Pobierz - What`s Up Magazine

Komentarze

Transkrypt

Pobierz - What`s Up Magazine
e
m a g a z i n
Numer 9 | Styczeń 2016 | www.whatsupmagazine.pl | nakład 25 tys. | egzemplarz bezcenny
p i e r w s z y
smak w tempie
slow
d l a
o u t s o u r c i n g u
i
k o r p o r a c j i
realne vs. wirtualne
praca glob-zespołowa
ser z czerwonej krowy, cydr, pstrąg
reklamują reklamy
Tobolewski o antyreklamie
słowackie
smoko-spoko
zimowa Słowacja
w samo południe
zielony ring KRK
2
what’s up?
www.whatsupmagazine.pl
Enter
spis treści
rozmowa numeru
3Marek Tobolewski o przerwie
na antyreklamę
temat numeru
6Nie taki HR straszny
hr
8 Pod lupą TESTu: Realne vs. wirtualne
przedstawiamy
10 Prezentacja: Wielkie wyzwania CH2M
12 TurboTłumaczenia | Squaber
nieruchomości
Odciąć się. Zresetować. Na chwilę uciec w inną
bajkę albo na dłużej odciąć pępowinę. Odpocząć od
swojej pracy w trakcie weekendu, tygodniowego
urlopu, a może kilku miesięcy totalnego „breaka”.
13 Budują w dobrej passie
14 Zielone południe Krakowa
siesta
16 poziom 511: Na jurajskim zaciszu
17 Pantone na trudne czasy
Zmęczeni pracą i nabuzowani kolejnymi zadaniami żyjemy często
myślą o tym, jak wspaniale byłoby leżeć pod palmą kokosową na indyjskich Andamanach czy sączyć chłodne wino w barcelońskiej
kafejce. Zwłaszcza zimą.
Każdej zimy miliony młodych Europejczyków, na podobnych jak
nasze stanowiskach, wyruszają w cieplejsze rejony tej planety. Korzystając z okazji, tańszych biletów, braku turystycznych tłumów,
wybierają miejsca, które – choć po sezonie – sezon mogłyby mieć
niemal zawsze. I tak w grudniu leci się do Izraela, w styczniu wybiera się Malezję, w lutym odwiedza Tajlandię lub Maroko, w marcu
włóczy się po górach Iranu. Nie omija to nawet „What’s Up Magazine”: styczniowy numer tworzymy dla was w „elektronicznym
obiegu dokumentów” między Polską, Jordanią, Izraelem a Sri Lanką,
gdzie zagnały nas trochę obowiązki, trochę przyjemności...
Exodus Europejczyków. Tak się akurat składa, że nie tylko Polska
jest zimą szara, smutna i zimna. Ale właśnie w nadwiślańskich miastach narzekania na zimę czuć jakoś mocniej, poważniej, bardziej
what’s up magazine
pierwszy dla outsourcingu i korporacji
www.whatsupmagazine.pl
redaktor naczelny
Rafał Romanowski
zastępca
Magda Wójcik
wydawca
Fundacja Aktywnych Obywateli
im. Józefa Dietla
dyrektor artystyczny & ilustracje
Joanna Sowula
fotografie
Piotr Banasik
editor (english)
Łukasz Cioch
korekta
Krzysztof Malczewski
reklama
Anna Głuc
[email protected]
+ 48 503 920 670
kreacja i marketing
Agencja Kreatywna Lemon Media
facebook
Whatsupmagazine.pl
twitter
@WhatsUpKrakow
kontakt
+48 501 480 129
[email protected]
Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych,
zastrzega sobie prawo redagowania nadesłanych
tekstów, nie odpowiada za treść zamieszczonych
reklam i ogłoszeń.
dbamy o ciebie
18 Rewolucje w kuchenności
19 Fight kick | swing
20 Smokowce
21 Pingwiny na lodowisku
22E-czytelnik w wielkim mieście
23 TOP 10 gorących kierunków
depresyjnie. Tymczasem w Holandii głowę urywa mokry wiatr,
w Irlandię uderzają deszczowe huragany, w UK siąpi z grafitowych
chmur, a piękna zazwyczaj Francja tonie w zimowym mroku. Z biegiem czasu w Polsce, w samonakręcającym się tempie korporacyjnego życia, coraz mocniej uczymy się, że gorące miejsca mogą
być na wyciągnięcie ręki. I aby ruszyć się zza biurka w najmniej
spodziewanym momencie, trzeba tylko uruchomić system rezerwujący miejsca w pożądanym samolocie.
A może by tak rzucić wszystko i… zrobić „break” przy lekturze
nowego numeru „What’s Up Magazine”? Tym razem piszemy dla
Was o drwinie z wielkich korporacji, HR nie takim strasznym jak
go malują, wirtualnych zespołach, ciepłych krajach, kolejnych inwestycjach, startupach, przedsięwzięciach. Otwórzcie „What’s
Up” takim, jakim go odmalowaliśmy. W styczniu. Jak mróz wzory
na szybie. Owocnej lektury.
mały what’s up
24 Akademia żółtej kaczuszki
wokół stołu
25Slow smakowanie
siedem uciech głównych
26Kulturalny styczeń
Redakcja
Leave the gun,
take the cannoli
This is good. Crispy air, white snow everywhere, you choosing
a chewing gum instead of cigarette or a salad over a burger.
New year, fresh begginings, everything will turn out perfectly
this time. Right?
I have always wondered why do we want to believe that on New
Year’s Eve we’ll be partying like Gatsby and after short sleep we’ll
wake up in a (brave) new world. We’ll sweare off all the stimulants
we had(n’t) tried several hours ago, start using Multisport card,
and... exactly, what? Loose weight? Learn new language?
I’m not trying to mock anyone, cross my heart, I am only figuring
out what’s so captivating in the beginnings? First sip of coffee
in the morning is like walking in the clouds and no matter how
old are you, you still want to buy a bouquet of newly-sharpened
pencils when school starts in the autumn. Knowing enthusiasm
for new things, we’ve found such scoop for you as CH2M latest
investments or current trends in kitchen designs. At least, even
if you don’t learn how to cook and don’t make Martha Stewart
proud this year, you’ll be having a stylish interior.
But not all resolutions are unrealistic. You know you want to travel, so why not get over this winter blues and just... go somewhere?
Several issues ago we wrote about expansion of Krakow Airport
so it’s high time to use this modern air terminal and taste a little
bit of adventure. In short four hours you can be in austere, yet
magical Israel and in approximately three – you’ll be enjoying picturesque Malta. Don’t have enough time for this? Fun city break
– as it turns out – to a nearby city of Budapest is also possible,
but I won’t spoil the surprise – just read our piece about all the
new and hip destinations.
As for the new things, there’s still changing-a job-thing, that
probably crossed your mind. How many times you we’re chaffing
about being a small cog in a large machine or sneering about lack
of advantages in being a part of a corporate world? We’ve all been
there, there are probably dozens (if not more) blogs about it so
maybe it’s high time to reflect if it’s a new trend? We’re interviewing Marek Tobolewski not only about this, so don’t miss it.
And before you upgrade a resume, head to main article of this
issue and get ready for astonishment that the abyss of Human
Resources, can turn out to be filled not with the flames of despair,
but with friendly and competent workers.
To sum up, I think 2016 will be looking a lot like 2015, but maybe, just maybe, a little bit better. When you’re wondering about
anything (once again I’ll quote Joe Fox from You’ve Got Mail),
just think about the powerful being, who almost had it all – and
I’m not talking about Darth Vader – not this side of force. The
Godfather is the sum of all wisdom. The Godfather is the answer
to any question. What should I pack for my summer vacation?
‚Leave the gun, take the cannoli.’ And if you still asking yourself
what to do this year, I’ll say – try something new, be adventurous.
Go to the mattresses.
Joanna Warszawska
rozmowa numeru
Styczeń 2016
3
Reklama jest jak nóż. Można
nim zrobić krzywdę, a można
wyrzeźbić coś fajnego. Choćby
satyrę na korporację – mówi
Marek Tobolewski, zajmujący
się marketingiem, reklamą i antyreklamą twórca Antygencji
rafał romanowski: Antygencja. Co to jest?
Reklamujemy reklamy.
Brzmi nieźle.
W języku polskim, w innych już nie. „Reklamować” ma dwa znaczenia: reklamujemy produkt, jak jest dobry i chcemy go sprzedać,
ale kiedy produkt jest dziadowski, możemy go również „reklamować” czyli zwracać.
Za dnia normalnie zarabiasz na chleb zajmując się reklamą. Po
pracy przepoczwarzasz się w „antyreklamowca”?
Mniej więcej. Wieczorami zajmuję się pojęciem antyreklamy
właśnie w Antygencji...
Powołałeś ją do życia, bo...?
Bo chciałem obśmiać coś, co sam tworzyłem i współtworzyłem.
fot. Piotr Banasik
Przerwa
na antyreklamę
Używając tego samego języka, kodu, posługując się tymi samymi
narzędziami: bilbordem, obrazem, kolażem, klipem. Tylko z innym
efektem. Efektem kontra. Anty.
Stąd ta dwoistość komunikatu? Reklama/antyreklama? Reklamować/reklamować?
Tak. Przewrotność, odwrócenie, sparodiowanie.
I w pewien sposób obśmianie również korporacyjnego myślenia, schematów rządzących pracą w agencjach reklamowych,
działań na styku marketingowiec – klient, przedstawiciel
handlowy – klient, menedżer projektu – klient. Używając
antyreklamy, chcesz mieć dystans do tego, co dzieje się śmiertelnie na serio.
Oczywiście. Sam jestem wytworem systemu, o którym rozmawiamy. W pewnym sensie wszystkie te działania w agencjach
kreatywnych czy zespołach zajmujących sie reklamą podobne
są do korporacji. Podobnie jak w korpo, również pracujesz latami
i również nie widzisz wymiernych efektów własnej pracy. Miałem
tak samo. Najlepsze rzeczy robiłem po godzinach, niekoniecznie
na tym zarabiając.
Porozmawiajmy chwilę o akcjach Antygencji. Na przykład
o plakacie „Ósmy smród świata” z postacią w gazowej masce,
dymami nad Krakowem i hasłem „zapiera dech”. I to w momencie starań miasta o miano jednego z siedmiu cudów świata
w marketingowym konkursie...
Ha! Wywołało to spore poruszenie. Na portalach społecznościowych hulało bardzo długo.
ciąg dalszy na str. 4
4
rozmowa numeru
www.whatsupmagazine.pl
dokończenie ze str. 3
Obśmialiście ikonę Krakowa – „Damę z łasiczką” i zapewnienia o czystym powietrzu w Krakowie.
Reklama jest jak nóż. Można nim zrobić krzywdę, a można wyrzeźbić coś fajnego. Tak było w tym przypadku.
Nie znacie litości. Używacie przewrotnie tych samych nośników. Najsłynniejsza wasza akcja działa się nawet nie
w bilbordzie, a w megabordzie przy dawnym hotelu Forum
w Krakowie...
Gadali o tym nawet w „Faktach” w TVN-ie. W nielegalnym nośniku reklamowym zamieszkali ludzie bezdomni. Nagłośniliśmy
sprawę wszędzie, gdzie się dało, i ruszyła medialna burza. Inicjowaliśmy mnóstwo komentarzy, sterowaliśmy tą dyskusją.
Interesujący był dla nas odbiór społeczny tej sprawy. Fakt, że ci
bezdomni w pewnym sensie zaadoptowali reklamę na cele pożyteczne, czyli mieszkalne. Złamali co prawda święte prawo własności, ale z drugiej strony nikt nie wiedział, kim był właściciel
nielegalnego megabordu. Zdążył on już reklamować na przykład
internetową telewizję porno, salony samochodowe a nawet... imprezy sponsorowane przez miasto, choćby te w Tauron Arenie.
Czyli miasto walczące z nielegalnymi reklamami samo reklamowało się przez pomyłkę na nielegalnym nośniku!
A wszystko działo się gdzieś na styku biznesu, kreacji, korporacyjnego myślenia, na granicy brania na serio a wzięciem w nawias. To wymarzony teren dla antyreklamy. Wykorzystać czyjeś
marketingowe potknięcie i dać mu prztyczka w nos.
IKEA na serio sprzedaje optymalnie wyposażone kontenery
dla uchodźców.
Tak, ale nie jest to jednak nośnik reklamowy dla bezdomnych.
W przypadku IKEA to trochę takie udawanie, że robi się coś pozytywnego, a tymczasem za wszystkim stoi kasa. Na przykład
wieszając wielka płachtę z reklamą na fasadzie budynku, udajemy, że za tą płachtą wre jakaś praca. Wkręcamy wszystkich
podprogowo, że remont budynku zostanie sfinansowany dzięki
wiszącej szmacie. Tymczasem remont nigdy się nie kończy, chodzi
wyłącznie o to, aby ta reklama wisiała jak najdłużej. Pod spodem
nikt nie pracuje. Jako Antygencja lubimy demaskować takie rzeczy. Zwłaszcza dużych graczy. Ale nie jesteśmy w drwinie jedyni.
Szyderców jest na tej planecie cała masa.
Łatwo jest drwić z korporacji?
Coraz trudniej. Nie wiem czy nie jesteśmy już krok dalej od zwykłej drwiny. Czy obśmiewanie korporacji nie stało się już niezrozumiałe, nieczytelne. Wszyscy wiemy, czym są i spodziewamy
się, że w zmyślny sposób adaptują się do nowych warunków czy
unikania bolesnych ciosów.
Same wystawiają się na strzał. Nietrafione kampanie, wadliwe
produkty, kontrowersyjne taktyki.
Przykład z Francji, na świeżo. 600 plakatów wywieszonych na citylightach z okazji kolejnego szczytu klimatycznego z udziałem
rządów światowych mocarstw. Za tą zmasowaną akcją stoją aktywiści z grupy Brandalism. Na jednym z projektów widzimy logo Volkswagena ze sfingowanymi przeprosinami za słynną aferę
z 11 milionami trucicielskich silników diesla. Spełniały one ekologiczne normy tylko na papierze, umożliwiając użytkownikom
automatyczne przełączenie na opcję emitującą aż 35 razy więcej
szkodliwych tlenków azotu, niż zezwalały na to amerykańskie
urzędy. Plakaty głoszą hasło „jest nam przykro, że daliśmy się
złapać”. Oprócz tego mnóstwo sfingowanych reklam koncernów
sponsorujących szczyt i to na nośnikach firmy, która również jest
donatorem tego wydarzenia.
Kpina z wielkich i możnych tego świata przestaje być tylko
drwiną, a upomina się o pewną misję? Szydercy w imię wielkiej sprawy?
Od dawna i w bardzo wielu przypadkach chodzi o misyjność.
O rodzaj sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości. Globalny
ruch AdBusters narodził się w Kanadzie właśnie przy takiej okazji. Jego twórcy chcieli zakupić w publicznej telewizji w Kanadzie
reklamę, która była de facto klipem o rabunkowej wycince lasów
amazońskich. Odmówiono im, a oni uznali, że pogwałcono wolność ich słowa. Zaczęli działać szerzej. Reklamami, bilbordami,
viralami. W dobie Internetu tak „szerowane” obrazki rozchodzą
się po świecie z prędkością światła.
Mówisz o – skomplikowane słowo – subvertisingu. Prowokacyjnych działaniach atakujących tradycyjną reklamę. Używający subvertisingu lubią ingerować w jej pierwotny przekaz,
zakłócać jego semantykę, dodawać nowy obrazek lub doklejać
zaskakujący napis, co sprawia, że staje się on pociskiem wycelowanym w zamawiającego, a nie wabikiem na klienta. Blisko
tu do satyry, parodii reklamy korporacyjnej czy politycznej.
rozmowa numeru
Styczeń 2016
fot. Piotr Banasik
Nie jest łatwo śmiać się z tego, co powtarzalnie robi się przy
biurku. Zwłaszcza kiedy masz świadomość, ilu kolegów rzuciło swe miejsca pracy, aby podróżować po świecie, pisać
książki, zakładać własne biznesy, nawet zająć się rzemiosłem
czy rękodziełem.
Korporacje w swych strukturach przypominają jednak systemy
totalne, więc ważna tu jest rola offowego języka, a nawet pewnych elementów konspiracyjności. W końcu nie zawsze chcesz,
by Twoi szefowie wiedzieli, ze na zewnątrz uprawiasz polewkę
z tego, co z poważnym wyrazem twarzy wykonujesz na co dzień.
W praktyce sprawdza się to w licznych memach na Facebooku,
żartobliwych hashtagach na Twitterze, szydzących z korpomowy
dowcipach. Jestem jednak zdania, że ten nurt równie mocno nadal
rośnie w siłę, co zaczyna zjadać własny ogon.
Tego typu działania spotykane są od dawna. W Polsce nie przywiązuje się do nich jeszcze większej roli, tymczasem w globalnym
znaczeniu są częścią trudnego do zdefiniowania ruchu sprzeciwu,
satyry, parodii. I ten ruch właśnie się przepoczwarza.
Interesuje mnie kpina z korpo. Czyli ludzie na co dzień wykonujący jak najlepiej swoją pracę, ale potrafiący mieć dystans
do systemu, w jakim funkcjonują. I to mimo tego, że ich zakład
pracy dba o ich rozwój, podrzuca do kuchni ekologiczne owoce, wręcza karty do klubów fitness czy bilety do kina.
Drwienie z korpo wymaga bycia w korpo. W pewnym sensie to
reakcja obronna. Wszyscy wiemy, jak wygląda praca w korporacjach. Mimo fruktów, o jakich mówisz, jest dość przewidywalna,
układna, łatwa w zmierzeniu, bezpieczna, może nawet ponadprzeciętnie dochodowa. I to się pracownikom podoba. Z drugiej
jednak strony bardzo daleko odsunięte jest w niej poczucie sensu
wykonywanych działań. Wspominałem ci o moich dylematach.
Kiedy nie widzisz realnych efektów swych posunięć, następuje
pewna alienacja pracy. Szewc naprawi buta i ma w rękach swe
małe dzieło. Pracownik korporacji musi team leaderowi wierzyć
na słowo.
Przychodzi szef i gratuluje wykonanego zadania. Pokazuje słupki, mówi o zrealizowanych celach. Stawia kolejne do
osiągnięcia.
Owszem, cieszysz się, ale jednocześnie masz świadomość, że nikt
się za to nie naje, nie napodróżuje. Satyra płynąca z wewnątrz
korporacji jest według mnie rodzajem samoobrony, nabieraniem
dystansu przez tych, którzy potrafią go złapać.
5
mują zaproszenia otrzymane w nie do końca legalny sposób i pojawiają się na sympozjach, konferencjach, a nawet w programach
telewizyjnych. Dzięki temu docierają do odbiorców z szyderczym
komunikatem, którym obnażają mechanizmy rządzące biznesem
czy polityką.
To ci co tak… potakują? Udają, wcielają się w rozmaite role
sprawiając wrażenie autentycznych.
Obejrzyj ich na YouTube. Odwołują się do ludzi inteligentnych
i przez takich są rozumiani. Ci mniej lotni nabiorą się na ich numery i zostaną w przekonaniu, że tak jest naprawdę. W jednym ze
swych wystąpień Yes-Meni oświadczają zdumionej publiczności,
że co prawda niewolnictwo jest pogwałceniem praw człowieka,
ale w obecnych czasach warto powrócić do tego modelu, bo dzięki niemu można radykalnie zmniejszyć koszta pracy. I tu jeden
Dlaczego?
z Yes-Menów wyciąga ogromny tablet, którym steruje pracującyChodzi o kulturę i informację. W skrócie mówiąc, o to, co dzieje mi gdzieś w Afryce niewolnikami. W innym działaniu zachwalają
się w naszej cywilizacji. A mówiąc
nowe technologie przetwarzaprościej – jak można to spienięnia ludzkich odchodów, pokazuWymarzony teren dla antyżyć, skomercjalizować, złapać na
jąc wykresy, z których wynika,
reklamy? Wykorzystać czyjeś
to klienta.
że jednego hamburgera można
zjeść i wydalić w kółko nawet
marketingowe potknięcie
Może same firmy uprawiają
pięć razy. Podane zaskoczonej
i dać mu prztyczka w nos
subvertising? W końcu może
publiczności chwilę wcześniej
stać się to dobrym biznesem.
hamburgery stają jej w gardle...
Nie tylko zaszkodzić, ale też dać zarobić.
W jeszcze innym występie opowiadają historie człowieka, który
Na pewno próbują. Ale nie wiemy dokładnie jak. Przykład rekla- tak pokochał swoją korporację, że dał się przetopić na świeczki
my wódki Żytniej, gdzie w głupi sposób agencja reklamowa uży- wykorzystywane przy firmowych kolacjach.
ła wykonanego podczas stanu wojennego zdjęcia z niesionym
rannym człowiekiem. Jestem niemal pewny, że wszystko zostało Skąd Yes-Meni trafiali na firmowe imprezy i przed oblicza
ukartowane wcześniej z właścicielem firmy, bo ktoś pomyślał, że najbogatszych?
ten skandal przyda się w promocji marki.
Banalnie prosto. Wystarczyło podszyć się, na przykład ukraść
logo i lekko zmodyfikować adres strony www znanej korporacji,
Ale z punktu widzenia marki to nie było korzystne.
aby dostawać tony zaproszeń od rozmaitych instytucji czy globalWłaśnie. Rozgłos nie zawsze jest wartością samą w sobie. W tym nych klubów biznesu. I wywoływać sensację, być oklaskiwanym
miejscu czai się niebezpieczeństwo, zarówno w reklamie, jak lub wygwizdywanym po swych przemowach. Tak prawdziwych,
i antyreklamie. Każdy przekaz wymaga odpowiedniego odbior- że aż kłamliwych.
cy, który zrozumie kontekst i będzie potrafił spojrzeć nawet na
prosty chwyt w jakimś kontekście. A im bardziej wymyślne są Yes-Meni to już antyreklamowa klasyka. A sam powtarzasz,
to działania, tym więcej wymaga się od takiego poszukiwanego że ruch przerabiania reklam znika. Oddano go walkowerem?
odbiorcy zastanowienia się i zrozumienia. Tymczasem zmyślna Nie znika, ale nie ma już tej siły rażenia. Wciąż można trafić na
ironia, satyra, parodia wymaga jednak pokładów inteligencji. świetne przeróbki, choćby reklam zapachu „Obsession” Calvina
Kleina zilustrowane panią, która wymiotuje do ubikacji albo paInaczej po prostu zostanie źle zrozumiana.
nem, który zagląda sobie w slipy. Wciąż z narzędzi prowokacji
Ufamy, że w korporacjach pracują inteligentni, obeznani np. korzystają amerykańskie ruchy ekologiczne typu Greenpeace.
z popkulturą ludzie. Że w lot łapią cytaty z filmów, seriali, Wciąż na kominach czy wysokich budynkach rozwieszane są
odzywki polityków, gesty gwiazd show businessu.
wielkie transparenty, wciąż trafiamy na memy, np. z postarzałyNiby tak, ale nie jestem pewien, czy wszyscy tak łatwo zrozumie- mi o 30 lat Merkel i Tuskiem i napisem „przepraszamy, że nic nie
liby np. szyderę, jaką uprawiają Yes-Meni, amerykańscy aktywiści zrobiliśmy z globalnym ociepleniem”. Ale chyba wszyscy twórcy
uprawiający prowokacje kulturowe, tzw. culture jamming. Uda- tych nurtów poszukują obecnie nowych obszarów do twórczości.
ją ważnych prezesów, decydentów czy rzeczników prasowych Czegoś, czego jeszcze nie było.
korporacji lub rządowych instytucji. Zakładają fałszywe strony
w Internecie – na wzór tych, które obierają za cel parodii. Przyj- Mówi się, że każdy projekt biznesowy czy polityczny można
położyć satyrą. W pewnym sensie taka antyreklama czy Antygencja to groźna broń. Na ile was już wyceniają?
Nie wiem (śmiech). Zajmuję się zawodowo marketingiem. Z początku chciałem wyszydzić tę sferę i tyle. Ale kilka naszych akcji
pokazało mi, że ironia może stać się niebezpieczna, jeśli znajdzie
się zbyt blisko problemów współczesnego everymana. I bliżej mi
teraz nawet do moralizatora niż ironisty. Sprawy chyba zaszły
już za daleko.
Marek Tobolewski
Dbam o higienę informacyjną. Od pięciu lat
nie mam ani telewizora, ani poczucia, że przez
to coś ważnego mnie omija. Radia słucham
w drodze do i z pracy – zazwyczaj Trójki,
a podczas bloków reklamowych przełączam
na losowo wybraną stację. Szczególnie często
trafiam na Radio Maryja. W sieci – prócz informacji – czytam serwisy branżowe. Z polskich: „Marketing przy Kawie”, „F5” i „Antyweb”, z zagranicznych: „Marketing Week”.
Regularnie odwiedzam The Yes Lab, Adbusters
i JoeLaPompe.net – nabierając dystansu do reklam i do dystansu do reklam. Z polskiej prasy papierowej wciąż znoszę „Politykę”, w sieci
śledzę „The Guardian” i „The Nation”. Pisuję
rozmawiał: Rafał Romanowski
na Antygencja.pl, „Le Monde Diplomatique”
i w „Marketingu przy Kawie”. Z wiekiem coraz
mocniej inspiruje mnie kontakt z żywymi ludźmi – nie zapośredniczony przez media i tzw.
nowe media. W ostatnich latach regularnie podejmuję „cyfrowy detoks”, raz po raz znikając
na jakiś czas z Facebooka itp. Na razie bezskutecznie, ale kiedyś wreszcie wyrzucę smartfona.
Po godzinach tańczę tango – tego się nie da
zrobić w sieci.
6
temat numeru
www.whatsupmagazine.pl
Nie taki HR
straszny
Dział HR to najczęściej pierwszy i ostatni dział, z którym
mamy do czynienia podczas pracy w dużej firmie. Kiedyś
nazywany po prostu działem kadr, wraz ze sprowadzeniem się na polski grunt międzynarodowych korporacji
zyskał nową nazwę – Human Resources – ale także nowe
funkcje i zadania.
O tym, że najcenniejszym zasobem firmy są jej pracownicy, nie
trzeba już nikogo przekonywać. Prezesi największych firm uznają
zarządzanie kapitałem ludzkim za czołowe wyzwanie. Nie idzie
to jednak w parze z przyznaniem działowi HR istotnej funkcji
w działalności firmy. Z takim podejściem nie zgadzają się autorzy tekstu „Najpierw ludzie, potem strategia” opublikowanego
we wrześniowym numerze polskiego wydania „Harvard Business
Review”. Przypominają, że szybka kariera i wzrost wagi działów
finansowych w firmach to kwestia ostatnich trzech dziesięcioleci. Czas na to, by prezesi uczynili osoby zarządzające działami
HR ważnych partnerów w podejmowaniu strategicznych decyzji
o przyszłości firmy. – Zmiany te istotnie wpłyną na ścieżki kariery
menedżerów wyższego szczebla w pionie HR i innych liderów
w całej organizacji. Przyniosą również korzyści firmie, która dzięki
nowym zasadom będzie zarządzała nie tylko zasobami finansowymi, ale także ludzkimi” czytamy w „HBR”.
Współpraca między działami HR i finansowym mogłaby doprowadzić do zmiany kryteriów, od których zależą płace i premie finansowe. Nie zawsze wynik pracy jest mierzalny pod postacią wyniku
finansowego. Istotna jest funkcja pracownika pełniona w danym
zespole. Ktoś może być cenny nie ze względu na sztywne wyniki,
a dlatego, że buduje właściwe relacje w zespole, inspiruje jego
członków i motywuje do działania. Dyrektor personalny powinien
też móc szybko zdiagnozować kłopoty firmy – w końcu gros problemów ma źródło właśnie w niedomaganiach kadry.
Raj w Netflixie
W niektórych firmach część obowiązków działu HR (czynności
stricte kadrowe) podlega działom finansów. Zadaniem HR jest
coaching i właściwe sterowanie talentami pracowników. Ciekawy
jest przykład Netflixa, firmy zatrudniającej obecnie około 2500
osób, która w 1997 roku była jeszcze startupowym niemowlakiem. Każdy z pracowników miał przyznaną liczbę wolnych dni
do wykorzystnia. Nie było jednak żadnej struktury, która pilnowała zgłaszania nieobecności, system działał na podstawie
niewypowiedzianego kodeksu honorowego. Gdy firma wchodziła
na giełdę, podniosła się panika. Nie poddał się jej Reed Hastings,
założyciel platformy. Zadał proste pytanie: czy prawo zmusza nas
do sztywnego rozliczania dni wolnych? Gdy okazało się, że nie,
szefowie firmy zdecydowali, że unikają zbytecznej biurokracji,
a kwestię przyznawania urlopów pozostawiają w gestii bezpośrednich przełożonych członków poszczególnych zespołów.
Ten krok położył podwaliny pod coś, co obecnie analizowane
jest przez specjalistów HR: oparcie relacji w firmie na zdrowym
rozsądku i traktowanie pracowników jak dorosłych, odpowie-
dzialnych ludzi. – Odkryliśmy, że jeżeli w otwarty sposób powiesz
o swoich oczekiwaniach: o tym, że pracownicy będą działać odpowiedzialnie i zgodnie z najlepszym interesem firmy, większość
z będzie w ten sposób funkcjonować – komentowała decyzję
firmy Patty McCord, ówczesna Chief Talent Officer w Netflixie.
To jednak realia firm, które rozwijając się, świadomie poszły inną
drogą niż firmy od lat funkcjonujące na rynku. W tych ostatnich
biurokracja rosła powoli i tak naprawdę miała chronić pracodawcę, ale i dawać poczucie przewidywalności pracownikowi. Nowe
podejście do funkcji działów HR pokazuje, że powinny one pójść
o krok dalej: w stronę przewidywania potrzeb pracowników.
Jak to wygląda na naszym podwórku? Polski rynek pracy zmienia
się bardzo dynamicznie. Inni są kandydaci szukający pracy, inne
są firmy. Tych pierwszych coraz trudniej znaleźć, a na dodatek
mają oni zupełnie inne ambicje i spojrzenie na świata niż ich
odpowiednicy, choćby sprzed dekady. Na początku XXI wieku
i przez kilka następnych lat dominowali ludzie, którzy w podaniach o pracę i w CV swoje umiejętności określali za pomocą
dziesiątek epitetów. Ludzie ci, przekonani o swej wyjątkowości
i dość roszczeniowo nastawieni do świata, nie byli jednak realnie
przygotowani do pracy. Chcieli zarazem pracy niezobowiązującej
i wysokich pensji. Dla pracodawców przekucie ich w wartościowych pracowników było wyzwaniem.
Styczeń 2016
Inne oczekiwania
Czy dziś jest łatwiej? Niekoniecznie. Z raportu „Youth Speak
2015” firmy doradczej PricewaterhouseCoopers i organizacji studenckiej AIESEC (sondażom poddano 42 tys. osób z przedziału
wiekowego 18–25 lat z ponad 100 krajów) wynika, że młodzi ludzie
są pragmatyczni, a większość z nich na własną rękę podnosi swoje
kompetencje po godzinach pracy, na różnego rodzaju kursach
i szkoleniach. Świetnie – z punktu widzenia pracodawcy. Tyle,
że za tym nastawieniem idzie też zupełnie nowa etyka pracy.
Wysokość pensji i rozdzielanie życia prywatnego od pracy nie
są na szczycie najważniejszych zalet, jakich młodzi oczekują
od miejsca pracy. Z badań wynika, że w ciągu pierwszych pięciu
lat kariery oddzielanie pracy o prywatności ma znaczenie tylko
dla ok. 10 proc. badanych. Wysokość pensji jest decydująca zaledwie dla 4 proc. z nich.
Coraz więcej młodych chciałoby za to robić międzynarodową karierę. Tylko różnorodne doświadczenia zebrane na całym świecie
doprowadzą w ich mniemaniu do rozpoczęcia prawdziwej kariery
zawodowej. Z punktu widzenia pracodawców to skomplikowane
oczekiwania. Nie wystarczy już kusić pensją. Kiedy to działało,
na rynku pracy zwyciężali najbogatsi. Dla najlepszych pracowników firmy potrafiły znaleźć mieszkanie, dom, szkołę dla dzieci
i pracę w innej firmie dla partnera. Samochód służbowy był czymś
oczywistym. Wielkość przelewów nie wystarczała, trzeba więc
było zadbać o pracowników odpowiednim zapleczem socjalnym.
Teraz pieniądze i korzyści socjalne to nie wszystko. Na pierwszym
miejscu jest przewidywalność kariery, jasna ścieżka rozwoju.
A także odpowiednie otoczenie w pracy. Niektóre firmy, widząc
to, próbują kontynuować rozszerzanie tych opcji – są gotowe
stawiać np. na oferty dla rodziców, oferując choćby firmowe
przedszkola, dodatkowe urlopy, albo zwiększenie możliwości
pracy z domu.
temat numeru
7
i integrację. Priorytetem dla działu HR jest również rozwój talentów, ścieżki karier oraz styl przywództwa. Nie bez kozery Akamai
jest przecież laureatem nagrody Great Place to Work 2015.
Największą bolączką działów HR w krakowskich firmach jest
nieustanna rekrutacja. I dotyczy to nie tylko centrów usług wspólnych. – Wyzwaniem aktualnym dla nas jest pozyskiwanie talentów – centrum się rozwija, pojawiają się nowe działy, zespoły,
Pracownicy w Polsce czują się też stosunkowo bezpiecznie, a więc
czyli nowe szanse rozwojowe. Dlatego wciąż poszukujemy ludzi
z potencjałem zarówno technicznym, jak i biznesowym – mówi
nie obawiają się zwolnienia, o zmianie pracy myślą w kategoriach
Tomasz Stoma. – Obecnie poszukujemy około 100 specjalistów
rozwoju, a nie katastrofy. Wierzą, że nową pracę znajdą szybz branży IT i inżynierii przemysłowej. Branża IT jest szczególnie
ko. Co ciekawe, jeden na sześciu badanych uważa, że istotne
wymagająca i jednym z naszych wyzwań jest znalezienie odpojest to, co dla społeczeństwa robi jego pracodawca, a co trzeci
jest chętny do doszkalania. Dlatego firmy angażują się w różne
wiednich kandydatów, jak i nieustanny rozwój i promowanie
akcje społeczne, wolontariaty pracownicze, zbiórki darów dla
naszych pracowników – wtóruje mu Marta Marczykowska z Sii.
potrzebujących czy świąteczne paczNajczęściej jednak sprawy mają się
inaczej. – Z mojego doświadczenia
ki. Korporacje sponsorują też własne
Nowe podejście: działy
drużyny maratończyków, kolarzy czy
wynika, że z działem HR ma się do czypiłkarzy. Dbają o sortowanie odpadów
nienia tylko na etapie rekrutacji, wręHR powinny pójść
w miejscu pracy, pilnują, by zamawiaczania zwolnień lekarskich i wniosków
o
krok
dalej.
W
stronę
ne produkty powstawały w zakładach
urlopowych – mówi Izabela Nasalska,
szanujących prawa człowieka. W ten
przewidywania potrzeb która pracowała już w kilku krakowsposób nie tyle zdobywa się nowych
skich korporacjach. – Osoby z działu
pracowników
pracowników, ale zyskuje lojalność
HR zajmują się promocją firmy na tari zaangażowanie już zatrudnionych.
gach pracy, wydobywaniem CV od ich
A tacy są najbardziej efektywni, co przekłada się na większe
bywalców oraz sprawdzaniem, czy dana osoba odpowiada kulturze korporacyjnej panującej w danej firmie i do jakiego działu
zyski przedsiębiorstwa.
ewentualnie pasuje kandydat. Podczas rozmowy kwalifikacyjnej
padają ciągle te same pytania: o umiejętność radzenia sobie
Wieczna rekrutacja
ze stresem, o to, które sytuacje ten stres wywołują – mówi Iza.
Lojalny pracownik buduje też dobry wizerunek swego pracodawMoże brak HR-owych fajerwerków, dbałości o pracownika, to pocy i poleca go innym. Rozumie to coraz więcej krakowskich korchodna charakteru krakowskich firm? Wiele z nich skupiona jest
poracji. – Dział Rekrutacji i HR odpowiada za rekrutację pracowna outsourcingu. – Tu rotacja pracowników jest ogromna, w wielu
ników, wsparcie naszych inżynierów w bieżących kwestiach. Orfirmach nikt nie skupia się na tym, by dbać o rozwój pracowników
ganizujemy i wspieramy przełożonych przy prowadzaniu rozmów
wewnątrz firmy, bo jest on czasem wręcz niemożliwy – zastanaokresowych, organizujemy spotkania integracyjne, szkolenia dla
wia się Iza. Wiele osób, z poczucia braku możliwości sensownego
pracowników – tłumaczy Marta Marczykowska, Recruitment and
awansu i rozwoju, średnio raz na rok wraz z miejscem pracy
HR Manager w Sii. – Ponadto odpowiadamy za PR i EB (Employer
zmienia choćby kolor dywanu.
Branding). Staramy się również wspierać wszystkie inicjatywy
Magda Wójcik
naszych pracowników oraz ich pasje – dodaje. Poza standardowe
działania kadrowe i rekrutacyjne wychodzi też dział HR w Akamai.
– Obok nich zajmujemy się kreowaniem atmosfery pracy opartej
na relacjach, współpracy i pozytywnych odczuciach – wyjaśnia
Tomasz Stoma, Senior HR Manager w Akamai. – Odpowiadamy
za komunikację oraz kalendarz wydarzeń pracowniczych, takich
jak wydarzenia związane z budowaniem kultury innowacji, CSR
Fotofelieton
fot. Piotr Banasik
środa | godz. 16:40
Już po raz ósmy pracownicy Capgemini stanęli na
scenie. Tym razem opowiadając „historię pewnego
przedmiotu”, który szuka
własnej tożsamości pośród
rzeczy codziennego użytku.
Tajemniczy „Coś” w otoczeniu Portfela, Łyżki, Tableta
czy Wyroczni wzbudził
aplauz gości. Na widowni
krakowskiego MOS zagrano cztery spektakle.
8
HR
www.whatsupmagazine.pl
hr pod lupą testu
Realne vs.
wirtualne
Nikogo nie dziwi, że przy sąsiednim biurku siedzi Kanadyjczyk,
Hindus lub Duńczyk. Czasami
pozostają oni jednak w swoich
krajach i choć pracują w biurach
oddalonych o setki lub tysiące
kilometrów, tworzą jeden wielokulturowy zespół z Kasią lub
Piotrkiem z Krakowa.
Kilkanaście lat temu wyglądało to tak: gdzieś w krakowskim biurze, najczęściej w jednym pokoju, od poniedziałku do piątku spotykała się grupa osób skupiona wokół pracy nad wspólnym projektem. Wszyscy wiedzieli, że Beata ma dzisiaj urodziny, Tomkowi
właśnie urodziło się dziecko a Maciek wcale nie jest mrukiem,
po prostu czasami do tego stopnia skupia się na pracy, że nie
zauważa niczego poza nią. Teraz już nie jest to takie oczywiste.
Dynamiczny rozwój centrów biznesowych i postępująca globalizacja sprawiły, że bez większego problemu możemy prowadzić
rozmowy w czasie rzeczywistym z kimś, kto znajduje się na drugim końcu świata. Dlatego praca w zespołach wirtualnych stała
się codziennością, a ich członkowie, choć pracują nad wspólnym
projektem, robią to w biurach znajdujących się w różnych zakątkach globu.
– Tworzenie takich zespołów daje pracodawcom o globalnym
zasięgu możliwość wyboru do realizacji projektów talentów
z dowolnej części świata, co zasadniczo może przyczynić się
do sukcesu realizacji danego zadania. W pracy nad konkretnymi
projektami ważna jest także często znajomość lokalnego kontekstu, co powoduje, że w jednym zespole znajdują się osoby z często
bardzo odległych od siebie miejsc i stref czasowych – wyjaśnia
Agata Broś z Advisory Group TEST Human Resources.
Bitspiration
for Charity
Na tydzień przed świętami polska scena
startupowa spotkała się w Warszawie, Krakowie, Poznaniu i Gdańsku, by wspólnie
pomóc dzieciom walczącym o życie w szpitalach onkologicznych.
16 grudnia w czterech polskich miastach spotkali się starupowcy, przedsiębiorcy, inwestorzy, dziennikarze i entuzjaści nowych mediów.
Po co? Aby zarażać się twórczym entuzjazmem
i połączyć ideę edukacji ze wsparciem polskich
szpitali i centrów onkologicznych.
Podczas Bitspiration for Charity odbyły się serie
warsztatów i spotkań z ekspertami, w czasie
których zostały poruszone m.in. kwestie budo-
mniej nowego członka zespołu z liderem, które wdroży go w nowe
środowisko i panującą w nim kulturę pracy. Innym powodem
do spotkań są kolejne „kamienie milowe projektu”, czyli przełomowe momenty w pracy – tłumaczy Broś.
Choć praca w międzynarodowym i wielokulturowym zespole
pozwala na znalezienie efektywnych rozwiązań, których wypracowanie w bardziej jednorodnym środowisku często nie byłoby
możliwe, pod wieloma względami bywa znacznie trudniejsza.
Wirtualna praca ma swoich „killerów” i to wcale nie dwóch
a co najmniej pięciu.
Żelazna dyscyplina
Przed takim zespołem stoi jednak cała masa wyzwań, począwszy od organizacji pracy i motywowania pracowników, poprzez
budowanie odpowiednich relacji, na niezasypianiu podczas telekonferencji skończywszy. Kto odnajdzie się w takiej pracy?
– Zarówno badania, jak i nasze codzienne obserwacje wskazują
na to, że w wirtualnych zespołach najlepiej sprawdzają się osoby
o bardzo dobrych umiejętnościach komunikacyjnych i wysokiej
inteligencji emocjonalnej, a także te, które są zdyscyplinowane
i potrafią samodzielnie pracować – odpowiada Agata.
Ważna jest także wielkość tego typu zespołów. Aby komunikacja
była sprawna, a przepływ informacji efektywny, zadania w takim projekcie powinny być przeznaczone dla maksymalnie 10
osób. Konieczne jest też jasne zdefiniowanie ról i ustalenie, kto
za co odpowiada.
Zarządzanie wirtualnym, zwłaszcza międzykulturowym zespołem, to także ogromne wyzwanie dla lidera. Na jego barkach
spoczywa odpowiedzialność za to, by praca przebiegała sprawnie pomimo różnic. Czym powinien się cechować? – Świetnymi
umiejętnościami komunikacyjnymi oraz bardzo dobrymi umiejętnościami planowania i organizacji pracy. Konieczna jest również
umiejętność jasnego definiowania zadań, wskazywania celów
oraz wspierania pracowników w ich realizacji. Niezwykle ważna
jest również otwartość oraz umiejętność budowania zaufania,
co jest szczególnie istotne w zespołach międzykulturowych –
wylicza Agata Broś, która zajmuje się prowadzeniem szkoleń
dotyczących pracy w wirtualnych zespołach.
Pięciu zabójców
Pierwszym z nich jest brak kontaktu face-to-face między członkami zespołu. Podczas codziennych spotkań komunikacja niewerbalna – gesty, mimika czy ton głosu – są równie ważne, jeśli nie
ważniejsze, co wypowiadane przez nas słowa. Jej brak powoduje
trudności w budowaniu relacji i zaufania, co naprowadza nas
na drugiego „killera”, jakim jest brak ducha zespołu. Kolejnym
jest brak codziennej integracji z zespołem: spotkań na korytarzu,
wspólnej kawy w przerwie, przyjaznego uśmiechu na dzień dobry.
Czwartym „killerem” jest mniejsze zaangażowanie w pracę wynikające z tego, że tak właściwie nie wiemy, z kim pracujemy,
zupełnie nie znamy tych osób. Łatwiej jest identyfikować się
z zespołem, gdy podpisujemy się na urodzinowej kartce dla koleżanki, a po pracy czasami spotykamy się pilatesie lub zumbie. Gdy
prawie nie widujesz swoich współpracowników, zaangażowanie
spada, bo czasem trudno uwierzyć, że tam, po drugiej stronie
komunikatora, też znajduje się człowiek.
A gdy już uwierzymy w to, że w naszym zespole wcale nie pracują
internetowe boty, tylko ludzie z krwi i kości, którzy wypełniają
swoje obowiązki gdzieś w Bangalore, Dublinie lub Houston, może
zaatakować nas piąty „killer” – stereotypy i uprzedzenia kulturowe. Bo przecież gdyby na firmowym spotkaniu pojawiło się
indyjskie curry lub słynny amerykański indyk, jakoś łatwiej byłoby
się pozbyć uprzedzeń. Ale nie pojawi się. Chyba, że poprosimy
kolegę o przepis i sami znikniemy w kuchni na kilka godzin.
Zasady komunikacji
Bez rozwoju technologii takie projekty nie byłby możliwe. Każda
organizacja ma swoje preferencje dotyczące sposobu komunikacji. Jedni wolą maile i wideokonferencje, inni firmowe komunikatory i fora dyskusyjne. I choć wszystko zależy od specyfiki
danej firmy, ważne jest, by już na początku ustalić jasne zasady
dotyczące metod komunikacji.
– Trzeba też właściwie ustalać „touchpointy”, czyli momenty,
w których dochodzi do realnych spotkań zespołu. Ważny jest
tzw. kick-off meeting, czyli spotkanie inaugurujące dany projekt.
Również wtedy, gdy zespół pracuje już od jakiegoś czasu, a dołącza do niego nowy pracownik, powinno odbyć się spotkanie
wszystkich osób zaangażowanych w ten projekt albo przynaj-
wania globalnej firmy krok po kroku, podnoszenia jej efektywności oraz life balance. Spotkanie było też doskonałą okazją do networkingu.
A ten możliwy był nie tylko podczas edukacyjnej części wydarzenia, ale też na kończącym
je #omgkrk X-Massive Party w klubie Forum
Przestrzenie.
Bitspiration for Charity to ewenement na skalę
europejską i pierwsze startupowe spotkanie
charytatywne na Starym Kontynencie. O poziom merytoryczny oraz organizację jednodnio-
wych wykładów i warsztatów zadbała PROIDEA
– organizator znanego w środowisku Festiwalu
Bitspiration. Całkowity dochód ze sprzedaży
biletów na to wydarzenie zostanie przekazany
na zaspokojenie potrzeb najmłodszych pacjentów szpitali onkologicznych w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Gdańsku.
Karolina Kociołek
Agata Broś – Senior Project Manager &
Development Coordinator z Advisory Group
TEST Human Resources
Jesteśmy ciekawi Waszych sposobów radzenia sobie z „killerami” wirtualnej pracy – podzielcie
się swoimi pomysłami i dobrymi
praktykami. Czekamy na Wasze
odpowiedzi. Najlepsze pomysły
zostaną opublikowane. Maile ślijcie na adres: [email protected]
reklama
10
przedstawiamy
www.whatsupmagazine.pl
miejsc
wielkie wyzwania
czy telekomunikacji, zatrudnia także księgowych i analityków
finansowych, specjalistów GIS, planistów, ekonomistów. Nie brakuje tu też miejsca dla specjalistów IT i zamówień oraz grafików
komputerowych.
Wyobraź sobie miasto, które jest całkowicie samowystarczalne
i ekologiczne. Twój komputer czy suszarka do włosów zasilana
jest wyłącznie z odnawialnych źródeł: słońca lub wiatru. Ciepła
woda, która płynie każdego dnia z twojego prysznica, pochodzi
z wód geotermalnych. Po mieście wożą cię taksówki bez kierowcy,
a cały ruch odbywa się wyłącznie pod ziemią. Na powierzchni
nie ma dróg czy ulic, są za to zielone place i skwery. Ekologiczne
miasto, miasto przyszłości, Masdar City. Takie właśnie miasto
powstało zupełnie od zera na środku pustyni w Zjednoczonych
Emiratach Arabskich. Projekt tej skali nie mógł się udać bez
współpracy wielu firm, a jedną z nich była CH2M, obecna przy
realizacji od 2007 roku.
Siła jest w ludziach
Na całym świecie firma zatrudnia już ponad 26 tysięcy pracowników, z których w Polsce było do tej pory około 300 w pięciu
biurach na terenie Polski. Ta liczba jednak z dnia na dzień rośnie,
bo firma planuje w samym Krakowie do 2017 roku zatrudnić co
najmniej 800 dodatkowych osób. Wszystko za sprawą planu
stworzenia tu Globalnego Centrum Inżynieryjnego oraz Centrum
Usług Wspólnych.
CH2M to światowy lider w zakresie usług doradczych, projektowych, zarządzania programami inwestycyjnymi oraz realizacji
inwestycji. Opracowuje projekty koncepcyjne, budowlane i wykonawcze, przygotowuje analizy, strategie rozwoju czy dokumentacje techniczne, uzyskuje decyzje administracyjne, nadzoruje budowy i nimi zarządza. Jednym słowem – inwestycją może zająć się
kompleksowo. Aby to zrobić, potrzebuje najlepszych specjalistów
z różnych dziedzin, dlatego też oprócz inżynierów budownictwa
lądowego, architektów, hydrotechników, inżynierów ze specjalizacją elektryczną, mechaniczną, technologii przemysłowej, SRK
Wielkie inwestycje, wielkie wyzwania
CH2M realizuje międzynarodowe inwestycje, łącząc zespoły projektowe zlokalizowane w wielu zakątkach świata. CH2M obecna
jest zarówno przy budowie obiektów przemysłowych i infrastruktury transportowej, jak i inwestycjach związanych z gospodarką wodną czy energetyką jądrową. Bierze udział w projektach
z zakresu mostów i tuneli, portów morskich i lotnisk, obiektów
przemysłowych i laboratoriów, unikalnych centrów B+R czy serwerowni, kompleksowego planowania całych miast, ich elementów, jak i rewitalizacji terenów zdegradowanych.
Wystarczy przypomnieć sobie przygotowania do Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku. Miasteczko olimpijskie zostało
utworzone na zniszczonych, poprzemysłowych terenach. Wyburzono 200 starych budynków, a zamiast tego, wykorzystując 98
proc. pozostałych odpadów, zbudowano 32 nowe obiekty, 100
hektarów przestrzeni publicznej i 30 mostów. To właśnie CH2M,
wraz z partnerami konsorcjum CLM, odpowiadało za projekt
i budowę Queen Elizabeth Olympic Park.
To oni stali również za rewitalizacją terenów „The Works” w walijskiej Ebbw Vale. Dzięki temu projektowi na ruinach byłych
zakładów produkcji stali powstaje miasto na miarę XXI wieku: z 2
tysiącami nowych miejsc pracy, infrastrukturą kolejową, szkołami
i opieką medyczną.
fot. materiały prasowe
Miasteczko Olimpijskie w Londynie, modernizacja Kanału Panamskiego, projekt inteligentnych autostrad – to tylko niektóre
wielomilionowe inwestycje, za którymi stoi międzynarodowa firma CH2M. A właściwie jej pracownicy: architekci, inżynierowie,
księgowi, specjaliści IT, realizujący na świecie projekty, o jakich
wielu się jeszcze nie śniło. Teraz mogą robić to także z Krakowa,
bo CH2M nad Wisłą szykuje 800 nowych miejsc pracy.
przedstawiamy
Styczeń 2016
Dzieje się tutaj
Mimo że zagraniczne projekty są niezwykle imponujące, nie należy zapominać, że również w Polsce firma obecna jest przy dużych
inwestycjach. Pracownicy CH2M wraz partnerami w konsorcjum
projektowali i nadzorowali modernizację Wrocławskiego Węzła
Wodnego, który jest kluczową inwestycją w ochronie przeciwpowodziowej dorzecza Odry. Są też zaangażowani – jako inżynierowie kontraktu – w budowę drugiego nabrzeża w głębokowodnym
terminalu kontenerowym DCT Gdańsk oraz w modernizację linii
kolejowej E65, dzięki czemu na odcinku 550 km pociągi będą
mogły jeździć szybciej, sprawniej i bezpieczniej.
Globalne Centrum Inżynieryjne (GCI), które powstaje w Krakowie, będzie pierwszym tego typu i na taką skalę przedsięwzięciem
firmy na świecie. Zatrudniając w sumie ponad 1200 osób w GCI
i SSC, biuro w Krakowie będzie drugą co do wielkości placówką
CH2M na świecie. Z kolei prężnie rozwijające się Centrum Usług
Wspólnych świadczy zintegrowane usługi w zakresie obsługi bieżących operacji firmy oraz realizacji i zarządzania inwestycjami.
Jednym z najliczniejszych działów w krakowskim Centrum Usług
Wspólnych jest dział księgowości projektowej. Jego pracownicy
wspierają kierowników projektów w codziennej realizacji zadań
w wielu obszarach, m.in. w raportowaniu postępów w projekcie.
Weryfikują budżety pod kątem ich zgodności z warunkami kontraktowymi oraz monitorują terminowość rozliczeń. Czuwają nad
prawidłowym rozpoznaniem przychodu, a także analizują spójność
i poprawność wszelkich danych niezbędnych do fakturowania.
Wspierają swoją wiedzą i doświadczeniem menedżerów przy tworzeniu struktury zadań projektu, która zapewni sprawną kontrolę
kosztów, jak i rozliczeń z klientem. Ten dział rozwija się najprężniej
i to tutaj CH2M poszukuje największej liczby pracowników.
Wielkie wyzwania wymagają wielkich nakładów pracy, ale każdemu
należą się też chwile odpoczynku i rozwoju osobistego. Dlatego
właśnie CH2M organizuje dla swoich pracowników m.in. tygodnie
zdrowia, gdy pod okiem trenera uczą się zasad zbilansowanej diety,
technik ćwiczeń, a także sposobów na zrelaksowanie.
Odprężeni pracownicy chętnie włączają się w społeczne i charytatywne akcje firmy, takie jak sprzątanie świata czy pisanie inżynierskich bajek dla dzieci, które pomogą maluchom oswoić się z tym
zawodem. A jest o czym opowiadać, bo świat pracownika CH2M to
świat bardzo różnorodny, obejmujący zarówno skrupulatną stacjonarną pracę, jak i dalekie, zagraniczne podróże do osób pracujących
w międzynarodowych zespołach projektowych.
Dagmara Marcinek
fot. materiały prasowe
Dzięki CH2M podróżowanie staje się bezpieczniejsze i łatwiejsze.
Rozbudowa i modernizacja połączeń kolejowych Crossrail w Londynie, koleje dużych prędkości w Londynie czy Arabii Saudyjskiej,
most Golden Ears w Kanadzie czy zarządzanie siecią dróg i autostrad w Wielkiej Brytanii to tylko niektóre z inwestycji związanych
z infrastrukturą transportową, które zostały zrealizowane bądź
są w trakcie realizacji. W wiele z nich zaangażowani są polscy
pracownicy, którzy mają dzięki temu możliwość nabywania unikalnego doświadczenia.
11
Marzysz o międzynarodowej
karierze?
fot. materiały prasowe
Sprawdź dostępne oferty
pracy na ch2m.pl/kariera
Śniadanie mistrzów
Ubić interes przy porannej kawie? Brzmi dosyć ciekawie. Wszyscy skuszeni tą niezwykłą
wizją powinni udać się na spotkanie organizowane przez BNI (Business Network International), które daje okazję do wymiany kontaktów biznesowych przy wspólnym śniadaniu.
Givers Gain (dający dostaje) to myśl przewodnia
działania BNI. Podczas cotygodniowych spotkań
członkowie grupy przekazują sobie rekomendacje i kontakty. Pozwala to stworzyć złożone
relacje biznesowe łączące kilka branż, choć najwięcej „poleceń” przekazują sobie z reguły firmy
działające w obrębie tej samej dziedziny. Jak
działa to w praktyce? Przykładowo, Pan Stefan
ma biuro architektoniczne i projektuje dom dla
swojego klienta. Jednocześnie wie, że będzie on
potrzebował również firmy budowlanej, dostawcy okien i drzwi, fachowca od ogrzewania itd.,
aby wybudować swój wymarzony dom. W jego
grupie BNI są przedsiębiorcy oferujące te usługi.
Pan Stefan rekomenduje więc swojemu klientowi, aby to właśnie z ich usług skorzystał. Brzmi
banalnie? Być może, ale w praktyce przekłada
się na istotne zyski dla firm.
Znalezienie się w odpowiedniej grupie zapewnia ciągły przypływ klientów „z polecenia”.
Wszystko zależy od tego, jaką sieć kontaktów
wyrobi sobie każdy nowy członek organizacji.
Podczas spotkań BNI ich uczestnicy opowiadają
o swojej działalności w trakcie 60-sekundowych
autoprezentacji. O pomoc w ich dopracowaniu
można poprosić przedstawiciela BNI Polska.
organizacja
BNI
została założona w 1985
roku przez Ivana Misnera.
Swój sukces BNI zawdzięcza
aktywności ponad 180 000
członków z ponad 65 krajów
Warto zaznaczyć, że w danej grupie może być
tylko jeden przedstawiciel danej branży, co
gwarantuje wyłączność na rekomendacje w naszej dziedzinie.
Aby dołączyć do organizacji, należy przejść wieloetapową weryfikację. Jak na razie w Polsce z propozycji BNI zdecydowało się skorzystać ponad
1000 przedsiębiorców. W Krakowie jest kilkanaście grup i ciągle powstają nowe. Każda z nich ma
swoje własne miejsce i termin spotkania.
Wszystkie informacje na temat organizacji i zasad przyjmowania nowych członków można
znaleźć na stronie: www.bnipolska.pl.
Wojciech Antonik
12
przedstawiamy
www.whatsupmagazine.pl
7 milionów przetłumaczonych słów w 14 kombinacjach językowych. 155 tłumaczy w 12 krajach, którzy zarobili już w sumie
ponad 700 tysięcy złotych. Każdy z nich pracuje, kiedy chce
i skąd chce, a mimo to klient na podjęcie zlecenia przez tłumacza czeka średnio zaledwie 4 minuty i 33 sekundy.
Ile razy potrzebowałeś szybkiego przekładu tekstu w innym języku, ale najpierw traciłeś godziny na obdzwanianiu tzw. tłumaczy
24h z wyszukiwarki Google? Ile razy twój stały wykonawca, obłożony zleceniami, nie miał akurat czasu? Na te i inne problemy
trafili twórcy TurboTłumaczeń, gdy zakładając swój wcześniejszy
startup zauważyli, że pisanie po angielsku zajmuje im trzy razy
więcej czasu niż w języku polskim. Szukali profesjonalistów, którzy będą reagować szybko i sprawnie. Nie znaleźli takiego rozwiązania, więc stworzyli własne – prosty system do błyskawicznego
zlecania tłumaczeń freelancerom przez Internet.
– Szybko okazało się, że znajome firmy mają podobne potrzeby
i takie narzędzie ma potencjał na bycie czymś więcej niż wewnętrznym projektem. Wtedy chłopaki (Michał Opydo i Paweł
Nowak, twórcy PressPad – przyp. red.) postanowili zrobić z tego
startup i przekazać go trójce ludzi, którzy zadbają o rozwój tegoż
projektu – mówi Anna Ryś, „rządząca” teraz firmą wraz z Robertem Siemińskim i Grzegorzem Miklaszewskim.
Serwis trafił niewątpliwie we właściwe ręce, bo w 2014 roku został
uznany przez Aulę Polską za jeden z trzech najbardziej obiecujących startupów, zyskując statuetkę Aulera. W firmę zainwestował
także fundusz Innovation Nest, a obecnie zespół przygotowuje
się do finansowania z kolejnego źródła.
Platforma TurboTłumaczenia rozrasta się w turbo tempie. Pozwala
tłumaczyć nie tylko w języku angielskim, ale i niemieckim, francuskim, hiszpańskim, włoskim, rosyjskim oraz czeskim. Wkrótce
do oferty mają dołączyć nowe pary językowe, m.in. języki skandynawskie czy niderlandzki. Firma uruchomiła także oparty na tym
samym systemie serwis TurboKorekty. W przyszłości chce zaistnieć
na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej, a w kolejnych latach
także Europy Zachodniej.
fot. materiały prasowe
TurboTłumaczenia –
TurboStartUp
– Dużo się dzieje i mam nadzieję, że niedługo
TurboTłumaczenia będą pierwszym rozwiązaniem, o jakim ludzie pomyślą, kiedy tylko będą
mieli potrzebę przetłumaczenia czegoś. Ambitny cel, ale myślę, że jak najbardziej osiągalny
– zapowiada CEO firmy.
Nad konkurencyjnymi biurami tłumaczeń
i freelancerami TurboTłumaczenia mają bowiem
tę przewagę, że dostępni są naprawdę przez 24
godziny na dobę, każdego dnia, w weekendy
i święta. Informacja o nowym zleceniu trafia
do wielu tłumaczy jednocześnie, więc zawsze
znajdzie się ktoś, kto gotowy jest natychmiast
rozpocząć pracę nad tekstem. TurboTłumaczenia zapewniają także usługi najwyższej jakości,
wnikliwe sprawdzając swoich pracowników.
– Nasze testy wstępne przechodzi średnio
(w zależności od pary językowej) około 10 proc.
zgłaszających się tłumaczy. Później weryfikuje-
wycena
my ich pracę na bieżąco – najpierw przy
mniejszych, a potem przy większych zleceniach dla klientów – wyjaśnia Ania.
przetłumaczenie
TurboTłumaczenia swoją siedzibę
tego tekstu na
w Krakowie, bo cały zespół spędził
angielski serwis
tu większość życia. Poza tym doceniaTurboTłumaczenia
ją wsparcie krakowskiej społeczności
wycenił na 69,36 zł
startupowej, szczególnie na początku
i 6 godzin pracy
prowadzenia biznesu. Zaznaczają także, że firmy odnoszące tutaj sukcesy
przyciągają do „Smoczej Doliny” kolejnych inwestorów. Dla
Anny jedynym minusem Stolicy Małopolski jest… smog. Ale
ma nadzieję, że i tym zajmie się scena startupowa. Szczególnie,
że w grudniu jej brat zorganizował Smogathon, czyli maraton
programowania mający pomóc w walce z tym zjawiskiem.
Ręka na giełdowym pulsie
Squaber
aplikacja dostarczająca
alerty i powiadomienia giełdowe
Według zestawienia Narodowego Banku Polskiego w drugim
kwartale 2015 roku polskie gospodarstwa domowe ulokowały
w akcjach notowanych na giełdzie spółek 43 miliardy 847 milionów zł. Wiele osób grających na GPW trzyma rękę na pulsie
i wnikliwie analizuje rosnące bądź malejące słupki. Pozostałym
tętno podskakuje dopiero, gdy orientują się, że ich akcje gwałtownie spadają. Ale wtedy często jest już za późno, by wyjść z tego
cało. Squaber to narzędzie przydatne zarówno tym pierwszym,
jak i tym drugim.
Squabera stworzyła czwórka znajomych: Przemysław Zając,
Marcin Tuszkiewicz, Piotr Baron i Wojciech Frycz. – Trójka z nas
studiowała na kierunkach związanych z rynkiem finansowym.
Inwestowaliśmy też swoje pieniądze na rynkach finansowych
i zauważyliśmy, że w Polsce brakuje narzędzi, które mogą w tym
pomóc – mówi Przemysław Zając, CEO w firmie Investio Sp. z o.o.
Narzędzia postanowili więc stworzyć sami, przeznaczając na ten
cel swoje oszczędności. Interaktywną platformę edukacyjną Investio.pl, uczącą zasad funkcjonowania na rynku FOREX, założyli
w 2011 roku, jeszcze podczas studiów. Użytkownicy Investio.pl
mogą korzystać z webinariów, szkoleń czy narzędzi wspomagających i automatyzujących handel, a także dzielić się swoimi
doświadczeniami i pomysłami na transakcje. Serwis okazał się sukcesem (do tej pory zarejestrowało się tam już 10 tys. osób), co zachęciło twórców, by pójść krok dalej. Tym krokiem był Squaber.
W dużym skrócie: Squaber to aplikacja dostarczająca alerty i powiadomienia giełdowe, dzięki czemu nawet „niedzielni” inwestorzy mogą
być na bieżąco z tym, co dzieje się na rynku
finansowym, by móc w odpowiednim momencie reagować na zmiany na GPW. Wystarczy
wybrać spółki ze swojego portfela, a program
sam będzie nas na bieżąco informował, że należy rozważyć kupno lub sprzedaż akcji.
Aplikacja na podstawie specjalnie stworzonych algorytmów mówi o aktualnych trendach,
określa stabilność spółek czy sugeruje, które
w najbliższym czasie mogą okazać się wyjątkowo interesujące. To nie koniec możliwości
Squabera. Do tego dochodzą szczegółowe
analizy, monit mediów, webinaria czy pomoc
indywidualnego opiekuna.
Nad uzupełnianiem programu o kolejne funkcje czuwa obecnie około 20 osób, pracujących
w biurach w Krakowie i Katowicach. Na Śląsku,
ze względu na dobre zaplecze specjalistów
z branży finansowej, tworzone są treści Akademii
Investio, a także opracowywane i testowane algorytmy Squabera. Natomiast biuro w Małopol-
Dagmara Marcinek
sce, gdzie jest większy jest dostęp do pracowników IT, odpowiada
za technologiczną część aplikacji. Kraków jest również miastem,
w którym prężnie rozwijają się startupy, więc to tutaj znajduje się
główna siedziba firmy.
Motywacją do udoskonalania Squabera jest na pewno wsparcie
finansowe od funduszu venture capital Black Diamond Fund,
który zainwestował w firmę 2,1 miliona złotych. Do pracy nad
aplikacją zachęcają także opinie użytkowników, których w serwisie jest już ponad 6 tysięcy.
– Cały czas pracujemy nad zwiększaniem bazy naszych klientów. Ważny jest dla nas feedback, który od nich otrzymujemy.
Dzięki temu możemy ciągle rozwijać naszą aplikację, uzupełniać
ją o istotne funkcje – mówi założyciel Squabera. Na razie firma
koncentruje się nad rozwojem programu w Polsce, ale myśli powoli o wkroczeniu na rynek amerykański. – To jednak zupełnie
inne realia i dużo większy rynek, więc chcemy poczekać z tym,
aż stworzymy produkt w pełni nas i klientów satysfakcjonujący.
Myślenie o podbiciu Stanów Zjednoczonych naszą aplikację
to także konieczność zakupu dostępu do dodatkowych danych
– wyjaśnia Przemysław Zając.
Kto wie, może w przyszłości wszystkie wilki z Wall Street będą
czekać na alerty od Squabera?
Dagmara Marcinek
nieruchomości
Styczeń 2016
Budują
w dobrej
passie
Re:
build
Prawie gotowych jest aż
216 inwestycji
Tłumy klientów szturmowały pod koniec
roku giełdy mieszkaniowe w Krakowie. Powodów jest wiele. Główne z nich to rosnący
rynek nabywców w stolicy Małopolski oraz
nowe trendy, które podsycają pracownicy
sektora zagranicznych korporacji.
Podczas ostatniej Giełdy Domów i Mieszkań,
organizowanej cyklicznie przez krakowskie Stowarzyszenie Budowniczych Domów i Mieszkań,
swobodnie poruszać się nie dało. Przełom roku
i zapowiadane zmiany na rynkach kredytowych
oraz mieszkaniowych spowodowały spore poruszenie wśród klientów – takich tłumów jeszcze
tu nie oglądano.
Po pierwsze. Wzrost zatrudnienia
Jak wynika z badań prowadzonych co roku
przez organizację ASPIRE, zrzeszającą działające na terenie Krakowa firmy sektora SSC/BPO/
/IT, od pięciu lat utrzymuje się stały wzrost
zatrudnienia na średnim poziomie 19 proc.
Wyniki za rok 2015 jeszcze nie spłynęły, jednak
z prognoz przeprowadzonych przez organizację
wynika, że w krakowskich centrach usług zatrudnionych jest już
46 tys. osób. Może się więc okazać, że rzeczywisty wzrost za rok
2015 będzie jeszcze wyższy, niż wynika z szacunków. Prawdopodobnie przekroczy 20 proc. Nowi pracownicy to nowe potrzeby
mieszkaniowe oraz coraz bardziej wyszukane trendy.
Od dłuższego czasu bardziej opłacalne staje się inwestowanie
w nieruchomości niż przetrzymywanie środków w banku. Stopy
zwrotu są bardziej korzystne, więc zainteresowanie klientów rośnie. Również tych dysponujących gotówką. – Choć kredytobiorców przybywa rocznie średnio o 3–4 proc., wzrasta również grupa
klientów kupujących mieszkania za gotówkę. Należą do nich
głównie ci, którzy dostrzegli już nowy trend, charakteryzujący dotąd wyłącznie zachodnioeuropejskie rynki mieszkaniowe. Chodzi
o wzrastającą liczbę młodych, dynamicznych pracowników korporacji, których cechuje duża mobilność. Dziś pracują w Krakowie,
ale w każdej chwili firma może złożyć im ofertę przeniesienia
się np. do Londynu – podkreśla Konrad Mitręga z krakowskiego
oddziału Private Brokers.
W Polsce, podobnie jak w całej Europie Środkowo-Wschodniej,
nadal około 80–90 proc. mieszkań i domów to nieruchomości
własnościowe, jednak w Europie Zachodniej jest to zaledwie
40–50 proc. Powoli, ale konsekwentnie zmienia się to również
w Polsce, a najwyraźniej widać to w Krakowie. Zdecydowanie
wyróżnia to nasz rynek na tle pozostałych centrów regionalnych
w kraju. Dostrzegają to również działający w stolicy Małopolski deweloperzy. Budowlane dźwigi zobaczyć można obecnie
we wszystkich dzielnicach. W ofercie jest już 10 tys. mieszkań,
z czego 4,5 tys. jest do wzięcia od zaraz. Średnie ceny ofertowe nie
13
zmieniły się od początku 2015 roku i utrzymują się na poziomie 6
tys. zł. – Marże deweloperów są na poziomie stabilnych rynków
europejskich – wyjaśnia Piotr Krochmal, prezes Instytutu Analiz
Monitor Rynku Nieruchomości.
W ofercie są inwestycje niegotowe, których w całym mieście
realizowanych jest obecnie 216. Zasady bezpieczeństwa wprowadzone na rynku przywróciły już zaufanie klientów, którzy chętnie
rezerwują niewybudowane jeszcze mieszkania. – Zmieniły się
uwarunkowania, zdecydowana większość inwestycji ma już rachunek powierniczy zabezpieczający klientów przed utratą pieniędzy w razie problemów dewelopera. To również przybliża nas
do ugruntowanych rynków europejskich – podkreśla Krochmal.
Po drugie. Zmiany w kredytach hipotecznych.
Istotny wpływ na nastroje klientów mają warunki przyznawania
kredytów hipotecznych. Zgodnie z tzw. Rekomendacją S Komisji
Nadzoru Finansowego, od początku 2014 roku obowiązkowy
wkład własny rośnie co roku o 5 proc. Od 1 stycznia 2016 wynosi
on 15 proc. Jego „tycie” zatrzyma się dopiero w przyszłym roku
po osiągnięciu 20 proc. „obwodu w pasie”. – Po raz pierwszy
od czasu wprowadzenia nowej Rekomendacji S odczujemy efekty
wymaganego wkładu własnego. 15 proc. to już o 5 proc. więcej niż
standardowo wymagany przez banki wkład, do którego byliśmy
przyzwyczajeni. Może to nieco osłabić sprzedaż. Z tym, jak zachowa się rynek, wiąże się też największa tegoroczna niewiadoma.
Kolejna to stopy procentowe. Czy uda się utrzymać je na dotychczasowym, rekordowo niskim poziomie? W powietrzu wisi również pytanie o to, jak długo potrwa jeszcze dobra passa, przecież
wszyscy wiemy, że drzewa nie rosną do nieba – zastanawia się
prezes Krochmal. Dobra sytuacja na rynku pracy i stale ogłaszane
wzrosty zatrudnienia firm z sektora outsourcingu nieco łagodzą
niepewność. Analitycy rynku są jednak zgodni, że rok 2016 może
pobić kolejne rekordy.
Dawid Hajok
reklama
Pokaż się. 70 tysięcy
osób chce Cię poznać!
[email protected]
T: 503 920 670
14
nieruchomości
www.whatsupmagazine.pl
Ring KRK
zielone południe
Cisza, spokój, zieleń. W Krakowie tego typu słowa w ofertach
sprzedaży mieszkań bywają pobożnymi życzeniami. Zrozumieli
to sami deweloperzy i rozpoczęli szturm na podkrakowskie miejscowości, kusząc przeprowadzką w prawdziwie zielone okolice.
Dla wielu osób jednak na nic idylliczne weekendy we własnym
ogródku, jeżeli ponad 12 godzin w tygodniu poświęcić trzeba
na dojazdy do pracy. Choć często tyle samo trwa podróż z własnej
kanapy za korporacyjne biurko w obrębie samego miasta.
Więc może jednak? Tylko dokąd? Sprawdźmy, czym przyciągają
przyszłych mieszkańców Mogilany, Liszki, Skawina i Świątniki
Górne.
Gmina Mogilany
To właśnie tamtędy przebiega najczęściej wybierana przez Polaków droga do Zakopanego. Ruch bywa spory. Podejrzewamy,
że przed długim weekendem mieszkańcy Mogilan muszą miotać
niezłymi przekleństwami podczas stania w korku.
Bliskie położenie Krakowa i autostrady A4 sprawia, że na co dzień
bez większego problemu dostaniemy się do centrum miasta.
Dojazd zajmuje około pół godziny w przypadku samochodu oraz
dwa razy tyle, gdy zdecydujemy się na komunikację miejską.
Kłopoty komunikacyjne rekompensują jednak widoki. Pofałdowany teren i roztaczająca się z wielu działek szeroka panorama
gór i krakowskiego smogu sprawi, że nawet w najtwardszym
mężczyźnie obudzi się romantyk. A co można znaleźć w samej
gminie? Przede wszystkim ciszę i spokój. Liczne szlaki turystyczne
położone na nasłonecznionych wzniesieniach Pogórza Wielickiego zachęcają do spacerów i rowerowych przejażdżek.
Jeśli zdecydujemy się na zakup działki w tym malowniczym miejscu, trzeba przygotować się na spory wydatek. Ceny wahają się
w przedziale 13–22 tys. zł/ar. Najdrożej, bo 17–22 tys. zł/ar, jest
w Libertowie i Lusinie, natomiast dla tych oszczędniejszych proponujemy miejscowość Włosań z ceną 13–15 tys. zł/ar.
Gmina Liszki
Pyszny chleb z chrupiącą skórką z opalanego drewnem pieca,
pszenne kukiełki oraz niepowtarzalna i aromatyczna kiełbasa
Lisiecka, czyli wizytówki gminy Liszki. Jeśli potrzeba więcej powodów, aby zachęcić do zamieszkania na zachód od Krakowa,
to proszę bardzo. Lato w mieście potrafi być nie do zniesienia.
Jedyne, o czym wtedy człowiek marzy, to zanurzyć się w chłodnej
i orzeźwiającej wodzie. Na Mazury trochę jednak daleko (dziewięć godzin przepisowej jazdy samochodem), ale na szczęście
na terenie gminy znajduje się Zalew Kryspinowski, który w sezonie stanowi jedną z największych atrakcji nie tylko dla okolicznych mieszkańców, ale i krakowskich mieszczuchów.
Oprócz niego na terenie gminy ulokowano parki krajobrazowe.
Dużą atrakcją jest klasztor benedyktynów w Tyńcu i kamedułów
na Bielanach. W 2014 roku Małopolski Instytut Samorządu Terytorialnego i Administracji obwołał Liszki gminą, w której żyje
się najlepiej w całym regionie Małopolski. Jest to m.in. zasługa
licznych inwestycji w gospodarkę komunalną i ochronę środowiska. Gmina jest dobrze skomunikowana z Krakowem. Oczywiście w godzinach szczytu trzeba przygotować się na stanie
w korku na ul. Księcia Józefa, chyba, że znajdzie się jakąś trasę
alternatywną. Jazda samochodem zajmuje mniej więcej pół godziny, a korzystając z transportu miejskiego, do centrum miasta
dostaniemy się w 40 minut.
Grunty w gminie mają dużą rozpiętość cenową. Jak zwykle
wszystko zależy od lokalizacji. Najatrakcyjniejsze i najdroższe
są tereny Kryspinowa i Budzynia – 15–20 tys. zł/ar. Podobną cenę
zapłacić trzeba w Piekarach, Liszkach i Cholerzynie. Natomiast
działkę w Mnikowie, Ściejowicach i Rącznej można kupić już
za 7–12 tys. zł/ar.
fot. Piotr Banasik
A może by tak rzucić to wszystko i wyjechać? Nie, nie martwcie
się, nie proponujemy wam przeprowadzki w Bieszczady. Rozważcie jednak zamieszkanie pod miastem. W poprzednim numerze
opisaliśmy północno-zachodnie okolice Krakowa. W tym wybierzemy się na południe.
nieruchomości
Styczeń 2016
Gmina Skawina
– Generalnie nie jest źle, jeżeli przypomnieć sobie tę brudną,
smutną sypialnię sprzed kilkunastu lat – piszą o Skawinie forumowicze. Miasteczko się rozwija: powstają nowe miejsca pracy,
skawinianie chwalą rozległy, założony w 1927 roku park miejski
oraz place zabaw, a tamtejszy basen odwiedzają także mieszkańcy Krakowa. Przejazd przez samą Skawinę do niedawna był
niezwykle uciążliwy, jednak powstała obwodnica miasta znacząco
usprawniła ruch. Węzeł Sidzina zapewnia dostęp do autostrady
A4, a bezpośrednio do Krakowa można się dostać ul. Skotnicką,
która niestety w godzinach szczytu jest mocno zapchana. Przy
pętli autobusowo-tramwajowej Czerwone Maki
znajduje się parking Park&Ride, na którym zostawić można własne cztery kółka i z książką
w ręku popędzić tramwajem do centrum.
Za niespełna dwa lata – po przebudowie łącznicy na Krzemionkach – pomiędzy Skawiną
a Krakowem zacząć ma kursować kolej aglomeracyjna. W przebudowanym dworcu gmina planuje umieścić nowe siedziby bibliotek, a przy
budynku powstanie parking z 500 miejscami
postojowymi oraz stacja miejskiej wypożyczalni rowerów.
Gmina ma szczęście do terenów zielonych. W jej
południowo-wschodnim fragmencie znajduje
się spora część największego sąsiadującego
z Krakowem lasu. 800-hektarowy Las Bronaczowa to idealne miejsce na długie spacery bądź
rowerową przejażdżkę. Spokój parku dworskiego w Korabnikach docenił już Stanisław Wyspiański, którego imieniem nazwano stojący
tam ponad 600-letni dąb.
15
Grunty najdroższe są w samej Skawinie, a ich cena oscyluje w granicach 16–22 tys. zł/ar. Dwa razy taniej jest w Radziszowie i Woli
Radziszowskiej – 7–10 tys. zł/ar. Najatrakcyjniejsze ceny gruntów
można zaś znaleźć w miejscowościach Ochodza i Kopanka. Tam
za ar zapłacić trzeba 5–7 tys. zł.
Gmina Świątniki Górne
Legenda głosi, że jadąc z Węgier, aby objąć tron, Królowa Jadwiga
po raz pierwszy zobaczyła Kraków właśnie ze świątnickiego wzgórza. Można zrozumieć zachwyt dawnej władczyni, gdyż widać
stąd nie tylko całą panoramę Krakowa z Zamkiem Królewskim, ale
również klasztor kamedułów na Bielanach oraz pejzaże Beskidu
Średniego, Żywieckiego i Wyspowego, no i oczywiście Tatry.
Malownicze położenie ma z pewnością swoje walory estetyczne,
jednak gorzej jest ze sprawnym dojazdem do pracy w Krakowie.
Wybierając się samochodem do centrum trzeba przygotować
się na około 40-minutową podróż. Z kolei decydując się na komunikację miejską należy zarezerwować sobie ponad godzinę
na dojazd w okolice Dworca Głównego.
Świątniki Górne słynęły w przeszłości ze swoich wyrobów płatnerskich, a w późniejszym czasie z rzemiosła kłódkarsko-ślusarskiego. Dziś znajduje się tam Muzeum Ślusarstwa im. Marcina
Mikuły. Na terenie gminy zlokalizowane są również liczne zabytkowe kościoły i kapliczki, m.in. kościół św. Stanisława, który
został wpisany do wojewódzkiego rejestru zabytków.
Chcąc kupić działkę w gminie Świątniki Górne, nie trzeba się
przygotowywać na nie wiadomo jakie koszty. Ceny wahają się
w granicach 7–12 tys. zł/ar i utrzymują się na tym poziomie na terenie całej gminy. Najatrakcyjniejsze miejscowości to Włosań,
Wrząsowice oraz Świątniki Górne.
Wojciech Antonik
Parkowe
Wzgórze
Osiedle Gemini
quercus
Osiedle znajduje się w Piekarach koło Tyńca.
Kupujący mają do wyboru mieszkania w budynkach dwulokalowych oraz domy w zabudowie bliźniaczej.
Mieszkania mają powierzchnię 42 oraz 64 m
kw. Oba warianty metrażowe zawierają ogródek
i miejsce postojowe. W skład większego mieszkania wchodzi dodatkowo 50 m kw. powierzchni
strychu, którą można funkcjonalnie zaaranżować. Z kolei domy mają powierzchnię 98 oraz
127 m kw. z garażem. Inwestycja położona jest
w pobliżu Wisły, na wzgórzu, z którego roztacza
się widok na Wawel i Bielany. Bliskie położenie
Krakowa sprawia, że dojazd do centrum miasta
zarówno samochodem, jak i komunikacją miejską nie stanowi problemu. W okolicy osiedla
znajduje się liceum ogólnokształcące z ogólnodostępnym basenem i halą sportową.
Ceny: 190 000–535 500 zł.
Osiedle Liszki
pbp „łęgprzem”
Osiedle zlokalizowane jest w Liszkach, zaledwie 15 minut jazdy od Mostu Zwierzynieckiego w Krakowie oraz 5 minut od zalewu
w Kryspinowie.
Na osiedlu znalazły się mieszkania o powierzchni od 90 do 120 m kw. z wbudowanym lub wolnostojącym garażem. Do każdego z mieszkań
przynależy 2- lub 4-arowy ogród. Cały teren inwestycji jest ogrodzony, a wjazd możliwy jest przez
bramę sterowaną automatycznie. Strefa zieleni
zapewnia intymność i stanowi naturalną barierę
akustyczną. Inwestor oferuje wsparcie projektowe i wykonawcze przy dostosowaniu układu
mieszkania do indywidualnych potrzeb klienta.
Wygodny dojazd do Krakowa umożliwiają linie
autobusowe 229 i 239, których przystanek znajduje się nieopodal osiedla.
Ceny: 325 000–445 000 zł.
Energooszczędne
domy
stalowe domy
Osiedle domków znajduje się 2 km od Rynku
w Skawinie oraz 14 km od Rynku Głównego
w Krakowie.
fot. materiały prasowe
Zamieszkaj pod Krakowem
Osiedle domów jednorodzinnych o wysokim
standardzie zaprojektowane przez warszawskie biuro JEMS Architekci.
Parkowe Wzgórze ulokowane jest na grzbiecie
Góry Mogilańskiej, skąd roztacza się przepiękny widok na Beskidy i Tatry Wysokie. W okolicy znajduje się park przy zabytkowym Pałacu
w Mogilanach oraz Las Bronaczowa, pozostałość po dawnej Puszczy Karpackiej, dzisiaj uważany za jeden z najpiękniejszych lasów w okolicy
Krakowa. Są to idealne miejsca na rodzinne spacery i wycieczki rowerowe. W obrębie osiedla
stworzono alejki spacerowe, boiska, place zabaw dla dzieci, a nawet mały rynek z fontanną.
To wszystko tworzy klimat ciszy, spokoju i bezpieczeństwa. Dojazd do Krakowa z Parkowego
Wzgórza zajmuje ok. 15 minut.
W ofercie dostępne są dwa typy domów: Bielański o powierzchni 142 oraz Tyniecki o powierzchni
170 m kw. Inwestycja wykonana jest z materiałów
najwyższej jakości, a budynki mają podwyższony
standard. W skład wyposażenia wchodzi m.in.
ogrzewanie podłogowe, ogrodzony ogród z podjazdami oraz system mechanicznej wentylacji
z odzyskiem ciepła i wilgoci.
Ceny: 659 000–1 890 000 zł.
fot. materiały prasowe
fot. Piotr Banasik
gp developments
Inwestorzy oferują ostatnie dwa spośród pięciu
domów w zabudowie szeregowej w podkrakowskiej Skawinie. Domy postawiono w systemie
szkieletowym – przygotowaną na podstawie
projektu konstrukcję stalową wypełnia się wełną
mineralną lub pianką poliuretanową w celu izolacji, a następnie całość domu zamyka się od zewnątrz różnorodnymi materiałami, takimi jak:
płyty OSB, MFP, blachy, płyty termoizolacyjne,
warstwowe lub cementowo-drzazgowe. Zaletą
tej techniki jest szybki czas realizacji oraz wysoka
energooszczędność budynku. Każdy z budynków
ma własny ogródek oraz podjazd. Domy posiadają 105,92 m kw. powierzchni użytkowej.
ul. Mikołaja Kopernika w Skawinie
Ceny: 369 000–399 000 zł.
16
siesta
www.whatsupmagazine.pl
na
fot. materiały prasowe
jurajskim
zaciszu
Tak nietypowych obiektów jak
hotel POZIOM 511 nie spotyka
się często. Pojechaliśmy do
Ogrodzieńca, aby sprawdzić,
czy przychylne opinie, jakie towarzyszą mu od powstania, nie
są przesadzone. Nie są.
Poziom. Nie pion, ale poziomo ustawiona, oświetlona bryła wpasowana w zbocze zamkowego wzgórza na kształt kamienno-szklanej huby. Wewnątrz – za szklaną fasadą – tętniące życie,
ciepło, elegancja, komfort, odpoczywający goście, kręcący się
pracownicy. Oto nieszablonowy POZIOM 511 Design Hotel & Spa
położony w niby przeciętnej, a jednak zaskakującej okolicy. Na zewnątrz poszarpane mury zrujnowanego zamczyska, ogromnego
Zamku Ogrodzienieckiego, wiejska zabudowa, strome wzniesienie, kamienie, las…
Jesteśmy w samym sercu Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Podzamcze, tuż obok Ogrodzieńca w województwie Śląskim, zaledwie 10 km od Zawiercia w pobliżu drogi krajowej nr 1 z Warszawy
na Górny Śląsk. Właśnie tu ulokowano obiekt, któremu standardu
może pozazdrościć wiele renomowanych hoteli w świecie. Nie
jest to zwykły hotel, jego oryginalność zaczyna się już na wysokości 511 metrów... nad poziomem morza. Choć do najbliższego
morza – Bałtyckiego – jest tu kilkaset kilometrów, miliony lat temu
rozpościerało się wokół jurajskie morze, pełne amonitów, gąbek,
małż i jeżowców.
Mamy XXI wiek. Tam, gdzie w 2011 roku ustawiono nowoczesny
hotel, wyżej wspinać się już nie trzeba. Niżej też można zostać,
ale prawdziwie komfortowy czas przygotowano dla nas w zaciszu
na poziomie – właśnie 511 metrów n.p.m. Pomysłodawcy hotelu
postawili sobie za cel odseparowanie go od codziennego życia,
hotelu oraz restauracji hotelowej. Jurajski ostaniec wchodzi doa zarazem nieukrywanie za zasiekami, ogrodzeniami czy wasłownie w hotelowy korytarz, a inkrustowany szkłem i metalem
piennymi ostańcami, które stały się tu naturalnym ogrodzeniem.
prezentuje się też jako element surowego w formie, eleganckiego
Bryła wkomponowała się więc naturalnie w otoczenie, wnikając
w wapienno-ziemne wzgórze.
wnętrza. Wszechobecne przeszklenia, eleganckie wykończenia
schodów, barierek, konceptualny ogród pełen odpornej na chłód
Projektanci, rysując go, pamiętali o milionach lat dziedzictwa
zieleni, krzewów, wapiennego żwiru.
tego miejsca. Teraz używają metafory, że w porównaniu do tak
42 przestronne pokoje hotelu (w tym 6 apartamentów) są wycidługiego czasu, budynek funkcjonować będzie „nieco krócej”,
szone, wyposażone w duże jasne
pewnie około 100 lat: – A może
mniej, bo ktoś przyjdzie i wymyokna, niemal „dotykające” otaPodczas masażu widzisz
czającej obiekt natury. Na wyciąśli coś innego, rozbuduje, a może
gnięcie ręki są wapienne skały,
zburzy hotel. Ten obiekt jest
za oknem ptasi romans na
porastająca wzgórze unikatowa
na chwilę – uśmiecha się Tomasz
jednym
z
jurajskich
ostańroślinność, komponowana przez
Wuczyński z Grupa Plus Archiarchitektów krajobrazu przetekci. I dodaje: – jesteśmy tu jak
ców lub karminowy zachód
strzeń. Wewnątrz każdego z ponomadowie, którzy zbudowali
słońca nad okolicą
kojów znajdziemy maksymalnie
swój namiot i niedługo się stąd
trzy kolory: biel, różne odcienie
przeniosą. A te skały z naszej,
szarości, czerń. Płaski telewizor LCD, oszczędna we wzorach
ludzkiej perspektywy będą tutaj niemal zawsze. Dlatego namiot
wydawał się najbardziej odpowiednią formą...
łazienka, szafy o logicznym układzie. Plus klimatyzacja, minibar,
ekspres do kawy, telefon oraz bezpłatne wi-fi. Ucieszyło nas,
Hotel stylizowany na nomadyczny namiot to nowość, ale też
że podczas rezerwacji obsługa ustala z gościem wielkość łóżka,
pole do architektonicznego popisu: – Zdecydowaliśmy, że budyrodzaj materaca (twardy lub miękki) oraz w co ma być wyposanek powinien być jak najbardziej przeszklony, aby tym bardziej
żona łazienka – w wannę czy prysznic.
podkreślać upływ czasu i tzw. genius loci tego miejsca – podkreślają projektanci.
Uwagę zwraca strefa SPA: masaże, zabiegi na twarz i ciało, seanse,
kąpiele, porady specjalistów i wykwalifikowanego personelu.
Goszcząc w przestronnych wnętrzach 4-gwiazdkowego obiektu,
Od grudnia 2015 roku gabinety współpracują na stałe z wiodąprzez cały czas czujemy, że w zamyśle ma harmonijnie współgrać
cymi markami kosmetycznymi Ericson Laboratoire i Obagi Mez otoczeniem. Uwagę przykuwa zwłaszcza prawdziwa skała, która
stała się naturalną podporą ścian w foyer położonej wyżej części
siesta
Styczeń 2016
17
fot. materiały prasowe
dical. Można oddać się relaksującemu masażowi, obserwując
za oknem ptasi romans na jednym z jurajskich ostańców lub
karminowy zachód słońca nad okolicą. Hotel zapewnia, że goście
mogą dowolnie korzystać ze strefy wellness – przeszklonego basenu (w zamyśle projektantów pływając w nim, mamy poczuć się
jak na świeżej łące), jacuzzi z hydromasażem oraz przylegającej
do naturalnej wapiennej skały łaźni parowej i sauny.
Ciekawym pomysłem jest to, że oferta SPA, restauracji oraz organizowanych cyklicznie m.in. koncertów, warsztatów kulinarnych
czy klubów podróżnika, dostępna jest również dla gości z zewnątrz. Dzięki temu obiekt żyje również poza sezonem. Okazjonalne wydarzenia nie przeszkadzają jednak stale powracającym
tu klientom. Ci chwalą głównie możliwość gwałtownego odcięcia
się na tzw. odludziu od dotychczasowych problemów i bolączek
typowych dla wielkich miast czy stresów w miejscach pracy. –
Mamy gości z różnych stron, głównie z dużych polskich miast,
zmęczonych codzienną gonitwą i szarzyzną. Zawsze staramy się
zapewnić im optymalne warunki, umożliwiając wypoczynek i wytchnienie. W końcu przyjeżdżają do nas odpocząć, a umożliwienie
im tego jest dla nas najważniejszym celem – mówi Joanna Skiba,
kierownik działu sprzedaży i marketingu.
POZIOM 511 mocno angażuje się w wydarzenia kulturalne,
starając się, aby program wydarzeń nie kolidował z ogólnym
charakterem hotelu. Hotel posiada własny bookstore, na stałe współpracuje z różnymi artystami, prezentuje swoją ofertę
na wydarzeniach modowych, m.in. Fashion Philosophy Fashion
Week Poland w Łodzi, Silesia Fashion Look czy Maniewski 4 Ladies. Ostatnio hotel promuje aktywne spędzanie niedziel: basen,
lunch oparty na smakach regionalnych potraw, zabiegi SPA. Oraz
spacery po okolicy, które sprzyjają kameralnym wędrówkom
w cieplejsze pory roku, w chłodniejsze zaś np. do pokonywania
tras na nartach-biegówkach.
A jest co oglądać: Jura Krakowsko-Częstochowska to bardzo
intrygujący region Polski, którego jedną z wizytówek mamy dosłownie za miedzą. Ogrodzieniecki zamek, jeden z największych
w Polsce, dzięki diabelskim skojarzeniom obecnym w legendach,
podaniach, zwyczajach okolicznej ludności, słynny jest również
poza granicami kraju. Teraz słynie również ze swego nowoczesnego sąsiada na wysokości 511 n.p.m, który – w przeciwieństwie
do zamku – nie popada na razie w ruinę. Choć, jak powtarzają
sprawcy zamieszania, obliczony jest na czas krótszy niż miliony
lat. A zatem, spieszmy się...
Rafał Romanowski
Kolory na
trudne czasy
Równowaga pomiędzy ciepłą barwą Serenity a chłodną Rose
Quartz przynieść ma otuchę i poczucie bezpieczeństwa. Antidotum na stresującą niepewność codzienności w burzliwych
czasach niestabilności politycznej. Tak przynajmniej twierdzą
eksperci Pantone, ogłaszając kolory, które dominować będą
w roku 2016.
13–1520TCX i 15–3919TCX – pod tymi kodami kryją się kolory
Serenity i Rose Quartz. Pierwszy ciepły, nieco pudrowy, drugi
chłodniejszy, bladoniebieski. Te barwy zawładną w tym roku
modnymi wnętrzami i wzorami ubrań na całym świecie. Skąd ta
pewność? Wskazali je spece od koloru i trendsetterzy z Pantone,
firmy, która stworzyła najsłynniejszy system identyfikacji kolorów
na naszym globie.
Firma Pantone została założona w 1962 przez Lawrence’a Herberta – obecnego prezesa zarządu. Ta amerykańska korporacja z siedzibą w Carlstadt w stanie New Jersey znana jest na całym świecie
z produkcji systemów używanych w przemyśle poligraficznym.
Koncern zasłynął swoją unikatową skalą kolorów, która stanowi
obecnie wzorzec barw nazwany Skalą Pantone. Jego eksperci co
roku wskazują, która barwa w danym sezonie będzie wiodąca.
I tak po szlachetnym, głębokim ziemistoczerwonym kolorze
Marsala, dominującym w 2015 roku, przyszedł czas na delikatny,
kwarcowy róż i miękki spokojny niebieski. Marsalę uwzględnili
w swoich kolekcjach wszyscy najbardziej szanujący się projektanci mody. Temu trendowi poddały się także firmy kosmetyczne. Podobnie ma być i tym razem. Tym bardziej, że tegoroczne
uzasadnienie Pantone brzmi jak manifest. Nic dziwnego, skoro
eksperci po raz pierwszy w historii wybrali aż dwa kolory.
Jak tłumaczą swoją bezprecedensową decyzję? W oświadczeniu
Instytut Pantone ogłosił, że w wielu częściach świata obserwujemy rozmywanie się w modzie granic dzielących płci, z tego zaś
wywodzą się trendy kolorystyczne, które przenikają następnie
do wszystkich innych obszarów designu. Połączenie Serenity
i Rose Quartz kwestionuje tradycyjne postrzeganie zestawień
kolorystycznych.
Specjaliści podkreślają, że przygotowujący listę inspirowali się
współczesną sztuką i wybrane kolory są bardzo uniwersalne,
a zarazem przyciągające. Szczególnie, że adresowane są dla obu
płci. Podejście to zbiegło się z nasileniem się ruchów społecznych
w kierunku równości płci i wolności konsumenckiej, wykorzystujących kolor jako formę ekspresji. Takie podejście, zdaniem
Pantone, ma otworzyć nowe kierunki użytkowania koloru.
Tandem wietrznego Serenity („weightless and airy”) z łagodzącym Rose Quartz („comforts with a calming effect”) ma stać
się również antidotum na stresującą niepewność codzienności
w burzliwych czasach niestabilności politycznej. Globalne ocie-
plenie, trudna sytuacja w Azji, gorące nastroje
w Europie – to wszystko ma negatywny wpływ
na nasze samopoczucie. Dlatego wytchnienie
ma przyjść paleta barw, które przypominają
rozmycie nieba z lekko zaróżowioną barwą zachodzącego w oddali słońca. Kolorystyka zaczerpnięta z obrazów Moneta i przezroczystych
akwarel Marlene Dumas.
Modna kolorystyka obecna jest już w kolekcjach takich marek jak Miu Miu, J. W. Anderson, Victoria Beckham, Jil Sander i Roksanda,
a niebawem zagości również na ulicach dużych
miast i na stronach magazynów wnętrzarskich.
Także „What’s up Magazine” zmienia swoje barwy zgodnie z tegoroczną paletą Pantone. Przez
miesiąc Serenity i Rose Quartz, kolory roku
2016, zdominują naszą okładkę. Zaczynając od
stycznia 2016, w każdym noworocznym wydaniu
„What’s Up Magazine” będziemy prezentować
barwy, które zawładną modą i dizajnem w danym sezonie.
Dawid Hajok
18
dbamy o ciebie
www.whatsupmagazine.pl
Rewolucje
powietrza i regulatorem wilgotności. Przede wszystkim jednak
poprawiają nasze samopoczucie – mówi Justyna Kosek ze studia
Moss Decor, zajmującego się zieloną aranżacją przestrzeni. Najprostszym i najtańszym sposobem są jednak świeże zioła, których
zapach nieustannie będzie podsycał kubki smakowe.
w kuchenności
fot. materiały prasowe
Surowo i skandynawsko
W opozycji do naturalnych, ekologicznych wnętrz stoi – ciągle
popularny – styl industrialny. Kuchnie inspirowane soft loftami
sprawdzą się szczególnie na większych przestrzeniach, których
nie przytłoczy chłodna kolorystyka. Kluczowym elementem, pozwalającym wystylizować pomieszczenie na powojenną fabrykę, są surowe, ceglane lub betonowe ściany. Pasować tu będą
fronty mebli ze szkła bądź metalu oraz kamienny kuchenny blat.
Poprzemysłowe wnętrza stawiają na minimalizm, dlatego jako
dodatek sprawdzą się wiszące na kablach nieosłonięte żarówki –
koniecznie w równych odstępach, by odzwierciedlały rytm pracy
przy maszynach taśmowych.
Nie mija też moda na skandynawskie wnętrza. Ciepła dodadzą
im elementy z jasnego drewna, a także drobne akcesoria z naturalnych materiałów: wełniane poduszki na krzesła czy wiklinowe
kosze. Skandynawski styl stawia na funkcjonalność – często wykorzystywane są tu meble modułowe, pozwalające ergonomicznie zagospodarować miejsce. Tak zaaranżowane kuchnie wydają
się optycznie większe, a jednocześnie świeże i zadbane.
Benjamin Franklin powiedział, że od czasu wynalezienia sztuki kulinarnej ludzie
jedzą dwa razy więcej, niż wymaga tego
od nich natura. Dwa razy więcej czasu
spędzają także w kuchni, bo sam proces
gotowania przestał być tylko czynnością
służącą zaspokojeniu głodu.
Kuchnia stała się miejscem spotkań ze znajomymi i wspólnego
przygotowania posiłków, dlatego ważna jest nie tylko jej funkcjonalność, ale też sposób aranżacji.
Łączenie kuchni z jadalnią bądź salonem powoli staje się standardem. Dzięki temu zanika bariera między przyrządzającym
potrawy a pozostałymi domownikami czy gośćmi. Czas jednak
zrobić krok dalej i otworzyć nie tylko kuchnię, ale i szafki – koniec
z chowaniem wszystkiego za zamkniętymi drzwiczkami! Przecież
słoik z kawą czy kuchenna waga to nie przedmioty, których trzeba
się wstydzić. Naczynia w ulubionych kolorach czy odpowiednio
dobrane akcesoria domowe, oprócz spełniania swoich użytkowych funkcji, mogą być jednocześnie wyszukanym dodatkiem
do wystroju wnętrza.
Biel zawsze w modzie
Nadająca przestrzeni biel od lat jest niekwestionowaną królową
wnętrz. Ciągle popularne jest kontrastowanie jej z ciemnymi barwami: czernią, grafitem czy czekoladowym brązem. Dużo jednak
ciekawsze jest połączenie jej z żywymi, a nawet jaskrawymi barwami: intensywnym turkusem, gorącym pomarańczem czy bijąca
w oczy zielenią. By tchnąć nową energię w kuchnię wystarczy
kolorowy kawałek ściany albo barwny gadżet: czerwony okap,
żółta szuflada czy różowe krzesła.
Najważniejsze jednak, by kuchnia odpowiadała potrzebom jej
użytkowników. Warto więc przede wszystkim zastanowić się, ile
czasu się tam spędza i w jaki sposób. Czasy obowiązkowych sprzętów kuchennych mamy już dawno za sobą, a personalizacja jest
przecież trendem obecnym nie tylko w nowych technologiach.
Jeśli nie przygotowujesz pieczonego indyka albo makaronowych
zapiekanek, to może zamiast piekarnika wystarczy ci maszyna
do wypiekania chleba lub muffinek? Jeśli w domu gotujesz tak
naprawdę tylko w weekendy, być może i zmywarka okaże się
tylko urządzeniem niepotrzebnie zajmującym miejsce. Może
bardziej przyda ci się chłodziarka na wino? Benjamin Franklin
powiedział bowiem także, że wino czyni codzienne życie lżejszym i mniej wymagającym.
Zrób to sam!
Na regałach wyeksponować można dumę
gospodarzy – domowe przetwory, najlepiej w samodzielnie ozdobionych pojemnikach. Goście na pewno docenią też
gadżety pochodzące z upcyclingu. Dzięki
niemu nowe życie zyskują przedmioty,
które powinny już znaleźć się na śmietniku. Skrzynia, która pełna jabłek przywędrowała późnym latem z sandomierskiego sadu, w zimie z powodzeniem może zawisnąć na ścianie jako półka, niepotrzebna
tarka do warzyw może posłużyć jako koszyczek na sztućce albo
abażur do lampy. Nawet ze starych, wykrzywionych łyżeczek
od herbaty można stworzyć niebanalne wieszaki na kuchenne
ręczniki. Wszelkie akcesoria DIY idealnie wpasują się w najważniejszy trend 2016 roku, czyli zieloną kuchnię.
Nawet kuchnia o niewielkiej powierzchni może stać się domową
namiastką ogrodu: wystarczą meble bądź dodatki z naturalnego
drewna, bambusa, korka czy włókna bananowca. Zamiast tradycyjnych kwiatów doniczkowych, ściany można ozdobić wertykalnymi ogrodami, np. obrazem z mchu. – Rośliny nie tylko dodadzą pomieszczeniu świeżości, ale będą także naturalnym filtrem
Dagmara Marcinek
G DO
O M
TO Y
W
E!
reklama
,
Domy wolnostojące, działki 10 arów
Gmina Zabierzów k. Krakowa
tel. 795 441 220, www.osiedleogrodowe.pl
dbamy o ciebie
Styczeń 2016
Kopnąć i uderzyć
Czujesz w sobie wojowniczego ducha, ale obawiasz się starcia na macie lub ringu? Nic prostszego. Możesz potrenować
kopnięcia i uderzenia bez ryzyka zmasakrowania twarzy lub
obicia kończyn. Na przykład podczas zajęć Fight Kick.
Fight Kick to kombinacja elementów sztuk walki z krokami fitnessowymi. Ćwiczenia pozwolą nam poprawić kondycję, wyładować
złość i „wypocić” negatywne emocje. Obawiasz się, że trenując
kolejne kopnięcia przypadkiem znokautujesz któregoś z uczestników zajęć? Bez obaw. Ćwiczący mają odpowiednio dużo miejsca,
by spokojnie i bez narażenia zdrowia przechodzić z pozycji smoka
do tygrysa. W końcu wizyta w klubie fitness to nie tylko sposób na lepsze samopoczucie, ale przede wszystkim na poprawę
naszego wyglądu. A to nawet w zimie nie powinno iść w parze
z siniakami na nogach.
– Początkowo trening przeznaczony był przede wszystkim dla
sportowców oraz tych, którzy prowadzą aktywny tryb życia,
jednak z czasem ewoluował w taki sposób, by mogli w nim uczestniczyć wszyscy, niezależnie od poziomu wytrenowania. Ważna
jest tutaj technika wykonywania ciosów oraz to, aby nie były
wykonywane „do końca”, ponieważ uderzamy w powietrze –
tłumaczy Przemek Widyna, autor treningu Fight Kick i instruktor
w Fitness Platinium.
Jak wyglądają zajęcia? Rozpoczynają się od kilkunastominutowej
rozgrzewki, do której stopniowo wprowadzane są ciosy i kopnięcia. Nie brakuje też uderzeń pięścią, podskoków, a nawet...
okrzyków zagrzewających do dalszych ćwiczeń.
– Fight Kick to zajęcia dla każdego, niezależnie
od wieku czy płci, chociaż osoby, które dopiero
rozpoczynają swoją przygodę z fitnessem, mogą
mieć na początku problemy z utrzymaniem tempa i porządnie zmęczyć się już po samej rozgrzewce – przyznaje trener. Jeśli jednak mamy
już na koncie kilka tygodni spędzonych w salach
fitness lub na siłowni, nic nie stoi na przeszkodzie, by na własnej skórze przekonać się, czym
jest Fight Kick. Z każdymi kolejnymi zajęciami
forma będzie rosła, a zmęczenie zacznie pojawiać się coraz później.
19
– Trening jest bardzo intensywny. Fight Kick to zajęcia ogólnorozwojowe łączące w sobie elementy fitnessu i sztuk walki:
Taekwondo, Kickboxingu, Kung Fu, Sambo. Dzięki temu rozwijane
są wszystkie sprawności: szybkość, gibkość, skoczność, wytrzymałość i siła – wylicza Widyna.
Trening bokserski zmusza organizm do sporego wydatku energetycznego. Duża intensywność ćwiczeń przekłada się na ilość
spalanych kalorii, a tych podczas jeden sesji Fight Kick spalimy
znacznie więcej niż podczas 55 minut biegania w zanieczyszczonym krakowskim powietrzu. Ile? Nawet 700 kalorii. Nie jest
to jednak typowe cardio. Odpowiednia kombinacja ciosów i kopnięć pomoże wyrzeźbić m.in. mięśnie grzbietu, brzucha czy nóg.
Inne korzyści? Poznawszy elementy sztuk walki i niektóre techniki
samoobrony, możesz spokojnie o każdej porze dnia i nocy przemierzać nawet najciemniejsze zakamarki miasta. Gdy odwrócisz
się w wyćwiczonej podczas zajęć pozycji, zmierzający w twoim
kierunku nieznajomi zaczną uciekać gdzie pieprz rośnie.
Karolina Kociołek
Fight Kick
fot. Piotr Banasik
łączy w sobie elementy fitnessu
i sztuk walki: Taekwondo, Kickboxingu, Kung Fu, Sambo
No to hop!
Kiedyś na hasło wodzireja „Białe tango, panie proszą panów!”,
chłopcy przyjmowali nonszalanckie pozy, a spłonione dziewczyny strzelały oczami do wybrańców. Rzadko kończyło się
to związkiem na całe życie, częściej fochem i wzięciem nóg
za pas.
Dziś nie musimy już czekać na łut szczęścia. Należy zakasać rękawy, no, może bardziej podwinąć nogawki, i ruszyć na parkiet.
Partner? Partnerka? Znajdą się, bo w swingu wszystkie konfiguracje są możliwe.
Po wojnie tańczyło się po prostu twista i rock and rolla. Następne
mody na taniec dyktowały wideoklipy, filmy i programy telewizyjne. Po „Wirującym seksie” wirowano na parkietach w rytmie
mambo, dekadę później DJ BoBo pokazał, jak tańczy się na plaży i ulicach wielkich miast, choć na imprezach
równie chętnie trzęsło się pupą do Macareny.
Po „Tańcu z Gwiazdami” z ulgą powróciło eleganckie tango i fokstrot, za to „You Can Dance”
zapełnił parkiety biegłymi w tańcu nowoczesnym akrobatami.
jedna z pierwszych AfroameDziś znowu nastała moda na vintage. Powracają
rykanek, która stała się powszechnie znana dzięki swojej nostalgiczne lata 30., 40. i 50. Dżinsy zamieniamy
karierze aktorskiej. Jej nauczy- na rurki, czapkę z daszkiem na kaszkiet, a t-­shirt
na koszulę z muchą lub taliowaną rozkloszowaną
cielką była Josephine Baker
sukienkę i – odpaliwszy kultowy film miłośników
swingu „Hellzapoppin” – zaczynamy tańczyć,
oczywiście Lindy Hop!
Lindy Hop, Collegiate Shag, Balboa, Blues
narodziły się w pierwszej połowie XX wieku,
w czasach, gdy w salach tanecznych królowały legendarne big bandy, muzycy emigrowali za chlebem z Nowego Orleanu na północ,
Fredi
Washington
a świat nieuchronnie zmierzał w kierunku wojny. Fala porywających brzmień niosła do Harlemu, gdzie mieszkańcy czarnych
dzielnic mogli bawić się przy akompaniamencie Duke’a Ellingtona
czy Glenna Millera, podglądać genialnych tancerzy, Frankiego
Manninga i Fredi Washington, próbując swych sił na parkiecie.
W lokalach Small’s Paradise, Apollo Theatre czy Savoy Ballroom
zaczęły powstawać pierwsze kroki tańca Lindy Hop.
Ów protoplasta większości znanych obecnie tańców swingowych
charakteryzuje się sporą dowolnością interpretacji muzyki, figur
tanecznych, a nawet kroku podstawowego, oraz widowiskowymi akrobacjami. Może być tańczony do zróżnicowanego tempa: zarówno jako swobodny, płynny taniec w wersji wolnej, jak
i szalony, naszpikowany figurami akrobatycznymi i wykopami
w wersji szybkiej. Uniwersalny charakter, porywająca muzyka
oraz brak sztywnych zasad i reguł sprawiają, że Lindy Hop jest
tańcem dla każdego.
W Krakowie początkujący mogą zacząć swą przygodę z nim
w Sekcji Kultury, Muzyki i Tańców Swingowych „KMiTa” Swing,
której siedziba znajduje się od czterech lat w Domu Kultury
Kolejarza przy ul. św. Filipa 6. To prężne środowisko pasjonatów
kultury lat 20., 30. i 40., tańca, mody retro i jazzu tradycyjnego,
jest również organizatorem największego w Polsce, a odbywającego się w Krakowie, Międzynarodowego Festiwalu Tańca Lindy
Hop – Dragon Swing.
W ramach sekcji organizowane są kursy taneczne na kilku poziomach zaawansowania. Laicy pierwsze kroki stawiają w grupie
beginners (jest też grupa prowadzona w języku angielskim).
Adepci uczą się podstaw, w tym tańca w parze,
czyli jak prowadzić, podążać i trzymać tempo,
rytm oraz puls, ale przede wszystkim, jak tańczyć swobodnie. Do tego nauka kroków oraz
sposobów tańczenia do muzyki swingowej i już
po kilku pierwszych zajęciach zrobimy piorunujące wrażenie na każdej imprezie. Potem nie
pozostaje już nic innego, jak tylko doskonalenie
swoich umiejętności w grupach Lindy Hop intermediate i advanced.
Dla lubiących samotne występy, szkoła przygotowała zajęcia Solo Jazz Open. Tu pracuje się
nad klasycznymi układami jazzowymi, takimi jak:
Shim Sham, Jitterbug Stroll, Tranky Doo i Big Apple. Najbardziej szalone wydają się zajęcia Solo
Jazz basic i advanced, które rozpoczyna nauka
Charlestona z lat 30. i Vernacular Jazz, by płynnie przejść w improwizację i choreografię, czyli
tworzenie nowych układów tanecznych.
Imprezy taneczne „KMiTa” Swing odbywają
się w każdą pierwszą i trzecią niedzielę miesiąca o godz. 20.30 w Tak Było (ul. Szpitalna 9),
w drugą i ostatnią niedzielę miesiąca o godz.
20 w Piwnicy Pod Baranami (Rynek Główny 27)
i w każdą pierwszą środę miesiąca o godz. 20
w Kolanku No 6 (Józefa 17).
www.swing.org.pl
Katarzyna Pilitowska
20
siesta
www.whatsupmagazine.pl
Słowackie
smoko-spoko
„Zima, zima, zima, pada, pada śnieg...” – nucimy pod nosem, kręcąc kierownicą na pełnych śniegu zakrętach. Za nami blisko 100
km z Krakowa w kierunku na Zakopane, a później na Łysą Polanę.
Fascynująca to droga: od Bukowiny Tatrzańskiej wznosi się ostrymi skosami na kilka rozpostartych w kierunku Tatr widokowych
polan, po czym opada serpentynami o niebezpiecznym nachyleniu w dół, w kierunku dawnego przejścia granicznego między
PRL a Czechosłowacją. Zaraz za Łysą Polaną, już na Słowacji,
zaczyna się jakby inna kraina. Zamiast brunatnej śnieżno-błotnej
brei, na drodze skrzypi śnieg posypany obijającym się o nadkola żwirem. To pierwszy wyraźny sygnał przekroczenia granicy.
Drugi to zaskakująco mały ruch. Większość samochodów, które
na trasie do Zakopanego wiją się w długim, czerwonym ogonie,
nagle gdzieś znika. Dalej droga prowadzi przez iglasty las, kilka
razy zakręca i wyprowadza na garb łagodnego wzniesienia. Tu
przycupnął malowniczy Zdziar, pierwsza słowacka osada, jaką
spotykamy. Wreszcie widać Tatry jak na dłoni, choć mamy pewność, że z każdym kilometrem będzie lepiej i lepiej. I faktycznie
tak jest: za kilkanaście minut wjedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy,
wschodniego krańca górsko-miejskiego pasma zwanego Vysokimi Tatrami. Zwał jak zwał: my nazwiemy go Smokowcami.
W cieniu Łomnicy
Byłoby jednak krzywdą dla Smokowców opisywać je jedynie przez
pryzmat położenia. Przyjęło się uważać, że obszar ochrzczony tą
nazwą zaczyna się chwilę przed Tatrzańską Łomnicą, a kończy zaraz za Štrbskim Plesem. Charakterystyczne, że ten topograficzny
łuk, na jakim naciągnięto paciorki kolejnych miejscowości Smokowców, stanowią osady ze „szczytem” i „jeziorem” w nazwie.
Tak właśnie tu jest: spragnionych stanięcia oko w oko z poszarpanymi graniami Tatr skusi bardziej Łomnica (nazywa się tak od
górującego nad nią słynnego wierzchołka Lomnickiego Štítu,
majestatycznej góry zwanej przez wielu królową tego rejonu),
ci zaś, których zadowoli najpierw spacer wokół skalnego „plesa”
(jeziora) z górami w tle, postawią na Štrbské Pleso.
Charakterem zabudowy i klimatem miejsca bliżej jest Smokowcom do kameralnych poudniowotyrolskich miasteczek niż żywiołowych tradycji podhalańskich górali, do jakich przywykliśmy.
Miłośnicy sportów zimowych poczują się jak w raju. Oferta jest tu
znacznie bogatsza niż po polskiej stronie Tatr. W związku z tym
rosną i ceny. Szczególnie na cieszącej się alpejskim klimatem
Łomnicy. Majestatyczna królowa Vysokich Tatr od lat konkuruje z największym ośrodkiem narciarskim Słowacji, położonym
w kraju żylińskim, około 16 km na południe od Liptowskiego
Mikułasza w Niżnych Tatrach.
fot. Marek Hajkovský
Bez tłumów jak w Zakopanem, bez horrendalnych cen,
ale w samiuśkim sercu Tater. Jedni zwą je Vysokimi
Tatrami, inni mówią po prostu Smokowce. Jedziemy tam
z Wami w styczniu: na narty, deskę, zimowe pejzaże,
górskie kolejki i szklanki grzanych trunków.
siesta
Styczeń 2016
21
fot. Marek Hajkovský
podtatrzańską ciszę. Dzwoni, piszczy, brzęczy, turkocze, ale – co
najważniejsze – dowozi do celu, m.in. do położonego nieopodal
Popradu. A celów po drodze w szeregu Smokowców jest sporo:
Vyšné Hágy, Podbanské, Horný Smokovec, Dolný Smokovec,
Nový Smokovec, Starý Smokovec, Tatranská Polianka, Tatranské
Zruby, Nová Polianka, Tatranská Lomnica, Tatranská Kotlina, Tatranská Lesná, Kežmarské Žľaby…
Nocleg z górami u stóp
W Smokowcach Łomnica nie ma sobie jednak równych. Sztucznie
naśnieżane stoki zapełniają się tam narciarzami zazwyczaj na
długo przed tym, niż Kasprowy Wierch pokryje się odpowiednio
grubą, naturalną pierzynką. Zróżnicowane trasy przyciągają tu
narciarzy i snowboardzistów, niezależnie od ich umiejętności.
Zlokalizowane u podnóża ośle łączki pną się ku górze, zmieniając nachylenie aż po słynne Lomnické Sedlo, najwyżej położony,
freeridowy odcinek trasy. Ponad nią wznosi się już tylko skalne
schronisko z restauracją. To najwyżej położony apartament w Eu-
ropie Środkowej: śpi się tu na wysokości 2634 m n.p.m. Noclegi
trzeba jednak rezerwować z dwuletnim wyprzedzeniem.
Na tych, którym nie uda się spędzić tam nocy, czeka utrzymany
w stylu après-ski klub Humno. Warto wejść do środka choćby po
to, żeby zobaczyć zawieszonego pod drewnianym stropem czarnego Cadillaca, którym jeździła niegdyś amerykańska gwiazda
muzyki pop Madonna, lub prawdziwy ratrak, który przez wiele
lat jeździł po stromych zboczach Łomnicy, a dziś służy jako stanowisko DJ-a. W szczycie sezonu leją się tu rozgrzewające napoje,
a maszyny produkują sztuczny śnieg.
Aby sprawnie poruszać się po Smokowcach, możemy wykorzystać łączącą wszystkie miasteczka Drogę Wolności (ok. 50
minut) albo poruszać się uroczą električką (słowacki odpowiednik pociągu osobowego), która raz na około pół godziny rozbija
Dla początkujących i biegaczy
Na zboczach Smokowców, między Lomnickim Štítem a Štrbskim
Plesem, rozpięte są mniejsze wyciągi doskonałe do nauki. Łącząca
je Droga Wolności to doskonałe miejsce do zimowych biegów.
Wokół Szczyrbskiego Jeziora wiją się malownicze trasy narciarstwa biegowego. Będąc tu, warto również odwiedzić Hrebienok,
gdzie mieści się jedyna w swoim rodzaju barokowa świątynia wykonana z 70 ton lodowych brył. Skryta pod sferycznym dachem,
odbudowana w nowej formie specjalnie w tym sezonie, przyciąga
nie tylko swoją osobliwością, ale także koncertami.
Smokowce to raj dla rozkochanych w Tatrach. Zjesz tu, wypijesz,
popatrzysz na góry, w zimie wypożyczysz sprzęt narciarski i znajdziesz świetne trasy do zjeżdżania. Zapomnij o podhalańskim
stopniu zalesienia: po stronie słowackiej las dźwiga się z pokłosia
ogromnego huraganu, jaki rozszalał się po tej stronie gór w 2004
roku. Sporo okolic Smokowców to las położony żywiołem jak
kruche zapałki. Z części Smokowieckiej „aglomeracji” kurortów,
pensjonatów, restauracyjek, stacji narciarskich, widać pięknie
szczyty słowackich Tatr. Na przykład w Nowej Lesnej, której ostatnie czasy poskąpiły udanej architektury. Ale za to na tarasie tamtejszej drewnianej chaty, gdzie serwowane są słowackie specjały
(np. strapačky z kapustą i halušky z bryndzą i na słoninie), Tatry
wręcz wchodzą nam do talerza…
Dawid Hajok, Rafał Romanowski
Choć sezon hokejowy w pełni, lodowiska mało komu kojarzą
się wyłącznie z rozgrywkami sportowymi i rywalizacją Comarch Cracovii z GKS-em Tychy. Wraz z początkiem zimy żądni
atrakcji krakowianie żwawo maszerują w kierunku ślizgawek.
– Najfajniejsza ślizgawka w Krakowie to bez wątpienia ta na
lodowisku Cracovii. Od kilku lat odwiedzam ją regularnie razem
ze znajomymi. W tym roku kupiłam sobie nawet karnet – mówi
rozentuzjazmowana Marta.
Na lodowisku nie obejdzie się oczywiście bez łyżew. Ci, którzy
jednorazowo chcą sprawdzić swoje umiejętności kręcenia piruetów, nie muszą wcale inwestować we własny sprzęt, ponieważ
przy niemal każdej ślizgawce znajduje się wypożyczalnia. Nie
inaczej jest na lodowisku Cracovii przy ulicy Siedleckiego 7, gdzie
za łyżwy plastikowe zapłacimy 9, a za skórzane 10 zł. A co, jeśli
nasze ukochane łyżwy sprzed kilku sezonów nie śmigają tak jak
powinny? Nic prostszego. Za 12 zł możemy je naostrzyć i przywrócić im dawny blask.
Półtoragodzinna zabawa na lodowisku Cracovii kosztuje 12 zł,
godzinna zaś 9. Do nabycia są również karnety na 10 wejść.
Obiekt akceptuje też karty MultiSport Plus, FitProfit oraz OK
System. Lodowisko przy Siedleckiego to doskonałe miejsce do
fot. Piotr Banasik
Pingwiny
na lodowisku
rozruszania się po 8 godzinach za korporacyjnym biurkiem, dlatego zazwyczaj jest tam dość tłoczno. Na szczęście to nie jedyne
miejsce w Krakowie, w którym można rozpędzić się na łyżwach.
– Mieszkam na Olszy od dziecka, dlatego zimowe spacery dość
często kończę wizytą na lodowisku przy ulicy Eisenberga, czyli
przy „basenach Polfy”, bo tak najczęściej nazywamy to miejsce
– mówi Damian. Cena? Zbliżona do tej na lodowisku Cracovii,
czyli 11 zł za półtorej godziny. Poza łyżwami można wypożyczyć
tu także kask.
Największe w Polsce lodowisko pod gołym niebem mieści się na Błoniach. Na świetną zabawę
możemy tam liczyć mniej więcej od połowy
grudnia aż do końca zimy. Gdy znudzi nam się
kręcenie piruetów na dużej tafli lodowiska,
możemy przemknąć alejką lodową o długości
300 m. Mieszczące się nieopodal lodowisko
przy al. Focha 40 to świetne miejsce do spędzenia aktywnego czasu z dziećmi. Specjalnie dla
nich przygotowano taflę lodu, na której swoje
pierwsze kroki mogą stawiać w towarzystwie...
wesołego pingwinka do nauki jazdy. Z takim
towarzyszem aż chce się rozwijać swoje umiejętności łyżwiarskie!
Nowością w tym sezonie jest uruchomienie
miejskiej ślizgawki przy Nowohuckim Centrum
Kultury (al. Jana Pawła II 232). Wszystko kosztuje
tu 5 zł: wstęp na lodowisko (45 min), wypożyczenie łyżew i wypożyczenie kasku.
Przyjezdni, którzy nie orientują się jeszcze zbyt
dobrze w topografii miasta, najczęściej szaleją
na łyżwach na lodowisku przy Galerii Krakowskiej. Na pl. Jana Nowaka-Jeziorańskiego co
roku między godz. 9 a 22 można poślizgać się
na otwartej przestrzeni. A że smog? Trudno.
Zawsze można założyć maseczkę.
Karolina Kociołek
22
siesta
www.whatsupmagazine.pl
E-czytelnik
w wielkim mieście
W XX wieku ogłoszono śmierć autora, na początku XXI mówiono o zmierzchu papierowej książki. Mamy już jednak rok
2015, a e-booki wciąż nie wyparły z rynku swoich wiekowych
poprzedniczek.
Odpowiedź na drugie pytanie jest stosunkowo prosta. W dynamicznie rozwijającym się świecie, w którym bez smartfona czujemy się jak bez prawej ręki, zamiast biec do sklepu po papierowe
wydanie „Wyborczej” lub „Rzeczpospolitej”, wchodzimy na Twittera i w ciągu kilku chwil sprawdzamy najważniejsze informacje
z kraju i ze świata. To szybkie i wygodne, podobnie jak kupienie
książki online i ściągnięcie jej na swój czytnik bez konieczności
odwiedzania sklepu.
Zainteresowanie rośnie, czytelników przybywa
Rynek e-booków wbrew ogólnemu przerażeniu mizerią polskiego czytelnictwa rozwija się bardzo dynamicznie – jego wartość
w 2015 roku wynosiła 60 mln zł. To oczywiście dopiero faza „niemowlęca”, bowiem stanowi zaledwie 2 proc. całego rynku książki,
który jest wart ponad 2 mld zł. Perspektywy są jednak obiecujące,
tym bardziej, że właściciele e-czytników czytają sporo.
Ile? Z przeprowadzonych przez dystrybutora książek elektronicznych Virtualo wynika, że 58 proc. e-czytelników kupuje średnio
1–3 książki w miesiącu. Co ciekawe, z raportu Biblioteki Narodowej o stanie czytelnictwa w Polsce w 2014 roku wynika, że...
58 proc. Polaków w ogóle nie sięga po książki.
O zakupie czytnika (lub sięgnięciu po papierową książkę) warto
pomyśleć też w kontekście awansu zawodowego. W końcu to nie
przypadek, że blisko trzy czwarte specjalistów na wysokich stanowiskach to zadeklarowani czytelnicy.
Nośnik nośnikowi nierówny
E-booki są trochę jak Spotify. Średnia cena pojedynczego e-booka
wynosi około 20 zł, co oznacza, że są one o 20–30 proc. tańsze
od książki drukowanej. Tyle samo wynosi miesięczny abonament
reklama
Spotify Premium, dzięki któremu uzyskujemy nieograniczony
dostęp do ogromnych zasobów muzyki z całego świata. Płyty CD
już dawno odeszły do lamusa, a jednak... sprzedaż winyli wzrasta.
Wirtualne wersje nośników nie unicestwiają swoich materialnych
przodków. Wciąż lubimy uciec od nowych technologii wkładając
winylowy krążek do adaptera spod Hali Targowej i czytając chociażby opasłe „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk. E-book i mp3
idealnie jednak sprawdzą się w podróży. Mały i lekki czytnik
zmieści się w każdej torbie, w przeciwieństwie do kilkusetstronicowej książki.
Nie masz jeszcze e-czytnika? Nie jesteś sam. Z raportu BN wynika, że najpopularniejszą formą czytania książek i tekstów elektronicznych pozostaje... laptop, z którego w tym celu korzysta
aż 60 proc. badanych. Spośród urządzeń mobilnych do czytania
najczęściej używany jest telefon komórkowy (14 proc.). Lekturę
z tabletu zadeklarowało 8 proc. odbiorców tekstów elektronicznych. Typowy czytnik książek pozostaje urządzeniem niszowym,
z którego korzysta tylko wąska grupa użytkowników zorientowanych przede wszystkim na czytanie e-booków (2 proc.).
Kim zatem jest czytelnik e-booków? Z analizy Virtualo wynika,
że jest to młoda (25–44 lata), aktywna zawodowo osoba, najczęściej legitymująca się dyplomem wyższej uczelni. Upodobania
czytelnicze? Kryminał i sensacja, choć fantastyka nie pozostaje
daleko w tyle. Najłatwiej spotkać go w mieście liczącym powyżej
200 tys. mieszkańców na terenie Mazowsza, Małopolski, Śląska
lub Wielkopolski.
Czytelnicy e-booków na tle ogółu czytających wyróżniają się
przede wszystkim intensywnością kontaktu z książką, pod warunkiem, że nie sięgają po „Kapitał w XXI wieku” Thomasa Piketty’ego, bo użytkownicy wersji elektronicznej docierają zazwyczaj
jedynie do... 18 strony. Nabywcy wersji papierowej zapewne dalej,
a to wszystko dzięki łatwości kartkowania.
Karolina Kociołek
siesta
Styczeń 2016
23
Słońce w styczniu?
Skwar w lutym? Ciepłe kąpiele zimą? W te
mroźne dni „What’s Up
Magazine” podąża śladem waszych gorących
pragnień. Sprawdzamy,
gdzie jest naprawdę
ciepło. I najważniejsze:
jak szybko i tanio się
tam znaleźć. Bank rozbija Ejlat…
Północna półkula. Choćbyśmy bardzo chcieli, to nie zamienimy
się geograficznymi współrzędnymi z mieszkańcami Brazylii, RPA
czy Australii, i w tym roku naszą kalendarzową zimą znów było,
jest i będzie przenikliwe zimno. Przyzwyczajeni do wakacji wiosną/latem oraz spędzania zimy w narciarski sposób zapominamy,
że przecież i w zimie można poczuć się jak w przysłowiowych
tropikach
Rzut oka na mapę wystarcza, aby stwierdzić, że najbliższe słońce
lotniczą drogą z Krakowa niekoniecznie spotkamy w Hiszpanii, Włoszech czy Grecji. Od przesilenia zimowego (22 grudnia)
do połowy lutego ten pas Europy również przeżywa coś na kształt
zimy. W północnych Włoszech, dokąd lata z Krakowa zarówno Ryanair (Mediolan/Bergamo, Bolonia), jak i wkrótce easyJet
(Mediolan/Malpensa), słońca uświadczysz znacznie mniej niż
w innych porach roku. Piękne skądinąd regiony Emilia-Romania
i Lombardia w styczniu spowite są często chmurami; w lutym
proporcja dni zachmurzonych do tych pełnych słonecznego blasku również jest mało interesująca. Ewentualnie warto rozważyć
wypad do Rzymu. Tam co prawda też będzie chłodniej niż zazwyczaj, ale szanse na słońce są nieco większe. Choć, przyznajemy
to w końcu szczerze, w styczniu i lutym nie polecamy wam ani
Rzymu, ani Madrytu, ani Barcelony. Może być szaro, a tego przecież nie chcemy...
O niebo lepiej sytuacja wygląda dalej na południe, np. na Malcie,
położonej między włoską Sycylią a północnoafrykańską Tunezją.
W tym najmniejszym kraju Unii Europejskiej (obszar wielkości
Krakowa), smaganym śródziemnomorskim wiatrem, powinniśmy
trafić na piękne, choć nieco oszczędne w ciepło słońce. Umiarkowanie w słoneczne promienie „wyposaża” zaś również zima
w hiszpańskim regionie Alicante, gdzie co prawda pięknych plaż
Costa Blanca jest w bród, ale dni są raczej chłodne...
Oprócz tych nieco „wakacyjnych” kierunków nie mamy dla was
dobrych wieści. Zimowy rozkład lotów, dominującego na kra-
fot. Rafał Romanowski
poszukiwaniu
straconego
słońca
Kołami tuż obok
Tych, którzy nie chcą wybierać się samolotem na południe, czeka
kilka ciepłych atrakcji w bliskim sąsiedztwie Krakowa. W oddalonym o 250 km Wrocławiu tropikalne ciepło ogarnie nas
podczas wizyty w Afrykarium, najbardziej spektakularnej części
tamtejszego ZOO. Tropikalne ryby, żółwie, a nawet hipopotamy
Tylko z paszportem
Unikający tłumów polskich wycieczek w egipskiej Hurghadzie
ukryte wśród palm, lian i ogromnych liści
czy obawiający się swojego
to miejsce, w którym panuje temperatura
bezpieczeństwa na lotnisku
i wilgotność rodem z dżungli w Kongo czy
w tamtejszym Sharm-El-Szejk,
na Borneo. Różnica w odczuwaniu ciepła
może być szokująca dla zwiedzających –
pewnie również wolą unikać
czarterowych lotów do kuzbudowane za kilkaset milionów Afrykarium
rortów Bliskiego Wschodu.
to miejsce wręcz buchające gorącem. O tym,
Niepotrzebnie. Hitem tegoże nie jesteśmy w sercu tropikalnego lasu,
na szybko z Krakowa:
rocznego sezonu zimowego
przypomina nam tylko mroźna rzeczywistość
Ejlat (Izrael), Ryanair
niespodziewanie stało się reza oknami obiektu...
Gran Canaria (Wyspy Kanaryjskie,
gularne (nie czarterowe) połąWszystkim, którzy chcą zaznać ciepłych
Hiszpania), Ryanair
kąpieli, ale tym razem nie w termalnych
czenie do... izraelskiego Ejlatu,
Teneryfa (Wyspy Kanaryjskie,
położonego na najdalej wysubasenach Białki Tatrzańskiej (Terma Bania)
Hiszpania),
Ryanair
niętym skrawku tego państwa,
czy Bukowiny (Terma Bukovina), polecamy
Łaźnie Gellerta Budapeszt (Węgry),
nad samym Morzem Czerwojeszcze jedną „hot” atrakcję – wizytę w słynLux Express lub auto
nym. Ejlat to pierwsze izranych budapesztańskich łaźniach Gellerta.
Wystarczy pokonać 400-kilometrowy dyelskie miasto (obok niegdyś
Afrykarium Wrocław, Polski Bus, PKP lub auto
Tel-Awiw) bezpośrednio postans Kraków – Budapeszt (samochodem
Termy podhalańskie (Bania, Bukovina,
łączone drogą lotniczą z Kralub autokarem Lux Express), a na miejscu
Szaflary), prywatni przewoźnicy
kowem. Zainteresować nas
za około 70 złotych czeka nas wielogodzinAlicante (Hiszpania), Ryanair
powinno przede wszystkim
ny seans taplania się w gorących wodach
Kurorty
Turcji
(aktualna
oferta
z racji niemal nieograniczotermalnych, które już od czasów osmańskich
czarterowa z Kraków Airport)
nego dopływu ciepła i słońca
buchają w tym skrawku stolicy Węgier. Piękne sale z rzeźbionymi fontannami i porcelana naszą skórę. Nad Morzem
Malta, Ryanair
Czerwonym panuje zbawienny
nowymi natryskami, wyłożone orientalnymi
Rzym (Włochy), Ryanair
wręcz dla naszych wyczerpakaflami baseny, secesyjna architektura, woda
nych zimą ciał klimat: suchy
o temperaturze nawet 40 stopni Celsjusza.
i słoneczny, a temperatura w dzień powinna dać nam przyjemne,
Można wylegiwać się na zewnątrz (co prawda pod zimowym
odczuwalne ciepło w granicach 25 stopni.
niebem), można nie wychodzić z budynków. Po wygrzaniu się
Co ciekawe, operujący na trasie Kraków – Ejlat Ryanair promuje
w budapesztańskich basenach zimowe skostnienie znika w mig.
ją, oferując naprawdę tanie bilety: ceny zaczynają się już od 40 zł,
A w 40 minut od Hotelu Gellerta dotrzemy na lotnisko Budapeszt
a kończą na 150 zł. Na miejscu czekają na nas rozpostarte w kieFerihegy skąd... No właśnie. Lecimy dalej?
runku na morze hotele o rozmaitym standardzie, liczne kluby
Rafał Romanowski
i świetne restauracje, strzeżone plaże, oceanarium z wspaniałymi
rafami koralowymi oraz delfinarium. Można wybrać się do pobliskiego skalnego parku Timna, wjechać do pobliskiej Jordanii
(rejony Akaby i dalej przez góry na Petrę), a nawet skoczyć 300
km na północ do Tel Awiwu i Jerozolimy (tam również ciepło).
kowskim lotnisku Ryanaira, kasuje mnóstwo ciepłych kierunków
– ponownie dostępnych stąd dopiero w... wakacje. Zostają zaś
kapryśne pogodowo Wyspy Brytyjskie, Niemcy czy Skandynawia.
TOP 10 gorących
kierunków
24
mały what’s up
www.whatsupmagazine.pl
Akademia żółtej
kaczuszki
W Akademii dzieciaki mogły budować zabawki
z niepotrzebnych przedmiotów codziennego
użytku, poćwiczyć Tai Chi z robotem Nao czy nauczyć się tworzenia animacji poklatkowej. Program wszystkich spotkań tworzony jest przez
specjalistów: Magdalenę Kaniowską, która jest
pedagogiem dziecięcym, oraz psycholożkę Ulę
Młodnicką--Kornaś. Wykształcenie to jednak
nie wszystko, bo najważniejsze są kreatywne
pomysły. A tych nie brakuje i każdego miesiąca
na maluchy czekają tu inne atrakcje.
Kolejne spotkania to sporo interaktywnych
zajęć. Dzieci spotkają robota, który będzie się ruszał, jak mu
„zagrają”. Nie lada gratką będzie jednak samodzielna budowa
robota. Cardboardy, czyli okulary wirtualnej rzeczywistości, przeniosą małych podróżników do wnętrza oceanu lub w sam środek
Wielkiego Kanionu. Natomiast dzieci, które kochają muzykę,
odejdą od stołu z namalowanymi dźwiękami. A to tylko niektóre
z propozycji spotkań łączących innowacyjne narzędzia z tradycyjnymi metodami.
– Warsztaty tego formatu są świetnym sposobem na pokazanie
dzieciom oraz rodzicom, że nowe technologie to nie tylko bezmyślna zabawa, ale przede wszystkim świetne narzędzie, które można
wykorzystać w różnego rodzaju zabawach i edukacji – zaprasza
Magda Kaniowska.
fot. materiały prasowe
Gumowa żółta kaczuszka wyskoczyła na chwilę z wanny pełnej
piany, by zaprosić najmłodszych na zajęcia do swojej akademii.
Akademia Duckie Deck to niezwykłe warsztaty, łączące zabawę, naukę i nowe technologie.
Wszystko zaczęło się od Duckie Deck – stworzonej w Krakowie
serii gier edukacyjnych na urządzenia mobilne, którymi bawią
się obecnie dzieci w 180 krajach na świecie. Proste mechanizmy
wykorzystane w aplikacjach, uzupełnione o uroczą grafikę, stały
się dla maluchów źródłem radości i kopalnią wiedzy. Dzieci nie
tylko oswajają się z elektronicznymi sprzętami, ćwiczą pamięć
czy logiczne myślenie, ale także uczą się tolerancji czy dbania
o środowisko. Kaczuszka nie utknęła jednak na długo w tabletowym świecie, gdyż twórcy gry postanowili zająć się organizacją
warsztatów w przedszkolach, a zaraz potem imprezy z okazji Dnia
Dziecka – Duckie Deck Kids’ Fest. Właśnie popularne przekonanie,
że Dzień Dziecka powinien trwać cały rok, doprowadziło do powstania Akademii.
– Nasz Kids’ Fest, pełen nietuzinkowych zajęć i warsztatów,
roześmianych dzieciaków, rozmów z rodzicami zainspirował nas
do stworzenia Akademii – mówi Ula Młodnicka-Kornaś, psycholożka, jeden z pomysłodawców Akademii.
Główną ideą Akademii Duckie Deck jest obudzenie w pociechach ducha małych odkrywców. Rodzice muszą więc uważać,
bo po warsztatach nie odpędzą się od pytań: „Jak to działa? ”.
W zamian za to wyrosną im dzielni pomocnicy przy domowym
majsterkowaniu.
Dagmara Marcinek
Akademia Duckie Deck
hub:raum, ul. Przemysłowa 12
6–7, 13–14 i 20–21 lutego 2016
Konieczna wcześniejsza rezerwacja miejsc
„Pinokio”
fot. materiały prasowe
reż. Jarosław Kilian
Spektakl dla dzieci od 7
roku życia. Bilety: 15–35
zł (ulgowe) i 20–40 zł
(normalne). Płytę z piosenkami ze spektaklu
można kupić w kasie.
widzowie będą też mogli przez chwilę poczuć się prezesami,
zasiadając dumnie w fotelu Dyrektora Naczelnego Opery. Zimowe spotkania odbędą się 17, 18, 23, 24 i 31 stycznia oraz 7 lutego
i przeznaczone są dla dzieci w wieku od 5 do 9 lat.
Czas na ferie!
Po świątecznej przerwie, czas na kolejną labę
– w styczniu województwo małopolskie odpoczywa na feriach. To doskonała okazja, by
spędzić wolne chwile z dziećmi albo znaleźć
dla nich ciekawe zajęcia, gdy jesteście zajęci
pracą.
Najsłynniejszy na świecie pajacyk ożyje na deskach Teatru Słowackiego. 15, 16 i 17 stycznia
„Pinokio” znowu zagości w repertuarze. Wystrugana z drewna marionetka nie docenia,
że może skakać i biegać jak normalni chłopcy.
Zamiast tego psoci, rozrabia i przysparza swojemu „tacie” Gepetto wielu zmartwień. Rozmaite
przygody sprawiają jednak, że Pinokio powoli
dojrzewa i zaczyna się zmieniać. Nie ma więc
lepszej historii, która nauczy małych łobuzów, że warto być choć
odrobinę grzeczniejszymi. Pinokio to również okazja, by małym
kłamczuszkom przypomnieć o tym, że kłamstwo ma krótkie nogi…
i długi nos. Magii spektaklowi doda piękna scenografia, barwne
kostiumy oraz muzyka Grzegorza Turnaua.
W czasie zimowych ferii ciekawskie dzieci będą mogły zajrzeć
za kulisy Opery Krakowskiej. Podczas Spotkań w Operze wraz
z Panią Nutką odkryją, jak muzyka maluje świat. Dołączą do chóru
i wezmą udział w zajęciach rozwijających ich talenty muzyczne,
plastyczne i ruchowe. Każdego poranka będzie im towarzyszył
inny artysta – od oświetleniowca po solistę – który zdradzi tajniki swojej pracy. Dziewczynki będą zachwycone warsztatami
„Igła, nitka, koraliki – gdzie ten kostium ma guziki? ”. Najmłodsi
Jeśli natomiast drugą połowę stycznia musicie spędzić w pracy
i szukacie miejsca, które w tym czasie zajmie się waszymi pociechami, wybierzcie półkolonie Małego Geniusza. Eksperymenty
chemiczne i fizyczne sprawią frajdę nie tylko dla maluchom,
które pragną zostać naukowcami, a zajęcia z inteligencji finansowej zainteresują nie tylko przyszłych księgowych i maklerów.
W programie jeszcze m.in. prawo, autoprezentacja, języki obce...
Ale niech cię to nie przeraża! Wszystkie spotkania przygotowane
są w formie przyswajalnej dla dzieci od 6 do 10 lat. A do tego mnóstwo radochy: gra miejska, zabawy integracyjne, zajęcia ruchowe
i sportowe czy przebierana impreza tematyczna.
Dagmara Marcinek
wokół stołu
Styczeń 2016
25
Smakuj w tempie slow
Kiedy piszę ten tekst, rozpoczyna się właśnie święto
dobrego jedzenia i małych producentów: Terra Madre
Slow Food Festival. Jednym z otwierających go wydarzeń jest spotkanie „Polskie cydry i pstrągi” na Lipowej 6F. Temat i miejsce skumulowały w sobie to, co
ostatnio w naszym regionie najciekawsze. na nasze stoły – opowiada Magdalena Węgiel, która postanowiła
zająć się hodowlą pstrągów w Ojcowie. Jej dumą jest pstrąg potokowy. – Po roku nasze pstrągi to kilkucentymetrowe, ważące
kilkanaście gramów ryby – wspomina właścicielka Pstrąga Ojcowskiego. W ojcowskich stawach pływają też pstrągi tęczowe
– pomagają utrzymać stawy i swoich dzikich kuzynów. – Za tęczowego też ręczymy, mamy go ze świetnej hodowli – tłumaczy
i dodaje, że dopiero uczy konsumentów różnicy pomiędzy tymi
rybami, wyjaśniając dlaczego pstrąg potokowy jest o ok. 30 proc.
droższy od tęczowego i jak odróżnić pstrąga potokowego od palii,
którą często sprzedaje się w jego miejsce. Wędzony Pstrąg Ojcowski podbił już serca bywalców Targu Pietruszkowego. Obok niego kupić można również surową rybę
i – w sezonie (który właśnie trwa) – przepyszną ikrę. Jeżeli nie
lubicie wcześnie wstawać, zamówcie pstrągi za pośrednictwem
Facebooka lub telefonicznie. Po zakupach podskoczcie na Lipową
po cydry od Lorków i zafundujcie sobie prawdziwie slow foodową
kolację. Warto!
– Mamy to szczęście, że w okolicy sporo jest jeszcze starych,
Zacznijmy od miejsca: nie ma lepszej lokalizacji dla osób zaniepryskanych sadów – mówi Kuba. – Przetestowaliśmy ponad
kochanych w niesztampowych winach pochodzących z małych
30 odmian jabłek i mamy już pomysł, jak je łączyć. Wiemy też,
winnic Europy Środkowej i Wschodniej. Na dodatek Lipowa 6F
to miejsce gościnne: kalendarz puchnie od komentowanych dektóre odmiany do cydrów się nie nadają – dodaje. Slow Flow
gustacji, koncertów oraz spotkań z winiarzami i producentami.
Group nie poprzestaje na prostym fermentowaniu soku z jabłek. – W najbliższych planach mamy sprowadzenie gruzińskich
Najciekawsze prowadzone są przez Mariusza Kapczyńskiego
kvevri, czyli glinianych amfor, w których będą dojrzewać nasze
w cyklu „Podwieczorek na dwa kieliszki”. Można podczas nich
cydry – zapowiada Kuba.
posłuchać ludzi, dla których przygotowywanie jedzenia dla innych stało się sposobem na życie. Częstymi gośćmi tutejszych
Na piątkowym spotkaniu cydry (nie tylko te od Lorków) połączono z pstrągami. Słodkowodnym królem polskich stołów jest
spotkań są Marcin i Kuba Lorkowie, ojciec i syn, gospodarze
pstrąg tęczowy. – To wiąże się niestety z masową jego przemyw mieszczącej się w Szczyrzycu „Koziarni”. Przygotowywane
słową hodowlą i tuczeniem ryb tak, by po 1,5 roku mogły trafić
przez nich wina, cydry, sery i wędliny są przedmiotem tęsknot
bywalców „Koziarni”. Można tam spędzić weekend, podglądając
pracę masarza po świniobiciu, podjadając
co lepsze kąski z garnków doglądanych przez
gospodynię, panią Jadwigę, a rano wdychać
zapachy świeżo pieczonego chleba i strudla.
Pani Jadwiga ma świetną rękę do serów, które
czterema czapkami mogą pochwalić się Atelier
wytwarza z mleka krów hodowanej w okoliAmaro oraz Senses w Reducie Banku Polskiecy rasy polska czerwona. Camlorek i ricotgo, której szefuje Andrea Camastra (Szef Jutra
ta nie mają sobie równych. Jeżeli traficie
Gault&Milau 2015). W Krakowie najwyżej ocedo Lorków, pytajcie o wędliny z mangalicy,
niono restaurację Copernicus (3 czapki). W przewłochatej świni o węgierskiej prowenienwodniku znalazły się też: 27 Porcji, Biała Róża,
Z utęsknieniem czekacie na pierwszą gwiazdcji. To wszystko niestety tylko na miejscu,
Bistro 11, Corleone, Corse, Cyrano de Bergekę w Krakowie? W tej sekcji „What’s Up Maw Szczyrzycu. Na szczęście niedawno do szerac, Del Papa, Destino, Ed Red, Edo Fusion, Fab
gazine” oczekiwanie może dotyczyć jedynie
rokiej sprzedaży trafiły lorkowe cydry – za ich
Fusion, Farina, Introligatornia Smaku, Kawalegwiazdek Michelin. My jednak proponujeprodukcję wzięło się Slow Flow Group, które
ria Szarża Smaku, Kogel Mogel, La Fontaine,
my zapomnieć o czerwonej książce i w jej
do życia powołał Kuba wraz z dwójką koleSapori Italiani, Miodova, Oranżeria, Pimiento,
miejsce postawić na półce żółty przewodnik
gów z przedszkola.
Pod Aniołami, Pod Baranem, Pod Nosem, Pod
Gault&Millau.
Kraków
w Gault&Millau
Nie raz, przeglądając Michelinowskie propozycje, zdarzyło nam się ze zdziwienia nadwyrężyć
mięśnie twarzy? W najnowszym przewodniku
Gault&Millau okazji do ćwiczenia mimiki jest
mniej. System ocen Gault&Millau opiera się
na punktach i symbolu czapek kucharskich: lokal może dostać od jednej do pięciu czapek.
Na ostateczną ocenę składa się sporo elementów, lecz decyduje jakość jedzenia: techniki
przyrządzenia, zestawienia smaków, prezentacja, spójność dań z koncepcją lokalu, sezonowość i jakość składników. Jak na razie w Polsce
Różą, Portobelo, Qualita, Ramen Girl, Ristorante Amarone, Rzeźnia, Studio Qulinarne, Trzy
Rybki, Unicus, Wentzl, Zakładka Food & Wine,
Zazie Bistro i Zielona Kuchnia.
W najnowszej polskiej edycji przewodnika opisanych zostało 390 restauracji, 100 hoteli oraz
120 produktów regionalnych.
Magda Wójcik
Włochy na
wypasie
Na jednej z najmniej kulinarnych ulic naszego
miasta – Krakowskiej – powstała niedawno
restauracja, która ucieszy osoby zakochane
w prawdziwej neapolitańskiej pizzy.
Nolio to lokal, o którym się mówiło jeszcze zanim został otwarty. Przyczyna jest prosta: jak
dotąd nie było u nas włoskiej restauracji, która
taką wagę przykładałaby do jakości i miejsca
pochodzenia produktu. Właściciele Nolio postanowili sięgnąć po włoskie klasyki w możliwie
najlepszym wydaniu. Jak cytryny, to z Amalfi;
jak pistacje, to z Bronte. Możecie chichotać przy
lekturze karty, gdzie opisano sporo składników,
kręcić nosem na pomidory San Marzano „rosnące na wulkanicznych polach u stóp Wezuwiusza”,
ale prawda jest taka, że te produkty po prostu
smakują intensywniej. Co przy prostej włoskiej
kuchni ma niebagatelne znaczenie.
Spróbujcie więc makaronów, pizzy i przystawek
– tu według uznania. Każdy będzie miał swoich
faworytów; dla osób oczekujących przy takich
składnikach perfekcji, kilka dań mogłoby pewnie jeszcze zostać dopracowanych. Niezależnie
od kulinarnych preferencji, zaklinamy Was, zamówcie sernik z ricotty. Nie ważcie się wychodzić bez niego z Nolio. Nie pożałujecie!
26
siedem uciech głównych
www.whatsupmagazine.pl
23 stycznia
Wielkie
Hity Muzyki
Filmowej
Grudzień, za sprawą premiery kolejnej części
„Gwiezdnych Wojen”, upłynął pod znakiem
„Marszu Imperialnego” Johna Williamsa.
W styczniu pojawi się okazja, by ten jeden
z najbardziej znanych tematów muzycznych
w historii kina usłyszeć na żywo w wykonaniu
Cinema Symphonic Orchestra.
To jednak nie koniec. Na gali Wielkich Hitów
Muzyki Filmowej, która 23 stycznia odbędzie
się w Centrum Kongresowym ICE Kraków, po-
jawią się największe przeboje dużego ekranu.
Monumentalna, ale i liryczna ścieżka dźwiękowa
Howarda Shore’a przeniesie nas do magicznego
Śródziemia „Władcy Pierścieni”, a energiczna
i żywiołowa muzyka skomponowana przez Klausa Badelta wyrzuci nas na wybrzeże Karaibów
plądrowane przez Piratów z Jackiem Sparrowem
na czele.
Repertuar uzupełnią m.in. utwory z „Pożegnania z Afryką”, „E.T.” czy „Lawrence z Arabii”.
Oczywiście żaden z koncertów wypełnionych
filmowymi przebojami nie mógłby się obejść
bez hitów z produkcji o nieśmiertelnym Jamesie
Bondzie. Tak też będzie i tym razem. Żyje się
tylko dwa razy, ale ukochanych soundtracków
można słuchać w nieskończoność.
www.icekrakow.pl
Poleca Marynia Gierat
5–6 lutego
SnowFest
Na początku lutego pod Wielką Krokwią
w Zakopanem spadnie na was lawina dźwięków, a wykonywane na snowboardzie triki
porwą was z siłą większą niż śnieżna zamieć.
SnowFest to ekstremalne połączenie muzyki
i zimowych sportów. Przez dwa dni publiczność
rozgrzewać będą zawody w Big Air i Slope Style w snowboardzie oraz freeskiing. W dwóch
pierwszych chodzi o to, by na desce skoczyć
jak najwyżej i najdalej, w drugim – by ewolucje wykonywane na stoku były jak najbardziej
spektakularne.
Trzaskający o tej porze roku mróz zagłuszy muzyka płynąca z dwóch scen, na których wystąpią
gwiazdy polskiej i światowej muzyki. Hip-hop
z Wielkiej Brytanii przywiezie Roots Manuva,
a za drumbassowy trans odpowie duet Chase &
Status. Zupełnie inny klimat zaserwuje punkowo-funkowy Łąki Łan, a Taco Hemingway będzie
rapował o tym, co – nie tylko zimą – doskwiera
mieszkającym nad Wisłą.
Na koniec temperaturę podniesie afterparty,
na którym za konsoletą stanie DJ Andy C oraz
duet Flirtini.
www.snowfest.pl
Rotterdam
na żywo
Pod koniec miesiąca (29–31 stycznia) w Krakowie będzie mieć miejsce niecodzienne wydarzenie. Już po raz drugi w Kinie Pod Baranami
zagości Międzynarodowy Festiwal Filmowy
w Rotterdamie.
W ramach 45. edycji festiwalu widzowie wybranych kin w Europie będą w tym samym czasie
oglądać pięć premierowych filmów, a po seansach wezmą udział w dyskusjach z ich twórcami,
które będą na żywo transmitowane na ekranie.
Uczestnicy projekcji w całej Europie będą mogli
zadawać pytania poprzez Twitter (#livecinema).
A w programie festiwalu zobaczymy m.in.: nagrodzony Europa Cinemas Label w Wenecji francusko-tunezyjski film, którego akcja rozgrywa
się w przeddzień Arabskiej Wiosny („As I Open
My Eyes”), belgijski dramat familijny w bergmanowskim klimacie („Prejudice”) czy malowniczą
ekranizację sztuki teatralnej „Krwawe Gody” Federico Garcii Lorci („La Novia”). Po raz pierwszy
festiwal w takiej formie odbył się rok temu, tym
samym stwarzając niezwykłe poczucie globalnego zjednoczenia wśród uczestników. Filmy
zostaną wyświetlone z polskimi i angielskimi
napisami.
kinopodbaranami.pl
16 i 30 stycznia
Opera na
wielkim ekranie
22–24 stycznia
Dla tęskniących za remontowaną od kilku miesięcy Łaźnią Nową mamy dobrą wiadomość.
Teatr wrócił, a wraz z nim przywędrowały
nowe spektakle.
Jednym z nich jest „Kalkstein/Czarne Słońce”,
koprodukcja Łaźni Nowej, Teatru im. Ludwika
Solskiego w Tarnowie i festiwalu Boska Komedia. Sztuka w reżyserii Joanny Grabowieckiej
osnuta jest wokół biografii Ludwika Kalksteina-Stolińskiego, w roku 1941 odznaczonego Krzyżem Walecznych jako żołnierz Armii Krajowej,
a dwa lata później skazanego na śmierć za działalność dla Gestapo. Uciekając i kilkakrotnie
zmieniając tożsamość, Kalksteinowi udało się
dożyć prawie do końca XX wieku. Historia narodowego zdrajcy w spektaklu stała się pretekstem do poruszenia tematu bohaterstwa,
zdrady i tak szeroko dyskutowanego ostatnio
patriotyzmu.
fot. Magda Hueckel
Nowa Łaźnia
Nowa
„Kalkstein/Czarne Słońce” będzie można zobaczyć w zmodernizowanej sali teatru z mobilną
widownią, dostosowującą się do potrzeb spektakli, nowym oświetleniem i nagłośnieniem.
Wielki remont Łaźni to jednak nie tylko wnętrze
budynku, ale także aranżacja zielonych terenów
wokół teatru, gdzie już wkrótce będą odbywać
się spotkania, koncerty czy happeningi.
www.laznianowa.pl
Nie trzeba lecieć do Nowego Jorku, by zobaczyć najsłynniejsze przedstawienia The
Metropolitan Opera. W kinie Kijów.Centrum
spektakle w jakości HD transmitowane są na
żywo prosto z serca Wielkiego Jabłka.
W styczniu w repertuarze znalazła się prawdziwa
perełka, czyli „Poławiacze pereł” Georges’a Bizeta. Historia miłości dwóch przyjaciół do jednej
kobiety, w dodatku kapłanki, która złożyła śluby
czystości, wystawiana jest na światowych scenach niemal nieprzerwanie od 1863 roku. Chociaż
autor słynnej „Carmen” komponując „Poławiaczy
pereł” nie miał nawet ukończonych 25 lat, udało
mu się stworzyć subtelną, a zarazem przejmującą operę o ponadczasowym pięknie. Drugą
styczniową propozycją jest „Turandot” Giacomo
Pucciniego. To osadzona w malowniczej scenerii Dalekiego Wschodu opowieść o księżniczce,
która każdego marzącego o jej poślubieniu mężczyznę wystawia na próbę. Starający się o jej
rękę kandydaci giną kolejno, zresztą tak samo
jak sam autor opery, który zmarł w trakcie jej
komponowania. Na szczęście Franco Alfano dokończył spektakl, dzięki czemu i my zobaczymy
go wkrótce w Kijów.Centrum.
www.kijow.pl
siedem uciech głównych
27
Fot. Pracownia Fotograficzna MNK
Styczeń 2016
Barbara Hoff
19 grudnia – 17 kwietnia
Modna i już!
2 lutego
fot. Magda Hueckel
Spodnie dzwony i plisowane spódniczki,
kwieciste koszule i sukienki w geometryczne
wzory. Choć w PRL-u półki sklepowe świeciły
pustkami, szafy kobiet pełne były ubrań, które do dziś są inspiracją dla stylistów.
Wystawa „Modna i już! Moda w PRL”, która wystartowała w Muzeum Narodowym tuż przed
Świętami, udowadnia, że trendy panujące kilkadziesiąt lat temu są ciągle w modzie. Pokazuje, jak polska moda ewoluowała w kolejnych
dziesięcioleciach i wyraźnie zaznacza, jak korespondowała z ówczesną kulturą i obyczajami.
Przebojowe spódniczki mini z lat 60., a następnie królujące w latach 70. kombinezony, które
oswajały społeczeństwo z damskimi spodniami,
zwiastowały mające wkrótce nastąpić rewolucyjne zmiany.
Wystawa w MNK to – oprócz historii – wizualna uczta. Zgromadzone zostały tam kreacje
stworzone przez znanych polskich projektantów, m.in. Jerzego Antkowiaka, Kalinę Paroll,
Grażynę Hase czy Barbarę Hoff. Nie zabraknie
też codziennych strojów zwykłych Polek, więc
wizyta w muzeum będzie okazją do zobaczenia,
w co nasze babcie stroiły się na popołudniowy
spacer czy wieczorny dancing.
www.mnk.pl
przez 48 lat, aż do 2002
roku, na łamach „Przekroju” uczyła Polki, jak być
modną mimo szarzyzny na
sklepowych wieszakach.
Na zdjęciu kombinezon
z kolekcji Hofflandu z 1979
roku. Kombinezony należały do najbardziej udanych projektów Barbary
Hoff. Szyto je w różnych
stylach i na każdą okazję
Paul Anka
„Oh please, stay by me, Diana” – to słowa
pierwszego i zarazem największego hitu Paula Anki. Ten popowy wokalista i autor piosenek z Kanady na początku lutego wystąpi w
Tauron Arenie.
Paul Anka przygodę ze śpiewaniem zaczął od
występów w kościelnym chórze, a potem zafascynowany muzyką chodził podobno na każdy
koncert odbywający w Ottawie. Swoją właściwą
muzyczną karierę rozpoczął pod koniec lat 50.,
nieustannie koncertując do tej pory, choć teraz
już rzadko wyruszając poza granice Las Vegas.
Do Krakowa wokalista przybędzie z repertuarem, który zaskoczy niejedną osobę pamiętającą jego smutne „Lonely Boy” czy romantyczne „Put Your Head on My Shoulder”. Kilka lat
temu artysta sięgnął po największe rockowe
oraz popowe przeboje i postanowił tchnąć w nie
nowe, swingowe życie. Jazzowe brzmienia trąbki
czy saksofonu usłyszymy aranżacjach takich
piosenek jak „Tears in Heaven” Erica Claptona,
„Everybody Hurts” REM czy „Smells Like Teen
Spirit” Nirvany.
Miłośnicy Franka Sinatry czy Chucka Berry’ego
mogą być spokojni – w programie znajdzie się
miejsce także dla hitów, które są owocem ich
współpracy z Paulem Anką.
www.tauronarenakrakow.pl
przygotowała: Dagmara Marcinek
reklama

Podobne dokumenty