Kurier Kowarski 2006 - Stowarzyszenie Miłośników Kowar

Komentarze

Transkrypt

Kurier Kowarski 2006 - Stowarzyszenie Miłośników Kowar
Kwartalny dodatek do Gazety Kowarskiej
nr 3 (87) ROK 15
S T O WAR ZYS Z E N I E
M I Ł O Ś N I K ÓW
K O WAR
24-07-1900
W NUMERZE:
...MA ZBYT LITOŚCIWE
SERCE
SUCHA PLAMA
OJCIEC
O WYSTAWIE CÓRKI
“Śnieżka - Góra Olbrzymia” -pocztówki ze zbiorów Mirosława Góreckiego.
25-03-1899
05-08-1902
07-08-1895
Józef Andrzej Karaś
(1931 – 1963) - str.6-7
Takie grzyby można znaleźć
w kowarskich lasach.
Tę i inne garfiki można było obejrzeć
na wystawie Joanny Kanonowicz.
str. 12-13
Str.
3
4-5
Redakcja Kuriera Kowarskiego:
Katarzyna Borówek - Schmidt,
Zbyszko Brudniak, Bogumiła Donhefner,
Stanisław Kanonowicz, Gabriela Kolaszt,
Ireneusz Kwiatosz, Jerzy Sauer.
SPIS TREŚCI:
Dąb papieski.
Kronika SMK.
6-7
“...ma zbyt litościwe serce...”.
Słowo o Józefie Karasiu.
8-9
Na nieludzkiej ziemi.
Cykl o tych, którzy byli w Sybirze.
10
11
12-13
14
15
2
V wieków tradycji.
Śnieżka. Rys historyczny.
Grafika komputerowa J. Kanonowicz
- od narodzin do wystawy.
Ojciec o wystawie córki.
Bosym okiem.
Korekta:
Anna Szablicka
Współpracują:
Jarosław Kotliński,
Magdalena Świderska - Siemieniec,
Adam Walesiak, Lesław Wolak
Kontakt:
Stowarzyszenie Miłośników Kowar,
ul. Górnicza 1, Kowary;
e-mail: [email protected]
Skład komputerowy:
Andrzej Weinke
Wydawca:
Miejski Ośrodek Kultury,
ul. Szkolna 2, Kowary
Wokół szkoły.
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
Nr 6/2006
List od Redakcji
W tym roku aura wakacyjna obdarowała nas niezwykle ekstremalnymi warunkami, mamy jednak nadzieję, że naszym
Czytelnikom nie przeszkodziło to w odpoczynku. Wierzymy również, że zebrali
Państwo energię na jesienne i zimowe dni.
Tymczasem my na jesienne coraz dłuższe
wieczory polecamy lekturę naszego kwartalnika. W Kronice SMK prezentujemy
aktualne wydarzenia kulturalne, a w
ostatnich miesiącach było ich sporo. Na
osobistą relację z przygotowań do wystawy
córki zaprasza S. Kanonowicz - dumny
ojciec. Na garść wspomnień o wielkim społeczniku działającym na rzecz oświaty
Józefie Karasiu zaprasza Z. Brudniak.
A. Szablicka w cyklu Na nieludzkiej ziemi
prezentuje losy kolejnej rodziny zesłanej na
Sybir. Wycinek historii naszego miasta
odnajdą Państwo w tekście I. Kwiatosza V
wieków tradycji? Krótki rys historyczny
Śnieżki ukazuje G. Kolaszt. A na koniec jak
zwykle chwila rozrywki intelektualnej z
A. Walesiakiem i J. Kotlińskim.
Życzymy przyjemnej lektury oraz wielu
radosnych chwil podczas złotej polskiej
jesieni.
W imieniu redakcji Kuriera Kowarskiego
Katarzyna Borówek - Schmidt.
NADLEŚNICTWO
ŚNIEŻKA
Nadleśnictwo Śnieżka położone jest w
południowo - zachodniej części Polski w
pasmach Karkonoszy i Rudaw Janowickich
i w części Kotliny Jeleniogórskiej. Pod
względem regionalizacji przyrodniczo leśnej lasy nadleśnictwa położone są w VII
krainie Sudeckiej w dzielnicach Sudetów
Środkowych i Zachodnich.
Nadleśnictwo Śnieżka w obecnych
granicach zostało utworzone w 1973 r. z
nadleśnictw Kowary i Sobieszów. Obszar
nadleśnictwa położony jest w powiatach:
jeleniogórskim, kamiennogórskim, złotoryjskim i miejskim Jelenia Góra. Sąsiaduje
z nadleśnictwami Kamienna Góra, Złotoryja, Jawor, Lwówek, Szklarska Poręba
oraz z Karkonoskim Parkiem Narodowym.
Nadleśnictwo zajmuje 130004,97 ha
gruntów leśnych, z czego zalesionych
12690,18 ha, 50,02 ha niezalesionych i
264,77 ha gruntów związanych z gospodarką leśną.
W skład nadleśnictwa wchodzi 15 leśnictw, nowoczesna szkółka kontenerowa,
składnica spedycyjna oraz ośrodek wypoczynkowy w Karpaczu. Siedzibą nadleśnictwa Śnieżka są Kowary.
DĄB PAPIESKI
Z inicjatywy leśników polskich kowarscy leśnicy w dniu 3 lipca 2006 roku dla
uczczenia pontyfikatu Jana Pawła II posadzili w Kowarach, przy kościele parafialnym dąb, który jest symbolem siły,
trwałości i ma się stać żywym pomnikiem
pamięci. Idea uczczenia pontyfikatu Jana
Pawła II przez posadzenie na terenie
Polski drzew - pomników zrodziła się
wśród leśników w 2003 roku. Zdecydowano, że będą to dęby, drzewa pełne
dostojeństwa, godności, siły i trwałości.
Dąb, symbol długowieczności, ma przypominać o naukach głoszonych przez Ojca
Świętego. Wówczas to zebrano z “Chrobrego”- najstarszego dębu szypułkowego
rosnącego w Polsce, 500 szt. żołędzi, które
następnie poświęcił Papież Jan Paweł II
podczas pielgrzymki leśników do Watykanu w dniu 28 kwietnia 2004 roku.
Poświęcone żołędzie przekazano do
Nadleśnictwa Rudy Raciborskie, gdzie
wyhodowano z nich sadzonki. Każda sadzonka posiada swój numer i certyfikat
autentyczności wydany przez Dyrekcję
Generalną Lasów Państwowych. Dąb posadzony w Kowarach posiada certyfikat nr
396. Oryginał certyfikatu zdeponowano w
archiwum parafii w Kowarach.
Akty erekcyjne podpisuje
Ksiądz Biskup Senior Tadeusz Rybak.
Ukrainie na terenie Wyższego Seminarium
Duchownego Archidiecezji Lwowskiej w
piątą rocznicę wizyty Ojca Świętego Jana
Pawła II. W uroczystości uczestniczyli między innymi ksiądz kardynał Marian Jaworski, Metropolita Lwowski, Leśników
polskich reprezentował między innymi
Adam Płaksej Dyrektor RDLP we Wrocławiu.
Pierwszy dąb papieski został posadzony
w Szczecinku w pierwszą rocznicę śmierci
Jana Pawła II na terenie przyległym do
Kościoła pod wezwaniem św. Franciszka z
Asyżu. W uroczystościach uczestniczyli
przedstawiciele lokalnych władz, duchowieństwa, mieszkańcy miasta i okolicy.
Uroczystość posadzenia pierwszego dębu na terenie Regionalnej Dyrekcji Lasów
Państwowych w Radomiu uświetnił swą
obecnością prymas Polski JE Kardynał
Józef Glemp. Uroczysta msza św. odbyła
się w Kościele pod wezwaniem św. Piotra
i Pawła w miejscowości Przybyszew. Podczas mszy prymas Józef Glemp wielokrotnie podkreślał, jak ważna w naszym życiu
jest tradycja i przywiązanie do niej.
Ceremonię posadzenia drzewka w
Kowarach poprzedziła msza, w której
uczestniczyli leśnicy, mieszkańcy Kowar,
przedstawiciele duchowieństwa w osobach:
księdza biskupa seniora dra Tadeusza Rybaka, księdza biskupa dra Edwarda Janiaka
Krajowego Duszpasterza Leśników, ojca
Krzysztofa Janasa proboszcza parafii pw.
Najświętszej Marii Panny w Kowarach.
Uroczystość zaszczycili także swoją obecnością dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych we Wrocławiu Adam
Płaksej, Andrzej Raj pełniący obowiązki
dyrektora Karkonoskiego Parku Narodowego, starosta jeleniogórski Jacek Włodyga, burmistrz Kowar Dariusz Rajkowski
oraz przedstawiciele wielu kowarskich instytucji.
Gospodarzem uroczystości był Włodzimierz Skornowicz, a homilię wygłosił
Duszpasterz Leśników ksiądz biskup Edward Janiak.
Dąb papieski został posadzony także na
Tekst i zdjęcia: Jerzy Chitro
Jerzy Chitro
Józef Gielniak - autoportret
Nr 6/2006
Nadleśniczy W. Skornowicz odczytuje treść aktu erekcyjnego.
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
3
7
KRONIKA SMK
przyjaciel Sławek Adamski, który serwował golonkę, kiełbaskę i piwo. Najwięcej
ekscytacji wzbudziły jednak tej nocy anastenaria, czyli chodzenie po rozżarzonych
węglach.
Tak niedawno borykaliśmy się z konsekwencjami przedłużającej się zimy;
usuwaliśmy skutki groźnej awarii w siedzibie stowarzyszenia. Zorganizowaliśmy
kilka ważnych wernisaży i spotkań, a tu
przyszła przedłużająca się susza, następnie przedłużająca letnia pora deszczowa.
Niesamowita dynamika w przyrodzie idzie
w parze z aktywnością członków SMK.
Naszą ostatnią KRONIKĘ zakończyliśmy na opisie majówki z SMK.
Koniec maja zaowocował także otwarciem ważnej wystawy przypominającej
postać Józefa Gielniaka.
Prace J. Gielniaka są niezwykle cenione przez koneserów sztuki. Zdobią
muzea, prywatne galerie i domy jego
przyjaciół rozsianych po całym świecie. W
świecie sztuki to ważna i ceniona postać.
Jako kowarzanie powinniśmy być dumni,
że był naszym sąsiadem. Przy jego boku
uczył się rysunku znany również kowarzanom - Jerzy Jakubów, zdobywca wielu
artystycznych laurów. Kreską Gielniaka
zainspirowany został także Bartek Burgielski, który również miał swoje “5
minut” w Galerii Stowarzyszenia.
Jako miłośniczka sztuk wszelakich
uważam, że Józef Gielniak nie zajmuje w
naszym mieście poczesnego miejsca. Jest
wielkim, ale zapomnianym artystą.
Otwarciem wystawy w rocznicę jego
śmierci chcieliśmy zaakcentować obchody
Roku Gielniakowskiego. Przypominamy o
ogłoszonym konkursie pt. “Józef Gielniak
i jego twórczość” w marcowym numerze
Kuriera Kowarskiego.
Prezentacja prac Bartosza Burgielskiego.
W czerwcu przygotowaliśmy również
dwie urocze imprezy dla mieszkańców
Kowar. Jedna z nich zakończyła się euforią
zadowolonych z siebie ludzi, którzy chodzili po rozżarzonych węglach w Noc
Świętojańską. Tradycje tej nocy zostały
wyeksponowane przy Sztolniach Kowary.
Było wieczorne (bezpłatne) zwiedzanie
sztolni, straszenie duchami, a co niektórzy
goście postanowili odszukać kwiat jednej
nocy. Swoją gościnnością uraczył nas nasz
Stanowisko dla młodych artystów.
4
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
Mamy nadzieję, że rozpoczęte prace
przy remoncie drogi prowadzącej do
Sztolni przyczynią się do tego, że w
przyszłości większe rzesze ludzi będą
odwiedzały to urocze i zaczarowane miejsce.
Największym kulturalnym wydarzeniem w czerwcu był PLENER MALARSKI. To ambitne przedsięwzięcie ożywiło
kowarską starówkę jak nigdy dotąd. Swoją
twórczość zaprezentowali: Stanisław Kanonowicz, Roman Tryhubczak,
Agnieszka Nasiłowska (córka
utalentowanej
malarki
Ewy
Oliwkowskiej), Bartosz Burgielski (syn nie mniej znanych rodziców), Ewa Gawor-Wojciechowska, Amelia Jarosz, Zuzanna
Bereszczuk, Anna BardzkaSpychała z mężem Robertem
Spychałą, Krzysztofa Kaczorowska.
Podczas pleneru chcieliśmy
zaprezentować utalentowanych
artystów, ich sztukę i zainspirować mieszkańców do aktywnego spędzania czasu, do
poszukiwania własnych ścieżek
rozwoju osobowości. Podczas
pleneru można było spróbować
własnych sił. Udostępniliśmy glinę, plastelinę, farby. Kilkoro
dzieci zainteresowało się techniką rzeźbiarską i tkactwem. Duże zainteresowanie budził haft
Krzysi Kaczorowskiej.
Tego samego dnia odbył się
wernisaż Joanny Kanonowicz
Nr 6/2006
córki Stanisława Kanonowicza. Po raz
pierwszy zaprezentowaliśmy w naszej
galerii rzadką technikę wyrazu plastycznego: grafikę komputerową. W tym dniu
tak dużo się wydarzyło, można wręcz sąwernisażu, który odbył się 12 sierpnia w siedzibie stowarzyszenia.
Wystawie towarzyszył pokaz multimedialny oraz prezentacja minerałów
Karkonoszy. Otwarcie wystawy zbiegło się z imieninami św. Wawrzyńca,
patrona ludzi gór i Walończyków.
Jak co roku od wielu lat 10 sierpnia
prawdziwi ludzie gór powędrowali na
Śnieżkę na mszę odpustową z udziałem biskupa legnickiego.
W imieniu Mirosława Góreckiego dziękujemy za pomoc w organizacji wystawy: Związkowi Gmin
Karkonoskich, Gminie Karpacz,
Sztolniom Kowarskim oraz panu Andrzejowi Weinke.
Złożenie kwiatów na grobie Józefa Gielniaka.
dzić, że nasze miasto to kuźnia talentów.
Grafika komputerowa przykuła uwagę
Nikoli, niepełnosprawnej nastolatki. Zdemontowaliśmy kilka prac i znieśliśmy na
podwórze. Nikola była szczęśliwa. Okazało się, że również próbuje tworzyć rysunki tą techniką. Joanna Kanonowicz
poświęciła Nikoli wiele czasu, dała jej
cenne wskazówki jak posługiwać się programem komputerowym do rysowania.
Mamy nadzieje, że następną wystawę
zorganizujemy Nikoli i jej utalentowanym
przyjaciołom.
W lipcu, gdy większość ludzi marzyła
o błogim wakacyjnym lenistwie my namówiliśmy Mirosława Króla na dwa
niezwykłe koncerty. Pierwszy odbył się w
kowarskim kościele. Koncert organowy
dostarczył licznie zgromadzonym niepowtarzalnych wrażeń i wzruszeń. Panu Mirosławowi akompaniował syn Marcin.
Patrzyłam na twarze zgromadzonych były
zachwycone, ja również. Przy utworze Ave
Maria spociły mi
, się oczy, a oratorstwo
Jarka Kotlińskiego rozbłysło najjaśniejsza
gwiazdą. Drugi koncert następnego dnia
to kolejna niespodzianka. Cała rodzina
“Królów i Królewiczów” zaprezentowała
wakacyjny repertuar muzyki rozrywkowej.
Początek był nieco dramatyczny, bo zaczął
padać deszcz. Ale nie zraziło to “Królewskiej Rodziny”. Koncert trwał do godzin
nocnych, a ludzie znów byli szczęśliwi
(przynajmniej ci, którzy dotarli na sztolniową polanę). Dziękujemy Panu Mirkowi, jego żonie i dzieciom. To wielka przyjemność i zaszczyt prezentować tak
Nr 6/2006
utalentowanych kowarzan.
W sierpniu przygotowaliśmy kolejną
uroczą wystawę. Tym razem namówiliśmy
Mirosława Góreckiego, aby udostępnił naszym oczom swoją cenną kolekcję starej
widokówki ze Śnieżką w tle. Mamy nadzieję, że sprawiliśmy tą ekspozycją wielką przyjemność hobbystom i kolekcjonerom.
“Śnieżka - Góra Olbrzymia” to tytuł
Stowarzyszenie Miłośników Kowar ma swoją siedzibę przy ul.
Górniczej. Ten brzydki na zewnątrz
budynek zyskał ostatnio na urodzie
poprzez wymianę poszycia dachu.
Nasza działalność społeczna zwłaszcza w dziecinie upowszechniania
Sztuk Pięknych zyskuje aprobatę lokalnego środowiska. Pozyskujemy pieniądze od sponsorów, ale nie tylko. Teraz
przez nami wykonanie pięknej elewacji.
Mamy nadzieję, że niebawem SMK stanie
się prawdziwą ozdobą i dumą tego miasta,
czego sobie i Państwu życzę
Tekst: Mariola Tatowicz
Autorzy zdjęć: Ireneusz Kwiatosz,
Julian Burgielski.
Występ dzieci z SP 3 podczas otwarcia wystawy prac J. Gielniaka.
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
5
7
...MA ZBYT LITOŚCIWE SERCE... słowo o Józefie Karasiu
“Umarli umierają dopiero wtedy, gdy przestajemy o nich myśleć. Pamięć o nich przywraca ich życiu”.
(Maurice Maeterlinck)
Minione wakacje dzieci z Kowar Górnych były ostatnimi dla uczniów Szkoły
Podstawowej nr 2. Wiadomość o likwidacji tej funkcjonującej przez pół wieku
placówki dotknęła uczniów, ich rodziców i
wszystkich mieszkańców oddalonej od
centrum części miasta. Walec finansowo demograficzny dzisiejszych czasów w
kolejności po Szkole Podstawowej nr 4 (na
Osiedlu) i Szkole nr 5 (na Wojkowie) dopadł Szkołę nr 2, której twórcą od 1955
roku był nieodżałowany wieloletni jej kierownik - Józef KARAŚ.
Był moim starszym kolegą, łączyła nas
wspólna nauczycielska służba, wspólne
problemy i trud, brnęliśmy w przeszłości
przez ciężar kierowania szkołami, które
wykształciły tysiące młodych kowarzan.
Józef miałby dzisiaj 75 lat, odszedł
przedwcześnie. Niech te wspomnienia
będą wyrazem ciągłej pamięci o nim,
człowieku serdecznym, życzliwym, pełnym energii i radości życia, przemawiającym zawsze uśmiechem do bliźniego.
Synowi Januszowi serdecznie dziękuję za
umożliwienie wglądu w rodzinną dokumentację i wzbogacenie wiedzy o całej
rodzinie Karasiów.
Józef Andrzej KARAŚ, syn Jana i
Marii z Dylów, urodził się 16 listopada
1931 r. w Rzepienniku Biskupim pow.
Gorlice w ziemi tarnowskiej.1
Pochodzi z rodziny chłopskiej, przy
licznym rodzeństwie musi wcześnie dokonać wyboru - postanawia zostać nauczycielem. Istotny dla niego jest awans
społeczny i szybkie usamodzielnienie. Po
ukończeniu szkoły podstawowej podejmuje naukę w Państwowym Liceum Pedagogicznym w Gorlicach. 2 czerwca 1951
roku otrzymuje świadectwo dojrzałości
liceum pedagogicznego z adnotacją: “W
czasie pobytu w Liceum Pedagogicznym
w Gorlicach pobrał stypendium w łącznej
kwocie 4348 zł. I jest zobowiązany do
trzyletniej służby nauczycielskiej w szkole
wyznaczonej przez władze szkolne”. Były
to wówczas zakamuflowane nakazy pracy.
Miały one swoje negatywne i pozytywne
strony - uzależniały absolwenta od władz
oświatowych, ale i rozwiązywały problem
zatrudnienia. Los rzucił dwudziestolet-
6
niego Józefa blisko domu rodzinnego do
wsi Rożnowice. W ten sposób Prezydium
Powiatowej Rady Narodowej w Gorlicach
pozyskało od 1 września 1951 roku w
Szkole Podstawowej w Rożnowicach nowego nauczyciela i jednocześnie “kierownika ogniwa harcerskiego”.
Wydawało się, że od tego momentu
wszystko będzie sielankowe.
1
Jeszcze jedno odznaczenie do kolekcji.
Poznaje w Rożnowicach wybrankę
serca Zofię od Walów, której rodzice za
ukrywanie partyzantów opozycyjnego
podziemia zostają aresztowani przez
ubowców i skazani na wieloletnie więzienie jako “wrogowie władzy ludowej”.2
Na maturzystce Zofii spocznie obowiązek prowadzenia sporego gospodarstwa i opieki nad młodszym rodzeństwem.
Józef dzielnie ją wspomaga moralnie i
finansowo, dzieląc się skromnym nauczycielskim uposażeniem. Pobierają się 22
sierpnia 1953 roku. Z tego związku będą
mieli dwoje dzieci Alinę (urodzoną 14
czerwca 1954 r. w Rożnowicach) i Janusza
(urodzonego 25 grudnia 1955 r. w Miłkowie). Wobec rodziny Walów i młodego
małżeństwa Karasiów mnożą się represje
(rewizje, podatki, donosy, szykany itp.).
Józefa odwołują ze stanowiska “kierownika ogniwa harcerskiego”, a następnie w
marcu 1955 kierownictwo szkoły ekskludowało go z nauczycielskiego grona. W
tym czasie wracają dzięki amnestii rodzice
i siostra Zofii. Józef poszukuje pracy. Był
człowiekiem czynu, pracoholikiem, potrzebował pracy jak kania dżdżu, a
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
ponadto już miał rodzinę.
Po traumatycznych przeżyciach oprócz
pracy poszukiwali przystani, w której zabezpieczyliby przyszłość. W wakacje 1955
ruszają na tzw. Ziemie Odzyskane, które
wówczas w marzeniach wielu Polaków
miały być ich edenem. Inspektor Oświaty
w Jeleniej Górze powierza młodemu nauczycielowi i jego małżonce zorganizowanie stabilnej szkoły w górnym rejonie
Kowar. Zamknęli małopolską utkaną
wybojami drogę, a rozpoczęli swój nauczycielski trud i do końca życia związali
się z ludźmi Kowar Górnych i Podgórza.
Tworzy dla tej części mieszkańców nową
placówkę - Szkołę Podstawową nr 2 w
Kowarach, nad którą dzisiaj zapadł wyrok
likwidacji, z czym zapewne nigdy nie pogodziłoby się małżeństwo Karasiów.
Józef bez reszty poświęcił się tworzeniu tak potrzebnej szkoły. Uzyskany pustostan po Kowarskich Kopalniach to stary
biurowiec w niczym niepodobny do szkoły. Wiecznie coś przy nim robił, poprawiał
starocie, które nie powinno być szkołą.
Coś dobudowywał, a one wiecznie były
surowe, oporne na jego zabiegi, nie chciały zmienić pierwotnie przypisanej im roli.
Trzeba być nie lada optymistą, by wierzyć
w ich rewitalizację, a takim optymistą był
Józef Karaś. Wolał rzeczy proste, jasne,
jednoznaczne, a tu świat wokół niego był
bardzo skomplikowany i z dnia na dzień
komplikował się bardziej. Z natury aktywny, żądny ruchu, dynamiki działania, w
którym zawsze przemawiał do otoczenia3
uśmiechem, znajdował uznanie u pracowników. Już w 1963 ówczesny Inspektor
Szkolny PPRN podkreśla w wystosowanej
opinii jego pracowitość, sumienność, aktywność, zaangażowanie społeczne i nie
omieszka dodać “… czasem ma zbyt litościwe serce…”
Przez pełne dwadzieścia lat kieruje SP
nr 2, a od września 1975 Kurator Oświaty i
Wychowania w Jeleniej Górze powołuje
go na stanowisko zastępcy, następnie Inspektora Oświaty i Wychowania w Kowarach, które piastował do końca.
Identyfikując się z zawodem nauczyciela, ciągle podnosi swoje kwalifikacje,
stale uczestniczy w procesie doskonalenia.
W roku 1965 kończy geografię z zajęciami
praktyczno - technicznymi w I Studium
Nauczycielskim we Wrocławiu, następnie
podejmuje studia na Wydziale Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Wrocławskiego
uwieńczone w 1970 r. tytułem magistra
Nr 6/2006
Nr 6/2006
cy.
Po
raz
pierwszy
będzie
w
sana-torium.
Cieszy się, bo będzie blisko
rodzinnych stron. 8 lip-ca
1983 ze Szczawnicy w liś-cie
do żony Zofii pisze: “Gorliwość w pracy nie była dobrą
cechą naszych osobowości”.
Miał świadomość, że urodził
się zabieganym pracoholikiem. Próbuje znaleźć zdrowe,
bezpieczne hobby i 25 kwietnia 1981 zdobywa tytuł mistrza w zawodzie pszczelarz.
12 lipca 1983 r. z kurortu
pisze do rodziny: “Lekarstwa
zażywam. Tylko (lekarze) zalecenia wydają sprzeczne.
Dlatego przestrzegam jedne i
drugie i dziś już prawie nie
miałem ataku.(…) Może w
tym roku pszczoły dokładniej
zbiorą miód z lipcowych kwiatów.”
To były Twoje ostatnie słowa, nazajutrz odszedłeś na Drugi Brzeg. Może tam
znalazłeś krainę miodem płynącą, słodką
krainę dobrego uśmiechu?
Był czas na pracę, był czas na tańce.
Zofia i Józef Karasiowie spoczywają
na Starym Cmentarzu w cieniu murów
kaplicy.
Zbyszko Brudniak
1 akt urodzenia 28 - 52/1931 USC w Rzepienniku Strzyżewskim
2 Doraźny Sąd Wojskowy w Rzeszowie we wrześniu 1952 r. skazał Dominika Wala na 11 lat, Helenę Wal na 10 lat,
a córkę Natalię na 7 lat więzienia.
3 Obecny stan grobów świadczy o tym, że ich opiekun odszedł na zawsze.
FOTOZAGADKA NR 1
Gdzie, kiedy i z jakiej okazji spotkali się obecni na zdjęciu kowarzanie?
Redakcja Kuriera Kowarskiego oczekuje na odpowiedzi Szanownych Czytelników
FOTOGRAFIA ZE ZBIORÓW Z. BRUDNIAKA.
geografii, a owocem pracy studenckiej
i badawczych poszukiwań jest
“Monografia Kowar” jako praca
dyplomowa. W archi-wum rodzinnym
znajdują się dokumenty świadczące o
ukończeniu wielu kursów i seminariów
organizowanych przez Instytut Kształcenia
Nauczycieli lub Okręgowy Ośrodek
Metodyczny.
W swojej zawodowej karierze i pracy
społecznej znajduje wyrazy uznania - był
odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi
(1975), Krzyżem Kawalerskim Odrodzenia Polski (1980), Medalem Komisji Edukacji Narodowej (1981), Odznaką “Zasłużony dla Dolnego Śląska”: za osiągane rezultaty w pracy dydaktycznej i wychowawczej otrzymał od przełożonych liczne
nagrody specjalne.
Przez całe życie godzi pracę zawodową ze społecznym działaniem. Od początku nauczycielskiej drogi już w Rzepienniku, jak przystało na chłopskiego
syna, jest aktywnym uczestnikiem ruchu
ludowego, a w Kowarach pełni funkcje
kierownicze w Stronnictwie Ludowym. W
latach 1958 - 1982 prawie wszystkie kadencje jest radnym Miejskiej Rady Narodowej w Kowarach, zasiada w jej Prezydium. Jako geograf, wielbiciel przyrody,
miłośnik górskiego krajobrazu działa w
Polskim Towarzystwie Turystyczno - Krajoznawczym, jest członkiem jeleniogórskiego zarządu oddziału. W drugiej połowie lat 70 nawiązuje przyjacielską
współpracę z Węgrami, co zaowocowało
wymianą turnusów wczasowych na linii
SEGED - KOWARY. Zainicjował opiekę
harcerzy nad cmentarzykiem, gdzie pochowano ciała zmarłych więźniów, którzy
w czasie pędzenia z obozu koncentracyj3
nego Gross
Rosen nie wytrzymali tempa
marszu.
Skrupulatnie zabiegał o trafny wybór
wakacyjnych dzierżawców obiektów
szkolnych na letni i zimowy wypoczynek
dzieci. W budynkach SP nr 2 odpoczywały
dzieci pracowników MHM w Poznaniu i
WSK z Wrocławia. Dzięki tym kontrahentom szkoła pozyskiwała środki na remont i do dziś zachowane inwestycje.
Szukał również zajęcia w Związku Nauczycielstwa Polskiego.
Czyni wszystko z ogromną pasją tworzenia i pogodą ducha. Zachwianiu ulega
w czasie stanu wojennego, zdrowie zaczyna mu szwankować, zmęczone serce upomina się o spokój, mnożą się wizyty u
lekarzy, poszukuje kardiologów, pora na
ratunek serca po czterdziestu latach pracy.
Lekarze uruchamiają leki. Otrzymuje
skierowanie do uzdrowiska w Szczawni-
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
7
NA NIELUDZKIEJ ZIEMI
“Jeśli ja zapomnę o nich,
Ty, Boże na niebie, zapomnij o mnie”
Adam Mickiewicz
Losy rodziny Szturów zesłanej
na Sybir opowiedziane
przez Antoninę Borówek
ROLNICZA RODZINA
Jeszcze do początku roku 1940 byliśmy jedną z wielu zwykłych polskich
rodzin. Rodzice byli rolnikami, mieliśmy
dom i zabudowania gospodarcze, pięć
sztuk bydła, parę owiec, świń nie hodowaliśmy dużo - tylko dwie na swoje potrzeby, gęsi, kury. Przed domem rosły trzy
pięknie rozrośnięte sosny. Ja byłam jedynaczką, wtedy szesnastoletnią dziewczyną.
Początek wojny oraz sowiecka interwencja
nie zrobiły na nas wielkiego wrażenia.
Pamiętam tylko, że niedaleko nas była
szosa, po której długimi kolumnami
maszerowali żołnierze z czerwoną gwiazdą. Mieliśmy wrażenie, że wojna była
gdzieś daleko od nas. Wydawało się nam,
że tak będzie do końca. Teraz wiem, jak
bardzo się myliliśmy.
Wieś, w której mieszkaliśmy, to Sidoryszki. Tam pozostawiłam swoją młodość, marzenia...
PRZYSZLI W NOCY
10 lutego w 1940 roku zostaliśmy
obudzeni o świcie. Do domu wtargnęli:
NKWD-zista i dwóch żołnierzy. Przyszli
do każdego domu o jednej porze, mówili:
“Sobierajcieś”. Kazali brać tylko kilka najpotrzebniejszych rzeczy, tyle, ile zdołamy
wziąć w ręce. Ja jeszcze byłam w łóżku.
Musiałam czym prędzej wstać, ubrać się i
wyjść z rodzicami. Na dworze czekała
furmanka. Nie docierało wtedy do mnie,
jak doskonale akcja naszej gehenny była zorganizowana. Gdy obejrzałam się za siebie, z obaczyłam smutne oczy naszego psa, który pozostał
przywiązany do budy. Niczemu niewinne żywe
stworzenie, które pozostawiliśmy na pastwę losu.
Wiem, że w pierwszej
kolejności wywozili osadników wojskowych, ponieważ sądzili, że wszyscy osadnicy to byli ludzie wynagrodzeni ziemią
przez Piłsudskiego. Mylili
się, wielu z nas było
zwykłymi
osadnikami,
którzy nie mieli nic
wspólnego z marszałkiem. Moi rodzice byli
po prostu rolnikami. Z
tych znanych mi osadników było może dziesięciu takich, którzy rzeczywiście należeli do legionów, ale to była mniejszość.
WAGONY, WAGONY,
WAGONY
Antonina z rodzicami.
8
Furmanka zawiozła
nas do pociągu bydlęcego. W wagonach były
drewniane prycze. Zaraz
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
po załadowaniu każdy z nich zamykany
był z hukiem. Traktowali nas jak przestępców, wszyscy płakaliśmy, bo nie mieliśmy
pojęcia, co przyniesie następny dzień..
Pociąg ciągnęły dwie lokomotywy, jedna
z przodu, druga z tyłu. Ponieważ moje
miejsce znajdowało się blisko małego
okienka, widziałam na zakrętach niekończący się ciąg wagonów. Naliczyłam ich
90, a w każdym mieściło się około 70
ludzi. Było ciasno, ale dzięki temu trochę
cieplej, bo mróz był siarczysty. W każdym
wagonie stał mały żelazny piecyk, na
stacjach udawało się czasami ukraść trochę
węgla, którym musieliśmy w odpowiedni
sposób gospodarować. Gdy patrzyłam
przez otwór, wydawało mi się, że mijamy
zupełnie wymarłe tereny, nie widziałam
ani ludzi, ani zwierząt, ani żadnych zabudowań. Jakbyśmy jechali przez pustynię. Jedliśmy, co kto miał. W dużych
miastach pociąg się zatrzymywał, z
każdego wagonu wychodziły po dwie
osoby z wiadrem i przynosiły zupę, którą
potem rozdzielali na cały wagon. Dla dzieci była odrobina cukru.
Jechaliśmy około miesiąca. Niejedna
osoba po drodze zmarła. Pamiętam czteroletnie dziecko, które zachorowało podczas
drogi na zapalenie płuc. Zrozpaczona matka owinęła jego ciałko kocykiem, a podczas postoju musiała je oddać jednemu z
konwojentów. Co stało się dalej? Do dziś
boję się nawet o tym myśleć.
NASZE MIEJSCE PRZEZNACZENIA
Począwszy od północnej Ukrainy
zaczęli stopniowo odczepiać wagony.
Najwięcej jednak dojechało nas do Kazachstanu i tam też pociąg się dość często
zatrzymywał, a ludzie byli przydzielani do
kołchozów i kopalń. Z nami nie wysiedli
żadni znajomi z wioski, odtąd dzieliliśmy
los z zupełnie obcymi ludźmi. Trafiliśmy
na północ Kazachstanu. Przeraziły nas
mrozy dochodzące do 50 stopni. Zimą często wiały burany, wokół latał suchy
gryzący śnieg. Ojciec miał kożuch, my
też, później zdobyliśmy kufajki. Przywieźli nas najpierw do kopalni złota, ojciec
tam bardzo ciężko pracował. Mnie tato
zarejestrował jako młodszą i dzięki temu
nie od razu musiałam iść do pracy. Mama
pracowała w tartaku. Po jakimś czasie
przewieźli nas do innej kopalni. Ojciec cały czas pracował w kożuchu, który z sobą
przywiózł. Podczas robót ze ścian kopalni
cały czas leciała woda, dlatego co dzień
wracał przemoczony i musiał suszyć ten
kożuch. Ciągłe zmiany temperatur spowodowały, że jego jedyne ciepłe okrycie
uległo zniszczeniu. Mieszkaliśmy różnie,
najpierw w niskich lepiankach, potem w
baraku z wieloma innymi rodzinami. Tak
mijały dni, a my wspieraliśmy się w swoim cierpieniu.
TRUDNE CZASY
Były sowchozy, w których ludzie
Nr 6/2006
umierali z głodu. Te sowchozy nie
wyrabiały narzuconego przez państwo
planu zbiorów. Na jesieni kartofli nie
mogli zbierać z pola, bo “to państwowe”,
dopiero na wiosnę ludzie mieli odwagę
zbierać pozostałe na polach zgniłe ziemniaki z robakami, potem ugniatali je,
smażyli i jedli. Zależy, w jakie miejsce kto
trafił. Można powiedzieć, że w tym
wszystkim nie trafiliśmy najgorzej. Zwykli ludzie stamtąd byli życzliwi, zdawali się
rozumieć naszą sytuację, sami zresztą też
żyli w niewiele lepszych warunkach. Nie
robili nam krzywdy, nie patrzyli na nas
krzywo, nie dochodziło do żadnych konfliktów. Dopóki Niemcy nie zaatakowali
ZSRR w 1941 było lepiej, potem nie było
prawie nic do jedzenia. Na co dzień
brakowało nam jedzenia, staraliśmy się
sprawiedliwie dzielić niewielkimi porcjami chleba, który kupowaliśmy na kartki.
Aby dostać chleb w sklepie, musieliśmy
wstawać bardzo wcześnie, bo niejednokrotnie nie starczało go dla wszystkich.
Wtedy nawet kartki nie pomagały i trzeba
było wracać z pustymi rękoma. Pamiętam
wiele poranków w mrozie w oczekiwaniu
na kilka kromek chleba. Ludzie się kłócili
w tych kolejkach, czasem nawet bili.
Któregoś dnia w domu pozostał malutki
kawałek chleba. Chciałam, żeby tato wziął
go do pracy, ale on nie chciał, powiedział,
że to ja jestem młoda i ja potrzebuję
więcej jeść. Nie wziął tego chleba. Poszedł
głodny, po powrocie mogłam mu dać tylko
zupę kartoflaną, do której dodawałam
przyrumienioną na suchej patelni mąkę,
żeby przynajmniej łudziła kolorem.
W tym czasie ja pracowałam w polu,
niekiedy bardzo ciężko. Od świtu do nocy,
z przerwą na obiad. Rano wszyscy pracownicy musieli zebrać się w wyznaczonym miejscu, brygadzista rozdzielał nas w
poszczególne miejsca. Najgorsza była dla
mnie praca przy wyrywaniu chwastów.
Trzeba było wówczas spędzić kilkanaście
nawet godzin, cały czas się pochylając. Po
takim dniu padałam bez sił na łóżko,
wiedząc, że jutro i tak muszę wstać i dalej
pracować.
Po amnestii gdy organizowała się armia Andersa, szli tam wszyscy, mając
nadzieję, że przynajmniej zginąć im
przyjdzie na polskiej ziemi. Pojechaliśmy
wtedy z rodzicami do Nowosybirska do
siostry mojego ojca, do kołchozu. Ciotki
męża wraz ze wszystkimi innymi mieszkańcami wioski pewnej nocy zabrali
członkowie NKWD i ślad po nich zaginął.
Nie wiadomo, czy ich rozstrzelali, czy
wywieźli do łagru. Ciotka nigdy nie otrzymała żadnej wiadomości od męża ani o
mężu. W tamtym miejscu spotkały nas
same nieszczęścia. Mama uległa strasznemu wypadkowi. Młocarnia była w polu,
a wszyscy szli na przerwę obiadową.
Mama powiedziała, że nie będzie szła do
domu, tylko pójdzie odpocząć na snopkach. Latem w domu było bardzo dużo
much. Gdy szła, pod nogi zaplątał jej się
oderwany kabel od młocarni. Broniła się
Nr 6/2006
Kuzynka Antoniny w Kazachstanie.
przed nim, próbowała go odrzucić, w ten
sposób niemal całe ciało zostało poparzone. Jedną nogę natychmiast amputowano. Przez miesiąc męczyła się w szpitalu właściwie bez lekarstw. Niestety nic
nie dało się zrobić, mama opuściła nas i
odtąd ja i tato we dwoje dzieliliśmy swój
los.
Ojciec pracował daleko w polu. Tam z
jednej beczki i jednym kubkiem pił wodę z
człowiekiem chorym na gruźlicę. Wydawało mu się, że nic mu nie grozi, zawsze
był silnym i zdrowym mężczyzną. Niestety organizm był osłabiony i ojciec
zaraził się gruźlicą. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, ale wkrótce choroba
dała o sobie znać.
Na jesieni 44 roku pozbierali większość z nas, przewieźli na Ukrainę. Przyjechało po nas dwóch żołnierzy, tam
byliśmy półtora roku, pracowaliśmy w
sowchozie. To była końcówka losu wygnańców.
POWRÓT DO POLSKI
W 46 roku na wiosnę przyjechali po
nas znów ci sami żołnierze - Władek i Romek i dowieźli nas do pociągu do Polski.
W naszym wagonie była tercjanka, która
każdego wieczoru prowadziła modlitwy
wieczorne, śpiewała z nami pieśni. To
przybliżało nas do Polski, do Boga i do
siebie. Gdy wiedzieliśmy, że granica jest
już blisko, my młodzi bez przerwy staliśmy przy otwartych drzwiach i wypatrywaliśmy oznak polskości. Śpiewaliśmy
“Jeszcze Polska nie zginęła”... Dowieziono
nas do Legnicy. Stamtąd każdy jechał,
dokąd chciał. Ojciec mój chciał jechać do
Białegostoku, nie chciał na zachód, gdyż
twierdził, że Niemcy nas i tak stąd wygonią. Pozostalibyśmy tam, ojciec już znalazł
pracę, ja miałam iść do szkoły. Los jednak
potoczył się inaczej. Już w drodze tato
chorował na grypę, bardzo kaszlał. Poszedł
do lekarza, prześwietlenie wykazało gruźlicę. Dostał skierowanie na Wysoką Łąkę i
został zmuszony jechać jednak na zachód.
Był pół roku w sanatorium, ja mieszkałam
u ludzi, chodziłam do krawcowej przyuczać się do zawodu. Gdy ojciec wyszedł
z sanatorium, znaleźliśmy dom w Krzaczynie, który został opuszczony i oszabrowany i tam zamieszkałam z ojcem. On
zaczął pracować jako goniec w sanatorium. Ja kochałam zwierzęta, marzyłam o
trzymaniu świń, krów, kur, jak kiedyś, gdy
żyliśmy spokojnie całą rodziną przed
wojną. I tak nasza historia zatoczyła krąg,
znów żyliśmy z plonów ziemi, hodowaliśmy zwierzęta. Gdyby tylko nie było tych
kilku lat i gdyby mama dzieliła z nami tę
radość ze zwykłej pracy...
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
Wspomnień
Pani Antoniny Borówek
wysłuchała Anna Szablicka
9
7
500 LAT KOWAR
5 WIEKÓW TRADYCJI?
(3)
Jest pierwszy odzew na apel o zabezpieczenie wszelkich śladów dotyczących
naszego miasta w ostatnim piećdziesięcioleciu. Spotkałem kolegę, który poinformował mnie, że w jego rodzinie
zachowały się dokumenty dotyczące pewnych uroczystości, które miały miejsce w
Kowarach i w niedługim czasie udostępni
je do zachowania. Mam nadzieję, że ta
jaskółka spowoduje dalszy rozwój zabezpieczania pamiątek z życia naszego
miasta w ostatnim półwieczu.
W poprzednim artykule przedstawiłem
zdjęcie specyficznego banknotu z prośbą o
jego identyfikację. Dla zainteresowanych
przedstawiam dzisiaj rewers tego banknotu
i mam nadzieję, że ten obraz daje odpowiedzi na wszelkie pytania związane z
poprzednią prezentacją.
Jak widać obraz ten jest dużo skromniejszy niż awers, jednak jego treść
przypomina o działaniach osób niosących
pomoc innym, bardzo tej pomocy wówczas potrzebującym.
Była to zagadka sprzed ćwierćwiecza,
ODNOWIONY ZABYTEK
W tym roku 3 lipca minęła 140. rocznica wielkiej bitwy w wojnie prusko-austriackiej pod Sadową koło Hradec Kralove - Czechy.
3 lipca 1866 roku doszło do decydującej bitwy pod Sadową. Zwyciężyła w
niej armia pruska, a obie armie poniosły
Pomnik - stan obecny.
10
a teraz chciałbym zaprezentować inną dotyczącą okresu dwa razy wcześniejszego.
Wiąże się ona z uczestnictwem naszego
społeczeństwa w życiu całego kraju. Jak
wiemy, społeczność Kowar tworzyła się z
małych grup lub pojedynczych osób
osiedlających się na terenie miasta. Przy
tym trybie osadnictwa nie było mowy o
przenoszeniu tradycji określonych środowisk i dalszym ich kultywowaniu.
Społeczność Kowar tworzyła się w oparciu
o oficjalne stanowisko
władz krajowych i uczestniczyła
żywo
we
wszelkich działaniach z
tym związanych. Obok
przedstawiam
zdjęcie
obrazujące jedną z takich inicjatyw. Jednocześnie mam prośbę do
czytelników o pomoc
w
rozpoznaniu
jak
największej liczby osób
figurujących na zdjęciu.
Przedstawiony obraz
mówi nam dokładnie, jaka to była inicjatywa i z
jakiego okresu jest to
zdjęcie. Jednocześnie ilustruje to moją tezę
dotyczącą uczestnictwa mieszkańców
Kowar w życiu ogólnokrajowym zgodnie
z panującym wówczas porządkiem.
olbrzymie straty. Ogromnej liczby rannych
nie mogły pomieścić szpitale polowe i
dlatego wykorzystano dla nich najbliższe
zaplecze frontu. Również w Kowarach
uruchomiono szpital, w którym kurowano
poszkodowanych żołnierzy obu stron.
Armia pruska wprowadziła po raz pierwszy w życie zasady Statusu Genewskiego
o zabezpieczeniu rannych na polu walki
przez stronę zwycięską. Tych, którzy tu
umarli, grzebano w zależności od
wyznania na katolickim cmentarzu
przykościelnym lub, w tych czasach, ewangelickim (przy dzwonnicy obok “starego cmentarza”).
Do naszych czasów przetrwały
na cmentarzu przy Kościele N.M.P.
w Kowarach jedynie fragmenty
pomnika poświęconego zmarłym w
tutejszym
szpitalu
żołnierzom
ufundowanego przez mieszkańców
Kowar. Można jeszcze odczytać
nazwiska czterech pochowanych
tam żołnierzy. Dwa z nich są nazwiskami polskimi.
Pan Jerzy Zoń z Klubu Honorowych Dawców Krwi wspólnie ze
Stowarzyszeniem Miłośników Kowar przystąpił do odrestaurowania
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
Na zakończenie ponownie przedstawię
proponowaną formułę współpracy pomiędzy czytelnikami Kuriera Kowarskiego a
Stowarzyszeniem Miłośników Kowar w
akcji zabezpieczania pamiątek z życia
naszego miasta od zakończenia II wojny
światowej. Ta inicjatywa ma za zadanie
utrwalić obrazy dokumentów naszej
nieodległej przeszłości. Każdy przedmiot,
każda pamiątka i każdy dokument udostępnione do archiwizacji będą sfotografowane lub zeskanowane i obraz ten
będzie zapisany w formie cyfrowej na
płytach CD lub DVD. Następnie przedmioty te będą oddane ich właścicielom.
Nie wchodzi tu w grę pozbywanie się
rodzinnych pamiątek. A w ten sposób
możemy utrwalić chwile z życia naszego
miasta dla przyszłych pokoleń.
Ireneusz Kwiatosz
Pomnik przed renowacją.
nagrobka, tym bardziej, że jest to jedyna
tak interesującą pamiątką będąca dowodem na to, jak różne były losy naszego
miasta i jego mieszkańców. Uzyskano
również potrzebne zgody od władz miasta,
proboszcza i konserwatora zabytków, a
zebrane środki finansowe pozwoliły na
godne uczczenie rocznicy tej bitwy w dniu
3.07.2006. Odnowiony nagrobek został
uroczyście poświęcony przez biskupa
legnickiego Edwarda Janiaka i biskupa
seniora Tadeusza Rybaka.
Tekst: Gabriela Kolaszt
Zdjęcia: Grzegorz Schmidt
Nr 6/2006
POCZTÓWKA ZE ZBIORÓW M. GÓRECKIEGO.
ŚNIEŻKA
od dawna intrygowała ludzi, jej doskonale widziany szczyt
górujący nad Karkonoszami przyciągał wielu wędrowców.
1. Pierwsze wiadomości o zdobyciu szczytu
pochodzą z Czech, gdzie już w 1456r. miał
go osiągnąć mieszczanin z Benatek nad
Izerą.
2. Pierwszego pomiaru wysokości dokonał
Jiřik z Răsně w 1569r.
3. W tym samym czasie docierali na Śnieżkę
pierwsi wędrowcy od strony Śląska. Byli to
przeważnie uczeni, których frapowała najwyższa góra Karkonoszy.
4. W latach 1564 – 66 na szczyt wchodził w
dniu św. Jana rektor szkoły jeleniogórskiej
wraz z uczniami.
5. Z 1667r. pochodzi opis E. I. Cassone
wycieczki odbytej w 1654r., a z 1670r. opis
wyprawy Ch. Gryphiusa.
6. Śnieżka leżała w dobrach Schaffgotschów, ale do szczytu rościł sobie pretensje
hr. Wallenstein, a potem hrabiowie Harrachowie. Popularność Śnieżki rosła, przybywało wędrowców, tym samym i problem
własności nabrzmiewał. Wreszcie w 1665r.
hr. Christoph Leopold Schaffgotsch rozpoczął na szczycie budowę kaplicy, którą
ukończono w 1681r. Kaplicą opiekowali się
cystersi z Cieplic, którzy na Złotówce
wznieśli własny schron. Kilkakrotnie w ciągu roku odbywały się w kaplicy nabożeństwa, które przyciągały wielu wiernych.
7. Od 1696r. w schronisku Strzecha Akademicka wykładano księgi pamiątkowe dla
wędrowców odwiedzających Śnieżkę, a było ich niemało jak na owe czasy, np. w
1697r. 104 osoby.
8. Wyprawa na Śnieżkę stanowiła główną
atrakcję dla kuracjuszy przebywających w
Cieplicach, dlatego też stosunkowo wcześnie dotarli na jej szczyt Polacy. Z 1677r. pochodzi opis wyprawy ks. Michała Kazimierza Radziwiłła, spisany piórem stolnika
Teodora Bilewicza.
9. Ruch turystyczny wzmógł się bardzo po
wprowadzeniu regularnych nabożeństw na
szczycie w 1708r.
10. W XVIII wieku Śnieżka była chyba najliczniej odwiedzaną górą Europy, np. w
nabożeństwie 30.06.1711r. uczestniczyło
około 800 osób.
11. Wkrótce już nie nabożeństwo, a samo
zdobycie Śnieżki stanowiło dostateczny
magnes dla coraz liczniejszych turystów z
wielu krajów a nawet kontynentów. W
sierpniu 1800r. szczyt Śnieżki zdobył John
Quincy Adams – późniejszy prezydent Stanów Zjednoczonych.
12. Opisy Śnieżki i przeżyć tam doznanych
odegrały znaczną rolę w literaturze, także
polskiej. Szczególne znaczenie miała
Śnieżka dla Czechów jako symbol słowiańskiego rodowodu.
13. Okoliczne budy pasterskie zmieniły się
w schroniska turystyczne.
14. Od 1824r. zaczęto wykładać księgi
pamiątkowe na szczycie w kaplicy zwane
stąd Księgami Śnieżki. Wówczas też roz-
Nr 6/2006
poczęto prowadzenie obserwacji meteorologicznych.
15. W 1850r. F. Sommer wzniósł na
szczycie, po śląskiej stronie, pierwsze
schronisko turystyczne, które spłonęło w
1857r., drugi raz ogień zniszczył je w 1862r.
Odbudowane zostało w 1862r., posiadało 60
miejsc.
16. W 1872r. w schronisku uruchomiono
agencję pocztową, uznaną za najwyżej położoną w Prusach.
17. Pierwszym agentem pocztowym był
ówczesny właściciel schroniska Fryderyk
Sommer, który w 1873 r. wysłał kartkę
pocztową z widokiem Śnieżki. Była to pierwsza na świecie widokówka. Od 1875r.
używano już okolicznościowych stempli do
przesyłek pocztowych. W 1868r. wzniesiono czeskie schronisko (niedawno zostało
rozebrane).
18. W 1852r. zbudowano ścieżkę z Przełęczy pod Śnieżką na szczyt, prowadzącą
zakosami.
19. W latach 1904-05 z okazji 25–lecia
Towarzystwa Karkonoskiego (RiesengebirgeVerein), zbudowano Drogę Jubileuszową
trawersującą zboczem.
20. W XIX wieku opracowano projekt kolei
zębatej na Śnieżkę, ale hr. Schaffgotsch nie
wyraził zgody na jego realizację.
21. Od 1880r. prowadzono w schronisku
stałe obserwacje meteorologiczne.
22. W 1900r. zbudowano obserwatorium
meteorologiczne na szczycie Śnieżki.
23. Śnieżka cieszyła się wielką popularnością. Na jej szczyt ciągnęły całe kolumny
turystów - 5.08.1923r. na Śnieżce miał
miejsce zlot komunistów z Czechosłowacji i
Niemiec, który zgromadził 6000 osób.
24. Podczas II wojny światowej na szczycie
działała stacja radiowa Luftwaffe.
25. Pierwszym Polakiem na Śnieżce po
1945r. był prawdopodobnie por. Szterling.
26. Po 1945r. schronisko na Śnieżce przejęła Dolnośląska Spółdzielnia Turystyczna,
a potem PTT i PTTK. Jednak ze względu na
ograniczenia w ruchu turystycznym i kłopoty z wodą w schronisku działał tylko bufet i 20 awaryjnych miejsc noclegowych
czynnych w lecie.
27. 1949r. wybudowano dwuodcinkową
kolej linową z Pecu na Śnieżkę.
28. 1959 r. wybudowano kolej krzesełkową
z Karpacza na Kopę.
29. 1967 – 76 zbudowano nowe polskie
schronisko (istniejące do dziś)
30. Co roku w kaplicy św. Wawrzyńca
(10.08) odbywa się nabożeństwo i obchodzone jest “ Święto Przewodników”.
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
oprac.: Gabriela Kolaszt.
11
7
OJCIEC O WYSTAWIE CÓRKI
GRAFIKA KOMPUTEROWA JOANNY KANONOWICZ
OD NARODZIN DO WYSTAWY
Jak się rodziły grafiki Asi
Kłopoty z papierem i drukowaniem
Joanna to moja córka. Nie ma jej teraz
z nami. Jak tysiące innych młodych Polaków wyjechała z kraju w poszukiwaniu
szans na lepsze życie, na lepszą przyszłość. I teraz, kiedy słucham słów piosenki
z repertuaru zespołu “2 plus 1”:
Wydawało się, że przygotowanie wystawy już jest proste. Niestety, tak nie
było. Należało wybrać odpowiednią jakość i format papieru na wydrukowanie
prac. W porozumieniu z panią Gabrysią
ustaliliśmy, że grafiki Asi należy wydrukować na formacie A3, ponieważ wydruki
formatu A4 zajęłyby tylko połowę powierzchni wystawowej i byłyby mało
“czytelne”. Okazało się jednak, że w sklepach nie ma odpowiedniego papieru formatu A3 (Asia nie życzyła sobie, żeby jej
prace drukować na “byle jakim” papierze!), więc udaliśmy się do hurtowni w
Jeleniej Górze. Papieru jednak nie kupiliśmy. Papier był, ale w ryzach po 500
sztuk, a potrzebowaliśmy 50. Żadna z
hurtowni nie chciała dla nas naruszyć
paczki. Nie pozostało nam nic innego, jak
drukować grafiki na dużo droższym
papierze w zakładzie usług kserograficznych. Tak też zrobiliśmy, bo nie było
wyjścia. Wydrukowanie grafik kosztowało, ale nie zrezygnowaliśmy!
Piszesz mi w liście, że kiedy pada,
Kiedy nasturcje na deszczu mokną,
Siadasz przy stole, wyjmujesz farby
I kolorowe otwierasz okno.
myślę o dniach, kiedy Asia (tak ją nazywamy), zmęczona pracą w szkole, po powrocie do domu siadała przed komputerem i otwierała “kolorowe okno” monitora. Potem godzinami potrafiła tworzyć
przeróżne kompozycje. Niektóre kryła
przed nami (rodzicami), a niektóre, te bardziej udane, pokazywała nam, demonstrując swoje osiągnięcia natury technicznej jak i artystycznej. A były to naprawdę
ciekawe prace, różnorodne w formie, treści
i technice. Ponieważ sam lubię malować,
podziwiałem jej zmysł artystyczny i
niezwykły gust, nigdy nie przekraczający
granic dobrego tonu.
To trzeba pokazać!
Jak wspomniałem, nie poznałem
wszystkich kompozycji Asi od razu,
ale to, co zobaczyłem, wystarczyło, ażebym nie przestał myśleć o
tym, czy nie warto by tych pięknych grafik pokazać szerszej publiczności. Asia jednakże - czy to w
obawie przed krytyką, czy też
przez skromność nie godziła się na
ich wystawienie. Nie dałem jednak
za wygraną i kiedy córka wyjechała
do Anglii, zacząłem szperać po
wszystkich folderach jej komputera
i gromadzić pliki z jej rysunkami.
Niestety, część grafik przepadła
bezpowrotnie, gdyż wcześniej doszło do spięcia i awarii komputera.
Na szczęście, sporo plików Asia
nagrała na dyskietki i tak zminimalizowała straty. W sumie więc
udało mi się zgromadzić ponad
czterdzieści prac, z których utworzyłem nowy folder pt. “Grafiki
Asi”. Ten folder zaprezentowałem
pani Gabrieli Kolaszt. Oboje uznaliśmy, że koniecznie trzeba urządzić wystawę zebranych grafik. Ale
potrzebna na to była zgoda Asi.
Kiedy po roku córka przyjechała do
nas na urlop i obejrzała ten folder,
zgodziła się na urządzenie wystawy w
siedzibie Stowarzyszenia
Miłośników
Kowar.
12
Ostatnie przygotowania
zaczynać!
i...
Można
Kiedy grafiki zostały wydrukowane,
ustaliliśmy z panią Gabrysią Kolaszt i w
porozumieniu z Asią termin otwarcia
stąpiłem więc do oprawiania prac. I znowu
okazało się, że trzeba zmieniać plany.
Zabrakło w sklepie papierniczym papieru
pomarańczowego na tło pod czarno - białe
grafiki. Kupiliśmy zatem, jaki był, a więc
żółty, czerwony, różowy i niebieski i zaraz
w siedzibie SMK zrobiło się weselej. Tuż
po zamknięciu wystawy poświęconej
wielkiemu artyście kowarskiemu J. Gielniakowi rozwiesiliśmy wraz z panem
Janem Wojdanem wielkie, średnie i
mniejsze antyramy z pracami Asi. Młoda
artystka uzupełniła wystawę grafik dziesięcioma własnymi akwarelami oraz mozaiką szklaną wywieszoną w oknie na I
piętrze naprzeciw klatki schodowej.
Następnego dnia pani Mariola Tatowicz z
właściwym sobie talentem, gustem i smakiem dokonała ostatecznego wystroju wystawy. Wszystko było gotowe do wernisażu, który wyznaczono na niedzielę 2
lipca 2006r. o godz. 17.00. Najaktywniejsi
członkowie SMK uporządkowali swoją
siedzibę i przygotowali materiały na inną
imprezę zaplanowaną również na tę niedzielę na godz. 10.00. Był to plener malarski, a ściślej wystawa prac młodych i
starszych kowarskich artystów plastyków,
głównie amatorów.
Nastała wreszcie niedziela 2 lipca. Na
kowarskiej starówce od rana ruch i gwar.
To kowarscy artyści organizują wystawy
swoich prac. Ja również „przyciśnięty do
Joanna Kanonowicz
wystawy, a musiał to być taki dzień, kiedy
córka będzie na urlopie w kraju. Ostatecznie wybraliśmy dzień 2 lipca 2006 r. Przy-
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
muru” przez zarząd SMK wystawiłem 10
obrazów, ale nie opisuję ich, bo o tej
wystawie pisze ktoś inny. Ja w tym miej-
Nr 6/2006
OJCIEC O WYSTAWIE CÓRKI
scu chcę tylko wykorzystać okazję,
aby
pogratulować panu Romanowi
Tryhub-czakowi przepięknego portretu
naszego kowarskiego Cygana. Ten obraz,
choć na wystawie znalazło się wiele
pięknych prac, urzekł mnie najbardziej.
Teraz wracam do tematu!
Po plenerze malarskim o godzinie
17.00 przed budynkiem SMK pojawili się
zaproszeni goście z panem Starostą Jeleniogórskim Jackiem Włodygą na czele.
Obecna była też pani Grażyna Krakowiak,
dyrektor Liceum Ogólnokstałcącego,
dawna pani profesor Asi z liceum; przybyli nasi znajomi i sąsiedzi, przyjaciele
Asi, koledzy i koleżanki ze szkoły i z
pracy (tj. ze Szkoły Podstawowej nr 1),
przygodni kowarzanie i oczywiście gospodarze, członkowie Stowarzyszenia Miłośników Kowar. Zebranych w imieniu
zarządu SMK powitała pięknie pani
Mariola Tatowicz, następnie przedstawiła
bohaterkę dnia, autorkę wystawy Joannę
Kanonowicz i po omówieniu jej osiągnięć
oddała głos artystce. Asia w króciutkim
wystąpieniu podziękowała zarządowi
SMK, a szczególnie pani Gabrieli Kolaszt,
swojej wychowawczyni z liceum, za organizację wystawy, ojcu za inicjatywę i trud
w przygotowaniu całej imprezy, zebranym
za okazane zainteresowanie. Młodej artystce w imieniu zarządu SMK kwiaty
wręczył pan Marek Mikrut, następne nasz
przyjaciel, pan Zbyszko Brudniak i koledzy. Niezwykle wdzięczne było wręczanie
pięknej wiązanki przez malutką wnuczkę
państwa Wrzosków, naszych sąsiadów. Po
tym miłym akcencie przewodnicząca
zarządu SMK, pani Gabrysia Kolaszt zaprosiła gości do środka na tradycyjną
lampkę szampana i zwiedzanie wystawy.
salce widać zdjęcie młodej dziewczyny,
blondynki, a obok dwustronicowy tekst.
To autorka grafik i informacja o niej, coś
w rodzaju “curriculum vitae”. Ponadto
wiszą tu niewielkie akwarele i grafiki Asi
oraz pierwsze kompozycje należące do
głównego zbioru. Kolejna sala jest sercem
każdej wystawy. Tu więc oglądamy najlepsze kompozycje: scenki rodzajowe,
twarze pięknych kobiet, urocze dziewczyny, kompozycje abstrakcyjne i geometryczne. Ostatnia sala to kontynuacja poprzedniej, a nowością są tu motywy
roślinne.
Mnie, ojcu, podobają się i grafiki, i
wystawa. Gdyby było inaczej, wcale bym
jej nie przygotowywał. Ale ważniejsze jest
to, co o niej myślą goście, szczególnie ci,
znający się na sztuce, których zdanie się
liczy. Czy widzą to, co widzi ojciec? Czy
dostrzegają dziewczęcą delikatność rysunku? Precyzję układów drobnych elementów geometrycznych w kompozycjach
abstrakcyjnych? Potrzebną do tego cierpliwość? Czy dostrzegają stosunek młodej
artystki do otaczającego świata? Jej tęsknotę za pięknem i miłością? Smutek,
gdy coś jest nie tak, i radość, gdy wszystko
nam sprzyja? A te abstrakcje? Czy nie
powstawały w chwilach zawodu, kiedy to
chciałoby się uciec i zamknąć w innym,
własnym świecie nowych form i kolorów?
O technice komputerowych grafik córki napisać wiele nie mogę, bo sam tej sztuki nie opanowałem. Każdy jednak potrafi
zauważyć, że równie piękne są jej kompozycje barwne jak i czarno-białe, że obok
kreski ważna jest plama, obok światła
cień. A ponadto w wielu kompozycjach
widać, że autorka potrafi umiejętnie
korzystać z gotowych elementów podsuwanych przez programy komputerowe.
Takie są moje subiektywne wrażenia
na temat wystawy.
Tato Asi jest zadowolony!
Inni też okazali Asi swoje uznanie!
Jesteśmy więc w środku i oglądamy
ekspozycję. W pierwszej, najmniejszej
A jak wystawę ocenili inni uczestnicy
wernisażu?
Mariola Tatowicz otwiera wernisaż !
Nr 6/2006
Moim zdaniem - bardzo dobrze. Nie
spodziewałem się tylu pochlebnych opinii.
Zwiedzający z zainteresowaniem oglądali
niemal każdą pracę, wielu żywo dyskutowało z Asią o technice, tematyce i źródłach inspiracji. Niektórzy robili zdjęcia
grafik, inni nagrywali na wideo wszystko,
co działo się na wystawie. Bardzo duże
zainteresowanie pracami Asi okazał pan
Starosta Jeleniogórski. Długo z nią dyskutował i jak się później dowiedziałem
zaproponował Asi wystawienie jej grafik
w hotelu “Skalnym” w Karpaczu. Wszystko to świadczy, że wernisaż się udał, że
warto było organizować tę wystawę.
Potwierdziły to późniejsze reakcje naszych
znajomych i mniej znanych nam osób,
które gratulowały Asi pięknych grafik, a
rodzicom tak zdolnej córki. Kilka osób
wyraziło nawet chęć nabycia niektórych
prac. Najbardziej zaskoczył Asię gest pana
Juliusza Burgielskiego, który ofiarował jej
płytę CD ze zdjęciami wszystkich grafik z
wystawy. Bardzo serdecznie za ten miły
prezent dziękujemy i Asia, i jej rodzice.
Będzie to dla nas cenna pamiątka rodzinna
po tym wydarzeniu.
Ta wystawa była z pewnością sukcesem organizatorów, ale przede wszystkim
Joanny. Do tego sukcesu przyczynili się
niemal wszyscy członkowie SMK, za co
im nasza córka serdecznie dziękuje i
ofiarowuje Stowarzyszeniu w dowód
wdzięczności mozaikę szklaną pt. „Drzewo”.
Na zakończenie chcę wyrazić przekonanie, że moja córka - młoda artystka
będzie nadal tworzyć swoje piękne kompozycje, by ubarwiać nam szarość życia.
Skoro zaś ten artykuł rozpocząłem od
nawiązania do piosenki zespołu “2 plus 1”,
wypadałoby więc zakończyć go również
słowami tej piosenki, ale adresowanymi do
Asi:
Więc chodź, pomaluj mój świat
Na żółto i na niebiesko,
Niech na niebie stanie tęcza
Malowana Twoją kredką.
Więc chodź, pomaluj mi życie
Niech świat mój się zarumieni
Niech mi zalśni w pełnym słońcu
Kolorami całej Ziemi.
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
Stanisław Kanonowicz
13
7
BOSYM OKIEM
ADAM KULESZA
SUCHA
PLAMA
WWW.KIVOART.PL
żeby jej zużyć jak najmniej. Przeciętny
Niemiec zużywa około 140 litrów wody na
dobę, a Polak o 40 więcej. Cieknącą
spłuczkę lub kran uważa się u nas za
naturalny element sztuki hydraulicznej, a
przecież nie trzeba wiele obliczeń, żeby się
przekonać, że strumień wycieku o szerokości 0,5 cm to strata kilkuset litrów wody
na dobę. Jest zbyt gorąco, by udawać, że
jest dobrze. Wody mamy mało, a zużywamy jej za dużo i najwyższy czas, abyśmy
zaczęli się tym przejmować. W latach 70.,
do których niektórzy ciągle tęsknią, budowaliśmy gospodarkę, która miała zużywać
przerażającą ilość 45 km3 wody rocznie.
Gdyby się to Gierkowi udało, w ciągu
jednej dekady przerobiłby nas na Księżyc.
Ekonomia i technologia przemysłowa nie
opierała się wtedy na racjonalnym rachunku, lecz na bolszewickiej odwadze pokonywania w przyrodzie wszystkiego, co
wydaje się nieprzezwyciężalne. W latach
50. w ZSRR nie brakowało tej odwagi i
powysychały im rzeki i jeziora. Na szczęście kryzys gospodarczy skasował księżycową ekonomię, co uratowało nas od klimatycznej zagłady. Powinniśmy potraktować to jak ostrzeżenie i nauczyć się bardzo
oszczędzać wodę. Wydaje się to jednak
bardzo trudne, ponieważ u nas zawsze pa-
GRZEGORZ SCHMIDT
Patrzę na termometr za oknem i temperatura powietrza, jaką na nim znajduję,
przypomina mi o tym, że w Polsce brakuje
wody. Kiedy mówimy o warunkach koniecznych do rozwoju naszego kraju, najczęściej wymienia się troskę o bezpieczeństwo energetyczne. Kłócimy się z Rosjanami, którędy powinni dostarczać swoją
ropę do Europy, ale niebawem z powodu
suszy będziemy się z nimi kłócić także o...
chmury. Każdego roku spada na nasz kraj
mniej więcej 200 km3 wody, z czego na
bieżąco 70% wyparowuje. 60 km 3 odpływa do Bałtyku, przede wszystkim rzekami.
Jeszcze trochę ucieka do sąsiadów i po
przeliczeniu tego, co zostaje, otrzymujemy
ilość 1500 m3 wody na jednego Polaka. To
strasznie mało. To dużo mniej, niż w Indiach i tylko trochę więcej, niż w Egipcie.
A woda, to nie autostrada; nie da się obiecać, że kiedyś będzie jej trochę więcej.
Pewną nadzieję dawały poszukiwania
zasobów podziemnych wody. W roku 1896
na głębokości 200 metrów dowiercono się
w okolicach Warszawy do złóż wody
oligoceńskiej a jej ciśnienie było tak duże,
że wytrysnęła na powierzchnię 14-metrowym słupem. Ale to stare dzieje. Teraz
zwierciadło tego zbiornika znajduje się kilka metrów poniżej powierzchni terenu, a
inne podziemne ujęcia wody w Polsce mają niedużą wydajność. Załóżmy realnie, że
dysponujemy rocznie 50 km3 wody. Przemysł zużywa około 15 km,3 a rolnictwo i
gospodarka komunalna następne 5 km.3 W
przypadku suszy już teraz nie mamy prawie żadnych rezerw, co w praktyce oznacza, że nasza gospodarka nie może się
rozwijać, bo zabraknie jej wody. Nie zauważyłem jednak, żeby ktoś się tym bardzo
przejmował. Gdyby bogactwo narodów
oceniać na podstawie zużycia wody, Polacy zachowują się jak milionerzy. W
znacznie bogatszych od nas krajach dzieci
uczy się w szkole, ile wody traci się w czasie mycia zębów lub naczyń i jak to robić,
14
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
nowało absurdalne przekonanie, że czego
jak czego, ale wody to nam na pewno
nigdy nie zabraknie. W naszej kulturze
nigdy nie była traktowana priorytetowo.
Każdy Polak wie, że jeśli ktoś siedzi cały
dzień lub wieczór o “suchym pysku”, to
wcale nie oznacza, że brakuje mu wody.
Dodajmy jeszcze, że wspomnianej wyżej
studni artezyjskiej w Warszawie nie
wywiercili producenci oligoceńskiej wody
mineralnej, lecz Skład Monopolu Spirytusowego A. B. Rychłowskich.
Najwięcej drogocennej wody przelatuje nam nad głowami. Nad terytorium
Polski przemieszcza się corocznie gigantyczna masa wody zamkniętej w chmurach
i podąża na wschód. Są to ilości kilkakrotnie większe, niż suma opadów w naszym kraju, a powiększa je parowanie
naszej wody. Zbyt równinne ukształtowanie terenu nie pobudza jednak tych chmur
do kondensacji w deszcz, więc przelatują
spokojnie nad Białoruś, Rosję, Ukrainę i
tam sobie spadają. U nas opady są znacznie mniejsze, a i tak połowa z nich to ulewy szybko spływające płytkimi korytami
rzek. Teoretycznie chmury można zatrzymać rozpylając z samolotów lub wystrzeliwując z armat jodek srebra, który w zetknięciu z cząsteczkami pary wodnej powoduje ich kondensację w większe krople.
Krople te stają się tak ciężkie, że nie mogą
ich udźwignąć prądy termiczne i opadają
w postaci deszczu. Metodę tę próbują
stosować Chińczycy i ciągle wywołuje to
spory między prowincjami o “kradzież
deszczu”. Łatwo przewidzieć, jak zareagowaliby Rosjanie, gdyby dowiedzieli się,
że kradniemy ich chmury! Ostatecznie, jeżeli nie zgodzą się na ich częściowe skroplenie nad Polską, zawsze będziemy mogli
zażądać, żeby sprowadzali je do siebie
inną drogą...
Mało mamy wody, strasznie mało.
Czas zacząć ją oszczędzać, bo zostanie po
nas tylko sucha plama. Na termometrze
mam 31°C. W przyszłym roku podobno
ma być cieplej.
Adam Walesiak
Nr 6/2006
WOKÓŁ SZKOŁY
„Pisać o szkole podczas wakacji, to zbrodnia."
J.K.
CO DALEJ Z MATURĄ?
- Kiedy Francuz przyjedzie do Polski, jest zdziwiony tym, jak ważny jest dla Polaków
ten egzamin i ile tradycji wokół niego się zrodziło - zauważa Laurent Guidon,
zaś Urszula Józków dodaje: - Finowie nie emocjonują się maturą tak, jak my,
nie ma tam takiej histerii, jak w Polsce.1
Początkowo chciałem, by artykuł poświęcony temu, bądź co bądź, drażliwemu
tematowi wyglądał następująco: tytuł (”Co
dalej z maturą…”), ogromny znak zapytania i cała strona… czysta (pomyśl Szanowny Czytelniku jaka oszczędność farby
i wzroku!). To miał być taki krzyk protestu
przeciw ręcznemu sterowaniu maturą a'la
Roman. Potem jednak zacząłem się zastanawiać, czy rzeczywiście cały ten szum
medialny, to wycie rozpaczy nad “psuciem
matury” ma rzeczywiście sens. Przykładowo we Francji prawdziwym weryfikatorem studenta nie jest ani matura, ani świadectwo ukończenia szkoły, ani egzamin
wstępny (których nie ma!), ale pierwszy
rok studiów - ci najsłabsi wylatują po
prostu z uczelni. A być może nasz minister postanowił dorównać, w myśl słów
hymnu narodowego “z ziemi włoskiej do
Polski”, właśnie włoskim wynikom w tym
roku poziom zdawalności matury w Italii
wyniósł aż 97% (nie przeszkadza to oczywiście krytykować włoskim profesorom
akademickim poziomu tej matury - wg
nich niziutki, niziutki)?
Na różnych forach dyskusyjnych naczytałem się na temat niesprawiedliwości,
podważania wiarygodności polskiego systemu edukacyjnego, zanegowania wszystkich osiągnięć reformy. Jakoś nie pamiętam takich protestów, gdy pani minister
Łybacka przenosiła kolejny raz wdrożenie
nowej matury (kto dzisiaj pamięta kicz z
możliwością zdawania w roku szkolnym
2001/2002 wybranej przez abiturienta formy egzaminu starej i nowej?); jakoś też
nikt nie wsłuchiwał się w głosy nauczycielskie, że licea profilowane, które mają
zaledwie 80% godzin na przedmioty ogólnokształcące i 20% na zawodowe, nie będą w stanie przygotować absolwenta ani
do matury, ani do zawodu (zresztą odebrano im przywilej przeprowadzania egzaminów zawodowych - a tak było np. w
liceach zawodowych!) skąd więc zdziwienie, że właśnie licea profilowane poniosły maturalną klęskę? Można dowodów
na naszą amnezję przytaczać oczywiście
wiele, ale trzeba się zgodzić, że nasze
kłopoty wynikają przede wszystkim z
faktu, że wprowadzenie w praktykę
wszystkich zasad reformy nadal w większości jest jedynie postulatem, a nie
faktem dokonanym. Przykład? Egzamin
po szkole podstawowej, który miał zapew-
Nr 6/2006
niać uczniom wstęp do dowolnego gimnazjum, nie spełnia, okazuje się, swojej
roli - to pewnie dlatego niektóre (np. “Żerom”) z nich organizują dodatkowe “egzaminy predyspozycji” - czy to nie jest aby
luka w systemie egzaminów zewnętrznych? Jeżeli matura w nowej formie
funkcjonuje zaledwie od dwóch lat, to czy
może dziwić, że jest w niej jeszcze wiele
do usprawnienia i poprawienia?
W 2000r. w periodyku “Wiedza i Życie” ukazał się artykuł pana Włodzimierza
Zielicza, nauczyciela fizyki i matematyki
w prestiżowym XXXIII Liceum im. Mikołaja Kopernika w Warszawie pt.: “Jaka
będzie nowa matura?” Pisał on wtedy: “Na
koniec moja sugestia: warto byłoby, w
trosce o los pierwszych roczników reformowanych szkół, zrezygnować na świadectwie maturalnym z kategorycznej oceny
pracy ucznia w formie “zdał - nie zdał”,
umieszczając tylko liczbę punktów przez
niego uzyskanych z poszczególnych przedmiotów. Na tej podstawie uczelnie mogłyby
prowadzić rekrutację. My uniknęlibyśmy
“ofiar” nowego systemu egzaminacyjnego,
a maturzyści wiedzieliby, jakie są ich
możliwości wyboru kierunku studiów i
uczelni.” Z tego, co wiem, wspomniany
pedagog (o znacznych sukcesach jego uczniów w maturze międzynarodowej i w
olimpiadach przedmiotowych), nie należy
do entuzjastów obecnego ministra. Skąd
więc ten sam duch w wypowiedziach obu
panów? Myślę, że ze zdrowego rozsądku.
Nie znam osobiście ani jednego nauczyciela, który akceptuje w pełni obecne
zasady egzaminu maturalnego (sam również nie pozostaję wobec niego bezkrytyczny). Wszyscy zgadzamy się, że nowy
system testowany jest bez skrupułów na
żywym organizmie uczniów, że zawiera
wiele nieścisłości i może nieodpowiednio
wdrażany zaowocować obniżeniem poziomu całego procesu edukacyjnego. Jednym
z takich zagrożeń jest możliwość zastąpienia solidnego kursu wiedzy ogólnokształcącej, kursem przygotowującym do matury. Takie niebezpieczeństwo jest bardzo
realne. Będziemy więc mieli rodaków
świetnie zdających maturę, ale w gruncie
rzeczy z niewielką wiedzą na temat rzeczywistości. Bo dla mnie nie zawsze
dowodem na wyedukowane społeczeństwo
jest fakt, że każdy potrafi przeczytać rozkład jazdy pociągów ze zrozumieniem.
Uczelnie wyższe biją na alarm i straszą powrotem do egzaminów wstępnych.
Tymczasem to nie szkolnictwo średnie
przeżywa obecnie prawdziwą zapaść, ale
właśnie szkolnictwo wyższe. Opublikowany w 2004r. Academic Ranking of
World Uniwersities ma na swojej liście
500 najlepszych uczelni na świecie zaledwie jedną uczelnię polską to znajdujący się na 319 miejscu (sic!) Uniwersytet
Jagielloński. Ale nawet ta zasłużona uczelnia nie znalazła się na TOP-liście 100 najlepszych uczelni europejskich! W odróżnieniu od tych smutnych notowań nasi
absolwenci liceów ogólnokształcących
(niestety bez techników i liceów profilowanych) zaprezentowali się prawie na tym
samym poziomie zdawalności matury co
ich europejscy koledzy. Kto więc tu powinien stawiać komu wymagania? Czy nie
jest czasami tak, że uczelnie żądają powrotu egzaminów wstępnych, bo zatęskniły za czasami, gdy to właśnie od woli ich
pracowników zależało, kto studentem
zostanie? Nie oszukujmy troska o poziom
ludzi uzyskujących stopnie inżyniera czy
magistra zależy w pierwszym rzędzie od
pracowników uczelni mają oni odpowiednią liczbę i jakość narzędzi, by zweryfikować kandydata na swojego absolwenta.
Szum medialny związany nie z rzetelną dyskusją, ale będący mieszaniną ideologicznego bełkotu i braku kompetencji,
może przynieść Polakom więcej szkody
niż pożytku. W dalszym ciągu bowiem o
przyjęciu do pracy w niewielkim stopniu
decyduje (chociaż nie twierdzę, że tak nie
jest!) dyplom renomowanej uczelni, co
raczej rodzinne koneksje lub partyjniactwo. Dopóki to się nie zmieni, nasza zdolna i mniej zdolna młodzież (tak, tak drodzy rektorzy uczelni!) porzuci nasze akademie i uniwersytety i wyjedzie nawet do
Indii i RPA, bo tamte uczelnie są lepsze. A
co do matury, od której zacząłem, może
zastosować system egzaminu gimnazjalnego - że zdają maturę wszyscy, ale nie
wszyscy dostaną się na dobre uczelnie. A
jeżeli dostaną się na uczelnie prywatne, na
których będą musieli odpowiednio wysoko
płacić za przywilej studiowania, to czy to
coś złego? Znam uczniów, moich uczniów,
którzy w gimnazjum byli wcieleniem głupoty i lenistwa, gdy jednak dostali się do
liceum, zaczynali się uczyć, a często okazywali się lepszymi uczniami niż gimnazjalni prymusi. Niektórzy potrzebują po
prostu więcej czasu na dorastanie. A poziom uczelni? Niech dbają o to same
uczelnie, niech nie przyjmują wszystkich,
aby tylko mieć nabór na pierwszy rok.
Może wtedy uda się im znaleźć w
pierwszej setce uczelni?! Na początek
niech to będzie setka uczelni polskich.
Jarosław Kotliński
1
Zaczerpnięte z dyskusji internetowych na www.edu.info.pl
Kurier Kowarski
dodatek do Gazety Kowarskiej
15
7

Podobne dokumenty

kurier kowarski - Stowarzyszenie Miłośników Kowar

kurier kowarski - Stowarzyszenie Miłośników Kowar Monika Łoboda na Ukrainie - o losach kowarskiej misjonarki przeczytamy na str. 10

Bardziej szczegółowo