nie zadać pytania: skąd Bronisław Komorowski dysponował w roku 1991 kwotą 260 tysięcy
niemieckich marek? Od niego samego
niczego się nie dowiemy, pytania o sprawę „Pro Civili” i WSI wyprowadzają Komorowskiego z równowagi. Dawno temu
przekonał się o tym Wojciech Sumliński,
który tak po latach opowiedział przygodę
z Bronisławem Komorowskim: „W roku
2006 pracowałem w TVP. Byłem głównym autorem programu śledczego ‘30
minut’, współpracownikiem programu
‘Misja Specjalna’. Dla pierwszego z tych
programów postanowiłem nakręcić materiał dotyczący WSI, bo miałem bardzo
dużo materiałów pokazujących, że jest to
organizacja przestępcza, a nie żadna służba kontrwywiadowcza. Ponieważ Bronisław Komorowski bronił tamtych służb w
tamtym czasie bardzo mocno, zapytałem
go czy zgodziłby się jako marszałek sejmu
opowiedzieć o tychże służbach, ale tak naprawdę moją intencją było aby zapytać co
łączy go z tajemniczą fundacją, bo wpadłem na pewien trop – bardzo szokujący,
pokazujący dziwne związki drugiej osoby
w państwie z organizacją przestępczą.
Bronisław Komorowski się zgodził,
zaprosił mniei ekipę telewizyjną do Sejmu. Przyjął nas bardzo otwarcie, poczęstował kawą, z uśmiechem odpowiedział
na pierwsze pytanie o ocenę działalności
WSI, opowiedział o tym jakie to wspaniałe służby i ile dobrego zrobiły dla Polski.
Ja zadałem następne pytanie Bronisławowi Komorowskiemu: panie marszałku, czy zna pan fundację ‘Pro Civili’?
I w tym momencie nastąpiła scena, której
nie zapomnę do końca życia. Bardzo sympatyczny, uśmiechnięty gospodarz nagle
poczerwieniał i mówi: ‘Nie na taką rozmowę się umawialiśmy’. Odpowiedziałem: na
taką rozmowę panie marszałku, ponieważ
mieliśmy rozmawiać o WSI, a fundację
‘Pro Civili’ założyły WSI. Następne pytanie
marszałka było: ‘Czy pan wie, co pan robi?’
Ja potraktowałem to jako zawoalowaną,
a może wcale niezawoalowaną, groźbę.
Odpowiedziałem: wiem panie marszałku,
opinia publiczna ma prawo wiedzieć. Spojrzał na zegarek, i mówi: ‘Ma pan minutę
na opuszczenie mojego gabinetu’. Kamera cały czas to kręciła. Wyszedł zupełnie
z siebie, nie panował nad sobą. Ja się nie
ruszałem i zadałem następne pytanie, ono
DEBATA Numer 5 (92) 2015
dotyczyło jakiegoś konkretu w sprawie
WSI. Marszałek spojrzał na zegarek po raz
drugi, i mówi: ‘Pół minuty’. Minęło kolejne
pół minuty, wstał i wyszedł”.
dopiero został szefem WSI. Różne historie
związane z ich aktywnością wpisującą się
w budowanie polskiego modelu postkomunistycznego (…). „Te służby poprzez niezwykłą aktywność wewnątrzkrajową w ca*
łej dekadzie lat 80. zbudowały pewną bazę
Liderzy PO i Komorowski próbowali
kapitałową, którą w dużej mierze zawdziępogrążyć kandydata na prezydenta RP dr.
czają kontroli bazy kapitałowej państwoAndrzeja Dudę uderzeniem w SKOK-i
wej, która została później przetransferoi w senatora PiS Grzegorza Biereckiego.
wana częściowo do rąk prywatnych. I temu
Do brudnej roboty wynajęli zaprzyjaźsłuży operacja finansowa Funduszu Obsłunione media – także Leszek Balcerowicz
gi Zadłużenia Zagranicznego (FOZZ), po
dał się użyć do propagandowej nagonki
to, żeby uzyskać kapitał, a przez to również
na SKOK-i, mówił m.in. w Radiu TOK
wpływy w wolnej Polsce, które spowodowaFM: „Mało kto zdaje sobie z tego sprawę,
ły, że ci ludzie stali się tak wpływowi. To jest
ale sprawa SKOK-ów to największa afera
grupa o niezwykłych możliwościach lobbinfinansowa w ramach naszego sektora figowych, politycznych”. „Da się empirycznie,
nansowego”. Dla zagranicznych banków,
źródłowo udokumentować fakt wspierania
instytucji finansowych, rodzime, polskie
środowiska wojskowych tajnych służb przez
banki będą zawsze solą w oku. Politycy
polityka, później ministra, parlamentarzyPO musieli jednak wyciszyć
stę, a dziś prezydenta Bronisprawę „afery SKOK-ów”,
sława Komorowskiego”.
kiedy okazało się, że owJest wiele przykładów,
szem, jest afera, ale w SKOże Bronisław Komorowski
K-u Wołomin, zarządzai jego WSI-owo – postkonym przez byłych oficerów
munistyczna ekipa stanoWSI. Służby już wielokrotwią zagrożenie dla bezpienie próbowały przyklejać
czeństwa „teoretycznego”
jakieś afery do polityków
państwa. Patron WSI mówi
Prawa i Sprawiedliwości,
w czasie kampanii wybora wcześniej Porozumienia
czej o zgodzie, choć wiadoCentrum, a jak wiadomo,
mo że nie jest człowiekiem
najtrudniej wytłumaczyć
zdolnym mentalnie do komsię, że nie jest się wielbłąpromisu i pojednania, chyba
dem. Wiele lat temu niejaki
że w imię osobistych intereWitold Krasucki spłodził
sów. W poprzedniej kampa„Dramat w trzech aktach”,
nii wyborczej nie zawahał
wedle tej bajki obóz Jarosię wykorzystać śmierci
sława Kaczyńskiego miał
Barbary Blidy dla osiągnięmieć związek z aferą FOZZ.
cia korzyści politycznych
Zdaniem publicystów „To jest miś na miarę naszych możliwości. My tym misiem otwieramy oczy niedowiar- – pamiętna była wizyta
niezależnych mediów, ze kom! Mówimy: to jest nasz miś, przez nas zrobiony, i to nie jest nasze ostatnie słowo!"
w domu Blidów pod okiem
SKOK Wołomin wyprotelewizyjnych kamer; aktuwadzono prawie miliard
alnie liderzy PO i prezydent
złotych. Chociaż Krajowa SKOK jeszcze czekiści, którzy interesowali się sprawami wykorzystali w sposób haniebny śmierć
przed bankructwem alarmowała Komisję Polonii, emigracji, Kościoła katolickiego”. i pogrzeb Władysława Bartoszewskiego do
Nadzoru Finansowego o podejrzanych „Służby wojskowe przeszły suchą nogą do zaatakowania przeciwników politycznych.
działaniach władz wołomińskiej spół- nowej rzeczywistości. Nie były nawet wery- Roczne utrzymanie Bronisława Komorowki, to jednak ciągle trwało przyzwolenie fikowane tak płytko, jak były weryfikowane skiego i jego otoczenia pochłania ogromne
na grabież pieniędzy. Przewodniczącym służby cywilne. Nie było żadnych komisji pieniądze. Portal money.pl policzył, że prerady nadzorczej SKOK Wołomin był kpt. kwalifikacyjnych, weryfikacyjnych w latach zydent Polski jest czwartym najdroższym
WSI Piotr Polaszczyk, od jakiegoś cza- 89/90. (…) Lata 1989-2003 to okres, kiedy w utrzymaniu europejskim przywódcą.
su przedstawiany w mediach jako Piotr służby wojskowe funkcjonowały, (...) a nie Więcej wydają tylko Włosi i Francuzi,
P. – uprzednio oficer obiektowy na WAT było żadnej ustawy, która by regulowała a także brytyjska rodzina królewska.
oraz członek władz fundacji „Pro Civili”. działalność WSI. To pokazuje lukę, która
We władzach SKOK Wołomin zasiadali spowodowała, że te służby się autonomitakże inni członkowie kierownictwa „Pro zowały, również wobec własnych przełożoCivili” – płk. Marek W. oraz Krzysztof W. nych. To były służby pozbawione kontroli
Zapewne przypadek sprawił, że syn Bro- politycznej, a więc także kontroli społecznisława Komorowskiego, Tadeusz, zatrud- nej”. „Konstanty Malejczyk bardzo się uakRedaktor naczelny
niony jest jako prokurent w spółce Maddy tywnił przy okazji sprawy Józefa Oleksego.
miesięcznika „Debata”,
członek redakcji
Investments powiązanej z Piotrem P. i za- Marek Dukaczewski był aktywnym w zasamieszanej w sprawę obrotu po zaniżonych dzie politykiem - był pracownikiem kance- miesięcznika „Nowe Państwo
cenach terenami po fabryce „Ursus”.
larii prezydenta Kwaśniewskiego, a później
Dariusz Jarosiński
DEBATA Numer 5 (92) 2015
*
Zdaniem ekspertów z zakresu obronności kraju, służb specjalnych, WSI były
organizacją przestępczą, wykorzystywały
swoją uprzywilejowaną pozycję w państwie do robienia różnych ciemnych interesów, m.in. handlu bronią, handlu gruntami, wyłudzenia VAT, kredytów. Prof.
Sławomir Cenckiewicz, likwidator WSI,
autor znakomitej, jedynej jak do tej pory
publikacji naukowej opisującej historię
i działalność wywiadu wojskowego w PRL i
III RP, pt. „Długie ramię Moskwy”, tak mówił na jednym ze spotkań z czytelnikami:
„(…) wszyscy ludzie, których Państwo
identyfikują z WSI, tacy, jak Marek Dukaczewski czy Konstanty Malejczyk, czy
komandor Wawrzyniak, Głowacki, Izydorczyk, to są wszystko ludzie wywiadu wojskowego PRL. (...) Wypróbowani wojskowi
15
„Przerażająca jest
obojętność na to,
kto będzie nami władał”
Szesnastu polskich biskupów stanęło w obronie Polski i wiary. Ich wspólnie wypowiedziane „non possumus” to sprzeciw wobec triumfujących od kilku lat treści i tonu antypolskiej oraz antychrześcijańskiej propagandy. Publikujemy fragment książki „Polsko,
uwierz w swoją wielkość”, w którym bp Edward Frankowski mówi o niebezpiecznych
skutkach „syndromu zabitych sumień”, przekładających się na obojętność Polaków wobec kwestii politycznych i tego, kto będzie rządził krajem.
P
rzerażająca jest obojętność na to, kto
będzie nami władał, jakby w myśl
powtarzanego obrzydliwego sloganu: „Niech nawet diabeł rządzi, byle mnie
było dobrze”. Ilu Polaków zastanawia się,
co z nami będzie? Zwłaszcza w sytuacji tak
poważnych zagrożeń, które na nas idą. Kto
będzie się nami wtedy przejmował? Kto będzie za nas głowę nadstawiał? Każdy będzie
pilnował siebie, a kto nas? Czy jesteśmy zdolni wziąć los Ojczyzny w swoje ręce, poczuć
się gospodarzami domu ojczystego, skoro
aż połowa naszego społeczeństwa nie bierze udziału w wyborach? Obojętne im, kto
będzie nami rządził. Przerażająca jest obojętność rządzących, ale jeszcze bardziej przeraża obojętność dużej części polskiego społeczeństwa. Ośmielę się powiedzieć, że jest
to syndrom zabitych sumień. Obojętność
wobec Boga, wobec najwyższego Dobra,
które jest źródłem wszelkiego dobra, miłości i prawdy. Lekceważenie tego powoduje
totalną obojętność spowodowaną paraliżem
sumień Polaków. To jest najgorsze. Nie potrzeba zabijać, tylko wygodnie rozsiąść się w
fotelu i chłonąć te wszystkie obrzydliwe treści – bezbożne, szkalujące Kościół, Polaków,
zwłaszcza tych prawdziwych, miłujących
Ojczyznę, i pozwolić, żeby nam zabili sumienia. „Bez serc, bez ducha to szkieletów ludy”. Wystarczy przyzwyczaić się do tego, co
czynią ci na górze, którzy sumienie zostawiają za drzwiami miejsc pracy, za drzwiami
parlamentu, ośrodków nauki czy szpitalnej
posługi, pozwalają sobie na bezczelne kłamstwa, złodziejstwo, na coraz większą niesprawiedliwość i nieuczciwość. Mamy coraz
więcej przestępców, którzy ich naśladują.
Szybko się tego uczą. Wielu ludźmi rządzi
głupota i diabelska przewrotność. Jakże nie
nazywać tego diabelską przewrotnością? Zabicie pojedynczego człowieka jest zbrodnią,
a zabijanie 50 mln niewinnych, bezbronnych
dzieci w łonach matek na całym świecie jest
tylko regulacją populacji i postępem. Zabicie jednego człowieka jest zbrodnią, ale
16
zabijanie całej grupy ludzi, nawet całej populacji, jak w wojnie rosyjsko-czeczeńskiej
czy izraelsko-palestyńskiej, jest bohaterstwem. Okłamywanie jednostki jest złem,
ale oszukiwanie całego narodu, jak to często
robią media i politycy, jest tylko polityką.
Wszystko ma być wznoszone i rozwijane na
ateizmie. Wierzyć w Boga można tylko prywatnie, w ukryciu, a publicznie obowiązuje
poprawność polityczna.
Nakazują nam myśleć, chcieć, mówić,
działać tak jakby Boga nie było! Do tego
nikczemnego dzieła potrzebują ludzi potulnych, przymilnych, słabych, kłamliwych, bo
tylko tacy dadzą się kupić, zmanipulować.
Dawniej ludzie kłamstw się wstydzili. Dzisiaj okłamuje się nas bezczelnie w żywe oczy.
W tych oszustwach przodują niektóre media, które chwalą, usprawiedliwiają i nagradzają nawet największych oszustów. Dawniej
tworzono imperia przez krwawe podboje.
Dzisiaj media podbijają nasze umysły, niszcząc mądrość narodu, zabijając sumienia.
Na lotnych piaskach współczesnych prądów
ideologicznych usiłują zakładać fundamenty
domu ojczystego. Takie tornado medialne
może być użyte tylko do burzenia, niszczenia mocnych autorytetów moralnych, a nie
do budowania. Chichot szatana słyszy się
nawet w komisjach praw człowieka, w ONZ,
w Genewie. Trzy lata temu zalecono, aby nasz
rząd poszerzył możliwość aborcji na każde
życzenie matki – żeby złamać poglądy religijne naszych lekarzy, szerzyć środki poronne
i edukację seksualną wśród młodzieży i dzieci. Nawet w agendach Organizacji Narodów
Zjednoczonych rozsiadł się duch morderca.
On to powoduje, że wszędzie chcą zwalić
całą konstrukcję etyki chrześcijańskiej, a tym
bardziej u nas. Bo Polska to kraj katolicki, to
bastion katolicyzmu, to ludzie, którzy kochają Ojczyznę. Dlatego trzeba tu skierować
wszystkie wysiłki, aby wszystko to porąbać.
Są dwie podstawowe wspólnoty Polaków
– naród i rodzina. Obie najważniejsze i obie
w rozkładzie. Naród zagrożony jest zapaścią
demograficzną – rodzi się o połowę mniej
dzieci niż 20 lat temu, a z Polski wyjechało
ok. 3 mln młodych rodaków, którzy wypracowaliby emerytury dla starszych i warunki
życia dla siebie. Brak dzieci, brak młodzieży, brak sił do pracy, brak twórczości, brak
odwagi. Nie ma kto bronić, nie ma kto walczyć. Zamykają szkoły. To są problemy, tym
się trzeba zająć. Otoczyć opieką rodziny,
zapewnić im bezpieczeństwo, stworzyć wyrazistą politykę prorodzinną, która będzie
im służyć. Tymczasem prawie co czwarte
polskie małżeństwo z czworgiem lub więcej dzieci żyje w skrajnym ubóstwie. Ponad
pół miliona najmłodszych z powodu biedy
nie korzysta z opieki lekarzy specjalistów.
Skrajną nędzą dotkniętych jest kilkanaście
procent ludzi w najuboższych województwach, zwłaszcza osoby niepełnosprawne
i wielodzietne rodziny.
Oto, do czego prowadzi lekceważenie
nauki Krzyża Świętego, tej Miłości Chrystusa płynącej z przebitego boku. Powoduje
to nasilanie się ataków skrajnie lewicowych
środowisk na tradycyjne wartości, chrześcijaństwo, rodzinę, wierność, miłość małżeńską, kwestionuje się nawet wychowanie
młodzieży w duchu chrześcijańskim w szkołach. Także tutaj są tacy, którzy chcą zrobić
totalną rewolucję, odciąć nas od naszych
chrześcijańskich korzeni, od naszego dziedzictwa duchowego. Ale jak się nas odetnie
od korzeni, to wszystko uschnie, zostanie
skazane na śmierć. Korzystają w tej walce
z poparcia lewicowo-liberalnych mediów
w imię fałszywie rozumianej wolności czy
postępu, są wielce agresywni i nietolerancyjni. I tutaj nam się nasuwają słowa naszego
umiłowanego Ojca Świętego Jana Pawła II,
który powiedział w Kielcach w 1991 r.:
„Chciałbym tu zapytać tych wszystkich,
czy wolno lekkomyślnie narażać polskie rodziny na dalsze zniszczenie. Nie może być
wolności, która zniewala, czyli swawola to
jest niewola. Trzeba wychowania do dojrzałej
wolności. Może dlatego mówię tak, jak mówię, ponieważ to jest matka moja, ta ziemia.
To jest moja matka, ta Ojczyzna, to są moi
bracia i siostry. Zrozumcie wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw,
zrozumcie, że sprawy te nie mogą mnie nie
obchodzić, nie mogą mnie nie boleć. Was też
powinny boleć. Łatwo jest zniszczyć, trudniej
odbudować. Zbyt długo niszczono. Trzeba
intensywnie odbudowywać, nie można dalej
lekkomyślnie niszczyć. Ta ziemia polska naznaczona jest w sposób szczególny obecnością
Matki Chrystusa. Niech się odrodzi w Bogu
ludzkie ojcostwo i polska rodzina, i ludzkie
macierzyństwo”.
Polsko, uwierz w swoją wielkość. Głos biskupów w sprawie Ojczyzny 2010–2015, Biały
Kruk, 2015
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Bekir Czobanzade
Wiersze i poematy tatarskie
Przekładu dokonali: Selim Chazbijewicz ( przekład poetycki),
Henryk Jankowski (przekład filologiczny)
Grzechy przeszłości
Ten i ów gdy książkę otworzy – przeklina,
Batu chana, Hulagu, Timura,
Barbarzyńca- tak historii brzmi wyrok ,
Na gnącego niegdyś karki emira.
Nie przejdziesz nigdy tego stepu bez zmagań z naturą,
W tatarskim stepie, cichym stepie, trzeba wzniecić burzę,
Wyschły tu rzeki, zeschły żaby, puchacze zawodzą,
W tatarskim tym stepie, cichym stepie, gdy dziecko się rodzi.
„Lud i chan tatarski” – szepcą
W różnej mowie, w różnych stronach świata,
Chan tatarski kraje me zniewolił,
Niech go piekło, niech idzie do kata.
W tatarskim stepie, cichym stepie, opadła posucha,
Stepowi temu krwi potrzeba, może się odrodzi.
W tatarskim stepie, cichym stepie, stada krów, zajęcy,
Tatar zsiadłszy z konia, zasępiony,
Twarz ukrywa, głos ścisza wstydliwie,
Nie znam Batu, Czyngisa, Timura,
Nie widziałem, nie wiem, nie rozumiem.
„To ty ! „ – syczą mu wrogowie,
Twój wygląd świadectwem historii,
Ty to jechałeś za Czyngisem,
Ty to paliłeś z żądzy mordu,
Twa cera śniada, nos płaski, skośne oczy.
Stepowi temu lwa potrzeba by nie wysechł więcej.
Budapeszt 1916
***
Kurt Nebi Czoban
Owce rozpuścił, na kiju się wsparł,
I flet ożywił Kurt Nebi Czoban.
„To nie ja” – biedak odpowiada,
Jam nie z rodu Czyngisa ni Batu,
Ojciec prawy, zacna matka stara,
Ma rodzina z kadiego, imama.
Włosy czarne, białe nogawice,
Lśni mosiądzem sakwa, błyszczy nóż,
Kurt Nebi Czoban stado swe rozpuszcza po zboczu,
I swe owce, jagnięta i kozy liczy już.
Zostawcie ten lud biedny – jest niewinny,
Jeśli byłby to odpowie za to,
To jam wnukiem Timura, Czyngis Chana,
I ja będę na ich drodze stawał.
Po czym włożył duszę całą w świst piszczałki,
I o bożym świecie zapomniał był całkiem.
Biorę wszystkie winy ich na siebie,
My paliliśmy twój Bagdad, twoją Basrę,
Rujnowaliśmy pałace Rzymu.
Zarzynaliśmy. Jednym cięciem trzewia, kości,
Gwałciliśmy kobiety bez litości,
U podnóża gór pięknego Krymu.
Budapeszt 13 lutego 1920
***
W cichym stepie tatarskim
W tatarskim stepie, cichym stepie nie wyrosła trawa,
W tatarskim stepie, cichym stepie znikł jadalny owoc,
Już dawno tędy młodzieniec nie przeszedł,
Tą krętą drogą !...
W cichym stepie, stepie tatarskim martwe wioski stoją,
W tatarskim stepie , cichym stepie, ludzie żyć się boją,
Na cmentarzach zebrana z tatarskiego stepu
Jego młodzież – i rzadkie dziś dzieci !
Nie pije wody step tatarski do końca bezkresu,
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Na zboczu gór krymskich Kurt Nebi Czoban
Patrzy na babie lato, jest zupełnie sam.
I tak gra na swej fujarce Kurt Nebi Czoban,
„Kręć się wkoło, kręć z wiatrem” – kręci się,
Znika smutek i zgryzoty tym wzbogacę się.
Skaczą jagnięta po łąkach, po wykrotach snadniej,
Owczarek słucha pieśni, aż złagodniał od niej.
Flet oniemiał, zamilkł a w świecie się zdało,
Że gra jeszcze , to echo w sercu grało.
Zmierzch zapada, wiatr rześki muska i dotyka,
Już umilkła symfonia ćwierków, kumkań, cykań,
Dźwięk fletu najlepszą jest dla owiec paszą,
Te mu bekiem wtórują, serca swoje pasą.
A dźwięk pędzi, przez góry dochodzi do wioski,
Z wioski w góry, z gór w niebo, dalej, za nieboskłon,
Co wieczorem wyśpiewa, powie głos pasterza,
Wie już rano i Czongar i Jałta na brzegach,
I tak całego Krymu wspólna, tajna nuta
Kryje się w owej pieśni przesławnego Kurta.
Lozanna, kwiecień 1920
17
Nota biograficzna
Bekir Czobanzade był największym
poetą Tatarów krymskich w XX stuleciu.
Urodził się 15 maja 1893 roku w miejscowości Argyn na Krymie, zmarł w 1938 roku.
Niektóre biografie wymieniają jako miejsce
urodzenia miejscowość Karasubazar. Był
poetą, ale także naukowcem, językoznawcą
i literaturoznawcą, profesorem uniwersytetów w Budapeszcie i Lozannie (Szwajcaria)
w roku 1920.
Po ukończeniu szkoły elementarnej,
dzięki stypendium jednej z charytatywnych
muzułmańskich fundacji, wyjechał na dalszą
naukę do Stambułu w roku 1908. W tym też
czasie intensywnie uczył się francuskiego
i arabskiego. Będąc w Stambule uczestniczył
także aktywnie w życiu młodzieży studenckiej krymskich Tatarów studiującej wtedy
w tym mieście. W roku 1914 wraca na Krym
i wyjeżdża do Odessy w celu udoskonalenia
znajomości języka rosyjskiego. Zaraz po
wybuchu I wojny światowej, jeszcze w tym
samym 1914 roku, zostaje zmobilizowany
do armii jako rosyjski poddany i pod koniec tegoż roku trafia do austriackiej niewoli
i znajduje się w Budapeszcie. Korzystając
z sytuacji kontynuuje studia na budapesztańskim uniwersytecie. Ukończył uniwersytet w
Budapeszcie z tytułem doktora w 1918 roku.
Jego praca doktorska dotyczyła Codex
Cumanicus (Kodeks Kumanikus), jednego
z najstarszych zabytków językowych języka
kipczackiego (północnego tureckiego) zapisanego przez księży włoskich, niemieckich,
zawierającego słownictwo polsko-niemieckołacińsko- persko-kipczackie Z języka kipczac-
kiego rozwinął się współczesny język Tatarów
krymskich, zaś kipczacki był używany także
jako język literacki w Złotej Ordzie około
XV wieku. W języku kipczackim odbywa się
liturgia w kościele ormiańskim. Na przykład
język liturgiczny Ormian we Lwowie w XVI
i XVII stuleciu był właśnie językiem kipczackim, jak wykazał to w swoich badaniach
wybitny orientalista prof. Edward Tryjarski.
Codex Cumanicus jest bardzo słabo znanym
Bekir Czobanzade
w Polsce zabytkiem językowym. Znajduje
się w Wenecji w Bibliotece św. Marka. Bekir
Czobanzade był też profesorem uniwersytetu
w Symferopolu na Krymie (1922–1924) i uniwersytetu w Baku w Azerbejdżanie od 1924
roku. Był turkologiem, znawcą języków tureckich. Zajmował się także folklorem tatarskim
na Krymie, wydawał prace naukowe z tego
zakresu. Prawie cała jego poetycka twórczość
pochodzi z okresu młodości – studiów w Budapeszcie i pracy w Lozannie. Jako wybitny
językoznawca polemizował z teorią W. Marra,
sowieckiego naukowca, którego tezy popierał
sam J. W. Stalin. Ta naukowa polemika skończyła się dla profesora Czobanzadego oskarżeniem o szpiegostwo i chęć obalenia ustroju
sowieckiego. Aresztowany w roku 1938 przez
NKWD zginął w niewyjaśnionych do dzisiaj
okolicznościach.
W swoich wierszach opiewał krymską
ojczyznę i ubolewał nad upadkiem współczesnych Tatarów. Jego dorobek poetycki nie jest
duży, ale bardzo znaczący dla współczesnej
poezji tatarskiej. W roku 1944 na rozkaz Stalina i Berii w dniu 18 maja oddziały NKWD
dokonały wysiedlenia Tatarów krymskich z
Krymu. Wysiedlenie to i deportacja, w której
zginęła połowa populacji tego narodu, była
w istocie ludobójstwem i za takie powinna
być uznana. Od roku 1990 Tatarzy krymscy,
którzy wrócili na Krym, rokrocznie 18 maja
obchodzili rocznicę deportacji i pamięć tych,
którzy w niej zginęli. W tym roku okupacyjny reżim Putina zabronił Tatarom publicznego i gromadnego obchodzenia tej rocznicy,
co jest jeszcze jednym przykładem represji
rosyjskich na Krymie.
Henryk Jankowski, prof. zw. dr hab.,
kierownik Katedry Studiów Azjatyckich
Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, językoznawca, wybitny badacz języka i kultury Tatarów krymskich.
Trzy zwrotki na wiosnę
1
z wiosny są ptaki
wiosna jest z ptaków
obłoki są jak znaki
znakiem jest rój obłoków
2
jesteśmy jako te dzieci
patrzące świat oczami
z czystego zachwytu
dziełem niepojętych rąk
3
także do greckich świątyń
do włoskiej przestrzeni
prowadź nas Panie
z Północy północy
18
Olsztyński poeta.
Laureat Konkursu
Poetyckiego
im. ks. Józefa Baki (2001).
Wiersze publikuje
w kwartalniku „Fronda”
i dwumiesięczniku
„Arcana”
Krzysztof Czacharowski
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Narodowy kompleks
lokalnej tożsamości
Bardzo się cieszę, że za sprawą pani Jolanty Bieruli na łamach „Debaty” zagościł
ostatnio temat naszej tożsamości regionalnej. Temat postępującego kulturowego wykorzenienia i zaniku wspólnot lokalnych, nawet tych do niedawna głęboko osadzonych, jest przedmiotem troski nie tylko w Polsce, ale w obrębie wszystkich cywilizacji
dotkniętych wpływem globalizacji oraz wejściem na arenę dziejów państwa narodowego i demokracji. Ten ogólny kontekst ma także ogromne znaczenie dla rozważań
nad podkreślanym przez wszystkich badaczy dramatycznym stanem tożsamości
mieszkańców Warmii i Mazur.
bogdan bachmura
G
łębokie zmiany polityczno-systemowe jakie zaszły na tych
ziemiach po II wojnie światowej wyjaśniają przyczyny gwałtownego
zerwania ciągłości tradycji, ale nie mówią dlaczego trzecie pokolenie urodzone
w powojennej Polsce wciąż bezskutecznie poszukuje tożsamości regionalnej.
Tymczasem podkreślenia wymaga fakt,
że związek pomiędzy państwem narodowym i kapitalizmem spowodował, iż
współczesne społeczeństwa różnią się od
wszystkich form dawnych cywilizacji.
Dominujące dziś, nie tylko w Europie,
tożsamości narodowe, stanowią, wraz z
demokracją, nie tylko faktyczną przyczynę rozpadu wspólnot lokalnych, ale
istotny hamulec ich powstawania. Przyczyną jest horyzontalny, instytucjonalny
system nadzoru nad społeczeństwem,
powodujący wnikanie biurokratycznych
struktur państwa głęboko w społeczną
tkankę ze swym przesłaniem jednej, dominującej wersji lojalności i patriotyzmu.
Przeciwieństwem był panujący wcześniej
od wieków monarchiczno – patriarchalny
system nadzoru „z góry w dół”, którego
brak wydolności z natury rzeczy pozostawiał lokalnym społecznościom swobodę
funkcjonowania lokalnych tradycji i tożsamości. Z tego też powodu odwoływanie
się dziś do idei państwa wielokulturowego
jest sztucznym, ideologicznym konstruktem, którego ostateczna porażka na zachodzie Europy była z góry przesądzona.
Przykładem nam najbliższym takiego naturalnego, wielokulturowego społeczeństwa była I Rzeczpospolita. Natomiast
mieszkańcy dawnych Prus Wschodnich
określali się jako „tutejsi”, co nie kolidowało z lojalnością wobec osoby panującej
czy biskupa.
Według Anthony Giddensa, brytyjskiego socjologa, tożsamość to stworzenie
DEBATA Numer 5 (92) 2015
niezmienności w czasie, zbudowanie łączności pomiędzy przeszłością a przewidywaną przyszłością. Budowanie wszelkich
tożsamości zbiorowych, o czym należy
pamiętać w kontekście naszych rozważań,
możliwe jest za pośrednictwem tradycji.
To ona właśnie, zagospodarowując czas
i przestrzeń życia danej zbiorowości, stanowi punkt oparcia dla koniecznego etosu zaufania. Przyjęcie do takiej wspólnoty
obcego musiało nieraz trwać latami. Na
Warmii i Mazurach po wojnie wszyscy,
nawet ci co pozostali, stali się obcy.
Czy proponowane przez panią Jolantę
Bierulę odbudowanie pamięci o Kresach
– ojczyźnie przybyłych po wojnie na te tereny tzw. repatriantów może pomóc przezwyciężyć ową obcość i zbudować nową
małą ojczyznę? Pierwszy problem, jaki
się nasuwa po uważnej lekturze tekstu
pani Bieruli, dotyczy samej terminologii.
Otóż poza pierwszym fragmentem tekstu
U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki, odnoszącym się do publicystyki prof.
Achremczyka i dr. Poniedziałka, gdzie
mowa jest o tożsamości regionalnej, pani
Bierula konsekwentnie pisze o tożsamości narodowej. Zachodzi więc pytanie,
czy aby polemika z w/w panami dotyczy
tej samej materii. Wprawdzie pani Bierula
podkreśla, że wykorzenienie jest najstraszniejszą rzeczą, jaka może spotkać człowieka, ale czy tym problemem jest wykorzenienie narodowe? Brak kulturowego
i emocjonalnego związku z polską tradycją narodową? Pamięć o Kresach jest
w kontekście jakości i kompletności tożsamości narodowej ogromnie ważna
i zaniechań w tej mierze jest co nie miara, ale fakty są takie, że osiedlenie się na
Warmii i Mazurach po wojnie mieszanki
różnej ludności nie tylko nie zaowocowało powstaniem lokalnej, twardej tożsamości, ale nawet jej rozpoznawalnych cech
i zalążków. To właśnie szczególnej i niepowtarzalnej, opartej na lokalnej tradycji
„tutejszości”, istniejącej obok szerszej tożsamości narodowej nam brakuje.
Moim zdaniem istotną przeszkodą
w tej mierze jest praktykowane od czasów
komuny nakładanie polskiej, nowożytnej, nacjonalistycznej kalki na wielowiekowe dzieje tej ziemi. Kalki do tamtej
rzeczywistości, zorganizowanej według
odmiennej logiki politycznej i społecznej, kompletnie nieprzystającej. Polemizując z dr. Jackiem Poniedziałkiem pani
Bierula, powołując się na badania prof.
Barbary Fotygi stwierdza, iż kompleks
społeczeństwa postmigracyjnego oznacza
poważne problemy z tożsamością. Tych
problemów – wnioskuje pani Bierula – nie
rozwiązuje poznanie niemieckiej przeszłości regionu, bo to nie nasza przeszłość.
Moim zdaniem mamy tu do czynienia
nie z jednym, a dwoma kompleksami. Ten
drugi, nie mniej dotkliwy, polega na paradoksalnym połączeniu narodowej dumy
z kompleksem niższości wobec kultury
niemieckiej. Dobitnie to widać w innym
fragmencie polemiki pani Bieruli, która
protestuje przeciwko nazywaniu Warmii
i Mazur małą ojczyzną, ponieważ do tego
potrzebna jest ciągłość kulturowa, a takiej
ciągłości tutaj nie ma.
Jak daleko zaszliśmy w pełnym kompleksów, nacjonalistycznym oddzielaniu
tego co nasze i nie nasze może świadczyć
historyczna flaga Olsztyna. Czy można sobie wyobrazić bardziej oczywisty,
symboliczny zwornik wielowiekowej
tradycji tej ziemi? Trwający niezmiennie od średniowiecza do 1935 r., kiedy to
została zlikwidowana przez hitlerowców.
Zastąpiliśmy ją jakimś ośmieszającym
miasto wytworem wyobraźni, doskonale
pasującym, przyznać trzeba, do rzeczywistego stanu naszej tożsamości. Podjęta
przez Stowarzyszenie „Święta Warmia”
dyskusja nad przywróceniem historycznej flagi napotkała na nerwową reakcję
wielu środowisk. Powód? Źle kojarzące
19
się dzisiaj czarno-biało-czerwone barwy!
Czy trzeba lepszego dowodu na zbiorowy
kompleks niższości? Dlaczego nie mają
go dumni ze swojej biało-czerwonej flagi
z białym orłem na czerwonym tle mieszkańcy Frankfurtu nad Menem czy kultywujący historyczne, „niemieckie” barwy
wrocławianie? Można powiedzieć: przecież to tylko flaga! To dlaczego, strasząc
się nawzajem niemieckim zagrożeniem
i poszukując tożsamości niczym świętego Graala, zapominamy o jedynej instytucji, której nieprzerwane trwanie sięga
750 lat, która jest protoplastą lokalnego
samorządu i której reprezentanta, kanonika kapitulnego Mikołaja Kopernika,
wykorzystujemy aż do granic śmieszności
na użytek obcej mu świadomości narodowej? Wspólne panowanie na Warmii
kapituły (bo o niej tu oczywiście mowa)
oraz biskupa, stworzyły rzadko spotykany w Europie model ciągłości tradycji i tożsamości oparty na twardej
ontologii wiary i odrębności obyczaju,
połączonego z poczuciem lojalności,
ale też poczucia odrębności od każdej,
panującej tutaj zwierzchniej władzy.
I – co warte szczególnego podkreślenia
– pomimo trwającej rywalizacji żywiołu polskiego i niemieckiego – szczególny przykład kulturowego przenikania
miejscowej ludności. Dlaczego, zamiast kreowania dziś sztucznych tradycji bez prawdziwego dziedziczenia
nie wykorzystujemy tego, co rzeczywiste i trwające od wieków, co zwyczajnie
mamy pod ręką?
Symboliczną odpowiedzią może być
odmowa z jaką spotkała się kapituła w
sprawie stworzenia kwatery na cmentarzu św. Jakuba w Olsztynie dla pochówku
księży kanoników. Dawniej chowani we
wspólnej kwaterze we Fromborku kanonicy, dzisiaj spoczywają w rozproszeniu,
ponieważ dla kolejnych reprezentantów
tej najstarszej instytucji nie ma w naszym
mieście miejsca. Dużo lepiej wychodzi
tutaj budowanie „tożsamości” na bitwie
pod Grunwaldem, gdzie „nasi” niezmiennie leją niemieckich Krzyżaków, albo na
legendzie o sławnym astronomie broniącym (teraz w czapce Che Guevary)
olsztyńskiego zamku przed teutońskim
najazdem.
Dając przykład kapituły nie mam oczywiście na myśli przywrócenia administracyjnej roli jaką instytucje Kościoła pełniły
na Warmii, czy też jakiejkolwiek formy autonomii politycznej (choć wzorowanie się
na autonomii myślenia byłoby mocno pożądane). Chodzi po pierwsze o zachowanie
wiary jako koniecznego, twardego fundamentu tożsamości. Po drugie, wzorowanie
się na uniwersalizmie Kościoła, zdolnego
20
do adaptacji różnorodnych kultur w obręb
chrześcijańskiego przesłania i tradycji. Nawiązania do niedawnych przecież czasów,
kiedy w Prusach Wschodnich, pomimo
pierwszych prób germanizacyjnych, panował jeszcze duch wieloetnicznego konsensu umożliwiającego
W rzeczywistości pierwszą, znaczącą
dla stanu lokalnej tożsamości cezurą, poprzedzającą wojenną traumę powojenną
migrację miejscowej ludności, było jej
wciągnięcie w obręb oddziaływania rodzącego się niemieckiego nacjonalizmu
i nowej, demokratycznej, masowej świadomości. Charakterystyczna dla tego procesu była zapoczątkowana w końcu XIX
wieku zmiana znaczenia pojęcia Heimat.
O ile – jak pisze w swojej książce Wschodniopruskość Robert Traba – pierwotnie
termin ten był bliski polskiej „ojcowiźnie”
i oznaczał dom rodzinny, to później nabrał znaczenia szerszego, bliższego polskiemu rozumieniu „stron rodzinnych”.
Dopiero w latach osiemdziesiątych XIX
wieku ideę Heimat poddano nacjonalistycznej instrumentalizacji i zaczęła ona
oznaczać „ostateczną niemiecką wspólnotę”. Nie oznaczało to likwidacji lokalnych wspólnot. Wręcz przeciwnie, ich
gwałtowny rozwój, przy użyciu potężnych
środków, miał odtąd służyć nowej, niemieckiej, narodowej mitologii, obejmującej całość dziejów Prus Wschodnich.
Przypominając o tym nie szukam łatwego, bliskiego polskiej duszy potępienia.
Namawiam raczej do refleksji nad pokrewieństwem metody instrumentalizacji lokalnej historii, jakiej doświadczaliśmy w
komunistycznej, a teraz w demokratycznej Polsce, w celu wzmocnienia naszej
narodowej świadomości. Bez wyciągnięcia wniosków, bez zrozumienia, że nacjonalistyczny durszlak jest narzędziem
zbyt topornym i dziejowo za krótkim do
wyławiania ze skomplikowanych dziejów
tej ziemi elementów tradycji jako budulca dla lokalnej tożsamości, nic się udać
nie może. Jedynym wyjściem, jakie się
nasuwa jest powrót do pierwotnej idei
Heimatu. Małej ojczyzny, rozumianej „po
naszemu”, jako „strony rodzinnej” a nie
ucieleśnienie polskiego narodu. Na użytek naszych rozważań oznacza to przejęcie
tej części dziedzictwa kulturowego dawnych Prus Wschodnich, która przez ludzi
współczesnych może być zaakceptowana
świadomie, tj. z „wolą dziedziczenia” (by
użyć określenia Stanisława Ossowskiego).
Stałe i niesłabnące zainteresowanie czytelników „Debaty” publikacjami Rafała
Bętkowskiego to nie tylko wyraz uznania
dla doskonałego pióra i wiedzy autora. To
także naturalna tęsknota i ciekawość wydarzeń na tyle świeżych i namacalnych, że
mających wpływ na nasze dzisiejsze życie.
To odkrywanie ludzi takich, jak choćby
ks. Augustyn Weichsel, proboszcz parafii
w Gietrzwałdzie, aresztowany i więziony
w okresie Kulturkampfu w bramie zwanej potocznie Wysoką Bramą, który
do narodowo-lokalnej tożsamości nie
pasuje, bo urodził się Niemcem. Albo
Hermann Ganswindt, wielki wynalazca i wizjoner z Wójtówka k. Jezioran, Warmiak wprawdzie, ale jednak
Niemiec, bez drobnego choćby polonofilskiego epizodu, więc do niczego
nieprzydatny.
Na razie więc żyjemy w stanie
schizofrenii zbiorowej świadomości.
Tolerujemy niedawnych ciemiężców
i budowniczych obcego nam kulturowo, zbrodniczego systemu. Nawet jego
symboli nie zdążyliśmy przez 25 lat
uprzątnąć. W środku miasta tkwi pomnik
czerwonoarmistów – „wyzwolicieli”, Hanka Szapiro (Sawicka) ma się nadal dobrze
jako patronka ulicy, a tymczasem nasi kolejni prezydenci i rajcowie ukrywają pod
ratuszowym dywanem tablicę upamiętniającą urzędników, pracowników magistratu poległych w I wojnie światowej.
Postawienie na swoje dawne miejsce
kamienia Bismarcka w Nakomiadach wywołało gwałtowną panikę aż w Warszawie, zaś stojący w Pieniężnie monument
sowieckiego zbrodniarza objęto specjalną
ochroną.
Rozpad społeczności lokalnych, który
osiągnął dziś w społeczeństwach rozwiniętych apogeum, nie jest przypadkowy.
Ich odbudowa w warunkach dominujących dziś, silnych tożsamości narodowych i wszechobecnego państwa, przypomina kwadraturę koła. Na szczęście
inspirowana nacjonalizmem tożsamość
narodowa nie musi żywić się mieszanką
pychy i kompleksów, ale, jak pokazują
choćby Anglicy czy Amerykanie, może
być budowana na poczuciu dumy i siły
własnej tożsamości. To jedyna szansa, że
kiedyś powiemy o sobie: tutejsi.
Bogdan Bachmura
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Śledztwo w sprawie
Obławy Augustowskiej
nabiera tempa
W tym roku przypada 70. rocznica Obławy Augustowskiej, ludobójczej sowieckiej
akcji, podczas której zamordowano i pochowano w nieznanym miejscu, jak różnie
szacują historycy – od 600 nawet do 1800 żołnierzy Armii Krajowej. Na temat aktualnego stanu śledztwa w sprawie Obławy Augustowskiej skierowałem pytania do
prowadzącego to trudne dochodzenie pionu prokuratorskiego IPN w Białystoku.
adam białous
W
informacji jaką otrzymałem z prokuratury IPN
Białystok, naczelnik Janusz
Romańczuk podaje m.in. ważną wiadomość dotyczącą jednego z wątków
obszernego śledztwa w sprawie Obławy Augustowskiej. „Zdjęcia lotnicze z
Centralnego Archiwum Wojskowego
zostały przekazane biegłemu z zakresu
Kartografii i Geodezji, który stosowną
opinię opracuje w terminie do dnia 30
kwietnia 2015 roku” – informuje prokurator Janusz Romańczuk.
Chodzi o realizację wniosku prokuratury IPN Białystok, na podstawie którego Centralne Archiwum Wojskowe
w Warszawie przygotowało zbiór zdjęć
lotniczych z lat 1945-7, m.in. z terenów
Puszczy Augustowskiej, Augustowszczyzny i Grodzieńszczyzny. Prokuratura
IPN chce wykorzystać te zdjęcia lotnicze w śledztwie. Podczas analizy przez
specjalistę fotografii, które zostały zrealizowane w bardzo dużej rozdzielczości, możliwe jest określenie gdzie mogą
znajdować się m.in. masowe groby.
Zdjęcia lotnicze rejonów graniczących z Białorusią mogą być szczególnie wartościowe dla śledztwa m.in. ze
względu na fakt, iż pokazują one tereny
poza granicą, czyli obecne przygraniczne tereny Białorusi. A trzeba wiedzieć,
iż pion śledczy IPN Białystok zakłada
obecnie, że wszystkie osoby ujęte podczas tej zbrodniczej sowieckiej akcji
i przeznaczone na śmierć, mogły być
zamordowane i pochowane w kilku
miejscach. Główna wersja śledcza dotyczy miejsc na Białorusi, blisko granicy
z Polską, takich jak m.in. okolice Grodna,
na które wskazują zeznania niektórych
świadków i poligon w Lidzie, który był
pilnie strzeżonym terenem wojskowym.
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Ostatnio uwaga śledczych z IPN Białystok skierowana została też na okolice
Kalet – miejscowość ta leży dziś po białoruskiej stronie granicy: „Należy podkreślić, iż są wykonywane czynności
procesowe dotyczące Kalet jako miejsca
ewentualnego pochówku przynajmniej
części osób zatrzymanych podczas ‘Obławy Augustowskiej’. O ich wynikach opinia publiczna zostanie poinformowana
Tablica na wzgórzu w Gibach
po uzyskaniu pełnego materiału dowodowego” – czytamy w informacji podpisanej przez prokuratora Janusza Romańczuka, naczelnika Oddziałowej Komisji
Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi
Polskiemu IPN w Białymstoku.
Kolejne informacja przesłana mi
przez prokuratorów z IPN Białystok dotyczyła mojego zapytania w sprawie aktualnego stanu dochodzenia wszczętego
w październiku roku 2013 - dochodzenie
to dotyczy tzw. „wątku lidzkiego”. Pro-
kuratorzy pozyskali archiwalne, nigdzie
niepublikowane, zdjęcia ukazujące tajemniczą sowiecką ekshumację, przeprowadzoną tuż po wojnie na poligonie
w Lidzie na Białorusi. Na zdjęciach widać wydobywane z mogił ludzkie ciała.
Obecnie trwa dochodzenie, czyje zwłoki
wtedy ekshumowano. Prokurator prowadzący śledztwo założył, iż mogą to
być Żydzi rozstrzelani przez Niemców,
osoby innych narodowości lub ofiary
Obławy Augustowskiej. Ze zgromadzonego w postępowaniu przygotowawczym
materiału wynika, iż prawdopodobnie w
ostatnich dniach lipca 1945 roku oraz na
początku sierpnia 1945 roku, funkcjonariusze sowieckiej bezpieki transportami kolejowymi przewieźli z Grodna do
Lidy znaczną liczbę Polaków, ubranych w
ubrania cywilne. Po przyjeździe do Lidy
Polacy byli konwojowani do lidzkiego
więzienia. W następnych trzech dniach z
tego więzienia trzema grupami liczącymi
od 100 do 200 osób byli konwojowani na
teren przedwojennego poligonu 77 Pułku Piechoty Wojska Polskiego w Lidzie.
Tam funkcjonariusze „Smiersz” mieli ich
zabijać. Zwłoki rozstrzelanych osób miały być wrzucane do dołów śmierci.
Prokurator prowadzący śledztwo
w sprawie Obławy Augustowskiej zwrócił się z wnioskiem o pomoc prawną
do strony niemieckiej. Chodzi o Centralę Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu, która
ewentualnie mogłaby potwierdzić, czy
w okresie 1944 roku (lub w okresie
wcześniejszym) niemieckie specjalne
komando 1005 wykopywało w Lidzie
zwłoki ofiar niemieckich egzekucji.
Oraz, czy w materiałach Centrali znajdują się dane wskazujące, że w 1945 r.
i okresie późniejszym, niemieccy jeńcy
wojenni na terenie poligonu wojskowego w Lidzie przeprowadzali ekshumacje
ofiar niemieckich zbrodni wojennych
lub być może ofiar zbrodni komunistycznych.
Obszerny zbiór dokumentów z Ludwigsburga IPN Białystok otrzymał
kilka miesięcy temu. Do tej pory trwało
ich tłumaczenie, a oto efekty tych prac:
„Decyzja strony niemieckiej dotycząca
tzw. wątku lidzkiego została już przetłumaczona na język polski. Nie zawiera ona jednakże danych przydatnych
w prowadzonym śledztwie. Przekazane
informacje dotyczą ofiar Holokaustu,
a nie ofiar ‘Obławy Augustowskiej’” –
napisano w informacji z IPN.
Cały czas IPN prowadzi również,
zapoczątkowaną 28 stycznia 2014 roku,
dużą akcję pobierania materiału genetycznego od bliskich ofiar Obławy
21
Augustowskiej: „Do dnia dzisiejszego
pobrano materiał biologiczny do badań
DNA od około 160 osób. W Polskiej Bazie Genetycznej będą tworzone profile
DNA z chwilą ewentualnego ujawnienia
zwłok ofiar”.
Śledztwo w sprawie Obławy Augustowskiej Oddziałowa Komisja Ścigania
Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Białymstoku prowadzi od
roku 2001. Do tej pory trwają m.in.
przesłuchania świadków (przesłuchano
ich już kilkuset), którzy wciąż się zgłaszają. Jednak możliwości działań prokuratury IPN na terenie kraju zostały
już niemal wyczerpane. W sprawie Obławy polscy prokuratorzy wielokrotnie
zwracali się o pomoc prawną do Rosji,
Białorusi i Litwy. Rosja odpowiedzi z
informacjami o Obławie udzieliła IPN
tylko raz i to kilkanaście lat temu. W
piśmie tym przesłanym przez Główną
Z Sobiboru do UB
14 października 1943 r. w obozie śmierci w Sobiborze wybuchł bunt więźniów. Spośród prawie 650 Żydów około 365 podjęło próbę ucieczki. 158 osób, które uciekały,
zginęło od kul lub zostało rozerwanych na okalającym obóz polu minowym. W ciągu
10 dni Niemcy schwytali i zamordowali kolejnych 107 uciekinierów. Co najmniej 22
uciekinierów zostało zabitych przed zakończeniem wojny przez Ukraińców i Polaków na terenie Lubelszczyzny. Tylko 53 zbiegłym udało się przeżyć do końca wojny.
Po buncie więźniów Niemcy zlikwidowali obóz, by zatrzeć ślady po zbrodniach –
w Sobiborze zgładzono ok. 250 tys. Żydów, w większości obywateli II RP.
andrzej kaczorowski
P
hilip Bialowitz jest jednym z ostatnich żyjących uczestników tego
buntu w Sobiborze. Mimo sędziwego wieku (rocznik 1927) stosunkowo niedawno wystąpił na spotkaniu Biura Edukacji Publicznej IPN i Muzeum Historii
Żydów Polskich w Centrum Edukacyjnym
IPN „Przystanek Historia” w Warszawie.
Mówił po polsku.
Bialowitz urodził się jako Fiszel Białowicz w pięciotysięcznym miasteczku na
Lubelszczyźnie, o którym przysłowie głosiło: „Izbica, Izbica, żydowska stolica”, bowiem 90 procent jego mieszkańców stanowili Żydzi. Okupacja niemiecka przyniosła
tej społeczności całkowitą zagładę – z Holokaustu ocalało zaledwie 14 osób. Krwawy
terror dotknął także rodzinę Fiszela. Jego
ojciec, który był właścicielem garbarni, jesienią 1942 r. trafił do obozu śmierci w Sobiborze, matkę Niemcy zastrzelili na izbickim cmentarzu. Kilkunastoletni chłopiec
kilka razy cudem uniknął ich losu: przeżył
egzekucję przywalony ciałami ofiar; wraz
z pozostałymi członkami rodziny chronił
się w różnych kryjówkach, tropionych zarówno przez Niemców, jak i szmalcowników. Złapani w 300-osobowej grupie ostatnich żyjących Żydów, 28 kwietnia 1943 r.
trafili z Izbicy właśnie do Sobiboru.
Obóz był fabryką śmierci. Kolejne
transporty Żydów kierowano natychmiast
do komór gazowych. Dla wygłodzonego,
wyczerpanego fizycznie i psychicznie Fi-
22
Filip Białowicz
szela, po wszystkich przejściach w izbickim getcie ten los początkowo wydawał się
wybawieniem. Ale młodość chwytała się
nadziei i pragnienia życia. Niemcy potrzebowali około 600 pracowników do obsługi
obozu, a to oznaczało szansę na przeżycie
kilku tygodni lub miesięcy. Kiedy jego grupa wysiadła z ciężarówek i esesman zapytał o fachowców, z tłumu wystąpił Symcha,
który wyciągając Fiszela powiedział, że jest
farmaceutą, a chłopiec jego asystentem.
Prokuraturę Wojskową Federacji Rosyjskiej do Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Moskwie, potwierdzono
aresztowanie podczas Obławy przez
organy Smiersz 3. Frontu Białoruskiego
grupy 592 osób, które – jak czytamy –
„wspierały antyradziecko nastawioną
Armię Krajową”. W piśmie tym podano,
że stronie rosyjskiej dalszy los aresztowanych jest nieznany.
Adam Białous
W ten sposób starszy brat uratował mu życie. Pozostałych z transportu uśmiercono.
Wśród baraków pojawił się gęsty, cuchnący dym z krematorium.
Fiszel pracował w sortowni przy poszukiwaniu wartościowych rzeczy należących do zabijanych Żydów, ale na polecenie załogi wykonywał też inne czynności,
m.in. ścinał włosy kobietom, które kierowano do gazu. Szybko pojął, jak wygląda
technologia zabijania. Żydom przybyłym
z Holandii pociągami pasażerskimi stwarzano iluzję, że znaleźli się w wyznaczonym przez władze niemieckie miejscu
przesiedlenia. Obóz ulokowany był w lesie,
otoczenie zadbane, z głośników rozlegały
się tony walców. Zmęczonym podróżnym
w wyładowaniu dobytku pomagali dobrze
ubrani więźniowie – przy wynoszeniu bagaży Fiszel często otrzymywał napiwek.
Nawet gdyby powiedział, co nastąpi za
pół godziny, nikt z przyjezdnych nie dałby
temu wiary. Dalsza droga skazańców wiodła do baraków, w których musieli pozostawić torebki i bagaż podręczny; niektórzy wówczas nabierali podejrzeń, bo mieli
tam dokumenty, pieniądze, biżuterię czy
lekarstwa. Zgromadzonych na zamkniętym podwórzu uspokajał esesman, witając
i przepraszając za niewygody w podróży.
Informował, że zanim udadzą się na odpoczynek, z powodów sanitarnych muszą
wziąć prysznic i poddać się dezynfekcji.
Zachęcał, by każdy wysłał kartkę do rodziny w Holandii z zawiadomieniem, że trafił w dobre miejsce. Żydzi klaskali i pisali
te kartki. Potem kazano im się rozbierać
i przechodzili ścieżką ogrodzoną drutem
kolczastym okoloną zielenią, nazywaną przez Niemców Himmelfahrtstsrasse
(„droga do nieba”). Przy wejściu strażnik
odbierał zegarki i kosztowności, wydając
fikcyjne numerki na ich odbiór. Nagim
kobietom obcinano włosy, po czym wychodziły drugimi drzwiami i korytarzem
szły do „łaźni”. Rozlegał się warkot silnika,
przez który przebijał straszny krzyk, na
początku głośny, lecz z czasem milknący…
Polskich Żydów czekał w Sobiborze ten
sam koniec, przechodzili tę samą drogę,
DEBATA Numer 5 (92) 2015
jednak Niemcy i ukraińscy strażnicy traktowali ich niezwykle brutalnie, bez żadnego udawania, co ich czeka.
Fiszel w ciągu kilku miesięcy doświadczył obozowego piekła, ale żył dzięki myśli o zemście i walce. Uważał, że lepiej jest
umrzeć od kul niż od gazu. Czasem tylko
możliwy był bierny opór, sabotowanie
niemieckich zarządzeń, jak choćby wyrzucanie na zewnątrz kosztowności znalezionych podczas sortowania, zamiast
odkładania ich do sejfu. Wśród więźniów
brakowało ludzi przeszkolonych wojskowo. Sytuacja zmieniła się 23 września
1943 r., gdy spośród przywiezionych do
Sobiboru rosyjskich Żydów – jeńców z Armii Czerwonej Niemcy wybrali około 80
najsilniejszych do pracy w obozie.
Leon (Lejb) Feldhendler, syn rabina
z Żółkiewki oraz lejtnant Aleksander (Sasza) Peczorski z Rostowa obmyślili plan,
który zakładał wyeliminowanie przez spiskowców wyższych oficerów niemieckich
i zdobycie broni, a następnie podniesienie
otwartego buntu i ucieczkę wszystkich
więźniów. Pierwsza część powiodła się:
zwabiono do magazynów i tam zabito nożami i siekierami kilkunastu esesmanów
i strażników ukraińskich. Przecięto przewody elektryczne i kable telefoniczne, zrywając łączność. Sasza i Leon powiedzieli
do ludzi zebranych już na głównym placu,
że nadeszła długo oczekiwana chwila, że
lepiej umrzeć walcząc, ale jeśli komuś uda
się przeżyć i uciec, niech pamięta, że ma
obowiązek być świadkiem, ma obowiązek
poinformować świat o tym, co widział
w Sobiborze.
Nie udało się zaskoczyć strażników
z cekaemami w wieżach wartowniczych,
a na drodze do lasu trzeba było pokonać
wysokie linie drutów kolczastych i pole
minowe. Philipowi Bialowitzowi i jego
bratu udało się zbiec, bo szczęśliwie ominęli miny. Byli jedynym rodzeństwem,
które przeżyło Sobibór.
Po ucieczce napotkali polski oddział
partyzancki i spędzili w nim kilka tygodni,
ale potem znów trzeba było uciekać. Mieli
kompas, wiedzieli, jak się poruszać po lasach, zdecydowali się powrócić w rodzinne
strony, znali je bowiem najlepiej. Kolejne
kryjówki w chłopskich gospodarstwach
były niepewnym schronieniem. Dopiero
kiedy trafili do rodziny Marii i Michała
Mazurków w oddalonych o 3 km od Izbicy Tarzymiechach, poczuli się bezpiecznie.
Nadejście w lipcu 1944 r. Armii Czerwonej
było dla nich prawdziwym wyzwoleniem,
bo w końcu mogli wyjść z ukrycia.
Wojna jednak dla nich jeszcze się nie
skończyła, wciąż żyli w poczuciu zagrożenia. Powrót do Izbicy, która bardziej przypominała cmentarz niż miasto żywych lu-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
dzi, okazał się niemożliwy – powitano ich
z niechęcią, wręcz z wrogością. Zamieszkali więc w Zamościu, gdzie Fiszel przez
kilka miesięcy zarabiał na handlu. Wkrótce odnalazł się drugi z braci – Jakub, który
na początku okupacji niemieckiej uciekł
na wschód i teraz powrócił ze Związku
Sowieckiego.
W swoich opublikowanych wspomnieniach Philip Bialowitz pominął
jednak jeden ważny powojenny epizod,
o którym nie powiedział też na spotkaniu
w IPN. Podobnie jak kilku innych uciekinierów z Sobiboru, rychło zasilił szeregi
Urzędu Bezpieczeństwa. Przez niespełna
pół roku pracował jako cenzor w Zamościu, dokąd skierował go Michał Goldberg, cenzor wojewódzkiego oddziału
cenzury wojennej w Lublinie, co poparli
stosownym zaświadczeniem Naftul Pelc
i Szloma Gryner z Zamościa. Zachowało się zobowiązanie Fiszela Białowicza –
współpracownika resortu bezpieczeństwa
publicznego – zobowiązał się w nim „zdecydowanie zwalczać” „wszystkich wrogów
demokracji”, ale też charakterystyka służbowa jako funkcjonariusza UB, w której
podkreśla się jego dobre wyrobienie polityczne i członkostwo w PPR.
W związku z powyższym zupełnie niejasny jest incydent, który zakończył bezpieczniacką karierę Fiszela: 9 maja 1945 r.
został aresztowany przez UB „jako podejrzany o przynależność do wrogiej partii
AK”. W swojej książce podał jedynie, że
8 maja 1945 r. razem z osobami, które
przeżyły Sobibór, spotkał się na kolacji
w Lublinie świętując koniec wojny, wypili
niezliczoną ilość kieliszków wódki, przy
każdym z nich wypowiadając głośne toa-
sty: „Za życie!”. Ciężko pobity w śledztwie,
zwolniony po kilku dniach, napisał raport
o „łaskawe zwolnienie z pracy” z powodu
pogorszenia się stanu zdrowia, stwierdzając ponadto, że „żadnego oskarżenia” na
niego nie było, a „zapłata za sumienną
pracę” nastąpiła w związku z zatrzymaniem przez UB – z bliżej nieznanych nam
przyczyn – jego protektora Goldberga.
Latem 1945 r. Fiszel Białowicz uciekł
z Polski przez zachodnią granicę, która
nie była dobrze pilnowana. Rosjanie celowo pozwalali Żydom na ucieczkę do strefy amerykańskiej czy brytyjskiej. Przed
wyjazdem próbował jeszcze odzyskać
klejnoty pozostawione w Sobiborze oraz
kosztowności ukryte w jednym z domów
w Siedliszczach. Nic z tego nie wyszło. Po
ucieczce Fiszel zamieszkał w alianckim
obozie dla dipisów w Niemczech, dokąd
sprowadził dwóch braci, którzy niedługo potem wyjechali do Palestyny. On sam
opuścił Europę dopiero wiosną 1950 r., wybierając USA jako kraj osiedlenia. Podobnie jak w Niemczech, początkowo zarabiał
tam na życie jako dentysta, by potem zmienić fach i zostać jubilerem w Nowym Jorku.
Po emisji głośnego telewizyjnego filmu dokumentalnego Ucieczka z Sobiboru
(CBS 1987) – według relacji m.in. Tomasza
(Towiego) Blatta pochodzącego również
z Izbicy – Philip Bialowitz po wielu latach
milczenia na ten temat zaczął przekazywać własne świadectwo o Holokauście,
opowiadając o swym losie w wielu miejscach i środowiskach, także w Sobiborze.
Występował też jako świadek w procesach
nazistowskich zbrodniarzy (m.in. Iwana
Demianiuka). W ostatnich latach wielokrotnie przyjeżdżał do Polski, za każdym
razem odwiedzając rodzinę swych wybawicieli i w miarę możliwości wspomagając ją finansowo. Zadbał, by Maria i Michał Mazurkowie otrzymali medal i tytuł
„Sprawiedliwych wśród Narodów Świata”.
Fiszel Białowicz, gdy przebywał w Polsce
zawsze chętnie odpowiadał na zadawane
mu pytania. Najtrudniejsze z nich postawił
mu podczas jednej z takich wizyt syn Mazurków: „Gdybyśmy my byli wtedy w potrzebie, czy uratowalibyście nas tak, jak my
pomogliśmy wam?” Żyd uratowany z Sobiboru odpowiedział, że może tylko mieć
nadzieję, że Bóg dałby mu tyle odwagi, by
zachować się równie bohatersko jako oni.
Niezależny historyk
Andrzej W. Kaczorowski
23
Oni walczyli o Polskę
„ludową”, cz. 1
Aleksander Zaczkowski (vel Żaczkowski)1 nigdy nie szczędził sił dla sprawy. W 1961
r. był już emerytem zasłużonym i docenionym: Polska Ludowa przyznała mu rentę
specjalną. Taką, którą otrzymać mogli wyłącznie wybitniejsi z działaczy partyjnych.
Nie spoczął jednak na laurach. Jak sam skromnie przyznawał: „dużo czasu poświęcam pracy społecznej”. Dowodem na to funkcja sekretarza Komitetu Gromadzkiego PZPR w Kieźlinach oraz mandat radnego tejże gromady (członek komisji pracy
i opieki społecznej). Chociaż Ślązak spod Katowic (ur. w 1899 r. we wsi Bobrek2),
ukochał Warmię i Mazury: „przez 16 lat zamieszkuję na terenie Warmii i Mazur,
gdzie poprzez swoją działalność dążę do dalszego rozkwitu tych ziem oraz dalszego
zespolenia ich z Macierzą”. Wszystko to prawda: dążył niezmordowanie i po trupach.
W odpowiedzi na zapytanie z partyjnej ankiety („wasz udział w ukształtowaniu się
władzy ludowej na Warmii i Mazurach”), odpowiedział z proletariacką dumą: „Brałem czynny udział w walce z reakcyjnym podziemiem.”
mariusz korejwo
Z
a młodu Zaczkowski nie miał lekko. Jako górnik – samouk, aby
utrzymać rodzinę, pracował na biedaszybach. Już wtedy rozumiał, że świat
nie jest poukładany tak, jak należy: „Od
młodych lat czułem potrzebę walki o należne prawa człowieka w sanacyjnej Polsce”. Sanacyjna Polska nastała wprawdzie
dwadzieścia lat później, ale Zaczkowski
nie przykładał większej wagi do precyzji
w datach, nazwach i – jak się wydaje –
wydarzeniach. Najwyraźniej nie miał do
tego głowy, przecież za całe wykształcenie
wystarczyć musiało mu kilka lat szkoły
powszechnej i dwa kilkutygodniowe kursy partyjne. Na szczęście już jako nastola-
tek napotkał na swojej drodze starszego,
doświadczonego towarzysza, który „przy
każdej styczności ze mną wpajał mi zasady
równości człowieka do człowieka”, więcej
nawet, bo udowodnił „materialistyczne powstanie wszechświata”. Zaczkowski
wstąpił w szeregi związku zawodowego
górników, został też delegatem Komitetu
Robotniczego z biedaszybów.
W 1918 r. wstępuje do Czerwonej
Milicji (tj. Milicji Ludowej) Zagłębia Dąbrowskiego i zostaje w tej formacji aż do jej
końca, czyli rozbicia przez policję w marcu
roku następnego. Po raz pierwszy wówczas trafia do aresztu. Następnie zostaje
wcielony do wojska i służy w Będzinie. Jest
Pierwszy z lewej Aleksander Zaczkowski jako bohater Resistance (ruchu oporu), Francja 1944
24
wiosna 1919 r., wojska Piłsudskiego zajmują Nowogródek, Baranowicze, Wilno,
Mińsk. Natomiast posłuszny partyjnym
rozkazom Zaczkowski rozprowadza wśród
polskich żołnierzy ulotki „głoszące zaprzestanie walki przeciwko młodemu państwu,
Związkowi Radzieckiemu, które wyzwala
się od ucisku rodzimych wyzyskiwaczy
i obszarników.”
W innej wersji poczynania te miały miejsce w 1920 r. i trzeba przyznać, że
ten wariant posiada więcej sensu. Przez
większość roku 1919 polska armia na
Wschodzie była bezczynna, bo Piłsudski
nie chciał wspierać Białych, którzy zdawali
się zyskiwać przewagę nad bolszewikami.
Wiosną roku następnego natomiast odbyła
się „wyprawa kijowska”, i aktywność gorliwych obrońców „młodego Kraju Rad”
znajduje szczególne uzasadnienie. Tak,
czy inaczej, Zaczkowski trafił do aresztu
po raz drugi, tym razem za dywersję. Ale
owo straszne, burżuazyjne państwo szybko
zwróciło mu wolność, a co więcej – odesłało do cywila. Nasz bohater wrócił do zawodu górnika, pozostając aktywnym działaczem rewolucyjnego ruchu robotniczego.
W 1924 r. w jego kopalni Niwka –
Modrzejów (wciąż Sosnowiec) wybuchł
strajk. Zaczkowski został po raz kolejny
aresztowany „przez granatową policję za
nawoływanie strajku na terenie kopalni”.
Tu rozpoczyna się przedziwna, fantastyczna wręcz (chociaż krótka) opowieść,
która wydaje się być czystą blagą. Otóż
Zaczkowskiego i jego towarzyszy z aresztu
uwolniła jakaś partyjna bojówka, rozbijając policyjny posterunek. Oswobodzeni aresztanci po prostu rozchodzą się do
domów i ... jeszcze tego samego wieczoru
zostają zatrzymani ponownie. Policja tym
razem umieściła ich nie na jakimś posterunku, ale w będzińskim więzieniu. I stąd
Zaczkowski też wyszedł bardzo szybko,
tym razem za sprawą kaucji, którą (czego
nie dopowiada, ale co wydaje się oczywiste) opłaciła komórka partyjna. Co w tej
historii jest mało wiarygodne, to fakt, że
sąd mógł w ogóle dopuścić do uwolnienia
człowieka współodpowiedzialnego za napad na policjantów.
Strajk w Niwce stał się punktem zwrotnym w biografii Zaczkowskiego: „postanowiłem uwolnić się od presji rządu sanacyjnego oraz kary jaka mnie czeka za branie
udziału w strajku ucieczką za granicę.”
Niewątpliwie warto tu zwrócić uwagę na
stopień represyjności „sanacyjnej Polski”, która najpierw wypuściła z więzienia
wroga klasowego, a następnie pozwoliła
mu zbiec za granicę. Inną sprawą jest, że
nie stawiając się na rozprawie, Zaczkowski
obrał drogę „nielegała”. Wpisał się tym samym w pozycję wręcz klasyczną dla dzia-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Barczewo 1946 r. Komendant Zaczkowski stoi przed willisem
łaczy Komunistycznej Partii Polski. Partia
ta, zdelegalizowana u zarania (w 1919 r.,
jeszcze jako KPRP3), specjalizowała się
w perfidnej technice uzależniania od siebie swoich własnych członków. Mechanizm polegał na wydawaniu towarzyszom
poleceń partyjnych, których wykonanie
oznaczało złamanie prawa. Towarzysze,
stając się przestępcami, schodzili w efekcie
do swoistego podziemia, gdzie tylko i wyłącznie Partia mogła świadczyć im pomoc.
Drogę tę, pośród innych, przeszedł Władysław Gomułka.
Zaczkowski wybrał inaczej. Zamiast
zejść do podziemia, wyjechał do Francji. Zresztą nie tylko ze strachu przed
więzieniem, ale po prostu w poszukiwaniu zarobków. Zatrudnił się jako górnik
w miejscowości Monteon Les Mines
(Montceau-les-Mines?), z miejsca wstąpił
do CGT4 i Komunistycznej Partii Francji.
W 1933 r. postawiony został na czele partyjnego komitetu pomocy więźniom politycznym („skazanym za działalność komunistyczną”), a w 1936 r. (lub raczej 1937 r.),
komórki organizującej pomoc dla republikańskiej Hiszpanii. Zaczkowski werbował
ochotników do walki, zbierał lekarstwa
i żywność dla bojowników walczących
w obronie Republiki. Rząd francuski, prowadzący wobec wojny domowej u południowego sąsiada politykę nieinterwencji,
nie zamierzał tolerować podobnej działalności. Zaczkowski dostał nakaz opuszczenia kraju. Pomimo tego pozostał na miejscu, nadal pracując jako górnik. W 1944 r.
był już uczestnikiem francuskiego ruchu
oporu; w stopniu porucznika (ps. „Roger”) sprawował m.in. funkcję politruka
w polskich batalionach im. A Mickiewicza
i J. Dąbrowskiego. Pod koniec wojny formacje te weszły w skład I Armii Francuskiej.
15 listopada 1945 r. oba wymienione
bataliony „w pełnym uzbrojeniu” przy-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
jechały do Polski. Zaczkowski, wspominając tamte chwile, oddaje się patosowi:
„ujrzałem Polskę po 25 latach pobytu na
obczyźnie, moja radość była tym większa, iż była to Polska nowa, Polska mych
marzeń... chciałem jej służyć jak najlepiej
[...] sądziłem, że najwięcej dam z siebie
pracując w milicji.” Ściśle rzecz biorąc, do
milicji wysłała Zaczkowskiego Polska Partia Robotnicza, której szeregi zasilił najpóźniej w początkach 1946 r. Po krótkim
Zaczkowski jako bohater rewolucyjnego ruchu robotniczego. Olsztyn 30 października 1961 r.
kursie w Łodzi, PPR delegowała bohatera
Resistance „do pracy w organach MO”.
W tym samym, 1946 roku, Zaczkowski
objął stanowisko komendanta Milicji Obywatelskiej miasta i powiatu olsztyńskiego,
które piastował do roku 1950.
Relacje Zaczkowskiego konfrontuję z oficjalnym wydaniem resortowym
„W służbie narodu na Warmii i Mazurach.
XXV lat MO i SB”5. Solidne wydawnictwo
jubileuszowe przypomina, że wobec rewo-
lucyjnych przemian z lat 1944/45, tworząc
służby nie można się było w Polsce oprzeć
na kadrach skompromitowanych, sanacyjnych struktur: „nowa służba wymagała nie tylko ludzi szczerze i bezwzględnie
oddanych idei rewolucyjnych przemian
[...], lecz także socjalistycznego podejścia
[...] Doceniając znaczenie tego problemu,
PPR kierowała do pracy w MO i SB wielu
doświadczonych, wypróbowanych komunistów”. Jak dotąd wszystko się zgadza,
później jednak obrazy kreślone przez oba
źródła zaczynają się poważnie różnić.
Zaczkowski: „do organów MO w tym
czasie trafiło wielu ludzi przypadkowych
i nieodpowiedzialnych, a nawet klasowo
obcych [...] przyjmowało się z reguły prawie wszystkich, którzy wyrażali chęć pracy
w milicji.” W wydawnictwie resortowym
natomiast przeczytać można, że młode
kadry MO i SB „mimo iż nie posiadały
odpowiedniego przygotowania [...] dawali [sic] rękojmię, że MO i SB będą strzec
dobra rewolucji i zdobyczy ludu pracującego”. 6 Różnicę ową Zaczkowski wyjaśniał następująco: „W pow. Olsztyn tak się
dziwnie złożyło, że [do MO szli] członkowie mikołajczykowskiej PSL i w zdecydowanej większości opanowali Komendę
Powiatową [...] nie brakowało wśród nich
elementów zdemoralizowanych, szabrowniczych i wręcz wrogo ustosunkowanych
do nowej władzy”.
Wyciągając konsekwencję z tak postawionej diagnozy, pierwszym krokiem
Zaczkowskiego – komendanta MO było
„czyszczenie szeregów”. Sukces przyszedł
stosunkowo szybko. Już „na początku
1947 r. przeszło 85% milicjantów” w jego
komendzie stanowili członkowie PPR.
„Była to kadra zdyscyplinowana i ofiarna,
o wysokich walorach moralnych, kadra, na
której można było polegać. Do niej też z
pełnym zaufaniem odnosili się mieszkańcy powiatu”.
Wzrost zaufania objawiał się m.in.
wzmożonym naborem w szeregi ORMO.
W 1947 r. w całym olsztyńskim powiecie
do owej formacji miało należeć 250 osób.
Zaczkowski wspominał: „Byli to przeważnie młodzi chłopcy [...]. A trzeba pamiętać, że praca w ORMO była tak samo
niebezpieczna, jak praca funkcjonariuszy
zawodowych. Pow. olsztyński był bardzo
trudnym powiatem, grasowało tu ok. 15
band, m.in. [...] „Łupaszki” [...] „Igła”,
„Młot”, „Błyskawica”, „Las” [...] bandy te
terroryzowały ludność, grabiły mienie,
dokonywały mordów, a nawet dopuszczały
się rozbrajania posterunków MO i ORMO.
Pamiętam, że w okresie referendum jedna
z band wdarła się do szkoły w Stawigudzie,
w którym [sic] znajdował się punkt wyborczy. Oprawcy z lasu po zdemolowaniu lo-
25
kalu, rozbiciu urny wyborczej i portretów
dostojników państwowych, zamordowali
również podpor. PUBP.”
Milicjanci nie byli jednak bezbronni,
Zaczkowski ze swadą opisywał kolejne
brawurowe akcje swoich podwładnych.
Ale wszak i on sam, jako komendant, nie
siedział „wygodnie za piecem w chwili gdy
nasi chłopcy walczyli. Brałem bezpośredni
udział w każdej poważniejszej akcji”.
Wydawnictwo resortowe potwierdza:
był to czas heroizmu. W załączonym wykazie funkcjonariuszy MO i SB poległych
na Warmii i Mazurach uwidoczniono 121
nazwisk. Siedmiu z tych funkcjonariuszy
zginęło na terenie władztwa komendanta Zaczkowskiego i za jego kadencji. Np.
Czesław Kawul, referent PUBP w Olsztynie „poległ” 29 września 1946 r. w Stawigudzie z rąk członków „bandy” „Zeusa”,
a st. szeregowy Marcin Król, posterunkowy z Ramsowa, został zastrzelony przez
upowców podczas wykonywania patrolu
w dniu 8 kwietnia 1948 r.
Poświęcenie funkcjonariuszy miało
jeden cel: ochronę autochtonów. Zaczkowski podkreślał to w sposób dobitny: „Nie
dziwcie się, że tak dużo miejsca poświęcam
[...] sprawie ochrony ludności miejscowego pochodzenia [...] Już przed przyjazdem
do Olsztyna zapoznałem się dość dokład-
nie z historią walk ludu warmijskiego [sic]
o polskość. Dlatego staraliśmy się bronić tę
ludność przed [...] represjami reakcyjnego
podziemia. Dowieść jej czynem, a nieraz
przelaną krwią [...], że milicja ludowa stoi
na straży jej bezpieczeństwa i spokojnego
życia”.
Zaczkowski interesów Warmiaków
i Mazurów bronił również jako aktywista
partyjny, i w ogóle – społeczny. Będąc komendantem MO, działał bowiem na wielu
innych polach. Wchodził w skład Sądu Koleżeńskiego Związku Osadników Wojskowych, był członkiem Zarządu Wojewódzkiego Związku Bojowników z Faszyzmem
i Najazdem Hitlerowskim o Niepodległość
i Demokrację, wchodził w skład zbowidowskiego aktywu (chociaż z władzami
tego ostatniego stowarzyszenia pokłócił
się o pominięcie go przy rozdziale Krzyża Grunwaldu7). Dużo ważniejsze funkcje pełnił w Partii. Od 1946 do 1950 r.
był członkiem egzekutywy olsztyńskiego
Komitetu Powiatowego najpierw PPR,
a potem PZPR. To właśnie na forum partyjnym „wiele miejsca [...] poświęcaliśmy
problematyce ludności miejscowego pochodzenia. Milicja w swej praktycznej
działalności, w miarę sił i możliwości wypełniała wolę partii, wolę PPR jako przewodniej siły naszego narodu”. Wydawnic-
Listy do redakcji
Miasto zaprezentowało
nowe inicjatywy wspomagające seniorów
P
rzeczytałam na portalu Olsztyn
24: „Miasto zaprezentowało nowe
inicjatywy wspomagające seniorów” a poniżej galeria zdjęć: w centrum
uśmiechnięty pan prezydent Piotr Grzymowicz, po lewej nie mniej zadowolona
pani, po prawej raczej poważny; w kilkunastu ujęciach. To konferencja prasowa
poświęcona trzem nowym inicjatywom
mającym wspomóc starszych mieszkańców Olsztyna, a poniżej tekst:
Pierwsza ze wspomnianych inicjatyw będzie dostępna już od jutra (29.04).
26
Dzwoniąc pod numer 89 522 28 20 starsi
mieszkańcy miasta będą mogli porozmawiać nie tylko z fachowcem, ale też z
kimś, kto rozumie osobę po drugiej stronie
słuchawki, będzie miał dla niej wiele życzliwości i cierpliwości. Osoby dzwoniące
mogą liczyć na wsparcie psychologiczne
i tzw. pomoc obywatelską – informacje,
jak załatwić różne sprawy w urzędach
i Pierwsza ze wspomnianych inicjatyw będzie dostępna już od jutra (29.04). Dzwoniąc pod numer 89 522 28 20 starsi mieszkańcy miasta będą mogli porozmawiać
two resortowe potwierdza i to: „Polska
Zjednoczona Partia Robotnicza miała zawsze w Milicji Obywatelskiej i Służbie bezpieczeństwa oddaną kadrę bojowników
o nowy, rewolucyjny ład i porządek, o lepsze życie ludzi pracy”.8
Aleksander Zaczkowski po zakończeniu służby mieszkał w Kieźlinach.
W 1967 r. wrócił w rodzinne strony, do Sosnowca. Zmarł 18 grudnia 1985 r. we wsi
Jaroszowiec (gmina Klucze).
Dr historii,
pracownik Archiwum
Państwowego
w Olsztynie
Mariusz Korejwo
1. APO, 1141/3674, Dokumentacja Aleksandra Zaczkowskiego.
2. Dziś w granicach Sosnowca.
3. KPRP – Komunistyczna Partia Robotnicza Polski.
4. CGT = Powszechna Konfederacja Pracy, konfederacja związków zawodowych we Francji o silnym zabarwieniu lewicowym.
5. H. Panas i inni, W służbie narodu na Warmii i Mazurach. XXV lat MO i SB, Olsztyn 1969 r. , s. 27-28.
6. Ibidem.
7. APO 2931/22, Posiedzenie prezydium Zarządu
Okręgowego ZBoWiD, Olsztyn 02 VIII 1957 s. 55-59.
8. List I sekretarza KW PZPR w Olsztynie T. Białkowskiego do funkcjonariuszy MO i SB woj. olsztyńskiego, w : H. Panas i inni, ibidem, s. 7.
nie tylko z fachowcem, ale też z kimś, kto
rozumie osobę po drugiej stronie słuchawki, będzie miał dla niej wiele życzliwości
i cierpliwości. Osoby dzwoniące mogą
liczyć na wsparcie psychologiczne i tzw.
pomoc obywatelską – informacje, jak załatwić różne sprawy w urzędach i jak korzystać z udogodnień oferowanych przez
miasto, fundacje i organizacje twórcze.
I to jest to! Nareszcie niepełnosprawni seniorzy, którym odebrano prawo
bezpłatnego parkowania (jest to praktyka powszechna, której celem jest chyba zasilenie kasy miasta), a którzy klną
w żywy kamień przeprawiając się o kulach przez rozkopane miasto, będą mogli
w życzliwe ucho urzędnika wypłakać
swoje żale. Może nawet ten przedstawiciel władz miasta uroni z nimi łzę nad
ich zbolałymi kończynami i poradzi , by
udali się do specjalisty ortopedy, gdzie
można się dostać już po 5 miesiącach
oczekiwania, czy do poradni rehabilitacyjnej, gdzie czas oczekiwania wynosi
tylko 8 miesięcy.
Mało tego, mają szanse dowiedzieć
się jak załatwić sprawę w różnych urzędach (rozumiem, że również w urzędzie
DEBATA Numer 5 (92) 2015
miasta). Przecież wiadomo, że aby coś
„załatwić” nie wystarczy udać się do
kompetentnego organu, ale trzeba mieć
jeszcze tajemną wiedzę jak załatwić.
Wreszcie, mają seniorzy szansę dowiedzieć się jak korzystać z udogodnień oferowanych przez miasto, fundacje i organizacje twórcze. Może nawet przy okazji się
dowiedzą jakie to udogodnienia oferują
im te tajemne organizacje, bo przecież nie
od tego jest konferencja prasowa, by od
razu upubliczniać taką wiedzę.
Trzy dni w tygodniu w godz. 13.30-15
będzie czynny telefon i w tym czasie seniorzy beneficjenci będą mogli seniorom
wolontariuszom porozmawiać nie tylko
z fachowcem, ale też z kimś, kto rozumie
osobę po drugiej stronie słuchawki, będzie
miał dla niej wiele życzliwości i cierpliwości, bo przecież wiadomo, że urzędnikowi
takiej cierpliwości dla zrzędzącej 60 +, czy
stetryczałego seniora 80 + nie wystarczy.
Nic to jednak w porównaniu ze szczęściem, które zapewni seniorkom i seniorom „koperta życia”. Już dziś nie mogą się
pewnie doczekać, by informacje o swoim
stanie zdrowia, lekach i kontaktach do
rodziny (czy także o braku takowych?)
umieścić w kopercie, która wkrótce będzie dostępna w urzędzie miasta. Na tę
kopertę należy przykleić naklejkę „Koperta życia” i umieścić w lodówce!!!!!
(miejsca tam pewnie pod dostatkiem,
biorąc pod uwagę wysokość emerytur i
rent). Ciekawe ile takich kopert i naklejek w ramach troski o los seniora zamówił Urząd miasta, bo wiadomo, że, każdy z 42 tys. seniorów mieszkających w
Olsztynie nie będzie miał życia bez takiej
koperty!!!
Chcę wierzyć, że rada senioralna,
która „..miałaby zajmować się zagadnieniami i wdrażaniem przedsięwzięć
poprawiających poziom życia seniorów
mieszkających w Olsztynie”, a której powołanie odbędzie się na majowej sesji
miasta będzie autorem konkretnych poczynań, które „łopatologicznie” zaprezentują beneficjentom tego przedsięwzięcia,
bo wiadomo, że percepcja tych po 60 już
nie taka i nie potrafią się doczytać między wierszami A gdyby było inaczej, to
polecam wnioskodawcom tej wspaniałej
inicjatywy frazę z filmu „Pora umierać”
z niezapomnianą rolą przeuroczej Danuty Szaflarskiej (aktualnie 100 + i wciąż na
scenie!), a szczególnie tę część, która stanowi Jej odpowiedź na lekarskie: „Niech
się rozbierze i położy”.
Wdzięczna bez granic 60 +++
Apel o godne upamiętnienie
Żołnierzy Wyklętych
Minister Andrzej Krzysztof Kunert – sekretarz Rady Ochrony
Pamięci Walk i Męczeństwa
Łukasz Kamiński – prezes Instytutu Pamięci Narodowej
Szanowny Panie Ministrze, Szanowny Panie Prezesie,
Z rosnącym niepokojem obserwujemy ostatnie działania zmierzające do budowy Panteonu Bohaterów Narodowych
na „Łączce” Wojskowego Cmentarza na
warszawskich Powązkach.
W wyniku pośpiesznie przeprowadzonego konkursu zwyciężyła praca będąca plagiatem projektu na krematorium
sztokholmskiej nekropolii, a nagroda II
przypadła projektowi, który nieodparcie
kojarzyć się musi z powszechnie znanym
pomnikiem Ofiar Holokaustu w Berlinie. W najbliższym czasie ROPWiM zapowiada pośpieszne dokonanie wyboru
projektu spośród pięciu wyróżnionych
prac, aby w czasie wakacji go zrealizować i w dniu 27 września b.r. odsłonić z
udziałem najwyższych władz państwowych. Nie możemy pozbyć się odczucia,
że powodem owego nadzwyczajnego
ożywienia są potrzeby bieżącej polityki
i wyborczego kalendarza, ostatecznym
zaś jego efektem uroczyste odsunięcie
pilniejszych spraw czekających na rozwiązanie, jak choćby kontynuacji ekshumacji i identyfikacji ofiar zbrodni.
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Dołączając do głosu rodzin „łączkowych” apelujemy o to, aby uroczysty
państwowy pogrzeb naszych Bohaterów odbył się dopiero po zakończeniu
prac ekshumacyjnych na całym obszarze
„Łączki” tzn. w kwaterach Ł1 i Ł2, pod
asfaltową aleją i znajdującymi się wokół
chodnikami, a więc w miejscach, gdzie
pod grobami z lat 80-tych nadal pozostają szczątki około stu naszych Bohaterów, wśród nich gen. Augusta Emila
Fieldorfa, rtm. Witolda Pileckiego, płk.
Łukasza Cieplińskiego i pozostałych
członków IV Zarządu Głównego WiN.
Założony scenariusz pogrzebu na raty
nie mieści się w cywilizacyjnych standardach i ociera o farsę, tym bardziej, że
znana jest lokalizacja ukrycia kolejnych
ofiar na terenie bezpośrednio sąsiadującym ze wznoszonym pomnikiem, a de
facto jedynym powodem hamującym
ich wydobycie pozostają świadome działania władz komunistycznych maskujących własne zbrodnie.
Apelujemy także o to, aby forma, jak
i wielkość upamiętnienia odpowiadała
jego znaczeniu i obejmowała cały „łączkowy” teren dołów śmierci, do których
komuniści barbarzyńsko wrzucali swe
ofiary. Towarzyszące konkursowi założenia przestrzenne zminimalizowały
obszar zabudowy do niewielkiego fragmentu dawnego pola więziennego (18 x
18 m), czyli zaledwie do części Kwatery
Ł1 wpisanej obecnie do rejestru grobów
wojennych i ledwo dorównującej rozmiarami mauzoleum Bolesława Bieruta.
„Łączka” jest miejscem symbolicznym i wyjątkowym. Forma i skala Panteonu Bohaterów Narodowych, przez
pół wieku wyklętych i zapomnianych,
musi odpowiadać randze Ich walki i tragicznego losu. Zamiast pośpiechu potrzebna jest rozwaga i odwaga. Oni na
nią czekają.
Pod listem 90 podpisów, m.in. :
Adama Borowskiego, Krzysztofa Czabańskiego, Andrzeja Melaka, Jana Parysa, Martyny Miklaszewskiej, Tadeusza Płużańskiego.
27
Przywracanie pamięci bohaterom
nie jest sprawą prostą
Z prof. Krzysztofem Szwagrzykiem rozmawiają
red. Marzenna Piasecka-Dzbeńska
i red. Andrzej W. Kaczorowski
Prof. Krzysztof Szwagrzyk: „Identyfikacja żołnierzy wyklętych - ofiar reżimu komunistycznego i upamiętnienie ich walki o suwerenną ojczyznę, to wielkie święto dla całej Polski”
Panie Profesorze, czy zdarzyło się do
tej pory, że przedstawiciele aparatu represji (bądź ich rodziny) ujawnili miejsca tajnych pochówków swych ofiar?
Niestety, nie. Wydaje się nieprawdopodobne, aby wśród całego wielotysięcznego korpusu aparatu bezpieczeństwa
i ich rodzin przez dwadzieścia pięć lat od
upadku komunizmu nie znalazł się nikt,
kto zechciałby ujawnić takie miejsce.
Z pewnością wpływ na to ma ich obawa,
że taki krok może spowodować dla nich
przykre następstwa w postaci pociągnięcia do odpowiedzialności karnej. Wydaje
mi się jednak, że znacznie ważniejszym
czynnikiem powodującym taką, a nie inną
postawę jest ich przekonanie, że praca w
komunistycznym aparacie bezpieczeństwa była służbą dla Polski, a ci, których
aresztowali, torturowali, likwidowali –
byli wrogami ustroju i państwa. Dlatego
ani wówczas, ani teraz nie należą im się
żadne względy.
Jaki jest obecny stan wiedzy na temat
geografii zbrodni? Jak dużo jest jeszcze
„białych plam” na tej mapie Polski? Czy
mamy jeszcze szanse na poszerzenie
bazy źródłowej?
Na mapie Polski mamy setki udokumentowanych miejsc związanych z funk-
28
cjonowaniem terroru komunistycznego
lat 1944–1956. W zasadzie wszędzie tam,
gdzie były siedziby Urzędów Bezpieczeństwa, Informacji Wojskowej, gdzie były
więzienia i obozy – znajdujemy albo przewidujemy odnalezienie szczątków ofiar
pogrzebanych w miejscach, po których
przez lata usiłowano zatrzeć wszelkie ślady. Jak oceniamy, w całym kraju powinniśmy odleźć kilkanaście tysięcy ludzi
straconych, zamordowanych, zmarłych
w okresie stalinizmu.
Jakie są główne priorytety poszukiwań w bieżącym roku?
Za priorytetowe uznajemy działania
poszukiwawcze miejsc, w których komuniści pogrzebali najwięcej ofiar. Wśród
nich są nekropolie warszawskie: Cmentarz
Wojskowy Powązkowski, Cmentarz Bródnowski i przy ul. Wałbrzyskiej, nekropolie
i siedziby UB we wszystkich miastach wojewódzkich oraz pogranicze województw
śląskiego i opolskiego, gdzie we wrześniu
1946 r. wymordowano prawie 200 partyzantów oddziału NSZ Henryka Flamego,
ps. „Bartek”, których szczątków od lat poszukujemy.
Czy istnieją możliwości dalszego
działania Pańskiego zespołu na „Łączce” i na Służewie?
Tak, choć to niezwykle trudne pod
wieloma względami. Dziś nie jestem
w stanie nawet określić przybliżonej perspektywy kontynuacji prac w tych miejscach.
Gdzie jeszcze w kraju będą prowadzone prace poszukiwawcze?
W tym roku będą to: Cmentarz Garnizonowy w Gdańsku, Cmentarz Bródnowski w Warszawie, województwo lubelskie,
małopolskie, podkarpackie, opolskie i śląskie.
Jakie są największe trudności i zagrożenia? Czy istnieje wola polityczna,
czy zapewnione są środki finansowe
i techniczne? Jakich zmian przepisów
prawnych należałoby dokonać? Czy uda
się zgromadzić odpowiednią bazę genetyczną do identyfikacji już odnalezionych ofiar?
Nie mogę w pełni, w wyczerpujący
sposób i w zgodzie z własnym sumieniem
odpowiedzieć na żadne z postawionych
mi pytań. Odpowiem tak jak mogę, mając
pełną świadomość, że czytelnicy „Biuletynu AK” niekoniecznie będą z mojej odpowiedzi zadowoleni. Problemy w procesie
prowadzenia poszukiwań nieznanych
miejsc pochówku ofiar terroru komunistycznego były, są i z pewnością będą. Ich
rodzaj, skala i charakter są tematem na zupełnie odrębną rozmowę, ale dziś jeszcze
na nią nie czas.
Jak ocenia Pan inne inicjatywy (poza
Pana zespołem) zmierzające do odkrycia kolejnych grobów?
Mam mieszane uczucia. Doceniam
chęć pewnych środowisk włączenia się
w poszukiwanie zamordowanych przez
komunistów żołnierzy polskiego podziemia niepodległościowego. Uznaję jednak,
że cały proces poszukiwań, ekshumacji
i identyfikacji powinien spełniać najwyższe kryteria jakości, rzetelności naukowej
i profesjonalizmu zawodowego. Rolą państwa jest stworzenie takiego systemu, aby
poszukiwania bohaterów narodowych realizowane były przez instytucje państwowe i placówki naukowe. Bowiem tylko taki
sposób prowadzenia poszukiwań i ekshumacji przynosi gwarancję zachowania
standardów. Inaczej będziemy świadkami
prowadzenia poszukiwań przez nieznane,
skrzyknięte ad hoc i niekoniecznie zadowolone z kontroli państwa grupy, stowarzyszenia, fundacje. Szczątki ludzkie,
prochy walczących o niepodległość Polski
wymagają szczególnej ochrony.
Dziękujemy za rozmowę.
Źródło: „Biuletyn Informacyjny AK.
Miesięcznik Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej”, rok XXV, nr 4 (300)
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Alle* Łyna
To stary spór. Która rzeka Warmii jest ładniejsza: Łyna czy Pasłęka ? Myślę że za
sprawą większego dorzecza, chyba jednak Łyna. Ma więcej dopływów i niesie więcej
wody. To ją też ratuje w dzisiejszej epoce chronicznej suszy.
henryk falkowski
Ł
yna ma silne źródła pomiędzy miejscowościami Łyna i Orłowo pod
Nidzicą. Jest to wyjątkowe miejsce,
warto urządzić sobie tam pieszą wycieczkę i zobaczyć te najpiękniejsze źródła rzeki na Mazurach. Takich źródeł nie ma ani
Pasłęka, ani Drwęca. Zaraz za nimi jest
cudnej urody staw młyński, to tutaj parę
lat temu dokonano odłowu kontrolnego
agregatem prądotwórczym i okazało się,
że występują w jego wodzie pstrągi potokowe do 1,5 kg. Była to pewnie odmiana troci jeziorowej, to częsty przypadek
w górnym biegu Łyny i jej dopływów.
Ostatnio odrestaurowano młyn, a rzeka
jakby nie akceptując tej zmiany, popłynęła paroma nowymi korytami malowniczo
przecinając lokalną polną drogę. Prowadzi tu też ścieżka rowerowa z Nidzicy,
musiała być zrobiona za duże pieniądze,
bo wygląda imponująco. Leśnymi drogami przez Lasy Łańskie możemy dojechać
do Rusi pod Olsztynem. Dobry pomysł to
jazda pociągiem do Nidzicy i powrót tym
szlakiem rowerem, trwa to 5-7 godzin.
Gdy już liczne potoki spotkają się
w jednym korycie, strumień bystro płynie
w wyraźnej dolinie leśnej aż do miejsca
Rzeka Marózka. Fot. Jarek Koziura
DEBATA Numer 5 (92) 2015
gdzie jest zasilany potokiem z okolic Wólki Orłowskiej. W tych okolicach znajduje
się cmentarz wojenny z I wojny światowej
ofiar bitwy pod Tannenbergiem. Obrazowo opisała potyczkę pod Orłowem Barbara Tuchman w „Salwach sierpniowych”, za
którą to książkę otrzymała Nagrodę Pulitzera. Leży tu około trzy tysiące niemieckich i rosyjskich żołnierzy. Wielu z nich
to Polacy, którzy musieli wtedy służyć
w obcych armiach. Po lewej, niemieckiej,
stronie cmentarza leży oficer o nazwisku
„Falkowski”, pewnie Kaszub. Nie jest to
moja rodzina, bo mój ojciec pochodził
z Dąbrowy Białostockiej. Centralnie, na
skraju doliny Łyny, ustawiony jest obelisk
z czytelnym jeszcze dziś napisem „Helden”, czyli „Bohaterom”.
Stąd spokojniejsza już rzeczka płynie
podmokłą doliną do jeziora Krzyż, potem
przez Brzeźno Małe i Duże, malutkie, na
złość pewnie nazwane, Morze – wszędzie
tu możemy łowić tylko z łodzi lub kajaka, którymi wygodnie wodujemy przy
moście w Brzeźnie Łyńskim. Krótkim odcinkiem Łyny wpływamy w dół rzeki na
jeziora Kiernoz Mały i Wielki. Tu muszę
zwrócić uwagę na toponimię tych okolic.
Nazwa wsi Kurki jest podobna do nazwy staropruskiej bogini Kurko. Są tu też
miejscowości Dąb i Lipowo Kurkowskie,
a przecież Prusowie czcili takie drzewa
jak dąb i lipa, i jeżeli w środku tego obszaru leży jeszcze Jezioro Święte, to chyba nie
jest to przypadek. Musiało się tu kiedyś
znajdować centrum kultów pogańskich,
może tu został wprowadzony w pułapkę
i zginął w 1166 r. Henryk Sandomierski?
Przenieśmy się teraz na dopływ Łyny
– Marózkę. Gdy te dwie rzeki łączą się
w Kurkach, Marózka jest większą i dłuższą, o około 50 kilometrów, rzeką. Dlaczego więc dalej Łyna nie nazywa się Marózka? Może dlatego, że wpada cicho i niemal
niezauważalnie, tuż przy wypływie Łyny
z Kiernoza Wielkiego.
Jej źródła znajdują się w jeziorze Gardyny, płynie niemal jak rów do jeziora
Łubień, dalej to już rzeczka, widzi ją już
każdy, kto jedzie na Pola Grunwaldzkie.
To w niej Litwini wycięli krzyżacką pogoń
podczas manewru sfingowanej ucieczki
spod Zielonego Lasu (Grünwald, Grunwald). Marózka przepływa przez rynnowe jezioro Mielno, a na moście w Waplewie koło cmentarza doszło do przerwania
niemieckiej obrony, w wyniku czego Rosjanie zajęli na krótko Olsztyn w sierpniu
1914 r. Parę kilometrów stąd, w wiejskiej
szkole w Stębarku Paul von Hindenburg
miał swój sztab, do którego rosyjski generał Aleksander Samsonow nie dotarł, ale
dotarły tam zdobyte pod Grodzicznem
rosyjskie plany i dlatego niemiecki „geniusz” wygrał wielką bitwę toczącą się na
120 – kilometrowym froncie. Bitwa trwała niemal na każdym zakręcie rzeki.
Poniżej młyna w Waplewie zaczyna
się piękny i dziewiczy odcinek Marózki,
która przez dłuższy czas płynie przez las.
Czysta woda pozwala obserwować doły
na zakolach sięgające 3 metrów. Kajakarzom radzę wodować na jeziorze Myślaki i następnie dopływem wpłynąć na
Marózkę w okolicach mostu kolejowego
na trasie Olsztyn–Warszawa. Pod koniec
tego leśnego odcinka, w okolicach stacji
Bujaki, wpada do Marózki potok Witramówka, nawet w upały lipcowe prowadzi bardzo chłodną wodę, kajakarz nie
jest w stanie wystać chwili w jego nurcie
przy ujściu. Na Witramówce widziałem
też potężny wodospad na zniszczonym
młynie, chyba największy na Warmii i
Mazurach. Poniżej ujścia Witramówki
Marózka przyśpiesza i wpada do bezrybnego, ale ładnego jeziora Maróz. Ileż tu
daczy, ośrodków i kłusowników! Lubię
pole namiotowe w Szwaderkach. Jest tam
bar, w którym podawane są zupy (rybna
– niebo w gębie), przygotowywane przez
mieszkającą w okolicy Mazurkę. Dalej
29
znana smażalnia i stawy rybne. Tam jem
tylko wędzone sielawki, też pycha. Przed
jeziorem Pawlik do Marózki wpada mały
potok Poplusz, odprowadzający wody
z Jeziora Pluszne. W Pluskach lubię wykąpać się i później zjeść koło plaży świeżą
i niedrogą rybkę lub tatara z łososia, oczywiście tylko z Bałtyku - rozróżniamy po
jaśniejszym mięsie. Jest w tym miejscu
jakaś tradycja, obsługują tu mnie od lat
moje uczennice z IV LO, teraz Monika
z II B. Lubię to miejsce, ten wiatr od jeziora, widok czystej wody, kamień przed
strażą pożarną i nawet warszawiacy mniej
mnie tu denerwują.
Wracajmy na Marózkę, bo warto,
przed nami bowiem najpiękniejszy jej
odcinek. To tu – przy ujściu do Pawlika, a nie koło Mielna - aktor Mieczysław
Pawlikowski, filmowy Zagłoba, ustanowił
długo niepobity rekord Polski w pstrągu
potokowym. Pewnie była to troć jeziorowa, a zazdrośnicy plotkowali, że dyrektor
hodowli pstrąga w Szwaderkach to kolega
Pawlikowskiego z RAF. Wierzę w ten re-
kord, ponieważ właśnie tu widziałem największe ryby w moim życiu i nie były to
4 kilogramowe pstrągi. Mam na to żyjącego świadka. Poniżej jeziora Pawlik
Marózka ma najpiękniejszy swój odcinek,
jest to przełom w sandrowym sosnowym
lesie. Obecnie silnie eksploatowany przez
kajakarzy, którzy skutecznie przegonili
stąd wędkarzy. Prawdziwą tragedią jest
stale obniżający się poziom wody, w tym
roku są szczególnie dramatycznie niskie
stany. Gdy po lewej stronie kończy się
dolina, można udać się na 15 minutowy
spacer do nieistniejącej wsi Orzechowo.
Komuchy w latach imperium łańskiego
wysiedlili tę wieś, zresztą także Małe Pluski. Został cmentarz, kościół, kapliczki,
leśnictwo i metalowy krzyż na rozstaju
dróg. Tu przebiegała granica religijna pomiędzy katolicką Warmią (Orzechowo)
a protestanckimi Mazurami (Szwaderki,
Kurki). W tym kontekście nowego znaczenia nabiera nazwa granicznego jeziora – Święte. W Orzechowie odpoczywał
na wakacjach latem 1953 r. prymas Ste-
fan Wyszyński. Było to na miesiąc przed
aresztowaniem przez komuchów. Moi
byli uczniowie, znając moją miłość do
tych okolic, w kościele w Orzechowie organizują swoje śluby, nie zapominając zaprosić mnie na nie. Marózką pływał Karol
Wojtyła, ponoć na moście w Kurkach dowiedział się o nominacji na biskupa sufragana w Krakowie.
Od Kurek Łyna i Marózka płyną razem jako Łyna. Tworzą tu po raz kolejny
granicę pomiędzy Mazurami a Warmią
w miejscowości Ząbie. Dalej jest już tylko Warmia i Jezioro
Łańskie.
Nauczyciel historii
[email protected]
Henryk Falkowski
*Pruska nazwa rzeki Łyna brzmiała
Alna, niemiecka Alle
Warmiński kapłan
i ksiądz prymas
K
siądz Wojciech Zink, jako rządca diecezji warmińskiej,
czterokrotnie gościł prymasa Polski Stefana kardynała Wyszyńskiego. W sierpniu 1953 roku ksiądz prymas
przyjechał na wakacyjny wypoczynek do Orzechowa w gminie
Olsztynek. 15 sierpnia zakończył swój pobyt i udał się do Warszawy na uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. 25
września 1953 roku został aresztowany przez komunistów i „osadzony w miejscu odosobnienia” - jak to się eufemistycznie określa. W kilka dni później, 2 października, funkcjonariusze Urzędu
Bezpieczeństwa aresztowali ks. Wojciecha Zinka. Ks. Zink był jedynym duchownym – członkiem Episkopatu, który zaprotestował
przeciwko aresztowaniu ks. prymasa, choć zdawał sobie dosko-
nale sprawę z tego, że może za swoją postawę zapłacić najwyższą
cenę. Episkopat Polski dał się zastraszyć aresztowaniem prymasa
- zamiast głosu sprzeciwu, wzięcia w obronę aresztowanego księdza prymasa, biskupi wydali oświadczenie: Episkopat nie będzie
tolerował wkraczania przez kogokolwiek z duchowieństwa na drogę
szkodzenia Ojczyźnie i będzie stosował wobec innych odpowiednie
sankcje zgodnie z prawem kanonicznym.
Ks. Wojciech Zink przebywał 16 miesięcy w więzieniu przy
ulicy Rakowieckiej w Warszawie. Ksiądz prymas Stefan Wyszyński
powrócił z internowania pod koniec października 1956 roku.
28 maja minie 34 rocznica śmierci Prymasa Tysiąclecia.
DJ
Zapiski ks. prymasa Stefana
Wyszyńskiego z pobytu
w Orzechowie
5 sierpnia 1953 roku środa. Warszawa – Olsztynek – Orzechowo. Na
godz. 10.00 przybył ks. Infułat Zink, z
którym wjechałem do Orzechowa pod
Olsztynkiem. Ks. Zink przygotowywał
30
tutaj pustą plebanię, wśród jezior i lasów, na miejsce kilkudniowego wypoczynku. Przybyliśmy do tego pustkowia na godz. 17.00. Mam do dyspozycji
kościół z Najświętszym Sakramentem,
duży dom plebański, dwie siostry z
Olsztyna z seminarium, które prowadzą nam gospodarstwo. Ksiądz Kanonik Padacz jest mi towarzyszem. Uchodzę za księdza Profesora. Chyba to nie
konspiracja. Na razie pada deszcz. Na
miejscu jest niewielka wioska, w której
przebywa 20 kobiet i jeden jedyny mężczyzna. Kościołem opiekuje się staruszka Warmianka, matka 5 synów, którzy
są wszyscy za granicą.
14 Sierpnia 1953 roku – Orzechowo k. Olsztynka. Dziś dobiega końca
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Wspomniany przez księdza prymasa żyrandol z kościoła w Orzechowie
nasz krótki wypoczynek w Orzechowie. Jutro po obiedzie wracamy do
Stolicy. Spędziliśmy z ks. Padaczem
lato leśnych ludzi, na całkowitej niemal włóczędze wśród lasów i jezior,
niemal nie spotykając ludzi, których
tu bardzo mało. Wioska jest niemal w
połowie wyludniona, położona uroczo. Ile tu jest w lasach jezior, trudno
obliczyć. Niektóre cudowne jak jezioro Pluszne (Plusk). Świetne i inne.
W którąkolwiek stronę nie wyjdzie się
z Orzechowa zawsze można trafić, w
odległości pól do dwóch kilometrów,
na jezioro otoczone lasem. Spotykani
ludzie niemal wszyscy mówią po polsku, nie spotkaliśmy takiego, który nie
rozumiał języka polskiego. Wszyscy
dobrze odpowiadają pochwalonego
czystym językiem. Najlepiej mówią
chłopcy po wojsku; znać na nich, że
otarli się o mowę literacką. Bez błędów zazwyczaj mówią starsi, chociaż
w fonetyce ulegają niemieckiej manii
charczenia. Najgorzej mówią dziewczęta, które mają najmniej kontaktu
z Polską. Nasza miejscowość to krawędź Warmii. Lud jest bardzo religijny; każdego dnia naszego pobytu
przychodziło kilka osób do spowiedzi
św. i przeszło 10 do Komunii św. Dobrze śpiewają po polsku, wiele pieśni
nowych, chociaż można znaleźć tu
śpiewniki niemieckie. Modlitewnik
diecezjalny po polsku, jest dobrze zredagowany, ale to książki przedwojen-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
ne. Dziś cenzura nie pozwala drukować książek religijnych dla tych ludzi.
Jest to zbrodniczość, nie dająca się obliczyć w następstwach swoich. Z braku
książek polskich ludzie ci z konieczności sięgają po książki niemieckie.
A tu trzeba dać to, co budzi zaufanie.
Ludzie ci nie wezmą do ręki gazety komunistycznej i książki. Łudzi się rząd,
gdy myśli, że można repolonizować
tych ludzi na lekturze o Marksie i Engelsie, Stalinie i bohaterach Polski Ludowej. Oni ich nie rozumieją i nie chcą
ich uznać Natomiast chętnie czytaliby
historię Narodu Polskiego i literaturę
polską. Nieszczęściem dla Polski jest,
że Warmia wróciła w okresie komunizowania Polski. Ale przeszli zwycięsko przez germanizację, to przejdą
zwycięsko przez komunizowanie. Lud
jest bardzo uprzedzony do wysokich
panów z Warszawy, jak z przekąsem
powiedział nam stary Warmiak, grodzący płoty przed dzikami. „Wysokie
pany przyjechały i zabrały nam flinty,
a dziki niszczą nam zbiory, nie mamy,
czym się bronić”. Istotnie, po nocach
ludzie wartują na polach, palą ogniska,
krzyczą, biją kijami po blaszanych pudłach i w ten sposób bronią się przed
dzikami, których jest mnóstwo. Ich
ślady znać na wszystkich ścieżkach leśnych, chociaż we dnie ich nie widać.
Ciężkim utrapieniem dla ludzi jest
UB. Dziś w nocy przyszli po człowieka, by odsiedział rok więzienia za za-
branie drzewa z lasu na ogrodzenie
płotu. A drzewa tego leżą całe zwały;
nikt go nie sprząta, nikt nie przecina
wybujałych zagajników, które schną
z ciasnoty. Wydaje się, że zamiast posyłać starego człowieka do więzienia,
gdzie będzie żywiony na koszt państwa, lepiej byłoby go zobowiązać do
oczyszczenia kwatery lasu. Ale to nie
jest postępowe rozumowanie. Śledzimy starannie ślady polskości. W kościele wisi ogromny drewniany żyrandol, w kształcie dzwonu, pomnik po
poległych z 1914 - 1918 roku. Na 43
nazwiska poległych 30 jest polskich.
Warto je przytoczyć: John. Kowalewski, Hoh. Choina, Aug. Mathiak, Jos.
Biernath, Franz Baczewski (kilkakrotnie), Konrad Zacheja, Sopella, Baszkrowitz, Kasprowski, Wielengowski,
Kottkowski, Michalczik, Czeczko,
Oppenkowski, Urban, Niemierza,
Balewski, Jurewitz, Quitek, Wieczorek, Piotrasch, Popowski, Bendorza
itp. Proboszcz tych ofiar wojny i fundator tego osobliwego pomnika zwie
się Wenskowski. Wszystko dobrane.
Podobnie na cmentarzu grzebalnym,
większość nazwisk na nagrobkach
polskich, chociaż imiona niemieckie.
Tabliczki na ławkach kościelnych są
niemal wszystkie wypełnione polskimi nazwiskami. Prawdziwie ziemia
gromadzi prochy. Jak bardzo umiejętnej pracy, pełnej szacunku i powagi
trzeba by tutaj, by ludzi tych danych
przez Opatrzność, w pełni przywrócić
narodowi. Tak blisko stąd do Warszawy, a jednak tak daleko do serca Polski.
Ci ludzie słyszą tylko o więzieniach,
o karach, o sądach, o śledztwach. Nasz
proboszcz orzechowski, autochton, też
siedział w polskim więzieniu 8 miesięcy. Dotąd nie wie, za co. To może
zrozumieć warszawiak, ale nie pojmie
tego Warmiak. Trzeba długo i cierpliwie wyjaśniać, zanim się poczuje, że
wątpliwości się chwieją.
15 sierpnia 1953 roku, sobota,
Orzechowo, Warszawa. Uroczystość
Wniebowzięcia. Obydwaj z Ks. Padaczem duszpasterzujemy. Odprawiam
jedno nabożeństwo o godz. 8:00, ks.
Padacz drugie o godz. 10:00. Przyszła
wielka liczba wiernych, śpiewają pięknie po polsku. Wygłaszam przemówienie o Matce Bożej. O godz.15:00
żegnamy miłe miejsce spokojnego
wypoczynku; gromada dzieci przychodzi z kwiatami, otrzymują obrazki.
Szkoda ich, gdyż znowu pozostaną bez
Mszy św. i Komunii św., do której co
dzień tyle ich przychodziło.
31
Przekraczanie granic
W Radiu Olsztyn dzieją się dziwne rzeczy. W roku ubiegłym w audycjach nadawanych w języku ukraińskim czczono Stepana Banderę. Jako pierwszy zwrócił
uwagę na propagowanie w publicznym radiu treści godzących w polską rację
stanu prof. Selim Chazbijewicz. W kwietniu w audycji, nadawanej tym razem w
języku niemieckim, dopuszczono się propagowania rewizjonizmu. I to wszystko
ma miejsce w państwowym, publicznym radiu.
ks. jan rosłan
P
aweł Sieger jest Niemcem od kilku lat mieszkającym w Polsce.
Nakręcił on film „Polskie obozy koncentracyjne” i o nich opowiadał
w audycji, ale za największą tragedię
uznał nie „masowe morderstwa dokonywane na ludności cywilnej”, ale to, że
państwo pruskie zginęło z mapy świata.
I tu się odgraża: „Niech Polacy, Ukraińcy wiedzą, że to nasza ziemia, nasze
Prusy, nasza tradycja. Trzeba walczyć
o swoje”. Niektóre ziomkostwa propagowały kult państwa pruskiego i podtrzymywały roszczenia terytorialne.
Przez lata powojenne Polska walczyła
o uznanie aktualnych granic. Dziś nikt
rozsądny nie kontestuje powojennego podziału Europy, a tu u nas, w Polsce, w publicznym radiu dopuszcza się
propagowanie wypowiedzi godzących
w polską rację stanu. „Nie mam zamiaru wycofać się ani z jednego słowa” - powiedział olsztyńskiej „Wyborczej” Paweł
Sieger. To jest najlepsze świadectwo, że
jego wypowiedzi były starannie przemyślane. Tylko dlaczego dopuszczono
je do emisji, skoro audycja wyemitowana w niedzielę została dostarczona do
rozgłośni we czwartek. Czyżby nikt jej
z redakcji wcześniej nie przesłuchał?
Niestety, zbieramy plon polityki
kulturalnej i historycznej obecnej ekipy
rządzącej i ich poprzedników. Od wielu
lat dokonuje się proces przeprogramowania myślenia o przeszłości, a w szczególności o drugiej wojnie światowej.
Powstają książki o tzw. historii alternatywnej, jak to dobrze byłoby, aby Polska
sprzymierzyła się z Hitlerem, niektórzy
historycy wprost piszą, że powinniśmy
to zrobić. Mało tego, coraz częściej Polaków oskarża się współodpowiedzialnością za zbrodnie, które na terenie Polski
popełnili niemieccy okupanci. Ks. prof.
Waldemar Chrostowski przeanalizował
zmieniający się tok narracji o holokauście. W pierwszych latach powojennych wszyscy wiedzieli, że sprawcami
eksterminacji narodu żydowskiego są
hitlerowskie Niemcy. Potem zaczęto
32
wprowadzać kategorie świadków. Byli
nimi Polacy. I zaczęto mówić o moralnej odpowiedzialności świadków zbrodni, bo nie reagowali, bo milczeli. Tylko
jednocześnie zapomina się o jednym,
że tylko w Polsce za jakąkolwiek pomoc udzieloną Żydom karano śmiercią.
Następnie zaczęto używać już pojęcia
współuczestnictwa lub współudziału
albo pomocniczości i zarzutu czerpania
materialnych korzyści z ludobójstwa.
Na koniec zaczęto Polakom przypisywać kategorię nawet sprawców zagłady
Żydów. Niestety, taką narrację powielają
polskie władze, mało tego, same propagują i takie przekazy finansują, jak choćby filmy „Pokłosie” czy „Ida”. W promowaniu tych i innych produkcji poza
granicami kraju czynny udział miały
polskie ambasady mobilizowane do tego
przez Radosława Sikorskiego.
To „Gazeta Wyborcza” przez lata
propagowała
pedagogikę
wstydu:
mamy wstydzić się za historię, za poglądy, przywiązanie do religii, tradycji,
i w ogóle za to, że jesteśmy Polakami.
Pamiętny jest artykuł Michała Cichego,
który wywołał szczególną reakcję wśród
weteranów Armii Krajowej, bo autor,
który po latach przepraszał za ten tekst,
oskarżył w nim tę formację, że w czasie
powstania warszawskiego polowała na
ukrywających się Żydów. Wypowiedź
Baracka Obamy o polskich obozach
śmierci, a teraz szefa FBI o współodpowiedzialności Polaków za holocaust to
przecież konsekwencje polskiej polityki
historycznej. Szef FBI powtórzył tylko
za lansowanym i honorowanym w Polsce Janem Tomaszem Grossem, który
znów stał się bohaterem Tomasza Lisa
i „Newsweeka”. „Nigdy nie wyzwoliliśmy się jako naród z piętna antysemityzmu” opiniuje Gross, a Lis to chętnie
podchwytuje i upowszechnia. Zawsze
byliśmy antysemitami i nimi będziemy
- to teza bez przerwy powtarzana w polskojęzycznym tygodniku wydawanym
przez niemiecki koncern. Tomasz Lis
jest zachwycony obecnym obrazem Pol-
ski w świecie, gdzie przedstawia się nas
jako antysemitów odpowiedzialnych za
holokaust. „Polska nigdy w historii nie
miała tak dobrego wizerunku”- stwierdził Lis, a rządowy polityk do spraw
propagandowej manipulacji, czyli Michał Kamiński, w TV „Polsat News”
piał z zachwytu: „Myślę, że inne kraje
zazdroszczą nam polityki historycznej”.
A popatrzmy na prezydenta Bronisława Komorowskiego. To on w liście
w sprawie zbrodni w Jedwabnem pisał:
„naród ofiar musiał uznać tę prawdę,
że bywał także sprawcą”. Prezydent RP
przyjął taką narrację, jakiej używają
oskarżyciele naszego narodu. Propaganda zrzucania odpowiedzialności
na Polaków za zbrodnie na narodzie
żydowskim odniosła sukces. Tylko
nieliczni zareagowali na słowa prezydenta Zrobili to ostatnio m.in.: Zofia
Romaszewska, Jan Olszewski, Wiesław
Johann i prof. Włodzimierz Bernacki.
Stwierdzili: „Przypisywanie Polakom
sprawstwa w zagładzie jest tożsame
z tym, co powiedział amerykański
urzędnik wysokiego szczebla i co wywołało szerokie oburzenie w naszym
kraju”. I dalej: „O ile nam wiadomo jest
pan jedynym prezydentem w dzisiejszym świecie, który pozwolił sobie obrazić własny naród obarczając go winami niepopełnionymi, używając retoryki
niszczącej jego wizerunek i poczucie
własnej wartości”.
Od lat systematycznie prowadzona
przez Niemcy, a także część społeczności żydowskiej polityka zrzucania
odpowiedzialności na Polaków za holokaust niestety święci triumfy. Niestety,
polscy administratorzy kulturą, polscy
dyplomaci, a nawet polski prezydent,
nie wspominając o dziennikarzach, w
propagowaniu tych nikczemności mają
znaczący udział. Polityka oczerniania polskiego narodu ma niestety też
miejsce w olsztyńskim radiu. „Karą”
za pochwały dokonań Bandery, odpowiedzialnego za rzeź tysięcy Polaków
na Wołyniu, było zwiększenie zatrudnienia w redakcji ukraińskiej. Czy konsekwencją propagowania niemieckiego rewizjonizmu będzie zatrudnienie
kolejnej osoby w olsztyńskim radiu
w redakcji audycji nadawanych w języku niemieckim?
Były redaktor naczelny
„Posłańca Warmińskiego”,
publicysta, autor czterech
książek
Ks. Jan Rosłan
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Kogo boi się
Julia Hartwig?
Bardziej odruchowo niż z dającej się zidentyfikować potrzeby wyjęłam z bibliotecznej półki „Dziennik” Julii Hartwig obejmujący lata 2008, 2009, 2010
wraz z obszernym wprowadzeniem, w którym autorka prześlizgnęła się przez
swoje dojrzałe życie, mniej więcej od roku 1947 do 1981.
bożena ulewicz
P
ani Julia Hartwig to poetka, tłumaczka i dojrzała dama. Rocznik
1921. Zaczęła tworzyć jeszcze
przed wojną jako uczennica lubelskiego gimnazjum. Studiowała w czasie
wojny na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Wśród wykładowców byli
najwybitniejsi humaniści tamtej epoki
– profesorowie Krzyżanowski, Tatarkiewicz, Kotarbiński, Ossowska. Działała w konspiracji. Potem powojenny
życiorys. Trudno go nazwać typowym
– stypendium we Francji, wyjazd w latach 70. do USA, gdzie razem ze swym
mężem, poetą Arturem Międzyrzeckim, wykładała w tamtejszych college’ach. Po paru latach zdecydowali się na
powrót do kraju. Tworzyli i działali. W
roku 1976 oboje podpisali się pod Memoriałem 101. Zaraz po „przemianach”
została członkiem Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie. Dzięki dobrej znajomości francuskiego i angielskiego dużo tłumaczyła. Mniej wydała
własnych utworów. Ale za to lista jej
nagród jest pokaźna, a wśród odznaczeń nawet francuski Order Legii Honorowej VIII klasy. Przyjaciółka wielu
znanych osób, wśród których przeważają znakomici artyści, intelektualiści
– Miłosz, Turowicz, Lutosławski, Wajda, Kijowski, Edelman. Przyjaciółka, a
nawet admiratorka Adama Michnika i
„Gazety Wyborczej”. Rzadko zdarza się
być obdarzonym tak hojnie darami talentu, przyjaciół i dobrego losu. W życiu pani Julii Hartwig to standard.
To, co istotne – nadal tworzy.
„Dziennik”, o którym piszę, doczekał się niedawno już drugiego tomu.
Z książki wyłania się sympatyczny obraz uroczej starszej pani rozmiłowanej
w literaturze, muzyce, w spotkaniach
z przyjaciółmi przy lampce dobrego
wina, kobiety nowoczesnej, światowej,
ale pełnej staroświeckiej kultury. Jak napisał niejaki Janusz R. Kowalczyk: „Od
wczesnych wierszy, utrzymanych w po-
DEBATA Numer 5 (92) 2015
etyce snu czy gier wyobraźni doszła z
czasem do liryki osoby doświadczonej
przez życie, której wrodzona i nabyta
wiedza promieniuje – w prostych, pozbawionych patosu słowach – mądrym
spokojem i duchowym wyciszeniem”.
Podobnie jest w „Dzienniku”. Też czuje się ten spokój, ciepło, dobrotliwość.
Ale nawet w tym idyllicznym świecie
są pęknięcia i dobrotliwość pryska jak
bańka mydlana. „Dziennik”, jak sama
pisze, „mówi obszerniej niż poprzednie
o mojej pracy i ważnych wydarzeniach
w życiu politycznym i społecznym”.
Polityczny wątek jest dość szczególny,
gdyż praktycznie ogranicza się do wyartykułowania lęków i niechęci pisarki do Lecha i Jarosława Kaczyńskich.
W indeksie nazwiska obu polityków
pojawiają się wielokrotnie. Zdecydowanie częściej niż wspomniany zaledwie
czterokrotnie Bronisław Komorowski,
czy siedmiokrotnie wzmiankowany
Donald Tusk. Równie często jak Kaczyńscy pada tylko w książce nazwisko
Adama Michnika.
Jest taki syndrom amerykański,
który określa pytanie „Co robiłeś, gdzie
byłeś kiedy zginął Kennedy?” W polskiej narracji historycznej stawia się
dość podobne: „Co robiłeś, gdzie byłeś
10 kwietnia 2010 roku?” Zważywszy na
fakt, że książka kończy się właśnie na
tym roku, zanim jeszcze zabrałam się
za czytanie od deski do deski, spróbowałam odnaleźć kwiecień i związane
z nim wpisy autorki. A tu zagwozdka!
Nagle, w relacji pod datą 19 marca, pojawia się wpis z datą 24 kwietnia i pani
Julia Hartwig pisze: „Tu zabrakło ważnego wydarzenia, jakim było 24 kwietnia spotkanie w Goszycach, w dworku
i posiadłości należącej do rodziny
Anny Turowiczowej”. Tego dnia jedna z córek Turowiczów zaplanowała
„uroczystość z okazji przypadających
24 kwietnia imienin Jerzego”. Z obszernej relacji wyłania się obraz imprezy
z udziałem setki gości; wśród nich Zagajewscy, Michnik, Kuroniowa (żona
Macieja), Kozłowski, Skwarnicki. Czytano wiersze, odtworzono z płyty Miłosza, obejrzano jakiś dokument filmowy
ze stanu wojennego. W kilkustronicowej narracji nikt nawet się nie zająknął
o wydarzeniu sprzed dwóch tygodni,
ani o pogrzebie pary prezydenckiej na
Wawelu, w niedalekim przecież Krakowie, a który miał miejsce zaledwie tydzień wcześniej. Zmowa milczenia czy
autocenzura?
O dziwo, o katastrofie autorka pisze
ni stąd ni zowąd w zapisku z 1 czerwca.
Jasne było, że musi się wreszcie określić
wobec tego faktu. Minęło półtora miesiąca, a pani Hartwig rozpoczyna tak:
„Zaszły wydarzenia, na których opis nie
mogę się zdobyć, tak były dramatyczne
i w swej ponurej niedorzeczności niepojęte. Uległ katastrofie samolot......”.
Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie
aberracja z datowaniem. Może poeci
żyją w innym świecie, choć nie sądzę,
by pani Julia Hartwig była nieświadoma dat i wydarzeń. A może rzeczywiście nie mogła się zdobyć. Jeszcze ciekawsza stała się kompozycja tekstu.
Dla mnie osobiście ciekawą stroną
tej lektury było śledzenie niezwykłych
skoków nastrojów autorki. Zdumiewające zderzenie fragmentów tchnących
łagodnym parnasizmem poetyckiej
refleksji i zapiekłej antykaczystowskiej
publicystyki, w której język damy nabiera tonów jakże dalekich od „mądrego spokoju i duchowego wyciszenia”.
Lech Kaczyński pojawia się już na
pierwszej stronie „Dziennika” z roku
2008. Jest 9 marca. Nie zaprosił Michnika do pałacu, gdzie wręczano odznaczenia bohaterom Marca. Co gorsze,
nie przyznał mu odznaczenia. „Nie tylko oburzające, ale i zadziwiające” - pisze autorka. Szkoda, że „Dziennik” zaczyna się tak późno. Gdyby to zrobiła,
musiałaby odnotować, że zaledwie trzy
dni wcześniej, 6 marca, Lech Kaczyński uhonorował pośmiertnie Krzyżem
Komandorskim Orderu Odrodzenia
Polski Andrzeja Kijowskiego, pisarza,
krytyka literackiego i opozycjonistę,
zaprzyjaźnionego niegdyś z nią i jej
mężem.
20 marca. „Dziś Wielki Piątek”. Poetka pisze o zamieszaniu związanym
z ratyfikacją traktatu lizbońskiego Rady
Europy. „Nieoczekiwany sprzeciw prezydenta Lecha Kaczyńskiego (…) „Coraz bardziej pożądana byłaby zmiana
prezydenta, który hamuje poruszenia
rządu, kierując się dobrem swojej partii (rządzonej przez brata bliźniaka), ze
33
szkodą dla państwa (impeachment?)”
Taką to konkluzją kończy autorka wielkopiątkową refleksję. Podkreślam, jest
rok 2008.
9 maja dłuższa, druzgocąca krytyka prezydenta, który zdaniem autorki
hamuje politykę rządu ciągle wetując działania Tuska, bądź Sikorskiego.
„A wszystko, co powszechnie wiadomo, pod dyktando złego ducha, jakim
jest brat bliźniak, poprzedni premier,
szef Prawa i Sprawiedliwości”. Przy
okazji dostaje się także ministrowi
edukacji Giertychowi, który zdaniem
starszej pani jest człowiekiem marnym
i nieprzygotowanym do jakiejkolwiek
misji organizacyjnej, wychowawczej,
czy oświatowej. W dodatku nacjonalista! „Kiedy padła ta nominacja – pisze
Julia Hartwig - poczułam się, jakbym
dostała po twarzy. Pozostał ministrem
do końca. Ale nawet pomysł mundurków, jakie chciał do szkół wprowadzić,
nie przetrwał po jego odejściu” - kwituje nie bez satysfakcji. 19 maja autorka kontynuuje wątek. Wprawdzie Lech
Kaczyński jest nadal prezydentem, ale
udało się uwolnić od jednego ze strasznych bliźniaków. „Nareszcie jednak
oczyściło się trochę powietrze od podejrzeń, nacisków i atmosfery prawie
policyjnej, w której z niewiadomych
powodów każdy mógł czuć się zagrożony”. 19 lipca dowiadujemy się, że
prezydent nie ustaje w wykonywaniu
rad swego brata, którego „zaciekłość
ma w sobie coś złowieszczego”. Pani
Hartwig martwi się, że przez taką politykę Polska pokazuje, że nie nadaje się
do partnerstwa z Europą.
W roku 2009 emocje trochę się
wyciszyły. Pani Julia kąsa Lecha Kaczyńskiego już nie z taką regularnością
i zaciekłością. Wbija szpile na krótko
i mimochodem odnotowując np., że
wygłoszone w sejmie przez prezydenta
wystąpienie z okazji 20-lecia wolnych
wyborów zostało „zlekceważone”.
Rok 2010 zaczyna się reminiscencją z Sylwestra dla ludu Warszawy.
„Na koniec programu pojawiła się
pani prezydent miasta z życzeniami
dla warszawiaków. Trzeba przyznać,
że nie żałowała grosza ani na dekoracje świetlne w mieście, ani na imprezę
sylwestrową” – zachwala poetka. „Wybór na następną kadencję ma chyba zapewniony, bo wykonała prace bardzo
spektakularne (… ). Już pisząc to, zdaję
sobie sprawę, jak bardzo zaniedbane
dotąd prace ruszyły w Warszawie, jak
wiele szykuje się zmian po całkowicie
biernym okresie urzędowania w prezydenturze miasta Lecha Kaczyńskie-
34
go, po którym nie tylko nie zostało
nic znaczącego, ale przeciwnie, został
niedobry smak prowincjonalności i zaduchu” pisze Europejka Julia Hartwig.
Nie ma mowy o wtopach Hanny Gronkiewicz dotyczących kluczowych miejskich przetargów na budowę II linii
metra czy oczyszczalnię ścieków. Była
konspiratorka AK jakoś nie znalazła w
sobie dość sił, aby odnotować, że z inicjatywy Lecha Kaczyńskiego powstało
Muzeum Powstania Warszawskiego.
Będąc prezydentem Warszawy obiecał powstańcom, że muzeum zostanie
wybudowane na 60. rocznicę wybuchu
powstania warszawskiego. Słowa dotrzymał. Otworzył je będąc jeszcze na
tym urzędzie 31 lipca 2004 r.
Za to dalej mamy kilka stroniczek
uroczych wspomnień z wyprawy do
Rzymu, na zaproszenie Instytutu Polskiego, dokąd udaje się z Michnikiem.
W programie m.in. wieczory poświęcone pamięci niedawno zmarłego
Marka Edelmana oraz rozpoczynający
się Rok Chopinowski. Jest początek
lutego 2010 r. Zwiedzanie muzeów
przeplata się z menu śniadaniowym
lub lunchowym. Jest też opis kolacji
u przedstawicieli „osiedlonej i ustatkowanej cyganerii”, gdzieś niedaleko
Watykanu. Pani domu jest emigrantką
1968 roku. Są przyjaciele Edelmana –
Sawiccy, są Lityńscy, jakaś aktorka,
Michnik. „Wieczór zakończył się długim seansem śpiewów, że poczułam
się jakby w innym świecie. Inny to był
świat, ludzi wygnanych, ludzi niechcianych, nie tylko dlatego, że mieli żydowskie korzenie, ale że mieli harde dusze
i poczucie godności (…). Przeważały
pieśni anarchistów, rewolucyjne, francuskie, antyfaszystowskie pieśni włoskie, wraz ze sparodiowaną Giovinezzą,
pieśni z hiszpańskiej wojny domowej,
pieśni bundowców śpiewane w jidisz.
Najbardziej poruszające było, jak po
zaintonowaniu jakiejś nowej pieśni,
czy piosenki wszyscy ją podchwytywali, znali i słowa, i melodię”.(...)
„A Adam? Dużo pił, ale najwyraźniej
czuł się swojsko w tym otoczeniu, które
nastroiło go jakby bardziej lirycznie”.
Późniejsze troski poetki to niepokój, co będzie, gdy kolejne wybory wygra kolejny Kaczyński. Potem uwagi na
temat „histerycznej adoracji” krzyża na
Krakowskim Przedmieściu. 17 sierpnia
pisze: „Przedwczoraj w ‘Gazecie Wyborczej’ ukazał się artykuł, na który od
dawna czekałam, zatytułowany ‘Dość!
Jarosław musi odejść’. Autorem jest
Wojciech Mazowiecki, syn Tadeusza.
Jest to pierwszy odważny, który w sto-
łecznej prasie napisał to wszystko, co
o Jarosławie Kaczyńskim wiemy (…)”.
I tak przez dwie strony z okładem dywagacje na temat złego ducha byłego
złego prezydenta, a na dokładkę garstka inwektyw pod adresem Romana
Giertycha (odór nacjonalizmu, szowinizmu i antysemityzmu) i na zakończenie lament nad „zaszczutą przez
organa władzy wiceminister Blidą”. (…
) „Pewna jestem, że ta sprawa jeszcze
wróci, podejrzewam w niej bowiem
wątki, które ujawnić mógłby człowiek
polityczny, obdarzony na domiar dobrymi intencjami, zdolny do wytoczenia sprawy byłemu rządowi pod
hasłem: J’accuse” - dodaje, prawie proroczo, doskonała polska translatorka
i przyjaciółka Michnika.
Ciekawi mnie, co pisze pani Julia
Hartwig w drugim tomie „Dziennika”.
Jak komentuje codzienną rzeczywistość kraju nad Wisłą? Czy Polska należycie wpisuje się w europejski pejzaż?
Czy nikt już nie hamuje rządu? Dobry
prezydent Komorowski niczego przecież nie blokuje. Podpisuje się pod każdym pomysłem rządu obiema łapkami,
czy to podwyżka wieku emerytalnego, czy grabież obywatelskich pieniędzy zgromadzonych w OFE. Ciekawe
kogo poetka obarczy winą za ucieczkę
z kraju tysięcy młodych ludzi za chlebem? A kogo za zbójecką prywatyzację? Niewykluczone, że cierpkim słowem wygarbuje skórę PiS-owcom za
dramatyczne kolejki do specjalistów,
o których pewnie czyta czasem, nawet
w „Wyborczej”. I jeszcze jedno – jak
poetka skwituje cudowną apostazję
Romana Giertycha, który z szowinisty i antysemity przekwalifikował się
w ulubieńca warszawskiego salonu,
stając się liberalnym misiaczkiem
kompanijki Tuska.
Smutno mi się robi, gdy widzę, że
pozytywni bohaterowie polskiej układanki, według pani Hartwig, stoją wyłącznie po jej stronie barykady. A wielkim guru jest człowiek, o którym na
stronie 301-302 pisze: „znaczną część
swojej działalności poświęcił sprawie
przywracania dobrego imienia politycznym szawłom. Dać ludziom szansę to nie tylko rzecz pożyteczna, ale
i ewangeliczna”. Mesjanizm autorstwa
pani Julii Hartwig, według którego
naczelny „Wyborczej”, znany m.in.
z przywrócenia honoru gen. Kiszczakowi, namaszczony został co najmniej
na apostoła, zasługuje na szczególną
uwagę czytelników. I nie tylko.
Bożena Ulewicz
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Uśmiechy
Od jakiegoś czasu prześladują mnie uśmiechy. Spotykam je w bardzo rozmaitych obserwowanych sytuacjach, a domyślam się ich obecności także wtedy, gdy zdarzenie poznaję
za pomocą przekazu werbalnego. Coraz bardziej jestem przekonany, że jeżeli do tej
pory (tego nie wiem) nie powstało dzieło analizujące rodzaje uśmiechów i diagnozujące
na ich podstawie osobowość uśmiechającej się persony, to najwyższy czas, by to uczynić.
Sądzę, że byłaby to niezwykle interesująca lektura. Posłużę się kilkoma przykładami.
kamil krystek
P
rzykład pierwszy, bardzo powszechny. Na ekranie odbiornika telewizyjnego gadająca głowa (gadające
głowy). Wypowiadając się na temat innej
„głowy”, w tym również swojego rozmówcy, pogardliwie się uśmiecha. I nikt, ani
nic, nie potrafi „wymazać tej dekoracji”
podczas wypowiedzi na temat przeciwnika, odmiennych poglądów i ocen, sędziów,
wyroków sądowych, decyzji politycznych
i gospodarczych. Nie padną tu żadne nazwiska, choć Czytelnik nie będzie miał najmniejszych trudności, by wypełnić tę lukę
na podstawie własnych spostrzeżeń.
Inny przykład. Wzmacniająca się złotówka i taniejąca ropa naftowa uradowały
wszystkich zainteresowanych cenami paliw płynnych i gazu (istnieje zależność).
I rzeczywiście, nastąpiła znaczna obniżka
na stacjach benzynowych. Raptem, mimo
że nic „ekonomicznie” nie uległo zmianie,
niczym królik z kapelusza nastąpił wzrost
cen tych towarów. Okazuje się, że „po cichu”
podniesiono na nie akcyzę. W wyobraźni
słyszę chichoty lub rechot odpowiedzialnych za to, przecież kolejny raz udało się
naciągnąć społeczeństwo na nowy ciężar
bez żadnego protestu. Idąc za ciosem można pomajstrować przy rozwiązaniu, które
zapewni fiskusowi i innym „ciekawskim”
zaglądanie do naszych kieszeni. Wystarczy
kliknąć odpowiednim guziczkiem. Będzie
zabawa. Dla odwrócenia uwagi warto przy
okazji jeszcze bardziej pogmatwać przepisy podatkowe. To przecież gwarancja
większej ilości błędów karanych dotkliwie
finansowo i przynoszących kolejne wpływy
do Skarbu Państwa. „Rechotliwa” sytuacja,
jak przypuszczam okraszona premiami,
nagrodami czy dodatkowym wynagrodzeniem dla „gmatwaczy”.
Uśmiechy złośliwe, pogardliwe, lekceważenia, fałszywe, przylepione, głupkowate, zdawkowe, kwaśne, słodkie, gorzkie,
wymuszone, sztuczne – jakże bogata jest
ich gama.
Hipoteza: „siedzi esbek przy piwku i zastanawia się, jak urozmaicić sobie sytą, ale
nudną emeryturę. Może by tak anonim do
IPN-u, że Jan Kowalski był „TW”. Nic mi
nie zrobią a będzie zabawa, jak się za niego
wezmą. Pęknę chyba ze śmiechu. Trzeba sięgnąć po kolejną flaszkę złocistego napoju”.
Szczęśliwie są jeszcze uśmiechy prawdziwe. Tak śmieją się nie tylko dzieci. Byłem
ostatnio na koncercie kwartetu flecistek.
O jednej z nich wiedziałem, że ma ogromne kłopoty rodzinne. Mimo to opromieniał
ją uśmiech wiarygodny, gdy po zakończeniu występu frenetyczne brawa wystawiały
kwartetowi najwyższą ocenę.
Kamil Krystek
Delegatura IPN w Olsztynie w maju br. realizuje akcję informacyjną dotyczącą zakończenia w Europie
II wojny światowej. Elementem tego przedsięwzięcia jest m.in. wydanie ulotki, odnoszącej się do niektórych
skutków obecności Armii Czerwonej w Europie Środkowej i Wschodniej
DEBATA Numer 5 (92) 2015
35
„System” zakazany w Rosji
Ktoś dobrze określił ten film — to połączenie „Doktora Żywago” z „Hannibalem”.
Hollywoodzki Związek Sowiecki jest albo komiksowy (kino zimnowojenne), albo
ideologicznie określony (lewackie bajdurzenia Warrena Beatty’ego w „Czerwonych”). Daniel Espinosa solidnie wpasował sensacyjną historię okrutnych morderstw
w klimat zbrodniczej, komunistycznej machiny biurokratycznej. To istotne, bowiem
obawiałem się, że sowiecka Rosja posłuży jedynie jako „egzotyczne” tło dla kolejnej
wersji opowieści o psychopatycznym mordercy.
łukasz adamski
S
talinowska Rosja. Lew Stiepanowicz Demidow (Tom Hardy) to
młody funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego
sprawnie pnący się po szczeblach kariery. Jest posłusznym sługą systemu,
jednak pewnego dnia jego wiara w ideały Partii zostaje zachwiana. Przełożeni
każą mu zatuszować sprawę okrutnego
morderstwa czteroletniego chłopca, bo
w kraju Stalina nie ma morderstw ze
zgniłego Zachodu. Gdy zaczynają ginąć
kolejne dzieci, narażając się na gniew
zwierzchników, Demidow rozpoczyna
śledztwo na własną rękę.
Ta krzyżówka paranoicznej atmosfery stalinowskiego totalitaryzmu z thrillerem ma swoje wady, które wynikają z
tego, że reżyser jest specem od kina akcji
(„Safe house”, „Szybki Cash”), ale dzięki
świetnym rolom Toma Hardy’ego, Gary’ego Oldmana czy Noomi Rapace ostatecznie „System” to coś więcej niż prosta
detektywistyczna opowiastka. Film jest
gęsty, lepki i bardzo intensywny. Idealnie
udało się też odwzorować koszmar so-
wieckiej Rosji, czego w Hollywood dotąd
raczej nie robiono. Oczywiście, gdyby
taki temat dostał w ręce Aleksiej Bałabanow od „Ładunku 200”, to dostalibyśmy
wgniatający w glebę strzał między oczy. I
choć w momentach infantylnego grania
hollywoodzkimi schematami brakowało
mi ręki kogoś znającego na wylot systemu ZSRS, to jednak trudno nie przyznać, że „System” nawet w wersji hollywoodzkiej jest ciężki i brutalny.
Oparta na książce Roba Smitha historia żarliwego oficera KGB Lwa Demidowa, tracącego wiarę w system
sowiecki, który każe mu denuncjować
żonę i w imię propagandy przymykać
oczy na dramat dzieci, nie tylko świetnie
opisuje sowiecką Rosję, lecz także elektryzuje jako thriller. Mimo kilku klisz
gatunkowego kina Espinosa pokazuje
degenerujący człowieka sowiecki system
i Conradowską „grozę” piekła stworzonego przez ideologicznych fanatyków.
Espinoza gra na kilku strunach. Jest jego
film opisem uwięzionej w zakłamanym
systemie jednostki, ale również opowie-
ścią o małżeńskim poświęceniu, miłości
i poczuciu zdrady.
Świetne są przytłumione i oszczędne
role duetu Hardy/ Rapace gładzą kanty
i zamazują wygibasy narracyjne Espinozy. Nie podzielam opinii niektórych krytyków, że drażni w filmie celowo udawany w rosyjski akcent. Nadaje on ton
postaciom i w umowny sposób zbliża do
atmosfery w Rosji sowieckiej. Atmosfery wyrażającej duszny i gnojąc własnych
obywateli system, doskonale złapany
w przerażonej minie komendanta milicji
(Gary Oldman), który panikuje na myśl,
że może zostać uznany za wroga systemu tylko dlatego, że prowadzi śledztwo
w sprawie morderstwa. W raju Stalina
morderstw przecież nie ma…
Epizodyczną rolę w „Systemie” zagrała Agnieszka Grochowska, która
w kilku scenach wzruszająco pokazała
ból matki po stracie ukochanego dziecka. Film zaś został oficjalnie zakazany
w Putinowskiej Rosji. Przypomnijmy,
Rosji rządzonej przez bezpośrednich
spadkobierców i wychowanków sowieckich bandytów. To chyba najlepsza rekomendacja dla polskiego widza.
Redaktor naczelny portalu
w Nas.pl, publicysta
tygodnika „W Sieci”
Łukasz Adamski
„System”, reżyseria Daniel Espinoza,
dystrybucja Monolith
Kadry z filmu „System”
36
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Łyna, rzeka flisaków
Przepływająca przez Olsztyn Łyna pełni dziś przede wszystkim funkcje rekreacyjne. Nad
jej brzegami przechadzamy się, odpoczywamy, czasem pływamy kajakiem, wędkujemy.
Rzadko uświadamiamy sobie, jak odmienną i stokroć ważniejszą rolę pełniła nasza rzeka
w czasach niedawno minionych. Przez długie stulecia była ona jedną z głównych arterii
komunikacyjnych miasta oraz regionu. Z jej nurtem spławiano drewno do celów opałowych i budowlanych, a nawet cegły, z których wznoszono domy. Widok płynących rzeką
tratw był niegdyś w Olsztynie widokiem niemal codziennym. Choć pierwsze wzmianki
o flisactwie na Łynie pochodzą z XIV w., dla królowej warmińskich rzek prawdziwa kariera transportowa rozpoczęła się dopiero w XIX w. Trwała około 150 lat. Przerwana została
gwałtownie w 1945 r.
rafał bętkowski
U
Średniowieczne początki
miejętność budowy napędzanych
siłą wody tartaków, sporządzania
tratw, spławu drewna, przyniesiona
została na nasze tereny przez ludzi z Zachodu,
prowadzących akcję klonizacji i zagospodarowania ziem pruskich. Można być pewnym,
że Łyna wykorzystywana była do celów transportowych już w czasach, kiedy zakładano
Olsztyn. Poświadczają to wzmianki w kilku
dokumentach. W 1378 r. wystawiony został przywilej, rozszerzający granice miasta,
w którym jako jeden z punktów orientacyjnych wymieniono mollendum serratile,
a więc piłę wodną – tartak. Był on własnością
kapituły, działał na zachodnim brzegu Łyną,
przy granicy podzamcza1. Tartaki zakładano
nad rzekami nie tylko dlatego, że woda dawała owym zakładom napęd. Rzeki i jeziora stanowiły od początku najwygodniejszą
i najtańszą drogę transportu drewna. Zapis
o spławianych rzeką tratwach, które dopływały do Olsztyna, zawarty jest w przywileju
z 1422 r. Kapituła wystawiła go właścicielowi
hamerni miedzi, funkcjonującej pod zamkiem w sąsiedztwie młyna i tartaku. W myśl
dokumentu kuźnia wstrzymywać miała pracę,
zamykając zastawy, jeśli woda potrzebna była
młynowi głównemu oraz gdy [cyt.:] flisakom
przypadnie przeprawiać tratwy przez zapory2.
Istniało więc już wtedy spiętrzenie Łyny pod
zamkiem, dzięki której woda otrzymywała
odpowiedni spadek, a koła młyńskie napęd.
Pokonanie owej przeszkody podczas spławu
konieczne było, aby transportowane drewno
mogło znaleźć się w bezpośrednim sąsiedztwie usytuowanego poniżej zapory tartaku,
gdzie wyciągano je z wody i poddawano przeróbce. Drewno dostarczane było zapewne
przede wszystkim na potrzeby olsztyńskiego
zamku. Trudno wyrokować czy przesyłano je
w tych czasach dalej, w dół rzeki. Z wielkich
lasów Puszczy Napiwodzko-Ramuckiej feudalni władcy tych ziem drewno na swe potrzeby czerpali szeroką ręką. Zużywane było
DEBATA Numer 5 (92) 2015
w dużej ilości także poza Olsztynem – choćby
na opał w piekarni i browarze we Fromborku.
Do transportu w tym kierunku wykorzystywana była jednak nie Łyna, lecz przeważnie
wody Passarii, spławem zajmowali się natomiast melzaccy flisacy (1411)3
Należący do kapituły tartak zamkowy w
Olsztynie wymieniany jest w dokumentach
z XVII i XVIII wieku4. Gdy w 1759 r. przedsiębiorstwo młynarskie nad Łyną przekazane zostało w wieczystą dzierżawę Antonowi
Mollenhauerowi, piła wodna stanowiła jego
ważny składnik. W kontrakcie w języku
niemieckim, zawartym wtedy z młynarzem
przez administratora kapituły Tomasza Szepańskiego nie ma szczególowych ustaleń
o przepuszczaniu tratw przez zaporę5. Obiekty młyńskie przez kolejne lata nie ulegały zpewne większym zmianom. Ich obraz,
przedstawiony na akwareli Eduarda Gaertnera z 1845 r. zgodny jest z opisem, który
dwie dekady wcześniej sporządził Królewski
Inspektor Lasów v. Normann (1822)6. Rzeka
poniżej zamku dzieliła się na dwa ramiona.
Tu gdzie dziś znajduje się mały wodospad, na
lewym brzegu położony był wedle Normanna
folusz [Tuchwalkmühle], na prawym tartak
i młyn garbarski (do mielenia kory dębowej).
Młyn i dom młynarza znajdował się na prawym brzegu głównego ramienia Łyny. Zarówno tzw. śluza flisacka (tj. jaz na zaporze
i usytuowana za nim pochylnia do spławiania
tratw), jak i rynna folusza zbudowane zostały
w całości na koszt królewski, utrzymywano je
ze środków państwowych. W myśl kontraktu
zawartego w 1805 r. młynarz zobowiązany był
sam lub za pośrednictwem swych ludzi zamykać i otwierać zgodnie z potrzebą śluzę flisacką, zapobiegać jej uszkodzeniom, o wszystkich meldować też niezwłocznie władzy. Śluza
miała być czynna przez całą dobę. W zamian
dzierżawca młyna otrzymywać miał śluzowe:
za każdy maszt 15 sr. groszy (sgr.), za każdą
kłodę drewna, niezależnie od gatunku 4 sgr.,
za achtel, tj. 3⅓ sążnia [Klafter7] drewna opałowego – 4 sgr. Oprócz tego z tytułu 24-godzinnej przerwy w pracy młyna, (związanej
np. z naprawą urządzeń wodnych), wypłacane miało być młynarzowi odszkodowanie
w wysokości 2 talarów 30 sgr.8
Spiętrzenia, także finansowe
Fragment mapy Wutzkego z 1841 r., obejmujący
Łynę od źródeł położonych na północ od Nidzicy do
ujścia rzeki do Pregoły koło Welawy (Wehlau)
Podobne opłaty ludzie transportujący
drewno wnosić musieli także przy innych,
przegradzających rzekę zaporach – z wyjątkiem jednej, usytuowanej przy ujściu Łyny
z jeziora Ustrych. Istniejąca tu zapora była
urządzeniem bardzo starym. Zaznaczana jest
na znanej mapie komornictwa olsztyńskiego
z XVII w. Nie posiadała urządzeń młyńskich.
Zbudowano ją z inicjatywy kapituły warmińskiej, by regulować zmieniający się w różnych
porach roku odpływ wody z jezior Łańskiego
i Ustrych, stanowiących wielkie zbiorniki retencyjne. Położone wzdłuż Łyny łąki, jak np.
łąki kapitulnego majątku w Bartążku względnie należaca do folwarku zamkowego rozległa
Rossgarten (tereny dzisiejszego Osiedla Mleczna)9 stale zagrożone były podtopieniami.
Pokos trawy w takich sytuacjach przepadał.
W roku 1773 śluza była już mocno zrujnowana. Odkąd została zniszczona przez wodę
w pewne bardzo wilgotne lato 40 lat wcześniej,
nikt nie podjął jej odbudowy10. Dokonane to
zostało zostało po wizji lokalnej przeprowa-
37
dzonej w 1802 r. przez Dyrektora Budowli
Oberlandu, Eytelweina, który nosił się wtedy
z zamiarem budowy przy wszystkich młynach
niewielkich śluz komorowych11. Ograniczono
się do odnowienia wszędzie dawnych jazów
z pochylniami.
Na śmiałka, spławiającego drewno
z nurtem górnej Łyny, czekały zapory pięciu młynów. Znajdowały się one Sójce, Rusi,
Olsztynie, Dobrym Mieście i Lidzbarku Warmińskim. Przy każdym z nich na początu XIX
stulecia wykonano nowe urządzenia wodne,
wyposażone w śluzy flisackie. Przy ich przekraczaniu każdej obowiązywały zasady takie
same, jak opisane wyżej w Olsztynie. Przy
każdej trzeba też było płacić śluzowe. Opłata
traktowana była nie tylko jako rekompensata
za stracony czas i robociznę, lecz także jako
odszkodowanie za ubytek wody ze zbiornika
retencyjnego. Wysokości opłat były zróżnicowane, zależne od zapisów zawartego z danym
młynarzem kontraktu. Dotkliwie podnosiły
one ceny drewna transportowanego na duże
odległości, sprawiając, że dalekosiężnym
transportem zajmowali się początkowo nieliczni. Byli to głównie kupcy z Elbląga i Kłajpedy, eksportujący drewno budowlane za
granicę. Przesyłano go wówczas Łyną stosunkowo niewielkie ilości. Śluzy w Sojce i Rusi
w latach 40. XIX stulecia przekraczało rocznie średnio 1000 sztuk drobnego i średniego
drewna budowlanego i ok. 500 sążni drewna
opałowego12. Spław z roku na rok ulegał jednak zwiększeniu. Z samego tylko jeziora Kielarskiego w latach 1850 – 1855 ekspediowano
rzeką średnio 750 sztuk dłużyc13.
Wysokość śluzowego nie zmieniała się,
ceny drewna natomiast rosły, opłacalność
spławu w ciągu kolejnych dekad poprawiała
się więc. Jedna, związana z nim okoliczność
nie ulegała zmianie. Była to konieczność pokonywania spiętrzeń wody na trasie i związane z tym komplikacje. Przeszkody nie kończyły się w górnym odcinku Łyny. Czekały
nawet u samego jej końca. Przy ujściu do Pregoły, w Pinnau k. Welawy, zlokalizowane było
jedno z największych, napędzanych wodą
przedsiębiorstw Prus Wschodnich. Uruchomione w 1766 r. przez Johanna Caspara Dietricha z Holsztyna na początku XIX stulecia
posiadało młyn zbożowy z 12 złożeniami
kamieni [Mahlgänge], kaszarnię z 4 złożeniami, 2 stępy olejowe, tartak oraz hamernię14.
Działała przy nich drewniana, komorowa
śluza dla statków, zbudowana w 1796 r. Jej
komora miała 112 stóp długości, 18 szerokości, umożliwiała zaś pokonanie 8 stóp spadku
(ok.: 35,17 x 5,65 m; różnica poziomów 2,51
m)15. Urządzenia wodne były z biegiem lat
modernizowane, zapór jednak nie ubywało.
Już w czasach współczesnych pojawiły się kolejne. Łynę przegrodziły elektrownie, zbudowane przy ujściu Wadąga w Olsztynie (1907)
oraz we Frydlandzie (1923)16. Każda z nich
38
Łyna w okolicy młyna Sojka. Pocztówka z ok 1914 r. ze zbioru autora
zaopatrzona została w urządzenia ułatwiające spław drewna.
Najtrudniejszy odcinek
Rzeka Łyna jako główny dopływ Pregoły zaliczana była do ważnych dróg wodnych
prowincji. Tak opisywał ją w swym wydanym
w 1835 r. podręczniku krajoznawczym A. C.
Preuss z Królewca: Wypływa koło wsi kościelnej Łyna, na wysokości Wysoczyzny Pruskiej17
między Nidzicą a Olsztynkiem, gdzie głęboka
na 80’ [stóp18] kotlina otacza 8 lub 9 źródeł,
leżących 444’ powyżej poziomu morza. Napędza wnet młyn, tworzy stawy i jeziora, jak jez.
Kiernoz (399’ ponad poz. morza), jez. Łańskie
(397’), przyjmuje po lewej wody z jeziora Maroz i Pluszne, płynie wąską doliną o stromych
zboczach na pn., następnie bardzo krętym biegiem na pn.-wsch., przepływa koło miast Olsztyn, Dobre Miasto, Lidzbark Warmiński, Bartoszyce, Sępopol, Frydland, Allenburg, z tego
ostatniego doliną pokrytą łąkami do Welawy,
gdzie wpływa do Pregoły. Długość biegu wynosi 30 mil; szerokość jest rozmaita, koło Olsztyna 30’, koło Lidzbarka 44’, koło Bartoszyć 48’,
koło Sępopola 50’, koło Frydlandu 52’, koło
Allenburga 57’, koło Welawy 65’. - Spadek jest
znaczy: różnica poziomów między Jez. Łańskim i Olsztynem na odcinku 3 mil wynosi 88½
stopy. Obfituje w ryby. W większej swej części
jest dostępna dla statków i spławna, jednak w
wielu miejscach żeglugę blokują napędzane
przez nią młyny. W 1796 r. była do ujścia rzeki
Guber dostępna dla mniejszych jednostek pływających, a w roku 1802 uczyniono ją spławną
aż do Jez. Łańskiego, stąd, mimo przeszkód,
prowadzony jest nią spław nie pozbawiony
znaczenia (maszty, belki etc.)19.
W kilka lat po owej publikacji wydano
mapę, pokazującą wzgórza, jeziora i rzeki Prus Wschodnich oraz Litwy Pruskiej
(1841)20. Jako, że mapa uwzględnia także
pierwsze z szos, które wówczas właśnie (od
r. 1816), zaczęto budować, jest de facto również mapą ówczesnego układ komunikacyjnego regionu – przynajmniej jeśli chodzi
o główne trasy transportowe. Niebagatelną
rolę w owym systemie odgrywały nadal rzeki i jeziora. W ich przypadku podane zostały podstawowe dane – poziom lustra wody
względem poziomu morza, wysokość brzegów oraz rodzaj jednostek pływających, dla
których dany odcinek był dostępny. Wedle
umieszczonych tu symboli do Jez. Łańskiego włącznie pływać mogły po Łynie tratwy
(nierzadko wyładowane towarami), do Olsztyna – płaskodenne barki (Wittinen, Strusen
und Dubassen, tj. wiciny, strugi i dubasy), do
Sępopola – większe jednostki (Brander, Angel-Wenter, Haffkähne). Oznaczenia owe nie
zgadzają się niestety z danymi, zawartymi
w wydanej w 1829 r. pracy tego samego
autora o stosunkach wodnych prowincji.
Barki, które przepływać mogły przez śluzę
w Pinnau, żeglując do Sępopola, miały maksymalnie 70 stóp długości, 14 stóp szerokości i 2 stopy zanurzenia oraz ładowność 720
cetnarów. Dalej, do Bartoszyc i Lidzbarka,
jednostki owe już się nie zapuszczały. Choć
Łyna była tu szeroka i zdawała się płynąć
spokojnie, jej minimalną głębokość obliczano na 1,5 stopy. Nawet wyładowane towarem
tratwy kursować mogły co najwyżej dopiero
od Bartoszyc21. Położony wyżej odcinek Łyny
nadawał się jedynie do spławu drewna.
Przez cały wiek XIX starano się pracować
nad poprawą spławności królowej rzek warmińskich. W swym górnym odcinku trasa
jednak wciąż nie cieszyła się dobrą opinią.
Nie decydowały o tym jedynie przegradzające ją zapory i młyny, lecz również zdradliwe,
pełne niespodzianek dno i niespokojny nurt
rzeki. Dla żeglugi statków oraz spławu drewna
[Łyna] nie za bardzo się nadaje – pisał Ambrassat w 1896 r. – Po pierwsze spadek jest często zbyt duży, na odcinku ok. 225 km osiągając
120 m, dalej ruch mniej lub bardziej utrudniają
DEBATA Numer 5 (92) 2015
liczne zakłady młynarskie. Miejscami dno pokryte jest łachami żwiru i piasku, przy których
występują nierzadko przyspieszenia prądu. Dopiero na wysokości Frydlandu osiąga głębokość
odpowiednią dla statków, a dno zbudowane jest
tu z bardziej miękkiego materiału22.
Polscy Żydzi przecierają szlak
W górnym swym biegu Łyna przepływa przez sam środek wielkiego kompleksu
leśnego – należącego najpierw do kapituły
warmińskiej, potem (od 1772 r.) do państwa
pruskiego – co od dawien dawna determinowało jej znaczenie w transportowe. Do schyłku XVIII w. ruch na rzece nie był zapewne
zbyt ożywiony. W stosunku do skromnych
potrzeb ludzi ówczesnych drewno występowało w nadmiarze. Wykorzystywano je w
wielkich ilościach na miejscu, do produkcji
potażu, smoły, dziegciu, węgla drzewnego,
szkła. Z lasu czerpano także drewno opałowe.
Większe ilości drewna budowlanego spławiane były głównie podczas podejmowania
znaczniejszych inwestycji, np. podczas odbudowy miast po pożarach i zniszczeniach wojennych (np. francuskim najeździe 1807 r.).
Miasta posiadały własne, leżące z reguły
w niedalekim sąsiedztwie lasy, istniały też
lasy państwowe i prywatne, nie było więc
palącej konieczności sprowadzania materiałów budowlanych z daleka. Zmieniło się
to na samym początku XIX w. Wielkie lasy,
położone na południe od Olsztyna zwróciły uwagę kupców zaopatrujących w drewno
portowe miasta Prus Wschodnich. Chodziło
przede wszystkim o materiał odpowiedni do
budowy okrętów: nie tylko wysokie sosny, ze
słynną sosną taborską na czele, ale także dębinę i buczynę na szkielety oraz poszycia statków, drewno jesionowe na wiosła. Pierwszymi, którzy dostrzegli możliwość korzystnego
zarobku, postanawiając podjąć wyzwanie
związane z niełatwą drogą transportową, byli
Żydzi z prusko-litewskiego pogranicza.
Pierwszą udaną próbę spławu podjął
w 1801 r. polski żydowski kupiec drzewny
Israel Leeser z Serejów [Serrey]. Dokonał on
transportu masztów z lasów należących do
szlacheckich dóbr Witramowo [Wittmansdorf], położonych za Jez. Łańskim, do Kłajpedy [Memel] – pisze v. Normann w swym
memoriale z 1822 r. Urzędnik leśny osobiście
rozmawiać miał ze starym już podówczas
kupcem, uzyskując owe informacje23. Inne,
bezpośrednie świadectwo, zachowało się
w aktach olsztyńskiego magistratu. W marcu
1810 r. rejencja królewiecka poinformowała
władze miasta, że kupiec Hirsch Abraham
z Serejów podejmie wnet próbę transportu 300 belek z Lasu Olsztyńskiego. Chodziło
o lasy królewskiego nadleśnictwa Ramuki,
nazywanego jeszcze wtedy Neu Allenstein.
Kupione drewno z biegiem Łyny trafić powinno do Welawy, a stamtąd do Królewca24.
Obaj kupcy doświadczenie zdobywali
z pewnością w mającym długą i silną tradycję
handlu drzewnym na Niemnie. Pochodzili z
tej samej kresowej miejscowości. Sereje, położone ok. 20 km na pd-zachód od Olity (dzisiejsze Seiriai w Republice Litewskiej), były
typowym pogranicznym miasteczkiem, w
którym obok siebie mieszkali ludzie różnych
wyznań i języków. Historię miało bardzo
ciekawą. Przez kilka lat należało do Zakonu
Krzyżackiego (XIV w.), przez blisko 200 – do
magnackiej rodziny Radziwiłłów. Jerzy Radziwiłł w 1510 r. zbudował tu sobie dwór, zaś
kalwin Bogusław Radziwiłł, który w XVII w.
zarządzał Prusami Książęcymi z ramienia elektora brandenburskiego, sprowadził
pierwszych kolonistów niemieckich. Dało to
początek właściwej osadzie miejskiej. Jako
dobra posagowe jego jedynej córki, Ludwiki, Sereje ok. 1691 r. dostały się we władanie
domu brandenburskiego. Były odtąd na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego niezależną enklawą. Podczas wydarzeń 1793–1794 r.
polska szlachta traktowała je jako teren neutralny, miejsce schronienia przed rosyjskimi
represjami. Miasteczko stało się wnet częścią
Prus Nowowschodnich. Miało wtedy 126
domów i trzy świątynie – kościoły: katolicki,
ewangelicko-reformowany oraz synagogę.
W 1807 r. weszło w skład Księstwa Warszawskiego, by po Kongresie Wiedeńskim w 1815
r. przypaść ostatecznie Rosji. Na początku
XIX w. posiadało 279 domów i liczyło 1909
mieszkańców (1827). Zapewne już wtedy
– tak jak pod koniec owego stulecia – większą ich część stanowili Żydzi25. Tutejsi kupcy
drzewni nadal interesowali się wielkimi lasami na pograniczu Warmii i Mazur. W 1823 r.
niejaki Joschel zakupił 120 sztuk belek z lasu
miejskiego za Jez. Długim, dopuszczając się
podobno przy okazji drobnej defraudacji26.
Być może ten sam kupiec wymienany jest
w dokumencie nadleśnictwa w Ramukach
z 1839 r. – Salleck Joschel, z Serejów współnie
z Isaakiem Marcusem z Lubawy spławiał wtedy drewno z nurtem Łyny27.
Prostowanie Łyny
W 1810 r. władze rejencji zapytywały magistrat w Olsztynie o ewentualne przeszkody,
jakie wymieniony, znaczny naonczas transport, mógłby napotkać na swej drodze w Olsztynie. Otrzymały zapewnienie, że w granicach
miasta takie nie występują28. Nie minęło wiele
lat od pamiętnej regulacji rzeki. W roku 1805
na tak zwanej Łynie, by móc spławiać maszty,
belki na reje i stengi oraz podobne drewno, na
królewski koszt niektóre krzywizny przekopano
na prosto, dzięki czemu zyskał handel drewnem z królewskich lasów – pisał w swej kronice
Andreas Petrus Grunenberg29. Wielkie prace
regulacyjne nie ograniczyły się do okolic samego Olsztyna. W tymże okresie zbudowano
również nowe pochylnie i jazy flisackie przy
wszystkich położonych wzdłuż biegu rzeki
młynach. Władze miasta obligowane były do
dbałości o właściwy stan nabrzeża oraz okresowe usuwanie zielska z nurtu rzeki. Sprawy
owe regulowały specjalne przepisy, wydane
dla Łyny w maju 1800 r. przez króla Fryderyka Wilhelma III30. Dotyczyły one co prawda
dolnego biegu rzeki, gdzie między Sępopolem a Welawą kursowały barki, próbowano
stosować je jednak również w odniesieniu do
Łyny przepływającej przez Olsztyn. W kwietniu1806 r. wydane zostały ogólne przepisy porządkowe dla rzek, ich brzegów i grobli na terenie Prus Wschodnich i Litwy Pruskiej. Dla
naszego miasta i jego obywateli oznaczały one
powiększenie zakresu obowiązków i obciążeń. Regulację i pogłębienie Łyny ponowiono
Fragment mapy Olsztyna z 1892 r. z przekopem Łyny w sąsiedztwie mostu Św. Jakuba. Funkcjonująca tu w XIX-XX w. gazownia miejska założona została na terenie
należacym wcześniej do rodziny Flakowskich. Przed mostem po prawej – miejski plac składowy, za mostem – budynki Rhodego.
DEBATA Numer 5 (92) 2015
39
w 1825 r., a w dekadę później władze miasta Szewc Josef Jagalsky (jak sam się podpisywał Walentin Tommeck postanowił połączyć
zabrały się za oczyszczanie z roślinności nurtu – burmistrz Rarkowski pisał o nim Jegalski), kładką należące do siebie grunta, położone
rzeki. W 1835 r. prace przeprowadzone zosta- mieszkał w domu wzgl. budzie nr 1, tuż obok na obu brzegach rzeki między dzisiejszymi
ły na odcinku od śluzy w Ustrychu do granic Mostu Szpitalnego, dzisiejszego mostu Św. ulicami Staszica i Szrajbera, otrzymał zgoOlsztyna, w r. 1836 już na terenie samego Jana na Dolnym Przedmieściu. Dziś stoi tu dę rejencji, obwarowana ona jednak została
miasta31. Burmistrzem był wtedy Jakub Rar- kamień upamiętniający Napoleona. W lutym kilkoma warunkami. Mostek dla pieszych
kowski, doskonale obeznany z problematyką 1852 r. zwrócił się on z prośbą o odbudowę na powinien był wykonać fachowiec (cieśla),
utrzymania rzeki. Trzy lata wcześniej landrat koszt państwa drewnianych umocnień rzeki budowla otrzymać miała poręcze, a wolna
v. Tucholka powiadamiał olsztyńskich miesz- wzdłuż jego parceli, o długości 70 stóp (tj. 22 przestrzeń między rzeką a mostem musiaczan, że drewno opałowe spławiać można m). Umocnienia piętnaście lat wcześniej zbu- ła mieć przynajmniej 15 stóp szerokości i 5
luzem aż do Bartoszyc, dalej jednak wolno dowali ludzie, którzy prowadzili roboty regu- stóp wysokości (4,71 x 1,57 m)37. Zasady tej
transportować je już tylko na tratwach (by nie lacyjne przy rzece. Wtedy powiedziano mu, że trzymano się aż po połowę XX stulecia –
tamować żeglugi w dolnym odcinku rzeki). praca wykonana zostanie na koszt państwa, wszystkie nowo wznoszone lub przebudoPoinformował ich także, że osobą wyznaczo- jeśli dostarczy on drewna. Palisada niszczona wywane mosty musiały zapewnić swobodny
ną przez niego do nadzoru flisactwa na Łynie była przez ruch transportowy na rzece, bar- przepływ tratw wraz ze znajdującymi się na
[Flöße-Aufseher] został tutejszy obywatel, pan dzo obecnie nasilony, ceny drewna od tamte- nich flisakami. Położone w Lesie Miejskim,
Rarkowski-junior (Rarkowski-senior, ojciec go czasu poszły do góry o połowę, podstarza- remontowane w 1930 r. mosty zgodnie z wypóźniejszego burmistrza, był leśniczym miej- łego rzemieślnika nie stać było ponownie na maganiami rejencji otrzymiać miały między
skim w Windudze)32.
jego zakup. Magistrat wsparł prośbę, rejencja kładką a lustrem wody 1,60 - 1,80 m w inteWiększość kwestii, które w tych czasach jednak nie była chyba skora do płacenia34.
resie flisactwa38.
Nie wiadomo, czy odszkodowanie przyrozpatrywać musiały landratura i magistrat,
Nie tylko kłody i belki
dotyczyła utrzymania w należytym stanie znano także kupcowi Piotrowi Flakowskiebrzegów rzeki. Zwracano uwagę na
Autorzy niektórych publikacji
przewrócone drzewa, co i rusz zaletwierdzą, że z nurtem górnej Łyny
gające w nurcie rzeki (wiele ich obsuna tratwach spławiano niegdyś takwało się zwłaszcza z wysokich brzeże wytwarzane w lesie produkty
gów w Lesie Miejskim, począwszy od
(np. potaż i smołę) oraz inne towawzgórza Soja do granic wsi Dywity),
ry39. Jeśli tak bywało, transport ów
na mielizny i miejsca zarastające wonie był wielki, dotyczyć mógł też
dorostami. Upominano mieszczan o
jedynie niewielkich odległości. Na
umacnianie brzegów drewnianymi
dłuższych dystansach przy każdej
palami i faszyną, utrzymanie wolnez przegradzających rzekę zapór nago przejścia wzdłuż brzegów (ścieżki
leżałoby zdjąć ładunek, przenieść go
o szer. 9-12 stóp), jak też wycinkę roi ponownie załadować – w praktyce
snących tam drzew i krzewów, które
byłby to proces zbyt skomplikowautrudniać mogły zadanie flisakom.
ny i nieekonomiczny. Możliwość
Straszono karami pieniężnymi i więtransportu rzecznego towarów była
zieniem. Martwić musieli się mieszoczywiście zbyt kusząca, by całkiem
czanie, których posesje były nad
z niej zrezygnować. Poza samym
samą rzeką: Bogacki, Thommeck,
Port rzeczny tartaku Raphaelsohnów obok gazowni ok. 1904 r. Fragment
nieobrobionym drewnem, spławiaJablonski, Czernitzki, Ignatz Barthek, pocztówki ze zbiorów autora
nym w formie tratw, w XIX stuleciu
by wymienić tych, którzy otrzymali
ostrzeżenia z 1836 r. Zamożni, jak radny Bo- mu, przez którego teren w pobliżu Mostu Sło- dostarczono do Olsztyna wodą tarcicę oraz …
gacki, właściciel położonych przy dzisiejszym downi Furcianej poprowadzone zostało nowe cegły. Potwierdzają ten fakt dokumenty magimoście Św. Jakuba poczthalterii i słodowni, koryto rzeki. Miało ono przyspieszyć prąd strackie, związane z budową szkoły miejskiej
po którym interesy przejął później Carl Rho- Łyny, zapobiegając tworzeniu się mielizn przy obecnej ul. Pieniężnego.
Pod koniec lat 50. XIX w. władze miasta
de, potrafili poradzić sobie z nałożonymi na w rejonie mostu. Przekop 320 stóp długości
nich obowiązkami. Biedniejsi nie byli często i 28 stóp szerokości (tj ok. 100 x 9 m) umniej- zdecydowały się wybudować pierwszą noszył teren właściciela. Robotnicy, którzy woczesną szkołę. Wzniesiony na początku
w stanie im podołać.
W 1851 r. magistrat sporządził listę oby- przeprowadzali prace (było ich 50 lub więcej) kolejnej dekady budynek katolickiej szkoły
wateli, na których parcelach konieczna stała dokonali ponadto zniszczeń na terenie łąki dla dziewcząt, zachował się i pełni obecnie
się już naprawa umocnień. Nie zabrakło na i ogrodu warzywnego kupca. Szkody wycenił funkcję przedszkola. Położony jest przy naniej chyba nikogo, kto posiadał posesję do- on łącznie na 64 talary 28 sgr.35 Przypomnij- rożniku ul. Pieniężnego z pl. Jedności Słotykającą rzeki. Mamy tu cały przekrój ów- my, że wiele lat później w owym ważnym wiańskiej, na przeciwskarpie dawnej fosy.
czesnego rolniczo-rzemieślniczego Olsztyna: przekopie, po którym dziś nie ma nawet Ulica jeszcze tu wówczas nie istniała, dnem
są kupcy Dromtra i Hermenau, mistrzowie śladu, założone zostało kąpielisko rzeczne. tzw. parowu (Hohlweg) prowadziła boczna,
szewscy Jagalski, Kowalewski, Nowowieski, Funkcjonować miało od r. 1889 do póź- nieutwardzona droga. Dla budowy trakt ów
Klosowski, Hinz, garbarscy – Koschorrek, nych lat 30. XX w., a potem zostało zasypane mógł być bardzo przydatny, biegł bowiem w
Kucharzewski, Hildebrandt, wdowa Dolert, i wchłonięte przez teren leżcej obok gazowni. kierunku mostu na Łynie i usytuowanego za
oraz niejaki Falaschek, farbiarscy – Kunkel Teren pod gazownię zakupiono właśnie od nim miejskiego placu składowego (narożnik
dzisiejszych ul. Szrajbera i Knosały). Do rozi Skulmowski, garncarski – Kornalewski, rodziny Flakowskich36.
Nadzór obejmował także budowle wzno- pisanego przetargu na dostawę cegieł zgłosili
stolarski – Adelstein, rolnik-mieszczanin
Pieczkowski, właściciel ziemski Thommek, na szone nad wodą, przede wszystkim przerzu- się głównie właściciele i dzierżawcy okoliczkoniec wdowa po słodowniku Bogackim33. cane przez Łynę mosty. Kiedy w 1838 r. rajca nych majątków: v. Hoverbeck z Nikielko-
40
DEBATA Numer 5 (92) 2015
wa, Patzig z majątku zamkowego, v. Kunkel struć. Połączyć ona miała wnet Olsztyn z ca- planu zbyt wiele przeszkód na drodze44. Poz Marun oraz v. Graeve z Bartążka. Oferta łym światem, otwierając dalekie rynki zbytu, łożony na pochyłości Olsztyn nie posiadał
ostatniego wydała się włodarzom miasta bar- także dla drewna pozyskiwanego w położo- kanalizacji, a duża część jego ulic, zwłaszcza
dzo atrakcyjna – jakość i cena nie powinna nych nad Łyną lasach. Aby flisactwo mogło usytuowanych na przedmieściach, nadal nie
ustępować produktom konkurencji, a ma- się w pełni rozwinąć należało jednak opano- była wybrukowana. Efekty nietrudno przeteriał obiecano dostarczyć niemalże na plac wać najpierw kapryśny nurt rzeki.
widzieć. Ostatnia ulewa z 24 sierpnia spłukabudowy. Dokładnej ceny cegieł i dachówek nie
ła znów wielkie masy ziemi z Szosy, dróg do
poznałem – pisał raportujący sprawę WronWartemborka i Klebarska oraz Parowu przez
Ruch uporządkowany
ka – nie powinny one być jednak droższe niż
parcelę Rhodego do Łyny. Szkodzi to wielce
oferowane przez Patziga, a ponadto bartąskie
Regluację stosunków wodnych dorzecza flisakom oraz leżącym powyżej nadrzecznym
cegły zostaną spławione Łyną aż do Etablisse- dolnej Łyny postawiła sobie za cel Olsztyńska łąkom. Tylko puszczenie napływającej wody
ment Rhodego (Most Słodowni Furcianej)40. Korporacja Powiatowa, utworzona w 1841 w bok przez ogród p. Nuebera pozwoli znaNa położonym obok dzisiejszego mostu Św. r. przez przedstawicieli władz i lokalnego cząco i na dłuższy czas zaradzić owej niedoJakuba miejskim placu składowym materiał ziemiaństwa. Organizacja prowadziła sze- godności – pisano w sprawozdaniu z 1864 r.45
mógł być wygodnie magazynowany aż do roko zakrojone prace melioracyjne, budowę Błoto spływało więc z rejonu obecnej ul.
czasu rozpoczęcia budowy gmachu41. Posia- kanałów, wykupywała i spuszczała jeziora, 1 Maja oraz nieutwardzonych wtedy trakdanie cegielni w sąsiedztwie spławnej rzeki kupowała i przebudowywała młyny. Wedle tów, których śladem biegną dziś ulice Dąokazywało się więc istotnym atutem. Nie przekazu Grunenberga dzięki zintensyfiko- browszczaków, Piłsudskiego i Pieniężnego.
mógł wykorzystać go już w owym czasie Pat- wanym działaniom do początku lat 60. XIX W rejonie mostu Św. Jakuba przedostawazig. Wytwarzał on początkowo cegły również w. korporacji udało się m. in. obniżyć powyżej ło się do rzeki, powodujac tu powstawanie
nad Łyną, na terenie Rossgarten koło Pozort. Olsztyna poziom Łyny o 3 stopy (tj. przeszło mielizn i tamując prąd wody. Spław drewna
Wtedy produkował je już jednak tylko w Sta- 94 cm). Dzięki owej melioracji przylegające po- podwyższał dodatkowo jej poziom, doprorym Dworze.
wadzając do zalewania
Miasto zdecydowależących nad rzeką łąk.
ło się ostatecznie użyć
Sytuacji nie można
cegieł własnej produkbyło dłużej tolerować
cji, rzeczny transport
– zamierzano podjąć
dopomógł natomiast
tymczasowe środki zazrealizować kolejny etap
radcze (kanał na tyłach
inwestycji. Właściciel
ob. ul. Pieniężnego).
karczmy na Dolnym
Ambicje miasta wzraPrzedmieściu Friedrich
stały. Wyzwalało się
Grunow wygrał urząono powoli z małomiadzoną 14 października
steczkowego marazmu.
1859 r. licytację na spław
Nowoczesność pukała
drewna do budowy
do bram. Przystępowaszkoły. W myśl zawarteno do budowy drugiej
go kontraktu odebrał on
szosy (biegła ona w
z lasu miejskiego Winkierunku Olsztynka),
duga 202 sztuki drobciągnięto nitkę kolei.
Umocnione nabrzeża Łyny na tyłach ob. ul. Mochnackiego. Pocztówka z ok. 1914 r. ze zbiorów autora
nego i średniego drewna
Na rzece kończyła się
budowlanego, 143 kłody do przetarcia oraz łacie łąk miejscowości Ruś, Kielary, Jaroty, do- właśnie epoka tzw. dzikiego flisactwa.
240 małych sążni drewna opałowego. Drew- meny Bartążek, wsi Bartąg, domeny i miasta
We wrześniu 1864 r. wydane zostały po
no budowlane musiał dostarczyć na plac skła- Olsztyna powiększyły swą łączną powierzchnię raz pierwszy przepisy, dotyczące transportu
dowy obok Mostu Słodowni Furcianej, opało- o ok. 900 morgów, a ich wydajność podniosła drewna na odcinku górnej Łyny. Ze wstępu
we – do Kortowa, gdzie pracowała założona się znacząco43.
rejencyjnego rozporządzenia dowiedzieć się
Interesy użytkowników rzeki zazębiały możemy o głównych przyczynach wprowaad hoc miejska cegielnia. Bloki do przetarcia
trafiły najpierw do tartaku w Rusi, skąd spła- się ze sobą. Regulacja Łyny była stałą troską dzenia owej regulacji: Ponieważ dotychczasowione zostały przez kupca do Olsztyna już w nie tylko władz państwowych, lecz również wy brak zasad, dotyczących flisactwa na Łynie
formie desek. Na placu przy moście Grunow wszystkich tych, którzy posiadali nad nią i jej pomiędzy Rusią i Olsztynem powodował czędopływami tereny rolne. Władze municy- sto szkodliwe podnoszenie się poziomu wody,
posortował je i poukładał w sztaple (stosy)42.
Tartak w Rusi w owym czasie nie narze- pium wspierały wysiłki rejencji i landratury a nieprzerwany ruch utrudniał odchwaszczakał na brak klientów. W Olsztynie działał w swym własnym, dobrze pojętym interesie. nie nurtu rzeki, na gruncie §§. 11. i 6. No. 6
wtedy jedynie tartak wodny pod zamkiem. Na terytorium miasta m. in. w zakolu Łyny ustawy o administracji policyjnej z 11 marca
Zaledwie rok dane było istnieć tartakowi położone były rozległe łąki, z pozostawiony- 1850 r. wydane zostają następujące przepisy
parowemu Pfeiffera (1861/62). Dopiero w mi tu po pracach regulacyjnych odcinkami dla flisactwa na górnej Łynie na odcinku od
grudniu 1865 r. kupiec Fryderyk Wilhelm starorzecza. Stosunków wodnych długo nie Rusi do terenów leżcych bezpośrednio za OlszHermenau uruchomił nowy, napędzany parą udawało się w pełni uregulować. Wszystkie tynem...46 Zarządzo dalej, że ruch tratw co
tartak przy ówczesnym Moście Słodowni starania pana landrata Giseviusa, aby od- roku w lipcu, kiedy odnotowywano wysokie
Polowej (dziś most Mariacki). Również tam wodnić leżące nad Łyną wielkie łąki, i dzięki stany wody i prowadzono sianokosy, zostanie
znajdował się nad rzeką plac składowy, służą- temu uczynić je bardziej użytecznymi, pozo- zupełnie zawieszony, a z koryta rzeki zabracy do wyładunku spławianego Łyną drewna stają niestety jak dotąd bez rezultatu – skar- ne zostanie wszelkie spławiane nią drewno.
(Holzablage). W granicę powiatu wkroczyła żono się w sprawozdaniu miejskim z 1862 r. Można było wtedy spokojnie bagrować Łynę
właśnie budowa linii kolejowej Toruń – Wy- – Spław drewna stawia wykonaniu owego i usuwać zielsko z jej nurtu. Przetrzymywanie
DEBATA Numer 5 (92) 2015
41
drewna w rzece zostało zakazane. Nie wolno było przerywać spławu, tratwy docierać
powinny bez zwłoki do miejsca swego przeznaczenia. W miejscach położonych powyżej
Olsztyna drewno należało w ciągu trzech dni
wydobyć na brzeg. To, które transportowane
było dalej (poniżej Olsztyna) można było wydobyć na brzeg dopiero w Redykajnach. Śluzę flisacką koło zamku musiało przekroczyć
w ciągu 24 godzin po dotarciu do mlyńskiego zbiornika retencyjnego. Nie wolno było
blokować przepływu innym – tratwy można
było spuszczać dopiero wtedy, gdy wcześniejszy transport opuścił już rzekę na odcniku
miejskim. Dotyczyło to także drewna spławianego luzem (Klafterholz). Na jedną zestawioną z wielu tafli tratwę, względnie jedną
partię spławianego drewna, mogło składać
się 200 kłód lub 200 sążni sześciennych drewna luzem. Między 10 maja a 1 października
ruch na rzece ulegał zapewne największemu nasileniu – zwracano uwagę, że w tym
okresie odstęp pomiędzy tratwami powinien
wynosić 200 stóp. Zarządzenie kończyło się
zapowiedzią restrykcji w przypadku łamania
ustalonych wyżej zasad – za wykroczenia
groziła kara 10 talarów, względnie odpowiadająca owej kwocie kara więzienia47.
Kolej wszystko zmienia
W ostatniej ćwierci XIX stulecia ogromnie zwiększyło się zapotrzebowanie na drewno zarówno to budowlane, jak i opałowe.
Przyczynił się do tego rozwój sieci kolejowej,
nasilajace się procesy urbanizacji i uprzemysłowienia. Ceny drewna rosły. Wykorzystywanie go do produkcji potażu i szkła przestało być opłacalne. Lata 70. XIX w. to czasy
zaniku leśnych hut, których działalność dewastowała dotąd olbrzymie połacie lasu. Zaprzestają w tym okresie działalności zakłady
takie, jak Jełguń k. Olsztyna lub Szklarnia
k. Piecek. Władze lasów państwowych nie
były zainteresowane dalszym ich wspieraniem. Drewno opłacało się bardziej sprzedawać dla rozwijających się miast i przemysłu.
Przedsiębiorcy coraz bardziej zainteresowani
byli jego zakupem. Wystarczy przeczytać kto
spośród olsztynian podpisał się pod petycją,
dotyczącą spławu drewna opałowego, wystosowaną w kwietniu 1875 r. do nadleśnictwa
w Ramukach. Byli tu kupcy drzewni: F.W.
Froelich, F. Grunow, F. Krenz, Arthur Lewald
i S. Lippmann, mistrzowie ciesielscy: Hoffmann i Wronka, właściciel tartaku parowego
Conrad Hermenau, właściciele, dzierżawcy,
bądź udziałowcy browarów: Philip Henschke, Teichert, Sohok, Ottomar Dromtra,
właściciele cegielni: Matern i M.H. Raphaelsohn, a także właściciel farbiarni Kohz48.
Drewno budowlane podążało najczęściej
jeszcze wtedy w dół rzeki, opałowe trafiało
przeważnie do Olsztyna. Wykorzystywane
42
Tartak zamkowy oraz leżąca przy nim po prawej “śluza flisacka”. Fragment pocztówki z ok. 1899 ze zbiorów autora
było przez miejscowe rzemiosło i stawiający
pierwsze kroki przemysł. Duża część wędrowała na nowo otwarty dworzec kolejowy.
Sama kolej była znaczącym odbiorcą drewna budowlanego (podkłady kolejowe, słupy telegraficzne) oraz opału. Wywóz wciąż
się powiększał. W latach 1871 – 1873 przez
Ruś przepłynęło Łyną 49 kłód dębowych, 63
bukowe, 901 brzozowych, 6056 sosnowych
oraz 9081 m³ drewna opałowego (wedle tradycyjnej miary – 2720 sążni sześc.). W 1874 r.
z samych rewirów Ramuki i Nidzica spławiono go rzeką już 8000 m³, tj. 2396 sążni49.
Duże jego ilości trafiały też na Łynę z jeziora
Kielarskiego, z którego bindugi korzystał nie
tylko miejski las Olsztyna, lecz również lasy
państwowe i prywatne.
Przedsiębiorcy obawiali się wprowadzenia ograniczeń. Zapowiedź dalszego nasilenia
ruchu na Łynie dała asumpt do uporządkowania dotychczasowych zasad dotyczących
spławu drewna. Zawzięcie o nich dyskutowano. Przepisy, obejmujące tym razem bieg Łyny
na odcinku od jez. Łańskiego do śluzy flisackiej koło zamku (tereny Woli Zamkowej),
ogłoszone zostały przez landrata pod koniec
października 1878 r. Choć nie powoływano
się tu na rejencyjne przepisy z 1864 r., tylko na
przepisy z początku stulecia, nowy regulamin
był w dużym stopniu ich powtórzeniem, doprecyzowywał i uzupełniał wcześniej przyjęte
zasady. W myśl nowego rozporządzenia po
spełnieniu określonych warunków każdy zajmować się mógł spławem drewna. Podlegały
mu wszystkie gatunki, jedynie drewno łatwo
tonące był z niego wyłączone – dębinę oraz
brzezinę należało najpierw wysuszyć. Dłużyce mogły być transportowane tylko w postaci tratw. Jedna mogła zostać sporządzona
najwyżej z 200 sztuk dłużyc, solidnie ze sobą
połączonych. Maksymalne wymiary złożonej
z wielu tafli tratwy wyznaczono na 500 m długości i 3 m szerokości, zanurzenie nie mogło
przekraczać 80 cm. Szerokość tratw to mniej
więcej sześć sztuk dłużyc, ułożonych jedna
obok drugiej. Dopasowana ona została do
wymiarów pochylni, położonych przy młynach. W połowie lat 80. XIX w. śluza flisackiej
przy olsztyńskim zamku miała np. 4 metry
szerokości50. Drewno opałowe – szczapy
i drągowiznę – pozwalano spławiać także luzem, przy czym długość drągów nie powinna
przekraczeć 2 metrów.
Spław odbywać się mógł od zejścia lodów na rzece do powtórnego jej zamarznięcia, jedynie na odcinku od śluzy w Rusi do
zamku w lipcu był on zakazany. Jednorazowo przepływać mogło rzeką do 1000 sztuk
dłużyc lub 1000 sążni sześciennych drewna
opałowego. Między poszczególnymi tratwami należało utrzymywać ok. 75-metrowe
odstępy, nawet wtedy, gdy były one własnością jednego przedsiębiorcy. Po dotarciu
do miejsca przeznaczenia tratwy powinny
być natychmiast rozebrane, a drzewo wyciągnięte na brzeg – dla drewna opałowego
pozostawiano na to góra 3 dni, dla dłużyc
5 dni (o ile inspektor nie wyznaczył krótszego terminu). W żadnym wypadku spławione
drewno nie mogło blokować wolnego przepływu innych tratw. Zapis ten, jak się wydaje, stał się głównym powodem urządzania
portów drzewnych przy usytuowanych nad
Łyną tartakach. W Olsztynie wykopane przy
brzegu rzeki baseny posiadały okresowo oba
zakłady Raphaelsohnów, tartaki Orłowskiego i Hermenaua.
Flisacy spod Olsztyna
Przedsiębiorca wysyłający tratwę wyznaczyć musiał jej kierownika (retmana),
DEBATA Numer 5 (92) 2015
który odpowiedzialny był za prawidłowy
przebieg spławu. Na każdą tratwę z dłużycami przypadać powinno ponadto dwóch
flisaków, na każde 300 metrów sześciennych
szczap i drągowizny (tj. drewna luzem) –
1 flisak. Nie wolno im było opuszczać nadzorowanego drewna podczas transportu.
Obawiano się zwłaszcza szkód, jakie urządzeniom wodnym mogło wyrządzić drewno spławiane luzem. Przy zbliżaniu się do
mostów i zapór kierownik tratwy musiał
wyznaczyć strażnika, z zadaniem zapobiegania ewentualnym zatorom blokującym
przepływ, a także uszkodzeniom nabrzeża
i urządzeń śluzy. Właściciele młynów zobowiązani byli zapewnić tratwom wolny
przepływ przez zapory, a urządzone na nich
śluzy flisackie musiały być dostępne zawsze
przez 24 godziny na dobę. Flisakom nie wolno było rozpalać ognia w odległości bliższej
od nich niż 30 metrów. Obozowiska mogli
rozbijać jedynie w miejscach do tego wyznaczonych, to samo dotyczyło wyciągania
drewna na brzeg rzeki.
Nadzór nad spławem drewna na górnej
Łynie landrat sprawował za pośrednictwem
inspektorów rzecznych oraz przydzielonych
im urzędników. Byli to miejscowi leśnicy
– nadleśniczy Volkmann z Łańska (Lanskerofen), pomagający mu leśniczy z Łańska,
Krakowsky oraz strzelec pomocniczy Heyne
z osady Zarośla (Kl. Stabigotten). Wedle przepisów z 1878 r. przedsiębiorca uzyskać musiał dla każdej tratwy
pozwolenie, wypełniając stosowny formularz. Zawierał on dokładne dane o objętości, miejscu pochodzenia i przeznaczeniu
drewna, czasie, w jakim tratwa musiała być
rozebrana, a także dane personalne flisaków.
Obsada tratwy uważać musiała na wszelkie
szkody, jakie powstać mogły na brzegu, w
trakcie omijania przeszkód wodnych oraz
podczas flisackich noclegów. Na poczet ich
pokrycia inspektor mógł zająć i zlicytować
spławiane rzeką drewno.
Skrupulatność dokumentacji wynikała
również z powodów sanitarnych. Flisacy
przemierzali często dalekie okolice. Bywało, że przywozili ze sobą choroby zakaźne.
W roku 1894 flisak Maruński z Gryźlin
powrócił do domu zarażony cholerą, a jego
towarzysz, Barczewski ze Stawigudy zmarł
podczas podróży powrotnej, nie zobaczywszy nawet swej rodzinnej wioski. Obaj oni
nabawili się choroby gdzieś między Welawą a Królewcem. Choć pod koniec XIX w.
Olsztyn dorobił się dziewięciu własnych
tartaków, wyrastając na lokalną stolicę przemysłu drzewnego, większa część tratw płynęła nadal do stolicy prowincji, położonej
u ujścia Pregoły. Szczególnie wiele drewna
spławiono rzeką podczas obydwu wojen
światowych. Tani transport wodny miał
wtedy priorytet, a wyrąb lasów ulegała na-
sileniu. W Muzeum Nowoczesności MOK
w olsztyńskim Tartaku Raphaelsohnów
oglądać można fotografię, wykonaną ze sterowca na przełomie 1914 i 1915 r. Łyna zatarasowana jest na niej masami spławianego
drewna, a place składowe tartaków wypełniają wyciągnięte z wody dłużyce i wysokie
sztaple posortowanej tarcicy. Przy wycince
drzew, ich zwózce i spławie zatrudniali się
mieszkańcy podolsztyńskich miejscowości.
Niektóre wsie, zwłaszcza takie jak Ruś nad
Łyną, położona w sąsiedztwie jeziora Kielarskiego, wielkich lasów państwowych oraz
miejskiej Windugi, uchodziły za prawdziwe
wioski flisaków. Mężczyźni zabierali ze sobą
na tratwy rowery, na których wracali potem
w rodzinne strony. Wszystko skończyło się
jak nożem uciął w pamiętnym 1945 roku.
1. Por.: Woelky [red.] „Codex Diplomaticus Warmiensis”, T. 3, Braunsberg u. Leipzig 1874, s. 36 - 37; Hugo Bonk
[red.] „Geschichte der Stadt Allenstein”, Bd. 5, Urkundenbuch
Bd. 3, T. 1. Allenstein 1912, s. 11-14; Rafał Bętkowski „Tartaki
dawnego Olsztyna” [w:] „Debata” nr 10 (61) 2012, s. 40.
2. Bonk, ibid., s. 84-86
3. Bonk, ibid., s. 76.
4. Bętkowski, ibid. s. 41.
5. Por.: APO, Rejencja Olsztyńska, 4/I.2924, Allenstein,
Verpachtung der Wassermühle 1759 – 1850 s. 3-6; kontrakt
dzierżawny z 1759 r.
6. Por.: Andrzej Rzempołuch, „Architektura i urbanistyka Olsztyna 1353 – 1953”, Olsztyn 2004, s. 55, ryc. 36;
APO, Nadl. Ramuki, 369/358, memorandum v. Normanna z
1822 r.. Przeznaczenie niektórych obiektów mogło się zmieniać - na sporządzonym przez Schwincka w 1840 r. planie
sytuacyjnym zamku i folwarku zamkowego obiekt na lewym
brzegu oznaczony został jako „Graupen Mühle des Eckert“;
por.: APO, Rejencja Olsztyńska, 4/I.2743, Bauten beim Vorwerk Schlossgut.
7. Sążeń pruski sześc. (Klafter) = 3,3389 m³
8. APO, Nadl. Ramuki, 369/358, memorandum v. Normanna z 1822 r.
9. Roßgarten – część majątku zamkowego, teren położony na południe od obecnej ul. Obrońców Tobruku,
którego granice opierały się na pn-wsch. o koryto Łyny (starorzecze na dzisiejszym terenie ogródków działkowych) i
jezioro Płocidupa na pd-zach. (bagnisty teren na wsch. od ul.
Warszawskiej przed Kortowem). Dziś na tym, wyniesionym
lekko terenie znajduje się m.in. Osiedle Mleczna z ul. Iwaszkiewicza i SP nr 29.
10. Por.: APO, Rej. Olsztyńska, 4/I.2924, s. 30-32, pismo
N. Kellersteina z Tapiawy z 29.09.1773 r.
11. Por. J.C. Wutzke, „Bemerkungen über die Gewässer,
die Ostseeküste und die Beschaffenheit des Bodens im Königreich Preußen”, Königsberg 1829, s. 105.
12. APO, Nadl. Ramuki, 369/358, raport asesora rejencyjnego v. Zandera z 20.06.1854 r.
13. APO, Rejencja Olsztyńska, 4/I.5316, s.176, pismo
Nadl. Ramuki z 13.03.1855 r.
14. Por.: A. Ambrassat, „Die Provinz Ostpreussen”,
Königsberg 1896, s. 252; „Oeffentlicher Anzeiger” nr 37, Königsberg 1825, s. 244.
15. Wutzke, ibid., s. 105.
16. Por.: Wojciech Kujawski, „Łyna-Guber. Szlak wodny”, Olsztyn 2011, s. 314-315, 440-441.
17. W oryg.: „preuß. Landrücke”. Kraina ta określana
była potem jako „Preußische Seenplatte”. Wedle polskiego
mianownictwa nazywana jest ogólnie Pojezierzem Wschodniobałyckim.
18. Stopa pruska (', Fuß) = 12 cali ('', Zoll) = 31,3854
cm (≈ 0,314 m)
19. A. C. Preuß, „Preußische Landes- und Volkskunde
oder Beschreibung von Preußen”, Königsberg 1835, s. 39.
20. „Gewässer u. Höhen-Carten von Ostpreußen und
Litthauen und einem Theile der angrenzenden Länder, gezeichnet im Jahr 1841 von J. C. Wutzke, Kön. Pr. Geheimen
Regierungs- und Bau-Rath”
21. Wutzke, „Bemerkungen...”, s. 102.
22. Ambrassat, ibid., s. 75.
23. Por.: APO, Nadl. Ramuki, 369/358, memorandum
v. Normanna z 1822 r.
24. Por. : APO, Magistrat Olsztyna, 259/69, Der Allefluß
und dessen Ufer in strompolizeilicher Hinsicht 1774-1871, s.
52, pismo Deputacji Policyjnej i Finansowej Rejencji w Królewcu do magistratu Olsztyna z 25.03.1810 r.
25. Por.: Johann Friedrich Goldbeck, „Vollständige
Topographie des Königreichs Preußen. Vollständige Topographie vom Littthauischen Cammer-Departament” Königsberg und Leipzig (1785), s. 197; Bronisław Chlebowski,
Władysław Walewski [red.]„Słownik geograficzny Królestwa
Polskiego i innych krajów słowiańskich” T. X, Warszawa
1889, s. 442, hasło „Sereje”.
26. APO, Magistrat Olsztyński 259/204.
27. APO, Rejencja Olsztyńska, 4/I.5316, s. 15, pismo
Gundela do rejencji z 11.06.1839 r.
28. APO, Magistrat Olsztyna, 259/69, s. 53, pismo magistratu Olsztyna do Rejencji Królewieckiej z 28.06.1810 r.
29. Hugo Bonk [red.] „Geschichte der Stadt Allenstein”,
Bd. 4, Urkundenbuch T. II. Allenstein 1914, s. 8;
30. Odpis: APO, Magistrat Olsztyna, 259/69, s. 327-338.
31. Bonk, ibid., s. 17, 19,
32. APO, Magistrat Olsztyna, 259/69, s. 103, pismo landrata z 3.09.1833 r.
33. APO, Magistrat Olsztyna, 259/70, Der Allefluß und
dessen Ufer in strompolizeilicher Hinsicht 1842-1867, s. 129.
34. Ibid., s. 136-138, notatki i pisma burmistrza Rarkowskiego oraz odpowiedź landratury w spr. Jagalskiego.
35. Por.: APO, Magistrat Olsztyna, 259/69, k. 54-55;
Bonk, ibid., s. 17.
36. Por.: Rafał Bętkowski „Gazownia, chluba miasta”
[w:] „Debata” nr 2(65) /2013, s. 40, 42.
37. APO, Magistrat Olsztyna, 259/69, k. 217, kopia koncesji z 18.12.1838 r.
38. Por.: APO, Magistrat Olsztyna, 259/42, s. 138, pismo
rejencjiw spr. remontu Fahr-Brücke z 5.07.1930 r.
39. Por.: Walenty Aleksandrowicz, „Źródła archiwalne
do dziejów przemysłu na Warmii w drugiej połowie XVIII
i pierwszej XIX w.” [w:] „Komunikaty Mazursko-Warmińskie” nr 3(61), Olsztyn 1958, s. 223-224
40. Etablissement Rhodego, to należąca do Carla Rhodego pocztahalteria, położona u wylotu obecnej ul. Staszica.
41. APO, Magistrat Olsztyna, 259/30, Bau und Unterhaltung der katholischen Mädchenschule 1856-1860, k. 54,
notatka służbowa Wronki z wizyty w Bartążku z 16.08.1859 r.
42. Ibid., k. 223, pismo burmistrza Jakuba Rarkowskiego do kasy miejskiej z 15 maja 1860 r. Wykonane wtedy więźby dachowe do dziś oglądać można w budynku przedszkola
przy ul. Pieniężnego 3 (obiekt wpisany został do rejestru zabytków staraniem Stowarzyszenia „Święta Warmia”).
43. Grunenberg, „Geschichte und des Kreis Allenstein”,
Allenstein 1864, s. 135.
44. Hugo Bonk [red.], „Geschichte der Stadt Allenstein”,
IV. B, Urkundenbych T. II, Allenstein 1914, s. 266-267.
45. Bonk, ibid., s. 281.
46. „Polizei-Verordnung über das Flößen auf der Alle
zwischen Reußen und Allenstein” [w:] „Amts-Blatt der Königl. Preuß. Regierung zu Königsberg”, nr. 37 z 14.04.1864 r.,
s. 191-192.
47. Ibid.
48. APO, Rejencja Olsztyńska, 4/I.5316, Die Aufräumung und Floßbarmachung des Allestrohms, s. 467-472,
pismo przedsiębiorców olsztyńskich do nadleśnictwa ramuki
z 21.04.1875 r.
49. Por.: Edward Martuszewski, „Polscy i niepolscy
Prusacy”, Olsztyn 1974, s. 163.
50. Por.: APO, 1378/37/1/13, mapa katastralna okolic
zamku w Olsztynie z maja 1885 r.
DEBATA Numer 5 (92) 2015
Historyk-regionalista,
wiceprezes Stowarzyszenia
„Święta Warmia”. Autor
książek „Olsztyn jakiego nie
znacie”, „Dragoni z Olsztyna.
Dzieje formacji i koszar”,
„Olsztyn czasów Ericha
Mendelsohna”.
[email protected]
Rafał Bętkowski
(Artykuł jest rozszerzoną wersją tekstu
Rafała Bętkowskiego „Tratwy na Łynie”, zamieszczonego w piśmie kulturalno-literackim
„Vari Art” nr 01/2013)
43
Łyna, rzeka flisaków
cd. ze s. 43
„Wschodniopruska Szwajcaria” - wioska Ruś pod Olsztynem, pocztówka z początku XX w. z książki W. Kujawskiego „ Omulew-Pisa. Szlak
wodny”, wyd. QMK, Olsztyn 2011. Również i tu usytuowana była binduga – miejsce, gdzie zwożono i składowano drewno, zestawiając je następnie w spuszczane na wodę tratwy. Za mostem po stronie lewej był tartak z położoną obok „śluzą flisacką”, po prawej młyn (który zdołał
przetrwać do naszych czasów i nie remontowany zawalił się dopiero niedawno). Na Łynie widocznych jest kilka spławianych w dół rzeki tratw.
W czasach flisackiej świetności przepływały nią niemal bez ustanku...
Tartak w Sojce, pocztówka z ok.1907 r. z książki Rafała Bętkowskiego “Olsztyn, jakiego nie
znacie”, Olsztyn 2010. Młyn istniał tu już w XV w. Na początku XIX w. ówczesny właściciel
Casimir Zbikowski, założył tu także tartak. Między tartakiem a młynem położona była tzw.
“śluza flisacka”. Jeszcze na początku XX w. znajdował się tu, jak widać, także skład drewna
44
Rejon Sojki i Rusi na mapie v.Schroettera
z przełomu XVIII i XIX w.
DEBATA Numer 5 (92) 2015

Podobne dokumenty