Okupacja Zamojszczyzny we wspomnieniach jej

Komentarze

Transkrypt

Okupacja Zamojszczyzny we wspomnieniach jej
Okupacja Zamojszczyzny we wspomnieniach jej mieszkańców.
Żołnierze września 1939 roku (w środku Feliks Smoter z Czarnegostoku)
praca zbiorowa pod redakcją Reginy Smoter Grzeszkiewicz i Bogusława Garbacika
Wspomnienia. Cicha noc, Długi Kąt śpi, nagle łomot w drzwi.
Ciemno dookoła.. lus ,lus. ktoś woła, mamo tato co się dzieje.
Niemiec w drzwiach, ze strachu w oczach ciemnieje.
Ojciec z matką słowem się nie odezwali, tylko cichutko zapłakali.
Matka bochenek chleba zawinęła w ścierkę,
ubrała nas i poszliśmy na poniewierkę.
Na plac nas zegnali i czekać kazali.
Patrzę i nic nie rozumiem, wygnana z domu gubię się w tłumie.
Halt! Hene ho! słychać strzały.... gdzieś ty dziecko szło?
Zabili, bo myśleli, że ucieka, zabili tak małego człowieka.
Tysiące ludzi z okolicznych wsi, czekało na rozstrzelanie, a wśród nich i my.
Nastała rozpacz i trwoga, ratuj nas Panie Boże, tak prosili Boga.
Pan Bóg zapłakał, los ludzi odmienił, niemiecki oficer rozkaz zmienił.
Potem nas jak zwierzęta ponumerowali, wsadzili do wagonów i jechać kazali.
To jest moja historia, jedna z wielu, zdarzyła się naprawdę mój przyjacielu.
Dziewięć lat miałam, gdy to wszystko przeżyłam...
(Danuta Miksza z Długiego Kąta)
I
Wspomnienia byłych żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich
Ferdynand Orzechowski. Oddziały partyzanckie 9 pp. Armii Krajowej.
Dzieje Ziemi Zamojskiej w latach II wojny światowej – to jednocześnie dzieje legendarnych już
dzisiaj oddziałów partyzanckich Armii Krajowej "Podkowy", "Norberta", "Groma", "Ciąga" i
innych. Oddziały te powstawały już od 1940 roku jako sekcje a później plutony szturmowe, w
ówczesnej nomenklaturze zwane Oddziałami Dywersji Bojowej (ODB). W latach 1943 – 1944
przekształciły się one w kompanie i bataliony odtwarzanego 9 pp Legionów.1
Na przeznaczonej do wynarodowienia i zniemczenia Zamojszczyźnie powstał "Niemiecki Okręg
Osiedleńczy" organizowany przez samego Heinricha Himmlera.2 Pierwsze wysiedlenia nastąpiły
późną jesienią 1942 roku i spotkały się z natychmiastowa reakcja zbrojnego podziemia. Bataliony
Chłopskie a następnie Armia Krajowa przystąpiły do otwartych działań i w październiku stoczyły
pierwsze walki zwane później "Powstaniem Zamojskim". Początkowo Niemcy ustąpili ograniczając
się swoje działania do zasiedlenia już wysiedlonych wiosek, ale już latem następnego roku podjęli
zdecydowaną akcje mająca na celu zniszczenie siedlisk partyzantów przez likwidację śródleśnych
wiosek, niszcząc je i zabierając ich ludność "za druty"3 jak to się wówczas mówiło. Spalenie przez
lotnictwo całej wsi Sochy i wymordowanie wszystkich jej mieszkańców spowodowało
konieczność odwetu. W kilka dni później (6 czerwca 1943 roku) oddziały partyzanckie uderzyły na
zasiedloną Niemcami wieś Siedliska, położoną kilka kilometrów od Zamościa. I tym razem
wydarzenie to spowodowało czasowe zaniechanie przez Niemców, tym bardziej, że przypadek
zdarzył iż pod lufy erkaemów ubezpieczających akcję w Siedliskach nadjechał samochód, w
którym zginął szef komisji wysiedleńczej, esesman Nerold.4
Kierowane głównie przeciwko ludności cywilnej barbarzyńskie pacyfikacje nie złamały ducha
tej ludności a oddziały partyzanckie niszczyły załogi policji niemieckiej i ukraińskiej a nawet
zajmowały tamtejsze miasta, Biłgoraj i Janów Lubelski. Na drogach wylotowych z miast ostrzegały
Niemców specjalne tablice ustawione przez okupantów z napisami " Achtung Banditen" odnoszące
się do partyzantów chroniących się w wielkich kompleksach leśnych. Sytuacji tej – o nieznanej na
innych obszarach ówczesnego Generalnego Gubernatorstwa aktywności ruchu partyzanckiego
sprzyjała w tym przypadku słaba sieć drogowa i kolejowa, prowadziła tędy zaledwie jedna linia
kolejowa Lublin – Lwów. Linia ta była często niszczona przez partyzantów a od 9 maja 1944 roku –
po wysadzeniu przez wzmocniony oddział por. "Podkowy" transportu z amunicją koło ówczesnej
stacji Krasnobród – nie była czynna do końca okupacji.
Odtworzony 9 pp. Leg. operował na ogromnym terenie, od Bugu do rzeki Tanwi i Sanu aż po
Janów i Kraśnik – stwarzało to bardzo duże niebezpieczeństwo dla Niemców szczególnie wobec
zbliżającego się frontu wschodniego. Aby temu zaradzić w czerwcu 1944roku przeprowadzili
Niemcy wielką operację wojskowa pod nazwa "Sturmwind" przy użyciu frontowych dywizji, broni
pancernej i lotnictwa. Olbrzymie okrążenie zaciągnięte od Krasnegostwu, Janowa i Tomaszowa
spychało oddziały partyzanckie w głąb bagnistych terenów Puszczy Solskiej. Z tej bardzo trudnej
sytuacji, spowodowanej przede wszystkim olbrzymią przewagą wojska niemieckiego, ale też
słabym rozpoznaniem naszego wywiadu, jedynym wyjściem dla okrążonych oddziałów polskich i
sowieckich było desperackie natarcie na zaciskającego pierścień wroga. Niestety inny kierunek
1
2
3
4
pułk piechoty polskiej okresu II Rzeczpospolitej Polskiej, stacjonował w garnizonie Zamość; 3 batalion tegoż Pułku
w Tomaszowie Lubelskim.
by mógł powstać ludność z Zamojszczyzny należało wysiedlić. Formalną podstawę do wysiedleń stanowiła
dyrektywa Heinricha Himmlera z 20 lipca 1941 o utworzeniu na terenie Zamojszczyzny Niemieckiego Okręgu
Osiedleńczego; na kierownika całej akcji wyznaczony został dowódca SS i policji dystryktu Lublin - Odilo
Globocnik.
obozy przejściowe ("za drutami") znajdowały się w: Zamościu, przy ulicy Okrzei - 27 września 1942 roku
przywieziono tu pierwszy transport rodzin przesiedleńców z Zamojszczyzny), w Zwierzyńcu – obóz powstał na
przełomie 1940/41 roku, początkowo jako obóz dla jeńców francuskich
zginął z ręki "Norberta" (Jana Turowskiego)
wybrali Rosjanie, jeszcze inny alowcy a nasze oddziały dowodzone po śmierci inspektora majora
"Kaliny"5 przez ppor. "Wira" (Konrad Bartoszewski), uderzyły na okopanych nad rzeką Sopot
Niemców. Partyzanci ponieśli jednak duże straty i w tym miejscu, we wsi Osuchy znajduje się
cmentarz partyzancki z przeszło trzystoma grobami poległych żołnierzy AK i BCh. Od końca lat
siedemdziesiątych w kolejne rocznice bitwy – 24 czerwca – odbywają się tam spotkania z
uroczystą msza św. i z udziałem przedstawicieli władz gminnych z Łukowej. Od czasu powstania
III Rzeczpospolitej, od 1989 roku, uroczystości te odbywają się z udziałem władz powiatowych i
państwowych .
***
Wejście wojsk sowieckich i działającego z ich nadania PKWN- u przyniosły - wkrótce po
rozbrojeniu – aresztowania, początkowo tylko przez NKWD ale po zorganizowaniu z członków
Armii Ludowej UB – obydwie te organizacje zapełniły więzienia, przeprowadzały wywózki na
"Sybir", ich też dziełem były morderstwa sądowe i bez sądów. Zginął wówczas - we wrześniu
1944 roku – zamordowany na Zamku Lubelskim – bez sądu – dowódca 9 pp. Armii Krajowej major
"Adam" (Stefan Prus), żołnierz września z 4. p[ułku] podhalańskiego. Znów podobnie jak w czasie
okupacji niemieckiej rozpoczęło się ukrywanie, tajemne kontakty, samoobrona. W rezultacie
zaistniała sytuacja przedłużyła na kilka lat działania organizacji niepodległościowych pod
znamiennymi nazwami: Ruch Oporu AK, Wolność i Niezawisłość (WIN), Armia Wolnej Europy
(do której teraz wchodzimy) i wiele innych. Powstawały też organizacje młodzieżowe w szkołach.
Wspomniany już por. "Podkowa" (Tadeusz Kuncewicz) o cały rok przedłużył działania zbrojne
swego oddziału – 2 komp. OP 9 – i zakończył je w Czechosłowacji, w miejscowości Cheb,
składając broń przed amerykańską 3 Armią. Skończyło się to niestety, tragicznie, z wielu poległymi
i zmarłymi w czeskich więzieniach. Ci którzy ocaleli – skazani zostali przez sąd PRL, wśród nich
sam "Podkowa", na długoletnie więzienia.
****
Na zakończenie chciałbym podać zupełnie nieznany epizod z więzienia na Zamku Lubelskim. W
lutym 1945 roku z tego więzienia uwolniono jedenastu oficerów Armii Krajowej, skazanych na
śmierć i trzymanych przed wykonaniem wyroku na czwartym oddziale koło baszty. Wśród nich
uwolniony został cichociemny "Leszcz" (Mieczysław Skwarczyński) z kompanii "Podkowy". Było
to zupełnie wyjątkowe wydarzenie, jak na silną ochronę więzienia, akcja udała się ponieważ wzięło
w niej udział kilku żołnierzy z kompanii wojskowej przeznaczonej do ochrony zamku – zresztą byli
to dawni żołnierze Z Armii Krajowej, wśród nich – plut. Józef Mazurkiewicz o pseudonimie z AK
"Ryszard" z Janowa Lubelskiego. Przez to wyjątkowe poświęcenie żołnierze ci stali się w tym
momencie wyjętymi z pod prawa bandytami a Józkowi Mazurkiewiczowi uratowało życie
stawienie go przed sądem wojskowym po amnestii w 1947 roku. Nie był zresztą sam, na salę
sądową wniósł na rękach rannego w obydwie nogi brata. Obydwaj opuścili więzienie w 10 lat
później i obydwaj wkrótce zmarli.
Warszawa 27. III. 2001 r.
5
komendant Obwodu Biłgoraj ZWZ AK w okresie listopad 1941 – grudzień 1942, Inspektoratu Zamojskiego
Inspektoratu AK (grudzień 1942 – czerwiec 1943), dowódca zgrupowania partyzanckiego AK – BCh, poległ pod
Osuchami; spoczywa na cmentarzu w Zwierzyńcu
"Ocalałeś nie po to, aby żyć,
masz mało czasu, trzeba dać świadectwo..."
/Z. Herbert/
"...Wyuczyli Cię syneczku, ziemi twej na pamięć,
gdyś jej ścieżki powycinał żelaznymi łzami
Odchowali Cię w ciemności, odkarmili bochnem trwóg,
przemierzyłeś po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg"
/K. K. Baczyński/
Marian Bronikowski. Wspomnienia z okupacji.
Zamojszczyzna to szczególny poligon w teatrze działań II wojny światowej. Wśród wielu zbrodni
popełnionych przez hitlerowców na narodzie polskim jedna była szczególna – pacyfikacja Ziemi
Zamojskiej. Zamojszczyzna stała się swoistym terenem doświadczalnym SS. Tu wypracowana
metoda miała posłużyć wielkiemu planowi "OSTI".
Na ogólną liczbę 600 wsi wysiedlono, spalono i spacyfikowano 297. zniknęły z powierzchni
ziemi całe wsie. Dorośli mieszkańcy zostali wypędzeni, ginęli na miejscu lub w obozach zagłady.
110. 000 ludzi zginęło w obozach śmierci: Majdanek, Treblinka, Bełżec, Sobibór, Rotunda
Zamojska. W szczególny sposób eksterminacja dotknęła dzieci i młodzież Zamojszczyzny.
Zniszczyć dzieci, to podciąć korzenie narodu, skazać go na zagładę w najbliższej przyszłości.
2 lipca 1943 roku byłem aresztowany i uwięziony w obozie w Zwierzyńcu, a następnie w
Zamościu. Miałem ukończone 15 lat, więc nie byłem już według niemieckich przepisów dzieckiem
9wiek dziecięcy liczono do 14 roku życia). Byłem najmłodszym więźniem i przebywałem w obozie
nie z wysiedleńcami lecz z tak zwanymi bandytami (ludźmi oskarżonymi o działalność
partyzancka, "wywrotowcami"). Tu przeżyłem niewyobrażalną gehennę ludzkiej niedoli, koszmar
tragicznych wydarzeń oraz pokaz zdziczałej pychy "panów i władców". Zadawanie bólu bez
powodu, w imię niepojętej zbrodniczej idei. Stłoczeni na dwu i trzy poziomowych pryczach , głodni
i spragnieni, codziennie z przerażeniem wyczekiwaliśmy na przypadkowe wyrywkowe wezwanie
na tzw. "przesłuchania", które kończyły się potwornym biciem do utraty przytomności. Krzyki, jęki
a nawet trzask łamanych kości i przerażające wycie z bólu katowanych nieszczęśników – to już
wystarczające powody do koszmarnych przeżyć. Obrazy, których nigdy nie zapomnę, to widok
ludzi wracających ze "spotkania" z przedstawicielami rasy panów. Wracali broczący krwią, pół
żywi, widziałem jak znieważano, upokarzano, bito i kopano kapłanów, którzy z rozkazu oprawców
SS rozrywali własne różańce i poniewierali brewiarze, na których się modlili i dodawali innym
więźniom otuchy. Czułem się winny, że stoję i patrzę na straszną zbrodnie. Na cierpienie i
bestialskie zachowanie katów. W domu uczono mnie szacunku dla ludzi, obrony słabszych, a ja
stałem sparaliżowany strachem. Nigdy nie zapomnę tych obrazów. Towarzysza mi przez całe życie.
Jako dorosły człowiek świadomie wracałem w miejsce kaźni, żeby wydrzeć z pamięci wojenne
koszmary. I chociaż rosną tam teraz lasy, stoi kościół, to echa zbrodni wracają, nie pozwalają
cieszyć się normalnym życiem.
W obozie panował potworny głód, na skutek którego więźniowie tracili częściowo wzrok , ich
ciała puchły i były plastyczne niczym plastelina. Patrząc na obóz przesiedleńców widziało się ludzi
pędzonych i popychanych, ale trzymających się w grupie rodzinnej, szukających niejako
bezpieczeństwa. W rękach trzymali cały swój dobytek. Tuż przy wejściu odbierano matkom małe
dzieci. Towarzyszył temu lament, płacz, przekleństwa, a nawet rwanie włosów z głowy – kompletna
bezradność i bezsilność. Widziałem żołnierzy niemieckich strzelających do ludzi jak do dzikich
kaczek. Pewnego dnia stałem dość blisko drutów oddzielających nasz obóz od obozu
przesiedleńców i widziałem jak żołnierz niemiecki strzelił z wieży strzelniczej do siedzącego
człowieka. Strzał był celny. Mózg tego nieszczęśnika rozbryzgał się wokół, a jego części obsypały
także mnie. Podobno za taki wyczyn "bohaterowie" dostawali urlopy i mogli wyjechać do swoich
rodzin do Niemiec. Nie bez znaczenia była też plaga robactwa- pchły, wszy i pluskwy. W baraku w
którym przebywałem śmierć codziennie zabierał swoje żniwo. Każdego dnia umierało kilkoro
najmłodszych, nieporadnych, bezbronnych dzieci. Pluskwy wyciągały z nich krew lub dusiły
potwornym fetorem, jaki wydzielają podczas rozgniatania.
W obozie zamojskim znalazłem się wśród wysiedleńców. Na początku staliśmy się tworem do
klasyfikacji rasowej. Tu można było być skierowanym do zgermanizowania lub do pracy fizycznej
w Niemczech, bądź tez w Generalnej Guberni, do obozu na Majdanku lub do Oświęcimia. Na
skutek rożnych starań i pomocy miejscowej placówki AK udało i się uzyskać zwolnienie od robót
w GG a następnie uciec.
Zbrodnicze czyny hitlerowców paraliżowane były przez liczne akcje partyzantów. Na
Zamojszczyźnie ruch partyzancki rozwinął się na szeroką skalę. W lasach działały Armia Krajowa,
Bataliony Chłopskie, Gwardia Ludowa oraz oddziały radzieckie. Hitlerowcy pacyfikując wsie
zamojskie musieli trzymać na tym terenie potężne siły (np. w czasie akcji Sturmwind II – bitwa w
Puszczy Solskiej walczyły 3 dywizje wojskowe, 1 dywizjon SS oraz jednostki wspomagające
posterunki miejscowe, samoloty. Siły te nieustannie wiązane były walkami z leśnymi żołnierzami.
Po ucieczce z obozu udałem się do Radecznicy zatrzymując się u p.p Jasinów. Pan Jasina był
kolega mego ojca z legionów, a następnie z pracy w policji. W Radecznicy odbyłem przeszkolenie
wojskowe w miejscowej placówce AK i nawiązałem kontakt z partyzantami "Zapory", którego
nazywaliśmy "zrzutkiem". Został do nas przysłany z Armii Polskiej z Londynu. "Zapora" był
niezmiernie szanowany i lubiany przez wszystkich żołnierzy. Jego bunkier mieścił się na "Łyścu",
w lasach wokół Hoszny [Hoszni Ordynackiej]
Choć nie byłem jeszcze formalnie żołnierzem "Zapory"uczestniczyłem w ramach "placówki" w
niektórych wspólnych akcjach.
Radecznica wywarła na mnie silne wrażenie. Po tragicznych przejściach w obozie w
Zwierzyńcu, po codziennych przerażających spotkaniach z żandarmerią, ciągłym zastraszaniem i
niepewnością swego losu - nagle znalazłem się w innym świecie. Tutaj Niemcy prawie nie
docierali. Partyzanci A K często pokazywali się z bronią. Tu czuło się Polskę niepokonaną. Klasztor
położony na wysokiej górze i jego Ojcowie - dodawali otuchy i wiary w zwycięstwo. Miejscowe
kolo AK nastawione było głównie na aprowizację w żywność dla oddziałów leśnych.
Miejscowa piekarnia więcej wypiekała chleba dla partyzantów niż dla ludności cywilnej.
Piekarnia była bastionem AK. Tu poznałem i zaprzyjaźniłem się z kol. Marianem (Ryszardem
Zawiślakiem ps. "Boruta", z którym później wspólnie walczyłem w Oddziale "Podkowy". Matka
"Boruty " była w więzieniu osadzona za działalność polityczną, a ojciec ukrywał się przed
aresztowaniem (był oficerem AK). Dom rodzinny zastępował mu szef piekarni Melchior Batorski
ps. "Zemsta", którego tutaj poznałem.
Na krótko przybyłem do domu w Brodach Małych i po kilku miesiącach wróciłem, ale już do
oddziału "Podkowy". Bardzo dramatyczne było moje rozstanie z rodzina. Matka pozwoliła mi
odejść pomimo rozpaczy. Szlochając nakreśliła znak krzyża na moim czole. Wiedziała, że może
mnie stracić. Zachowała się jak prawdziwa Matka – Polka. Polska walcząca czekała przecież na
swoich obrońców – wymagała oddania nawet życia.
W tym czasie oddział "Podkowy" biwakował właśnie na "Łyścu" w bunkrach "Zapory".
Obozowisko znajdowało się na skraju lasu między Radecznica a Hosznią Ordynacką. Był to rejon
"Wolnej rzeczpospolitej" jak nazywali go mieszkańcy [okolicznych] wiosek i "Banditengebiete"
określany przez Niemców. Konfiguracja tej części Roztocza , pagórki i zespoły leśne oraz liczne
wąwozy były idealnym miejscem dla partyzantów, przemieszczania i operacyjnej działalności. Dla
Niemców zaś był to teren specjalnego zagrożenia i uwagi.
Życie w obozowisku to ciągła krzątanina. część żołnierzy patrolowała teren, zajmowała się
dostawa żywności i wody, ubezpieczała obóz,część brała udział w akcjach specjalnych, inni szkolili
się. wielu żołnierzy pochodziło z tych stron. spotkałem tam wielu znajomych ze Szczebrzeszyna,
np. Bolka Polakowskiego "Wiarusa", Wacława Mączkę "Wiernego", braci Jóźwiakowskich
"Błyska" , "Huzara", "Motylka", Ryśka Zaiślaka "Borutę", Stanisława Ryznera "Pioruna", Tadzia
Niedźwiedzkiego "Stena". To mi dodawało otuchy i siły. Sława i legenda tego oddziału były znane
powszechnie.
Droga życia i walki ppor. rezerwy Tadeusza Kuncewicza ps. "Podkowa"została dość szczegółowo
udokumentowana w licznych monografiach, pracach popularnonaukowych i publikacjach
dotyczących działań bojowych Armii Krajowej na Zamojszczyźnie w okresie okupacji
hitlerowskiej. W pracach tych "Podkowa" został uznany za jednego z najdzielniejszych żołnierzy
Polski Podziemnej. Zdolności dowódcze i jego urok osobisty sprawiły, ze wytworzyła się legenda o
oddziale i jego dowódcy, która trwa do dziś.
Rejon operacyjny oddziału "Podkowy" wynosił aż 100 km² i rozciągał się od Radecznicy
poprzez Podlesie Małe i Duże, Hosznię Ordynacką, Tereszpol, Bondyrz, Kawęczyn, Topólczę,
brody, Szczebrzeszyn. Miastami strategicznymi były Szczebrzeszyn i Zwierzyniec.6 cała struktura
konspiracyjna terenu zorganizowana w "placówki" wspomagała oddział leśny zarówno zbrojnie jak
i prowiantem. Najczęściej przymusowe kontyngenty przeznaczone dla Niemców były
przechwytywane i wracały do rolników, bądź były przerzucane do lasu za pośrednictwem
kwatermistrzostwa. Oddział był z kolei odpowiedzialny za bezpieczeństwo i porządek na wioskach
i w "placówkach".
Obozowisko było wykonane dość prymitywnie. Namioty – szałasy żołnierskie były wykonane z
gałęzi i liści. Jedynie kadra i kuchnia miały płótna namiotowe. Do budowania namiotów nie
używaliśmy ani gwoździ, ani drutu czy tez sznurków, a jednak były trwałe i odporne na wiatr i
deszcz. Spało się na liściach bez zdejmowania ubrania. Przyniosłem z domu koc i podzieliłem się
nim z "Rębem", który spał obok mnie. Szybko koc przerwał się na pół, ponieważ każdy z nas
ciągnął w swoją stronę.
Przed namiotem ustawione były stoły i ławki, a wszystko powiązane jedynie zacięciami i
łykiem. Kąpiel i mycie nie były możliwe, a często brak wody wykreślał kolację czy obiad z naszego
jadłospisu.
Dzień zaczynaliśmy modlitwa śpiewając "Kiedy ranne wstają zorze...", a kończyliśmy pieśnią
"Wszystkie nasze dzienne sprawy...". Co najmniej raz lub dwa razy wstawaliśmy w nocy na wartę,
gdyż cały obóz musiał być ubezpieczony. Jeżeli w dzień nie było jakiejś akcji, to zajęci byliśmy
musztrą, ćwiczeniami taktycznymi lub wykładami o broni. Ze względów konspiracyjnych obóz
musiał być często likwidowany. Byliśmy tropieni przez samoloty i szpiegów. Przenosiliśmy się
często w odległe pozycje. Pamiętam jak pewnej niedzieli podczas mszy polowej wykrył nas
samolot. Alarm, huki, ksiądz Kupalski [Kapalski] krzyczał; " Ot sk...". Nastąpiły [następowały]
ciągle zmiany pozycji, akcje, deszcze, ćwiczenia, brak snu. To wszystko doszczętnie nas
wyczerpało na dodatek wszy, które żerowały na całym ciele. To była istna plaga, choć każdy tępił je
jak tylko mógł.
Pominę część batalistyczną, gdyż opisana jest w wielu książkach, a działania naszego oddziału
mają tam poczytne miejsce. Akcje obronne i odwetowe, walki z żandarmerią niemiecka, odbijanie i
uwalnianie więźniów politycznych, walki z nacjonalistami ukraińskimi, własowcami w służbie u
Niemców, przesiedleńcami z Bośni i Besarabii. Problemy z aprowizacją , kłopoty z zabitymi i
rannymi, zwalczanie bandytyzmu, szpicli itp.
Skoncentruje się na ostatnich dniach wojny. Lipiec 1944 roku. Obóz stacjonarny w "Cetnarze" za Topólczą koło Kawęczynka. Słychać już było kanonadę artylerii radzieckiej i niemieckiej. W
powietrzu przelatywały śmiercionośne pociski. Niemcy okopali swoją artylerię w Szczebrzeszynie
na cmentarzu . Brałem udział w zwiadzie, który miał określić siły bojowe tych baterii. W drodze
powrotnej odkrył nas i ostrzelał samolot niemiecki. Przechodząc polami w okolicy Kawęczyna
zobaczyłem słup ognia – okazało się, ze Niemcy wysadzili most na Wieprzu w Szczebrzeszynie.
Wsłuchiwałem się w wybuchy, które systematycznie przechodziły od stacji kolejowej Klemensów
do stacji kolejowej Brody małe. Byłem przerażony, gdyż tam, w odległości 1km od torów
mieszkała moja rodzina. Tego dnia ledwo dotarłem do obozu, chwilę się zdrzemnąłem i ruszyłem
6
Zwierzyniec nie był wówczas miastem, lecz osadą
do kolejnej akcji.
Dowodził "Natan". Celem tej akcji było przerwanie i zatrzymanie taborów niemieckich, które
jechały traktem na Goraj i Frampol. Tu zobaczyłem "bohaterów niemieckich" uciekających
furmankami, samochodami, motorami – całą szerokością drogi na przestrzeni kilku kilometrów.
Tysiące ludzi i wozów naładowanych zabranymi rzeczami uciekało przed armia radziecką. Na znak
dany przez "Natana", strzelając ruszyliśmy do ataku. Początkowo Niemcy nie zachowali
ostrożności, po chwili jednak bronili się zaciekle i "parli" po nas z broni maszynowej. Po dłuższej
walce rozbiliśmy tabory na odcinku i ostrzeliwaliśmy nadchodzące w naszą stronę. Na drodze
pozostało kilkunastu zabitych i ciężko rannych Niemców. Pozostałych rozbroiliśmy. Wozy
naładowane bronią, amunicją, odzieżą i żywnością skierowaliśmy do obozu. Po przybyciu na
miejsce jeńcy rozmawiali z dezerterami niemieckimi Emilem i Hansem, którzy przebywali w
naszym oddziale. Po tej rozmowie nie próbowali ucieczki.
Krótki odpoczynek i znowu walka. Tym razem mieliśmy do czynienia z większą siła.
Wspomagają nas żołnierze od pchor. Korczaka z 27 Dywizji Wołyńskiej. Ta grupa zabużańska
została włączona do oddziału "Podkowy" rozkazem inspektoratu. Kompania ppor.
"Białego"przybyła po przebiciu się przez front i sforsowaniu Bugu. Dywizję tę łączyła z nami
przyjaźń poprzez "Podkowę", który pochodził z Włodzimierza i miał kolegów w 27 Dywizji,
ponadto poprzez "Żegotę" (mjr. Sztumberg- Richter), który walczył na naszym terenie zanim został
dowódca 27 Dywizji.
Wróćmy jednak do akcji. Zajęliśmy stanowiska w pobliżu drogi skręcającej na Szperówkę. W
pobliżu znajduje się pchor. "Vir", pchor. "Orlicz", kpr. "Wiarus", "Wierny", "Ryb" i inni. W akcji
brał udział jeszcze jeden z Niemców - "Emil", który był amunicyjnym "Wiarusa". Wywiązała się
walka, w której jak zauważył "Vir" nie uczestniczyli Kresowiacy, choć zgodnie z umowa mieli
rozpocząć akcję. Przerwaliśmy ogień, gdy ktoś krzyknął: "Panie podchorąży "Orlicz", dwaj ruscy
na koniach". Emil zorientował się i krzyknął do "Vira" – "das ist Tiger" . Istotnie były to czołgi
typu Tygrys. Niemcy zaczęli bić z kilku ciężkich karabinów maszynowych oraz działek. Nasze
kule odbijały od cielska czołgów. Ktoś krzyknął żeby strzelać tylko w szczeliny. Na naszej linii
rozległy się jęki. To pierwsi ranni: "Ryb", "Mic", "Wiarus". Pod osłoną czołgów Niemcy wolno
nacierali na nasze stanowiska. Z powodu pośpiechu byliśmy źle okopani. W tej chwili nie umiem
powiedzieć, dlaczego nie było z nami plutonu broni ciężkiej. "Emil", który był doświadczonym
żołnierzem frontowym, rozumiał, że czołg może "poczuć respekt" jedynie przed granatami.
Wyciągnął je z chlebaka, jednak obserwator z czołg"Ryb' u był szybszy. "Emil' został trafiony i
zginął na miejscu. Udało nam się odskoczyć w bezpieczne miejsce. Prawie wszyscy zostali ranni. Ja
dostałem w nogę, na szczęście niezbyt ciężko. Zawiązałem ją jakąś szmatą, żeby nie krwawiła i
poszedłem wraz z kolegami w kierunku Szperówki, gdzie był nasz punkt sanitarny. Tam nas
opatrzono i mogliśmy odejść. Bardzo źle się czułem, ponieważ miałem zupełnie zniszczone
spodnie. Mój kolega od wspólnego koca "Ryb" został, gdyż był ciężko ranny w nogę i czekał na
operację kolana. Odwiedziłem go już po rozbrojeniu w szpitalu w Szczebrzeszynie. Nogę mu
uratowano, ale została sztywna.
Po drodze do oddziału spotkaliśmy Kresowiaków, którzy wyjaśnili nam, dlaczego nie włączyli
się w swoim czasie do walki. Gdy zauważyli czołgi, nie możności dać nam znać o tym, ponieważ
na skutek naszego ognia silny patrol Niemców chciał nas obejść, a natknąwszy się na nich
rozpoczął strzelaninę, z której przez dłuższy czas nie mogli się oderwać.
Z zachowaniem szczególnej ostrożności pomaszerowaliśmy w kierunku obozu w cetnarze. Po
drodze wstąpiliśmy na pole niedawnej walki, aby zabrać ciało "Emila", ale nie znaleźliśmy go.
Okazało się, że Niemcy po naszym odejściu na Szperówkę zabrali wszystkich zabitych i rannych.
Ruszyliśmy dalej. Na drodze Szczebrzeszyn – Kawęczyn minęliśmy dwa rozbite przez minerów
czołgi niemieckie. Przybyliśmy do obozu późną nocą. Rano "Hans" dowiedział się o tym jaki los
spotkał jego kolegę. Był bardzo niespokojny. "Podkowa" odpiął swój pistolet i wręczył "Hansowi".
Dał mu w ten spsób znak, że mu ufa – do tej pory obydwaj Niemcy nie mieli prawa nosić broni.
Pierwsza rzeczą ktora wykonałem w obozie była zmiana spodni. Poszedłem na "ambone", gdzie
wyrzucaliśmy wszystkie zdobycze z taborów i tam dobrałem sobie niemieckie wojskowe spodnie,
a przy okazji buty i szynel (płaszcz). Wziąłem też pudełko żyletek, chociaż się jeszcze nie goliłem.
W dalszym ciągu słyszeliśmy artylerię, warkot samolotów bombowych, grzechot karabinów
maszynowych – istne piekło. Nasze patrole zmieniały się bez przerwy. Dokoła naszego obozu
minierzy założyli pole minowe jako zasłonę przed ewentualnym wejściem Niemców. Wszyscy
zadawaliśmy sobie pytanie – jak będzie wyglądało nasze przebicie się przez front? Byliśmy
rozlokowani "pod nosem" niekończącego się węża taborów niemieckich. Ile tysięcy już przeszło, a
ile jeszcze przejdzie. Do tej pory nie zapuszczali się na naszą ścianę lasu, ale gdy nastąpi odwrót
wojsk liniowych, jednostek zmotoryzowanych, artylerii, broni pancernej – obawialiśmy się , że po
prostu nas rozdepczą. Nagle wszystko ucichło. Nastała dziwna i niezrozumiała cisza. Okazało się,
że Niemcy zrobili daleki odskok, natomiast Sowieci nie pojawili się i w ten sposób powstał szeroki
pas między walczącymi stronami.
"Podkowa" natychmiast wykorzystał te sytuację i dał rozkaz likwidacji obozu i wymarszu do
Szczebrzeszyna. Przed wschodem słońca, po raz pierwszy od tylu lat , oddział wyszedł z ukrycia.
Wszyscy żołnierze maszerowali triumfalnie, w głębokim podnieceniu, z piersią wypełnioną dumą i
przeogromnym szczęściem.
Jeden z moich kolegów - Zdzisław St. Brzeźniak, ps. "Artur" - zanotował w swoim pamiętniku:
"Oddział prowadził "Grzmot", który przeobraził się w chorążego niosąc biało – czerwona flagę
polska. Po drodze ten długi wąż wojska i furmanek budził w zagrodach śpiących, którzy wstawali
nie wierząc własnym oczom, patrzyli i pozdrawiali maszerujących wypatrując bliskich i znajomych.
Około 5. 00 rano oddział osiągnął Szczebrzeszyn. Już wtedy byliśmy pierwszymi, którzy zajęli to
miasto".
Tak spontanicznego przyjęcia swoich chłopców z biało – czerwonymi opaskami nie można
sobie wyobrazić. Ludzie na wpół ubrani wybiegali całymi rodzinami krzycząc co sił w piersiach.
Wznosili okrzyki na chwałę nasza i Polski, klękali w rowach, wyciągając ręce do Boga, dziękując
za ocalenie, wybawienie i zakończenie tej udręki. Dzieci rzucały nam kwiaty pod nogi niczym na
procesji Bożego Ciała. Dziewczyny obdarowywały nas kwiatami, które wtykały nam w części
munduru, choćby w dziurki od guzików, nie szczędząc przy tym całusów . Nie muszę chyba
przekonywać, że idąc z flagą biało czerwona na czele oddziału byłem szczególnie wyróżniony.
Wglądałem jak żywy kroczący bukiet kwiatów, spod którego wyglądał niewielki żołnierzyk, chyba
najmłodszy żołnierz oddziału. Flaga o której mowa była wetknięta w tłumik mojego rkm.
W Szczebrzeszynie na rozkaz "Podkowy", należało zatknąć flagę na ratuszu. Zrobiłem to przy
udziale "Śmigłego", który zameldował "Podkowie" wykonanie zadania, a ja dopędzałem swój
pluton, który minął Szczebrzeszyn i maszerował w stronę Zamościa. Kiedy dołączyłem do oddziału
przed Klemensowem, pluton zaległ tyralierą wzdłuż szosy, na której pojawiły się wojska radzieckie.
Po rozmowie i wyjaśnieniach dowódców podnieśliśmy się i zawrócili w stronę Szczebrzeszyna.
Tam zakwaterowaliśmy się w jednej ze szkół. Tak się złożyło, że w tym dniu przypadła mi służba
podoficera dyżurnego. Oficerem służbowym był chor. "Vir" . Po rozlokowaniu się wielu żołnierzy
wyszło do swoich domów na chwilę, aby się przywitać z rodziną. Ja nie mogłem, ponieważ miałem
służbę. Do tego "Vir" poprosił mnie o zastępstwo, gdyż musiał wyjść (miał dziewczynę). Zostałem
więc oficerem i podoficerem dyżurnym. Tymczasem do Szczebrzeszyna wkroczyły następne
oddziały, zatrzęsienie wojska. Co i rusz wyskakiwały niemieckie wozy bojowe uciekają[c] na
zachód . Przy dźwiękach salw karabinów odbywały się pogrzeby świeżo zabitych żołnierzy.
Gorliwi wyłapywali Volksdeutschów do robót porządkowych. Przyprowadzali dziewczyny, które
ponoć "puszczały się" z Niemcami i golili im głowy. Strzelali Niemcy i strzelali nasi na wiwat.
"Podkowa" ciągle kursował między Zwierzyńcem a Szczebrzeszynem, rzucając mi jakieś
polecenia, których nie mogłem zrealizować. Żołnierze rozeszli się do swoich rodzin. Tłum gapiów i
ciekawskich przeszkadzał w utrzymaniu porządku. Ciągle przychodzili gońcy do "Podkowy",
którego nie było. Cała ta sytuacja przerosła moje siły i możliwości. Narobiłem wiele głupstw, np.
Zamknąłem mojego kolegę – Feliksa Wąsiurę z Brodów tylko dlatego, że strzelał i robił hałas. Nie
panowałem nad całością, chociaż bardzo chciałem. Następny dzień miąłem wolny i odwiedziłem
rodzinę. Ogarnęło nas ogromne szczęście i radość, gdyż wszyscy przeżyliśmy.
Po powrocie do obozu dostałem zadanie dostarczenia kilku furmanek, którymi mieliśmy jechać
do Zamościa na defiladę. Wziąłem więc kilku żołnierzy i obskoczyliśmy sąsiednie wioski. W czasie
wykonywania zadania dowiedziałem się, że w Zamościu Sowieci rozbroili nasze oddziały.
Żołnierzy uciekinierów przybywało coraz więcej. Namawiano mnie do zaniechania zadania.
Zadanie jednak wykonałem, jednak furmanki zamiast zawieźć nas na defiladę, musiały odwieźć
naszą broń Sowietom.
W obozie zastałem wielkie poruszenie. Śmiertelnie blady strach na twarzach żołnierzy. Przyszedł
rozkaz stawienia się na placu przed budynkiem gimnazjalnym w pełnym rynsztunku.
"Podkowa" osobiście wypłacił nam ostatni żołd.
Był pamiętny dzień 30 lipca 1944 roku. Ustawiliśmy się w czworoboku. Pierwsza stała nasza
kompania. Przemawiał zastępca dowódcy pułku mjr. "Wacław". Następnie odczytano odezwę
generała Berlinga. Stosownie do zarządzenia mieliśmy dwie rogi: albo wstąpić w szeregi jego
armii, albo rozbroić się. Byliśmy żołnierzami Polskiego Rządu na Emigracji w Londynie a nie
jakiejś tam Wandy Wasilewskiej. Nasz hasło brzmiało: " Bóg, Honor, Ojczyzna" i zostaliśmy wierni
temu świętemu przykazaniu. Dlatego głośno wyraziliśmy swój sprzeciw: "Precz ze zdrajcami".
W asyście dwóch oficerów radzieckich i berlingowca nastąpiła demobilizacja. Pierwszy złożył
broń "Podkowa". Złożył ją tak, że aż drzazgi posypały się z kolby. Za jego przykładem poszła
najpierw nasza kompania, a potem pozostałe. Dwaj Sowieci i berlingowiec w milczeniu przyglądali
się jak żołnierze , patrząc na nich z nienawiścią łamali i niszczyli swoją broń. Czuliśmy ogromny
żal w sercu, łzy stanęły w oczach, a w głowie pustka. Każdy zadawał sobie pytanie – czy o taką
rzeczywistość walczyliśmy? Co teraz będzie z Polską i z nami?
Tak zakończyła się epopeja bohaterskich leśnych żołnierzy. Pozostawieni sami sobie, często bez
rodzin, bez oparcia, przyjaciół jakiegokolwiek zaplecza, bez przyszłości, bez pieniędzy czuli się
nikim. Nie był to jednak koniec tragedii a początek. Nie wiedzieliśmy, że "złej służyliśmy sprawie".
Trzeba sobie jasno powiedzieć, że wiedza o Zamojszczyźnie to temat przemilczany i
częściowo zapomniany przez 50 lat władzy PRL. Lipiec 1944 roku zamiast upragnionej
wolności przyniósł nowe zniewolenie – czas drugiej okupacji. Okres ten nadal pozostaje białą
plamą w wojennym życiorysie niejednego AK - owca
NKWD podstępnie wyłapywało zarówno oficerów jak i żołnierzy AK. Do pomocy przybyli im
żołnierze z Urzędu bezpieczeństwa, tzw. "ubowcy", do którego wstępowały najgorsze mety
społeczne. Niebawem stało się jasne, że trzeba podjąć walkę z drugim okupantem - Bolszewikami.
"Podkowa" zbojkotował zarządzenie PKWN o rejestracji mężczyzn podlegających poborowi do
wojska. Pozostał nadal w konspiracji, czekając na ogłoszenie powszechnej mobilizacji przez
legalny rząd St. Mikołajczyka.
Po wybuchu Powstania Warszawskiego podjęto próbę wyruszenia do Warszawy z pomocą.
Wspomnę w tym miejscu, że w naszym oddziale u "Podkowy" powstała i z nami walczyła
kompania warszawska. Dwukrotnie wychodziłem z domu powiadamiany przez "Wiernego" o
wymarszu. Wyprawa jednak nie doszła do skutku ze względu na blokadę sowiecką.
Tymczasem w Szczebrzeszynie otworzono gimnazjum. Wstąpiłem do niego i zacząłem naukę,
chociaż chłopcy z lasu często wyciągali mnie ze sobą. Mieli wiele roboty. Trzeba było naszych
odbijać z więzienia, stawiać opór szalejącym aresztowaniom. Kilka razy byłem aresztowany. Na
szczęście miałem kolegów w UB, którzy mnie chronili albo wypuszczali. Byli to Henryk i
Mieczysław Romanowscy, którzy w ten sposób odwdzięczali się moim rodzicom za pomoc
udzieloną jeszcze przed wojną.
Któregoś dnia przybył do mnie por. "Czarny". Przefarbował się na rudo i chciał wyjechać na
Zachód, licząc na to, że tam łatwiej będzie przetrwać. To on przekonał mnie, że jedyną rozsądną
droga będzie dla mnie nauka. Tak się tez stało, ale co mieli robić inni wyłapywani i osadzani w
więzieniach lub wywożeni na Sybir?
Ci gromadzili się wokół swoich dowódców. Odbijali więźniów walcząc z NKWD, UB, MO.
Wyłapywali szpiclów i walczyli z bandytyzmem.
Maj 1945 roku przyniósł zakończenie działań wojennych, jednak sytuacja żołnierzy AK
pozostawała nadal dramatyczna. Nastąpiły aresztowania i morderstwa. Dowódca pułku ppłk.
"Adam", potem mjr. "Wacław", inspektor "Irka". "Podkowa" rozbijał posterunki MO w Krasniku,
Frampolu, Kocudzy, Tarnogrodzie, Łukowej, Biszczy. Potężna akcja z 27 na 28 kwietnia 1945 roku
doprowadziła do opanowania Janowa Lubelskiego, w którym oprócz silnego posterunku milicji
stacjonował sowiecki oddział wojskowy. Zarekwirowano 4 sowieckie samochody, 3 beczki 200
l[itrowe] paliwa , rozbito więzienie, wypuszczając z niego 15 uwięzionych kobiet – żołnierzy AK z
Powstania Warszawskiego7, wzięto do niewoli kilku czerwonoarmistów.
Nasilająca się fala prześladowań AK nie zapowiadała żadnych zmian politycznych, toteż
"Podkowa" uznał za stosowne przedrzeć się przez granicę i powiadomić o tym władze
emigracyjne. Dokonani nieprawdopodobnie zadziwiająco odważnych czynów, aby znaleźć się w
strefie wpływów w Czechosłowacji, w okolicy Karlowych Varów. Dowódca amerykańskiej
jednostki pancernej wchodzącej w skład 3 Armii gen. Pattona opacznie zrozumiał sens i
poświęcenie partyzantów, wydając ich w ręce siepaczy komunistycznych Czechosłowacji.
Tragiczny był finał wyprawy i koniec istnienia naszego oddziału. Kilku kolegów zginęło w
walce z czeska bezpieką, inni zostali wyłapani i osadzeni w więzieniach. Tylko nielicznym udało
się wyjść cało. Udręki i bicia, upokorzeń doznawali do 12 lipca 1947 roku, kiedy to zostali
przekazani polskim siepaczom UB i czekała ich rozprawa sądowa. "Podkowa" - legenda
zamojskiej partyzantki, jeden z najwybitniejszych dowódców AK, kawaler srebrnego Krzyża
Orderu Virtuti Militari został skazany na 10 lat więzienia.
Wyrok, jaki otrzymał odsiedział co do dnia. Dopiero teraz, w III RP, gdy wróciła wolność wyrok
ten unieważniono. Nikt nie wróci życia zbitym, cierpień, udręki w poświęcaniu się dla innych ludzi,
dla dobra przyszłych pokoleń i odzyskania Niepodległości. Ci, którzy pamiętają, chylą głowy z
czcią i szacunkiem nad ich mogiłami .
Indeks
l. p pseudonim - imię i nazwisko
1.
7
8
"Zapora" – Hieronim Dekutowski8
nazwa oddziału/ pełniona
funkcja
inne
dowódca oddziału
zamordowany przez
Były to łączniczki i sanitariuszki powstańczych oddziałów, którym udało się we wrześniu 1944 roku przeprawić
przez Wisłę na Pragę; uniknęły niemieckiej niewoli, lecz wkrótce zostały aresztowane przez NKWD – UB. wg. A.
Miś. T. Kuncewicz. Uwolnienie więźniów w Janowie Lubelskim. Maszynopis z 1990 roku, kopia którego znajduje
się w posiadaniu Waldemara Seroki.
26 października 2003 roku w odbyły się Lublinie uroczystości upamiętniające działalność majora Hieronima
Dekutowskiego "Zapory" oraz żołnierzy z jego oddziału. Mszę św. odprawił w Lubelskiej Archikatedrze arcybiskup
Józef Życiński, na Placu Zamkowym odsłonięto pomnik. Honorowy patronat na uroczystościami objął prezydent
miasta Lublina – Andrzej Pruszkowski.
"Zapora" - Hieronim Dekutowski urodził się 24 września 1918 roku w Tarnobrzegu, maturę uzyskał w roku 1939.
Brał udział w wojnie obronnej 1939 roku, w październiku wraz z grupą żołnierzy z 32 Dywizji Piechoty przedostał
się na Węgry – tutaj został internowany. W obozie nie pozostał długo – uciekł do Francji. W roku 1940 wstąpił w
szeregi Wojska Polskiego – przydzielono go do 4 pułku piechoty 2 Dywizji Strzelców Pieszych. Służąc w wojsku
ukończył szkołę podoficerską, następnie został skierowany do Szkoły Podchorążych Piechoty – nie ukończył jej,
ponieważ wysłano go na front, następnie ewakuowano do Anglii, gdzie dostał przydział do I Brygady Strzelców. Po
ukończeniu podchorążówki i kursu motorowo – pancernego został przeszkolony w zakresie dywersji. W nocy z 16 –
17 września 1943 roku został zrzucony na teren Polski w okolice Wyszkowa. Przydzielono go do Okręgu
Lubelskiego – stąd w październiku skierowano do zgrupowania partyzanckiego OP 9 na Zamojszczyźnie, gdzie
przez dwa miesiące pełnił funkcję dowódcy IV kompanii oddziału partyzanckiego "Podkowy". W końcu stycznia
1944 roku został przydzielony do Inspektoratu Rejonowego "Lublin" - objął dowództwo oddziału dyspozycyjnego
Kedywu. Aresztowany 16 września 1947 roku przeszedł ciężkie śledztwo, które trwało od 17.09 1947 – 1.06.1948
roku. Został rozstrzelany 7 marca 1949 roku [sąd skazał go na siedmiokrotna karę śmierci]. Zrehabilitowany został
w 1994 roku, pośmiertnie odznaczony Krzyżem Virtuti Militari V klasy.1 Grobu majora Dekutowskiego nie
odnaleziono do dziś – zamordowany przez komunistycznych oprawców do dziś spoczywa w niewiadomym miejscu.
Już za życia stał się legendą, którą komunistyczne władze starały się zabić i wytrzeć ze świadomości Polaków .
Legenda i prawda przetrwały – zwyciężyły mimo cenzury i urzędowych zakazów. Przechowali ją ludzie, którzy dziś
świadczą o jego czynach i bohaterstwie...Działalność Hieronima Dekutowskiego na terenie Zamojszczyzny na
trwałe zapisała się w pamięci jej mieszkańców; odważny, pewny siebie, a przy tym szalenie zdyscyplinowany,
trzymający karność w oddziale dał się poznać jako wartościowy człowiek, potrzebny w tamtym trudnym okresie. O
obecności "Zaporczyków" na terenie gminy Radecznica pisał w swoich wspomnieniach ks. Józef "Wacław" Płonka
– Boże Narodzenie. Wigilia [1943 roku] . Choć dzień ponury, ale w sercach jaśniej. W Radecznicy i na "Górce" nie
UB
2.
"Podkowa" – Tadeusz Kuncewicz
dowódca oddziału, dowódca II Wieloletni więzień
kompanii 9 p. p
czechosłowackich i
polskich służb UB
3.
Wiarus" -Bolesław Polakowski
dowódca drużyny
4.
"Wierny" – Wacław Mączka
wieloletni więzień UB,
zmarł w 1960 roku
5.
"Błysk", "Huzar", "Motylek" –
bracia Jóźwiakowscy
"Huzar" zginął pod
Osuchami; "Błysk" i
"Motylek" – zginęli z
rąk MO
6.
"Boruta" – Ryszard Zawiślak
zmarł w 1947 roku
7.
"Piorun" – Stanisław Ryzner
Skazany na śmierć za
rozboje (sąd wojenny
AK)
8.
"Sten" – Tadeusz Niedźwiedzki
Zginął z rąk MO
9.
"Rąb" – N N
10. "Natan" – Karol Nowosadzki
11. "Emil" i "Hans" – dezerterzy
Wermachtu
12. "Korczak" – Ryszard Siliński
dowódca plutonu
13. "Biały" – N N
dowódca plutonu
14. "Żegota" - (...) Sztumberk - Rychter zastępca dowódcy 9 p. p.
"Adama", następnie szef sztabu
27 Dywizji Wołyńskiej
15. "Vir" – Janusz Bac
dowódca plutonu
16. "Orlicz"- Ferdynand Orzechowski
dowódca plutonu
ma Niemców, nie ma zdrajców, ale za to dużo kręci się "naszych chłopców"partyzantów, a pod bokiem na
Krzywdzie stoi oddział "Zapory"...To tylko krótki epizod z owocnej działalności oddziału pod dowództwem
niestrudzonego "Zapory", który szczególne wyzwanie podjął po zakończeniu działań wojennych - nie pogodził się z
gwałtem dokonanym na narodzie w chwili, gdy inne narody odzyskiwały wolność po latach faszystowskiej
dyktatury. Z garstką swoich żołnierzy stanął do nierównej walki. Dla nich - jak pisał Marian Hemar walka trwała
dalej...4 Istota tej walki sprowadzała się do akcji sabotażowych na terenie Lubelszczyzny – według przebadanych
przez Rafała Wnuka materiałów wiele z tych akcji miało miejsce na Zamojszczyźnie. Maj 1946 – sześciu
partyzantów "Zapory" zabrało w Turobinie samochód należący do Polskiego czerwonego Krzyża. Pojechali do
Gorajca i rozbili posterunek Milicji Obywatelskiej, który potem zdemolowali. Zniszczyli też centrale telefoniczna
na tutejszej poczcie. Następnie pojechali do Kocudzy, ale funkcjonariusze MO uciekli i nie było kogo rozbrajać.
Listopad 1946 roku – nieznany oddział (prawdopodobnie "Jadzinka" ze zgrupowania "Zapory") zastrzelił w
Czarnymstoku Bolesława Wójtowicza i zabrał miejscowym gospodarzom dwie świnie. Jeden z oddziałów "Zapory"
zabrał towar ze spółdzielni w Radecznicy. W klasztorze w Radecznicy przewodnik oddziałów "Zapory" - "Wampir"
[Tadeusz Miksza] zlikwidował pracownicę klasztoru konfidentkę Urzędu Bezpieczeństwa – Marię Milińską.
Grudzień 1946 – jeden z pododdziałów "Zapory" zarekwirował w Latyczynie towar w miejscowej spółdzielni.
Pamięć o poczynaniach Hieronima Dekutowskiego jego niezłomnej postawie w walce o ojczyznę, dla którego
wolność ojczyzny nie była dana lecz zadana...11 przypomnieli podczas lubelskich uroczystości m.in. wspomniany
już minister Andrzej Przewoźnik, arcybiskup Józef Życiński podczas celebrowanej przez siebie mszy –serdecznie
witam wszystkich, którzy gromadzą się przy ołtarzu Chrystusa, aby ofiarować nasze modlitwy za św. pamięci
"Zaporczyków" - żołnierzy legendarnego majora "Zapory". W jego oddziale macierzystym było 154 żołnierzy z
których 133 zapłaciło cenę życia chcąc służyć ojczyźnie. Opracowano na podst. inf. ze strony:
www.republika.pl/horajec (R. Smoter Grzeszkiewicz. Oddaj część żołnierzom " Zapory")
17. "Miś" – Stanisław Wojciechowski
oskarżony o rozbój i
kontakty z UB –
rozstrzelany przez AK
18. "Artur" - Stanisław Brzeźniak
19. "Grzmot" – Marian Bronikowski
20. "Śmigło" – Stanisław Bizior
21. "Wacław" – Jan Pstrocki
Skazany przez UB na
karę śmierci w 1951
roku – wyrok
wykonano w marcu
1952 roku
zastępca dowódcy pułku
"Adama"
zamordowany przez
UB w 1946 roku
23. "Adam" – Stanisław Prus
dowódca 9 p. p. "Ziemi
Zamojskiej"
zamordowany przez
UB w 1945 roku
24. "Irka" – marian Gołębiowski
inspektor Obwodu
Zamojskiego
zamordowany przez
UB
25. "Zemsta" – Melchior Batorski
żołnierz oddziału "Podkowy"
szef piekarni w
Radecznicy, późniejszy
działacz konspiracyjny
organizacji "Armia
Wolnej Europy"
22. "Czarny" – N N
Dla upamiętnienia tych wydarzeń byli żołnierze 9 p. p im. Ziemi Zamojskiej ufundowali tablicę –
wotum , która zawieszono w Sanktuarium na Jasnej Górze. Docenił to nasz papież Jan Paweł II
któremu Zamojszczyzna chciała ofiarować to, co ma najszlachetniejszego – pamięć i cześć dla
bohaterów. Kopie aktu erekcyjnego tej tablicy – wotum miałem honor i szczęście osobiście
przekazać papieżowi jako przedstawiciel byłych żołnierzy AK walczących na Zamojszczyźnie ,
jeden z najmłodszych jej uczestników.
inż. Marian Bronikowski (drugi z lewej) i p. "Wilk"/Wilk? Na spotkaniu z papieżem podczas
wręczania kopii aktu erekcyjnego wspomnianej tablicy
Melchior Batorski. Sylwetki radecznickich partyzantów zaangażowanych w działalność Armii
Wolnej Europy
Poniższy tekst opracowałem na podstawie moich wspomnień (maszynopis dostępny jest w zbiorach
Biblioteki Publicznej Gminy Radecznica w Radecznicy) z czasów okupacji i lat sześćdziesiątych
ubiegłego wieku, kiedy za działalność w Armii Wolnej Europy (AWE) przebywałem w więzieniu.
****
Celem działalności AWE było przygotowanie kadr do walki z sowieckim okupantem na wypadek
wojny, oraz prowadzenie wywiadu i pracy propagandowej przeciwko czynnikom komunistycznym.
Łączność ze sztabem głównym AWE utrzymywana była za pośrednictwem skrzynek kontaktowych,
do których przychodziła korespondencja służbowa zaszyfrowana przy pomocy tzw. "okienek".
Wiadomości do ogniw przekazywane były tekstem otwartym na piśmie; taka skrzynka kontaktowa
istniała terenie Radecznicy.
Udzielając się w AWE powołałem grupę organizacyjną w Rakowie, zwerbowałem również do
pracy w organizacji Stanisława Brachę z Radecznicy, naczelnika miejscowego Urzędu Pocztowego.
Jako zadanie organizacyjne Stanisław Bracha otrzymał polecenie prowadzenia obserwacji ludzi
aktywnie udzielających się w pracach politycznych i społecznych z terenu Radecznicy okolic.
Werbunek Stanisława Brachy (i Czesława Lipca) miał na celu zorganizowanie przy ich pomocy
nowych grup organizacyjnych na terenie Radecznicy w województwie lubelskim i Łodzi.
Aresztowano mnie 18 lutego 1960 roku; w uzasadnieniu oskarżenia podano że: w czasie od 1954
roku do 18 lutego 1960 roku na terenie województwa kieleckiego i innych miejscowości Polski
będąc urzędnikiem państwowym resortu łączności wraz z pozostałymi oskarżonymi w niniejszej
sprawie brał[em] udział w związku "Armia Wolnej Europy" mającym na celu obalenie przemocą
ustroju Państwa Polskiego oraz dokonywanie zaboru mienia. Na zasadzie art.15 i 17 § 1 kodeksu
postępowania karnego sprawa niniejsza podlega rozpoznaniu przez Sąd Wojewódzki w Kielcach,
ośrodek Zamiejscowy w Radomiu.
Wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Kielcach z dnia 15 stycznia 1962 roku skazano mnie na karę
dożywotniego więzienia, 15.000 złotych grzywny z zamianą w razie nieściągalności na 150 dni
więzienia, utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na zawsze, oraz przepadek
całego majątku. Po przeprowadzeniu rewizji nadzwyczajnej przebywałem w więzieniu od dnia 18
lutego 1960 roku do dnia 28 października 1969 roku.
***
Cela aresztu powiatowej komendy milicji w Lęborku nie była najlepszym miejscem do snucia
rozmyślań. Jednak stan silnego napięcia emocjonalnego przechodził powoli w stan retrospekcyjny:
połowę swego życia poświęciłem walce z brunatną i czerwoną zarazą - dwadzieścia lat trwania
konspiracji. Nie ujawniłem się nigdy nie dając wiary kolejnym amnestiom komunistycznej władzy.
Dla celów organizacyjnych oraz zabezpieczenia się przed aresztowaniem kilkanaście razy
zmieniałem miejsce pracy narażając rodzinę na wiele kłopotów i niedogodności.
Gdy przed dwudziestu laty, w lutym1940 roku przysięgałem "w obliczu Boga Wszechmogącego
być wiernym Ojczyźnie mej "- wierzyłem bezgranicznie w zmartwychwstanie wolnej, suwerennej
Rzeczypospolitej. Jeszcze dwukrotnie: w 1945 i 1950 roku z tą samą wiara i nadzieją przysięgałem
"uczynić wszystko, co leży w mojej mocy dla wyzwolenia Polski z pęt niewoli bolszewickiej, oraz
wierność ideałom zawartym w słowach: "Bóg, Honor, Ojczyzna". Czy to już koniec Niepodległej?
Byłem w szponach ubowców - najbardziej znienawidzonych przez mnie ludzi. Ludzi, którzy w
perfidny sposób mordowali moich kolegów z Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich i
Narodowych Sił Zbrojnych - najwierniejszych synów Ojczyzny.
Pewnego ranka dyżurny kazał mi się spakować. Po spakowaniu swoich rzeczy czekałem co
będzie dalej. Po chwili dyżurny przyszedł ponownie i zabrał mnie do dyżurki, gdzie kazano mi się
rozebrać, a następnie przeszukano wszystkie moje rzeczy. Potem wydano mi moje ubranie, pasek
od spodni, sznurowadła a nawet zegarek. Wszystko za pokwitowaniem. Czekając w dyżurce
myślałem, że to już koniec przesłuchań, że zostanę teraz przewieziony do więzienia, gdzie będę
oczekiwał na rozprawę. Zawrotu głowy dostałem, gdy zobaczyłem tyrana Kwietniewskiego
wchodzącego do pomieszczenia. Wstać ! - wrzasnął na mnie. Gdy wstałem popchnął mnie w stronę
drzwi i wyprowadził po schodach na podwórze komendy. Skuto mi ręce i wepchnięto do "wołgi".
Znowu siedziałem pomiędzy dwoma ubowcami.
***
Na przesłuchaniach przestałem wkrótce być "panem ". Zaczęto się do mnie zwracać przez "wy", a
potem przez "ty". Z krzesła przesadzono mnie na tak zwany "gwóźdź". Śledczy Bogal dosłownie
pienił się w czasie przesłuchań, ale mnie nie bił. Wieczorem po przesłuchaniach przyprowadzano
mnie do celi. Pewnego razu byłem bardziej wzburzony niż zazwyczaj i w tym wzburzeniu
powiedziałem, że "mój śledczy pieni się jak buldog i tylko patrzeć jak rzuci się na mnie". O mojej
wypowiedzi kapuś Sienkiewicz powiadomił śledczego. Zostałem wezwany do raportu do zastępcy
naczelnika, którego więźniowie nazywali z powodu jego okrucieństw "Bandyta", ukarał mnie 48 oma godzinami ciemnicy za niewłaściwe zachowanie się podczas śledztwa.
Wojskowy lekarz zbadał mnie, czy mogę odbyć karę. Diagnozę wystawił pozytywną. Recepta do piwnicy. Karcery, ciemnie i labirynty umiejscowione były pod administracją więzienia. Rano po
śniadaniu zaprowadzono mnie do piwnic. Czułem powiew łez, krwi, śmierci... Kazano mi rozebrać
się do bielizny, a ubranie złożyć w kostkę i wraz z akcesoriami do jedzenia zostawić na korytarzu.
W samej bieliźnie klawisz kopniakiem wpakował mnie do ciemnicy, która była zimna i mokra.
Dotykałem ścian, żadnych sprzętów tutaj nie było. Znajdowałem się w piwnicy o wymiarach: metr
na trzy metry. W samej bieliźnie i bosy chodziłem po omacku od ściany do ściany. Po jakimś czasie
klawisz otworzył drzwi i kazał mi stanąć twarzą do ściany. Poczułem strumień lodowatej wody
wylewanej na mnie z wiadra przez klawisza. Byłem mokry i przerażony. Bieliznę wykręciłem i
zacząłem się gimnastykować. Wodą polewano mnie jeszcze trzykrotnie, z tym, że byłem już na to
przygotowany.
Czas zlewał się w wieczność. Starałem się modlić. Pragnąłem myślami oddalić rzeczywistość,
ale moje myśli natrętnie krążyły wokół tortur. Przed oczyma miałem ręce Karola Szpaka z
Rzeszowa , który pokazywał mi blizny za paznokciami od wbijanych szpilek. Przypomniały mi się
opowiadania kolegów. Którzy byli torturowani przez oprawców z bezpieki. Dla mnie był to dopiero
początek, preludium tego, co mnie od tych sadystów czekało. W tej mokrej piwnicy przetrwałem 10
godzin. Wieczorem zostałem przeniesiony do ciemnicy, gdzie do ściany było przymocowane
siedzenie, oraz stała prycza i stolik. Jednak podłoga i tutaj była mokra, zalana woda. Po kolacji
oddziałowy dał mi ścierkę i wiadro celem zebrania wody z podłogi. Zebrałem kilka wiader, które
wylałem do ścieku. Klawisz kazał mi długo wycierać beton w piwnicy aż do sucha. Była to
dodatkowa kara i upokorzenie. Po odbyciu kary ciemnicy zostałem odprowadzony do celi. Długo
byłem wypytywany przez kapusia Sienkiewicza jak było w piwnicy, odpowiedziałem że dobrze.
Zostałem wezwany na przesłuchanie. Bogal robił różne miny i pytał czy "będę śpiewał". Nie!
Odpowiedziałem - będę pisał.
Codziennie śledczy Bogal dawał mi ponumerowane arkusze niejakiego Piaseckiego. Zajęło mi to
trzy dni. Czwartego dnia czekali na mnie we trzech: Stefan Bogal, kpt. Kazimierz Sosiński i kpt.
Taborski lub Tamborski (nazwiska nie pamiętam). Sosiński wybił mi dwa zęby i kilkanaście razy
uderzył mnie w głowę. Bicie w głowę było jedną z metod "zmiękczania" opornych. Drogo
zapłaciłem za swoją opowieść o Piaseckim.
***
26 listopada 1961 roku rozpoczął się przed Sądem Wojewódzkim w Kielcach proces przeciwko
członkom nielegalnej organizacji Armia Wolnej Europy. Na sali sądowej znajdowało się 29 - ciu
oskarżonych. Każdemu został przydzielony adwokat i "anioł - stróż" - milicjant, ponadto skład sądu
i wszyscy zainteresowani z bezpieki, łącznie ponad 100 osób.
Rozprawa toczyła się przy przy drzwiach zamkniętych, choć były dni, w których rodziny
oskarżonych za specjalnymi przepustkami mogły przebywać na sali rozpraw. Do sądu przywożono
mnie milicyjną "suką" samego, ze skutymi rękami. Eskorta była bardzo silna. Na salę rozpraw
wprowadzano mnie na końcu, gdy wszyscy oskarżeni byli już na swoich miejscach. Na sali
zdejmowano mi kajdanki z rąk i w asyście dwóch milicjantów sadzano na ławie oskarżonych.
Wreszcie nadszedł dzień, w którym głos zabrał oskarżyciel: prokurator oskarżał wszystkich o
usiłowanie obalenia władzy i ustroju PRL, oraz dokonywanie zaboru mienia społecznego; mnie
dodatkowo oskarżał o zbieranie informacji dotyczących obronności kraju i nielegalne posiadane
broni palnej. Zażądał dla mnie najwyższego wymiaru kary – kary śmierci! W ostatnim słowie,
mimo że widziałem łzy w oczach – nie prosiłem o łagodny wymiar kary.
Rozprawa toczyła się przez 25 dni, od 28 listopada 1961 roku do 12 stycznia 1962 roku. Po
wyroku zostałem skierowany do szpitala w Kielcach, gdzie przebywałem dwa tygodnie. Ze szpitala
trafiłem ponownie do lochów bezpieki, a po kilku dniach przewieziono mnie do Warszawy. Znowu
znalazłem się w więzieniu przy ulicy Rakowieckiej nr 37 na Mokotowie.
Trzeciego dnia po przyjeździe zostałem wezwany na przesłuchania. Mimo gróźb, na pytania nie
odpowiadałem Zażądano ode mnie informacji o ukrytej broni i ludziach, którym przekazywałem
wiadomości dotyczące obronności kraju. Nie mając innego wyjścia wystawiłem naczynie do
jedzenia na korytarz i rozpocząłem głodówkę... Dobrze pamiętam jak pewnej nocy we śnie
zacząłem krzyczeć. Obudziłem się ale krzyku nie byłem w stanie powstrzymać. Krzyczałem nadal
wyzywając ubeków od sadystów. Szybko mnie zaciągnięto do piwnicy tortur... Leżąc
niejednokrotnie w piwnicach mokotowskiego więzienia, pobity przez siepaczy z bezpieki myślałem
jakie to nieszczęsne matki wydały na świat tak zwyrodniałe dzieci, ludzkie bestie.. Każdy z nich był
dla mnie wcieleniem Hitlera i Stalina.
W lutym lub marcu 1964 roku zostałem przeniesiony do represyjnego więzienia we Wronkach.
Zostałem ulokowany w głównym pawilonie tzw. "Krzyżu". Jak już pisałem wcześniej, z powodu
znęcania się nade mną w więzieniu mokotowskim dostałem silnej nerwicy i drgań głowy. We
Wronkach zgłosiłem się do lekarza. Po badaniach zostałem skierowany na izbie chorych do
pawilonu 3. Po trzech miesiącach pobytu w izbie chorych zostałem ulokowany w pawilonie drugim.
Był to oddział dla chorych, psychicznie załamanych.
W 1964 roku wyszedł dekret o amnestii, która mnie objęła i na tej podstawie została mi
zmniejszona kara z dożywocia do 15 lat.
Muszę tu wspomnieć o represjach, których doświadczyła moja żona. W początkowym okresie po
moim aresztowaniu, przez okres trzech miesięcy żona była pod stała obserwacją bezpieki. Chodzili
za nią krok w krok. W mieszkaniu przeprowadzono wiele rewizji w obecności żony i małych dzieci.
Poobrywano grzbiety książek, wyrzucano na podłogę bieliznę i ubranie z szafy, oraz pościel z
łóżek. Złośliwie robiono w całym mieszkaniu bałagan. Pozabierano zdjęcia, które mielimy z
partyzantki: oboje z żoną byliśmy żołnierzami ZWZ i AK. Zagrabione zdjęcia miały dla nas
wartość więcej niż historyczną.
Wielokrotnie posługiwano się moją żoną w Wojewódzkiej Komendzie MO w Kielcach.
Przesłuchania prowadził przedstawiciel bezpieki Stanisław Kwietniewski, który groził jej
pistoletem. Próbowano także innych sposobów: podstawiano nieznanego żonie tajniaka, który
przynosił dzieciom pomarańcze i słodycze, pozorując że przysłała je organizacja do której
należałem. Kiedy i ten chwyt się nie udał wymuszono na dyrektorze łączności w Tarnobrzegu, aby
zwolnił żonę z pracy. Społeczeństwo gminy Trześnia chciało przyjść żonie z pomocą. Wysłano
delegację do dyrektora łączności w Tarnobrzegu z prośbą o pozostawienie żony na
dotychczasowym stanowisku. Niestety, decyzja nie mogła być już zmieniona.
Żona miała na utrzymaniu dwoje dzieci. Pisała do radio, do "Fali 56", do Ministerstwa
Łączności. Osobiście jeździła do komitetu Centralnego Partii. Po długich staraniach została
zatrudniona jako telefonistka na poczcie w Tarnobrzegu.
W więzieniu przebywałem 9 lat i 8 miesięcy, w tym 21 miesięczny okres intensywnego,
niezwykle brutalnego śledztwa. Po rozprawie przez okres dwóch lat: od połowy 1962 do wiosny
1964 przebywałem w więzieniu na Mokotowie w Warszawie. Przeszedłem tam tortury fizyczne i
psychiczne, których nie jestem w stanie dokładnie opisać. Zadawali mi je już nie pracownicy
bezpieki, ale służba więzienia niektórzy współwięźniowie. Najbardziej brutalny był jednak zastępca
naczelnika więzienia.
Przyglądałem się swoim oprawcom i zastanawiałem się, co oni mają wspólnego z
praworządnością, z obroną o ochroną społeczeństwa i Państwa Polskiego. Żałowałem, że ich
"wyczyny", szczególnie te w podziemiach mokotowskiej katowni nie były znane szerokim kręgom
naszego społeczeństwa....To, że przeżyłem tę golgotę, zawdzięczam Bogu (wiele się modliłem),
mojej siostrze Anieli Gielniak oraz lekarzom...
Jan Krukowski. Moje wspomnienia z lat okupacji niemieckiej. Wrzesień 1939 - lipiec 1944 rok
(fragmenty)
Niewiele było w generalnym Gubernatorstwie takich republik; wiem, że była Republika
Pińczowska w województwie kieleckim, Republika Józefowska w powiecie tomaszowskim i nasza
Radecznicka w powiecie zamojskim. Nie było wtedy u nas dróg bitych tylko drogi polne i dojazd
do Radecznicy był dla Niemców utrudniony, szczególnie w okresie wiosennych roztopów, w jesieni
i w zimie. Nie tylko nie mogli się tu dostać swoimi środkami komunikacji , ale i dlatego, że jak oni
to nazywali - teren gminy Radecznica był zagrożony przez "banditen", a to znaczyło że działała tu
partyzantka. Tak, jak w pierwszych latach okupacji 1940 - 41 landrat, czyli starosta z Biłgoraja
przyjeżdżał sobie bryczką do gminy w Radecznicy i bez żadnej ochrony, to już w latach 1942 – 43
jechał z ochroną składającą z plutonu, czasem i kompanii wojska.
Były też i odpowiednie warunki na terenie naszej gminy Radecznicy dla tych "banditen", gdyż w
pobliżu były większe kompleksy leśne jak: Cetnar czy też Łysiec. Z samej Radecznicy w każdej
chwili był dobry odskok do lasku za klasztorem, a później do Łyśca i w lasy Gorajszczyzny. Na
wschód od Zaburza był las zaburski, mokrolipski, sąsiadczański i rozłopski. Teren nasz był też
położony na szlaku z południa na północ przez który przebiegała sieć łączności, oraz odbywało się
przemieszczanie różnych oddziałów partyzanckich: Armii Krajowej, Batalionów Chłopskich, Armii
Ludowej, a nawet radzieckich - jak duże oddziały i grupy Kołpakowa, Werszyhory i inne.
W latach 1943 - 44 nie było takiego dnia żeby na naszym terenie nie kwaterował jakiś oddział czy to w wiosce jak u nas w Zaburzu w wąwozie na górze, gdzie jest kilka zabudowań, lub też w
Łyścu czy Cetnarze. Niejednokrotnie trzeba było te oddziały zaopatrywać w żywność, a jeśli były
konie, to trzeba było im dostarczyć siana. Był to ogromny, wspólny czyn patriotyczny nie tylko
tych, którzy byli w oddziałach leśnych i walczyli z bronią w ręku, ale i ludności cywilnej naszych
wiosek, która wspomagała te oddziały narażając się na represje ze strony Niemców za udzielanie
partyzantom schronienia, pożywienia i za pomoc w przechowywaniu rannych chłopaków z lasu jak ich wtedy nazywano.
***
Materiał przygotowywałem stopniowo przez dłuższy okres, a pisać zacząłem dopiero w marcu 1983
roku, to jest po czterdziestu latach. Nie jest łatwo pisać, bo spotykając się z kolegami, a którymi się
w czasie okupacji działało trudno jest się poznać, a ludzka pamięć jest zawodna. Dlatego też przy
pisaniu swoich wspomnień nie wszystkie pseudonimy sobie przypominam - gdzie pamiętam
nazwisko i pseudonim to tak będę pisał, a gdzie pamiętam tylko pseudonim, to będę używał
pseudonimu, lub tylko nazwiska. Będę się starał opisać w swoich wspomnieniach jak najwierniej o
tym z kim działałem, co wiedziałem i w co byłem wtajemniczony w czasie konspiracji i co
dotychczas zapamiętałem.
Dla wiarygodności swoich wspomnień powołuję się na świadków, którzy do tej pory przeżyli i z
którymi współpracowałem. Zaczynam od Służby Zwycięstwu Polski 1940 roku9 Wujec Stanisław z
Gorajca - student Kolegium w Radecznicy, Malinowski Józef z Wólki Czarnostockiej, Mazur
Stanisław z Gruszki Zaporskiej, Łukasi[k?] Stanisław ps. "Ryś" z Zaporza, Łukaszczyk Józef, ps.
"Szmit" z Sułowca, Bogdan Strusiński były właściciel piekarni i żywiciel wszystkich partyzantów
na naszym terenie, porucznik z oddziału "Podkowy" Armii Krajowej - Sikora Lucjan z Gorajca , też
były student z Radecznicy, Aldbaum/Altbaum Tadeusz (obecnie Duniec) z Gorajca Wyłupek
Stanisław z Sąsiadki - były komendant Batalionów Chłopskich na powiat zamojski, Grabowski
Antoni, ps. "Tosiek" - oficer sztabowy przy Komendzie Okręgu w Lublinie, Krzeszowiec
9
organizacja formalnie istniała od 13 listopada 1939, faktycznie od 19 grudnia 1939 roku - pod okupacją sowiecką,
od 4 - 5 stycznia 1940 pod okupacją niemiecką. Później została przemianowana w Związek Walki Zbrojnej.
Dowódcą S. Z.P był gen. brygady Michał Karaszewicz - Tokarzewski. wg. A. K. Kunert. Ilustrowany przewodnik po
Polsce podziemnej 1939 - 45. Warszawa 1996 s. 443 - 444
Bronisław, ps. "Gołąb" - dowódca plutonu oddziałów leśnych Batalionów Chłopskich. Soboń
Aleksander, ps. "Wicher" - dowódca oddziału leśnego BCh, Petnyk Feliks, ps. "Kmieć" - dowódca
oddziałów specjalnych BCh, Madej Tadeusz, ps. "Głaz" z Mokregolipia- dowódca O[ddziałów]
S[pecjalnych], Masaniec Michał, ps. "Podkowa" - II komendant placówki BCh w Zakłodziu,
Tomaszewski Jan z Sąsiadki, były komendant BCh na gminę Sułów, Pastuszek Władysław, ps.
"Herc" - komendant placówki w Podlesiu. Safarzyński Bolesław, ps. "Wera" z Gorajca, podchorąży
BCh" Zybała Stanisław , ps. "Pilot" - były komendant L. B. S,10 Tokarz Bolesław, ps "Sokół" partyzant z oddziału "Huragana" i "Gołębia"" Komornik Jan, ps. " Rokowicz" z Podborcza komendant placówki BCh w Podborczu i dowódca Batalionu, Basiak Jan z Sąsiadki - członek O. S.
Łukasik Stanisław,ps. "Ryś" z Zaporza - komendant placówki w Zaporzu, Helena Łapińska
(Walantowska) - działaczka LZK11 i Czerwonego Krzyża, jak też sanitariuszka z Zaburza" Kondrat
Stanisław, ps. "Szary" - partyzant AK z Hoszni Ordynackiej, Siemczyk Stanisława z Zaporza,
partyzant AK i cały szereg osób, które żyją, a których nie sposób tu wymienić, gdyż byłaby to długa
lista.
***
Do listopada1941 na terenie naszej gminy było zaprzysiężonych około 35 osób, a gdy w listopadzie
1941 roku powstały Bataliony Chłopskie, to do połowy 1942 roku było zaprzysiężonych około 50
osób łącznie z komendantami placówek, jak też i piątki politycznej. Stopniowe werbowanie zaczęło
się dopiero od połowy 1942 roku, zaś masowe werbowanie od połowy1943/1942 roku, do czasów
wyzwolenia.
Dalsze moje wspomnienia będą zawierały tylko moją działalność, i to, co w tym skrócie mogłem
wiedzieć. Bo w czasie konspiracji nie wszystko można było wiedzieć, gdyż działalność tajnej
organizacji polegała na tym, ażeby jak najmniej osób było wtajemniczonych w jakąś akcję. Czasem
nawet sprzysiężeni członkowie nie mogli wszystkiego wiedzieć. Mam taki przykład z Milanowskim
- komendantem gminnym BCh - choć razem działaliśmy, to on gdzieś wysyłał ludzi ze swego
terenu, a ja w to nie byłem wtajemniczony, a jeżeli ja gdzieś wysyłałem na polecenie komendanta
powiatowego swoich ludzi do jakiejś akcji, to Malinowski też nie wiedział o tym. Bywało tak, że
obaj uzgadnialiśmy sprawy i obaj o jednym wiedzieliśmy.
***
Mam wielki szacunek dla tych moich kolegów, którzy wstąpili wcześniej czy też przy końcu
konspiracji, gdyż decyzja wstąpienia i zaprzysiężenia się w organizacji była moim zdaniem wielkim
poświęceniem i bohaterstwem. Bo przecież każdy z nich zdawał sobie sprawę z tego czym to
groziło, że narażał nie tylko siebie samego, ale i swoją rodzinę i swoich najbliższych; każdy z nich
miał swoje przeżycia, nawet chwile kiedy stała śmierć przed oczami.
Druga wojna światowa 1939 roku zastała mnie w domu, gdyż mój rocznik 1919 nie odbywał
jeszcze czynnej służby wojskowej. Mój starszy brat Michał - rocznik 1900 został zmobilizowany do
9 pp. W Zamościu.
Pierwsze dni wojny przeżywałem w ogromnym podnieceniu - 3 września pojechałem rowerem
do Zamościa ażeby zobaczyć się jeszcze z bratem przed wyjazdem na front. Napięcie w Zamościu
było ogromne, kompanie wojska odchodziły z koszar do stacji kolejowej - ludność Zamościa
żegnała wojsko owacyjnie. Na trasie od koszar do stacji kolejowej chodniki po obu stronach szosy
były obstawione przez ludność, która witała i żegnała wiwatując; zasypywała kwiatami żołnierzy.
Ogromnie to przeżywałem stojąc na ulicy Akademickiej koło Starostwa, patrząc na tych żołnierzy,
którzy odchodzili na front. Przeżywałem to tym bardziej, że bywałem kilkakrotnie na defiladach
10
11
Ludowa Straż Bezpieczeństwa - formacja zbrojna, utworzona z tych, którzy weszli w składa Wojska Polskiego
konspiracyjnego, pozostający w strukturach niescalonych; Jan Krukowski był wówczas zastępcą komendanta
gminnego BCh. O tych czasach i problemach pisze dość obszernie Jan Grygiel w książce "Związek Walki Zbrojnej i
Armia Krajowa na Zamojszczyźnie..." - relacja Stanisława Zybały
Ludowy Związek Kobiet - konspiracyjna organizacja kobiet związana z ruchem ludowym i BCh. Istniała na terenie
całej ówczesnej Polski, w tym i na terenie gminy - relacja Stanisława Zybały.
wojskowych, które odbywały się w czasie uroczystości państwowych na tym samym miejscu gdzie
teraz stałem żegnając ukochane przez naród wojsko. Później pojechałem do koszar i zobaczyłem się
z bratem, który był przydzielony do kompanii wartowniczej i na front nie odjechał.
Gdy wracałem rowerem do domu na ulicy Akademickiej znów był stan radosny, bo radio podało
wiadomość, że Francja i Anglia wydały wojnę Niemcom, i że nasze samoloty miały już sukcesy na
froncie. W drodze powrotnej nie czułem zmęczenia - byłem ogromnie podniecony tym wszystkim
co widziałem i słyszałem w Zamościu, i pełen nadziei, że wojna niedługo się skończy i zwycięstwo
będzie po naszej stronie. 8 września moja mama i bratowa przyszykowały jakąś paczkę z
żywnością, ażeby ją zawieść bratu do Zamościa i znów wybrałem się rowerem do Zamościa by
zobaczyć się z bratem. Po przyjeździe brata w koszarach już nie zastałem - dowiedziałem się, że
kompania wartownicza w której był mój brat kwateruje w szkole na ulicy Lwowskiej naprzeciwko
Ubezpieczalni Społecznej. Gdy rozmawiałem z bratem nastąpił alarm lotniczy - skryliśmy się do
rowów, które wykopano koło szkoły i tak przeżyliśmy pierwszy nalot samolotów niemieckich.
Bomby spadły na stację kolejowa i na szosę między szkołą a Ubezpieczalnią, niedaleko od naszych
rowów.
Po odwołaniu alarmu gdy wyszliśmy z rowów spotkałem się z Mamoną Pawłem i Żukiem
Pawłem - obaj z Radecznicy, którzy też byli w tej kompanii razem z bratem. W powrotnej drodze w
Płoskiem znów przeżyłem alarm lotniczy - samoloty niemieckie bombardowały nasze wojskowe
lotnisko zrzucając parę bomb. Kryjąc się do rowu w alejce pod drzewami, która biegła od szosy do
folwarku w Płoskiem zobaczyłem kilku policjantów - uciekinierów na motocyklach, którzy też się
skryli. Z rozmowy policjantów zorientowałem się, że sytuacja jest niewesoła. Rozmawiali między
sobą, że wojsko nasze wycofuje się na wszystkich frontach w głąb kraju, i że cały szereg miast
polskich jest już w rękach niemieckich. Opowiadali też jak lotnicy niemieccy ostrzeliwują ludność i
uciekinierów których pełno na wszystkich drogach. Jadąc dalej przekonałem się, że tak jest
rzeczywiście, gdyż po drodze mijałem wielu uciekinierów, którzy kierowali się na wschód.
Chociaż to wszystko widziałem i słyszałem 8 września w Zamościu, co sprawiało bardzo
przygnębiające wrażenie i które ja odczuwałem, to jednak wierzyłem że to tylko chwilowe nasze
załamanie się frontu, i że w niedługim czasie wojska nasze odzyskają utracone pozycje. Radio
wciąż nawoływało ażeby ludność przełapywała szpiegów i dywersantów.
Mój brat był sołtysem i był u nas telefon w domu - ktoś przyleciał ze wsi i powiedział, ze kręci
się jakiś żołnierz z karabinem; więc ja skoczyłem na rower i pojechałem we wskazanym kierunku.
Dogoniłem go i zatrzymałem - był już za wioską na górze i kierował się w stronę Szperówki.
Zeskoczyłem z roweru i zatrzymałem go, lecz on nie stawiał żadnego oporu - wylegitymowałem go
i oświadczyłem mu, że w myśl zarządzenia władza i stanu wojennego jestem zmuszony
odtransportować go na posterunek policji w Radecznicy, zgodził się od razu i oddał mi karabin, a ja
odprowadziłem go na posterunek do Radecznicy. Na posterunku komendant przesłuchiwał go z
jakiego jest pułku i gdzie został jego pułk rozbity. Tłumaczył że jest z ugrupowania "Armii Lublin"
i że zostali rozbici w Annopolu nad Wisłą. Pożegnałem się z komendantem i odjechałem do domu.
Przez następne dni coraz więcej takich żołnierzy zaczęło się wałęsać po wioskach, ale nikt już nie
zwracał na to uwagi.
17 września do naszego domu przyszło na nocleg trzech żołnierzy w pełnym uzbrojeniu; w
czasie rozmowy z nimi znów ktoś przyszedł i mówi, że słyszał przez radio, że wojska sowieckie
przekroczyły naszą granicę. Następnego dnia wiadomości te sprawdziły się i bardzo mnie to
zdziwiło, bo z Sowietami mieliśmy pakt o nieagresji. Więc jeden z tych żołnierzy - pamiętam to
nazwisko - nazywał się Siudak Edward, miał silny akcent śląski i coraz to powtarzał: "o Boże jakaż
to posna wojna i te już koniec z wojno. Trzeba wracać do domu". I zwrócił się do mnie - postaraj
się o cywilne ubranie dla nas, a my ci to wszystko zostawimy i przebierzemy się za cywilów.
Poszukałem im ubrań - przebrali się i zostawili mi całe wyposażenie wojskowe; pozostali tylko
w bieliźnie i butach. Siudak Edward pozostawił mi też zdjęcia, które do dziś mam - pochodził z
Będzina, ulica Okrzei 6. Pożegnaliśmy się i odeszli. Pozostawione przez nich wyposażenie
wojskowe przykryłem sianem tam, gdzie spali. Na drugi dzień poszedłem żeby to gdzieś
przechować i stwierdziłem, że z tych pozostawionych rzeczy pozostał tylko jeden karabin, który był
głębiej w sianie; resztę ktoś zabrał - a było tego sporo.
Wyposażenie pozostawione przez Edwarda Siudaka i jego kolegów: i trzy mundury, trzy łopatki,
trzy gaz - maski, trzy pasy, sześć ładownic z nabojami i dwa karabiny. Dopiero podczas zabierania
broni po dwu latach do naszej organizacji przypadkowo dowiedziałem się, że to wszystko zabrali
nasi sąsiedzi; po dwu latach broń ta trafiła z powrotem w [moje] ręce, a mundury były już przez
nich zniszczone.
Gdzieś około 20 września, gdy Niemcy byli już koło nas dotarł do Zaburza jakiś oddział i część
sztabu. Jeden samochód ciężarowy zostawili w lesie za wioską; część żołnierzy zwolnili - kto chciał
odejść do domu, a kilku na koniach pozostało przy nich - byli to ci, którzy nie chcieli wracać do
domu tylko nadal walczyć. Oficerowie tłumaczyli im, że mają zamiar przedostać się do granicy
węgierskiej czy też rumuńskiej. Nad ranem zakwaterowali na ubocznym miejscu naszej wioski u
Górniaka Jana. By zasięgnąć wiadomości przyszedł do nas jako do domu sołtysa jeden z oficerów pamiętam nazywał się porucznik Bączkowski.
Po dłuższej rozmowie zapytał mnie czy bym się zgodził pojechać rowerem na zwiad w stronę
Frampola i Korytkowa i obserwować przez parę godzin szosę i jaki ruch jest na szosie Janów Frampol - Biłgoraj. Wyraziłem na to zgodę - zjadłem śniadanie i pojechałem rowerem przez
Komodziankę, Teodorówkę, Wólkę Radzięcką, Kąty i Sokołówkę. Za Sokołówką obserwowałem
szosę, ale nie zauważyłem żadnego ruchu na niej. Dojechałem do niej i tą szosą jechałem w stronę
Korytkowa Małego, a później do Korytkowa Dużego.
Po drodze wypytywałem o Niemców - tłumaczono mi, że w nocy po tych wioskach Niemcy
kwaterowali, a nad ranem wszyscy odjechali w stronę Biłgoraja, i chociaż było już dobrze po
południu na szosie od rana nie było widać żadnych pojazdów, co też osobiści stwierdziłem. Gdy
wróciłem do domu czekał już na mnie porucznik Bączkowski, któremu opowiedziałem co
zaobserwowałem w tym terenie, gdzie mnie wysłał.
Wyjął mapę - dłuższy czas się przyglądał, a później zapytał mnie czy bym się zgodził
wieczorową porą przeprowadzić ich do tej szosy i przez tę szosę między Frampolem a Korytkowem
na co się zgodziłem. Miałem, gdy zacznie się ściemniać przyjechać rowerem do Górniaka, żebym,
gdy się już dobrze ściemni wyruszyć z nimi. Gdy zaczęło się ściemniać pojechałem do Górniaka w samochodzie siedzieli jacyś wyżsi oficerowie - jakiej rangi nie wiem, bo nie było widać. Była
jedna furmanka taborowa na która kazał mi porucznik położyć rower i obaj usiedliśmy na tej
furmance; furmanił jakiś żołnierz szeregowy. I tak w szyku ubezpieczonym przez paru żołnierzy na
koniach na przedzie, a kilkadziesiąt metrów za nimi my na tym wozie, a znów kilkadziesiąt metrów
dalej samochód z oficerami - ruszyliśmy od Górniaka przez Dzielce, Gorajec - Zagroble,
Czarnystok, Trzęsiny - z Trzęsin na Pulczynów przez Kąty, Rzeczycę i Sokołówkę. Za Sokołówką
przeprowadziłem ich przez szosę i po drugiej stronie - między Frampolem a Korytkowem Małym w
odległości jakieś 200 metrów od szosy zatrzymaliśmy się. W samochodzie grało radio i był
nadawany komunikat po polsku z jakiejś zagranicznej stacji - bo nasze radio Warszawa już nie
nadawało.
Potem spiker mówił, że Westerplatte broni się jeszcze. Oficerowie ci nie wychodzili z
samochodu; po krótkim odpoczynku zdjąłem rower z furmanki i przy pożegnaniu porucznik
wręczył mi 20 złotych - nie chciałem przyjąć , lecz oświadczył mi, że mają jeszcze sporo pieniędzy
i nie wiadomo co się z nimi stanie. Gdy wróciłem do domu był już mój brat, który przyszedł z
Zamościa, gdyż Niemcy już tam wkroczyli.
W czynnej służbie, gdy wojna wybuchła byli z Zaburza: Stanisław Dymek, Jan Hanaka s. Pawła,
Jan Chrust, Jan Szczerba - zwany "Nastka", Jan Kurek s. Tomasza, Jan Maciąg, Jan Sitarz s.
Franciszka, Stanisław Krukowski s. Franciszka, Wojciech Kruk, Jan Chwiejda s. Franciszka;
zmobilizowani zostali: Stanisław Murawiec, Michał Krukowski, Jan Chadam, Marcin Furmanek,
Jan Cigecka, Jan Górniak, Jan Walczak s. Wojciecha, Jan Walczak s. Pawła, Marcin Kurek, Antoni
Rudnicki, Stanisław Rudnicki, Józef Flak, Stanisław Hanaka. Do niewoli niemieckiej dostali się: i
Jan Chwiejda, Stanisław Murawiec, Jan Sitarz. Rannymi zostali: i Jan Hanaka s. Pawła - który
przebywał w szpitalu w Wejherowie i Józef Flak - ranny został w bitwie pod Tomaszowem
Lubelskim; Stanisław Zybała zabity został przez dywersantów ukraińskich w Tarnobrzegu i tam
został pochowany na miejscowym cmentarzu. W osobie Stanisława Zybały wioska nasza straciła
naprawdę wartościowego człowieka - był naczelnikiem straży pożarnej przez kilkanaście lat do
samej wojny. Był to człowiek humoru i dowcipu i doskonały organizator. Chwiejda Jan s
Stanisława i Murawiec Stanisław wrócili do domu po pięcioletniej niewoli niemieckiej, jak też i
Sitarz Jan s. Franciszka; zaś Jan Zych, Kurek Stanisław s. Franciszka i Kurek Stanisław s. Jana
zostali internowani przez wojska sowieckie - później dostali się do armii Andersa i walczyli pod
Monte Cassino. Stanisław Kurek s. Franciszka walczył o wyzwolenie Holandii jako skoczek i tam
przebywa do dzisiaj; Zych Jan wyjechał do Kanady, Kurek Stanisław s. Jana wrócił po wyzwoleniu
wrócił do domu - zmarł w październiku 1983 roku. Pozostali z Zaburza którzy brali udział w
kampanii wrześniowej powrócili prócz tych wymienionych powyżej do domu.
***
Zaczęła się koszmarna noc okupacji - Niemcy zaczęli organizować nowe władze administracyjne i
wydawać nowe zarządzenia - dotyczyły one: po pierwsze zdawania broni i wszystkiego sprzętu
wojskowego. Następnie zdawania przez różne organizacje, które działały do wojny wszelkiej
dokumentacji i pieczątek.
Ponieważ byłem skarbnikiem w Kole Młodzieży wiejskiej "Siew" więc zawiozłem do gminy w
Radecznicy książkę kasową i pieczątkę - karabin zaś, który mi został po tych żołnierzach
zasmarowałem wazeliną i zakopałem z myślą , że kiedyś się przydać.
Nastąpiły długie wieczory jesienne i straszne przygnębienie. Po doznanej klęsce po prostu nie
mogło się pomieścić w głowie że w ciągu paru dni straciliśmy Ojczyznę i wolność; a przecież
czytało się w prasie i słuchając radia wciąż powtarzało, że jesteśmy silni i zwarci i gotowi, że nie
oddamy nie tylko płaszcza ale i guzika od niego. Każdy chciał wierzyć tym banalnym słowom.
Poświęcano karabin maszynowy, na który ludzie oddali ostatnią złotówkę - ludność śpieszyła z
pomocą, ale tej redukcji nie widać ani w magazynie ani na żołnierzu.
Każdy pragnął jakichś wiadomości z frontu zachodniego, ale te wiadomości były niedostępne,
gdyż nie było radia ani gazet. Wszystko, co się słyszało to było wyssane z palca - po prostu plotki,
bo jak się później okazało, to nie było prawdą. Ale najmniejsza wiadomość, jakaś pociecha o
postępach wojsk francuskich była jakąś nadzieją i wydawało się, że wszystko to, co się widzi,
panoszenie się Niemiec jest tylko chwilowe i gdy nadejdzie wiosna 1940 roku to Francuzi i Anglicy
pokonają Niemców. Bo w okresie międzywojennym dużo się mówiło, czytało i słyszało o micie
armii francuskiej, która miała być niepokonana, ponieważ posiadała najlepsze uzbrojenie i
wyszkolenie, jako też najlepszą kadrę oficerską i nie do zdobycia słynna linię Maginota. Wśród
ludności na wsi było wielkie zainteresowanie; każdy tylko nasłuchiwał i dowiadywał się jakie są
wiadomości i co się dzieje na froncie zachodnim. Ile krążyło w tym czasie wiadomości i różnych
plotek, to spisać by można całą księgę - chociaż to było wszystko nie prawda, to jednak podnosiło
społeczeństwo na duchu; widać było na każdym kroku to zainteresowanie i potęgujący się
patriotyzm w narodzie.
Gdzieś w listopadzie 1939 roku będąc w Szczebrzeszynie spotkałem się z Edwardem
Cichońskim - intendentem szpitala w Szczebrzeszynie; znałem się z nim bardzo dobrze, gdyż był
prezesem Koła Młodzieży Wiejskiej "Siew"; jeździłem z nim do Lublina w 1938 roku na zjazd
wojewódzki zwany wtedy "Okrężne Lubelskie". Spotykaliśmy się w Zamościu świetlicy
młodzieżowej, która była przy kinie stylowym na piętrze, gdzie również mieściły się biura Zarządu
Powiatowego Koła Młodzieży wiejskiej "Siew"; ale najczęściej widywaliśmy się w świetlicy Koła
"Siewu" w Szczebrzeszynie, gdzie obecnie znajduje się aparat rentgenowski przy szpitalu.
Cichoński będąc intendentem tegoż szpitala również tam urzędował, w tej świetlicy, a my młodzież
zorganizowana w Kołach "Siewu" tam zjeżdżaliśmy się przed wojną do tej świetlicy z okolic
Szczebrzeszyna jak: Żurawnicy, Brodów, Kawęczyna, Deszkowic, Podlesia, Zaburza i Sułowca.
Po spotkaniu się na mieście, Cichoński poprosił mnie do swego biura w szpitalu i zaczęliśmy
rozmawiać; podczas naszej rozmowy nadszedł dr Klukowski i Cichoński przedstawił mnie, że
jestem z Zaburza. Dr Klukowski usiadł i zaczął mnie wypytywać, jaka jest sytuacja na wsi, co
ludność mówi na temat poniesionej klęski, i czy łakną jakichś wiadomości na temat działań
wojennych na zachodzie i sytuacji w kraju.
Ja odpowiedziałem, że ludność na wsi nie załamuje się i że każdy wierzy i żyje nadzieją, że na
wiosnę lub w lecie wojna się skończy. W czasie naszej rozmowy przywieziono jakąś kobietę z
porodem, dr Klukowski pożegnał się ze mną i wyszedł - ja pozostałem z Cichońskim i w toku
naszej dalszej rozmowy wręczył mi wiadomości radiowe na bibule. Cichoński powiedział do mnie,
ażeby zbierać broń i amunicję, magazynować je, a z nim utrzymywać kontakt i raz w tygodniu
przyjeżdżać po wiadomości radiowe. Ucieszony tym spotkaniem i po otrzymaniu tych wiadomości
wiozłem je do domu jak wielki skarb. Po przyjeździe do domu dałem do przeczytania bratu mojemu
- Michałowi, szwagrowi Chwiejdzie Janowi z Latyczyna i memu najlepszemu koledze Michałowi
Rudnickiemu, do którego miałem największe zaufanie (z Michałem przez dłuższy czas
pracowaliśmy w Zarządzie Koła Młodzieży "Siew"; on pełnił funkcję sekretarza, ja byłem
skarbnikiem, był on naprawdę ceniony i politycznie wyrobiony w naszej wiosce), opowiedziałem
mu cały przebieg naszej rozmowy z Cichońskim i doktorem Klukowskim przy pierwszym
spotkaniu z nimi, gdzie z Cichońskim omawialiśmy sprawę zbierania broni i amunicji, oraz jej
magazynowanie. Bardzo go to podniosło na duchu i zwierzył mi się, że ma karabin, amunicję i
gdzie to wszystko obsługuje. I tak się zaczęło nasze konspirowanie; pod koniec - początek grudnia
1939.
Ja raz w tygodniu jeździłem do Szczebrzeszyna do Cichońskiego i przywoziłem wiadomości
radiowe, które rozprowadzałem wśród znajomych i zaufanych na terenie naszej gminy i swojej
wioski. Nawiązałem też kontakt w Radecznicy z Michałem Marchewką z Gaju Gruszczańskiego,
który był moim bliskim kuzynem i pracował w gminie przy referencie podatków. Chociaż w tym
czasie nie byłem jeszcze przez nikogo zaprzysiężony, to utrzymywałem bliskie stosunki w
Radecznicy z sekretarzem Henrykiem Waśniewskim, który przed wojną bywał bardzo często u nas
w domu, gdyż brat mój był sołtysem i bardzo się z bratem przyjaźnili. Sekretarz Waśniewski
zainstalował u nas telefon, co było rzadkością w tamtych czasach, aby był telefon na wsi.
Jednocześnie muszę zaznaczyć, że linie telefoniczne były przeprowadzone do prawie wszystkich
sołtysów w gminie. Gdy zaistniała jakaś pilna potrzeba zawieźć do starostwa w Zamościu jakąś
pilną pocztę, to Waśniewski dzwonił do brata, ażebym przyjechał do gminy i zawiózł ją rowerem,
za co mi z góry płacił.
***
Chociaż nie miałem wykształcenia, to jednak bardzo szybko nawiązałem kontakty z naszą
inteligencją na terenie gminy, i tak: z Henrykiem Waśniewskim - sekretarzem gminy, Mazurem
Stanisławem z Gruszki Zaporskiej, który był geodetą i przeprowadzał komasację, z księdzem
proboszczem Masztelarzem z Mokregolipia, z kierownikiem szkoły w Zaburzu - Jaśniewskim
Władysławem, kierownikiem szkoły w Latyczynie - Wacławem Roszukiem, z nauczycielem Gutkowskim Tomaszem, z księdzem zakonnym Krukowskim z Zaporza, który ukrywał się u nas w
Zaburzu u Smarkali Pawła, z Hanaką Janem, który był klerykiem i wrócił do domu.
Nawiązałem też kontakty ze studentami, którym wojna przerwała naukę: Wójcem Stanisławem,
Sikorą Lucjanem, Aldbumem/Altbaumem(?) Tadeuszem, Hołotą Stanisławem, Szafarzyńskim
Bolesławem12 - wszyscy z Gorajca. Z Madejem Tomaszem z Mokregolipia, Ferencem Tomaszem 12
Szafarzyński Bolesław (7. o5. 1919 – 7.08. 19880, ps. "Wera" urodził się w Gorajcu, gmina Radecznica, pow.
zamojski. Po ukończeniu szkoły podstawowej w Gorajcu, wstąpił do Gimnazjum Serafickiego w Radecznicy, po
czym wyjechał do Warszawy gdzie ukończył Liceum Kolejowe uzyskując tytuł technika. Brat udział w kampanii
wrześniowej 1939 r. uczestnicząc w oddziale skoczków spadochronowych. Prawie całą wojny spędził na
Zamojszczyźnie uczestnicząc czynnie w ruchu oporu AK - BCh. Ukończył z wyróżnieniem (trzecia lokata) Leśną
Szkołę Chorążych. Jej komendantem był por. Michał Wawryk ps. Ikar. (skazany także na karę śmierci zamienioną
na dożywocie i w 1956 r. zwolniony z więzienia).Jesienią 1945 r. wyjechał razem z żoną Helena (z domu Rakówna
z Podborcza) do Olsztyna. Pracował początkowo jako kierownik Wodociągów Miejskich a następnie zastępca
dyrektora Dyrekcji Przedsiębiorstw Miejskich obejmujący min. gazownię, wodociągi i kanalizację, zakład
oczyszczania miasta. Od samego początku pobytu w Olsztynie podjął legalną działalność w Polskim Stronnictwie
Ludowym. Aresztowany 4 czerwca 1947 r. Po wielomiesięcznym śledztwie, któremu towarzyszyły niesamowite
inżynierem drogowym, który do wojny pracował w Brześciu nad Bugiem, a w czasie wojny wrócił
do Zaburza do swego szwagra Krukowskiego Jana, z Antonim Grabowskim - kapralem
zawodowym 50 pp. w Kowlu, który również wrócił z wojny i mieszkał u swego wuja Olecha
Stanisława , z Malinowskim Józefem z Wólki Czarnostockiej.
W tym to czasie - początek listopada 1939 roku powstały tak zwane "trójki" i "piątki", które to
pomiędzy sobą się kontaktowały i przekazywały sobie wiadomości radiowe, czy ustne.
Komendantem gminnym był w tym czasie sekretarz Urzędu Gminnego - Henryk Waśniewski, i z
jego polecenia siatkę na terenie zaczął organizować braciszek zakonny z Radecznicy - Apolinary,
który również na terenie Gorajca nawiązał kontakt z Wójcem Stanisławem. W trójkach w tym
czasie byli: Waśniewski Henryk jako komendant gminny Służba Zwycięstwu Polski, Marek Józef,
kapral zawodowy 3 pal w Zamościu, Piotrowski Jan z Radecznicy, Kasza Jan z Zaporza, Siemczyk
Stanisław z Zaporza, Strusiński Bogdan z Radecznicy, Batorski Melchior z Radecznicy - łącznik
przy komendancie Waśniewskim, Marchewka Michał z Gaju Gruszczańskiego, Zdunkiewicz
kierownik, Jan Macią - sołtys z Radecznicy, Komornik Jan z Podborcza, Kuba Żuk z Radecznicy,
Zawiślak Jan i Zawiślak Michał plut. marynarki wojennej, Oleszek Tadeusz z Radecznicy- gminny
łącznik, Batorski Józef z Zaporza, Batorski Michał z Zaporza, Batorski Antoni z Radecznicy,
Jachymek Bolesław z Radecznicy, Stefan Polski z Radecznicy, Winiarczyk Władysław z Latyczyna
- podoficer zawodowy żandarmerii, Zawiślak Marian z Radecznicy. 10 listopada nastąpiło pierwsze
aresztowanie księży zakonnych w Radecznicy - O. Duklana Michnara i O. Puklickiego Stefana.
Chociaż w tym czasie organizacja na terenie naszej gminy zaczęła dopiero kiełkować, to jednak
dało nam do zrozumienia, że trzeba zachować wielką ostrożność.
I tak przy różnych spotkaniach prowadziliśmy rozmowy jak też i przekazywaliśmy sobie
nawzajem wiadomości radiowe, które ja przywoziłem ze Szczebrzeszyna, to im przekazywałem, a
jeśli z tych którzy byli wtajemniczeni dostał wiadomości z innego źródła, to były przekazywane
sobie nawzajem. Ja, chociaż utrzymywałem z wyżej wymienionymi kontakty nie byłem
zaprzysiężony, gdyż tłumaczyłem im, że mam inne powiązania ze Szczebrzeszynem, a nie byłem
też w tym czasie zaprzysiężony przez Cichońskiego, gdyż tłumaczył mi, że złożę przysięgę w
odpowiednim czasie. Z nim mam utrzymywać łączność aż do złożenia przysięgi i przyjeżdżać nadal
raz w tygodniu po wiadomości radiowe. Ponieważ nadal każdy pragnął tych że wiadomości, to
często bywało, że chodziłem i pieszo do Szczebrzeszyna, nawet wtedy, kiedy padał deszcz lub
śnieg.
27 maja 1940 roku Gestapowcy aresztowali sekretarza gminy - Henryka Waśniewskiego i jego
kolegę z wojska, który był oficerem zawodowym i ukrywał się pod przybranym nazwiskiem jako
Prifer w zabudowaniach w Podlesiu Małym po byłym Priferze13, który był leśniczym; dawniej las
"Łysiec" należał do Ordynacji Zamojskiej. W Podlesiu Małym były zabudowania i leśniczówka,
gdzie urzędował personel leśniczy. Przed wojną, w 1930 roku w zabudowaniach tych mieszkał
naczelnik lasów hrabiego Zamojskiego, który przeszedł na emeryturę w 1937 roku; gdy Prifer
zmarł, w zabudowaniach tych nadal do wojny zamieszkiwała jego żona - Laura Prifer. Waśniewski
pełniąc funkcję komendanta gminnego ukrył w tych zabudowaniach swego kolegę z wojska; byli
razem na szkole [wojskowej?] i zrobił mu lewy dowód na nazwisko Prifer, jako syn po zmarłym
Priferze; oficer ten nazywał się Murgała Paweł i pochodził ze Śląska. Drugiego kolegę oficera
Waśniewski zatrudnił w urzędzie Gminy. Oficer ten nazywał się Płaneta; obaj byli podporucznikami
i do wojny pełnili służbę w 9 pp. w Zamościu.
13
tortury, stanął przed Wojskowym Sądem Rejonowym w pierwszym w Polsce procesie pokazowym działaczy
Polskiego Stronnictwa Ludowego w Olsztynie. Skazany na karę śmierci zmienioną w drodze "łaski" na dożywotnie
więzienie. Nie objęła go żadna amnestia. W listopadzie 1956 r. - po odwilży październikowej - został zwolniony na
tzw. przerwę w odbywaniu kary po której już nie wrócił do więzienia. Po upadku komunizmu Najwyższy Sąd
Wojskowy na sesji wyjazdowej w Olsztynie całkowicie go zrehabilitował. Po powrocie z więzienia podjął pracę
jako architekt w Wojewódzkim Biurze Projektów Budownictwa Wiejskiego w Olsztynie, gdzie pracowała do
emerytury. Miał dwoje dzieci: córkę Krystynę rocznik 1947 informatyk i syna Mariusza rocznik 1958 - architekt. Po
długich i ciężkich cierpieniach zmarł 7 sierpnia 1988 r, pochowany (razem z żoną) na cmentarzu komunalnym w
Olsztynie przy ulicy Poprzecznej. (Bolesław Rak)
Władysław Prüffer, były naczelnik lasów O[rdynacji] Z[amoyskiej]. Zmarł w Podlesiu 13. XII [19] 31 R.
przeżywszy lat 72 – napis z nagrobka znajdującego się na cmentarzu w Zwierzyńcu
Waśniewski i Prifer zginęli na rotundzie w Zamościu w maju 1940 r. Wydał ich do Niemców
wygnaniec, który pochodził z Poznańskiego; nazywał się Musielski.14 Po tych aresztowaniach dało
nam do zrozumienia, że cios zadany przez okupanta był dobrze wymierzony i zadany, i trzeba się
liczyć z tym, że znów ktoś z nas może wpaść w ręce Gestapo.
Po zaaresztowaniu Waśniewskiego przy końcu maja 1940 roku przybył do Zaburza i zamieszkał
u Ferenca Jana - Piotr Gromski pseudonim "Bohun" ze Szczebrzeszyna. Ponieważ Michał Rudnicki
był sąsiadem z Ferencem, nawiązał z "Bohunem" kontakt; po ich spotkaniu przyszedł do mnie
Rudnicki i mówi mi, ze u Ferenca Jan jest jakiś gość ze Szczebrzeszyna i proponuje założenia siatki
organizacyjnej i zaprzysiężenie jej. Aby się upewnić pojechaliśmy z Rudnickim do Szczebrzeszyna
i w rozmowie z Cichońskim oświadczyliśmy mu, że chcemy, aby nam zaopiniował "Bohuna", który
pochodzi ze Szczebrzeszyna, a teraz ukrywa się u nas w Zaburzu. Intendent Cichoński powiedział
nam, że "Bohun" jest skierowany przez organizację i jest przez organizację mianowanym
komendantem gminnym na naszym terenie, i ażeby nawiązać z nim kontakt, gdyż on przejął
obowiązki po Waśniewskim, który został aresztowany.
Po powrocie ze Szczebrzeszyna umówiliśmy się z Rudnickim że on się z nim skontaktuje. Po
spotkaniu się Rudnicki przez Bohuna został zaprzysiężony, a z kolei ja zostałem zaprzysiężony
przez Rudnickiego nie kontaktując się z Bohunem. I tak w czerwcu 1940 roku zawiązała się się już
organizacja Służba Zwycięstwu Polski zaprzysiężona na terenie wsi Zaburze. Następnie Rudnicki
zaprzysiągł Grabowskiego Antoniego - zawodowego kaprala, który zamieszkiwał u nas w Zaburzu,
a ja Ferenca Tomasza, inżyniera drogowo - wodnego.
Działalność nasza zaczęła się od tego ażeby zbierać broń i amunicję, magazynować ją, jak też
kolportować wiadomości radiowe i prasę organizacyjną, która już w tym czasie zaczęła się
ukazywać, i między innymi przypomina mi się przemówienie generała Sosnowskiego, które w
czasie przed upadkiem Francji [było] kolportowane i w którym to przemówieniu między innymi
powiedział: "nie warto jest dzisiaj i niełatwo przemawiać wśród ciszy przed burzą, ale dlatego
przemawiam, że wierzę w to, że w niedługim czasie Polska znów powstanie i odzyska swoją
niepodległość. "
Po załamaniu się Armii Polskiej koniec roku 1939 i początek 1940 to rzeczywiście była cisza, bo
któż w tym czasie myślał, że Francja tak szybko będzie pokonana przez Niemców, i że wojna
potrwa poza 5 lat. Po zaprzysiężeniu się z Rudnickim obraliśmy sobie pseudonimy - on "Osa", a ja
"Żwirko". Tomasz Ferenc obrał sobie pseudonim "Rtęć", a Grabowski Antoni - "Tosiek".
22 czerwca 1940 roku Francja podpisuje kapitulację; wiadomość ta uderzyła w społeczeństwo
Polski jak grom z jasnego nieba, co niewątpliwie wpłynęło na morale naszej organizacji i przez
pewien czas wstrzymało nas od werbunku w szeregi naszej organizacji. Jednak kontakty między
nami nadal trwały i z tymi, którzy byli zaprzysiężeni utrzymywaliśmy łączność i kolportowaliśmy
między sobą wiadomości radiowe i prasę konspiracyjną.
27 sierpnia 1940 roku znów nastąpiło aresztowanie w Radecznicy - aresztowani zostali ksiądz
Emil Seroka, Józef Marek - kapral zawodowy i szukano brata zakonnego Apolinarego, który zdążył
14
zamieszkiwał wraz z innymi wysiedlonym w zabudowaniach radecznickiego klasztoru OO. Bernardynów - "Dnia
4.XII.40 p. Musielski klasztornymi końmi pojechał na "Gestapo" do Zamościa i tu nastąpiła dla niego katastrofa. Po
konfrontacji jego z O. Duklanem za uzurpowanie sobie prawa do zezwolenia ojcu Dulkanowi na pobyt w
Radecznicy, za zdradę tajemnicy jako konfident "Gestapo" i szereg innych spraw p. Musielski został aresztowany, a
O. Jan Duklan wrócił do Radecznicy, którą na drugi dzień opuścił. Maj 1942, z obozu w Oświęcimiu wrócił p.
Musielski; jest bardzo wynędzniały i przygnębiony, pozbawiony poprzedniego tupetu; czyżby naprawdę się
zmienił? Po niedługim pobycie w Radecznicy wyjechał z żoną i dwoma synami najpierw do Zamościa a potem do
Lublina"; jego żona pochodząca z rodziny niemieckiej - z domu Wolf otrzymała obywatelstwo niemieckie, i dzięki
niej mąż otrzymał posadę kierownika obozu [na ul.] Krochmalnej (był to obóz w którym dokonywano selekcji
zatrzymanych - na wywózkę do Niemiec, głównie dzieci z terenów Zamojszczyzny, albo do gazu. Na Krochmalnej
znaleźli się m. in Kazimiera z Kapciów Rzepecka ze Szczebrzeszyna wraz z synami Leszkiem i Wiesławem - dzięki
interwencji ks. Franciszka Kapalskiego zostali zwolnieni - relacja Marii z Rzepeckich Lisowskiej, wnuczki
Kazimiery) – napisał o nim w swoich wspomnieniach o. Józef Wacław Płonka, radecznicki bernardyn;
"Wspomnienia z lat 1939 – 1946" (rękopis) dostępne są w Archiwum OO. Bernardynów w Krakowie, kopia
maszynopisu w bibliotece Publicznej Gminy Radecznica w Radecznicy, oraz na stronie internetowej:
www.republika.pl/horajec (w panelu "okupacja").
już zbiec, oraz poszukiwano braci Zawiślaków - Jan i Michała, którzy również zdążyli uciec, ale
ucierpiała na tym żona Jana Zawiślaka - Paulina. Gestapo aresztowało ją na miejscu, mocno pobili
ją w głowę i twarz poranili, następnie zabrali do Zamościa, gdzie siedziała parę miesięcy w
piwnicy. Zabrali także rodzinę Szymańskich, wysiedlonych z Wągrowca - tj. Szymańskiego, jego
żonę i córkę. Byłem z nimi zaprzyjaźniony, gdyż Szymański będąc z zawodu technikiem
budowlanym był bardzo dobrym fotografem; przebywał u nas często w Zaburzu i robił mi zdjęcia,
które dziś posiadam. Bardzo mi się podobała jego córeczka, która miała wtedy 16 lat - po tym
aresztowaniu wraz z ojcem nie wrócili, ona zginęła w Dachau jako królik doświadczalny; matka
wróciła już po wyzwoleniu do Poznania.
W tym czasie został aresztowany mój szwagier - Chwiejda Jan z Latyczyna; był to działacz
ludowy w okresie międzywojennym, który organizował na terenie naszej gminy uroczyste Święta
Ludowe, jak też i wyjeżdżał na te święta do Szczebrzeszyna, czy też do Zamościa. W czasie takich
wyjazdów zawsze jechałem na czele i wiozłem nasza orkiestrę zaburską.15 Pamiętam w roku 1934
jadąc na Święto Ludowe do Zamościa przez Szczebrzeszyn zastąpił nam drogę komendant
posterunku w Szczebrzeszynie - Cymberski, który chciał zatrzymać furmanki które za nami jechały.
Chwiejda wyciął konie, nie chciał się zatrzymać i pojechaliśmy dalej w stronę Zamościa.
Cymberski jednak nie chciał dać za wygraną, siadł na rower, wyminął nas i pojechał w stronę
cukrowni w Klemensowie. Stanął na moście i znów chciał zatrzymać cały konwój. Chwiejda
również nie chciał się zatrzymać - wtedy Cymberski złapał konie za wędzidło, a Chwiejda wstał z
siedzenia i zaczął batem okładać Cymberskiego po rękach. Cymberski wtedy puścił konie i my
ruszyliśmy w stronę Zamościa, a za nami cały konwój, około 100 furmanek - bo po drodze
furmanki z okolic Szczebrzeszyna dołączyły do nas.
Po tym incydencie Chwiejda został aresztowany i dostał trzy miesiące aresztu, jak też był cały
okres do samej wojny prześladowany przez policję granatową. To jego aresztowanie miało coś
wspólnego z tym, że był lewicowych poglądów, i był oskarżony do Niemców jako komunista - tak
mi oświadczył adwokat Ukrainiec - Sewer Krasnopera, który miał wpływy w Gestapo i urzędował
przy Sądzie Okręgowym w Lublinie, a ja robiąc starania o Chwiejdę, gdyż był moim szwagrem
byłem kilka razy u tego adwokata. Po ostatnim pobycie u niego wprost mi oświadczył, że tacy
ludzie jak Chwiejda światła dziennego nie zobaczą, gdyż jest to przedwojenny komunista. Tak też
się stało - z więzienia na Zamku w Lublinie został wywieziony do Oświęcimia, skąd nie powrócił.
Po tych aresztowaniach Chwiejdy i w Radecznicy miałem się na baczności i w domu już nie
nocowałem; przychodziłem do domu tylko na dzień, obawiałem się, że ktoś może nie wytrzymać
przesłuchań jakie Gestapo stosowało wobec Polaków i może sypnąć, bo miałem z tymi ludźmi
powiązanie. Najbardziej obawiałem się szwagra Chwiejdy, gdyż on rzeczywiście przed wojną był
bardzo skrajnych poglądów; utrzymywał z nimi kontakty i dostawał od nich bibułę komunistyczną
razem z Rydzem Pawłem. Rydz Paweł po rozparcelowaniu majątku w Latyczynie zamieszkiwał
czasowo, przez okres budowy [swojego domu?] u mojego szwagra Chwiejdy - toteż oni byli
propagatorami idei komunistycznej. Chwiejda niejednokrotnie dawał mi tę bibułę komunistyczną
do przeczytania, a później w roku 1940 ja jemu dawałem wiadomości i prasę podziemną naszego
Ruchu Oporu. Obawiałem się, dlatego, że Chwiejda mógł być najbardziej przez Gestapo
torturowany, skoro ten adwokat tak oświadczył, że był przedwojennym komunistą... Jednak przeżył
tortury nie zdradzając niczego i nikogo - zginął jako szlachetny patriota i Polak. Tak minął rok 1940
i zaczął się 1941
W roku 1941, a przeważnie w pierwszych miesiącach tegoż roku ograniczyliśmy naszą
działalność tylko do ścisłego grona osób, które były na terenie gminy zaprzysiężone. My w Zaburzu
- Rudnicki Michał, Tomasz Ferenc i Grabowski Antoni nikogo w tym czasie nie do organizacji nie
zaciągnęliśmy zachowując ścisłą konspirację. Porozumieliśmy się jedynie z Cichońskim pojechałem do niego do Szczebrzeszyna w sprawie uniknięcia wywozu na roboty do Niemiec
jednej działaczki podziemnej z naszego regionu - Heleny Łapińskiej. Na moją interwencję u
15
orkiestrę założono w 1926 roku przy zaburzańskim oddziale straży pożarnej; do dziś bierze czynny udział we
wszystkich uroczystościach kościelnych, narodowych i rodzinnych, m. in. 8 czerwca 2003 roku uświetniła
obchody Święta Ludowego w lasku bielańskim k/ Warszawy (informacje podało Polskie Radio program I)
intendenta szpitala, która to funkcję pełnił Cichoński, została przyjęta i pracowała jako pielęgniarka
w szpitalu w Szczebrzeszynie.
W lutym 1941 roku został podrzucony anonim do Gestapo w Zwierzyńcu na Grabowskiego
Antoniego ps. "Tosiek", i Gestapo [przyjechało] do nas, do brata jako sołtysa wypytując się gdzie
taki mieszka. Ja z bratem mieszkałem tylko przez sień i brat wpadł do mnie ażeby skoczyć jak
najszybciej do Olecha Stanisława, gdzie mieszkał Grabowski - "Tosiek", by ten szybko uciekał z
domu, bo Gestapo jest u nas i wypytuje o niego. Skoczyłem na rower i pojechałem zaraz do Olecha,
gdzie mieszkał "Tosiek", i powiedziałem mu ażeby natychmiast ulotnił się - co też uczynił. Wsiadł
na rower i razem pojechaliśmy do lasku zwanego "Zapust", z którego obserwowaliśmy jak Gestapo
z moim bratem szło do Olecha.
Siedząc tak w lesie, chociaż to był luty ale pamiętam, że w tym dniu śniegu nie było,
rozmawialiśmy z "Tośkiem", co mamy robić dalej. "Tosiek" powiedział, że ma znajomych w
Lublinie, i że tam znajdzie jakąś prace i zabierze ze sobą matkę. Na drugi dzień pojechał do Lublina
skąd po paru dniach wrócił. Mówił mi, że dostał pracę na poczcie w Lublinie przy Krakowskim
Przedmieściu jako listonosz. Zabrał od Olecha część swojej garderoby. Po odjeździe "Tośka"
chociaż nikogo w Zaburzu nie zaprzysięgaliśmy, to jednak rozpoczęliśmy akcję propagandową
rozdając ulotki i komunikaty radiowe.
***
Byłem młodym i nie mając zajęcia w domu niemal codziennie przebywałem razem z Rudnickim u
inżyniera Tomasza Ferenca czytając prasę i wiadomości radiowe, jak też przeglądając mapę, gdzie
toczyły się walki, o których informowały komunikaty radiowe niemieckie w "Nowym Kurierze
Warszawskim" i "Gońcu Krakowskim"; informacje te konfrontowaliśmy z naszymi radiowymi,
które otrzymywaliśmy.
W tym czasie było u nas dużo nasiedlonych z poznańskiego, był różny element do którego nie
mieliśmy bardzo zaufania. W większości byli to dobrzy Polacy, ale wśród nich znalazł się architekt
Koperski z Kruszwicy, który mieszkał niedaleko Krukowskiego, u którego mieszkał Ferenc Tomasz
i nie uszło uwagi Koperskiego to nasze codzienne przebywanie u tego inżyniera i ciągłe rozmowy z
nim. Koperski był pijakiem, miał żonę i dwoje dzieci; był na usługach Gestapo, wciągnął również
do tej pracy swojego gospodarza - Chadama Stanisława i zrobił go Volksdeutschem. Ponieważ
Chadam Stanisław miał w tym czasie sklep w Zaburzu z wódką i też mieszkał zaraz po sąsiedzku z
Krukowskim, to obaj - Koperski i Chadam obserwowali nasze rozmowy i spotkania z tym
inżynierem Ferencem, jak również - jak to młodzi zaczęliśmy się dużo afiszować ze swoją
propagandą, czy to w sklepie u Chadama, czy też na wiosce w rozmowie z mieszkańcami Zaburza.
Często Koperski przychodził do nas do domu, niby do brata sołtysa w jakiejś sprawie, i tak stale
między innymi wypytywał się o mnie, a gdy byłem w domu, to nawiązywał ze mną rozmowę,
powołując się, że jest wielkim patriotą - chcąc ze mnie coś wyciągnąć.
Ale ja już wiedziałem i szybko pojąłem jego podwójną grę, wiedziałem też jak mam z nim
rozmawiać i nie trzeba było długo czekać... 30 września 1941 roku o godzinie trzeciej nad ranem
wpadli do naszego domu Gestapowcy i żandarmeria do brata jako do sołtysa, ażeby brat prowadził
ich do Jana Krukowskiego. Ponieważ brat szybko zorientował się o kogo chodzi wpadł na pomysł i
zapytał o kogo im chodzi - przecież wiedział o mojej działalności - i powiedział, że nie wie o
którego im chodzi, gdyż w Zaburzu jest aż pięciu Janów Krukowskich, prosił więc, aby podali imię
ojca, bo nie wie do którego ma ich prowadzić. Oni wtedy zaczęli przeglądać listę i tłumaczyć, że
nie mają na liście podane imienia ojca, więc mówią mu ażeby prowadził po kolei do wszystkich
Krukowskich Janów, jacy są w Zaburzu. Ja spałem w drugim mieszkaniu, które to mieszkanie
dzieliła sień. Gdy wychodzili z bratem z mieszkania słyszałem ich rozmowę i miałem już uciekać,
ale zauważyłem, że przy każdym oknie stał żandarm. Brat jednak miał tyle przytomności, że nie
otworzył [drzwi] do tego mieszkania gdzie ja byłem i oni też nie zaglądali, ale poprowadził ich do
innych Krukowskich Janów.
Najpierw poprowadził ich do tego, co był trochę umysłowo chory i w wiosce nazywano go
"Maćkiem", następnie do drugiego, który był już starszy wiekiem - miał przeszło sześćdziesiąt lat i
nazywano go "właśniem", dalej poszli do trzeciego, który także był starszy wiekiem i nazywano go
"Kwapiszowym Jasiem" - czwartego powiadomiłem i uciekł z domu, a tym piątym byłem ja, o
którego już nie pytali - zadowolili się tymi co zastali ich w domu.
Następnie zabrali Stanisława Rudnickiego - brata Michała Rudnickiego, dwóch Zybałów Janów,
Cichocką Katarzynę, Krukowskiego Tomasza i kazali bratu prowadzić się do Ferenca Tomasza.
Brat wiedział o którego im chodzi, że o tego inżyniera, ale znów ich zapytał o imię ojca, gdyż jest w
Zaburzu dwóch. Oświadczyli, że nie mają imienia ojca - więc brat ich zaprowadził do tego, co był
starszy i kulawy, ale jednak go zabrali. Gdy poszli po tego inżyniera, ten już uciekł z domu. Kiedy
wszystkich zabrali kazali też bratu dołączyć do tych aresztowanych. W tym czasie aresztowali
księdza proboszcza w Mokremlipiu - Masztelarza, Gałęzowskiego Jana z Zakłodzia, Gawlika
Albina - tłumacza z gminy Radecznica, który przed wojną uczył języka niemieckiego w Kolegium i
pracownika z gminy - Płanetę, który był oficerem, a którego zatrudnił sekretarz Waśniewski.
Wszystkich aresztowanych wywieźli do Lublina na Zamek.
Po ich aresztowaniu pojechałem do Lublina do Grabowskiego "Tośka", który mieszkał w tym
czasie na ulicy Dolna Panny Marii ażeby zorientować się jaka jest sytuacja z nimi. "Tosiek"
dokładnie dowiedział się, że są na Zamku i że raz w tygodniu można im będzie dostarczyć paczki z
żywnością. Posiedziałem parę dni w Lublinie u "Tośka", gdyż po ich aresztowaniu zacząłem się
ukrywać; w międzyczasie "Tosiek" przeniósł się do drugiego mieszkania na ulicę Świętego
Mikołaja nr 17, gdzie sprowadził swoją matkę z Zaburza od Olecha. Po powrocie do domu
opowiedziałem jak się sprawy w Lublinie przedstawiają z tymi aresztowanymi, i raz w tygodniu
dowoziliśmy im żywność, gdzie w doręczaniu jej na Zamek dopomagał nam "Tosiek", u którego to
żeśmy się zatrzymywali i nocowali w czasie pobytu w Lublinie.
Po sześciu tygodniach pobytu na Zamku wszyscy zostali zwolnieni; po powrocie do domu brat
mój, jak i wszyscy zwolnieni opowiedzieli jaki był przebieg ich przesłuchań. Chodziło im najpierw
o Jana Krukowskiego, więc wezwali najpierw i przesłuchali tego chorego, następnie tych dwu
starszych gospodarzy, którzy byli ubrani byle jak, że nie było na co patrzeć, i podumali, popatrzyli i
zrozumieli, że coś im to nie wychodzi- że ludzie starsi, trzeci chory, to gdzie im tam do konspiracji.
Następnie wezwali Ferenca Tomasza na przesłuchanie - też popatrzyli, że to już starszy człowiek,
schorowany i kulawy, też im się to nie zgadzało; Rudnicki Stanisław był zabrany, ale im chodziło o
Michała Rudnickiego, i też im się to nie zgadzało. Pozostali mieli już lżejsze przesłuchanie i na tej
podstawie zostali wszyscy zwolnieni 8 listopada 1941 roku. Pomimo ich zwolnienia nadal się
ukrywałem, gdyż liczyłem się z tym, że mogą jeszcze wpaść za mną, jak też i za Ferencem
Tomaszem i Rudnickim Michałem.
W końcu września 1941 roku przyjechał do mnie Władysław Wyłupek z Sąsiadki, ps. "Warta" i
w czasie rozmowy powiedział mi, że organizuje się organizacja chłopska pod nazwą "Bataliony
Chłopskie", że będzie to organizacja na wzór wojskowy i niezależna do ZWZ, wstępując w jej
szeregi trzeba tez składać przysięgę. W dalszej rozmowie powiedział, że zna mnie już od dawna,
gdyż widywał mnie na obchodach Święta Ludowego i zebraniach, które odbywały się u nas w
wiosce przed wojną, ma do mnie pełne zaufanie i zaproponował mi, żebym w Zaburzu był
komendantem placówki. Organizacja Batalionów Chłopskich rozciąga się na całe województwo
lubelskie - ja oświadczyłem mu, że solidaryzuję się z nim i jego poglądami, lecz muszę te sprawę
przemyśleć, gdyż jestem już zaprzysiężony w innej organizacji i dlatego też muszę porozmawiać ze
swoimi kolegami, co mamy robić.
Po tej rozmowie Wyłupek oświadczył, że przyjedzie do mnie za parę dni i umówiliśmy się gdzie
się spotkamy, gdyż ja w tym czasie ukrywałem się , a gdy on przyjedzie, to żeby dać mu konkretną
odpowiedź. Powiedziałem mu, że niech przyjedzie do mnie do domu w południowej porze, to
gdzieś będę u sąsiadów niedaleko domu to się spotkamy. Po odjeździe Wyłupka spotkałem się z
Rudnickim, gdyż w tym czasie zmarł Ferenc Tomasz, inżynier, ponieważ chorował na gruźlicę.
Ferenc Tomasz chorował od czasu wojny, która go zastała w Brześciu nad Bugiem skąd wracał do
domu; przeziębił się. Ponieważ na leczenie gruźlicy leków radykalnych nie mieliśmy i
zapobiegawczych też nie było, to musiał młodo umrzeć. Straciliśmy oddanego człowieka.
W czasie dłuższej rozmowy ze mną Rudnicki i [....] dyskusji postanowiliśmy z Rudnickim
opuścić szeregi ZWZ i wstąpić do Batalionów Chłopskich, gdyż jak oświadczył Rudnicki, że my
jako chłopi - naszym miejscem jest organizacja chłopska, do której powinniśmy należeć. Za parę
dni przyjechał Wyłupek do mnie i po dłuższej dyskusji złożyłem przed nim przysięgę, którą po tylu
latach do dzisiaj znam na pamięć16, i tym samym od tej pory byłem członkiem Batalionów
Chłopskich. Po złożeniu przysięgi Wyłupek wręczył mi tekst przysięgi wypisany na bibule - która
była mi potrzebna do dalszego werbunku członków, i dał mi tez jakiś meldunek ażebym z nim
zgłosił się do Grygla Jan ps. "Orzeł" w Gorajcu Starej Wsi. Gdy zgłosiłem się do Grygla w Gorajcu
oddając mu ten meldunek oświadczył mi, że na oznaczony dzień zgłosi się do mnie Józef
Malinowski ps. "Kos" z Wólki Czarnostockiej i obaj z Malinowskim mamy udać się na odprawę, a
Malinowski będzie wiedział gdzie ta odprawa się odbywa.
W listopadzie 1941 roku zgłosił się do mnie "Kos" i oświadczył mi, że obaj mamy się udać na
naradę do Jan Godzisza w Rozłopach - udaliśmy się pieszo z Zaburza przez las do Rozłop. Godzisz
mieszkał na górze niedaleko folwarku, który leży między Źrebcami a Rozłopami na górze. Idąc
przez Rozłopy można było dobrze widzieć i obserwować jak startowały niemieckie samoloty na
front wschodni ZSRR.
Po przybyciu do Godzisza w Rozłopach spotkaliśmy tam już Wyłupka i Tomaszewskiego Jana z
Sąsiadki, "Dyla", oraz jakiegoś pana, którego pierwszy raz spotkałem; jak się później dowiedziałem
był to pierwszy komendant powiatowy BCh. Jan Gryn ps. "Miron" prowadząc naradę oświadczył,
że jest to pierwsza narada organizacyjna Batalionów Chłopskich i są żeśmy już zaprzysiężeni więc
mianuje Tomaszewskiego Jana komendantem gminy Sułów, a kogo mianował na zastępcę
Tomaszewskiego w tej chwili nie pamiętam, Malinowskiego Józefa komendantem gminy
Radecznica, Krukowskiego Jana jego zastępcą. W czasie dalszej narady ustalono program naszego
działania.
I tak [rozpoczęła się] rozbudowa naszej organizacji przez werbowanie większej ilości członków
do BCh w szczególności wyszukiwanie i wciąganie w jej szeregi podoficerów i oficerów, którzy
będą potrzebni do szkolenia, jak też wyszukiwanie broni i amunicji. Następnie ustaliliśmy sieć
łączności pomiędzy komendantami gmin, jak też powiatów i województw. Następnie zabrał głos
Wyłupek, który powiedział, że w werbowaniu członków częściowo nam pomoże, ponieważ zna
ludzi na terenie gminy Radecznica - w pierwszym stadium organizacyjnym chodziło o
wyszukiwanie odpowiednich ludzi na komendantów placówek, jak też do piątki gminnej i trójek
gromadzkich. Po powrocie z Rozłopów poszedłem do Rudnickiego i opowiedziałem mu cały
przebieg naszej narady w Rozłopach, i o postanowieniach jakie na niej zapadły. Rudnicki
oświadczył mi ażeby go zaprzysiąc, co też uczyniłem. Od tej pory rozpoczęliśmy swoją działalność
w naszej chłopskiej organizacji.
W połowie grudnia 1941 roku przyjechał rowerem Wyłupek i oświadczył mi, że w Podlesiu
komendantem gromadzkim jest już Pastuszak Władysław ps. "Herc", a zastępcą jest w Zaporzu
Stanisław Jachymek ps. "Chrząszcz". Polecił mi, ażebym się z nimi skontaktował i doręczył im
prasę konspiracyjną BCh "Ku Zwycięstwu", jak też i inną , która będę otrzymywał, miałem też
nawiązać sieć łączności.
Na następny dzień pojechałem do Podlesia Dużego do Pastuszaka Władysława, a którym się
dobrze znałem, gdyż był prezesem koła "Siew" W Podlesiu i niejednokrotnie spotykaliśmy się na
zebraniach i na kursie w Janowicach. Po doręczeniu mu prasy pojechałem do Jachymka na Zaporze,
któremu zostawiłem prasę i nawiązałem z nim łączność. Po kilku dniach przyjechał Wyłupek i
powiedział, że ma trudności w Gaju Gruszczańskim i Zakłodziu i zapytał, czy ja mam tam kogoś
16
W obliczu wiekuistości minionych pokoleń ojców i praojców
w obliczu zakutego w kajdany niewoli narodu polskiego
ślubuje i postanawiam w swoim sumieniu człowieczym i obywatelskim
że na każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach
walczyć będę z najeźdźcą o przywrócenie całkowitej wolności
narodu polskiego i niepodległości państwowej Polski
na chrześcijańskich zasadach demokracji opartej
Tak mi dopomóż Bóg; tekst przysięgi znajdujący się na tablicy pamiątkowej w kościele w Mokrymlipu
znajomego z kim mógłbym nawiązać kontakt i mianować go komendantem placówki.
Powiedziałem mu, że w Gaju mam wujecznego brata Michała Marchewkę, a w Zakłodziu dobrze
znam się z Michałem Mrozem, który jest sołtysem. Wyłupek polecił mi ażebym z nim się
skontaktował i ustalił kiedy i gdzie mam się z nim spotkać. Na następny dzień pojechałem do
Marchewki, który w tym czasie pracował w gminie i ustaliliśmy nasze spotkanie z Wyłupkiem.
Powiadomiłem Wyłupka i na umówiony dzień pojechaliśmy do Marchewki do Gaju, a następnie na
Zakłodzie do Jana Dziwoty, gdzie czekał już na nas Mróz Michał.
Na spotkaniu tym zabrał głos Wyłupek mówiąc w jakim celu spotkaliśmy się; zaczął im
tłumaczyć, że organizujemy chłopską organizację pod nazwą "Bataliony Chłopskie" niezależne od
Związku Walki Zbrojnej i jaki jest cel tej organizacji. Następnie zaczął im tłumaczyć że
przyjechaliśmy do nich po to, ażeby ich mianować komendantami gromadzkimi, czyli placówek
tych organizacji, gdyż widzimy w nich ludzi wpływowych na swoich wioskach ponieważ są
sołtysami i odpowiednio nadają się do roboty przy werbowaniu członków.
Po Wyłupku zabrał głos Mróz Michał z Zakłodzia, po nim znów Marchewka i zaczęliśmy
dłuższą rozmowę i dyskusję, która trwała kilka godzin, gdyż między nami zarysowały się odmienne
poglądy polityczne. Dziwota Jan, który przysłuchiwał się naszej rozmowie i dyskusji sympatyzował
z nami, ci zaś dwaj stali przy swoim i w końcu oświadczyli, że ze ZWZ nie wystąpią i do żadnej
innej organizacji nie będą należeć, a Marchewka powiedział, że "biednaś ty Polsko ze swymi
synami, jeszcze nie mamy Polski, a już się zaczynamy kłócić między sobą".
Z tym żeśmy się pożegnali i pojechali do domu. Po tym spotkaniu w Zakłodziu doszło już do
powiadomienia władz ZWZ że my z Wyłupkiem robimy wrogą robotę i że jesteśmy dezerterami z
szeregów ZWZ, bo to jest organizacja wojskowa, a my zaczynamy się bawić w jakąś politykę, i
przy spotkaniu się z Piotrowskim w Radecznicy oświadczył mi, że samowolne opuszczanie
szeregów ZWZ jest dezercją, a za dezercję grozi kara śmierci...
Początkowo zacząłem się nawet obawiać, gdyż zauważyłem wrogi stosunek do mnie ze strony
niektórych członków ZWZ i różne docinki pod moim adresem przy spotkaniu się z nimi. Nie
zważałem na to i zacząłem werbować członków, w pierwszym rzędzie podoficerów: Furlepę
Stanisława - kaprala rezerwy, Olecha Stanisława - plutonowego rezerwy, Ferenca Franciszka plutonowego rezerwy i Chadama Jana - kaprala rezerwy, jak też i sanitariuszki: Stanisławę
Krukowską, Helenę Łapińską (obecnie Walentowską) i Janinę Ferenc (obecnie Magdziarz). Po
zaprzysiężeniu tych oficerów, kadrę szkoleniową już miałem i zacząłem werbować członków
szeregowych, ale jeszcze nie masowo, lecz takich, do których miałem największe zaufanie.
W tym czasie łączność nasza już sprawnie działała, prasę regularnie otrzymywałem i dalej
odsyłałem przez gońców lub też osobiście doręczałem na wskazane miejsce. Gdy spotkałem się z
Wyłupkiem powiedział mi, że w Zakłodziu komendantem placówki jest Michał Masaniec ps.
"Podkowa II", a w Latyczynie Rydz Ziutek. Wyłupek polecił mi bym z nimi porozmawiał i
przesyłał im prasę regularnie, a w razie potrzeby meldunki. Porozumiałem się z nimi i
utrzymywaliśmy już łączność między sobą.
Przyjechał do mnie Malinowski, "Kos" i powiedział, że w Chłopkowie komendantem placówki
jest Chwiejda Jan ps. "Kern", a w Podborczu Komornik Jan, ps. "Rdzawicz". Powiedział mi także,
ażebym nawiązał z nimi kontakt i tak samo dostarczał im prasę.
W Dzielcach zaprzysiągłem Jana Kurka i mianowałem go komendantem placówki; w grudniu
1942 roku został aresztowany za bandytyzm i rozstrzelany razem ze swoim bratem Stanisławem w
Biłgoraju. W grudniu 1941 nie było jeszcze naszej placówki w Gruszce Zaporskiej, gdyż tam były
silna placówka ZWZ w Radecznicy- w pozostałych wioskach mieliśmy zorganizowane nasze
placówki.
Otrzymałem meldunek od Wyłupka, ażeby się zgłosić na odprawę w dniu 31 grudnia 1941.
Pamiętam tą datę gdyż był to Sylwester i po powrocie z tej odprawy obaj z Malinowskim
uczciliśmy ten wieczór kontygentówką. W tym dniu była silna zadymka i razem z Malinowskim
udaliśmy się wprost przez pola od Zaburza do Mokregolipia do Poświatowskiego Pawła.
Na odprawie tej był Wyłupek, Tomaszewski Jan ps. "Dąb" z Sąsiadki, Tomasz Madej ps. "Głaz z
Mokregolipia i Jan Gryn ps. "Miron" komendant powiatowy. W czasie dyskusji podsumowaliśmy
dotychczasową działalność, ustaliliśmy ilość zwerbowanych członków na poszczególnych
wioskach i dalszy plan swej działalności, a przeważnie podkreślano, ażeby była sprawna łączność
pomiędzy wioskami a komendantami: gmin, powiatu i województwa. Gdyż na sprawnej łączności
polegało bezpieczeństwo naszej organizacji, by w porę powiadomić o grożącym
niebezpieczeństwie.
Rok 1942
Początek roku 1942 poprzestał na dalszym werbowaniu członków, miałem w Zaburzu
zaprzysiężonych około 18 osób. Pomimo rozdźwięku pomiędzy AK a BCh prasę otrzymywałem
naszą ludowa i AK. Ja osobiście od 1 stycznia 1942 roku byłem kolporterem i raz w tygodniu
chodziłem pieszo na Szperówkę, gdzie był punkt kontaktowy u Chadama, tam była szkoła; co
czwartek otrzymywałem od niego pismo odbijane na matrycy p.t "Głos Prawdy"- otrzymywałem
dość duże ilości, ponieważ było to kolportowane na powiaty zamojski, biłgorajski i janowski,
gminy: Goraj, Radecznica i Frampol.
Prasę tę dostarczałem do Grygla Jana ps. "Orzeł" do Gorajca, który był w tym czasie
komendantem powiatowym Batalionów Chłopskich na powiat biłgorajski; dotychczasowym
kolporterem był Aldbaum [Altbaum?] Tadeusz - "Doniec"z Gorajca, a gdy on wyjechał do
Warszawy do szkoły ja przez Grygla zostałem skierowany na ten kolportaż.
W maju 1942 roku zaaresztowany został Rydz Ziutek, który był komendantem placówki miałem z nim łączność, gdyż dostarczałem mu prasę; nie wiedziałem o tym, że on współpracował z
bandą, która u niego się ukrywała, na pewno doręczał im prasę przynoszoną przeze mnie.
Członkami tej bandy byli j bracia Masanżowie - Jan i Władysław z Podlesia Małego.
I znów zacząłem stronić od domu, bo obawiałem się, że Rydz może coś sypnąć w czasie
przesłuchiwania go przez Gestapo jeśli zaczną go pytać o sprawy organizacyjne. Ale na pewno nie
był o to pytany; był też zabrany jego ojciec, jak też i matka i wszyscy byli posądzeni o współpracę z
bandą - wszyscy troje już nie powrócili, zostali straceni. Po Rydzu Ziutku Wyłupek w Latyczynie
zaprzysiągł Szczerbę Jana, który został komendantem placówki w Latyczynie.
Nawiązałem ze Szczerbą łączność i przesyłałem mu prasę; łącznikiem między nami był Szczerba
Stanisław "Fetc", który przychodził do mnie po prasę i meldunki. Po pewnym czasie, po spotkaniu
ze Szczerbą oświadczył mi, że nie chce być już dłużej komendantem placówki i ażeby mu już nie
wysyłać prasy, bo on chce się już wycofać z organizacji. Zaczął mi tłumaczyć, że ma żonę i dwoje
dzieci- żona płacze i rozpacza. Odpowiedziałem mu , że muszę to zameldować Wyłupkowi. Po
spotkaniu z Wyłupkiem powiedziałem mu o tym, co Szczerba oświadczył. Miał po tym Szczerba
dużo nieprzyjemności, ale jakoś mu uszło bezkarnie. Po Szczerbie Janie został w Latyczynie
komendantem drugi Szczerba - Marcin ps. "Szrapnel".
***
Struktura organizacyjna Batalionów Chłopskich polegała na tym, że na czele gminy był komendant
gminny Malinowski Józef ps. "Kos", zastępcą jego był Jan Krukowski ps. "Naski". Następnie była
piątka polityczna, która zorganizowaliśmy z Malinowskim w grudniu 1941 roku. W skład piątki
politycznej weszli:
Olech Jan - Gorajec Zagroble
Kamiński Franciszek - Gorajec Zastawie
Kurek Franciszek - Zaburze
Bizior Józef - Dzielce
Polski Antoni - Zaporze
Gmina Radecznica miała szyfr "H", a powiat Zamość 15 komendant okręgu czyli województwa IV;
po wioskach były też trójki polityczne - brak jest wykazu całej gminy. W Zaburzu w trójce
politycznej byli: Michał Krukowski, Tomasz Krukowski, Kurek Franciszek.
Komendantami na placówkach w poszczególnych wioskach byli:
Trzęsiny - Kur Stanisław
Czarnystok - Jaskuła Michał ps. "Gajus"
Wólka Czarnostocka - Kołcon Feliks ps. Korecki"
Gorajec Zagroble - Gilas Jan ps. "Kaproński"
Gorajec Zastawie - Duer Jan ps. "Dąb"
Gorajec Starawieś - Aldbaum Stanisław
Podborcze - Komornik Jan ps. "Rdzawicz"
Dzielce - Kurek Jan, a po nim Juśkiewicz Jan
Zaburze - Krukowski Jan ps. "Naski"
Chłopków - Chwiejda Jan ps. "Kern"
Latyczyn - Szczerba Jan, Rydz Ziutek, Szczerba Michał
Radecznica - Sawa Wojciech ps. "Smyk"
Zaporze - Jachymek Stanisław i Łukasik Stanisław "Ryś"
Podlesie - Pastuszek Władysław ps. "Hors"?
Gruszka Zaporska - Szaran Jan ps. "Polny"
Zakłodzie - Masaniec Michał ps. "Podkowa II"
Gaj Gruszczański - Olech Kazimierz
Mokrelipie za czasów okupacji należało do gminy Sułów. Na terenie gminy Radecznica działały
dwie komendy AK i BCh. Pierwszym komendantem gminnym Służby Zwycięstwu Polski był ppr. i
sekretarz gminy Radecznica Waśniewski Henryk, a po jego aresztowaniu w roku 1940 został Piotr
Bohun ps. "Gromski", gdzie był do stycznia 1944 roku. Początkowo mieszkał w Zaburzu u
Ferenca, a później u Furlepy w Czarnymstoku i uczył w szkole. 15 stycznia 1944 roku podczas
aresztowania przez Gestapo w czasie ucieczki ciężko ranił Niemca, lecz on też poległ od kuli
Gestapowca.17 Po nim funkcję komendanta głównego AK objął Godzisz Józef por. i nauczyciel ps.
"Kraśnik" - mieszkał w Zaporzu u Polskiego, gdyż ludność Rozłop w tym czasie była wysiedlona z tego powodu musiał opuścić własny dom.
Stała łączność stanowiła jeden z głównych nerwów naszego życia konspiracyjnego. Dobierano
do niej ludzi nie tylko odważnych , ale i wytrwałych , gdyż służba ta wymagała ciągłej gotowości
do drogi. Wytrwałym byłem, ale czy odważnym to nie wiem, bo nie maiłem takiej okazji sprawdzić
siebie samego w bezpośrednim zetknięciu się z niebezpieczeństwem i użyciem broni, z która prze
okres okupacji się nie rozstawałem i stale miałem przy sobie.
Szybkie dostarczanie meldunków i prasy do rejonów gmin i wiosek nie należało do spraw łatwych.
Na łącznika - kolportera czyhały liczne niebezpieczeństwa możliwości aresztowania z
materiałami obciążającymi, gdyż żandarmeria aresztowała przygodnie napotkanych ludzi na drodze
itp. Każda wieś, w której działały oddziały BCh miała jednego lub dwóch łączników na obszarze
gminy. Funkcję łączników pełniło kilku bechowców - ponieważ komendant na powiat zamojski
mieszkał w Sąsiadce, a na powiat biłgorajski w Gorajcu Starejwsi, Grygiel Jan ps. "Orzeł", działacz
ludowy z przed wojny - komendy te mieściły się blisko siebie i sieć łączności biegła przez Zaburze.
Począwszy od powstania BCh na terenie naszej gminy od listopada 1941 roku trzeba było
wyjeżdżać dwa i trzy razy gdzieś w teren z jakimś meldunkiem, czy też prasą, my w tym czasie
obaj z Rudnickim łączność tę utrzymywaliśmy i my wyjeżdżaliśmy w teren. Na trasach łączności
środkiem lokomocji był wóz rower, a najczęściej przebywano drogę pieszo od punktu do punktu,
systemem sztafetowym, w którym to uczestniczyły dziesiątki zakonspirowanych ludzi. Przeważnie
zabezpieczane meldunki chowane były w różnych miejscach: wsuwane w ramę roweru, wkładane
do butów, do worka z obrokiem dla koni itp. Taka ostrożność związana z każą tajną pocztą
17
nauczyciel szkoły powszechnej w w Czarnymstoku, pierwszy komendant placówki a potem rejonu Radecznica,
zginął 15 stycznia 1944 roku w obejściu Antoniego Furlepy w Czarnymstoku. Jego zwłoki pochowali partyzanci w
Radzięcinie - po wyzwoleniu syn Jan ekshumował je i przeniósł na cmentarz parafialny do Szczebrzeszyna
obowiązywała wszystkich łączników i wszyscy też byli zaopatrzeni w broń. Wszelką
korespondencję doręczano nadzwyczaj terminowo, sprawnie i sumiennie. List oznaczone na
kopercie napisem "bardzo pilne" przekazywano dalej, jeszcze w tym samym dniu, a z napisem
"doręczyć błyskawicznie" szły w drogę natychmiast bez względu na porę dnia i pogodę. Napisów
tych używano w wypadkach istotnie ważnych i pilnych, ponieważ korespondencja niejednokrotnie
do komendy głównej do Warszawy jak i z Warszawy szła przez mój punkt łączności w Zaburzu;
listy takie były opieczętowane lakiem.
Plagą w tym czasie był bandytyzm, rekrutowali się w nim rabusie i bandyci z lat
przedwojennych z terenu naszej gminy i innych terenów. W lesie "Cetnarze" ukrywała się banda
Szpugi z Tpoólczy, dołączył do niej Jusiak Adam z Chłopkowa i Marcin Kurek z Zaburza. Ci już
byli na stałe w bandzie i przebywali w lesie, ale mieli po wioskach swoich ludzi, z którymi mieli
łączność i otrzymywali od nich ważne informacje; jak też zaopatrywali się w broń i amunicję.
W lipcu 1942 roku robiłem przygotowanie do swojego wesela i ślubu, obowiązki swoje
przekazałem Rudnickiemu Michałowi, który w międzyczasie wykonywał je z pełnym
poświęceniem i oddaniem. W międzyczasie zwerbował kilku członków i powiększał stan naszej
organizacji. W tym czasie chociaż wesela się odbywały to bez orkiestry, gdyż ludność obawiała się
urządzać takie huczne wesela, ja jednak zaryzykowałem - poprosiłem swoich kolegów z orkiestry
żeby zagrali na moim weselu i wszystko odbyło się spokojnie i uradowani byli koledzy z orkiestry,
gdyż rozdmuchali swoje instrumenty których już od lat nie używali.
Jak już wspomniałem w bandzie Szpugi był z naszej wioski Kurek Marcin mój sąsiad, gdy
zaczął się ukrywać i przebywać w lesie spotkałem się z nim i zaproponowałem mu, ażeby nie szedł
do bandy, a ja go wciągnę do organizacji, do pracy na inny teren, gdzie będzie miał możność
ukrywania się, a wiedziałem już wtedy, że będą powstawać nasze oddziały leśne i w odpowiednim
czasie skieruję go do oddziału leśnego. On się na to nie chciał zgodzić i nadal w tej bandzie
przebywał, jak mówi przysłowie "wilka ciągnie do lasu".
Mieliśmy bunkry w lesie "Cetnarze" koło Kawęczyna i 15 października 1942 roku gdy spali w
tym bunkrze, Kurek stał na warcie z erkaemem. Niemcy w tym dniu ranną porą chcieli okrążyć
bunkier - gdy ich Kurek zauważył otworzył ogień z erkaemu i zabił komendanta posterunku ze
Szczebrzeszyna, on zaś został ranny w rękę i zdołał zbiec, gdyż w tym dniu była mgła i była słaba
widoczność, reszta podczas tej strzelaniny także pouciekała. Niemcy jednak wiedzieli, że jeden z
tych bandytów pochodził z Zaburza i nazywał się Kurek Marcin.
20 listopada (1942 roku) o świcie otoczyli wieś Zaburze wokoło i chodzili po wiosce zabierając
ludzi na plac pod remizę. Ta część wioski, w której ja mieszkałem "Zakręcie" za rzeką nie była
obstawiona, mieszkał tu ojciec Kruka. Niemcy wpadli po brata i jako sołtysa zabrali go , ażeby ich
prowadził do Kurka - ojca tego "banditen", jak oni go nazwali. Zabrali Kurka z domu pod remizę.
Pod remizą była już pozostała ludność z wioski, ustawili ich w szereg i zaczęli ustawiać ciężki
karabin maszynowy - każdy z mieszkańców naszej wioski, który w tym czasie był pod remizą i w
tym szeregu myślał, że to już koniec, bo po niedawnej masakrze w Kitowie wiadomo było do czego
Niemcy są zdolni. W międzyczasie wystąpił oficer żandarmerii przywołał wygnańca Koperskiego,
który był na ich usługach i znał dobrze język niemiecki, ażeby przetłumaczył co ten oficer mówi.
Powiedział wtedy, że bandyta Kurek pochodzi z Zaburza to na oczach wszystkich będzie
rozstrzelany jego ojciec Franciszek Kurek - kazał wystąpić Kurkowi z szeregu, gdy ten wystąpił dał
rozkaz i Kurek został zabity na oczach wszystkich zebranych mieszkańców, zaraz też wykopano dół
i został w nim pogrzebany, a po paru dniach zabrany na cmentarz do Mokregolipia. Następnie
powiedział, że będzie zabranych dziesięciu zakładników, młodych mężczyzn, i oficer ten zaczął
wybierać między innymi, byli to:
Kurek Jan s. Jana
Walczak Stanisław s. Jana
Walczak Józef s. Pawła
Magdziarz Stanisław - służył u Kurka
Niedźwiedzki Kazimierz - pochodził z Komodzianki
Olech Stanisław s. Józefa
Marchewka Adam s. Antoniego
Zybała Stanisław s. Jan
Kawucha Stanisław s. Marcina
Rudnicki Michał s. Jana
Matka Rudnickiego później bardzo rozpaczała i boleśnie przeżywała jego śmierć, bo on w tym
czasie skrył się do kryjówki i zaczęła mu mówić, że niech wyjdzie z niej, bo jak Niemcy go znajdą
w kryjówce, to go zabiją. Usłuchał matki, wyszedł z kryjówki i został zabrany jako zakładnik na
Majdanek skąd już nie powrócił.
Po zabraniu Rudnickiego znów przejąłem obowiązki komendanta placówki, kolportażu i
łączności - łączność w tym czasie działała już sprawnie. Szefem łączności przy komendzie okręgu
w Lublinie był Julian Chabros ps. "Sęk" - pochodził z Buchałowic koło Nałęczowa, z powiatu
puławskiego. Był to kurier, który stale jeździł i krążył między komenda główną w warszawie, a
komenda wojewódzką w Lublinie, jak tez po niektórych powiatach w naszym województwie.
W tym czasie powstał w roku 1943 podokręg IV B, i obejmował powiaty południowej
Lubelszczyzny jak: krasnostawski, zamojski, biłgorajski, tomaszowski i hrubieszowski.
Komendantem tego podokręgu był Edward Michoński, ps. "Lis", który najwięcej kwaterował i
przebywał w Zakłodziu u Krukowskiego Nikodema, Śledzia i Zycha. Na jego komendę zaczęły
napływać e meldunki, które trzeba było dość często i szybko kolportować. Szefem łączności i
kolportażu na podokręg IV B pozostał Karol Stępnik z Sąsiadki, ps. "Karol" i Łukaszczyk Józef
"Szmit" z Sułowca - bardzo dobrze znaliśmy się sprzed wojny i później często bywał u nas w
Zaburzu, gdzie Grabowski, ps. "Tosiek", o którym wspominałem był jego ciotecznym bratem i w
czasie u Grabowskiego w Zaburzu, często "Karol" przyjeżdżał z Sąsiadki na Zaburze do "Tośka",
ten pełnił już w tym czasie funkcję oficera sztabowego przy komendzie okręgu w Lublinie.
Po zaaresztowaniu tych zakładników w Zaburzu pojechałem znów do Tośka do Lublina i
powiedziałem mu o tym co się stało i wydarzyło w Zaburzu. Bardzo go to zasmuciło, bo znał
warunki jakie na Zamku i na Majdanku były, i powiedział, że na pewno mało kto z nich powróci do
domu. "Tosiek" oświadczył w czasie naszej rozmowy, że będzie się dowiadywał o ich pobycie,
gdyż ma możliwości bywać na Majdanku jako listonosz. 10 lutego 1943 roku gdy pozostało ich
przy życiu tylko czterech, zostali zwolnieni - Zybała Stanisław, Marchewka Adam, Walczak Józef i
Rudnicki Michał. Do domu wróciło ich tylko trzech - gdy wyszli z obozu za bramą Rudnicki zaraz
upadł na szosie, gdyż już o własnych siłach nie mógł iść z wycieńczenia. Ponieważ "Tosiek"
wiedział o ich zwolnieniu zaopiekował się się Rudnickim, zabrał go spod bramy do szpitala
Dzieciątka Jezus w Lublinie. Po odwiezieniu do szpitala zaraz Rudnicki zmarł - trudno było go
uratować i utrzymać przy życiu. "Tosiek" zaopiekował się jego zwłokami i wystarał się ażeby
zostały przewiezione do domu do Zaburza, co w tym czasie nie było sprawą łatwa. Było to duże
poświecenie ze strony "Tośka" i prawdziwa koleżeńskość jaka nas w tym czasie łączyła. Zostały
przywiezione do domu; dostałem wtedy instrukcję z Komendy Obwodu z Lublina i od "Tośka" jak
mam zorganizować pogrzeb.
Między innymi było w instrukcji, ażeby zamanifestować i nieść trumnę od samego domu w
Zaburzu do kościoła w Mokrymlipiu na ramionach jego kolegów z Organizacji, co też uczyniliśmy.
Na jego pogrzeb zebrali się koledzy z naszej wioski, oraz z okolicznych wiosek. Będąc u Tośka w
Lublinie opowiedziałem mu cały przebieg tego porządku pogrzebowego. Podziękowałem mu
również od siebie jak i w imieniu rodziny od matki Rudnickiego, brata Stanisława za jego starania,
których się podjął, ażeby zwłoki zostały przewiezione do domu. Podczas pogrzebu na cmentarzu
zostały zrobione zdjęcia, które są umieszczone w rękopisie [prawdopodobnie znajduje się w
posiadaniu rodziny Jana Krukowskiego], jak też wiele innych zdjęć i map.
Podczas naszej rozmowy Tosiek powiedział mi, że ja jestem stale zagrożony więc wyrobi mi
lewy dowód osobisty, żebym zrobił sobie zdjęcie; powiedziałem mu że zdjęcie już mam i dałem mu
na drugi dzień. Nocowałem u Tośka, na drugi dzień miałem już nowy dowód nazywałem się
Stanisław Kruk (zdjęcie dołączyłem do rękopisu, dowód gdzieś zaginął).
9 stycznia 1943 roku - pamiętam tę datę, gdyż miałem napisane na zdjęciu, które posiadam (stoję
na nim przed pomnikiem Jana Sobieskiego we Lwowie na Placu Legionowym, tak się nazywał
przed wojną, podczas okupacji zmieniono nazwę na Hitler - Platz ) - jechałem wówczas do Lwowa
wioząc w worku , w mące prasę konspiracyjną i pocztę; miałem podany numer domu we Lwowie,
był to dom przy Placu Strzeleckim za teatrem. Karol podał mi hasło i powiedział że jeśli nie będzie
mężczyzny tylko sama kobieta, ale poda mi hasło to mam jej zostawić zawartość poczty. We
Lwowie bywałem jeszcze kilka razy, miałem podawane różne adresy. Po tylu latach już nie
pamiętam; bywałem na ulicy Akademickiej, która biegła od Hitler Platz, jak też na Kleparkowskiej.
Ostatni raz byłem we Lwowie 10 lipca 1943 roku (z tego dnia posiadam również zdjęcie zrobione
przy tym samym pomniku). O wiele trudniejszym zadaniem niż doręczanie tajnych listów
niezależnie od ich treści było rozprowadzanie tajnych gazetek, czyli prasy ze względu na dużą
objętość paczek, a co za tym idzie trudność ukrycia, ponieważ były tego czasem wysłane przez
łącznika większe ilości. Niejednokrotnie Karol przewoził prasę furmanką, bywało jej do 100
kilogramów. Karol dostarczał prasę do Mokregolipia, do Sąsiadki, gdzie była rozdzielana na punkty
przerzutu, a gdy Gestapo zaczęło wpadać w Mokremlipiu do Madeja, to Karol przywoził do mnie
do Zaburza zostawiał mi rozdzielnik według którego dzieliłem i rozprowadzałem na poszczególne
punkty. Najwięcej przekazywałem do Grygla ps. "Orzeł" w Gorajcu komendanta powiatu
biłgorajskiego. Z centralnej prasy "Rocha" przychodziły do nas wprost z Warszawy gazetki jak
"Przegląd", "Przez Walkę do Zwycięstwa" później przemianowano je "Ku Zwycięstwu", "Polska
Ludowa", "Żywie[ę?] i Bronie [ę?]", oraz szereg broszur jak: "Chłopia Polska", "Wilia Narodu
Polskiego" i inne - na podokręg było tez doręczane kilka kompletów prasy innych organizacji
obejmujących cały wachlarz prasy różnych ugrupowań politycznych.
Łączniczką z Komendy Głównej z Warszawy była Zofia Boniecka ps. "Zosia", co dziesięć dni
wyjeżdżała z Lublina z dużą walizką do Warszawy i tam pobierała prasę dla IV Okręgu w Lublinie,
następnie nadawała ją na bagaż, jako dowód nadania podawała fikcyjne nazwisko. Zwykle
nadawała na stacji Motycz po d Lublinem po taką paczkę zgłaszał się "Sęk" i odbierał ją ze stacji,
następnie transportował ja do Komendy Okręgu w Lublinie, tam była rozdzielana na podokręgi i
"Sęk" oraz Karol dostarczali ją do nas.
Początek maja początek czerwca 1943 roku przybył do mnie z łącznikiem z Mokregolipia
"Bielecki", jak się później okazało po ujawnieniu nazwiska był to Józef Dąbrowski z powiatu
puławskiego. Był to instruktor, który odbył przeszkolenie przy Komendzie Głównej w Warszawie, a
później został przez Komendę wysłany na Zamojszczyznę do szkolenia i zakładania oddziałów
leśnych. Po przybyciu do mnie "Bielecki" oświadczył mi, że w lesie za górą, a był to las zaburski
założy obóz leśny do którego trzeba kierować ochotników, którzy zechcą wstąpić do partyzantki.
***
Odziały Specjalne tak zwane O. S zabezpieczały działalność Batalionów Chłopskich oraz
prowadziły akcje bojowe na co dzień. I tak na terenie naszej gminy Radecznicy w raporcie jaki
żeśmy ustalili z Malinowskim i wysłali do obwodu IV na dzień 26. II. 1943 roku wynosił : oddziały
taktyczne oficerów 2, podoficerów 27, szeregowych 145, ogółem w oddziałach taktycznych było
147 członków, t. j. 15 drużyn, oddziały terytorialne podoficerów 7, szeregowych 73, ogółem 80
ludzi. Na terenie naszej gminy na dzień 26 września 1943 roku było zaprzysiężonych 254 członków
bez Ludowego Związku Kobiet, gdzie dokładne dane zaginęły, a według mego rozeznania mogło
ich być na terenie naszej gminy około 30.
Pierwszy dokument rejestrujący stan organizacyjny w poszczególnych powiatach, [wskazywał
że] w powiecie zamojskim [było] w listopadzie 1943 roku [było zaprzysiężonych] 1380 ludzi, a w
cały województwie lubelskim 18. 270 [osób]. Ostatni raport o stanie w województwie lubelskim
pochodzi ze stycznia 1944 roku, według tego raportu w powiecie zamojskim było 1471 ludzi.
***
Gdzieś we wrześniu 1943 roku zgłosił się do mnie z łącznikiem i przebywał parę dni u mnie w
domu drugi po Bieleckim18 oficer szkoleniowy wysłany z Komendy Głównej z Warszawy
"Dzierżyński", jak się później dowiedziałem nazywał się Zenon Pielachowski..., dałem mu
łącznika, którym był dymek Antoni ps. "Drab" i skierowałem ich przez Cetnar, Kawęczynek ,
Topólczę koło zwierzyńca do Bondyrza, gdyż miałem polecenie od "Mrówki",19 ażeby go tam
skierować. Ja się później dowiedziałem "Dzierżyński" był komendantem szkoły Podoficerskiej przy
batalionie "Rysia".
Na komendanta Ludowej Straży Bezpieczeństwa w naszej gminie powołany został Stanisław
Zybała "Pilot" z Zaburza, miał do swojej dyspozycji załogę gminna w ilości 10 ludzi. We wrześniu
1943 roku rozkazem Komendy Okręgu wprowadzono zmiany w strukturze organizacyjnej BCh. Z
oddziałów terytorialnych wyodrębniono Państwowy Korpus Bezpieczeństwa i Straż Samorządową.
Rejonowym komendantem na gminy Radecznica, Sułow i Nielisz był odrzywolski Jan z
Chłopkowa, a na naszą gminę Łyp Michał z Czarnegostoku.
***
Po śmierci Grygla20 komendantem powiatu biłgorajskiego został Bronisław Mazurek ps.
"Przemysław", nauczyciel ze Średniówki, gmina Frampol. Otrzymałem polecenie od komendanta
"Mrówki", ażebym sieć łączności kierował na Średniówkę, jako też kierować tam wszelką
korespondencje i prasę.
W maju 1943 roku w czasie potyczki z bandą rabunkowa zginął Jan Zych ps. "Tur" były student
gimnazjum w Szczebrzeszynie, niejednokrotnie pełnił funkcję kuriera i łącznika pokonując na
rowerze odległe nasze szlaki łączności, nie raz w trudnych warunkach na chłodno i głodno, aby
tylko najszybciej.
15 grudnia 1943 roku pod dowództwem Petryka Feliksa i Sobonia Aleksandra ps. "Wicher" była
przeprowadzona akcja na osadę izbica i klinkiernię w Izbicy. Akcja była planowana od dłuższego
czasu, wywiad i akcję przygotował Kukiełka z Tarnogóry ps. "Żandarm". W akcji tej prócz oddziału
leśnego brali udział też członkowie z naszych placówek jak: z Gorajca Wolski Michał, jako
erkaemista, Kamiński Franciszek, Olech Franciszek i Dziwota Józef, z Mokregolipia Chmiel
Stanisław, Szcześniak Marcin, Madej Tomasz i Łukaszczyk Józef ps. "Szmit" z Sułowca, podaję
tych, których nazwiska pamiętam. Oddziałem wydzielonym kierował Soboń "Wicher".21
18
19
20
21
aresztowany przebywał na zamku w Lublinie, został wg. relacji Jana Krukowskiego "rozstrzelany już w lipcu 1944
roku, gdy Niemcy ewakuowali się w ostatnich dniach i wszystkich więźniów rozstrzelali na dziedzińcu zamkowym,
wśród nich był Bielecki
Franciszek Madej, dowódca Batalionów Chłopskich, w kościele parafialnym w Mokrymlipiu znajduje się
poświęcona jemu i współtowarzyszom broni tablica pamiątkowa o następującej treści:
Żołnierzom Batalionów Chłopskich oraz synom tej Ziemi
mjr. Franciszkowi Madejowi ps. "Mrówka"
komendantowi XV Obwodu Batalionów Chłopskich Zamość
odznaczonemu Złotym Krzyżem Orderu Virtuti Militari
Tablice ufundowali w roku 1994 kombatanci z Zamojszczyzny
Grygiel Jan "Orzeł" rodem z Gorajca - komendant powiatu biłgorajskiego. W jego domu znajdował się punkt
przerzutowy prasy konspiracyjnej.
całość wspomnień Jana Krukowskiego z Zaburza w ilości 67 stron maszynopisu w formacie A4 dostępna jest w
zbiorach Biblioteki Publicznej Gminy Radecznica w Radecznicy
Wspomnienia Komandora Marynarki Wojennej Eugeniusza Jereczka w latach wojny
związanego z Zawadą wtedy por. M. W. Flotylli Rzecznej w Pińsku
Moja droga życiowa od kwietnia 1940 r. do lipca 1944r.
Po cudownym zwolnieniu mnie ze Związku Sowieckiego w Równem na Wołyniu w końcu marca
1940r.wraz z żoną wylądowałem we Włodzimierzu Wołyńskim nad Bugiem, gdzie był punkt
rejestracyjny osób zamieszkałych przed wrześniem 1939 r. na terenach Górnego Śląska,
Poznańskiego i Pomorza (Niemcy te osoby ewakuowali za zgodą Sowietów na teren Generalnej
Guberni) . Po zarejestrowaniu wraz z żoną i tygodniowym czekaniu, zbiorowym transportem
( około 800 osób ) przewiezieni zostaliśmy do obozu repatriacyjnego w Chełmie Lubelskim.
Tam okazało się, że wszystkich mężczyzn od lat 17- tu. a kobiety bez małych dzieci rejestrowano
na roboty do Niemiec. Mnie spotkał ten los, a żona ze względu na ciążę mogła opuścić obóz. Dzięki
znajomości języka niemieckiego i złotej 10-rublówce wykupiłem się od wyjazdu na roboty i wraz z
żoną odjechałem do stacji Zawada, pow. Zamość. Tam przejściowo zamieszkaliśmy u Pana Jana
Dzwolaka w baraku przy tartaku. Pan Dzwolak odważnie wraz z żoną i dwojgiem dzieci wcześniej
przedostał się z Równego do Generalnej Guberni i pracował w tarlaku jako trakowy. Dzięki niemu i
kierownikowi tartaku. Panu inż. Nowakowskiemu (leśniczy zza Bugu) zostałem zatrudniony jako
robotnik ekipy załadunkowo - rozładunkowej w tarlaku. Po paru dniach zamieszkaliśmy w małej
komórce o wymiarach 4 x 2 w małym domku Pana Garbatego, który mieszkał przy torach
niedaleko tarlaku i stacji, a pracował wraz z żoną w ekipie załadunkowej tartaku.
W czerwcu urodziła nam się córka Elżbieta. Nasz cały majątek, jaki przywieźliśmy zza Bugu to
odzież, pierzyna puchowa, 5 dolarów amerykańskich zaszytych w kołnierzu futra i dwie złote 10rublówki zachowane między zelówkami butów. Ich sprzedaż przyniosła mi 450 zł. okupacyjnych.
Ponieważ n ie znajdywałem innego wyjścia na przeżycie z rodziną, a praca w ekipie była ponad
moje siły, złożyłem podanie do Inspektoratu Szkolnego w Zamościu o zatrudnienie w szkolnictwie.
Z dniem 1 września 1940r. zostałem zatrudniony jako kierownik pięcioklasowej Szkoły
Podstawowej w Wólce Wieprzeckiej, gm. Mokre, pow. Zamość. Po przeprowadzeniu rozeznania w
miejscu zatrudnienia, okazało się. że szkoła jest w budowie i jej zakończenie
przewiduje się do 15 października. Przejściowo zamieszkałem u Pana Paszkiewicza. który posiada!
gospodarstwo 100-hektarowe bez łąk i lasu. W tej samej szkole została zatrudniona siostra Pana
Paszkiewicza, Pani Pączkowa, repatriantka z Suwałk, a mąż Pani Rączkowej zatrudnił się w
Spółdzielni .. Społem" w Zamościu w roli magazyniera i oboje zamieszkali w Zamościu.
Rok szkolny zacząłem 15 października 1940r.i po wykończeniu pokoju - kancelarii tam
zamieszkałem. Pensję otrzymałem w wysokości 120 zł. miesięcznie i 30 zł. za kierownictwo.
Wynagrodzenie pobieraliśmy na poczcie w Zwierzyńcu. Warunki życia były bardzo ciężkie starczało tylko na mleko, kasze, mąkę do wypieku, olej i sól. Pewną pomoc w naturze
otrzymywałem od gospodarzy, którym ze względu na znajomość języka niemieckiego,
pisałem różne prośby do Zarządu Gminy Mokre i Starostwa. Moja sytuacja materialna poprawiła
się dopiero od stycznia 1942 r., kiedy zacząłem załatwiać zbiorowo dla gospodarzy z
Wólki Wieprzeckiej i Skaraszowa karty kontyngentowe na mięso, odzież, wódkę i papierosy. W
rekompensacie otrzymywałem od gospodarzy masło, mięso, cukier, mąkę i ziemniaki.
Rozpocząłem własną hodowlę królików i kur - niosek. W okresie od stycznia 1941 r. do
kwietnia 1943r. sześciokrotnie byłem zmuszony ewakuować się wraz z rodziną, na kilka dni do
Zamościa i Zwierzyńca, ze względu na pacyfikację okolicznych wiosek leśnych. W końcu maja 1943r.
w czasie pacyfikacji leśnych wiosek: Gmina Mokre, Zwierzyniec, Łabunie, oraz całego Powiatu
biłgorajskiego zmuszony byłem do natychmiastowego opuszczenia szkoły. Groziło mi aresztowanie
przez Gestapo. Ewakuowałem się do stacji Zawada, gdzie zamieszkałem u jednego z braci Dzwolaków
w baraku przy stacji Zawada. W czerwcu 1943r. dzięki pomocy Pana Czerwieńca ("Rolicza") i Pana
Wróbla Edwarda zatrudnionego jako tłumacz naczelnika stacji, Niemca Wajzego, zostałem
zatrudniony jako pracownik fizyczny w dziale sygnałowym stacji Zawada - polskim kierownikiem
działu był Pan Sklarz (Szklarz?), a kierownikiem Pan Szvabel. Wraz ze mną pracował syn Tomasza
Wróbla - Gustaw. Pracowałem w tym dziale do chwili ucieczki Niemców i spalenia stacji. Po
spaleniu stacji zamieszkałem u Pana Wróbla Tomasza we wsi Zawada, który wrócił na swoje
gospodarstwo. Żona mieszkała u Pana Wróbla do 20 kwietnia 1945r., to jest do czasu wyjazdu do
Gdańska - Nowego Portu, gdzie stacjonował Pierwszy Morski (?) Batalion Marynarki Wojennej. Moje
mieszkanie w Nowym Porcie stało się wkrótce azylem dla szeregu osób z terenu Zamojszczyzny i
Powiatu Biłgoraj zagrożonych aresztowaniem.
Na przestrzeni miesięcy maj - sierpień 1945r. przejściowo zatrzymali się u mnie niektórzy oficerowie
z Komendy Obwodu Zamość i Biłgoraj, jak: Pan Tarwowski ("Osa") z. żoną, Mieczysław Wojczuk
ps. "Boy", Edward Marczuk ps...Marek", Jan Zawrotny ps."Jarema". Stefan Poździk ps."Wrzos".
Również w maju przyjechał najstarszy syn Pana Tomasza Wróbla - Edward ps."Boruta", który
mieszka! u mnie dwa lata i u mnie zawarł związek małżeński. W czerwcu 1945r. zjawił się drugi
syn Pana Tomasza Wróbla - Bogusław, który zatrudnił się w Stoczni Gdańskiej i zaocznie ukończył
Politechnikę Gdańską - Katedrę Budowy Okrętów. W l i p c u zameldował się Franciszek Roman ps.
"Derwisz" wraz z żoną i synkiem i również zatrudnił się w Stoczni Gdańskiej. Pan Edward Wróbel
początkowo pracował w Wojewódzkim Urzędzie Skarbowym, a od roku 1948 do 1972 był
kierownikiem Wydziału Finansowego WRN w Gdańsku, a od 1972 do 1982 roku dyrektorem NBP w
Gdańsku. Ogółem na przestrzeni lat 1945 - 1951 gościłem ponad 62 uciekinierów z Powiatu Zamość
i Biłgoraj. Wszyscy przy mojej pomocy uzyskali pracę, i mieszkania, a niektórzy ukończyli
Politechnikę Gdańską. Akademię Medyczną i Wyższą Szkolę Oficerską Marynarki Wojennej, oraz
Szkołę Morską. Utrzymywali ze mną ścisły kontakt do swojej śmierci.
Moja droga w ruchu oporu AK
We wrześniu! 942r. zostałem zaprzysiężony jako członek AK. przez Komendanta Placówki AK
Mokre II. por. Tadeusza Krechowicza ps. "Grzmot". Placówka obejmowała swym zasięgiem wsie:
Ilubale [Hubale?]. Wychody. Topornica. Wieprzec. Zarzecze. Wierzchowiny. Skaraszów. Wólka
Wieprzecka, Kosobudy i Szewnia. Skupiała w swych szeregach 250 członków. Por. Krechowicz
zaproponował mi objęcie pod moją komendę członków zamieszkałych we wsiach: Skaraszów,
Wólka Wieprzecka. Kosobudy i Szewnia. W tych wsiach stan członków wynosił 135 osób. W
Kosobudach i Szewni zamieszkiwało sporo Ukraińców, którzy byli nieprzychylnie ustosunkowani do
ludności polskiej.
W styczniu i lutym 1943 r. Niemcy przygotowali i przeprowadzili pacyfikacje wiosek i terenów leśnych
w obszarze Zamość - Tyszowce - Józefów - Biłgoraj - Krasnobród. Pacyfikacja spowodowana
została rajdem 1 Ukraińskiej Dywizji Partyzanckiej pod dowództwem gen. Kołpaka i jego zastępcy
Piotra Werszyhory. Silna jednostka lej dywizji w końcu lutego I943r. przez trzy tygodnie okupowała
wsie: Kalinowice Ordynackie, Wierzba. Lipsko. Żdanów, Wychody, Wierzchowiny. Wieprzec.
Zarzecze. Skaraszów. Wólka Wieprzecka, Kosobudy. Rudka, Zwierzyniec. Przeciwko tej dywizji
Niemcy zgrupowali dwie dywizje zmechanizowane, dwa pociągi pancerne, z jednostkami tymi
współdziałały samoloty z lotnisk Mokre i Łabunie. Partyzanci radzieccy dokonali wypadu na
majątek Kalinowice pod samym Zamościem, w którym kwaterowała jednostka SS. w sile około500
hitlerowców. Jednostka ta została rozbita, a łupem partyzantów padło ponad 400sztuk bydła, spora
ilość świń, koni, zboża. Ulegając przewadze sił dywizja wycofała się w Lasy Janowskie i przez
rzekę San przeszła w Karpaty. Dywizja odbyła ponad 1000 km marsz od Witebska poprzez Polesie i
Północny Wołyń docierając aż pod Zamość. Na terenie Zamojszczyzny i Biłgoraja z dywizją
współpracowali polscy dowódcy oddziałów partyzanckich jak: por..,Wacław", por."Podkowa",
por."Norbert". Po raz drugi ta dywizja zawitała w Lasy Puszczy Solskiej nad Tanwią w
październiku 1943 r. W tej operacji znanej bitwy pod Rapami Dylańskimi 5 października
1943 r. współdziałały polskie
leśne
oddziały
partyzanckie
pod
dowództwem
"Norberta","Zadry", "Korby", "Woyny", "Czarnego" i "Wrzosa". Po raz trzeci silny oddział tej
dywizji zjawi! się w drugiej połowie czerwca 1944r. obejmując swym zasięgiem działania
Lasy Janowskie i Puszczę Solską Połączone oddziały partyzanckie radzieckie,polskie AK, BCh, i
AL stoczyły dwie bardzo krwawe bitwy, na Porytowym Wzgórzu i pod Osuchami. W czerwcu
1944r. Niemcy zastosowali wobec zgrupowania partyzanckiego w Lasach Janowskich i
Puszczy Solskiej dwie pacyfikacje pod kryptonimem "Sturmwid I" i "Sturmwid II" ) "Wicher
1" i "Wicher II"). Tragicznie skończyła się pacyfikacja dla zgrupowania oddziałów AK pod
dowództwem majora"Kaliny" w dorzeczu rzek Sopot i Tanew niedaleko Osuch w dniach 20 - 24
czerwca1944r. Pod Osuchami zginął syn Tomasza Wróbla z Zawady, podchorąży Gustaw. W
czerwcu
1943 r. w czasie pacyfikacji terenów leśnych Zamojszczyzny i Biłgoraja
ewakuowałem się z rodziną najpierw do Zamościa, a po paru dniach zatrzymałem się u syna Pana
Dzwolaka Bronisława , który mieszkał i pracował w baraku na stacji Zawada. Przy pomocy
Pana Czerwieńca Bartłomieja "Rolicza " i Pana Wróbla Edwarda, syna Tomasza, zostałem
zatrudniony jako robotnik fizyczny w oddziale sygnałowym stacji Zawada, o czym już poprzednio
wspominałem. W połowie sierpnia I943 r. z synem Pana Dzwolaka Bronisława, który pracował jako
przetokowy na stacji Zawada, pojechaliśmy do stacji Równe na Wołyniu parowozem, na którym
pracowała znajoma załoga Pana Edwarda Wróbla. Celem wyprawy była potrzeba ewakuacji z
okolic Równego zamieszkałych tam rodziców mojej żony, rodziców synów Dzwolaków i bliskich
krewnych - łącznie 15 osób. Parowóz nie zatrzymywał się na żadnej stacji. Należy zaznaczyć, że
wszystkie stacje i przystanki kolejowe na trasie Rawa Ruska -Lwów - Łuck - Równe, poza
głównymi stacjami, zostały w miesiącach lipiec - sierpień1943r. spalone przez bandy
Banderowców i Michnikowców, którzy z dniem 1 sierpnia wzniecili ogólne powstanie przeciwko
ludności polskiej. Żydom i bolszewikom. W Równem skontaktowaliśmy się z rodzicami polecając
przygotowanie się do ewakuacji. Na stacji kupiliśmy wagon 40 -t onowy za 5 litrów wódki i dwie
10 - rublówki w złocie. Do wagonu załadowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy rodzin, krowę,
psa, ma się rozumieć siebie i 15 innych osób. Wagon został zaplombowany i jako przesyłka
ekspresowa nadany do stacji Zawada. O wagonie wiedziała tylko drużyna konduktorska - również
opłacona. Cała operacja trwała 4 d ni . Było to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie. W
przypadku odkrycia szmuglu wszyscy pojechalibyśmy do komór gazowych. Na stacji Zawada
rodzice wraz z. trzema córkami zamieszkali w komórce wolno stojącego domku, 100 metrów od
stacji. W domku tym mieszkał kierownik działu technicznego stacji Zawada Pan inż Mikulski
(prawdopodobnie agent Gestapo). W obawie przed zbliżającym się frontem inż... Mikulski
ewakuował się do stacji Werbkowice,) dlaczego na wschód, tego niestety nic wiem). Przy
pomocy Pana Edwarda Wróbla, poprzez, sowitą zapłatę dla kierownika stacji, Pana Wajzego,
otrzymałem przydział tego domku na zamieszkanie z rodziną. Teść mój już w tym czasie pracował
jako robotnik torowy. W październiku 1943 r. Pan Bartłomiej Czerwieniec został mianowany
Zastępcą Komendanta Obwodu AK. Zamość. Zgodnie - z rozkazem Komendanta Obwodu z dnia 5
października 1943 r. powołano Komendę Rejonu AK Mokre. Komendantem Placówki AK Mokre I
został mianowany podchorąży Kaszyca Władysław z Niedzielisk, a komendantem drugiej placówki
nadal był por. Tadeusz Krechowicz z Wierzchowin. Przyjęcie obowiązków Komendanta Rejonu
odbyło się w Bodaczowie )w polu), w obecności majora "Adama"- Stanisława Markiewicza - Prusa,
późniejszego d-cy zgrupowania partyzanckiego 9 Pułku Piechoty Legionowej. Pragnę zwrócić
uwagę, że nigdy nie istniała placówka AK w Niedzieliskach tam jedynie zgrupowali się żołnierze
AK. którzy uratowali się z wysiedlenia Wielączy i Zawady. Od samego powstania AK Rejon
Mokre składał się z dwóch placówek - Mokre 1 i Mokre II. Stanowisko Komendanta Rejonu
Mokre p ełn iłe m do 30 lipca 1944 r. to znaczy do chwili złożenia broni przez zgrupowanie AK w
akcji "Burza" w gajówce "Markowiczyzna".
Ważniejsze wydarzenia dotyczące udziału mojej osoby w akcjach partyzanckich w okresie od
maja l941r. do 30 lipca 1944 r.
W końcu maja 1941 r. kierowana przeze mnie Szkoła Podstawowa w Wólce Wieprzeckiej została
zajęta przez P u ł k Artylerii Ciężkiej Wermachtu. Z konieczności z żoną i dzieckiem przenieśliśmy
się do domu Pana Dziedzica Paszkiewicza, w którym to domu dwa pokoje zajęło 12 oficerów tegoż
pułku. Trzeci pokój zajęto na izbę chorych. Oficerowie ci na ogół zachowywali się bardzo
kulturalnie, mimo nadużywania alkoholu. Dowódca pułku widząc moją. bardzo ciężką sytuację
Życiową, polecił kuchni żołnierskiej wydawanie mi trzech porcji śniadań, obiadów i kolacji.
Miałem swobodny dostęp do kuchni. Zaprzyjaźniłem się z lekarzem lego pułku - majorem, który
po pijanemu w drodze szczerości wyznał, że wojna z Sowietami ma wśród starszych oficerów dużo
przeciwników. Według Jego opinii wojna ta przyniesie zgubę Armiom Niemieckim. Często bawił
się z córeczką, dawał Jej czekolady i puszki konserw mięsnych. Opowiadał o swoich dwojgu
małych dzieciach, za którymi bardzo tęsknił. W nocy z 20 na 21 czerwca P u ł k został przesunięty
na pozycje wypadowe nad Bug. Pułk był w pełni zmechanizowany.
W marcu I942 r. przed Świętami Wielkanocnymi w Wólce Wieprzeckiej zastrzelony został w
godzinach rannych żandarm z. posterunku Szewnia, który przyjechał do gajowego Jednacza po
zaopatrzenie. Następnego dnia w godzinach wczesnorannych Niemcy otoczyli wioski: Wieprzec.
Skaraszów, Wólka Wieprzecka i Kosobudy. Wszystkich mężczyzn, którzy nie zdążyli się ukryć,
spędzili na podwórze sołtysa, gdzie zostali skuci i załadowani na samochody, w sumie 32. O piątej
rano Niemcy zaczęli stukać do Szkoły żądając otwarcia drzwi. Do szkoły weszło dwóch żołnierzy i
młody oficer. Żołnierze przeszukali wszystkie pomieszczenia, strych i przybudówkę. W tym czasie
oficer bawiąc się z. moją córeczką wypytywał się skąd pochodzę i skąd znam język niemiecki,
( id y dowiedział się, że pochodzę z. Pomorza z Kościerzyny, wyznał, że jego miastem rodzinnym
jest Bydgoszcz, gdzie kończył gimnazjum, a Szkolę Oficerską ukończył w "Cykau" nad Łabą.
Córeczkę częstował czekoladą i wyznał, że jest żonaty i ma dwoje małych dzieci. Pokazał
fotografię żony. córki i syna. Żołnierzom kazał udać się na miejsce zbiórki. Oddalając się polecił,
abym się ciepło ubrał i zgłosił do domu sołtysa. Odchodząc nie obejrzał się za siebie. Ja. zamiast
u sołtysa ukryłem sic w lesie, który sąsiadował z. terenem szkoły, czekałem do chwili odjazdu
ekspedycji. Po trzech dniach na prośbę rodzin aresztowanych z gajowym Jednaczem i agronomem
Gminy Mokre Burconem zaopatrzeni suto w wódkę, słoninę i kiełbasę pojechaliśmy do Zamościa
szukać aresztowanych. Dotarliśmy do obozu koncentracyjnego i dowiedzieliśmy się, że większość
zatrzymanych została wywieziona do Oświęcimia i Sobiboru. Zdołaliśmy wykupić ośmiu
zatrzymanych. Do dziś żyje dwóch, z którymi utrzymuję kontakt.
Spotkanie z partyzantami radzieckimi.
W końcu marca 1943 r. w niedzielę przed Świętami Wielkanocnymi rano udałem się po mleko dla
córki do gajowego Jednacza, który mieszkał w gajówce 200 m od Szkoły. Była godzina 8 rano,
nadal śnieg i mróz ok. 15 stopni. Podchodząc do drzwi mieszkania zostałem otoczony przez 8
osobników w białych półkożuszkach. Pepesza)pistolet maszynowy) w rękach, kazali mi iść do
mieszkania. W mieszkaniu przy stole popijając herbatę siedział w długim futrze skórzanym wysoki,
postawny mężczyzna z czarną brodą. Gajowy Jednacz przedstawił mnie jako kierownika
miejscowej szkoły, a ów osobnik po ukraińsku przedstawił się jako pułkownik Werszyhora. Zapytał
mnie, czy mogę udzielić bliższych informacji o wielkości wojsk hitlerowskich w Zamościu i o
załodze wojskowej w majątku Kalinowice pod Zamościem, oraz o możliwości niepostrzeżonego
podejścia do tego majątku.
Byłem w posiadaniu najnowszej informacji o rodzaju i sile wojsk niemieckich w Zamościu i o
załodze SS w majątku Kalinowice, które to jemu przekazałem. Pułkownik Werszyhora oświadczył,
że informacja moja pokrywa się z posiadanymi wiadomościami dostarczonymi przez jego wywiad i
uważa ją za prawdziwą. Podziękował mi, życząc dobrego zdrowia i zaznaczył, że wkrótce się
znowu zobaczymy. Dwa tygodnie po spotkaniu wioski w trójkącie Zamość - Łabunie -Zwierzyniec
zostały nagle okupowane na trzy dni przez oddziały I Ukraińskiej Dywizji Pancernej, a jeden z
oddziałów dokonał napadu na majątek Kalinowice, rozbijając stacjonującą tam załogę SS w sile
500 żołnierzy. Partyzanci zdobyli duże ilości żywności oraz 400 krów, sporo świń i k i l k a
samochodów. Po trzech dniach ulegając znacznej przewadze niemieckich oddziałów
zmechanizowanych dywizja przez rzekę San i Puszczę Solską wycofała się w Karpaty.
Mord żandarmerii i Szupo w dzień Zielonych Świąt przy kościele w Kosobudach w 1943 r.
Nikt tego niedzielnego dnia nie przewidział, że się tak tragicznie skończy. W połowie nabożeństwa
o godz. 11.30 k i l k u gospodarzy wbiegło do kościoła z okrzykiem "- Niemcy ! Straszny ten okrzyk
odbił się w całym kościele. Z hukiem rozwarły się drzwi, w których zamajaczyły stalowe hełmy
żandarmów. Podkute buty żołdaków twardo uderzały o kamienną posadzkę Kościoła. Wszystkie
twarze wiernych z przerażeniem w oczach zwróciły się w stronę wchodzących. Po sekundzie
skrzekliwy głos oficera oświadczył - Wszyscy mężczyźni wyjść przed kościół - alle los, alle
slinell". Równocześnie na obecnych spadły uderzenia k o l b po głowach i plecach. Przed kościołem
kazano mężczyznom ustawić się w jeden szereg, przed którym przechodził oficer i pejczem
wskazywał kto ma wystąpić z szeregu. Wyznaczył 7 mężczyzn. Oczy zebranych zwróciły się w
kierunku dwóch wysuwających się z gałęzi drzew pętli. A więc egzekucja! Rozległ się niesamowity
płacz i błaganie o litość. Oprawcy z wielką wprawą porwali skazańców i błyskawicznie zarzucili
im pętle na szyje. Po paru sekundach 7 ciał skręconych w agonii zwisało z konarów 100 - l e t n i c h
lip. Rozległ się głos oficera: "To kara za opieszałość dostawy kontyngentów, jeśli stan się nic
poprawi czeka was kolejna egzekucja"'. Oficer polecił sołtysowi, że ciała przez trzy dni nic mogą
być zdejmowane. Rodziny czekały do zmroku, zdjęto męczenników, w nocy bez księdza
pochowano22
Akcja "Tartak" w Zawadzie.
W połowie lutego 1944 r. otrzymałem rozkaz od Komendanta Obwodu AK Zamość zabrania
pasów transmisyjnych i zniszczenia traków w tartaku Zawada koł stacji kolejowej. Rozkaz
przekazał mi por. Bartłomiej Czerwieniec, "Rolicz". Oświadczyłem Panu Czerwieńcowi, ps.
"Rolicz", że rozkaz jest bezsensowny. Korzyści ze zniszczenia tartaku byłyby mało znaczące, gdyż
właściciel przeniósł produkcję do swego tartaku w Tarnawatce, natomiast pracę i jedyne źródło
utrzymania straciłoby ponad 40 pracowników. Pan por. Czerwienie oświadczył " - Nie dyskutuj
rozkazu, ale go wykonaj". Wypad na tartak był niemałym ryzykiem. Stację Zawada ochraniał 100
osobowy oddział Własowców, którego patrole przebywały teren sąsiadujący ze stacją w promieniu
2 km! Tartak był więc w zasięgu kontroli. Wyznaczyłem 20 żołnierzy z placówki AK Mokre II
dowodzonej przez podchorążego Władysława Kaszycę ps. "Zbur". Grupą sabotażową dowodziłem
osobiście przy pomocy Franciszka Romana ps."Derwisz" i podchorążego Kaszycy. Współdziałał z
nami podchorąży Domaszewski, kolejarz, który wraz z Gustawem Wróblem i kolejarzem
Wiatrzykicm ubezpieczali akcję od strony stacji. Pasy transmisyjne zostały pocięte i rozdane
członkom placówki na zelówki, a traki rozbite. Moje przewidywania się spełniły. Niemcy przenieśli
produkcję do zakładów tartacznych w Tarnawatce kolo Łabuń. Żadne dochodzenia w sprawie
uszkodzenia tartaku nie zostały podjęte.
Akcja dywersyjna "Broń"
Pan Edward Wróbel, syn Tomasza Wróbla ps. "Boruta", kierownik sekcji wywiadu na stacji
Zawada przekazał mi osobiście p i l n ą wiadomość, że w składzie pociągu towarowego zdążającego
z Odessy do Lublina doczepione są dwa wagony, w których znajduje się zdobyczna broń i
k il k a beczek oraz skrzyń z niewiadomą zawartością. Wiadomość otrzymałem o 7 rano. a
pociąg miał być odprawiony w o godzinie 18.00. Czasu było niewiele. Spotkałem się p i l n i e z
podchorążym Kaszycą, z Franciszkiem Komanem, Edwardem Wróblem i podchorążym
Daszewskim (kolejarz) ustalając plan akcji na godz. 17. Przed godz. 17 wagony zostały
wyprowadzone na trójkąt rozdzielczy, który stykał się z lasem. W lesie czekały furmanki
zorganizowane przez podchorążego
Kaszycę.
Wagony
zostały
rozplombowane.
Zawartość przeładowana na furmanki. Puste wagony zaplombowano i włączono w skład pociągu,
który w terminie odjechał do stacji przeznaczenia. Furmanki pod konwojem odjechały do
Niedzielisk. gdzie nastąpiło ukrycie towaru. Na zawartość jednego wagonu składało się: pięć
L.K.M., (przeszło 100 sztuk "pepesz") część uszkodzona), około 20 (?) R. K. M."Diektierowa"
(talerzowe), duża ilość magazynków do pepesz i dysków do R .K. M. taśmy z nabojami do
L.K.M., dużo różnej amunicji w skrzynkach i kilkadziesiąt granatów bojowych różnych typów.
Drugi wagon zawierał 5 beczek 200 litrowych zawartości francuskiej wódki "Starka" oraz
kilkanaście skrzyń win i koniaków francuskich. Sprawną broń rozdałem członkom placówki i
22
relacja naocznego świadka Jadwigi Turowej , bratowej kierownika szkoły w Kosobudach. Kierownik szkoły, p. Tur
i jego żona byli członkami AK.
Mokre I i Mokre II. Naprawą uszkodzonej broni zajęli się Franciszek Roman i podchorąży
Kaszyca. Akcja"rozładunku" trwała zaledwie 20 m i n u t , a w godzinę furmanki dotarły do
punktu przeznaczenia. Alkohol i wino znalazły się na stolach świątecznych uczestników akcji a
większość w opakowaniach handlowych sprzedano w restauracjach w Zamościu,uzyskane
pieniądze trafiły do rodzin najbardziej potrzebujących. Dochodzenia o zniknięciu
zawartości nic było. W uzgodnieniu z Komendą Obwodu 10 pepesz przekazałem
placówkom BCh za co dostałem w rekompensacie za pośrednictwem por. Czerwieńca "Policzą"
["Rolicza"] 10 sztuk zrzutowych "Stenów" produkcji angielskiej. Komenda Obwodu
dysponowała magazynami broni zrzutowej, z. których jeden w okolicy Bondyrza w czasie
pacyfikacji czerwcowej 1944 r. wpadł w ręce Niemców. Prawdopodobnie nastąpiła zdrada
"dokonana przez wtyczkę Gestapo". W ręce Niemców wpadło k i l k a d z i e s i ą t automatów, miny
przeciwczołgowe i spora ilość granatów. Sprawców kara nic doścignęła, ze względu na zbliżający
się front.
Szkolenie bojowe przeze mnie placówki AK Mokre II
Po uzyskaniu broni z wagonu na stacji Zawada przeprowadziłem 4-krotnie szkolenia bojowe z
grupą żołnierzy - ochotników z Placówki AK Mokre II " w lasach kąteckich i kosobudzkich". W
szkoleniu jednorazowo brało udział od 15 do 20 żołnierzy. Uczestnicy szkolenia bardzo sumiennie
wykonywali rozkazy bojowe i prosili o dalsze szkolenie. Przy okazji przeprowadziłem szkolenie w
obchodzeniu się różnym rodzajem uzbrojenia. W szkoleniu sekundował mi podchorąży Kaszyca i
Franciszek Roman. Jak się okazało uczestnicy szkolenia nie mieli pojęcia o obchodzeniu się z R.
K. M. "Diektierowa", oraz w ogóle nie znali działania automatu "Sten".
Życic ludzkie jest ciągle zagrożone
W czerwcu 1942 r. córeczka Elżbieta mając 1,5 roku zachorowała na dyfteryt, choroba w ciągu 24
godzin rozwinęła się piorunująco. Pojechaliśmy z córką, żoną i Panem Łapą z Kosobud do lekarza Pana Jacha - wysiedleńca z Poznania mającego gabinet lekarski w Wielączy. Pan Łapa świadczył
usługi d l a Szkoły z polecenia Gminy. Pan Jach stwierdził najwyższy stopień dyfterytu i zalecił mi
natychmiastowe zaaplikowanie zastrzyku, którego jednak nie posiadał. Oświadczy! tylko, że ten
lek posiada apteka w Zamościu, ale tylko dla Niemców. Żona z córką wróciła do domu, a ja pieszo
z duszą na ramieniu o godzinie 18 poszedłem do Zamościa, zastanawiając się. jakim cudem
zdobędę zastrzyk. Z moją troską udałem się do Pani Rączkowej, która również uczyła w Szkole w
Wólce Wieprzeckiej i przypadkowo była na zwolnieniu lekarskim. Pani Rączkowa znała osobiście
Niemkę - kierowniczkę apteki, której mąż, magazynier Spółdzielni "Społem" świadczył Pani
Rączkowej różne usługi. Udała się ze mną już po godzinie policyjnej do apteki i z jej pomocą
nabyłem zastrzyk. Obiecałem kierowniczce apteki dostarczyć jajka, słoninę i kiełbasę. Obietnicę
spełniłem po dwóch tygodniach i od tej pory miałem "lory" w aptece. Ze zdobytym cudem
zastrzykiem około godz. 23 wracałem do Wólki Wieprzeckiej pokonując pieszo 15 km. Do domu
dotarłem o 2 nad ranem. W domu czekał już na lekarstwo Pan Pawlik, mieszkaniec Wólki, słynny
znachor - samouk, który leczył konie i krowy, a przy tym również ludzi. Zaaplikował zastrzyk,
ogromną końską strzykawką. Były to ostatnie minuty na ratowanie córki. W ciągu dwóch godzin
nastąpiło przesilenie, córka została uratowana (podaję ten przykład jako uznanie dla ludzi
życzliwych w pokonywaniu codziennych trudności).
Działalność Komendanta Rejonu Mokre w akcji "Burza" w dniach 24-30 lipca 1944 r.
24 lipiec 1044 r Rozkaz Komendanta Rejonu Mokre w sprawie koncentracji oddziałów w
ramach częściowej mobilizacji.
Ob. "Grzmot" Proszę jeszcze raz powiadomić drużynowych, iż jutro tj. 25.07.1944r. oczekuję
drużyny na punkcie zbornym gajówka "Markowiczyzna" do godziny 11. Odwiedzić drużynowych i
zapowiedzieć, że jeżeli nie wypełnią rozkazu podlegają sądowi polowemu jako dezerterzy. Proszę
powiadomić Ob. "Pisa", ze oczekuję Go z. L. K. M. i drużyną. Chleb dostarczyć j u t ro na
"Markowiczyznę". Kartę dla drużynowych BCh i gońcem odesłać. Ich równie) oczekuję do godziny
11 . Z BCh idą drużyny taktyczne AK, a w domu zostają "OS". ..P. S .B." i ..K.3.".(rozkaz jest
wyciągiem z archiwum) por. Eugeniusz Jereczek
Mój rozkaz, o koncentracji został wykonany prawidłowo. Na miejsce zbiórki stawiło się 145
żołnierzy i podoficerów i 35 żołnierzy z Bch. Broń: trzy L. K.M., osiemnaście R. K. M.
"Diektierowa" (talerzowe), siedem "Stenów", czterdzieści pięć automatów pepesza, pięćdziesiąt
pięć karabinów ręcznych typu "Mauer", około pięćdziesiąt sztuk granatów bojowych. Wyżywienie
przygotowała kuchnia polowa trójkołowa. Zabezpieczała wydanie jednorazowo 180 porcji obiadu
dwudaniowego. Drużyna Komendanta składała się z 10 żołnierzy m. in. : podchorąży
Kaszyca Władysław. Franciszek Roman, Bogusław Wróbel, Stanisław Szponar, Anna i Eugenia
Gawik , sanitariuszki i inni. Na miejscu zbiórki w dniu 25 lipca o godzinie 12 wydałem niezbędne
rozkazy dotyczące ubezpieczenia, koncentracji, zwiadu terenowego, ochrony przed lotnikiem,
łączności z dowódcą 9 pp. który koncentrował oddziały w lasach Kawęczyna i Zwierzyńca, oraz
wydawania posiłków 9pp. dowodził Stanisław Prus ps."Adam".
W godzinach wieczornych udałem się do punktu dowodzenia pułku i osobiście spotkałem się z
dowódcą. Przy spotkaniu obecny był Pan Czerwieniec "Rolicz". Noc z 25 na 26 lipca przeszła na
ogół spokojnie. Od strony Biłgoraja i Tereszpola dochodziły odgłosy ciągłej kanonady dział. Niebo
oświetlały race i błyski wybuchów pocisków. W południc 26 lipca nastąpiło spotkanie z czołówką
zwiadu Armii Czerwonej. Rano w dniu 27 lipca rozwiązałem zgrupowanie. Starsi gospodarze
wrócili do domów, a młodsi partyzanci w liczbie 75 osób wraz ze mną udali się na dalszy postój do
wsi Niedzieliska, lokując się w gospodarstwie Pana Józefa Koziołka ps. "Biały"',
oraz
w
dwóch sąsiadujących gospodarstwach. Kuchnia polowa przygotowała posiłki. Dzień 27 lipca
partyzanci spędzili na doprowadzeniu do jako -takiego stanu ekwipunku osobistego, leczono
odparzenia nóg, myto i golono ,spożywano posiłki. Trzeba zaznaczyć, że obsada kuchni
wychodziła z siebie, aby nie było narzekań na wyżywienie. Część partyzantów udała się za moją
wiedzą do rodzin i znajomych. W tym dniu w godzinach wieczornych wyznaczony
patrol pod dowództwem Franciszka Romana wykonał kilka egzekucji (strzyżenie i golenie głowy)
panien, które zbyt sprzyjały Niemcom i Volksdeutschom - uszczęśliwiono 5 pań. W dniu 28 lipca
wczesnym rankiem udałem się do Zamościa celem zgłoszenia w Komendzie czołówki Armii
Polskiej gotowości oddziału do ujawnienia się i zdania broni.
W dniu 30 lipca w godzinach obiadowych do postoju oddziału przybyli "Wilisem" major
Wojska Polskiego i major Armii Czerwonej (szemrane NKWD). Zarządziłem zbiórkę oddziału i
nastąpiła smutna chwila rozstania się z. bronią. W niejednym oku zakręciła się łza. Zdawałem sobie
sprawę, że tylko część broni trafiła do rąk przedstawicieli Armii. Broń została załadowana na
przyczepkę. Zażądałem pokwitowania o zdaniu broni od przedstawicieli .Armii, które bez oporu
otrzymałem. Przedstawiciel Armii Czerwonej poprosił o wykaz, imienny składających broń.
Odmówiłem dostarczenia takowego, oświadczając, że każdy członek ruchu podziemnego zgłosi się
osobiście do punktu amnestyjnego. Major 1 Armii Wojska Polskiego namawiał gorąco
do wstępowania do tworzącej się II Armii WP. Ochotników nie było. Wieczorem po kolacji
rozwiązałem oddział dziękując za sumienne wykonywanie obowiązku żołnierskiego.
Chwila rozstania do dziś tkwi w mej pamięci. Losy 9 pp. skończyły się tragicznie. W dniu 24 lipca
oddziały 9 po. zajęły Zamość z zadaniem organizacji władz i administracji. W mieście już działała
Komenda Wojenna czołówki Wojska Polskiego i wszystkie placówki urzędów obsadzane były przez
wojsko. Komendant wojenny zarządził złożenie broni przez oddziały partyzanckie 9po. co w końcu
nastąpiło po długich dyskusjach. Każdy może sobie wyobrazić: żal, gorycz i ból tych, co ją składali.
Skończył się sen o wolnej i suwerennej Ojczyźnie - a wielu czekała tragiczna dola tułacza. Ja
osobiście po rozwiązaniu oddziału i zdaniu broni zamieszkałem wraz z żoną i córką u Pana
Tomasza Wróbla w Zawadzie.
Tragizm Franciszka Romana ps. "Derwisz"
W dniu 10 września 1944r. zostałem powiadomiony, nie pamiętam przez kogo, że Milicja
Obywatelska aresztowała jednego z byłych partyzantów z Zawady, który był uczestnikiem
zgrupowania w gajówce ",Markowiczyzna" i powiozła go pod konwojem do Szczebrzeszyna. O
wypadku aresztowania Tana Bogusława Wróbla powiadomiłem Pana Franciszka Romana, który
uzbrojony pojechał rowerem w ślad za konwojem, przypuszczam, że z myślą odbicia
aresztowanego. Panu Romanowi towarzyszył jeszcze jeden z partyzantów. Nie zdążyli doścignąć
konwoju przed Szczebrzeszynem. Wracając Pan Roman napotka! przed Klemensowem stado krów
konwojowanych przez, dwóch żołnierzy niemieckich. Został przez nich zatrzymany z. zamiarem
zabrania mu roweru. W trakcie szarpaniny Pan Roman zastrzelił obu żołnierzy i zbiegł. Pech chciał,
że przypadkowo świadkami zdarzenia byli dwaj pracownicy z cukrowni Klemensów, którzy
rozpoznali Pana Romana. Jeden z nich był członkiem Milicji w Klemensowie i doniósł o wypadku
ekipie śledczej UB. Od tej chwili Franciszek Roman i jego rodzina zostali wyjęci spod prawa.
Ukrywał się na terenie wiosek: Zawada, Wielącza Kąty. Niedzieliska, aż do czasu wyjazdu na
Wybrzeże.
***
Przekazałem Panu, Panie Bogusławie.23 parę ważniejszych zdarzeń, których bytem świadkiem lub
uczestnikiem w latach 1940 - 1944 przeżywając osobiście i wraz z rodziną tragizm okupacji. Tych
zdarzeń było dużo więcej, np. ujawnienie schronu czterech rodzin żydowskich w lasach
kosobudzkich przez tamtejszego gajowego. Ludzie ci zostali rozstrzelani przez żandarmerię
niemiecką, a ich skromny majątek zabrał ów gajowy. Podobno w donosie maczał również palce
gajowy Jednacz. Obaj zostali zabici przez partyzantkę żydowską latem 1944 r. Likwidacja kilku
rodzin żydowskich we wsi Wierzchowiny, w którym to przypadku o mały włos nie zginął Tadeusz
Krechowicz ps. ..Grzmot". Niemcy aresztowali kilku mężczyzn Polaków, a uciekinierzy żydowscy
wzięli odwet na tych Polakach, którzy przywłaszczyli sobie mienie żydowskie, a wielu mieszkańców
dotknęły niesłuszne represje
23
powyższe wspomnienia kom. Jereczek przekazał Bogusławowi Garbacik, współredaktorowi niniejszej pracy
Bogdan Strusiński ps. "Zawieja". Moje wspomnienia i krótki opis mojej działalności w ruchu
oporu na terenie gminy Radecznica
W latach 1940 - 1944 byłem członkiem Ruchu Oporu, pracowałem dla różnych organizacji
konspiracyjnych i społecznych na terenie gminy Radecznica. Po powrocie z kampanii wrześniowej
1939 roku wróciłem do domu dopiero 4 października tegoż roku po dwukrotnych ucieczkach z
niewoli sowieckiej, z którymi mieliśmy pakt o nieagresji; bardzo byłem tym zaskoczony, że prawie
spod domu zabrano mnie i moich kolegów na samochód i powieziono w nieznane, był to moralny
cios i nóż w plecy dla każdego Polaka. To dla nas starych, [teraz] prawie osiemdziesięciolatków,
wówczas było ciężkim przeżyciem, a obecnie smutnym wspomnieniem.
Już na początku roku 1940 należałem do organizacji Ruchu Oporu, która się u nas zewsząd
zawiązała w mojej wsi Radecznica, gdzie jest kościół i klasztor OO. Bernardynów, w którym często
zatrzymywali się uchodźcy z Warszawy i innych większych miast potrzebujący pomocy, której
księża Bernardyni nigdy nie odmówili. Często bywałem w klasztorze, bo łączyły mnie
przyjacielskie stosunki z Bernardynami, toteż widywałem różne osobistości, osoby inteligentne, a
nawet prostych ludzi, których życzliwie przyjmowano. Pewnego razu przy kolacji jakiś starszy pan,
nazwiska nie pamiętam, bo się nie przedstawił, proponował aby założyć jakąś małą, ścisłą
organizację (komórkę), która by przejmowała różne wiadomości i przekazywał je dalej, ale w
ścisłej tajemnicy nie dopuścić osób nie pożądanych, lecz bardzo dyskretnych i odważnych.
Tak powstał mały komitet Ruchu Oporu Służby Zwycięstwa Polsce, na którego czele jako
inspektor i organizator powołany był ks. bernardyn - Wacław Płonka, profesor Kolegium
[Serafickiego]24, zastępcą - Jan Kasza, gospodarz, były, emerytowany komendant policji, oraz
członkowie: Czesław Ruciński - wójt gminy Radecznica, Henryk Waśniewski - sekretarz gminy, ks.
Stefan i brat zakonny Apolinary, Michał Zawiślak - plut[onowy?] mar[ynarki?] woj[ennej?] i
oczywiście ja; to miało miejsce w lutym 1940 roku. Każdy z nas liczył, skoro Francja i Anglia
wypowiedziały wojnę Niemcom, to w ciągu paru miesięcy wojna się skończy, spotkało nas jednak
rozczarowanie. Mimo to organizację starano się powiększać, tak, ze już w czerwcu nasza
organizacja liczyła około 25 osób. Nastąpiła zmiana funkcji poszczególnych członków; było w niej
nawet pięć kobiet oddanych tej pracy jak Ewa Rybak, która przechowywała broń i amunicję. We
wrześniu 1941 roku została aresztowana i wraz z innymi przewieziona na Zamek w Lublinie a
stamtąd do Dachau - wróciła już po wyzwoleniu. Nazwisk wszystkich członków nie będę
wymieniał, bo postaram się szerzej napisać o Radecznicy, i za długa byłaby ta lista.
Z początku organizacja miała za zadanie śledzić ruchy band rabunkowych, które bezkarnie
grasowały po całym naszym terenie, jak również i innych gminach. Coraz silniejsza stawała się
24
otwarte zostało w Radecznicy staraniem O. Metodego Sikory 17 stycznia 1922 roku. Dyrektorem mianowano Leona
Syroczyńskiego, emerytowanego prof. Politechniki Lwowskiej - funkcję swą sprawował tylko przez rok. W roku
szkolnym 1922/1923 w Kolegium nauczano: języka łacińskiego, greckiego, niemieckiego - zajęcia prowadził O.
Marek Tatka, religii, historii, geografii - O. Paulin Wilczyński, języka niemieckiego uczył O. Gabriel Czupka
matematyki i fizyki - O. Julian Kędzior, przyrody O. Jozafat Biernat , języka polskiego O. Jan Duklan Michnar.
Naukę w trzech klasach pobierało 79 uczniów, przeważnie były to dzieci okolicznych rolników. W roku szkolnym
1923/1924 funkcjonowały cztery klasy, kierownikiem placówki został O. Jan Duklan Michnar. Przy Kolegium
istniała biblioteka nauczycielska i uczniowska, gabinety: fizyczny, przyrodniczy i historyczno - geograficzny. W
roku szkolnym 1937/1938 szkołę ukończyło 126 uczniów. Kolegium serafickie funkcjonowało do 1939 roku. Jego
kontynuację stanowiło otwarte w kwietniu 1944 roku gimnazjum na koszt Organizacji. Zajęcia odbywały się w
budynku dawnej szkoły powszechnej, naukę rozpoczęło około 60 uczniów - na wypadek wtargnięcia Niemców
uczniowie i nauczyciele mieli mówić, że to kontynuacja przedwojennej siódmej klasy. Jednym z uczniów
radecznickiego gimnazjum był ks. Czesław Stanisław Bartnik, który nie omieszkał podać w swoich wspomnieniach(
Mistyka wsi. Radom 2003 ) nazwisk kolegów: Eugeniusz Gąsior z Podlesia, Edward i Jan Woźnicowie z Latyczyna,
Stanisław Dziura z Zakłodzia, Stanisław Kulik, Stefan Żywot, Jan Kołodziej, Jan Rekiel, Józef i Jan Pruszkowscy,
Ryszard Zawiślak, Feliks Daniłowicz z Sułowca, Paweł Głowala z Zakłodzia. W gimnazjum pracowali: O. Ireneusz
Hanaka - wykładał łacinę, uczniowie używali podręcznika Puer Romanus drukowanego przed wojna we Lwowie.
Mgr. (...) Kuna z Podlesia - przedmiotem jego zajęć była historia, O. Emil Seroka, O. Eugeniusz Boruta, O. Julian
Kędziora, O. Jan Duklan Michnar, (...) Szut - uczył przyrody. Zygmunt Kimaczyński ze Szczebrzeszyna prowadził
zajęcia z matematyki; religii uczył dyrektor gimnazjum ks. Wacław Płonka. wg. www. republika.pl/horajec
nasza organizacja, bo do niej wszedł komendant policji przysłany z Kalisza na nasz posterunek z
żoną Niemką - może nie tyle Niemką, co niemieckiego pochodzenia, ale z legitymacją niemiecką;
była jednak dobrą patriotką, tak jak jej mąż. O wszystkim zawsze nas informowała. Jak przyjeżdżali
Niemcy zawsze nas informowała, toteż gmina może jej wiele zawdzięczać, ale ta wdzięczność
stanęła jej kością w gardle.
W parę miesięcy później przemianowano naszą organizację na Związek Walki Zbrojnej. Wielu
ludzi domyślało się, że jest jakaś organizacja, ale kto do niej należał nie wiedzieli, bo to było ścisłą
tajemnicą - jednak wśród wysiedlonych byli zdrajcy. Do organizacji prawie od początku jej
istnienia należeli: Henryk Waśniowski, podporucznik - komendant oddziału, Józef, Marek plutonowy
- zastępca,Michał Zawiślak - plutonowy marynarki wojennej, Jan Zawiślak,Marian Zawiślak,
Kazimierz Krukowski, Antoni Batorski, Michał Batorski, Melchior Batorski, Wojciech Jezierski,
Józef Jezierski, Stanisław Jezierski, Stanisław Siemczyk, Wojciech Król, Marcin Oleszek, Jan
Gałęzowski, Jan Piotrowski, (...) Zdunkiewicz, Józef Makaroński. Coraz więcej napływało
wiadomości o tworzących się organizacjach i oddziałach, oraz ludziach uciekających przed
aresztowaniem. Raz przybył mały oddział składający się z 5 ludzi uciekających przed
aresztowaniem; jeden z nich wszedł do Kaszy prosząc o sprzedanie chleba. Ponieważ Kasza był
bystry i szybko zorientował się o co chodzi zapytał [przybysza] skąd jest, ten mu odpowiedział jak
się tu znalazł, i że jest ich pięciu. Kasza wszystkich zabrał do domu, nakarmił i przez parę dni
kwaterował. Byli to studenci z Warszawy i spod Warszawy uzbrojeni w krótka broń palną; jeden z
nich nazywał się Janiszewski, czy Janikowski, drugi z tych pięciu Wiśniewski - innych nie
pamiętam. Odpoczęli przez parę dni i poszli w las zaopatrzeni w chleb i ciepłą odzież, o co postarał
się Kasza i Ruciński, dano im też po kocu.
Latach 1939 - 1940 napłynęło na nasz teren dużo wysiedlonych z Gdyni, Gdańska, Poznańskiego
i Kaliskiego - wśród tych ludzi wypędzonych z własnego domu znaleźli się i zdrajcy, którzy się
nam przysłużyli [tak], że wielu z naszych członków organizacji zostało aresztowanych, a później
zginęli na Rotundzie w Zamościu i na Zamku w Lublinie.
Prowadziłem piekarnię, wypiekałem chleb na kartki dla ludności nie rolniczej i wysiedlonych, też
byli tacy, co mnie oskarżyli że wypiekam chleb dla partyzantów. Pierwszy zaopatrywał się w chleb
Kasza - przysyłał kobietę pracującą u niego i brała chleb, kilka bochenków co kilka dni.
***
Pewnego razu przyjechał do nas, do Radecznicy Bohun. W rozmowie zaproponował stworzenie
silnego oddziału bojowego przeciw bandzie, która u nas grasowała. To pomogło, bo kilka takich
wypadów ukróciło zapędy bandyckie, chociaż bywały, ale już coraz mniej - tak powstał oddział,
który również chodził na akcję przeciwko Niemcom. Później powstały przemiany ze Związku
Walki Zbrojnej na Armię Krajową i Bataliony Chłopskie. Tak więc na naszym terenie były dwie
organizacje, które z czasem zostały scalone; dla mnie to nie miało znaczenia - przybywało
organizacji, przybywało oddziałów na miejscu i w lesie, które należało prawie codziennie
zaopatrzyć w chleb, którego dla ludności na kartki brakowało, więc na dalsze wioski wydawałem
mąkę w przeliczeniu na chleb - w takich warunkach ciężko było pracować. Partyzanci przyjeżdżali
po chleb nawet w dzień, co dla mnie i wsi [było] bardzo niebezpieczne, nawet w niedzielę, kiedy
ludzie szli na nabożeństwo do kościoła i bardzo się dziwili, że mam tyle odwagi. Prawie wszystkie
oddziały były przeze mnie zaopatrywane - obojętnie czy AK, czy BCh, radzieckie, Armia Ludowa.
Często z Zaburza przyjeżdżał Kurek Marcin i inni, również z Gorajca. Najczęściej przyjeżdżał
Michał Batorski, "Motyl" i "Wierzba", również "Wilk" i "Kaktus", już nie pamiętam kto tam
jeszcze.
W maju 1944 roku w porozumieniu z z głównym komendantem BCh [oddziały AK] urządziły
święto ludowe w lesie zaburskim na górze. Tam stacjonowały oddziały, które ubezpieczały teren w
czasie przygotowań do święta. Zaproszony byłem na te uroczystość więc pojechałem razem ze
szwagrem i żoną. Zachwycaliśmy się urządzeniem tej uroczystości, na która otrzymaliśmy od
Michała Krukowskiego furmankę. Wszystko było ładnie urządzone, i myśleliśmy że jesteśmy w
wolnej Polsce, bo nikt nie przeszkadzał, a pogoda była piękna, widok z tych gór na okolice pieścił
ludzkie oko i wprowadzał w zachwyt, tak szliśmy do wolności.
Wracaliśmy pieszo spacerując po lesie, nawet nie wiedzieliśmy; nawet nie wiedzieliśmy jaki smak
ma grochówka i bigos z żołnierskiej kuchni, bo się nie można było docisnąć do naczynia, a nikt
nam nie pomógł.
maj 1944
Nasuwają mi się wspomnienia z uroczystości "chłopskiego" Święta Ludowego, (które przypada
każdego roku w Zielone Świątki) w maju 1944, na które byłem zaproszony przez Komitet
Organizacyjny Batalionów Chłopskich i komendanta oddziału w Zaburzu, z tego tytułu, że jako
piekarz i właściciel piekarni w Radecznicy wypiekałem chleb i zaopatrywałem oddziały leśne,
odkąd powstały aż do wyzwolenia i ich rozwiązania.
Na tę uroczystość pobrali z mojej piekarni - Marcin Kruk i Krukowski Michał kwatermistrz
placówki w Zaburzu 150 bochenków chleba i 40 kilogramów bułek dla oddziałów stacjonujących i
kwaterujących we wsi Zaburze, jak również w lesie zaburskim.
Dobrze rano brali chleb na wozy; Krukowski powiedział mi, że przyśle po mnie furmankę, którą
będę mógł się udać na tę uroczystość. Około godziny 9.00 rano furmanka podjechała i w troje ze
szwagrem i jego żoną udaliśmy się do Zaburza - po drodze od Radecznicy do Zaburza spotkaliśmy
dużo furmanek z wystrojonymi ludźmi, a i konie tez przystrojone jak na wesele; wiele młodzieży
pieszo, nie brakowało też konnej jazdy - banderii na pięknych koniach. Wszystko to ciągnęło tak,
jak my na na to święto "chłopskie". Gospodarz znając inną drogę może nie chciał jechać w tłumie,
był przezorny i skręcił w opłotki koło Chadama i Maciąga, pojechał doliną wśród pól zielonych, a
potem już między krzewami młodym lasem w górę. Bardzo często schodziliśmy [z wozu] bo było
źle jechać wśród tych gałęzi; można było oko postradać i twarz poranić, a niekiedy wypaść [z
wozu] jak to się później stało. Droga była mało używana tylko dla potrzeby przywiezienia chrustu,
taka przecinka leśna. Tak jadąc i idąc dojeżdżaliśmy do polanki i wyższego lasu; w tym czasie na
skutek niedopatrzenia woźnicy wóz nagle się wywrócił - dobrze że to był młody i sprytny woźnica.
Zdążył zeskoczyć na bok. Oczywiście wóz odstawiliśmy na bok, mimo że każdy był odświętnie
ubrany. Dalej jechaliśmy już nieco lepszą droga, ale zarośnięta, i nagle przed nami staje żołnierz
partyzant widocznie tu tu postawiony był na warcie, a słysząc nasz śmiech i rozmowę wyszedł,
zatrzymał nasi zaczął legitymować. Widocznie nie znał gospodarza ani nas - gwizdnął i nadszedł
drugi, który był skryty gdzieś niedaleko. Zobaczył [nas], powiedział: "puść, to nasz piekarz". Drugi
żołnierz był mi znany, bo był po chleb, ale znałem go wcześniej, prawie od dziecka - to był jeden z
braci Maciągów. Jak zaobserwowałem i zauważyłem ubezpieczenie daleko było wystawione,
prawie we wszystkich zakątkach, skąd można było spodziewać się podejścia i wypadu Niemców.
Kiedy przyjechaliśmy na miejsce było już dużo ludzi z różnych okolic; z bliska i z daleka. Skąd
wszyscy wiedzieli o tym święcie, że tak licznie przyszli. Ja do szwagra mówię - tyle ludzi, wielkie
skupisko; a nad nami od czasu do czasu przelatują samoloty zwiadowcze, już z daleka je
zauważono, więc otrzymaliśmy wezwanie: "kryć się"! Co też każdy z nas robi. Duża część ludzi
stoi pod drzewami, a niektórzy wychodzili na polanę, co mogło być zauważone przez lotnika
obserwatora - te kolorowe chusteczki, sukienki i bluzki, te musiały szybko kryć się pod krzakami,
których tu było dość. Trochę było to męczące, ale przyjemne, bo połączone z majówką. Ten barwny
korowód dziewcząt i chłopców przypominał kwiaty na łące - dziewczęta pięknie wystrojone na
ludowo w zielonych spódnicach, z zielonymi chustkami na ramieniu; nie brak tez było ślicznych
"krakowianek", a i chłopcy, jak również starsi wszyscy odświętnie wystrojeni - nawet z zielonymi i
czerwono białymi kokardami.
Na środku polany stał ołtarz i bernardyn odprawiał mszę polową, a chór z Mokregolipia śpiewał.
Po ewangelii ks. Wacław Płonka wygłosił homilię, w której podkreślał hart ducha i odporność na
terror jaki nam zadawali Niemcy, mówił o wielkim patriotyzmie jaki tkwi w polskim narodzie bardzo pięknie to ujął. Po mszy przemawiali z trybuny: główny komendant Batalionów Chłopskich,
bliżej mi nie znany - nazwiska tego komendanta dowiedziałem się od Szczerby, miał to być
pułkownik Kamiński, oraz wielu innych, nawet jakaś kobieta - bojowa i energiczna, jej nazwisko
też mi powiedzieli, ale już nie pamiętam. Wszystkie przemówienia odnosiły się do męczeńskiego
życia narodu polskiego w okowach nałożonych na nas przez Niemców, ale też i o bliskim
zwycięstwie i klęsce Niemców, jak również o niezłomnej walce chłopów i stworzonych o przez
nich Batalionach Chłopskich [walczących] o wyzwolenia Ojczyzny, o pozycji jaka winien polski
chłop zająć w przyszłości, w wolnej Polsce wśród społeczeństwa jako filar i podstawa w odbudowie
"Nowej Polski". Uważam, że wszystkie zrywy od walki ze Szwedami za wolność chłopa, a później
ta sławna "Wiosna Ludów" nie miały takiego ducha wyzwoleńczego i organizacji, jak Bataliony
Chłopskie, które swą krwią, dziesiątkami albo setkami tysięcy poległych żołnierzy chłopskich
wywalczyły wolę i prymat dla ludu polskiego w obronie własnej i [obronie] Ojczyzny na
wszystkich polach walki w kraju, a przeważnie na Lubelszczyźnie i Zamojszczyźnie.
Defiladę oddziałów leśnych i innych odbierał główny komendant Batalionów Chłopskich ze
swoim sztabem - pułkownik Kamiński, oczywiście [ubrany] po cywilnemu. Oddziały ubrane były
w uniformy wojskowe z polskimi orzełkami, ale wśród nich były też i cywilne oddziały maszerowały sprężystym krokiem, wyćwiczone i zdyscyplinowane. Dziarscy i butni, każdy z
uśmiechem na twarzy. Za nimi szły dziewczęta, kwiat polskiej wsi - wszystkie urocze, nawet ksiądz
kapelan z ukosa rzucał okiem na te piękne buzie; kto wie, czy nie będzie musiał gdzieś tam w
piekle pokutować za to ze cztery lata, bo to był bernardyn i z pewnością zapomniał o brewiarzu i
regule zakonnej, ale to już jego sprawa.
Szli też przedstawiciele Stronnictwa Ludowego: Jan Woźnica, Stanisław Zybała, Stanisław
Pacyna, Michał Zawiślak i wielu innych gospodarzy ze wsi Latyczyn; byli też z innych wiosek.
Latyczyn ma to do siebie, że tam przed wojną istniała silna organizacja Stronnictwa Ludowego, i
oni byli bardziej widoczni. Na Święto przybyło również trochę inteligencji ze Szczebrzeszyna.
Panowie i Panie, nie będę wymieniał nazwisk, ale jedno wymienię - małego, zawsze ruchliwego dr
Zygmunta Klukowskiego, znanego społecznika, oraz Kołodziejczyka. Były też oddziały Armii
Krajowej, które w defiladzie prowadził porucznik "Rolicz". Największa zasługa w zorganizowaniu i
urządzeniu tego święta przypada oddziałom i placówkom Batalionów Chłopskich, które narażając
na niebezpieczeństwo wieś Zaburze i członków organizacji z Zaburza nie zawahały się tego
uczynić.
Zygmunt Wach. Związek Walki Zbrojnej - Armia Krajowa. Grupa Bojowa Nielisz.
Grupa bojowa Armii Krajowej w Nieliszu organizacyjnie należała do rejonu Stary Zamość.
Pierwszym komendantem rejonu był podporucznik rezerwy nauczyciel Jan Denkiewicz a następnie
od lipca 1944r ppor. rez. nauczyciel Jan Misiura. Nielisz wieś na około 300 gospodarstwach,
położona śródleśnie , na prawym brzegu rzeki Wieprz. Gmina , kościół parafialny, szkoła
podstawowa, ochotnicza straż pożarna, młyn wodny, dwa sklepy. W Nieliszu Niemcy dokonali
zbiorowego mordu na ludności już 15 listopada 1939 roku.
Zebrano wówczas na placu we wsi mężczyzn i co dziesiątego rozstrzelano. Zginęli m. in. Jan
Plizga,Włodzimierz Bojar, Mieczysław Jędruszczak, Józef Turek, Franciszek Hanulak, Józef
Tomasik i Aleksander Główka. Dziś na tym miejscu znajduje się tablica pamiątkowa.
Pierwszą ofiarą na przełomie1939-1940r był sekretarz gminy i naczelnik ochotniczej straży
pożarnej Mieczysław Stankiewicz. Sam zgłosił się do Gestapo, aby ratować aresztowanego syna
Ryszarda. Syna zwolniono , a ojca zatrzymano. Zginął w obozie.
Wydarzenia te miały duży wpływ na świadomość patriotyczną mieszkańców Nielisza i
przyspieszyły formowanie się we wsi placówek ruchu oporu. Organizatorem i pierwszym
komendantem placówki Nielisz był kierownik szkoły Edmund Mazur "Skiba" W roku 1941 został
aresztowany i zginął w Auschwitz. Mazur został aresztowany podstępnie. Rzekomo w sprawach
służbowych inspektor szkolny. Rode wezwał go do inspektoratu oświaty w Zamościu. Mazur nie
wrócił już do domu.
Placówkę przejął pod komendę Ksawery Szarlip "Elski" szewc z zawodu. Z uwagi na uprawiany
zawód miał ułatwione kontakty z ludźmi. Wywiad w placówce prowadził Jan Czerkasiuk "Okoń"
nauczyciel z Nielisza. Żona Jana Czerkasiuka pracując na poczcie w Ruskich Piaskach, prowadziła
podsłuch telefoniczny, wybierała spośród korespondencji anonimy, ostrzegała przed zagrożeniem,
korzystając z pomocy listonoszy. Czerkasiuk zwerbował do organizacji ówczesnego dyżurnego
ruchu na stacji w Ruskich Piaskach Tadeusza Kuncewicza ("Kmicic", "Wierny", "Podkowa") , który
w krótkim czasie zorganizował pluton dywersyjny. A następnie sam przeszedł do komendy
obwodu... W krótkim czasie" Podkowa" dał się poznać jako zdolny dowódca, a jego sława
promieniowała na całą Zamojszczyznę Zorganizował i przeprowadził wiele akcji bojowych zadając
Niemcom dotkliwe straty. Czerkasiuk był bardzo operatywnym członkiem organizacji - miał do
pomocy m. in. Maciejewskiego i Klapczyńskiego wysiedleńców z Poznańskiego. Szczególnie
przyczynił się do wzrostu szeregów nieliskiej organizacji. Organizacja składała się z ochotników
zamieszkałych w Nieliszu. Kilku pochodziło z okolicznych wsi. Było też kilku wysiedleńców z
różnych stron Polski Członków organizacji przybywało z każdym dniem. Do założycieli
organizatorów i dowódców doszli.
Julian Antoniewski - rolnik
Walerian Szarlip - rolnik cieśla
Edward Kilarski - stolarz
Józef Świrgoń -rolnik
Zygmunt Wach - cieśla ( mój ojciec)
Leon Antoszek - rolnik kościelny
Antoni Antoszek"Łysy" woźny w gminie Nielisz
Piotr Antoszek - robotnik rolny
Bronisław Smutniak - urzędnik w gminie
Franciszek Mędziak -rolnik
Witold Derewecki - rolnik (potem przeszedł do BCh)
Jan Mazur rolnik z Nawoza
Jesionkiewicz - nauczyciel
Ksiądz Giermakowski
Józef Koczot - gajowy łowczy
Jadwiga Jesionkiewicz - nauczycielka
Jan Główka"Zryw" - do chwili jego aresztowania
Zbigniew Steller -"Żbik" - nastolatek syn Stanisława
Stanisław Steller"Gryf" urzędnik gminny
Józef Antoszek - rymarz
Nieco później organizację zasilili
Stanisław Molasa
Helena Michalak Dudek - łączniczka
Andrzej Rzymski" Korwin" podoficer rezerwy
Bronisław Szarlip - Sławek"Wicher" łącznik do komendanta obwodu w Szczebrzeszynie - w 1945 r
aresztowany przez NKWD kilkanaście lat spędził w sowieckich łagrach.
Aleksander Soboń rolnik
Wiktor Poturaj
Bronisław Kłonica
Hipolit Dziewulski - gajowy
Władysław Hejzner - gajowy
Leśniczy Kiełpsz i jego synowie Józef i Witold
Zenon Wiącek - ukończył kurs podoficerski w BondyrzuWalery Rypulak - były ogniomistrz - był instruktorem w placówce
Zygmunt Sobański - instruktor uprawy tytoniu. Jego rejon pracy obejmował całą gminę, miał wiec
odpowiednie dokumenty, swobodę poruszania był dobrym kontaktem i łącznikiem
Bronisława Denkiewicz -nauczycielka - sanitariuszka, komendant służby sanitarnej.
Władysława Goch - sanitariuszka - poległa w bitwie pod Osuchami
Jan Antoniewski - rolnik
Stefan Burcon - robotnik rolny
Leon Gruszka – robotnik (w listopadzie 1944r skrytobójczo zamordowany przez nieznanych
sprawców)
Kazimierz Świstowski - robotnik kolejowy
Bronisław Błaszczak
Do placówki Nielisza organizacyjnie należało kilku członków z innych wsi : Jan Trąba,Adam
Gorzała, Jan Gawłowski z Ruskich Piask: Czesław Mazurek ze Stawu Ujazdowskiego, Wincenty
Świstowski z Gruszki Małej , Kozieło z Ujazdowa. Niektórzy członkowie ukończyli kursy
podoficerskie w lesie koło Bondyrza Kurs trwał 6 tygodni. Kurs zaopatrywał w żywność właściciel
majątku Staw Noakowski - Korzeniowski / żona i córka tez były w konspiracji. Uczestnicy kursu
brali raz udział w akcji rekwizycyjnej cukru z cukrowni w Klemensowie. Organizowano także
kursy w małych grupach - dwa razy w Ruskich Piaskach i raz w Nieliszu. W Nieliszu
zorganizowano także kurs sanitariuszek gdzie instruktorem była Bronisława Denkiewicz.
W placówce Nielisz nie było większych bitew oprócz potyczek i akcji na obiekty niemieckie. Na
początku 1941 roku przeprowadzono akcje sabotażowe. Podpalono cysternę z benzyną na stacji
Ruskie Piaski. Akcję powtórzono 16 i 31 grudnia 1942r. Spalono wieżę ciśnień, wysadzono most
kolejowy na rzece Łabuńka (dowodził "Podkowa"). Zdemolowano urządzenia stacyjne, spalono
gminne akta kontyngentowe. Członkowie grupy brali udział w innych akcjach organizowanych w
innych rejonach co było podyktowane względami konspiracji. Brali udział w rekwizycjach ,
przewozili broń. Organizowali zaopatrzenie dla oddziałów "leśnych". W sierpniu 1994r
sformowana została grupa idąca na pomoc Powstaniu Warszawskiemu. Grupa dotarła do Puław i
zawróciła - gdyż powstanie upadło. Kilku członków grupy było też wydelegowanych w 1944r w
ramach akcji "Burza" na ziemie wschodnie celem pomocy tamtejszym placówkom.
Marian Petryka. Okupacja w Łabuniach
W konspiracji byłem od 1939 roku, ojciec (Karol) był w wojsku za cara – wiedział jak obchodzić się
z bronią, więc zbieraliśmy to wszystko, mieliśmy nawet dwa karabiny niemieckie...Był bój na linii
Barchaczów – Mocówka, Niemcy uciekali w nocy - wycofywali się wtenczas a tutaj stały konie w
stodole, koniczyna była narzucona na wóz, dwa karabiny na wozie złożone do szturmu, to było
chyba w 1920 – 21 roku. Jak była bitwa w okolicach Barchaczów – Gródek – Łabuńki, zostały
spalone okoliczne wsie, było dużo broni. Ojciec to wszystko zbierał, składał – później, w czasie II
wojny się przydało...
***
Gdy wybuchła II wojna światowa siostra była już w szkole średniej, chyba na drugim roku w
liceum, miała przeszkolenie sanitarne. Jak Niemcy ostrzeliwali się w okolicach naszej wioski
uciekliśmy wraz z innymi do sąsiedniej wioski, do Wierzbia. Tam stała nasza artyleria, ostrzeliwała
Ruszów, artyleria niemiecka szła od Rzeszowa, tą droga w kierunku na Wierzbie...
12 grudnia 1942 roku zostały wysiedlone Łabuńki, Łabunie, Wierzbie, Ruszów, Jatutów. Przed
wysiedleniem dostałem kartę na roboty do Niemiec, ja i kolega. Trzeba gdzieś uciekać – nie
będziemy pracować dla Niemców. Zarząd organizacji załatwił nam prace na lotnisku – byliśmy od
listopada do grudnia.
Spadł samolot, leciał z frontu wschodniego. Pilot był ciężko ranny, zabrali mu mapy, jego wzięli
do szpitala. Leciał z meldunkiem. Na lotnisko przyjechała żandarmeria polowa. Wtedy nas
aresztowali podejrzewając, że to my zwinęliśmy temu lotnikowi teczkę z dokumentami. Postawili
nas pod ścianą, zaczęli wypytywać kto to zrobił, wtedy jeden z pracujących z nami robotników,
który pochodził z poznańskiego powiedział, że teczkę zabrał niemiecki żołnierz, okazało się, ze był
to strażnik, który podczas upadku samolotu miał wartę. Przyznał się, że to zrobił. Oddali nas wtedy
polskiej policji. Ci przekazali nas do Gestapo – zostaliśmy odwiezieni do Zamościa, na ul. Okrzei.
W więzieniu był tyfus, brud...; ok. 7 stycznia byliśmy ponownie przesłuchiwani. Później zabrali nas
na lotnisko w Mokrem, kolega zachorował na tyfus, więc i ja udawałem że jestem chory. Reakcja
była natychmiastowa – zabieraj swoje rzeczy i uciekaj. Wyszedłem, ale już do pracy nie wróciłem.
Uciekłem do partyzantki. Poszedłem na Majdan (Ruszowski), na kwaterę (później dowódca –
Lachowiec Edward zapoznał się z moją siostrą – Lucyną Petryką). Na Majdanie Ruszowskim był
taki Lipecki – prawdopodobnie Żyd, był nauczycielem polskim, patriotą. Przeżył Majdanek,
Bełżec, po wyzwoleniu był trochę zielarzem, leczył ludzi...Zmarł w Zamościu i tam został
pochowany.
Przeszedłem przeszkolenie bojowe (rozpoznanie terenu, czyszczenie broni...) - trzeba było być
czynnym, a żeby być czynnym, trzeba było umieć obchodzić się z bronią. Pierwszą moją akcję
przeżyłem podczas ataku na nasiedloną przez "czarnych" (Besarabów) wieś Huszczkę – to była
taka duża wioska. Szliśmy z boku Jarosławca, zanocowaliśmy w takim lasu, stąd było 12 km do
Huszczki. Ktoś chciał donieść "czarnym" że idziemy do nich, ale w porę się nasz wywiad
zorientował złapali go.
Druga moja akcja, to atak z grupą naszych partyzantów na Siedliska. Nasz główny komendant
"Adam" zrobił wywiad. Wzięliśmy konie, bo była ciężka broń. To było w czerwcu. W akcji z nami
brał także udział oddział "Podkowy" (on miał rejon w okolicach Biłgoraj – Szczebrzeszyn), naszym
oddziałem dowodził "Norbert", "Konrad". To był odwet za pacyfikację wsi Sochy. Po drodze
zlikwidowaliśmy samochód, który jechał z Niemcami od strony Zamościa, to było na trasie Zamość
– Szczebrzeszyn. Wtedy Niemcy aresztowali dużo ludzi z okolic, ale hrabia Jan Zamojski ujął się
za nimi. Wycofaliśmy się bez strat.
Brałem udział w akcji odbicia więźniów z Biłgoraja. Mieliśmy obóz k. Bondyrza, stąd udaliśmy
się na akcję. Na obstawie w mieście był 1 pluton I kompanii. W tej akcji brało udział dwóch ludzi z
propagandy , z powstania żydowskiego i lekarz był jeden – uratował mi palec, bo miałem
zakażenie. Po wyzwoleniu nachodziło mnie NKWD, byłem wzywany na przesłuchania.
Marian Petryka za swoją działalność mianowany został dnia 21 maja 2002 do stopnia kapitana,
otrzymał odznaczenia:
 Krzyż "Za Wolność i Niepodległość z Mieczami 1939 – 1945
 Krzyż walecznych 1939 - 1945
 Odznakę Pamiątkową Akcji "Burza"
 Dyplom Uznania z okazji 55, 57 lecia powstania Armii Krajowej
Bogusław Garbacik. Czerwieniec Bartłomiej ps. "Rolicz".
Komendant Placówki A K w Zawadzie. Posiadał stopień porucznika rezerwy piechoty. Bartek (tak
go nazywali wszyscy z terenu gminy Mokre) urodził się w Wielączy, gmina Mokre, powiat
Zamość , 11. 08. 1905 r. Rodzice Bartka prowadzili mały sklepik w Wielączy. Bartek był zdolnym
chłopcem, dzięki poparciu radnych gminy Mokre (Wróbla Michała, syna Wawrzyńca) został
skierowany na koszt gminy do Seminarium Nauczycielskiego w Turkowicach, powiat Hrubieszów.
Po ukończeniu Seminarium i odbyciu służby wojskowej otrzymał pracę nauczyciela na
Wileńszczyźnie. Służbę wojskową odbył w Podchorążówce 9 Pułku Piechoty Lotniczej w
Zamościu, w 1927 roku. Pracę nauczyciela rozpoczął jako kierownik szkoły podstawowej w Nowej
Wilejce na Wileńszczyźnie. Tam założył rodzinę i wszyscy zamieszkali w miejscowości Wasilewo.
23 marca 1939 roku podczas pierwszej mobilizacji został powołany do wojska i skierowany do
obrony granic od strony Czech. We wrześniu 1939 roku brał udział w bitwie na Gubałówce koło
Zakopanego, następnie pod Tomaszowem Lubelskim, gdzie dowodził kompanią. Pod Tarnawatką
został ranny . Był ranny w obi3 ręce i brzuch. Początkowo przebywał w szpitalu w Tomaszowie
Lubelskim, z którego uciekł i przygodną furmanką dostał się do Zamościa. W Zamościu został
umieszczony w szpitalu polowym mieszczącym się w Liceum ogólnokształcącym. Po podleczeniu
ran uciekł drugi raz ze szpitala i zatrzymał się u swojej cioci – Zofii Ciurysek w Wielączy –
Zarudzie. Nawiązał kontakt ze swymi braćmi, Władysławem i Aleksandrem, którzy również wrócili
z wojny. Dzięki braciom nawiązał z Związkiem Walki Zbrojnej na powiat Zamość. Rozkazem
"Adama" został mianowany na zastępcę komendanta ("Marka" – Edwarda Harasiuka) Rejonu
Zamość – Miasto. W późniejszym czasie, kiedy komendantem Obwodu został "Wyrwa" (Stanisław
Książek), "Rolicz" nadal pozostawał jego zastępcą. 1 marca 1944 roku na skutek scalenia AK z
BCh, komendantem Obwodu został "Łyś" ( Michał Polak) – jego zastępcą pozostawał "Rolicz".
Bartek dług zaciągnięty wobec Ojczyzny spłacił całkowicie. Sprawa Ojczyzny była dla niego
sprawa nadrzędną. Na Wileńszczyznę już nigdy nie wrócił. Żona Bartka (która została w
Wasilewie) wraz z sześcioletnim synem Jerzym po wkroczeniu 17 września [1939 roku] wojsk
sowieckich została wywieziona przez NKWD na Ural. Była właścicielką małego majątku na
Wileńszczyźnie (60 ha ziemi ornej n 100 ha lasu). Będąc już na Uralu nawiązała kontakt listowy z
Barkiem za pośrednictwem cioci Bartka – Zofii Ciurysek. W jednym z listów powiadomiła go, że
syn Jerzy zmarł nie wytrzymując ostrego klimatu Syberii. Po wybuchu wojny niemiecko
–
bolszewickiej korespondencja listowa urwała się. Co się stało z p. Czerwieniec Zofią – nikt nie wie.
"Rolicz" będąc rodakiem naszych stron szybko zbudował siatkę ZWZ AK na naszym terenie.
Umiał wyszukiwać ludzi. Zaprzyjaźnił się z rodziną Wróbla Tomasza z Zawady, gdzie było czterech
synów i córka. Przykładem podejścia do ludzi może być nasze zapoznanie – 15 sierpnia 1941 roku.
Byłem wraz z innymi ludźmi w kościele w Wielączy. Po skończonym nabożeństwie, spotkani
mężczyźni zaczęli narzekać na okrucieństwo Niemców w stosunku do nas – Polaków.
II
Relacje mieszkańców niektórych wsi
Bogusław Garbacik. Okupacyjne losy Zawady
Zawada - wioska położona w dawnej zabudowie liniowej wsi Bodaczów, Wielącza, Wielącza
Poduchowna ma swoją bogatą przeszłość, która wart jest upamiętnienia, a szczególnie okres
okupacji kiedy młodzi ludzie pod przywództwem por. Bartłomieja Czerwieńca zorganizowali
miejscowy oddział ruchu oporu. Jemu oraz pozostałym zawadzkim partyzantom poświęcony jest
poniższy tekst.
***
Porucznik Bartłomiej Czerwieniec uczestnik kampanii wrześniowej podczas której odniósł znaczne
obrażenia po powrocie do rodzinnej wioski zajął się wspólnie z Feliksem Zychem organizacją
ruchu oporu w Zawadzie - powstała pierwsza placówka Związku Walki Zbrojnej (późniejsza Armia
Krajowa) oraz Straż Chłopska (z czasem przemianowana na Bataliony Chłopskie). Gdy Niemcy
wiosną 1941 roku zaczęli jechać na wschód zorganizowana już grupa przyjęła pseudonimy - jej
dowódcą został wspomniany por. Czerwieniec ps. "Jerzyk", później "Rolicz".25 On miał posłuch i
autorytet. Nawiązał kontakt z dowódcami rejonów AK Zamość, Nielisz i Szczebrzeszyn; poprzez
ruchomą radiostację możliwa była łączność z Londynem i Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Do
oddziału "Rolicza" wstąpili: Edward Wróbel "Boruta", Eugeniusz Wróbel "Drzazga", Bogusław
Wróbel "Dziobaty", Bronisław Wróbel "Burza", Ludwik Kowalczyk "Kietlicz", Józef Koziołek
"Biały", Gustaw wróbel "Dąb", Aleksander Garbacik "Słowik", Jan Czop "Wilczek", Stanisław
Majdan "Gazda", Józef Belina "jaskółka", Izydor Małek "Znachor", Adam Sokołowski "Kosma",
Roman Franciszek "Derwisz", Jan Koczułap "Drucik", Józef Hałasa, Antoni Buryś, Józef Buryś,
Władysław Kaszyca "Żubr", Czesław Ciurysek "Czarny", Feliks Zych "Korab", Robert Wal
"Mściwy", Tadeusz Baran, Bolesław Musiał.
Na przełomie roku 1941 /1942 do "Jerzyka" dotarła wiarygodna informacja o planowanych
wysiedleniach na Zamojszczyźnie - jego placówka otrzymała zadanie rozmieszczenia w terenie
osób, które uciekły ze wsi objętych tą akcją. Administrator majątku Zawada - Dyjakowski
zatrudniał wielu ludzi z placówki, podobnie pracownicy stacji kolejowej byli żołnierzami AK;
punktem zbornym zawadzkiej placówki był miejscowy folwark.
Wysiedlenie Zawady rozpoczęło się 5 grudnia 1942 roku - o swoich przeżyciach z tego okresu
wspomina Zdzisław Wróbel, wówczas 10 letni chłopiec, który wraz z rodzicami i dwiema siostrami
- 3 letnią Grażyną i 8 letnią Alicją został wywieziony do obozu przejściowego w Zamościu. Tutaj
przebywali do końca stycznia 1943 roku - zebrano nas na placu przy kościele w Wielączy (nasz
dom był bliżej kościoła) , skąd na wozach zawieziono nas do Zamościa. W obozie przejściowym ,
przeznaczonym dla tysiąca osób było nas kilkanaście tysięcy. Nędzne drewniane baraki bez podłóg,
niektóre nawet bez prycz. Na zewnątrz trzaskający mróz, wewnątrz błoto po kolana. Straszliwy
głód. Badania rasowe. Selekcja, oddzielanie dzieci od rodziców. Ja mam śniada cerę, więc uznano
mnie za Cygana. Razem z trzyletnią, bardzo chora siostrą Grażyną trafiłem do najgorszej grupy.
Były tam tylko dzieci i starcy. Te dzieci nie nadawały się do germanizacji, a starcy do pracy. Ich
przeznaczeniem wcześniej czy później miała być śmierć. Miałem już 10 lat , znalazłem miejsce do
spania na górze. Było tam przynajmniej sucho, ci z dołu musieli spać w błocie. Grzałem siostrę
własnym ciałem. Każdego ranka wynoszono z naszego baraku po kilka trupów. Pod koniec stycznia
mnie i Grażynkę wśród tysiąca innych osób popędzono na zamojski dworzec kolejowy. Wszystkich
wtłoczono do pociągu, w składzie były wagony towarowe i osobowe. Trafiliśmy do osobowego. W
przedziale przeznaczonym dla kilku osób zmieściło się ponad 20 ludzi. Słabą Grażynkę udało
25
aresztowany 28 września 1944 roku wraz z innymi oficerami placówki zawada ( "Norbert", "Kapłon" osadzony
został w zamojskim więzieniu; zorganizowana próba odbicia (7 października ) nie powiodła się, wywieziony został
do Lublina a następnie w głąb ZSRR. Wrócił z Uralu jesienią tegoż roku. Zachorował w międzyczasie na płuca.
Wyjechał do Wrocławia gdzie poddał się operacji (w Kowarach Śląskich) - zmarł w listopadzie 1947 roku i tam
został pochowany. Symboliczna mogiła w której złożono urnę z prochami "Rolicza" znajduje się na cmentarzu w
Wielączy. Uroczystość pogrzebowa zorganizowali dawni towarzysze broni: Justyna "Maruna" i Henryk "Jurand"
Marczewscy, Tadeusz Ciupek "Ruszczyc", Genowefa Jarosz (Dąbek), "Blaszka" oraz Aleksander Garbacik "Słowik"
umieścić się na półce bagażowej. Kiedy 1 lutego pociąg wjechał na stację w Siedlcach na peronie
ułożono ponad 20 ciał . Zapamiętałem ten ogromny tłum. Ludzie dowiedzieli się, że przyjedzie
pociąg z dziećmi z Zamojszczyzny i przyszli nas ratować....
Zdzisławem Wróblem zaopiekowała się jedna z mieszkanek Siedlec - do dziś nie udało mu się jej
odnaleźć. Grażynka zmarła w miejscowym szpitalu. Rodzina Wróblów odnalazła się w Siedlcach,
skąd w 1944 roku powróciła do Zwierzyńca - schronienia udzielił im hr Jan Zamoyski, "który wraz
z żoną Różą prowadził ochronkę dla tułaczy takich jak my - wspomina Zdzisław - po wyzwoleniu
wraz z rodziną wróciliśmy do zrujnowanego gospodarstwa...
Wysiedlenie Zawady przeżyła także Adela z Magdziaków Pypa - 5 grudnia 1942 roku o godzinie
2 - 3 w nocy do naszego domu przyszli Niemcy z tłumaczem. Nie wiedziałam wtedy że tłumacz
zrobił nam wielką przysługę mówiąc, że będzie lepiej jak się dzieci cieplej ubierze. Na punkcie
zbiorczym, który mieścił się przy młynie Górnika widziałam dzieci bez butów, ciepłych kurtek, a
także 3 miesięczne dziecko owinięte tylko w chustkę... O godzinie 6 rano załadowano nas do
samochodów, które ruszyły w kierunku Zamościa. W Zamościu mieścił się obóz dla wysiedlonych.
W tym czasie co nas , przywieziono ludzi z powiatu hrubieszowskiego, tak że było nas kilka tysięcy.
Nastąpiło odczytywanie wsi, których mieszkańcy maszerowali do wyznaczonych baraków. Niemcy z
wcześniej sporządzonej listy wyczytywali obecnych. Zwracali szczególną uwagę na dzieci. Dzieciom
do lat 11 oglądano oczy i włosy. Nastąpiła selekcja połączona z oddzieleniem dzieci od matek.
Część dzieci została zabrana przez Niemców. Jak się później dowiedziałam, dzieci te zostały
wywiezione do Rzeszy celem zniemczenia.
Ja z rodzeństwem: Zbigniewem 8 lat), Katarzyną (6 lat), Alicją (4 lata), Janem (2 lata dostałam
się pod opiekę hrabiny Marii Bogusz , która była gościem właściciela dworu Jasińskiego w
Mordach 2 Mimo że miała dwoje własnych dzieci, bardzo troskliwie się nami opiekowała. Leczył
nas dr Wróblewski z Warszawy.
***
Podczas okupacji w Zawadzie zginęli: Krawiec (obok jego zabudowań Niemcy znaleźli rogi
rozszarpanej przez psy krowy - gospodarz przestraszył się i zaczął uciekać, wtedy Niemcy go
zastrzelili); podczas pracy pracy na torach (jak się później okazało była tam mina podłożona przez
Rosjan) - Janek Byk (Krajewski) z Wielączy, Jan Świergoń z Zawady.
Zawada po wysiedleniu otrzymała nazwę "Wirsing" i wraz z Wielączą status "wsi głównej" tzn.
przeznaczonej do planowej przebudowy i reorganizacji. Na 930 ha miano utworzyć 51 gospodarstw,
w tym 44 objętych przez rodziny niemieckie. Wg. zachowanych dokumentów byli to: 1 Serb
niemiecki, 13 Serbów, 9 Chorwatów, 9 Rosjan z Łotwy, 12 rodzin pochodzenia niemieckiego oraz 7
Polaków. W 1943 roku po wysiedleniu wsi istniejący w jej obrębie sklep prowadzony dotychczas
przez Wróblewską przejął Volksdeutsch z Kolonii Niedzieliska, który zatrudnił dwie siostry
Wróblówny z Wielączy - Justynę i Mariannę oraz Genowefę Jarosz z Bodaczowa - dzięki temu
kobiety te zostały uratowane przed wywózką do Niemiec.
Z terenu Zawady w działalność konspiracyjną zaangażowani byli: Eugeniusz Jereczek "Żubr" dowódca placówki AK Zawada od czerwca 1942 - 30 lipca 1943 roku; uczestnik kampanii
wrześniowej, brał udział w walkach pod Częstochową, Radomiem, Piotrkowem Trybunalskim,
Dęblinem, Kockiem i Łukowem. Pod Szepetówką dostał się do niewoli rosyjskiej, skąd zbiegł i
dotarł do Równego - rozpoznany i aresztowany przebywał do stycznia 1940 roku w więzieniu. W
kwietniu 1940 roku osiedlił się w Zawadzie. Na wniosek dowódcy Obwodu AK Zamość "Adama"
(mjr. Stanisława Prusa) został przyjęty do AK. Organizował liczne, uciążliwe dla Niemców akcje
dywersyjne na terenie stacji kolejowej Zawada. Po zakończeniu działań wojennych zgłosił się
ochotniczo do służby w Ludowym Wojsku Polskim - został przydzielony do formującego się w
lublinie Pierwszego samodzielnego Morskiego Batalionu Zapasowego Marynarki Wojennej jako
dowódca jednostki desantowej. Dotarł do Gdyni, brał udział w rozminowywaniu portów w
Gdańsku i Gdyni. W odrodzonej Marynarce Wojennej w Gdyni był dowódcą kompanii batalionu,
pełnił obowiązki dowódcy Kadry Marynarki Wojennej i głównego kwatermistrza na Oksywiu, w
1948 roku został awansowany do stopnia komandora. Aresztowany, przebywał w więzieniu w
latach 1951 - 1953.
Kazimierz Wróbel "Strzykaweczka" - przed wojną służył w 9 Pułku Piechoty w Zamościu w
stopniu kaprala - sanitariusza. Zdobyta wiedza i doświadczenie medyczne pozwoliły na przyjęcie
obowiązków szefa sanitarnego, odpowiedzialnego za szkolenie medyczne i opiekę nad rannymi - od
kwietnia 1943 roku rozpoczął szkolenie sanitariuszy do planowanej przez Komendę Główną AK
akcji przejęcia okupowanych terenów Polski z chwilą wycofywania się Niemców plan "Burza".
To się naprawdę wydarzyło. Relacja anonimowa z Majdanu Niepryskiego.
1.
Przejeżdżał transport z którego kobieta wyrzuciła dziecko, sama też zupełnie nago wyskoczyła z
pociągu. Niemcy ja postrzelili. Co dalej się z nią stało nie wiem. Dziecko partyzanci zanieśli do
Knapowej z naszej wsi. Ona przechowała je przez całą wojnę. To była dziewczynka - nadała jej
(ochrzciła) imię Janina.
2.
Bil Danuta, to była Żydówka, ukrywała się Majdanie Niepryskim, jako mała wówczas dziewczynka
nosiłam jej posiłki. Ona jeszcze żyje, nie tak dawno odwiedziła naszą wieś, mówiła do mnie –
najwięcej, to pomagała mi twoja babcia.
3.
Mój dziadek umarł przed wybuchem wojny, chodziłam zawsze do niego na cmentarz, opowiadałam
mu bajki, śpiewałam, bo myślałam sobie, że jest mu smutno. Jednego razu jak wracałam z
cmentarza (mieszkaliśmy przy szkole), przejeżdżał Niemiec, który postrzelił jednego człowieka, to
Jude, Jude, krzyczał...
4.
Innym razem jak wracałam z cmentarza, przy furtce przyczepiło się do mnie dwoje dzieci, w wieku
3 lat i 5. Szły za mną, chciałam ich zostawić, ale nie dałam rady, one ciągle za mną szły, nie
rozumiałam wtedy, że mogą cierpieć. Przyprowadziła je do domu. Moja babcia o mało zawalu nie
dostała, przecież Niemcy wybili by całą rodzinę, gdyby się o tym dowiedzieli. Babcia
przechowywała te dzieci przez rok, później jak przyszli Ruscy, jakieś dwie panie zgłosiły się po nie
i zabrały je. Nie wiem co się dalej z nimi stało, do tej pory nie dali znaku życia.
5.
Ktoś doniósł do Niemców że Majdan to sami partyzanci. Obstąpili wioskę. Zebrali wtedy w szkole
około 30 staruszków. Mieszkaliśmy blisko szkoły, więc tam zaglądałam, Niemiec, który mnie znał,
mówił, że ich wszystkich na drugi dzień rozstrzelają. Miałam, na rękach kotka, on mi uciekł,
zaczęłam płakać, to drugi oficer, który mnie nie znał pyta: dlaczego ja płaczę i całe wojsko szukało
mojego kotka..Wróciłam do domu, powiedziałam mamie, a mama powiedziała do Gontarza?, który
zwrócił się z tym do Siudmaka – Siudmak, to był tłumacz. I on się pyta Niemców dlaczego,
przecież w Majdanie mieszkają porządni ludzie, tu nie ma partyzantów. Na wieczór Niemcy
obstąpili wioskę, myśleli, że w nocy przyjdą partyzanci. Nic takiego się nie stało. Na drugi dzień
ustawili stoły i każdy musiał do tych stołów podchodzić (meldować się?). I tak Majdan został
uznany za najporządniejszą wioskę. Za dwa tygodnie spalili Pardysówkę, tam zginął Kuśmirek (?) z
trzema synami i jego siostra Magdalena.
Stanisław Kurek. Podborcze w czasie okupacji
Na roboty do Niemiec wywieziono ze wsi 40 mężczyzn, to bardzo dużo jak na taką małą wioskę;
kobiety same wszystko robiły, tu tylko bandyci grasowali. W Podborczu dzierżawili majątek od
Zamoyskich Kamieńscy, to jak jakaś banda szła od Cetnaru zawsze tam się zatrzymywała.
W 1943 roku Niemcy okrążyli wieś, zabrali wszystkich, kto nasunął im się pod rękę - brat
mojego ojca z Zaburza jechał z lasu i też go zwinęli, tylko później jak ich wieźli ze Zwierzyńca do
Lublina uciekł z pociągu - udało mu się przyszedł do domu. Zabrany był mój dziadek - Walenty
Piwowarek, Komornikowie - ojciec i trzech synów, Krzak Stanisław (Krzak Jan był w partyzantce),
drugi Komornik. Jak przyszli Niemcy w naszym domu był szwagier dziadka wraz z kuzynem
Komornikiem - przyszli z Chłopkowa pogadać sobie. Dziadek poszedł na podwórze zrobić
obrządek (i z podwórza Niemcy go zabrali) a ci dwaj (Gąbka i Komornik) zostali w domu za
piecem. Wszedł Niemiec - mama zawsze mówiła, że na stole stał taki duży bukiet - podszedł do
tego bukietu, powąchał, na pewno ich widział za piecem, ale nie zareagował i zostali w mieszkaniu.
Jak Polski się schował, znaleźli go, więc go naznaczyli. Nie wiem jaki byłby jego dalszy los, tylko
że zabrali wszystkich zatrzymanych do obejścia Ferenca na Zaburzu, tam było ogrodzone podwórze
i przetrzymywali ich przez noc. Sąsiedzi znaleźli jakieś mydło, umyli tego Polskiego - na drugi
dzień Niemcy szukali naznaczonego, ale nie znaleźli. Oczywiście był w Niemczech na robotach ale
przeżył i wrócił. Nie wszyscy wrócili - nie wrócił Wypych, Głowala.
Emilia z Biziorów Sykałowa. Gorajec, jaki pamiętam
Gdy wybuchła wojna w Gorajcu zorganizowano tajne nauczanie, podobnie było w Zaburzu. Byli
też partyzanci. Każdy należał do organizacji. Ja jestem z 1931 roku , to za Niemców miałam 8 - 9
lat. Jako dziecko zawsze o wszystkim wiedziałam. W domu nikt przede mną nie krył gdzie co jest,
jak to jest ... taki sąsiad był - on znał cała moją historię. Bywało tak, że przychodził do mojego taty
i mówi: "może by Mila poszła do Gorajca zobaczyć, co tam się dzieje, bo nic nie wiadomo". Tata
wzruszał ramionami, ale kazał mi iść.
Rodzice wysyłali mnie z Dzielec do Gorajca, by zobaczyć co się tam dzieje. Tata mówił mi do
jakich sąsiadów mam wstąpić, zobaczyć, zapytać co słychać w Gorajcu. Tutaj miałam babcię i
znajome były dla mnie ścieżki.
Jednego razu poszłam do Gorajca, do babci na Grądek, a tu Niemcy biorą chłopów - wysiedlają
Gorajec. Jak teraz dostać się do domu? Jak się dostać? Pomału pod rzeką poszłam do Dzielec,
powiedziałam naszym chłopom - wszyscy poszli do lasu i od nas nikt nie był w Niemczech na
robotach. Mój tata wyratował jakiegoś Żyda. Szedł do swoich teściów wzdłuż rzeki, przez którą
uciekał Żyd ponieważ w Zagrobli byli Niemcy. Tata podał mu rękę i wyciągnął z wody, był taki
spłoszony, a potem pokazał w którą stronę ma iść by nie natknąć się na Niemców.
Potem mieliśmy wujka w więzieniu [ks. Wojciecha Olecha26] od 1939 roku. Zabrany został jako
26
urodzony w Gorajcu, doktor filozofii chrześcijańskiej, prałat koronny papieża Jana XXIII, scholastyk kapituły
katedralnej, kanclerz Kurii Biskupiej w Lublinie, więzień obozów koncentracyjnych w Oranienburgu i Dachau. Żył
zakładnik polityczny - przeszedł przez więzienia, przez obozy i trafił do Dachau. Prze dwa lata nie
można mu było wysyłać paczek, potem Niemcy pozwolili. Jak podawaliśmy paczki w Radecznicy,
to zdawało nam się, że nie dochodziły, trzeba było je wysyłać ze Szczebrzeszyna. Nie raz takie
rozruchy były, Niemcy akcje urządzali, a paczkę trzeba było nieść do Szczebrzeszyna. Wtedy
mamusia zawiązywała mi taka płachetkę i na plecy, i szukała żeby kto ze wsi szedł, bo trzeba było
iść przez doły i przez las. Ona się trochę bała, ale mówiła - lepiej już ty idź niż tata, bo jego Niemcy
wezmą jak będzie w Szczebrzeszynie łapanka, a tobie dziecko co zrobią. Ale nauczyła mnie, żeby
nie uciekać, żeby iść do nich - już co będzie, ale nie uciekać, bo oni nie lubią tego.
I raz tak z sąsiadem poszliśmy - sąsiad nazywał się Łyp - już nie żyje. Na poczcie to były takie
drzwi wysokie, nie mogłam klamki dosięgnąć, stałam pod drzwiami, żeby ktoś otworzył, to były
żelazne drzwi. Weszłam na pocztę, a tu tyle żandarmów. Niemcy! Rozdzierali paczki. Co będzie?
Myślę, co by tata wtedy zrobił. Stój w kolejce i czekaj - tak sobie myślę - tak tata by mi kazał. Nie
wolno uciekać, bo zaraz mnie złapią i będzie gorzej. Stanęłam. Wszystkie paczki rozdzierają
Niemcy. Jeżeli ktoś miał w tych paczkach to, czego nie można było wysyłać, to tych ludzi
odstawiano na bok. Żandarmeria szczebrzeska, na rękawach mieli takie litery "S" i co? Ja idę do
okienka, a ten Niemiec spojrzał na mnie, może na adres się spojrzał, bo to była paczka do Dachau
wziął paczkę z moich rąk i podał do okienka. Niemiec podał do okienka!
Wysyłaliśmy te paczki przez trzy lata i ta pani w okienku już znała ten adres - ona mi zwrotny
wypisała, a te wszystkie dokumenty pomocnicze to tata przygotował, to wszystko było przywiązane
do paczki, bo ja nie umiałam wypełnić na poczcie. Dałam jej i odeszłam. I nic. Przyszłam do domu,
mówię, że byli Niemcy, ale tam się nic nie wydarzyło. Ale ktoś był z Gorajca i widział to wszystko
- przyszedł do mojego taty i mówi: "to było szczęście, to było jakieś szczęście..."
Całe trzy lata, czy dwa i pół to wysyłaliśmy paczki do Niemiec. Mama mówiła, że trzeba
wysyłać więcej, bo tam jest dużo więźniów to ktoś jeszcze skorzysta. To tam "Wojcio" - ona zawsze
na brata mówiła "Wojcio" da komu. To się podzielą. I tak było. Wysyłaliśmy wszystko ja nosiłam
do Szczebrzeszyna, zimą, latem...
Oj wojna to.... Nie raz się trzeba było i przestraszyć. Każdy wojnę pamięta z tych lat, co ja.
Każdy pamięta. Ludzie opowiadają; w Gorajcu jeszcze dużo ludzi starszych żyje. A paczki szły, bo
nam ludzie pomagali; pomagali ludzie z Zaburza - przynosili różne produkty, pomagali z
Chłopkowa - w Chłopkowie była ciocia, też pomagała. Skąd byśmy wzięli na te paczki? Skąd?
Przecież trzeba było dać obowiązki - zboże Niemcom wydać, ale ludzie pomagali. Jakaś pani z
Warszawy doręczała nam opakowania; teraz to jest wszystko, a dawniej nie było - nie było nawet w
czym podać. Pudełeczka na tłuszcz, wszystko dostawaliśmy, cebulę... Co tydzień dwa kilogramy więcej nie wolno. A to dużo naskłada na dwa kilogramy? O cebulę prosił, jabłka. Wrócił. Jeszcze
żył w Polsce.
Tata był na wojnie w 1939 roku - był znany na terenie gminy. W 1939 roku był podoficerem jak opowiadał nie raz, to miał bardzo dużo przygód. Służył w wojsku w Kownie i do tej jednostki
poszedł na wojnę, cudem ocalał. Gdyby dowódca nie rozbił oddziału i nie puścił wojska na swoją
rękę, to by się wszyscy znaleźli w Katyniu. A tak puścił w ostatnim momencie i jeszcze jeden
starszy rangą oficer z nim.
Szedł do domu, to była Ukraina - były bandy. Opowiadał, że szedł do domu, przeważnie nocami,
bo wojsko bało się iść za dnia - nie wiedzieli gdzie Niemcy, gdzie Polacy. Przyszedł do jednej
wioski, patrzy, a to jego kolega z tego samego pułku co on. Po coś tu przyszedł. Wiesz, że tu bandy
grasują? zwrócił się do niego. A ty tu przyszedłeś. Chodź do mnie. Wziął go na na strych schował, a
w nocy go puścił; dowiedział się gdzie bandy nie ma. Nie wiem, co to za bandy były. Tak przyszedł
do domu, mówił: "on mi życie uratował", i cieszył się.
Jednego razu tata dowiedział się, że jakiś więzień wrócił z Dachau - w Radzyniu, czy gdzieś tam.
No i mama mówi - jedź, jedź, może się dowiesz o naszym "Wojciu", może byśmy go wykupili; czy
wrócił ktoś tam z tego więzienia? Nie wrócił. Tak tylko ktoś powiedział. I tata mój pojechał przez
Warszawę. A potem zrobił się jakiś ruch w pociągu. Wtedy jakiś pan podszedł do niego i wziął go
za rękę i pociągnął za sobą. Szybko przeszli do drugiego wagonu. Tata nie wie w czym rzecz, nic
w latach 8.04.1905 - 1.11.1977, pochowany jest na cmentarzu w Gorajcu
nie wie, ale się posłuchał. 10 minut nie minęło, a tu odczepili ten wagon - te wagony , z którego
wyszedł tata poszły do Niemiec. Wspominał później tego człowieka, wyobrażał go sobie, tak go
kochał, bo uratował mu życie. Takie przejścia zdarzały się ludziom. Kto był w domu nie musiał się
niczego obawiać, a kto wybierał się w podróż musiał być na wszystko przygotowany. Młodzi nie
wyobrażają sobie wojny co to było.
Jak było podczas wojny w samym Gorajcu - nie wiem, bo już nie mieszkałam na Grądku tylko,
w Dzielcach. Pamiętam jak moja babcia zwracała się do nas: "cicho siedzieć dzieci!" To my
wszyscy w kątek. Babcia gotowała jakieś jedzenie w dużym garnku. Pamiętam, że zawsze gotowała
kartofle i mleko i stawiała to w umówionym miejscu, a oni przychodzili i zabierali sobie. Potem
przynosili te garnki, mieszkali w lesie. Babcia nigdy nikomu nie mówiła o tym że pomagała
Żydom. Nasza rodzina była bardzo przychylna Żydom. Jak Niemcy jechali, to sąsiedzi ostrzegali:
"oj, Niemcy jadą! Kto żyw chował się, przeważnie Żydzi, zazwyczaj uciekali do Cetnaru.27 Mama
drżała o nas - było nas troje dzieci, obawiała się o nasz los. Babcia wiedziała, że z dzieci nikt nic
nie powie. Tak było nakazane. Wiedzieliśmy jak mamy się zachować w razie czego, bo Niemcy do
nas przychodzili.
Chociaż w domu nie było wiele zasobów, to zawsze dla kogoś, kto potrzebował i kto się
ukrywał, bo ludzie się ukrywali - coś się znalazło. Tato, jak żył tak samo podtrzymywał innych,
ratował jak mógł. Moja babcia - nazywała się Agnieszka Bizior - to była mama mojego taty. Bardzo
dbała o tych o tych ludzi którzy się ukrywali, których prześladowali Niemcy. W domu było dwóch
chłopców, moich braci, młodszych ode mnie, a ci żydowscy chłopcy byli w tym wieku co i bracia.
Były z nich ubrania, więc o mama wszystkie kurtki oddała z naszych chłopców dla tych
żydowskich na zimę do lasu. Mama nic nie szczędziła - tym ludziom, co byli nieszczęśliwi
pomagała. Cała nasza rodzina pomagała każdemu kto potrzebował pomocy, jeżeli tylko mogła.
Wojenne opowieści ze Szperówki
1. relacja anonimowa
Na Szperówce mieszkał Strzałkowski, miał 21 lat czy 22 lata, mieszkał w lesie z rodziną. Biedni to
byli ludzie. Przyjechali Niemcy wzięli go z domu, wyprowadzili, zastrzelili i odjechali. Za co? Nikt
nie wie za co. Jak byli partyzanci, to Niemcy łapali partyzantów i bili... Jedni mówili, że Szperówki
było zabranych 108 osób, ale ja dokładnie nie wiem ilu, to już tyle czasu minęło. Dużo było
zabranych na Majdanek - mało wróciło. Wszyscy wyginęli.
Do partyzantki należeli wszyscy mężczyźni ze Szperówki, z każdej rodziny, prawie z każdego
domu, chyba że jakiś stary dziadek był, co się nie nadawał do niczego, no to wtedy nie był w
partyzantce. Mój ojciec też był w partyzantce, tylko Czesiek nie był - jak wojna wybuchła miał
chyba z 9 lat (Czesiek to mój brat), ale jak trzeba było zanieść meldunek, to ojciec zawsze go
posyłał. To tego to był zuch! Pamiętam jednego razu na Święta Wielkanocne rozjechali się
partyzanci do domów, a do nas przynieśli karabiny. W komorze była duża drewniana beczka,
wysoka, na przednówku nie było zboża, więc do tej beczki naskładali karabinów. I rozjechało się
wszystko do domów.
Nagle słychać na kawęckich polach- mówią we wsi - Niemcy! Niedaleko od nas. Boże! A my z
mamą tylko obie w domu, ojciec nie wiem gdzie - chyba już wtedy wrócił z Niemiec, bo inaczej nie
należał by do partyzantki i tych karabinów by nie zostawili. To była niedziela , my z mamą giniemy
ze strachu. Co tu robić? To nie jeden karabin żeby go złapać i w krzaki co niedaleko rosły, a zresztą
27
kompleks leśny na terenie gminy Radecznica
ja i tak byłam bojąca, to bym się karabinu nie czepiała. Czesiek - on się nie bał. Brał karabin pod
pachę i w krzaki - tam była lisia dziura i do tej dziury chował. Jeden czy dwa karabiny, to wynosił
w te krzaki,zresztą ojciec tez miał karabin. Każdy z partyzantów miał jeden albo dwa. Jeszcze
Niemcy byli w Szczebrzeszynie a my już na Szperówce wiedzieliśmy - był taki , co dawał znać Kołodziejczyk "Karasek" - to był swój człowiek. On woził Niemców i zawsze przez kogoś dawał
znać, że Niemcy na Szperówkę się wybierają. Jak mieli przyjechać, to ojciec mówił: "Czesiu..."
Wtedy nie dojechali do nas, zabili Adamca, jego żona, z domu Biczakówna wyszła później za
mąż za Drabika - teraz mieszka w Kawęczynie. To już stara kobieta, jest starsza ode mnie.
Wtenczas jej męża zabili , a do nas nie doszli. My z mamą zamknęłyśmy dom (w komorze stała
beczka z karabinami) i uciekłyśmy z domu - mówimy wola Boska! Bo jak by nas złapali z tą bronią
to by nas wybili. Uciekłyśmy do sąsiadów. Na Majdanek zabrali wszystkich mężczyzn, gdzie nie
gdzie jakiś staruszek został i taki, co miał 13 - 14 lat. To było 1 lipca 1943 roku. Moja mama Scholastyka Samulak - naszykowała co tam mogła i w zajdy (węzełek zrobiony z prześcieradła) na
plecy, żeby było lżej i na piechotę boso, na skróty (bo skróty, to krótsza droga była); chodziła na
Majdanek (nie tędy za szosą tylko na Radecznicę) żeby ojcu coś zanieść.
***
2. Maria Kisiel
Pamiętam jak moja ciotka, Eleonora Mazur, z Malczychą na Majdanek chodziły na piechotę. Tam
jakieś pola były, ja tam nie byłam, to nie wiem. Ci ludzie na tych polach przedzielonych drutami
pracowali dla Niemców. Co oni tam robili? Taka tam robota była, by ich wymordować. Mama
mówiła, że jak rzuciła bochenek chleba - bo wiele nie wolno było rzucać - to wszyscy głodni się
zlecieli i rozdarli ten chleb tak, że ojciec nawet skibki nie dostał. Nie mogła podejść blisko do ojca,
bo były druty. Przez druty rzucała. Ale nie patrzyła na to, tylko chodziła i rzucała. Pięć razy była na
Majdanku - szła trochę dłużej niż dzień. Wychodziła rano, nocowała pod Lublinem i na drugi dzień
dochodziła do obozu.
Potem jakoś się udało, że ojciec wrócił . Jakieś podanie matka składała w jakimś urzędzie u
Niemców. Ojciec nazywał się Samulak Jan. Razem z ojcem zwolnili pięć osób. Gdy inni ze
Szperówki dowiedzieli się o tym - Boże! Wieźć ich do Lublina. Gdzie matka załatwiała to
zwolnienie? U kogo składała podanie? Mam już wtedy nie jeździła do Lublina, tylko Hachańkowa/
Hochańkowa? Jej brat też był na Majdanku. Ona pojechała jeszcze z kilkoma ludźmi i zaprowadziła
ich do biura, w którym to podanie składała razem z mama, ale już nic nie pomogło. Nikogo więcej
oprócz tych pięciu nie zwolnili.
***
Pomimo tego, że byli partyzanci i Niemcy, to oprócz nich grasowali bandyci i napadali na młode
dziewczyny. Ojciec nam zrobił kryjówkę na poddachu (tak na Zamojszczyźnie nazywa się strych).
Spałyśmy tam we cztery - dwie stryjeczne siostry (Dańkowe) i nas dwie - ja i moja siostra. Jak już
weszłyśmy do kryjówki ojciec zamykał wejście, żeby nie było widać koniczyny w której byłyśmy
ukryte, zabierał za sobą drabinę. Co by było gdyby wybuch pożar!
Pamiętam jednego razu przyszli do domu Rosjanie. Stukają w okno. Dom był blisko poddachu.
Trzeba ich było wpuścić, bo przecież inaczej okno by wybili i jeszcze pobili. Mama mi później
opowiadała - a gdzie wasza doczka? - jak ich ukrywaliśmy przed Niemcami, to dawaliśmy im jeść,
udzielaliśmy noclegu, bo szkoda ich było, Niemcy ich złapali na froncie, ale jakoś uciekli - potem
potrafili inaczej robić. Mama mówi - nie ma. Dziewczynki pojechały do Rozłóp.
***
Ojciec był zabrany na wojnę i frontu dostał się do niewoli. Pracował w Niemczech u Bauera; wojna
rozpoczęła się 1 września a mojego ojca zmobilizowali już 14 sierpnia - tylko dwóch ich ze
Szperówki wzięli, a potem już powszechna mobilizacja była - jak wojna wybuchła to już
wszystkich zabrali.
Niestety niedługo ta wojna trwała - ojciec dostał się do niewoli gdzie był dwa lata. Opowiadał,
że i z drutami był i w śmietnikach grzebał, bo jeść się chciało. Jadł łupiny, co popadło... Ile był za
drutami [w obozie dla jeńców wojennych?] nie wiem, a potem dostał się do Bauera - jego syn był
na wojnie, a żona z dziećmi i rodzice zostali. Ojciec pracował na roli, końmi - pochodził ze wsi, to
wszystko umiał robić na roli. Mówił, że do dobrych ludzi popadł; było mu bardzo dobrze, tylko do
domu go ciągnęło, bo miał w domu swoje dzieci. Uciekł stamtąd. Do Warszawy na piechotę
przyszedł, nie był daleko gdzieś na brzegu Niemiec.
Z Warszawy chociaż bał się trochę przyjechał pociągiem. Uciekło ich pięciu, szli oddzielnie tylko 2 czy 3 doszło pozostałych złapali. Nocami szli, przez rzekę przechodzili - wiązali koszule za
rękawy, jeden trzymał z jednej strony, drugi z drugiej - trzymali się tych koszul jak sznurka i
przechodzili przez rzekę jeden za drugim. Jeden z tych, co razem z ojcem uciekli to był Bizior z
Rozłop, drugi Cichoń - to był nasz sąsiad, pochodził ze Szperówki, ożenił się do Kawęczyna - to
jego złapali. Dobrze, że tych złapanych nie rozstrzelali, tylko cofnęli z powrotem.
Ojciec przyszedł do domu i zaczął się ukrywać, bo wpadali w dzień i w nocy i pytali o niego.
Pamiętam, jak spałyśmy z siostrą na strychu, to Niemiec po drabinie wszedł do nas, ale tylko się
rozejrzał, poświecił latarką i dalej nie wszedł. Tak po niemiecku ze sobą szwargotali, ale nie budzili
nas, nic się nie pytali. Nie szukali na tej górce. Ojciec nigdy w domu nie spał, zawsze się czuwało.
Jakoś dzięki Bogu nie złapali go. Zawsze, gdy Niemcy mieli być na Szperówce, to ktoś dawał znać:
"uciekaj, uciekaj, bo Niemcy..." Gdy pytali mamę o niego odpowiadała, że poszedł na wojnę i nie
ma go, bo cóż im miała powiedzieć. W 1942 roku chyba wrócił, pobył trochę w domu, a w 1943 na
Majdanek go zabrali. I tak się poniewierał aż wyzwolenie przyszło, wtenczas był i już się nie bał
nikogo.
***
W naszych stronach wyzwolenie było wcześniej. Pamiętam jak partyzanci przepędzili Niemców uciekali i uciekali dzień i noc. Szli i szli...Jargot był taki, u nas na Szperówce szosy nie było tylko
polna droga; teraz jest światło i woda, kiedyś ani szosy ani wody nie było. Więc jak szli ci Niemcy,
a potem Ruscy to taki jargot był, bom, bom, bom - słyszeliśmy schowani na strychu.
Pamiętam jeszcze jedno wydarzenie - to było na Kawęczynku, dzisiaj nikt nie pamięta jak tę
rodzinę wymordowali. Małe dzieci były w domu, rodzice poszli na pole. Niemcy wypytali dzieci
gdzie są rodzice, obiecywali jakieś słodycze i te dzieci poszły po rodziców. Jak wrócili, Niemcy
rozstrzelali wszystkich...
Tam nawet jeden dom nie został... Anonimowa relacja o pacyfikacji Soch
Moi rodzice zginęli, siostra (miała dopiero dwa lata), szwagier. Uratowałam się wraz z grupą dzieci,
siedzieliśmy w takim dole. Niemcy chodzili dookoła ale do nas nie strzelali, może gdyby z nami był
ktoś dorosły, to by zaczęli strzelać, ale tam były same dzieci... Moja siostra była z rodzicami,
wynosili z domu różne rzeczy, każdy wynosił, ładował na furmankę, chciał uciekać – nie udało się.
To było 1 czerwca 1943 roku z niedzieli na poniedziałek, ludzie powstawali, każdy szykował się
do roboty a tu wioska obstawiona. Sochy są w dole – po jednej stronie góra i po drugiej góra...,
zaczęli strzelać. Ludzie wpadli w popłoch, każdy zaczął wynosić z domu jakieś rzeczy, wtedy
zaczęli strzelać do tych ludzi.
Moja starsza siostra była w ciąży, kula przeszła jej przez brzuch. Wzięli ją do szpitala w
Biłgoraju, dr Pojasek chciał usunąć ciążę (to było jej pierwsze dziecko), nie zgodziła się. Dopiero
byli ze dwa miesiące po ślubie, jej mąż zginął. Był gajowym, na niedzielę przyjechał do Soch,
wracał rano do Suśca na koniu...
Potem naleciały samoloty, jak bomby zaczęli puszczać, to tylko ruina została, nawet jeden dom
nie został. Zniszczyli wszystko..28. Przyjeżdżały rodziny tych pomordowanych, robili takie paki,
układali tych ludzi po 3 – 4, po 5 i tak chowali... W czasie pacyfikacji zginął sołtys Ferenc, jego
żona.
W Szozdach mieszkali bracia mojej mamy, zaopiekowali się mną. Potem sąsiedzi zrobili nam
taka małą chałupkę (nas było około dziesięcioro osób). Spało się gdziekolwiek, jak było zimno to w
piwnicy...
Marianna z Malinowskich Woźna. Jakoś to trzeba było przeżyć....
Wyszłam za mąż, za Wojciecha Woźnego w 1938 roku, w miesiąc po ślubie męża zabrali do
wojska, do czynnej służby. Starał się o zwolnienie – był tylko z matką, ojciec już nie żył – ale
wtedy trudno było takie sprawy załatwić, czekał na okazję. Okazja się nie nadarzyła a on swoje
wysłużył; 8 września miał być zwolniony, 7 wybuchła wojna....
15 sierpnia otrzymałam list spod granicy, zmobilizowali ich. Dostał się do niewoli – wrócił dopiero
w 1943 roku, ale to było zwolnienie warunkowe, dostał urlop. Do ostatniej chwili nie wiedział że
dostanie urlop. Był w pracy – pracował w lesie. Przyjechał do niego chłopak na rowerze: "rzucaj
robotę, bo jedziesz na urlop". Mąż się zdenerwował, jeszcze naklął nierówno " nie dość, że robię
na ciebie, to jeszcze podśmiewasz się ze mnie..."Na to chłopiec – "ty nic nie mów, tylko rzucaj
robotę, bo czas ucieka, musisz jeszcze zdążyć do Arbaitsamtu, jak nie zdążysz, wszystko
przepadnie".
No i przyjechał. To był sześciotygodniowy urlop. Cieszyliśmy się. Nagle zachorował.
Pojechaliśmy do lekarza. Zatrzymali go w szpitalu – nie leżał długo; lekarz, który się nim
opiekował zapytał: "czy pan liczy na dalszy wyjazd, czy chce zostać w domu?" "A dlaczego pan
pyta?" , "bo będę wiedział jak mam leczyć". Mąż odpowiedział: " wysłużyłem już cztery lata w
wojsku, już mam dość, niech by kto inny spróbował. Nie musiałbym wracać, ale..."
Przychodziły zawiadomienia, że ma przyjechać. Policja było powiadomiona. Został, ale prawie
28
z pacyfikacji Soch ocalały jedynie dwa domy, obora i stodoła, zamordowanych zostało 185 osób (w tym 88
mężczyzn, 52 kobiety i 45 dziec – taka liczba widnieje na pomniku poświęconym pomordowanym); pochowani
zostali w siedmiu zbiorowych mogiłach. wg. D. Kawałko. Cmentarze województwa zamojskiego. Zamość 1994, s.
305 - 306
półtora roku trzeba było się ukrywać. Inni pomogli. Jakoś się przeżyło... W tym czasie jak wrócił do
domu nie mieliśmy dzieci, później urodził się nam syn. Mąż się ukrywał, ja byłam z dzieckiem.
***
Miałam starszego brata – Józefa.29 On mało w domu bywał, ludziom nie szkodził, ale sobie to
zaszkodził. Wojnę przeżył. Był w AK, był takim mocnym człowiekiem, on był żywym
człowiekiem...Śledzili go musiał się ukrywać – trochę tu, trochę tam... I rodzina odcierpiała ,
wszyscy odcierpieli...
Pojechał na Zachód – wszyscy jeździli, więc i on pojechał. Raz, drugi... Nie za targiem, nie za
żadnym kupnem – z ciekawości pojechał. Wrócił i mówi "jak zechcecie, to wszyscy wyjedziemy,
ale on chciał z całą rodziną. Jest takie miejsce, że możemy tam pojechać.
Tutaj, w Wólce Czarnostockiej była bieda, zabudowania spalone. Nikt nie pomógł, ani pożyczył,
ani kupił, bo nie miał za co. Rodzina zdecydowała że pojedziemy. Ja zostałam.
O brata od czasu do czasu ktoś się zapytał. Złapali go w Olsztynie. 9 lat przesiedział w
więzieniu. Nie doczekał się rehabilitacji. Nie miał nic za swoja działalność, bo to było powiedzmy,
jeszcze wszystko pod patenę. Nie było żadnego uznania, a jeszcze w dodatku trzeba było się
ukrywać...
Jak go zaaresztowali, to razem z nim jeszcze kilka osób – razem było ich 15, to było w 1947
roku. Zrobili pokazowy proces...
Szybko się pozbierał po odbyciu kary. W więzieniu odwiedzała go znajoma (z zawodu
nauczycielka) z Olsztyna, po wyjściu z więzienia pobrali się.
Pamiętam taką przerażająca scenę... Anonimowa relacja z Gorajca.
Pamiętam taką przerażającą scenę jak Niemcy łapali Żydów - nie wiem w którym to było roku 1942 lub 1943. Działo się to w Zielone Świątki. We wsi było ich trochę, uciekali w pole, był taki
przymiecek, pozaganiali pod niego starszych Żydów, szarpali ich za brody, golili nożem..., co
gorsze, do tych Żydów strzelali.. Żydzi uciekali w pole, tutaj były takie zarośla zwane "dębrówką",
- tam się chcieli ukryć i akurat na naszej miedzy Niemiec jednym strzałem zabił czworo Żydów,
jednego tylko przez dłoń przestrzelił, zabił kobietę, która miała na rekach małe dziecko – już nie
zyła a dziecko ssało jeszcze pierś, nie wiem, co się później z nim stało. Ten Żyd postrzelony w rękę
był trochę starszy ode mnie, jak go Niemiec postrzelił zrozumiał o co chodzi i zataił się że żyje, ale
potem Niemcy chodzili i dobijali ich, jeszcze raz strzelili, jednak go nie zabili. Przeżył.
Niemcy zabili wtenczas 12 osób – byłem wtedy małym chłopakiem, ale ścisnęło mnie to bardzo.
Ci zabici Żydzi uciekli z Frampola u nas w Gorajcu się ukrywali. Ci Żydzi, co ocaleli ukrywali się –
u nas były takie, jak wspomniałem wcześniej partie lasu, zarośla zwane: "dębrówka", "portka",
"śmiechówka", to "świrszczowa" – tam się ukrywali; w Czarnymstoku nad stokiem mieszkała
Rywka – ukrywała się u Antoników, Olechów. Co się później z nią stało – nie wiem. Znam taki
przypadek z Czarnegostoku jak jedna z gospodyń piekła dla nich chleb wynosząc go po kryjomu w
umówione miejsce. Żydzi odwdzięczali się jak mogli za te pomoc. Z innych Żydów mieszkających
tutaj pamiętam Jojnę Kopfa, był jeszcze jego brat, ale nie pamiętam jak miał na imię.
29
Józef Malinowski "Kos" , "Zając" - przed scaleniem AK z BCh był komendantem BCh rejonu Radecznica, funkcję
przejął po Janie Krukowskim z Zaburza Oprócz działalności konspiracyjnej prowadził w Gorajcu – Zagroble sklep
wielobranżowy, w którym sprzedawał m. in. bibułki "Solali", niezbędne do robienia popularnych skrętów.
Zainteresowany był posiadaniem przez gorajecką placówkę "Rocha" Regulaminu Piechoty Wojska Polskiego",
który przepisał mu Leon Rowiński "Kasztan" na maszynie do pisania znajdującej się w biurze prowadzonej przez
Malinowskiego Spółdzielni – maszyna choć stara, z pierwszego dziesięciolecia XX wieku, jednak była w dobrym
stanie, a pisałem przez fioletowe kalki ołówkowe, bo maszynowe były nie do zdobycia... wg. R. Smoter
Grzeszkiewicz. S. Rozwar Zybała "Rzeczpospolita Radecznicka (wrzesień 1939 – lipiec 1944) i druga konspiracja.
(Lublin 2007)
Niemcy przyjeżdżali do wsi, zabierali zboże, krowy, wszystko co im było potrzebne. Nie patrzyli
na to, że ludzie nie mają co jeść, wtedy nie było takich warunków jak teraz, że każdy ma chleb –
wtenczas były przednówki...
***
Z Gorajca mężczyźni należeli do Batalionów Chłopskich, do Armii Krajowej. Jak zginął Piotr
Bohun w Czarnymstoku, to wówczas przyszedł od strony Kawęczynka "Podkowa" ze swoimi
ludźmi - widziałem dwóch jak nieśli rkm – szli od Lipowca w kierunku na Czarnystok
(mieszkaliśmy wtedy w Czarnymstoku), jak zaczęła się strzelanina wyszedłem na drogę żeby
zobaczyć jak wygląda ta wojna. Zobaczyłem jak ci partyzanci biegli w stronę Rusi.30 Niemcy szli
takimi trzema ławami, w białych płaszczach, ale twarze było widać. Jak zaczęli częściej strzelać
zrezygnowałem z obserwacji i wróciłem do piwnicy (ukrywaliśmy się wtedy w piwnicach). Kilku
Niemców partyzanci wzięli do niewoli.
Na drugi dzień przyjechały czołgi – koło zabudowań Kukiełki była taka wąska ścieżka, jak
jechał czołg zahaczył o węgieł i naruszył kawałek ściany. Wtedy zaczęła się panika, ludzie prosili
partyzantów by dali spokój, każdy się że Niemcy spalą wieś. Partyzanci wycofali się w tedy w
okolice Hoszni do Łyśca.31
W naszych okolicach grasowała też banda Szpugów32. Jednego razu mój teść spotkał się z
dwoma z nich zupełnie przypadkowo – wszedł do stodoły na górkę zrzucić słomę na sieczkę i
bierze tych kilka snopków, czy okłotów a tu siedzi dwóch Spużaków z dziewczynami (to były dwie
siostry). Jeden z nich – Michał zwraca się do teścia - "ty nic nie widziałeś". Teść na to, "oczywiście
że nic". Dopiero daleko po wojnie opowiedział mi o tym.
Ten drugi ze Spużaków zginął później w Hoszni [Ordynackiej]; trzech ich zginęło zresztą. Jeden
w Zwierzyńcu – gdzieś na bank napadli, później w Zwierzyńcu go zabili. Sołtys z naszej wsi miał
obowiązek wyznaczyć kogoś by zidentyfikował zwłoki. Był wyznaczony Olech. Jeździł tam i ... nie
poznał. W Gorajcu wszyscy wiedzieli, że to był Szpuga, ale każdy się bał , że spalą wieś, tak, jak w
Sochach. Drugi ze Spużaków zginął gdzieś na polu – było wesele, jakaś stodoła, zabawiali się na
tym weselu. Ktoś dał znać Niemcom – okrążyli, podpalili. Jeden był z żona i drugi był z zona.
Jedna para uciekła, drudzy zginęli – był postrzelony, złapał tę żonę i mówi: " ja ginę, to i ty
zginiesz". Nie przepuścił jej.
30
31
32
nazwa części Czarnegostoku, która wzięła się stąd iż w okresie zaborów znajdowała się tutaj stanica; inna wersja
głosi iż przeszłości mieszkało tam sporo prawosławnych
kompleks leśny, gdzie znajdowała się Szkoła Podchorążych 9 pułku piechoty AK
w bandzie było ich trzech: Ludwik zwany przez miejscowych "Lurwik", Józef i Lencio; Mieszkańcy Kawęczna, z
którymi rozmawiałam o losach tej rodziny odpowiadali krótko: "nie ma o czym mówić, kto by dobrze mówił o
bandytach. Grasowali nocą, nie wolno palić światła - zabierali ubrania, pieniądze, pościel, mordowali..." Oprócz
braci Szpugów w bandzie znajdowali się mieszkańcy innych wsi - we wrześniu 1942 roku niejaki Hajduk ze wsi
Średnie zabił w Kawęczynie Władysława Łazorczyka. Do bandy należał jeden z mieszkańców Zaburza Kurek
Marcin. Na temat "Spużaków" wypowiedział się także p. Krzak z Gorajca: "do bandy należeli wspomniani już trzej
bracia z Topólczy, Kurek z Zaburza i trzej bracia Szpucha z Gorajca Zagrobli. Banda była z pewnością większa, ale
kto jeszcze do niej należał nie wiadomo. Opiszę tylko znaną mi historię Szpuchów z Gorajca Zagrobli, którzy byli
sąsiadami mojej babci. Ojciec ich zginął przed wojną przyduszony drzewem i pozostawił czterech synów. Jeden z
nich ożenił się i nie brał udziału w tzw. "bandytce", żył uczciwie. Po wojnie zginął w wypadku w swoim
gospodarstwie. Jego syn wyjechał na zachód Polski. Pozostali trzej bracia, którzy należeli do bandy brali udział w
wielu rozbojach. Jeden z nich zginął w Zwierzyńcu podczas napadu (prawdopodobnie na bank). Wczesnym latem
1942 roku zabili m.in. moją babcię Katarzynę Krzak. Koniec bandy nastąpił po pewnym weselu w Hoszni. Kiedy
przychodzili na wesela, gospodarz musiał częstować ich alkoholem. Tak było i tym razem. Kiedy się upili, poszli
spać do stodoły. W tym czasie gospodarz powiadomił żandarmerię niemiecką, która otoczyła stodołę i ją podpaliła.
Zginęli wtedy m. in. dwaj bandyci z Gorajca i żona jednego z nich. Kurek z Zaburza albo tam nie był, albo uciekł,
ponieważ zginął wkrótce w Zaburzu
III
Relacje wysiedlonych i wywiezionych na roboty przymusowe do Rzeszy
Aleksander Piwowarek. Wysiedlenia ludności Zamojszczyzny w świetle "Dziennika z lat
okupacji" Zygmunta Klukowskiego.
Od wybuchu II wojny światowej upłynęło niemal siedemdziesiąt lat i pamiętających jeszcze z
własnych doświadczeń tamten czas okrucieństwa i pogardy, żyje niewielu. Ta stale zmniejszająca
się grupa jako jedyna ma do owych ponurych wspomnień emocjonalny i subiektywny stosunek .
Należąc do owej mniejszości, sądzę, iż mam prawo do interpretowania nie tylko tamtych
wydarzeni, ale i współczesnego ich odbioru. Nie ulega żadnej wątpliwości, iż dla olbrzymiej
większości współczesnej populacji od dawna już jest to fragment historii, często zdeformowany i
niezbyt interesujący. Z powodu powyższej przesłanki chciałbym poczynić kilka uwag odnośnie
deportacji i wysiedleń mających miejsce w przeszłości ze szczególnym uwzględnieniem okresu
ostatniej wojny i okupacji. W naszym kręgu kulturowym [o ile tak można nazwać Rosję tak carską,
jak i sowiecką] zsyłka na Syberię była karą chętnie stosowaną przez carat, przede wszystkim
profilaktycznie wobec przestępców politycznych,.nie unikając jednak również deportowania
pospolitych kryminalistów. Podobnie w Rosji Sowieckiej metody te były powszechnie
praktykowane, a co więcej rozszerzane na całe grupy społeczne bądź, etniczne.
Truizmem więc będzie stwierdzenie, iż Polacy systematycznie uzupełniali zaludnienie Syberii
[ może w mniejszym stopniu w latach 1920 - 1939]. We wrześniu 1939 obydwaj najwięksi
zbrodniarze dwudziestego wieku: nazistowskie Niemcy, słusznie utożsamiane z nazwiskiem
Hitlera, oraz sowiecka [stalinowska] Rosja podjęły "zbożne dzieło" zniszczenia "bękarta
wersalskiego" (jak określali ówczesną Polskę). Na sygnalizowany wątek spróbujmy spojrzeć
oczyma
Zygmunta
Klukowskiego
z
perspektywy
miasteczka
Szczebrzeszyna.
***
Pierwsza wzmianka w owej materii pochodzi z dnia 1 listopada 1939 r. i brzmi następująco: "...
Przez Szczebrzeszyn, co dzień przesuwa się dużo Żydów ? na furmankach i pieszo, mężczyźni,
kobiety, dzieci ? z rzeczami, tobołami, pościelą. Wygnani przez Niemców z zachodnich części
Polski dążą gdzieś na wschód ? nie wiadomo jednak czy za Bug, czy też pozostaną w
Lubelszczyźnie, która rzekomo ma być przeznaczona na osiedlenie się Żydów... "
Można więc przyjąć powyższą datę za początek wysiedleń z terenów anektowanych i
wcielonych bezpośrednio do Rzeszy. Natomiast sposób dokonania owego akcydentalnego exodusu
uprawdopodabnia działanie wynikające z jakiejś umowy pomiędzy nazistami i sowietami, w myśl
której owych Żydów deportowano za linię Bugu wyznaczającą aktualnie granice między
okupantami. Pierwszą liczącą 160 osób grupę "wygnańców" przywieziono na stację w
Szczebrzeszynie w dniu 10 grudnia 1939 r i po noclegu u gospodarzy na Brodach rozmieszczono w
okolicznych wioskach. Byli to mieszkańcy Wągrowca. Parę osób pozostało w Szczebrzeszynie,
wśród nich lekarz powiatowy z Wągrowca Władysław Likowski. Od niego i kilku pacjentów,
którzy trafili do szpitala natychmiast po wyładowaniu transportu, otrzymał Klukowski pierwsze
informacje o przebiegu i metodach wysiedlenia. Były one bardzo brutalne. Na zabranie
najniezbędniejszych przedmiotów i niewielkiej sumy pieniędzy dano wysiedlanym kilkanaście
minut nie szczędząc w tym czasie bolesnych razów i kopniaków. Następnie zamknięto w barakach .
Przywieziono ich na Zamojszczyznę, co prawda w wagonach osobowych jednak nie
ogrzewanych. W transporcie znajdowało się wiele małych dzieci, oraz kilka kobiet w
zaawansowanej ciąży. W maju [29 ] i lipcu [26 ] 1940 r odnotował Klukowski dwa duże liczące po
przeszło 1000 osób każdy, transporty z wysiedleńcami, które rozładowane zostały na stacji
kolejowej w Szczebrzeszynie. Deportowani z pierwszego z tych transportów pochodzili z
następujących miejscowości: Kutno, Włocławek, Łódź itd. W drugim przeważali rolnicy z powiatu
gostyńskiego, oraz wieluńskiego i kutnowskiego. W obydwu przypadkach wysiedlenie odbywało
się w sposób brutalny często przy pomocy bicia i kopania, dawano mało czasu pozwalają na
zabranie niewielu przedmiotów osobistych i niewielkiej ilości pieniędzy, po umieszczeniu w obozie
selekcyjnym w Łodzi całą młodzież oddzielono od pozostałych członków rodzin i wysłano do
przymusowej pracy w Rzeszy. Natomiast dzieci i osoby starsze po załadowaniu w wagony
towarowe, pod eskortą wojska, pozbawione własnych środków do życia, dotarły na teren
Zamojszczyzny. Kolejny liczący 1000 osób transport przywieziono i wysadzono na stacji w
Brodach 20 października tegoż roku. Byli to ludzie pochodzący z rejonu Żywca i Suchej
Beskidzkiej. Ostatni zapis dotycząc zbiorowych deportacji z terenów Wielkopolski Pomorza a
nawet
Mazowsza
czy
Żywiecczyzny
brzmi
następująco:
(8
marca
1940)
"..Przed paru dniami przyjechała do Szczebrzeszyna partia wysiedlonych, około 200 osób. Jeszcze
w żadnej grupie nie było tylu chorych, co w tej. Przyjąłem do szpitala już kilkunastu, przeważnie
starców i dzieci. Troje z nich dziś zmarło...". Przytoczone powyżej fakty choć drastyczne, stanowią
[chciałoby się rzec] marginalny wątek "Dziennika..".Deportowanie setek tysięcy ludzi już w
pierwszych miesiącach okupacji jest nie tylko samą w sobie zbrodnią ale i zapowiedzią czasu grozy.
***
W pierwszych miesiącach 1942 roku zjawił się w Zamościu Heinrich Himler przedstawiając
kategoryczne polecenie, a właściwie rozkaz utworzenia z południowych powiatów Lubelszczyzny
(Zamojskiego, Biłgorajskiego, Hrubieszowskiego i Tomaszewskiego) enklawy zamieszkałej
wyłącznie przez ludność niemiecką. Wiązało się to oczywiście z wysiedleniem oraz fizyczną
eksterminacją tubylców. Zamojska enklawa miała być jedynie fragmentem germanizacyjnych
zamiarów tkwiących w umysłach wielu niemieckich nacjonalistów, a ostatecznym celem było
podporządkowanie i germanizacja przez zwycięską Rzeszę Niemiecką całego międzymorza od
Petersburga po Krym. Należy przy tym zwrócić uwagę, iż owe decyzje zapadały w okresie
największych tryumfów militaryzmu hitlerowskiego - niebawem ich kolumny pancerne znajdą się
w połowie drogi do Moskwy, a rozległe połacie Ukrainy i Białorusi zaleje brutalny, germański
okupant. Pod koniec roku 1942 wyraźnie zarysowała się zasadnicza zmiana militarna na niekorzyść
Niemiec. "Blitzkrig" załamał się już zimą roku ubiegłego, a obecnie armia von Paulusa utknęła pod
Stalingradem i była na drodze ku kompletnej zagładzie. Mimo nie najlepszej sytuacji militarnej, na
terenie GG a szczególnie na Zamojszczyźnie szalał terror. Klukowski w swym "Dzienniku..."
niemal codziennie notuje aresztowania, próby wyłapywania młodzieży, celem wywózki do
Niemiec, informacje o śmierci w obozach koncentracyjnych, znęcanie się nad Żydami,
systematyczne ich mordowanie, a wreszcie zagładę. Dantejskie sceny z października i listopada
1942 roku, poprzedzone wcześniejszym okresem i wymagają samodzielnej analizy.
Pierwsza wzmianka w "Dzienniku..." o groźbie wysiedleń na terenie GG znajduje się pod datą
29 sierpnia 1942 r. Brzmi ona następująco: " ..W mieście panuje ogólne przygnębienie, zwłaszcza
wobec krążących plotek, że Szczebrzeszyn ma być wysiedlony,.." Przewidywania te nader szybko
się urzeczywistniają i już ostatniego listopada Klukowski zanotował: "W powiecie zamojskim
zaczęła się na większą skalę akcja wysiedlania mieszkańców różnych wsi. Dokładnych szczegółów
nie znam, mówią ludzie przyjeżdżający z terenu, że wysiedlono kilka wsi pod Skierbieszowem,
dalej Złojec, Zarudzie, Stary Zamość i in. Z gminy Nielisz brano po 20 furmanek z każdej wsi na
przewożenie wysiedlonych, lub na przywożenie jakichś obcych przybyszów Volksdeutschów". 5
grudnia odnotował autor wysiedlenie położonych w pobliżu Szczebrzeszyna wsi; Płoskiego,
Zawady i Wielączy. Znamienne są informacje pochodzące z dni 29 i 31 grudnia. Zarówno odgłosy
walki jak i komentarze miejscowych żandarmów dotyczą bitwy pod Woydą, stoczonej przez oddział
BCh w obronie wysiedlanych chłopów zamojskich.. Była to pierwsza w czasie okupacji bitwa
partyzancka, stoczona 30. XII. 1942 r. przez kompanię kadrową BCh wzmocnioną oddziałem
partyzantów sowieckich Wasyla Wołodina. W trwającej przez sześć godzin bitwie zginęło
dwudziestu Niemców a trzydziestu było rannych, zabitych zostało również ośmiu partyzantów i
ośmiu cywilnych mieszkańców wioski [informacje powyższe pochodzą ze strony internetowej
gminy Adamów]. W pierwszych dniach lutego 1943 roku zauważa Zygmunt Klukowski na
przebiegającej przez Szczebrzeszyn szosie natężony ruch pojazdów wojskowych i notuje pogłoski o
potyczkach toczonych w rejonie Krasnobrodu. Były to symptomy starć pod Zaborecznem i w
innych pobliskich miejscach. Akcja wysiedleńcza nieco przycicha w miesiącach marzec - czerwiec.
Było to spowodowane kilkoma czynnikami: 1/ Niemcy natknęli się niespodziewanie silny opór ze
strony wysiedlanych wspieranych przez ruch zbrojny, 2/ niepowodzenia na wszystkich frontach
stawiały pod znakiem zapytania definitywny efekt końca wojny, 3/Himmler natrafił na opór wśród
rozsądniejszych dygnitarzy Rzeszy [konflikt na tle zbrodniczych metod z gubernatorem lubelskim
Zornerem,
z
którym
solidaryzował
się
również
Goebels.]
"Dziennik..." jest przede wszystkim świadectwem o zakresie lokalnym i jako taki był zapisem
zjawisk z najbliższego otoczenia, widzianym ówcześnie, stąd często zawierającym domniemania i
ogólniki, jednak dokładnie oddającym atmosferę tamtego czasu. Klukowski dosyć szybko zauważa,
pewne negatywne dla okupanta skutki, owych zbrodniczych działań poczynionych w pierwszej
fazie wysiedleń. Otóż ani Himmler, ani jego bezpośredni podwładny i wykonawca; Globocnik nie
przewidzieli, iż dwie trzecie wysiedlanych chłopów pomimo zimy będzie szukało schronienia w
lasach i to oni w znacznej mierze stanowili grupy owych "leśnych ludzi". Nie była to wszakże
jednolita masa; inspirowana jakąś wspólną ideą lub tylko interesem. Łączyło tych ludzi środowisko
leśne; - dające schronienie; stałe lub czasowe. Znalazły się tu grupki zwykłych łotrzyków, znanych
jeszcze z okresu przedwojennego, również grupki nielicznych ocalałych z niedawnej zagłady
Żydów, szukające w lasach schronienia. Ci chętnie łączyli się ze zbiegłymi jeńcami sowieckimi. Z
konieczności skazani byli na uprawianie grabieży szczególnie żywności i odzieży. Zrozumiała jest
więc narastająca niechęć i wrogość ze strony ubożejącej ludności wiejskiej do owych band
grabiących resztki dobytku. Bandy te były stopniowo eliminowane przez umacniające się
podziemie o charakterze patriotycznym i antyhitlerowskim: Stanowiły je wywodząca się z ZWZ i
przemianowana w dniu 14 lutego 1942 roku w Armię Krajowa, oraz oparte na na przedwojennym
ruchu ludowym Bataliony Chłopskie. Obydwie organizacje zimą 1942/43 r. współpracując ze sobą
dawały odpór powodujący czasowe zahamowanie wysiedleń [zapewne i niepowodzenia na froncie
wschodnim miały swój udział w owej spowolnionej akcji wysiedleńczej]
Obok wyżej wymienionych ugrupowań wywodzących się tradycji niepodległościowych, co raz
liczniej pojawiają się w lasach partyzanci sowieccy i ich sympatycy mianujący się "Gwardią
Ludową" vel "Armią Ludową".W okresie miedzy marcem a a lipcem polityka niemiecka wobec
mieszkańców Zamojszczyzny przeżywa różnorakie meandry.
Dosyć szczegółowo notuje
Klukowski zabiegi niemieckie na rzecz wciągania tubylców na tzw "volkslistę". W tym samym
czasie istnieją symptomy kryzysu gospodarki Rzeszy i stąd dosyć nieudolnie prowadzony przez
"Arbeitsamt" werbunek na rzecz wyjazdu do niewolniczej pracy tamże. Intensyfikuje się też
polityka antagonizowania Polaków z Ukraińcami [W Szczebrzeszynie reaktywowana została
parafia prawosławna na rzecz, której oddano obecny kościół św. Katarzyny.]
Do szczególnie brutalnych metod należało palenie całych wiosek i mordowanie ich
mieszkańców. [Kitów, Wywłoczka, Sochy. itd]. "Las" nie był dłużny Niemcom podejmując liczne
działania sabotażowe, w szczególności atakując transport kolejowy i drogowy (co ze względów
militarnych było dla agresora dosyć bolesne).Niekiedy podpalano wioski i rekwirowano żywność
nasiedlonym tzw "czarnym"[Siedliska] etc. Wydaje się, iż wydarzenia z lata 1943 roku.
motywowane były paranoiczną logiką sadystycznych umysłów Himmlera, Globocnika i im
podobnych. Rozzuchwaleni bezkarnością i łatwością dokonania największej w historii zbrodni
[holokaust] postanowili zgnieść jednym ciosem sabotaż i dostarczyć dostającej zadyszki gospodarce
niemieckiej rzeszę przymusowych robotników. Dzień 1 lipca 1943 r powinien uzyskać miano "dnia
wielkiej branki". Po południu tego dnia ulice i rynek miasteczka przepełniony był ogromną ilością
wojska, które dodatkowo otaczały je wokół. Od mostu na Wieprzu, aż poza zakręt na "szlaku"
oczekiwał sznur samochodów, którymi przywieziono żołnierzy biorących udział w owej brance.
Zabierano mężczyzn z pod szczebrzeszyńskich wiosek i z samego miasteczka. Odbywało się to, w
porównaniu z wyczynami biłgorajskich bądź zamojskich Gestapowców stosunkowo łagodnie,
unikano wrzasków i bicia. Po poszukiwaniach dogodnego miejsca do ulokowania zatrzymanych
zdecydowano się na ruiny cerkwi. Tu dokonano rejestracji i selekcji. Niektóre osoby uwolniono,
kilku mężczyzn napiętnowano na czole ołówkiem, prawdopodobnie sygnalizując Gestapowcom
działającym w Zwierzyńcu rzekomych "banditen". Wczesnym rankiem dnia następnego
uformowano z zatrzymanych olbrzymią liczącą około 1600 osób kolumnę i po otoczeniu jej przez
licznych, uzbrojonych w karabiny maszynowe żołnierzy, poprowadzono w kierunku Zwierzyńca,
gdzie znajdował się przejściowy obóz koncentracyjny. Podobne wydarzenia zapamiętałem z
autopsji. Miałem wówczas trzynaście lat, a okres okupacji ze względu na większą dozę
bezpieczeństwa rodzice starali się przetrwać u rodziny ojca, w niewielkiej podszczebrzeszyńskiej
wioseczce, Podborczu.[Przed wojną mieszkaliśmy w Nisku, gdzie mama była polonistką w
tamtejszym gimnazjum]. Oddalona około dziesięciu kilometrów na zachód od Szczebrzeszyna
wioska była stosunkowo dobrze izolowana od zewnątrz warunkami topograficznymi, takimi jak
podmokłe
łąki
i
pokryte
jarami
morenowe
wzniesienia.
Podczas jednego z pierwszych lipcowych dni 1943 roku około południa nad miejscowością
pojawiły się dwa niemieckie samoloty i nisko poczęły zataczać wąskie kręgi. Niebawem na polach
ujrzeliśmy grupki żołnierzy. Część z nich po dotarciu do zabudowań poczęła z wnętrza
wyprowadzać mężczyzn. Nie robili tego jednak zbyt gorliwie ani brutalnie, jak jednak potem mi
opowiadano jednej osobie postawiono ów znany ołówkowy stempel na czole, który jednak
następnie delikwent starł, a konwojenci udawali, iż tego nie dostrzegają.
Miejscowego nauczyciela spotkała dosyć stresująca przygoda. Zdążył się ukryć w słomie
umieszczonej na strychu budynku gospodarczego, w którym następnie żołnierze niemieccy
postanowili zanocować. Jeden z nich wspiął się po drabinie i rozpoczął zrzucanie słomy na
legowisko, pod jedną z wiązek zauważył ukrytą postać, szybko położył z powrotem okłot na
poprzednim miejscu dorzucając nań jeszcze dodatkowe wiązki. Następnie zmieniając pozycję
kontynuował zajęcie. Wczesnym rankiem dnia następnego otoczywszy pojmanych kordonem
uzbrojonych żołnierzy Niemcy poprowadzili ich przez Panasówkę do obozu w Zwierzyńcu. Wieś
straciła dwie trzecie męskich rąk do pracy. Pozostali: w większości kobiety, starcy i dzieci błąkali
się oczekując na dalsze wydarzenia. Istotnie po kilku dniach na gościńcu pojawił się łańcuch
furmanek przywożący wysiedlone rodziny z Sułowa i Źrebiec: mających od tej pory koegzystować
z pozostawionymi mieszkańcami Podborcza i Gorajca. Ludzie ci - zupełnie zresztą słusznie traktowali swój pobyt czasowo, chętnie łączyli się w grupy i starali się dosyć skutecznie
wyperswadować
nielicznym
"czarnym"
by
opuścili
ich
rodzinne
wioski.
Już wczesną wiosną większość z nich pilnowała w Sułowie, Źrebcach i innych miejscowościach
swych opuszczanych przez Niemców gospodarek. Powróćmy jednak do Szczebrzeszyna, z którego
w dniu 2 lipca wyprowadzonych zostało około1600 mężczyzn W tej grupie był niesprecyzowany
odsetek mieszkańców miasteczka, większość stanowili chłopi z wiosek położonych na wschód od
tej miejscowości, wiemy na pewno, że byli to ludzie z Brodów, prawdopodobni również z
Niedzielisk i Żurawnicy, być może i ze wsi położonych po drugiej stronie wzniesienia. Część tych
ludzi zwolniono jeszcze tego samego dnia "..Powiadają, że zwolniono już paręset osób...". Przez
kilka następnych dni przez Szczebrzeszyn ze Zwierzyńca przejeżdżają samochody przewożące
internowanych w tym wiele kobiet i dzieci. Wielokrotnie w otwartych samochodach, z bronią
maszynową na kolanach przelatują Gestapowcy. W dniu 7 lipca ruch na szosie wyraźnie się
zmniejsza zaś dowództwo owej akcji opuszcza pałac w Michalowie przenosi się w pobliże Janowa,
by tam kontynuować zbrodniczą robotę. W trzy dni potem Szczebrzeszyn został wysiedlony
Wczesnym rankiem 10 lipca obębniono polecenie wzywające do przygotowaniu się do podroży i
stawienia się na rynku. Tutaj żandarmi niemieccy dokonali selekcji, podczas której większości
mieszkańców odesłano z powrotem do domów, niektórych w sumie 300 do 400 osób zatrzymano a
następnie wywieziono do obozu w Zwierzyńcu. Tego samego dnia pojawili się nasiedleńcy:
mężczyźni w cywilnych ubraniach z karabinem w ręku, oraz kobiety i dzieci nader często
rozmawiające po polsku. Już następnego dnia rozpoczęła działalność komisja mieszkaniowa
usuwająca z co lepszych obiektów dotychczasowych mieszkańców, przydzielając je następnie
przybyszom. Jednak większość tych ostatnich wolała zamieszkać w pobliskich wioskach
szczególnie na Przedmieściu Zamojskim..I jeszcze kilka zdań na temat wysiedlenia z terenu
Szczebrzeszyna i pobliskich miejscowości ludności przyznających się do pochodzenia ukraińskiego
i wyznawania prawosławia. Okupanci zastosowali ulubioną taktyką waśnienia na tle różnic
wyznaniowych
i
narodowościowych
żyjących
obok
siebie
społeczności.
Przed ponad rokiem nieliczni miejscowi Ukraińcy otrzymali z łaski Niemców odebrany polskiej
ludności i zamieniony na cerkiew kościół św Katarzyny. W obliczu groźby wysiedleń rozpoczął się
masowy napływ neofitów do wyżej wspomnianej parafii prawosławnej, ["...podobno zgłosiło się
ich ponad pół tysiąca osób..."].Nie uchroniło ich to przed wysiedleniem.
21 lipca Klukowski zapisał "Dziś rano wywieziono w okolice Tarnogrodu wszystkich Ukraińców
zamieszkałych w Szczebrzeszynie i w sąsiednich wioskach. Odbywało się to jednak inaczej, aniżeli
z Polakami, bo każdej rodzinie wyznaczono furmankę i można było zabrać tyle rzeczy, ile kto na
niej zmieścił.". W przeddzień czwartej rocznicy wybuchu wojny miał miejsce akt utworzenia
"Dorfgemeide Szczebrzeszyn, Kreis Zamosc", czyli niemieckiej wiejskiej gminy Szczebrzeszyn. Z
tej okazji polecono burmistrzowi przygotowanie bankietu na 150 osób. Owa impreza
zorganizowana została w sali kinowej u pp. Krzeszowskich. Nie zaproszono nikogo z niedobitków
polskich mieszkańców. Ponieważ było to jednocześnie przekazanie niemieckiej gminy
Szczebrzeszyn z powiatu biłgorajskiego do zamojskiego, w owej biesiadzie uczestniczyli wyłącznie
niemieccy
oficjele
obydwu
powiatów
oraz
tzw
Dorfführerzy
(sołtysi).
Definitywny stan owej "niemieckiej gminy Szczebrzeszyn" otrzymał Klukowski nieco później,
bo dopiero w połowie października tegoż roku. W jej skład wchodziło 13 wsi "niemieckich"
[Deutsche Dorfer] to były: 1).Szczebrzeszyn, 2)Rozłopy, 3)Sułów kol., 4)Źrebce, 5)Tworyczów,
6)Kitów, 7) Deszkowice, 8)Bodaczów, 9) Wielącza, 10)Zawada,11) Gross Brody, 12) Sułów,13) V.
[ordstat] Zamojskie, oraz 18 wsi polskich [Polnische Dorfer] : 1) Marynówka, 2) Kąty I, oraz Kąty
II, 3) Niedzieliska, 5) Klemensów, 6) Brody Małe, 7) Kawenczyn, 8) Kawenczynek, 9) Sułowiec,
10) Sułówek, 11) Kulików, 12)Michalów, 13) Szperówka i Doroszewszczyzna, 14) Sąsiadka, 15)
Mokre Lipie, 16) Błonie, 17)Kol. Kawenczyn, 18) Kol. Rozłopy. Ponieważ obóz koncentracyjny w
Zwierzyńcu stał się symbolem akcji wysiedleńczej [Wehrwolf] na Zamojszczyźnie na zakończenie
kilka dygresji w tej materii. Według szacunku wysiedlonych ogólnie było około 110 000 tysięcy
osób w tym ponad 30. 000 dzieci. Większość przeszła przez zwierzyniecki lagier.. Niestety byli i
tacy, którzy w nim pozostali na zawsze. O tym mówią pozostałe na zwierzynieckim cmentarzu
liczne groby ale i w "Dzienniku " wspomina Klukowski ofiary tego potwornego miejsca.
Pod datą 13 lipca znajduje się następujący zapis: "Umarł w Zwierzyńcu za drutami Manderski
murarz ze Szczebrzeszyna. Zmarła też Barbara Waszczuk, staruszka bez mała 80-letnia, ...
sparaliżowana, którą jednak Niemcy zabrali i razem z innymi wywieźli do obozu w Zwierzyńcu"...
a wcześniej [11lipca] "Nie wytrzymał tego katowania Stanisław Węgierski, ostatnio nauczyciel,
...człowiek już starszy i schorowany. Przed paru dniami umarł - jak mówią - podczas badania."
I właśnie jedną z dolegliwości stosowaną zarówno w obozie w Zwierzyńcu jak również w
Zamościu były tortury polegające na potwornym biciu często powodujące uszkodzenie ciała i
kalectwo - opowiada więc autor o kierowcy ze Szczebrzeszyna Krukowskim, któremu po
kilkunastu dniowym pobycie w Zwierzyńcu, na skutek długotrwałego pobicia przez Gestapowców
zrobiła
się
rana
wielkości
talerza
z
martwicą
sięgającą
kości.
Wobec totalnej niewiedzy na temat faktów zaistniałych na terenie okupowanych ziem polskich
wykazywanej przez niektóre osoby w Niemczech szczególnie w kręgach tzw "wypędzonych"
chciałbym jedynie przypomnieć, iż II Wojna Światowa wybuchła nie w roku 1945 t. z podczas
owych "wypędzeń" a pięć lat wcześniej. Efektem błyskawicznego zwycięstwa armii hitlerowskich
była krwawa okupacja ziem polskich, powodująca olbrzymie straty tak w sferze materialnej jak i
demograficznej. Z 38 milionów obywateli żyjących w Polsce w 1939 r. pozostało według
powojennego spisu 24 miliony. Kształty powojennych granic w Europie wyznaczały trzy
zwycięskie mocarstwa, Odbywało się to bez aprobaty zainteresowanych społeczeństw..
Podstawowe decyzje odnośnie granic Polski podejmował Stalin i trudno twierdzić, by były one
przyjęte z entuzjazmem, oznaczały bowiem dla mieszkańców terenów położonych na wschód od
Buga [i to już po rzekomo wygranej wojnie] opuszczenie ojcowizny i podróż w nieznane, co ze
względów oczywistych popularnym być nie mogło. Chcę również zwrócić uwagę na absolutną
legalność rządów Hitlera, wybranego większością głosów obywateli Niemiec i tym samym za
wszystkie brunatne zbrodnie wyborcy byli pośrednio współodpowiedzialni. Nie mniej utrata
ojcowizny połączona z deportacją mogła powodować przez lat wiele frustrację i dyskomfort. I te
uczucia można zrozumieć. Natomiast zasłanianie się niewiedzą o pięcioletnim okresie krwawego
terroru, mordów i bezprawia na terenach okupowanych należy włożyć między bajki. Śmiem
twierdzić, iż olbrzymia większość ówczesnych Niemców aprobowała wszelkie zbrodnie na terenach
objętych okupacją. Pretensje do brunatnego establishmentu dotyczyły jedynie przegrywanej wojny.
Przykładem tego rodzaju mentalności jest przytoczona przez Klukowskiego wypowiedź
nasiedlonego do Szczebrzeszyna dr Warnowskiego, który w obliczu panicznej ewakuacji pod
naciskiem zbliżającego się frontu stwierdził; "Jest to kara Boża, bo trzeba było najpierw wygrać
wojnę, a dopiero potem wysiedlać".Interpretacja owej frazy wydaje się być oczywista. - Niemcy nie
odpowiadają ze zbrodnie i okrucieństwa, a ponoszą konsekwencje jedynie za przegrywaną wojnę.
(..."
trzeba
było
najpierw
wygrać
wojnę,
a
dopiero
potem
wysiedlać".)
Zygmunt Wach. Wysiedlenie Zamojszczyzny
Wojny zawsze niosły martyrologię, cierpienia i tragedię ludności cywilnej. Takimi bowiem są
wojny. Jednakże to co w trakcie agresji na Polskę zgotowali Niemcy cywilnej ludności
Zamojszczyzny nie ma odpowiednika w historii wojen. Chodzi o barbarzyński akt wysiedlenia i
eksterminacji ludności wiejskiej z przyczyn rasowych gospodarczych i taktycznych. Były to
działania antyhumanitarne sprzeczne ze wszelkimi konwencjami i prawami wojennymi.
Adolf Hitler w książce "Mein Kampf" nakreślił program zdobywania "przestrzeni życiowej" dla
Niemców. Zgodnie z nim, mieszkańcy ziem zdobytych we wschodniej Europie muszą opuścić te
terytoria. Tereny te następnie zostaną zasiedlone kolonizatorami niemieckimi. Szczegółowe
wytyczne do tego zamierzenia opracowane zostały przez NSDAP i rząd III Rzeszy w roku 1940 w
dokumencie "Generalplan Ost ". Pełnomocnikiem realizacji planu mianowany został Heinrich
Himmler, któremu powierzono wszelkie sprawy wysiedlenia podbitych narodów i kolonizację
zagarniętych obszarów. Bezpośrednim wykonawcą naznaczony został szef SS i Policji Odillo
Globocnik /były kryminalista/.
Plan obejmował docelowo kolonizacje i zniemczenie ziem: Polski, Czechosłowacji, Ukrainy,
Białorusi, Litwy, Łotwy Estonii Krymu i rejonu Leningradu. Przedsięwzięcie to zamierzano
zrealizować w przedziale czasowym 25-30 lat. Wysiedlaną ludność rdzenną miano przemieścić na
azjatyckie obszary Rosji /po podbiciu ZSRR/. Początkowo planowano wysiedlić i przesiedlić 31
mln mieszkańców a docelowo ponad 50 mln. Liczby nie uwzględniają ludności narodowości
żydowskiej, która podlegała bezwzględnej likwidacji na miejscu - w obozach zagłady.
Dla zdobycia doświadczeń i opracowania skutecznych metod działania postanowiono
przeprowadzić eksperyment zniemczania na terenie południowo - wschodniej części dystryktu
lubelskiego obejmującej powiaty: zamojski, biłgorajski, tomaszowski i hrubieszowski. Obszar ten
nosi tradycyjną nazwę Zamojszczyzna ponieważ w przeszłości stanowił własność ordynatów
Zamoyskich i znany był jako Ordynacja Zamoyska.
Dnia 20 lipca 1941r na teren Zamojszczyzny osobiście przybył Heinrich Himmler. Wydał
wówczas polecenie utworzenia wokół Zamościa Niemieckiego Okręgu Osiedleńczego. Nazwa
miasta miała być zmieniona na Himmlerstadt.
W ramach eksperymentu 6 listopada 1941r wysiedlono nagle wsie Huszczka Duża i Huszczka
Mała w gminie Stary Zamość. Następnie 8 listopada Wysokie, Białobrzegi, 9 listopada Bortatycze,
25 listopada Podhuszczki. Ogółem do 25 listopada 1941r wysiedlono 2098 mieszkańców.
Początkowo przetrzymywano ich w koszarach w Zamościu a następnie przetransportowano do
nadbużańskich wsi w gminie Dubienka. Na miejsce wysiedlonych sprowadzono i osadzono
kolonistów - Volksdeutschów z Besarabii.
Na podstawie zdobytych doświadczeń departament IV Głównego Urzędu Rzeszy opracował
zasady postępowania w trakcie akcji wysiedleńczych. Z reguły akcje te były prowadzone z
zaskoczenia - rozpoczynane nocą. Wszystkie środki przymusu były dopuszczalne - brutalne
traktowanie, bicie, użycie broni palnej, psów itp. Akcje wysiedlenia przeprowadzały m.in oddziały
SS,Gestapo, Wermachtu, Sonderdienst, nasiedleni Niemcy, Volksdeutsche i Ukraińcy w służbie
niemieckiej.
Zazwyczaj nocą wieś otaczano kordonem, potem część Niemców biorących udział w akcji
udawała się do wioski. We wsi postępowano rozmaicie. Z zasady Niemcy wpadali do mieszkań,
budzili ludzi ze snu i wypędzali z domostw Czasem kazano sołtysowi zebrać mieszkańców na
wyznaczonym miejscu.
Na zebranie się dawano od 5 do 30 minut czasu. W nielicznych wypadkach godzinę lub dwie.
Wysiedlanym pozwalano zabrać od 10 do 20 kg rzeczy osobistych i żywności,a czasem tylko
bochenek chleba i nic więcej. Zwykle akcję prowadzono brutalnie: ludność bito karabinami, szczuto
psami. Niezależnie od pory roku nawet w największy mróz, wyrzucano wszystkich z domów nie
oszczędzając chorych dzieci i starców. Ludzi zgromadzonych na placu trzymano nawet po
kilkanaście godzin.
W czasie akcji wysiedleńczo -pacyfikacyjnych strzelano do ludzi, palono domostwa, do
płonących zabudowań wrzucano żywcem ludzi. Wysiedleńców przewożono furmankami lub
konwojowano pieszo do obozów przejściowych zwanych "za drutami". Obozy takie funkcjonowały
w Zamościu , Zwierzyńcu 33 i Biłgoraju.
Umieszczeni w obozie poddawani byli selekcji wg stanu zdrowia i wieku. Każdy otrzymywał w
kartotece odpowiedni stempel a mianowicie:
* = AA /Arbeitseinisatz/ - zdolny do pracy przeznaczony na roboty przymusowe do Niemiec
* =RD /Rentendorfer/= starcy chorzy ułomni /do szybkiej eksterminacji/
* =AG /Arbeitsanisatz Generalgouvernement/ zdolni do pracy pozostający jako parobcy
przydzieleni nasiedlonym Volksdeutschom.
* =KL / Lager Birkenau/ wysiedleńcy skierowani do obozu Auschwitz - Birkenau do fizycznej
likwidacji
* WE /Widereindeutschungsfahig/ - osoby nadające się do zniemczenia
* KI /Kinderaktion/ dzieci - po sprawdzeniu czystości rasowej były deportowane w głąb Niemiec
do zniemczenia / wadliwe rasowo otrzymywały kategorię KL/
Każdą grupę umieszczano w oddzielnych barakach co powodowało rozdzielanie rodzin.
Dochodziło do dramatycznych scen szczególnie gdy zabierano dzieci matkom. Brak dokładnych
33
relacje osób przetrzymywanych w obozie przejściowym w Zwierzyńcu zebrał i opracował Czesław Służewski;
znajdują się w pracy: Hitlerowski obóz przejściowy w Zwierzyńcu. Zwierzyniec 1993
danych ile dzieci objęło wysiedlenie. Szacuje się, że wysiedlenie dotyczyło 35 - 40 tysięcy dzieci. Z
tego około 5 tysięcy otrzymało kategorię "KI" i zostało wywiezionych w głąb Rzeszy. Pozostałe
dzieci z kategorią "KL" zginęły w obozach, w czasie transportu, zmarły z głodu wycieńczenia i
braku pomocy lekarskiej.
Na wielką skalę akcja wysiedleńcza ruszyła w nocy z 27/28 listopada 1942 r. Jedną z pierwszych
wysiedlonych była wieś Skierbieszów. Dano ludziom 20 minut czasu na ubranie się i zabranie
niezbędnych rzeczy. Załadowano ich na furmanki i zawieziono do Zamościa "za druty".
Jeszcze tego samego dnia/ 28.11.1942r/ we wsi osiedlili się niemieccy kolonizatorzy. Ciekawostką
jest, że wśród nich było małżeństwo Köhlerów. Köhlerowie byli chłopami - Volksdeutschami z
Besarabii /Rumunia/. Przybyli do Skierbieszowa jako pionierzy niemieckiego osadnictwa, jako
kolonizatorzy z zamiarem wzbogacenia się.
Pani Köehler była w tym czasie w ciąży i w dniu 22 lutego 1943r urodziła syna. Synowi nadano
imię Horst.34 Dziś tenże Horst Köhler jest Prezydentem Republiki Federalnej.35
Do marca 1943 roku wysiedlono Polaków ze 116 wsi Zamojszczyzny /47.pow. zamojski 15
tomaszowski 54 hrubieszowski/. W czerwcu i lipcu 1943 r we wszystkich 4 powiatach wysiedlono
171 wsi; biłgorajskie 89 tomaszowskie 45 zamojskie 28 hrubieszowskie 8. W rezultacie od
listopada 1941r do września 1943 r Niemcy wysiedlili 297 wiosek tj. około 110.000 ludzi.
Stanowiło to 30 procent Polaków zamieszkałych na Zamojszczyźnie.
Oprócz wcześniej wymienionych wiosek całkowicie wysiedlono następujące miejscowości: Gózd
Lipiński, Jedlinki,Potok Górny, Naklik, Szyszków, Budziarze,Wólka Bliska, Zynie, Borki, Biszcza,
Dąbrówka, Bukowina, Luchów Górny i Dolny, Frampol, Rzeczyca, Katy,Karolówka, Majdan
Gromadzki, Markowice, Księżpol, Płusy, Korchów, Tarnogród, Wola Różaniecka, Teodorówka,
Komodzianka, Wola Radzięcka,Wola Kątecka, Smoryń, Dyle, Hedwiżyn, Lipowiec, Rakówka,
Zawadka, Różaniec, Lipowice, Łukowa, Babice, Dorbozy, Wola Obszańska, Obsza, Zamch,
Borowiec, Józefów, Górecko Kościelne, Bodaczów, Wielącza, Deszkowice, Rozłopy, Źrebce, Sułów,
Sułow Kolonia, Tworyczów, Kitów, Nawóz, Wirkowice, Staw Noakowski i Ujazdowski, Złojec,
Zarudzie, Zawada, Jacnia, Stanisławów, Długi Kąt, Hamernia, Nowiny, Susiec, Majdan Sopocki,
Podrasów, Nowa Ciotusza, Łuszczacz, Podklasztor, Majdan Mały, Nowa Wieś, Potoczek,
Suchowola, Hutków, Kol. Suchowola, Bożawola, Kol.Ruszów, Ruszów, Wierzbie, Jatutów, Szopinek,
Mokre, Płoskie, Huża, Wysokie, Bortatycze, Białobrzegi, Wólka Złojecka, Nowa Wieś, Stary
Zamość, Chomęciska Małe i Duże, Sitaniec, Wolica Sitaniecka. Kol. Sitaniec,Wisłowiec,
Podhuszczka, Huszczka, Suchodębie, Skierbieszów, Sady, Lipina Nowa, Iłowiec, Szrocówka,
Cieszyn, Rozdoły, Żurawlów, Zuków. Miączyn, Kol. Miączyn, Horyszów Polski, Sitno, Stabrów,
Czołki, Dębowiec, Kol. Dębowiec, Jarosławiec, Cześniki, Wolica Śniatycka, Ruszczyca, Komarów,
Komarów Osada, Komarów Kolonia,Majdanki,Huta Komorowska,Janówka,Janówka Wielka,
Dąbrowa,Huta, Dzierążnia, Sumin, Wieprzów, Justynówka, Majdan Górny, Sowiniec, Przeorsk,
Szarowak, Łabuńki, Osiczyna, Majdan Tuczapski, Wysokie. J, Trościanka,Wólka Tuczapska,
34
35
Rodzina Köhlerów uciekła na Zachód przed nacierającą armią radziecką i po wojnie osiadła koło Lipska, a w 1953 r.
przeniosła się do Niemiec Zachodnich. Horst Köhler jest z zawodu ekonomistą i nigdy nie był politykiem, lecz
urzędnikiem i finansistą. Pracował dla kanclerza Kohla, doradzał rządowi w kwestiach finansowych podczas
negocjacji zjednoczeniowych z NRD i podczas rokowań nad traktatem z Maastricht wprowadzającym wspólną
europejską walutę euro. Był m .in. wiceprezesem Banku Światowego, w 1998 r. został prezesem Europejskiego
Banku Odbudowy i Rozwoju, a dwa lata później - na wniosek kanclerza Schrödera - szefem MFW. Wprawdzie od
1981 r. należy do CDU, ale ci, którzy go znają (a nie jest powszechnie znany i jego nominacja na kandydata na
prezydenta zaskoczyła większość społeczeństwa), uważają go za niezależnego i odważnego w ocenach.
Samokrytycznie przyznał się m.in. do błędów ekonomicznych popełnionych przy zjednoczeniu Niemiec, zwłaszcza
przy kursie wymiany marki NRD na markę zachodnią. Köhler jest żonaty i ma dwoje dzieci; relacja Zygmunta
Wacha autora powyższego tekstu
Pan prezydent Horst Köhler 15.VII 2004r był w Polsce gościem prezydenta Kwaśniewskiego. Nasza prasa starannie
pomijała jego Skierbieszowski rodowód a szczególnie " profesję" jego rodziców. To mnie zdenerwowało i
napisałem meila bezpośrednio do prezydenta Kwaśniewskiego - dostałem odpowiedź " Kancelaria Prezydenta
dziękuje za nadesłaną korespondencję, która zostanie wykorzystana służbowo w odpowiednim czasie". Podobno
wójt Skierbieszowa zapraszał Koehlera do odwiedzenia miejscowości urodzenia jednak bez skutku. Od respondenta
ze Skierbieszowa dowiedziałem się, że dom w którym urodził się Herr Horst Köhler został rozebrany; relacja
Zygmunta Wacha
Tuczępy, Czechówka, Skomorochy, Wolica Uchańska Mała i Wielka, Szczelatyn. Grabowiec,
Duńczypol,Gora Grabowska, Zawalów, Niewiarków, Kol. Niewiarków,Kotlice, Kol. Kotlice, Dub,
Zubowice, Czortowczyk, Wożuczyn, Kol. Wożuczyn, Rachanie, Michałow, Siemnice, Grodysławice,
Wola Gródecka, Kol. Wola Gródecka,Gródek, Nedeżów, Nowa Wieś /tom./Podhorce, Tymin,
Józefówka, Werszyca, Jarczów, Hopkie, Małozów, Małozów kol. Sahryń, Łuszów Kol. Odlatajka,
Raciborowice,Raciborowice Kol. Glińsko, Skibice, Holozne, Białowody, Pieloki, Roskarzówka,
Uchanie, Wola Uchańska, Kol. Uchanie, Aurelin, Bokinia, Wysokie /hrub/Jarosławiec, Białopole,
Zabudynów, Radziejów, Grobelka, Tuchanie, Strzelce, Małozów. Małozów Kol, Mircze, Józefów,
Janostrów, Siedliszcze, Holendry, Starosielec, Regułka.
Ponadto częściowo wysiedlono miejscowości: Kamionka Średnia, Krzeszów Dolny, Jasiennik,
Gózd, Maziarnia, Momoty, Ujście, Szeliga, Huta Krzeszowska, Łazary, Dzwola,Władysławów,
Bukowa,Ciosmy, Banachy, Bidaczów Stary i Nowy, Kocudza Zdzisławice, Rapy, Gromada,
Korytków, Dabrówka, Sól, Dereźnia,Wola Dereźniańska, Stary i Nowy Majdan ,Zagrody, Goraj,
Wólka Abramowska, Hosznia Ordynacka, Jędrzejówka, Wola, Okrągłe, Korczów, Smólsko,
Brodziaki, Gorajec Stara Wieś, Pisklaki, Chmielek, Osuchy, Majdan Nepryski, Borowina, Górecko
Stare, Kąty, Mielewszczyzna , Hutki, Oseredek, Stara Ciotusza, Sielec, Krynice.
Natychmiast po wysiedleniu Polaków na ich ziemi osadzano niemieckich kolonistów. Koloniści
byli zarządzani przez SS. Władze niemieckie zorganizowały ich na sposób wojskowy; zostali
jednakowo umundurowani na czarno stąd nadana im przez Polaków nazwa "czarni".
Byli świetnie uzbrojeni, przechodzili specjalne ćwiczenia wojskowe. Otrzymywali duże
przydziały żywności. Władzę nad kolonistami sprawował SS Dorffihrer i członkowie SS. W
zasiedlonych wsiach przeprowadzano komasację gruntów, zakładano szkoły, sklepy itp.
"Czarni"osobiście nie pracowali na roli - robiła to miejscowa ludność kategorii AG - im
przydzielona jako siła robocza. Stosunek "czarnych" do ludności polskiej był wrogi- często
brutalny. Zmuszano ludzi do ciężkiej pracy bez wynagrodzenia od rana do nocy bez względu na
warunki atmosferyczne i pogodę. "Czarni" współpracowali z żandarmerią i SS w akcjach
wysiedleńczych i pacyfikacyjnych.
***
Akcja wysiedleńcza uległa zahamowaniu i załamaniu po niepowodzeniach niemieckich na froncie
rosyjskim. Duże znaczenie miały też akcje odwetowe ze strony polskich partyzantów Batalionów
Chłopskich, Armii Krajowej, Gwardii Ludowej oraz rajdowych oddziałów partyzantki radzieckiej.
Do wstrzymania akcji wysiedleńczej przyczyniła się też postawa miejscowej ludności. Chłopi
zdecydowanie przeciwstawiali się rozkazom niemieckim, nie dawali się złapać, uciekali, niszczyli
dobytek aby nie dostał się w ręce nieprzyjaciela.
Niemcy zrozumieli że nie łatwo będzie ujarzmić zamojskiego chłopa. Wobec chłopów
stosowano odpowiedzialność zbiorową, dokonywano masowych egzekucji, rozstrzeliwania
zakładników - puszczano z dymem całe wsie. Na Zamojszczyźnie narastał ruch oporu a jego siła
była znaczna.
Spalono wiele skolonizowanych wsi m. in. Lipsko, Ruszów,Wierzba,Zawada. Wielu kolonistów
zginęło od kul partyzantów. Zimą 1943 roku część kolonistów zgrupowała się w Szczebrzeszynie i
Suchowoli w obawie przed partyzantami i chłopami.
Słynne są bitwy partyzantów z Niemcami pod Wojdą, Zaborecznem, Różą, Lasowcami. Potyczki
w Bondyrzu Kaczorkach Trzepiecinach. Niemcy raportowali do Berlina że na Zamojszczyźnie
wybuchło powstanie
Klęska armii niemieckiej na froncie wschodnim spowodowała definitywnie przerwanie akcji
wysiedleńczej. "Czarni" - koloniści niemieccy i rodzimi Volksdeutsche w popłochu opuszczali
Zamojszczyznę uciekając na zachód przed nadciągającą Armią Czerwoną i Wojskiem Polskim.
Po przejściu frontu do opustoszałych wsi wracali nieliczni ocaleli rdzenni mieszkańcy: z lasów, z
obozów, z robót przymusowych i innych miejsc tułaczki. Część gospodarstw zasiedlili repatrianci z
terenów, które po wojnie znalazły się w granicach ZSRR, zdemobilizowani żołnierze Wojska
Polskiego itd.
Zamojszczyzna powoli wracała do normalnego życia. Jednakże wiele wsi nigdy nie wróciło do
istnienia - ich ślad można znaleźć tylko na starych mapach.
Alfons Berlin. Cud ocalenia - moje dziecięce przeżycia wojenne.
Pamiętam wojnę, byłem świadkiem walk na bagnety naszych żołnierzy z Niemcami w 1939 w
pobliżu mojej rodzinnej wioski Wolicy Śniatyckiej niedaleko Komarowa, miałem wtedy 10 lat. Los
doświadczył mnie szczególnie, jako dziecko widziałem okrucieństwo i tragizm wojny, to okrucieństwo
dane mi było z najbliższymi przeżyć... jak mówi moja żona Aleksandra w nocy by nie słyszeć
moich nocnych krzyków podczas snu - "Boże, co oni z nami robią", "Boże ratuj mnie","Jezu co z
nami będzie", itp. śpi z zatyczkami w uszach. Jest to dla mnie bardzo trudne i tragiczne, ale
pozwoliłem sobie niektóre straszliwe chwile z mojego życia odsłonić..
Po, co chociażby po to by ci którzy obwiniają Dzieci Zamojszczyzny, o niesłuszne pobieranie
rent, wiedzieli że tak było, byłem skazańcem, więźniem... Pragnę, opowiedzieć o wysiedleniu mojej
Rodziny, a właściwie o następstwach tego dramatu , który dotknął 450 - ciu moich
współmieszkańców. Pod koniec 1942 roku byłem już na tyle duży miałem 13 lat, a wojna
przyśpieszyła moją "dorosłość", wiele spraw pomimo, że dorośli starali bym o tym nie wiedział
docierało do mnie. Wiedziałem kto to jest "swój" i "obcy" jak szybko ukryć się, nie wiedzieć jak kto
się nazywa, unikać Niemców i "własowców". mówiono o okrucieństwie i zbrodniach Niemców,
likwidacji Żydów, bandytyzmie, karach za nie oddanie kontyngentu, więzieniach i o tym co się tam
dzieje z aresztowanymi. Coraz częściej w domu, wśród rówieśników słyszałem słowa "wysiedlenie" ,
"wysiedleńcy" ale to było takie dalekie, zresztą mieszkaliśmy daleko od szosy, na wsi czasem
pojawili się żandarmi, a na targ do Komarowa chodzili albo jeździli furmanką Rodzice.
Chyba od października 1942 roku w stodole stał wóz drabiniasty taki którym zwożono siano,
słomę, snopki, wypełniony sianem w którym leżały worki ze zbożem i ziemniakami, trochę starych
ubrań i okryć. Gdy pytaliśmy starszych czy gdzieś pojedziemy zbywali nasze pytania albo mówili
"lepiej nie idźcie do stodoły". Po latach zrozumiałem, że to były przygotowania do ucieczki przed
słowem "wysiedlenie" tylko kiedy , dokąd na te pytania nikt nie potrafił odpowiedzieć. Z wozu nigdy
nie skorzystaliśmy, a to za przyczyną szwagra Ojca który twierdził, że oni do lasu nie wejdą bo się
boją, budynki nasze stały przy lesie. Stało się inaczej to nie Niemcy a "własowcy" czyli ruscy na
służbie niemieckiej właśnie od strony lasu otoczyli wieś byliśmy w kotle, a wujek ukrył się w
budynkach i jego nie złapali. Ufność w słowa szwagra niestety zgubiła naszą Rodzinę. Raniutko
przed świtem 14 grudnia 1942 roku moja rodzinna wioska Wolica Śniatycka została wysiedlona,
popędzono nas jak stado bydła na punkt zbiorczy. Tu oddzielono mężczyzn, podjechały furmanki,
było zimno...
Zobaczyłem wroga, byli to ludzie umundurowani z bronią, oczyma dziecka zapamiętałem ich
twarze okrutne, chłodne prawie zwierzęce spojrzenia, byli gotowi do bicia, zadawania bólu,
strzelania do ludzi, zwierząt, zabijania. W mojej pamięci pozostało echo strzałów, wrzaski,
przekleństwa, przenikliwe zimno, strach, lament i płacz dzieci, kobiet nawet mężczyzn oraz
znikające w dali zabudowania mojej wioski. Przez Komarów, mimo wiatru i mrozu, powieziono
furmankami nas do obozu w Zamościu. Znalazłem się w obcym miejscu, wśród nieznanych mi
ludzi, wszędzie brud, wszy, brak wody, jadła tylko Matka starała się o to aby nasza czwórka była
przy niej. Straszna była noc, szczególnie pierwsza w baraku, który miał dać schronienie dla 1500
ludzi, wkoło groźni Niemcy, w oczach wielu groza, przerażenie nawet obłęd. My dzieci, niewiele
jeszcze z tego co nas spotkało rozumiałyśmy. Rano po prawie nieprzespanej nocy zziębnięci,
głodni, spożyliśmy śniadanie z zabranych z domu zapasów. Ranek w pełni uświadomi! nam gdzie
byliśmy - to był obóz, każdy zadawał sobie pytanie co ze mną, z nami będzie.
Do baraku weszło kilku Niemców, wniesiono stół i krzesła, padła komenda "Wczoraj
przywiezieni ustawić się". Spisywano nas rodzinami, jeden z Niemców dokładnie każdego oglądał,
dotykał, pytał, coś mówił do piszącego. Później dowiedziałem się, że to był lekarz, w tym
momencie zapadła ostateczna i nieodwracalna decyzja o dalszym naszym (moim) losie. Były tylko
dwie możliwości: na roboty albo zniemczenie do Rzeszy, do obozu zagłady (Majdanek, Oświęcim,
Sobibór). W tym miejscu ostatecznie następował oddzielenie dzieci od matek (mężczyzn
oddzielano zaraz po wysiedleniu - byli w obozie na "polu męskim"). Działy się przy tym sceny
trudne do opisania, były to chwile straszne, bicie, szamotanie, krzyki, ale skutek był jeden dzieci
były siłą zabierane. Gdy stanęliśmy naszą czwórką wraz z Matką przed Niemcami, po dokładnym
obejrzeniu nas zostaliśmy razem do nas dołączono staruszka, miał 80 - siąt lat" nazywaliśmy go
"dziadkiem".
Byłem więźniem, niewolnikiem XX - go wieku o moim i bliskich losie decydował obcy
człowiek najeźdźca, byłem na targ niewolników. Zapadła decyzja niemieckiego "eksperta"
zostajemy z Matką (podobno zostawiono dzieci przy matkach gdy było ich czworo lub więcej. Na
razie byliśmy razem, ale jaka była prawda dowiedzieliśmy się podczas transportu kolejowego
-wydano na nas wyrok śmierci byliśmy wpisani na listę obozu w Oświęcimiu. Byłem świadkiem
zbrodni zabójstwa małej dziewczynki miała może trzy lata, gdy Niemiec polecił matce oddać
dziecko, odmówiła, broniła je, przyciskając do siebie. Drugi Niemiec uderzył matkę w głowę,
straciła na moment świadomość, po chwili wyrwała dziecko z rąk oprawców, jeden z nich chwycił
maleństwo i z całą siłą uderzył nim o ścianę. Po raz pierwszy widziałem śmierć z ręki kata, ten
obraz mam teraz przed oczyma. Nikt ze świadków tej zbrodni w obawie o swój los me zareagował,
nikt nic nie mówił, płakała tylko i rzuciła się ratować swoje dziecko. Po chwili zrozumiała co się
stało, zaczęła szlochać i przeklinać mordercę, który kilkoma kopniakami "uspokoił" nieszczęsną
matkę.
Nie wiedzieliśmy co z nami będzie, co nas czeka, a każdego dnia przygotowywano nowe
transporty, wywołani z baraku już nie wracali, to było straszne jeszcze dzisiaj trudne do
opowiedzenia. Za najmniejsze złamanie rygoru obozowego (przejście do innego baraku, głośne
rozmowy, modlitwy, posiadanie różańca) bito, kierowano do karceru, skąd nikt żywy nie wracał.
Strażnicy obozowi byli groźni, stale pijani, szukali nowych ofiar, strzelali bez ostrzeżenia, próba
ucieczki karana była śmiercią, resztę załatwiał strach i obawa o siebie oraz najbliższych. Pamiętam
jak Niemiec przypędził jakiegoś mężczyznę z miasta gdzie go poznał że jest uciekinierem z obozu,
wywołał z baraku żonę z dziećmi i na ich oczach zastrzelił go, jak powiedział "by nie uciekali inni".
Codziennie kompletowano i wysyłano nowe transporty ludzi (800 do 1000 osób), my czekaliśmy w
tym piekle, stale zziębnięci, głodni, brudni, ciągle walczący z wszami i gnidami około miesiąca. W
połowie stycznia 1943 roku powiedziano "Matce", że jutro będziemy wywiezieni, gdzie i po co nikt
nie wiedział. Znowu była to noc podobna a może gorsza od pierwszej w obozie, płacz, lament,
przeklinanie Niemców, słyszałem słowa modlitwy, ludzie czuli, że ich los jest zagrożony ale prawdę
znali tylko Niemcy.
Rano termometr wskazywał - 42º mrozu, wypędzono nas z baraku, każdy jak mógł opatulił się
przed przenikliwym zimnem, w kolumnie otoczonej strażnikami z psami popędzono nas na stację
kolejową w Zamościu. Nasze bagaże polecono załadować do wagonu towarowego, mieliśmy je
odebrać po dojechaniu transportu do celu. Nas zapędzono do wagonu osobowego /to chyba uratowało
nas od śmierci z zimna, w przedziale upchnięto naszą Rodzinę /brat i dwie siostry/, "dziadka" , czworo
innych osób oraz Księdza.
Słowo Ksiądz piszę z dużej litery bo to właśnie Jemu uważam zawdzięczamy życie, ale o tym
później. Na każdy przedział dano dwa bochenki chleba oraz każdy mógł wypić kubek czarnej
niesłodzonej lurowatej, zimnej kawy. Po dość długim załadunku dokładnym sprawdzeniu ilości
więźniów wydano zakazy otwierania okien i drzwi, wychodzenia z przedziałów, wychodzenia do
ubikacji tylko za pozwoleniem ochrony, wyrzucania kartek, itp. Pociąg ruszył. Przyznam, że dla
mnie i mojego rodzeństwa było to coś nowego - nigdy czymś takim nie jechałem, tyle, że byłem tu
w roli więźnia , osoby skazanej, za co tego nie wiedziałem. Szybko zapadła noc, a pociąg jechał
nigdzie nie zatrzymując się, szyby zamarzły, znający teren Ksiądz mówił, że jedziemy na północ w
kierunku Lublina - to wzbudziło obawy celu ":podróży" - może to być Majdanek. Niebawem, że
przez Lublin przejechaliśmy, a my zmęczeni, zziębnięci usnęliśmy, nad ranem byliśmy w Warszawie,
pociąg zatrzymał się, ale ochrona zabroniła nam wychodzić z przedziałów, zakazano zbliżania się do
transportu kolejarzom, mówiąc, że wiozą chorych na tyfus. Ksiądz uchylił drzwi przedziału.
Pojawiła się w nas nadzieja, że będziemy uratowani, na pewno wiozą nas na roboty do Niemiec.
Obserwowałem twarz Księdza, gdy ucho przyłożył do uchylonych drzwi przedziału, na korytarzu
trwała rozmowa Niemców - On słuchał i jego twarz stawała się coraz bielsza, blada, w oczach
zobaczyłem łzy, trwało to krótko, domknął drzwi.
Ksiądz po chwili zaczął się cichutko modlić, oczy miał zamknięte, słowa modlitwy urywały się
On płakał. Matka zapytała "Co się stało, Księże?". Ksiądz przerwał modlitwę , głęboko westchnął,
po chwili powiedział, znam prawdę , znam język niemiecki, przed chwilą słyszałem ich rozmowę oni wiozą nas na śmierć do Oświęcimia, wiozą przez Warszawę bo tory z Zamościa na Kraków są
bardzo zajęte transportami na front wschodni". W przedziale zrobiło się cicho, słyszałem tylko bicie
serca, krew uderzyła mi do głowy. Matka przytuliła nas do siebie, każde z nas wiedziało co nas
czeka, tylko jak i kiedy. Siedzieliśmy bez słowa i ruchu, nagle pociąg ruszył, wtedy Ksiądz
powiedział "tylko w Bogu nadzieja, módlmy się". Modlitwę rozpoczął Ksiądz, przyłączyli się
dorośli, a. my dzieci na ile potrafiliśmy włączaliśmy się. Modliliśmy się początkowo po cichu,
trochę nieśmiało, później mocno, coraz głośniej modlił się cały wagon. Ksiądz zanosił próśb}' do
Boga o łaskę darowania nam życia, my prosiliśmy o to samo na miarę naszych dziecięcych
umiejętności. Niemcy, próbowali przerwać modlitwę, stali się niespokojni, krzyczeli, biegali, co
dziwne nie bili, nagle pociąg zatrzymał się gwałtownie, coś się stało. Chaos, bieganina, wrzaski i
komendy Niemców, to do nas nie docierało trwaliśmy na modlitwie do której mocno zachęcał
Ksiądz. Po chyba godzinie postoju w szczerym polu zasypanym bielącym, się śniegiem pociąg
szarpnął raz, drugi i co dziwne wolno ruszył do tyłu.
Tak wolno dojechaliśmy do jakiejś małej stacji, było to podobno 60 km od Warszawy w
kierunku na Radom, tu znów postój, ale Niemców me było widać. Kolejarze odwrócili parowóz
znów zaczęliśmy jechać, ale wydawało się nam, że wracamy, pytanie gdzie, dlaczego - po jakimś
czasie byliśmy w Warszawie, pociąg nie zatrzymał się, minęliśmy Wisłę, znów Ksiądz usłyszał od
Niemców "do Lublina", czyli Majdanek. Powiedziałem to do Księdza, odpowiedział "obyś się
synku mylił, ale oni chyba nie wiedzą co z nami mają zrobić, tam za Warszawą chyba ktoś
uszkodził tory, proszę módlmy się". Znów cały wagon podjął gorącą modlitwę , Niemcy siedzieli w
swoim przedziale już wtedy świadomość dziecka mówiła mi to nasza modlitwa szkodzi Niemcom.
Nagle pociąg zahamował, coś się stało, bieganina Niemców, wrzaski, zamykanie drzwi, znów
widzę strażników z bronią na zewnątrz, wkoło las i śnieg. Pociąg stoi, jest zimno, raptem pada
komenda "wszyscy z wagonów" znów strach, płacz, a może tu w tym lesie nas wystrzelają ? Pędzą
nas wzdłuż torów w kierunku parowozu, przed nim, wysadzony mostek, dalej stacja kolejowa. Tam
stał drugi pociąg, do niego kazano nam wsiadać, bagaże zostały w "naszym" pociągu, nas
nurtowało pytanie co dalej, głód dokuczał, chciało się pić i spać.
Dojechaliśmy do Pilawy, to duża stacja wkoło niej mrowie sań zaprzężonych w jednego konia z
dwoma dyszlami. Stała się rzecz niebywała, komendant transportu oświadczył, że jesteśmy wolni,
za chwilę stojące tu sanie zabiorą nas do swoich domów, co za radość nie mogłem uwierzyć "byłem
wolny". To był cud,to cud modlitwy sprawił. to ksiądz nasz ksiądz sprawił, że tak gorące
prośby kierowane do boga, jego syna i Matki Przenajświętszej zostały wysłuchane.
Matka wraz z "dziadkiem" torując nam drogę wśród sań i głębokiego śniegu ruszyli przed siebie.
Stojący furman zacierając ręce i tupiący butami powiedział "siadajcie" - sanie były małe, było
ciasno ruszyliśmy jeszcze do końca nie wierząc temu co się stało - byliśmy wolni. Ksiądz gdzieś się
zawieruszył. Chłop powiedział, że oni tu czekają od kilku godzin bo ich wypędzono na "forszpant",
czekali na pociąg od Lublina chyba z dziećmi. To, że nas wiezie to podobno zasługa partyzantki AK
- wskiej tej nocy wysadziła ona wkoło Warszawy wiele takich, mostków, aby utrudnić transport na
front wschodni, to was uratowało. Powiedział, że jedziemy do wsi odległej o 3 km od Pilawy. <br>
Gospodarz po przyjeździe do domu, oddał nam mały pokoik, bez niczego, powiedział aby Matka
przyniosła słomy w snopkach ze stodoły na spanie, dostaliśmy jakieś łachmany do okrycia się,
spaliśmy w tym co mieliśmy, nasze rzeczy przepadły. Zima była ciężka, mroźna, śniegu po pas, a
my me mieliśmy zupełnie nic, a więc łyżki, kubka, miski, garnka, po opał chodziliśmy na łąki
szukać suchych gałęzi z wierzb. Nawet o umyciu się nie było mowy, bo w czym i czym - jak nie
było mydła. Dostaliśmy od sołtysa kartki na chleb, po który obaj z bratem chodziliśmy do piekarni
w Pilawie. W czasie naszych wędrówek po chleb, jak to dzieci szukaliśmy przygód, były to skute
lodem stawy, gdzie na butach ślizgaliśmy się. Na brzegach i w lodzie rosły patyki rogozmy,
nałamaliśmy jej z myślą o paleniu w piecu. Matka gdy zobaczyła rogozmę wypytała nas czy jest jej
dużo, czy tam trafimy, tylko ostrożnie by lód nie popękał kazała nam wycinać te patyki, dużo jak
tylko mogliśmy.
Z tych patyków plotła koszyki, które nas uratowały przed głodem, mieszkańcy dawali nam za to
słoninę, mąkę, smalec - to była nadzieja, że Matka będzie nas w stanie utrzymać przy życiu. Po
jakimś czasie zaczęli do Pilawy docierać ludzie z Zamojszczyzny w poszukiwaniu swoich bliskich, a
więc "dziadek" pomimo swoich 80 lat zdecydował się pojechać w nasze strony. Przyjechał za kilka
dni, że do domu nie możemy wrócić bo tam są nasiedleni. Znowu Matka wzięła sprawy w swoje
ręce, mówiąc, że pojedziemy do Rakówki koło Hrubieszowa, tam mieszkał wujek Semczuk. On
nam na pewno nie odmówi pomocy. Jakoś udało się nam dojechać, chociaż w Dęblinie, Lublinie
żandarmi mocno krzyczeć. Nie chcieliśmy wejść do domu wujka bo byliśmy okropnie brudni,
chodziły po nas wszy - nie myliśmy się ani zmienialiśmy odzieży od wysiedlenia, a więc prawie
dwa miesiące. Ciocia każdemu wyniosła jakąś odzież przed dom, było to pierwsza kąpiel, pierwszy
normalny posiłek oraz pierwszy od wielu dni, nocy - sen. Okazało się, że rodzina już zamówiła
Mszę Święta za nas zmarłych, bo wiedzieli o naszym transporcie do Oświęcimia. Wojna to rzecz
straszna, los człowieka wypędzonego z domu jest trudny do opisania, ale Matka jej mądrość i
zaradność życiowa, zapobiegliwość połączone z mocą wiarą w Boga, ufna modlitwa oddanie Bogu
sprawiły cud, którego byłem uczestnikiem i świadkiem.
Losy mojego ojca
Na miejscu zbiórki wysiedlonych, padła komenda -"wszyscy mężczyźni od lat 16 do 60-ciu na czoło
kolumny," tam odszedł Ojciec. Podjechały furmanki na które nas załadowano - tam gdzie byli mężczyźni
na każdej siedział uzbrojony strażnik. Po drodze żaden z mężczyzn nie uciekł, bo bali się o los swoich
najbliższych - tak dojechaliśmy do obozu w Zamościu. Nasi Ojcowie i Bracia trafili do baraku nr 17-cie.
Codziennie widzieliśmy się przez druty, ale strach przed karą, zastrzeleniem był tak duży, że ani
Matka, ani Ojciec wzajemnie się nie odwiedzali(chociaż były takie przypadki), częściej robiły to dzieci. Za
odwiedzanie Rodzin, po 2 - ch tygodniach najpierw kilku mężczyzn skierowano do karceru wewnątrz
obozu, a za kilka dni popędzono ich na Rotundę, żaden nie wrócił. Rotunda - skład broni i amunicji gdy
Zamość był twierdzą, otoczoną bagnami, w mej Niemcy utworzyli obóz zagłady. Czas upływał, była
sroga i śnieżna zima, coraz więcej przybywało do obozu wysiedlonych, oraz gdzieś tych ludzi
wywożono. Po ośmiu tygodniach Ojciec został wyznaczony do transportu pod strażą "własowców" tj.
byłych żołnierzy Armii Czerwonej na służbie niemieckiej popędzono ich w grupie około 800 osób na
stację kolejową w Zamościu. Tu załadowano część do wagonów towarowych, pozostałych do osobnych tu trafił Ojciec. Oznajmiono im, że jadą na roboty do Rzeszy, a ich najbliżsi niebawem tam dojadą, oni
muszą wcześniej przygotować im warunki do życia. W obozie Ojciec, znając okoliczne wioski wokół
Zamościa wiedział, że wszystkie wysiedlono. Już podczas marszu na stację kolejową Ojciec zaczął pytać kto
jest z tych stron - okazało się, że są czterej z okolic Zawady, tj. wioska i ważna stacja kolejowa na zachód
od Zamościa. Zapytał czy mają jakieś pieniądze, bo On miał, trafił dobrze, mieli. Zaproponował by się
starali trzymać razem przy załadunku do wagonów. Załadunek trwał dość długo, prawie do wieczora od
południa.
Ojciec znał trochę rosyjski, nawiązał rozmowę ze strażnikiem, zapytał czy nie wie jak daleko ich wiozą
i czy oni będą z nami jechać. Rosjanin odpowiedział że nie wie jak daleko jedziemy, a oni mają nas
odwieźć do Lublina. Zrobiło się Ojcu gorąco, bo Lublin to Majdanek. Zaproponował strażnikom, że jest
ich pięciu, oni nie chcą jechać na roboty, mają trochę pieniędzy, dadzą mu za uwolnienie. Strażnik
odszedł po chwili wrócił mówiąc, że jeżeli to tylko przed Zawadą trzeba uciekać bo najczęściej tam
wsiadają Niemcy i o ucieczce nie ma mowy, a jego wagon nie był liczony. Szybko, zebrali pieniądze,
Rosjanin je wziął przeliczył, mówiąc, że to mało, powiedzieliśmy że to wszystko co mamy-, warknął "no ładno" Pociąg jechał dość szybko, ale przed mijanką stacji Zawada na łuku znacznie zwolnił wtedy
strażnik krzyknął "uchodite". Skakaliśmy tuż przy torze w śnieg a pociąg wolno pojechał przed siebie.
Był wolny, ale co zrobić dalej. Po chwili zebraliśmy się cała piątka każdy rozcierał stłuczenia, a
mróz i głód przypominały że trzeba dalej coś dalej ze sobą zrobić. Raptem dwóch mówi że oni są
prawie w domu, bo mieszkają "o tam za stacją", której światła byty dobrze widoczne - pod lasem,
bez słowa ruszyli przez zwały śniegu przed siebie. Pozostali dwaj, po chwili rozmowy, a właściwie
kłótni o dalszą swoją drogę ruszyli torem w ślad za pociągiem. Co miał robić dwaj pierwsi byli już
daleko, iść po ich śladach, po co, dokąd? Zdecydował się iść za drugą dwójką, ale oni już byli na
szosie - wkoło cisza, pusto, noc.
Zauważył przy torze, coś co przypominało budkę dróżnika kolejowego w oknie światło, śnieg
skrzypi, mróz, nagle szczekanie psa, jest blisko, tak to budka kolejowa, ktoś uchyla drzwi, uspokaja
psa - mówi po polsku, decyduję idę , wola Boża. Podchodzi pies warczy, wychodzi kolejarz z kijem
w ręku, zauważył mnie, kto tam, pyta, mówię, że chcę wejść bo jest mi zimno, pyta czy nie mam
broni, skąd jestem, wreszcie woła - wejdź. Krótko opowiada, skąd jest, czemu tu szuka pomocy,
grzeję skostniałe dłonie przy piecyku kolejarz mówi, że tu nie może zostać bo nic nie wiadomo,
głośno myśląc nie radzi próbować wracać w rodzinne strony, bo okolice Zamościa są pełne
Niemców. Niedaleko jest lotnisko w Mokrym, tam zbierają "czarnych" do osiedleń, w Szkole
Rolniczej jest szkoła podoficerska SS, w każdej wiosce, żandarmi i uzbrojeni "czarni." Po chwili
dzwoni na budkę dróżnika przy przejeździe kolejowym na stację i mówi kogo ma u siebie i czy u
nich spokojnie. Tamten mówi, że przyszła tu jakaś dwójka którzy są "od kościoła" opowiadają że
uciekli z transportu. Mój kolejarz, prosi by tamci poczekali na mnie. Mnie karze iść szybko szosą jakby jechał samochód to kłaść się w śnieg. Doszedł. Tamci czekali, już wiedzieli co mamy robić,
zeszliśmy z szosy na ścieżkę którą doszliśmy do jakiś zabudowań to był chyba folwark. Któryś z
przewodników zauważył dym z komina małego budynku, tam weszli.
To była kuchnia w której młody chłopak około 20 lat parował kartofle dla świń oraz tu mieszkał.
Jeden z towarzyszy powiedział "nie bój się my od Bronka" to podziałało, chłopak kazał nam wejść,
zamknąć drzwi bo był mróz i czekać on wyjdzie i postara się szybko wrócić. Po jego wyjściu Ojciec
powiedział -ja uciekam - bo licho wie gdzie on poszedł ale zanim to zrobił usłyszeliśmy że ktoś
idzie, bo śnieg skrzypiał. Weszło dwóch, ten co przed chwilą wyszedł i ktoś nowy, ale po jego
zachowaniu dało się zauważyć że tu mieszka, czuj się pewnie ma coś w sobie jakby tu był szefem,
mówił po polsku. Wypytał każdego z osobna skąd pochodzi, jak Ui się znalazł, co ma zamiar robić.
Ojciec powiedział, że chce wrócić w swoje strony a tam zobaczy co dalej, tamci byli "od Kościoła"
więc chcieli tam iść. Mężczyzna powiedział, jesteście brudni i zawszeni, wy obaj rano pojedziecie
na kwatery, powiezie was furman saniami, który wozi siano. Janek, tak chyba zwrócił się do
chłopaka idź zaraz do magazynu i przynieś dla niego mundur (Ojca), a on niech zagrzeje wody
umyje się, daj mu nożyczki i brzytwę niech wygląda jak człowiek. W trzech przynieśli ze studni
wody (był środek nocy), rozpalili ogień, zrobiło się ciepło, były już gotowane dla świń kartofle a
jak smakowały.
Ojciec rozebrał się, nalał wody do szaflika umył się, koledzy pomogli mu się ostrzyc, ogolił się
ale wąsy zostawił, okrył kożuchem który wisiał na gwoździu, czekał na Janka, zadając sobie
pytanie, co dalej. Wrócił Janek, rzucił tobołek, mówiąc, spalcie jego szmaty w parniku a ty się
ubieraj, po chwili stał przed nimi sam siebie nie poznając był w kompletnym mundurze
kolejarskim, trochę wytartym ale był kimś innym, nowym. Nasz gospodarz powiedział trochę się
zdrzemnijcie tylko wy dwaj z dala od ubrań bo mi wszy zostawicie . rano tamci odjechali, nigdy ich
Ojciec nie spotkał, jemu Janek przyniósł na śniadanie mleka i chleba, nakazał nigdzie nie wychodzić,
czekać, ostrzegł że gdyby próbował zwiać to się może skończyć źle. Koło południa przyszedł ten co
był w nocy, a z nim jeszcze dwóch młodych ludzi, rozpoczęli od nowa śledztwo robili to dokładnie
zadawali wiele różnych pytań, żądali wyjaśnień.
Po może godzinie "szef powiedział, wysyłamy cię do Hrubieszowa, będziesz pomocnikiem,
maszynisty, bo nie masz dokumentów, cały czas jesteś obserwowany gdyby ci się coś stało tu ciebie
nigdy nie było, nikogo nie znasz, z nikim się nie kontaktuj, my ciebie znajdziemy pod
Hrubieszowem w Rakówce. Na drugą noc Janek zaprowadził Ojca na stację w Zawadzie, po chwili
wjechał pociąg ktoś wywołał z lokomotywy pomocnika mówiąc "idź do domu", polecił wsiadać,
maszynista wyjaśnił o co chodzi - trzeba na jego polecenie wrzucać do paleniska węgiel. kazał ręce
i twarz przybrudzić węglem, pociąg ruszył, szczęśliwie dojechali do celu. Ojciec podziękował
ruszył do Rakówki licząc na opiekę wujka Semczuka, tej mu nie odmówiono. Po jakimś czasie zrobił
"lewe" dokumenty a nieco później byliśmy razem.
Bolesław Leszczyński. Wysiedlenie Wielączy – Kolonii
Jesień 1942 roku
Jesień 1942 – czwarta jesień pod okupacją hitlerowską. Chodzę do piątej klasy szkoły powszechnej
w Wielączy. Uczymy się języka polskiego w oparciu o miesięcznik "Ster"wychodzący w stolicy
Generalnej Guberni w Krakowie. Moja świadomość polityczna jest żadna. Lubię to pismo, z
radością oczekuję każdego nowego numeru pachnącego świeżą farbą drukarską. Jest to jedyne
pismo, jakie do mnie dociera. Oglądanie i czytanie "Płomyczka"i "Płomyka"sprzed września ‘39
roku to daleka przeszłość. Uczymy się jeszcze rachunków, rysunków, śpiewu, zabaw klasowych
oraz przyrody. Przyroda to przedmiot szczególny. Prowadziła je nauczycielka, pani Kuszowa.
Temat dotyczy wyłącznie ziół leczniczych i to wcale nie ich dobroczynnego działania czy
praktycznego zastosowania, ale – jak by to dzisiaj określić – technologii zbierania, suszenia i
przynoszenia do szkoły. Szkoła bowiem dostała zadanie zebrania określonej ilości i jakości ziół i
odstawienia ich do władz niemieckich. Zadaniem tym obciążono nauczycieli przyrody i było to w
tamtej chwili najważniejsze zajęcie. Polubiłem to zbieranie. Dopiero później zdałem sobie sprawę,
że nasza mrówcza praca służyła "niezwyciężonej armii niemieckiej", która krwawiła na wschodzie.
Miała to być nasza dziecinna cegiełka do wielkiego gmachu "Tysiącletniej Rzeszy Niemieckiej"
w którym jednak dla nas miejsca nie przewidziano.
Chodziłem więc do tej piątej klasy, codziennie, boso, 4 kilometry w jedną stronę, polnymi
drogami w pogodę i niepogodę. Spoglądałem na te różne ziółka na miedzach i nieużytkach.
Przygryzałem świeżą rzepę wyrwaną dopiero co z kitkowego pola, skubałem słonecznik i
myślałem... czort wie o czym? A dorośli jęczeli w okowach okupanta. W tym roku nałożono na
rolników takie kontyngenty, że wywiązać się z tego nie było sposobu. Skąd wziąć tyle ziarna? –
mówili. Gdyby wszystko co dała ziemia pociąć na sieczkę to i tak tego nie wystarczy. A okupant nie
żartował, naciskał z całą mocą, stosował terror, jakiego do tej pory ludzie nie znali. Obiegła właśnie
całą wieś mrożąca krew w żyłach wiadomość, że Niemcy zastrzelili naszą kuzynkę – Jagusię
Czerwieniec. Powód – nie wywiązanie się z kontyngentu. Została wskazana przez
sterroryzowanego sołtysa. Wybrał ją, bo była kobietą bezbronną, mieszkającą jedynie z matką. Nie
było więc ryzyka, że ktoś się będzie mścił. A wybrać kogoś musiał, inaczej sam
najprawdopodobniej straciłby życie. Wywlekli Ją więc za stodołę, zastrzelili i kazali zakopać w tym
samym miejscu. Miała niewiele ponad 30 lat, przed wojną chodziła do gimnazjum w Zamościu,
zabili ją żeby zastraszyć całą wieś.
Mieszkaliśmy w domu dziadka – Bartłomieja Czerwieńca. Dom miał dwie izby, sień i komorę.
Drewniany, kryty słomą. Było nas tam razem dziesięć osób, w tym czworo dzieci. A więc: dziadek
Bartłomiej – lat 73, babcia Anna ( z domu Koziołek) – lat 64, ciotka Katarzyna z mężem Marcinem
Hałasą – lat 42, moi rodzice – ojciec Karol (l. 38) i matka Agnieszka (z domu Czerwieniec), no i
dzieci – ja ukończyłem lat 12, mój brat Mietek lat 7, a bracia cioteczni Gienek i Edzio odpowiednio
4 lata i półtora roku. Oprócz domu dziadka był jeszcze "nasz dom". Pięknie zaplanowany: trzy
izby, komora i sień, z możliwością dobudowy jednej lub dwu werand, pokryty betonową dachówką.
Niestety, stał ciągle na palach, nawet podmurówka nie była ukończona, brakowało także komina.
Mieliśmy też swój własny "podwórek". Stajnia, obora i poddach w jednym ciągu.
Skromne, ale nowe. Naprzeciw stała okazała "komórka". Stodoła postawiona w ten sposób, że
na początek miała służyć dwom gospodarstwom. Dom stał w sadku, nieco na uboczu. Na
"podwórku"mieliśmy nasz dobytek: konia, krowę, cielaka, kury i kilka kaczek, które przeznaczone
były na zakup budzika. Tak niewiele już trzeba było żeby wprowadzić się do własnego,
wymarzonego domu, ale czasy były ciężkie, niepewne i tej jesieni nie było to jeszcze możliwe. Póki
co mieszkaliśmy ciągle u dziadka i nie pamiętam żeby mi tam było ciasno lub źle. Tam była studnia
z doskonałą wodą i piece, które dawały gorącą strawę i ciepło. Ciepło domowego ogniska.
W czasie, gdy my – dzieci żyliśmy u dziadków jak u Pana Boga za piecem, w Europie szalała
wojna. Niemcy odnosili wielkie sukcesy na wschodzie. Olbrzymia armia i "wielki"naród
potrzebowały jednak jedzenia. Rozkazy okupanta były więc stanowcze: dostarczać zboże, mleko,
mięso – jak najwięcej i w jak najszybszym terminie, a jak nie – to kula w łeb.
W pobliskim Zamościu i Szczebrzeszynie wykańczano Żydów. Wprzęgnięto ich do katorżniczej
pracy. W Zamościu Niemcy w pośpiechu kończyli olbrzymie koszary dla dywizji pancernej. W
Klemensowie - lotnisko bojowe. Pędzono Żydów do roboty i kazano śpiewać:
Śmigły Rydz – nie nauczył nas nic,
a nasz Hitler złoty – nauczył nas roboty.
Niezdolnych do pracy Żydów wywożono do obozów w Bełżcu i Treblince. Aż do naszego sadku
dotarło dwóch zalęknionych, żydowskich chłopców ze Szczebrzeszyna. Nabrali sobie jabłek, ale
nikt nie udzielił im innej pomocy. Sami czuliśmy, że nasz los wcale nie jest lepszy.
Na naszym podwórku w tym czasie codziennie młóciliśmy zboże. Potem młynkowaliśmy ziarno,
ładowaliśmy worki na wóz i odstawialiśmy je Niemcom. I tak dzień po dniu. Dorosłych niepokoiła
jednak myśl: jak przeżyć zimę skoro okupanci zabierają nam całe zbiory. Ale było w tym domu
dwóch mężczyzn, zdolnych i przemyślnych, z silną wolą przetrwania. Przystąpili więc do
ukrywania mąki i ziarna. Robiło się w tym celu bardzo szczelne, wąskie, lecz wysokie i pakowne
skrzynie, które następnie ukrywano w podwójnej ścianie zabudowań. Inne skrzynie ukrywano w
stercie ze słomą, jeszcze inne zakopywano w ziemi. Dla bezpieczeństwa, robiło się to w tajemnicy
przed dziećmi.
Tymczasem przyszły jesienne słoty. Zaczęły się wykopki ziemniaków i buraków. I znowu
ładowało się worki na wóz i odwoziło okupantom. Późną jesienią zaczęło się mówić o wysiedleniu.
W Zamościu Niemcy za pomocą Żydów, a później jeńców radzieckich zbudowali rozległy obóz.
Zaczęły dochodzić wieści, że obóz przygotowywany jest na przyjęcie wielkiej ilości ludzi. Później
były już fakty – zaczęto zwozić pierwszych wysiedlonych z okolic Skierbieszowa. We wsi
zapanowały panika i rozpacz. Zastanawiano się, co robić? Czekać, czy uciekać? Dokąd uciekać?
Skrzętnie zbierano wiadomości co do szczegółów tych wysiedleń. Ponieważ zdano sobie sprawę, że
te przemyślnie ukryte skrzynie z ziarnem nie zdadzą się na nic, postanowiono gromadzić innego
rodzaju zapasy. Pieczono więc chleb i robiono suchary. Stopiono cały zapas słoniny z beczki i zlano
do baniek, które niegdyś służyły jako odstojniki do mleka.
Kto jednak mógł wyjeżdżał z Wielączy o kilka lub kilkanaście kilometrów dalej. I tak: stryj
Jasiek wyjechał z rodziną z Zarudzia do Obroczy – do dawnego parobka swojego ojca Stanisława;
dziadki Czerwieńcowie z Kaśką i Marcinem przenieśli się na Bodaczów; a nas ojciec wywiózł do
Starych Deszkowic i umieścił u swojego kolegi z wojska – Wawrzyńca Lipskiego. Z uwagi jednak
na paszę i inwentarz sam pozostał na miejscu. A tak w ogóle to wydawało się, że nikt nigdzie nie
wyjechał – w każdym obejściu był bowiem ktoś z dorosłych. Chodziło głównie o wywiezienie
dzieci i betów. Niektórzy nie uczynili zresztą nic, nie mieli bowiem dokąd uciekać.
Wysiedlenie
Był już początek grudnia 1942 roku. Mieszkaliśmy w Deszkowicach u Lipskiego. W budynkach w
Wielączy nocowali na przemian dziadek z zięciami – Karolem i Marcinem. Ludzie oczekiwali
najgorszego. Ale w oczach Niemców wieś funkcjonowała normalnie i miała pełnić normalne
obowiązki. I tak na 4-go grudnia okupanci wyznaczyli z Wielączy wielką ilość furmanek z
woźnicami i zapasem obroku dla koni na dwie doby. Z rozporządzenia tego można się było
domyśleć, że szykuje się wielka akcja wysiedleńcza. Nikt nie wiedział jednak gdzie? Nie wiem, czy
z normalnej kolejności, czy też na podstawie rodzinnego uzgodnienia, na wyznaczony czas i
miejsce pojechał ojciec. Zostaliśmy u Lipskiego struchlali ze strachu i w wielkiej niepewności.
Minęły dwie długie doby, a ojca nie było. Dowiedzieliśmy się, że większość furmanów już wróciła,
choć niektórzy bez koni i wozów. Stało się jasne, że ojciec siedzi zamknięty w obozie w Zamościu,
a my tu – osieroceni – w Deszkowicach. Wpadłem w straszliwą rozpacz gdyż wydawało mi się, że
straciłem ojca na zawsze. W czasie tego głębokiego żalu ukształtował się mój stosunek do niego,
który przetrwał kolejne 40 lat. Tymczasem następnego dnia ojciec przyszedł do nas cały i zdrowy.
Opowiedział też historię ostatnich trzech dni:
Wielka ilość furmanek z kilku wsi brała udział od świtu w wywożeniu ludzi z sąsiednich wiosek do
obozu. Wysiedlano też mieszkańców Wielączy z gospodarstw znajdujących się w pobliżu szosy na
Szczebrzeszyn. Trwało to do późnego wieczora. Każdy robił tylko jeden kurs. Początkowo, ze
względu na duży tłok, furmanki zwalniano natychmiast po wysadzeniu wysiedlonych. W ten sposób
niektórzy już wczesnym popołudniem byli wolni. Jednak ostatnią grupę furmanek zatrzymano, a
woźnicom kazano pokazać "ausweis". Wszystkich, którzy pochodzili z wiosek już wysiedlonych
zatrzymano w obozie, pozostałych wypuszczono. W ten sposób ojciec nasz dostał się po raz
pierwszy do obozu, a ponieważ był sam, natychmiast podjął decyzję o ucieczce. Nie było to jednak
takie proste. Obóz otoczony był płotem z drutu kolczastego, a po zewnętrznej stronie drutów, po
specjalnych drewnianych kładkach, chodzili uzbrojeni wartownicy. Oprócz tego były jeszcze
wieżyczki wartownicze z reflektorami i bronią maszynową. Ojciec postanowił zatem czekać na
sprzyjającą okoliczność i próbować wydostać się przez bramę główną. Po pierwszej nocy postarał
się o pracę w rejonie kuchni obozowej, która stała w pobliżu bramy. Okazji do ucieczki jednak nie
było. Następnego dnia ojciec znowu znajdował się w pobliżu kuchni. I wtedy to, w samo południe,
wartownicy otworzyli bramę by wpuścić na teren obozu dwie fury załadowane rąbanym drzewem.
Powstało małe zamieszanie. Jakiś funkcjonariusz niemiecki usiłował wytłumaczyć woźnicom, że
drewno nie jest dla obozu, a dla oficerów mieszkających poza jego terenem. W końcu zniechęcony
wsiadł do łazika i pokazał ręką żeby jechać za nim. Wtedy to ojciec, który stał przy wozie i układał
rozsypujące się drwa, podjął decyzję. Mimo, że strach ściskał mu gardło, ruszył przy furze w
kierunku bramy. Kiedy był na wprost wartownika spojrzał mu prosto w oczy, a nawet specjalnie się
o niego otarł. Ten, niczego nie podejrzewając nie zareagował i gdy wozy go minęły zamknął
bramę. Po chwili ojciec pochylił się udając, że poprawia coś przy bucie. Kiedy furmanki odjechały
podniósł się, wszedł na chodnik i dołączył do innych przechodniów. Odetchnął z ulgą, udało się –
był wolny.
Świadkami ucieczki ojca byli jego znajomi stojący na placu przed obozową kuchnią. Oniemieli
z wrażenia. Także i my słuchając tego opowiadania nie mogliśmy w to uwierzyć. Niemożliwe, to
chyba cud – mówiła mama. Zasypialiśmy z ulgą. Zostaliśmy więc bez koni i wozu. Ojciec co drugi
dzień chodził do Wielączy, ale bez koni było to coraz uciążliwsze. Po tygodniu, czy dwóch doszedł
do wniosku, że trzeba wracać do naszego domu. Zresztą prawie wszyscy już to zrobili.
Wielącza była po pierwszej akcji wysiedleńczej, którą przeprowadzono 4 grudnia. Ładniejsze
zabudowania przy szosie Niemcy zaczęli obsadzać "czarnymi"– tak nazywaliśmy osadników,
którzy pochodzili z Bałkanów i byli podobno pochodzenia niemieckiego, chociaż języka nie znali.
U nas "w polu"prawie wszyscy uniknęli wysiedlenia i wrócili ponownie do swoich domów. Ludzie
mówili, że "czarni"boją się nocować w "swoich"nowych domach i na noc zbierają się w szkole
wystawiając warty. Sytuacja była więc dziwna i długo tak trwać nie mogło. Mówiło się o nowej
akcji wysiedleńczej. Niektóre rodziny ponownie zaczęły uciekać. Inni, tak jak my, uważali, że
nigdzie nie jest bezpiecznie i siedzieli w swoich chałupach – jak przysłowiowe "zające pod
miedzą".
Tak było do owego dnia – 20 grudnia ‘42 roku. Pamiętam, że była to niedziela gdyż, jak co
tydzień zbudzono mnie nieco później, a z garnków na kominie dolatywały odświętne zapachy.
Dziadek Bartłomiej grzał się przy piecu. Późną jesienią i zimą siadywał tak w każdą niedzielę,
mruczał pacierze i studiował brewiarz, opowieści biblijne, lub stare kalendarze "Rycerza
Niepokalanej". Opowiadał później wnukom różne biblijne historie i uważaliśmy go za człowieka
bardzo oczytanego. Nigdy nie zaklął grubiej jak "jucha", lub, co najwyżej "psia krew", "psu brat",
lub "morowe powietrze". Tej ostatniej niedzieli w naszym domu dziadek Bartłomiej po dłuższym
szperaniu w kalendarzach przepowiedział łagodną zimę. A zima tego roku rzeczywiście była bardzo
łagodna i może dzięki temu nie wyginęliśmy wszyscy.
Ojca nie było w domu. Poprzedniego dnia poszedł do Lipskiego w Deszkowicach, a że dni były
krótkie, a droga daleka, zanocował tam. Raniutko, jak tylko zaczęło szarzeć, włożył buty, skręcił
papierosa i wybrał się w drogę powrotną. Ranek był brzydki – mglisty i zimny. Kiedy ojciec zbliżył
się do Wielączy zobaczył ludzi umykających chyłkiem we mgłach. W oddali słychać było
szczekanie psów i jakieś wystrzały. Przystanął. Było oczywiste, że rozpoczęła się nowa akcja
wysiedleńcza. Zastanawiał się: - iść dalej, czy wracać z powrotem? – Co z rodziną, ucieka gdzieś tu
przez łąki, czy siedzi w domu spowitym mgłą? W końcu postanowił iść do domu, do żony i dzieci.
Było dla niego jasne, że jeśli się cofnie to rodzina pójdzie na zmarnowanie – mama na roboty do
Niemiec, dzieci do innego baraku. Z drugiej jednak strony ryzyko było olbrzymie. Dopiero dwa
tygodnie temu uciekł z obozu w Zamościu, a ten sukinsyn "Ne" (SS sturmbanführer Artur Schutz –
z -ca komendanta) wściekał się na drugi dzień i krzyczał, że dostanie "tego ptaszka" w swoje ręce.
Kiedy ojciec wszedł do domu, mama w najlepsze gniotła ciasto na pierogi. Byliśmy zupełnie
nieświadomi, że Niemcy przystąpili do wysiedlania wsi. Dopiero po powrocie ojca zaczęliśmy się
pośpiesznie pakować. Psy ujadały coraz bliżej.
Przyszli w chwili, kiedy mama rozkładała parujące pierożki z serem na lnianej serwecie (o tych
pierogach myślałem ciągle przez następnych kilka tygodni, leżąc na pryczy za drutami
obozu).Trzech stanęło przy studni, jeden wszedł do mieszkania. Powiedział, że mamy dziesięć
minut czasu, możemy zabrać odzieży, pościeli i żywności tyle, co na plecy i w ręce. Wyszliśmy z
domu już po pięciu minutach. Z naszej dziesiątki jedno dziecko trzeba było nieść w betach na ręku,
a dwoje prowadzić za rękę. W takiej sytuacji niewiele mogliśmy zabrać, a i to wydawało się za
dużo gdyż dziadkowi kazali prowadzić krowę żeby zająć mu ręce.
Mgła opadała odsłaniając przygnębiający widok. Ze wszystkich zagród ciągnęły, przygarbione
pod ciężarem tobołów, szare postacie. Płakały dzieci, niektóre nie chciały iść. Trzeba było jedną
ręką trzymać tobół, a drugą ciągnąć malca. Szczekały psy, słychać było strzały (później
dowiedzieliśmy się, że zastrzelili Banacha). Po drogach i ścieżkach walały się toboły, ludzie tracili
siły i porzucali je. Nie wolno było zatrzymać się, żeby usunąć rzeczy, które były zbyt ciężkie.
Trzeba było nieść wszystko, albo porzucić cały tobół. Do pierwszego punktu zbiorczego było od
nas jakieś 2 kilometry. Nigdy przedtem te dwa kilometry nie wydawały mi się tak długie – a do
szkoły chodziłem przecież codziennie 4 km w jedną i drugie tyle w drugą stronę.
Na pierwszym punkcie zbornym działy się rzeczy, których nie potrafię opisać. Nigdy przedtem
nie widziałem i nie słyszałem tylu dzieci płaczących na raz i tylu dorosłych w stanie wielkiego
przygnębienia. Tu po raz pierwszy zaczęto bić. "Czarni" i umundurowani Niemcy zaprowadzali
porządek za pomocą pejczy i batów. W dalszym też ciągu, ze wszystkich stron spędzano nowych
ludzi. Po pewnym czasie podstawiono furmanki powożone przez "czarnych" i ludzi z Zawady.
Okazało się zaraz, że z powodu braku miejsca na wozach, trzeba zostawić co najmniej połowę
rzeczy z takim trudem doniesionych do tego miejsca.
Następnie, z podwórka Wróbla przewieźli nas parczałowym wygonem trzy kilometry na boisko
szkolne. Eskortę stanowili Niemcy siedzący z karabinami na furach. Obok, na koniach, jechali
"czarni"uzbrojeni w karabiny i strzelby. Na boisku było nas już bardzo dużo. Ustawiono nas w dwie
długie kolumny zwrócone twarzami do siebie. Staliśmy stłoczeni i struchlali ze strachu. Ktoś wtedy
powiedział głośno, że chyba nas tu wszystkich rozstrzelają, ktoś całkiem blisko szepnął, że
ustawiają już karabiny maszynowe. Ktoś inny zaczął się modlić, komuś nogi odmówiły
posłuszeństwa i całkiem cicho osunął się na ziemię. Zapłakały dzieci, posypały się razy.
Tu zaczęła się pierwsza selekcja. Spece od rasy i "nowego ładu"wyszukiwali rodziny rasowo
czyste. Najbardziej podobały im się wielodzietne rodziny z podchowanymi chłopcami, blondynami
lub rudymi. Po odpowiednim urobieniu i podpisaniu "Volkslistę"mieli oni stać się członkami narodu
niemieckiego, a ich dzieci służyć w niemieckiej armii. Z całej grupy wybrano siedem takich rodzin.
Między innymi Wróblów i Machałków. Wszystkich pozostałych załadowano na furmanki, które
ruszyły w kierunku Zamościa.
Siedział z nami na wozie Józef – kuzyn po Jacku, chłopak przed 20- ką i rozmyślał jak uciec z
transportu. Ojciec odradził mu kategorycznie ucieczkę biegiem, na oślep. Doradził mu natomiast by
zsunąć się z wozu, chwilę iść koło niego, a potem spuścić spodnie i kucnąć w rowie. Tak też
uczynił. Kolumna posuwała się wolno do przodu, mijały długie minuty. Nie usłyszeliśmy jednak
strzału ani krzyku. Ucieczka się powiodła. Tak dojechaliśmy do obozu. Rozwarły się szeroko wrota.
Mój ojciec przekraczał tą bramę już po raz trzeci. Był wyraźnie zdenerwowany i coś usilnie
przemyśliwał.
Obóz w Zamościu
Ulokowali nas na cztero poziomowych pryczach, zatłoczonych do ostatnich granic. Prycze były
twarde, zupełnie gołe deski, wytarte już przez setki naszych poprzedników. W baraku panował
niesamowity zaduch. Przebywało w nim ponad tysiąc osób. Nazajutrz o świcie zaczął się obozowy
zgiełk. Wypędzono nas wszystkich na plac, policzono, sprawdzono, a następnie przeprowadzono w
pobliże bramy gdzie w specjalnym baraku mieliśmy stanąć przed komisją. Tej komisji ojciec bał się
najbardziej, bo gdyby wydało się, że już raz uciekł z obozu byłby koniec i z nim i z nami. Tej nocy
ojciec prawie nie spał, a jak tylko zaczęło szarzeć, przystąpiliśmy do przerabiania nazwiska na
naszych bagażach. Okazało się to jednak i trudne i bezsensowne. Zaniechaliśmy więc tej czynności
oddając swój los opatrzności i wierze w szczęśliwą gwiazdę.
Stanęliśmy przed komisją cała czwórką. Przyjrzano nam się bardzo uważnie. Jeden z Niemców,
niezwykle wysoki, szczupły blondyn o niebieskich oczach, wyszedł zza stołu i zbliżył się do
Mietka. Ujął jego głowę w obydwie dłonie, obmacał palcami za uszami, odwrócił ją żeby obejrzeć
profil, popatrzył w oczy najpierw jemu, potem nam wszystkim. Struchleliśmy. Miecio, 7-letni,
śniady i bardzo zabiedzony, miał wygląd młodego Żydziaka, a to oznaczało wyrok śmierci. Ale w
komisji byli spece od rasy i złudzeniom na szczęście nie ulegali. Potem potoczyło się wszystko
według szablonu: Nazwisko? Wiek? Zdrowie? Zawód? Zdał sobie ojciec natychmiast sprawę, że
rolnik bez ziemi to żaden zawód. Odpowiedział więc na ostatnie pytanie – stolarz.
- A co umiesz robić? – zapytał jeden po polsku.
- No, stoły, łóżka, szafy, stolarkę budowlaną – wszystko potrafię.
Było to zgodne z prawdą, chociaż zawodowo i zarobkowo stolarstwem ojciec nigdy się nie trudnił.
Zakwalifikowano nas jednak jako rodzinę rzemieślniczą i pozostawiając w całości skierowano do
odpowiedniego baraku. Zaraz za nami stanął przed komisją Marcin z Kaśką i dwójką ich małych
dzieci. Stanęli też dziadkowie. Marcin był stolarzem jak się to mówi "pełną gębą"– niejednokrotnie
dorabiał sobie w tym zawodzie. Miał już jednak 73 lata, a ojciec tylko 38. Potraktowano ich więc
zupełnie inaczej. Dzieci oddano dziadkom pod opiekę i skierowano do baraku gdzie byli sami
starcy z małymi dziećmi, a Marcina i Katarzynę wysłano do innego baraku, w którym trzymano
samotnych ludzi w sile wieku. Padł też zaraz na nich blady strach, bo mówiono, że z baraku tego
wywożą transporty do Oświęcimia.
Znaleźliśmy się więc w baraku rzemieślników. Ten też zatłoczony był do ostatnich granic.
Starszym sali był nasz kuzyn Pytlowski, który siedział tu już od 5 grudnia. Wyznaczono nam
miejsce na pryczy pod samym sufitem, było tego z półtora metra szerokości i dwa metry długości
dla czterech osób i całego naszego dobytku. Obok nas, na tej samej pryczy, przebywała rodzina
Dołbów, a wśród nich Fela, z którą chodziłem do jednej klasy. Na sufitowych deskach był napis,
wyryty przez kogoś scyzorykiem: "Tego, kto to pisał już nie ma, a tego, kto to czytać będzie – też
nie będzie". Słowa te napełniły mnie przerażeniem. Nie trwało to jednak zbyt długo. Uwagę moją
przykuły, bowiem sprawy bliższe ciału.
Najpierw dobrały się do mnie obozowe wszy. Musiała to być dla nich gratka nie lada, takie
świeże ciało wprost z domowych pieleszy. Ojciec w tym czasie poszedł do obozowej stolarni,
matka ukradkiem wymknęła się do swoich rodziców i małych siostrzeńców. My z Mietkiem
zostaliśmy na swojej pryczy. Tymczasem do baraku przyniesiono chleb i zaczęła się "ceremonia"
jego podziału. Chleb wydawano raz dziennie przed obiadem. Należało się 15 dag na osobę, a
dzielony był "na oko". Brał Pytlowski bochen, kroił na połowę, potem na ćwiartki, a potem na
porcje, gwiaździście – jak tort. W południe roznoszono wodnistą zupę – trochę w niej było kartofli,
więcej brukwi i kapuścianych głąbów. Roznoszono ją w wiadrach i kotłach i rozdawano po chochli
na osobę. Zauważyłem kiedyś, że na dnie kotła została biała końska szczęka. Rano i wieczorem
dawano po pół litra gorzkiej, czarnej lury zwanej kawą i to było wszystko. Gdybyśmy nie mieli
własnych zapasów, trudno byłoby przeżyć. A z zapasów mieliśmy 5-cio litrową bańkę z topioną
słoniną, torbę suszonego chleba i trochę cukru. Do kawy sypało się więc odrobinę cukru, ale ja go
wcale nie czułem. Przyzwyczajony byłem do smacznego, winnego barszczu, więc napój ten w
połączeniu z sucharem i starym smalcem początkowo napawał mnie obrzydzeniem. Szybko się
jednak przyzwyczaiłem, ważne zaczęło być tylko to, że w ogóle jest coś do jedzenia.
Pierwszego dnia chleb wyfasowałem ja i pamiętam, że ojciec był z tego powodu bardzo dumny, że
tak dobrze daję sobie radę. Przypuszczam, że sam nie miałby śmiałości go pobrać, bo inni ludzie
siedzieli już za drutami trzy tygodnie.
W baraku nie było wody. Chodzenie do pompy było niebezpieczne, bo Niemcy z upodobaniem
tłukli tam, kogo popadło. Latryna była nieopodal, taka koedukacyjna. Początkowo się wstydziłem,
ale z upływem dni trzeba tam było biegać coraz częściej i czatować na wolne miejsce. Nie było to
wcale takie łatwe gdyż wszystkich w obozie męczyła biegunka.
Pod druty często podchodzili ludzie i przerzucali jedzenie do obozu. Najlepiej leciały placki w
kształcie dysku, surowe kartofle, jabłka i cebule. O zjedzeniu cebuli marzyłem już od wielu dni.
Pewnego dnia ktoś doniósł nam, że po tamtej stronie drutów zauważono Wawrzyńca Lipskiego z
Deszkowic. Rodziców nie było w tym czasie w baraku. Pobiegłem więc pod druty, gdzie kręciła się
już gromadka ludzi. Zauważyłem starego Lipskiego, który czaił się za pobliskim domem. Inni
przerzucali przez płot różne rzeczy, a on nie mógł się jakoś zdecydować. Wreszcie zauważył mnie i
ruszył w stronę drutów. Wyjął z koszałki coś okrągłego, chyba przaśny placek, zamachnął się, rzucił
i... placek spadł pomiędzy jedną, a drugą linią ogrodzenia. Spróbował jeszcze raz, a mnie aż dech
zaparło w piersiach. Lecz drugi placek też nie doleciał – wylądował w kłębowisku drutów. Z
wrażenia, aż nogi się pode mną ugięły. Lipski tymczasem zrezygnowany oddalił się. – Pewnie
Lipska za ciężkie te placki porobiła – myślę i chce mi się płakać. Inni rzucali z lepszym skutkiem –
właśnie zauważyłem jak tuż koło mnie coś małego wpadło w śnieg. Wkładam rękę w miękki puch,
jest – cebula. Chowam ją do kieszeni. Zaraz trafia mi się następna, tę zjadam od razu, smakuje jak
rajski owoc, nic w życiu tak wspaniale mi jeszcze nie smakowało. Nagle ludzie zza drutów
gwałtownie uciekają. Tknięci złym przeczuciem oglądamy się do tyłu. A tu w rozkroku stoi groźny
szwab w mundurze. Zaczyna wrzeszczeć, naciągając jednocześnie na łapy specjalne rękawiczki.
Stoimy w szeregu, on każe nam kłaść się na brzuchu w śnieg. Woła nas pojedynczo i z lubością
wali z całej siły w mordę, dwa razy – z obu stron. Przyszła kolej i na mnie, wstaję ze śniegu, w
ustach mam jeszcze cebulę, podchodzę, dostaję swoje tylko z jednej strony. Ale wystarcza i to.
Wszystko wiruje, padam twarzą w śnieg i za bardzo nie wiem, co się wkoło dzieje. Kiedy dochodzę
do siebie nikogo wokół już nie ma, wracam do baraku, mama coś do mnie mówi, ale nic nie słyszę
– całkiem ogłuchłem od tego uderzenia. Chcę powiedzieć, że był Lipski, ale swojego głosu też nie
słyszę. Wdrapuję się na pryczę, podciągam nogi pod brodę i zaczynam łkać – czuję się jak zbity
pies.
Babcia Agnieszka, lat 78, siedziała w baraku nr 16. Był to tzw. koński barak położony na drugim
końcu obozu. Odnalazł ją tam ojciec i odwiedził. Opowiadał, że warunki tam są wprost nieludzkie.
Opuchlizna z twarzy już mi zeszła, słuch powrócił, wymknąłem się więc żeby odwiedzić babkę.
Kiedy wszedłem do jej baraku uderzył we mnie okropny zaduch. Był to barak – stajnia, środkiem,
przez całą długość biegł szeroki korytarz. Obie strony podzielone były na boksy dla koni. W środku
koński gnój wymieszany z ziemią, a na tym, na swoich szmatach i tobołach siedzieli ludzie – sami
starcy, obojga płci. Przez kilka ostatnich tygodni zniedołężnieli do reszty. Niektórzy załatwiali
własne potrzeby wprost pod siebie, niektórzy umierali. W baraku panował półmrok, ogrzewania
oczywiście nie było. Staruszkowie trwali jakby w odrętwieniu, leżąc i siedząc w tych boksach.
Przeszedłem powoli przez całą długość baraku, szukając po jednej i drugiej stronie. Babki nie
znalazłem, może spała w szmatach, a może wyszła do latryny.
Opowiadał mi kiedyś dziadek Bartłomiej o raju, niebie, czyśćcu i piekle. Wracałem do siebie i
rozmyślałem czy ten barak jest jeszcze czyśćcem, czy już piekłem? Dziadek Bartłomiej, babka
Anna i dzieci Katarzyny – Gienek i Edzio – siedzieli w baraku niedaleko naszego. Tam chodziłem
częściej. Był to widny brak, z podłogą, ale do końca nie urządzony. W kątach i po bokach stały
prycze, a cały środek był wolny. Nie starczyło dla wszystkich miejsca na pryczach. Rozłożyła więc
babka płachtę na podłodze, na niej chustę i znowu płachtę. Siedziała na tym z wnukami wśród
tobołów. Co chwilę ktoś otwierał drzwi, wprost na mróz i śnieg. Ogrzewania tu też nie było.
Dziadek w butach z cholewami dreptał wkoło tego posłania. Głowę miał spuszczoną, nic nie mówił.
Nie pytał nawet jak jest w naszym baraku, nie był u nas, nie opuszczał swojego miejsca. Mruczał
coś, może odmawiał pacierze. Dzieci płakały, były przeziębione, skarżyły się na bóle brzucha.
Ciotka Katarzyna, z mężem Marcinem byli w baraku nr 11. Zgromadzono tam ludzi w pełni sił, bez
dzieci. Była tam większa dyscyplina, bardziej też pilnowano baraku. Mimo to ciotce udawało się
codziennie wyrwać do dzieci, na noc musiała jednak wracać do siebie. Był w tym baraku także nasz
kuzyn Szymek z rodziną, płakał bardzo, bo oddzielili od nich 12 letniego syna – Ceśka. Do obozu
trafili przed nami, przebywali tu od 4 grudnia. O tym baraku mówiło się różnie. Jedni twierdzili, że
wywiozą ich na roboty do Niemiec, inni straszyli, że już dwa transporty wysłano stąd do
Oświęcimia.
Była pierwsza połowa stycznia ’43 roku. Zaczęto wywozić ludzi. Transporty odchodziły niemal
co drugi dzień. Wyjechała babka Agnieszka z końskiego baraku. Wyjechał Szymek z żoną, Kaziem
i Heleną. Trafili do Oświęcimia – wszyscy zginęli. Wojnę przeżył tylko Cesiek, którego z obcymi
ludźmi wywieziono do Siedlec.
Zaraz za naszym barakiem, za płotem z siatki i kolczastego drutu był inny barak pełniący rolę
izby chorych. Od dwóch dni leżał tam 18 miesięczny Edzio. Dobrze zapamiętałem ten wieczór jest mglisty, zimny zmrok. Wracam z latryny, boli mnie brzuch i jest mi zimno. Wzdłuż ściany izby
chorych idzie szybko kobieta, idzie wprost na druty. Zatrzymała się. Skamieniała jak biblijna żona
Lota. Poznaję, to ciotka Katarzyna. Zatrzymałem się. Ona mnie nie widzi. Targa mną złe
przeczucie. Stoję tak i patrzę na ciotkę wstrząsaną dreszczami. Boję się odezwać. Ciotka nadal stoi,
a ja przemykam się do baraku, włażę na pryczę i nic nie mówiąc naciągam na siebie jakieś łachy,
rozgrzewam się i zasypiam.
Na drugi dzień mama powiedziała, że Edzio nie żyje. Zmarł 20 stycznia 1943 roku.
Znieruchomiałej ciotki stojącej o zmroku przy drucie kolczastym nie zapomnę do końca życia.
Masowo umierały dzieci, z samej Wielączy w grudniu i styczniu zmarło ich co najmniej 27.
Podobnie było z osobami w podeszłym wieku. Pod izbę chorych codziennie podjeżdżał wóz konny,
uszykowany jak pod cukrowe buraki. Zabierali umarłych, nakrywali brezentem i jechali tak przez
cały obóz. Po drodze dokładali tych, którzy w ciągu nocy zmarli w barakach. Ludzie mówili, że za
miastem wrzucali ich do dużego grobu i posypywali wapnem. Nieustannie odjeżdżały też transporty
– do Oświęcimia, do Niemiec, do Siedlec i Bóg wie gdzie. Na zwolnione miejsce przywożono
nowych ludzi, wysiedlenia na Zamojszczyźnie trwały nadal.
W obozie było coraz gorzej. Żarły nas wszy, rozprzestrzeniał się świerzb i najróżniejsze choroby.
Nasze zapasy topniały w zastraszającym tempie. O pomocy z zewnątrz nie było już co marzyć.
Gienek był coraz bardziej chory, gorączkował, dziadkowie załamani, a cioci nie zawsze udawało się
do nich przedostać. Mietek też wyglądał coraz mizerniej. Niemcy stawali się coraz brutalniejsi.
Tłukli ludzi niemiłosiernie. Kobietę, która szła do swojego dziecka, skopali do nieprzytomności.
Bili też dzieci, które przekradały się do swoich rodziców siedzących w innych barakach.
Wychodziłem coraz rzadziej – tylko pod pozorem, że idę do latryny. Mama nie chciała mnie
wypuszczać – bała się Niemców i chorób panujących w obozie.
Rozróżniałem w tym czasie tylko dwa zapachy, na zewnątrz chlor, w baraku smród. W baraku
było tyle prycz, że pozostały jedynie wąskie korytarzyki. Całe dnie spędzaliśmy więc z Mietkiem
na pryczy pod sufitem. Było tam cieplej, ale zaduch potworny. Mieliśmy tam okno. Widać z niego
było ogrodzenie obozu. Pamiętam szarą od brudu i mokrą koszulę, którą ktoś rozwiesił na drutach
od strony obozu. Na mrozie zamarzła na blachę, a wraz z nią setki wszy, którymi była pokryta. Szła
tamtędy grupa Niemców, zainteresowali się koszulą, a raczej tymi insektami, których było mrowie.
Pokazywali je sobie pejczami, aż zataczali się ze śmiechu, sukinsyny. Po drugiej stronie drutów
chodzili wartownicy, od rogu do rogu, mijali się akurat przed naszym oknem. Na noc warty były
wzmacniane, a dodatkowi żołnierze czuwali w wieżyczkach, przy reflektorach i karabinach
maszynowych.
Jeden z wartowników upatrzył sobie dziewczynę wyglądającą przez okno ze swojej pryczy.
Przez kilka dni namawiał ją do ucieczki przez druty. Pokazywał, że kiedy wartownicy się miną
obydwaj będą odwróceni do niej plecami. W końcu dziewczyna zdecydowała się. Wyszła z baraku i
zaczęła niezdarnie wspinać się na druty. Przez okna, w ciszy, kibicowały jej setki osób. Kiedy była
już na samej górze płotu, chustka, którą była opatulona zaplątała się w drut kolczasty. Zaczęła się
szamotać. Usłyszał ją wartownik, odwrócił się, zdjął z ramienia karabin, złożył się i jednym celnym
strzałem zabił dziewczynę. Zawisła na drutach jak wielki nieżywy ptak między niebem, a ziemią.
Wisiała tak przez kilka dni. Wartownicy chodzili dalej tam i z powrotem, tam i z powrotem. Nie
patrzyli już w nasze okna. Przygnębieni ludzie śpiewali wieczorami zdławionymi głosami:
Słuchaj Jezu jak Cię błaga lud,
Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud.
Gdynia 1993 r.
Regina Smoter Grzeszkiewicz. Losy zamojskich dzieci podczas okupacji w świetle powieści
Wiktora Zawady
Dzieciom Zamojszczyzny
sznury wagonów biegły w nieznaną stronę
mroźny oddech zimowej nocy
kaleczył
przepełnione bólem serca
w oddali pozostał
zapach skoszonej trawy
echo dziecięcych zabaw...
hamując oszalałe z rozpaczy myśli
odjeżdżały zamojskie dzieci
w noc
w niepewne jutro
spierzchniętymi ust
chwytając
ostatni powietrza łyk
Wiktora Zawadę poznałam w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku - mieszkałam wówczas w
Czarnymstoku a pisarz przyjechał na spotkanie autorskie z uczniami miejscowej szkoły
podstawowej. Rozmowa odbyła się w bardzo przyjaznej atmosferze, zafascynowani opowieścią p.
Wiktora o zamojskich "Kaktusach" z wielkim przejęciem kupowaliśmy pierwszą część trylogii
traktującej o losach zamojskich dzieci w latach okupacji 1939 - 1944. Później, gdy moi synowie
podrośli czytali z wielkim przejęciem tomiki niezwykłej powieści: "Kaktusy z Zielonej ulicy" (Lublin
1969), "Wielka wojna z czarną flagą" (Lublin 1970), "Leśna szkoła strzelca Kaktusa" (Lublin
1989).
O "Kaktusach" przypomniałam sobie spacerując pewnego dnia po zamojskim cmentarzu przy ul.
Peowiaków gdy zobaczyłam obelisk zwieńczony ogromnym orłem, poświęcony pamięci
pomordowanych dzieci Zamojszczyzny - "w 50 rocznicę pacyfikacji i wysiedleń pomordowanym i
zmarłym Dzieciom Zamojszczyzny w latach 1942 - 1943". Przed oczyma stanął mi obraz
okupacyjnego Zamościa. Po powrocie do domu sięgnęłam po pierwszą część trylogii, później po
następne...
***
Ostatni dzień sierpnia 1939 roku, dobiegają końca wakacje, dni są piękne, upalne, ale w powietrzu
czai się niepokój - znika bez pożegnania ulubieniec dzieciarni z ulicy Zielonej, podchorąży Mietek
Czupryna, przez miasto przejeżdżają kolumny wojska, w ogrodzie mieszkańcy jednego z domów
przy wspomnianej ulicy budują schron, przeprowadzają ćwiczenia z użyciem masek gazowych... Te
wydarzenia traktowane przez bohaterów powieści - grupkę zamojskich dzieciaków: Dzidka Centa,
Zbyszka /Byśka Stawskiego, Milkę i jej brata Jędrka Szelestów, Jaśka Cielebąka początkowo jako
zabawa, z czasem stają się realnym zagrożeniem. Z każdym dniem wzrasta groźba wybuchu wojny.
Pierwsze komunikaty w radio...Pierwszy nalot na Zamość "wtem powietrze przeciął świdrujący
gwizd i ziemia zafalowała pod nogami. W odległości od starej twierdzy Kawaler wykwitł kłąb
czarnego dymu. Za chwilę zaczęły go lizać płomienie..." 36
Zbliżone w treści do relacji Wiktora Zawady są wspomnienia Jana Krukowskiego z Zaburza,
który tak opisał sytuację w mieście - w dniu 8 września moja mama i bratowa przyszykowały jakąś
paczkę z żywnością, ażeby ją zawieść bratu do Zamościa i znów wybrałem się rowerem do
Zamościa by zobaczyć się z bratem. Po przyjeździe brata w koszarach już nie zastałem dowiedziałem się, że kompania wartownicza w której był mój brat kwateruje w szkole na ulicy
Lwowskiej naprzeciwko Ubezpieczalni Społecznej. Gdy rozmawiałem z bratem nastąpił alarm
lotniczy - skryliśmy się do rowów, które wykopano koło szkoły i tak przeżyliśmy pierwszy nalot
samolotów niemieckich. Bomby spadły na stację kolejowa i na szosę między szkołą a
Ubezpieczalnią, niedaleko od naszych rowów.37
Na stronach powieści pojawia się Polcia - Kapelusik, pomoc domowa Państwa Centów - skąd
36
37
cytat ten i następne pochodzą z trylogii Wiktora Zawady (dalej trylogia...)
J. Krukowski. Moje wspomnienia z lat okupacji niemieckiej. wrzesień 1939 - lipiec 1944 rok (maszynopis)
przyjechała nie wiadomo, gdzieś z Polesia, jak długo pracuje też trudno jest ustalić. Polcia całą
duszą jest Polką, co udowadnia nie tylko "dawaniem" codziennych porannych koncertów od pieśni
religijnych poczynając, poprzez patriotyczne aż do lwowskich ulicznych ulicznych szlagierów. Nie
zdzierżył tego nowy lokator przy ulicy Zielonej, który z nakazu starosty zamieszkał w pokoju
Państwa Centów - Herr Johan Pacurek i zwrócił Polci uwagę. Zamilkła, owszem, ale przy
nadarzającej się okazji zrzuciła Niemcowi na głowę doniczkę z kaktusem. Na pytanie p. Centowej
dlaczego to zrobiła odparła krótko: "szkoda kwiatków. Twardą głowę ma ten Szwab". Dziewczyna
czynnie wspierała poczynania Kaktusów w ich własnej walce z wrogiem, to kaktus Polci podsunął
chłopcom nazwę ich grupy, z czasem przylgnął dopisek "z Zielonej ulicy".
Pisząc o Polci Kapelusik (Apolonii Jędruszczykiewicz) porusza Wiktor Zawada istotne w okresie
międzywojennym zagadnienie jakim było chodzenie za pracą od wioski do wioski - młode
dziewczęta zatrudniano jako służące do różnych prac domowych i gospodarskich, wspomina o tym
m. in. ludowa artystka z Podborcza - Leokadia Komornik: "chodziłam po służbach, bo jakoś trzeba
było żyć. Pochodzę z Teodorówki z biłgorajskiego powiatu, z domu nazywam się Paszko. Tutaj (do
Podborcza) przyszłam na służbę i tu się zapoznałam ze swoim mężem - wyszłam za niego."
Na tle trudnej okupacyjnej rzeczywistości rodzi się dziecięca przyjaźń, zaufanie i niezłomna chęć
walki z okupantem. Nie jest to zwykła walka, nie używa się w niej broni, ale podstępu, pomysłu,
dowcipu i ogromnego zaangażowania.
Sprawcą całego zamieszania jest Jasiek Cielebąk, zwany po prostu Jaśkiem od Pawła. To on
wpadł na pomysł by zorganizować "prawdziwe" wojsko, a nie zabawiać się w Indian - "ostatecznie
przystałbym do was, tylko widzisz ta cała indiańska heca mnie już nie bawi...Chcesz wojować z
Niemcami ?! Ty zaraz pleciesz banialuki! Nie wojować! Dużo byś zwojował! Ale jak się bawić to w
prawdziwe wojsko".
To "prawdziwe " wojsko robi robi Niemcom różne kawały - przestawia budkę wartowniczą na
Łabuńce w wyniku czego Niemiec wpada do wody, wysadza zdobytym przez Jaśka prochem
zakładane przez Niemców rury kanalizacyjne, a dowódca całej paczki ratując dentystę dr Golda swoje poświecenie zapłacił dwudniowym pobytem na Rotundzie.
"Kaktusy z Zielonej ulicy"to także opowieść o losach zamojskich żołnierzy biorących udział w
kampanii wrześniowej - podporucznika Mieczysława Czupryny i porucznika Hipolita Szelesta - ci
po wielu perypetiach powrócili szczęśliwie z frontu - zginął Jan Kuzioła z Nowej Osady - "Kuzioła
nie słuchał! Uciekajcie wszyscy! Ja ich powstrzymam! - zawołał i dalej strzelał...Tam gdzie
pozostał Kuzioła tkwił teraz czołg z rozsypaną gąsienicą. "
O warunkach panujących w Rotundzie, którą Niemcy zamienili na więzienie - "wkrótce stanęli
przed wysoką brama z masywnych brewion, którą wieńczyła sieć z drutu kolczastego...Cela miała
wygląd zwykłej, tyle że wysoko i łukowato sklepionej piwnicy. Nie było w niej śladu podłogi, tylko
mocno ubite połyskujące szronem klepisko. Wzdłuż ścian rozrzucona była jedynie słoma, na której
leżały rzędem szare, podkurczone postacie."
Dzieci z Zielonej ulicy dojrzewają psychicznie, wrastając w otaczającą ich rzeczywistość,
chociaż z trudem docierają do ich świadomości coraz bardziej okrutne i bolesne fakty - podczas
nalotu ginie koleżanka z klasy, niepełnosprawny na umyśle Franek, sierota utrzymywany przez
życzliwych mieszkańców domu przy ulicy Zielonej zostaje zastrzelony tylko dlatego ze jest inny...
Pierwsza część trylogii kończy się radosnym akcentem - znienawidzony przez wszystkich Herr
Pacurek wyprowadza się z mieszkania Centów. Powód? Zgubił teczkę z cennymi dokumentami, a
że trafiła ona w ręce Kaktusów to już zupełnie inna sprawa; to że Polcia - Kapelusik wyznała
przesłuchującym ją Niemcom, że Pacurek często zagląda do kieliszka, to też normalna rzecz, w
końcu powiedziała przecież prawdę Utrapieniem chłopców z Zielonej ulicy była grupa młodych
Niemców zrzeszonych w Hitlerjugend. Zacięte zmagania z nimi są tematem drugiej części trylogii
zatytułowanej "Wielka wojna z czarną flagą". "Hitlroszczaki", jak mawiały Kaktusy włączali się do
akcji skierowanych przeciwko ludności polskiej i żydowskiej pomagając Gestapo i SS w
zatrzymywaniu ludzi podczas ulicznych łapanek, w doprowadzaniu do aresztu.
Bardzo cierpią Kaktusy, gdy przyjaciel ich rodziców - dr Gold umiera podczas wyczerpującej
pracy - "na śniegu leżał dr Gold. Siwa szczecina pokrywała stercząca do góry brodę. Ręce
rozrzucone na boki, nogi także. Obok niego łopata." W ich sercach z pewnością pozostały na
zawsze wypowiedziane wówczas przez doktora słowa: żaden człowiek nie jest sam tak długo,
dopóki kocha innych ludzi... Wierzcie w zwycięstwo człowieczeństwa, miłości i prawdy, tylko
prawda jest nieśmiertelna..."
Jak młodzi Niemcy bawili się w Zamościu opisał Wiktor Zawada - "Tam Niemcy prowadzą
Żydów, strzelają! Kto żyw ucieka z Lwowskiej - dyszał ciężko. I jakieś typki z Hitlerjugend kręcą
się tam i z powrotem Nie wiecie, napadają takich jak wy? W parku urządzili niedawno prawdziwy
pogrom" .
Podobnie było w innych regionach Polski - "byli w okolicy Łodzi koloniści niemieccy, ich
babka, seniorka dzieliła się z sąsiadami Polakami których Niemcy nie wywieźli konserwami.
Niemcy dobrze zaopatrywali swoich we wszystko, co im było potrzebne do zagospodarowania się
na nowym terenie, co ciekawe dobrze mówiła po polsku. Jej córka była też dla Polaków życzliwa,
tylko zięć - zagorzały nazista i jego kilkunastoletni syn należący do Hitlerjugend nade wszystko
cenili sobie Hitlera i jego politykę" 38
Lektura tej części trylogii dostarcza cennych informacji o losach nie tylko zamojskich dzieci w
trudnych latach okupacji - na trwałe zapisują się w pamięci relacja o aresztowaniu żydowskiej
ludności miasta - Kaktusy ratują życie swemu szkolnemu koledze Mencikowi Fuks.
Potwierdzeniem literackiego opisu zagłady zamojskich Żydów są zakupione przez zamojski oddział
Polskiego Towarzystwa Ludoznawczego trzy fotografie dokumentujące to tragiczne wydarzenie zaprezentowane zostały na łamach Tygodnika Zamojskiego z dnia 24 maja 2006 roku jako materiał
ilustracyjny do artykułu K. CZ. "Widok z okna". Kolejne zagadnienie zasygnalizowane przez
twórcę powieści to obecność w Zamościu i okolicach kolonistów niemieckich, którzy niczym
"czarna zaraza" pojawili się na zamojskich wsiach. Świadkiem ich poczynań jest Jasiek Cielbąk "właśnie szedłem do wsi... Nie idź tam! Poczekaj! - przerywa mu kobiecy głos. Nic tam po tobie. Ja
z dzieciakami ze wsi uciekła. "czarne" zabudowania podpalili, chłopa wzieni... Kobieta zapłakała,
dzieci zawtórowały jej żałośnie. Uciekaj z nami do Ruskich Piask"
Są też Volksdeutsche ( jeden z kolegów Kaktusów - Romek Modrak poznał twardą szkołę życia
jako syn Volksdeutscha, dopóki jego matka nie zrozumiała czym grozi dalsze życie z mężem i
ojcem oddanym bez reszty Niemcom) - tę problematykę porusza nie tylko Wiktor Zawada - o
podpisywaniu Volkslisty wspomina na łamach "Dziennika z lat okupacji Zamojszczyzny 1939 1944" dr Zygmunt Klukowski, oraz publikowany ostatnio na łamach Tygodnika Zamojskiego Adam Mastaliński. ("Dziennik z czasów okupacji"); ojciec Dzidka Centa został aresztowany przez
Niemców i usilnie namawiany z racji rzekomo pierwotnie brzmiącego z niemiecka nazwiska "Zent"
do podpisania listy - gdy odmówił wywieziono go na Majdanek.
Ogromną ofiarę poniosły dzieci z Zamościa i Zamojszczyzny - wywożone na teren Rzeszy w
bydlęcych wagonach, selekcjonowane, umierające z głodu, chorób, wyczerpania ginęły w
przerażającym tempie i ilościach. Któż nie słyszał o bohaterskiej postawie ordynatorstwa Róży z
Żółtowskich i Jana Zamoyskich, którzy wyrwali z rąk niemieckich ponad 300 dzieci osadzonych w
obozie przejściowym w Zwierzyńcu zapewniając im opiekę i wyżywienie.
Znane były również akcje warszawskich kolejarzy, którzy otwierali wagony wiozące dzieci i
odkupywali je od Niemców nie szczędząc kosztowności i pieniędzy - "razem będzie około pięciu
tysięcy i sporo kosztowności. No i siedem zegarków, stwierdza kolejarz. Będzie mu czym w ślepia
zaświecić. "
" Gdy tylko ludzie dobrej woli wykradli zamojskie dzieci z transportu śmierci natychmiast je
sfotografowano w tych ubrankach i w takim stanie w jakim je znaleziono. Zdjęcia te miały
dwojakie znaczenie: dokumentowały niemiecką zbrodnię na dzieciach , stanowiły też podstawę do
do identyfikacji tych dzieci, których imiona , nazwiska i pochodzenie były nieznane.. " 39
Jednym z uratowanych zamojskich chłopców, był Kaktus - Nikodem Kokoszka (nazwany przez
kolego Kogutem, żeby było poważniej) wywieziony z rodzicami z Poznańskiego. Z drużyny
Kaktusów nie przeżył wojny Dzidek Cent - zmarł na zapalenie opon mózgowych w obozie
38
39
anonimowa relacja bezdomnego z Dębicy
M. Piekarski. Syn dwóch matek. Tygodnik Polski Nr 12 (124) 1985
przejściowym na ul. Okrzei, jego ojciec zginął na Majdanku, ojca jaśka Cielebąka zastrzelili
Niemcy...
Lektura trylogii Wiktora Zawady wzrusza, bawi z racji swoistego poczucia humoru jej
bohaterów, ale wyciska również łzy z oczu. Nie można obojętnie przeczytać opisów warunków
jakie panowały w obozie, na Rotundzie, podczas transportu, czy na zamojskich wsiach, ludność
których wypędzano przemocą z domów, pozbawiając środków do życia. To wspaniała lekcja
patriotyzmu, tolerancji dla młodych i starszych wiekiem.
IV
Wspomnienia byłych więźniów obozów pracy i koncentracyjnych
Henryk Marczewski. Wspomnienia więźnia 18086 z pobytu w obozie koncentracyjnym na
Majdanku w latach 1942 – 1943 (fragmenty)
Była to piękna, złota jesień, październik 1942 r. Do obozu koncentracyjnego na Majdanku
przypędzono nas około 30 osób z łapanek na terenie pow. Krasnystaw. Przeważnie byli to rolnicy
schwytani przez żandarmerię niemiecką w drodze do pracy. Żandarmi przez cały czas mówili nam,
że wiozą nas do Niemiec na roboty. Jednak bardzo niepokojącym dla nas było to, że mieliśmy silną
eskortę z broną maszynową gotową do strzału. Ze stacji kolejowej Lublin popędzono nas pieszo
poza miasto, szosą w kierunku Zamościa.
Już poza miastem zobaczyliśmy coś w rodzaju miasteczka z baraków. Część z tych baraków była
otoczona zasiekami z drutu kolczastego. Nad zasiekami w pewnych odstępach wznosiły się wieże
strażnice. Od strony miasta Lublina, jak i od strony szosy zamojskiej było jeszcze dużo innych
baraków drewnianych nie otoczonych drutem kolczastym. Wiele baraków było w budowie. Drogi
wewnętrzne były w budowie . Od strony miasta były pola uprawne, na dużej połaci pola rósł
jarmuż, bliżej baraków usypano w tym czasie w kopce przywiezione ziemniaki, marchew, brukiew.
Cały teren przylegający do właściwego obozu na którym pracowali więźniowie był strzeżony przez
wachmanów SS, którzy stali od siebie w odległości od 50 do 150 metrów. Pierwsze nasze
zetknięcie się z obozem nastąpiło właściwie poprzez przekroczenie tego kordonu SS – manów. Byli
to Litwini , ubrani w zielone mundury, a na czapkach mieli trupie główki. Stali milczący, pilnie nas
obserwując. Żandarmi eskortujący postawili nas pod domkiem murowanym z cegły i do środka, po
pewnym czasie wyszli i skierowali się w stronę miasta, w naszą stronę nawet nie popatrzyli. Jeden z
kolegów niedoli odruchowo oderwał się od muru i chciał pobiec za nimi, przecież jak mówili mieli
nas zawieźć do Niemiec na roboty. Stojący na posterunku Litwin zdjął szybko karabin z ramienia, a
jeden z odchodzących żandarmów śmiejąc się ironicznie wołał po niemiecku – biegnij, biegnij.
Nie pozostało nam nic innego jak stać i czekać. Każdy rozmyślał z niepokojem – co nas teraz
czeka. Wypełniając czas na oczekiwanie dalszej niewiadomej, zaczęliśmy obserwować okolice.
Najbardziej rzucającym się w oczy był dymiący komin, wznoszący się nad budynkiem
murowanym, znajdującym się między między pierwszym a drugim zgrupowaniem baraków,jak się
później zorientowałem, między I a II polem. Każde z takich pół składało się z placu apelowego, a
po obu jego stronach stało po 10 baraków t z[w]. bloków. Takich pól naliczyłem aż pięć. Bliżej nas,
między barakami, jak i na polu widzieliśmy dużo krzątających się się postaci ludzkich ubranych w
jakieś dziwne stroje. Były to bluzy, spodnie, jak i czapki bez daszków , uszyte z pasias[tego
materiału]. Pasy te były na przemian koloru szaro – białego szaro – niebieskiego.
Po dość długim postoju pod ścianą, podszedł do na jakiś SS – man, Niemiec i dość poprawną
polszczyzną przemówił do nas: skąd jesteście, za co was aresztowali, przeliczył na i kazał nam iść
za sobą. Po drodze pytaliśmy go co będziemy tutaj robili. Odpowiadał – zobaczycie, jak długo
będziemy tutaj, przecież mieliśmy jechać do Niemiec na roboty – zaśmiał się ironicznie i
odpowiedział, stąd sę nie wychodzi na nogach, tylko przez ten komin, który tam widzicie dymi. Te
krótkie informacje zatrwożyły nas, gdyż prawdę powiedziawszy, żaden z nas prawie że nic nie
słyszał o obozach koncentracyjnych, a tym bardziej o tym, co się w nich dzieje. Dlatego też każde
usłyszane słowo, każde zaobserwowane zjawisko, każda osoba i jej zachowanie się były dla na
czymś nowym, zaskakującym, niepojętym. Po drodze spotykaliśmy coraz więcej postaci ludzkich
w pasiakach. Jedni wyglądali jeszcze nieźle i poruszali się zdrowo, inni natomiast przypominali
kościotrupów z trudem poruszających się. Każdy z tych osobników na swoim pasiaku na wysokości
lewej piersi i na prawej nogawce powyżej kolan , miał przyszyty numer, a pod nim trójkąt, gwiazdę
lub kółko. Najwięcej było gwiazd i czerwonych trójkątów z literą P. Ludzie ci pracowali przy
kopcowaniu ziemniaków, przy jakichś robotach porządkowych, ziemnych, przy przenoszeniu czy
przewożeniu różnych materiałów. Wszędzie panował ruch, zgiełk, wrzask. W pierwszym zetknięciu
się z tym nowym zjawiskiem, trudno było zorientować się o co tutaj chodzi. zjawiskiem , trudno
było zorientować się, co tu się dzieje, o co tutaj chodzi. Dopiero po pewnym czasie, zorientowałem się że
w każdej .grupie roboczej, jest jeden, a nawet dwóch osobników całkiem dobrze odżywionych, jakoś
dziwnie ubranych: w czerwone sukienne bryczesy i bluzy granatowe ze stojącym kołnierzem i z
czerwonymi wypustkami. Każdy z nich dzierżył w ręku pejcz, z którego nierzadko robił użytek,
pomagając sobie przy tym okrzykami: prenke, prenko, schnaler, schneler, immer laufschriet i t. p. Oprócz
tego niektórzy z osób ubranych w pasiaki też posiadali kije, z których od czasu do czasu robili użytek,
Kręciło się tam również kilku SS -manów z pejczami. Gdy przechodziliśmy obok tych dziwnych dla nas
ludzi w pasiakach, wołali do nas: dajcie nam chleba, be zaraz wam wszystko odbiorą i będziecie tak
wyglądali jak my. Lecz prowadzący nas SS - man nie pozwalał na żadne zatrzymywanie się i rozmowy.
Zaprowadził nas przez bramę na I pole, postawił pod drutami i kazał czekać, W tym :czasie zaczęły wracać
z pracy d obozu poszczególne grupy robocze, komanda. Maszerują całe kolumny więźniów. Maszerują
piątkami. Maszerują równo noga w nogę jak w wojsku, w takt podawanej komendy: links, links, und
links. Przed bramą na komendę halt, cała kolumna równo zatrzymuje się. Prowadzący dane komando
kapo melduje SS – manowi stojącemu w budce przy bramie nazwę komanda i ilość więźniów którą
prowadzi. Następnie na podaną komendę cała kolumna sprawnie maszeruje dalej, a stający w
bramie SS- mani przeliczają czy podany przez kapo stan zgadza się. Widziałem jak jeden ze
starszych więźniów maszerujący w pierwszej piątce na komendę halt nie zatrzymał się od razu,
dostał zaraz od SS -mana uderzanie pejczem po głowie. Prawie za każdą kolumną wracającą z
pracy do obozu, prowadzono lub niesiono więźniów nie mogących już chodzić o własnych
siłach. Za niektórymi kolumnami niesiono już zwłoki ludzkie ubrane w pasiaki, albo jeszcze
konających współtowarzyszy. Widok ten wywołał na umie
jak i na moich kolegach,
nieprzyzwyczajonych da widoku śmierci,
wprost zastraszające wrażenie. Po prostu nie
wierzyliśmy że mogą na świecie dziać się takie rzeczy, i że to jakiś okrutny los spowodował , że
to właśnie tutaj my musieliśmy się dostać. Wśród tych pasiastych kolumn zauważyłem, że do
bramy zbliża się mała, inna jakaś grupa - około 50 osób. Byli te ludzie, ubrani w stare zniszczone
mundury żandarmerii, z pomalowanymi na plecach czerwoną farbą literami U S. Na mundurach
mieli przyszyta numery ewidencyjne, tak jak inni więźniowie. Po komendzie ich przewodnika
zorientowałem się że są te Rosjanie.
W międzyczasie na placu apelowym przed bramą, w niewielkiej odległości od nas zaczęli się
gromadzić oficerowie SS - mani. Jeden z kolegów mówi de mnie - ja trochę umiem po niemiecku, to
może pójść do tych oficerów i powiedzieć im, że my jesteśmy spokojnymi ludźmi , że zabrano nas od
pracy na polu i prosimy ich, aby zwolnili nas do domu, albo do pracy w Niemczech. O jak byliśmy
naiwni, gdy spojrzy się teraz na nasze pojęcie sprawiedliwości Niemców. Inni koledzy uchwycili się tej
się myśli, jak ostatniej deski ratunku i zaczęli nalegać, abym i ja poszedł do oficerów SS i prosił ich
również o zwełnienie. Poszliśmy we dwóch. Niemcy wysłuchali nas początkowo bardzo zdziwieni, a
później zwiesili głowy i odwracali od nas oczy. W końcu jeden z nich, aby przerwać, tą widocznie
jednak kłopotliwą dla nich sytuację, powiedział: dobrze, jutro to rozpatrzymy. Jutro - już nie byliśmy
ludźmi, byliśmy już tylko numerami. Po przyjściu wszystkich kolumn z pracy, ustawieniu się ich na
placu apelowym, odbywała się nieznana dla nas procedura składania meldunków. Ze wszystkiego udało
się mi zapamiętać komendę: Die Mitzen ap, Die Mitzen auf. Przy pierwszej komendzie wszyscy
musieli równe czapki zdjąć z z głów, a przy drugiej nałożyć. Po apelu zaprowadzono nas do jednego z
baraków poza terenem właściwego obozu. Tam kazano nam się rozebrać do naga i popędzono biegiem
do łaźni, znajdującej się około 100 m. od tego baraku, na wprost I pola. Do grupy naszej dołączono
jeszcze rannego w nogę żołnierza radzieckiego, którego po apelu przyprowadzono do obozu. W łaźni
zajęli się nami fryzjerzy, więźniowie, przeważnie Żydzi czescy. Ostrzyżono nam głowy, jak i wszelkie
inne miejsca porośnięte dłuższym włosem. Następnie SS - man obejrzał każdego z nas, czy nie
posiada czegoś w reku, lub w jamie ustnej. Pozwolił zabrać z sobą tylko paski od spodni i
skierował nas do łaźni. W łaźni skropione nas zimną wodą, zanużono każdego z głową w
basenie wypełnianym wędą o zabarwieniu fioletowo— brunatnym. Tutaj w łaźni otrzymałem
pierwszy chrzest obozowy. W czasie t. z.- kąpieli w hali ogólnej, woda leciała bardzo słabo i
była zimna, ale zauważyłem że obok są kabiny, gdzie też kąpią się jacyś ludzie i węda leci
tam z pryszniców dość obficie. Podsunąłem się bliżej i nadstawiłem ciało pod spadające ciepłe
przyjemne strugi wady. W tym momencie otrzymałem silne kopnięcie w brzuch, uderzenie było
tak bolesne, że na chwilę straciłem świadomość, jednak odruchowo odskoczyłem w bok z
kabiny i dopiero teraz zauważyłam, że kąpie się tam jakiś opasły jegomośc, mamroczący du
Saul. Jak się później zorientowałem był te kapo. Bolesnosć w brzuchu odczuwałem jeszcze
przez kilka dni. Po wyjściu z łaźni dano nam bieliznę i zaprowadzono do innego baraku, gdzie
otrzymaliśmy ubranie / pasiaki/ i drewniaki na nagi. Ubranie wydawał nam jeden z więźniów ,
który w rozmowie ze mną oświadczył mi że nazywa się Radziwił. Radził mi jak i moim kolegom,
że powinniśmy starać się tutaj jak najwięcej zjeść i jak najmniej pracować, oraz za wszelką cenę
unikać bicia. Szczególnie radził mieć się na baczności przed kapo, którzy choć też są więźniami,
lecz jako Niemcy jeszcze bardziej mordują Polaków niż sami SS - mani. W dalszej kolejności
oznakowano nas, to znaczy, że każdy otrzymał blaszkę z wybitym numerem. Blaszki te
pozakładano nam na rękę zamiast zegarka. Otrzymałem numer 18086. Od tej chwili przestaliście
być ludźmi, jesteście tylko numerami, oświadczył nam jeden z SS – manów. Numeru tego nie
wolno zgubić pod żadnym pozorem. Wydano nam również numery wydrukowane na płótnie oraz
kółka. Należało je przyszyć po lewej stronie bluzy i na prawej nogawce. Następnie zaprowadzono
nas na t. z. Politische Abteilung, gdzie dokładnie spisano nasze personali i obecne numery . Ja
naturalnie podałem takie same dane jak w chwili aresztowania, t. z. Marczewski Jan ur. W Giełczwi
24. 4. 1924 r., gdyż pod swoim własnym nazwiskiem, żyć już pod panowaniem niemieckim nie
mogłem od przeszło pół roku, t. J od chwili wyrwania się z rąk żandarmów, gdy przyszli do domu
w Brodach aresztować mnie za udział w uwolnieniu więźniów z więzienia w Szczebrzeszynie, w
czasie której to akcji zostałem prawdopodobnie rozpoznany przez jakiegoś szpicla. Przez pewien
czas dręczyła mnie myśl czy i tutaj nie zostanę rozszyfrowany.
Po załatwieniu formalności personalnych wezwano dwóch blokowych z bloku 12 i 13 na polu I.
Nas rozdzielono na dwie grupy, z których każdy blokowy wziął sobie jedną, ja popadłem na blok
13. Wchodząc pierwszy raz na blok wieczorem, zastałem olbrzymi gwar ludzki. W pierwszej chwili
trudno mi było wszystko na raz zarejestrować w pamięci, wiele spraw i rzeczy nie docierało do
świadomości i tak już dzisiaj wielokrotnie zaszokowanej. Pierwsze, co rzucało się w oczy, to
olbrzymia ilość postaci w pasiakach, kręcących się pomiędzy piętrowymi łóżkami. Trzypiętrowe
łóżka zajmowały większa część wnętrza bloku. W rogu była mała część oddzielona dla tzw
administracji: blokowy, pisarz blokowy, kapo, stubendienści... Część więźniów już leżała na
łóżkach, byli to przeważnie osłabieni i chorzy. Pozostali rozmawiali między sobą, załatwiali jakieś
interesy, inni siedzieli nago i bili wszy na koszulach i kalesonach. Nad tymi wszystkimi
wrażeniami górował gwar ludzki. Wsłuchując się lepiej, rozróżniałem już różne mowy: polska,
czeską, rosyjską, węgierską, niemiecką, a przeważała czeska, gdyż większość mieszkańców tego
bloku stanowili Żydzi czescy. Podobnie jak i większość administracji na I polu stanowili Żydzi
czescy, a to dlatego, że byli oni jednymi z pierwszych, których tutaj przywieziono.
Blokowy przyprowadził do nas pisarza, mówiąc mamy nowych zugangów – Polaków. Pisarz
wciągnął nas na swoją listę, wydał miskę, łyżkę, koc, oraz przydzielił łóżka. Łózka te były
drewniane wąskie, trzypiętrowe. W łóżkach mieliśmy nawet sienniki, w których było trochę słomy
startej na sieczkę. Nie pozostało nam nic innego jak położyć się na tych łóżkach i czekać, oraz
obserwować otoczenie. Za chwilę zauważyliśmy, że na bloku wszczął się jakiś ruch, kilku
więźniów niosło duże kotły. Wśród klątw, przepychań, a nawet bójek zaczął się formować ogonek
po odbiór kolacji. Ja naturalnie razem z kolegami czekaliśmy na uboczu. Tymczasem blokowy i
stubendieści wydawali kolację, a pisarz odhaczał każdego w swym wykazie. Pierwsi dostali kolację
ci, którzy ją przynieśli i to jak zdążyłem zauważyć dostali większe porcje od pozostałych. Na
kolację składało się pół litra brambori liści różnych krzewów, 1/8 chleba i po 3 – 4 ziemniaków.
Gdy ogonek zbliżał się ku końcowi, ustawiłem się również z kolegami w kolejce (Maj, Krajewski,
Kulik, Dobosz, Moruń i inni, których nazwiska już zapomniałem). Gdy doszedłem do kotła
blokowy powiedział, że kolacji dla nas nie ma jeszcze dzisiaj, lecz dostaniecie tylko herbatę i
brambori. Otrzymaliśmy po pół litra tej herbaty i po po 3 ziemniak. Ziemniaki nie bardzo nam
smakowały, mimo, że od rana nie mieliśmy nic w ustach, natomiast herbatę, mimo, że była cierpka
wypiłem, gdyż pragnienie bardzo mi już dokuczało a starzy mieszkańcy tego bloku nie radzili pić
wody nieprzegotowanej.
Położyłem się na swoim barłogu i rozmyślałem jak się stąd wydostać. Rozmyślania te nie
bardzo były wesołe, gdyż w różnych stronach bloku od czasu do czasu odzywały się jęki i
majaczenia ciężko chorych, oraz przekleństwa blokowego, przepędzającego jakimś kablem do
latryny chorych więźniów na biegunkę. Ci biedacy nie mogli ze swymi dolegliwościami za daleko
uciec i po prostu załatwiali się po drodze, w biegu, tak na bloku jak i pod ścianą bloku.
Rozmyślania moje zostały tez przerwane przez poszukujących żeru nowych lokatorów, których
obecność poczułem już na swoim ciele – wszy. A ściągnęło ich dość dużo, gdyż mimo późnej pory
nie dały mi usnąć. Dopiero nad ranem na chwilę zdrzemnąłem się, lecz wrzaskliwe aufschtehen,
poderwało mnie na nogi. Jest dopiero godz. 4, a w blokach jest już ruch i gwar. Wstawanie,
ubieranie się, ścielenie łóżka. Kilku ochotników poszło po kawę. Ustawianie się w ogonku, tym
razem już śmielej zająłem miejsce po kawę. Wniesiono dwa kotły, po po otwarciu ich buchają kłęby
pary . Każdy podstawia swoja miskę pod chochle. Jedni wypijają od razu cała zawartość miski i już
po śniadaniu, inni wyłuskują z zanadrza wczorajszy kawałeczek chleba, który skrupulatnie dzielą na
cały dzień, inni zjadają ziemniaki zostawione od wczoraj. Jeszcze inni skarżą się, że odłożony
kawałek chleba od wczoraj zginął gdzieś w nocy. Ja wypiłem swoją cierpką kawę i wyszedłem na
dwór, dla załatwienia potrzeb fizjologicznych. Po wyjściu zauważyłem ciągnących pod górę, t.
Znaczy w kierunku latryny, całe sznury więźniów. Poszedłem za nimi. Na końcu placu apelowego,
tuż za blokiem 10 i 20 stała latryna. Z daleka dolatywał do nozdrzy zapach fekalii ludzkich
pomieszanych z zapachem wapna chlorowanego.
Miejsce było stosunkowo małe na tak dużą ilość osób. Trzeba było stać w kolejce. Zator w tym
miejscu potęgowało jeszcze i to, że niektórzy dotknięci uporczywymi biegunkami siedzieli dość
długo. Stojąc tutaj w ogonku czułem wielki niesmak, nawet wstręt do tego miejsca, a równocześnie
też obawę, że mogę po prostu ulec zakażeniu i też zachorować. Po powrocie pod blok macierzysty
zaczęło się już trochę rozwidniać. Koło umieszczonych między blokami kranów z woda kręciło się
trochę chętnych do mycia. Przed blokiem leżało już trochę ludzkich szkieletów , to ci, którzy umarli
w nocy. Na tradze znajdującej się pod ścianą bloku usadawiano konającego już, z pianą na ustach
starszego więźnia. Widok ten był dla mnie wstrząsający, Porzuciłem zamiar mycia się, ogarnęła
mnie jakaś apatia. Z tego przygnębienia wyrwany zostałem komenda – antreten – zbiórka.
Równocześnie blokowy zawołał : zugangi do mnie. Ustawił na s w szeregu i poinformował jak
należy się zachować przy komendzie die Mitzen ab i de Mitzen auf . Kilkakrotnie przećwiczył z
nami tę ważną czynność i skoro uznał, że robimy to sprawne i równo poinformował nas, że
przechodząc przed każdym SS – manem należy zdjąć czapkę, tak samo należy się zachować gdy się
z nim rozmawia .
Następnie zaprowadził nas na plac apelowy, gdzie ustawiły się już poszczególne bloki piątkami.
Na końcu każdego bloku układano chorych i zmarłych. Na apelu muszą się stawić wszyscy tak
żywi, jak i chorzy, oraz martwi – liczba musi się zgadzać. Po dość długim oczekiwaniu, gdy już
dobrze rozwidniało się, przez bramę zaczęli wchodzić SS – mani. Blokowy zaczął przynaglać do
porządnego ustawiania się, wyrównania szeregów i rzędów. Wyrównane jak pod sznur rzędy i
szeregi oczekiwały na apel. Z grupy stojących SS – manów zaczęli odchodzić poszczególni z nich,
tzw. Blokfürerzy, kierując się każdy do swego bloku. Blokowy podał komendę Stielgestanden, die
Mitzen ab. Podszedł do zbliżającego się SS – mana i złożył mu raport w języku niemieckim: Blok
13, stan – winno być (tutaj podał liczbę), jest – podał stan obecnych na apelu. Teraz blokowy stanął
w pierwszym szeregu w pierwszej piątce a SS – man zaczął licznie. Teraz zorientowałem się jak
bardzo ułatwiało to liczenie Niemcom ustawienie więźniów piątkami. Wszystko się zgadzało i SS
– man odszedł. Padła komenda die Mitzen auf i stoimy dalej. Gdy już pozbierano meldunki ze
wszystkich bloków, obliczenia z całego pola zostały zakończone i wszystko się zgadzało, jeden z
SS – manów donośnym głosem podał jeszcze raz komendę dla wszystkich bloków, die Mitzen ab.
Lagerfürerowi. Następnie komenda die Mitzen auf i apel poranny zakończony. Teraz z kolei
komenda Arbeitskomando forniren. Sztubowi odciągnęli chorych i martwych pod bloki, a na placu
apelowym rozpoczęło się formowanie komand roboczych. Arbeitskomanda formowali poszczególni
kapo, spisując sobie numery wszystkich więźniów ze swojej grupy. Ja ze swymi kolegami czuliśmy
się jak zagubieni w lesie. Staliśmy na uboczu. Plac apelowy zaczynał pustoszeć, komanda jedne za
drugim opuszczały plac, wychodząc przez bramę równym, miarowym krokiem. W bramie na
chwile postój, kapo melduje nazwę komanda i ilość zabieranych więźniów. Znowu ta sama
procedura – czapki zdjąć, gdy komando przechodzi przez bramę, po przejściu jej czapki nałożyć.
Komanda wychodzące poza obręb obozu otrzymały swój przydział wachmanów, tym razem były to
przeważnie litewskie oddziały SS. Ja i kilku innych moich kolegów po opuszczeniu placu
apelowego zostałem złapany przez kapo do Latrinekomando.
Było [nas] 8 chłopców. Zadanie nasze polegało na wywożeniu fekalii z latryny na pole.
Wywoziło się je dużym, ciężkim wozem , na którym była umieszczona beczka. Fekalii z dołu
kloacznego nabierało się wiadrami dziurawymi i wlewało z góry do beczki. Wstręt człowieka
ogarniał już na sam widok takiej pracy, a co dopiero, gdy po podaniu kilku wiader, cały już ociekał
nieczystościami. Jednego z zugangów po podaniu kilku wiader chwyciły torsje. Gdy beczka była
już pełna należało wóz wypchać na pole i tam wypuścić jej zawartość na role. Wóz był duży, ciężki,
koła były wielkości człowieka, niesmarowane osie, stąd dobrze trzeba było się zapierać aby mógł
się toczyć naprzód. Gdy jeszcze pchaliśmy po ubitym terenie, to było pół biedy, ale skoro
wjechaliśmy na role wóz stanął. Z miejsca posypały się na nasze głowy i plecy razy kija
trzymanego w ręku kapo. Każdy wtedy wydal z siebie maksimum wysiłku na jaki go było stać i
wóz ruszył powoli naprzód. Po zapchaniu wozu na miejsce przeznaczenia i opróżnieniu go , pot z
każdego ściekał strumieniami, każdy ciężko dyszał a w głowie czuło się zawrót. Postanowiłem
wtedy że za wszelka cenę muszę w następnych dniach uciec do innego komanda, gdyż praca w
Latrinekomando w bardzo szybkim czasie zużyje moje siły. Dzisiaj było jeszcze sucho na polu, a co
będzie gdy na skutek opadów rozmięknie rola. Widziałem później z daleka takie sceny, jak bez
przerwy kilku SS – manów , kapo obijało pejczami i kijami więźniów pchających wozy z fekaliami,
przez grząskie drogi i rozmiękła role. Az ciarki przechodziły po grzbiecie, gdy się na to patrzyło.
Niektórzy padali przy wozie w błoto i już się nie podnosili. Spędzano wtedy innych w pobliżu
pracujących i przy pomocy dzikich wrzasków i bicia wóz ruszył powoli i toczył się dalej. Abanga, t
[o] znaczy tego , który przy tej pracy wyzionął ducha, za nogi zawleczono na plac apelowy.
Abangów, t [o] zn[aczy] tych co odeszli rozbierano do naga (ubranie było potrzebne dla
następnych) i układano pod blokami. Następnie w czasie dnia specjalne komanda zabierały te
szkielety obciągnięte skorą i układali na wozie jak snopy zboża i pchali do krematorium, ciągle
nieprzyjemnie dymiącego, które w tym czasie mieściło się między I a II polem. W czasie
następnych operacji napełniania beczki, miałem możność lepiej przyjrzeć się otoczeniu. Latryna
stała blisko drutów. Przed drutami była tzw. strefa śmierci, granica jej była oznaczona pojedynczym
drutem i ustawionymi tablicami ostrzegawczymi w pewnej odległości od siebie. Na tablicach były
napisy w trzech językach: Achtung, Todesene, Stoj nie prestupaj grozit smiertiu, Strefa śmierci.
***
Zacząłem powoli orientować się, że poszczególne narodowości trzymają się razem i członkowie
tych grup starają się pomagać szczególnie członkom swych grup narodowościowych. Najlepiej i
najsprawniej robią to Rosjanie. Widzi się u nich największa solidarność narodowościowa. Ja
mogłem się przekonać z rozmów prowadzonych z Rosjanami, większość z nich to jeńcy wojenni,
pozostała część to uciekinierzy z przymusowych robót w Niemczech, gdzie zostali wywiezieni i
przyłapani w czasie ucieczki do domu.
***
Jest późna noc, gaszą światła, wszyscy układają się spać, tylko chorzy z biegunką i głośne
majaczenie gorączkujących zakłócają ciszę nocna. Wtem odzywa się terkot karabinu maszynowego
– "znów ktoś poszedł na druty" – uświadamia mnie sąsiad. Na drugi dzień idąc do latryny
zobaczyłem tuz przy drutach leżącego więźnia – Polaka. Jeszcze żył. Później po rannym apelu
pracując w Latrinekomando widziałem jak przyszedł SS – man , obejrzał go, wyjął pistolet i dobił
strzałem w skroń. Tego dnia nie udał mi się wkręcić do innego komanda, zostałem znowu
schwytany do tej samej pracy co i wczoraj. Lecz już więcej szczegółów ze swego otoczenia
mogłem zobaczyć. Otóz na wysokości latryny był blok 20, odgrodzony od reszty bloków
dodatkowym drutem kolczastym. Przebywali w nim więźniowie bardzo chorzy, wycieńczeni,
bardzo dużo z nich umierało, jak się później zorientowałem, co kilka dni podjeżdżał tam samochód
i zabierał tych, którzy jeszcze żyli do krematorium A krematorium dymiło bez przerwy. Z rozmów
ze starszymi więźniami dowiedziałem się, że pól jest 5. Na 4 polach są mężczyźni, a na polu V są
kobiety. Za V polem buduje się duże, nowe krematorium. Na polach II, III, IV są przeważnie Polacy
i Żydzi polscy. W trzech blokach na I polu mieścił się rewir, na bloku 2 był oddział chirurgiczny, na
4 bloku oddział zakaźny, a na bloku 5 oddział dla chorych z biegunkami. Starzy więźniowie
ostrzegali aby nie iść nigdy na rewir, gdyż jak mówili, który z ich kolegów tam poszedł, to już na
swój blok nie wrócił. Układane zwłoki ludzkie przed każdym blokiem zabierało codziennie
specjalne komando na wozy i pchali je w kierunku krematorium.
***
Wielką radość przeżywałem w tej chwili, trudno ja wyrazić słowami, jak szczęśliwy byłem wtedy.
Wydawało mi się, że drugi raz się narodziłem wydawało mi się, że śnię, że wszystko, co przeżyłem
ostatnio , co widziałem było nieprawda. Znowu jestem człowiekiem, tak, jak inni, którzy chodzą po
ulicy. Równocześnie zacząłem się zastanawiać, jak to się stało, że Niemcy nie rozszyfrowali mnie,
lecz jeszcze zwolnili. Wiedziałem, ze jeżeli znalazłem się teraz na wolności, to tylko na pewno
dzięki staraniom mojego starszego brata Czesława.
Od brata dowiedziałem się, że w czasie swoich starań pisał podania o zwolnienie wszędzie gdzie
się dało, do Franka, do czerwonego krzyża, do różnych osobistości niemieckich jak i instytucji.
Uzasadniał swoje podanie tym, że nie byłem karany, jak również i tym, ze mam iść do junaków.
Wszystkie te podania były potwierdzane przez władze gminne w Wysokiem. tak to dzięki
niedoskonałości administracji niemieckiej jak i szczęśliwemu losowi, jak i temu, że klęska
Niemców pod Wołgogradem chwilowo jak się wydawało zmieniła stosunek Niemców do Polaków,
sprawiły że wydostałem się z obozu koncentracyjnego na Majdanku...
V.
Listy osób pomordowanych i zamęczonych przez okupanta
Pochówki żołnierzy Armii Krajowej, Wojska Polskiego i innych na cmentarzu parafialnym w
Biłgoraju.
imię i nazwisko/pseudonim stopień
wojskowy/formacja/funkcja
data i miejsce zgonu
Hieronim Steliga
komendant rejonowy BCh
zmarł po przebytych obozach
24. IX. 1949
Ludwik Jamroz
kanonier, Wojsko Polskie (WP), 23 zginął 1939 roku w Biłgoraju
Dywizja Piechoty (D P)
Aleksander Dubosik
żołnierz WP, 23 D P
Wacław Matraś
zginął 1939 roku w Biłgoraju
żył lat 52, zginął w 1943 roku w
Dachau
Stanisław Matraś
żołnierz Armii Krajowej (AK)
żył lat 19, zmarł w 1947 roku
Józef Kowalski
kapral WP Korpus Bezpieczeństwa zginął w 1946 roku na terenie
Wewnętrznego (K B W)40
powiatu biłgorajskiego
Józef Sieradzki
szeregowy, żołnierz WP K B W
zginął w 1946 roku na terenie
powiatu biłgorajskiego
Edward Pysiewicz
żołnierz AK
poległ pod Osuchami 24 VI.
1944 roku
Jan Iwańczyk
żołnierz AK
zginął w 1944 roku
Mieczysław Lipiec
żołnierz AK
zginął w 1944 roku
Jan Łukasik
żołnierz AK
zginął w 1944 roku
Bronisław Futyma, ps.
"Szpak"
żołnierz AK
poległ w w 1944 roku pod
Osuchami
Józef Stegliński, ps. "Cord"
porucznik, komendant Rejonu AK zginął 24. VI. 1944 roku w
Biłgoraj, dowódca oddziału leśno - Puszczy Solskiej
dywersyjnego
Bolesław Dobrowolski
urodzony 3 VIII. 1919 r, poległ
pod Osuchami 24. VI. 2944
roku
Andrzej Brodziak
żołnierz AK
zginął pod Osuchami
Zdzisław Sobczyk
żołnierz AK
zginął w 1944 roku
Andrzej Wolanin
żołnierz AK
zginął w 1944 roku
Antoni Rugała
żołnierz AK
zginął 22. VII. 1944 roku w
Biłgoraju
Stefan Piotrowski
dziennikarz
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Witold Mane
porucznik, WP, 23 D P
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Władysław Wojtyniak
strażnik więzienny
zginął w 1942 roku w Biłgoraju
Jan Kowalski
strażnik więzienny
zginął w 1942 roku w Biłgoraju
Stanisław Michner
ppor. WP, 23 D P, 3 pułk ułanów
zginął 16. IX. 1939 roku
Michał Jasiewicz
ppor. WP, 23 Dywizji Piechoty 85 zginął 16. IX. 1939 roku
pułku,
Zygmunt Kostecki
kpt. WP, 8 pułk ułanów,
Józef Danek
szer. WP, 23 D P 17 pułk piechoty zginął 16. IX. 1939 roku w
(pp),
Biłgoraju
Wincenty "Żwawy" Pacyk
Stanisław Borowy, ps.
40
zginął 16. IX. 1939 roku w
Dzwoli
żył lat 24, po 3 letniej walce z
okupantem hitlerowskim zginął
pod Osuchami 24 VI. 1944 r.
plutonowy AK
leśniczy lasów państwowych,
Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego specjalna formacja wojskowa powołana w 1945 roku do zapewnienia
porządku wewnętrznego i walki z podziemiem niepodległościowym (pozostałości AK) oraz zbrojnymi
organizacjami ukraińskimi (UPA) i niemieckimi. Podlegał ministrowi bezpieczeństwa publicznego (1945-1954),
następnie ministrowi spraw wewnętrznych. wg.p://pl.wikipedia.org/wiki/Korpus_Bezpiecze%C5%84stwa_Wewn
%C4%99trznego
"Były"
Bolesław Wiśniewski
urodzony 14. I. 1904, zginął pod
Osuchami w obronie Ojczyzny
25. VI. 1944 r.
żołnierz AK
Adam Tadeusz Ludwik
zginął 24. VI. Pod Osuchami
żył lat 24, zamordowany przez
Gestapo 3. VII. 1944 roku
Stefan Mroczkowski
kpt. WP, 23 D P 5 pułk strzelców
piechoty
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
(...) Pawlak
szer. WP, 23 D P 77 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Michał Diaczek
ogniomistrz, ppor. WP, 23 D P
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Wojciech Ciepły
szer. WP, 23 D P 11 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Władysław Gałka
ułan WP, 23 D P 8 pułk
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
(...) Godlewski
kapral WP, 23 D P 73 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Józef Wrona
plutonowy WP, 23 D P 20 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Adam Kusz
szer. WP, 23 D P 11 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
(...) (...)
strażak, szer. WP, 23 D P 73 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Eugeniusz Skrzypa
uchodźca cywilny
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Zenon Nawrot
kapral WP, 23 D P pal.
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Paweł Sawicki
ppor. WP, 23 D P 20 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Teodor Walczak
WP, 23 D P 11 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Jan Wąsek
strzelec. WP, 23 D P
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Michał Sak
uchodźca cywilny
zginął 14. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Henryk Sak
uchodźca cywilny
zginął 14. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Halina Sak
uchodźca cywilny
zginęła 14. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Symeon Słyman
strz. WP, 23 D P 203 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Antoni Wolanin
żołnierz AK
zginął 10. VI. 1944 roku
ks. Jan Klukaczyński
ur. 19.VI. 1907, zginął 4. VII.
1944 roku w obronie ojczyzny
rozstrzelany przez Niemców
Jan Wolanin
żołnierz AK
zginął 5. VII. 1944
Jan Małek
żołnierz AK
zginął 5. VII. 1944 w Rapach
Stefan Mielnik
Żołnierz R O
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Władimir Adamson
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Zyhman
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Paweł Morus
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Antoni Czerwonka
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Jachosz
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Władysław Brożański
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Dymitr Gluch
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Czesław Kodowski
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jakub Jermak
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Ludwik Krzeszowiec
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Kawa
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Alojzy Walas
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Szczepan Wikos
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Bednarz
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Surmacz
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Aleksander Pieczonka
żołnierz AK
zginął 23. IX. 1943 roku
Michał Buczko
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Franciszek Łukasik
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Józef Najwer
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Moskwa
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Jan Bidniuk
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Franciszek Bednarz
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Marcin Litkowiec
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Józef Durosz
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 w Rapach
Stanisław Brodziak
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Antoni Siembioda
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Kazimierz Kwik
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Stanisław Konopka
żołnierz AK
zginął 22. VI. 144 roku pod
Osuchami
Józef Konopka
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Leon Mazur
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Jan Kaczmarczyk
żołnierz AK
zginął 22. VI. 144 roku pod
Osuchami
Sergiusz Głuszczak
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Piotr Kurant
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Józef Jaskułka
żołnierz AK
zginął 24. VI. 144 roku pod
Osuchami
Karczmarczyk Jan
lat 22 s. Stanisława z Biszczy,
zamordowany przez Gestapo
dnia 4. VII. 1944 roku
Kaczmarczyk Piotr
lat 20 s. Stanisława zmordowany
przez Gestapo dnia 16. VII.
1944 roku
Józef Bąk
żołnierz AK
zginął 4. VII. 1944 roku
Edward Zauszman
żołnierz AK
zginął 2. XII. 1945
Franciszek Plewa
strz. WP, 23 D P 201 pp
zginął 16. IX. 1939 roku w
Biłgoraju
Leon Jędrysik
strz. WP, 23 D P
zginął w 1939 roku
Bronisław Lubas
ppor. WP
zginął w 1946 roku w powiecie
biłgorajskim
Goraj
Tablica pomordowanych i zamęczonych parafian gorajskich przez okupanta hitlerowskiego w
latach 1941 – 1945
Czapka Antoni – sekretarz gminy, Czuryszek Jakub – nauczyciel, Bracha Lucjan, Gadziński Lucjan
Gawda Józef, Głuszczyński Bronisław, Chorębała Witalian, Chorębała Władysław, Kalinowski
Stefan, Kalita Marian, Kałamajka Jan, Kapica Jan, Kapica Nikodem, Karczmarczyk Jan, Kita
Wincenty, Kondrat Bartłomiej, Konopiński Stefan, Książek Jan, Kuraś Kazimierz, Kuraś
Stanisława, Kuraś Władysław, Łukasik Lucjan, Malec Bronisław, Malec Franciszek, Mazurek
Leonard, Misa Aleksander, Misa Jan, Misa Stanisław, Oleszek Józef, Pawelec Jan, Pędziwiatr
Julian, Szulc Lucjan, Wieleba Jan, Woźnica Stanisław, Żalewa Stefan, Żelasko Marian
Tablica pamiątkowa pomordowanych i zamęczonych parafian gorajskich przez okupanta
hitlerowskiego w obozach zagłady w latach 1941 – 1945
Bielak Jan, Bielak Aleksander, Bracha Stanisław, Dubaj walerian, Gąbka Jan, Gąbka Władysław,
Chorębała Antoni, Chorębała Nikodem, Kalinowski Stefan, Kapica Ksawery, Kleąk Jan, Kleąk
Władysław, Kuraś Bronisław, Kurpiński Walerian, Kondrat Jan, Misa Stanisław, Misa Jan, Momot
Lucjan, Michalski Feliks, Majewski Jan, Mazurek Jan, Malec Stanisław, Malec Władysław, Malec
Władysław, Oleszek Władysław, Oleszek Władysław, Obszyński Bolesław, Omiotek Bolesław,
Omiotek Stefan, Stępnik Edhart, Skurzak Franciszek, Tatara Władysław, Widz Kazimierz, Wyrostek
Aleksander, Żelask Alfons, Żelasko Stefan.
Księga Pomordowanych z terenu gminy Tereszpol, udostępniona przez władze gminy
Nazwisko i imię
miejscowość
Rok
Data śmierci
urodzenia
Opis zdarzenia
/
wiek
Wujec Julian
Hedwiżyn
1 miesiąc lipiec 1943
Tałanda Anastazja
Tereszpol- Kukiełki lat 85
N.N.
zamordowany przez
Niemców na Majdanku
17.09.1939r
zginęła od bomby
niemieckiej
17.09.1939r
żołnierz W. P. zabity przez
patrol niemiecki w
Tereszpolu obok gminy.
Pochowany na cmentarzu w
Tereszpolu
Głąb Józef
Lipa
Włodkowski Jan
17.09.1939
lat 34
Stalowa Wola
Skóra Franciszek
Tereszpol- Kukiełki
Kolibska Karolina z
Szeptuchów
Szeptuch Szczepan
18.09.1939
lat 14
żołnierz W. P. zabity przez
patrol niemiecki obok
gminy w Tereszpolu.
Pochowany na cmentarzu w
Tereszpolu.
oficer W. P. zginął w walce
z Niemcami w lesie obok
Szozdów. Pochowany na
cmentarzu w Tereszpolu.
17.09.1939
zginął od bomby
niemieckiej w TereszpoluKukiełki.
Tereszpol-Zaorenda lat 20
17.09.1939
zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie.
Tereszpol- Zaorenda lat 54
17.09.1939
zginął od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie.
Sitarczyk Katarzyna z
Szeptuchów
Tereszpol-Zaorenda lat 30
17.09.1939r
zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Sitarczyk Marian
Tereszpol- Zaorenda lat 2
17.09.1935r
Zginął od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Pieczykolan
Bronisława
Tereszpol- Zaorenda
17.09.1939
zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Wasąg Antoni
Tereszpol-Zaorenda
17.09.1939
zginął od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Pieczykolan
Anastazja z Wujców
Tereszpol -Zaorenda
17.09.1939
zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie.
Pieczykolan Zofia
Tereszpol- Zaorenda lat 42
17.09.1939
zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie.
Pieczykolan Adolf Stefan
Tereszpol- Zaorenda lat 3
17.09.1939
zginął od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Cielica Anastazja
Tereszpol -Zaorenda lat 19
17.09.1939 r zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Kiełbas Maria
Tereszpol- Zaorenda lat 23
17.09.1935r
zginęła od bomby
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
Żołnierkiewicz
Siemianowice
18.09.1939
zginął od bomby
lat 20
lat 16
lat 72
lat 25
Edmund – Stanisław - Śląskie
Antoni
Brodziak Stanisław
Szozdy
Paluch Jan
Tereszpol Zygmunty
Nieczaja Jan
niemieckiej w TereszpoluZaorendzie
lat 6
18.09.1939
zginął od pocisków
niemieckich w Szozdach
06.10.1942
zastrzelony przez Niemców
w Tereszpolu
Tereszpol-Zaorenda lat 28
06.02.1942
zabity podczas akcji
Swacha Aniela
Szozdy
lat 15
09.1942
zabita na polu przez
Niemców
Szarzyński Edward
Szozdy
1922
1942
zamordowany przez
Niemców w Niemczech
Górski Józef
Tereszpol- Zaorenda lat 22
15.03.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Krępiński Zdzisław
Tereszpol- Zaorenda lat 34
15.03.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Mazur Jan
Lipowiec
1923
Kurys Ksawery
Lipowiec
1915
Mielnik Katarzyna
Sochy
1895
01.06.1943
zamordowanaprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Piotr
Sochy
1900
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Olszyński Stanisław
Sochy
1891
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Józef
Sochy
1890
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Jakób
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sirko Stanisław
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Władysław
Sochy
Cielica Julian
Sochy
1934
01.06.1943
zamordowanaprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Anna
Sochy
1880
01.06.1943
zamordowanaprzez
lat 65
1894
1921
1910
1943
zabity na polu przez
Niemców
zabity obok domu przez
Niemców
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sirko Józef
Sochy
1886
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Stanisław
Sochy
1910
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Aniela
Sochy
1905
01.06.1943
zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Stanisław
Sochy
1933
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Szczepan
Sochy
1900
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sirko Agnieszka
Sochy
1896
01.06.1943
zamordowanaprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Andrzej
Sochy
1891
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szaja Paweł
Sochy
1891
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Michał
Sochy
1891
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Katarzyna
Sochy
1898
01.06.1943
zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Feliksa
Sochy
1927
Szarawa Stanisław
Sochy
1905
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kańczuła Henryk
Sochy
1903
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kimak Bronisław
Sochy
1911
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Borsuk Józef
Sochy
1909
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
01.06.1943 zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
pacyfikacji wsi Sochy
Kikut Jan
Sochy
1897
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
1905
Kikut Janina
Sochy
1921
Kikut Katarzyna
Sochy
1874
01.06.1943
j. w
Kikut Anna
j. w
1915
j. w
j. w
Skrzypa Katarzyna
j. w
1898
j. w
j. w
Skrzypa Józef
j. w
1900
j. w
j. w
Kikut Józef
Kapuśniak Stanisława Sochy
Skrzypa Piotr
Sochy
1927
1880
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Helena
Sochy
1920
zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Stanisław
Sochy
1928
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Jadwiga
Sochy
1890
01.06.1943
zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Maria
Sochy
1920
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Antoni
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Katarzyna
Sochy
1900
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sirko Michał
Sirko Janina
Sochy
Sochy
1890
1900
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1920
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Masztalewicz Piotr
Sochy
Masztalewicz Anna
Sochy
1908
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Masztalewicz
Genowefa
Sochy
1938
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Korona Stanisław
Sochy
1899
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Korona Katarzyna
Sochy
1899
01.06.1943 zamordowanaprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Korona Janina
Sochy
Korona Józef
Sochy
Sirko Jan
Sochy
Sirko Helena
Sochy
Sirko Agnieszka
Sochy
Sirko Marcin
Sochy
Sirko Maria
Sochy
Socha Katarzyna
Sochy
1939
01.06.1943
zamordowanaprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1942
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1910
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1937
1912
1876
1901
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
Niemców w czasie
01.06.1943 pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1875
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kimak Stanisława
Sochy
1909
Kimak Anna
Sochy
1939
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
1888
Ziomko Szczepan
Sochy
1896
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ziomko Piotr
Sochy
1886
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ziomko Mieczysław
Ziomko Czesław
Sochy
Sochy
1926
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Socha Jan syn
Marcina
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1930
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ziomko Józef
Sochy
1890
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Dyjak Szczepan
Sochy
1909
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Dyjak Agnieszka
Sochy
1909
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Dyjak Władysław
Sochy
1936
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Dyjak Józefa
Sochy
1940
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Andrzej
Sochy
1881
Popowicz Jan
Sochy
1925
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Adam
Sochy
1910
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Katarzyna
Sochy
1909
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
Popowicz Czesława
Popowicz Maria
Sochy
Sochy
1933
01.06.1943
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1937
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1941
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Edward
Sochy
Szabat Agnieszka
Sochy
1895
Szabat Jan
Sochy
1930
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1936
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1872
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szabat Janina
Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Góra Stanisław
Sochy
Socha Marcin
Sochy
1892
Socha Jan syn
Michała
Sochy
1911
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1913
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Socha Władysława
Sochy
Szarawa Antoni
Sochy
1911
01.06.1943
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Katarzyna
Sochy
1906
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Bronisława
Sochy
1936
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Józef
Sochy
1928
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Stanisław
Sochy
1941
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Pieczykolan
Katarzyna
Pieczykolan Feliksa
Sochy
Sochy
1890
1928
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Ewa
Sochy
1870
Psiuk Józef
Sochy
1921
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Gorczyński Michał
Sochy
1895
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1920
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szponar Karol
Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szponar Feliksa
Sochy
1922
Szponar Józef
Sochy
1897
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Gabriel
Sochy
1911
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Władysław
Sochy
1909
Ferenc Józefa
Sochy
1910
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Stanisław
Sochy
1904
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Antoni
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kikut Michał
Sochy
1878
Rataj Czesław
Sochy
1910
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Rataj Czesław
Sochy
1910
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Rataj Czesław
Sochy
1910
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Rataj Aniela
Sochy
1911
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Maria
Sochy
1882
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Dobosz Janina
Sochy
1923
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Grzyb Stanisław
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Psiuk Józef
Sochy
1910
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Świst Michał
Świst Anna
Sochy
Sochy
Sochy
1920
1922
1929
Świst Stanisława
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
1870
Czochra Jan
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1907
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1884
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Czochra Maria
Sochy
Gnida Jan
Sochy
Gnida Katarzyna
Sochy
1886
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Czochra Agnieszka
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Skóra Szczepan
Sochy
1911
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Franciszek
Sochy
1909
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Bronisława
Sochy
Żołdak Katarzyna
Sochy
1917
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w c zasie
pacyfikacji wsi Sochy
1873
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Stanisław
Sochy
1914
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Anna
Sochy
1920
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Eleonora
Sochy
Żołdak Stanisław
Sochy
1910
01.06.1943
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1940
Żołdak Władysław
Sochy
Żołdak Jan syn
Michała
Sochy
1899
Żołdak Janina
Sochy
1935
Zamordowan aprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1908
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
01.06.1943 pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Oleszczak Kazimierz Sochy
1888
01.06.943
Oleszczak Stanisław
Sochy
1925
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skrzypa Władysław
Sochy
1912
Skrzypa Maria
Sochy
1915
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 zamordowany przez
Mielnik Szczepan
Pieczykolan Piotr
Sochy
Sochy
1896
1913
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Józef
Sochy
1917
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Jan
Sochy
1875
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Agnieszka
Sochy
1875
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Andrzej
Sochy
1884
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Maria
Sochy
1880
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Eustachy
Sochy
1900
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Anastazja
Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1900
Cielica Michał
Sochy
1885
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Pieczykolan Jan
Sochy
1907
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1902
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Michał
Sochy
Kikut Stanisław
Sochy
1902
Skóra Józef , syn
Adama
Sochy
1906
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Duda Franciszek
Sochy
1898
01.06.1943
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Duda Szczepan
Skóra Stanisław
Sochy
Sochy
1928
01.06.1943
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1895
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skóra Michał
Sochy
1875
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skóra Maria
Sochy
1896
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skóra Józef
Sochy
Skóra Franciszek
Sochy
1928
1930
1877
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
Grabias Jan
Sochy
1917
Gzik Mateusz
Sochy
1890
Sochy
Grzyb Feliksa córka
Stanisława
Sochy
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
1925
Sochy
Jednacz Feliks
Sochy
Obszyński Bronisław, Sochy
syn Michała
Socha Krystyna,
córka Jana
Sochy
01.06.1943
1924
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Olszyński Szczepan
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Katarzyna
Psiuk Ignacy syn
Andrzeja
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Masztalewicz
Aleksander
Sochy
1900
Masztalewicz Anna z Sochy
Kikutów
1908
Masztalewicz
Eugenia
1937
Hatalski Henryk
Sochy
Sochy
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
lat 25
Cielica Jan
Sochy
lat 30
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Jan
Sochy
lat 30
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Jan
Sochy
lat 4
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
zamordowany przez
3 miesiące 01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Stanisław
Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Zbigniew
Sochy
Cielica Jan, syn
Piotra
Sochy
3
Cielica Jan, syn
Michała
Sochy
01.06.1943
Nizio Stanisław
lat 12
01.06.1943
01.06.1943
Turzyniecka Stefania Józefów Biłgorajski
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.194 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1927
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szymbor Genowefa
Józefów Biłgorajski
1926
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Korona Józef, syn
Józefa
Górecko
lat 35
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Bazyli
Ołyszczak Andrzej
TereszpolZygmunty
Zabity przez Niemców
1905
Wywłoczka
01.06.1943
01.06.1943
Tereszpol-Zaorenda
Sobań Katarzyna
lat 45
06.1943
03.07.1943
Łosiewicki Jurek
Lipowiec
Bosiak Władysław
Hedwiżyn
Bosiak Jan
Hedwiżyn
1927
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zabita przez Niemców w
Tereszpolu - Zaorendzie
Zabity przez Niemców w
Panasówce
lat 50
zamordowany przez
06.06.1943 Niemców w Biłgoraju
lat 20
zamordowany przez
06.06.1943 Niemców w Biłgoraju
lat 46
zamordowanaprzez
06.06.1943 Niemców w Biłgoraju
Bosiak Lidia
Hedwiżyn
Bosiak Stanisław
Hedwiżyn
lat 16 06.06.1943
Bosiak Anna
Hedwiżyn
lat 12
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
06.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w Biłgoraju
06.06.1943
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
Bosiak Mirosław
Hedwiżyn
lat 10
Bosiak Tadeusz
Hedwiżyn
lat 8
06.06.1943
Oleszek Władysław
Hedwiżyn
lat 32
07.1943
Pawluk Tadeusz
Tereszpol-Zaorenda
1923
06.06.1943 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
Łosiewicz Antoni
Lipowiec
1923
08.07.1943 Zabity w Lipowcu
Sobań Adam
TereszpolZygmunty
1916
Zabity przez Niemców
02.07.1943 podczas akcji w Tereszpolu
Karpik Stanisław
TereszpolZygmunty
1894
Skóra Michał
TereszpolZygmunty
1923
Gnyp Roman
Tereszpol- Zaorenda
lat 24
Olechowski Jan
Tereszpol- Zaorenda
lat 34
30.07.1943
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Hedwiżynie
Zabity przez Niemców
podczas akcji w Tereszpolu
08.07.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Margolach
01.07.1943 zamordowany przez
Niemców w obozie
koncentracyjnym w
Majdanku
zamordowany przez
08.07.1943 Niemców w obozie na
Majdanku
Sitarz Kazimiera
Hedwiżyn
lat 6
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szymaniak Ludmiła
Hedwiżyn
lat 9
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Szymaniak Janina
Hedwiżyn
lat 7
07.1943
Zamordowana przez
Niemców na Majdanku
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szymaniak Teresa
Hedwiżyn
lat 2
Szymaniak Stanisław Hedwiżyn
1 rok
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Cielica Czesław
Hedwiżyn
lat 6
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Cielica Katarzyna
Hedwiżyn
lat 9
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Jagieło Stanisław
Hedwiżyn
Żmudzki Leon
Hedwiżyn
Pięciurek Zofia
Hedwiżyn
lat 7
lat 20
lat 19
1943
Zastrzelona przez Niemców
w lesie Hedwiżańskim
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Hedwiżyn
3
miesiące
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Wujec Kazimierz
Hedwiżyn
lat 4
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szuper Leokadia
Hedwiżyn
7
miesięcy
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Szuper Krystyna
Hedwiżyn
2 miesiące
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Wszoła Józef
Hedwiżyn
lat 51
1943
Gnida Agnieszka
Hedwiżyn
lat 70
Borowiec Paulina
Zmarł po powrocie z
Majdanku
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Kulasza Stanisław
Hedwiżyn
lat 47
07.1943
Kulasza Szczepan
Hedwiżyn
lat 8
07.1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
07.1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
Kulasza Stanisław
Hedwiżyn
Mendel Józef
Poręby
Jóźwiakowski
lat 3
lat 48
16.08.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Czesław
Tereszpol -Zaorenda
Jóźwiakowska Maria Tereszpol -Zaorenda
Gromadzki
Franciszek
Korczów
Osmólska Józefa
Bukownica
lat 39
lat 28
1902
lat 67
08.1943
08.1943
"Gestapo" w TereszpoluZaorendzie
Zamordowana przez
"Gestapo” w TereszpoluZaorendzie
zamordowany przez
04.07.1943 Niemców w czasie akcji w
Tereszpolu- Kukiełkach
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Pieczykolan
Anastazja
Bukownica
lat 70
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Palikot Aniela
Bukownica
lat 70
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Pieczykolan Piotr
Bukownica
08.1943
lat 80
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Tereszpol- Zaorenda
lat 39
08.1943
zamordowany przez
"Gestapo" w TereszpoluZaorendzie
Jóźwiakowska Maria Tereszpol -Zaorenda
lat 28
08.1943
Zamordowana przez
"Gestapo” w TereszpoluZaorendzie
Gromadzki
Franciszek
1902
Jóźwiakowski
Czesław
Korczów
Osmólska Józefa
Bukownica
Pieczykolan
Anastazja
Bukownica
zamordowany przez
04.07.1943 Niemców w czasie akcji w
Tereszpolu- Kukiełkach
lat 67
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
lat 70
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Palikot Aniela
Bukownica
Pieczykolan Piotr
Bukownica
lat 80
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Pieczykolan Adam
Bukownica
lat 60
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Rybak Józef
Bukownica
lat 70
lat 70
Szabat Jan
Bukownica
lat 38
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szabat Krystyna
Bukownica
lat 6
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szabat Wacław
Bukownica
lat 2
Strykowski Adam
Strykowska Aniela
Ratwica
Ratwica
lat 70
lat 65
1943
zamordowany w czasie
akcji w Bukownicy
1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie akcji w
Bukownicy
Strykowski Józef
Ratwica
lat 32
1943
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Bukownicy
Wujcik Józef
Bukownica
lat 32
1943
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Bukownicy
Bogdanowicz Michał Bukownica
lat 2
1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
Gieruła Michał
Bukownica
lat 2
1943
Ryczko Jan
Wolaniny
lat 40
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Niemców w obozie na
Majdanku
Czerwonka Antoni
Wolaniny
lat 50
1943
zamordowany przez
Niemców pod Rogalami
Macocha Józef
Bukownica
lat 2
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Strykowski Jan
Ratwica
lat 3
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 2
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
lat 13
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Strykowska
Katarzyna
Ratwica
Stręciwilk Władysław Bukownica
Stręciwilk Józef
Bukownica
lat 3
1943
Bogdanowicz
Czesław
Bukownica
lat 2
1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
Szponar Stanisław
TereszpolZygmunty
Wszoła Stanisław
TereszpolZygmunty
1898
10.09 1943
Mostowski Jan
TereszpolZygmunty
1892
zamordowany przez
10.09.1943 Niemców w Majdanku
lat 49
Zamordowana przez
23.10.1943 Niemców w Majdanku
lat 40
zamordowany przez
23.10.1943 Niemców w Majdanku
Górecki Władysław
Tereszpol -Kukiełki
Bołociuch Stanisław
Tereszpol -Kukiełki
1918
10.09.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Lesiecki Franciszek
Tereszpol- Zaorenda
lat 47
Lesiecki Michał
Tereszpol- Zaorenda
lat 27
Lesiecki Stanisław
Tereszpol- Zaorenda
lat 23
Dobosz Piotr
Tereszpol -Zaorenda
zamordowany przez
09.10. 1943 Niemców w Majdanku
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 43
09.10 1943
zamordowany przez
09.10.1943 Niemców w Majdanku
Sitarz Michał
Tereszpol-Zaorenda
lat 45
Tutis Józef
Poręby
lat 25
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Zdzioch Michał
Tereszpol-Zaorenda
lat 42
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Zdzioch Bazyli
Tereszpol-Zaorenda
lat 51
Kiesz Józef
Poręby
lat 42
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Kiesz Bolesław
Poręby
lat 20
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Kleban Franciszek
Tereszpol -Kukiełki
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 42
17.11.1943
zamordowany przez
04.10.1943 Niemców w Tereszpolu
Sitarz Jan
Tereszpol- Zaorenda
lat 33
Tutis Józef
Poręby
lat 25
Terejko Antoni
Lipowiec
lat 40
Grela Adam
Tereszpol -Zaorenda
lat 31
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
27.12.1943 zamordowany przez
Niemców w Niemczech
06.04.1943 zamordowany przez
Niemców na stacji
Krasnobród
Czajka Jan
Lipowiec
1916
02.02.1944 zamordowany przez
Niemców w Zwierzyńcu
Lesiecki Józef
Tereszpol -Zaorenda
lat 22
02.02.1944 zamordowany w
Zwierzyńcu
Wolanin Józef, syn
Stanisława i Anny
02.02.1944
zamordowany przez
02.02.1944 Niemców w Zwierzyńcu
Rugała Jan
Tereszpol -Zaorenda
lat 33
Rugała Antoni
Tereszpol- Zaorenda
lat 31
Pieczykolan
Franciszek, syn
zamordowany przez SS w
Zwierzyńcu
lat 33
lat 40
zamordowany w Biłgoraju
zamordowany przez
02.02.1944 Niemców w Zwierzyńcu
Michała
Wolanin Józef, syn
Szczepana
Pieczykolan Józef
Tereszpol-Zaorenda
Pieczykolan Tadeusz,
syn Józefa i
Tereszpol-Zaorenda
Franciszki
lat 51
02.02.1944 zamordowany przez
Niemców w Zwierzyńcu
lat 38
02.02.1944 Zastrzelony w Zwierzyńcu
1928
02.02.1944 Zastrzelony publicznie na
placu rynkowym w
Zwierzyńcu
Zastrzelony publicznie na
placu rynkowym w
Zwierzyńcu
Marzec Stanisław
TereszpolZygmunty
1895
02.02.1944
Zubala Józef
Tereszpol -Kukiełki
lat 42
Zabity przez Niemców w
15.04.1944 czasie akcji
Marzec Weronika
Tereszpol-Kukiełki
lat 23
Zabita przez Niemców na
15.04.1944 polu w czasie akcji
Bury Eustachy
Tereszpol- Kukiełki
lat 52
07.04.1944 Zastrzelony na Zamku
Ksiądz Józef
Tereszpol- Kukiełki
lat 44
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Mazur Andrzej
Tereszpol- Kukiełki
lat 51
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 38
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Brzozowski Michał
Kukiełka Piotr
Kukiełka Szczepan
Tereszpol-Kukiełki
Tereszpol-Kukiełki
Tereszpol- Kukiełki
lat 41
lat 39
07.04.1944
Zginął w obozie
koncentracyjnym w
Majdanku
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców w obozie
koncentracyjnym w
Majdanku
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców w obozie w
Majdanku
Bury Józef, syn
Józefa
Tereszpol- Kukiełki
lat 48
Litwin Piotr
Tereszpol- Zaorenda
lat 33
Zdzioch Michał
TereszpolZaorenda
lat 55
Lesiecki Franciszek
Tereszpol- Zaorenda
lat 24
Brud Józef
sołtys gromady
Tereszpol -Zaorenda
Tereszpol -Zaorenda
lat 31
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Skóra Michał
Tereszpol -Zaorenda
lat 24
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Zastrzelony przez Niemców
07.04.1944 na Zamku w Lublinie
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
07.04.1944
zamordowany na Zamku w
Lublinie
Nizio Józef
Tereszpol -Zaorenda
lat 35
Rugała Józef
Tereszpol -Zaorenda
lat 52
Kurzyński Stanisław
podsołtys gromady
Tereszpol -Zaorenda
Tereszpol -Zaorenda
lat 40
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
07.04.1944
Sikorski Józef
Tereszpol -Zaorenda
lat 38
zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców
zamordowany przez
Niemców
Sikorski Jan
Tereszpol -Zaorenda
lat 27
07.04.1944
Świst Jan
Tereszpol -Zaorenda
lat 21
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Jurak Mieczysław
Tereszpol -Zaorenda
1924
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
1918
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Jurak Wacław
Tereszpol -Zaorenda
Wasąg Bronisław, syn
Antoniego i Teofili
Tereszpol -Zaorenda
Wasąg Mieczysław,
syn Antoniego i
Teofili
Litwin Stanisław
Tereszpol- Zaorenda
1917
07.04.1944 Zginął od kuli okupanta na
Zamku w Lublinie
1924
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
lat 38
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
07.04.1944
Pieczykolan
Kazimierz
Tereszpol -Zaorenda
lat 52
zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
Surmacz Marcin
Tereszpol -Zaorenda
lat 32
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Wasąg Kazimierz
Tereszpol -Zaorenda
1916
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Lesiecka Katarzyna,
żona Franciszka
Tereszpol- Zaorenda
lat 58
Zamordowana przez
25.05.1944 Niemców w Zamościu na
Rotundzie
Rapa Jan
Tereszpol- Zaorenda
1900
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
Tereszpol-Zaorenda
27.0 zamordowany przez
lat 34 6.1944
Niemców w Biłgoraju
Bąk Józef
Tereszpol-Zaorenda
27.06.1944 zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
Kurys Jan
Tereszpol-Zaorenda
Gaca Michał
lat 22
lat 58
27.06.1944
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
Kukiełka Aniela
Tereszpol- Kukiełki
lat 35
Zginęła jako partyzantka od
15.07.1944 kuli okupanta w lesie pod
Osuchami
Szarawa Michał, syn
Michała
Tereszpol- Zaorenda
1916
Zabity przez Niemców w
15.08.1944 Czarnymstoku w drodze z
Majdanka
Skubisz Michał
Hedwiżyn
lat 33
Gierula Wojciech
Bukownica
lat 33
Zabity przez Niemców w
24.06.1944 czasie akcji pod Osuchami
06.1944
Zginął od kuli okupanta w
lesie pod Osuchami
Popowicz Jan
Sochy
1925
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Adam
Sochy
1910
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Katarzyna
Sochy
1909
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Czesława
Sochy
1933
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Popowicz Maria
Sochy
1937
Popowicz Edward
Sochy
1941
Szabat Agnieszka
Sochy
1895
Szabat Jan
Sochy
1930
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1936
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szabat Janina
Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
zamordowany przez
Góra Stanisław
Socha Marcin
Sochy
Sochy
1872
1892
Socha Jan syn
Michała
Sochy
1911
Socha Władysława
Sochy
1913
Szarawa Antoni
Sochy
Szarawa Katarzyna
Sochy
1911
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1906
zamordowanaprzez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Bronisława
Sochy
1936
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Józef
Sochy
1928
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szarawa Stanisław
Sochy
Pieczykolan
Katarzyna
Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1941
01.06.1943
1890
01.06.194 Zamordowana przez
3
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1928
01.06.194 zamordowanaprzez
3
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Pieczykolan Feliksa
Sochy
Mielnik Ewa
Sochy
1870
Psiuk Józef
Sochy
1921
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1895
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1920
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Gorczyński Michał
Sochy
Szponar Karol
Sochy
Szponar Feliksa
Sochy
1922
01.06.1943
01.06.1943
zamordowanaprzez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szponar Józef
Sochy
1897
Szarawa Gabriel
Sochy
1911
Ferenc Władysław
Sochy
1909
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Józefa
Sochy
1910
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Stanisław
Sochy
1904
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ferenc Antoni
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kikut Michał
Sochy
1878
Rataj Czesław
Sochy
1910
Rataj Aniela
Sochy
1911
Ferenc Maria
Sochy
01.06.1943
01.06.1943 zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Dobosz Janina
Sochy
1882
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1923
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Grzyb Stanisław
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Psiuk Józef
Sochy
1910
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Świst Michał
Sochy
1920
01.06.1943
01.06.1943
Świst Anna
Sochy
1922
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Świst Stanisława
Sochy
Czochra Agnieszka
Sochy
1870
Czochra Jan
Sochy
1901
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1907
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1884
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Czochra Maria
Sochy
Gnida Jan
Sochy
Gnida Katarzyna
Sochy
1929
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1886
Skóra Szczepan
Sochy
1911
Żołdak Franciszek
Sochy
1909
Żołdak Bronisława
Sochy
1917
01.06.1943
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Katarzyna
Sochy
1873
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Stanisław
Sochy
1914
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Anna
Sochy
1920
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Eleonora
Sochy
1910
Żołdak Stanisław
Sochy
1940
Żołdak Władysław
Sochy
1908
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Jan syn
Michała
Sochy
1899
Żołdak Janina
Sochy
1935
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Oleszczak Kazimierz Sochy
1888
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1925
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Oleszczak Stanisław
Sochy
Skrzypa Władysław
Sochy
1912
Skrzypa Maria
Sochy
1915
Mielnik Szczepan
Sochy
1896
Pieczykolan Piotr
Sochy
1913
Mielnik Józef
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
1917
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Jan
Sochy
1875
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Agnieszka
Sochy
1875
Zamordowana przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1884
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Mielnik Andrzej
Sochy
Mielnik Maria
Sochy
1880
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Eustachy
Sochy
1900
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Anastazja
Sochy
1900
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Michał
Sochy
1885
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Pieczykolan Jan
Sochy
1907
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Żołdak Michał
Sochy
1902
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kikut Stanisław
Sochy
1902
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Skóra Józef , syn
Adama
Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Duda Franciszek
Sochy
1906
1898
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Duda Szczepan
Sochy
1928
01.06.1943
Skora Stanisław
Sochy
1895
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skora Michał
Sochy
1875
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Skóra Maria
Sochy
1896
Skóra Józef
Sochy
Skora Franciszek
Sochy
Popowicz Katarzyna
Sochy
Grabias Jan
Sochy
Gzik Mateusz
Sochy
1928
1930
01.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1917
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1890
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
1877
zamordowany przez
Gzik Jan
Sochy
1925
Mielnik Szczepan
Psiuk Ignacy syn
Andrzeja
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
zamordowany przez
01.06.1943 Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Grzyb Feliksa córka
Stanisława
Sochy
Olszynski Szczepan
Jednacz Feliks
01.06.1943
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Obszyński Bronisław Sochy
s. Michała
1925
1924
Socha Krystyna,
córka Jana
Sochy
Masztalewicz
Aleksander
Sochy
1900
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Masztalewicz Anna z Sochy
Kikutów
1908
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Masztalewicz
Eugenia
Sochy
1937
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Hatalski Henryk
Sochy
lat 25
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Jan
Sochy
lat 30
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Kapuśniak
Władysława
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Jan
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Stanisław
Sochy
lat 4
3 miesiące 01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Nizio Stanisław
Sochy
Mielnik Zbigniew
lat 12
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Jan, syn
Piotra
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Cielica Jan, syn
Michała
Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Turzyniecka Stefania Józefów Biłgorajski
1927
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Szymbor Genowefa
Józefów Biłgorajski
1926
01.06.1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Korona Józef, syn
Józefa
Górecko
lat 35
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
01.06.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie
pacyfikacji wsi Sochy
Ołyszczak Andrzej
Wywłoczka
Sobań Katarzyna
Tereszpol-Zaorenda
lat 45
Zabita przez Niemców w
Tereszpolu -Zaorendzie
03.07.1943 Zabity przez Niemców w
Panasówce
Łosiewicki Jurek
Lipowiec
TereszpolZygmunty
1905
01.06.1943 Zabity przez Niemców
Cielica Bazyli
Bosiak Władysław
Hedwiżyn
lat 50
zamordowany przez
06.06.1943 Niemców w Biłgoraju
lat 20
zamordowany przez
06.06.1943 Niemców w Biłgoraju
lat 46
Zamordowana przez
06.06.1943 Niemców w Biłgoraju
Bosiak Jan
Hedwiżyn
1927
06.1943
Bosiak Lidia
Hedwiżyn
Bosiak Stanisław
Hedwiżyn
lat 16 06.06.1943
Bosiak Anna
Hedwiżyn
lat 12
06.06.1943 Zamordowana przez
Niemców w Biłgoraju
06.06.1943
Bosiak Mirosław
Hedwiżyn
lat 10
Bosiak Tadeusz
Hedwiżyn
lat 8
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
06.06.1943
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
Pawluk Tadeusz
Tereszpol-Zaorenda
1923
zamordowany przez
06.06.1943 Niemców na Zamku w
Lublinie
Łosiewicz Antoni
Lipowiec
1923
08.07.1943 Zabity w Lipowcu
Sobań Adam
TereszpolZygmunty
Karpik Stanisław
TereszpolZygmunty
Zabity przez Niemców
podczas akcji w Tereszpolu
1894
Skóra Michał
TereszpolZygmunty
1923
Gnyp Roman
Tereszpol- Zaorenda
lat 24
Oleszek Władysław
Hedwiżyn
lat 32
Tereszpol-Zaorenda
Olechowski Jan
lat 34
30.07.1943
Zabity przez Niemców
podczas akcji w Tereszpolu
08.07.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Margolach
01.07.1943 zamordowany przez
Niemców w obozie
koncentracyjnym w
Majdanku
07.1943
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Hedwiżynie
zamordowany przez
08.07.1943 Niemców w obozie na
Majdanku
Sitarz Kazimiera
Hedwiżyn
lat 6
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Szymaniak Ludmiła
Hedwiżyn
lat 9
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Szymaniak Janina
Hedwiżyn
lat 7
07.1943
Zamordowana przez
Niemców na Majdanku
Szymaniak Teresa
Hedwiżyn
lat 2
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
1 rok
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szymaniak Stanisław Hedwiżyn
Cielica Czesław
Hedwiżyn
lat 6
Cielica Katarzyna
Hedwiżyn
lat 9
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Jagieło Stanisław
Hedwiżyn
lat 7
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Żmudzki Leon
Hedwiżyn
lat 20
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Pięciurek Zofia
Hedwiżyn
lat 19
1943
Gnida Agnieszka
Hedwiżyn
lat 70
07.1943
Zastrzelona przez Niemców
w lesie Hedwiżańskim
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Borowiec Paulina
Hedwiżyn
Wujec Kazimierz
Hedwiżyn
3
miesiące
lat 4
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szuper Leokadia
Hedwiżyn
7
miesięcy
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Szuper Krystyna
Hedwiżyn
2 miesiące
07.1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
lat 51
1943
Zmarł po powrocie z
Majdanku
Wszoła Józef
Hedwiżyn
Kulasza Stanisław
Hedwiżyn
lat 47
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Kulasza Stanisław
Hedwiżyn
lat 47
07.1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Kulasza Szczepan
Hedwiżyn
lat 8
07.1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
Kulasza Stanisław
Hedwiżyn
lat 3
07.1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
Mendel Józef
Poręby
lat 48
16.08.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Jóźwiakowski
Czesław
Tereszpol -Zaorenda
lat 39
08.1943
zamordowany przez
"Gestapo" w TereszpoluZaorendzie
Jóźwiakowska Maria Tereszpol- Zaorenda
lat 28
08.1943
Zamordowana przez
"Gestapo" w TereszpoluZaorendzie
Gromadzki
Franciszek
Osmólska Józefa
Pieczykolan
Anastazja
Palikot Aniela
Korczów
Bukownica
Bukownica
Bukownica
1902
lat 67
lat 70
lat 70
Pieczykolan Piotr
Bukownica
lat 80
Pieczykolan Adam
Bukownica
lat 60
zamordowany przez
04.07.1943 Niemców w czasie akcji w
Tereszpolu - Kukiełkach
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
16.08.194 zamordowany przez
3
Niemców w Majdanku
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Zamordowana przez
Rybak Józef
Bukownica
lat 70
1943
Niemców w Majdanku
Szabat Jan
Bukownica
lat 38
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Szabat Krystyna
Bukownica
lat 6
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
Bukownica
lat 2
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Ratwica
lat 70
1943
zamordowany w czasie
akcji w Bukownicy
Szabat Wacław
Strykowski Adam
Strykowska Aniela
Ratwica
lat 65
1943
Zamordowana przez
Niemców w czasie akcji w
Bukownicy
Strykowski Józef
Ratwica
lat 32
1943
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Bukownicy
Wujcik Józef
Bukownica
lat 32
1943
zamordowany przez
Niemców w czasie akcji w
Bukownicy
1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
Bogdanowicz Michał Bukownica
Gieruła Michał
Ryczko Jan
Czerwonka Antoni
Bukownica
Wolaniny
Wolaniny
lat 2
lat 2
lat 40
lat 50
1943
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Niemców w obozie na
Majdanku
1943
zamordowany przez
Niemców pod Rogalami
Macocha Józef
Bukownica
lat 2
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Strykowski Jan
Ratwica
lat 3
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Strykowska
Katarzyna
Ratwica
lat 2
1943
Zamordowana przez
Niemców w Majdanku
lat 13
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 3
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Stręciwilk Władysław Bukownica
Stręciwilk Józef
Bukownica
Bogdanowicz
Czesław
Bukownica
Szponar Stanisław
TereszpolZygmunty
Tereszpol-
lat 2
1918
1943
zamordowany przez
Niemców w obozie w
Zwierzyńcu
10.09.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
Wszoła Stanisław
Zygmunty
1898
10.09 1943
Niemców w Majdanku
Mostowski Jan
TereszpolZygmunty
1892
zamordowany przez
10.09.1943 Niemców w Majdanku
Zamordowana przez
23.10.1943 Niemców w Majdanku
Górecki Władysław
Tereszpol -Kukiełki
lat 49
Bołociuch Stanisław
Tereszpol -Kukiełki
lat 40
Lesiecki Franciszek
Tereszpol
-Zaorenda
lat 47
Tereszpol -Zaorenda
lat 27
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Tereszpol -Zaorenda
lat 23
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Lesiecki Michał
Lesiecki Stanisław
23.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
09.10. 1943 Niemców w Majdanku
Tereszpol- Zaorenda
Dobosz Piotr
lat 43
09.10 1943
lat 45
zamordowany przez
09.10.1943 Niemców w Majdanku
Tereszpol -Zaorenda
Sitarz Michał
Tutis Józef
Poręby
lat 25
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Tereszpol -Zaorenda
Zdzioch Michał
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 42
Zdzioch Bazyli
Tereszpol
-Zaorenda
lat 51
Kiesz Józef
Poręby
lat 42
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Kiesz Bolesław
Poręby
lat 20
09.10.1943 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
09.10.1943
Tereszpol -Kukiełki
Kleban Franciszek
lat 42
17.11.1943
lat 33
zamordowany przez
04.10.1943 Niemców w Tereszpolu
Tereszpol -Zaorenda
Sitarz Jan
Tutis Józef
Terejko Antoni
Poręby
Lipowiec
lat 25
lat 40
Tereszpol -Zaorenda
Grela Adam
Czajka Jan
lat 31
Lipowiec
1943
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
zamordowany przez
27.12.1943 Niemców w Niemczech
06.04.1943 zamordowany przez
Niemców na stacji
Krasnobród
1916
2.02.1944 zamordowany przez
Niemców w Zwierzyńcu
lat 22
02.02.1944 zamordowany w
Zwierzyńcu
Tereszpol -Zaorenda
Lesiecki Józef
zamordowany przez
Niemców w Majdanku
Wolanin Józef, syn
Stanisława i Anny
lat 33
02.02.1944
zamordowany przez
02.02.1944 Niemców w Zwierzyńcu
Rugała Jan
Tereszpol-Zaorenda
lat 33
Rugała Antoni
Tereszpol-Zaorenda
lat 31
Pieczykolan
Franciszek, syn
Michała
lat 40
Wolanin Józef, syn
Szczepana
Pieczykolan Józef
lat 51
Tereszpol -Zaorenda
Pieczykolan Tadeusz,
syn Józefa i
Tereszpol -Zaorenda
Franciszki
zamordowany w Biłgoraju
zamordowany przez
02.02.1944 Niemców w Zwierzyńcu
02.02.1944 zamordowany przez
Niemców w Zwierzyńcu
lat 38 02.02.1944
1928
Marzec Weronika
02.02.1944
lat 42
Zabity przez Niemców w
15.04.1944 czasie akcji
lat 23
Zabita przez Niemców na
15.04.1944 polu w czasie akcji
lat 52
Zastrzelony na Zamku [w
07.04.1944 Lublinie]
Tereszpol-Kukiełki
Tereszpol -Kukiełki
Bury Eustachy
Tereszpol -Kukiełki
Ksiądz Józef
lat 44
Tereszpol -Kukiełki
Mazur Andrzej
Kukiełka Piotr
07.04.1944
zamordowany przez
Niemców na Majdanku
lat 38
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Majdanku
Tereszpol -Kukiełki
lat 41
Kukiełka Szczepan
Bury Józef, syn
Józefa
Litwin Piotr
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców w Majdanku
lat 51
Tereszpol -Kukiełki
Brzozowski Michał
Tereszpol -Kukiełki
Tereszpol- Kukiełki
Tereszpol -Zaorenda
Tereszpol
Zastrzelony publicznie na
placu rynkowym w
Zwierzyńcu
1895
Tereszpol- Kukiełki
Zubala Józef
Zastrzelony w Zwierzyńcu
02.02.1944 Zastrzelony publicznie na
placu rynkowym w
Zwierzyńcu
Marzec Stanisław
TereszpolZygmunty
zamordowany przez SS w
Zwierzyńcu
lat 39
lat 48
lat 33
07.04.1944
Zginął w obozie
koncentracyjnym na
Majdanku
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców w obozie
koncentracyjnym na
Majdanku
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców w obozie na
Majdanku
Zastrzelony przez Niemców
07.04.1944 na Zamku w Lublinie
07.04.1944 zamordowany przez
Zdzioch Michał
-Zaorenda
lat 55
Tereszpol-Zaorenda
Lesiecki Franciszek
Litwin Stefan
Krzyżanowski
Władysław
lat 24
Tereszpol-Zaorenda
lat 44
Niemców na Majdanku
07.04.1944 zamordowany na Zamku w
Lublinie
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
Tereszpol -Zaorenda
1918
07.04.1944
Brud Józef, sołtys
gromady TereszpolZaorenda
Tereszpol-Zaorenda
lat 31
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Skóra Michał
Tereszpol-Zaorenda
lat 24
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
lat 35
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Nizio Józef
Tereszpol -Zaorenda
Rugała Józef
Tereszpol-Zaorenda
lat 52
Kurzyński Stanisław,
podsołtys gromady
Tereszpol- Zaorenda
Tereszpol -Zaorenda
lat 40
07.04.1944
Tereszpol -Zaorenda
Sikorski Józef
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
lat 38
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców
Tereszpol -Zaorenda
Sikorski Jan
zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
lat 27
07.04.1944
zamordowany przez
Niemców
Świst Jan
Tereszpol -Zaorenda
lat 21
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Jurak Mieczysław
Tereszpol -Zaorenda
1924
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Jurak Wacław
Tereszpol-Zaorenda
1918
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Wasąg Bronisław, syn Tereszpol-Zaorenda
Antoniego i Teofili
Wasąg Mieczysław,
syn Antoniego i
Teofili
Litwin Stanisław
1917
07.04.1944 Zginął od kuli okupanta na
Zamku w Lublinie
07.04.1944
Tereszpol-Zaorenda
1924
zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
lat 38
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
Pieczykolan
Kazimierz
Tereszpol-Zaorenda
lat 52
07.04.1944
Surmacz Marcin
Tereszpol-Zaorenda
lat 32
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
Wasąg Kazimierz
Tereszpol-Zaorenda
1916
zamordowany przez
07.04.1944 Niemców na Zamku w
Lublinie
lat 58
Zamordowana przez
25.05.1944 Niemców w Zamościu na
Rotundzie
Lesiecka Katarzyna,
żona Franciszka
Tereszpol-Zaorenda
07.04.1944 zamordowany przez
Niemców na Zamku w
Lublinie
Rapa Jan
Tereszpol-Zaorenda
1900
Gaca Michał
Tereszpol-Zaorenda
lat 34
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
lat 22
27.06.1944 zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
27.06.1944
Tereszpol-Zaorenda
Bąk Józef
zamordowany przez
Niemców w Biłgoraju
Kurys Jan
Tereszpol-Zaorenda
lat 58
27.06.1944
Kukiełka Aniela
Tereszpol-Kukiełki
lat 35
Zginęła jako partyzantka od
15.07.1944 kuli okupanta w lesie pod
Osuchami
1916
Zabity przez Niemców w
15.08.1944 Czarnymstoku w drodze z
Majdanka
Szarawa Michał, syn
Michała
Tereszpol-Zaorenda
Skubisz Michał
Hedwiżyn
Gierula Wojciech
Bukownica
lat 33
lat 33
Zabity przez Niemców w
24.06.1944 czasie akcji pod Osuchami
06.1944
Zginął od kuli okupanta w
lesie pod Osuchami
Wykaz miejscowości w których podczas okupacji dokonano masowych mordów i egzekucji; w
nawiasie podano datę zdarzenia. Wykaz opracowano na podstawie "Leksykonu
historycznego miejscowości dawnego województwa zamojskiego" (Zamość 2003) autorstwa
Józefa Niedźwiedzia.
Adamów – 20 osób pochodzenia żydowskiego z Krasnobrodu (25. VII. 1943)
Aleksandrów – 25 osób (23 – 24. VI. 1943)
Aurelin – osób (1. IV. 1944)
Babice – 1 osoba (20. VII. 1943)
Barańce – 1 osoba (zamordowana na Zamku w Lublinie, XI. 1943)
Barchaczów – 7 osób (25. X. 1942)
Bełżec – ok. 5000 osób pochodzenia żydowskiego (1941 – 1943, obóz koncentracyjny)
Białowola – 3 osoby (19. XII. 1942), 52 osoby (29. XII. 1942), 7 osób, w tym 4 osoby z
Radochoszczy i 3 z Białowoli (16. IV. 1943)
Bidaczów – 2 osoby pochodzenia żydowskiego, rodzina Wróblów (25. XI. 1942)
Biłgoraj – 12 osób (8. IX. 1939), ponad 100 osób (14. IX. 1939), 78 żołnierzy z 11 pułku Armii
Kraków dowodzonego przez płk. Henryka Gorgonia (16. IX. 1939), około 400 osób pochodzenia
żydowskiego (1941)
Biszcza – 13 osób pochodzenia żydowskiego (20. VI. 1943), 5 osób pochodzenia żydowskiego (14.
IX. 1943)
Borowiec i Kozaki – w obu tych miejscowościach spłonęło zywcem łącznie 14 osób (29. IV. 1943)
Bródek – 3 osoby (12. XII. 1943)
Brzeziny – 7 osób (2. VII. 1943)
Brzeziny Bełżyckie – 14 osób (29. I. 1943)
Bukownica – 5 osób (3. I. 1942), 20 osób ( 2 – 5.VII. 1943), 6 osób (24. VIII. 1943), 3 osoby (6. I.
1944), 6 osób (29. VI. 1944), 4 osoby (5. VII. 1944)
Bzowiec – 25 osób pochodzenia żydowskiego (17. XI. 1943)
Chłaniów – 45 osób (23. VII. 1943)
Chmielek – 8 osób pochodzenia żydowskiego (1942), 67 osób (spłonęły żywcem; V. 1943)
Chodywańce – 15 osób, w tym ksiądz katolicki (13. IV. 1944)
Chomęciska (Małe i Duże ) - 5 osób ( 3 – 4. XII. 1942)
Chyżowice – 10 osób (IV. 1944)
Czortowice – 2 osoby (19. II. 1944)
Dąbrówka – 9 osób (19. XII. 1943)
Deszkowice – 6 osób pochodzenia żydowskiego, przywiezionych tutaj ze Szczebrzeszyna (IX.
1943)
Dominikanówka – 4 osoby pochodzenia żydowskiego (IX. 1942), 4 osoby (2 II. 1943)
Dub – 4 osoby zamordowane przez bojówkę komunistyczną za zgoda żołnierzy radzieckich (25.
IX. 1939), 10 rodzin żydowskich (19. XI. 1942)
Dyle – 3 osoby pochodzenia żydowskiego przywiezione tutaj z Goraja (13. I. 1942), 11 osób
pochodzenia żydowskiego (20. X. 1942), 10 osób pochodzenia żydowskiego, mieszkańców wsi (15.
XI. 19 42)
Dzierążnia (pow. tomaszowski) – 55 osób (31. I. 1943)
Feliksówka – 12 osób (28. XII. 1942)
Frampol – 752 osoby , w tym 8 Polaków i 744 osób pochodzenia żydowskiego (XI. 1942 – V. 1944)
Frankamionka – 18 osób ( zamordowali ich Ukraińcy ze wsi Łutów); 23 III. 1943
Gdeszyn – ok. 50 osób (1943)
Goraj – 39 osób pochodzenia żydowskiego (30. IX. 1942)
Gozdów – 30 osób (14. III. 1944)
Górecko Stare – 10 osób, w tym 3 dzieci (V – VI. 1944)
Górniki – 5 osób (5 lipca 1943)
Gózd Lipiński – 7 osób, rozstrzelani przez oddział Kałmuków (VI. 1944)
Grabowiec – 33 osoby pochodzenia żydowskiego (21. V. 1942), 40 osób pochodzenia żydowskiego
(1943)
Grabowiec Góra – 20 polskich , rannych żołnierzy i lekarzy rozstrzelanych przez żołnierzy Armii
Czerwonej (25. IX. 1939)
Hojowniki – 4 osoby pochodzenia żydowskiego (V. 1942)
Hamernia – 3 osoby (II. 1943)
Honiatyczki – 3 osoby zamordowane przez nacjonalistów ukraińskich (14 – 15. V. 1944)
Hopkie – w tej miejscowości , oraz w Woli Góreckiej Niemcy rozstrzelali łącznie 12 osób (12. XII.
1942)
Horyszów Polski – 17 osób, w tym 11 pochodzenia ukraińskiego, 6 pochodzenia żydowskiego (19.
V. 1942)
Hrubieszów – 3000 osób pochodzenia żydowskiego z Hrubieszowa i okolic (jesień 1942), 15 osób
(IV. 1943), 43 osoby (1. I. 1944), 20 kolejarzy z Gozdowa zamordowanych przez UPA (1943)
Hucisko (gm. Krasnobród) – 2 osoby (XI. 1943), prawdopodobnie byli to Rosjanie
Husynne – 24 osoby (24. IX. 1939)- jeńcy ujęci przez Rosjan w bitwie pod Rogalinem, 7 osób (VI.
1944)
Huta Dzierążyńska – 65, lub 50 osób (wg. innych źródeł) – 29 I. 1943
Huta Stara – wszyscy mężczyźni ze wsi (1942)
Iłowiec – 3 osoby pochodzenia żydowskiego (V. 1942), 5 osób pochodzenia żydowskiego (XI.
1942)
Izbica – około 5000 osób pochodzenia żydowskiego z miejscowego getta (1941)
Janówka – 5 osób (19. V. 1942)
Jarczów – ludność pochodzenia żydowskiego mieszkająca w tej wsi (obóz zagłady w Bełżcu)
Józefin – 8 osób (23 V. 1943)
Józefów (pow. Biłgoraj) – 3. 114 osób , w tej liczbie ok. 1. 114 Polaków i 2000 osób pochodzenia
żydowskiego (IV. 1942 – VI. 1943), 3 osoby z oddziału "Miszki Tatara" podczas potyczki z
Niemcami (1. VI. 1943)
Józefówka – 12 osób (1942 – 1944)
Kamionka – 3 partyzantów (1943)
Kawęczyn – 3 osoby (10. X. 1942)
Kawęczynek – 5 osób (8. V. 1943)
Kazimierówka – 7 partyzantów (17. V. 1944),
Kitów – 168 osób (11. XII. 1942)
Kniazie – 21 osób (4. X. 1942)
Kolonia Niedzieliska - 9 osób, w tym 8 pochodzących z Niedzielisk (28. X. 1942)
Kolonia Nieledew - 17 osób – zastrzeleni przez Ukraińców (26. V. 1944)
Kolonia Niewirków – 3 osoby (20. VII. 1944)
Korczów – 2 osoby (14. IX. 1939); 2 osoby pochodzenia żydowskiego z Tarnogrodu (11. X. 1942);
10 osób (2. VII. 1943)
Kornelówka – 22 osoby (podczas okupacji)
Kosobudy – 6 osób (29. XII. 1942)
Kotlice – 6 osób, w tym 2 osoby pochodzenia żydowskiego, 1 jeniec radziecki (marzec 1943)
Króle Stare i Nowe – 5 osób (4. VII. 1943)
Kryłów – 16 milicjantów, byłych żołnierzy Bch, 23 mieszkańców (24. III. 1945); mordu dokonali
żołnierze z sotni UPA
Kryszyn – 16 osób pochodzenia żydowskiego, przywiezionych tutaj z Łaszowa (jesień
1942)Leopoldów – 11 osób , byli to pracownicy miejscowego folwarku zamordowani przez
Ukraińców (1943)
Lipowiec (pow. Księżpol, pow. Biłgoraj) – rodzina Kusiaków (5. I. 1943)
Luchów Dolny – ok. 60 osób pochodzenia żydowskiego i Polaków łącznie (od wiosny 1941 – 1. XI.
1942)
Lubycza Królewska – 16 osób (4. X. 1942), ok. 90 osób pochodzenia żydowskiego, mieszkańców
Lubyczy (1939 – 1944)
Łabunie – 80 osób pochodzenia żydowskiego , w tym większość Żydów czechosłowackich (jesień
1942)
Łachowce – 2 kobiety, łączniczki AK zamordowane 5. IV. 1944 przez Ukraińców; 23 osoby (9. IV.
1944); 13 osób (18. V. 1944) – wszyscy rozstrzelani przez Ukraińców
Łaszczów – 28 osób pochodzenia żydowskiego (jesień 1942); 76 mężczyzn (25. XII. 1942)
Łaziska – 11 osób (12. V. 1942)
Łubcze – 150 mężczyzn, w tym 78 Polaków i 27 Ukraińców (15. IV. 1944) – mordu dokonali
Ukraińcy
Łubcze Kolonia – 2 osoby zamordowane przez Ukraińców (kwieceń 1944)
Łukowa – 13 osób (24. VI. 1944)
Łuszczac – kilkadziesiąt osób (2 l. II. 1943)
Łukszyn – 11 osób (28. VIII. 1944)
Majdan Krynicki – 8 osób (13. I. 1943)
Majdan Nowy – 25 – 28 osób (26. VI. 1943)
Majdan Stary – 63 – 83 osób (26. VI. 1943)
Majdan Sopocki – 8 osób (12. VI. 1942); 7 osób pochodzenia żydowskiego (1943)
Malice – 13 osób (zamordowani przez policjantów ukraińskich w okresie okupacji); 30 osób (IV.
1944)
Małoniż – 26 osób, rozstrzelani 4 i 10. XII. 1943 roku na Rotundzie Zamojskiej
Modryniec – 10 osób (X. 1943)
Mokre – 46 osób pochodzenia żydowskiego, kilka osób z Zawady (1942)
Mokrelip[ie – 6 osób, schwytanych przypadkowo na terenie wsi (IV. 1943)
Mołodiatycze – 14 osób (23. V. 1943)
Nabróż – 12 żołnierzy AK, 9 mieszkańców wsi (4 – 5. V. 1944)
Nadolce – 18 osób (XI. 1942); 80 osób pochodzenia żydowskiego przywiezionych do Nadolec z
Łaszczowa (XI. 1942)
Nedeżów – 10 osób pochodzenia żydowskiego (VI – VII. 1942)
Nielisz – 35 osób pochodzenia żydowskiego, kilkudziesięciu Polaków (1943); 27 osób , 32 osoby
pochodzenia żydowskiego (4. I. 1944)
Niewirków – 57 osób pochodzenia żydowskiego (XI. 1942)
Obrocz – 11 osób (28. X. 1942), 9 osób (1. X. 1943), 2 osoby (10. X. 1943)
Obrowiec – 40 osób zamordowanych przez bojówkę UPA (31. III - 1. IV. 1944)
Olchowiec (gm. Obsza, pow. Biłgoraj) – 47 osób pochodzenia żydowskiego (listopad 1942)
Ostrówek (gm. Tomaszów Lubelski, pow. Hrubieszów) – 15 osób (15. VI. 1944)
Oszczów – zginęło wielu mieszkańców wsi, zostali zamordowani przez nacjonalistów ukraińskich
Pańków – 18 osób (2. II. 1943)
Pardysówka Duża – 32 osoby (29. III. 1943), 5 osób (4. II. 1943)
Pawłowka – 15 osób (1942 – 1943)
Plebanka – 28 osób (13. IV. 1944)
Pniówek – kilka osób (I . 1943)
Podhorce (gm. Werbkowice, pow. Hrubieszów) – 13 pracowników miejscowego folwarku
Podhucie – 8 osób (3. I. 1943)
Podklasztor – 48 osób pochodzenia żydowskiego (X – XII. 1942), 14 osób (II. 1942)
Podwysokie – 1 jeniec radziecki, 4 mieszkańców wsi (X. 1943)
Potoczek – 41 osób , w tej liczbie 12 osób z Potoczka, 2 osoby z Krynic, 27 osób przywiezionych z
Zamościa (20. VI. 1943); 20 osób pochodzenia żydowskiego z Krasnobrodu; 30 żołnierzy AK z
więzienia w Zamościu (VII. 1944)
Potok Góry – 10 osób (13. XII. 1942), 17 osób (19. XII. 1943), 9 osób (18. VI. 1944)
Poturzyn – 162 osoby pochodzące z gminy: Dołhobyczów, Kryłów, Poturzyn – zastrzeleni zostali
przez ukraiński oddział SS (Bulbowców)41 - 1. IV. 1944
Przewale – 19 osób (24. XII. 1942), 8 osób (1943)
Rachanie – 233 osoby (1939 – 1944), 51 osób, w tej liczbie 12 osób z miejscowości Grodysławice
(IX, XII 1944, I. 1945)
Radochoszcze – 46 osób (20. XII. 1942), 34 osoby (10. IV. 1943)
Radecznica – 43 osoby pochodzenia żydowskiego (VII – XII. 1943, II. 1944)
Radków – 7 osób (1939 – 1944)
Rapy Dylańskie – 4 osoby pochodzenia żydowskiego(10. IX. 1942), 8 osób pochodzenia
żydowskiego (8. XII. 1942), 63 partyzantów ujętych podczas akcji "Strumwind I i II"42 (4. VIII.
1944
Róża – kilkadziesiąt osób (II. 1943)
41
42
oddziały Tarasa Borowca -"Bulby" nacjonalistycznego polityka ukraińskiego, od pseudonimu którego wzięły swoją
nazwę. wg. http://www.kresy.pl/historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/bulbowcy
Sturmwind II (niem. Wicher II) - niemiecka akcja przeciwpartyzancka przeprowadzona w czerwcu 1944 w lasach
Puszczy Solskiej. Przeprowadzono ją po fiasku operacji Sturmwind I w Lasach Janowskich. Jej zasadniczym celem
było zniszczenie niezwykle licznych na tym terenie polskich i radzieckich oddziałów partyzanckich, które
paraliżowały niemiecką komunikację i niemalże całkowicie kontrolowały sytuację na terenie lasów, w takich
miejscowościach jak Józefów Biłgorajski czy Aleksandrów. Partyzanci stanowili zagrożenie również dla Niemców
w dużych miastach - np. w Biłgoraju przeprowadzili wiele akcji dywersyjnych i sabotażowych; poza tym
komunikację z tym miastem okupanci musieli utrzymywać przez wysyłanie silnie bronionych konwojów czy nawet
lotnictwa. Liczne oddziały partyzanckie na tych terenach były efektem niemieckiego terroru, który na
Zamojszczyźnie przybierał największe rozmiary w skali kraju i Europy. wg.
http://pl.wikipedia.org/wiki/Sturmwind_II
Różaniec – 4 osoby (XI. 1942), 5 osób pochodzenia żydowskiego(I. 1943), 3 osoby spalone
żywcem (II. 1943), 69 osób (18. III. 1943), 4 osoby zabite przez policję ukraińska (27. XII. 1943)
Ruskie Piaski – 2 osoby (4. I. 1942)
Ruszów – 6 osób pochodzenia żydowskiego (jesień 1942)
Rzeplin – 21 osób, zginęli z rak UPA (9. IV. 1944)
Sitaniec (Lasek Sitaniecki) – kilka osób (pierwsze miesiące okupacji); 15 osób pochodzenia
żydowskiego (15. XI. 1942)
Sitno – 4 osoby (19. V. 1942), 9 osób (9. X. 1942)
Skomorochy Duże – 5 osób (22. V. 1943), 5 osób (13. VI. 1944)
Skomorochy Małe – 3 osoby (10. II. 1943)
Smoligów – 300 osób poległych w bitwie z Ukraińcami i Niemcami (20. III. 1944)
Smólsko – 3 osoby (2. VII. 1943), 3 osoby (24. VI. 1944), 5 osób (data egzekucji nieznana)
Sochy – 185 osób zamordowanych podczas pacyfikacji wsi (1. VI. 1943)
Stanisławów – 9 osób (4. II. 1943)
Stary zamośc – 23 osoby (4. I. 1943), 3 osoby (XI – XII. 1943)
Staw Noakowski – 20 osób (4. I. 1943)
Suchowola – 8 osób (29 – 30. VI. 1943)
Sumin – 119 osób (29. I. 1944)
Szewnia Dolna – kilkanaście osób, nie jest dokładnie znana liczba (30. XII. 1942); 14 osób (VI.
1943), 33 osoby pochodzenia żydowskiego rozstrzelanych w lesie pod Szewnią (10. VII. 1943)
Szpikołosy – 5 osób rozstrzelanych przez policje ukraińską (VI. 1944)
Szur – 5 osób (12. XII. 1942)
Świdniki – 4 osoby (4. VIII. 1942), 2 osoby (2. VI. 1944), 3 osoby (21. VI. 1944)
Tarnogród – 1800 osób pochodzenia żydowskiego (1. XI. 1942), 700 osób, w tym pewna ilość
Polaków (1939 – 1944)
Tarnoszyn – 37 osób zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich (17 – 18. III. 1944), 145
osób, w tej liczbie 84 mieszkańców Tarnoszyna (19. III. 1944), 11 osób (IV. 1944)
Terebiniec – 6 osób zamordowanych przez Ukraińców (31. XII. 1943), 16 osób (początek 1944 )
Tereszpol – kilka osób (2. VII. 1943)
Topólcza – 3 osoby pochodzenia żydowskiego (18. XI. 1942), 6 osobowa rodzina Panasów (3. III.
1943), 11 osób, w tym 2 z Topólczy, pozostali z okolicznych wsi (10. V. 1943); 9 więźniów
przywiezionych z Zamościa (10. XII. 1943)
Trzepieciny – 8 osób (VIII. 1943), 5 osób (14. VI. 1944)
Turobin – 20 mieszkańców z Gródków 91. VIII. 1942)
Turzyniec – 3 osoby (IX. 1943)
Typin – 10 osób pochodzenia żydowskiego (V – VI. 1942)
Udrycze – 4 osoby (XI/XII. 1942)
Ulów – 80 osób (2. II. 1943)
Wielącza – 172 osoby w tym 27 dzieci ( 1939 – 1944)
Wieprzec – 7 osób (jesień 1942)
Wierzba - 30 osób (4. I. 1943), 1 osoba (31. III. 1943)
Wiszenki – 11 osób (10. V. 1942), 4 osoby (25. V. 1942)
Witków – 6 osób zamordowanych przez nacjonalistów ukraińskich (III/IV. 1944), 8 osób (22. IV.
1944)
Wola Duża – 2 osoby (16. XII. 1942)
Wola Różaniecka – 6 osób, byli to Żydzi z Zamchu (X. 1942)
Wólka Nieliska – 17 osób (4. I. 1942)
Wywłoczka – 50 osób
Zaborce – kilka osób zamordowanych przez przez Ukraińców (1943)
Zagródki – 9 osób ; 7 pochodzących z Dąbrówki, 2 z Zagródek (19. XII. 1943)
Zamość - 200 osób (3 – 13.IX. 1939); masowe rozstrzeliwania więźniów na Rotundzie (1939 –
1944), kilka tysięcy jeńców radzieckich (1941/1942)
Zimno – 36 osób pochodzenia żydowskiego przywiezionych z Łaszczowa (XI. 1942)
Zwierzyniec – zagłada osób przetrzymywanych w obozie przejściowym; ich pochówki znajdują się
na miejscowym cmentarzu
Zwódno – kilka osób (styczeń 1943)
Zynie – 1 osoba (4. VII. 1943)
Żabcze – 30 osób (18. III. 1944)
Żdanówek – 8 osób (jesień 1942)
Żyłka – 7 osób (4. X. 1942)
Źrebce – 20 więźniów przywiezionych z Zamościa (10. XII. 1943)
Bogusław Garbacik. Mapa zbrodni (Wielącza i okolice)
1. N. N - jeniec Armii Czerwonej zastrzelony przez konwój w chwili gdy sięgał po wyłożony
chleb- szosa w Wielączy, 100 m. Na wschód od stacji paliw (lipiec 1941 rok)
2. Agnieszka Czerwienic – zastrzelona przez żandarmów w stodole za nie oddanie kontyngentusierpień 1942 rok, Wielącza; ciało ekshumowano po wojnie → Bolesław Leszczyński. Wysiedlenie
Wielączy – Kolonii
3. Jan Sadło – zastrzelony za posiadanie karabinu i kontyngent – sierpień 1942 rok, Katy II
4. (...) Sitarska – wraz z przybranym mężem, jeńcem z obozu żołnierzy Armii Czerwonej w
Janowicach (mąż Sitarskiej zginął we wrześniu 1939 roku) oskarżona została o ukrywanie
Rosjanina i kontyngent. Zginęła w sierpniu 1942 roku w Niedzieliskach na tzw. "Czarnym
Wygonie" (droga i pastwisko wiejskie tuż przy tzw. "Paciówce")
5. NN – mężczyzna- sierpień 1942 rok – Kolonia Niedzieliska, rozstrzelany za niedostarczenie
kontyngentu; osoby wymienione w pkt. 2, 3, 4, 5 zginęły tego samego dnia
6. Ludwik Skrzypik – zabity przez Niemca (Rosjanina w służbie niemieckiej) 5 grudnia 1942 roku
przy próbie ucieczki w podczas pierwszego wysiedlenia [Wielączy]
7. wiktor Zgnilec – zginął 5 grudnia 1942 roku zagryziony przez psy niemieckie na łąkach przy
próbie ucieczki z Wielączy do Niedzielisk
8. Jan Banach – zastrzelony w Wielączy Kolonii 19 grudnia 1942 roku; było to podczas drugiego
wysiedlenia, banach powoził furmanka, koń się znarowił , wtedy Niemiec zastrzelił woźnicę.
9. NN – prawdopodobnie nauczyciel ze Szczebrzeszyna, który podjął nocą próbę dotarcia pieszo do
Zamościa. Zastrzelony został przez patrol niemiecki w rejonie folwarku Zawada (obecnie Ośrodek
Zdrowia) jesienią 1943 roku; informacje przekazał Józef Jarzębowski.
10. Wiosną 1943 roku w Wielączy Kolonii w obejściu Ludwika Kasiedczaka (po jego wysiedleniu)
powieszono trzech mężczyzn - prawdopodobnie byli to Kurdziele (w tym dwóch braci) zatrzymani
podczas napadu na wysiedlony nawóz. Żaden z nasiedlonych nie chciał ich wieszać, zrobił to
Volksdeutsch z Kolonii Niedzieliskiej - Ochmański, który objął gospodarstwo Józefa szewca;
wyrok na Ochmańskim wykonali żołnierze AK wiosną 1944 roku (relacja Mieczysława Bożka).
11. NN, NN – młodzi żołnierze armii Czerwonej zastrzeleni przez uciekające resztki "czarnych" na
granicy (szosa) wiosek Bodaczów i Wielącza – 23 lipca 1944 roku, świadkiem wydarzenia był
Alfred Hałasa.
12. Czerwiec 1944 roku, gajówka Krzywe (obecnie Dębowiec)- zastrzelony został intendent
oddziału "Wrzosa" (Stefana Poździka) plutonowy AK Robert Wal, ps. "Mściwy" z Wielączy.
Powodem była odmowa oddania zrzutu broni dla BCh; zabójca był Kasprzyk, późniejszy
wywiadowca UB.
13. 28 luty 1945 rok – Wielącza Kolonia, akcja UB, giną: Kazimierz Tomaszewski i Jan Litwiniec,
siedem osób o nieustalonej tożsamości zostało rannych, spalono dom, 4 lub 5 osób także o
nieustalonej tożsamości zostało zabitych.
14. Wiosna 1945 roku – szturmówka zamojska zabija na "zagrodach" w Bodaczowie matkę
czworga dzieci – aniele Tomaszewska, uciekła by się ukryć na tzw. "Piaskowni".
15. Wiosna 1945 – NKWD zabija przypadkowo 17 letniego chłopca – Pieroga z Wielączy
Poduchownej.
16. 2 lipiec 1945 rok – w zasadzce zorganizowanej przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego
zabity został Ryszard Maślanko z organizacji "Kraj" przy przejeździe kolejowym linii Zawada –
Rejowiec; z zasadzki umknął Alfred Hałasa, również członek organizacji "Kraj".
Pochówki (w tym symboliczne, co oznakowano literką "s") żołnierzy AK, BCh, poległych w
walce z okupantem, oraz osób cywilnych (zamordowanych w obozie przejściowym w
Zwierzyńcu, Oświęcimiu, na Rotundzie w Zamościu) na cmentarzu w Zwierzyńcu.
imię i nazwisko
stopień wojskowy, formacja
Antoni Wiktorowicz
ppor, 60 pp
Bazyli Romaniuk
strzelec, 204 pp
Tadeusz Poseł
75 pp
Aleksander Suchinczuk
strzelec, 75 pp
Antoni Biernacki
(...) Ferster
data i miejsce śmierci
poległ na polu chwały, 1939 rok
strzelec, 73 pp
Kazimierz Juźniach
poległ na polu chwały, 1939 rok
poległ na polu chwały, 1939 rok
Franciszek Widuch
por. 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Kazimierz Ziółkowski
ułan, 8 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Leon Chraplewski
strzelec, 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Kasper Galus
strzelec, 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
(...) Detlaff
szeregowy
poległ na polu chwały, 1939 rok
3 osoby o nieustalonych
nazwiskach
polegli na polu chwały, 1939 rok
4 osoby o nieustalonych
nazwiskach
polegli na polu chwały, 1939 rok
Józef Galusek
kpr. 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Wilhelm Smitane
strzelec, 73 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Stefan Plewnia
strzelec, 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Czesław Suracki
strzelec, 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Stanisław Skobel
strzelec, rez. 165 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Józef Kosowski
kpr. rez. 163 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Jan Ciesielski
strzelec, 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Ludwik Pszoniak
szeregowy
poległ na polu chwały, 1939 rok
2 osoby o nieustalonych
nazwiskach
polegli na polu chwały, 1939 rok
Stanisław Węgierski
nauczyciel ze Szczebrzeszyna
zamordowany przez hitlerowców
roku w obozie przejściowym w
Zwierzyńcu dn. 8. VII. 1943
Henryk Głębicki
por. 77 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Stefan Kasperczuk
kpr. 81 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Kazimierz Jóźniak
strzelec
poległ na polu chwały, 1939 rok
Jan Góralski
szeregowiec 5 dyonu
technicznego
poległ na polu chwały, 1939 rok
Józef Teliczek, ps. "Czwarty"
żołnierz AK z oddziału
"Groma"
ur. 11. V. 1924 – zginął 30
IV.1944 roku
Zbigniew Podczaski, ps.
"Sajgon"
żołnierz AK z oddziału
"Groma"
ur. 19. II. 1924 - zginął 30
IV.1944 roku
Bolesław Janczewski
sierżant, żołnierz WP
zginął w okresie 1944 – 1945 r.
Marian Izdebski
plutonowy, żołnierz WP
zginął w okresie 1944 – 1945 r.
Kazimierz Dejko
sierżant, żołnierz WP
zginął w okresie 1944 – 1945 r.
Aleksander Koprowski
strzelec
Stanisław Brandt, ps. "Dąb"
por, żołnierz ZWZ – AK ,
komendant placówki ZWZ
Zwierzyniec (lat 36)
zamordowany w Oświęcimiu w
okresie 1941 – 1942 ("s")
Jan Czernicki, ps. "Dołęga"
żołnierz ZWZ – AK ze
Zwierzyńca (lat 52)
zamordowany w Oświęcimiu w
okresie 1941 – 1942 ("s")
Lucjan Foremny
żołnierz ZWZ – AK ze
Zwierzyńca (lat 19)
zamordowany w Oświęcimiu w
okresie 1941 – 1942 ("s")
Guliński Bohun
żołnierz ZWZ – AK ze
Zwierzyńca (lat 26)
zamordowany w Oświęcimiu w
okresie 1941 – 1942 ("s")
Guliński Maciej
żołnierz ZWZ – AK ze
Zwierzyńca (lat 26)
zamordowany w Oświęcimiu w
okresie 1941 – 1942 ("s")
Adam Kamiński
por. żołnierz ZWZ – AK ze
Zwierzyńca (lat36)
zamordowany w Oświęcimiu w
okresie 1941 – 1942 ("s")
Tomasz Kietliński
lat 42
zamordowany na Rotundzie w
Zamościu w latach 1943 – 1944
("s")
Władysław Komosa
lat 36
zamordowany na Rotundzie w
Zamościu w latach 1943 – 1944
("s")
Bolesław Michalik
lat 55
zamordowany na Rotundzie w
Zamościu w latach 1943 – 1944
("s")
Mieczysław Wandycz
lat 21
zamordowany na Rotundzie w
Zamościu w latach 1943 – 1944
("s")
Halina Czernicka, ps. "Halinka" lat 18
poległa w walce z hitleryzmem
w latach 1944 - 1945
Józef Jasina
lat 20
poległ w walce z hitleryzmem w
latach 1944 - 1945
Stefan Jasina
lat 24
poległ w walce z hitleryzmem w
latach 1944 - 1945
Weronika Podczaska
lat 45
poległa w walce z hitleryzmem
w latach 1944 - 1945
Zbigniew Borowiec,
ps."Turkiestan"
lat 18
Eugeniusz Bednarz
lat 18
Roman Paczos , ps. "Lasota"
lat 33
Józef Muca
lat 23
Czesław Świątecki, ps. 'Surma" porucznik, lat 40
(...), ps. "Garbnik"
dowódca oddziału
partyzanckiego - Śląsk
Teliszko (...)
żołnierz AK
poległ na polu chwały, 1944 rok
Aleksander Kuprowski
żołnierz AK
poległ na polu chwały, 1944 rok
Bolesław Janczewski
sierżant, żołnierz AK
poległ na polu chwały, 1944 rok
Marian Kossowski
podporucznik
Jan Masłowski
ułan
Antoni Markowski
ułan
poległ na polu chwały, 1939 rok
Stanisław Mazuch
szeregowy
poległ na polu chwały, 1939 rok
Aleksander Marcinek
szeregowy
poległ na polu chwały, 1939 rok
obelisk upamiętniający harcerki
i harcerzy drużyny im. Jana
Zamoyskiego w Zwierzyńcu
zmarłych, poległych w walce z
okupantem o wolność ojczyzny
Leszek Barcicki, ps. "Lubicz"
ppchr, żołnierz AK
zginął w Zwierzyńcu 3. IX. 1944
roku
Wiktor Bor - Przyczynek
komendant oddziału
partyzanckiego 9 pp
Inspektoratu Zamojskiego AK
Poległ pod Osuchami 25. VI.
Edward Markiewicz, ps.
"Kalina"
komendant Obwodu
ur. 6. VI. 1899 – poległ 24. VI.
Biłgorajskiego ZWZ – AK w
1944 w bitwie pod Osuchami
okresie XI. 1941 – XII. 1942,
inspektor Zamojskiego
Inspektoratu AK w okresie XII.
1942 – VI. 1944, dowódca
zgrupowania partyzanckiego
AK - BCh
Władysław Markiewicz, ps.
"Skała"
kwatermistrz Obwodu
Biłgorajskiego ZWZ - AK
ur. w listopadzie 1889 roku,
zamordowany przez Gestapo 9.
XII. 1943
Władysław Herc, ps. "Rekin"
żołnierz Armii Krajowej
żył lat 20, poległ 24 VI. 1944
roku w bitwie pod Osuchami
Zdzisław Kasperski, ps. "Tatar" żołnierz Armii Krajowej
żył lat 20, poległ 24 VI. 1944
roku w bitwie pod Osuchami
Antoni Kletowski
plutonowy, lat 40
zginął 1. II. 1943
Antoni Szczygielski
kapral, lat 38
zginął 1. II. 1943
Stanisław Smoczek
strzelec 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Lucjan Siwe
strzelec 20 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
Tadeusz Pacel
strzelec 75 pp
poległ na polu chwały, 1939 rok
2 osoby o nieznanym nazwisku
polegli na polu chwały, 1939 rok
Wiktor Coman
żołnierz Armii Francuskiej,
S. I. B. N 1065
zginął w obozie przejściowym w
Zwierzyńcu, 1942 rok
Pierre Bosche Wanden
żołnierz Armii Francuskiej,
S. T VII A
zginął w obozie przejściowym w
Zwierzyńcu, 1942 rok
Janka Kozyra
lat 27
zginęła 17 IX. 1939 roku
Antoś Kozyra
lat 14
zginął 17 IX. 1939 roku
Józef Szlazak
Bronisław Nowakowski
ur. 13. III. 1894 – 16. IX. 1943,
zamordowany przez hitlerowców
w Ołyce "s"
por, hallerczyk, obrońca
Lwowa, jeniec Starobielska w
latach 1939 - 1940
ur, 2. IX. 1890 – zginął w ZSSR
"s"
Udział mieszkańców Łabuń w walce z okupantem. Tabela opracowana na podstawie
materiałów zebranych przez Jana Grygiela w pracy "Związek Walki Zbrojnej Armia
Krajowa w Obwodzie Zamojskim 1939-1944 (Warszawa 1985; s. 39, 146, 147, 371).
nazwisko i imię
pseudonim
zawód
funkcje w
organizacji
Soboń Stanisław
czynny członek
organizacji
Momot Bronisław
czynny członek
organizacji
Cięciera
Władysław
czynny członek
organizacji
Pilipczuk Teofil
czynny członek
organizacji
Maszadro Janusz
czynny członek
organizacji
inne
pochodził z
Barchaczowa
zastrzelony
podczas próby
ucieczki k. Młyna
w Łabuniach 24
listopada 1942 roku
Sokołowski
Michał
przechowywał
koce, mąkę,
cukier, spirytus,
zdobyte na
lotnisku w
Łabuniach w
czerwcu 1943
roku
Teresiński
Czesław
rybak
czynny członek
organizacji
Szawracki Michał
rusznikarz
j. w
zginął
rolnik z Kolonii
Łabunie
j. w
zginął
przypadkowo z rąk
partyzantów idąc
nocą w ubraniu
"czarnego"
Karpiński
Stanisław
"Szerszeń"
Momot Stanisław
j. w
Słońska z
Rojewskich
Halina
kierowała grupa
sanitariuszek
Gęborys Stanisław
rolnik
czynny członek
organizacji
Nowogrodzki Jan
listonosz
prowadził
wywiad, łącznik
Pluta Antoni
policjant
granatowy
czynny członek
organizacji
Szwed (...)
policjant
Rojewski Józef
gorzelny
Pawłowski
Henryk
Ćwik Jan
Czelej Józef
zginął
j. w
j. w
"Walter"
j. w
nauczyciel w
Łabuniach
j. w
Rojewska Maria
j. w
Borkowski
Tadeusz
j. w
Ciuraszkiewicz
Kazimierz
j. w
Dyjek Franciszek
czynny członek
organizacji
Gruszecki Antoni
przechowywał
broń, udzielał
noclegów
ks. Kostrzewa
odprawiał msze w
Syn felczera
Andrzej
stodole u Wiatra w
Wólce
Łabuńskiej; 24
grudnia 1942 roku
odprawił w lesie
jatutowskim
pasterkę dla
podtrzymania
ducha u ludności
zbiegłej przed
wysiedleniem i
wśród
partyzantów, oraz
uczczenia miejsca
składania
przysięgi przez
członków BCh
przed dowódcą
Feliksem
Petrykiem, ps.
"Kmieć"
ks. Płaza
czynny członek
organizacji
Szczapa Stanisław
j. w
Niderla
Władysław
czynny członek
organizacji
Bladyna (siostra
zakonna ze
Zgromadzenia
Sióstr Misjonarek
Maryi)
czynny członek
organizacji
Trzepiota Jan
j. w
Machałek Edward
pracownik gminy udzielała
noclegów
Gruszecka
Stefania
Gruszecka Zofia
łączniczka
Siek Stanisław
czynny członek
organizacji
Synowiec Józef
j. w
Turczyn Tadeusz
j. w
Adamowicz
Stanisław
j. w
Ranny w rękę,
opiekowała się nim
(...) Bilska i Halina
Rojewska
Pysiewicz
Eugeniusz
Pysiewicz Jan
czynni członkowie
organizacji
Pudełek
Franciszek
Pudełek Marian
j. w
Kowal Konstanty
j. w
Kowal Stefan
"Dąb"
ks. Szeptycki
Aleksander
Kapłon Czesław
W 1939 roku
zbierał broń,
opatrywał rannych
w bitwie pod
Barchaczowem,
brał udział w
bitwach
partyzanckich,
gdzie został ranny
udzielał pomocy
materialnej i
finansowej
łabuńskim
partyzantom
"Żbik"
hr. Szeptycki A.
Zginął 20 czerwca
1940 roku na
Rotundzie w
Zamościu
gminny komendant
Straży
Samorządowej
pomagał
członkom
organizacji
Aneks I
Imienny wykaz żołnierzy – członków Armii Krajowej zamieszkałych we wsiach: Wielącza
Zawada, Niedzieliska, Płoskie, Folwark Kąty (Kąty II), Siedliska, Bodaczów, organizacyjnie
przynależących do placówki Niedzieliska – Mokre. Sporządził kom. Eugeniusz Jereczek
(Sopot, 25 marca 2002 roku).
imię i nazwisko
Tomasz Wróbel
pseudonim/stopień
wojskowy
zawód/miejsce pracy
pokrewieństwo
b. wójt gminy Mokre
Edward Wróbel,
syn wójta gminy Mokre
Bogusław Wróbel
syn wójta gminy Mokre
Eugeniusz Wróbel
syn wójta gminy Mokre
Mieczysława Wróbel
córka
Mokre
Kazimierz Wróbel
brat wójta
wójta
gminy
Michał Ciurysek
rolnik
Wojciech Gębala
Franciszek Pupiel
pocztowiec
Wacław Zub
nauczyciel
Władysław Hałasa
Szczepan Bzdziuch,
brat Jana Bzdziucha
Jan Bzdziuch
brat
Bzdziucha
Szczepana
Aniela Krawiec
siostra
Krawca
Wojciecha
Wojciech Krawiec
brat Anieli Krawiec
Tadeusz Gał
Władysław Baj
nauczyciel,kierownik
szkoły w Wielączy
Paweł Kusz
nauczyciel
Marian Czop
"Wilczur"
Adam Majdan
oficer
rolnik
Jan Bożek
Jakub Gał
Aleksander Ordyniec
Antoni Buryś
brat Józefa Burysia
Józef Buryś
brat Antoniego Burysia
Robert Wal
"Mściwy", plutonowy,
zginął
Władysław Kaszyca
Bolesław Hałasa
brat Ludwika Hałasy
Ludwik Hałasa
brat Bolesława Hałasy
Józef Koziołek
"Biały"
Aleksander Garbacik
podoficer zawodowy
Piotr Żołyniak
Stanisław Grula
Feliks Zych
nauczyciel
Jan Gawlik
organista
jego
cała
rodzina
udzielała się w walce z
wrogiem
Aniela Gawlik
córka organisty
Gawlika
Jana
Eugenia Gawlik
córka organisty
Gawlika
Jana
Justyna Wróbel
siostra
Wróbel
Genowefa Wróbel
siostra Justyny Wróbel,
żona
Aleksandra
Garbacika
Bolesław Michalec
erkaemista,to
on
podczas
akcji"Siedliska"
zlikwidował szefa akcji
wysiedleńczej
na
Zamojszczyźnie
Genowefy
kolejarz
Marcin Czerwieniec
kolejarz
Mieczysław Duszyński
kolejarz
Józef Wiatrzyk
kolejarz
Tadeusz Ciurysek
brat Czesława Ciuryska
Czesław Ciurysek
brat Tadeusza Ciuryska
Gustaw Wróbel
zginął pod Osuchami,
ciała nie znaleziono
Stanisław Szponar
syn wójta
gajowy
Marian Szewc (zmienił
nazwisko
na
Stagrowski)
Adam Sokołowski
podchorąży
Stanisław
Domaszewski
kolejarz
Józef Domaszewski
kolejarz
Emilia Zych
"Róża"
Józef Zych
"Czop"
Marcin Magdziak – w
jego
domu
często
kwaterował "Adam",
dom stał na odludziu,
niedaleko od cmentarza
w Wielączy
Jan Koczołap
Franciszek Roman
Feliks Wróbel
Edward Waga
Eugeniusz Bożek
Jan Świergoń, zginął
przy
podnoszeniu
parowozu,
wybuchła
druga mina
"Derwisz"
Władysław Kaszyca
"Żubr", podchorąży
Stanisław Aurzecki
kierownik szkoły
Niedzieliskach
w
Stanisław Ryń
Feliks Podobiński
Zofia
Zych
Podobińska
nauczyciel
-
Bolesław Michalec
Tadeusz
zginął
dyżurny ruchu
Rypulak,
Feliks Mironowski
Jan Łuczka
Anna Magdziak
Jan Tukiendorf
nauczyciel
Jan Tyszko
Tadeusz Podobiński
leśnik
Bartosz Gorzkowski
Kolejarz, pracował jako
furman
u
Jana
Zamoyskiego
w
folwarku Zawada
Bibliografia
opracowania
W. Bondyra. Słownik historyczny miejscowości województwa zamojskiego. Lublin – Zamość
1993.
I. Caban. Związek Walki Zbrojnej Armii Krajowej w Obwodzie Tomaszów Lubelski. Lublin 1999.
W. Hryniewiecki. My z Zamojszczyzny. Warszawa 1988.
D. Kawałko. Cmentarze województwa zamojskiego. Zamość 1994
J. Markiewicz. R. Szczygieł. W. Śladkowski. Dzieje Biłgoraja. Lublin 1985
J. Niedźwiedź. Leksykon historyczny miejscowości dawnego województwa zamojskiego. Zamość
2003
L. Siemion. Z lat okupacji hitlerowskiej na Lubelszczyźnie. Lublin 1971.
M. Skiba J. Fajkowski. J. Religa. Zbrodnie hitlerowskie na wsi polskiej 1939 – 1945. Warszawa
1981.
R. Tokarczyk. Gródki. Dzieje wsi roztoczańskiej. Lublin 2000.
wspomnienia
A. Glińska. Zamojszczyzna w okresie okupacji hitlerowskiej. Relacje wysiedlonych i partyzantów.
Warszawa 1968.
czasopisma/publikacje prasowe
Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce , t. IX.
J. Doroszewski. Szkolnictwo na Zamojszczyźnie w w latach okupacji hitlerowskiej w: Rocznik
Zamojski 1984, t. I.

Podobne dokumenty