katastrofy emerytur - Samorząd Studentów WPiA UW

Komentarze

Transkrypt

katastrofy emerytur - Samorząd Studentów WPiA UW
ISSN 1897-4759
LEXU§
C z a s o p i s m o S t u d e n t ó w W P i A U W | n r 2 ( 2 2 ) , l u t y - m a r ze c 2 0 1 1
wywiad z prof. dr hab. Leokadią Oręziak
OFE
- droga do
finansów
katastrofy publicznych
i
przyszłych
str. 20
emerytur
spis treści
Spis treści
Całowanie jest super
WYDARZENIA
Razem zmieniajmy UW!
O zmianach kadrowych słów kilka
4
“Leon Petrażycki and Contemporary Legal Pluralism”
4
Warsztaty z prawoznawstwa
5
PAKT, czyli prawnik bez kodeksu
6
2nd Polish Law & Economics Conference
6
Bal karnawałowy
7
C’mon law
7
Mocny akord
8
Stud(n)ia Performansu. Dzień performatywny na UW
8
INFORMACJE
Pod takim hasłem wystartował cykl spotkań poświęcony problemom języków obcych, przedmiotów ogólnouniwersyteckich oraz zaliczania praktyk na Uniwersytecie. Dzięki rozmowie ze studentami będziemy
mogli precyzyjniej określić problemy i zaproponować ich rozwiązania w Raporcie na Senat UW. Dla niewtajemniczonych - jest to projekt ZSS UW, który ma ocenić z perspektywy społeczności studenckiej działalność UW. Chcemy, aby nasz głos został nie tylko usłyszany, ale aby również miał znaczenie. Dlatego
tak istotne jest, aby jak najwięcej studentów miało swój wkład w tworzenie Raportu. Wówczas, możemy
wspólnymi siłami uporać się z określonymi problemami. Należy jednak pamiętać, że Raport nie służy tylko
wytykaniu wad w funkcjonowaniu różnych mechanizmów uniwersyteckich. Jest on także narzędziem do
wyrażenia entuzjazmu i aprobaty dla dobrych praktyk. Zatem zachęcamy do udziału w spotkaniach przy tym
i najbliższych raportach, do wyrażania Waszego poglądu na tematy, które przecież właśnie Was dotyczą.
Zapraszamy do bliższego zapoznania się z ideą projektu i jego dotychczasowym funkcjonowaniem na
stronę http://raport.samorzad.uw.edu.pl, a już konkretne propozycje lub pytania, piszcie śmiało na adres:
[email protected]
Collegium Iuridicum I nowe ma imię
10
Wieści z Rady Wydziału
10
Troche Ameryki na WPiA, czyli co w CPA piszczy
11
Na lewo most, na prawo most, a przez nie wiedza pędzi!
12
Chęć przedłużenia studiów czy życiowa konieczność?
– urlopy dla studentów
PUBLICYSTYKA
Egzaminy nasze ukochane...
14
Co mnie to obchodzi?
15
Co zdołałem zrozumieć z nauk Sokratesa
16
Zarys historii daktyloskopijnej metody identyfikacji
17
Księga Absolwentów - wywiad z mgr. Rafałem W. Sikorskim
emerytur - wywiad z prof. dr hab. Leokadią Oręziak
Podtrzymywać tradycję - wywiad z prof. dr. hab. Tomaszem Giaro
Zawsze dbam o swój Wydział
- wywiad z prof. dr hab. Tadeuszem Tomaszewskim
Zespół Raportu Studenckiego 2011
Któż z Was nie lubi buziaków? Czy nie chcielibyście zachować ich na
zawsze? A jeśli ktoś przekonałby Was, że jest na to pewien sposób? Czy
nie zaryzykowalibyście?
Wyobraźcie sobie, że od wszystkich pocałunków, które otrzymujecie
w ciągu miesiąca, musicie odprowadzić część wyrażoną w procentach do
instytucji o wdzięcznej nazwie Zetknięte Usta Społeczeństwa (w skrócie:
ZUS). Bez względu na związane z Waszymi pocałunkami wspomnienia,
ich intensywność, smak, delikatność, namiętność itp. procent nie ulega
zmianie. Starasz się jak możesz, harujesz po nocach, chronicznie nie dosypiasz. Wszystko dlatego by zapewnić sobie szczęśliwe życie.
Masz nadzieję, że będzie tak już zawsze. Naprawdę wierzysz, że w
przyszłości otrzymasz godne buziaki?! Wierzysz. Przecież miesiąc w
miesiąc wypełniasz druczki i odsyłasz ciężko zapracowane buziaki. Sam
z resztą wybrałeś swój całuśny fundusz, który musi zagwarantować Ci
beztroskie całusy na stare lata.
Też wydaje się to Wam podejrzane? Odetchnijcie. Zamknijcie oczy,
odprężcie się i zastanówcie gdzie Was ZUS pocałuje. Bingo! Właśnie
tam! Pozostaje jednak retoryczne pytanie, czy to są takie buziaki, o jakich
całe lata marzyliście…
19
20
24
25
Musimy obudzić społeczeństwo - wywiad z Maciejem Łapskim
26
Młodzi niedoceniają demokracji - wywiad z Frankiem Wiaczorką
28
Nie jesteśmy gigantem - wywiad z dr. Wiktorem Rossem
30
KULTURA
„Kazimierz i Karolina” w Teatrze Narodowym
32
Sprostowanie
33
A dzisiaj? Dzisiaj narysujemy śmierć
33
Akademicki rozkład jazdy
Bóg Mordu w Ateneum
34
Magia samochodów
34
Jeżeli wiecie o odbywających się na naszej Uczelni ciekawych wydarzeniach o różnym charakterze - imprezy,
konferencje bądź akcje charytatywne, nie zwlekajcie z poinformowaniem nas o tym fakcie – my poinformujemy o
tym resztę za pomocą Akademickiego Rozkładu Jazdy, internetowego kalendarza wydarzeń odbywających się na
naszym Uniwersytecie. Na adres [email protected] możecie słać nam wszystkie swoje propozycje musicie jedynie podać nazwę, czas, miejsce oraz opis swojego wydarzenia. Czekamy na Wasze e-maile.
Jak zostać królem, czyli jak przemienić swoje słabości w zalety
35
Kalendarz znajdziecie na stronie internetowej zarządu Samorządu Studentów UW – http://www.samorzad.uw.edu.pl/
Drodzy przyszli emeryci!
WYWIAD
OFE – droga do katastrofy finansów publicznych i przyszłych
Pamiętajcie, razem możemy zmienić UW!
13
Piotr Sobczyk,
Paulina Kabzińska
MISZ-MASZ
Miś
36
Jestem, więc mam rację
37
Za witrynami
38
Komiks
39
LEXU§
Wydawca: Samorząd Studentów WPiA UW
Współpraca: Stowarzyszenie Absolwentów WPiA UW
Redaktor Naczelny: Piotr Sobczyk
Zastępca Redaktora Naczelnego: Paulina Kabzińska
Sekretarz Redakcji: Krystyna Stec
Redaktorzy techniczni (DTP): Maciej Bisch, Tomasz Klemt
Szefowie działów:
Wydarzenia: Łukasz Hnatkowski | [email protected]
Informacje: Karolina Dołęgowska | [email protected]
Publicystyka: Piotr Sobczyk | [email protected]
Wywiad: Aleksander Jakubowski | [email protected]
Kultura: Jakub Brzeski | [email protected]
Misz-masz: Konrad Leszko | [email protected]
Autorzy: Rafał Baranowski, Magdalena Brodawka, Jakub Brzeski, Jakub Chowaniec, Karolina
Dołęgowska, Maciej Hawryłeczko, Magdalena Homenda, Aleksander Jakubowski, Paulina
Kabzińska, Paweł Krzeski, Rafał Kuchta, Grzegorz Kukowka, Maciej Kułak, Małgorzata
Kurowska, Konrad Leszko, Katarzyna Matynia, dr Katarzyna Metelska-Szaniawska,
Niezależne Zrzeszenie Studentów, Mateusz Opaliński, Aleksandra Orzeł, Krzysztof Paczkowski,
Paweł Rosak, Magdalena Sadowska, Paulina Sewerzyńska, Piotr Sobczyk, Maciej Tomecki,
Aleksandra Trzepałka, Anna Wójcik, Jan Zarewicz, Patrycja Zawadzka, Marta Żuralska
Korekta: Marta Matejak, Adrianna Palczewska
Komiks: Katarzyna Matynia
Okładka:
grafika: Katarzyna Matynia
opracowanie graficzne: Maciej Bisch
Nakład: 1500 sztuk
Kontakt: [email protected]
luty-marzec 2011|Lexu§
3
wydarzenia
wydarzenia
O zmianach kadrowych słów kilka
Anna Wójcik
19
stycznia 2011 roku odbyły się obrady Zarządu Samorządu Studentów WPiA UW. Okazały się one wydarzeniem
szczególnym z uwagi na ustąpienie ze stanowiska Przewodniczącego Zarządu Marcina Szlasa-Rokickiego. Powody osobiste
zadecydowały niestety o niemożności dłuższego sprawowania przez
niego urzędu przewodniczącego. Serdecznie dziękujemy Marcinowi
(znanemu również jako Kalafior) za pracę i czas poświęcony Samorządowi Studentów WPiA UW. W ubiegłym roku pełnił on funkcję wi-
ceprzewodniczącego Komisji Organizacyjnej oraz Pełnomocnika ZSS
WPiA ds. administracyjnych, był także organizatorem tegorocznego
wyjazdu integracyjnego „Lucień 2010”.
Nową Przewodniczącą Zarządu wybrana została dotychczasowa
szefowa Komisji Informacji i Promocji oraz aktywna członkini Komisji Organizacyjnej - Joanna Berzyńska. Wyboru gratulujemy oraz
życzymy dalszych sukcesów w pracy samorządowej.
“Leon Petrażycki and
Contemporary Legal Pluralism”
Marta Żuralska
W dniu 4 mara 2011 r. w Audytorium Starej Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego odbyła się XII Konferencja Wydziałowa. Tegoroczna konferencja
miała szczególny charakter. Po raz pierwszy zdarzyło się, że temat konferencji
wydziałowej poświęcony był pracy naukowej jednego tylko człowieka i po raz
pierwszy konferencja wydziałowa przybrała tak międzynarodowy charakter.
“Leon Petrażycki and Contemporary Legal Pluralism” - taki tytuł przyciągnął
do Warszawy znawców idei i myśli naukowej Leona Petrażyckiego z licznych
ośrodków akademickich Rosji, Polski i Niemiec - krajów, w których Petrażycki żył
i tworzył, i których realia niewątpliwie wywarły na jego prace znaczący wpływ.
R
ozpoczęcie konferencji poprzedzone
było odsłonięciem pamiątkowej tablicy na budynku Collegium Iuridicum I
poświęconej Leonowi Petrażyckiemu, który,
jak głosi napis „w tym gmachu w latach 1919
– 1931 tworzył, nauczał i mieszkał”.
Choć konferencja rozpoczęła się z niewielkim opóźnieniem, na twarzach uczestników nie było widać zniecierpliwienia.
Otwarcia konferencji dokonał Prorektor Uniwersytetu Warszawskiego prof. Włodzimierz
Lengauer, a słowo wstępne wygłosił Dziekan
Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego prof. Krzysztof Rączka.
Konferencja podzielona została na trzy
sesje, choć bez wyraźnego rozgraniczenia tematycznego poszczególnych paneli.
Pierwszą część konferencji rozpoczął referat prof. Christiana Baldusa z Uniwersytetu
w Heidelbergu pt. „Petrażycki i problemy
metodologii w cywilistyce”. Było to pierwsze, bo nie jedyne wystąpienie, w którym
poświęcono uwagę konstruktywnej krytyce
wybranych założeń projektu niemieckiego
kodeksu cywilnego (BGB), jaką Petrażycki
przedstawił w pracy Die Lehre vom Einkommen. Prof. Baldus, na przykładzie prawa do żądania zwrotu nakładów, wskazał w
jaki sposób Petrażycki przy pomocy analizy
ekonomicznej przedstawił możliwość uniknięcia pewnych paradoksów zawartych w
rozwiązaniach przyjętych zarówno w prawie
rzymskim, jak i w projekcie niemieckiego
kodeksu cywilnego.
4
Wykorzystaniu przez Petrażyckiego metodologii analizy ekonomicznej poświęcone
było również wystąpienie dr Anny Pliseckiej
z Uniwersytetu w Poznaniu, która wskazała
spostrzeżenia Petrażyckiego dotyczące niebezpieczeństwa związanego z pandektystyką
i przyjęciem projektu BGB. Jak zauważył Petrażycki, „jakkolwiek juryści rzymscy wydawali orzeczenia efektywne z ekonomicznego
punktu widzenia, tak odwzorowanie reguł
prawa rzymskiego bez uwzględniania zmian
społeczno-gospodarczych, które nastąpiły w
między czasie, prowadzi w konsekwencji do
stanowienia nieefektywnych, a nawet szkodliwych reguł prawnych”.
Kolejnym wystąpieniem był referat prof.
Andreja V. Polyakova z Uniwersytetu w St.
Petersburgu pt.: „Leon Petrażycki a rosyjska
teoria prawa.” Wskazanie prac i autorów, wykorzystujących bezpośrednio lub pośrednio
koncepcje zawarte w twórczości Petrażyckiego, stanowiło niezwykłą okazję do zapoznania się z tak mało znanym w Polsce i na
zachodzie dorobkiem rosyjskiej nauki prawa.
Bogatym poznawczo miało być również wystąpienie prof. Eleny V. Timoshiny dotyczące
ideałów społecznych petersburskiej szkoły
filozofii prawa, z którym jednak, ze względu
na nieobecność Pani Profesor, mogliśmy zapoznać się jedynie na podstawie otrzymanych
materiałów konferencyjnych.
Przedstawieniu najważniejszych koncepcji Leona Petrażyckiego poświęcone były wystąpienia prof. Ivana A.
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Ivannikova z Uniwersytetu w Rostovie nad
Donem i prof. Andrzeja Kojdera z Uniwersytetu Warszawskiego, dotyczących kolejno roli psychologii jako metodologii w
poznaniu prawa i pluralistycznej koncepcji
prawa Petrażyckiego, zaś na przywiązanie
Petrażyckiego do idei polityki prawa, które
nieodłącznie towarzyszyło pismom o reformach BGB i rosyjskiej kodyfikacji prawa cywilnego zwrócił uwagę prof. Martin
Avenariusa z Uniwersytetu w Kolonii.
Realiom Rosji częściowo poświęcony
był referat Antona Rudokwasa z Uniwersytetu w St. Petersburgu, który podjął się
oceny roli, jaką w rosyjskiej jurysprudencji
odegrał przetłumaczony przez Petrażyckiego
w czasach studenckich podręcznik niemieckiego pandektysty Julius Barona. Jednak o
całościowym ujęciu związku Petrażyckiego
z realiami Rosji można mówić jedynie w
przypadku referatu Alekseja N. Nikitina z
Uniwersytetu w Moskwie, który w swoim
referacie „realia Rosji” wykorzystał w trzech
znaczeniach. Pierwsze – to wpływ rosyjskiej
rzeczywistości na kształtowanie się idei Petrażyckiego, które złożyły się na psychologiczną
teorię prawa. Drugie – to stosunek wobec tej
teorii rosyjskiej nauki prawa. Wreszcie, realia Rosji – to jej społeczeństwo, państwo i
system prawny, stanowiące przedmiot badania, którego podstawą metodologiczną jest
nauczanie Petrażyckiego, i ono, jako jedyne,
jest odpowiednim narzędziem służącym zrozumieniu prawdziwego stosunku rosyjskiego
społeczeństwa wobec prawa, ujawnieniu roli i
znaczenia regulacji prawnych w jego życiu.
Współczesna recepcja twórczości Petrażyckiego w świecie przedstawiona została
przez prof. Krzysztofa Motykę. Krótkiego
podsumowania, zgodnie z programem konferencji, dokonał Prodziekan Wydziału Prawa i
Administracji prof. Tomasz Giaro.
Wysłuchanie tak wielu specjalistów
zajmujących się w swoich badaniach twórczością Petrażyckiego możliwe było dzięki
nadaniu konferencji międzynarodowego charakteru i zapewnieniu przez organizatorów
symultanicznego tłumaczenia referatów i
głosów w dyskusji na trzy języki konferencji:
rosyjski, niemiecki i polski oraz wykorzystaniu możliwości połączenia audiowizualnego,
z którego korzystał prof. Thomas Rüfner z
Uniwersytetu w Trewirze. Dla sceptycznego
słuchacza pozytywnym zaskoczeniem był
fakt, że poza kilkoma wtrąceniami tłumaczy
w postaci „- tu jest coś nie tak, prześledź to
w tekście niemieckim”, wszystko przebiegło
bez zakłóceń.
Konferencja spotkała się z dużym zainteresowaniem. Zgromadziła przeszło 150 osób,
w tym: pracowników naukowych, doktorantów, studentów i zaproszonych gości. Co ciekawe ilość uczestników z sesji na sesję wcale
drastycznie, jak to zwykle bywa, nie malała.
Powodem tego stanu rzeczy mogło być zapewnienie przez organizatorów smakowitych
poczęstunków w przerwach na kawę i lunch,
ale powszechnie wiadomo, że nawet najlepsze jedzenie nie jest w stanie zatrzymać znudzonego słuchacza.
Tegoroczna konferencja wydziałowa zorganizowana była niewątpliwie na wysokim
poziomie. Być może zawdzięczamy to jej
międzynarodowemu charakterowi, dzięki czemu miała ona olbrzymią wartość poznawczą,
być może była to zasługa skonkretyzowanego
tematu, co sprawiło, że nikt „przypadkowy”
wśród referentów raczej się nie znalazł. Wydaje się jednak, że kluczowe znaczenie miała
w tym przypadku ranga postaci jakiej konferencja była poświęcona.
Jak wskazał jeden z referentów, Leon Petrażycki to postać, która wyprzedziła swoje
czasy. Świat, w którym żył i tworzył nie był
gotowy na przyjęcie jego idei. Jak wskazał
prof. Kojder, również w okresie PRL-u, w
związku z obowiązującą krytyczną wykładnią jego twórczości, nie było możliwości
rozwinięcia jego nauki. Być może właśnie
teraz nadszedł moment, w którym idee Petrażyckiego mogą się odrodzić i dopiero teraz
jego spojrzenie na naturę prawa i możliwości,
które daje, będą w pełni zrozumiane i wykorzystane.
Miejmy nadzieję, że najbliższe lata będą
ku temu najlepszą okazją, tym bardziej wyraźną, że tegoroczna 80. rocznica śmierci Le-
Warsztaty z prawoznawstwa
Rafał Kuchta
W
połowie stycznia na Uniwersytecie
Warszawskim odbyły się zorganizowane przez Europejskie Stowarzyszenie Studentów Prawa ELSA Warszawa
warsztaty z prawoznawstwa. Ich celem było
przygotowanie studentów I roku prawa do
bardzo istotnego egzaminu, dla większości
zapewne pierwszego egzaminu ustnego na
studiach.
Nic dziwnego, że frekwencja była niezwykle wysoka, nawet mimo późnej pory (godz.
20:00, spotkania trwały 1,5 godziny). W sali
1.2 Collegium Iuridicum II na każde ze spotkań (10, 13 i 17 stycznia 2011 r.) stawiła się
liczna grupa spragnionych wiedzy studentów.
Pierwsze ze spotkań składało się z dwóch
części. Na początku pan mgr Marcin Romanowicz przedstawił studentom podstawowe informacje na temat norm i przepisów prawnych.
Odpowiadał też na wszystkie pytania słuchaczy. Następnie przyszła kolej na sprawdzenie
wiedzy – studenci podzielili się na cztery grupy, w ramach których samodzielnie analizowali tekst ustawy oraz różne rodzaje przepisów.
Rezultaty swojej pracy mogli zweryfikować
pod koniec spotkania. Możliwość praktycznego zastosowania wiadomości z pewnością
pomogła je zapamiętać.
Gościem drugiego spotkania był pan dr
Tomasz Kozłowski, który opowiedział studentom o różnych aspektach egzaminu z
prawoznawstwa, m. in. o jego przebiegu, o
stawianych wymaganiach oraz o funkcji jaką
ten egzamin pełni na studiach prawniczych.
ona Petrażyckiego stanowi niejako zapowiedź
nadchodzącej w 2017 roku 150 rocznicy urodzin niezwykłego prawoznawcy światowego
formatu, który w nauce prawa pozostawił
trwały i niezatarty ślad.
Takich konferencji życzę naszemu Wydziałowi jak najwięcej!
To spotkanie niewątpliwie cieszyło się największym zainteresowaniem – sala z trudem
pomieściła wszystkich studentów, zaś zadawanym pytaniom nie było końca. Pan doktor odpowiadał na wszystkie, rozwiewając wszelkie
wątpliwości dotyczące egzaminu.
Na ostatnim ze spotkań, pan mgr Tymoteusz Zych omówił najważniejsze koncepcje
prawa. Tematem wywodu były przede wszystkim pozytywizm prawniczy oraz prawo natury, lecz nie zabrakło także kilku słów na temat
koncepcji realistycznych, argumentacyjnych
czy komunikacyjnych. Studenci poznali też
najważniejszych przedstawicieli omawianych
koncepcji oraz zadawali pytania. Po spotkaniu
wszyscy potrafili już udzielić różnych odpowiedzi na pytanie: Czym jest prawo?
Podsumowując, do sukcesu warsztatów
wydatnie przyczyniły się wiedza, zaangażowanie i entuzjazm prelegentów, którzy otrzymali
pamiątkowe dyplomy. Niewątpliwie związana z osobami gości była niezwykle wysoka,
wręcz rekordowa liczba studentów, którzy
przyszli na spotkania. Wielu z nich wyraziło
także zainteresowanie kolejnymi spotkaniami
i wydarzeniami organizowanymi przez ELSA,
wpisując swój adres e-mail na rozdawane w
czasie spotkań listy.
luty-marzec 2011|Lexu§
5
wydarzenia
wydarzenia
PAKT, czyli prawnik bez kodeksu
Małgorzata Kurowska
P
rawniczy Akademicki Klub Turystyczny PAKT to jedyna na WPiA
organizacja studencka nie mająca
charakteru naukowego. Moją przygodę z
PAKT-em rozpoczęłam na październikowym
wyjeździe w Beskid Śląski, a teraz mam
przyjemność zaprosić do wzięcia udziału w
naszym kolejnym wyjeździe – „Powitaniu
wiosny z PAKT-em” na Babiej Górze.
INICJACJA PIERWSZA –
POCIĄGIEM DO BIELSKO-BIAŁEJ.
Spotkaliśmy się na Dworcu Wschodnim, 16 października o północy. Pociąg
odjeżdżał dopiero o 1.16, do dziś nie wiem,
czy wczesna zbiórka była uzasadniona koniecznością lepszego poznania się, czy też
dokonania wstępnej selekcji i sprawdzenia
wytrzymałości (zwłaszcza na zimno) nowicjuszy. Dla podróżniczego
greenhorna niesamowity był
już sam fakt przebywania
na dworcu w środku nocy.
Po nocnej podróży powitała
nas Bielsko-Biała. Zjedliśmy
śniadanie na betonowej posadzce zabytkowego dworca,
przyciągając uwagę przechodniów, którzy najwyraźniej nie
przywykli do takiego widoku.
Tak pokrzepieni ruszyliśmy w
drogę.
INICJACJA DRUGA
– NA SZLAKU Z
PLECAKIEM
„Greenhorn to (…) niedojrzały, niedoświadczony człowiek, który musi ostrożnie
wysuwać naprzód różki (…) słowem – żółtodziób.” Pierwsze zdanie niezapomnianej
powieści „Winnettou” Karola Maya idealnie
opisuje sytuację osoby, która rozpoczyna
swoją przygodę z PAKT-em.
Na październikowym wyjeździe PAKT-u
w Beskid Śląski, mimo ukończenia już dwóch
lat studiów prawniczych, byłam kompletnym
greenhornem. Pierwsza PAKT-owska wyprawa oznaczała dla mnie konieczność przeżycia wielu pierwszych razów (tak! Wyjdź,
szanowny Czytelniku, poza oczywiste skojarzenia!) – więc z perspektywy debiutantki
postaram się ją zrelacjonować.
Naszym celem był szczyt o
nazwie Klimczok (1117 m.n.p.m). Jednak to
nie on zostawił trwały ślad w mojej pamięci. Nigdy nie zapomnę oszałamiającej feerii
kolorów górskich zboczy; czerwieni i złota,
ciepłego brązu i subtelnych szarości, przetykanych zachowaną jeszcze na co odporniejszych na zimno drzewach dojrzałą zielenią. Nie zapomnę też kamieni pod cienkimi
podeszwami starych adidasów, o których
myślałam – debiutantka! –że na dwa dni w
zupełności wystarczą.
Gdzież tu inicjacja? Bywałam wcześniej
w górach, widziałam już pięknie malowane
jesienią lasy. Nigdy jednak nie wyszłam na
szlak z plecakiem, z perspektywą spędzenia
nocy w schronisku studenckim. Co prowadzi w prostej linii do inicjacji nr 3.
INICJACJA TRZECIA I
NAJWIĘKSZA – WIECZÓR I
PORANEK W SCHRONISKU
STUDENCKIM
Bardziej zmęczeni uczestnicy wyjazdu
dotarli do schroniska studenckiego „Na Rogaczu” już przed siedemnastą. Ci wytrwalsi
wybrali okrężną drogę. W schronisku przygotowaliśmy kolację złożoną z zakupionych
jeszcze w Bielsko-Białej kiełbasy, ryżu i
sosu pomidorowego.
Po całym dniu marszu nawet tak prosta potrawa potrafiła wywołać ogromny
entuzjazm.
Wieczorem ulokowani w dużej sali na
pięterku (bardziej pożądaną salę kominkową na parterze zajęła natchniona grupka
anarchistów, przebywająca w Beskidach na
wyjeździe naukowym) śpiewaliśmy przy
dźwiękach gitary. Gdy entuzjazm poniósł
nas nieco niektórzy rozpoczęli tupanie w
drewnianą podłogę. Wówczas w drzwiach
pojawił się kulturalny przedstawiciel anarchistów prosząc uprzejmie o cichsze zachowanie. Usłużnie tupania zaprzestaliśmy
– ostatecznie, zasady obowiązują nie tylko
anarchistów…
Następnego dnia, po pokonaniu mało
wymagającej trasy w świetnych humorach
dotarliśmy na dworzec… Już w pociągu
zdecydowałam, że pierwszy raz z PAKT-em
z pewnością nie będzie ostatni.
Dr Katarzyna Metelska-Szaniawska, Przewodnicząca Komitetu Organizacyjnego (WNE UW)
W
Konferencja, będąca kolejną po zeszłorocznej 1 st Polish Law & Economics
Conference, ma na celu podsumowanie dotychczasowego dorobku ekonomicznej analizy prawa w Polsce oraz
przedstawienie najnowszych osiągnięć
teoretycznych i empirycznych z tego zakresu. Jako że konferencja ma charakter
6
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Absolwentów Wydziału Prawa i Administracji
Uniwersytetu Warszawskiego
Konferencję organizowaną przez
Polskie Stowarzyszenie Ekonomicznej
Analizy Prawa i Ośrodek Analiz Ekonomicznych Sektora Publicznego przy
Wydziale Nauk Ekonomicznych UW we
współpracy z Kołem Naukowym Ekono-
Konrad Leszko
Restauracja „Villa Foksal” w Warszawie
gościła w dniu 19 lutego 2011 roku uczestników Maskowego Balu Karnawałowego Prawników, który został zorganizowany przez Stowarzyszenie Absolwentów Wydziału Prawa i
Administracji Uniwersytetu Warszawskiego.
W zabawie wzięli udział absolwenci WPiA,
reprezentujący różne środowiska prawnicze.
Osoby przybyły na bal w urozmaiconych kreacjach karnawałowych, począwszy od balowej sukni u Pań, do stroju wampira u Panów.
Pozytywne opinie wskazywały duże na
zadowolenie uczestników zabawy. Mimo
niewielkiej liczby osób, wszyscy bawili się
świetnie przy fantastycznej oprawie muzycznej. Bogate duchowe i materialne menu
wieczoru nie pozwoliło uczestnikom czuć się
głodnymi i spragnionymi.
Organizując tegoroczny bal karnawałowy
Stowarzyszenie Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego osiągnęło sukces, a w przyszłorocznych jego planach
znalazła się kolejna edycja imprezy.
Zapraszamy gorąco wszystkich absolwentów do wstąpienia w szeregi Stowarzyszenia,
które daje członkom możliwość partycypacji
w tego typu imprezach oraz rozwijania zainteresowań.
Zapraszamy na najbliższy wyjazd PAKT-u „Powitanie wiosny z PAKT-em” na
Babiej Górze. Odbędzie się on w terminie
25-27 marca. Więcej informacji na naszej
stronie www.pakt.wpia.uw.edu.pl
2 Polish Law & Economics Conference
międzynarodowy, stanowi ponadto doskonałą okazję do wymiany myśli i doświadczeń z przedstawicielami nauki,
prawnikami i ekonomistami, zajmującymi się tematyką law & economics w
innych krajach.
Paweł Rosak, Sekretarz Stowarzyszenia
***
nd
dniach 6 i 7 maja 2011 r. na
Uniwersytecie Warszawskim
będzie miała miejsce międzynarodowa konferencja naukowa 2 nd Polish Law & Economics Conference.
Bal karnawałowy C’mon law
mii Instytucjonalnej i Kołem Naukowym
Ekonomicznej Analizy Prawa „Law &
Economics” patronatem honorowym objęli Dziekan Wydział Prawa i Administracji prof. dr. hab. Krzysztof Rączka i
Dziekan Wydziału Nauk Ekonomicznych
prof. dr. hab. Tomasz Żylicz.
Zapraszamy do zapoznania się ze
stroną internetową 2 nd Polish Law &
Economics Conference pod adresem
http://www.lawandeconomics.pl
2 marca 2011 r., w pół do siódmej wieczorem, na Lipowej. Wydziałowi
ćwiczeniowcy zasypiają wspólnie ze studentami na ostatnich godzinach zajęć.
Rozpoczyna się czas dla wytrwałych, czas wolnych dyskusji i spotkań. W sali
A.3 frekwencja jak na popularnym specu o rozsądnej porze. Poruszenie spowodowane jest obecnością niezwykle ciekawego okazu prawnika. To mecenas
Witold Daniłowicz, partner zarządzający kancelarii White & Case, na zaproszenie Koła Naukowego Common Law, podjął się porównania systemów prawa
po obu stronach Atlantyku na podstawie życiowych spostrzeżeń ze studiów i
pracy zarówno w USA, jak i nad Wisłą.
S
potkanie objęte patronatem medialnym
przez Europejskie Stowarzyszenie Studentów Prawa ELSA Warszawa zostało
otwarte przez Matuesza Gawałkiewicza (prezes
KN Common Law) rozpoczęło się pytaniem do
publiczności: „Jak myślicie, który system jest
faktycznie bliższy prawu rzymskiemu, common law czy civil law?” Gdy udało się dojść do
(pozornie) przewrotnego wniosku, że jednak
common law, rozpoczął się krótki wykład. Pan
Witold Daniłowicz podkreślił m. in. szczególną
rolę i pozycję sędziego w systemie common law
oraz przedstawił, jakie wymagania, zupełnie
inne niż w Europie, stawia się amerykańskim
wyrokującym.
Padło wiele pytań z sali, nie dotyczyły jednak one istoty różnic między systemami prawa, ale głównie dróg kariery i trybu studiów.
Partner kancelarii White & Case odpowiadał
anegdotami z życia studenckiego i praktyki.
Studenci dowiedzieli się też, że opłaca się
studiować dodatkowe kierunki, jednak tylko
wtedy, gdy mają one potem szansę być wykorzystanymi w wyspecjalizowanej praktyce
zawodowej. Za szczególnie trafną kompozycję
wskazał w polskich warunkach WPiA plus
SGH, co zostało skwitowane kilkoma uśmiechami satysfakcji na sali.
Mecenas chwalił szczególnie amerykańską
sprawność procesową i dyscyplinę przed sądami.
Zaznaczył także szczególną rolę pełnomocników
procesowych jako części wymiaru sprawiedliwości i szacunek do prawników w społeczeństwie,
mimo wielu krążących o nich dowcipów.
W końcówce pojawił się temat ław przysięgłych jako czynnika destrukcyjnego dla systemu.
Nie mogło zabraknąć barwnego przykładu O. J.
Simpsona. Mec. Daniłowicz zwrócił uwagę na
rozwijającą się „naukę” o wpływaniu na przysięgłych i ten aspekt podał za powód przysłowiowej
teatralności amerykańskich rozpraw.
Nie ma wątpliwości, że ocena mecenasa Daniłowicza, była oceną praktyka, pozbawionego
złudzeń co do wad i zalet obu systemów. Zapytany o ocenę common i civil law z perspektywy
komfortu pracy i roli prawnika, bez wahania
przyznał wyższość systemowi angloamerykańskiemu. Trzeba jednak zastrzec, że Pan mecenas,
opiewając zalety prawa amerykańskiego, skupił
się na aspekcie walki argumentacji i procesów
myślowych, prowadzących do uzyskania prawdy
formalnej, nie obiektywnej. To budziło zastrzeżenia niektórych słuchaczy. „Barbarzyński kraj,
USA”, mówili nieprzejednani zwolennicy prawa
spisanego. Ci zafascynowani zabawą z precedensami wychodzili zasmuceni sztywnością i
brakiem polotu naszego postpandektystycznego
systemu i postsocjalistycznej praktyki.
Mecenas Daniłowicz prowadził spotkanie
po amerykańsku i zdołał zaktywizować studentów, których sposób studiowania i ceremoniał
wobec wykładowców, jak się okazało, niewiele
zmienił się od czasów, gdy on sam studiował.
Spotkanie mogłoby trwać o wiele dłużej; pytań
do zadania było jeszcze z pewnością mnóstwo,
jednak Pan mecenas musiał udać się na negocjowanie umowy. O 20.30! Cóż, prawnik jest
zawsze w pracy.
luty-marzec 2011|Lexu§
7
8
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Punkt, styczna, ciężar. Środka, ciała, osoby. Kontakt Improwizacja (CI) to forma tańca współczesnego, to rodzaj improwizacji
tanecznej, w której punkty fizycznego kontaktu są punktami, w
których rozpoczyna się eksploracja ruchu poprzez improwizacje.
Kilka osób zaimprowizuje kontakt – popatrz i bądź w kontakcie.
10. Grupa Kontakt Improwizacji
21:00
KONCERT: Ostatni Przystanek Postępu (Michał: gitara i wokal, Ryszard: bas, Krzysztof: perkusja, Kasia: trąbka). Istnieje od roku 2003. Przez lata jego twórczość ewoluowała od zakorzenionej w
punkowej estetyce radosnej zabawy formą, do przemyślanych utworów, bazujących na wielowymiarowych tekstach i muzycznej mieszance swingu, post-punka, ska i rockabilly. Premiera najnowszego
materiału – maj 2011.
Proste garsonki podkreślające talię osy, zwiewne sukienki, fantazyjne kapelusze, buty na wysokim słupku... To i o wiele więcej w niecodziennym pokazie mody kobiecej lat 40.
9. Grupa Rekonstrukcji
Historycznej „Bluszcz”
20.00
SPEKTAKL: Teraz Poliż: “Liminalna. Jestem snem, którego nie wolno mi śnić”. Niewinna, ale
krwawa bajka dla dorosłych. O przemocy wśród kobiet i wobec kobiet, o jej dziedziczeniu, przekazywaniu, rozpowszechnianiu i niezauważaniu. O księżniczkach, królewnach i królowych, które
chcą uciec z bajki.
Teatralno-ligwistyczny eksperyment mający na celu sprawdzić
jak dalece moglibyśmy się posunąć w procesie komunikacji rezygnując z istotnego tworzywa naszego języka: słów. Przewidziana
rozbudowana interakcja z publicznością.
8. Gazeta codzienna
Krzysztof Gubański, Finka Heynemann, Mikołaj Mierzejewski,
Katarzyna Milczewska, Monika
Rutkowska, Ewa Zarzycka
Kompozycja z odlewów dokumentujących materialny aspekt snu.
7. Sny na miarę. Instalacja
Magdalena Mińko (ASP)
18.30
SPOTKANIE: Pojedynek tytanów (Wojciech Ziemilski + gość) Audiowizualne starcie praktyków teorii i teoretyków praktyki. Performatywne w formie, nieprzewidziane w skutkach.
Filmy w różnych technikach, od klasycznej animacji rysunkowej
do filmu lalkowego. O codzienności, uczuciach, systemie, przemianie, śmieszności, rytuałach...i oczywiście Chopinie!
6. Animacje studentów Pracowni Filmu Animowanego
Hieronima Neumanna
FILM 2: “Ankieta”, realizacja: Magda Mosiewicz: Programowe wystąpienia artystów biorących
udział w projekcie „Perform”, wspólnego przedsięwzięcia Komuny/Warszawa i Sceny wysokiego
ryzyka Teatru Studio.
9.30 – 17.00
FILM 1: “Przepraszam, czy to performans?”, realizacja: Kajetan Pieczyński, Paweł Wyszomirski (Uniwerek.tv): Co to jest performans? Jak objawia się w życiu? Poprzez krótkie odpowiedzi
przypadkowych i nieprzypadkowych ludzi powstaje zbiorowe definicja zjawiska.
W trzech językach: polskim, starogreckim i etalskim zostanie
wyśpiewana opowieść o wyprawie Argonautów. Wydarzenia z
żeglugi opowiedziane zostaną przez Orfeusza, który żeglował z
innymi do Kolchidy. Usłyszymy fragmenty Argonautyków orfickich, antycznego poematu przypisywanego Orfeuszowi oraz ustępy z eposu Ithanaga Łukasza Szypkowskiego.
Operation Blackbird to pięciu muzyków z kapel The Roosters ,
Boogie Nights, Radio Error i Deska. Wspólny mianownik dla ich
muzyki to połączenie rocka i rock‘n’rolla. Obecnie przygotowują
materiał na debiutancką Epkę która ukaże się niebawem.
15. Operation Blackbird
[Stary BUW: parter]
[aranżacja przestrzeni: Magdalena Mińko]
Teatr Wolandejski zaprasza swoich widzów do udziału w grach aktorskich, opartych na improwizacji. Razem zabawimy się w teatr
jednej chwili, oparty na naszych emocjach.
14. Teatr Wolandejski
STUDIO PERFORMANSU
Dj Outer Space w dowolnej przestrzeni kreuje wyobrażone krainy.
Teraz, kiedy już wie, jak smakuje gwiezdny pył i mleczna droga,
nabrał ochoty na wyczarowanie kosmosu.
13. Siknij sobie w kosmos.
Instalacja
(dj Outer Space)
5. Wyprawa po złote runo.
Czytanie performatywne
(Łukasz K. Szypkowski)
Performans jako medium wypowiedzi
o rzeczywistości wpisuje się w całokształt
życia społecznego. Podczas Stu(d)ni Performansu chcemy pobudzić uczestników
projektu do refleksji nad performansem
jako medium mówienia o rzeczywistości,
nad swoistością jego języka i rolą, którą
może pełnić w codziennym życiu.
Audialna uczta z daniami ze schizofrenicznych gitar, mistycznej
tabli i sitaru, a wszystko to okraszone brzmieniami archaicznej
elektroniki. Podróżnicy spragnieni kosmicznej strawy i transcendentalnego wytchnienia przybywajcie tłumnie!
darzenie zakończy performatywny koncert
zespołu Ostatni Przystanek Postępu.
4.Tamaatea
Sebastian Sztark i goście
Tor drugi – „Studio Performansu”, zaaranżowane w budynku Dawnej Biblioteki
Uniwersyteckiej otwarte w godzinach od
9.30 do 22.30, będące teoretycznym zapleczem festiwalu. Od rana będzie można tam
obejrzeć projekcję stworzonego specjalnie
na potrzeby wydarzenia filmu-sondy angażującego studentów i widzów w refleksję
nad performansem. O godzinie 18.30 odbędzie „Pojedynek Tytanów”, podczas którego Wojtek Ziemilski i jego gość zaprezentują własną definicję performensu, dzieląc
się ze słuchaczami swymi inspiracjami i
doświadczeniami. Następnie, o godzinie
20.00 odbędzie się spektakl teatralny studenckiego zespołu – Teraz Poliż, a całe wy-
Ty tu a ja tam, czyli co z tego może wyniknąć.
Rytm + Nastoletni nonkonformizm = artystyczno-emocjonalny
galimatias.
KAMPUS GŁÓWNY UW
3. Ty-tu-ł
Magdalena Czarnecka
Joanna Piotrowska
Tor pierwszy – „Akcja w kwadrans”.
Od godziny 9.30 do 16.45, podczas pięciu
kolejnych przerw akademickich wszystkie
zakątki Kampusu Głównego UW wypełni
muzyka, taniec, słowo i śpiew. W różnych
przestrzeniach, do których doprowadzą
mapy, rozgrywać się będą jednocześnie
performansy z udziałem m.in.: Performerii Warszawy, Teatru Wolandejskiego,
Grupy Kontaktu Improwizacji, Grupy Rekonstrukcji Historycznej „Bluszcz” oraz
wielu innych.
30.03.2011
Performeria Warszawy prezentuje zespół elementów służący do
wyzwalania, pobudzania, rozruszania, dziania się i dzielenia dzianiem. Mamy dla was to wszystko czego potrzebujecie, a nawet to,
czego nie wiecie że chcecie. A wszystko to bardzo tanio, szybko i
bezboleśnie. Chciej i bądź! http://performeria.blogspot.com/
Już 30 marca podejmiemy próbę zdefiniowania tego zjawiska. Nasz program
przebiega dwutorowo:
strona internetowa: www.studniaperformansu.blogspot.com
facebook: www.facebook.com/?ref=home#!/pages/Studnia-Performansu/191298447564345
e-mail: [email protected]
youtube: www.youtube.com/user/StudniaPerformansu
2. Automat z kawą
(Performeria Warszawy)
Czy zjawisko performasu wpisuje się
w jedną dziedzinę kultury? Czy powstała
już jego encyklopedyczna definicja? Czy
każde wydarzenie artystyczne można dziś
nazwać performansem?
Więcej informacji:
Kobieta Wampir wychodziła już na ulice Warszawy. Bywała też
na domówkach, ale zamiast się bawić, godzinami wisiała do góry
nogami na balkonie. Jeśli w drodze na zajęcia zobaczysz jak śpi
zakamarkach kampusu, przykryj ją pelerynką.
30
marca 2011 roku na terenie
Kampusu Centralnego Uniwersytetu Warszawskiego odbędzie się druga edycja festiwalu teatralnego organizowanego przez Niezależne
Zrzeszenie Studentów – „Stu(d)nia Performansu. Dzień performatywny na UW”.
Projekt skierowany jest do studentów i
absolwentów warszawskich uczelni oraz
do wszystkich miłośników ulicznych form
teatralnych.
1. Kobieta Wampir
Monika Nowogrodzka
Czym jest performans? Czy to sztuki wszelkie, a może wszystko dozwolone w sztuce? Czy leżenie na trawie, jazda metrem,
wykład uniwersytecki to już performans? Czy, aby zaistniał wystarczy, że staniemy wobec Innego?
Zapraszamy do zanurzenia się w Studni Performansu. Do przestudiowania kilkunastu zdarzeń o przebiegu przewidzianym i nieprzewidywalnym. Na jeden dzień przestrzenie uniwersyteckie wypełnią się gestami, muzyką, tańcem, słowem,
ruchem. Głośnikami, bębnami, mikrofonami, elementami scenografii, ciałami w nieustannym poruszeniu. Zapraszamy do
leżenia, słuchania, chodzenia, jeżdżenia wokół, stawania wobec performerów. Do obserwacji uczestniczącej i patrzenia
nieuczestniczącego. Wreszcie, do podjęcia wspólnej próby definicji tego, czym jest to, co się wydarza.
Żyjemy w świecie pomieszania. Na słupie ogłoszeniowym Fryderyk Chopin spotyka się z Anną Muchą. Czy spotkania postaci z
różnych porządków mogą być pretekstem do rozmów o relacjach
i głosem w sprawie tolerancji?
Organizatorzy Stud(n)i Performansu, NZS UW
12. Vis a vis
Agata Sutkowska
Wioletta Wysocka
(Mimochodem)
Stud(n)ia Performansu. Dzień performatywny na UW
AKCJA W KWADRANS
Pod tym względem koniec roku kalendarzowego w uczelnianych murach zakończył
się mocnym akordem - studenci, zanim jeszcze rozjechali się do domów na święta, mieli
okazję uczestniczyć w dwóch panelach dys-
Zaś już następnego dnia, 8 grudnia w tym
samym miejscu (Stara Biblioteka) NZS UW
zainaugurował nowy cykl debat „Rozmowy
Nieobojętne” dyskusją o polskiej polityce zagranicznej pt. „Polska – Rosja: ocieplenie klimatu czy powrót rosyjskiego protektoratu?”
Jednym z patronów medialnych wydarzenia
było Czasopismo Lexuss. Gośćmi spotkania
Jednocześnie informujemy, że 16 marca
odbędzie się kolejne spotkanie z cyklu „Rozmowy Nieobojętne” - tym razem z udziałem
polityków z trzech głównych frakcji parlamentarnych. Rozważanym problemem będzie
stan finansów publicznych naszego państwa.
Szczegóły już wkrótce, m.in. na Facebooku.
Serdecznie zapraszamy i liczymy na Waszą
obecność!
[w zakamarkach Kampusu Głównego UW]
N
iezbyt odkrywczym będzie stwierdzenie, iż otwarte spotkania i debaty, na
których każdy może zabrać głos, stanowią niepowtarzalną szansę na poszerzenie
horyzontów i zdobycie wielu nowych informacji na dany temat. Budujące zatem jest duże
zainteresowanie i frekwencja, jaką na ogół cieszą się wśród studentów – i nie tylko - podobne
wydarzenia na naszym Uniwersytecie.
Pierwszy z nich odbył się 7 grudnia 2010
r. w Auli Starej Biblioteki i już w tytule stawiał
pytanie: czy PRL była państwem totalitarnym?
Odpowiedzi na nie wspólnie poszukiwali prof.
Jadwiga Staniszkis, prof. Michał Pietrzak i
prof. Andrzej Paczkowski. Spotkanie zostało
zorganizowane wysiłkiem Komisji Historycznej NZS UW.
byli: dr Wiktor Ross – dyplomata, politolog,
znawca Rosji oraz Paweł Kowal – poseł do
Parlamentu Europejskiego z PJN. Trzeciemu
zaproszonemu gościowi, Andrzejowi Halickiemu z PO, nie udało się dotrzeć na debatę.
Mimo to, dzięki ogromnej wiedzy prelegentów, można było wynieść z niej wiele ciekawych spostrzeżeń na temat naszych stosunków
z największym wschodnim sąsiadem.
Popis żonglerki cyrkowej w wykonaniu Binii, która bywa też panem Staszkiem.
Niezależne Zrzeszenie Studentów UW
kusyjnych zorganizowanych przez Niezależne
Zrzeszenie Studentów UW
Dzień performatywny na UW - harmonogram
Mocny akord
wydarzenia
11. Powietrzne szoł
(Agnieszka Bińczycka)
wydarzenia
luty-marzec 2011|Lexu§
9
informacje
Collegium
Iuridicum I
nowe ma imię
Patrycja Zawadzka
C
ollegium Iuridicum I od czasu rozpoczętego w czerwcu 2009 roku remontu zmieniło się nie do poznania, o czym mieliśmy
okazję przekonać się tuż przed inauguracją roku
akademickiego, podczas uroczystego otwarcia
odrestaurowanego gmachu. Jednak na tym zmiany się nie kończą. 15 listopada na posiedzeniu
Rady Wydziału podjęto jednogłośnie uchwałę o
nadaniu budynkowi imienia Leona Petrażyckiego. Odsłonięcie pamiątkowej tablicy nastąpiło 4
marca podczas poświęconej temu naukowcowi
konferencji. Warto więc przy tej okazji przypomnieć, części doskonale znaną, osobę wybitnego
polskiego prawnika.
Koniec wieku XIX. Na scenę polskiej nauki
wkracza Leon Petrażycki, urodzony 13 kwietnia
1867r. w Kołłątajowie na Witebszczyźnie. Z wykształcenia prawnik, studia podjął w Kijowie, a
dyplom ukończenia tej uczelni otrzymał w 1890
r. Następnie kontynuował naukę m.in. w Berlinie,
Heidelbergu, Paryżu i Londynie. Już w wieku 25
lat wydaje pierwsze prace pisane, początkowo w
języku niemieckim, później po rosyjsku. Jednak
najważniejsze dzieła: „Wstęp do nauki prawa i moralności” oraz „Teoria państwa i prawa w związku
z teorią moralności” najlepiej obrazują przestrzeń
zainteresowań Petrażyckiego. Szeroko pojęta filozofia prawa – m.in. psychologia, etyka i socjologia – to dziedzina, w której zasłynął szczególnie
dzięki swoim oryginalnym przekonaniom. Uważał, że prawo istnieje, gdyż ludzka psychika jest
niedostatecznie przystosowana do potrzeb życia
społecznego, jednak z biegiem czasu prawo stanie
się zbyteczne i zaniknie. Dążył do wyodrębnienia
nowej dyscypliny naukowej – polityki prawa, która
miała być „praktycznym zastosowaniem teoretycznej wiedzy o prawie.” Skupiał się na wielopłaszczyznowym badaniu funkcji prawa, zajmował się
także logiką i socjologią prawa. Snując refleksję
nad związkami prawa i moralności doszedł do
wniosku, iż prawo zajmuje w życiu społecznym
ważniejszą rolę niż moralność, gdyż to właśnie ono
chroni wolność i uprawnienia jednostki, moralność
natomiast „należy raczej do sfery luksusu”.
W 1898r. został profesorem zwyczajnym.
Oprócz działalności naukowej zajmował się także polityką, był członkiem rosyjskiej Dumy oraz
Najwyższego Sądu Rosji. W roku 1919 przyjechał do Polski, gdzie objął pierwszą w kraju katedrę socjologii na Wydziale Prawa Uniwersytetu
Warszawskiego. W tym okresie mieszkał właśnie
w Collegium Iuridicum I, gdzie znajdowało się
służbowe mieszkanie profesora. Jako niezwykle
dociekliwy badacz podejmował na nowo kwestie,
które ówczesna nauka uważała już za truizmy.
Właśnie dzięki tej zdolności przewidział zbliżające się katastrofalne wydarzenia historyczne.
Karierę Leona Petrażyckiego przerwała 15 maja
1931r. samobójcza śmierć.
10
informacje
Wieści z Rady Wydziału
Troche Ameryki na WPiA, czyli co w CPA piszczy
Karolina Dołęgowska
Paulina Sewerzyńska
O
d czasu ukazania się ostatniego numeru
Lexussa odbyły się 3 posiedzenia Rady
Wydziału.
GRUDZIEŃ
Grudniowe obrady Dziekan WPiA prof. UW
dr hab. Krzysztof Rączka rozpoczął od gratulacji
dla prof. UW dr hab. Hanny Gronkiewicz-Waltz
z okazji jubileuszu 35-lecia działalności zawodowej oraz ponownego wyboru na Prezydenta
Warszawy, dla prof. dr hab. Józefa Okolskiego z
okazji zbliżającego się jubileuszu 48-lecia działalności zawodowej oraz dla prof. UW dr hab.
Marka Zubika z okazji wyboru na Sędziego Trybunału Konstytucyjnego.
Następnie zadecydowano o wszczęciu przewodów habilitacyjnych następującym pracownikom naukowym: dr Aleksandrowi Stępkowskiemu, dr Monice Całkiewicz, oraz dr Jackowi
Wiercińskiemu. Powołano również recenzentów
rozpraw doktorskich mgr Moniki StachowiakKudły oraz mgr Stanisława Zabłockiego. Wyznaczono recenzentów i powołano składy komisji egzaminacyjnych w przewodzie doktorskim
mgr Agnieszki Ewy Laber. Mgr Przemysławowi
Litwiniukowi nadano natomiast stopień doktora nauk prawnych w zakresie prawa. Przewody
doktorskie otwarto mgr Agnieszce Stępień-Trela
oraz mgr Magdalenie Łuczak-Golenia.
Rada zadecydowała również o włączeniu
do siatki zajęć na rok akademicki 2010/2011
(semestr letni) wykładu specjalizacyjnego pt.:
„Ochrona prawnokarna środowiska”, prowadzonego przez prof. dr hab. Genowefę Rejman
Zatwierdzono stawki za usługi edukacyjne
na studiach prawniczych i administracyjnych a
także za Podyplomowe Studium Prawa Pracy.
Rada Wydziału podjęła uchwałę w sprawie
utworzenia studiów podyplomowych realizowanych we współpracy z Krajową Szkołą Sądownictwa i Prokuratury:
a) Podyplomowe Studia procesu karnego dla
sędziów sądów powszechnych orzekających
w sprawach karnych, prokuratorów i asesorów prokuratury;
b) Podyplomowe Studia z zakresu prawa i
ubezpieczeń społecznych dla sędziów sądów
powszechnych;
c) Podyplomowe Studia z zakresu własności
intelektualnej dla sędziów orzekających w
wydziałach cywilnych i gospodarczych sądów wszystkich szczebli;
d) Podyplomowe Studia prawa dowodowego
dla sędziów sądów powszechnych orzekających w sprawach karnych, prokuratorów i
asesorów prokuratury.
STYCZEŃ
Na styczniowej Radzie Wydziału zadecydowano o wszczęciu przewodu doktorskiego mgr
Nataliya Chapliy oraz dr Renaty Włodarczyk
Do kolokwiów habilitacyjnych Rada dopuściła
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
doktora Karola Karskiego oraz doktora Marcina
Matczaka. Powołano recenzentów w przewodach doktorskich mgr Krzysztofa Kalety, mgr
Joanny de Pree, mgr Dariusza Kotłowskiego,
mgr Krzysztofa Sadowskiego. Rada Wydziału
podjęła również uchwałę o nostryfikacji doktoratu p. Jacka Czabańskiego, uzyskanego na Uniwersytecie w Turynie.
Poparto wniosek dr Kacpra Gradonia o przyznanie stypendium Ministra Nauki i Szkolnictwa
Wyższego dla wybitnych młodych pracowników
naukowych.
Podjęto również uchwałę o przekształceniu Zakładu Prawa Karnego w Katedrę Prawa
Karnego.
Oprócz tego Dziekan w imieniu JM Rektor
UW prof. dr hab. Katarzyny Chałasińskiej-Macukow oraz własnym podziękował za wkład
pracy i zaangażowanie w rozwój Uczelni dr
Markowi Waludze, obchodzącemu jubileusz 30lecia działalności zawodowej a także dr Piotrowi
Przybyszowi obchodzącemu jubileusz 25-lecia
działalności zawodowej.
LUTY
14 lutego 2011 r. odbyła się V Rada Wydziału w bieżącym roku akademickim. Na wniosek
Uniwersytetu Warszawskiego przyznano odznaczenia państwowe, Medal Złoty za Długoletnią
Służbę, dla: prof. dr hab. Grażyny Bałtruszajtys-Piotrowskiej, mgr Barbary Grzywińskiej, Mirosławy Kaliniec, Haliny Kozyra, prof. dr hab.
Michała Pietrzaka, prof. dr hab. Katarzyny Sójki-Zielińskiej oraz prof. dr hab. Marii Zabłockiej.
Ponadto, prof. dr hab. Tadeuszowi Tomaszewskiemu, Prorektorowi UW, został nadany Medal
Komisji Edukacji Narodowej.
Wysokiej Radzie została zakomunikowana zmiana na stanowisku przewodniczącego
Zarządu Samorządu Studentów WPiA UW – w
związku z rezygnacją Marcina Szlasy- Rokickiego, owe stanowisko objęła Joanna Berzyńska.
Rada Wydziału podjęła uchwałę dotyczącą
odnowienia doktoratu prof. Katarzynie SójceZielińskiej oraz prof. Stanisławowi Salmonowiczowi. Otwarto przewód doktorski mgr Aurelii
Malinowskiej. Rada zajęła się także sprawą dopuszczenia do kolokwium habilitacyjnego doktora Jacka Jastrzębskiego.
Ponadto, został poparty wniosek doktora
Konrada Osajdy o stypendium Ministra Nauki i
Szkolnictwa Wyższego dla wybitnych młodych
pracowników naukowych. Pozytywnie rozpatrzono również sprawę zatrudnienia p. Celiny
Nowak w Klinice Prawa.
Rada podjęła decyzję o nadaniu Collegium Iuridicum IV (remontowanej obecnie Szarej Willi),
mającego być siedzibą Instytutu Prawa Międzynarodowego, im. prof. Cezarego Berezowskiego.
Czym jest program CPA?
CPA, czyli Centrum Prawa Amerykańskiego, działa na WPiA UW od 1998 roku.
Pomysł stworzenia Szkoły Prawa Amerykańskiego na Uniwersytecie Warszawskim powstał dzięki współpracy ze stanowym Uniwersytetem Floryda, który od
ponad dwudziestu lat współdziała z polskimi instytucjami rządowymi i naukowymi.
Kurs w Centrum trwa jeden rok akademicki. Udział w programie obejmuje uczestnictwo w zajęciach, podzielonych na dziesięć
bloków tematycznych oraz przystępowanie
do pisemnych egzaminów na końcu każdego bloku. Zajęcia umożliwiają uczestnikom
poznanie najważniejszych gałęzi prawa
obowiązującego w Stanach Zjednoczonych
i pozwalają doświadczyć na własnej skórze
metod nauczania rodem z amerykańskich
uczelni.
Każdy blok tematyczny prowadzony jest przez innego, przyjeżdżającego z
Florydy profesora, co jest niewątpliwym
urozmaiceniem zajęć i pomaga w poznaniu
różnych sposobów przekazywania wiedzy
o systemie common law. Wszyscy uczestnicy programu (pod warunkiem spełnienia
obowiązku obecności oraz przystąpienia do
egzaminów) otrzymują certyfikat potwierdzający odbycie kursu. Udział w kursie jest
płatny – cena zależy od tego, czy jesteście
jeszcze studentami WPiA UW (2.500 złotych), czy już absolwentami prawa (wtedy
należy wnieść opłatę w wysokości 5000
złotych za całość programu).
Rekrutacja
Rekrutacja do programu obejmuje dwa
etapy: składanie wymaganych dokumentów
oraz rozmowę kwalifikacyjną. Aby dostać
się na kurs CPA musicie przede wszystkim
udowodnić swoją bardzo dobrą znajomość
języka angielskiego. Przydatne będą tu
takie dokumenty jak Certificate of Advanced English (CAE), TOEFL czy TOLES.
Oprócz przedstawienia kwalifikacji językowych, niezbędnym elementem rekrutacji jest napisanie około trzystronicowego
eseju w języku angielskim, dotyczącego
wybranego problemu prawnego mającego
miejsce w Polsce lub na świecie. Praca nie
musi nawiązywać do tematyki common
law, można poruszyć w niej bardzo różne
kwestie: od praw człowieka zaczynając,
na prawie podatkowym kończąc. Oprócz
pracy pisemnej w swoim dossier powinniście uwzględnić wszelkie dokumenty potwierdzające Waszą działalność społeczną,
aktywność studencką, zainteresowania i
osiągnięcia w dziedzinie prawa precedensowego. Możecie na przykład przedstawić
listę zajęć na naszym Wydziale z zakresu
common law, w których uczestniczyliście,
zaświadczenie o odbyciu praktyk w zagranicznej korporacji czy członkostwie w Kole
Naukowym Common Law.
Po zakwalifikowaniu się do drugiego
etapu rekrutacji czeka Was rozmowa kwalifikacyjna z przedstawicielami Uniwersytetu Floryda. W tym momencie duże znaczenie mają Wasze umiejętności posługiwania
się „żywym” językiem angielskim, jak
również zdolności interpersonalne. Możecie spodziewać się pytań merytorycznych,
dotyczących Waszego eseju, jak również
Waszych zainteresowań (na przykład: jaka
dziedzina prawa interesuje Was najbardziej) .
Sama rozmowa rekrutacyjna jest bardzo
ciekawym doświadczeniem, możecie przekonać się czy rozmowa z „naitive speakers”
sprawia Wam trudności, czy wręcz przeciwnie, czujecie się swobodnie i pewnie
rozmawiając z amerykańskimi nauczycielami akademickimi.
su podzielona została na następujące bloki
tematyczne: Introduction to American Law,
Constitutional Law, Contracts, Legal Writing, Torts, Media Law, Comparative Civil
Procedure, Trial Practice, Alternative Disputes Resolution, Business Organization.
Nie ma fizycznej możliwości, aby w ciągu
10 miesięcy zająć się każdą z podstawowych dziedzin prawa, trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że wybór tematów jest
bardzo urozmaicony i dotyczy najbardziej
fundamentalnych zagadnień Common Law.
Przed rozpoczęciem każdego modułu
studenci otrzymują materiały, które należy przeczytać na najbliższe zajęcia – zazwyczaj są to kilkudziesięciu stronicowe
skrypty z bardzo dużą ilością omówionych
„case’ów” oraz problemów prawnych. Materiały w takiej formie są niezwykle pomocne w przygotowaniach do końcowych
egzaminów oraz dla lepszego zrozumienia
poruszanych zagadnień. Egzaminy wyglądają różnie, jednak zazwyczaj są to testy z
pytaniami zamkniętymi. Trzeba przyznać,
że uczestnictwo w kursie jest dość pracochłonne (około 200 godzin w ciągu całego roku akademickiego oraz konieczność
przygotowania się do egzaminów wymagają poświęcenia dużej ilości czasu), jednak
przynosi wymierne efekty: nie tylko w postaci ładnego wpisu w naszym przyszłym
CV, ale też teraz, na studiach – udział w
kursie jest wart 8 punktów ECTS.
Korzyści , korzyści , korzyści
Po rozmowie należy uzbroić się w cierpliwość i poczekać kilka, kilkanaście dni
na wyniki rekrutacji. Listę przyjętych osób
możecie znaleźć na Stronie CPA (jedna z
zakładek strony głównej WPiA UW).
CPA od środka
Dziesięć bloków tematycznych to dziesięć gałęzi prawa i dziesięć różnych osobowości środowiska akademickiego Stanów Zjednoczonych. Będąc słuchaczami
programu, mamy okazję przyjrzeć się „od
środka” sposobom prowadzenia zajęć w
Stanach Zjednoczonych. Przede wszystkim
należy podkreślić, że wykłady prowadzone
są metodą sokratejską, co oznacza żywy
udział studentów w zajęciach. Prowadzący zadają ogólne pytanie grupie lub wyczytują nazwiska osób z listy i proszą o
odpowiedź. Taka perspektywa zajęć może
wydawać się zniechęcająca, zważywszy
na zawsze istniejącą (choćby najmniejszą)
barierę językową, jednak nie powinniście
się tym zbytnio przejmować. Amerykańscy profesorowie są bardzo wyrozumiali
i zawsze służą pomocą w razie trudności
w rozumieniu omawianego materiału. W
roku akademickim 2010/2011 całość kur-
Czytając ten artykuł pomyślcie przez
chwilę o dziesiątkach prywatnych szkół języków obcych, prześcigających się w ofertach z zakresu Legal English. Takie kursy
często polegają na rozwiązywaniu karkołomnych, książkowych ćwiczeń z polskim
lektorem. A przecież możemy mieć nie
tylko prawdziwe case’y, nie tylko „żywy”
Legal English, ale do tego znakomitych
amerykańskich profesorów – wszystko to
w jednym miejscu. Jakość języka prawniczego w wydaniu naszych gości to wartość
sama w sobie. Poza tym, poprzez kontakt z
nauczycielami z Florydy możemy zaobserwować wycinek bardzo ciekawej i bogatej
amerykańskiej kultury. Oprócz korzyści intelektualnych możemy w przyszłości „pochwalić się” udziałem w takim programie
naszemu przyszłemu pracodawcy. Wiele
zagranicznych firm, działających na terenie
naszego kraju, bardzo ceni sobie znajomość
prawa precedensowego. Udział w programie to dobra inwestycja, która zaprocentuje w naszej przyszłej praktyce zawodowej.
Niewątpliwie jest to bardzo cenne doświadczenie, które na pewno wyróżni nas na tle
innych absolwentów prawa.
luty-marzec 2011|Lexu§
11
informacje
informacje
Chęć przedłużenia studiów
czy życiowa konieczność?
– urlopy dla studentów
Na lewo most, na prawo most,
a przez nie wiedza pędzi!
Maciej Kułak
G
dy słyszymy stwierdzenie, iż podróże kształcą, od razu wyobrażamy sobie, jak smakujemy regionalną kuchnię w magicznych, skąpanych w
cudownie letnim słońcu winnicach we Włoszech albo jak suniemy powoli potężnymi
korytarzami cichych muzeów Petersburga.
Bardziej przyziemne skojarzenia dotyczące
podróży (choć oczywiście wolałbym pozostać przy wizjach wcześniejszych)? Erasmus ?! Szalone pół roku na europejskim
uniwersytecie.
• Uniwersytet Zielonogórski,
• Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej
w Lublinie,
• Katolicki
Uniwersytet
Lubelski
Jana Pawła II,
• Uniwersytet Jagielloński,
• Uniwersytet Papieski Jana Pawła II
• w Krakowie,
• Uniwersytet Śląski w Katowicach,
• Uniwersytet Wrocławski,
• Uniwersytet Opolski,
• Uniwersytet Rzeszowski.
A czy bliższa podróż na przykład do
Krakowa, który wydaje się tak bardzo powszedni, kształcącą być nie może? Może!
Dzięki programowi MOST.
Jaka jest „przepustowość mostów”?
PODSTAWOWE PARAMETRY
TECHNICZNE MOSTu
Po co „budować most”?
Celem programu MOST (System Mobilności Studentów) jest umożliwienie studentom realizacji swoich zainteresowań naukowych na innym uniwersytecie niż macierzysty
oraz poszerzanie możliwości kształcenia.
Kto może „wejść na most”?
Każdy student – studiów pierwszego i
drugiego stopnia, jednolitych studiów magisterskich czy w końcu studiów trzeciego
stopnia – nie wcześniej jednak niż przed
ukończeniem drugiego semestru jednolitych studiów magisterskich, drugiego
semestru studiów pierwszego stopnia lub
pierwszego semestru na studiach drugiego
stopnia. Doktorant natomiast może skorzystać z programu po pierwszym roku studiów. Student musi również zaliczyć rok
lub semestr poprzedzający okres studiów w
danej uczelni.
Dokąd „prowadzą mosty”?
W organizacji programu uczestniczą:
• Uniwersytet Szczeciński,
• Uniwersytet Gdański,
• Uniwersytet Warmińsko-Mazurski,
• Uniwersytet w Białymstoku,
• Uniwersytet Kazimierza Wielkiego w
Bydgoszczy,
• Uniwersytet Mikołaja Kopernika w
Toruniu,
• Uniwersytet Warszawski,
• Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego,
• Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w
Poznaniu,
• Uniwersytet Łódzki,
12
Do 30 marca uniwersytety uczestniczące w programie zgłaszają oferowaną liczbę miejsc na poszczególnych kierunkach
studiów, a w przypadku studiów trzeciego
stopnia - liczbę miejsc w ramach programów studiów doktoranckich. Natomiast do
15 kwietnia Biuro Uniwersyteckiej Komisji Akredytacyjnej (UKA) zamieszcza na
swojej stronie internetowej (www.uka.amu.
edu.pl) zestawienie oferowanych miejsc.
Co ze stypendiami i zakwaterowaniem „ludzi na moście”?
Podczas odbywania studiów „na moście” przysługujące studentowi lub słuchaczowi studiów doktoranckich stypendia
(socjalne, naukowe, Ministerstwa Nauki
i Szkolnictwa Wyższego, doktoranckie i
inne) wypłaca uczelnia macierzysta. Jeśli
chodzi natomiast o zakwaterowanie, uniwersytety przyjmujące uczestników programu zapewniają im w miarę możliwości
miejsca w domach akademickich.
Jak wygląda „mostowy” semestr?
Podstawą semestralnych studiów odbywanych w ramach MOST-u jest realizowanie indywidualnego programu studiów.
Można np. wybrać dowolny semestr studiów z programu nauczania obowiązującego na wybranym uniwersytecie. Zajęcia,
które wybierzemy muszą jednak zapewniać
uzyskanie 30 punktów ECTS. Gdyby student na „obcej” uczeni zaliczał tylko jeden
przedmiot , pozostałe punkty kredytowe
musiałby uzyskać na macierzystej uczelni.
Odbyte zajęcia wraz z uzyskanymi ocenami
potwierdza dziekan wydziału danego uniwersytetu, a wyniki egzaminów, uzyskane
w trakcie tych studiów, są uwzględniane w
obliczaniu średniej z roku oraz średniej z
całego toku studiów.
WCHODZIMY NA MOST REKRUTACJA
Gdy już jakiś „most” wpadnie nam w
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Jakub Chowaniec
S
łowo urlop zazwyczaj rozumiemy jako
dopuszczalny prawnie okres nieświadczenia pracy. Jest to termin związany
z prawem pracy i z szeroko rozumianymi
uprawnieniami pracowniczymi. Co jednak do
urlopu może mieć student? Oczywiście nie
chodzi tutaj o studenta świadczącego pracę
na podstawie stosunku prawnopracowniczego, gdyż niniejszy artykuł nie jest uzupełnieniem wykładu z prawa pracy.
oko, chcemy od razu na niego wejść, to rzecz
jasna. Najpierw musimy jednak przejść rekrutację – pierwszy krok do naszego upatrzonego „mostu” to założenie konta w
systemie Internetowej Rejestracji Kandydatów MOST (www.most.uka.edu.pl). Po
wypełnieniu wymaganych danych wybieramy uczelnię, na którą chcemy wyjechać,
oraz kierunek studiów – przysługują nam
maksymalnie dwie możliwości wyboru. Na
zrobienie pierwszego kroku mamy czas do
15 maja w przypadku wyjazdu na semestr
zimowy albo cały rok akademicki lub do 30
listopada w przypadku wyjazdu na semestr
letni. Drugi krok to wydrukowanie wypełnionego kwestionariusza, podpisanie, a
następnie przedstawienie Pani Prodziekan
ds. studenckich doc. dr Elżbiecie MikosSkuzie, w celu uzyskania pisemnej zgody
na „wejście na most”. Po uzyskaniu zgody
musimy nasz zaopiniowany kwestionariusz
złożyć Koordynatorowi Programu MOST na
Uniwersytecie Warszawskim – Pani Monice
Jastrzębskiej (Pałac Kazimierzowski, pok.
21) – do 18 maja w przypadku wyjazdu na
semestr zimowy albo cały rok akademicki
lub do 3 grudnia w przypadku wyjazdu na
semestr letni. Koordynator, po sprawdzeniu
wniosku, przekazuje go do akceptacji Prorektorowi UW ds. studenckich, a zaakceptowany już wniosek wprowadza do systemu
IRK MOST. Decyzję o przyznaniu nam
miejsca podejmuje Uniwersytecka Komisja
Akredytacyjna do 30 czerwca w przypadku
wyjazdu na semestr zimowy albo cały rok
akademicki lub do 30 grudnia w przypadku
wyjazdu na semestr letni.
LUDZIE NA MOŚCIE
Cel mostu już znamy – realizacja zainteresowań naukowych. Wątpliwym jednak się wydaje, by było to jedyną zachętą
dla studentów do skorzystania z programu
MOST, choć z pewnością najważniejszą.
Przynajmniej taką być powinno. Nie będzie
obrazoburczym moje stwierdzenie, iż student nie tylko nauką żyje, choć zapewne w
oczach niejednego nauczyciela taki byłby
student idealny, gdyż niczym nierozproszony. Mówi się, że ideałów jednak nie ma.
Toteż powątpiewając, by wskazany przez
UKA cel programu MOST był jedyną pobudką, zapytałem paru uczestników programu, dlaczego zdecydowali się na udział
i odbycie semestru albo roku studiów na
naszym Uniwersytecie. Jako motywację
wskazywali chęć zintensyfikowania doświadczeń studenckich zarówno na polu
naukowym, jak i towarzyskim (a nie mówiłem, że nie tylko nauką…?). Podkreślali też
zaletę nie do przecenienia, jaką jest możliwość samodzielnego zaprojektowania programu studiów – szeroki wybór wykładów
specjalizacyjnych czy lektoratów, na macierzystym uniwersytecie niedostępnych.
Jak twierdzą „mostowiacy” (czy tylko mi
ciśnie się na usta w tym momencie „Mostowiakowie”?), są ponadto bardzo gościnnie
i życzliwie traktowani przez pracowników
uniwersyteckich, np. przez pracowników
dziekanatu.
Skoro uczestnicy programu MOST mają
w zasadzie same pozytywne wspomnienia,
to może warto rozważyć swój udział w
owym programie. Znudziła Cię już Warszawa? Odczuwasz przemożną chęć zmian,
ale jednocześnie nie chcesz wyjeżdżać za
granicę? Zawsze marzyłeś o codziennym
porannym spacerze krakowską starówką
albo o wieczornych przechadzkach gdańskimi brzegami Bałtyku? A może chciałbyś
każdego południa pić kawę na poznańskim
rynku w towarzystwie stukających się rogami koziołków? Jeśli choć na jedno z postawionych pytań odpowiedziałaś/odpowiedziałeś twierdząco, znaczy to niechybnie,
iż potrzebujesz z kimś poważnie porozmawiać o życiu albo skorzystać z oferty programu MOST!
Urlop jest także uprawnieniem studenta,
dzięki któremu może on przez pewien okres
zaniechać wykonywania niektórych obowiązków na rzecz swojej uczelni, głównie
w zakresie zdobywania zaliczeń i zdawania
egzaminów. Przyczyny, dla których student
występuje o urlop są bardzo różnorodne –
począwszy od sytuacji życiowej, która to
wymusza, kończąc na realizacji swoich partykularnych celów i interesów, nawet jeśli
obiektywnie wydają się one błahe. Tak szerokiemu spektrum potencjalnych sytuacji odpowiada dość szeroki wachlarz możliwości –
istnieje wiele rodzajów urlopów studenckich,
a znajomość zagadnienia pozwoli studentowi
wybrać ten najbardziej właściwy pod różnymi względami.
CO NA TO USTAWA?
Mówiąc o ustawie, mam na myśli oczywiście ustawę z dnia 27 lipca 2005r. Prawo
o szkolnictwie wyższym (Dz.U. Nr 164, Poz.
1365 ze zm.), bez uwzględnienia zmian, które
mają zostać wprowadzone ustawą z dnia 4 lutego 2011r. o zmianie ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym, ustawy o stopniach naukowych i tytule zawodowym oraz o stopniach i
tytule w zakresie sztuki, a także niektórych
innych ustaw. Ustawa ta na dzień tworzenia
niniejszego artykułu przechodzi dopiero
procedurę legislacyjną, w związku z czym
ciężko przewidzieć jaki ostatecznie przybierze kształt. Mimo to raczej nie spodziewam
się, żeby wprowadziła rewolucję w skromnej
regulacji dotyczącej urlopów, wobec czego
skupię się na obecnym brzmieniu ustawy.
Tak jak wspomniałem wcześniej, ustawa zawiera niewiele regulacji dotyczących
urlopów studenckich, niemniej jednak są to
bardzo ważne przepisy. Artykuł 172 ustawy
Prawo o szkolnictwie wyższym w dwóch
krótkich ustępach wskazuje, iż student może
uzyskać urlop od zajęć na zasadach i w trybie określonych w regulaminie studiów, a w
okresie korzystania z urlopu zachowuje swoje
prawa, z zastrzeżeniem przepisów szczególnych regulujących pomoc materialną dla stu-
dentów lub postanowień regulaminu studiów.
Ponadto art. 162 ustawy nakłada na ministra
właściwego do spraw szkolnictwa wyższego
obowiązek wydania rozporządzenia regulującego warunki, jakim musi odpowiadać regulamin studiów na uczelni. Rozporządzenie
takie zostało wydane w dniu 8 czerwca 2006
r. (Dz.U. Nr 120, poz. 832 z późn. zm.), a w
§ 1 pkt. 10) wskazuje na konieczność uregulowania w regulaminie studiów warunków
przyznawania urlopów od zajęć, w tym krótkoterminowych i długoterminowych.
Na tym regulacje ustawowe się kończą,
ale podsumowując ten etap rozważań warto
podkreślić, że urlop jest prawem studenta, a
wszystkie szczegóły uregulowane są w regulaminie studiów, do którego ustawa odsyła.
Można zatem stwierdzić, że pośrednio gwarantuje ona konstrukcję urlopów i ich dostępność dla studentów.
REGULACJE URLOPÓW NA UW ZAGADNIENIA OGÓLNE
Tak jak wspominałem wyżej, zasadnicza
konstrukcja urlopów studenckich powinna
znaleźć się w Regulaminie Studiów. Postulat
ten został w pełni zrealizowany także i na naszej Alma Mater. Należy jednak pamiętać, że
obok Regulaminu Studiów na UW obowiązują też nasze wydziałowe Zasady Studiowania,
które także mogą wprowadzać pewne uregulowania w kwestii urlopów, pomimo że ustawa
nie wskazuje takiej kompetencji dla poszczególnych jednostek uczelni. Należy jednak
przyjąć, że skoro wydziałowe zasady studiowania doprecyzowują postanowienia Regulaminu Studiów na UW w zakresie urlopów
studenckich, przystosowując ich konstrukcję
do realiów WPiA UW i nieco rozszerzając
uprawnienia studentów, takie przepisy są jak
najbardziej niewadliwe i pomimo braku wyraźnego umocowania Rady Wydziału Prawa
i Administracji do ich wydania, można je na
naszym Wydziale stosować.
Drobnym problemem jest fakt, iż ciężko
wskazać na jednolite regulacje dotyczące studentów WPiA UW, z uwagi na nowelizację
Regulaminu Studiów na UW w drodze uchwały 191 Senatu UW z dnia 17 lutego 2010r.
oraz obowiązywanie trzech wersji zasad
studiowania równolegle na naszym Wydziale. W związku z powyższym dużo lepszym
rozwiązaniem od omawiania poszczególnych
aktów normatywnych będzie omówienie konstrukcji poszczególnych typów urlopów, tym
bardziej, że różnice pomiędzy tymi przepisami nie są duże.
luty-marzec 2011|Lexu§
13
publicystyka
URLOP DZIEKAŃSKI
Choć popularnie zwana „dziekanka”
jest najbardziej znanym typem urlopu na
studiach, jest ona uregulowana jedynie na
poziomie wydziałowych zasad studiowania
w ust. 1 i 2 § 14 najnowszej wersji Zasad
Studiowania (odpowiednio § 11 zasad z
2008r. oraz § 8 zasad z 2006r.). Urlop dziekański przysługuje jeden raz w toku studiów i jest udzielony co do zasady na okres
jednego roku kalendarzowego. Oznacza to,
że jeżeli student otrzyma na swój wniosek
urlop od 10 listopada, to maksymalnie do
10 listopada następnego roku może na nim
przebywać, z zastrzeżeniem jednak przepisu ust. 2, o którym wspomnę niżej. Czas
trwania urlopu każdorazowo wyznacza
Dziekan (Prodziekan ds. Studenckich) w
drodze decyzji na wniosek studenta. Terminy należy obliczać zgodnie z art. 57 KPA,
gdyż innych szczególnych regulacji w tym
zakresie nie przewidziano.
Kolejnym bardzo ważnym wnioskiem
z lektury ust. 1 jest obowiązek zaliczenia
etapu studiów. Z tego wynika, że o urlop
dziekański nie mogą się ubiegać studenci
I roku, a przepis ust. 8 § 14 Zasad (ust. 7
odpowiednich paragrafów w poprzednich
wersjach Zasad) dodatkowo podkreśla ten
fakt (choć wydaje się zbędnym powtórzeniem zasady z ust. 1). Z drugiej strony sądzę, iż możliwe byłoby udzielenie urlopu
dziekańskiego studentowi I roku, który
przykładowo w czerwcu całkowicie rozliczy I rok (ergo spełni warunki zaliczenia
etapu studiów, jakim jest I rok prawa),
a studentem II roku stanie się dopiero z
dniem rozpoczęcia nowego cyklu dydaktycznego (zazwyczaj ok. 26/27 września, w
zależności od postanowienia Rektora UW
w sprawie określenia organizacji roku akademickiego). Oczywiście urlop przysługiwałby dopiero po całkowitym rozliczeniu
etapu studiów, ale student formalnie jeszcze znajduje się na I roku.
publicystyka
Należy wziąć też pod uwagę inne obowiązki wynikające z toku studiów, a przede
wszystkim rozliczenie roczne, które jest
oderwane od terminu ew. urlopu (oczywiście dotyczy to studentów, którzy zaliczyli
już przynajmniej I rok studiów). Przykładowo jeżeli student III roku zdecyduje się
wziąć urlop w maju na okres 12 miesięcy,
bazą będzie rozliczony II rok studiów. Student wróci w maju następnego roku ponownie na III rok studiów. Urlop dziekański
nie ma wpływu na obowiązki wynikające
z rozliczenia roku, czyli po powrocie na
studia po urlopie obowiązkiem studenta
jest do 30 września przedstawić komplet
wymaganych wpisów i zaliczeń. Fakt, iż
student dopiero w maju wrócił na wydział
absolutnie nie zwalnia go od obowiązku zaliczenia np. obowiązkowych ćwiczeń, które
warunkują dopuszczenie do egzaminu i w
konsekwencji rozliczenie roku. Jest to sytuacja, o której wielu studentów zapomina, dlatego powrót na uczelnię pod koniec
roku akademickiego to bolesne zderzenie
z rzeczywistością. Prowadzący ćwiczenia
w poprzednim roku nie ma obowiązku ich
zaliczyć w przyszłym cyklu dydaktycznym
studentowi, który powrócił z urlopu, a żaden prowadzący zajęcia nie ma obowiązku
dopisać pod koniec roku do listy uczestników zajęć takiego studenta. Jest to bardzo
ważne i problematyczne, dlatego też jeżeli
ktoś bierze urlop i nie jest pod presją czasu,
zalecam wzięcie go zaraz po zakończeniu
i rozliczeniu jednego roku oraz powrót na
uczelnię w październiku następnego roku.
Wtedy ryzyko komplikacji z urlopem spada
niemal do zera.
Ustęp drugi odpowiednich paragrafów
Zasad daje Dziekanowi kompetencję do innego określenia urlopu dziekańskiego pod
względem czasowym. Oznacza to, że taki
urlop może być udzielony na okres krótszy (tutaj wydaje się, że wystarczy zwykłe uzasadnienie) lub dłuższy (rzadko, w
szczególnie uzasadnionych przypadkach).
Egzaminy nasze ukochane...
Krzysztof Paczkowski
O
14
publikowany w Gazecie Wyborczej
esej dr Andrzeja Dybczyńskiego wywołał burzę nie tylko w środowisku
uniwersyteckim Wrocławia. Repliki, polemiki, dyskusje przetoczyły się przez cały kraj.
Modne stało się wylewanie własnych żali, krytykowanie, potępianie krytykujących... I tylko
jedno wydaje się pewne- cała ta awantura rozejdzie się po kościach. Bo to Polska właśnie.
wszyscy wiemy o co i o kogo chodzi. Mam też
nadzieję, że mój tekst, okaże się tylko wstępem do dyskusji na temat egzaminów (co w
przypadku wspominanego dr Dybczyńskiego
było trudne, ze względu formę, w jaką ubrał
swoje myśli). Bo nie chodzi o to, żeby w kogoś
personalnie uderzyć, tylko wprowadzić sprawiedliwsze mechanizmy od tych, które obecnie funkcjonują.
Zawsze byłem podatny na wpływy tego
typu wydarzeń, kto mnie zna, ten wie, że do
kontestowania rzeczywistości jestem pierwszy. Tak też będzie i tym razem. Pominę w
tekście nazwiska, bo niespecjalnie wierzę w
zmiany, za to pewien jestem tego, że kolejne
roczniki studentów mogłyby „oberwać”. I tak
…Czerwiec/Wrzesień 2009, baraki w
ogrodach BUWu, weryfikacja prac egzaminacyjnych. Do większości sprawdzających w
kolejce stoi raptem kilka osób. Tylko przed
jednymi drzwiami tłumy, które słyszą: “Bo
Pani tu za dużo napisała!”. “Pan tu za mało
napisał!”…
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Z reguły urlop dziekański jest udzielany na
okres jednego roku kalendarzowego, zaraz po rozliczeniu roku studiów (np. od 1
października do 1 października następnego
roku), ale tak jak pisałem wcześniej, inne
daty też są możliwe. Należy jednak pamiętać o konsekwencjach tych decyzji. Poza
tym, urlop dziekański jest prawem studenta, tzn. jeżeli są spełnione przesłanki jego
otrzymania, student powinien otrzymać
zgodę na urlop.
Często wskazuje się, że student, który
korzystał z urlopu dziekańskiego jest pozbawiony możliwości otrzymania dyplomu
z wyróżnieniem. Osobiście nie zgadzam się
z tym poglądem, gdyż zgodnie z § 32 ust.
6 Regulaminu Studiów, zarówno w wersji
starej, jak i po nowelizacji, udzielenie urlopu przesuwa termin planowanego ukończenia studiów i dzięki temu przepisowi
spełniona jest przesłanka § 39 ust. 4 pkt 1).
Zresztą ten przepis sam odwołuje się do postanowienia § 32 ust. 6, więc skorzystanie
z jakiegokolwiek urlopu nie powoduje, iż
student nie ukończył studiów w terminie,
czyli ta przesłanka do uzyskania dyplomu z
wyróżnieniem zostaje spełniona. Jedynym
argumentem przemawiającym za inną interpretacją jest fakt, iż urlop dziekański nie
jest uregulowany w Regulaminie Studiów i
że słowo „urlop” odnosi się wyłącznie do
urlopów uregulowanych w Regulaminie
Studiów, aczkolwiek przepis § 32 ust. 6 Regulaminu jako norma nadrzędna do Zasad
Studiowania znajduje również zastosowanie na gruncie naszych Zasad. Urlop dziekański też jest urlopem, w związku z powyższym ten argument nie brzmi dla mnie
przekonująco.
Wątpliwości dotyczące urlopów innych
niż dziekański postaram się rozwiać w 2.
części powyższego artykułu, która ukaże
się w następnym numerze Lexussa.
Co mnie to obchodzi?
Aleksander Jakubowski
M
iałem w ostatnim okresie przyjemność, czy raczej – okazję, aby porozmawiać z pewnym znamienitym
Profesorem na temat opiniodawczej funkcji
Rady Kół Naukowych w procesie zakładania
kół naukowych na naszym Wydziale. Fakt,
iż ciało to wspiera radą i wiedzą Szanownego Pana Dziekana przed podjęciem opinii w
przedmiocie rejestracji Koła, podobnie jak
to, że zwraca się z prośbą o wyrażenie zdania w sprawie nowego Koła do istniejących
na WPiA organizacji studenckich, Profesor
określił jako skandaliczne, niedopuszczalne,
naruszające w sposób bezpośredni prawa
konstytucyjne (sic!). Mój rozmówca wyraził
niezrozumienie dla takiej sytuacji, apriorycznie podkreślając, że prawo do zrzeszania powinno być totalne.
Ja zaś argumentowałem, że powstanie
setki kół doprowadzi do paraliżu ruchu naukowego, gdyż liczba ich Prezesów przekroczy kilkukrotnie liczbę organizowanych przez
nie konferencji (bo w końcu po co działać w
„czyimś” Kole, jak można mieć własne?);
Argumentowałem, że dotychczasowe wieloletnie doświadczenie wskazuje jednoznacznie, iż wzrost liczby kół ponad pewną liczbę
powoduje spadek intensywności ich działalności (a w końcu wypaczenie samego prawa
zrzeszania się – bo stworzyć Koło można,
jeno działać w pojedynkę ciężko). Wskazywałem, że tak jak do budowy piramidy, domu
czy mostu potrzeba więcej, niż jednego człowieka, tak i są projekty Kół których się - po
prostu – nie zrealizuje bez znacznej liczby
członków. Tłumaczyłem, że każdy może
tworzyć i działać w sekcjach Kół, realizując
dosłownie każdy projekt jaki sobie zamarzy i
podejmie – i że nie potrzeba do tego najczęściej nowego Koła (a jeśli by napotykał jakieś w tym trudności, to wtedy – zapewniam
I nie da się nic zrobić, mieli po prostu
pecha, że ich prace sprawdzała ta, a nie
inna osoba. Podobna sytuacja z kolejnym
egzaminem - tam z kolei wystarczyło tylko
być „geniuszem”, żeby zaliczyć, bo sprawdzający pracę ma wymagania z kosmosu.
Tylko on jeden. Cóż zrobić - pech, że to
właśnie jemu przyszło sprawdzać pracę.
C’est la vie.
A przecież sprawdzone wzory oceny prac
pisemnych istnieją. Wystarczy zobaczyć, jak
sprawdzane są matury – KOMISYJNIE !!!U
nas zależy to od katedry, ale zazwyczaj poszczególni egzaminatorzy biorą określone
grupy/sterty prac. I tyle. I spróbuj się, człowieku odwołać do “wyższej” instancji- zazwyczaj nie ma takiej możliwości, za to jest
święte oburzenie. Jednym słowem- można
sobie tylko nagrabić. Odstajemy więc nawet
od tak pogardzanego powszechnego szkolnictwa...
- Rada Kół Naukowych go wesprze i z całej
siły opowiadać się będzie za stworzeniem potrzebnego Koła). Zwracałem uwagę na walor
i siłę tradycji i doświadczenia już istniejących
Kół – i na to, że swoim zakresem z naddatkiem obejmują wszystkie dyscypliny prawa.
Bazując na danych z wcześniejszych lat pokazywałem, że fragmentaryzacja ruchu naukowego powoduje marazm i regres studenckiej
działalności; A przecież chyba obiektywnie
lepiej jest, jeśli istnieje prężny studencki ruch
naukowy, na tyle silny, że dla jego członków
tylko – jak mawiają Amerykanie – the sky is
the limit; Czy lepszy byłby bijący – owszem!
– rekordy, ale tylko w liczbie prezesów, wiceprezesów, sekretarzy, skarbników, niedziałających organizacji…? Pytałem, czy prawo
do zrzeszania się w kołach naukowych oznacza złudne prawo tworzenia kół-efemeryd
(-widm, -uedy) czy możliwość bycia członkiem prawdziwych, działających organizacji
studenckich, w których studenci – razem i
wspólnie! – osiągają realne efekty, realizują
projekty o których tylko zamarzą? Pytałem,
co w tym złego, że przez wyrażanie naszego
zdania troszczymy się o dobro studenckiego
ruchu naukowego, które jest w końcu częścią
dobra Wydziału?
Na powyższe argumenty usłyszałem pytanie (odpowiedź?): „CO TO PANA OBCHODZI!?” Co mnie to obchodzi…
Pytanie to mnie zdumiało. Pochodziło
wszak z ust Profesora, osoby będącej Autorytetem. Co mnie to obchodzi – dobro studenckiego ruchu naukowego, dobro Wydziału?
„Nic Panu do tego” - zdawał się wskazywać
mój rozmówca…
Drodzy… Przez ponad 3 lata uważałem
(łudziłem się?), że nasza Alma Mater to
zaliczył, to taka rozbieżność poglądów nie jest
jego problemem ! To jest
Wasz problem i do Was
należy ustalenie w jaki
sposób oceniać tak, żeby,
idąc rozumowaniem TK,
podmioty charakteryzujące się taką samą cechą
relewantną traktować w
ten sam sposób. Inaczej
z egzaminu robi się cyrk
i farsa.
Drodzy egzaminatorzy! Jeśli przychodzi do Was student weryfikować pracę, i
mówi, że koledze/koleżance za taką samą
odpowiedź inny sprawdzający zadanie
…Luty 2011, (kolejny)
egzamin z jednego z przedmiotów z grupy B. Sytuacja
jak z taniego filmu KungFu. Studenci będą tak długo
nosić wiadra z wodą, aż Mistrz uzna, że są
gotowi do wstąpienia na Wyższy Poziom.
Dramat. “Bo ja chciałam/chciałem, żeby-
wspólnota uczących się i nauczających; Że
gdy słyszę Gaudeamus Igitur – to gra on dla
mnie tak samo jak dla uszu profesorów; Że
jestem częścią Wydziału; Że jest on dobrem
– naszym! wspólnym! Miałem (naiwny?) nadzieję, że poświęcając mu podobno najlepsze
lata życia, studencką młodość, ślęcząc dniami i nocami nad kwestiami z nim związanymi (wnioskami finansowymi, podaniami,
prośbami Kół o pomoc czy radę, artykułami
do Lexussa, tysiącami drobnych papierków,
problemami kół i organizacji, które trzeba
nieustannie omawiać z dziesiątkami różnych
ludzi) tworzę – razem z innymi i dla innych!
– coś, czego jestem częścią. Nikt za to nie
płacił i nie płaci, - proszę mi wierzyć lub nie
– nie otrzymałem też za to szczerego, dobrego słowa. I nigdy na nie nie czekałem, bo siły
czerpałem nie z nieistniejących korzyści, nie
z błahego splendoru, nie z nierealnej władzy,
ale – jak by to (przepraszam za słowo) cholernie głupio nie brzmiało – z patriotyzmu wobec naszego (Waszego?) Wydziału; Radości,
że mogę dodać swoją małą, własną cegiełkę
do wspólnego gmachu.
Może mnie dobro ruchu naukowego
i Wydziału rzeczywiście nie powinno nic
obchodzić. Może to nie jest nic serio. Ale
– TAK! – jestem (byłem?) głupi, naiwny i
niedopasowany – i mnie obchodzi. Pozostaje mi bowiem moja godność i duma studenta
Uniwersytetu Warszawskiego; Bo Uniwersytet, Wydział – to w istocie nie budynki czy
ludzie – lecz marzenie, którego nie można
odebrać…
Mój rozmówca wybudził mnie z młodzieńczej naiwności. Wskazał mi moje miejsce. Być może dobrze – bo w końcu miliony
ludzi umarły za idee, lecz jeszcze żadna idea
nie umarła za człowieka. I tylko – jak mawiał
poeta – człowieka żal…
Lecz kogo to obchodzi.
ście nie to napisali w odpowiedzi!”.“Ale
przecież odpowiedziałem na zadane pytanie...”.
Wniosek: trzeba wczuć się w myśli, osobowość osoby układającej i sprawdzającej
pytania. Wzięcie pod uwagę jej/jego humoru również jest wysoce wskazane. To jest ta
duchowa strona tego naszego wydziałowego
Kung-Fu. A przecież mowa o egzaminach pisemnych, nie ustnych, których specyfika jest
zupełnie inna!
Na wielu innych egzaminach pisemnych
obowiązuje z kolei Jedyna Słuszna Odpowiedź ustalona przez Jedyną Słuszną Osobę.
Jest to o tyle niepokojące, że:
a) inni pracownicy katedry nie mają za wiele do gadania,
b) doktryna prawa pełna jest wszelakich
sporów - zadaniem studenta nie jest ich
rozstrzyganie.
luty-marzec 2011|Lexu§
15
publicystyka
publicystyka
Teraz parę zdań o egzaminach ustnych,
gdyż wielu studentów skarży się na sposób oceniania.
stypendium, czy wyjazdu na Erasmusa, a
trudno winić ludzi za to, że przegrali walkę z USOSem.
Dla porządku napiszmy, jak odbywa
się rejestracja: usos, kto pierwszy, ten
lepszy. Premiowani są więc fani Diablo i
Warcrafta III. Miejsca do najbardziej popularnych egzaminatorów znikają w ciągu
1-2 sekund(sic!).
Możliwych rozwiązań jest wiele, od
powrotu do egzaminów pisemnych (jestem
fanem tego rozwiązania, zakładając najmniejszą możliwą ilość grup i komisyjne
sprawdzanie), poprzez opracowanie listy
pytań/zagadnień, aż do wykreślenia z listy
egzaminatorów osób stawiających skrajne
(najwyższe i najniższe) oceny, czy egzaminowania przez dwóch egzaminatorów.
Truizmem jest twierdzenie, że to, co u
jednego egzaminatora wystarczy na 5, u
innego da nam ledwo 3 lub nawet 2. Pojawiają się głosy, że „Ustne egzaminy są
strasznie nierówne, a przez to nieuczciwe.
Ktoś się nie spodoba, ktoś nie tak ubierze, a ktoś ma długie nogi, duży biust, albo
wyjątkowo szelmowski uśmiech, i już.„ I
niestety znajdują one oparcie w faktach.
Jest to sytuacja nie do zaakceptowania,
szczególnie w sytuacji, gdy coraz więcej egzaminów ma taką właśnie formę (
nie tylko w „zerówce”). Oceny przecież
wliczają się do średniej tak potrzebnej do
Wiele osób narzeka też na to że egzaminy nie sprawdzają rzeczywistej wiedzy
i umiejętności posługiwania się nią, tylko
umiejętność szczegółowego zapamiętania materiału na 3 dni przed egzaminem.
Oczywiście, prawo siłą rzeczy wymaga
„wykucia” wielu rzeczy na pamięć, ale
egzaminy powinny sprawdzać coś więcej,
bo przecież nie tylko tym powinien się dobry prawnik charakteryzować. Biorąc pod
uwagę, jak mało jest stricte praktycznego
materiału na studiach, większą nacisk należałoby położyć na kazusy.
Podsumowując - wyniki egzaminów na
naszym wydziale zbyt często i w zbyt dużym stopniu zależą bardziej od szerokorozumianych preferencji egzaminatorów, niż
od prezentowanej przez studenta wiedzy.
Wszystkie z osób, które pytałem o zdanie,
mówiły o tym, że egzaminy mogłyby by być
nawet trudniejsze, byle by tylko były przewidywalne i sprawiedliwe. Należy dążyć
do obiektywizacji procesu oceniania - to
jedyne wyjście na wydziale, na którym na
jednym roku studiuje ponad 1000 studentów. Wszystkie posunięcia zmierzające do
tego celu zostaną z pewnością pozytywnie
odebrane przez studentów, dla których sytuacje takie jak opisane wyżej stanowią
smutną, akademicką codzienność.
Co zdołałem zrozumieć z nauk Sokratesa
Maciej Tomecki
S
okrates oprócz Jezusa Chrystusa, jest
tą osobą, która wniosła wielki wkład
w budowę cywilizacji europejskiej,
nie pozostawiając po sobie ani jednego
zapisanego słowa. Wielki Ateńczyk jest
twórcą europejskiej filozofii, a także ojcem naszej cywilizacji.
Sokratesa interesowały rzeczy niezmienne, takie jak prawda, sprawiedliwość, odwaga czy cnota. Wierzył, że
pojęcia te nie są budowane przez nasze
językowe konwencje, lecz są tworzone
przez samą rzeczywistość, do której
się odnoszą. Doskonale wiemy, że obie
połówki pomarańczy, gdy przekroimy
je na pół, są wobec siebie równe. Jednak skąd wiemy, czym jest równość i
na jakiej podstawie o niej mówimy?
Filozof ten wierzył, że poprzez nieustanne zadawanie pytań każdy człowiek może skorygować swoje błędne
myślenie i osiągnąć prawdę. Wierzył
też, że prawda jest w każdym człowieku, jednak nie każdy zdaje sobie z tego
sprawę. Aby zrozumieć istotę dobra i
zła posiadamy Rozum. Uznanie czegoś za dobro nie wynika z przyjętej
konwencji znaczeniowej lub umowy
między ludźmi. Nie jest bowiem tak, że
coś jest dobre, ponieważ ludzie uznają
to za dobre. Jest dokładnie przeciwnie:
dobro jest dobrem samym w sobie, niezależnym od ocen ludzkich, a ludzie
uznają daną rzecz za dobro, ponieważ
wiedzą, że jest dana rzecz jest dobra właśnie.
Sokrates czcił i wielbił Rozum. Od tego filozofa nieustannie uczę się szukania praw-
16
dy niepostrzeganej przez pryzmat tradycji
ani przyjętej konwencji językowej czy kulturowej. Uczę się od Sokratesa kwestio-
został stracony, ponieważ podburzał młodzież przeciwko istniejącemu systemowi.
Sokrates jest również wspaniałym przykładem człowieka, który mimo tego,
że negował ówczesny ład panujący w
Atenach, był świadom jego obowiązywania. Dlatego też nie uciekł z więzienia ( mimo że miał taką możliwość )
bo wierzył, że prawu ludzkiemu należy nawet za cenę życia oddać posłuch.
Najciekawszym wnioskiem, jaki wypływa z nauk Wielkiego Sokratesa, jest
niewątpliwie jego przekonanie, że niemożliwością jest czynienie z własnej
woli czegoś, co nazywamy złem. Czynienie zła zdaniem Sokratesa wynika z
naszej niewiedzy. Gdy natomiast wiemy
i doświadczamy rozumem co to dobro,
będziemy dobrze czynić. Wydaje się to
niezrozumiałe i absurdalne ponieważ
myślimy, że nasze złe uczynki są bardzo
często podejmowanym przez nas świadomym działaniem i doskonale wiemy
czym jest dobro, jednak nie potrafimy
oprzeć się namiętnościom czy popędom.
nować wszystko i poddawać każdą rzecz
krytycznej analizie. Jedynym autorytetem
ma być dla nas Rozum – tak mawiał często
Wielki Ateńczyk. Z tego właśnie powodu
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Zawsze się jednak zastanawiam, czy
gdyby popatrzeć na świat tak, jak robił
to Sokrates i przy założeniu, że zło, które czynimy wynika z naszej niewiedzy
i ograniczenia naszego Rozumu, który
po prostu nie potrafi odróżniać dobra od
zła, to czy z takiego założenia wynikałoby, że jesteśmy zawsze niewinni, cokolwiek byśmy zrobili?
Zarys historii
daktyloskopijnej metody identyfikacji
Piotr Sobczyk
P
ojęcie daktyloskopii jako techniki kryminalistycznej jest stosunkowo młode i
jej początków należy dopatrywać się w
ostatniej dekadzie XIX w. Niektórzy jak np.
Karol Sławik za początek nauki kryminalistyki przyjmują wydanie przez austriackiego
sędziego śledczego Hansa Grossa w 1889 r.,
książki pt. Handbuch für Untersuchugsrichter,
Polizeibeamten, Gendarmen, usw . Jak wskazuje Sławik, w książce tej, o fundamentalnym
znaczeniu dla kryminalistyki, połączono różne dyscypliny naukowe, które mogły służyć z
powodzeniem zwalczaniu przestępczości. W
publikacji owej można było odnaleźć zarówno przodującą w Europie w czasie wydania
książki metodę, jaką była antropometria Bertillona , jak i rodzącą się wówczas naukę daktyloskopii, którą opisał angielski przyrodnik,
antropolog i psycholog Galton. Od teorii do
praktyki wiodła jednak długa i trudna droga,
związana nie tylko z koniecznością opracowania coraz to doskonalszych sposobów na
identyfikację linii papilarnych i ich klasyfikację, ale również polegająca na nieustannym
wysiłku zwalczania stereotypów panujących
wśród funkcjonariuszy śledczych zarówno w
Europie jak i obu Amerykach.
Linie papilarne już jednak znacznie wcześniej interesowały naukowców. W roku 1684
na łamach „Philospohical Transaction”, angielski botanik Nehemiah Grew opublikował
artykuł, w którym jako pierwszy opisał ogólną
budowę linii papilarnych i znajdujących się na
nich kanalików potowych. Ogromny wpływ na
tę dziedzinę nauki wywarł również Marcello
Malpighi, autor dzieła o budowie linii papilarnych pt. „De Externo Tactus Organo”. Natomiast profesor uniwersytetu wrocławskiego
Johannes Evangelista Purkinje dokonał także
klasyfikacji linii papilarnych. Zanim jednak
nauczono się wykorzystywać linie papilarne i
ich odciski do celów kryminalistycznych minęło wiele czasu.
Pierwsze wieści o zastosowaniu odcisku
palca jako metody identyfikacyjnej dotarły do
Europy z Indii. Właśnie tam w roku 1877, w
Hugli, William J. Herschel, brytyjski urzędnik
administracyjny, skierował list do naczelnego inspektora więzień w Bengalu. W tekście
tego dokumentu zawarł Herschel swoje przemyślenia dotyczące jak sam się wyraził „nowej metody identyfikacji osób”. Stwierdził, iż
jego metoda, polegająca na pobieraniu odcisków palców za pomocą tuszu do stempli, jest
nieskomplikowana i co ważne – nie napotkał
nigdy sytuacji by zawiodła. System ten wprowadził w Hugli, gdzie każdy, kto chciał sporządzić urzędowy dokument, musiał zostawić
na nim odbitkę swoich dwóch palców (wskazującego i środkowego). Do owych odkryć
doprowadziła Herschla pragmatyka. Chcąc zabezpieczyć się przed niewykonaniem umowy
przez pewnego Hindusa, Anglik nakazał kontrahentowi odciśnięcie swojego palca pod treścią umowy. Ślad linii papilarnych pozostawiony na papierze przykuł uwagę urzędnika, który
postanowił dogłębniej zbadać sprawę. W ciągu
wielu lat zbierał odciski palców wielu Hindusów jak i swoje własne, z czasem dochodząc ze
zdziwieniem do wniosku, że odciski jednego
człowieka nigdy nie są identyczne z odciskami drugiego. Rychło zastosował swoją metodę
przy identyfikacji spensjonowanych żołnierzy
hinduskich, spośród których wielu kilkakrotnie próbowało wyłudzić rentę, twierdząc że
wcześniej jej nie otrzymali. Sposób okazał się
niezwykle skuteczny i oszustwa skończyły się
natychmiast. Metodę swoją zastosował również
w podległym sobie więzieniu, co w szybkim
tempie przyczyniło się do zapanowania ładu
w więziennym chaosie, gdzie bardzo często
kary odbywały podstawione osoby, a wykrycie recydywy było wręcz niemożliwe. Mimo
niewątpliwego sukcesu list Herschla nie został
życzliwie przyjęty, a naczelny inspektor uznał
go za wytwór gorączkowych fantazji.
W tym samym czasie gdy Herschel pracował nad swoim systemem, w roku 1880
szkocki lekarz wykładający w Tokio, dr Henry
Faulds, opublikował list w brytyjskim czasopiśmie „Nature”. Napisał on, iż jego uwagę
zwróciły ślady linii papilarnych odciśnięte na
prehistorycznych, glinianych naczyniach japońskich. Zainspirowało go to do dalszego
studiowania problemu. Pod koniec listu Faulds
stwierdza, że „rysunek linii skóry palców nie
ulega zmianie przez całe życie, może zatem
lepiej aniżeli fotografia służyć identyfikacji”.
Szkocki lekarz zbierał liczne odciski palców i
studiował odmienność linii papilarnych. Pewnego razu japońska policja poprosiła Fauldsa o
pomoc w zidentyfikowaniu sprawcy kradzieży.
Szkot zebrał odcisk palca na miejscu zdarzenia, następnie pobrał ślady linii papilarnych od
służących w różnych domach. Rychło okazało
się, że sprawcą kradzieży jest jeden ze służących, który po zatrzymaniu przyznał się. W
ten sposób, niezależnie od Herschla, Faulds
odkrył nową metodę identyfikacji sprawców
przestępstw. Mimo jednak licznych wysiłków,
jego pomysł nie spotkał się z zainteresowaniem
brytyjskiej policji.
Do angielskiej dyskusji na temat identyfikacji przestępców przyczynił się w ogromnej
mierze angielski antropolog Francis Galton
i jego dzieło wydane w 1892 r. pt. „Fingerprints”. Galton cieszył się dużym szacunkiem
wśród angielskiej arystokracji, lecz mimo to
musiał czekać ponad rok by jego dzieło wzbudziło należne zainteresowanie w Home Office.
Wybuchła zagorzała dyskusja, nie wiedziano
bowiem czy zdecydować się na wprowadzenie w Anglii bertillonage’u czy też może lansowanej przez Galtona daktyloskopii. Metoda
tego angielskiego uczonego była obarczona
jednak pewnym niedociągnięciem – nie potrafił on od dłuższego czasu opracować podziału
poszczególnych wzorów linii papilarnych w
taki sposób, by zapewnić możliwość łatwego i
szybkiego znalezienia konkretnego odcisku w
kartotece.
W roku 1888 berliński weterynarz, doktor
Wilhelm Eber przedstawił pruskiemu MSW
memoriał, który Jürgen Thorwald w swojej
książce Stulecie detektywów określił mianem
„należącego do najbardziej zdumiewających
dokumentów w dziejach daktyloskopii”. Doktor Eber odkrył możliwość zastosowania w procesie identyfikacji sprawcy odcisków palców
znalezionych na miejscu czynu. Inspiracją dla
niego były krwawe odbitki rąk, jakie rzeźnicy
i weterynarze pozostawiali na ręcznikach berlińskiej rzeźni. Stwierdził samodzielnie, że obraz linii papilarnych różnych osób jest zawsze
odmienny. Odkrył również, że za pomocą par
jodu można utrwalać odciski dłoni, na których
widoczna jest cała linia papilarna. Propozycje
Ebera nie spotkały się jednak z zainteresowaniem władz pruskich.
Postacią o niebagatelnym znaczeniu dla
rozwoju daktyloskopii był Juan Vucetich, funkcjonariusz administracyjny policji prowincjonalnej Buenos Aires, który w lipcu 1891 r. dostał polecenie utworzenia antropometrycznego
biura pomiarowego. Otrzymał również od
swojego zleceniodawcy francuskie pismo Revue Scientifique, w którym to znajdowało się
sprawozdanie z eksperymentów Galtona. Vucetich szybko zorganizował biuro, pochłonęły
go jednak eksperymenty Galtona, którymi się
bardzo zainteresował i samodzielnie skonstruował prymitywny przyrząd do zdejmowania
odcisków. Potwierdzenia skuteczności tej metody dostarczyła sprawa Franciski Rojas, robotnicy, której dwójkę dzieci zamordowano w jej
domu, podczas rzekomej nieobecności kobiety.
Inspektor policji Alvarez, który interesował się
eksperymentami Vuceticha, znalazł po długich
oględzinach miejsca zdarzenia krwawy odcisk
kciuka na framudze drzwi. Szybko okazało
się, że ślad na drzwiach odpowiadał odciskowi
kciuka Franciski Rojas. Cała sprawa zapewniła
szybki i głośny sukces metodzie Vuceticha. W
1896 r. policja prowincjonalna zniosła metodę
antropometryczną i zamiast niej wprowadziła
daktyloskopię. W ten sposób Argentyna była
pierwszym państwem na świecie, gdzie odciski palców stały się jedyną podstawą pracy policyjnej służby śledczej.
Długo oczekiwany przełom w Anglii i Imperium Brytyjskim w dziedzinie identyfikacji
nastąpił dopiero za sprawą Edwarda Henry’ego.
Pracował on w Indiach jako pracownik administracji cywilnej, szybko jednak, ze względu
na swoje zdolności, objął wysoki urząd w Kalkucie. Zaprowadził w policji indyjskiej system
Bertillona. Pomimo ewidentnych sukcesów
bertillonage’u, metoda antropometryczna była
obarczona dużą częstotliwością występowania
błędów, a wyuczenie indyjskich policjantów
dokładnych pomiarów nastręczało niesłychanych trudności. Podczas urlopu w Anglii
luty-marzec 2011|Lexu§
17
publicystyka
Henry odwiedził Galtona w jego laboratorium,
gdzie przyswoił sobie podstawy metody tego
wybitnego antropologa. Powrócił do Kalkuty,
gdzie eksperymentował z daktyloskopią. Po
pewnym czasie, podczas podróży pociągiem,
wymyślił rozwiązanie problemu rejestracji odcisków w taki sposób, że można je było szybko
i bez problemu odszukać. W roku 1896 znalazł
metodę umożliwiającą skatalogowanie milionów odcisków tak, że można było w najkrótszym czasie odnaleźć każdą kartę. Wówczas
Henry wydał zarządzenie policji w Bengalu,
aby obok kart pomiarowych Bertillona zakładano karty z odciskami palców. O jego sukcesie świadczy fakt, że w roku 1897 generalny
gubernator zarządził zaniechanie antropometrii i wyprowadzenie daktyloskopii na terenie
całych Indii Brytyjskich. W roku 1900 Henry
został wezwany do Londynu by zaprezentować
swoją metodę. Po starannym rozważeniu wielu
problemów z nią związanych lord Belper polecił w listopadzie tegoż roku znieść bertillonage również w Anglii i zastąpił go systemem
odcisków opracowanym przez
Henry’ego.
Stało się oczywiste, że system
antropometr yczny
Bertillona odchodzi
w niebyt. Po rychłym
odstąpieniu od bertillonage’u państw Ameryki
Południowej
przyszła
kolej na Węgry, Austrię,
Hiszpanię i Danię a za
nimi na pozostałe kraje europejskie. System Bertillona
ograniczał się teraz do Francji, czyli kraju w którym powstał i któremu zawdzięczał
swą sławę. Dopóki Bertillon
żył, zrezygnowanie z antropometrii wydawało się mało
prawdopodobne. Śmierć Francuza, zgodnie
z przewidywaniami ówczesnych, zakończyła
również epokę bertillonage’u. Jej miejsce w
całej Europie, łącznie z Francją, zajął odcisk
palca jako metoda identyfikacja przez policję.
Stany Zjednoczone pod względem technik kryminalistycznych znajdowały się w tym
czasie daleko poza standardami europejskimi.
Prawdziwa amerykańska przygoda z identyfikacją zaczyna się od Thomasa Byrnesa,
otoczonego wręcz legendą inspektora detektywów. W 1880 r. stworzył pierwszy naprawdę efektywnie pracujący oddział detektywów
w Nowym Jorku, liczący czterdziestu ludzi.
Szybko zdobył sławę i pomnożył swój majątek,
dzięki zapewnianiu ochrony jubilerom z Wall
Street. Początkowe metody identyfikacji przestępców stosowane przez Byrnesa zdają się z
dzisiejszej perspektywy (jak i ówczesnej europejskiej) nieco prymitywne. Jak pisze o tym
Thorwald, Byrnes codziennie o dziewiątej rano
kazał wszystkim zatrzymanym w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin defilować
przed swoimi detektywami. Z czasem wprowadził on również fotografowanie przestępców.
W 1886 r. opublikował zbiór pt.: „Zawodowi
18
wywiad
przestępcy Ameryki”, gdzie zamieścił fotografie wszystkich znanych mu zbrodniarzy oraz
opisał metody ich pracy. Następca Byrnesa stosował nadal metody identyfikacyjne swojego
poprzednika, podejmując nienajlepsze próby z
bertillonage’m.
W roku 1903 dyrektor więzienia w Leavenworth, McClaughry otrzymał od jednego
z przyjaciół książkę Henry’ego o daktyloskopii
wraz z kasetką z przyborami do zdejmowania
odcisków palców. Przeczytał książkę i rozpoczął eksperymenty. W parę miesięcy później
miał okazję sprawdzić to, czego się nauczył,
a pretekstem do tego stała się sprawa więźnia
Willa Westa. Pewien doprowadzony do więzienia czarnoskóry mężczyzna przedstawił
się jako Will West. Po sprawdzeniu kartoteki
okazało się, że osoba taka już jest w więzieniu i co dziwne nie tylko wygląda
bliźniaczo podobnie
do tego
pierwszego,
ale także pomiary ich kończyn są niemal identyczne. Zaalarmowano McClaughry’ego, który wezwał obydwu
więźniów i sporządził odbitki ich linii papilarnych. Szybko okazało się, że odciski palców
obydwu mężczyzn zdecydowanie się różnią.
Jak na dłoni było widać niedoskonałości bertillonage’u.
Rok później od tych wydarzeń, prezydent
nowojorskiej policji McAdoo, który usłyszał
o wydarzeniach w Leavensworth, postanowił
zbadać problem odcisków palców. Wysłał
sierżanta-detektywa Faurota do Londynu, aby
zobaczył jak wygląda praca nad tym zagadnieniem w Scotland Yardzie. W międzyczasie
jednak nastąpiła zmiana na stanowisku szefa
policji, a następca McAdoo nie wykazywał
zainteresowania sprawą „fingerprints”. Musiał
więc Faurot eksperymentować na własną rękę.
Przełom przyniosła sprawa „Waldorf-Astoria”,
słynnego w świecie hotelu, gdzie podczas
nocnego obchodu Faurot natknął się na wzbudzającego jego podejrzenia mężczyznę. Mimo
protestów zatrzymanego sierżant aresztował
go i rozpoczął dochodzenie. Obcy przedstawił się jako James Jones, obywatel brytyjski.
Instynkt Faurota podpowiedział mu, by wysłać list z danymi zatrzymanego do Scotland
Yardu, skąd po dwóch tygodniach otrzymał
odpowiedź. Okazało się, że dzięki odciskom
palców przesłanych przez detektywa, śledczym
ze Scotland Yardu udało się ustalić, że zatrzymany rzeczywiście nazywa się Daniel Nolan i
był karany dwanaście razy za kradzieże hotelowe. Po skonfrontowaniu Nolana alias Jonesa z
raportem angielskich detektywów, zatrzymany
zaniechał oporu i przyznał się do popełnienia
kradzieży. Skazano go na 7 lat pozbawienia
wolności. Wówczas także po raz
pierwszy amerykańscy reporterzy zrozumieli, że odcisk palca
może dostarczyć wielu sensacji.
Niezmiernie
ważnym
punktem rozwoju amerykańskiej daktyloskopii było pierwsze
w historii dopuszczenie przez
sędziego jako dowodu odcisku
palca znalezionego na miejscu
zbrodni. W ten sposób sprawa Caesara Celli stała się
prawdziwą sensacją. Gazety
rozgłosiły historię Faurota i Celli w całym kraju.
Rychło potem utworzono
Federal Bureau of Investigation, na którego czele
stanął J. Edgar Hoover.
Jednak dopiero w 1930 r. Kongres
udzielił Hooverowi pozwolenia na założenie
potężnego, obejmującego całe Stany Zjednoczone biura identyfikacyjnego. Bardzo szybko
amerykańska służba śledcza prześcignęła Europę na polu daktyloskopii, stosując coraz to
bardziej udoskonalone techniki.
XX wiek przyniósł ogromny rozwój daktyloskopii. Od 1915 r. w USA istnieje, założone
przez ekspertów daktyloskopii, towarzystwo
kryminalistyczne International Association
for Identification, które do dziś wydaje niezwykle interesujący dwumiesięcznik „Journal
of Forensic Identification”. Natomiast w roku
1974 powstało w Wielkiej Brytanii towarzystwo daktyloskopijne The Fingerprint Society, będące wydawcą kwartalnika „Fingerprint
Whorld”. Jarosław Moszczyński w swojej
książce pt. „Daktyloskopia” uznaje obydwa periodyki za lekturę obowiązkową ekspertów od
daktyloskopii.
Bibliografia:
1 Kasprzak J., Młodziejowski B., Brzęk W., Moszczyński J. – Kryminalistyka, Warszawa 2006
2 Moszczyński Jarosław - Daktyloskopia, Warszawa 1997
3 Sławik Karol – Kryminalistyka w związkach z procesem karnym, kryminologią i wiktymologią,
Szczecin 2003
4 Thorwald Jürgen – Stulecie detektywów, Kraków 2009
5 http://home.elka.pw.edu.pl/~wolejows/fingerprint/ch_2.html
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Księga Absolwentów
o nowej inicjatywie Stowarzyszenia Absolwentów
Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
z prezesem zarządu Stowarzyszenia, mgr. Rafałem
rozmawia Karolina Dołęgowska
W. Sikorskim
ku takich zdjęć jak do paszportu – a moje
zdjęcie jest tego doskonałym przykładem.
Studio wzięło na siebie główny ciężar organizacyjny projektu. Każdy absolwent, który
zdecyduje się tam zrobić zdjęcia do dyplomu, podając swoje imię, nazwisko i numer albumu będzie miał pewność, że jego
zdjęcie znajdzie się w tegorocznej Księdze
Absolwentów. Bez dodatkowej pracy, ani
żadnych dodatkowych kosztów. Oczywiście
ostateczna lista nazwisk zostanie zweryfikowana, przez dziekanat, tak aby w Księdze Absolwentów znaleźli się wyłącznie
absolwenci :-). Chciałbym podkreślić, że
zrobienie zdjęcia, nie obliguje studenta do
późniejszego zakupu Księgi, tym samym
sam fakt obecności studenta/absolwenta w
Księdze nie będzie wiązał się z żadnymi
dodatkowymi kosztami, gdyż koszt opracowania redakcyjnego, graficznego oraz składu poniesiony będzie przez Stowarzyszenie
Absolwentów WPiA UW oraz Studio Fotograficzne Grand Prix-Foto.
KD: A właśnie, w jaki sposób Księgę
będzie można nabyć?
Karolina Dołęgowska: Czym będzie
Księga Absolwentów ? Skąd wziął się
ten pomysł ?
Mgr Rafał W. Sikorski: Stworzenie Księgi
Absolwentów jest nową inicjatywą Stowarzyszenia Absolwentów WPiA UW. Od
roku 2011 chcemy regularnie wydawać
album, w którym znajdą się zdjęcia absolwentów z danego rocznika. Projekt podpatrzyliśmy na zachodnich uczelniach, ale
równocześnie jest on wyjściem naprzeciw
oczekiwaniom studentów, którzy wielokrotnie proponowali nam zrealizowanie takiego przedsięwzięcia.
KD: Jak Księga będzie wyglądać?
RWS: Zamierzamy podzielić ją na 4 działy. W pierwszym zamieścimy krótką notką
na temat naszego Wydziału: o aktualnych
władzach, o tym jak Wydział wyglądał w
roku ukończenia studiów przez absolwentów. Drugi rozdział zostanie poświęcony
absolwentom kierunku Prawo. Znajda się
tam ich zdjęcia ułożone w porządku alfabetycznym, bez rozdzielania studentów
studiów stacjonarnych od niestacjonarnych.
W trzecim rozdziale znajdą się fotografie
absolwentów Administracji I stopnia, natomiast w czwartym osób kończących studia
na kierunku Administracja II stopnia.
Listy absolwentów będę układane pod koniec roku akademickiego, dlatego też, w
Księdze znajdą się tylko te osoby, które do
tego czasu przystąpią do egzaminu dyplomowego. Myślę, że jest to obok możliwości
uroczystego odebrania dyplomu podczas
uroczystego zakończenia roku akademickiego w ogrodach BUW-u dodatkowa motywacja do tego, aby wyznaczyć termin
obrony pracy magisterskiej jak najwcześniej.
KD: W jaki sposób zdjęcia absolwentów znajdą się w Księdze?
RWS: Księga Absolwentów jest przede
wszystkim ogromnym przedsięwzięciem
logistycznym: każdego roku nasz Wdział
opuszcza ponad pół tysiąca absolwentów. Dlatego też zdecydowaliśmy się na
współpracę ze studiem fotograficznym
Grand Prix- Foto znajdującym się najbliżej
Uniwersytetu Warszawskiego przy ulicy
Oboźnej 111, naprzeciwko klubu Harenda
i gwarantującym wysoką jakość usług przy
zachowaniu cen przystępnych dla studentów. Pracownia ma fantastyczną atmosferę
i nie wiem jakim cudem, nawet najbardziej
niefotogeniczne osoby wychodzą stamtąd
ze świetnymi zdjęciami, nawet w przypad-
RWS: Jak już wspomniałem nabycie Księgi
nie będzie przymusowe. Jeżeli nie będzie
chętnych do zakupu to wydamy tylko 25
egzemplarzy: 5 dla Wydziału, 5 dla Stowarzyszenia i 15 egzemplarzy obowiązkowych. Jeśli jednak znajdą się osoby zainteresowane nabyciem Księgi, będą mogły
ją zakupić od Stowarzyszenia po kosztach
wytworzenia, po wcześniejszym przesłaniu zamówienia na adres e-mailowy:
[email protected] Koszt wyprodukowania albumu został wyliczony na 70
zł i taką kwotę będzie trzeba wpłacić na
nasze konto (numer i dane znajduję się poniżej).2 Chcielibyśmy aby Księga trafiła w
ręce absolwentów 1 lipca podczas uroczystego zakończenia roku akademickiego w
ogrodach BUW-u.
Mamy nadzieję, że idea wydawania Księgi
Absolwentów przyjmie się na naszym Wydziale i będzie kwitła wśród młodego pokolenia. Oprócz tego chciałbym ciepło zaprosić wszystkich tegorocznych absolwentów
do wzięcia udziału w drugiej już edycji Balu
Absolwenta - informacje na ten temat pojawią się w najbliższym czasie na stronach
internetowych: Wydziału oraz Samorządu
Studentów. Mam również nadzieję, że tegoroczni absolwenci licznie zasilą szeregi Stowarzyszenia Absolwentów WPiA UW oraz
Klubu Absolwentów UW.
KD: Serdecznie dziękuję za rozmowę.
1 Więcej informacji na stronie www.kosciolek.pl
2 Dane do przelewu
Stowarzyszenie Absolwentów Wydziału Prawa i Administracji UW
ul. Krakowskie Przedmieście 26/28
00-927 Warszawa
Bank BPH S.A., nr rachunku: 50 1060 0076 0000 3380 0000 5595
w tytule wpłaty prosimy o podanie: księga absolwentów (imię i nazwisko)
luty-marzec 2011|Lexu§
19
wywiad
wywiad
OFE – droga do katastrofy finansów publicznych
i przyszłych emerytur
o mechanizmie Otwartych Funduszy Emerytalnych (OFE),
zagrożeniach dla naszych emerytur i możliwości bankructwa Polski,
z prof. dr hab. Leokadią Oręziak z Katedry Finansów Międzynarodowych w Szkole Głównej Handlowej
rozmawiają Magdalena Brodawka i Mateusz Opaliński
Mateusz Opaliński: Ostatnio dużo słyszy
się w mediach o Otwartych Funduszach
Emerytalnych. Czy mogłaby Pani Profesor
w kilku zdaniach opisać na czym polega
ten mechanizm?
Mechanizm jest taki: jest 14 OFE, zarządzanych
przez Powszechne Towarzystwa Emerytalne
(PTE), które są spółkami akcyjnymi. Akcjonariuszami tych spółek są towarzystwa ubezpieczeniowe i banki, w większości z udziałem kapitału
zagranicznego. Do 14 OFE należy już ponad 15
mln osób (stan na koniec stycznia 2011 r.) – bez
rolników, górników, służb mundurowych, sędziów, prokuratorów. Od miesięcznego wynagrodzenia każdego członka OFE pobierana jest
składka emerytalna –19,52% pensji brutto. Jest
ona dzielona w ten sposób, że: 12,22% zostaje w
ZUS, a 7,3% z tego ZUS przekazuje do OFE. Do
OFE trafia zatem 37,4% składki emerytalnej.
Magdalena Brodawka: Z jakimi kosztami
jest zatem związane działanie tego systemu?
W 2010 roku do OFE poszło 22,5 mld zł. Natomiast licząc od samego początku, od 1999 roku,
do końca 2010 roku została przekazana kwota w
wysokości 161 mld złotych. Te pieniądze, gdyby
nie zostały przekazane do OFE, byłyby wypłacane przez ZUS jako emerytury naszym rodzicom
i dziadkom. Od samego początku trzeba było
pieniądze pożyczać, by nie pozostawić bez środków tych, którzy są obecnie na emeryturze. Jak
ocenia Ministerstwo Finansów, na skutek tego
pożyczania powstał dług publiczny ponad 232
mld zł, z czego ponad 70 mld to są odsetki od
pożyczek zaciągniętych przez państwo, by pokryć ZUS-owi ten ubytek składki przekazywanej
do OFE. W samym 2010 roku koszt obsługi długu spowodowanego przez OFE to około 14 mld
zł. W 2011 roku, jeśli nie zmienią się przepisy,
dojdzie kolejna kwota długu z powodu OFE: co
najmniej 38 mld zł (w tym 23 mld zł na pokrycie
składki przekazywanej do OFE i około 15 mld
zł na koszty obsługi długu powstałego z powodu
OFE). W 2012 roku i następnych latach będzie
podobnie. W ten sposób dług z powodu OFE
niedługo dojdzie do 300 mld zł. W najbliższych
latach dalsze istnienie OFE oznacza ponad 40
mld zł nowego długu publicznego.
Mateusz Opaliński: Ile to jest w relacji do
naszego PKB?
Cały dług publiczny wynosi teraz ponad 760
mld złotych i w relacji do PKB to jest około
55%, Ustawa o finansach publicznych mówi,
20
że jeżeli zostanie przekroczony ten próg trzeba
podjąć szereg drastycznych kroków. Już podniesiono VAT i będą kolejne podwyżki, a ponadto
nieustannie redukowane są wydatki budżetowe
praktycznie na wszystko. Ale przy tych 760 mld
zł długu, 270 mld zł to jest właśnie OFE. Oczywiście nawet zlikwidowanie OFE nie eliminuje
wszystkich przyczyn, które spowodowały pozostałą część zadłużenia, ale sprawa OFE ma
kluczowe znaczenie. Konstytucja stanowi, że
jeśli relacja długu publicznego do PKB osiągnie
60%, to nie można będzie już zwiększać zadłużenia, w praktyce może to oznaczać niemożność
pożyczania dalej pieniędzy na rynkach finansowych, także na spłatę rat istniejącego długu.
Mateusz Opaliński: Na łamach biuletynu
Sejmowego odbyła się ostatnio dyskusja
dotycząca najnowszych propozycji rządu.
Swoje zdanie przedstawiał, oprócz Pani
Profesor, profesor Marek Góra i profesor
Maciej Żukowski. W dyskusji pojawia się
argument, że tak wysoki dług wymusi na
rządzących potrzebne reformy.
Już mamy zadłużenie 55% PKB, a w bardzo
krótkim czasie dojdziemy do 60% PKB. Wskazany wyżej argument obrońców OFE opiera
się na założeniu, że lepszy jest obecnie większy dług jawny niż większy tzw. dług ukryty,
który ujawni się za 50 lat. To teza zaproponowana przez Bank Światowy, który musiał
stworzyć jakąś ideologię, żeby wprowadzić
OFE w Polsce i niektórych innych krajach.
Sprowadza się ona do tego, by zmusić kraje do
tworzenia już teraz rezerwy na zobowiązania
emerytalne, które staną się wymagalne dopiero w dalekiej przyszłości. Jeśli kraj nie ma
nadwyżek budżetowych, to, aby tworzyć takie
rezerwy musi nieustannie zaciągać pożyczki.
Wyobraźmy sobie, że pan ma do zapłacenia
czynsz w przyszłym roku. Przygotowując się
do tego wydatku, już dziś zastanawia się pan,
jak zebrać z wyprzedzeniem potrzebne środki.
Odpowiedź jest taka, albo będzie pan rezygnować z konsumpcji i odkładać pieniądze, albo
będzie pan sprzedawać sprzęty, żeby uzbierać te pieniądze, albo będzie pan pożyczać
w banku. W przypadku państwa oznacza to,
że jeśli wyciągniemy jakieś zobowiązanie z
przyszłości i zaczniemy na nie tworzyć teraz
rezerwy, to albo wyprzedajemy sprzęty – to
sie nazywa prywatyzacja państwowego majątku, albo ograniczamy konsumpcję – to z kolei
oznacza podnoszenie podatków i redukowanie
wydatków publicznych, albo będziemy zaciągać długi – i Polska na razie zaciąga długi, aby
utrzymać OFE.
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Mateusz Opaliński: Jest też inne rozwiązanie – mogę przeanalizować swoje wydatki
i tak je obciąć, żeby wytworzyć rezerwę na
ten kredyt.
Oczywiście, w przypadku państwa można różne
wydatki zmniejszać, ale nie można ciąć wydatków w nieskończoność. OFE tworzą dług rosnący bez końca, którego nie zrównoważą żadne
cięcia wydatków. Ale powróćmy do długu ukrytego i jawnego – w przypadku OFE wyciągnięto
część długu z przyszłości odnośnie emerytur. To
jest bez sensu. Zobowiązanie państwa wobec
przyszłego emeryta jest zapisane na jego indywidualnym koncie w ZUS. I to zobowiązanie ZUS
stanie się wymagalne, kiedy osoba ta pójdzie na
emeryturę, ale nie stanie sie wymagalne w jednym dniu. Z każdym miesiącem będzie wchodził
kolejny kawałek tego zobowiązania. A teraz, z
powodu istnienia OFE, część tego zobowiązania
została wyciągnięta na światło dzienne – to jest
dług jawny. Powstał on na skutek przeniesienia
do OFE środki niezbędnych na wypłatę świadczeń obecnym emerytom. Na ten cel trzeba ciągle pożyczyć pieniądze, a my pożyczamy tyle,
że dług z tego tytułu to niedługo będzie 300mld
zł. Ciągle wyciągamy rękę po pożyczki, a ci co
nam pożyczają pieniądze widzą, że coraz bardziej się zadłużamy i nam w końcu przestaną
pożyczać. Idąc drogą obrońców OFE – to może
wyciągnijmy na światło dzienne cały przyszły
dług naszego kraju z wszystkich tytułów (np.
finansowanie szkół podstawowych czy policji) i
zacznijmy na te zobowiązania tworzyć rezerwy
w postaci gromadzenia papierów wartościowych
w ramach innych otwartych funduszy, zarządzanych przez prywatne instytucje finansowe?
By utworzyć takie bezsensowne rezerwy trzeba
byłoby jednak zadłużyć się w krótkim czasie na
gigantyczną skalę. To oznaczałoby, że kraj może
zbankrutować w jeden dzień. Taka szkodliwa dla
kraju idea tworzenia rezerwy na przyszłe emerytury jest jednak w naszym kraju realizowana
od 1999 roku, kiedy utworzono OFE. Z jednej
strony więc w OFE zgromadzono aktywa, a z
drugiej strony wszyscy obywatele, żyjący teraz
i w przyszłości, zostali obciążeni długiem. Dług
powstający z powodu OFE będzie coraz wyższy,
a zagrożenie krachem finansów publicznych coraz poważniejsze.
Magdalena Brodawka: Jak Pani Profesor
ocenia ostatnie propozycje rządu co do regulacji OFE. Czy są to rozwiązania korzystne dla obywateli?
Jest to rozwiązanie, które idzie w dobrym kierunku, ale jest niewystarczające. Rząd być może
nie ma wystarczającej siły przebicia, aby zrobić
to, co od dawna postuluję, czyli likwidację OFE.
To i tak stanie się koniecznie w nieodległym czasie. Dlaczego? Bo to jest to taki system, którego
po prostu nie da się utrzymać. Jest on wysoce
szkodliwy dla przyszłych emerytów i nie ma z
czego go finansować.
Magdalena Brodawka: Czy ten system
sprawdził się wobec tego gdziekolwiek na
świecie?
To jest system, który nie sprawdził się w żadnym
kraju. Został wprowadzony w krajach, które nie
potrafiły oprzeć się presji Banku Światowego i
innych międzynarodowych organizacji finansowych. Organizacje te nastawiły się na wprowadzenie OFE w krajach o średnim dochodzie, bo
w krajach biednych nie ma odpowiednio wysokich wynagrodzeń w gospodarce i pobieranych
od nich składek emerytalnych. Z kolei kraje bogate nie dały sobie tego rozwiązania narzucić.
Przy dokonywaniu wyboru krajów, w których
planowano stworzyć przymusowy filar kapitałowy systemu emerytalnego, zarządzany przez
prywatne instytucje finansowe, wzięto na cel te,
które były mocno uzależnione od międzynarodowej pomocy finansowej, w tym zwłaszcza od
pożyczek z Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Polska należała do
takich krajów. W latach 80 okazała się konieczna
restrukturyzacja polskiego zadłużenia. Nie byłaby ona możliwa bez pomocy tych organizacji.
Wiele interesujących informacji o tym, jak wprowadzono OFE w Polsce i innych krajach naszego
regionu można znaleźć w opublikowanej 2008
roku przez wydawnictwo Princeton University Press książce pt. Privatizing Pensions. The
Transnational Campaign for Social Security Reform, którą napisał Mitchell A. Orenstein, profesor Johns Hopkins University, będący ekspertem
Banku Światowego. Autor tej książki wskazuje,
że istotne znaczenie we wprowadzaniu OFE w
różnych krajach miało dążenie do przekazania
do zarządzania międzynarodowym instytucjom i
korporacjom finansowym wielkiej puli oszczędności, ściąganej przymusowo w formie składek
emerytalnych. Reforma emerytalna w Chile pokazała bowiem, że zarządzanie tymi składkami
przez prywatne instytucje finansowe może dla
nich stanowić bardzo atrakcyjne źródło zysku.
Magdalena Brodawka: Pani Profesor mówi,
że system ten nie sprawdził się nigdzie na
świecie. Jednak przypadek Szwecji świadczy o czymś innym.
W Szwecji po niedawnym kryzysie wartość
akcji w portfelu funduszy emerytalnych spadła o 30-40%. Biorąc pod uwagę te straty, oraz
ryzyko strat w przyszłości, wiele osób w tym
kraju zaczęło wątpić w sens opierania części
emerytury na instrumentach rynku finansowego. Najważniejszy jest jednak fakt, że Szwecja
wprowadziła obowiązkowy filar kapitałowy,
mając przez wiele lat nadwyżki w budżecie.
Polska natomiast ma od dawna ciągle deficyty budżetowe, nie ma zatem nadwyżek. Gdy
ktoś posiada nadwyżki w budżecie, może nimi
dowolnie rozporządzać, także inwestować na
rynku finansowym. Te szwedzkie nadwyżki
Leokadia Oręziak - Profesor zwyc
zajny w Katedrze Finansów Międzyna
rodowych SGH. Kieruje Studium Doktoranckim w Kolegium
Gospodarki Światowej SGH, jest równ
ież kierownikiem
Zakładu Finansów Przedsiębiorstw
i Ubezpieczeń.
Specjalista z dziedziny finansów międ
zynarodowych, rynku finansowego
oraz integracji europejskiej. Odbyła studia i staże zagra
niczne m.in. w Université de Paris
Panthéon-Sorbonne,
Centre International de Formation Euro
péenne (Francja), Europeische Adad
emie Bayern (Niemcy) i Collège Universitaire d’Etudes
Fédéralistes (Włochy). Jako ekspert
Sejmu oraz instytucji
rządowych przygotowała liczne opra
cowania dotyczące Polski w relacji
z Unią Europejską, bilansu płatniczego, kursu walutowego
i budżetu państwa. Współpracuje jako
konsultant z przedsiębiorstwami i instytucjami finansowy
mi.
Wybrane publikacje:
- Rynek ubezpieczeniowy Unii Euro
pejskiej. Oficyna Wydawnicza SGH
, Warszawa 1997.
- Polityka pieniężna krajów Unii Euro
pejskiej w perspektywie Unii Gosp
odarczej i Walutowej.
„Bank i Kredyt”, nr 6/1998.
- Liberalizacja przez Polskę przep
ływu kapitałów w obrocie z zagranicą
a sytuacja w bilansie
płatniczym. „Zeszyty Naukowe Kole
gium Gospodarki Światowej”, nr 4/19
98.
- Polityczne i ekonomiczne uwarunko
wania ustanowienia i funkcjonowani
a Unii Gospodarczej i
Walutowej, „Bank i Kredyt” nr 12/1
998.
- Rynek finansowy Unii Europejsk
iej, Twigger, Warszawa 1999,
- Międzynarodowe rynki finansowe
, współautor E. Chrabonszczewska
, Oficyna Wyd. SGH,
2000
- Bankowość na świecie i w Polsce
(red.), Olympus, Warszawa, 2001
- Euro – nowy pieniądz, PWN, ed.
II, Warszawa 2003
- Das polnische Wirtschaft auf dem
Weg zur Eurozone, [in]Das neue Pole
n in Europa, ed. Franz
Merli, Gerhard Wagner, StudienVerlag
, Insbruck, Wien 2006.
- Leksykon handlu zagranicznego
– współautorzy K. Białecki, W. Janu
szkiewicz, PWE, Warszawa, 2007
- Konkurencja podatkowa i harmoniza
cja podatków w ramach Unii Europejsk
iej. Implikacje dla
Polski), Wyd. Elipsa/WSHiP, Wars
zawa, 2007
- Finansowanie rozwoju regionalne
go w Polsce, WSHiP, Warszawa 2008
(red.)
- Euro – pieniądz międzynarodowy,
“Bank i Kredyt” nr 1, 2008
- Polityka budżetowa w strefie euro
, “Bank i Kredyt” nr 5, 2008
- Finanse Unii Europejskiej, PWN
, Warszawa, ed. II, 2009
luty-marzec 2011|Lexu§
21
wywiad
sięgały nieraz nawet 4% PKB. W Polsce brak
nadwyżek budżetowych powinien zdyskwalifikować OFE w punkcie wyjścia. Poza tym w
Szwecji do ich OFE przekazywana jest bardzo
niewielka część składki emerytalnej – tylko
13% całej składki (ogólna składka emerytalna wynosząca 18,5% miesięcznego wynagrodzenia pracownika dzielona jest następująco:
do szwedzkiego ZUS idzie 16%, a do OFE
2,5%), a w Polsce do OFE idzie trzy razy więcej – bo aż 37,4% ogólnej składki. Istotne jest
też to, że w Szwecji nie pobiera się w ogóle
tzw. opłaty od składki, która to opłata w Polsce
wynosi obecnie 3,5% (a do 2010 r. wynosiła
7%, a przedtem nawet 10%). Zatem brak tej
opłaty i fakt finansowania szwedzkich OFE z
nadwyżki w budżecie, powodują, że nie należy
porównywać OFE w Polsce z OFE w Szwecji,
gdyż są to zupełnie odmienne rozwiązania.
Inne kraje uprzemysłowione nawet nie próbowały wprowadzić OFE ze względu na ryzyko
wynikające z tego dla przyszłego emeryta oraz
dług publiczny wynikający z faktu przekazywania składek emerytalnych do prywatnych
instytucji finansowych.. W Stanach Zjednoczonych, w wyniku presji Banku Światowego,
próbowano wprowadzić OFE, ale nie znalazło
to poparcia społecznego. Presji ze strony Banku, by utworzyć przymusowy filar kapitałowy
systemu emerytalnego, oparły się także Słowenia, Korea Południowa i Wenezuela.
momencie wycofać swoje pieniądze. Jeśli ktoś
zdecydowałby się, by część jego składki emerytalnej szła na rynek kapitałowy, powinien
złożyć oświadczenie, że rezygnuje z gwarancji
państwa odnośnie minimalnego poziomu emerytury. Nie może być tak, że przez dziesięciolecia instytucje finansowe ciągną korzyści z
obracania pieniędzmi ze składek, a ostateczne
straty wynikającego z tego przemiału papierów,
muszą pokryć wszyscy podatnicy.
Mateusz Opaliński: W większości krajów
rozwiniętych funkcjonuje jednak bardzo
rozbudowany system funduszy emerytalnych, opartych na programach pracowniczych.
Magdalena Brodawka: Czy można nazwać
Polskę krajem niesuwerennym?
To tylko część prawdy, ponieważ są to systemy
nieobowiązkowe. I to jest właśnie różnica – w
Polsce również można takie systemy pracownicze stosować, ale chodzi właśnie o nieobowiązkowość. W raporcie Europejskiego Komitetu Zabezpieczenia Społecznego można łatwo
sprawdzić, jakie systemy emerytalne funkcjonują w krajach UE. Obowiązkowy drugi filar
systemu emerytalnego, taki jak w Polsce, wprowadzony zostały tylko w ośmiu nowych krajach
członkowskich. W większości z nich filar ten
został poważnie ograniczony, albo nastąpiła jego
faktyczna likwidacja.
Mateusz Opaliński: A może zlikwidowanie
przymusu uczestniczenia w OFE zminimalizowałoby problem?
Mogłoby wyglądać to podobnie jak na Węgrzech, gdzie z 3 mln członków OFE, tylko
100 tysięcy osób zdecydowało się pozostać w
funduszach. Członek OFE powinien szczegółowo zapoznać się z ryzykiem inwestowania
w instrumenty finansowe oraz wpływem opłat
pobieranych przez PTE na wysokość przyszłej
emerytury. Wtedy mógłby zdecydować, czy
chce, aby część jego składek emerytalnych była
inwestowana na rynku finansowym. Udział w
OFE nie powinien być przymusowy. Zatem
jeśli OFE pozostałyby, to powinny zostać przeniesione do obecnego, funkcjonującego na zasadach dobrowolności, trzeciego filara systemu
emerytalnego, z którego można w dowolnym
22
wywiad
Magdalena Brodawka: Pani Profesor, to co
nam pozostaje w tej sytuacji? Jakie są realne szanse likwidacji OFE?
Potrzebna byłaby taka determinacja, jak na
Węgrzech, gdzie rządzący potraktowali interes
państwa jako ważniejszy niż interes polityków
i międzynarodowych banków. Im wcześniej z
tego wyjdziemy, tym lepiej. W innym wypadku
to będzie dla bardziej kosztowne dla państwa i
obywateli..
Magdalena Brodawka: A jeżeli będzie u
nas taka sytuacja jak w Bułgarii, gdzie po
protestach MFW rząd musiał zrezygnować
z takiego pomysłu?
No to mamy wyjaśnienie, dlaczego tak trudno
jest rozwiązać problem OFE– po prostu część
krajów jest niesuwerennych.
W tym kontekście możemy powiedzieć, ze skoro
także w Polsce trudno wyjść z tego rujnującego
kraj rozwiązania, jakim są OFE, to też można
postawić pytanie o suwerenność.
Mateusz Opaliński: A zatem jedyne realne
rozwiązanie, to przeniesienie do ZUS całości pieniędzy znajdujących się w OFE?
Tak jest, tym się to musi skończyć, gdyż możliwości dalszego zadłużania kraju są już mocno
ograniczone, a nie da się też bez końca zwiększać
podatków i redukować wydatków budżetowych.
Aktywa zgromadzone w OFE powinny wrócić
do systemu finansów publicznych. Zwiększy to
bezpieczeństwo obecnych i przyszłych emerytur
oraz bezpieczeństwo finansów publicznych. Jest
też ryzyko sankcji, które za ten suwerenny krok
mogą zastosować agencje ratingowe obniżając
rating Polski, a także międzynarodowe organizacje finansowe, broniące interesów wielkich
międzynarodowych firm ubezpieczeniowych i
banków. Z tej pułapki wyjście jest trudne.
Mateusz Opaliński: Jednym z krytyków
pani pomysłu przeniesienia całości do
ZUS-u, jest Jeremi Mordasewicz, członek
Związku Pracodawców „Lewiatan” i rady
nadzorczej ZUS.
Myślę, że tu biorą górę interesy ochrony instytucji finansowych. Różne związki pracodawców - z
wyjątkiem bodaj jednego, który powiedział, by
wprowadzić rozwiązanie podobne temu węgierskiemu – bronią OFE, ponieważ instytucje finansowe należą do najważniejszych ich sponsorów.
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Magdalena Brodawka: Czy to stąd może
wynikać tak duży rozdźwięk pomiędzy
ekonomistami?
Nie chcę za nikogo się wypowiadać, ale powinna
istnieć w naszym kraju taka praktyka, jak w innych krajach cywilizowanych. Jeśli jakiś profesor
jest członkiem, np. rady nadzorczej towarzystwa
emerytalnego, pobiera w różnych formach wynagrodzenia od instytucji finansowych, jest np.
jakimś doradcą, to powinien napisać, że i owszem, jest profesorem uczelni, ale obok powinien
znaleźć się dopisek: członek rady nadzorczej takiej czy innej instytucji finansowej. Co oznacza,
że te poglądy, które wygłasza, można skojarzyć
z interesami reprezentowanego przezeń podmiotu. Jeśli występuje praktyka nieuczciwa – jak w
Polsce – gdzie profesor jest bezpośrednio lub
pośrednio wynagradzany przez instytucje finansowe i nie podaje tego faktu wypowiadając się
na temat OFE, to działa świadomie w celu wprowadzenia w błąd społeczeństwa; Działa więc na
jego niekorzyść.
Mateusz Opaliński: Z drugiej strony np.
profesor Góra argumentuje, ze OFE to jest
dywersyfikacja ryzyka. Powołuje się na fakt,
że dzielimy to na 2 filary: pierwszy zależny
od rynku pracy to ZUS, a drugi zależny od
rynków finansowych to OFE.
To jest ideologia, mająca korzenie w uzasadnieniach prezentowanych przez Bank Światowy dla
idei prywatyzacji emerytur. Tymczasem dane
empiryczne wskazują, że istnienie OFE nie zapewnia żadnej dywersyfikacji ryzyka, ono to
ryzyko znacznie zwiększa, zarówno z punktu
widzenia przyszłych emerytur, jak i finansów
publicznych naszego kraju. Trudno oczekiwać,
że OFE zapewnią w przyszłości, za kilkadziesiąt
lat, bezpieczną emeryturę, jeśli do tego czasu
Polska może wielokrotnie wpaść w kryzys finansowy z powodu nadmiernego zadłużenia i
zbankrutować. Strat powstałych z tego tytułu nie
da się nadrobić nawet przez kilkadziesiąt lat.
Magdalena Brodawka: No właśnie, jak
zdaniem Pani Profesor, może wyglądać
sytuacja za 30-40 lat. W jakim stopniu my,
studenci, to odczujemy?
Jeśli będzie się rodziło dużo dzieci i odwrócone zostaną negatywne tendencje demograficzne, będzie postęp technologiczny, inwestycje w
edukację, gospodarka będzie konkurencyjna – to
będą odpowiednio wysokie wpływy do budżetu
i będzie z czego utrzymać starsze pokolenie. A
papiery wartościowe, gromadzone w portfelach
członków OFE, nie dają żadnej gwarancji – to
tylko wielkie ryzyko dla kraju i koszty.
Mateusz Opaliński: Wracając do propozycji
Pani Profesor przeniesienia całości pieniędzy z OFE do ZUS. W jednym z głosów w
dyskusji na temat OFE w „Polityce” znaleźliśmy taki fragment, że OFE w 2009 r.
wypracowały zysk dla swoich członków na
poziomie średnio ponad 13% jednocześnie
stagnacja na rynku pracy spowodowała, że
waloryzacja w ZUS wyniosła tylko 5,5% ?
OFE wygrywają.
Wyobraźmy sobie, że położymy na tym stole jakąś określona kwotę pieniędzy, czerpmy z tego
przez 50 lat, ile z tego zostanie? Przecież PTE,
poza pobieraną opłatą od składek, potrącają sobie co miesiąc opłatę za zarządzanie aktywami.
Zatem raz wpłacona kwota do OFE może być
pomniejszana w ten sposób nawet przez kilkadziesiąt lat, zanim dana osoba nie przejdzie na
emeryturę. Żadne tzw. pomnażanie zgromadzonych środków poprzez inwestowanie ich na rynku finansowym nie jest w stanie tego wyrównać.
Ponadto należy porównać rentowność osiąganą
w OFE z kosztami obsługi długu zaciąganego
przez Polskę, by OFE utrzymać. Pożyczamy
pieniądze na rynku krajowym i rynkach międzynarodowych. Np. oprocentowanie polskich
10-letnich obligacji skarbowych wynosiło ostatnio około 6% rocznie. A teraz spójrzmy, jaka
jest średnia ważona stopa zwrotu osiągnięta w
ramach OFE za ostatnie 3 lata – było to 3,36%
rocznie. Zatem Polska zaciągała pożyczki płacąc
około 6% rocznie, po to, by w ramach OFE można było uzyskać rentowność rzędu 3%. W Katedrze Finansów Międzynarodowych przeprowadziliśmy badania, z których wynika, że w okresie
1999 - 2009, przyrost aktywów w OFE nie był
w stanie pokryć skumulowanej inflacji, jaka
miała miejsce przez te 11 lat. Do przyczyn tego
stanu należy zaliczyć głównie fakt zmniejszania
się aktywów OFE na skutek potrącania opłat na
rzecz Powszechnych Towarzystw Emerytalnych,
a także skutki kryzysu finansowego. Przyszli
emeryci powinni mieć świadomość, że mogą
przyjść kolejne kryzysy finansowe. Ponadto,
opłaty pobierane przez PTE (opłata od składek
oraz miesięczne opłaty za zarządzanie aktywami
OFE) uszczuplają środki, które ostatecznie mają
być przeznaczone na emeryturę pochodzącą z
drugiego filara emerytalnego.
Magdalena Brodawka: No właśnie, jak to
może wyglądać w perspektywie kolejnego
kryzysu?
Taka już jest uroda gospodarki rynkowej, że
kryzysy są co pewien czas – niektóre są bardzo
dotkliwe i mogą zrujnować wartość aktywów
finansowych, jakimi są akcje oraz inne papiery
wartościowe. W czasie dobrej koniunktury straty
te czasem można nadrobić, ale kolejne kryzysy
mogą znowu zredukować ceny tych papierów.
Może okazać się, że przez wiele lat nie uda się
wyrównać poniesionych strat. Rynek finansowy
jest niezbędnym elementem gospodarki rynkowej, ale nikogo nie można zmuszać do inwestowania na nim. Jeśli obecnie ktoś zarabia 1500 zł,
to w tym nowym systemie emerytalnym, obowiązującym od 1999 roku, ma szansę otrzymać
emeryturę łącznie z pierwszego i drugiego filara
na poziomie 600 zł (według dzisiejszych cen).
Biorąc pod uwagę fakt, że do OFE idzie aż 37%
składki emerytalnej, to należy podkreślić, że
znaczna część przyszłej emerytury jest narażona
na ryzyko związane z rynkiem finansowym, czyli
na swego rodzaju hazard. Czyli z tej hipotetycznej emerytury w wysokości 600 zł niemal 240
zł jest wysoce niepewne. Można to porównać z
sytuacją, w której emeryt, który obecnie pobiera
emeryturę rzędu 600 zł, prawie 40 procent z tej
kwoty przeznaczyłby na inwestowanie na rynku
finansowym, w tym na inwestycje w akcje. Jeśli
okaże się, że ta inwestycja się nie powiedzie, to
ten emeryt zostanie praktycznie bez środków do
życia. Na rynku finansowym mogą inwestować
tylko te osoby, które mają nadwyżki. Nierozsądne jest inwestowanie ze środków mających
zapewnić minimum egzystencji. Takim nieracjonalnym inwestowaniem jest OFE.
Magdalena Brodawka: Pani profesor użyła
stwierdzenia, że OFE to jest hazard.
Tak, to jest ogromne ryzyko związane przede
wszystkim z akcjami. W praktyce, z coraz większym ryzykiem wiążą się także lokaty w obligacje skarbowe. Polskie obligacje skarbowe,
znajdujące się w portfelach członków OFE, będą
musiały być kiedyś wykupione przez przyszłe
pokolenia, aby można było wypłacić emerytury.
Jeśli wtedy sytuacja w budżecie będzie zła z powodu małej liczby osób aktywnych zawodowo,
a wzrost gospodarczy będzie słaby, to małe są
szanse na wykup tych obligacji. Istnienie OFE
tworzy więc obecnie problemy dla finansów
państwa i obciąża mocno przyszłe pokolenia
powstałym długiem. Wielkie znaczenie będzie
miało przewidywane zobowiązanie Polski przez
Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej do
zniesienia istniejącego 5-procentowego limitu
inwestowania środków OFE za granicą. Wtedy
znaczna część środków z OFE może odpłynąć
za granicę. To oznacza, ze polscy podatnicy będą
finansować inne kraje. Będziemy zwiększać podatki, by utrzymać OFE, aby te fundusze mogły
inwestować w zagraniczne papiery wartościowe,
w tym w obligacje greckie, hiszpańskie, portugalskie, bardzo ryzykowne, ale wysoko oprocentowane, a w efekcie dające PTE możliwość
pobierania wyższych opłat od zarządzania aktywami. Te koszty są nieodwracalne, odwracalne
są natomiast „zyski” wypracowywane przez PTE
na rzecz członków OFE. Zyski te nie mają charakteru trwałego i mogą zostać łatwo utracone.
Magdalena Brodawka: Wciąż czekamy na
wyrok Trybunału Sprawiedliwości w tej
sprawie. Jak to wpłynie na sytuację naszego kraju?
To zapewne będzie dla naszego kraju niekorzystne. Nie dość, że korzyści z istnienia OFE
ciągną tylko instytucje finansowe (głównie zagraniczne), to jeszcze za granicę mogą odpłynąć
poważne środki. Polski rząd może mieć większe
trudności w znalezieniu nabywców na obligacje
skarbowe, w tym także te, które powstają na skutek istnienia OFE z uwagi na konieczność refinansowania ZUS-owi składek przekazywanych
do OFE. Dług z powodu OFE będzie cały czas
powstawać, nawet jeśli zostanie zredukowana z
7,3% do 2,3% składka przekazywana do tych
funduszy. Pamiętajmy też, że Polska ciągle zadłuża się także po to, by zdobyć środki na spłatę
rat długu już istniejącego.
Mateusz Opaliński: Już ponad 20500 zł na
mieszkańca, jak jest na liczniku długu w
centrum Warszawy
te środki pozyskiwać konkurując z wieloma krajami wysoko rozwiniętymi, mającymi ogromne
potrzeby pożyczkowe. By znaleźć chętnych na
nasze obligacje skarbowe musimy oferować
znacznie wyższe oprocentowanie niż Niemcy
czy Francja.
Mateusz Opaliński: Ale też są głosy ekonomistów wskazujących na to, że OFE przyczynia się również do tworzenia PKB poprzez inwestowanie.
OFE jest to odkładanie oszczędności na emerytury. Ale z czego? Ponieważ Polska nie miała i
dalej nie ma nadwyżek budżetowych, to jest to
inwestowanie z długu na emeryturę. Kto ma nadwyżki – niech robi co chce z nimi, kto ma dług –
powinien go spłacić. Z powodu OFE cały kraj się
zadłuża, aby OFE mogły inwestować w papiery
skarbowe oraz na giełdzie, nabijając w ten sposób bańkę spekulacyjną. Musi ona nieuchronnie
pęknąć, bo nie da się bez końca zwiększać zadłużenia.
Mateusz Opaliński: Czyli wygląda to tak,
jakbym wziął drogi kredyt na 10 000 złotych, by zagrać na giełdzie?
Tak. Może się panu udać, może pan mieć szczęście, że kupi akcje, które akurat pójdą w górę. W
większości przypadków takiego inwestowania z
długu można ponieść poważne straty. Taki hazard jest też w OFE. Ponieważ emerytura powinna zapewnić środki przynajmniej na pokrycie
podstawowych wydatków, to nie powinna ona
być narażone na takie ryzyko, jakie wiąże się z
rynkiem finansowym
Magdalena Brodawka: Co by pani więc
poradziła dzisiejszym studentom w kwestii
emerytur?
Trzeba zdobyć dobre wykształcenie, starać się
zdobyć dobrą pracę. Inwestować w aktywa finansowe (akcje, obligacje) można tylko w krótkim
okresie i tylko z nadwyżek. W długim okresie
aktywa finansowe rujnowane są przez inflację,
kryzysy finansowe i błędne zarządzanie przez
instytucje finansowe. Może się okazać, że kwota
ulokowana w aktywach finansowych, wystarczająca dziś na kupno domu, za dwadzieścia lat nie
wystarczy nawet na kupno samochodu. Powinno
się – na tyle, na ile się da – starać zbierać aktywa realne; takie, które są w stanie najlepiej przechować wartość w czasie np. nieruchomości czy
metale szlachetne. Także wartość tych aktywów
może spaść, ale w odróżnieniu od aktywów finansowych, bardzo małe jest ryzyko, że aktywa
realne staną się bezwartościowe lub zupełnie
przestaną istnieć.
Mateusz Opaliński: Właśnie wchodzimy na
rynek pracy. Czy warto zapisywać się do III
filaru?
Nie zachęcam. Doświadczenia wielu osób związane z trzecim filarem są niezbyt dobre.
I nieustannie ten dług rośnie. Aby spłacać raty
zadłużenia – bierzemy nowe pożyczki,. Na międzynarodowych rynkach finansowych musimy
luty-marzec 2011|Lexu§
23
wywiad
wywiad
Podtrzymywać tradycję
Zawsze dbam o swój Wydział
o nowym patronie jednego z wydziałowych budynków,
nagrodzie „Polityki” i warunkach pracy młodych naukowców w Polsce
o roli kół naukowych w życiu studenta, wspomnieniach związanych z „Temidą”
i najnowszych tendencjach w kryminalistyce
z prof. dr. hab. Tomaszem
Giaro rozmawia Rafał Baranowski
Rafał Baranowski: Collegium Iuridicum I
ma przyjąć imię Profesora Leona Petrażyckiego. Kto jest autorem tego pomysłu?
Prof. Tomasz Giaro: Taką decyzję podjęło
całe nasze kolegium dziekańskie, trudno mi
więc to personalnie sprecyzować. Petrażycki
jest naturalnym kandydatem. Wśród prawników z 200 lat istnienia wydziału, którzy są
szerzej znani poza naszym krajem, jest bowiem Leon Petrażycki, a potem długo, długo nic. Była to więc naturalna kandydatura, która nasunęła się nie tylko Dziekanowi
Rączce i mnie.
RB: Na czym zatem polegała wielkość
Petrażyckiego?
TG: Przede wszystkim na jego „międzynarodowości”. Był on oczywiście Polakiem, z
rodziny zesłańczej, popowstaniowej. Prawnie
rzecz biorąc, był jednak poddanym rosyjskim. W końcu XIX wieku został wysłany
przez rząd carski do Berlina, w ramach grupy zdolnych doktorantów i stypendystów,
wśród których należał do najzdolniejszych.
W Niemczech wziął udział w dyskusji na temat przygotowywanego tam właśnie kodeksu
cywilnego BGB, opublikował kilka liczących
się książek. Po kilku latach wrócił do Rosji i
został profesorem na czołowym uniwersytecie w Petersburgu. Po rewolucji zaś osiedlił
się w Polsce. Jest zatem uczonym trzech krajów, w których działał i zdobywał laury. To
szczególna sytuacja, jeśli chodzi o prawników, gdyż z reguły są oni związani z jednym
określonym państwem.
RB: Jaki jest Jego najistotniejszy wkład
w dorobek nauk prawnych?
TG: Wkład Petrażyckiego do nauk prawnych jest wielopłaszczyznowy. Na początku
swej kariery bardziej zajmował się prawem
rzymskim i prawem cywilnym – pod kątem
dogmatycznym, lecz również teorią kodyfikacji. Potem zaczął przechodzić na pozycje
teoretyczne, stał się bardziej filozofem i
teoretykiem prawa niż cywilistą. Częściowo też chcemy przypomnieć właśnie aspekt
cywilistyczny jego twórczości, bo jako teoretyk i filozof Petrażycki jest znany na całym świecie.
RB: Mimo wszystko, czy Profesor nie
jest zbyt intensywnie upamiętniany? W
Audytorium Maximum jest już przecież
aula jego imienia.
TG: Jest boczna aula, to prawda. Ale ewentualnie tę aulę można by „oddać” innej godnej
postaci. Natomiast jego imieniem chcemy
24
z prof. dr. hab. Tadeuszem
nazwać nasz centralny budynek Collegium Iuridicum I - właśnie dlatego, że
był to do tej pory nasz najwybitniejszy
profesor.
TG: Na konferencji byli prawnicy właśnie
ze wspomnianych trzech krajów: Rosji, Niemiec i Polski. Szczególnie Rosjanie intensywnie się do niego „przyznają”. Był profesorem w Petersburgu i tam do tej pory jest
eksponowany na reprezentacyjnym miejscu.
Byliśmy w budynku tamtejszego Wydziału
Prawa – mamy z tym uniwersytetem umowę
o współpracy - i widać, że się nim bardzo
chwalą. Jedno z jego dzieł zostało niedawno opublikowane w serii „klasycy rosyjskiej
cywilistyki”. Faktem jest, że póki przebywał
w Rosji, uważano go nie tyle za etnicznego
Rosjanina, ile za reprezentanta rosyjskiej
nauki. My możemy zgłosić nasze „roszczenia” twierdząc, że skoro tylko po rewolucji
powstało państwo polskie, on od razu przyjechał do Polski. Więc jest pewna konkurencja - kim on był „bardziej”? Niewątpliwie
Polakiem, ale jego główny dorobek powstał
jednak po rosyjsku. Po powrocie do Polski
Petrażycki ilościowo napisał dużo mniej.
Chociaż podobno rosyjskiego aż tak dobrze
nie znał i studenci zarzucali mu stosowanie
zbyt wielu obcych słów.
RB: Do naszego Wydziału należy też
m.in. Collegium Iuridicum III, które nie
posiada żadnego patrona. Czy ma się to
zmienić?
TG: Nie wpadliśmy w obsesję nadawania nowych nazw wszystkim budynkom. Po prostu
uznaliśmy, że powinniśmy podtrzymywać naszą tradycję. Wykładając na Florydzie, zwróciłem uwagę, że wszystkie budynki i sale
mają swoje nazwy od jakichś osób. Ale kto
nimi jest? Wyłącznie ci, którzy tamtejszemu
Wydziałowi Prawa dali pieniądze. Czasami
nawet katedry nazywają się wedle ich fundatorów. Więc z nauką ma to mało wspólnego,
chociaż oczywiście posiada swoją logikę. U
nas musi to być bardziej naturalne, a osoba
tak upamiętniona winna być niekwestionowanym autorytetem. Nic na siłę. Chociaż perspektywa nadania imion innym budynkom
oczywiście istnieje, jeśli będą sensowne kandydatury. Jednak nasze kolegium dziekańskie
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Prof. Tadeusz Tomaszewski: Daje dużo dobrego. Chociażby poczucie przynależności
do Wydziału, wspólnoty studenckiej. Jest to
ważny czynnik, niezależnie od tego, w jakim
kole naukowym lub jaką dyscypliną prawa
zajmują się studenci. Taka działalność daje
im większe możliwości zdobycia wiedzy, ja
bym powiedział – prawdziwego studiowania,
czyli interesowania się i zgłębiania tego, co
uznają za ciekawe. „Normalne” studiowanie
w postaci chodzenia do czytelni i czytania
książek do egzaminu nie jest w moim przekonaniu studiowaniem w pełnym tego słowa
znaczeniu. Przecież coś, co studenta interesuje, nie zawsze musi być związane z przedmiotem i wymogami egzaminacyjnymi. Poza
tym, koło naukowe jest często przygotowaniem studentów do późniejszej ewentualnej
pracy na uczelni. Wielu studentów, którzy
działają w kołach naukowych zostaje później
na naszym Wydziale jako doktoranci. Mają
więc szansę wcześniej wdrażać się w pracę
naukową i korzystać z tego warsztatu.
TT: Myślę, że decydujące są dwa czynniki.
Po pierwsze, przedmiot. Koło to zajmuje się
różnymi aspektami prawa karnego i dziedzin
pokrewnych. O ile się orientuję, najsilniejsza
w Temidzie jest sekcja kryminalistyczna - z
mojego punktu widzenia najciekawsza ze
wszystkich dziedzin, które wykłada się na
Wydziale. Poprzez działalność koła widzę,
jak wielu studentów interesuje się kryminalistyką i pracą śledczo-wykrywczą. Problematyka ta jest obecnie modna i ma swoje „pięć
minut”, bo wielu widzów, także naszych studentów, ogląda w telewizji programy i filmy
typu CSI. Drugim czynnikiem są ludzie, a
raczej opiekunowie koła, którzy potrafią zainteresować i przyciągnąć studentów. W ciągu tych 15 lat obserwowałem, że każdy kolejny opiekun był głęboko zaangażowany w
działalność koła. Temida przyciąga również
nietypowymi formami swojej aktywności.
Atrakcją jest na przykład zwiedzanie policyjnego laboratorium kryminalistycznego
albo różne zajęcia praktyczne, w tym znane
w całej Warszawie inscenizacje procesów
sądowych, jak na przykład w sprawie SlezkoBielaja czy Marchwickiego.
RB: Studiowanie pozbawione partycypacji w kołach jest ułomne?
RB: A jak Pan Profesor pamięta początki
istnienia Temidy?
TT: Oczywiście nie, ale koło naukowe jest
bardzo dobrą formą. Na naszym Wydziale
jest wiele różnych kół, co niektórzy nawet
krytykują, ale z drugiej strony taka ich obfitość powoduje, że studenci mają duży wybór
i mogą dla siebie znaleźć pole szczególnego
zainteresowania. I jeżeli znajdą – dobrze, aby
aktywnie działali. Poznają wtedy profesorów,
zapraszają ciekawych gości, odwiedzają różne instytucje związane z tworzeniem i stosowaniem prawa. Takie studiowanie jest dużo
bardziej wielowymiarowe i dające możliwość
lepszego poznania praktyki. Ja sam byłem
członkiem koła naukowego, pamiętam jakie
to było ciekawe. Jeździliśmy na przykład na
sympozja poza Warszawę.
TT: Mówiąc szczerze, niewiele pamiętam.
Kiedyś na ten temat rozmawiałem z panią
prof. Gruzą, która była jedną z inicjatorek
powstania Koła i jego sekcji kryminalistycznej. Pokazywała mi wtedy książkę, wydaną
Rafał Baranowski: Co daje studentom
działalność w kołach naukowych?
RB: Dnia 4 marca odbyła się wydziałowa konferencja poświęcona
dorobkowi Petrażyckiego, brali w
niej udział również naukowcy z
innych państw. Czy Profesor jest
naszą wizytówką na zewnątrz,
swoistym „towarem eksportowym” polskiej myśli prawniczej?
urzęduje już trzy lata i ten pomysł był nasz,
zaś inne zostawiamy następnym władzom.
RB: Zmieniając temat. W roku 2008 był
Pan Profesor jurorem konkursu Polityki
„Zostańcie z nami”. W tegorocznej edycji laureatem został dr Jarosław Kuisz z
WPiA UW. Czy inicjatywy takiego pokroju są potrzebne?
TG: Myślę, że bardzo potrzebne. Ale teraz
są pomysły, by zmienić formułę konkursu,
nieco upodobniając ją do struktury nagrody Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej, czyli
aby nadawać nagrodę nie w pojedynczych
dziedzinach, lecz w grupach dziedzin. Mam
mieszane uczucia, gdyż ciężko porównywać
prawnika z teoretykiem sztuki.
RB: Jaka jest sytuacja młodych naukowców w Polsce? Mają dobre warunki rozwoju? Bo skoro takie konkursy powstają,
widać, że niekoniecznie.
TG: Rzeczywiście, to przedsięwzięcie narodziło się jako remedium na słabą sytuację finansową młodych naukowców. Teraz jednak już nie
potrzeba ich aż tak bardzo wspierać finansowo
– są granty i fundusze na badania, dużo więcej
niż jeszcze parę lat temu. Na naszym Wydziale nie są one dostatecznie wykorzystywane, bo
prawników „czysta nauka” tak bardzo nie interesuje. Jesteśmy raczej praktykami.
RB: Ale za granicą warunki jednak są lepsze i może dlatego młodzi wyjeżdżają?
TG: Co to znaczy „za granicą”? Tylko w
dwóch europejskich krajach naukowcy naprawdę dobrze zarabiają – są to Niemcy i
Szwajcaria. W USA tylko ścisła czołówka dostaje bajeczne gaże. Średnia kadra brytyjska
masowo emigruje do Australii, bo tam mają
zapewnione miejsca pracy i dobre pensje. Zaś
we Włoszech czy w Hiszpanii większość profesorów prawa „dorabia” jako adwokaci.
RB: Dziękuję za rozmowę.
Tomaszewskim rozmawia Rafał Baranowski
chyba na dziesięciolecie działalności Temidy.
Były tam zamieszczone zdjęcia, na których ja
też byłem, jeszcze wtedy nie miałem siwych
włosów. Oczywiście od czasu powstania Koła
śledzę z zainteresowaniem jego działalność
i staram się, w miarę mich możliwości, je
wspierać.
RB: Jak wygląda Pana rola w obecnym
funkcjonowaniu Temidy? Jest Pan zaangażowany we wspieranie inicjatyw Koła?
TT: Zawsze staram się odpowiadać na potrzeby i zaproszenia studentów. Teraz, jako
członek władz rektorskich, nie mam specjalnie możliwości i czasu, aby bezpośrednio się
włączać w działalność koła, natomiast jeśli
studenci zapraszają mnie na jakieś spotkanie
– jak tylko mogę, to przychodzę. Z przyjemnością zgodziłem się na przykład na udział w
konferencji jubileuszowej Temidy.
RB: Tematem konferencji zorganizowanej z okazji 15-lecia Temidy są Archiwa
X. Cóż kryje się pod tą nazwą?
TT: To nazwa, która funkcjonuje na świecie,
a stała się ostatnio modna w polskiej Policji.
Jest związana z cofaniem się do spraw, które
kiedyś były prowadzone i z reguły umarzane
na etapie postępowania przygotowawczego, bo nie wykryto sprawcy lub nie zdołano
wykazać mu winy – mimo że czasami nawet
ustalano podejrzanego. Wszystko dlatego,
że nie było efektywnych metod, głównie
RB: Domyślam się, że koło to zajmowało
się prawem karnym?
TT: Akurat nie. Było to koło prawa konstytucyjnego; nawet napisałem referat, który
otrzymał nagrodę na sympozjum studenckim
we Wrocławiu. Dla mnie było to bardzo duże
wyróżnienie.
RB: Niedługo mija 15. rocznica powstania KN Temida, które jest najstarszym i
najdłużej działającym kołem na naszym
Wydziale. Wiele innych kół powstaje i
upada, co zaś stanowi o długowieczności Temidy?
luty-marzec 2011|Lexu§
25
wywiad
kryminalistycznych, dla zdobycia dostatecznie silnych dowodów. Sporo jest takich
spraw, gdzie na podstawie zachowanych w
archiwach śladów można próbować obecnie
ustalić tożsamość niewykrytego wcześniej
przestępcy. Bywają przypadki, w których stawia się nawet zarzuty i skazuje sprawcę.
RB: Jak głęboko w przeszłość jesteśmy
w stanie cofnąć się? Gdzie są granice?
TT: Pomijając sprawę przedawnienia, warunkiem możliwości korzystania z tych metod
jest zachowanie materiału badawczego. Jeżeli
są dowody rzeczowe, nie zniszczono ich, były
dobrze zabezpieczone i są dostępne – daje to
szansę. Szczególnie spektakularnych przykładów dostarcza nam praktyka amerykań-
wywiad
ska, związana zwłaszcza z niesłusznym, jak
się dzisiaj okazuje, skazywaniem za ciężkie
przestępstwa na podstawie niewłaściwej interpretacji dowodów. Odkąd zaczęto badać
archiwa, są przypadki – nawet po kilkadziesiąt rocznie – gdy przy wykorzystaniu badań
genetycznych uniewinnia się skazanych na
wieloletnie więzienie a nawet karę śmierci,
chociaż – niestety – wcale nieodosobnione
są sytuacje, gdy z powodu wykonanego już
wyroku nie było szans naprawić błędu. Warto zaznaczyć, że w Ameryce często w tego
typu działalności weryfikującej stare sprawy
kryminalne biorą też udział studenci, np. w
słynnym programie Innocent Project.
RB: A w jakiej kondycji jest obecnie polska kryminalistyka?
Musimy obudzić społeczeństwo
o systemie bolońskim, kształcie wyższej edukacji w Polsce
oraz akcjach i postulatach
z Liderem Demokratycznego Zrzeszenia Studenckiego, studentem WPiA UW
Maciejem Łapskim rozmawiają Magdalena Brodawka i Mateusz Opaliński
Mateusz Opaliński: Czym jest Demokratyczne Zrzeszenie Studenckie?
Maciej Łapski: Jest egalitarną, niezależną organizacją studencką powołaną w celu obrony
praw i interesów studentek i studentów. Zorganizowaliśmy się wobec fatalnej sytuacji
szkolnictwa wyższego oraz trudnej sytuacji
materialnej członkiń i członków społeczności
akademickiej.
Magdalena Brodawka: Wasz protest z 17
listopada odbił się szerokim echem. Czy
przyniósł pożądany efekt?
MŁ: To miał być sygnał, którym rozpoczęliśmy naszą kampanię „Alarm dla
edukacji”. Chcieliśmy pokazać oddolnie
tworzący się ruch studencki i wyrazić nasze postulaty. Akcja przybrała formę spontanicznego
flashmoba: system edukacji leży, więc położyliśmy się na ziemi razem z nim. Społeczność
akademicka przyjęła to bardzo pozytywnie np.
na UW ludzie przychodzili, siadali koło nas,
solidaryzowali się z nami. Protestowaliśmy
przeciwko procesowi bolońskiemu i reformie
szkolnictwa wyższego. Leżeliśmy w siedmiu
miastach: Cieszynie, Gdańsku, Katowicach,
Krakowie, Lublinie, Warszawie i Wrocławiu.
MB: To nie jedyna akcja protestacyjna
podjęta z Waszej inicjatywy przeciwko
systemowi szkolnictwa w ostatnim czasie.
MŁ: Alarm dla edukacji trwa, komercjalizacja szkolnictwa wyższego postępuje na całym
świecie . W takich chwilach powinniśmy trzymać się razem. 13 grudnia spotkaliśmy się pod
Ambasadą Brytyjską w geście solidarności z
protestującymi w Londynie. Liberalno-konserwatywny rząd Davida Camerona zainicjował podwyższenie czesnego na wyspach do
26
maksymalnie 9 tys. funtów. Dzień później
zorganizowaliśmy kolejny happening: przed
wejściami na uczelnię na Uniwersytecie Warszawskim, Wrocławskim i Warmińsko-Mazurskim ulepiliśmy bałwany. Postulowaliśmy, aby
„nie robiono z nas bałwanów”. Student to nie
bałwan i głos swój ma! Można nas było już
usłyszeć podczas debaty nt. komercjalizacji
szkolnictwa wyższego w Lublinie, w której
uczestniczyły m.in. takie postaci jak: Segolene
Pruvot z londyńskiej organizacji pozarządowej
European Alternatives, filozof z UMCS prof.
Jadwiga Mizińska oraz publicysta Łukasz Jasina. Kolejne debaty odbędą się w Warszawie,
Olsztynie i Wrocławiu. Demokratyczne Zrzeszenie Studentów było też organizatorem niedawnych głośnych ogólnopolskich protestów
- 17 lutego tego roku - przeciw komercjalizacji szkolnictwa wyższego, której etapem jest
właśnie reforma forsowana przez panią minister Kudrycką. Stale przybywa nam nowych
członków, zapewne dlatego, że jako jedyna
ogólnopolska organizacja studencka mieliśmy
odwagę i potencjał stanąć w obronie studentów i ich potrzeb.
MO: Czy zwracaliście się ze swoimi postulatami do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego?
MŁ: Wystosowaliśmy list otwarty do minister Kudryckiej. Walczymy o godne warunki studiowania, zaangażowany uniwersytet,
równość, solidarność, demokrację i prawo do
własnego zdania. Chcemy naznaczyć politykom ramy, w jakich naszym zdaniem powinni
się poruszać, jeśli chodzi o kwestie związane
ze szkolnictwem wyższym. Chcemy opowiedzieć im naszą historię, powiedzieć, że
brakuje nam na akademiki, wyżywienie, podręczniki czy wyjście na piwo ze znajomymi;
że uniwersytet to nie fabryka, ani nie market,
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
TT: 20-30 lat temu stała ona dużo niżej niż
na Zachodzie. Dzisiaj jednak mamy pełny
dostęp do najnowszej technologii i metod laboratoryjnych. Jedynym problemem są oczywiście finanse. Ponieważ jednak niektóre
przynajmniej nowoczesne metody badawcze
są standardem światowym, wymusza to także
ich wprowadzanie do naszych laboratoriów.
Mogę więc powiedzieć, że nasza kryminalistyka jest na dobrym poziomie i nie mamy
się czego wstydzić. Jednocześnie są takie
„enklawy”, w których jesteśmy wręcz wzorem do naśladowania i szczególnie się rozwijamy, np. w dziedzinie chejloskopii, tj. badań
śladów czerwieni wargowej. W Europie korzystano nawet z pomocy naszych ekspertów,
bo nie mieli własnych. Silna jest też polska
osmologia. Nawiasem mówiąc, z obu tych
dziedzin napisano wiodące prace doktorskie
w Katedrze Kryminalistyki UW.
lecz miejsce wzajemnych spotkań ludzi szukających odpowiedzi na trudne pytania, że właśnie tu kształtują się nasze postawy, uczymy
się myśleć i uczymy się demokracji.
MŁ: W Polsce mamy do czynienia ze zjawiskiem olbrzymiego boomu edukacyjnego,
panuje powszechne przeświadczenie, że studia są przepustką do lepszego życia. A nie są.
„Skończę studia, to znajdę lepszą pracę” - tak
myśli wielu z nas, ale niestety rzeczywistość
często jest inna. Prywatne szkoły powstają
jak grzyby po deszczu. A dlaczego? Bo to dla
ich właścicieli świetny interes i bynajmniej
nie naukowy. Często oferują niskiej jakości
wykształcenie i każą sobie za to słono płacić.
Problem jest zatem dużo bardziej złożony.
Dotyczy on zarówno szkolnictwa wyższego,
stosunków pracy, jak i całej gospodarki, które
tworzą razem system naczyń połączonych.
MB: Czemu jesteście przeciwko zmianom przewidzianym przez proces boloński i projekt dot. reformy szkolnictwa
wyższego?
MŁ: Sprzeciwiamy się komercjalizacji szkolnictwa wyższego. Dwustopniowy podział
szkolnictwa wyższego na licencjat i magisterium nie sprzyja jakości oferowanego wykształcenia, gdyż nie da się przez trzy lata
wykształcić dobrego socjologa czy historyka.
Taki dyplom tworzy tylko fikcję prawdziwego wykształcenia. Najgorszą rzeczą, jaką
umożliwia „proces boloński”, jest otwarcie
uniwersytetów na bliską współpracę z biznesem. Sponsorowanie kierunków kończy się
tym, że kierunki ekonomiczne i techniczne
mają większe dofinansowanie zewnętrzne
niż kierunki „niepraktyczne”, np. kierunki
humanistyczne, matematyka teoretyczna. Powstaje furtka dla tworzenia drugiej kategorii
studiów i pretekst do wygaszania środków
publicznych na edukację.
MB: A co z postulatami wysuwanymi
przez zwolenników procesów bolońskiego, takimi jak większa elastyczność i koordynacja na rynku pracy?
MŁ: Samo pojęcie rynku pracy nam nie odpowiada, ponieważ mamy zupełnie inne podejście
do gospodarki oraz do społeczeństwa. Ekonomia jest nauką, która ma sprzyjać rozsądnemu
gospodarowaniu ze względu na dobro ogólnospołeczne. Traktowanie „pracy” wyłącznie w
kategoriach towaru ma się nijak do nauki ekonomii. Na pierwszym miejscu zawsze powinien
stać człowiek, a dopiero później powinno się
kalkulować zyski. Poza tym nie chcemy specjalistów, którzy na niczym się nie znają. Jeśli ktoś
kończy studia po trzech latach, to tak naprawdę
jaki jest z niego specjalista?
MO: Ale przecież nawet człowiek, który skończył 5-letnie studia nie musi być
specjalistą.
RB: Jak na tle Polski wypada warszawski
ośrodek kryminalistyki?
TT: Mówią nieskromnie, jest to chyba najsilniejszy polski ośrodek. To tutaj jest największe
laboratorium – Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, jest również laboratorium Komendy Stołecznej i siedziba Polskiego
Towarzystwa Kryminalistycznego, które też
posiada laboratorium. Jest wreszcie Katedra
Kryminalistyki na naszym Uniwersytecie, w
której pracuje aż trzech profesorów.
RB: Starsi studenci pamiętają Pana Profesora jeszcze jako Dziekana WPiA. Te-
MO: A nie sądzicie, że system boloński
3+2 wspomaga nas w poszukiwaniu
pracy? Jeżeli wszystkie studia byłyby
magisterskie to człowiek, który idzie po
liceum na jakieś studia i nagle po dwóch
latach orientuje się, że nie znajdzie pracy w swoim zawodzie, jest w kropce. A
jeżeli by chodził na studia licencjackie,
to po licencjacie może zakończyć te studia, które nie dadzą pracy, z tego co widzi, i zmienić na jakiś inny. To zwiększa
jego szanse na rynku pracy.
MŁ: Problem leży gdzie indziej, młodym
ludziom zbyt wcześnie każe się decydować,
co chcą robić przez resztę swojego życia.
Należy również zwrócić uwagę na szkoły
podstawowe, gimnazja, szkoły zawodowe,
technika i licea ogólnokształcące. Pomiędzy
poszczególnymi szkołami, miejscowościami,
występują duże różnice - jeśli chodzi o poziom edukacji, dostęp do dodatkowych zajęć,
równość szans.
MB: Wobec tego jak wygląda Wasz program?
MŁ: Więcej egalitaryzmu, współpracy, myślenia - zamiast ideologii zysku i bezmyślnej
konkurencji. Nie mamy jeszcze jasno zdefiniowanego programu w kwestiach, które nie
dotyczą bezpośrednio szkolnictwa wyższego,
natomiast z moich obserwacji i z rozmów z
członkiniami i członkami zrzeszenia, wynika,
że większość z nas stawia na rozwój ruchów
raz zaś pełni Pan funkcję Prorektora UW
ds. Nauczania i Polityki Kadrowej. Czym
różnią się oba stanowiska?
TT: W jednym zdaniu można powiedzieć,
że różnią się perspektywą. Dla mnie jako
dla dziekana przedmiotem troski i starań był
głównie interes Wydziału, chociaż dobry
dziekan dba nie tylko o swój wydział, ale i
całą uczelnię. Dla mnie jako prorektora ta
perspektywa jest dużo szersza. Nadal dbam
o swój Wydział i staram się, by moja działalność była dla niego korzystna, ale jednocześnie widzę Uniwersytet jako znacznie większą, wielobarwną i rozbudowaną instytucję.
Wystarczy wspomnieć liczbę ponad 60 tysięcy studentów, a jeszcze przecież pracownicy
naukowi i administracyjni, liczne budynki i
społecznych i model państwa opiekuńczego.
Bez wątpienia ważne są dla nas stosunki pracy, zdecydowanie sprzeciwiamy się „śmieciowym” umowom cywilnoprawnym. Bez
wątpienia, ważne są dla nas stosunki pracy.
Dzisiaj 62% ludzi powyżej 25. roku życia jest
zatrudnionych na podstawie umów czasowych.
Nie mamy żadnych praw pracowniczych, w
każdym momencie możemy stracić pracę, nie
przysługują nam urlopy, jesteśmy traktowani
jako gorsza kategoria pracowników. Musimy
się zastanowić, w jaki sposób zmienić priorytety inwestycyjne w gospodarce. Warto dotować edukację na każdym jej poziomie, warto
przypomnieć rządzącym i społeczeństwu, ze
istnieją również technika i szkoły zawodowe.
Uczelnie nie mają zarabiać, uczelnie mają
nauczać. Niby prosta myśl, ale świat polityki
chyba jej jeszcze nie rozgryzł.
MO: Czy to oznacza, że wysuwacie postulaty bezpłatnej edukacji?
MŁ: Nie walczymy o bezpłatną edukację walczymy o edukację finansowaną z budżetu państwa. Edukacja pełni doniosłą rolę w
rozwoju społeczeństwa i gospodarki, dlatego
powinna być opłacana przez nas wszystkich z
naszych podatków.
pracownie badawcze. Uniwersytet Warszawski to ogromne przedsięwzięcie naukowe,
dydaktyczne i organizacyjne. Praca w Rektoracie jest więc dużym wyzwaniem - jest to
przecież zarządzanie dużą organizacją. Na
szczęście, zgodnie z prawem i zwyczajami
akademickimi, główną odpowiedzialność za
funkcjonowanie Uniwersytetu ponosi Rektor,
a ja staram się - najlepiej jak potrafię - wspomagać Jej Magnificencję w jej pracy.
RB: Dziękuję za rozmowę.
MB: Na ile możliwe jest przeprowadzenie planowanych przez Was zmian w
Polsce?
MŁ: Dzisiaj jesteśmy dopiero na początku
drogi. Jesteśmy idealistami, ale nie jesteśmy
naiwni. Sami musimy sobie wywalczyć ich
realizację, dlatego tworzymy oddolny, samoorganizujący się ruch społeczny. Rozpoczynamy opracowywanie „Społecznej strategii
szkolnictwa wyższego”. Współpracujemy
również ze związkami zawodowymi i innymi
organizacjami, z którymi łączą nas wspólne
cele. Jesteśmy również częścią międzynarodowego ruchu studenckiego. W zglobalizowanym świecie nie tak łatwo wprowadzić
reformy w jednym kraju, dlatego walczymy
solidarnie we wszystkich państwach. Chcemy
wyrwać społeczeństwo z marazmu i porwać
je do wspólnej walki o swoje prawa. Obecnie
obserwujemy protesty w Wielkiej Brytanii,
Irlandii, praktycznie w całej Europie, nawet
na Ukrainie, która poderwała do walki o swoje prawa ok. 20 000 studentek i studentów.
Czy to się uda w Polsce? Na dzień dzisiejszy
nie, ale za kilka lat, kto wie. W historii Polski
mieliśmy już do czynienia z masowymi ruchami społecznymi.
MB: A co, jeśli zostaniecie posądzeni o
populizm albo, wręcz przeciwnie, o idealizm?
MŁ: Liberałowie (gospodarczy) często oczerniają swoich przeciwników politycznych nazywając ich populistami. Jest to powszechnie
stosowana metoda, bo najłatwiej powiedzieć,
że ktoś jest populistą... i kończy się dyskusja.
Być może to im brakuje argumentów, bo nam
z pewnością nie. Nie damy się zdyskredytować jednym słowem, bo mamy całą masę
przemyśleń, pomysłów i przykładów z innych
miejsc, gdzie edukacja stoi na wysokim poziomie, a społeczeństwu żyje się po prostu
dobrze. Mam na myśli m.in. Finlandię i kraje
skandynawskie. Czy jesteśmy idealistami?
Tak, jesteśmy. Nie jesteśmy zimnymi, chłodnymi realistami, kalkulującymi każdy krok i
każdą decyzję w swoim życiu. Ludzie mają
prawo marzyć i swoje marzenia realizować.
luty-marzec 2011|Lexu§
27
wywiad
wywiad
Młodzi nie doceniają demokracji
o ostatnich wyborach prezydenckich na Białorusi, życiu opozycjonisty na,
represjach, trudnych wyborach i nadziejach na przyszłość
z białoruskim dysydentem, Frankiem Wiaczorką
rozmawia Magdalena Homenda
Magdalena
Homenda:
Warszawa,
Łódź, Poznań… Ostatnio zwiedziłeś
kawał Polski, a planujesz kolejne podróże. Dokąd?
Franak Wiaczorka: Szczecin, Kraków, Lublin, Gdańsk, Wrocław.
M.H.: Nie jesteś zmęczony?
F.W.: W żadnym razie. Aktualnie bardzo
ważne jest rozpowszechnić wśród Polaków
wiedzę na temat sytuacji na Białorusi. Polacy jeszcze niedawno żyli w PRL i byli w
podobnej sytuacji jak my, ale nowa generacja nie pamięta, jak to wyglądało. Dzisiejsza Białoruś to dobry przykład, że czasy
ZSRR mogą przyjść z powrotem.
M.H.: Wydajesz się być niesłychanie
silny psychicznie. Miałeś chwile zwątpienia?
F.W.: W walkę jestem zaangażowany od
małego. Mój ojciec w latach 80. działał w
ruchu demokratycznym i również bardzo
ryzykował. Udało mu się wywalczyć niepodległość dla Białorusi, ale niedługo potem do władzy doszli ludzie wywodzący się
z sowieckiego systemu – m.in. Aleksander
Łukaszenko. Kontynuuję więc walkę mojego ojca, której on poświęcił całe życie - teraz to również sprawa mojego życia. Kiedy
kolejny raz dostawałem pałką po głowie,
trafiałem do aresztu czy siedziałem 15 miesięcy w wojsku, to pojawiały się oczywiście
myśli, że może to wszystko jest niepotrzebne, może czas zacząć normalnie żyć. Ale ten
system sam zmuszał mnie do kontynuowania mojego działania, gdy np. nie mogłem
założyć własnego biznesu ze względu na
milion ograniczeń - okazywało się, że to się
w ogóle nie opłaca. Przeszkodą dla rozwoju
jednostki jest dzisiejsza władza.
M.H.: Niedawno znowu byłeś w więzieniu. Wcześniej półtora roku spędziłeś w wojsku. Władza musi Cię bardzo
nie lubić…
F.W.: Władza mnie nie lubi i vice versa. Na
własnej skórze odczułem wszystkie rodzaje
represji. Zaczęło się gdy miałem 6 lat. Tata
cały czas siedział w więzieniu albo chował
się przed KGB po manifestacjach. Później
sam zacząłem działać, organizowałem różne kampanie, kierowałem młodzieżówką.
Pierwszy raz zatrzymano mnie w wieku 13
lat. Gdy skończyłem 18 lat, zostałem profilaktycznie wsadzony do aresztu na 7 dni
za organizację i udział w nielegalnej akcji.
Ten pierwszy raz był trudny, ale próby, któ-
28
re system nam funduje, wzmacniają człowieka. Ja po 15 miesiącach w wojsku już
niczego się nie boję – nawet jeśli coś mi się
stanie, to wiem, że po mnie przyjdą nowi
ludzie, którzy będą walczyć. Misją mojego
pokolenia jest zbudować normalną Białoruś dla kolejnych generacji.
M.H.: Twoi znajomi też są tacy niezłomni?
F.W.: Różnie. Wielu opozycjonistów złamało się i wycofało po tym, jak ich zastraszono, uwięziono, grożono zwolnieniem
z pracy. Wielu wyjechało zagranicę. Nie
wszyscy są w stanie znieść presję.
Społeczeństwo jest bardzo spolaryzowane.
Różnice są nawet wewnątrz rodzin – zdarza
się, że dzieci walczą z Łukaszenką, ale rodzice wierzą propagandzie państwowej i na
odwrót. Ostatnio dwójka moich znajomych
została wyzwana przez swoich rodziców od
faszystów i wyrzucona z domu.
M.H.: Jak władza dociera do opozycjonistów?
F.W.: Są 3 etapy. Najpierw KGB próbuje cię zwerbować, np. w pokoju dziekana
agenci zapraszają studentów do współpracy, obiecują coś, grożą. Jeśli się nie zgadzasz, zaczyna się 2. etap – zastraszenie.
Na początku personalne np. oblanie na
egzaminie, wyrzucenie ze studiów. Potem
zaczynają docierać do twoich rodziców,
bliskich. W ostatnim etapie trafia się na
„czarną listę” – nie możesz wjechać/wyjechać z kraju, nie przyjmą cię na studia
ani do pracy, trafiasz do więzienia podczas
manifestacji i, rzadziej, do wojska. Stajesz
się wtedy prawdziwym dysydentem. Wiele
osób jednak nie daje rady. Zwłaszcza że nigdy nie wiesz, kto na ciebie donosi. Kiedy
służyłem w wojsku, nie próbowano mnie
już werbować, ale moi koledzy, z którymi codziennie rozmawiałem, żartowałem,
składali na mnie donosy. Nachodzono też
i grożono rodzinie mojej dziewczyny, dlatego rodzice namawiali ją, żeby zerwała ze
mną, opozycjonistą. Ta sytuacja jest dość
powszechna – taka osoba staje wówczas
przed amoralnym wyborem: rodzice lub
ukochany. To straszne, nie wszyscy chcą
tak żyć.
M.H.: Może więc nie warto się narażać? Niektórym Twoim rodakom wystarcza, że Łukaszenko wprowadził
spokój, bezpieczeństwo wewnętrzne i
czystość w miastach. Może to jest ważniejsze?...
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
F.W.: Stabilność to główne hasło łukaszenkowskiej propagandy. Tak naprawdę jednak
to stabilne pogorszenie jakości życia, a
nie stabilny wzrost, rozwój. Gospodarczo,
politycznie i kulturalnie kraj zmierza do
pułapki. Tak naprawdę nie wiemy, dokąd
zmierzamy.
M.H.: Ale demokracja nie gwarantuje,
że będzie lepiej.
F.W.: Oczywiście, że nie – nigdzie nie ma
idealnego życia. Ale dotąd to najlepszy
ustrój, jaki wymyślono. Na pewno lepszy
od autokracji czy totalitaryzmu, co widzimy, obserwując np. Europę. Zresztą to nasz
narodowy, historyczny wybór – Białoruś
zawsze była częścią Starego Kontynentu, a
teraz jest dziurą. 20 lat temu Polska i Białoruś zaczynały z podobnego poziomu – teraz
życie w Warszawie jest tańsze niż w Mińsku, zarobki z kolei kilka razy wyższe.
M.H.: Jak przebiegały ostatnie wybory
na Białorusi?
F.W.: W ciągu ostatnich 2 lat zmieniła się
polityka Europy wobec Łukaszenki – dostał wiele kredytów, wsparcia politycznego,
spotykał się z elitami włoskimi, litewskimi,
łotewskimi. Białoruska opozycja straciła
wsparcie Europy, co spowodowało kryzys
i podział wewnątrz opozycjonistów. To
wszystko doprowadziło jednak i do tego, że
kandydaci na prezydenta mogli się zaprezentować w mediach publicznych i namawiać ludzi do niegłosowania na Łukaszenkę oraz przyłączenia się do manifestacji.
Wybory na Białorusi od lat wygląda identycznie: głosowanie trwa 6 dni. W ciągu
pierwszych 5 dni dokonują się wszystkie
fałszerstwa wyborcze, np. podrzucanie dodatkowych kart. Potem sumuje się wyniki
z wyborów przedterminowych i tych właściwych. W roku wyszło, że Łukaszenko
dostał ponad 70% głosów, podczas gdy tak
naprawdę zyskał 37%…
M.H.: Gdyby opozycja była w stanie
się zjednoczyć i wystawić jednego
kandydata sytuacja może wyglądałaby inaczej…
F.W.: Oczywiście, to wzmocniłoby opozycję, ale nie ma co się łudzić, że wybory
przebiegałyby zgodnie z prawem. Dlaczego
Łukaszenko dał opozycyjnym kandydatom
czas na antenie? Bo chciał pokazać, że Białoruś się zliberalizowała, a opozycja się
kłóci. Tych 9 opozycyjnych kandydatów w
rzeczywistości zebrało ponad 50% głosów
– gdyby był 1 kontrkandydat, Łukaszenko
nie pozwoliłby mu się pokazać w telewizji.
Brutalna reakcja Łukaszenki po wyborach
świadczy zresztą o jego słabości.
M.H.: Według oficjalnych wyników Łukaszenko zdobył 79% głosów, według
Was – ok 40%. 40% i tak oznacza spore
poparcie społeczeństwa.
F.W.: To jest nic. Pozostali kandydaci razem
wzięci zdobyli ponad 50%. Te 40% poparcia to stały elektorat Łukaszenki: wschód
blisko związany z Rosją, kołchozy. Jeszcze 5 lat temu miał ponad 50% poparcia.
Dziś nikt nie wychodzi na ulice, by uczcić
zwycięstwo Łukaszenki, nikt nie świętuje
„jego” świąt. Ci, którzy ciągle na niego
głosują, są indoktrynowani już w szkołach,
nie wiedzą, że życie może wyglądać inaczej, bo nigdzie nie wyjeżdżają
M.H.: Jak wygląda białoruskie szkolnictwo?
F.W.: Szkoły są zrusyfikowane. Na początku rządów Łukaszenki ok. 85% klas była
białoruskojęzyczna, teraz to kilkanaście
procent. Historia, literatura, przedmioty
społeczne są ostatnimi laty ostro cenzurowane. Przykładowo teraz z podręczników zniknęła twórczość Niklajewa, w żadnej księgarni nie można
kupić jego książek, człowiek nie istnieje. Wszystko co wzmacniało białoruską świadomość, co zachęcało
do zainteresowania się polityką,
do działań społecznych, pluralizmu
zostało wykreślone z programu lub
tak przedstawione, aby zniechęcić
do działalności. Ludzie mają zakodowane w głowach: działanie=represje. Boją się nawet pomyśleć.
Wychodzą więc ze szkół, uniwersytetów całkowicie apolityczni i obojętni. Część z nich idzie do milicji
lub KGB, gdzie przechodzą dalsze
pranie mózgu. Potem biją pałkami
kobiety i nawet nie rozumieją, że
robią coś złego, wręcz chwalą się
swoimi „osiągnięciami” na facebooku. System celowo wyniszcza
część mózgu odpowiedzialną za
samodzielne myślenie i podejmowanie decyzji.
nielegalne. To władza nie szanuje prawa i
łamie je. Łukaszenko wg konstytucji mógł
być prezydentem tylko przez 2 kadencje,
tymczasem rozpoczyna już 4. Naszym celem jest doprowadzenie do sytuacji, gdy
prawo będzie wykonywane i przestrzegane.
otoczenie Łukaszenki zostaną pozbawieni
biernego prawa wyborczego, zaś ci którzy
popełnili przestępstwa będą odpowiadać
wg kodeksu karnego. Jeśli nie rozliczymy
się z przeszłością od razu, powstanie podobny problem jak teraz Polsce.
M.H.: Walka o demokratyzację nie kończy się na obaleniu dyktatora. Białoruś
czeka mnóstwo wyzwań, zwłaszcza gospodarczych, jeśli chce się uniezależnić
od Rosji. Macie jakiś plan?
M.H.: Jak wygląda Białoruś po wyborach?
F.W.: Mamy opozycyjny gabinet cieni.
Wiemy, ze trzeba wprowadzić reformy,
które będą gwarantowały nieodwracalność
zmian demokratycznych. Jestem za likwidacją urzędu prezydenta i powrotu do republiki parlamentarnej - takiej jaka była
przed 1994 r., kiedy na czele państwa stał
M.H.: A co jeśli postanowi się z
wami ułożyć? Tak jak w 1989 r.
PZPR w Polsce?
M.H.: Bierność i brak wiary w
możliwość zmiany – czy to nie
jest największy wróg demokratyzacji Białorusi?
F.W.: Myślę, że największym
wrogiem i głównym problemem
jest niewiedza – nawet o wydarzeniach z 19 grudnia ub.r. ludzie nie
znają prawdy. Z telewizji dowiedzieli się
propagandowych informacji, np. że działania opozycji to zmowa polsko-niemiecka.
Nie mamy żadnej alternatywy ani możliwości, żeby wytłumaczyć ludziom, co naprawdę się dzieje.
M.H.: Strajkujecie, bojkotujecie… De
facto uczycie naród nieposzanowania
prawa. A co jeśli reżim zostanie obalony i to się obróci przeciwko wam?
F.W.: Ja postępuję zgodnie z prawem i skutecznie z niego korzystam. Przykładowo,
w naszej konstytucji jest zagwarantowania
wolność zgromadzeń – wiece nie są więc
F.W.: Kraj jest podzielony, trwa praktycznie
wojna domowa. Ludzie nie wiedzą co dalej.
Duża część opozycji wyjechała zagranicę
w obawie przed represjami. Ok. 50 osób
jest oskarżanych o przygotowanie zamachu
stanu i grozi im do 15 lat więzienia. Wśród
nich znajduje się większość opozycyjnych
kandydatów na prezydenta – nie wiadomo,
jaki jest ich stan zdrowotny, czy w ogóle
żyją. Gospodarka, która w ostatnich latach
trzymała się dzięki zewnętrznym
kredytom, w tym roku odczuje kryzys: powstanie problem bezrobocia,
nierentowności największych przedsiębiorstw. Z jednej strony sytuacja
jest fatalna, ale z drugiej strony to
szansa na zmiany, ponieważ Łukaszenko wyczerpał swój „resource”
polityczno-gospodarczy, niedługo
nie będzie go stać na utrzymanie
swojej policji, wojska, urzędników.
Nawet pomoc Rosji może nie wystarczyć. Choć społeczeństwo jeszcze śpi, to czuję, że coś zaczyna się
dziać: rozmowy o polityce w autobusach, między młodymi i starszymi, między robotnikami… Ostatnie
wydarzenia pokazały słabość Łukaszenki, który traci pewność siebie,
wpływ, władzę.
Marszałek Sejmu. Konieczne będą reformy
rynkowe – prywatyzacja i denacjonalizacja,
dywersyfikacja energetyczna oraz wpływów europejskich i rosyjskich. Będziemy
się też starać o wstąpienie do UE, NATO,
wszystkich tych instytucji, które gwarantują wzrost poziomu życia, suwerenność i
demokrację.
M.H.: Co z lustracją?
F.W.: W pierwszych latach trzeba będzie ją
przeprowadzić, ale jak będzie ona wyglądała, zdecyduje demokratycznie wybrany
parlament. Myślę, że wszyscy odpowiedzialni za represje, urzędnicy, agenci KGB,
F.W.: Łukaszenko to nie jest Jaruzelski. Jest bardziej charyzmatycznym
dyktatorem, wykorzystującym nowoczesne technologie i afery polityczne,
aby utrzymać się przy władzy. Minimalnym warunkiem do zorganizowania okrągłego stołu są wolne wybory,
a Łukaszenko wie, że wtedy straci
władzę i dlatego się na to nie zgodzi.
Będzie wprawdzie próbował sprawić
wrażenie liberalizacji podczas tegorocznych jesionnych wyborów parlamentarnych, może nawet wprowadzi do parlamentu kilkunastu „opozycyjnych” – lojalnych
mu – kandydatów, ale to będzie tylko iluzja
zmian.
M.H.: Jak się przygotowujecie do wyborów? Zjednoczycie się?
F.W.: W ostatnich latach opozycja straciła
wsparcie Europy i zaczęła szukać pomocy
politycznej w różnych stronach. Teraz tego
nie będzie. Możliwe, że opozycja podzieli
się jednak na kolaborujących z Łukaszenką
oraz na walczących z dyktatorem. W tym
luty-marzec 2011|Lexu§
29
wywiad
momencie nie przygotowujemy się do wyborów parlamentarnych, bo najważniejsza
jest solidarność i pomoc tym, którzy są w
aresztach – to najważniejsza misja. Drugim
zadaniem jest rozpowszechnianie informacji o sytuacji w kraju na Białorusi.
wywiad
Nie jesteśmy gigantem
o przemianach cywilizacyjnych w Rosji, odnowie zbrojnego konfliktu
ormiańsko-azerskiego, skutkach wojny w Gruzji, polskiej racji stanu,
grupach interesów w MSZ oraz karierze dyplomatycznej
z dr. Wiktorem Rossem
rozmawiają Magdalena Homenda i Rafał Baranowski
M.H.: A propos poparcia Europy… Jak
może być ono możliwe, jeśli np. Niemcy dostali od Łukaszenki preferencyjne
warunki do inwestowania w wasza gospodarkę?
Natomiast mentalność narodu mołdawskiego
i ormiańskiego jest zupełnie różna. Ormianie są skoncentrowani, poważni, wielu jest
bardzo wysoko wykształconych. Mołdawianie z kolei są raczej „wychodźcami ze wsi”,
kultywują tradycyjną kulturę chłopską, są
bardzo religijni. Trzeba również pamiętać, iż
to naród romański, co silnie odróżnia go od
Ormian.
F.W.: Przyszedł czas wyboru: pragmatyczny interes, real politik albo minimalne poważanie praw człowieka i wartości, na których Europa zawsze stała. Spodziewam się,
że ta druga opcja zwycięży.
M.H.: Nie przeceniasz Europy?
F.W.: Ale na kogo mam liczyć? Na Australię? Afrykę? Opcja jest jedna: Rosja albo
Europa. Myślę, że ostatnie wydarzenia
grudniowe otworzyły trochę oczy zachodnim polityków, którzy pośrednio ponoszą
część odpowiedzialności za nie z powodu
prowadzenia polityki ustępstw wobec Łukaszenki.
M.H.: A propos Mołdawii – przez 6 lat
kierował Pan ambasadą RP w Kiszyniowie. Jak przez ten czas zmienił się ten
kraj? Jak daleko mu do UE?
W.R.: Niestety, Mołdawia wewnętrznie nie
określiła się co do swojego wyboru. Mimo
że formalnie deklaruje gotowość do integracji europejskiej, to wewnętrzny układ sił politycznych jest bardzo zmienny. Dochodzi tu
też kwestia niekontrolowanego Naddniestrza,
gdzie ludność mołdawska jest w mniejszości.
M.H.: Przejdźmy do Polski: jak się tu
znalazłeś?
F.W.: Po pierwsze, współpracuję z telewizją
Bielsat, która nadaje z Polski. Po drugie, po
kolejnej odmowie na uczelni białoruskiej
zostałem przyjęty na studia dziennikarskie
na UW. Było to możliwe dzięki pani minister Barbarze Kudryckiej oraz programowi
stypendialnemu im. Konstantego Kalinowskiego, stworzonemu w 2006 r. dla białoruskich studentów wyrzuconych z rodzimych
uczelni.
M.H.: A nie lepiej byłoby wyjechać dalej
na Zachód i tam szerzyć informacje o
Białorusi, zamiast wracać do Mińska?
F.W.: Nie mam moralnego prawa tego zrobić – jak wszyscy wyjadą z kraju, to kto
zostanie? Sytuacja na Białorusi jest trudna,
ale ludzie czekają na działania – jeśli w tym
roku nie wywalczymy zmian, to nie będzie
ich długo. Trzeba działać teraz.
M.H.: Jak Polacy reagują na sprawę
białoruską?
F.W.: To zależy. Starsze pokolenie, pamiętające PRL, interesuje się problemem, ale
młodzi – w Polsce i Europie – są dość obojętni, nie doceniają wartości demokracji i
praw człowieka, dlatego nie rozumieją naszej walki.
M.H.: Widzi Pan Doktor możliwość przełamania tego impasu i rzeczywistego
zjednoczenia z tym terenem?
Magdalena Homenda: Jak zmieniła się
Rosja przez okres począwszy od momentu, gdy objął Pan w 1991 roku stanowisko radcy-ministra w polskiej ambasadzie w Moskwie do momentu, gdy
Pan tam został charge d’affaires (lata
2006-07)? Czy dziś jest inaczej?
Wiktor Ross: Mój pierwszy kontakt z Rosją
jest dość odległy w czasie – urodziłem się
w Moskwie, gdzie mieszkałem do 1956 r.
Mimo młodego wieku pamiętam defilady,
śmierć Stalina, gigantyczne portrety wodzów, starą kupiecką Moskwę o niskiej,
dwupiętrowej zabudowie pomieszanej z
modernistycznymi budynkami z lat 20. Od
tego czasu często bywałem w Moskwie i
obserwowałem, jak się zmieniała. Pracę
tam rozpocząłem natomiast w 1991 r. –
właśnie rozpadły się więzi gospodarcze,
z Białorusi i Ukrainy przywożono towary
pierwszej potrzeby, cała inteligencja handlowała na bazarach moskiewskich, żeby
w ogóle przeżyć. Olbrzymie sklepy były
pozbawione jakiegokolwiek towaru. Tak
wyglądał upadły system.
Do 1998 r. w Rosji postępował systematyczny „decline” – pogarszała się sytuacja
materialna ludności. Po kryzysie finanso-
30
Armenia z kolei ma problem z Górskim Karabachem. Wygrała wprawdzie wojnę z Azerbejdżanem, ale ludność tego spornego terenu
uciekła w czasie konfliktu w głąb Armenii,
tworząc slumsy w Erywaniu. Cały czas panuje też sytuacja „oblężonej twierdzy”: Armenia i Azerbejdżan przerwały jedynie ogień, a
ponadto Armenia ma bardzo napięte stosunki
z Turcją, z którą granica chroniona jest przez
wojska rosyjskie.
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
wym w 1998 r. kraj zaczął się stabilizować
wewnętrznie: nadszedł okres putinowski,
do państwa napłynął zagraniczny kapitał.
Kiedy przyjechałem do Moskwy ponownie do pracy w 2005 r., czułem się jak w
Nowym Jorku. Jednakże realne zmiany
nastąpiły tylko w Moskwie i kilku wybranych miejscach. Wystarczy odjechać kilka
kilometrów za stolicę i można zobaczyć zapadłe wsie, rozpadające się, stare chałupy,
brak dróg…
R.B.: Był Pan ambasadorem w dwóch
stosunkowo niestabilnych republikach.
Czym różniła się praca i realia w Mołdawii od tych w Armenii?
W.R.: Oba te państwa posiadają tzw. zamrożone konflikty, co jest wyjątkowe na całym
obszarze postsowieckim. W Mołdawii mamy
Naddniestrze, częściowo oderwany fragment
państwa, który pozostał sowieckim skansenem, a jednocześnie jest „polem uprawnym”
bandyckich grup, trzymających tam władzę.
Mieszkają tam byli sowieccy oficerowie,
znajduje się byłe rosyjskie lotnisko wojskowe. Spokojnie można stamtąd wywozić produkowaną tam broń np. na Bałkany, istnieje
m.in. olbrzymia kontrabanda papierosów,
rzadkich dóbr.
W.R.: To kwestia określenia swojej tożsamości i samodzielnego wyboru ostatecznej
drogi. Ostatnio Mołdawia przeżyła 2 kadencje prezydenta-komunisty. W okresie tym
nie udało się reintegrować Naddniestrza, nie
poprawiono relacji z Rumunią, zarazem gospodarka praktycznie stała w miejscu. Gdyby
Rumunia stanowiła wzorzec wschodnioeuropejskiego tygrysa, pozytywną alternatywę
w stosunku do rosyjskiego rynku, kultury,
języka, środków masowego przekazu, to być
może w perspektywie pokolenia, nie wcześniej, uprawdopodobniłoby się zjednoczenie.
Na razie wydarzenia polityczne w Mołdawii
pokazują, że naród nie dokonał ostatecznego
wyboru.
R.B.: Jakie najważniejsze wyzwania polityczne stoją przed Armenią?
Przede wszystkim przezwyciężenie izolacji
politycznej i fizycznej. Ta ostatnia spowodowana jest położeniem geograficznym (wysokie góry Kaukazu) trudnościami komunikacyjnymi i transportowymi. Armenia musi
poprawić nie najlepsze stosunki z Gruzją,
fatalne relacje z Azerbejdżanem, z Turcją.
Jedynym przyjaznym państwem jest Iran –
enfant terrible polityki międzynarodowej…
Do tego wszystkiego dochodzi kwestia ludobójstwa Ormian, którą Erywań uważa za
probierz stosunków ze światem zewnętrznym, a to błąd.
M.H.: Czy są jakieś przesłanki mówiące,
iż sytuacja zmieni się na lepsze?
W.R.: Aktualnie krajem rządzi klan karabachski – zwycięzcy wojny z Azerami. Utrzymanie status quo jest dla nich niesłychanie ważne. Jednocześnie w Azerbejdżanie panuje
nastrój rewanżu – kraj ten stracił przecież
20% swego terytorium na rzecz Armenii. Intensywny rozwój Azerbejdżanu m.in. dzięki
ropie, powoduje, że państwo to zbiera siły.
Istnieje wręcz ryzyko, że jeśli państwa te pod
presją np. organizacji międzynarodowych nie
zawrą pokoju, to dojdzie do kolejnego konfliktu zbrojnego.
R.B.: Skoro jesteśmy już przy krajach
zakaukaskich – jakie konsekwencje dla
Gruzji i sytuacji międzynarodowej miał
konflikt z Rosją?
W.R.: Dla Gruzji z pewnością wojna ta była
szokiem. Rosja epoki putinowskiej ustaliła czerwoną linię, poza którą nie chce dopuszczać państw zachodnich do obszarów
byłego ZSRR. Wejście Ukrainy i Gruzji do
NATO uważane byłoby aktualnie w Rosji za
jej geopolityczną klęskę. Zachód też nie jest
gotowy do walki o Gruzję. Dziwi natomiast
to, że Micheil Saakaszwili dał się tak łatwo
podprowadzić oczywistej rosyjskiej prowokacji, jaką była prowadzona na przestrzeni
kilku miesięcy poprzedzających przedstawienie MAP dla Gruzji i Ukrainy. Doradcy
rosyjscy mówili mi, że gdyby Saakaszwili
przeprowadził taki „blitzkrieg” zamiast latem - w zimie, kiedy Tunel Rocki łączący
Gruzję i Rosję jest całkowicie oblodzony,
zasypany, niedrożny, a więc wojska rosyjskie niezdolne do działania, to inaczej by
się to skończyło. Konflikt oddalił Gruzję od
NATO. Wkrótce potem zresztą przeciwko
Saakaszwilemu powstała w Gruzji znacząca, choć niezbyt skonsolidowana opozycja
na czele z panią Nino Burdżanadze. Na razie
Saakaszwili wygrywa walkę, m.in. dzięki
szybkiej modernizacji państwa i ożywieniu
gospodarczemu.
M.H.: Czy Polska powinna była popierać
Gruzję w tej wojnie? Może trzeba było
być bardziej wstrzemięźliwym?
W.R.: Poparcie zaatakowanego przez olbrzymi kraj małego narodu jest pewnym naszym
moralnym zobowiązaniem, zwłaszcza w obliczu zmasowanej propagandy, jaka panowała
wówczas w Rosji przeciwko Gruzinom. To,
czy Gruzji pomogły decyzje podjęte przez jej
przywódcę nie obarczają nas natomiast odpowiedzialnością.
R.B.: A czy Zachód, zwłaszcza Francja,
zachował się właściwie?
W.R.: Zachód wykonał szereg dyplomatycznych ruchów, ale innych środków nacisku nie
należało oczekiwać, bo takie kraje jak Niemcy czy Francja mają z Rosją poważne interesy i nieuzgodniony atak Gruzinów na Osetię
Płd. spotkał się z ich dezaprobatą.
M.H.: Parę lat temu mówiło się o postępującej demokratyzacji państw byłego
ZSRR m.in. rewolucje w Gruzji, na Ukrainie. Czy teraz nastąpił regres na tym
polu?
W.R.: Ta sytuacja jest niesłychanie zmienna.
Do końca lat 90. w państwach tych było coraz
gorzej i Rosja traciła swoje strefy wpływów,
ponosiła pasmo porażek. Choć dziś Rosja nie
może już łatwo dyktować swoich warunków,
to jednak w ostatnich latach odniosła pewien
sukces w realizacji planu reintegracji i budowania wpływów na obszarze postsowieckim.
Jednocześnie po kryzysie ekonomicznym w
Rosji w latach 2008-09, który odczuły również państwa blisko z nią związane, uznały
one potrzebę posiadania alternatywy dla
ograniczonego rynku rosyjskiego. Nawet
gdyby ktoś sądził, że formalne ogłoszenie
istnienia unii celnej, przyśpieszenie procesu
konstruowania ambitnych projektów wspólnej przestrzeni gospodarczej po roku 2008
jest reakcją na kryzys światowy i zbliża reintegrację tej przestrzeni, to w moim przekonaniu jest w błedzie.
MH: Jaką rolę w polskiej polityce zagranicznej
odgrywa
Partnerstwo
Wschodnie?
WR: Inicjatywa, zgłoszona wspólnie ze
Szwecją, jest bardzo ważna. Myślę, ze w interesie polskiej racji stanu leży wszystko, co
dotyczy tego obszaru, bynajmniej nie dlatego, że Polska ma budować jakąś strefę buforową czy nawiązywać do koncepcji jagiellońskich. Polska jest naturalnym przewodnikiem
dla takich państw, donatorem wzorców, które
przejęliśmy z państw zachodnich. Oczywiście, nie jesteśmy jakimś gigantem, mamy
wręcz skłonności do wyolbrzymiania naszych możliwości i dokonań. Poza tym, jest
to też kwestia woli zainteresowanych państw
i społeczeństw – niczego nie można zrobić
wbrew nim. Dobrym przykładem jest Mołdowa - mimo że wyciągana jest z Zachodu
pomocna dłoń, oni uważają, że ich tożsamość
nie jest do końca określona, boją się porzucenia starego sposobu myślenia i działania.
RB: Czy, w Pańskiej ocenie, polscy politycy, zarówno ci w MSZ, jak i w sejmowej
komisji SZ mają wystarczającą wiedzę i
orientację, by skutecznie realizować na
zewnątrz polską rację stanu?
WR: Pytanie z gatunku tych globalnych, bo te
instytucje posiadają grona doradcze, ekspertów, instytuty, które wspierają je intelektualnie
i politycznie. MSZ nie działa na pustym polu.
Czy te rady są dobrze wykorzystywane? Doskwiera brak silnego think-tanku, który byłby
realnym wsparciem dla polityków. Istniejące
inicjatywy są bardzo rozproszone. Poza tym,
w demokracji dominuje myślenie krótkofalowe. Trzeba dać się wybrać na następną kadencję. Zatem kreowanie projektów obliczonych
na lata, czasami idących pod prąd i wymagających nakładów finansowych, wymaga odwagi
politycznej. Czy ludzie w parlamencie ją
luty-marzec 2011|Lexu§
31
kultura
mają, podobnie jak ważkie koncepcje realizacyjne? W to należy raczej wątpić.
MH: Jak odniósłby się Pan do kontrowersji wokół katastrofy smoleńskiej?
WR: W ostatnich latach polityka wschodnia stała się zakładnikiem 2 równorzędnych
ugrupowań politycznych, w dodatku o podobnej proweniencji i ideologii. Siły te, walcząc między sobą o panowanie polityczne
doprowadziły do tego, że najważniejsza osoba w państwie była postrzegana jako osoba
totalnie negatywna. Skutkiem była niemożliwość, aby w kwestii polskiej historii i symboli narodowych zrobić coś wspólnie razem.
Dlatego właśnie jedna wizyta odbywała się
7, druga 10 kwietnia. Rosjanie dobrze wiedzieli o tych różnicach interesów, że na tej
nucie można grać. Działania polskiej administracji zaś uprawdopodobniły zaistnienie
podobnego wypadku: setkami rozmaitych
zaniechań, bałaganiarstwem, polskim „jakoś
kultura
to będzie”. Odrzucam teorie spiskowe – nikt
z pewnością nie dążył do tego, by prezydent
zginął. Natomiast Rosja potraktowała priorytetowo pierwszą wizytę, 7 kwietnia. Jest
to zrozumiałe: ustaliła, kto jest jej partnerem
spośród obu sił, postawiła właśnie na tego
kandydata, a winę za 10 kwietnia usiłuje
zrzucić na stronę polską. To wszystko stawia
obecną ekipę rządzącą w niezwykle trudnym
położeniu, musi się ona wobec tej sytuacji
określić. Albo zbliżyć się do stanowiska Jarosława Kaczyńskiego i wspólnym frontem
domagać się uznania kwestii, które przez
stronę rosyjską zostały zawinione, albo stać
się de facto zakładnikiem rosyjskiej polityki
wobec Polski.
RB: Powróćmy do dyplomacji. Większość społeczeństwa postrzega stanowisko ambasadora niemal jak odpoczynek lub nawet „wczasy”? Co Pan o tym
sądzi? Jak w praktyce wygląda praca
ambasadora?
„Kazimierz i Karolina”
w Teatrze Narodowym
Jakub Brzeski
Ödön von Horvath, autor sztuki „Kasimir und Karoline”, urodził się w monarchii Austro-Węgierskiej w 1901 roku i w trakcie swojego krótkiego życia
zdołał objechać spory kawałek Europy w poszukiwaniu miejsca, gdzie mógłby
zamieszkać na stałe, z czego ponad 10 lat dorosłego życia spędził w Niemczech. Jednym z miast, w których przyszło mu żyć i tworzyć, było Monachium.
To właśnie stolica Bawarii, świętująca doroczny Oktoberfest, stała się tłem dla
dramatu „Kazimierz i Karolina”.
S
ztuka przybliża nam historię rozpadu związku tytułowych postaci: Kazimierza
i Karoliny. Akcja rozgrywa się
w ciągu jednego festiwalowego dnia. Widzowie mają okazję
prześledzić proces stopniowego
budowania piramidy niezrozumienia, podejrzeń i wzajemnych
pretensji, różniących z każdą minutą coraz mocniej Kazimierza i
Karolinę. Uderzający jest fakt, że
ich związek momentalnie ulega
rozkładowi bez zaistnienia żadnej konkretnej przyczyny. Tym,
co zapoczątkowało spiralę wzajemnych oskarżeń, były zrodzone w głowach młodych ludzi wyobrażenia,
których źródła należy upatrywać w lęku
i niepewności o nadchodzącą przyszłość.
Teoretycznie podwaliną pod destrukcję łączących parę więzów mógł być fakt utraty
pracy przez młodego Kazimierza – człowieka słabo wykształconego, jednej z wielu ofiar Wielkiego Kryzysu, który dotarł do
Niemiec w przeddzień objęcia władzy przez
nazistów. Rzeczywistość nie jest jednak tak
prosta. Karolina nie postanowiła nagle zostawić swojego dotychczasowego partnera,
32
WR: To w głównej mierze zależy od ambasady, jej położenia i skali. Niektórzy ambasadorowie marzą o bardzo spokojnym, daleko położonym kraju, gdzie siedzą spokojnie
i rzeczywiście „wczasują się”. Natomiast
praca w małej placówce w kraju, gdzie życie
toczy się żwawo, jest bardzo trudna - ambasador całą pracę polityczną wykonuje sam,
często jest obarczony zadaniami administracyjnymi, zwłaszcza gdy zakłada placówkę.
W wielkiej placówce praca jest rozłożona na
większy zespół ludzi, ale wszystkie pisma
musi podpisać ambasador, a bywa tego tyle,
że ręka puchnie w procesie podpisywania.
Trzeba znaleźć też czas na oficjalne spotkania, rozmowy z ekspertami, konferencje
naukowe, imprezy kulturalne czy handlowe. Zatem jest to praca trudna, wymagająca
zręczności na miejscu, dobrych kontaktów
i oparcia politycznego w kraju po to, żeby
własne inicjatywy znajdowały odpowiednie
wsparcie. Inaczej ambasador będzie pozostawiony sam sobie, bo machina urzędnicza
w kraju jest bardzo inercyjna i zmuszenie jej
do działania to nie lada wyzwanie.
nieuchronnie prowadzi nas do stanu, którego chcieliśmy uniknąć, a osoby wchodzące
z nami w interakcję skłania do „oczekiwanych” zachowań. Tym sposobem Kazimierz,
który obawia się utraty Karoliny, przyjmuje
wobec szukającej festiwalowej rozrywki
dziewczyny postawę pełną nieufności. Spodziewając się nadciągających kłopotów, sam
je prowokuje. Karolina, która nie może w
pełni oddać się rozrywce (jej chęci do zabawy Kazimierz nie jest w stanie w żaden
sposób pojąć, dziwiąc się, że dziewczyna
nie rozpacza razem z nim), patrzy z coraz
większą niechęcią na swojego partnera.
Przyjmujący agresywną pozę (będącą w rzeczywistości tarczą chroniącą przed spodziewanym, a raczej wyimaginowanym
to popatrzeć na nie z dystansem. Sztuka Horvatha bez wątpienia daje taką możliwość.
éki
Reżyseria: Gábor Zsámb
ki
Kazimierz: Paweł Paproc
rodeckaja
Karolina: Wiktoria Go
Rauch: Henryk Talar
ld
Speer: Andrzej Blumenfe
merski
Schurzinger: Oskar Ha Janiczek
Franiu Merkl: Arkadiuszna Grycewicz
An
Erna Franiu Merkla:
nie chcąc trwać przy bezrobotnym. Wręcz
przeciwnie! Do pewnego momentu jak
mantrę powtarzała ona frazę, że porządna
kobieta nie zostawi mężczyzny, który stracił pracę, bo w przeciwnym razie nie zasługiwałaby na miano porządnej kobiety. Cóż
zatem się stało? Kluczem do zrozumienia
mechanizmów psychologicznych opisanych
w sztuce jest pojęcie samospełniającego się
proroctwa. Obawiając się – często bezpodstawnie - określonej reakcji ze strony innych
ludzi, zachowujemy się w taki sposób, który
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
niebezpieczeństwem)
Kazimierz,
wyprowadza dziewczynę z równowagi. Więzy pękają nie z powodu
utraty pracy, lecz z powodu podejrzeń i przerzucania się wzajemnie
oskarżeniami o złe intencje. Zarysowuje się wyraźny podział między
sfrustrowanym i zgorzkniałym Kazimierzem, a chcącą na jeden wieczór zapomnieć
o przyziemnych problemach Karoliną. Otaczający parę ludzie i pojawiające się „dobre
rady” katalizują proces destrukcji.
Niewątpliwie sztuka jest ciekawym studium psychologicznym. Pozwala krok po
kroku prześledzić błędy popełniane przez
bliskich sobie ludzi. Ofiarą takich samych
zgubnych mechanizmów wciąż niezmiennie
padają miliony osób na całym świecie – war-
MH: Jakie rady ma Pan dla osób rozważających tę ścieżkę kariery zawodowej?
WR: Po pierwsze, należy nauczyć się kilku
języków. Po drugie, trzeba mieć dużo kultury osobistej, ogłady, erudycję. Ponadto, nie
można być zbyt łatwowiernym, ulegać presji
rozmówcy, który próbuje wejść w bliższe relacje, często przy kieliszku. Wskazane jest też
zachowanie w ocenach politycznych pewnego rozsądnego stopnia autonomii w stosunku
do aktualnych władz w swoim kraju – dzięki
temu można być człowiekiem rzeczywiście
wiarygodnym.
MH, RB: Dziękujemy za rozmowę.
Kwestie omówione powyżej nie są jedynymi istotnymi wątkami, mogącymi przyciągnąć uwagę widza. Ödönowi von Horvathowi udało się nakreślić miniaturowy portret
niemieckiego społeczeństwa przełomu lat
20-tych i 30-tych XX wieku. Na Oktoberfest
bawią się wszyscy – wpływowi prawnicy,
bogaci przedsiębiorcy, drobni awanturnicy,
robotnicy, dziewczyny lekkich obyczajów…
Wszystko się ze sobą miesza i kotłuje. Każdy oczekuje od festiwalu czegoś innego - w
zależności od zajmowanej pozycji społecznej. Smutna konkluzja wynikająca z obserwacji biegu wydarzeń – bogaci i wpływowi
nie mają żadnych skrupułów, by bawić się
losem ludzi z niższych klas społecznych.
Pobieżna analiza struktury społecznej dokonana przez Horvatha może zostać przy odrobinie wysiłku dopasowana do czasów nam
współczesnych.
Mimo pesymizmu, który przebija przez
to, co opisałem powyżej, sztuka bynajmniej
nie wprawia w stan przygnębienia. Nie jest
też „ciężka”. Poczynania aktorów ogląda się
z przyjemnością i delikatnym uśmiechem, a
refleksje, do jakich nakłaniany jest widz, pojawiają się niejako przy okazji i raczej nie są w
stanie zdominować naszego wieczoru. Co nie
oznacza, że nie mogą być inspirujące.
Sprostowanie
W grudniowo – styczniowym numerze „Lexussa” artykuł „Kocioł Bałkański po polsku” został omyłkowo
przypisany autorstwu Jana Zarewicza.
Rzeczywistą autorką artykułu jest
Magdalena Sadowska. Za pomyłkę
przepraszamy.
A dzisiaj?
Dzisiaj narysujemy śmierć
Jakub Brzeski
Pytany jestem często, jak znoszę to, o czym piszę. Jaką osobistą cenę za
to płacę? Odpowiedź nie wydaje mi się ani ważna, ani specjalnie interesująca. Wolałbym, aby ktoś, kto sięga po moją książkę, sam siebie spytał:
dlaczego o tym czytam? Dlaczego się z tym mierzę?
T
en tekst umieszczony jest z tyłu okładki najnowszej książki Wojciecha Tochmana Dzisiaj narysujemy śmierć. Sam
autor jest reporterem związanym z „Gazetą
Wyborczą”, autorem trzech innych tomów reportaży i dwóch opowieści reporterskich oraz
współzałożycielem Instytutu Reportażu, który – jak się wydaje – wypełnił znaczną lukę
na kulturalnej mapie Warszawy. Tom Dzisiaj
narysujemy śmierć kupiłem w kawiarni Instytutu, we „Wrzeniu świata”, gdzie można
spotkać czasem reporterów; można też kontaktować się z nimi przez skrzynki umieszczone w kawiarni. Spodobał mi się ten system, bo świadczy o łatwości w nawiązywaniu
kontaktów, redukowaniu dystansu – to daje
się odczuć.
Trudno wyobrazić sobie reportera, który
wyrusza w świat, a nie jest na niego otwarty.
Niewiele wiem o pisaniu reportażu, ale jasne dla mnie jest, że jeżeli ktoś jedzie tam,
gdzie jest ogrom cierpienia, spiętrzone i nierozwiązywalne konflikty, duchowe wyniszczenie – musi reprezentować sobą pewną
otwartość. Ten dobrze ukryty (zwłaszcza dla
Europejczyka) świat udręki, te realia grozy
będą próbowały kogoś, kto chce się spotkać
z człowiekiem doświadczonym przez wielki
ból, zamknąć psychicznie; może znieczulić,
może oszołomić.
Tochman pojechał do Rwandy, o której wielu z nas wie, że istnieje i że w 1994
zdarzyło się tam coś strasznego. Czy ludzie,
których spotykamy na ulicy, mogliby powiedzieć nam coś ponad to? Po co więc Tochman
był w Rwandzie? Bo wszyscy o wszystkim za
mało wiemy? To chyba nie wystarczy, to nie
wszystko. Autor tej książki chciał napisać
reportaż, który – być może jak wszystie reportaże – nie daje żadnej odpowiedzi, za to
stawia wiele pytań. I nie są to pytania, na które możemy zobojętnieć. W trakcie czytania
odbiorca jest zaangażowany w rwandyjskie
ludobójstwo na różne sposoby – czy przez
naturalizm opisu sytuacji, o których opowiadają Rwandyjczycy, czy też przez dokuczliwe (może nie dla każdego?) poczucie winy
metafizycznej, wyrastającej z pewnej wspólnoty kulturowej z tymi Europejczykami, którzy stali się świadkami mordu w tym małym
afrykańskim państwie. Którzy przyglądali się
bezczynnie.
chałeś na dalekie wzgórza, inni ludzie, inna
skóra, inne jedzenie, i chcesz nas zrozumieć.
Odwaga chęci rozumienia to wielka siła tej
książki; siła, która czasem zmienia się w słabość, niezdolność do pojmowania, jedynie
współuczestniczącą w cierpieniu tych, których skrzywdzono. Nie chcę patetyzować, ale
sądzę, że trzeba to powiedzieć – ten reportaż
to pewna odpowiedzialność. Zaczynając go,
nie można przerwać lektury tylko ze względu
na drastyczność scen w nim przedstawionych.
Kroczymy razem z autorem.
A on mówi: Co czuje dwuletnie dziecko, kiedy widzi maczetę? O tym teraz myślę.
Wierzę, że nie ma w nim strachu, bo niewiele
pojmuje. Wierzę, że nie czuje bólu, bo ginie w
sekundę. Zakrywam oczy. Wiem, że zaraz je
szeroko otworzę, by stąd wybiec.
[...] A jeśli nie wybiegam z domu umarłych, to tylko z lęku, że uciekając, zobaczę w
swych dłoniach maczetę.
Wojciech Tochman, erć
Dzisiaj nar ysujemy śmi
Wydawnictwo Czarne,
Wołowiec 2010
ny:
Okładka pochodzi ze stro
www.czarne.com.pl
[...] Tak chyba boli żal za życiem, jak
sądzisz biały człowieku? Dzięki, że mnie nie
pytasz o szczegóły. Dzielny jesteś. Przyje-
luty-marzec 2011|Lexu§
33
kultura
kultura
Bóg Mordu w Ateneum
Aleksandra Trzepałka
S
ztuka Yasminy Rezy uchodzi we
Francji za świetną komedię. W 2009
roku otrzymała nagrodę Laurence’a
Oliviera za najlepszą komedię. Warszawski Teatr Ateneum zaplanował premierę na
2 grudnia 2010.
domu, z wielkim wysiłkiem i zaangażowaniem
znanym tylko kobietom, „porzuca” tu i ówdzie
przedmioty, mające powiedzieć przeciwnikom
w dyskusji, że są w domu ludzi na poziomie,
zacierając jednocześnie ślady gorączkowych
przygotowań.
Cechą charakterystyczną Ateneum jest
scena – przestrzenna, wdzierająca się w widownię. Aktorzy również nie dostrzegają mitycznej linii oddzielającej ich od publiki i dążą
do kontaktu z widzem poprzez dotyk, niekiedy
bezpośrednie zwroty, ciągłe przemieszczanie
się poza obręb pola widzenia ogółu i uprzywilejowywanie określonej części widowni.
Cała historia zaczyna się właśnie wdarciem
w naszą prywatną przestrzeń, kiedy to pani
W rolach głównych Barbara Prokopowicz
(Anette), Sylwia Zmitrowicz (Veronique),
Artur Barciś (Alain, prawnik, ojciec „napastnika”), Krzysztof Tyniec (Michel, ojciec „ofiary”, mąż Veronique).
Véronique i Michel podejmują u siebie
rodziców chłopca, który pobił ich syna, wybijając mu dwa przednie zęby. Annette i Alain, rodzice napastnika, muszą zmierzyć się z
odpowiedzialnością za czyn
swojego dziecka podczas
wnikliwej sesji w domu
ekscentrycznej i snobistycznej Veronique.
Dwa małżeństwa siedzą
naprzeciwko siebie, konwersując o sztuce i świecie
współczesnym. W międzyczasie bardzo kulturalnie
ustalają treść oświadczenia
opisującego pobicie, spierając się o każde słowo,
oczywiście w cywilizowany sposób właściwy
ludziom Zachodu.
Magia samochodów
Paweł Krzeski
S
amochody, jak i cała motoryzacja od lat
fascynują ludzi. Mają ogromny wpływ
na nasze codzienne życie, są środkami
transportu dla setek milionów osób na całym
świecie, ale nie tylko. Poza swoimi oczywistymi funkcjami, auta dostarczają nam rozrywki
poprzez różne serie wyścigowe, z królową sportów motorowych, Formułą 1, na czele. Jednocześnie tysiące ludzi hobbystycznie ścigają się
na torach lub uczestniczą w rajdach samochodowych. Postęp technologiczny spowodował,
iż dzisiejsze samochody to prawdziwe centra
multimedialne, jednak pomimo tego nie straciły
swojego unikalnego charakteru, czego przykładem mogła być choćby premiera najnowszego
Ferrari FF, która miała miejsce 23 lutego bieżącego roku i była transmitowana w Internecie,
dzięki czemu także zwykli zjadacze chleba
mogli w niej uczestniczyć. Właśnie owa magia
otaczająca auta stała się inspiracją dla artystów
nie tylko do przenoszenia samochodów na malarskie płótna (!), lecz przede wszystkim do robienia filmów, w których samochody stanowiły
34
ważny element. Dopiero sztuka filmowa potrafiła oddać piękno auta wraz z pokazaniem całej
jego gracji i wdzięku, z jakim się ono porusza.
Dlatego chciałbym zaprosić czytelników do
bliższego zapoznania się z filmami, w których
samochody odegrały istotną rolę - w jednych
były głównym bohaterem, w innych symbolem
epoki lub subkultury, w jeszcze innych podkreślały status społeczny swoich użytkowników.
Przegląd filmów i seriali telewizyjnych, w
których samochody odegrały istotną rolę, chciałbym zacząć od kina amerykańskiego. Pierwsze
skojarzenie, jakie nam przychodzi na myśl, to
słynne muscle cary jak Ford Mustang. Jednak
najbardziej znanym serialem, w którym główny
bohater to samochód, jest ,,Knight Rider” z Davidem Hasselhoffem w roli Michaela Knighta ,
któremu towarzyszył przerobiony Pontiac Trans
Am z 1982 roku znany jako KITT. Połyskująca
czerń i duży czerwony skaner laserowy z przodu to rozpoznawalne znaki KITTa, który przeszedł do historii kultury masowej.
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Veronique (Sylwia Zmitrowicz) to artystyczny duch ze skłonnościami do analizy. Jej
głównym celem jest odnalezienie przyczyny
całego zajścia, chociaż, jeżeli mamy być szczerzy, od początku pragnie rytualnego ukorzenia
się rozmówców.
Anette (Barbara Prokopowicz) jest czynną
zawodowo matką. Jej mąż to prawnik pozbawiony moralnych hamulców. Kobieta przechodzi przemianę, z onieśmielonej i defensywnie
biernej ofiary Veronique, do lwicy, która na
oślep atakuje w obronie swojego dziecka .
Cała historia opiera się na obłudzie i zakłamaniu, w jakim żyją „ludzie Zachodu”.
Ludzie, którzy jak Veronique angażują się w
sprawy dalekiej Afryki, aby uciec od własnych
problemów i piekła, jakie tworzą w swoich domach. Kiedy alkohol i złość rozpali ich tłumione emocje, rzucą się na siebie jak barbarzyńcy,
obnażając grzechy małżonków, własne wady i
zakłamanie, w jakim żyją. Zrzucą marynarki,
szpilki, odstawią kieliszki i pociągając z butelki wypiorą przed nami swoje brudy.
Wydaje się, że Yasmina Reza chciała ukazać obłudę „współczesnego człowieka na tak
zwanym poziomie ” . Na fali indywidualizmu
i rozwoju jednostki, egotyzm bywa uważany
za cnotę, a wybujałe ego wygrywa z miłością i
więzią międzyludzką. „Bóg mordu” to kolejna
po „Jądrze Ciemności” czy „Władcy Much”
opowieść o zrywaniu masek z ludzkich twarzy.
W błyskotliwy i zabawny sposób Reza pokazała, jak łatwo zrzucić otoczkę cywilizacyjnego postępu i wrócić do dobrze nam znanej i
lubianej jaskini oraz argumentów pięści.
Kolejnym znanym przykładem jest niezapomniany serial „Drużyna A”, gdzie B.A. Baracus grany przez Laurence’a Tureauda (popularny Mr. T.) jeździł czarno-czerwoną furgonetką
GMC Vandura – równie rozpoznawalną, co
czwórka głównych bohaterów. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że jeździli autem klasy MVP albo
vanem. Co ciekawe, w obu dotychczas przytoczonych przeze mnie serialach, samochód był
produkowany przez amerykańskiego giganta koncern General Motors.
Największym konkurentem GM na amerykańskim rynku jest natomiast Ford. Auto właśnie tego koncernu, Ford Mustang, stał się ucieleśnieniem tego, co Amerykanie najbardziej
cenią w samochodach. Dla nich samochód musi
być duży, sportowy, ze słynnym silnikiem V8
pod maską i najlepiej z automatyczną skrzynią
biegów. Takim zielonym Fordem Mustangiem
jeździł w filmie ,,Bullitt” porucznik Frank Bullitt grany przez Steve’a McQueena. Miłośnicy
motoryzacji znają ten film przede wszystkim za
sprawą długiego, trwającego niemal 10 minut,
pościgu po ulicach San Francisco, w którym
zielony Mustang ścigał inną ikonę tamtej epoki - czarnego Dodge’a Chargera przewożącego
dwójkę zawodowych zabójców. Za ciekawostkę
Jak zostać królem,
czyli jak przemienić swoje słabości w zalety
Magdalena Sadowska
Czy zdarzyło wam się kiedyś, że gdy stanęliście przed słuchaczami, zabrakło
wam słów? Albo nie mogliście ich z siebie wydobyć? A może panicznie boicie
się czegoś innego? Jeśli tak, to powinniście obejrzeć ten film. Chociażby po to,
żeby przekonać się, że nie ma rzeczy niemożliwych.
A
lbert jest młodszym synem króla
Wielkiej Brytanii - Jerzego V. Zawsze żył w cieniu swojego starszego
brata Edwarda. Sytuację komplikował fakt, iż
„w czasie wizytacji rodziców nie wypadał w
ich oczach najlepiej”, między innymi przez
to, że… jąkał się. Kiedy dorósł, cecha ta (o
ironio) zapewniła mu „święty spokój”. Ojciec
nie wyobrażał sobie bowiem przemówień i
oficjalnych spotkań z udziałem młodszego z
synów.
Jak nietrudno się domyślić, królewskie
pochodzenie musiało kiedyś o sobie przypomnieć. Kiedy bowiem Edward zaczął spotykać się z dwukrotnie rozwiedzioną Bessie
Wallis Simpson stało się oczywiste, że jego
styl życia wywoła skandale medialne zagrażające nie tylko jego osobie, ale również całej
monarchii. Z tego powodu zapada nieodwołalna decyzja - Albert musi ratować królestwo. Ale jak można panować nad krajem,
kiedy własny język cię nie słucha?
„Jak zostać królem” w rewelacyjny sposób obrazuje wewnętrzną walkę, która roz-
należy uznać fakt, iż McQueen podczas kręcenia scen nie korzystał z pomocy kaskadera.
Bez wątpienia głównym zadaniem Forda było
podkreślenie na wskroś męskiego wizerunku
bohatera.
W filmach bardziej nam
współczesnych podobne zadanie postawiono przed samochodem BMW serii 7, a
później Audi A8, którymi to
podczas swoich misji przemieszczał się Frank Martin
grany przez Jasona Stathama
w trzech kolejnych filmach z
cyklu ,,Transporter”. Te luksusowe auta w połączeniu
z nienagannym garniturem
głównego bohatera miały
mu dodawać szyku oraz elegancji. Jeśli chodzi o kino
amerykańskie, to zakończyłbym przegląd na tych
propozycjach. Oczywiście,
niektórzy mogą zarzucić, iż
zapomniałem o serii filmów z cyklu ,,Szybcy
i wściekli”, w których teoretycznie samochody
odgrywają główną rolę. Napisałem „teoretycz-
grywa się w umyśle króla Jerzego VI - z
jednej strony zamkniętego w sobie człowieka
nienawidzącego publicznych wystąpień, z
drugiej natomiast osoby wychowanej w przeświadczeniu, że monarchia jest najważniejsza.
Przyszły król poprzez mozolne ćwiczenia z
terapeutą (i przyjacielem) Lionelem Loguem
powoli odzyskuje pewność siebie, co ułatwia
mu wypełnianie królewskich obowiązków i
zaskarbienie sobie sympatii poddanych.
Nowa produkcja brytyjsko- australijskoamerykańska to nie tylko rewelacyjny, obsypany nagrodami scenariusz Davida Seidlera,
to również niesamowita muzyka Alexandre`a
Desplata i bardzo realistyczna scenografia.
Teraz kilka słów o grze aktorskiej. W
przeciwieństwie do innych autorów recenzji, nie zamierzam rozpisywać się na temat
panów: Colina Firtha, Geoffrey`a Rusha, Michaela Gambona i Guy`a Pearce`a, ponieważ
wszyscy byli po prostu rewelacyjni. Również
wszelkie pochwały na temat kreacji Królowej Elżbiety w wykonaniu Heleny Bonham
Carter będą niewystarczające. Dla odmiany
nie”, ponieważ moim zdaniem w tych produkcjach najważniejsze nie są same auta tylko ich
przerabianie, czyli tuning.
Po przeglądzie kina amerykańskiego czas
przyjrzeć się bliżej produkcjom europejskim.
Dla zachowania porządku geograficznego najpierw zajmiemy się brytyjskimi serialami i filmami z połowy ubiegłego wieku. Samochody
wspomnę o dwóch aktorach, które udowodniły, że z małych, epizodycznych ról także można zrobić perełki. Są to Jennifer Ehle jako
Myrtle Logue w niezapomnianej scenie pod
tytułem „znalazłam w domu królową” oraz
Timothy Spall jako Winston Churchill.
Podsumowując, Brytyjczycy po raz kolejny udowodnili, że możliwe jest nakręcenie
superprodukcji bez morderstw, rozlewu krwi
i seksu. Stworzyli napawające optymizmem
dzieło, które ukazuje, że z każdej słabostki
można zrobić niegroźny, a charakterystyczny
znak rozpoznawczy lub nawet zaletę (przecież przerwy w czasie mówienia nie muszą
kojarzyć się wyłącznie z jąkaniem, ale również z dostojeństwem, jak słusznie zauważa
Lionel). Film zdecydowanie łamie również
stereotyp króla - Boga, ukazując go jako zwykłego, zagubionego człowieka, który wcale
nie ma ochoty być władcą Imperium. Bez
cienia wątpliwości stwierdzam, że jest to film
na 6. A nawet na 6+.
agenta Jej Królewskiej Mości, Jamesa Bonda,
są wszystkim doskonale znane i jednocześnie
ze względu na swoją różnorodność mogłyby
same posłużyć za temat do osobnego artykułu,
stąd nie będę o nich wspominał. Roger Moore,
zanim wcielił się w postać agenta 007, grał w
dwóch ważnych serialach,
które przyniosły mu światową
sławę w latach 60tych i 70tych
XX wieku. Pierwszy z nich to
legendarny ,,Święty”, w którym główny bohater, Simon
Templar, jeździł charakterystycznym białym Volvo P1800,
które do tej pory kojarzy się z
tym serialem. Ciekawostką
jest fakt, iż twórcy „Świętego” chcieli pierwotnie, aby
Templar, niczym prawdziwy
angielski gentleman, jeździł Jaguarem E-type. Niestety, kiedy
zadzwonili do fabryki w celu
zamówienia samochodu do
zdjęć, okazało się, iż z racji dużego powodzenia, jakim cieszyły się Jaguary, czas oczekiwania
na auto wynosi mniej więcej pół roku. Firma Jaguar nie była specjalnie zainteresowana reali-
luty-marzec 2011|Lexu§
35
misz-masz
zacją ekspresowego zamówienia na potrzeby serialu. Wtedy do producentów zgłosiła się firma
Volvo oferując swój sportowy i elegancki model
P1800. Ostatecznie podpisano umowę, na mocy
której producenci serialu otrzymali dwa samochody Volvo P1800 - jeden na potrzeby produkcji, a drugi jako prywatne auto Rogera Moore’a.
Ponadto co pół roku auta te były wymieniane
przez szwedzką firmę na nowe.
Drugim serialem, który przyniósł sławę
Moore’owi, był ,,The Persuaders!”, gdzie aktor
grał angielskiego arystokratę Bretta Sinclaira,
jeżdżącego żółtym Astonem Martinem DBS.
Natomiast serialowy partner Sinclaira, Dany
Wild, amerykański playboy, niezapomniana
kreacja Tony’ego Curtisa, jeździł dla kontrastu
misz-masz
czerwonym Ferrari Dino. W przypadku obu panów samochody miały na celu podkreślenie statusu społecznego przy jednoczesnym pokazaniu
różnic między postaciami - angielskim lordem,
a byłym mieszkańcem nowojorskiego Bronxu.
Interesującym przykładem uwypuklenia
pewnych cech postaci - w tym przypadku komizmu - przy jednoczesnym zaprezentowaniu
osiągnięć własnego przemysłu motoryzacyjnego jest zamykany na zasuwkę Mini Jasia
Fasoli. Samochód produkowany początkowo
przez BMC, a następnie między innymi Austin
Rovera, zmotoryzował Wielką Brytanię i zrewolucjonizował transport samochodowy po II
wojnie światowej. Jednocześnie - przerobiony
przez Johna Coopera święcił tryumfy na raj-
Miś
Konrad Leszko
W niedalekiej fabryce słodkich pluszowych misiów o różowych futerkach został
uszyty wyjątkowo udany egzemplarz. Prócz zwyczajnych misiowych atrybutów,
które mogłyby zapewnić mu szczęśliwe bytowanie wśród dzieci, Miś był obdarzony cechą niespotykaną w świecie pluszowych zabawek. Był ciekawy przestrzeni poza sklepową półką i pokojami pełnymi zabawek.
U
znano jednak, że wysłanie Misia wprost
z rodzinnej manufaktury w świat pełen
Człowieków i najróżniejszych czynników rwąco-mechacących, byłoby wielce nieroztropne. Postanowiono więc, że Miś najpierw
wstąpi na uniwersytet, gdzie, jak chodziły słuchy, ludzie nie są jeszcze całkiem groźni i dorośli, a wszystkich traktuje się równo i poważnie
bez względu na wyznanie, narodowość czy posiadanie miękkiego różowego futerka.
psów w schroniskach. Misia cechuje wrażliwość nieinwazyjna, nie na pokaz. Chęć odczuwania pozbawiona pozorności, za którą
Bezfuterkowcy kryją się, by zniknąć w tłumie, którego wszyscy nienawidzą. A bardzo
przecież potrzebują. Czytelnika nie może
więc dziwić, że posługujemy się postacią
Misia, bo przypisywanie tego rodzaju cech
ludziom mogłaby spotkać się z niedowierzaniem, a nawet odrazą.
Misiowi powiedziano też, że studenci to tak
naprawdę duże dzieci, no, może trochę mniej się
ślinią i mniejsze jest ryzyko, że zechcą sprawdzać co też Miś ma w środku, co da
się tak fantastycznie ugniatać.
Jest prawdopodobne, że wielu z Was nie
zgadza się z taką oceną ludzkości, zaznaczyć jednak trzeba, że perspektywa autora i
Czytelnika jest tutaj zupełnie
nieznacząca. Miś został wychowany po misiowemu i
choć, być może, nie każdy
orientuje się jakie są zasady wychowania w rodzinach
słodkich pluszowych misiów o
różowym futerku, znaczy to
mniej więcej tyle, że Miś ludzi
się boi, mimo że bardzo chce
się przytulać.
Jaki jest Miś? Dobrej jakości,
lubił o sobie myśleć, że trochę
artysta, trochę z brzuszkiem. Przywiązany do swojego wyszywanego uśmiechu, szczęśliwy
z racji nieodczuwania
potrzeby posiadania
poglądów,
ze zrozumiałych
przyczyn otwarty na kontakt.
Nie wzruszał się, to oczywiste, podczas komedii
romantycznych, nigdy
też nie dawał pieniędzy Cyganom w warszawskich
tramwajach. Nie, taka płytka
wrażliwość, to główna
broń Dużych. Wszyscy współczują pustym brzuchom Afryki i
ubolewają nad chorobami toczącymi pchły
36
Miś miał nadzieję, że
legendy, krążące tu i ówdzie o studentach,
okażą się prawdziwe. Młode organizmy o jeszcze
niepoluzowanych
szwach, z głosami
silnymi jak mini głośnik zamontowany wewnątrz Misia zaraz po
zmianie baterii, szczerzy
jak mimowolne zamknięcie oczu, przy zbliżeniu do twarzy pluszowej zabawki.
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
dowych trasach, skąd późniejsza nazwa sportowych wersji: Mini Cooper. Autko to wystąpiło
również w innej legendarnej produkcji, ,,Włoska robota”, nakręconej w 1969 roku. Film
otrzymał nawet nominację do Złotego Globu, a
w 2003 roku doczekał się remake’u.
Po filmach anglosaskich czas na kino typowo europejskie w wydaniu francuskim. O ile
wcześniej w pierwszej kolejności prezentowałem film, a następnie auto, które w nim grało, tak
teraz najpierw zaprezentuję dwa samochody, a
potem dopiero produkcje, w których wystąpiły.
Oba auta są kamieniami milowymi - nie tylko w
historii francuskiej, ale i światowej motoryzacji.
Co ciekawe, oba wyprodukowała ta sama firma.
Pierwszy z bohaterów to zaprojektowany jeszUczęszczał więc na zajęcia i wykłady z
niedźwiedzią werwą, na których szybko zorientował się w przekonaniu ludzi o własnej
wyjątkowości. Wziął to za dobrą monetę, bo
przecież tam gdzie docenia się inność, kto jak
kto, ale różowy pluszowy miś przejdzie niezauważony. Stało się jednak inaczej.
Ludzie-studenci nie umieli, bądź, co bardziej prawdopodobne, nie chcieli dostrzec
wśród siebie Misia. Ignorancja wraz z arogancją stanowiły nierozłączny zestaw, pakiet antypluszowy. Każdy nosił go zawsze przy sobie,
nie wszyscy używali, to trzeba im oddać, jednak świadomość, że jest tam, w tylnej kieszeni czy plecaku, dawała Łysoskórym poczucie
bezpieczeństwa. To chyba strach nimi powodował. Posiadacz różowego futerka nie był jednak
w stanie sam do tego dojść. Gdy się czyta coś
z kartki, ostre brzegi i cienkość liter powodują, że trudno wczuć się w pluszowość. Odbiera
się jak człowiek, więc nie można w pełni zdać
sobie sprawy z tego, jak bardzo Miś się różni,
dlaczego pewnych rzeczy nie zrozumie.
Faktem jest, że pozostawał całkowicie niewidzialny. Snuł się po kampusie wśród kolumn
podkreślających godność i dumę, których w
sobie nie czuł. Czasem ktoś odezwał się do
niego w kilku słowach, nie widząc jednak w
nim najwyraźniej nic misiowego.
Dziwiło go to bardzo i bolało, nie jest bowiem tajemnicą, że Miś liczył na choć odrobinę uznania swej słodkości i oryginalności. We
własnej ocenie wyróżniał się z tłumu choćby
tym, że mierzył 26 cm wysokości, jego jedyne
ubranie stanowiła sztruksowa kamizelka z nieproporcjonalnie dużymi guzikami, a puszyste
miękkie różowe futerka nosiły tylko damskie
egzemplarze ludzi, i to z rzadka. Najwyraźniej Miś nie zdawał sobie sprawy z tego, co
my, rozsądniejsi od niego, wiemy doskonale.
Z tłumu Bezszwowych nie da się wyróżnić,
można tylko być lub nie być jego częścią. Taka
decyzja pociąga za sobą poważne konsekwencje. Historia nie zna wielu przypadków Misiów, które zwycięsko przeszły tę próbę. Miś
Puchatek, ktoś może powiedzieć. Tak, lecz nie
byłoby w tej sytuacji uczciwe nie wspomnieć,
że ten akurat miś nie ma zbyt wiele rozumku i
jest wspierany przez wielką korporację.
cze przed II wojną światową Citroen 2CV, który
zmotoryzował powojenną Francję. Idea, która
przyświecała twórcom tego samochodu, polegała na przewiezieniu 5 osób wraz z koszem
wypełnionym jajkami po polu w taki sposób,
aby jajka się nie stłukły. Prostota, wytrzymałość
i tania produkcja - tak można scharakteryzować
francuski ,,samochód dla ludu”. Drugim autem
jest zaprezentowany w 1955 roku na salonie w
Paryżu Citroen DS. Jego linia nadwozia oraz
stopień zaawansowania technicznego wykraczały poza ówczesne standardy. Posiadał hydropneumatyczne zawieszenie, z którego Citroeny
słynną do dzisiaj. Ponadto reflektory specjalnie
doświetlające zakręty w zależności od kąta
skrętu kierownicy oraz wiele innych nowinek
technicznych. Dzięki temu DS stał się na lata
To chyba jest oszustwo, głowił się Miś.
Budynki, naukowcy, to tylko mniej wyszukane
dekoracje, niż te w sklepie z zabawkami i sprzedawcy bez przyklejonego uśmiechu. Oszustwo,
że to świat równie dobry dla Misia, jak dla każdego innego. Nie jest oszustwem, że studia się
przydają. Tylko biedny pluszak nie zorientował
się, do czego.
Pewnego dnia o wyjątkowo niekorzystnych
warunkach biometeorologicznych , takim, który sprawia, że futerko nasiąka wilgocią i łapie
brud, a trociny tracą na objętości, nasz pluszowy bohater postanowił, że zostanie zauważony.
Wybrał niestety najgorszy możliwy sposób.
Hej Wy! Tak zaczął. Następnie, w wielu cierpkich i ostrych, jak na puchatą zabawkę słowach,
wyraził swoje przekonanie o lepszości, dobroci i
słodkości, której nie chcą dostrzec. Wykrzyczał,
że wie dlaczego go ignorują. Bo jest niegroźny,
bo jakie ambicje może mieć taki miś, nikt go
nie potraktuje poważnie, nie ma go. Miś poczuł
się jak po zabawie z kilkuletnią dziewczynką,
która najpierw wycina nożyczkami idiotyczną
fryzurę z jego bujnej różowej grzywki, a następnie sadza w pierwszym rzędzie na półce, ku
śmiechowi i niezrozumieniu.
Tym samym złamał najważniejszą zasadę
ludzkości: nie demaskować kłamstw, z którymi
wszystkim żyje się dobrze. Został oceniony jako
groźny, niewygodny, zbyt pluszowy; zauważalny. Krótko było mu dane cieszyć się tym, jak
byśmy je nazwali, pyrrusowym zwycięstwem.
Spytali go o ostatnie słowa. Ja już się pogodziłem z tym, że mam w środku trociny, nie duszę, talent, znaczenie, tylko trociny; życzę Wam
tego samego. Odpowiedział im, korzystając z
ostatnich Voltów swego zabawkowego, syntetycznego głosu. Wtedy, wysłuchawszy go po
raz pierwszy i jedyny, rozerwali, wzdłuż szwów,
prując głośno, przykładnie. Słodkie pluszowe
misie o różowym futerku są całkiem bezbronne; i tak, między nami, trochę naiwne. Dlatego
nie ma ich wśród nas, a cała ta historia wygląda
na zmyśloną. Przecież, gdyby pluszowe misie
mogły studiować, świat stanąłby na głowie, a
tego z pewnością byśmy nie przeoczyli.
symbolem elegancji, komfortu i dobrych osiągów, harmonijnie skomponowanych z innowacyjnością. Z tego powodu w serii filmów o Fantomasie, główny czarny charakter - Fantomas,
przemieszcza się właśnie takim samochodem,
a w pewnym momencie przekształca go nawet
w samolot. Z kolei w filmie ,,Dzień Szakala”
z 1973 roku Citroenem DS jeździ prezydent
Francji Charles de Gaulle, co pokazuje, jak bardzo prestiżowy był to samochód.
Wspomniany wcześniej Citroen 2CV poza
krótką rolą w filmie o przygodach Jamesa Bonda, zapisał się w historii kinematografii przede
wszystkim dzięki występom w licznych komediach z udziałem Louisa de Funes. Warto tutaj
wspomnieć szczególnie serię filmów o żandar-
mach, w których to spokojna zakonnica przeistaczała się w pirata drogowego, gdy tylko siadała za kierownicą 2CV. Biedny Citroen często
doznawał wtedy uszczerbku, tak jak w filmie
,,Żandarm i policjantki”, w którym po szybkiej
przejażdżce zakonnicy z auta został tylko silnik,
przednie koła oraz fotel kierowcy.
Samochody są nieodłącznym elementem
nie tylko naszego świata, ale i kultury. Na
wszystkich kontynentach powstają produkcje
filmowe, w których auta mają swój mniejszy
lub większy udział, są symbolami oraz nośnikami pewnych treści, wartości i skojarzeń. Mam
nadzieję, iż przez kolejne dekady, o ile nie stulecia, będą stale nam towarzyszyć i inspirować
twórców, nie tylko filmowych.
Jestem, więc mam rację
Aleksandra Orzeł
„Każdy rozum jest światłem. Każde światło można zgasić. Rozum można zgasić”.
To wprawdzie tylko gra słów, ale chyba każdy brał udział w dyskusji, w trakcie
której ktoś próbował, za pomocą niewybrednych sztuczek i manipulacji zgasić
Waszą błyskotliwość, a przynajmniej uśpić czujność…
P
owszechnie wiadomo, że cechą ludzką jest dążenie do posiadania racji. W
wymiarze myśli człowiek nie próbuje
dostrzec błędów własnego rozumowania, ale
stara się doszukać błędów w myśleniu innych.
Co za tym idzie, nawet za cenę prawdy obiektywnej, w codziennych dyskusjach używamy
licznych sztuczek i wybiegów słownych, aby
doprowadzić spór do korzystnego rozwiązania, czyli zachowania swojej racji. Owymi
środkami i metodami pokonywania przeciwnika w konfrontacji ustnej zajmuje się erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów.
Pojęcie erystyki zostało wprowadzone do
nowożytnej terminologii filozoficznej przez
Artura Schopenhauera, ale swoimi korzeniami sięga mitologii greckiej. Na polu bitewnym
bogowi wojny, Aresowi, towarzyszyła córka
Nocy, Erys, bogini niezgody i od jej imienia
powstała nazwa tego, co potocznie uważamy
za umiejętność stawiania na swoim.
Pomimo tego, że erystyka należy do dziedziny filozofii, jest powszechnie stosowana
przez zwykłych zjadaczy chleba, często w
sposób nieświadomy. I tak matka, broniąca nieznośnego syna przed surowym ojcem
mówi: -„ Przecież to jeszcze dziecko, trzeba
być dla niego pobłażliwym.” Na co ojciec
odpowiada: - „Właśnie z tego powodu, że to
jeszcze dziecko, należy mu się kara, by jego
złe nawyki nie zakorzeniły się.”, intuicyjnie
stosując odwrócenie argumentu przeciwnika.
Schopenhauer w swojej krótkiej rozprawie
„Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów”
opisał metody, które dla czytelnika zwykle
wydają się oczywiste. Czytając jego prace
nie poznajemy czegoś nowego, a jedynie systematyzujemy wiedzę, którą zyskujemy na
bazie własnych doświadczeń
Erystyka nie prowadzi do prawdy, ale
do zwycięstwa w sporze, co potwierdzają
słowa Schopenhauera: „fechmistrz nie powinien interesować się tym, kto ma właściwie
słuszność w sporze, który doprowadził do
pojedynku: chodzi tu tylko o to, by trafiać i
odparowywać”. Tę zasadę skutecznie stosują
wytrawni politycy:
Poseł X: Czy wszyscy członkowie Pana partii
są skorumpowani, czy to wciąż pojedyncze
wypadki?
Poseł Y: To są tylko pojedyncze wypadki.
Poseł X: A więc potwierdza Pan, że zjawisko
korupcji w waszym klubie jest faktem. Którzy członkowie pana partii są, pana zdaniem,
skorumpowani?
Jak widzimy, takim zwycięstwem może
być zdyskredytowanie przeciwnika, wykazanie sprzeczności jego twierdzeń z innymi założeniami uznanymi już wcześniej
za prawdziwe lub jeszcze lepiej wykazanie
wewnętrznych sprzeczności w jego tezach.
O sile ataku na adwersarza decyduje właściwy dobór argumentów, które pozwolą na
osiągnięcie wyznaczonych wcześniej celów.
Niekiedy najlepszą bronią jest odpowiednie
zmanipulowanie jego własnych słów lub wywołanie zdenerwowania. Niezwykle celne
wydaje się zatem stwierdzenie prof. Tadeusza
Kotarbińskiego, że erystyka jest zastosowaniem ogólnej teorii walki, czyli agonistyki.
Czasem głównym celem sztuczek słownych jest pozyskanie publiczności: zrobienie
korzystnego wrażenia, a przez to wywarcie
wpływu na poglądy odbiorców - przekonanie ich do swoich racji lub zniechęcenie do
luty-marzec 2011|Lexu§
37
misz-masz
stanowiska prezentowanego przez kogoś innego. Szczególnie w przypadku, gdy mamy do
czynienia z publicznością o niższym poziome
intelektualnym. Warto wtedy powoływać się
na autorytety, wybierając zwłaszcza te, które
pozostaną niezrozumiane. Jak twierdził Arystoteles „uznajemy domniemanie pospólne”,
tzn. nie ma tak absurdalnego poglądu, który
ludzie nie przyjęliby jako własny, o ile tylko
zdołamy im wmówić, że został on zaaprobowany przez ogół. Niewątpliwie skuteczne,
choć taka manipulacja może być przyjemnością jedynie wybitnie inteligentnych.
Tworząc otwarty katalog 38 chwytów
erystycznych wraz z przykładami ich użycia,
Schopenhauer wyraźnie zaznaczył, iż ich stosowanie jest niedopuszczalne. Filozof chciał
jedynie pokazać potencjalne niebezpieczeństwa, na które narażone jest człowiek uczciwy w sporze z kimś o wątpliwej moralności.
Znając teorię erystyki, mamy dużo większe
misz-masz
szanse na udaremnienie zabiegów przeciwnika. Idąc tym idealizacyjnym torem myślenia
Schopenhauera, dochodzimy do wniosku, że
erystyka jest nieetyczna. Jednak biorąc pod
uwagę jej nagminne używanie, należy raczej stwierdzić, że moralna ocena zabiegów
erystycznych zależy od celu, który ma być
osiągnięty przez zwycięstwo w sporze. Nie
twierdzę, że cel uświęca środki, ale w praktyce często je wymusza.
zując interes swojego klienta, trzeba nieustanie uwzględniać rolę sędziego.
Zwykli śmiertelnicy miewają rację,
natomiast prawnicy mają ją zawsze. A nawet,
jeśli ich słuszność jest wątpliwa, potrafią
stworzyć jej pozory. Trzeba podkreślić, że
w pracy prawnika kluczowy jest specyficzny
rodzaj konfrontacji, mianowicie spór na drodze sądowej, gdzie w zasadzie nie jest ważny
przeciwnik, lecz audytorium – sąd. Zaś celem nie jest przekonanie drugiej strony, ale
uzyskanie korzystnego wyroku. Prowadząc
polemikę na sali sądowej, a tym samym reali-
Wciąż macie wątpliwości co do użyteczności erystyki? Nie sądzę, ale na wypadek,
gdyby moja racja była tylko wrażeniem, dodam: wiedza nie szkodzi. Warto zapoznać się
z sztuczkami opisanymi przez Schopenhauera, zasadami retoryki i logiki, choćby po to,
żeby uniknąć triumfującej miny przeciwnika
i słynnego „A nie mówiłem…”, kiedy po raz
kolejny okaże się, że na własne życzenie zostaliśmy wyprowadzeni w pole.
Za witrynami
Paulina Kabzińska
J
uż są! Obniżki 30%, 50%, 70% ! Pędzę i ja. Wielka galeria na każdym niemal kroku, robię więc kilka i jestem w
środku. Tłumy nie do opisania, choć spróbuję. Każdy wie jak wygląda polna droga,
gdy jedzie po niej samochód; tu podobnie,
unoszący się piasek i kurz stanowią ludzie.
Ledwo widzę witryny sklepów. Wiek od – 9
do + 100. Każdy musi wykorzystać tę jedyną i niepowtarzalną co kilka chwil okazję.
Nie ja, to inni. Jacy inni?! Muszę wygrać tę
olimpiadę. Rzut towarem, bieg po wszystkich piętrach galerii, zapasy siatek na ręku
itd. Może podium nie będzie, ale liczę chociaż na dyplom z wyróżnieniem.
Na celowniku sklep nr 1: „Uroda”.
Oczy – wyprzedaż obejmują tylko wybrane
modele, Kot, Shrek i jelonek Bambi, hm…
nie wiem. Poczekam, aż przecenią Lolę
Bunny. Patrzę na kolejkę, eh… jednak pędzę naprzeciwko, gdzie jeszcze mam szansę na 20 minutowe
„Lans!”, nowo otwarty salon, gdzie czekają promocje promocji. Wszystko piękne,
identyczne, ład i harmonia, słowem manieryzm. Flaga, jeździec z koniem, bez konia,
aligatory. Istne zoo. Jest i ona… złota półka na
której widnieje „własny styl”. Ceny pozostawiają tę przyjemność tylko dla nielicznych. W
gablocie odbija się czerwony napis „Randki”.
Zmieniam więc szklak i manewrując w tłumie
udaję się do neonowego raju.
Poczucie humoru – eh, jeszcze nie obniżyli. Szukam więc na wieszakach czegoś, co
mogłoby mi się przydać. Udawanie niedostępnej, jedna noc, atrakcyjna głupota – przeglądam coraz bardziej nerwowo, popychana przez
dziewczyny, które mają już wypchane koszyki
po brzeg. A do przymierzalni zabrać można
tylko 6 rzeczy! Zerkam na miejsce przymiarek, kolejka porusza się jak dżdżownica. Konsumenci nie przeglądają się w
Obecnie prawnicy uczestniczą także w
rozwiązywaniu sporów alternatywnymi metodami. Mediacja, negocjacje i arbitraż nie
wykluczają używania chwytów erystycznych,
a niekiedy wzmagają nawet ich stosowanie ze
względu na bezpośredni charakter prowadzenia polemiki przez strony.
da. Na pierwszy rzut oka, w porządku, ale po
chwili… coś nie gra. Jakby za szeroki? Zbyt
flirciarski. Wychodzę zza kotary i odkładam
na wieszak rzeczy przymierzonych, nie kupionych. Znika w sekundę.
Może na pierwszym piętrze coś znajdę.
Zapchane schody potrafią zniechęcić… ale
skoro już tu jestem. Na górze bliźniaczy asortyment. Przechadzając się (?!), dobrze, może
starając się przechadzać, dostrzegam jeden
sklep wyraźnie nie cieszący się popularnością,
„Bezpośredniość”. Brzmi zachęcająco. I choć
wyjątkowo obniżki są gigantyczne, brak zainteresowania. Czyżby towar dostępny dla wszystkich nie był zbyt atrakcyjny? Ekspedientka
podchodzi z uśmiechem i pyta: „Potrzebuje
Pani pomocy czy mogę iść na kawę?”, lekko
zdziwiona odpowiadam grzecznie „Dziękuję,
już wybrałam” i podchodzę płacąc za pudełko
bezpośredniości. „Czy mają państwo karty stałego klienta?” pytam. Sprzedawca puszcza mi
oczko i mówi: „Oczywiście.”, po czym uzupełnia „Dodawane są przy drugim zakupie.
Gratis”.
sale
% sale
0
7
%
0
sale e
7
sal sale sale
ale le
s
le
a
s
sale ale sale sa
le
a
s
le
s sale sale
a
s
le
a
le
s
a
s
le
a
sale alesale saledo salesales sale salesale sale lesale
aleales sale salesale sale salesaledo sale sa sale
s
le sale sale ale sale sale
a
s
le
a
s
saleale sale sale sale sale s
s
ale
s
le
a
s
sale
przestępowanie z nogi na
nogę do kasy. Wychodząc zerkam jeszcze
na usta – dziubek schodzi najlepiej. Ale czy
taki chcę? Zaraz dodają aparat gratis; co za
promocja! Zostałam bez szans, zepchnięta
na boczne póki z nieprzecenionym uśmiechem. Nic tu po mnie, czas namierzyć kolejny cel.
38
lustrze za długo.
Mam szansę w ciągu najbliższych kilkunastu
minut coś przymierzyć. Jest! Biorę i ustawiam
się w ogonku. Czekam, czekam. Przede mną
para przymierza wersję damską „opowiadam
głupoty” i męską „słuchaj maleńka”. Po krótkiej konsultacji biorą. Uff, w końcu moja
kolej. „Lustereczko, lustereczko…” Widząc
nerwowe napięcie w oczach klientów zakładam udawany uśmiech najszybciej jak się
w w w. s a m o r z a d . w p i a . u w. e d u . p l / L E X U S S
Po kilku próbach poczęstowania
znajomych różnościami z zielonego pudełeczka wszystko stało się jasne. Gorzkie czekoladki nie smakowały im najlepiej i wtedy
zrozumiałam oczko ekspedienta. Cóż mi pozostaje? Kawę na ławę piję do dziś. Nałóg nie
musi być zdrowy i akceptowany przez społeczeństwo. Nie po to on jest, nie głodzi dla
zdrowia i nie rozpieszcza dla dobra. Przynosi
radość i już.
luty-marzec 2011|Lexu§
39
§
R
E
K
L
A
M
A

Podobne dokumenty