ESEJ - Migotania

Transkrypt

ESEJ - Migotania
SZCZEGÓLNIE POLECAMY:
• Poemat: Leszek Żuliński
• Proza: Boris Nosik, Dmitrij Lichaczow
• O fotografiach S. Storie: Jerzy Suchanek
• Dyskusja o poezji w USA: Czesław Karkowski
• Felieton: Urszula M. Benka
• Poezja: Bohdan Wrocławski, August Stramm
Gazeta literacka
Nr 4 (37)2012 kwartalnik
cena 15 złotych (w tym VAT 8%)
• Nowa poezja Katarzyny Boruń-Jagodzińskiej
• o Melanii Fogelbaum – Beata P. Klaty,
• o Awronie Suckewerze – Natalia Krzemień
Język, jeżeli jest dobry,
nic lepszego nadeń nie ma,
jeżeli zaś zły,
nic gorszego nadeń nie ma.
(Jalkut Szimoni)
Julian Przyboś
Nowa róża
Stuknij dwa razy w stół, a raz poza –
aby zapomnieć wszystkich słów kiedykolwiek użytych,
aby chwile rosły, każda oddzielona nową różą na zmiennej
łodydze,
aby zaczęła się mowa nieznana, której pierwsze słowo jest
zawsze ostatnim,
która wydłuża cienie alei, a ciebie –
Jesteś przywiązany do ojczyzny jak drzewo.
Patrz, cyklista, olśniony w światłach reflektorów zając,
gdy skończyła się aleja, wjechał na topolę,
i pedałuje znikliwie po pniu, pionowo w górę, z kierownicą
umajoną liśćmi,
wyżej
wierzchołek lipy wypuszcza wirujące koło
i sylabizuje zagubiony rozmiar.
A ja z materii spojrzenia i zmysłu równowagi
wznoszę nową wieżę Eiffla, błyskającą tej nocy wysoko nad
miastem przejechanym przez sen,
wieżę skrwawioną ciałami przelotnych skowronków.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
639 autorów na 10-lecie „Migotań”
W numerze obrazy: Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
11
Gazeta literacka ISSN 2083-2494 Fundacja Światło Literatury Gdańsk 2012
Małgorzata Szadkowska-Borys
Broń biała z nieograniczonym dostępem i nieograniczoną siłą rażenia
W
rozbawił, ba, dałam lajkiem temu wyraz, rozsyłając tym samym obrazek
dalej. I właściwie na tym zakończyłabym tę przygodę i temat, gdyby
nie brutalna uwaga znajomej, że przecież to żadna niewinna zabawa,
tylko fatalne w skutkach utrwalanie stereotypu głupiej baby.
Próbowałam początkowo odeprzeć ten zarzut i nieco osłabić
jego wagę - że dystans, że gra słów, że poczucie humoru etc. Nie.
Nie, mówi zdecydowanie znajoma, dystans, gra słów i poczucie
humoru to Twoje instrumenty, dojrzała, wykształcona kobieto, ale
przecież haupt-odbiorca fejsbukowych dżoków to gimnazjalista,
którego receptorki są w trakcie szkolenia i nabywania nawyków
i dla którego taki przekaz niesie łatwą kliszę w myśleniu.
Przesada? Uleganie propagandzie wojującej feministki? Dzielenie
włosa na czworo? Cóż, może. O sile słowa, o języku propagandy,
o możliwościach manipulacji przez przesunięcie akcentu w wypowiedzi, o uprawomocnianiu się wielokrotnie powtarzanych kłamstw,
o wpływie języka na mentalność czy wreszcie - wprost - o zagrożeniu,
które rodzi się „między słowami”, powiedziano już wystarczająco
wiele i mądrze, by nie została furtka na ucieczkę przed oczywistością wpływu języka na myślenie. I choćbyśmy nie wiem jak bardzo
chcieli tego nie widzieć, wystarczy pobieżna refleksja, jak posłusznie
ulegamy reklamie, żeby zdać sobie sprawę, że - wracając do źródła
tych rozważań - fejsbukowy żart nie jest przyrodzie obojętny. Zasięg,
moc i szkodliwość mądrości w typie „kobiety gorzej jeżdżą” budzi
refleksję nad efektem motyla takich sobie powiedzonek. Przy całym
szacunku dla różnic wynikających z płci mózgu.
Matryce w myśleniu, uprzedzenia, przesądy, wszystkie te„Vorurteile”,
które tak„pomagają” poruszać się w świecie różnic, które tak„ułatwiają”
wyrobienie czarnobiałych sądów o bliźnich, które tak„upraszczają” ich
obraz, które wreszcie tak skutecznie i masowo zastępują myślenie. To
niesprawiedliwe i groźne. I nawet, jeśli ktoś puka się w czoło pytając
o związek miedzy zabawnym hasłem na fejsbuku, a poważnymi
socjologiczno-psychologiczno-historycznymi skutkami i komplikacjami,
powtarzam - to niesprawiedliwe i groźne.
Z nostalgią czytam więc międzywojenne zwiastuny dzisiejszego
przemysłu reklamowego, wydają się niewinne i uczciwe. Ale nie udaje
mi się jednocześnie zapomnieć, że mowa o języku czasów, na których
rewersie była cała rodząca się właśnie nazistowska propaganda,
manipulacja semantyczna w wydaniu totalitarnych Niemiec, która
ostatecznie doprowadziła do całkowitego wynaturzenia, a wzięła
się przecież ze zneutralizowania zła w odbiorze tzw. zwykłych ludzi.
Nad tym pracuje się nie gdzie indziej, jak właśnie na poziomie języka.
I chyba jednak nie przypadkiem do dziś uznaję LTI Victora Klemperera
za jedną z przełomowych lektur mojej młodości.
Nowym Jorku, gdzie wystarczy zejść do metra, aby ujrzeć dziesiątki
czarnowłosych, uturbanionych nawet muzułmanów i kobiety w ciasno
owiniętych białych chustach na znak pobożności. Ludzie ci czują
być może to samo, co Irakijczycy, gdy nasi dzielni żołnierze zostali
pogonieni z ulic, gdzie raczyli się zimnym piwem. Islam zabrania
alkoholu, zabrania wieprzowych kiełbasek. Nawet zakaz noszenia
chusty dla muzułmanki to coś, co narusza jej przyzwoitość. Ponieważ
w Europie mieszka dziś ponad 50 milionów muzułmanów, populacja
niewiele mniejsza niż Ukrainy, demograficznie o wiele prężniejsza niż
autochtoni, od wielu lat Europejczyk stoi przed pytaniem jak uzgodnić
wzajemne kulturowe nieporozumienia.
Można być delikatnym. Nie tak dawno nauczycielka we Włoszech
przygotowując z dziećmi szopkę bożonarodzeniową, przez delikatność
usunęła z kolęd słowo „Pan Bóg”, bo a nuż mali Libijczycy poczuliby
się zranieni. Zastąpiła więc „Pana Boga” terminem neutralnym „Siła
Najwyższa”. Mogę to sobie wyobrazić: „W żłobie leży, któż pobieżny
pielęgnować Siłę Najwyższą”, albo „Oj, maluśka Siła Najwyższa, maluś-
łagru, Rosjanom o łagrach żadnych w ogóle się nie śniło i poniekąd
żyją i dziś ludzie, którzy nie wierzą w żadną Kołymę, Katyń – bo to się
nie mieści we łbie. Pięć miesięcy normalnego więzienia, gdzie można
sobie pisać książki, za obrazę Cerkwi, lecz młode matki upominano
tylko i od kary odstępowano.
Co nie zmienia faktu, że atak Femenu na krzyż wzniesiony ku czci
ofiar stalinizmu przeraża, głównie chyba jako skala komercjalizacji
sztuki oraz jako zdryfowanie gniewu w nieprzewidywalnym kierunku.
Z drugiej strony, czy to zamach na religię? W Polsce patrzymy na
wartość Golgoty często ignorując fakt, iż Golgota i krzyż są miejscem
centralnym w katolicyzmie. Prawosławie silniej skupiało wzrok na
górze Tabor i cudownym Przemienieniu Pańskim, co przesunęło
cały akcent ze śmierci Chrystusa, na jego życie. Można by rzec: to
nie śmierć i wyobrażający ją krzyż są najistotniejszym wydarzeniem
w życiu Zbawiciela. Najistotniejszym takim wydarzeniem jest zmartwychwstanie oraz jego zapowiedź na Taborze.
Chrześcijanie pytali od samego początku, czy krzyż, krzyż mający
ka, jako rękawiczka”. Jasne, z kolędami bywa różnie, nasz sarmacki
poeta Żabczyc ułożył lubianą, powszechnie po kościołach wyśpiewywaną kolędę o tym, że jak nastała radość w stajence, to „Aniołowie
się poupijali, jak barany się tarzali”. Ktoś powie: sarmacka literatura to
czas upadku, błędu i wypaczeń, Franciszek Karpiński uzdrowił kolędę,
podniósł ją do rangi literackiego arcydzieła. Narodowy polski wieszcz
Henryk Sienkiewicz lubił jednak sarmackość i napisał „Gdy Pan Jezus
urodził się w Betlejem, pan Lubomirski z Tarnawy był jeszcze Lutrem”.
Ja też, przeciwnie niż Stanisław Brzozowski lub Gombrowicz,
podobnie natomiast jak Sienkiewicz, Zagłoba, Mickiewicz, Słowacki
a nawet prof. Janusz Tazbir, pasjami kocham sarmacką kulturę. Za jej
dezynwolturę. Za jej – jeśli się bliżej przyjrzeć – ogromnie ciekawy
stop na dnie wielokulturowego tygla, jakim była przedrozbiorowa
Rzeczpospolita, ówczesne Stany Zjednoczone Europy.
Obraza to herbertowska kwestia smaku. Oburzać może nawet Less-Festiwal, sztuki (literatury, muzyki, plastyki, fotografii, nawet sportu)
lesbijek. Niektórych oburzała paraolimpiada. Niektórych promowane
w Moskwie wydarzenie kulturalne o nazwie „Mój pierwszy raz z Putinem”. W Wielkiej Brytanii parlament dopuścił obrażanie wartości
religijnych. Dlaczego? Bo diabli wiedzą, co jest dla kogo religijne
i religijnie pilniejsze: msza czy supermarket, co upaja, a co obraża.
Kiedy obraża, a kiedy powie się tylko „take it easy”. Prawo brytyjskie
surowo zabrania wzywać i podżegać do obrażania religijnych wartości.
Ale Rosja, twierdził znowu Kundera,
nie jest Europą. Ubrane w kominiarki
członkinie Pussy Riot puściły z cerkiewnego głośnika antyputinowską
5 stycznia 2013 roku zmarł
piosenkę w gorącym okresie wyborczym, gdy każdy wiedział, że wybory
są ustawione. Że opozycja jest na
celowniku. Miały rację. Ledwie ucichła piosenka, sąd, prokurator woła
o 5 lat łagru, nawet jeśli kodeks karny
Był naszym Przyjacielem i Kolegą redakcyjnym.
nie ma artykułu za profanację religijOd początku istnienia pisma współpracował z nami
ną. Co tam kodeks! U nas też każdy
i był jednym z najważniejszych autorów.
wie, subtelności właśnie prawnicze
pozwalają, żeby właściciel Amber
Jego teksty decydowały o kształcie i wartości kwartalnika.
Gold mógł liczyć na odszkodowanie
Zawsze mogliśmy liczyć na Jego twórcze pomysły.
ze Strassburga, minister zaś sprawiedliwości polecieć na pysk za imienne
Będzie nam brakować Jego talentu literackiego i kompetencji badacza.
napiętnowanie. Prości ludzie mówią,
co myślą, o subtelnościach prawnych
i samym prawie też. Uczeńsi – że co
Redakcja Gazety Literackiej „Migotania”
niezakazane, dozwolone. Jeszcze
uczeńsi, że kara za profanację religijną była w carskim kodeksie, ale nie
żadne pięć lat, a tylko 5 miesięcy, nie
pewne cechy przypadkowości (gdyby zadać sobie pytanie: co by było,
gdyby Piłat pozostał niemanipulowalnym sędzią, gdyby Judasz nie
zdradził, lub gdyby siepacze, jak zdarza się to wielokrotnie, ubiczowali
pojmanego Jezusa na śmierć), może w ostatecznym rachunku stanowić ich kluczowy znak. W istocie pyta się tu o granice wolności woli
człowieczej. Jan Kalwin przyjął za pewnik nieugiętość Przeznaczenia.
Katolicyzm dowodzi, że to podstawowy błąd, ponieważ każdy wybór
moralny byłby szyderstwem. Czyn Judasza, tak samo bezwstydne
umywanie rąk przez Piłata, utraciłyby wyrazistość zła. Pytano też, co
było ważniejsze: życie Jezusa, czy śmierć. Zycie trwało 33 lata, śmierć,
licząc wedle katolickiej tradycji wielkopiątkowej, trwała od godzin
porannych do popołudnia, do godziny 15 albo 17.
I wreszcie, czy krzyż wyraża przestrzeń bożą, czy ludzką? Jest bez
wątpienia grubo starszy od chrześcijaństwa – w Izraelu symbolizował
radość i płodność, toteż zdobił koronę króla Salomona, małżonka
dziewięciuset kobiet. Chrześcijanie z kolei aż przez trzysta lat za
emblemat swojej wiary uznawali rybę, które to słowo w greckim
brzmieniu pozwala utworzyć anagram Jezus Chrystus Zbawiciel
Świata. Można sobie więc wyobrazić chrześcijaństwo „pierwsze”
właśnie, a więc niewinne jeszcze, heroiczne, dalekie od kompromisów polityki oraz ekonomii – bez krzyża. Starałam się podać garstkę
argumentów przeciw tezie, iż rozebrane dziewczyny podjęły zamach
na religię. Nie było to nawet intencją Femenu. Uderzyły w symbol
dzisiaj kojarzony bardziej z Kościołami niż Jezusem. Kościoły, które
i w Rosji, i w Polsce, i na Ukrainie (we wszystkich trzech krajach
pojawiły się grupy Femenu) nabrały wody w usta w kwestii skazanych za antyputinowski wyskok (wyskok a nie występek) Pussy Riot.
Że trafiło w ofiary stalinizmu? Trafiło, bo monumentalny krzyż
na jednym z głównych placów Femen odczytały jako triumfalnie
zatkniętą dzidę władzy. Gigantyczną dzidę establishmentu, który
woli stalinowskie ofiary sakralizować, zamiast uczcić je radykalną
demokratyzacją prawa i odstąpieniem raz na zawsze od podziału
na równych i równiejszych.
Jako artystyczna przy okazji idea budzi powszechny niesmak;
problem w tym, że ważna sztuka budzi niesmak. Ważna sztuka
nieodmiennie oburzała, łamała normy, wprowadzała jakiś rodzaj
szaleństwa a przynajmniej wariactwa. I zawsze miała wyczuwalny
związek z religią – jeśli nie oficjalną, panującą religią, to otwierając
nową, nieprzeczuwalną przestrzeń sakralnej wrażliwości, zresztą ogół
społeczeństw Ziemi wyczuwa zbliżanie się zmiany. Epoka Wodnika,
Trzecie Tysiąclecie, Koniec Historii, nawet mityczny 2012 Rok Majów,
to hasła powtarzane od wielu, wielu dekad, hasła głęboko utrwalone w popkulturze. Polityka prawie co rok ogłasza jakąś Wiosnę
Ludów. Klimat naszej planety także w wymiarze metaforycznym,
kulturowym, wyczynia cuda.
1924 r. powstało Biuro Reklama Mechano. Henryk Berlewi
z dwójką poetów futurystów, Aleksandrem Watem i Stanisławem Bruczem, stworzyli tym samym pierwszą w Polsce agencję
reklamową, która może nawet i była początkowo artystyczną prowokacją, niemniej - prosperowała ponoć bardzo dobrze. Czytam
hasła reklamowe agencji: „Jeżeli lubisz czekoladę i pomarańczę, jedz
tylko czekoladę pomarańczową” albo „praca jest dobrodziejstwem
i świętym obowiązkiem człowieka, ale praca bez czekolady Plutos
- jest wycieńczającym ciężarem, istnem utrapieniem człowieka”
i myślę, że wszystko się zgadza. Do tego - jeśli lubię czekoladę
(a lubię) i pomarańczę (a też lubię) to namawiania mnie na czekoladę
pomarańczową nie odczytuję jako szczególnej manipulacji czy
ingerencji w podkorowe zasoby.
Ale nie będzie dziś o międzywojennych metodach na czekoladowy
biznes. Będzie - powiedzmy - o fejsbukowym sposobie na wspólną
zabawę. A jest on rzeczywiście nieskomplikowany: wystarczy polubić,
ewentualnie polubić czyjeś polubienie i już znajomi widzą, co i jak.
Choćby taki żart:„Kto wy jesteście? Kobiety. Czego chcecie? Nie wiemy.
Kiedy chcecie to dostać? Natychmiast”. Dowcip o - eufemistycznie
mówiąc - kobiecej determinacji w kilka minut obskoczył parę dni
temu fesjbukową ścieżką setki czy tysiące komputerów, samosiejąc
się wśród znajomych znajomych znajomych. Oczywiście, że mnie
Urszula M. Benka
N
a pytanie, po co jest sztuka, coraz trudniej odpowiadać dorzecznie, Luwr? Proszę bardzo, słynna marmurowa Wenus z Milo,
obwiązana niedawno szarfą – przez głowę i obnażone piesi, na
znak protestu ze strony Femen. Ta działająca od czterech lat grupa
występujących topless ukraińskich studentek, aktywistek z pogranicza
kultury i ruchu oburzenia społecznego, zrobiła happening przetwarzając starożytną boginię miłości, dla potomnych kanon kobiecego
piękna a może też, przy okazji, i paryskości, tego charme discret de
Paris, ale zarazem kobiecości rzadko przez feministki promowanej, bo
urokliwie uwodzicielskiej i skierowanej ku mężczyznom.. To skądinąd
ciekawe zderzenie: paryskość z jednej strony, a z drugiej brutalne jak
najbardziej, wschodnioeuropejskie, by nie rzec: stepowe półnagie,
długowłose mołodyce z siekierami – jeśli przywołam niedawną
a najsłynniejszą dotąd kontrkulturową akcję Femenu, czyli ścięcie
w centrum Kijowa krzyża upamiętniającego ofiary stalinizmu. Powiedziałam: siekiera dla podkreślenia stopnia agresji. Pasuje o tyle, że
przepiłowano krzyż w wyrazie poparcia dla dziewczyn z rosyjskiej
grupy Pussy Riot. Wenus paryska też została „zdeformowana” w
tej samej intencji – proteście przeciw skazaniu na wieloteni łagier
rosyjskich dziewczyn za to, że śmiały w katedrze zaśpiewać (w istocie
śpiew szedł z taśmy) „Matko Boska, chroń nas przed Putinem”.
Który to artystyczny manifest też uznano za nieartystyczny, za
politykierstwo, pogoń za rozgłosem, głupotę wreszcie. Femenu
pomysł z krzyżem, oczywiście, dla większości komentatorów jest bodaj
bardziej jeszcze szokujący od politycznej modlitwy-hucpy Pussy Riot.
Idiotyczny w stopniu uprawniającym, aby stawiać pytanie o prawne
i moralne granice artystycznej swobody, i postulować jakąś moralną
odnowę wartości kulturo-artystycznych. Można by w zatroskaniu
potaknąć. Tyle, że natrafiamy tu na założenie, iż nie jest sztuką to, co
obraża wartości chrześcijaństwa. Intarsja w Wenus i Luwr odbywa się
w obecności fleszy telewizyjnych kamer, i tutaj Femen są zasypywane
wywiadami dziennikarzy. Intarsja w krzyż albo sobór wywołuje mnóstwo telefonów na policję, i absurdem wydaje się analiza występku
jako dzieła, jako konceptualnego dzieła w stylu da-da i ponowoczesnej
formy zeszłowiecznego postulatu Marcela Duchampa, aby artystyczne
wydarzenie eksponowało przede wszystkim pierwiastek destrukcyjny,
złośliwość i pesymizm co do kondycji ludzkiej.
Tak więc musimy być głęboko obrażeni. Ja pozwolę sobie na
votum separatum. Po pierwsze, kwestia obrazy jest subiektywna. Czy
obrażam islam jedząc na ulicy hot doga? W swoim mieście, Paryżu,
Artystyczne występki
profesor Andrzej Żurowski
22
Małgorzata Szadkowska-Borys
Urszula M. Benka
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Małgorzata Szadkowska-Borys – Biała broń z nieograniczonym dostępem i nieograniczoną siłą rażenia / Felietonnik .......................................................................................... 2
Urszula M. Benka – Artystyczne występki / Felieton ............. 2
Czesław Karkowski – Schyłek poezji, czy jej rozkwit? Amerykańska dyskusja o poezji dziś i jutro / Esej ............................... 3
Andrzej żurowski – Powidoki (4) / Proza ................................ 6
Krystyna Rodowska – Poezja .................................................... 8
Leszek żuliński – Poemat ........................................................... 9
Kamil Zaszkowski – Poezja ....................................................... 10
Dmitrij Lichaczow – O intelektualnej topografii Petersburga w pierwszym ćwierćwieczu XX wieku (tłum. B. Żyłko) /
Proza ........................................................................................... 10
Mariusz Koryciński – Będziemy mieli własny teatr / Esej ........ 12
Bohdan Wrocławski – Poezja ...................................................... 14
Zofia Beszczyńska – Poezja .......................................................... 16
ks. Jan Sochoń – Bóg w kulturze interpretacji / Esej ............... 17
Zbigniew Zawadzki – Peace, love... brave new world. Notatki
na marginesie „Cząstek elementarnych” Michaela Houellebecqa / Esej ................................................................................................ 18
Mariusz Cezary Kosmala – Poezja ............................................. 19
Roman Warszewski rozmawia z Isabel Sabogal Dunin-Borkowską – Między Cuzco a Krakowem, czyli o tym, jak rozmawiając
z Czesławem Miłoszem, dwa razy zbaraniałam ............................... 20
Patrycja Jarosz – Poezja ................................................................. 21
Roksana Chirowska – Poezja ....................................................... 22
Boris Nosik – Niesławny koniec „równego chłopa” (Siergiej
Efron) (tłum. K. Śmiechowicz) / Esej ............................................. 23
Tadeusz Olszewski – Poezja ......................................................... 24
Mieczysław Machnicki – Noblista lingwista / Proza ............. 25
Andrzej C. Leszczyński – Okruchy (19) / Esej .......................... 26
August Stramm – Poezja (tłum. L. Szaruga) ............................ 28
Czesław Dziekanowski – Z lektur do życia / Esej ............. 30
Katarzyna Boruń-Jagodzińska – Poezja ................................ 33
Grzegorz Kociuba – Poezja .......................................................... 34
Maria Jentys-Borelowska – Podbić świat. Przyczynek do biografii Jana Drzeżdżona / Esej ....................................................... 35
Tomasz Sobieraj rozmawia z Januszem Najderem – Krawiec,
czyli powrót poematu dygresyjnego .............................................. 36
Natalia Krzemień – Awrom Suckewer jako najważniejszy
poeta literatury jidysz XX wieku / Esej ........................................... 38
Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska – Poezja ............... 39
Jan Henryk Cichosz – Poezja ....................................................... 39
Jerzy Suchanek – Ślady w śladach / Esej ................................... 40
Beata P. Klary – Przez życie nie do pary – o wierszach Melanii
Fogelbaum / Ocalone ........................................................................ 41
Sławomir Majewski – Piękność zrodzona w burdelu (1) / Esej
z cyklu Kobiety ich życia .................................................................... 42
Jakub Antolak – Proust – król słońce?/ Esej .............................. 44
Leszek Szaruga – Wyprasownie (4) Felieton............................. 56
RECENZJE: Maciej Dęboróg-Bylczyński – „W. M. Dęboróg”
– zagadkowy pseudonim literacki 47; Zbigniew Zawadzki
– Powracanie, powracanie...47; Grzegorz Kociuba – InFEkowanie pola 48; Janusz A. Kobierski – Wiersze jak pomniki
48; Edyta Antoniak-Kiedos – Mają coś do powiedzenia 49;
Edyta Antoniak-Kiedos – Wyjęte z „ciemnej luki” 49; Witold
Egerth – Heretyk w postetycznym świecie. Rzecz o „Krawcu”
Tomasza Sobieraja 50; Izabela Fietkiewicz-Paszek – Tuż po
buncie 50; Jerzy Cyngot – Na peryferiach współczesności.
O „Siedleckich miniaturach” Artura Ziontka 51; Ewa Opiela – Podróż bez powrotu Ernesta Che Guevary 51; Janusz
A. Kobierski – Hymn na cześć życia 52; Andrzej Walter
– Nieśmiertelność poza krawędzią czasu 52; Magdalena
Boczkowska – Kaftan słów 53; Jan Owczarek – Gdy kusi
duch nocy tajemnica ciemną. Bez tabu – w świecie skondensowanych uczuć 53; Teresa Rudowicz – „Chciałabym być
kobietą” – o wierszach Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej
54; Jerzy Suchanek – Dybuk do tabletów 55.
Zaczęło się od eseju Dany Gioia w „The Atlantic Monthly” z maja 1991 r. Szkic o prowokacyjnym tytule „Can Poetry
Matter?” nie spodobał się wielu, zwłaszcza amerykańskim poetom. Posypały się gromy na autora.
A może sprawa tak naprawdę rozgorzała znacznie później? W dziesięć lat po wspomnianym artykule, kiedy amerykańskie media zelektryzowała wiadomość o wielkim spadku dla poetyckiego magazynu. Najstarszy w USA miesięcznik
„Poetry” otrzymał gigantyczny zapis rzędu 100 milionów dolarów od Ruth Lilly, spadkobierczyni farmaceutycznej fortuny
Eli Lilly and Co. Nieoczekiwanie pismo otrzymało pieniądze, o jakich żadnemu poecie nigdy się nawet nie śniło. „Poetry”
publikujący i propagujący sztukę wierszotwórczą, weszło w posiadanie bajecznego majątku. Ów testamentowy zapis
stał się jakby odpowiedzią na artykuł Dany Gioia sprzed lat: tak poezja ma wielkie znacznie, liczy się jak najbardziej
ponad wszelką inną produkcję literacką.
Czesław Karkowski
Schyłek poezji, czy jej rozkwit?
M
agazyn „Poetry” założony w 1912 r. przez Harriet Monroe ma ogromne zasługi w propagowaniu twórczości
poetyckiej w Stanach Zjednoczonych. Energii założycielki, jak i
pasji jej pierwszego londyńskiego korespondenta, Ezry Pounda,
zawdzięczać należy, iż miesięcznik zaczął od razu publikować
utwory znakomitych autorów, zdobywać uznanie w środowisku
literackim. Zawsze jednak borykał się z ogromnymi kłopotami
finansowymi. Wychodzi jednak regularnie już od stu lat. Dziś
dzięki zapisowi testamentowi nie ma problemów z pieniędzmi.
Pozycja miesięcznika wśród amerykańskich publikacji literackich
jest zapewniona na dziesięciolecia.
W prasie zawrzało. Zapewne zawiść dyktowała słowa wielu
komentarzy, których tenor sprowadzał się do stwierdzenia, że
poezja może współcześnie istnieć jedynie jako twórczość mocno
dotowana. Nikt wierszy nie czyta, nikt takiej sztuki nie chce i
nie potrzebuje. Jest to gatunek literacki praktycznie martwy.
Powoływano się też przy tej okazji na artykuł Dany Gioia.
Rozkwit poezji i jej marginalizacja
Ale i autor owego tekstu, biznesmen i poeta, przez parę lat
dyrektor federalnej National Endowment for the Arts, dziś wykładowca uniwersytecki, nie był pierwszym, który w Ameryce głosił
marginalizację poezji. Jest to więc wątek stary, przewijający się
od lat w myśli zainteresowanych literaturą.
Gioia opublikował swój artykuł ponad dwadzieścia lat temu,
ale jego treść jest wciąż świeża i aktualna. Autor zaczyna od
powtórzenia starej tezy głoszonej przez znanych krytyków Josepha Epsteina i wcześniej jeszcze – Edmunda Wilsona, iż poezja nie
należy już do głównego nurtu artystycznego i intelektualnego
życia kulturalnego Ameryki. Stała się wysoce wyspecjalizowanym
zajęciem stosunkowo niewielkiej i wyizolowanej grupy twórców.
Jako grupa mają oni stosunkowo mocną pozycję, ale jako indywidualni twórcy są niemal niewidoczni.
Sytuacja jest o tyle paradoksalna, że ma ona miejsce w czasie bezprecedensowego rozwoju sztuki wierszotwórczej. Nigdy
dotychczas nie publikowano tylu książek, w tym tomów poetyckich,
wszelkiego rodzaju antologii wierszy, magazynów literackich. Nigdy
też nie było tak łatwo żyć (dobrze) z poezji. Doceniając jej rolę w
społeczeństwie Kongres USA ustanowił nawet funkcję (na roczną
kadencję) „laureata poetyckiego” – państwowego poety, którego
zadaniem jest dbanie o kondycję tej sztuki w Stanach Zjednoczonych. „Narodowy poeta” opłacany z kasy federalnej, urzęduje od
1986 r., ale wcześniej – od 1937 r. istniało stanowisko „konsultanta
poetyckiego”. W obu przypadkach to zaszczytne stanowisko
przypadło w udziale najwybitniejszym amerykańskim poetom.
Także większość stanów USA ma swojego, lokalnego „laureata
poetyckiego”; istnieje rozbudowana sieć grantów z pieniędzy
publicznych, a także prywatnych. Na wielu uniwersytetach prowadzone są kursy „creative writing”, na których zainteresowani
uczą się jak pisać wiersze (prozę, dramat, itp.). Również przyznaje
się magisteria w tej dyscyplinie – rocznie w sumie ponad 200. Od
czasu opublikowania artykułu Dany Goia w Ameryce znalazło się
więc ponad 4000 dyplomowanych poetów. Złote czasy dla poezji,
mogłoby się wydawać.
Bynajmniej. Produkcja wykształconych w sztuce wierszotwórczej,
rozmaitość wszelkiego rodzaju stypendiów i finansowania twórczo-
ści i wielość publikacji, stworzyła armię fachowców ulokowanych
zwykle przy uczelniach. Grupy te stają się nie tylko głównym
„producentem” poezji, ale także jej odbiorcą. Do nich ta twórczość
jest adresowana. Innymi słowy, miast kierować swą sztukę, jak
kiedyś, „na zewnątrz” w stronę szerokiej publiczności, dzisiejsi poeci
coraz bardziej koncentrują się „do wewnątrz”, na własnej grupie
pokrewnych im artystów. Konsekwencją takiego stanu rzeczy jest
to, że w miarę jak rośnie wyspecjalizowana publiczność poetycka,
kurczy się ogólne czytelnictwo wierszy w społeczeństwie. I po
drugie, wraz z generalną migracją poetów i fachowych odbiorców
ich twórczości w stronę wyższych uczelni, poezja znikać zaczęła
z widoku publicznego.
Gremium to rządzi się własnymi interesami. Pisma poetyckie,
antologie wierszy, recenzje mają na uwadze tej właśnie zbiorowości interesy. Tutaj Gioia jest szczególnie krytyczny, zresztą nie
jest w tej krytyce odosobniony. Wybitny poeta, Robert Bly również
nie szczędził cierpkich uwag pod adresem zalewu publikacji złej
poezji i zarazem pozytywnych recenzji z takich tomów. Środowisko
zawodowych poetów chroni swe interesy. Ponieważ zwykle ci sami
ludzie są twórcami, odbiorcami, recenzentami, oraz redaktorami
tomów poetyckich, rządzą się więc podstawową zasadą: nie urazić,
nikogo nie umniejszać osiągnięć. Skutkiem tego, jak twierdzi Bly
w „American Poetry: Wilderness and Domesticity” (HarperCollins
1991) wielu młodych adeptów tej sztuki traci kompletnie orientację w tym, co dobre, a co złe. W jednakim stopniu chwalone są
utwory mierne, takie sobie i dobre zebrane razem w antologię,
albo wydawane w osobnych tomikach.
Kryteria administracyjne miast artystycznych
Gioia, zainteresowany bardziej socjologicznym obrazem, uważa,
iż produkcja taka motywowana jest wzajemnym wspieraniem się
tej specyficznej grupy wspólnego interesu. Antologie poetyckie
zawierają więc z reguły wiersze twórców, którzy uczą sztuki
pisania poezji. Książki takie sprawiają wrażenie, jakby od samego
początku nie były przeznaczone do czytania. Spełniają czysto
biurokratyczną funkcję.
Obecnie kolegia i uniwersytety oferujące studia magisterskie
w dziedzinie poezji zatrudniają około 1800 wykładowców. A
wszystkie akademickie programy „creative writing”, czyli dotyczące
także innych form literackich, mają ponad 20 tys. pracowników.
Każdy z nich ma przynajmniej 15 studentów rocznie, każdy z nich
musi publikować, spełnić biurokratyczne warunki zatrudnienia na
wyższej uczelni. A tym podstawowym warunkiem są publikacje.
Same liczby są oszołamiające.
Ponieważ poeci zasadniczo zainstalowali się na wyższych
uczelniach i uczenie studentów jest ich głównym zajęciem (przynajmniej za to biorą pensje), przeto muszą być rozliczani podług
akademickich kryteriów. Biurokracja z natury nie może brać
pod uwagę czegoś tak nieuchwytnego, jak wartość literacka.
Zadowala się więc kryteriami ilościowymi. Pod uwagę brane są
zatem publikacje, pozytywne recenzje, ewentualne nagrody,
stypendia, itp. Wszystko, co da się wyliczyć, pomierzyć, sprawdzić.
Zdaniem Dany Gioia, poeci publikują nie dlatego, że akurat
skomponowali dobry wiersz, albo skompletowali tomik poezji, ale
drukują pod administracyjnym przymusem. Szybko, jak najwięcej.
Dzieje się to z ogromną szkodą dla jakości twórczości poetyckiej.
[
[
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
ESEJ
SPIS TREŚCI
Amerykańska dyskusja o poezji dziś i jutro
33
[
Szalony rozwój czasopism i wydawnictw w USA w ostatnich 30
latach wynika nie z zapotrzebowania społecznego na tego typu
sztukę. Bierze się z konieczności piszących nauczycieli akademickich
przedstawienia publikacji, co zapewnia im dalszą pracę w uczelni,
szkole, w ostatnich latach – nawet w szpitalach czy więzieniach,
wszędzie, gdzie uczy się jak pisać wiersze, albo uczy się jak uczyć
pisać poezję.
Ekonomia i grupowy interes, które rządzą twórczością, spowodowały, że poeci kompletnie wyobcowali się ze społeczeństwa.
Publiczność poetycka, widząc zalew mizernej produkcji poetyckiej,
coraz mniej czyta poezję; samych poetów sytuacja taka bynajmniej nie martwi, bo przecież racją ich istnienia są „profesjonalne”
publikacje, a nie popyt czytelników na ich książki, uznanie społeczeństwa dla ich sztuki. Drogi twórców i czytelników rozeszły się.
„Zdrada” poetów
Popularność uniwersyteckich programów „creative writing”
okazała się, zdaniem Dany Gioia, swoistą pułapką. Zapoczątkowane
w latach czterdziestych na amerykańskich uczelniach stwarzały
bezpieczne miejsca pracy wykładowcom rekrutowanym zwykle
spośród ludzi pióra, zapewniały solidne, niezłe dochody wielu
poetom i pisarzom, dotychczas funkcjonującym w środowiskach
cyganerii artystycznej, utrzymującym się z dorywczych zajęć.
Twórcy ci byli z reguły biedni, dyskutowali, walczyli o uwagę z
reguły obojętnego otoczenia. Do rzadkości należały przypadki
takie, jak T. S. Eliota, który wyrobił sobie solidną pozycję w banku,
a później w wydawnictwie, albo Wallace Stevensa, wiceprezesa
kompanii ubezpieczeniowej. Poeci zwykle utrzymywali się z pracy
dziennikarskiej, pisali recenzje, eseje, publikowali, gdzie się dało,
zabiegali o życzliwość redakcji, o względy czytelników, dbali o
najwyższy poziom swej twórczości. Byli przede wszystkim lojalni
wobec czytelników, bo od nich zależała ich egzystencja i ich miejsce w społeczeństwie. Odpływ ludzi pióra z miejskiej cyganerii
do względnie odosobnionych uczelni wyższych spowodował
stopniową, ale po dziesięcioleciach jakościowo ogromną zmianę
w roli i miejscu poezji w dzisiejszych realiach. Z wielką szkodą dla
ich twórczości. Także ze szkodą dla percepcji poezji wśród szerszej
publiczności literackiej, ale winni temu są sami twórcy, którzy sami
się zmarginalizowali. Dawniej walczyli o miejsce w społeczeństwie,
o własną rolę i znaczenie, teraz dobrowolnie się usunęli w koterie
wzajemnej adoracji.
Krytyczne uwagi Dany Gioi na temat społecznej roli poetów
współcześnie i miejsce ich twórczości dzisiaj, są na pewno przerysowane, bezsprzecznie znaleźć możemy mnóstwo wyjątków, ale
generalną tendencję chyba zarysował trafnie. No coż, ewentualnie
powiemy: być może społeczna funkcja poezji wyczerpała się, w
dzisiejszym świecie opanowanym przez rozmaite środki medialne
po prostu już nie ma dla niej miejsca, dla tej najbardziej tradycyjnej,
najstarszej ze sztuk słowa. Czy więc potrzebujemy poezji nadal?
Bezsprzecznie i co do tego również autor omawianego artykułu
nie ma wątpliwości. Poezja jest ważna choćby dla ciągłej odnowy
języka, który w bylejakości mediów (prasy, telewizji, internetu,
facebooka i pochodnych) zaczyna wyrodnieć, poczwarnieć, degenerować się. Tylko poezja, jak od wieków, może i powinna pełnić tę
funkcję. Ale, zdaniem Dany Gioia, przestaje. Jego uwagi stanowią
swoiste przypomnienie dawnych ostrzeżeń Juliana Bendy na na
temat „zdrady klerków” – współczesnych intelektualistów, którzy
sprzeniewierzyli się swej roli strażników etycznego wymiaru ludzkiej
egzystencji. A najwyższe wartości, których winni strzec, zawiera
platońska trójjednia dobra, prawdy i piękna. Podobnie poeci dziś
– wyrzekli się swej społecznej powinności w zamian za bezpieczną,
względnie dobrą pracę; w zamian za korzyści materialne zrzekli się
straży nad najwyższymi wartościami duchowymi.
Sytuacja poezji we współczesnym społeczeństwie amerykańskim jest o tyle też istotna, że poezja nie jest jedyną ze sztuk,
która uległa marginalizacji. Także sztuki plastyczne, wiele form
współczesnej muzyki, dramat, literatura obsunęły się w dziedziny
zainteresowania wąskiej grupy specjalistów. Ta swoista „profesjonalizacja” sztuki, której odbiorcami są profesjonaliści, stwarza
niebezpieczny zamknięty krąg, prowadzi do bezprecedensowej
w dziejach izolacji działalności artystycznej od społeczeństwa,
a także do daleko idącej fragmentaryzacji sztuk na odrębne
dziedziny właściwie bez wzajemnego oddziaływania na siebie.
National Endowment for the Arts, federalna fundacja zajmująca
się finansowaniem i upowszechnianiem sztuki w społeczeństwie, odnotowuje stały spadek uczestnictwa ludzi w kulturze – wszelkiej, nie tylko tzw. wysokiej, będącej przedmiotem
zainteresowania Dany Gioia. W raporcie z 2008 r. (ostatnim tego
typu dostępnym, poza regularnymi rocznymi sprawozdaniami
finansowymi) stwierdza się, iż 35 procent dorosłych Amerykanów
odwiedziło muzeum, było na koncercie, czy w teatrze – spadek
o pięć procent w porównaniu z 2002 r. To wyraźne ograniczenie
uczestnictwa w kulturze może pośrednio potwierdzać diagnozę
w odniesieniu wyłącznie do poezji. Ale nie musi. Procesy zachodzące w społeczeństwie, szybkie i głębokie przemiany w kulturze,
w tym także sposobu odbioru sztuki (coraz częściej w domu,
poprzez telewizję, internet), są zbyt wielkie i skomplikowane, aby
podpadały pod jedną prostą formułę auto-marginalizacji sztuk.
Paglia o schyłku sztuki
Poza tym, krytyczny pod adresem poetów i ich „produkcji”
artykuł mocno trąci wyświechtaną już dzisiaj formułą „upadku”,
„końca” sztuki. Tyle już napisano na ten temat w przeszłości, że
współcześnie trudno traktować poważnie tego rodzaju jeremiady.
Słyszeliśmy już nie raz i o upadku Zachodu, i poszczególnych
sztuk. Ale jednak temat ciągle powraca. Kilka dni temu (od chwili
kiedy zacząłem pisać te słowa) Camille Paglia, jedna z najbardziej
znanych w USA krytyków i historyków sztuki, wróciła do tematu
na łamach dziennika „The Wall Street Journal”. Odpowiadając na
własne pytanie: czy sztuka ma przyszłość? – stwierdza: „sztuki
przedstawiające jak opera, teatr, muzyka czy taniec kwitną na
całym świecie, ale sztuki plastyczne znajdują się w powolnym
upadku od prawie 40 lat. Od pop-artu i narodzin minimalizmu
w początkach lat siedemdziesiątych nie pojawił się żaden wielki
artysta, który wywierałby głęboki wpływ” („The Wall Street Journal”,
6 października 2012, s. 3). Znajduje dwa główne powody zamierania sztuki czy rzeźby. Pierwszy to detronizacja sztuk plastycznych
przez gwałtownie rozwijające się nowe elektroniczne media. Ale
drugi, poważniejszy, to utrata przez większość artystów bezpośredniego kontaktu ze społeczeństwem, z odbiorcami, wycofanie
się w bezpieczną sferę ideologicznej pustki.
Jej diagnoza brzmi podobnie do Dany Gioia sprzed 20 lat. To
co on stwierdzał w dziedzinie sobie najlepiej znanej, to samo (z
przesunięciem akcentu na kwestie politycznego zaangażowania)
potwierdza Paglia w odniesieniu do plastyki, swojej specjalności.
Talenty giną w morzu miernoty
Tematykę zapoczątkowaną przez artykuł w„The Atlantic Monthly”
podejmuje David Alpaugh w artykule „The New Math for Poetry”
opublikowanym w znakomitym miesięczniku „The Chronicle of
Higher Education”. O ile jednak Dana Gioia negatywnie pisał o
współczesnej produkcji poetyckiej, zasadniczo odmawiając jej
wartości artystycznych, o tyle Alpaugh, poeta i krytyk literacki,
stwierdza, iż po prostu nie jesteśmy w stanie dziś ocenić dobrej
poezji. Nie dlatego, że brak nam krytyków, czy narzędzi po temu, ale
po prostu ze względu na natłok publikacji zatraciliśmy mechanizm
wyławiania prawdziwych talentów, dzieł autentycznie wielkich.
Rozwój internetu i publikacji w sieci, a także powstawanie małych
wydawnictw pojawiających się jak grzyby po deszczu z uwagi na
łatwość poligrafii, spowodował niespotykany dotychczas „zgiełk”
wydawniczy – w poezji, ale nie tylko. Same liczby przyprawiają o
zawrót głowy. Za wydawnictwem „International Directory of Little
Magazines and Small Presses” Alpaugh ocenia, że 50 lat temu
funkcjonowało w Ameryce od 300 do 400 literackich magazynów.
Według internetowej strony Duotrope, na początku 2010 r. istniało
ponad dwa tysiące pism przyjmujących poezję do druku. Przy
czym zdumiewający jest rozwój tego rodzaju publikacji: przez
ostatnie sześć miesięcy przybywała jedna publikacja dziennie,
co – matematycznie – oznaczać by mogło, że dzisiaj, pod koniec
2012 r., mamy ich w Stanach Zjednoczonych około trzy tysiące.
Jeśli więc przyjmiemy ostrożne szacunki Alpaugha, że każde z
tych pism zamieszcza około 50 wierszy rocznie, więc w 2012 r.
ukazało się około 150 000 dłuższych lub krótszych wierszy. Tylko w
czasopismach! Kto jest w stanie przebrnąć przez taki gąszcz? Tym
bardziej, że renomowane pisma literackie, których jest paręnaście
zaledwie, publikują prace znanych i uznanych twórców, ale wcale
nie muszą zamieszczać utworów najlepszych. Nie wolno zatem
ulegać złudzeniu, że tam właśnie znajdziemy najlepsze wiersze. W
tej sytuacji nowe talenty mają tym trudniejszą drogę do przebicia
się w górę, toteż ich utwory zapewne ukazywać się będą właśnie w
owych marginalnych pisemkach i subkulturowych wydawnictwach
o zasięgu kilku-kilkudziesięciu odbiorców.
Może więc szukać prawdziwych pereł wśród laureatów konkursów poetyckich? Nic z tego, odpowiada Alpaugh. Pięćdziesiąt lat
temu była tylko jedna licząca się nagroda za tom poezji. Obecnie
konkursów takich jest ponad trzysta pięćdziesiąt. Łącznie rozpatruje
się około dwadzieścia pięć tysięcy nowo opublikowanych tomów.
Wszystkie nawzajem się marginalizują i znoszą. Podobnie sprawa
się ma z antologiami. Wartość zamieszczanych tam wierszy jest
odwrotnie proporcjonalna do liczby takich publikacji. Alpaugh
podaje przykładowo, że gdyby jakiś solidny redaktor antologii
poetyckiej chciał poświęcić tylko 10 minut na ocenę publikowanego
wiersza, to potrzebowałby 16 666 godzin pracy, czyli osiem lat na
przygotowanie antologii najlepszych wierszy, które ukazały się w
2010 r. Niemożliwe zadanie. Alpaugh potwierdza stwierdzenie Dany
Gioia, że w tej sytuacji redaktorzy poważnych antologii wybierają
utwory autorów sobie dobrze znanych, z kręgu przyjaciół, kolegów
po piórze, wykładowców innych uczelni.
A wybór najlepszych utworów z już oublikowanych antologii
nie ma sensu, skoro zbiory te, jak przykładowo: We Used to Be
Wives: Divorce Unveiled Through Poetry, Intimate Kisses: The Poetry
of Sexual Pleasure, Place of Passage: Contemporary Catholic Poetry,
Taste: An Anthology of Poetry About Food, Kindness: A Vegetarian
Poetry Anthology, Rubber Side Down: The Biker Poet Anthology
zorientowane są nie na jakość, ale na bardzo wąsko określonego
odbiorcę tematycznie zainteresowanego. Nie znaczy to, że w
zbiorze poezji rowerzystów, czy byłych żon nie mogą pojawiać
się wielkie utwory poetyckie. Ale kto ich tam będzie szukał?
A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo jeszcze istnieje niemożliwa do policzenia liczba poetyckich tomów wydanych coraz
popularniejszą metodą własną oraz morze wierszy wkładanych
na niezliczone strony internetowe. Tym, którzy by chcieli odrzucić
jako bez znaczenia publikacje wydane własnym przemysłem,
autor artykułu przypomina tylko, że na przykład William Blake
tak właśnie wydał swe “Songs of Innocence and Experience”, a
Walt Whitman swoje “Źdźbła trawy”.
„Akademicka oligarchia”
W obliczu tak ogromnego zalewu sztuki poetyckiej i perspektywy jej szybkiego wzrostu, Alpaquin stwierdza poważnie,
iż przyszłe pokolenia zupełnie stracą orientację w tym, co się
naprawdę dzieje współcześnie z poezją. I żartobliwie dodaje:
„przyszły profesor angielskiego będzie aż do śmieszności musiał
ograniczyć zakres swych kursów. Profesor X będzie mógł się
specjalizować w maju 2049 roku, zaś profesor Y skoncentruje się
na pierwszym tygodniu września 2098 roku.”
Wobec owego morza, oceanu produkcji poetyckiej dziedzina
ta weszła we władanie „akademickiej oligarchii”, która narzuca
własne kryteria. Nie mają one bynajmniej charakteru estetycznego; służą interesom tej grupy. Skoro tak naprawdę nikt nie
wie, co się dzieje we współczesnej amerykańskiej poezji, toteż
wspomniana “oligarchia” może wkroczyć z własnymi ocenami i
sądami, rezerwując przy tym profity (specjalne spotkania autorskie, publikacje, zaszczyty, pomoc finansową) dla ludzi własnego
kręgu. Niezależni poeci nie mają szansy na przebicie się. „Gdzie
ten poeta uczy?” wydaje się dominującym zagadnieniem, miast
kwestii: „jaka jest wartość jego/jej poezji?”
No właśnie, przecież w końcu o poezję idzie, nie o socjologię
poetów, ani nowe technologie pozwalające na sprawniejsze
publikowanie książek. Aczkolwiek sprawy te mają ważne, zdaniem
wielu autorów – kluczowe znaczenie dla poziomu wierszy pisanych w dzisiejszych realiach Stanów Zjednoczonych, to jednak
tylko pośrednio dotyczą samych utworów.
Kicz „dobrze skomponowanego wiersza”
Niezbyt życzliwie na ten temat wypowiada się Marjorie Perloff w
artykule Poetry on the Brink. Reinventing the Lyric, („Boston Review”,
maj/czerwiec 2012). W istniejącej sytuacji – tysięcy absolwentów
studiów poetyckich na setkach amerykańskich uczelni – sami poeci
piszą swe utwory podług coraz bardziej zestandaryzowanej formuły.
Takiej, jakiej ich uczą na studiach, takiej, która zyska im pozytywne
recenzje – wpierw nauczycieli, później – krytyków; takiej wreszcie,
która stwarza największe szanse na publikacje, a w przyszłości
nawet – na wyróżnienia poetyckie. Niezależnie gdzie publikowany
i na jaki temat, współczesny „dobrze skomponowany”wiersz będzie
się charakteryzował następującymi cechami: 1) nieregularne wersy
wolnego wiersza, bez nacisku na konstrukcję samego wersu, ani
dbałości o słowa jako takie; 2)składnia prozatorska z mnóstwem
przyimkowych i wtrąconych zwrotów, naszpikowana drastycznymi
obrazowaniem albo nawet trudnymi metaforami (oznaką „poetyckości”); 3) wyrażenie głębokiej myśli albo małego objawienia zwykle
opartych na jakimś konkretnym wspomnieniu, co wynosi podmiot
liryczny do rangi wyjątkowo wrażliwej osoby, która autentycznie
odczuwa ból”, czegokolwiek doznanie to miałoby dotyczyć.
Zapotrzebowanie na określony charakter wiersza, „dobrze
skomponowanego”, stworzyło nadzwyczajną jednolitość, uni-
[
[
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
44
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
Milofsky w obronie poetów
Zupełnie odmienne wnioski wyciąga David Milofsky z tej samej
sytuacji, mianowicie gwałtownego rozwoju produkcji poetyckiej.
Jak twierdzi ów krytyk ( w artykule Poetry keeping flame alive
despite the dark, „Denver Post” 2 maja 2010) publikacje poetyckie
stały się w ostatnich 10-20 latach najszybciej rosnącym zjawiskiem
„domowego przemysłu literackiego”. Nie przedmiotem zainteresowania wielkich, szacownych wydawnictw, ale zgoła maleńkich
domów wydawniczych. Te publikacje w istocie kształtują dzisiaj
gust poetycki. Obliczone są na niewielki krąg odbiorców. To bez
znaczenia, twierdzi krytyk. Istotne jest to, że łącznie tworzą dobry
klimat dla poezji. Ludzie piszą, czytają, publikują, spierają się,
komentują. Krąg odbiorców poszczególnych tomików wierszy
jest niezmiernie wąski, ale zważywszy na liczbę tego rodzaju
wydawnictw – zasięg poetyckiego oddziaływania jest w sumie
ogromny; wrażliwość poetycka w społeczeństwie rośnie.
W krótkim artykule Milofsky nie zastanawia się nad jakością
tego typu publikacji. Mówi o ilości, jakby zakładając, iż w tej masie
statystycznie muszą pojawić się wiersze dobre, oprócz wielu
średniaków muszą też tworzyć poeci prawdziwie utalentowani.
Jego wypowiedź zasadniczo nie zmienia argumentacji Alpaugha. Nadaje tamtej wypowiedzi tylko optymistyczny wydźwięk:
tak, zdaje się nam mówić Milofsky, nie jesteśmy w stanie wytropić
owych talentów poetyckich, ale „krzywa dzwonu” (krzywa Gaussa
obrazująca statystyczną dystrybucję elementów zbioru) przekonuje, że tam gdzie mamy do czynienia z jakimś zjawiskiem,
oprócz mnóstwa miernych i wielu średnich dokonań muszą też
być osiągnięcia najwyższego lotu. Milofsky jakby kierował się
nadzieją (której nie wyraża), iż czas odsieje w końcu ziarno od
plewy. Może potrzebować będziemy go więcej niż w odniesieniu
do minionych epok, ale możemy być pewni, że z biegiem lat się
z tego gąszczu wyłonią zjawiska najlepsze.
Epstein o profesjonalizacji poezji
Nie jest to odosobniony głos w obronie poezji, ale ważny i
wart zaznaczenia przede wszystkim dlatego, że nie kwestionuje
przesłanek, jakie przyjmują powszechnie krytycy miejsca i roli
poezji we współczesnym społeczeństwie amerykańskim. Ale
nie Dana Gioa był tym, który je pierwszy wyłożył. W większości
powtarza on argumenty za artykułem znanego krytyka Josepha
Epsteina („Commentary”, sierpień 1988, s.13-20). Zmienił jednak
nieco akcenty, niektóre kwestie umniejszył, inne wzmocnił.
Epstein dowodzi, co później potwierdzają inni autorzy: poezja
w Stanach Zjednoczonych kwitnie, ale w swoistej pustce. Odnotowuje szalony rozwój programów „creative writing” na wyższych
uczelniach oraz ulokowanie się poetów w uniwersytetach i college’ach. Daje im to stałą pracę, ale skazuje na obracanie się we
własnym kręgu podobnych im twórców. Poezja w tym środowisku
powstaje i dla tego środowiska jest skierowana. Przestała żywo
obchodzić szeroką publiczność.
Niektórzy winią za ten stan rzeczy błędy w nauczaniu literatury w
szkołach. Podług zasady, iż „wielkim poetą był” i dlatego „zachwyca”
– używając słów Witolda Gombrowicza, na którego zresztą Epstein
się powołuje w swoim szkicu; nie na „Ferdydurke”, ale na jego esej
„Przeciw poetom”, z którego obszerny fragment nawet cytuje.
Inni winę zrzucają na wydawnictwa. Niechętnie przymują one
poezję do publikacji z uwagi na ryzyko rynkowe takiego przedsięwzięcia. A jeszcze inni w ogóle twierdzą, iż winien jest kapitalizm
ze swym naciskiem na zysk, a nie na sztukę, artyzm, piękno.
Tymczasem największym problemem współczesnej poezji,
uważa Epstein, jest jej profesjonalizacja. Dziś człowiek jest poetą,
jak inny – inżynierem, albo lekarzem. Piszący wiersze jest zawodowcem i tylko inni z jego profesji mogą go zrozumieć. Stąd
przemawia głównie do ludzi swego zawodu. Poezja, jak budowa
mostów czy leczenie wątroby, przestała być sprawą laików. Jej
język uległ zawodowej transformacji, stał się trudny, hermetyczny,
jej styl i słownictwo nie jest mową potoczną, ale – jak język innych
zawodów – może być zrozumiały tylko dla wtajemniczonych;
innymi słowy dla tych, którzy przeszli odpowiednie szkolenie
poetyckie. Wynika stąd i swoiste lekceważenie dla zwyczajnego,
przeciętnego odbiorcy („profana”), oraz dążność do izolowania się,
Gazeta literacka
czyli uniezależnienia się od gustów, smaków, opinii publiczności
literackiej. Przeciętny czytelnik nie zna się na poezji tak, jak nie
zna się zwykły człowiek na przęsłach mostu. W jednym i drugim
przypadku niech na tematy, co do których się nie orientuje,
lepiej się nie wypowiada. Jego opinia nie może w żaden sposób
decydować o wartości wiersza, tak jak nie ma znaczenia jego
opinia co do budowlanej konstrukcji.
Akademizm poezji współczesnej wynika nie tyle z oportunizmu
zainteresowanych, jak później twierdzić będzie Dana Gioia, ile z
„mechanizacji” (biurokratyzacji?) amerykańskiego życia. Poeta
to nie zawód, więc w celu zaszeregowania poetów w kategorii
profesji, zaczęto wymagać od nich (i oni sami od siebie) spełnienia
kryteriów zawodowych. A ponieważ fachem poety jest język (w
przypadku innych – tylko instrumentem), toteż sami zainteresowani zniszczyli to, co jest istotą ich specjalności.
Mechanizm tego wyobcowania współczesnej poezji ze społeczeństwa był na pewno bardziej skomplikowany i Epstein
wielokrotnie o tym przypomina z powołaniem się m. in. na opinie
T. S. Eliota, Randalla Jarrella czy Delmore Schwartza z jego esejem
The Isolation of Modern Poetry.
Dla tego ostatniego izolacja poezji z głównego nurtu współczesnego życia wynika ze specyfiki nowoczesnego społeczeństwa
przemysłowego. Nie ma w nim miejsca na ludzi kultury, ludzi
smaku. Z drugiej zaś – pisał Schwarz w 1941 r. – sama kultura, nie
widząc dla siebie miejsca w tak zorganizowanym społeczeństwie,
stworzyła własny świat i tym samym dobrowolnie usunęła się na
margines życia.
Znakomity poeta Randall Jarrell w The Obscurity of the Poet
utrzymuje, iż niezrozumiałość współczesnej poezji spowodowała
kultura masowa (radio, telewizja, film, prasa), bowiem karmiąc
ludzi coraz bardziej uproszczoną tematyką przekazywaną coraz
prymitywniejszym językiem, siłą rzeczy uczyniła poezję zawiłą i
skomplikowaną, choć ta sama w sobie takowa nie jest. Zwiększył
się tylko jej dystans wobec sprymitywizowanej mowy potocznej.
Dla Eliota trudny charakter nowoczesnej poezji wynika z natury
współczesnej cywilizacji. Poezja stała się tak złożona, ponieważ
nasze życie w w dzisiejszym świecie jest niezmiernie skomplikowane, że wymaga coraz zawilszego komunikatu poetyckiego.
Wilson: proza wypiera poezję
Wypowiedzi wspomnianych trzech autorów (spośród wielu
innych) służyć mogą jako dowód tego, że dyskusja o marginalizacji, izolacji poezji we współczesnym świecie wyprzedziła
komentarz na ten temat Josepha Epsteina. Ważnym i na użytek
tego artykułu ostatnim (a właściwie pierwszym) głosem na
ten temat były rozważania znanego krytyka amerykańskiego,
Edmunda Wilsona, zawarte w jego klasycznym dziś szkicu Is Verse
a Dying Technique? (1928 r.) Tak, jego zdaniem, poezja zamiera,
kończy się, przestaje być potrzebna. Wieki temu była wyróżnionym
sposobem wyrażania najważniejszych treści życia, służyła jako
doniosły sposób komunikacji między twórcą a odbiorcami, artystą,
a społeczeństwem. Ta forma („technika”) wypowiedzi zaczęła
stopniowo ustępować miejsca prozie – praktyczniejszej, bezpośrednio skuteczniejszej. Dla poezji narracyjnej, epickiej, służącej
odbiorcom i jako opowieść, i jako źródło przyjemności, doznań
estetycznych, zaczęło brakować miejsca. Pojawia się powieść,
romans, i ona wypiera poezję z uprzywilejowanego miejsca w
społeczeństwie. W sposób nieunikniony powieść przejmuje coraz
więcej materiału poprzednio stanowiącego temat dla poezji. Ona
sama ulega marginalizacji, z epickiej staje się liryczna. W praktyce
oznacza to, że zaczęły powstawać głównie utwory znacznie krótsze, mówiące o przelotnych doznaniach, ulotnych wrażeniach,
chwilowych emocjach. Mniejszego ciężaru gatunkowego, lżejszej
wagi. Liryka usunęła się w cień epiki. Rozwój i rozrost tej ostatniej
spowodował skarlenie, minimalizację wiersza.
Dekadencja – wieczny temat
Naturalnie i August Wilson powołuje się na wcześniejszych
autorów obserwujących upadek poezji, jej zamieranie, utratę
znaczenia w społeczeństwie. Zapewne gdyby ktoś chciał prześledzić kolejno ów łańcuch wcześniejszych wypowiedzi na temat
zmierzchu poezji, moglibyśmy znaleźć się daleko w minionych
wiekach. Może nawet w starożytności. Jest to chyba wątek stale
przewijający się w cywilizacji zachodniej. Jej przedstawiciele
lubią myśleć o jej (cywilizacji) upadku, uwielbiają samą koncepcję dekadencji, schyłku, końca. Każde pokolenie uważa, iż
znajduje się u kresu pewnej drogi, a po nim już tylko zapaść i
pustka. Jest świadkiem odchodzenia w cień wielkich mistrzów
ich czasów, ubolewa nad własną starością, marginalizacją, skoro
nowe pokolenie szturmuje scenę artystyczną (poetycką), choć ta
nadchodząca generacja jeszcze nie wyłoniła własnych wielkich
nazwisk, znaczących twórców. Poczucie końca, kresu, siłą rzeczy
musi być dojmujące. Tym silniejsze chyba obecnie, kiedy mamy
do czynienia z ogromną rewolucją komunikacyjną, wkroczeniem
na scenę nowych mediów elektronicznych i wielkimi zmianami w
sposobie, w jaki ludzie, zwłaszcza młodsze pokolenia, uczestniczą
w kulturze. Upadek gazet i tygodników, kurczenie się wielkich
wydawnictw, likwidacja księgarń, dramatyczny spadek tradycyjnego czytelnictwa, przenoszenie publikacji (i sprzedaży) do
internetu oraz rozkwit „chałupniczych” wydawnictw (zarówno
na papierze, jak i w wersji elektronicznej), znaczące przesunięcie
nacisku z kultury pisma na kulturę obrazu – to tylko główne
cechy nadchodzącej epoki. Nic dziwnego, że w takich warunkach
poczucie dekadencji musi być głębokie.
Zasadniczo też nie podzielam przeświadczenia o marginalizacji
i upadku sztuki poetyckiej. Jestem przekonany (choć jest to przeświadczenie oparte na ograniczonym doświadczeniu, a bardziej
wynikające z przesłanek ogólnych), że najbliższa przyszłość będzie
wyglądać wręcz przeciwnie od rysowanej przez cytowanych wyżej
pesymistów. Wydaje mi się, że w nadchodzących czasach rola
poezji będzie (powinna) rosnąć, kosztem marginalizacji prozy
(powieści). Nowe elektroniczne media, które dominować będą nad
kulturą przyszłości, wymagają wypowiedzi zwięzłej i lapidarnej,
krótkiej, treściwej i odkrywczej. Czyli mowy poetyckiej. Choć
mamy do czynienia z bezprecedensowym zalewem pustosłowia,
to jednak zasadniczo nowe technologie wymagają wypowiedzi
lapidarnych, emocjonalnie dogłębnych i poznawczo nośnych. To
plus dla poezji, minus dla prozy.
Gwałtownie rozszerzająca się propozycja kulturalna dla nowego
pokolenia sprawia już teraz, iż ludzie mają coraz mniej czasu, by
poświęcić go czytaniu trzytomowej powieści. Wybiorą, a zapewne
tendencja ta pogłębi się w przyszłości, wypowiedzi krótkie, ale
niosące tyle samo, co powieść, ładunku emocjonalnego i intelektualnego. A taki właśnie komunikat był od zawsze przywilejem poezji.
Gdybym więc miał coś wieszczyć, mimo że nie chcę, to bardziej
opowiadałbym się za zmierzchem prozy. Powieść powstała w
specyficznych warunkach rozwijającego się mieszczaństwa,
dostatniego, względnie wykształconego, które potrzebowało
rozrywki dla zajęć na coraz więcej wolnego czasu, na długie wolne
wieczory. Przemiany społeczne w krajach Zachodu (idącymi w
ślad za rewolucją technologiczną przekształceniami społeczeństw
postindustrialnych) wymagać będą innego rodzaju rozrywki,
odmiennej „strawy intelektualnej”. Jeśli już czegoś, to na pewno
nie rozległej epickiej prozy, ale krótkich, intensywnych komunikatów; komunikatów, które zmieszczą się na ekranie przenośnych
urządzeń elektronicznych. Sui generis poetyckich. Coraz mniej
dla niej (powieści) miejsca w dzisiejszym i jutrzejszym świecie.
Jako gatunek literacki powieść powstała stosunkowo późno i być
może jej przyspieszony kres się zaczął.
Sytuacja w Polsce?
Nie czuję się kompetentny, by wypowiadać się na temat sytuacji
w poezji polskiej. Trudno mi więc powiedzieć, czy przemiany,
o jakich piszą krytycy amerykańscy, dotyczą również Polski.
Chyba jeszcze nie. W Polsce nie ma tak rozbudowanych uczelnianych studiów „creative writing”. Poezja nie uległa więc zgubnej
„profesjonalizacji”, ani też nie obrosła jeszcze grupą poetyckich
interesów. Twórcy w Polsce są ciągle rozproszonym środowiskiem indywidualnych literatów zajętych swoim pisarstwem, nie
zaś obroną zawodowej pozycji wykładowców uczących sztuki
komponowania wierszy.
Wprawdzie przedmioty kształcące styl i umiejętność pisania
tekstu prowadzone są na większości uczelni w Polsce, szczególnie na uniwersytetach, są to jednak osobne kursy tylko, nie zaś
przedmioty akademickie, z których otrzymuje się magisterium.
Nie powstało więc owo sprzężenie zwrotne między nauczycielami akademickimi, premiującymi utwory stworzone podług
nauczanych zasad i poetami tworzącymi podług tej receptury.
Wspomniana izolacja twórczości poetyckie i jej marginalizacja
nie ma więc (jeszcze) miejsca.
Poza tym Polska była zawsze krajem poetów, a nie prozaików.
Nigdy nie dochowała się doskonałej prozy (z małymi wyjątkami, jak powiedzmy Bolesław Prus), natomiast miała i ma wielu
doskonałych poetów. Na światowym poziomie. Dwa literackie
Noble w ostatnich dziesięcioleciach tylko za twórczość poetycką
o czymś świadczą. Wierzę więc w dobrą kondycję polskiej poezji.
Czesław Karkowski
55
ESEJ
formizację współczesnej poezji. Ponieważ w jury wszelkich konkursów zasiadają zwykle osoby uczące „creative writing”, one
więc stwarzają owo „zapotrzebowanie”, następnie wyróżniając
(publikacją, pochlebną opinią, pieniężną nagrodą) takie właśnie
utwory, które spełniają uprzednio wpajane na uczelniach zasady
„dobrze napisanego wiersza”.
PROZA
[
powidoki (4)
W
samo południe udaję się na polowanie. Przy wystawionych
na ulicę regałach Strand Books grzebacze już się gromadzą. Składam się, składam – strzał! – i trafiony. Całkiem zabawną
książeczkę dla Fila upolowałem. Quiz Book. Packed with Oper
2000 Testing Teasers. Niech się chłopak gimnastykuje, łebski jest.
W śmietniku przy jezdni grzebie jakiś gruby czarny. Nawet
porządnie ubrany, ze słuchawkami walkmana w uszach, z plecakiem. Nic godnego uwagi w głębi śmietnika nie znalazł. Chwilę
obraca w palcach kawałek czerstwego chleba i wrzuca z powrotem
do śmieci. Przenosi się na chodnik. Z regału z kryminałami po 48
centów wyjmuje tytuł za tytułem, układa w całkiem spory sztapel.
No, wreszcie coś smacznego wypatrzył.
*
Wygląda na to, że wiosna idzie. Ptaki po skwerach i parkach
szaleją, pieprzyć im się chce. Psiaki też jak gdyby rozochocone.
Ludzie tylko biegają jacyś tacy jakby czymś zaprzątnięci, skołowani.
Zagonione to nowojorskie mrowisko z kretesem. A kotów na Manhattanie co kot napłakał, prawie w ogóle ich nie widuję. Ostatecznie
nie jestem więc pewien, czy aby rzeczywiście idzie wiosna.
Andrzej Żurowski (1944–2013)
trudno się z nimi porozumieć. A stoję pośrodku ulicy i śmieję się
jak głupi do sera ani z ropuch, ani z akcentu, tylko z tego, co mi
owa żabia dykcja nagle do ucha przywróciła. Roman Szydłowski
miał wyjątkowo szerokie usta i gadał, dosłownie, od ucha do
ucha. W środowisku żartowało się, iż ktoś poczciwy, kto próbował
doradzić, jakby tu Szydłowski mógł co nieco tę swoją rozlazłość
dykcji zwęzić i zesznurować, namawiał:
– Powiedz, Romek, dżem; krótko i szybko: dżem.
A Szydłowski na to: – Marmolaaaaada.
No i śmieję się, na dobrą sprawę, nie wiedzieć z czego. Co też
za durnoty potrafią człowiekowi po głowie łazić…
*
Biorę tę książkę do ręki, ot tak, właściwie bez powodu. Żeby ją
sobie powąchać. Przez te parę lat jeszcze się biedaczka postarzała,
jeżeli to w ogóle możliwe. Nieźle się kiedyś za nią nauganiałem.
Drzemie teraz, starowina, w zupełnym opuszczeniu, dogorywa.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
*
Poproszono mnie o wieczór autorski. Miałem gadać o Modjeskiej, coś tam też wokół mojej monografii MODrzeJEwSKA ShakespeareStar, o amerykańskim teatrze epoki gwiazd. I tak to
mniej więcej szło. Aż ci tu ktoś zagadnął o moje nowe książki.
Nie było rady, przyszło się i z tego co nieco spowiadać. Dziwnie
się Amerykanom opowiada o książkach, które, że napisane po
polsku, pal sześć, ale całe w naszych egzotycznych sprawach
siedzą po uszy. Jakoś gadałem, trochę po angielsku, trochę – bo
ktoś, jeden i trzeci, poprosił – po polsku. O przyjaciołach aktorach
opowiadałem, których już nie ma, o naszym teatrze, który wraz z
nimi w książce Teatr czyli świat staraliśmy we wspólnych gadułach
zatrzymać, choć i jego przecież już nie ma. O biografii inteligenta
mojego pokolenia, jak ją chciałem imaginacyjnie naszkicować
w Rozmowach z Rafałem. I jakoś to nawet szło. Może dlatego, że
tutaj także ludzie lubią egzotykę.
Strasznie to wszystko gna. Pejzaże, swojskości, egzotyki. I
miesza się w tym moim wieloczasie w nierozerwalne, w coś na
kształt coraz bardziej ujednolicającej się smugi. Tak to przecież
i niedawno, i tak to już dawno było, niespełna dwa lata temu,
kiedy robiłem ostateczną redakcję Rozmów z Rafałem. W Craiovej.
Dobrze się tam zwykle czuję, miejsce w miarę oswojone, w końcu
– bywałem tu nieraz. Staremu obieżyświatowi debiuty zdarzają
mi się już raczej rzadko. Skoro przez blisko pół wieku włóczyło się
i tu i tam, krok po kroku przez bez mała połowę państw świata, o
dziewictwo niełatwo. No więc, kiedy zdarzy się Craiova, prawie
po domowemu rozkładam się w pokoju hotelowym. Może to
ten sam; w każdym razie wygląda tak samo jak te z poprzednich
pobytów. Nic się nie zmienia, i wszystko się zmienia. Na szczęście.
Bogiem a prawdą, ten hotel w Craiovej dosyć paskudny. Ot,
soc–moloch do spania i srania, ale jakoś dobrze się tu całymi dniami
pracuje, wieczorem do teatru z siedem minut spacerem. A do teatru
to tutaj chodzić się chce. Festiwal – palce lizać. Szekspirowski. Co
drugą wiosnę, bo to biennale, ciągną tu więc szekspiromaniacy
ze wszech stron. Zawszeć to miło spotkać się w swoim gronie 23
kwietnia, w urodziny Wiliama wspólnie wychylić drinka. A mnoży
się ten Wiliam i mnoży, że nie do wiary. Że sztuk napisał coś koło
trzydziestu sześciu, mniejsza. Że tyle w nich pomieścić zdołasz najrozmaitszych wizji świata, w głowie się czasem nie mieści. I akurat,
pod tym właśnie względem, ta edycja Craiova Shakespeare Festival,
podczas której przedpołudniami kończyłem redagować Rozmowy z
Rafałem, była oszałamiająca. Zatytułowano ją Constalation Hamlet.
Słusznie – bo choć na repertuar festiwalu złożyło się coś kilkanaście
inscenizacji wyłącznie Hamleta, nie był to bynajmniej festiwal
jednej sztuki. Zjechali ze swoimi Hamletami Niemcy i Japończycy,
Litwini, Amerykanie, Polacy, Koreańczycy, i ktoś jeszcze, i jeszcze
ktoś. I każdy grał swoją opowieść o własnym księciu Danii, który
a to tarza się w postmodernistycznym śmietniku, a to obraca się
w kategoriach świata jak go pojmuje koreański szamanizm, a to
zieje w Elsynorze mrozem, wichrami i ścina lodem pogańskiej
litewskiej puszczy, a to ci pojmuje świat takim, jak wyobrażenia
o nim i sposoby jego artykulacji ukształtowała sceniczna kultura
japońska. Hamlet, Hamlet i Wiliam – wieczni co wieczór debiutanci.
Kiedy nowojorską nocą wracam ze swego wieczoru autorskiego
przy Madison Avenue, jakoś bliżej mi tym razem do Craiovej niż
na Union Squre, bliżej jakoś do tych Hamletów z Seulu, Wilna, z
Kioto. Na dobrą sprawę – wszędzie przecież w domu. W każdym
razie – jeżeli tylko tego naprawdę chcesz.
*
Stanąłem pośrodku ulicy i zacząłem się śmiać jak głupi do sera,
sam do siebie. Nagle uświadomiłem sobie taką, ot, błahostkę i
przecież oczywistość: manhattański akcent ma w sobie coś z dykcji
ropuchy. Nie idzie mi, rzecz jasna, o akcent, który spotykasz w
posadowionych na Manhattanie uniwersytetach czy w bibliotekach naukowych – chodzi mi o ten powszedni akcent ulicy, ma
się rozumieć. To szerokie, rozwarte a jakoś przy tym skrzekliwe
aaa–haah–aaa–łaaał, co to i charkocze i bełkotliwe jednocześnie.
Nie, żebym miał coś przeciwko ropuchom, skądże – tyle, że raczej
66
Po prawdzie, przesadnym powodzeniem nie cieszyła się nigdy.
Ale, zdarzyło się, że trafił maniak na maniaka. Zbierałem wówczas
materiały do monografii o Modrzejewskiej jako niezrównanej
ShakespeareStar i, pośród innych związanych z tym zatrudnień,
koniecznie chciałem odskrobać emocje londyńskich teatromanów
sprzed stu kilkudziesięciu lat, kiedy to werońską Julię kreowała przed nimi aktorka z niejako podwójnych rubieży – polska i
amerykańska gwiazda. Teksty krytyków angielskich, wszystkie te
profesjonalnie wydziergane analizy jajogłowych, którzy ferowali
wyroki w szekspirowskiej jaskini lwa, już znałem. Szukałem szeregowego a zaprzysięgłego teatromana, któremu po dziesiątkach lat,
na starość w oczach pozostały cienie wielkich dzieł sztuki aktorskiej.
Wiedziałem, że takowy jest i tylko gdzieś się przede mną kryje po
bibliotecznych kątach. Ćwierć z górą wieku po londyńskiej premierze Julii pani Heleny, w pierwszej dekadzie dwudziestego wieku,
stary szekspiromaniak Richard Dickins wydał książkę Forty Years
of Shakespeare on the English Stage. Własnym sumptem, w nakładzie – miałem powody przypuszczać – nie nazbyt imponującym.
Jest to dzisiaj najprawdziwszy, śnieżnobiały kruk. No, i zaczęły się
niezłe z polowaniem na tego kruka tarapaty. Egzemplarz z British
Library… zaginął. W katalogu Londyn University Senat House
Library, i owszem, jest – ale go w magazynie… diabeł ogonem
nakrył. W Cambridge University Library bibliotekarz dwoi się i troi,
wreszcie rozkłada ręce, bardzo po angielsku: książka „chwilowo”
niedostępna. Czego nie ma nigdzie, przeważnie jest tuż przy
Lancaster Square, w antykwariacie David Drummond Theatre
Books – nie tym razem: słynny londyński antykwariusz książki
Dickinsa nigdy na oczy nie widział. W waszyngtońskiej Library of
Congress – ni widu, ni słychu. Wyraźnie mam do Mr. Dickinsa pecha.
Wreszcie jest! Na miejscu – w swojskiej mi, z dawna zasiedziałej,
nowojorskiej Public Library for the Performing Arts. Że jest, to nieco
zbyt śmiało powiedziane – egzemplarz, kiedy go wówczas po raz
pierwszy zacząłem obwąchiwać, dosłownie konał mi na rękach.
Dogorywał porozrywany, pocięty, sypiący się w pył. No, ale jest!
I jest jeszcze teraz, po paru latach. Biorę tę książkę do ręki, ot tak,
właściwie bez powodu. Żeby ją sobie powąchać.
Bibelot: 22 centymetry wysokości, 157 stron, zasuszone maleństwo. Cały już obsypany drobinami papieru znajduję akapit, za
którym przed paru laty tak po obydwu stronach oceanu krążyłem:
Przedstawienie było zachwycające. […] Julia Modjeskiej miała
momenty genialne. Nigdy nie […]. Na pokruszonej stronnicy brak
wielu słów, inne trudno odczytać; trzeba się raczej domyślać.
Stopniowo – dzisiaj również, choć dokładnie tak samo było i wów-
czas, za pierwszym razem – ogarnia mnie wrażenie uczestnictwa
w jakimś seansie spirytystycznym, w przywoływaniu duchów
kędyś z bardzo daleka… Nigdy nie […] mogę […] w scenie balowej,
oparta o kolumnę, z falującą piersią w milczeniu wpatrywała się w
Romea, zdumiona […] przerażona, oniemiała. Albo ten jej cudowny
ruch, którym odrzuca z twarzy swe wspaniałe włosy […]. Niania
powiedziała: „Przyszedł twój mąż uczynić cię żoną”. Nigdy – puentuje
Dickins na nieco czytelniejszym skrawku papieru – nie potrafiłem
ostatecznie rozstrzygnąć, czy nie była to najlepsza z moich Julii; na
pewno Ellen Terry jest jedyną jej rywalką. Po blisko trzydziestu latach
wciąż nie potrafił rozstrzygnąć pomiędzy dwoma zjawiskowymi
dlań powidokami…
I cóż tu jeszcze rozstrzygać?... Delikatnie składam sypiące się
karty książki. Ostatni, per procura, świadek. Późny wnuk niegdysiejszych cieni. Dobranoc.
*
Coraz rzadziej zdarza mi się radość nurkowania w starych
katalogach kartkowych. Tak ongiś w każdej bibliotece zwyczajne,
że wręcz niezauważalne, z wolna a potem coraz szybciej zaczęły
wymierać. Myślę sobie o nich wszystkich z sentymentem, kiedy
teraz na jakiś, może dłuższy czas przychodzi mi się żegnać z
zasiedziałymi z dawna miejscami w New York Public Library for
the Performing Arts. Coś sobie jeszcze tu i tam sprawdzam w
katalogach – kartkowych oczywiście! Prawda, wyprowadzono
je z centralnego miejsca na ścianie w dziale teatralnych zbiorów
specjalnych na trzecim piętrze. Piętro niżej po środku sali migają
i pomrukują sobie z lubością rzędy komputerów, ale do ich
wirtualnych katalogów ni myślę się zniżać. Szczęśliwie starym
katalogom kartkowym tyle przynajmniej okazano bibliotecznej
solidarności, że wprawdzie zepchnięte, bo zepchnięte w kąt drugiego piętra – niemniej możesz je sobie nadal do woli wertować.
To i wertuję. Tak jak mi się to jeszcze do niedawna czasem zdarzało
i w Warszawie, że kiedy, po dniu spędzonym w nowym gmachu
Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego na Powiślu, idę akurat
Krakowskim Przedmieściem, niemal bez zastanowienia, z tyluletniego nawyku, skręcę w główną bramę uniwersytetu, przejdę
placyk i po skrzypiących schodach starego budynku biblioteki
stanę pośród moich od zawsze znajomków – długich szeregów
katalogów z fiszkami pracowicie wypisanymi na maszynie, albo
i nieraz wykaligrafowanymi ręcznie.
Ten zapach starego papieru, atramentu, kurzu, pamięci pokoleń… Niezmienny i w Jagiellonce, i w Bibliotece Gdańskiej, i
w Weimarze. Choć w Weimarze, jak mi się ongiś zdało, zapach
miał jakąś dodatkową, bardzo swoistą nutę. Czyżby to od jego
palców? Wszak Johan Wolfgang Goethe pracował w tej bibliotece
ledwie jakieś dwieście lat temu z okładem. Sporo przyszło mu,
po niemiecku skrupulatnie, katalogowych fiszek powypełniać.
Przewracałem je oczarowany. Dawno to było. Nie wiem, co się
dziś z tymi fiszkami bibliotekarza Goethego dzieje. Mam nadzieję,
że trzymają się krzepko. Chociaż – odrobiny wątpliwości mi nie
brak. Zwłaszcza po niedawnej wizycie w Yale University…
Wprawdzie wykład miałem dosyć późno, ale ileż w końcu można
w przedwiosenny poranek napawać się pękaniem pierwszych
pąków na krzewach czy pierwiosnkami, co to właśnie przebiły się
poprzez kożuchy bluszczu zalegające uniwersyteckie podwórce.
Zachodzę więc… No gdzieżby? – tak całkiem bezinteresownie
to przecież niekoniecznie do nowego gmachu biblioteki sprzed
półwiecza zaledwie. Idę do dawnej, szacownej ponad szacowne,
Sterling Memorial Library. Nad neogotyckim portalem płaskorzeźby
przedstawiają – jak ponad wejściem do przybytku wiedzy i pamięci
kultury przystało – skrzydlatego asyryjskiego a może staroperskiego
lwa, nieopodal uczonego Egipcjanina, Greka chyba, mędrców starożytności w każdym razie. A tuż obok reliefy z inskrypcjami wykutymi
pismem klinowym, egipskimi hieroglifami bodajże, z pewnością
i po hebrajsku, i w starożytnej grece. Przechodzę pod portalem i
łagodnie zanurzam się w półcieniach wnętrza nasączonego całą
barwnością witraży. W niszach na prawo od głównej nawy rzędy
czytelniczych stanowisk mrugają poświatą pracujących komputerów, przed którymi siedzą skupieni młodzi ludzie. Z przeciwka
wieje cisza – nisze lewej nawy bocznej wypełniają niekończące się
rzędy skrzynek katalogów kartkowych. Przetrwały!
Podchodzę do pierwszej z brzegu skrzynki, na chybił trafił
wysuwam szufladkę. Jest… pusta. Otwieram drugą, trzecią,
dziesiątą, szybciej i szybciej przechodzę do kolejnych skrzynek.
Staję wreszcie i stoję tak chyba przez dłuższą chwilę – kompletnie
otumaniony. Puste są wszystkie katalogi. No, może i słusznie. Po
cholerę trzymać te tysiące starych kartek papieru. Tylko kurz się
w takich szpargałach lęgnie.
W drodze z biblioteki na wykład próbuję dobrać słowa i myśli,
którymi za chwilę będę usiłował nawiązać kontakt ze studentami.
Trzeba mi mieć tę świadomość, że przyjeżdżam do nich z daleka.
Coraz nas mniej i mniej. Późne wnuki Gutenberga padają jak
muchy. Przychodzi mi to do głowy, kiedy akurat mijam stary
cmentarz. Nie taki znowuż stary, skoro Yale University założono
w 1701, a najstarsze płyty grobowe na tym cmentarzu pochodzą
ledwie z 1798. Nikt ich szczęśliwie nie rusza. Jak dotąd.
Trzeba mi się będzie bardzo na tym wykładzie starać, z roku
na rok starać się nam trzeba coraz bardziej – próbujemy wszak
rozmawiać z sobą z dwóch przeciwległych brzegów rzeki, która
wali pomiędzy nami coraz prędzej.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
*
Kartki
*
Siedzimy sobie z Frankiem w jego gabinecie na pogaduchach.
Frank, młody rzutki profesor, na wydziale teatrologii w City Univertsity of New York odpowiada między innymi za naukowe wydawnictwo. Robota szacowna i skuteczna – książki tutaj publikowane
rozchwytuje wiele placówek na świecie i międzynarodowy szwadron teatromaniaków. O tym sobie gadamy, o owym, to znaczy: o
tym, co zwykle, czyli o robotach, w których obaj z radością jesteśmy
utopieni po uszy. Frank dopytuje, jak mi idą badania, co słychać
u Madame Modjeskiej, a co tam nowego u Edwarda Tuckermana
Masona, czy coś znowu w ich manuskryptach odskrobałem i co
mi się ma ostatecznie wykluć z tej całej roboty podczas minionych
tutaj miesięcy. I tak to sobie plotkujemy o starych znajomych – tych
wydziałowych, i tych sprzed stulecia, bibliotecznych.
– Musisz to napisać. To może być ważna książka – mówi mi
Frank. – Koniecznie, musisz!
Nie muszę – myślę sobie. – Ty tego jeszcze, Frank, po prostu
nie rozumiesz. Ja już niczego n i e m u s z ę. Kiedyś musiałem.
Tak mi się przynajmniej wydawało i bywało, że ta świadomość,
ten imperatyw, nieźle dawały w kość. A teraz niczego nie muszę.
Teraz już tylko m o g ę. Jeżeli, rzecz jasna, przyjdzie mi taka
ochota. Ufff, już mogę sobie na taki luksus pozwolić. Co za ulga!
Wiele razy obiecywałem sobie, że któregoś dnia wyskoczę z
Paryża i obejrzę katedrę w Chartres. W końcu to żadna podróż –
dzień starczy. I jakoś nigdy podczas pobytów w Paryżu nie udawało
mi się tych paru godzin wykroić. Nie żałuję. Teraz już nie żałuję.
*
To są właśnie te paskudne skutki przesadnej skłonności do
wolnych skojarzeń. Niby zima w Nowym Jorku nad podziw w tym
roku poczciwa, niby ciepławo, słonecznie i tak dalej, a tylko ten
nieznośny wiatr od oceanu. Czasem duje tak, że gęsto tu porozstawiane, wielkie pojemniki na śmiecie potrafią latać ulicami niczym
byle liście. Wiatr wyjątkowo tutaj upierdliwy, o każdej porze roku.
Zwykle się tylko latem, sukinkot, przyczai – właśnie latem, kiedyś
go w zatęchłym żarze Manhattanu żądny na lekarstwo. Wiosną
i jesienią rozbudzony – rżnie cię po oczach hektolitrami deszczu.
A zimą to już nie ma co gadać – do krwi, co tam do krwi: do szpiku,
do samego szpiku pokąsać potrafi, i śmichu warte wszelkie podkoszulki czy długie gacie. No i kiedy tak dzień w dzień szamoczę
się z tym atlantyckim kąsaczem a to rano, brnąc do Lincolna w
górę, a to wieczorem umykając Broadwayem w dół miasta, co rusz
w załzawionych oczach mam tamte palmy i plażę. I to beznadziejne
oczekiwanie nad basenem na choćby cień cienia czy ślad śladu
najbardziej bodaj rachitycznego wietrzyku. Wyciągnięty na leżaku
przy hotelowym basenie czytałem wtedy Z pamięci Axera. Kaja
opalała się, czasem leniwy spacer do miasta – jak się ono, do licha,
nazywa? – jakieś durnowate, tym milsze zakupy. I te na okrągło:
śniadanie, obiad, kolacja, śniadanie. I gaduły z Kają, też na okrągło.
To były moje, pewnie ostatnie w życiu, tak głęboko czułe wakacje.
*
Psia krew! Szkło mi w okularach wypadło. I to akurat w holu
Metropolitan Museum, gdzie marmurowa podłoga. Szczęście,
że wypadło w momencie, kiedy poprawiałem na nosie okulary i,
zamiast prosto na posadzkę, zsunęło mi się do dłoni. Nie byłoby
czego zbierać.
No to i jestem półślepy impresjonista. Może i lepiej, trochę mniej
tego całego gówna naokoło rzuca się w oczy. A do ślipienia w
bibliotece nad manuskryptami mam drugie, sposobniejsze ku temu
okulary. A że po Metropolitan łażę z nosem na obrazach, to i dobrze,
bo przynajmniej pilnowaczy budzę na moment z odrętwienia.
A zafundowali tu sobie kustosze wystawę jak się patrzy. I to, no
właśnie, niezależnie od tego, jak się patrzy – w okularach czy bez. Tu
nawet różowych okularów nie trzeba. Wystawa–gigant, a podobie-
rane to wszystko, że palce lizać. Temat: portret renesansowy. Proszę
bardzo, czemu by nie portret renesansowy. Mam to po ojcu – gdzie
bym z nim, od smarkacza, bliżej czy dalej nie pojechał, ojciec zawsze
ciągnął mnie po muzeach. Do dzisiaj mam przed oczami tę starą
pijaczkę Rembrandta, cośmy ją z tatą oglądali w Pradze, w galerii
na Hradczanach, jakieś z górą pół wieku temu. I tak to już potem
szło. Bodaj większość, jeśli nie wszystkie najsłynniejsze muzeum
świata przeszlifowałem, od Muzeum Złota w Limie po pekiński pałac
cesarski, od Krzyku Muncha w Oslo po Tutenhamona w Kairze. I
anim od tego mądrzejszy, ni szlachetniej wysublimowany. Lubię, po
prostu. Choć jakoś w tokajskim nie byłem, w Seulu i Buenos Aires
też do muzeów nie zaszedłem, mała strata. Nie dlatego, że mniej
słynne. Ileż można, po prostu. Bo, wstyd przyznać, po prawdzie:
trochę znużyło. Za dużo tego dobrego.
No, ale lezę. Zaciągnął mnie Daniel Gerould na te renesansowe
portrety, to lezę. Z nosem na Boticellich, Bellinich, Hiszpanach
rozmaitych; o – jest i Memling, Włochów, rzecz jasna, najwięcej.
No i nade wszystko – jest ten cud prawdziwy: Portret damy,
jak siniorettę Vespucci uchwycił był Boticelli. Dwa razy ją tak
chwytał; wolę tę ze świetlistością w rozwartych oczach. I, jakże
by inaczej – kilometry i setki portretów, portrecików, portrecideł
klasy legitymacyjnych zdjęć 6x9. Fotografów nie mieli, pacykarze
byli nieodzowni, ich szczęście.
– A może byśmy tak przy okazji – to Daniel mówi – zajrzeli
obok, na wystawę karykatury? Już jakiś czas wisi, byłem, ale
mogę z tobą jeszcze raz.
Niech będzie, czemu by nie. Nawet zabawne, nawet pouczające
– powyciągali tu karykaturzystów – ani się spodziewałem! – od
renesansu. Jest Leonardo, jacyś inni, kolejni, Anglików oczywiście
coraz więcej. Furda. Nagle staję, stoję i stoję. To ten sam Goya,
którego tyle tyle razy oglądem jako paroletni dzieciak. Kiedy
leżałem chory, a stale leżałem chory, ojciec dawał mi do oglądania
w łóżku rozmaite albumy. Ten także – malarstwa Francisco de Goyi.
Szczególnie fascynowały mnie jego Caprichos. A pośród nich i
przerażała, i właśnie fascynowała nieodmiennie ta straszliwa stara
baba. Bałem się jej jak cholera i nie potrafiłem po tysiąckroć oczu
od niej oderwać. No i wróciła starucha – Hesta la muere dopada
mnie w Ameryce. Jakoś już nie wystrasza.
Andrzej Żurowski
Andrzej Żurowski
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
PERSOEZJA
Pytasz w mailu, czy dużo chodzę tu do teatru. Otóż – wcale.
Ni czasu na to nie mam, ni głowy do tego, ni – szczerze powiedziawszy – ochoty. Teatr nuży mnie coraz bardziej. To nieprawda,
że po pierwszych dwóch, trzech tysiącach obejrzanych przedstawień, jakoś to już potem leci. Wręcz przeciwnie – nic nie leci;
ciurka coraz żałośniej. No tak! – nieodmiennie fascynują mnie
dzieje teatru, jego estetyki, przestrzenie, wydobywanie z mroku
niegdysiejszych kreacji aktorów przed stu, dwustu lat. To tak,
garściami! To cudowne opętanie. Ale żebym miał pchać się do
teatru i pozwalać, aby mnie pan Franek torturował swoją genialną
koncepcją inscenizacyjną, a pan Ziutek kładł na łopatki kolejnego
Hamleta czy Żyda w beczce… Co to, to nie! Nadojeło.
Trzeba długo żyć, aby zdać sobie sprawę, że nie wszystko da
się ogarnąć.
Ryc. Basha Maryanska
77
[
POEZJA
Krystyna Rodowska
Na dole ziemia, w górze płomień (z Księgi I-Cing)
Człowiek z krwi i kości jest człowiekiem ze snu
Octavio Paz, Refreny
Henrykowi Wańkowi, oddając to co Jego
Nadlatuje feniks
zawsze niespodziewany
Od jego upierzenia rozpala się przestrzeń
Kosmiczne światło błogosławi szczyty
występów skalnych wydobytych z mroku
Prześwietlony gąszcz lasów łagodnieje
Po ludzku oddycha
Genius loci
Gruby czarny kocur
z Domu pod Gęsimi Piórami
odrobionymi jak żywe w sękatym
drewnianym kałamarzu przed Writers Hause
nazywa się Rudy. I to on,
a nie goście znikający milczkiem
w czeluściach swych przenośnych komputerów
jest hipnotycznym Błyskiem ( przymrużonych oczu)
z każdego zakątka jadalni i korytarzy
Domu: właśnie sunie po schodach na piętro
do pokoju nr 7
Wśród wonnych krzaczków Jajko – dziecko ognia
i ziemi której przynależy
łączy przedtem z potem
blaskiem z dołu odpowiada górze
Pod powieką
(Symetria objaśnia sens wszystkiego
co nieprzeniknione
Uszczęśliwia)
Nad ranem festiwal obecności
żywych i umarłych, przenikają się obrazy
niewyrażalnego, przekręty języka – jak chciał Lacan – muł z głębi rzeki
poruszony fazą aktywną Rem wzbija się ku dziennej niepamięci.
Zmartwiałe życie znowu się roziskrza
Skrzesane z popiołów Wskrzeszone
Dni i noce wietrzą swój przybytek
wśród zapisanych i nietkniętych kartek
Jest miejsce na feniksa
Na rozmowę z pręgą krwi skrytą w Jajku
Odradzam się z zapatrzenia
Jej wiersze ostatnie
(pamięci Barbary Sadowskiej)
Garść piór świetlistych
w zmiętym powietrzu kartki
kołuje nad zgwałconym gniazdem
Jej wiersze ostatnie
ślepcom
znikają z oczu
27. 12. 2009
Dym1
Wspominanie dzieciństwa
zaczyna się od pewnego lasu
(maliny wtedy jeszcze nie cuchnęły krwią)
W tamtym czasie i tam
znajdowałam na ścieżkach podkowy księżyca
Zaplątana w fałdy zapachu
sosen – księżniczek na balach błękitu
dotykałam łusek w zbrojach szyszek
nim zniżyło się niebo z pomrukiem
Mój pierwszy las
rośnie teraz w całkiem innym świecie
Moja pamięć niepełnosprawna
nie dokuśtyka do jego korzeni
Tamten las teraz szumi w innym alfabecie
Wiersz jak dym wspiął się z ognia
Śpią pijani po święcie
Październik 2010
Wiersz napisany na motywach wiersza „Elegia”, opublikowanego
w zbiorowym tomiku Forum Poetów Hybrydy, 1988.
1
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
88
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Leszek Żuliński
(poemat agnostyczny)
przysiadła na miejskim bruku
i zastygła w bezruchu.
można ją było pogłaskać albo kopnąć,
szybowała już w innej przestrzeni,
choć jeszcze trzymała się pazurkami kamienia;
nic nie było jej straszne, nawet kot,
gdyby się zbliżył.
teraz myślę, czy nasze niebo jest wspólne?
może świat, niebo i piekło
mamy uszyte na miarę?
jeśli umiera sikorka, kot, sarna, człowiek,
umierają osobne kosmosy.
w niebach sikorek wszystko jest tak samo ważne,
jak w innych, ani mniejsze ani większe,
nawet sens. więcej nie trzeba
jednak ci, którzy myślą, że tam się wszyscy spotkamy,
mogą się mylić – wspólnota oceanu mieści wyspy osobne;
podobieństwo dwóch kropel wody jest połowiczne,
ich osobność widoczna gołym okiem. nie wiemy,
czy trafiając do jednego dzbana, tracą swoją tożsamość?
dusze jak dżiny – każda z nich, zalakowana w osobnej butli,
będzie się tłukła jak kropla w wszechświecie.
pewnego dnia stałem w Kaliszu pod Domem Pielgrzyma,
naprzeciw, po drugiej stronie ulicy, wielkie drzewo;
nagle ze wszystkich stron świata zaczęły zlatywać się
chmary ptaków, setki może tysiące.
obsiadły wszystkie gałęzie, nawet listków nie było widać.
posiedziały i po chwili zaczęły odlatywać w strony,
z których przybyły. nie wiem, gdzie zniknęły
i co dalej się działo. ornitolodzy mówią: sejmik.
to zupełnie jak u nas. też nie wiadomo, skąd przybywamy
i dokąd odlatujemy. jesteśmy razem, ale osobno.
wspólnota gniazd jest chwilowa.
sikorka na kaliskim bruku nie należała już do stada.
siedziała jak baba na dworcu, przysypiająca w oczekiwaniu
na pociąg. nastroszona, bo chłód, ten straszny
chłód stawał się coraz bardziej przenikliwy. ten chłód
hibernuje świadomość. najpierw się go boimy, potem
on rozlewa się ciepłem. bo śmierć jest dobrą oszustką
– najpierw otumania, potem wyciąga kosę. jednym cięciem
odcina nas od wszystkiego. nie wiemy, co daje w zamian...
czerń... czerń oznaczałaby, że jest pustka i próżnia.
czerwień – że ogień, płomienie i gorąc.
biel – że rozpuszczamy się w bezbarwności przejrzystej.
zieleń – nie! ona niemożliwa. zieleń byłaby zaprzeczeniem
nicości. ale może być również tęcza, czyli świat taki jak tutaj,
oddany nam we władanie.
wędrówka dusz jest niejasna. nie można jej wykluczyć;
może wcielamy się we wszystkie możliwe byty
i musimy przez nie przejść, aby osiągnąć niewiadomy cel.
doskonałość, a raczej spełnienie. tylko co dalej?
może w tym krążeniu stajemy się wieczni i nieśmiertelni?
mój pies patrzy mi w oczy tak, że nasza wspólnota
jest oczywista. mamy inny tryb życia, kodeks etyczny
oraz listę codziennych spraw. niewiele wiemy o sobie,
a jednak czuję, jak wiele nas łączy i jak bywamy podobni.
i jaki wspólny los nas czeka. jaka élan vital i élan mort.
idziemy tą samą drogą. psia czy ludzka jest wypełnieniem
matrycy; przeznaczeniem. nie znamy go i może istnieje
powód. Edyp też nie widział, nie znał... szedł...
oczy są krótkowzroczne, węch zawsze zbyt słaby,
nie zmysły, lecz iluminacje mogą podnieść kurtynę,
choć i to wątpliwe. bowiem mur jest nieprzenikalny
Gazeta literacka
POEZJA
Śmierć sikorki
i dopiero po jego drugiej stronie zobaczymy
ciąg dalszy ciemności. albo czerń, albo czerwień,
albo biel. może zieleń.
ta sikorka może dzisiaj jest kotem, jutro pumą, pojutrze
słoniem, potem mną lub tobą? ale kim będzie ostatecznie?
ile murów musi przefrunąć?
mgła wschodzi czy opada? im ciemniej, tym jaśniej?
nie bójmy się nicości – przecież ją znamy. istnieliśmy w niej
zanim się tutaj pojawiliśmy. z nicości przyszliśmy i tam wrócimy.
to casus jętki jednodniówki. ale każdy czas jest miarą względną.
wszystko jest doznaniem, nie miarą. świat jest twoim wyobrażeniem,
niepewnym, rozedrganym, dotykanym palcami ślepca...
jesteśmy hermeneutami,
jednak nie wiemy, czy my tworzymy język,
czy on nas. to drugie byłoby jakąś nitką,
pępowiną prowadzącą do łona; źródło słowa rodzi
kolejne byty, jest łożyskiem w macicy istnienia,
i tak, po kolei, możemy snuć te możliwości, domysły,
teorie, a w jaskini filozofów nadal mrok... nawet jeśli
zobaczysz cienie na ścianie, nie dowiesz się, czy to my
je rzucamy, czy one nas...
skąd wiesz, że sikorka nie jest w tej samej sytuacji?
ona ma tylko inny kod, jej semiotyka i semantyka są
jak język chiński lub węgierski, desygnaty przeglądają się
w innych znakach, niekoniecznie uboższych...
...taka sikorka... ona wzleci dwieście metrów nad ziemię
i żyje w nawyku innej perspektywy. my nawet z samolotu
tego nie pojmiemy. „małe” i „duże”, „długie” i „krótkie”
znaczy dla niej co innego. gdzieś może nasze miary
mają jednak ten sam sens i ten sam porządek, nie tworzymy ich,
lecz one nas. samochód nie wie, kto go stworzył i dlaczego jedzie.
ale jest bytem realnym. duszą samochodu jest silnik.
nasza – niepojęta. bo tylko ten, który rodzi nowe byty wie,
czemu służą.
Bóg! tak, to może być On. ale nie zdziwcie się,
że gdy Go w końcu pojmiecie, będziecie musieli odrzucić
wszystko, w co tutaj wierzycie. On może okazać się
demiurgiem Natury, a my w niej jedną z ławic, wtopioną
w Całość i pozbawioną wyższości nad pozostałymi.
religie i kultury okażą się fizjologią innej prawdy i innego
celu. będziecie dziwić się narkozie, w której przeżyliście
stadium larwy. może okaże się, że byliśmy
tylko planktonem, plemnikiem, jajem, Jonaszem
w brzuchu wieloryba, który nie wie, gdzie jest.
wszyscy heretycy spaleni na stosach zostaną wynagrodzeni
za dar zwątpienia, choć ich sceptycyzm na nic zda się
w obliczu prawdy, której może także nie pojmą.
widzę kosmiczną trąbę. wielkie virement. hufce obłoków
i mezosfer, poplątanie galaktyk, przeciąg nieskończoności
i deszcz gwiazd. kłęby kurzu i dymu. słupy światła ginące
w czarnej magmie. padające w ruinę świetlne lata przestrzeni.
opary mgły i drzazgi miki zimnej jak śniegi Alaski. krystalografię
atmosfer i krzemową pustynię bezkresu.
na samym końcu tej amfilady mały punkt – sikorka!
ta sama! tak, to ona! siedzi, dzióbkiem czesze piórka,
napręża lewe skrzydełko, potem prawe, pazurkiem
grzebie w popiołach i wyciąga tłuste robaki. to litery!
wszystkie litery, które stworzyły szlak naszej wędrówki,
pisały nas od prawieków, ustawiały w szeregu sensów
i zdarzeń. śniliśmy bunt udorzeczniony, stateczny,
dokolny – orły i krogulce w lichym, niskim locie,
a wystarczyła jej lekkość i cicha znikomość. bowiem
miary są złudne. słabość przekuwa się w siłę, gdy istniejemy
jak kropla, źdźbło, ziarno i gałązka. z tej zwyczajności
usypuje się pryzma pokoleń, rośnie drabina Jakubowa,
Betel wyrasta pod stopami; wspinamy się pod górę,
nie ogromniejąc, lecz malejąc do rozmiarów wróbla
albo sikorki. z tej perspektywy ogrom świata widać
wyraźniej i z większą pokorą.
siedzę już na kamieniu, za chwilę będę nią, a ona
mną. musimy przejść przez wszystkie bramy bytu,
wcielić się w człowieka, ptaka, kota, drzewo i chmurę.
wtedy ogarniemy przestrzeń, złamiemy z trzaskiem horyzont
i ujrzymy świat nagi. jasny i ostateczny.
99
POEZJA
Kamil Zaszkowski
Dmitrij Lichaczow
Ż
Kwitnienia
Rutynalia
Strumienie oświetlonych ulic w asfaltowych korytach
jak pulsująca krew w sękatych dłoniach olbrzyma
Bezsenne toczenie się przed siebie
W gardła cichych alejek wlewa się stukot obcasów
Śmiech jak szkło na bruku
Na te poszarpane żagle
dawno już wiatr nie spadł
jak dłoń na policzek
Nie huczy już we fragmentach ciszy
Szumi tylko nawiewem klimatyzacji
unosząc zapach jaśminu
z nowego odświeżacza
Kwitnienia 2
Wieczór przegląda się w srebrnych kolczykach
kapiących z przebitych uszu metalicznym kołysaniem
Monotonny stukot języków wzbija się ponad głowy
Pytania odpowiedzi przypuszczenia pewniki
nagłe wybuchy śmiechu i tłumione szepty
Mgła oddechu unosi małe chmurki dialogów
Chłód znalazł swoją ofiarę
zgrzyta między zębami
Anatomia nocy
1
Przyszła i stanęła okrakiem nad bezbronnym miastem
Czarnymi paznokciami wydłubuje resztki świateł
Zagubieni prawie martwi odgadujemy kształty
Nadsłuchujemy trzepotu skrzydeł ćmy
2
Przyszła i zapadła się w czerń swoich żrenic
Mruga ognikami gwiazd
Nie mówi snom dobranoc
bo mogą się już nigdy nie obudzić
Nie ogrzewa się ciepłem krwi
tylko świeżo dostarczonym
niebieskim płomykiem
Przeszły bokiem burze zachwytów
sięgające rękami błyskawic
po nabiegłe krwią wargi
Wyschły rzeki zmysłów
pozostał pachnący chlorem
strumień ciepłej bieżącej
i opłaconej z góry za pół roku
Wszystkie drogi
po których jeszcze się nie szło
wszystkie miejsca
do których chciało się iść
zacierają po sobie ślady
jak idealny morderca
Optymalny klimat
z wieczorem przy telewizorze
wykupione miejsce na cmentarzu
Zbrodnia doskonała
ycie intelektualne Petersburga w słabym stopniu, ale dotyczyło wszystkich, kto żył w jego granicach. Dlatego nie
można wspominać o otoczeniu, ograniczając się tylko do tego,
co się widziało i pamiętało bezpośrednio. Mimowolnie życie
kulturalne miasta przenikało również do świadomości dzieci i to
będzie widoczne szczególnie w następnych rozdziałach, w których
zacznę pisać o swoich letniskowych wrażeniach i spotkaniach,
spotkaniach w szkole, w uniwersytecie, w więzieniu, na Sołowkach.
Dlatego teraz czas na próbę odtworzenia intelektualnego Petersburga, choćby zewnętrznie w jego „intelektualnej topografii”.
Jak wiadomo, stare miasta miały społeczne i etniczne zróżnicowanie oddzielnych rejonów. W jednych dzielnicach mieszkała głównie
arystokracja (w przedrewolucyjnym Petersburgu arystokratycznym
rejonem były okolice ulic Siergijewskiej i Fursztadskiej), w innych
– drobni urzędnicy (rejon Kołomny), jeszcze w innych – robotnicy
(strona wyborgska i inne rejony
zakładów, fabryk oraz obrzeża
miasta). W dość zwartej masie
mieszkali w Petersburgu Niemcy
(Wyspa Wasiljewska: zob. powieść
Nikołaja Leskowa „Wyspiarze”;
Niemcy zasiedlali oddzielne
podmiejskie osady – Grażdankę,
rejon Starego Peterhofu, rejon
w Carskim Siole). Tymi samymi
cechami wyróżniały się także
inne miejscowości (na przykład na Siwierskiej mieszkało bogate
kupiectwo; wykwalifikowani czeladnicy mieszkali na daczach z tanią
parostatkową komunikacją po Newie, jak również na Lachcie, w
Kiełomiakach koło siestrorieckiej kolejki wąskotorowej). Były rejony
księgarń i„zimnych bukinistów” (okolice prospektu Litiejnego, gdzie
od czasów Niekrasowa mieściły się także redakcje czasopism), kin
(Wielki Prospekt na stronie Petersburskiej) i inne.
Społecznej i narodowościowej topografii Petersburga poświecono sporo szkiców, wyrosłych na gruncie „szkiców fizjologicznych” w połowie dziewiętnastego wieku i ukazujących się aż
do 1917 roku.
Zwraca uwagę próba zarysowania zmiany społecznego oblicza Newskiego Prospektu w różnych godzinach dnia i nocy w
opowieści Mikołaja Gogola Newski Prospekt .
Moje zadanie polega na tym, żeby w Petersburgu w pierwszym
ćwierćwieczu dwudziestego wieku zaznaczyć obecność ognisk
rozmaitej twórczej aktywności.
Wyraźna „granica intelektualna” przebiegała w Petersburgu w
pierwszym ćwierćwieczu dwudziestego wieku wzdłuż Wielkiej Newy.
Na prawym brzegu, na Wyspie Wasiljewskiej, mieściły się placówki
z tradycyjnym akademickim naukowym i artystycznym ukierunkowaniem – Akademia Nauk z Domem Puszkinowskim, Muzeum
Azji, Kunstkamera, gdzie znajdowała się Biblioteka Akademii Nauk,
będąca w tamtych latach znaczącym ośrodkiem naukowym, Akademia Sztuk Pięknych, Uniwersytet, Kursy Biestużewowskie i …
żadnego teatru, choć właśnie tutaj, na Wyspie Wasiljewskiej, na
Linii Kadeckiej od 1756 roku istniał pierwszy teatr zawodowy – Teatr
Korpusu Szlacheckiego, tego Korpusu, w którym uczył się Michaił
Chieraskow, Jakow Kniażnin, Władisław Ozierow i inni. Znamienne,
że cały ten szereg placówek naukowych po prawej stronie Newy
otwierał długi rząd budynków jednej z najznamienitszych placówek
naukowych Rosji – Akademii Wojskowo-Medycznej.
Inny był charakter intelektualny lewego brzegu Wielkiej Newy.
Tutaj w sąsiedztwie pałacu cesarskiego i arystokratycznych rezydencji znalazły sobie miejsce nie tylko cesarskie teatry, trzeba zresztą
powiedzieć, niebojące się eksperymentów (wystarczy przypomnieć
intensywną działalność baletową Teatru Maryjskiego, inscenizacje
Władimira Meyerholda w Teatrze Maryjskim i Aleksandrowskim,
teatralną aktywność Małego Teatru Dramatycznego na Fontance
i Teatru Michajłowskiego na początku lat dwudziestych).
Na lewym brzegu Newy na Wielkiej Morskiej znajdowała się też
sala wystawowa Towarzystwa Zachęty. Obok Parku Taurydzkiego
istniała słynna „Wieża” Wiaczesława Iwanowa z żurfiksami, na
których bywał cały intelektualny Petersburg i nawet realizowano
niewielkie inscenizacje i ciekawe wystąpienia. Na Prospekcie
Litiejnym zastąpił ją znany „Dom Muruzi”, gdzie zbierali się poeci.
Na ulicy Nadieżdinskiej (obecnie Majakowskiego) mieścił się
Związek Poetów. Na ulicy Troickiej funkcjonowała „Sala Pawłowej”,
gdzie występował Majakowski. Na ulicy Mochowej w auli szkoły
Tieniszewskiej odbywały się debaty, w szczególności formalistów
z „akademikami”. W sali Dumy Miejskiej występował poeta Aleksandr Tufanow i malarz Kazimierz Malewicz oraz odbywały się,
jeśli się nie mylę, przedstawienia Teatru Eksperymentalnego. Na
Giełdzie Kałasznikowskiej po przyjeździe do Petersburga występował Marinetti. Duma Miejska i miasteczko Solne były ośrodkami
aktywności intelektualnej od końca XIX wieku. Koło Narwskiej
Bramy występował Młodzieżowy Teatr Eksperymentalny. Na
tym samym lewym brzegu Wielkiej Newy w latach 1909–1911
istniał teatrzyk „Błękitne Oko”, gdzie po raz pierwszy wystawiono
„Nieznajomą” Aleksandra Błoka. Przez pewien czas istniał kabaret
artystyczny „Nietoperz” (zob.: A. Kugiel, Artisticzeskije kabaczki//
„Tieatr i iskusstwo” 1906, nr 33). Znaczącą rolę odgrywał na lewym
brzegu Teatr Dramatyczny Wiery Kommisarżewskiej (1904–1910),
potocznie nazywany „Teatrem na Oficerskiej”. W innym „Teatrze na
Oficerskiej”, ulokowanym na pustkowiu w drewnianej budowli,
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
1100
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
dnia w przebraniu), wystąpił z prymitywną i niesprawiedliwą
krytyką w gazecie. W końcu tego samego, 1926 roku, Instytut
został zamknięty, Punin przekazał materiały muzeum do Państwowego Muzeum Rosyjskiego, zaś Nikołaj Sujetin, Anna Leporska,
Michaił Matiuszyn, Kazimierz Malewicz przeszli do sąsiedniego
Instytutu Historii Sztuk i tutaj zorganizowali „Pracownię Badania
nad Formą i Kolorem”.
Z tego, co powiedzieliśmy, widać, że prawy i lewy brzeg Newy
wyraźnie różniły się między sobą pod względem intelektualnym.
Na tyle, że próby Fiodora Sołoguba i Anastazji Czebotariewskiej
zorganizowania na stronie petersburskiej własnego kabaretu artystycznego były od samego początku skazane na niepowodzenie.
Zresztą odmienność prawego i lewego brzegu Wielkiej Newy
nie wykraczała poza jej ujście. Prawy i lewy (południowy) brzeg
Zatoki Fińskiej bardzo się różniły, jeśli idzie o ich znaczenie. Na
południowym (lewym) brzegu były miejscowości letniskowe,
gdzie w otoczeniu historycznych pałaców mieszkali przeważnie
malarze z konserwatywnymi dążeniami (cała rodzina Benua –
O INTELEKTUALNEJ TOPOGRAFII PETERSBURGA
W PIERWSZYM ĆWIERĆWIECZU XX WIEKU
z siecią restauracji w złym guście, przeważnie dla „farmaceutów” (jak w „Psie” nazywano bogatych burżuazyjnych klientów):
„Akwarium”, „Willa Ernest”, „Willa Rode” (ostatnia – restauracja z
Cyganami na odcinku Prospektu Kamiennostrowskiego już w
Nowej Wsi). Wszystkie te niewielkie knajpy tylko uwydatniały
brak na stronie petersburskiej wielkiego życia artystycznego.
Z nielicznych późnych intelektualnych wyjątków na stronie
petersburskiej – to dom malarza Michaiła Matiuszyna i Heleny
Guro na ulicy Piasecznej na lewym brzegu Małej Newy. Tutaj
bywał Fiłonow, Kruczonych, bracia Burlukowie i wielu innych. Na
Wielkiej Puszkarskiej zainteresowanie wzbudzało na początku lat
dwudziestych „Towarzystwo Malarzy”, mieszczące się w drewnianym domu z salą wystawową, gdzie notabene zorganizowano
wystawę obrazów Pawła Fiłonowa (spośród dzieł tego ostatniego
zapamiętam słynny obraz „Formuła proletariatu”).
Ciekawy wydaje się również następujący fakt. Aleksandr Błok
ani razu, jak mówią świadectwa, w odróżnieniu od swojej żony
nie bywał w „Bezpańskim psie”. Natomiast lubił spacerować nawet
po przeprowadzce na Oficerską po Wielkiej Zieleninej z mostem,
prowadzącym na Wyspę Kriestowską (tutaj, na Wielkiej Zieleninej,
dzieje się akcja jego „Nieznajomej” i, jak twierdzi Leonid Dołgopołow, akcja „Dwunastu”; zob.: faksymilową reedycję: Aleksandr
Błok, „Dwunastu”. Rysunki Jurija Annienkowa, Petersburg 1918, s.
5 i nast.). Miejscem ulubionych spacerów Błoka była Nowa Wieś,
Leśny, Pargołowo, Jeziorki, ale nie dalej ujścia Siostry-Rzeki (na
północnym brzegu Zatoki Fińskiej – niżej). Błok nie lubił wyrafinowanej intelektualnie publiczności.
Teraz przejdźmy do najważniejszego dla badaczy literatury i
sztuki faktu. Na lewym brzegu Newy na Placu Isakijewskim mieściły się dwa ośrodki intelektualnego życia Petersburga-Leningradu:
Instytut Historii Sztuk (potocznie – „Instytut Zubowa”) i jeden
dom dalej na rogu ulicy Pocztowej – „Dom Miatlewów”. Historia
i znaczenie Instytutu Historii Sztuk jest dość dobrze znana i w
naszych uwagach nie wymaga oświetlenia. Tymczasem nie mniej
ważny dla intelektualnego życia miasta jest „Dom Miatlewów”,
którego historia w pierwszych latach władzy radzieckiej historykom literatury jest mało znana.
Oto niektóre fakty. W „Domu Miatlewów” w 1918 roku został
zorganizowany Wydział Oświecenia Ludowego, który następnie
do przeprowadzki rządu radzieckiego do Moskwy wszedł w skład
Komisariatu Oświecenia Ludowego. Tutaj bywał i Anatol Łunaczarski. Tutaj też dzięki wysiłkom Natana Altmana powstało pierwsze
na świecie Muzeum Kultury Artystycznej (otwarto je w 1919 roku).
Eksponowano w nim dzieła Kandinskiego, Tatlina, Malewicza,
Fiłonowa, Pietrowa-Wodkina. Na bazie muzeum z inicjatywy
Fiłonowa tutaj w 1922 roku zorganizowano działy naukowe
muzeum. W następnym roku działy te zostały przemienione w
Instytut Kultury Artystycznej (dyrektorem był Kazimierz Malewicz,
mieszkający w tym samym domu z wejściem od ulicy Pocztowej;
w jego mieszkaniu spotykali się malarze i poeci – bywał Chlebnikow, zachodził Matiuszyn z Enderami, poeci-oberiuci; zastępcą
Malewicza był Nikołaj Punin). W instytucie wyodrębniono działy:
Kultury Malarstwa (kierował nim Malewicz), Kultury Materialnej
(kierował nim Matiuszyn), Dział Ogólnej Ideologii (pierwotnie
kierował nim Fiłonow, potem zastąpił go Punin). Działem Eksperymentalnym kierował Paweł Mansurow. W 1923 roku w „Domu
Miatlewów” w rocznicę śmierci Wielemira Chlebnikowa Tatlin
wystawił „Zangezi” z „chlebnikowowską” wystawą Piotra Mituricza.
W 1925 roku ten Instytut, zatwierdzony przez Radę Komisarzy
Ludowych, zaczął nazywać się Państwowym Instytutem Kultury
Artystycznej (GINChUK – nie mylić z moskiewskim INChUK).
W 1926 roku w Instytucie zorganizowano ostatnią wystawę
malarską, na którą przyszedł krytyk Szary (Ginger) i, wzburzony nieprzychylnym przyjęciem ze strony Tatlina (ten, stojąc w
drzwiach, nie przepuścił Szarego, który zjawił się następnego
Nikołaj, Leontij, Aleksandr; rodzina Kawos; Jewgienij Łansere,
Konstantin Somow, Artiemij Ober, bywał Siergiej Diagilew i
inni). Na północnym (prawym) brzegu Zatoki Fińskiej rozrzucone były miejscowości letniskowe, gdzie mieszkała przeważnie
inteligencja, skłonna do twórczego buntownictwa. W Diunach
mieszkał Wiktor Szkłowski. W Kuokkale znajdowały się „Penaty”
Riepina, wokół których grupowała się młodzież, mieszkał Korniej
Czukowski, były dacze rodzin Puni i Annienkowów (Annienkowie
mieszkali przy Średniej Dróżce i przyjaźnili się z rodziną senatora
Siergieja Iwanowa, z którą też byliśmy zaprzyjaźnieni), mieszkał
Gorki, mieszkał Kulbin, przez rok mieszkał Aleksiej Riemizow w
pensjonacie koło „Młyna”, na Siostrze-Rzece. Dorośli i podrostki
urządzali święta, przedstawienia, pisali łobuzerskie wiersze i
parodie. W Teatrze Teriokskim działał Wsiewołod Meyerhold,
Nikołaj Sapunow, Lubow Błok (o Błoku w Teatrze Teriokskim
zob.: Sobranije soczinienij w 8-mi t. T. 7, s. 151 i nast.; t. 8, s. 391 i
nast.). Nie sposób nawet wyliczyć tego wszystkiego, z czego są
znane w życiu intelektualnym Rosji północne miejsca letniskowe
Zatoki Fińskiej.
Wróćmy do Petersburga.
W 1922 roku dało się zauważyć częściowe odejście Wiktora
Żirmunskiego z Instytutu Historii Sztuk i jego zbliżenie się do
akademickiego nurtu w nauce o literaturze. Żirmunski przeprowadza się na Wyspę Wasiljewską (do Instytutu Mineralogicznego)
i zaczyna więcej wykładać na Wydziale Nauk Społecznych w sekcji
romanistyczno-germańskiej. Zaczęły się pojawiać ostre rozbieżności, ujawniające się w dyskusjach w auli szkoły Tieniszewej na
Mochowej i w Instytucie Historii Sztuk. Na lewym brzegu Wielkiej
Newy Wiktora Żirmunskiego obwiniano o „akademizm”.
Na stronie tytułowej swojej „Melodyki rosyjskiego wiersza
lirycznego”, która ukazała się wiosną 1922 roku, Boris Eichenbaum
napisał następującą wierszowaną dedykację Żirmunskiemu:
Ty byłeś świadkiem skromnej tej pracy.
Między nami nie było ani lodów, ani rzek;
Ach, Wicia, druhu miły! Po coś
Przeprowadził się na prawy brzeg?
B. Eichenbaum
2 marca 1922 r.
Książkę z wierszem Borisa Eichenbauma przechowuje się w
rodzinie Niny Żirmunskiej. Odrębność prawego i lewego brzegu
Wielkiej Newy wyraźnie odczuwano w swoim czasie.
Tak więc, w miastach i w miejscowościach podmiejskich istnieją rejony największej aktywności twórczej. Nie są to po prostu
„miejsca zamieszkania”„przedstawicieli inteligencji twórczej”, lecz
coś zupełnie innego. Adresy artystów różnych orientacji, pisarzy,
poetów, aktorów bynajmniej nie grupują się w jakieś „kępy”. W
określone „kępy” zbierają się „miejsca działalności”, dokąd ciągnie,
by się zbierać, omawiać prace, rozmawiać, gdzie sytuacja skłania
do twórczej szczerości (proszę wybaczyć to nowe, wprowadzane
przeze mnie, pojęcie), gdzie można być „bez krawata”, być pod
każdym względem nieskrępowanym i w swoim środowisku.
Godne odnotowania jest to, że ciążenie ku twórczemu nowatorstwu rodzi się tam, gdzie pojawia się grupa ludzi – ludzi o tych
samych poglądach (potencjalnych bądź rzeczywistych). Jakby to
nie było paradoksalne, na pierwszy rzut oka może się wydać, że
nowatorstwo wymaga kolektywności, zbliżenia i nawet uznania
choćby w niewielkim kółku ludzi
o zbliżonym poziomie intelektualnym. Choć przyjęło się też
sądzić, iż nowatorzy w większości
są ludźmi, którzy zdołali wznieść
się ponad powszechną opinię i
tradycje, jest to nie całkiem tak.
Warto temu się przyjrzeć.
Zadziwiająca jest „więź czasów”. Czy wiedziałem, wsiadając
z niańką do tramwaju konnego
za imperiał, żeby się przejechać
do Kołomny i z powrotem, że na
przystanku naprzeciwko soboru
Nikolskiego na prospekcie Jekatierinhofskim mogę zajrzeć wprost do okien mieszkania Benua.
Że będę się uczył w starszej przygotowawczej klasie w Gimnazjum
Towarzystwa Filantropijnego, gdzie pierwotnie uczył się również
Albert Benua. Że potem przeniosę się do gimnazjum i technikum
Karla Maya na Wyspie Wasiljewskiej, dokąd sporo lat przede mną
przeniósł się i on. Że moim ulubionym miejscem w Peterhofie
będzie plac przed pałacem „Mon plaisir” od strony morza, które
również Albert Benua uważał za najpiękniejsze miejsce pod Petersburgiem. Że potem będę długo i uparcie zabiegać o wydanie w
serii „Zabytki Literatury” jego wspomnień, korespondować z jego
córką, Anną Aleksandrowną.
I jeszcze jedno. Albert Benua mieszkał w Londynie w 1899 roku w
„Boarding place” na„Montague street”, bardzo prawdopodobne tam,
gdzie zatrzymywałem się w 1967 roku. Gdybym w 1967 roku wiedział
o tym, to bym zupełnie inaczej potraktował swój stary angielski
hotel z Biblią, kryminałami na półce nad łóżkiem i kominkiem,
przerobionym zresztą na gaz. W tym samym hotelu prawdopodobnie
zatrzymywał się również Władimir Sołowjow, kiedy przyjeżdżał do
Londynu, żeby pracować w bibliotece Muzeum Brytyjskiego.
Wszystko tak blisko i obok siebie. Nawet w przestrzeni historii.
Przecież Albert Benua widział w dzieciństwie maleńkiego stuletniego staruszka – pazia Katarzyny II, mieszkającego w jednym ze
służbowych skrzydeł pałacu w Peterhofie.
Więzi niewielkie, słabe, ale one są i są zadziwiające.
Jak bardzo pociągające są dla dzieci obyczaje, tradycje! W
Niedzielę Palmową do Petersburga przyjeżdżali Finowie wozić
dzieci na swoich chłopskich saniach. Ich konie były gorsze od
wspaniałych petersburskich dorożkarskich koni i sanki były uboższe, ale dzieci bardzo je lubiły. Przecież tylko raz w roku można
było przejechać się na „wiejce”! „Wiejka” po fińsku oznacza „brat”,
„braciszek”. Początkowo tak się zwracano do fińskich dorożkarzy
(zresztą pozwalano im przyjeżdżać na zarobek tylko w Niedzielę
Palmową), a potem wyraz ten stał się nazwą fińskiego dorożkarza
w ogóle z jego chłopską uprzężą.
Dzieci lubiły właśnie to, co biedniejsze, ale z wstęgami i dzwoneczkami – byle by bardziej „zabawkowe”.
Przełożył Bogusław Żyłko
* Jest to fragment tom Wspomnień Dmitrija Lichaczowa przygotowywany do druku w warszawskim wydawnictwie „Sedno”.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
111
PROZA
była zrealizowana inscenizacja opery „Zwycięstwo nad słońcem”
(Kruczonych, Malewicz, Matiuszyn). Również na lewym brzegu
istniało, kierowane przez Aleksandra Kugela „Krzywe Zwierciadło”
(1908–1910–1918); wznowione w latach 1922–1928, oprócz
tego „Stary Teatr” (1911–1912). Wspomnijmy i o słynnym kabarecie artystycznym na Placu Michajłowskim – „Bezpański pies”
(1910–1912) i „Popasie komediantów” na polu Marsowym, który
zastąpił „Psa”, istniało „Biuro Artystyczne” Nadieżdy Dobyczyninej,
gdzie urządzano wystawy artystyczne i miało miejsce pierwsze
wystąpienie suprematystów w latach 1915–1916. Prawie wszystkie
wystawy „Związku Młodzieży”, w których uczestniczyli młodzi
petersburscy i moskiewscy artyści, organizowano na lewym
brzegu – przeważnie w rejonie Newskiego Prospektu.
Do instytutów, znajdujących się na Placu Isakijewskim, jeszcze
powrócimy. Wracając zaś do prawobrzeżnej części Wielkiej Newy,
zauważmy, iż na stronie petersburskiej, oprócz ulicy kinoteatrów
– Wielkiego Prospektu i Domu Ludowego z przypadkową, epizodyczną twórczą aktywnością, istniał Prospekt Kamiennoostrowski
ESEJ
Mariusz Koryciński
BĘDZIEMY MIELI WŁASNY TEATR
P
rzeglądając ostatnio „Dialog” ze stycznia 1971 roku, natknąłem się na zapis niezwykle interesującej rozmowy, która – o
czym informowała adnotacja pod tekstem – miała miejsce 5 listopada 1970 roku w redakcji tegoż miesięcznika. W rozmowie udział
wzięli: Jan Bratkowski, Adam Hanuszkiewicz, Helmut Kajzar, Jan
Kłossowicz, Kazimierz Korcelli, Janusz Krasiński, Stanisław Stampf’
oraz Jarosław Marek Rymkiewicz – jak się później (czyli w procesie
czytania) okazało – jeden z najaktywniejszych jej uczestników.
Inaczej powinienem jeszcze napisać: nie tyle najaktywniejszych,
co najbardziej wyrazistych i najwięcej postulujących (czy też najbardziej radykalnych w sądach?) uczestników. Bo zobaczcie, Moi
Drodzy, przytoczę Wam kilka reakcji na wypowiedzi Rymkiewicza
– sami je oceńcie. Na początek Kajzar: „Boję się, by rozmowa nie
nabrała charakteru walki pokoleniowej. Jestem nastawiony raczej
pokojowo”. Bratkowski: „Odnoszę wrażenie, że dotychczas mamy
do czynienia nie z dyskusją, tylko z czymś, co mógłbym nazwać
wyznaniem wiary. Nie wiem, czy na wyznawaniu wiary polega
dyskusja…”. I znowu Kajzar: „Pan tutaj wykrzykuje, że chce pan
pracować razem”. I wreszcie Hanuszkiewicz: „Mnie się zdaje, że
zapędy kolegi Rymkiewicza mają charakter dyktatorski, charakter
ograniczeń: nie wolno! My nie pozwolimy!” oraz późniejsze: „Nim
odpowiem na lament dramaturga, chciałbym zapytać…” i jeszcze
późniejsze: „Jarek mówi agresywnie”.
Uff, trochę się tego nazbierało. Ale to nic, poradzimy sobie.
Zanim jednak zaczniemy analizować fragmenty wybranych przeze
mnie wypowiedzi (oczywiście będziemy to robić wspólnymi
siłami – a przynajmniej spróbujemy), chciałbym zapytać Was,
Drodzy Czytelnicy (a zwłaszcza Ciebie, Droga Czytelniczko), co o
tym wszystkim myślicie (co o tym wszystkim myślisz). Albo inaczej
sformułuję moje pytanie: jaki obraz Rymkiewicza wyłania się z
reakcji na jego wypowiedzi (reakcji innych osób na wypowiedzi
Rymkiewicza)? Weźmy pierwszą z brzegu wypowiedź: Kajzar
oznajmia, że jest nastawiony pokojowo – czyli że Rymkiewicz go
przestraszył. Zatem autor sztuki Włosy błazna tak bardzo się boi, że
może Rymkiewicza jakimś nierozważnym (nierozważnie dobranym)
słowem rozdrażnić, że wywiesza flagę z napisem: „Pertraktujmy!”.
(Niczym słabszy kolega z boiska – zanim przyjmie cios – zasłania
się rękoma, mruży oczy i wykrzykuje, ile sił w piersiach: „Już dobrze,
już dobrze, oddam ci tę kanapkę, tylko mnie nie bij!”). Bratkowski z
kolei stwierdza, że dla niego wypowiedź Rymkiewicza (i wypowiedź
Kajzara chyba też) była (były) wyznaniem wiary (wyznaniami wiary).
W tym miejscu należy (no dobrze: nie należy, ale akurat tego mi
się chce, taką mam ochotę) zapytać – jak się wyznaje wiarę? Jak
się wyznaje wiarę, aby zrobiło to wrażenie na innych osobach?
Aby zrobiło to wrażenie na Bratkowskim? Moim zdaniem należy
pewne twierdzenia (bo nie wyobrażam sobie wyznania wiary
złożonego z pytań) wypowiedzieć z niezwykłą mocą. Bo można
wyznać wiarę szeptem, siedząc w kącie – ale czy to zrobi na kimś
wrażenie? I czy to w czyichś oczach uniemożliwi dalszą dyskusję?
Nie. To musi być stanowcze, z całą mocą wypowiedziane wyznanie
wiary – tak, aby słuchającemu nawet przez myśl nie przeszło, że
się w czymkolwiek wahamy.
Idziemy dalej. Kajzar stwierdza, że Rymkiewicz coś wykrzykuje.
Podczas czytania wypowiedzi Rymkiewicza do głowy by mi nie
przyszło, że podnosił głos do wyartykułowania swoich twierdzeń.
Owszem, nie cackał się z innymi: ale żeby od razu krzyk? No, ale widać
Rymkiewicz rzeczywiście musiał krzyczeć, skoro nie zaprzeczył, kiedy
Kajzar mu to wypomniał. Bliżej mi już do stwierdzenia Hanuszkiewicza. Nie, jednak źle to napisałem: nie zgadzam się przecież z jego
sądem o dyktatorskich zapędach autora Króla w szafie. Chodzi mi
raczej o to, że istotnie Hanuszkiewicz trafnie analizuje – jakby trochę
emocjonalnie, a trochę publicystycznie – tak w emocjonalno-publicystyczny sposób analizuje wypowiedzi Rymkiewicza i sprowadza
je do ich emocjonalno-publicystycznych substytutów:„Nie wolno!”
i: „My nie pozwolimy!”. Rzeczywiście, jest coś w tonie wypowiedzi
Rymkiewicza – coś niezwykle stanowczego, nieznoszącego sprzeciwu – ale żeby od razu dyktatorskiego? No, nie wiem. Ten dyktator to
chyba Hanuszkiewiczowi z niego samego wyskoczył, jemu samemu
wyskoczył – mały dyktatorek. I jeszcze jak mówi o Rymkiewiczu: że
lamentujący z niego dramaturg, że agresywny z niego rozmówca!
No, tak nie wolno, to nie przystoi, panie Hanuszkiewicz.
PROKURATOR: Co masz pan na swoją obronę?
HANUSZKIEWICZ (milczy)
PROKURATOR: Czyli nic nie chcesz pan Wysokiemu Sądowi
powiedzieć? (podniesionym głosem) Czy pozwany nazwał Rymkiewicza agresywnym i lamentującym dramaturgiem?
HANUSZKIEWICZ (milczy)
PROKURATOR: Czy pozwany nazwał Rymkiewicza dyktatorem?
HANUSZKIEWICZ (wciąż m i l c z y)
Dlaczego Hanuszkiewicz milczy? Dlaczego nic nie mówi? Czy
nie ma nam nic do powiedzenia? Ach tak, więc to tak – taki z niego
szczwany lis! Powiedział podczas dyskusji w redakcji „Dialogu” co
miał do powiedzenia i zamilknął? Tak? Tak to sobie zaplanował?
1122
Chyba teoretycznie tylko. Bo kiedy myślę o tym wszystkim,
to zaczynam mieć pewne wątpliwości. Bo czy jest tak, że to
Hanuszkiewicz nie chce ze mną rozmawiać, czy też może jest
inaczej – że to ja nie chcę dopuścić go do głosu? Bo chcąc obronić
Rymkiewicza, odsądzam od czci i wiary Hanuszkiewicza? Tak,
chyba zdecydowanie przeszarżowałem. Skrzywdziłem Hanuszkiewicza. Co więc powinienem zrobić, aby zadośćuczynić mu
wyrządzoną przeze mnie krzywdę?
JA: Wnoszę akt oskarżenia przeciwko obecnemu tu Jarosławowi
Markowi Rymkiewiczowi. Oskarżam go o to, że dnia piątego
listopada 1970 roku, biorąc udział w dyskusji zorganizowanej
przez miesięcznik „Dialog”, w bezpardonowy i agresywny sposób
nakrzyczał na Adama Hanuszkiewicza. Oskarżam go także o to…
WYSOKI SĄD: Panie Prokuratorze, proszę wolniej, ponieważ
pani sekretarz nie nadąża ze stenogramowaniem pańskich słów.
JA: Dobrze, będę mówił wolniej.
WYSOKI SĄD: „Dobrze, będę mówił wolniej”. (Do PROKURATORA)
Proszę kontynuować.
JA: Oskarżam pozwanego, że zdenerwował Adama Hanuszkiewicza…
WYSOKI SĄD: „Oskarżam pozwanego, że zdenerwował Adama
Hanuszkiewicza…”.
JA: Że zdenerwował Adama Hanuszkiewicza swoim dramaturgicznym lamentowaniem…
WYSOKI SĄD: „Że zdenerwował Adama Hanuszkiewicza swoim
dramaturgicznym lamentowaniem…”.
JA (z emfazą): I że przestraszył wszystkich obecnych swoimi
niebezpiecznymi dyktatorskimi zapędami.
WYSOKI SĄD: „I że przestraszył wszystkich obecnych swoimi
niebezpiecznymi dyktatorskimi zapędami…”.
Nie, już dłużej nie mogę, tak być nie może – i tu coś mi nie gra.
Najpierw uderzam w Bratkowskiego – nie wychodzi. Później w
Hanuszkiewicza – nic z tego. Na koniec w Rymkiewicza – i znowu
nie działa. Ale co nie wychodzi? Co jest nie tak? Co nie działa?
Albo inaczej: dlaczego nie działa? Co jest przyczyną, ale taką we
mnie przyczyną, mojego niezadowolenia z obranej metody?
Odpowiedź będzie prosta: moralność. Tak, jeszcze jakieś jej
strzępki posiadam. Więc mój wewnętrzny głos podpowiada mi:
„Mariusz, tak nie wolno. Ani Hanuszkiewicz nie jest się w stanie
obronić, ani Bratkowski, ani Rymkiewicz. A zwłaszcza ten Bratkowski, któremu tak bezczelnie kazałeś mówić: >>Wy, kolego!<<.
Skąd wytrzasnąłeś ten zwrot?” Tak, przyznaję się do błędu, Wysoki
Sądzie, obrałem złą metodę. Założyłem fałszywie, w utopijny
sposób, że trzeba obronić jednego przed drugim: Rymkiewicza
przed Hanuszkiewiczem, a Hanuszkiewicza przed Rymkiewiczem.
Założyłem, przyznaję, fałszywie, że wtedy, piątego listopada 1970
roku w redakcji „Dialogu” zebrali się sami nieodpowiedzialni,
bezbronni ludzie – zupełnie nieporadni i niewinni. I że trzeba
wkroczyć z wyższą instancją, aby ich rozdzielić, ustawić do pionu
i porozstawiać po kątach – aby sobie przypadkiem czegoś nie
zrobili. A to przecież były dorosłe osoby! Kiedy jeden podniósł głos,
inny podniósł go pół tonu wyżej. Kiedy jeden machnął ręką – inny
machnął dwa razy, dwoma rękami. Dali sobie radę – nie pozabijali
się. A skąd to wiem? Ano właśnie – i tu dochodzę do sedna sprawy, do swoich największych błędów. Po pierwsze: chcąc „odbić”
Rymkiewicza w lustrze (co w praktyce oznaczało u mnie próbę
stworzenia jego portretu: bazującego na wypowiedziach innych),
nie zauważyłem, że odbijam go w popękanym lustrze! (Przeczytałem powyższe zdanie i przyznaję, że jest trochę niezręczne:
„odbić Rymkiewicza w lustrze” – też coś! Chciałbym bardzo w tym
miejscu przeprosić za tę niezręczność Anię, którą zawsze męczę,
żeby mi sprawdzała te moje wypociny – bo Ania to jest najlepszy
redaktor na świecie. Droga Aniu, teraz Cię zaskoczę: proszę, nie
poprawiaj tej mojej tam niezręczności, niech tekst będzie trochę
niedoskonały. A może po prostu: niech będzie niedoskonały?
Powracamy do głównego wątku). Nie zauważyłem wreszcie, że
jego rozmówcy nie są, n i e m u s z ą b y ć nikim obiektywnym;
że jego rozmówcy – przez Rymkiewicza zaatakowani – muszą
się bronić. I jeśli brak im merytorycznych argumentów – to dalej,
hajda na Soplicę: argumentów poniżej pasa używać! Że krzyczy,
że lamentuje, że dyktator. Pomyślcie, Drodzy: jak oni musieli być
pewnymi argumentami Rymkiewicza do żywego urażeni! Jak ich
to musiało zaboleć, jak ich musiało boleć jeszcze wtedy, gdy mu
odpowiadali i długo, długo po wyjściu z siedziby „Dialogu”. Mój
błąd polegał więc na tym, że poruszałem się, można powiedzieć,
po powierzchni języka. Że dryfowałem wśród tych wszystkich
wtrąceń, hiperbol, wykrzyknień – które mają albo wzmocnić przekaz, albo go zastąpić. A gdzie w tym wszystkim meritum? Gdzie
sens? Gdzie istota sporu? Dałem się porwać konfekcji językowej
i zapomniałem o najważniejszym – co kto ma do powiedzenia.
Ale z drugiej strony: czyż ta konfekcja o nas w jakiś przedziwny
sposób nie świadczy? Chcę być dobrze zrozumiany: może analiza
języka, którym się posługujemy – także podczas sporów, w sytu-
acjach publicznych, kiedy się denerwujemy, kiedy nie czujemy się
w pełni komfortowo (bądź przeciwnie: gdy czujemy się jak ryba w
wodzie) – więc może taka analiza do czegoś nam się przyda? Może
powie o nas coś ważnego? Tak przy okazji: czy wiecie, na czym
polegała technika „jumpologii” w fotografii? Przedstawił ją swego
czasu Philippe Halsman. Ten amerykański fotograf prosił osobę o
wykonanie prostej czynności: o podskoczenie. I wówczas robił jej
zdjęcie. Twierdził, że w ten sposób przyczynia się do opadnięcia
maski z twarzy fotografowanego. Z jednej strony miał rację, z
drugiej – mylił się. Jego racja była gdzieś pośrodku. Ale próbował,
dążył, drążył. Może i my drążmy. Może i my próbujmy. Nawet jeśli
nie otrzymamy wiernego portretu – może uda nam się uniknąć
karykatury? Może uda nam się pewne rzeczy wypośrodkować,
inaczej rozmieścić akcenty? Może – nie wiem.
Dobrze, ustaliliśmy już, na czym w najbliższych akapitach skupimy naszą uwagę: będziemy analizowali wypowiedzi Rymkiewicza.
Ale jaki klucz ich doboru przyjmiemy? Według mnie najlepiej
będzie, jeśli skupimy się na tych słowach, które tak zabolały
Hanuszkiewicza i Kajzara (ale też nie na wszystkich słowach – nie
ma na to miejsca, czasu ani zbytniej potrzeby). Mówiąc inaczej –
zmieniamy perspektywę. We wstępie cytowaliśmy innych, teraz
zacytujmy Rymkiewicza. Może te puzzle się jakoś ułożą? A może
tylko ich część będzie do siebie pasować – nieważne, resztę sobie
wyobrazimy. Resztę sobie dopowiemy.
„Boję się, by rozmowa nie nabrała charakteru walki pokoleniowej. Jestem nastawiony raczej pokojowo” – to, jak pamiętamy,
słowa Kajzara. Zastanawialiśmy się na początku, co też ten niedobry Rymkiewicz powiedział, że tak przestraszył swojego rozmówcę. Teraz możemy już przytoczyć jego wypowiedź; a brzmi ona, co
następuje: „Powiedzmy sobie tylko otwarcie – wreszcie sobie to
powiedzmy – że to, co uprawiają dziś lub chcą uprawiać ci młodzi
ludzie, których reprezentuje pan Helmut Kajzar (ale nie tylko on),
to nie jest – już nie jest – teatr (…) Niechże więc powiedzą nam
wreszcie szczerze i do końca, czego chcą (…) Niech więc wyjdą
z tej znienawidzonej przez siebie instytucji i niech założą nowe
instytucje. I dopiero wtedy, gdy ci, którzy nienawidzą wiecznej
i niezmiennej istoty teatru, odejdą z teatru, pisarze, którzy chcą
współtworzyć teatr, będą mogli rozmawiać z ludźmi teatru o roli
literatury w teatrze i roli teatru w życiu”.
Droga Czytelniczko, powiedz mi teraz, ale powiedz szczerze,
czy zastanowiło Cię choć trochę stwierdzenie: „pisarze, którzy
chcą współtworzyć teatr”? Nie chciałbym, broń Boże, abyś czuła
się, Droga Czytelniczko, zagubiona. Przeciwnie, chcę uniknąć
wprowadzenia Cię w stan, jakiego sam doświadczyłem, kiedy po
raz pierwszy czytałem przytoczone wyżej słowa, toteż postaram
się – pokrótce, rzecz jasna – sprawę wyjaśnić (ale wyjaśnić w taki
sposób, by nie przestała intrygować – bo mnie ona intryguje).
Chociaż nie, ja postaram się ją n a ś w i e t l i ć – tak, to lepsze słowo,
o niebo lepsze. Owóż kiedy czytamy wypowiedź Rymkiewicza
możemy mieć wrażenie, iż pisarz ten upatruje siły i istoty teatru
w… słowie. W słowie? Tak, dobrze Wam się zdaje – w słowie.
(Zawierzmy wreszcie swojej intuicji, przestańmy drżeć w obliczu
dzieł sztuki!). Ale po kolei.
W 1960 roku Jarosław Marek Rymkiewicz przedstawił w 13.
numerze „Współczesności” fragment dramatu zatytułowanego
Stary dom. (Swoją drogą – pozostaje dla mnie tajemnicą, czy był
to fragment celowy, tzn. z natury swej fragmentaryczny, że tak
powiem – gatunkowo fragmentaryczny, czy też była to część
większej całości, nigdy wcześniej ani później nie opublikowanej.
Rozum nakazuje mi przychylić się do pierwszej możliwości, ale
pielęgnować będę w sobie tę drugą.) Całość, jak było się rzekło – fragmentaryczną, opatruje przypisem wyjaśniającym, iż
fragment publikuje, aby ukazać „możliwość zinstrumentowania
współczesnego wiersza w dramacie”. W tym samym roku, tyle
że w „Dialogu” (szczerze – nie wiem, czy wcześniej, czy później;
wydaje mi się to ciekawe, ale nie najistotniejsze), ukazuje się Król w
szafie – sztuka, której bohaterowie mówią przepięknym, „ciemnym”
wierszem. Równie pięknym i ciemnym, jak ten, którym posłużył się
Rymkiewicz w tomie Człowiek z głową jastrzębia (a jakże – zbiorze
wydanym w 1960 roku). Możemy więc zaryzykować stwierdzenie
(przepraszam – co najwyżej ja mogę je zaryzykować), że refleksja
nad miejscem słowa we współczesnej dramaturgii zaczęła kiełkować
w umyśle autora Thema Regium na przełomie lat pięćdziesiątych
i sześćdziesiątych. Skąd to wiem? Bo w 1957 roku Rymkiewicz
publikuje napisaną prozą sztukę Eurydyka, czyli każdy umiera tak,
jak mu wygodniej. Wiem to, ponieważ rok później przedstawia inny
dramat, zatytułowany Odys w Berdyczowie, w którym łączy prozę z
wierszem. Zdaje się (o, już się ubezpieczam – nie Wam, nie nam, nie
mi – lecz jakiejś wyższej, bezosobowej instancji pozatekstowej się
zdaje. A tu guzik – to wciąż mi się zdaje), że wówczas – gdy sztuki
te powstawały – co innego go interesowało bardziej niż język,
bardziej niż słowo. A mianowicie: konwencja i jej modyfikacje. Na
przytoczenie zasługują słowa Stanisława Stabryły, który w książce
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
On wprost powiedział, żeby ci, którzy nie kochają tradycyjnego
teatru, przez tradycję uświęconego i z niej zrodzonego, po prostu
ten teatr opuścili, wynieśli się z niego. On stwierdził następująco:
z takimi osobami nie ma w ogóle o czym rozmawiać. To jeszcze
nie koniec naszych rozważań – idziemy dalej.
Idziemy, idziemy, przemierzamy naszą pamięć, w której wszystko się zmienia i miesza, i dochodzimy do głosu Kajzara: „Pan tutaj
wykrzykuje, że chce pan pracować razem”. Jaka wypowiedź Rymkiewicza tak go zdenerwowała? Zdaje się, że ta: „Molière przerabiał
cudze wątki (…) Ale Molière pracował w teatrze. I jeśli chcemy,
żeby nam się Molière urodził, taki Molière, który byłby sobie
reżyserom pisarzem, a sobie pisarzowi reżyserem, powinniśmy
pracować razem. Bo dłużej już tak być nie może: reżyser pracuje
na scenie, a pisarz za biurkiem”. Czy rzeczywiście było się o co
denerwować? Bo Rymkiewicz z jednej strony mówił – do tych,
którzy niszczyli teatr – idźcie precz; ale z drugiej strony do tych,
którzy zostali (a może nawet trochę do tych, których przeganiał;
może dawał im ostatnią szansę na opamiętanie się), mówił: „pracujmy razem! Zjednoczmy się! Nie kłóćmy się!”. Czyli jednak wciąż
miał nadzieję! Cały czas wierzył, że ukochany przez niego teatr,
teatr ze słowa wywiedziony i dla słowa, i przez słowo robiony,
można jeszcze praktykować – byle razem, koledzy reżyserzy!
Kiedy więc Rymkiewicz wypraszał Kajzara z teatru, jednocześnie
zapraszał go do teatru, tyle że innego teatru – według niego do
teatru prawdziwego. A właśnie – zapraszał Kajzara do teatru na
jego, Rymkiewicza, prawach – i to tak bolało Kajzara.
I jeszcze jedna wymiana zdań – już ostatnia – między Rymkiewiczem a Hanuszkiewiczem:
RYMKIEWICZ: Będziemy mieli własny teatr.
HANUSZKIEWICZ: Na pewno…
RYMKIEWICZ: A wy nie będziecie się nazywali teatrem.
Drodzy Czytelnicy, zwróćcie uwagę na oba zdania Rymkiewicza: „Będziemy mieli własny teatr” oraz: „A wy nie będziecie
się nazywali teatrem”. Kto tak mówi? Po co Rymkiewicz używa
czasu przyszłego dokonanego? Moim zdaniem tego typu ton
wypowiedzi jest dla niego dość charakterystyczny. I dość często
sprawia mu kłopot, bo nie jest to przecież oznaka polubowności.
To jest oznaka temperamentu, oznaka chęci do bitki, do walki.
– Ale jakiej bitki, czym walki? – myślicie sobie pewnie teraz. Ano
– walki językiem, bitki językowej. Tak, tak. Zresztą – sami się o
tym za chwilę przekonacie.
W wywiadzie udzielonym Beacie Chmiel, zatytułowanym: Jedną
mową przemawiają żywi i umarli… („Przegląd Powszechny” 12/85),
Rymkiewicz mówił: „Dla mnie był to szalenie ważny pisarz. Walczyłem z nim w sobie, czułem bowiem jego porażający wpływ”. O
kim mówił autor Kochanków piekła? O jakim pisarzu? O Stendhalu,
Singerze, Prouście? Nie – on o Gombrowiczu mówił! Tak, właśnie
o nim – o nikim innym, tylko o autorze Ferdydurke. I coś więcej
jeszcze wtedy o nim powiedział: że lubi jego g ł ę b o k i e poczucie
w o l n o ś c i.
Aby więc wszystko już stało się jasne, ale tak do granic możliwości
jasne, przytoczmy i te słowa Rymkiewicza, który – używając mowy
pozornie zależnej, mówiąc Gombrowiczem i przez Gombrowicza
– mówił jednocześnie, jestem o tym głęboko przekonany, o sobie:
„Piszę, co chcę i nic mi nie macie do powiedzenia, bo będę pisał, co
chcę”. „Będę pisał, co chcę” – „Będziemy mieli własny teatr” – i nic mi
nie zrobicie, co najwyżej tyle (niecenzuralne słowo albo obraźliwy
gest). Kto tak mówi: „nic mi nie możecie zrobić, bo JA i tak będę
robił, co chcę!”? W jakiej sytuacji ktoś tak mówi? Czy mówi tak w
komfortowych warunkach, czy przeciwnie – wówczas, gdy wszystko
już zawiodło? Kiedy wszelkie argumenty, prośby i groźby na nic się
zdały? Oczywiście – tylko wówczas, gdy brak światełka w tunelu (no,
może i jakieś tam się tli – ale tli tylko, nic więcej – a wręcz gaśnie,
gaśnie w oczach). Tylko wówczas metafizyk organizujący całość
widzialnego świata w języku, chwyta się tego języka i tworzy w
nim świat alternatywny. Ale zwykłe wypowiedzenie swoich opinii,
gdy jest się otoczonym, gdy jest się w mniejszości – nie wystarczy,
bo nie będzie słyszalne, a przez to nie będzie nośne. Potrzebny jest
wówczas specjalny ton, ton w tonie Gombrowicza – ton nieznoszący
sprzeciwu, ton magiczny, o magicznych właściwościach stwarzania
innej rzeczywistości. Rzeczywistości w języku ulokowanej, która w
przyszłości – raz pomyślana i raz w języku ulokowana – zmaterializuje się. A zmaterializuje się dzięki językowi i poprzez chcenie tego,
który daną opinię wyraża – ale już nie w języku się zmaterializuje,
tylko materialnie się zmaterializuje. A dlaczego materialnie się
zmaterializuje? Bo jesteśmy częścią wspólnoty – czyli nie jesteśmy
sami. I nawet jeśli stanowimy lub stanowić będziemy mniejszość, to
za kilka, kilkadziesiąt lub kilkaset lat ktoś z tej mniejszości, ktoś taki,
jak my – jak my myślący – podejmie nasz trud i przerzuci pomost
między przepaściami. I już nie będzie sam. I my nie będziemy wówczas sami – i to się nazywa nieśmiertelność. A tymczasem dajmy
przyszłości świadectwo, dajmy nadzieję potomności, pocieszmy
tych, którzy dopiero będą płakać, stwórzmy im azyl – w języku.
Skoro coś, co chcemy, aby istniało – nie istnieje, ale tylko na razie,
materialnie – stwórzmy to na polu języka. A przy okazji zagramy
na nosie barbarzyńcom.
Ale i to nie wszystko. Jest jeszcze coś, tak mi się przynajmniej
wydaje, co Rymkiewicz Gombrowiczowi zawdzięcza – mianowicie
gawędziarski styl pisania. To ciągłe wahanie, to ciągłe tak i nie pisanie, to ciągłe uszczegóławianie, to ciągłe zaczepianie, to siedząc
siedzeniem na siedzeniu siadywanie, to czasu wieczne tu i teraz
wyciąganie. Choć nie – inaczej muszę to napisać, bliżej prawdy
pisząc – Rymkiewicz aż tyle Gombrowiczowi nie zawdzięcza. Albo
jeszcze inaczej: nie tyle jemu, ale p r z e z niego zawdzięcza. Bo
to ciągłe Rymkiewiczowskie precyzowanie językowe, tak i nie
jednocześnie pisanie – to Rymkiewicz po baroku odziedziczył
przecież. Ale i Gombrowicz coś z baroku dziedziczył, co najlepiej
widać w Trans-Atlantyku. I z polskiej gawędziarskiej tradycji
dziedziczył – i z nią się potem szamotał, wadził, z nią walczył,
ją chciał zmieść z powierzchni ziemi. I tak szamocząc się z nią,
wadząc, walcząc i do fundamentów równając – jednocześnie ją
odbudowywał. W 1962 roku Rymkiewicz pisał: „A każdy wiersz
powstający tu i teraz dokonuje podobnych spustoszeń w dziele
zmarłego. Odpowiedzialność jest więc obustronna”. Że co, proszę?
Czyli – proszę mnie, panie Rymkiewicz, z błędu wyprowadzić – że
niby Mickiewicz, kiedy pisał Pana Tadeusza był odpowiedzialny
za Trans-Atlantyk Gombrowicza? Tak, tak właśnie – i nie inaczej.
I więcej jeszcze: ten ktoś, kto repetuje, powtarzając wzór z przeszłości – aby napełnić go współczesnym odcieniem – coś zmienia
w tym wzorze, ale i w jego recepcji coś zmienia. To wszystko
właśnie świadczy o wzajemnej kulturowej wspólnocie. (A o
wspólnocie świadcząc i o odpowiedzialności też świadczy). Jeśli
więc Rymkiewicz wadził się z Gombrowiczem, który wadził się z
Mickiewiczem, to i Rymkiewicz z tym Mickiewiczem się wadził.
I jeśli w jakiś sposób Rymkiewicz czerpał z Gombrowicza (nie
wiem jednak, jak bardzo i jak wiele, i czy w ogóle; bo wadzenie
się to jeszcze nie czerpanie), to czerpał i z Mickiewicza. A jeśli
Gombrowicz wadził się z barokiem, to Rymkiewicz z Gombrowiczem wadząc się – i z barokiem się wadził. I tak dalej, i tak dalej, i
znowu, znowu, i znowu, i od początku aż do końca, który końcem
nie jest – tylko początkiem jest, od początku do końca swojego
zmierzającym, któren jego końcem, tylko jego końcem, nie jest,
bo jest początkiem czegoś nowego – na starym ufundowanego.
Tymczasem muszę już iść, muszę odejść od komputera, głowa
mnie boli i spać mi się chce. I Wy, Drodzy Czytelnicy, też już pewnie
jesteście zmęczeni. Więc czy tego chcą, czy też nie, zostawmy
ich – Hanuszkiewicza, Rymkiewicza, Kajzara i Bratkowskiego
(Gombrowicza i Mickiewicza chyba też) w pewnego rodzaju
zawieszeniu. Lecz co ja słyszę? Pan Bratkowski się buntuje? Pan
Rymkiewicz protestuje? Pan Kajzar się nie zgadza? O, przepraszam
bardzo – to ja was wskrzesiłem, to ja was wyciągnąłem – w tym
samym składzie, co przed laty – z pewnego starego pisma, z
niepamięci czasu, i ja was teraz zawieszam! Ja was pauzuję. Panie
Rymkiewicz, sam pan za kilka lat powie, że przeszłość trzeba
kochać, lecz nie trzeba jej szanować. Więc proszę teraz nic nie
mówić. Proszę wziąć lepiej przykład z pana Hanuszkiewicza.
No dobrze, już dobrze, wygraliście. Rzeczywiście, trochę racji
macie. Ale jedyne, co mogę dla was teraz zrobić, to was przeprosić
– zgadzacie się? Dobrze, to ja was w takim razie przeproszę raz, dwa
i naprawdę już lecę, bo prawie na oczy nie widzę. Więc uważajcie…
Ukhm… Przepraszam, panie Hanuszkiewicz, przepraszam panie
Rymkiewicz i panów, panowie Kajzar i Bratkowski, także przepraszam. Przepraszam za to, że was kocham, ale że was nie szanuję.
(Żartowałem – szanuję, szanuję przecież.) Już? Dobrze? Jesteście
zadowoleni? Och Boże, Boże – moje wy biedne żółwiki, moje wy
biedne cienie spowijające mój utopijny rozumek. Co my byśmy bez
was zrobili? (Co ja bym bez was zrobił?) Przepraszam raz jeszcze
i mówię wam: dobranoc! I proszę, nie męczcie nas tak strasznie.
Mariusz Koryciński
Gazeta literacka
1 31 3
ESEJ
Hellada i Roma w Polsce Ludowej pisał, iż „dramaty antyczne” Rymkiewicza eksponują konwencję poprzez wykorzystanie mitu. Co
ciekawe, konwencja ta wyeksponowana została w celu odejścia
od mitów realizowanych w tych sztukach. W jaki sposób? Choćby
poprzez zmianę znaczenia, ale także eksperymenty z formą; dla
Stabryły Eurydyka… była np. bardziej „dyskusją sceniczną” aniżeli
sztuką sensu stricto. Widzimy więc, że w utworach z ‘57 i ‘58 Rymkiewicz testował możliwości uwspółcześniania mitów, brał na
warsztat konwencję – postrzeganą jako pewien wzorzec, kościec
fabularno-tematyczny, opukiwał – jak mawiał Herbert – i słuchał,
czy i gdzie dźwięczy. W roku 1960 było już inaczej. W roku 1960
Rymkiewicz eksponował nie konwencję, lecz walory językowe
utworu. Więcej, nie tylko eksponował, lecz także – co udowadnia
komentarz do Starego domu – zauważał już pewien ważny problem
z tym związany.
Mija dziesięć lat. W maju roku 1970 ukazuje się na łamach „Dialogu” esej Czym jest klasycyzm (w teatrze), w którym Rymkiewicz pyta
o miejsce dramatopisarza we współczesnym (ówczesnym) teatrze.
I odpowiada sam sobie i nam, czytelnikom, tak: „Dramatopisarz
jest więc dziś w teatrze – ludziom teatru – niepotrzebny. Jest niepotrzebny, bo niepotrzebna jest w teatrze fabuła i niepotrzebne
są postaci. (…) A także: niepotrzebne są słowa lub, ściślej, słowa
znaczące”. Otóż to, Moi Drodzy, jesteśmy w domu. Czyli gdzie?
Ano w języku jesteśmy – bo wszystko jest w języku, o czym pisał
Rymkiewicz w zbiorze Czym jest klasycyzm. Jesteśmy w domu
także z innego powodu – bo stwierdziliśmy, że Rymkiewicz w 1970
roku „pytał i sam sobie odpowiadał”. Jaka zmiana zaszła w nim na
przestrzeni dziesięciolecia – że na początku proponował, zachęcał,
a pod koniec dekady już sam ze sobą rozmawiał, monologizował – i innych w tym celu nie potrzebował? Teraz jest już chyba
dobry moment, abyśmy powrócili do wypowiedzi Rymkiewicza
z listopada roku 1970; wypowiedzi, którą analizowaliśmy, chwila,
moment, raz, dwa… cztery akapity temu. (Łatwiej będzie, jeśli
cofniecie się Państwo i przypomnicie sobie odpowiedni cytat.)
Już? Przeczytaliście? Pamiętacie, o czym była wtedy mowa?
Świetnie. Teraz możemy zwrócić uwagę na słowa: „wreszcie”,
„szczerze” i: „do końca”, użyte przez Rymkiewicza w kontekście
reżyserów nienawidzących teatru. Co takiego ważnego mówią
nam one o stanie emocjonalnym, w jakim znajdował się wówczas
(myśląc o teatrze, rzecz jasna) Rymkiewicz? Mówią nam mniej
więcej tyle: był zniecierpliwiony. Widział, że coś jest nie tak z
ówczesnym teatrem. Podskórnie czuł, wyczuwał przez skórę albo
może po prostu wiedział – tak, on już chyba wiedział – że są tacy
reżyserzy teatralni, którzy według niego teatr tradycyjny niszczą i
jakiś nowy twór na tym zniszczeniu budują. I to mu się nie podobało – ten nowy twór, ten nowotwór. Po drugie: uważał, że młodzi
są nieszczerzy, że nie mówią do końca prawdy – i dlatego może
także się złościł. (On ich rozszyfrował – on widział, że spod sztafażu
nowoczesności wystaje im czarny płaszcz postromantyka). Choć
nie, było jeszcze inaczej – było gorzej. On już nie mógł wytrzymać.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
[
POEZJA
Bohdan Wrocławski
Z praskich przedmieść odnotowani
pamięci Krzysztofa Gąsiorowskiego
nieczytelnych znakach
które niczym linie papilarne
gubią się
w labiryntach nie do odczytania
To nasz konfesjonał
zawołasz
z śladami wiecznego średniowiecza
Nic już nie okrążymy
Najbłękitniejsze oceany rozpadły się w nas
wczorajszych
Przestrzeń którą potrafimy zrozumieć
rdzewieje od śmiechu i ironii
Dotykam czoła
pod opuszkami palców czuję opuchnięcia
rdzę
tłustą od nadziei i pożądania
niechęć do dalszej podróży
Tańczymy
Zatrzymał nas czyjś krzyk
być może coś
co w ostatecznym rachunku nas wyzwoli
pozbawi snów
wieloznaczeń w zapisach nutowych
dźwięków których żalu
nie potrafimy zrozumieć
Przecież obaj znamy ten taniec
od wojen punickich
Czerwień wsiąka w ziemię
czarnieje
Nasze gesty
stygną
Utrwala je zapach roztartej
na dłoni kredy
zaledwie rysują w wyobraźni
samotność odlatujących bocianów
Wysp
Oceanów
Lądów
przyczajonych w skrawach
opuszczonych serc
Spowiadamy dookolną
przestrzeń elektrokardiogramem
Szmery są jak
huk opadającego w nieskończoność
wodospadu
Mrowiska z opuszczonymi korytarzami
samotna królowa
kalendarze o twarzach bezbarwnych
nasza niechęć w jego mrocznych
Nadal biegniemy krawędzią lasu
Ty i ja
do tego miejsca w którym proscenium
budka suflera
unerwiają sceną
Tworzą poetykę praskich przedmieść
w otaczających mgłach
Patrz uważnie
ta pochyloną nad czcionkami
postać to ja
Zrozpaczony
własną nieobecnością Gutenberg
Nadal nie wiem jak mam zapamiętać
nas samych
w biegu wzdłuż żył
występującej z brzegów rzeki
Może z opadającymi wciąż
kwiatami z przekwitającej jabłoni
które swoją bezbronnością
krzykiem
ranią nas
zagubionych w dookolnej przestrzeni
A może nie warto pamiętać nic
co nie urodziło się
bez naszej wczorajszej
i jutrzejszej nieobecności
Ostatni list Pliniusza Młodszego
Naszego życiorysu
moich łąk
na peryferiach Milanówka
Jakiegoś zająca
rozszarpanego przez stado psów
Ich wycia w ciemnej auli uniwersyteckiej
Mój drogi Tacycie mimo że nadal jesteśmy nieobecni
wzdłuż naszych żył podróżują popioły Pompei i Herculanum
wieczna obojętność pozbawia nas codzienności
gestów bardziej oczywistych niż nasze dzieciństwo
zesztywniałych od zimna dłoni wkładanych pod togę
stukotu drewnianych sandałów o bruk Forum Romanum
Książek
których istnienia
Nie byliśmy w stanie doświadczyć
kwaśnego potu oblepiającego
ramiona ćwiczących legionistów
Ocalić w sobie pamięcią
skrzywieniem warg
ledwie czytelnym ruchem dłoni
tymczasem mój wuj wpłynął statkami w mgły
ciepłe od przerażenia ludzkiego
płaczu umierających owiec
modlitw starców
w sen tak okrutny że nie było w nim nieba ziemi
tylko powietrze wypełnione śliną atakującego węża
i coraz mniej bohaterów rodziły kobiety
lądy zbliżały się do siebie
czarne lasy Brytanii pełne zgniłej zieleni
opanowały betonowe westchnienia na rogu
siedemdziesiątej drugiej ulicy Nowego Yorku
i paryskiego Montmartu
szpalty gazet huk maszyn drukarskich
podniecenie które towarzyszy nam w głębiach oceanów
wiosenne ciepło alpejskich stoków
wszystko to zaświadcza że jeszcze jesteśmy
obok najodleglejszych wspomnień
zatem pozwól mój Tacycie zapraszam ciebie
do kanału grzewczego na przedmieściach Warszawy
zaczną a w nas podróżować wszystkie mrowiska ziemi
pustynie odległe na nieznanych księżycach wszechświata
gwiazdy zbliżające do siebie swym oddechem
nasze oczy
źródła gorączki trawiącej pustynie
i dna wysychających jezior
cisza kosmosu
w której każde bijące serce
zawstydzone umilknie na wieczność
znów będziemy pili wino
o cierpkim zapachu niedojrzałych jabłek
później twoje dłonie wykrzywione artretyzmem
o opuszkach pełnych porażek zwycięstw
historycznych bitew których nie zapamiętały żadne kroniki
znajdą moje listy przysypane popiołami żerańskiego
Wezuwiusza
będziemy je czytać wzruszeni bliskością
wszystkiego tego
czego zrozumieć ani dotknąć nadal nie potrafimy
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
1144
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Wszystkie drogi
przysypują je cienie
rudych mchów
lot jaskółek
szybszy niż nasza pamięć
do której przedwczoraj
zgubiliśmy klucz
smugi mew
cierpliwie wylegujących się
w różnych zakamarkach historii
nieobecne są nasze noce
pełne tryumfu pochody dzikości
także to
zapisane
w najsmutniejszych pamiętnikach
o twarzach wiecznego głodu
z dopiero co poznanych
skojarzeń
ciągle hamletyzującą przestrzeń
pełną wapiennych skał
których zmarszczki
prowadzą
do dawno zapomnianych miast
dzieciństwa
tymczasem maleją marzenia
nawet wtedy kiedy chcesz wracać
w ich puszystą obecność
którą próbujesz skleić fragment
po fragmencie
wątpliwość po wątpliwości
między gwarem wymijanych ulic
z przymkniętymi powiekami
pełnymi wilgoci
od opadających wzdłuż
nadbrzeży mgieł
zarośniętymi powojem
ścieżkami wojen
jednak powracasz wciąż
do nieistniejącego już
Rzymu
to dalej niż możesz zapamiętać
i bliżej
niż możesz dotknąć
swoim wzruszonym spojrzeniem
jest zima
jego drogi są wieczne
wszystkie prowadzą
do samotności
ustawicznej próby rozgrzeszenia
na obrzeżu chłopcy
palą wyschnięte łęgi
czujesz gorycz porażki
dymu na środku nieba
ktoś wyjątkowo szczęśliwy
opowiada o swojej pierwszej miłości
trudno
ale ta opowieść prowadzi do wspomnień
nie akceptujesz jej
wychodzisz
powracasz do cienia
wieczorem pijesz kawę
oglądasz obrazy w galerii
do której nikt nigdy nie zabłądził
ktoś wyjął je z twoich myśli
dał im smak barwę
niecierpliwość usychających dni
później czytasz gazetę
żaden fragment nie pozostaje w pamięci
Jałmużna
Prawdopodobnie tego roku nie było lata
nikt nie wyznawał sobie miłości
na brzegach opuszczonych przez historie jezior
nikt nie podróżował
po oceanach
zagubione morza i rzeki
na moment przestały oddychać
ich oczy przysłaniały słone mgły
bezsilność
twarde cienie linii papilarnych
każdy ruch fal był nie do odtworzenia
jego geometria pulsowała
na najłagodniejszych stokach słońca
i księżyca
budziła nas
wiecznych wygnańców i podróżników
niezabliźnione rany świata
stały się jeszcze bardziej
przerażone
gorzkie od żalu
bezbronności
krzyku myszołowa
który spadał w dół niczym sierpniowa gwiazda
tak płaczą niemowlęta
pozbawione nadziei i zapachu matki
nadal na polach chłopcy wypalają łęgi
tak z pieśnią odchodzą mężczyźni
w ostry zapach krwi
pożogi sentymentów
smak dymu
staje się smakiem
twojego życia
zaciskając w dłoniach
ostatnie fragmenty
uciekającego pejzażu
i natchnienia
w miejsca w których kobiety
nie mogą dostrzec ich łez
nie wiadomo skąd
w zupełnej ciszy
przypływają dawno opuszczone miasta
zaczynasz się do nich przyzwyczajać
odgadywać zaułki
fasady budynków
z łuszczącymi się tynkami
nawet wiesz
w którym z nich zamieszkała wieczność
czujesz jej pulsowanie kwaśny oddech
oczy przymglone wzruszeniem
i na wskroś otwarte bramy
ciągle jeszcze obecnej w tobie legendy
starego Rzymu
POEZJA
Nadal
umierają wszystkie drogi
prowadzące do bram Rzymu
wszechobecny mróz błądzi
w przedsionkach wystraszonych serc
dobrze wiesz
do tego miejsca nie można podchodzić
tak też rodzimy się i umieramy
wieczni obrońcy twierdzy Eleazara
wzbierają w nas
wulkaniczne popioły
łagodne niczym nieposkromiony zapach śmierci
płonących świec
kamyków układanych jeden obok drugiego
widać zasychające w nich żyłki niepamięci
wodospady pozbawione oddechu i radości
stare spróchniałe pnie
echo
leżące w poprzek drogi
którą musimy przebyć
ich
światło
przemierzające nasze aorty
peryferie
nabrzmiałych od pożądania ciał
gdzieś w odmętach wszechświata
na jego najbardziej zarysowanej krawędzi
ciągle śpią nasyceni krwią legioniści Flawiusza Silwy
wydaje się
że wraz z nimi
cały świat zasnął w ogromnym spokoju
granitowe bloki uniosły deszczowe niebo
wyżej niż sięgają największe pragnienia
zagubionego na pustyni wędrowca
nikt nie płakał nie śmiał się nie tańczył
wszystkie pragnienia ziemi
przybrały wyraz twarzy żebraka
któremu wieczność ukradła jałmużnę
Bohdan Wrocławski
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
1 51 5
POEZJA
Zofia Beszczyńska
Czarownice
Podniosłam głowę i zobaczyłam lecące czarownice,
długi sznur na tle Księżyca w pełni; ich rozpuszczone
włosy strącały gwiazdy w dół i w dół, w rytm
infernalnej muzyki Zaświatów.
– To nie czarownice – warknął Pies – to wrony!
Nagle zaczęły spadać z nieba, jedna za drugą, jak
przejrzałe śliwki.
Jednorożec
Siedzieliśmy przy stole i jedliśmy sałatki.
Nagle coś trąciło mnie w nogę. Gładki ciepły
pysk. Pies? Nie: z czoła wyrastał mu smukły róg. Z
głową na moim udzie, patrzył na mnie przeciągle
niebieskimi oczami.
– Czy... czy mogę mu coś dać ze stołu? – spytałam po
dłuższej chwili.
– Nie, nie – odparła gospodyni. – To jednorożec, je
tylko świeże mięso.
Wstała, okrążyła stół. Szybkim ruchem chwyciła
leżący tam nóż i odcięła mi duży płat uda.
Luna
Krzesła
– Halo?
– To ja.
– ...
– Halo?
– Tak.
– Słuchaj... chcę ci coś powiedzieć. Żałuję tego, co się
stało. Chcę się z tobą zobaczyć. Obiecuję... że to się
nie powtórzy.
– ...
– Halo?
– Dobrze.
– A więc... tam gdzie przedtem? Pamiętasz? ANUL.
Nie, nie ANUL: LUNA. Na szybie namalowano
księżyc w pełni. Po obu stronach tafli wyglądał tak
samo. Ale ja myślałam o jego drugiej, ciemnej twarzy.
Której nikt nie zna.
– Przyniosę ci kota. Pamiętasz? Czarnego.
Nie, nie miał być czarny: biały.
– Nie ANUL – powiedziałam. – LUNA.
– Nie – odezwał się po chwili. Jego głos był głuchy,
schrypnięty. – ANUL. Blisko NACEO.
– Nie NAECO: OCEAN. I... nie czarny kot, ale biały.
– Nie! – prawie krzyknął. – Pamiętam doskonale.
Zresztą kot nie może być biały. Tutaj wszystkie koty
są czarne!
– Gdzie: tutaj?! – Z trudem złapałam oddech. – Skąd
ty do mnie dzwonisz?!
Ale nie usłyszałam nic. Usłyszałam NIC.
Popołudniami przychodzili adoratorzy. Każdego
sadzała na krześle naprzeciw siebie. Zawsze z
nadzieją na rozmowę, nigdy niespełnioną. Po kilku
wybąkanych słowach lub zdaniach zapadała cisza,
której nie mogło przerwać nawet brzęczenie muchy.
W tym pokoju nie było much.
Tylko cztery ściany, czysto zamieciona podłoga i te
krzesła.
Cisza pozwalała jej patrzeć. A im bardziej przyglądała
się adoratorowi, tym okazywał się nudniejszy. Na co
komu nudny adorator?
Wystarczyło pstryknięcie palcami. Krzesło unosiło
się z podłogi i lądowało pod sufitem. Mocno
przyklejone.
Patrzyła na nie przez chwilę, potem traciła
zainteresowanie.
Adorator nawet pod sufitem siedział sparaliżowany,
wyglądał na martwego. Bladł i chudł w ciszy, aż
stawał się mały jak owad. Gdy przypominał wołka
zbożowego, spadał z ledwo słyszalnym chrzęstem.
Rozgryzała go białymi ząbkami, krzywiąc się z
niesmakiem, taki był suchy. Zaraz za nim spadało
krzesło.
Puste i takie samotne.
A ona otwierała drzwi.
Zmory
– A myślisz, że mnie jest przyjemnie? – Skrzywił się.
Wyciągnął z fałd skóry brzucha kawał żelaza i zabrał się za
piłowanie pazurów. Moje uszy zaatakował ohydny zgrzyt, a
nozdrza – smród.
– Ej tam! – zaprotestowałam słabo.
Spojrzał na mnie z obrzydzeniem.
– A ty według ciebie to co: wydzielasz zapach fiołków? –
Umościł się wygodniej na moim podołku; ciało przeszył
mi tępy ból. Zacisnęłam zęby, żeby jękiem nie sprawić mu
przyjemności.
Zlustrował mnie wzrokiem.
– Fiu, fiu – świsnął – jakbym zaczynał cię szanować. –
Napijesz się? – I wyjął spod pachy płaską metalową butelkę.
Też śmierdziała, ale inaczej. – Nie, to nie! – Przechylił głowę i
pociągnął, aż zabulgotało. Ciężar na moim brzuchu podwoił
się. Przygryzłam policzki, żeby nie krzyknąć.
Ile tak można wytrzymać?
– Ile się da! – zaskrzypiał mi nad uchem. – Ale, ale – stropił
się nagle – któraż to godzina? No to chyba... – I już go nie
było.
Odetchnęłam głęboko całą piersią i całym brzuchem i już
czułam, jak ogarnia mnie senna ociężałość, gdy...
– Uwaga! Zmiana! – zapiszczało w powietrzu.
Mały, podobny do stosu igieł stwór z impetem wskoczył mi
nad obojczyk. Wrzasnęłam, lecz nic to nie dało. Oczywiście.
Ile tak można wytrzymać?
– Ile się da! – pisnął przeraźliwie.
Zamknęłam oczy.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
1166
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
ks. Jan Sochoń
II
Dysponujemy dwiema drogami, które umożliwiają nam orientację
w świecie, mianowicie wyjaśnieniami ściśle religijnymi, teologicznymi oraz rozstrzygnięciami, jakie proponuje filozofia1. Z tej drugiej
ścieżki rewolucyjne konsekwencje wyciągnęli już wcześni, greccy
filozofowie, tacy, jak przykładowo Anaksymander, Parmenides,
Anaksagoras czy Arystoteles. Ten ostatni doszedł
do wniosku, że istnieje wieczna, nieruchoma i niematerialna substancja, która
powoduje zmiany i ruch innych
rzeczy, sama pozostając niezmienną. To po prostu Bóg, dysponujący życiem „najlepszym i
wiecznym”, kontemplujący, co
charakterystyczne, tylko samego
siebie, a przez to – paradoksalnie z
ludzkiego punktu widzenia – szczęśliwy, pozostający„przedmiotem miłości”,
celem dążenia wszelkich rzeczy.
W tej koncepcji jednak ginie Bóg religii, a na plan
pierwszy wysuwa się Bóg filozofii. Filozof powinien w niego
wierzyć, porzucając wiarę w bogów plemiennych. Czy jednak
taka postawa jest zasadna, skoro ów Absolut nie jest osobą? On
wszak nie stworzył świata, ani człowieka. Będąc przedmiotem
miłości, sam nie kocha (chyba że samego siebie), nie zniża się do
poziomu ludzkiej przygodności, do przeżyć każdej pojedynczej
jednostki. Nie wypada przeto tańczyć przed nim, jak półnagi
Dawid, przed figurą z martwego drewna!
z nienawiścią do chrześcijaństwa właśnie ze względu na kler.
Przywołuje, jakże przewrotnie i opacznie, zdanie św. Jana: „swoi
Go nie przyjęli” (J 1, 11). Chrześcijaństwo musi zniknąć, ponieważ
Kościół, w węższym sensie, papiestwo wciąż syci się bogactwem,
wzmaga się demoralizacja wielu księży, ich uwikłania w aktywność pedofilską i przede wszystkim nadal rozrasta się potęga
kościelnych organizacji.
Ale nie tylko z tego powodu. Hermeneutyka podpowiada, że
Kościół w swej historii nie chciał przyjmować jako pewnej prawdy
naukowej, a równocześnie wikłał się w metafizykę obiektywistyczną,
wyprowadzając z niej rozległą doktrynę preambula fidei, która miała
obowiązywać wierzących i niewierzących, we wszystkich zresztą
węzłowych kwestiach życia. Wybuchające w wielu krajach na całym
świecie spory wokół zagadnień bioetycznych stanowią teren, na
którym owe roszczenia Kościoła do przemawiania w imieniu całej
ludzkości, a nie w imię pozytywnego objawienia, przejawiają się
z największą mocą6. Kościół nadal nie chce wyzbyć się chęci kontrolowania zachowań seksualnych ludzi, bo przecież gdyby tak uczynił,
straciłby naturalnie rację bytu. Trwając przy swej nauce Kościół
ujawnia ją jako rażąco niedorzeczną. Być może właśnie bioetyka
doprowadzi do załamania postawy Kościoła wobec seksualności.
Znaczną rolę w uświadomieniu poruszonej tutaj sprawy odegrał
Jacques Derrida, który jako pierwszy zdołał pojednać Freuda
z Heideggerem, to zaś pozwoliło mu swobodnie i z poczuciem
humoru poruszać się między seksem a metafizyką. Jego prace,
z wyraźną satysfakcją mówił Rorty, są nam pomocne w dostrzeżeniu powiązania między tymi dwiema sferami, a tym samym
pozwalają lepiej poznać rolę, jaką odgrywają tu Kościoły 7.
W takiej sytuacji chęć powołania do życia „nowej religii” wydaje
się nieuchronna, ale też apostazja i konieczność
zapoczątkowania nowego Kościoła. Jeśli nie
podobają się nam dotychczasowe Kościoły, załóżmy nowy.
Co to generalnie oznacza? To
wyłacznie, że mamy obowiązki
tylko wobec współobywateli,
naszych bliźnich, i to niezależnie
od tego, czy jesteśmy religijni,
czy nie. Nie warto też marzyć o konstruktywnym dialogu międzyreligijnym,
gdyż jest zwykłą mrzonką. Między mułłami
ze świata muzułmańskiego a demokratycznym
Zachodem nigdy nie nastąpi, choćby iskierka, porozumienia. Przeszkodą jest chęć zachowywania własnych żywotnych
interesów, wiążących się z utrzymaniem władzy i przywilejów.
To nazbyt silna pokusa, by można ją było oddalić, w imię, niezbyt
przecież silnych, racji religijnych.
Bóg w kulturze interpretacji
III
Teoria Absolutu zaproponowana przez Arystotelesa nie uciszyła
toczonych przez wieki dyskusji i wciąż powstających kontrowersji.
Wielu ludziom wydawało się czymś niestosownym akceptowanie
poglądów odrzucających aktywność Opatrzności Bożej, przyjmujących istnienie wiecznej, nieuformowanej materii czy braku
osobowej nieśmiertelności. Bóg-wieczny egoista, zachwycający
się i rozkoszujący samym sobą, mógł wywoływać jedynie uczucie
irytacji. Nic zatem dziwnego, że pojawienie się chrześcijańskiego
Objawienia spowodowało niebywałe poruszenie, przydając dotychczasowej kulturze całkowicie nowego kolorytu metafizycznego.
Chrześcijaństwo, w osobie Chrystusa, zaproponowało odpowiedź na pytania o kwestie najistotniejsze i wiążące się z życiem
wiecznym. Poprzez Wcielenie Bóg odsłonił swe zdumiewające
zamiary. Naśladowanie Logosu- Słowa Bożego stało się odtąd
miarą według której należało myśleć i postępować. Bóg nie jest
już rozpoznawany jako filozoficznie wykoncypowana zasada, ale
jako byt żywy, osoba, stwórca całego kosmosu, który jest jedynym
właściwym przedmiotem ludzkiej wiary i czci.
Należy więc tak ustanawiać relacje między religią a filozofią,
aby nie dochodziło do naruszania autonomiczności obu dziedzin.
W umocnieniu i rozpropagowaniu takiego stanowiska znaczną
rolę odegrała tradycja wypracowana przez św. Tomasza z Akwinu. Wyakcentowana przez niego tzw. różnica teologiczna, czyli
rozdzielenie tego, co przyrodzone, od tego, co nadprzyrodzone,
wpłynęła na samo pojmowanie rozumu i jego związków z boskością, a w konsekwencji relacji rozumu i wiary w ogóle. W czasach
nowożytnych doszło do zaakceptowania całkowitego rozpadu
syntezy wiary i rozumu, czego będą dowodzili zarówno Kant
(postulator różnicy epistemologicznej) czy Heidegger (postulator
różnicy ontologicznej) oraz ich zwolennicy. Ostatecznie w długim
procesie historycznym odseparowały się od siebie wiara i rozum,
by w końcu stać się zbędnym balastem nowoczesnej kultury,
wiodąc ją trwale na manowce irracjonalizmu.
IV
Na szczęście pojawiło się pokolenie myślicieli, którzy postanowili przywrócić utraconą jedność wiary i rozumu, wskazać, że
wywodzą się one ze wspólnego źródła, które w dziejach zostało
zapoznane. Jednym z tych, którzy współtworzą wspomniane
grono uczonych był protestancki teolog Paul Tillich (1886-1965).
Niemal wszystkie prace autora Teologii systematycznej2 przenika
myśl o konieczności zachowania jedności boskości i racjonalności,
a więc w najszerszym sensie myślenia religijnego i myślenia
filozoficznego, sytuując to zespolenie po tej samej stronie różnicy teologicznej, poddanej zresztą swoistej dekonstrukcji. W
jaki to bowiem sposób stary problem utożsamiania tego, co
Gazeta literacka
Objawienie – w jego ujęciu – ujawnia głębię rozumu i grunt
bytu. Prześwieca niejako poprzez język symboliczny, tkany przez
szeroko pojęte doświadczenie kulturowe, ale pierwszoplanowo
przez przeżycie tzw. troski ostatecznej, należącej do kręgu Heideggerowskich egzystencjałów, które skierowują człowieka na to, co
bezwarunkowo najważniejsze, nadające życiu sens i wartość. Czyli
praktycznie na Boga. W tym procesie język religijny pozostaje
wyjątkowo strategiczny i kluczowy. A mówiąc precyzyjniej, w
symbolu i micie dokonuje się swoiste ujęcie Nieuwarunkowanego.
Co to bliżej znaczy? Znaczy tyle, że symbol religijny odnosi do
świętego obszaru. Nie chodzi tu naturalnie o to, że symbole ukazują realne istnienie Boga. To przekracza ich „siłę”; co najwyżej, a to
nie jest mało, umożliwiają one sensowne ukierunkowanie życia w
stronę Boga, zaakceptowanie prymarności Nieuwarunkowanego
w całej tej, zgoła tajemniej, procedurze.
V
Okazuje się, iż żadne dowodzenie istnienia Boga w tradycyjnym
sensie nie ma najmniejszego sensu, gdyż dowodzić istnienia
Boga, znaczy negować Go. Nie należy również utożsamiać pojęcia
Nieuwarunkowanego z Bogiem; być może jedynie z koncepcją
czystego rozumu przyjmowanego przez Kanta, choć też nie do
końca. Może trzeba przychylić się do interpretacji3, według której
pod filozoficznym pojęciem Nieuwarunkowanego zawarta jest
implicite koncepcja Boga jako Mocy Bycia; Boga obecnego jako
podstawa i źródło we wszystkim, co istnieje. Bóg okazuje się
byciem-samym, „gruntem bytu”, „mocą bytu”, nigdy zaś bytem.
Ze swej istoty opiera się niebytowi i nie podlega żadnym prawom
obowiązującym pośród bytów skończonych. Po prostu: j e s t,
jako żywy; transcendując jednak to, co osobowe.
Z tej perspektywy najróżniejsze„pomysły” postmodernistów, które
opisałem w swojej książce4 mogą mieć jedno z ważnych źródeł w
tillichowskiej metafizyce. Bo przecież oni wszyscy wołają: tak, czy
owak, religia nie umarła, Bóg nadal jest gdzieś blisko między nami5.
Dysponujemy darem rozumu, pytamy, wsłuchujemy się w „głos
języka”, który – zgodnie ze słynnym hasłem Gadamera – jest bytem,
który daje do zrozumienia, możemy tedy – mimo oczywistego kresu
metafizyki – przynajmniej pytać o Boga, o Kościół, o przyszłość religijnej obietnicy. Znamienna jest w tej kwestii rozmowa (broń Boże,
nie dyskusja), jaka miała miejsce 16 grudnia 2002 roku. Spotkali się
dwaj popularni autorzy: Rorty i Vattimo, o niemal przeciwstawnych
„obliczach filozoficznych”, jednak akceptujących tezę o oczywistym
kryzysie wszelkich tradycji metafizycznych.
VI
We wspomnianej debacie padło wiele zarzutów wobec
tradycyjnej filozofii, religii, także wobec Kościoła, zwłaszcza
katolickiego. Wypunktowano je po to, by przekonywać, że gest
porzucenia myśli klasycznie metafizycznej jest gestem zasadniczo
pozytywnym i niejako automatycznie pozwoli zniszczyć przesłonę, przez tę myśl zbudowaną i zwrócić się w stronę czekającego
na człowieka Boga. To dosyć karkołomne przekonanie. Bóg jest,
czeka na nas, tylko my nie dopuszczamy Go do siebie, szczególnie
wówczas, kiedy struktury Kościoła coraz bardziej stają się władcze
i pełne ziemskiej pychy. Vattimo sugeruje: ludzie podchodzą
VII
Vattimo w swych propozycjach wydaje się bardziej niż Rorty
delikatny i poniekąd chrześcijański. Proponuje, by chrześcijaństwo
wyzbyło się jakichkolwiek pretensji, co do obiektywności swej
dogmatycznej doktryny, a skupiało się na tym, co istotnie ważne,
mianowicie na dobroci, miłosierdziu, miłości do Boga, będącej
rodzajem poczucia zależności, gdyż nikt z ludzi nie buntuje
się przeciw poczuciu zależności wobec kogoś, kogo kocha, co
zresztą niesie poważne następstwa dla całościowo pojętego
życia społecznego. Dlatego w jego rozpoznaniu trzeba pokładać
nadzieję w myśli słabej (pensiero debole), charakteryzującej się
tolerancją, brakiem przemocy, otwartością na odmienne sposoby
bycia i pojmowania świata. Chrześcijaństwo powinno – właśnie
z powyżej wyłożonych racji – wejść w perspektywę myślenia
słabego, dziedziczącego przykazanie miłości i odrzucającego
wszystkie możliwe formy przemocy i gwałtu.
VIII
Jaką postawę mamy zająć wobec tych żądań i krytyk? Należy,
jak to zaproponował Marek Szulakiewicz8, pozostawiać pytanie
o Boga jako pytanie poniekąd zawsze otwarte. Jako że nie
z roszczeń i oczekiwań rodzi się religia, ale właśnie z tego, że to
człowiek jest „zagarnięty”, przez „coś”, co nie jest nim. W religii
chodzi o człowieka, a nie o Boga. Problematyka istnienia (lub
nieistnienia) Boga przestaje być priorytetem w doświadczeniu
religijnym, jeśli człowiek poszukuje Boga.
Czy podołamy temu zadaniu „przywracania Boga do świata?
Nie wiadomo. Trzeba jednak pamiętać, że – jak zauważono –
nawet tysiącmilowa podróż zaczyna się od pierwszego roku.
Ten krok nasza kultura już uczyniła. Dlatego problemem wcale
nie jest to, jak odnaleźć Boga, lecz raczej to, jak odzyskać nas
samych, gdyż Bóg szuka nas bardziej niż my Jego. Oby wszyscy
ludzie, także ci, którzy uznają się za ateistów, nie ignorowali tego
rodzaju „doświadczeń”, ale byłoby jeszcze lepiej, gdyby wsłuchując się w głosy świata i w zdobycze kultury chrześcijańskiej,
próbowali wyruszyć na poszukiwanie Boga. Takie pragnienie
jest wpisane w ludzką naturę i w pełni odpowiada społecznemu wymiarowi życia. A teologia naturalna może okazać się
– w podejmowaniu tego rodzaju decyzji – wielce przydatna.
ks. Jan Sochoń
1 Szerzej zob. ks. J. Sochoń, Dlaczego Bóg? , „Cywilizacja” 2012 nr 42.
2 Trzytomowe wydanie polskie w tłumaczeniu Józefa Marzęckiego, Kęty
2004-2005.
3 Zob. H. Perkowska, Bóg filozofów XX wieku. Wybrane koncepcje, WarszawaPoznań 2001, s. 214-248.
4 Zob. ks. J. Sochoń, Religia w projekcie postmodernistycznym, Lublin 2012.
5 R. Rorty, G. Vattimo, Przyszłość religii, red. S. Zabala, tłum. S. Królak,
Kraków 2010, s. 96.
6 Tamże, s. 59.
7 Tamże, s. 95.
8 Podczas sesji filozoficznej Bóg w kulturze, zorganizowanej w listopadzie
2012 r. przez Katedrę Filozofii Kultury UKSW w Warszawie.
1 71 7
ESEJ
I
O kulturze, w której przyszło nam żyć, nie sposób powiedzieć,
że charakteryzuje ją brak wrażliwości na doświadczenie religijne.
Mimo, opisywanej przez wielu badaczy i eseistów w rodzaju
Czesława Miłosza, korozji wyobraźni konfesyjnej, teza o końcu
czy zaniku religii do szczętu upadła, a ludzie nadal nie mogą obyć
się przynajmniej bez odniesień do szeroko pojętej duchowości.
Popularna jeszcze w latach 60. ubiegłego wieku tzw. teza sekularyzacyjna okazała się nietrafna. Parafrazując powiedzenie Habermasa
wypada zaznaczyć, że teraz struna religii drży bardzo widocznie i
doniośle, choć znaczna część środowisk filozoficznych przyjmuje
pogląd, że pojęcie Boga wywiedzione z greckiej metafizyki, oparte
na języku bytu, ma niewiele wspólnego z Bogiem Abrahama, Izaaka
i Jakuba i w skrajnych przypadkach może prowadzić wprost do
idolatrii. Strategia ontologizacyjna wzmaga tylko pytanie: czy Bóg
istnieje czy też nie istnieje. A któż z ludzi bez obawy i koniecznej
rozwagi zechce odpowiedzieć na to pytanie, bez narażenia się
choćby tylko na cień drwiny.
wydobyte z medytacji typowo metafizycznej (Bóg filozofii) z tym,
co pochodzi z doświadczenia wybitnie religijnego (Bóg religii)
można współcześnie ożywić?
Tillich wystąpił z pewną całościową wizją, sugerując, że wychodząc od czegoś, co nazwał Nieuwarunkowanym (das Unbdingte)
albo Samym Byciem (Sein Selbst) będzie można zbudować taką teorię filozoficzno-religijną, która likwidując wszelkie przeciwieństwa
natury i nadprzyrodzoności, ukaże szansę nie tylko ich zbliżenia,
ale i otwarcia intelektualnego horyzontu, w świetle którego Bóg
może „nawiedzać ludzką myśl”. Zachęcał do wiary absolutnej i
męstwa, dzięki czemu człowiek otwiera się na Nieuwarunkowane,
niepoddające się żadnym opisom, określeniom, intuicyjnym
wglądom, jak również niepodlegające żadnej formie dostępnego
człowiekowi doświadczenia. Nieuwarunkowane zyskuje natomiast
wymiar ostatecznego warunku możliwości wszystkiego, co istnieje
i co wchodzi w zakres relacji człowieka z Bogiem.
Bliżej oznacza to tylko i chyba aż tyle, że nasze współczesne zdobycze intelektualne w gruncie rzeczy nie wykraczają poza osiągnięcia teologii apofatycznej, i że postulaty Tillicha należy usytuować
nieco ponad filozoficzną ofertą skupioną na koncepcji „ostatniego
boga” Heideggera i ponad „heroizmem pustyni” Derridy. Zgoda
na męstwo ludzkich ograniczeń, na życia bez żadnych znaków
orientacyjnych, być może ufność w jakieś ślady nadchodzącego
mesjańskiego pokoju – wszystkie te „pomysły” niewiele odbiegają
od propozycji Tillicha, choć jej nad nimi przewaga wynika z faktu,
że Tillich, tak bardzo wrażliwy na aporie współczesności, z całych
sił stara się łączyć treści teologiczne z filozoficznymi, nie czyniąc
z tej przynależności metodologicznego pobojowiska.
ESEJ
Zbigniew Zawadzki
M
iesiące letnie to tradycyjnie czas wypoczynku, wakacji,
relaksu, rozrywki. Od kilku lat jest to również okres, w
którym coraz liczniej odbywają się w naszym kraju z roku na
rok ciekawsze pod względem list wykonawców muzyczne festiwale, takie jak choćby gdyński Open’er, reaktywowany Jarocin,
czy słynny Przystanek Woodstock Jurka Owsiaka. Tym, co łączy
te wszystkie wydarzenia oraz tworzy wokół nich wyjątkowy
i specyficzny klimat zabawy, beztroski, wolności i wspólnoty
jest niewątpliwie swoista legenda, jaka narosła wokół muzyki
rockowej i szerzej: wokół całej formacji kulturowej, która zaczęła
się wyłaniać na zachodzie mniej więcej wraz z początkiem lat
sześćdziesiątych, i która walnie przyczyniła się do zmian, jakie
doprowadzali tłumy nastolatek do orgiastycznych spazmów, a
muzycy Led Zeppellin i Black Sabbath epatowali zachwyconą
publikę „piekielnymi” dźwiękami swoich gitar, dodatkowo okraszając je okultystyczną symboliką, zaś Jimmi Hendrix odgrywał na
Woodstockowej scenie stosunek seksualny z gitarą grając jednocześnie amerykański hymn – wówczas duża część społeczeństw
zachodnich była zszokowana i zaniepokojona. Nadchodziło coś
nowego i niepokojącego, przy tym jawnie, z otwartą przyłbicą
deklarującego zamiar zmiecenia starego porządku i zaprowadzenia nowego, własnego, występującego pod rewolucyjnymi
hasłami „nie wierzenia nikomu po trzydziestce”, „życia szybko i
umierania młodo” oraz tymi najsłynniejszymi i najbardziej nośnymi: „Make Love Not War” i „Drug, Sex, Rock ‘N’ Roll”.
„Nowe” nie przybywało jednak, co obrazują powyższe deklaracje, na czołgach i nie wygrażało karabinami. Zamiast tego
wyciągało broń o wiele groźniejszą i, jak się miało okazać, skuteczniejszą – pokusę. Pokusę życia beztroskiego, uwolnionego
murzyn ze sceny śmierci matki, sadystyczny rockman David Di
Meola), odpowiedzialne za nieprzystosowanie i cierpienia głównych bohaterów, braci Dzierżyńskich (zachłyśnięci hipisowską
ideologią rodzice Michela i Bruna, a dokładniej: ich matka). Na
przykładzie rodzinnej historii Dzierżyńskich oraz jej historyczno
– socjologiczno – kulturowego tła Houellebecq pokazuje, jak w
stosunkowo niedługim czasie mentalna i społeczna rewolucja
dzieci kwiatów zdołała doprowadzić zachodnie społeczeństwa
do stanu całkowitej degradacji i degeneracji; jak ,obalając ancien
regime, postawiła całą zachodnią cywilizację przed widmem jej
ostatecznego schyłku, od którego nie ma już ucieczki.
Autor Możliwości wyspy używa dla opisu tych socjologicznych i
aksjologicznych przemian terminu „mutacja metafizyczna”. Czasy
nam współczesne to, jego zdaniem, okres schyłku nie tylko naszej
cywilizacji, ale człowieka takiego jakim go znamy w ogóle. Doszliśmy do pewnej granicy i jej przekroczenie dokonać się może już
wyłącznie poprzez całkowitą przemianę, mutację, która wyłoni
Notatki na marginesie cząstek elementarnych Michela Houellebecqa
Peace, lOVe …BraVe new wOrld
zaszły od tamtego czasu nie tylko w naszych gustach muzycznych, ale we wszystkich właściwie aspektach naszego życia, tak
jednostkowego jak i społecznego. Dzisiejsza branża muzyczna
otwarcie nawiązuje do tradycji ruchu hippisowskiego i do legend
pierwszych festiwali, pełnymi garściami czerpiąc z podstawowych
idei i haseł tamtego okresu.
Tak się złożyło, że niedawno ponownie sięgnąłem po przeczytaną po raz pierwszy kilka lat temu książkę Michela Houellebecqa
pt. Cząstki elementarne. Ta najgłośniejsza (i chyba jak dotąd najlepsza) książka Francuza jest jednym z tych dzieł literackich, które
przejmująco, celnie, momentami brutalnie i boleśnie pokazują
współczesnego „ducha czasu”, obnażają (w tym przypadku – jednoznacznie żałosną) kondycję człowieka, a przy tym dokonują
interesujących, śmiałych i szeroko zakrojonych analiz natury
socjologicznej i filozoficznej.
Owo zbiegnięcie się w czasie własnej ponownej lektury Cząstek elementarnych i „wysypu” zapowiedzi tegorocznych edycji
wspomnianych festiwali oraz imprez, bardziej lub mniej otwarcie
nawiązujących i odwołujących się do młodzieżowej kontrkultury
drugiej połowy ubiegłego stulecia, skłoniło mnie do przelania
na papier kilku refleksji na temat roli oraz wpływu tejże na naszą
dzisiejszą rzeczywistość. Książka Houellebecqa stanowi tutaj
doskonały punkt odniesienia, przynosi nam bowiem bardzo
ciekawe spostrzeżenia w tej materii.
Rockowa rewolucja już od ponad czterech dekad przetacza się
przez zachodni świat, zyskując bezgranicznie oddanych wyznawców wśród przedstawicieli kolejnych pokoleń Europejczyków,
Amerykanów, Azjatów. Jak każda rewolucja, tak i ona z czasem
utraciła swój pierwotny drapieżny, burzycielski i skandalizujący
wizerunek, przestała szokować i wywoływać kategoryczny sprzeciw statecznych obywateli. Nie jest już wrogiem numer jeden
rządzących elit, a pojawiające się jeszcze gdziieniegdzie nieliczne i
słabe głosy egzorcyzmujące ją i sugerujące jej czysto nihilistyczny,
antyludzki, słowem: demoniczny charakter i cel spotykają się z
lekceważącym wzruszeniem ramion oraz ironicznym, pobłażliwym
uśmiechem, którym zwykło się obdarzać hasła, postawy i idee
marginalne, niepoważne. W tym okresie rock ‘n’ rollowa rebelia
dzieci kwiatów dokonała „marszu przez instytucje”, który sprawił,
iż niegdysiejsi rewolucjoniści występujący przeciw zastanym
wartościom i postawom uosabianym przez dominujący system
aksjologiczny, przez rządzące warstwy i elity – sami stanęli na
czele rządów, mediów, wielkich korporacji.
Kiedy w latach pięćdziesiątych Elvis Presley wykonywał swój
słynny taniec bioder wyśpiewując zmysłowym głosem równie
nieprzyzwoite (wówczas) zwrotki i kiedy, niewiele później, Beatlesi
z ram opresyjnej moralności, pokusę wiecznego dzieciństwa w
raju pokoju, miłości i muzyki.
Żyjemy obecnie wszyscy w postmodernistycznej (nie)rzeczywistości zdominowanej, czy nam się to podoba czy nie, całkowicie
przez popkulturę. To wszystko, co jeszcze trzy bądź cztery dekady
temu jawiło się rewolucyjne w sferze polityki i moralności, kiczowate, płytkie i plebejskie w sferze sztuki oraz obrazoburcze na
kanwie religijnej – otóż dziś to wszystko, tyle że w jeszcze bardziej
zaawansowanej formie, jest elementem naszej codzienności.
Wszechobecność oraz faktyczna nieograniczona władza mass
mediów, „kosmiczne’ zaawansowanie nauki plus rewolucyjne
przemiany obyczajowe, jakie zaszły w zachodnim świecie od
czasów ostatniej wojny światowej – tworzą nasze dziś. I jest to
dziś, które swoim kształtem, a także niezwykłą dynamiką jak gdyby
samoistnie implikuje pytanie o jutro: czy w jakikolwiek sposób
będzie ono jeszcze przypominać nasze wczoraj, czy też raczej
będzie już rzeczywistością skrajnie odmienną, nie mającą już
zgoła nic wspólnego z dawnym światem i dawnym człowiekiem?
W Cząstkach elementarnych Michela Houellebecqa jednym z
najbardziej uwypuklonych wątków jest niezwykle ostra krytyka,
jakiej poddaje autor rolę i dokonania tzw. „pokolenia’68”. Popkultura przyzwyczaiła nas do postrzegania ruchu hipisowskiego
niemal wyłącznie w pozytywnym świetle, jako wyrazu tęsknoty
idealistycznie nastawionych młodych ludzi za jakże pięknymi i
godnymi pochwały wartościami takimi jak miłość, pokój, tolerancja. W powszechnym odbiorze hipisi to szlachetni utopiści w
kolorowych ubraniach i z „pacyfką” na szyi; w najgorszym wypadku
nieco naiwni, ale ostatecznie nieszkodliwi marzyciele, może tylko
trochę zbyt wielką atencją darzący przeróżne środki odurzające i
halucynogenne… Taki obraz i odbiór całej młodzieżowej rewolty
drugiej połowy ostatniego stulecia został zbudowany i utrwalony
w powszechnej świadomości głównie poprzez hollywoodzkie
kino, począwszy od takich produkcji jak „Hair” czy „Easy Rider”,
a skończywszy (żeby ograniczyć się tylko do kilku wybitnych
tytułów) na „Forreście Gumpie”. No i oczywiście nie wolno nam
w tym miejscu zapomnieć o samej muzyce i legendach, jakimi
obrosły przedwcześnie zmarłe gwiazdy rocka takie jak Jimmi
Hendrix, Janis Joplin, Kurt Cobain, Jim Morrison (zresztą tutaj
także rola kina jest nie do przecenienia, wystarczy wspomnieć
choćby bardzo udany film Olivera Stone’a pt. „The Doors”).
Tymczasem oceny Houellebecqa, tego najbardziej przenikliwego chyba dziś wśród literatów obserwatora i komentatora
współczesności, idą w zupełnie przeciwną stronę. W Cząstkach
elementarnych postaci najbardziej odrażające i antypatyczne
to właśnie te związane z ruchem kontestatorskim (blondyn i
nową istotę i nową cywilizację, która nie będzie już jednak cywilizacją ludzi. Wszystko bowiem to, co konstytuowało przez wieki
istotę człowieczeństwa, a zatem religia i kultura z nieodłącznymi im
problemami cierpienia, miłości, śmierci, poświęcenia, wyrzeczenia
staje się anachronizmem, niepotrzebnym balastem, który należy raz
na zawsze odrzucić, zagrzebać w śmietniku historii. A zaawansowanie techniczne, przede wszystkim w zakresie nauk biologicznych,
oraz zaistniały już rozpad tradycyjnych więzi i wartości nie tylko
pozwalają na dokonanie tego bezprecedensowego przejścia, ale
wręcz wymuszają go, czynią go nieuniknionym.
Zakończenie Cząstek… przynosi obraz cywilizacji post-ludzkiej,
która charakteryzuje się tym, co przeczuwał już choćby Stanisław
Ignacy Witkiewicz – a zatem zanikiem uczuć metafizycznych,
któremu u Houelebeqca towarzyszy wyzwolenie z pęt strachu,
cierpienia, egoizmu i nienawiści. Mamy więc tu właściwie do
czynienia ze stworzeniem warunków rajskich, z nowym, post-ludzkim gatunkiem w roli bogów („Ludziom dawnej rasy nasz
świat zdaje się rajem. Zresztą czasem sami sobie nadajemy – w
sposób co prawda nieco żartobliwy – nazwę „bogów”, nazwę, która
produkowała tyle ich wyobrażeń”1). Skoro już jednak przywołałem
w tym miejscu nazwisko Witkacego, nie można tedy pominąć
kwestii fundamentalnej. Jak pamiętamy, autor Nienasycenia
przyszłość społeczeństwa widział w czarnych barwach, twierdząc,
iż pozbawiona metafizycznych dążeń zmechanizowana masa musi
oddać się w ręce totalitarnych rządów. Ten dystopijny trop jest
w przypadku książki Houellebecqa jak najbardziej uzasadniony,
albowiem dziełem, do którego autor wielokrotnie, ustami swoich
bohaterów, nas odsyła jest Nowy Wspaniały Świat Aldousa Huxley’a. Ta najsłynniejsza, obok Roku 1984 George’a Orwella, dwudziestowieczna antyutopia w wielu miejscach okazuje się zbieżna z
diagnozami Houellebecqa. Zarówno sama napisana w 1932 roku
książka, jak i postać jej autora pozwalają dokładniej przyjrzeć się
procesom, o których traktują„Cząstki …, a także określić rolę, jaką
w ich następowaniu odegrała i odgrywa rewolucja określona
przeze mnie na wstępie tego eseju jako „rockowa” – co traktować
należy oczywiście jedynie jako synonim innych jej nazewnictw,
takich jak „rewolucja obyczajowa”, „seksualna”, „hippisowska” itp.
W rozmowie, jaką na temat Huxley’a prowadzą w Cząstkach…
Bruno i Michel pada wiele interesujących i trafnych spostrzeżeń
dotyczących genialnej intuicji angielskiego pisarza w przewidywaniu kierunku rozwoju naszej cywilizacji, jej dążenia do cielesnej
rozkoszy przy jednoczesnych próbach wyeliminowania wszelkich balastów stojących na drodze do jej osiągnięcia, a zatem:
bólu, cierpienia i wszelkiej sankcjonującej te niepożądane stany
„nadbudowy”, którą od zarania cywilizacji stanowiły religia oraz
wyrastająca z niej kultura (można by to zatem, nieco żartobliwie,
odczytać jako swoiście cudowne rozwiązanie freudowskiego
problemu kultury jako źródła cierpienia…). Najważniejsze, w kontekście naszych rozważań, wydaje się jednak stwierdzenie, jakie
pada z ust Michela – że „Aldous Huxley jest niewątpliwie jednym z
najbardziej wpływowych myślicieli XX wieku”2. Owa wpływowość
wynika nie tyle nawet z samej zaskakującej trafności jego wizji,
ale nade wszystko z roli, jaką jego osoba i twórczość wywarły na
pokolenie zachodnioeuropejskich kontestatorów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku, co w oczywisty
sposób wpłynęło zasadniczo na kierunek rozwoju naszej kultury,
doprowadzając nas do miejsca, w którym się obecnie znaleźliśmy.
Wizje Huxley’a bez wątpienia inspirowały bowiem całe rzesze
artystów i aktywistów ruchów młodzieżowych3: „(…) poglądy
Aldousa Huxley’a stały się głównym zapleczem teoretycznym dla
doświadczeń ruchu hipisowskiego. Zawsze był zwolennikiem całkowitej swobody seksualnej i odegrał pionierską rolę w stosowaniu
narkotyków psychodelicznych. Znali go wszyscy założyciele ośrodka
w Esalen i jego teorie wywarły na nich ogromny wpływ. Twórcze idee
z Esalen przejął następnie w całości ruch New Age.”4
Trzeba też sobie jasno powiedzieć, że nazywanie przemian
zapoczątkowanych przez ruch hippisowski rewolucją nie jest
w żadnym wypadku przypadkiem bądź przesadą. To, czego
Fot. Sybilka Storie
1188
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
Mariusz Cezary Kosmala
DMT
Więc?
Ładne mam piersi? Dotknij ich, jedz, nie ugryzą
przecież. To wszystko twoje. I dla ciebie tylko
będę lalką (substancją podaną w zastrzyku).
Spójrz, jak mi słowa na twój widok śliną błyszczą.
Więc trzeba zajrzeć prawdzie w oczy: jesteś marny?
Jesteś marny i więcej nic? Nic więcej zrobić
się nie da? Nie pomogą żadne czary-mary?
Przecież to wszystko twoje i dla ciebie. Tylko
przeistoczysz mnie w przestrzeń z nadwrażliwą skórą.
Spójrz, jak mi słowa na twój widok śliną błyszczą.
Umiesz tak zrobić, żebym była smagłą smugą?
Przeistoczysz mnie w przestrzeń z nadwrażliwą skórą?
Więc jednak wiesz, jak zamknąć wszystko w jednym
ręku,
umiesz tak zrobić, żebym była smagłą smugą
i żeby całą czułość umieścić w oddechu więc jednak wiesz. Jak zamknąć wszystko w jednym
ręku,
jak scałować międzyczas od zmierzchu do krzyku
i żeby całą czułość umieścić w oddechu,
wielkim jak Droga Mleczna – zapytam po cichu:
Jesteś tak marny, że aż zmarły? Nie masz głowy
na karku? Wszyscy jakoś żyją, ty udajesz?
Że jesz? Więc to pomyłka jest jakaś? Zawody
już na starcie przegrane? Życie rozgrzebane
przed pogrzebem na skraju ogórka? O, góra!
A właściwie pagórek i trawka? Baranek
je trawkę? Nie to, co ty? Bo niewarta skórka
za wyprawkę na tę tam górkę po to złote
runo baranka, który skubie trawkę? Urwać
by się mogła ta steczka, która wiedzie w poprzek
zbocza? I na manowce? Runąć? Więc tymczasem
nie poszedłeś? I poszło na marne? Na gorsze?
A najgorsze, że ciągle jeszcze? Kózka? Skacze?
jak scałować międzyczas? Od zmierzchu do krzyku
będę lalką, substancją podaną w zastrzyku
wielkim jak Droga Mleczna. (Zapytam po cichu:
Ładne mam piersi? Dotknij ich, jedz, nie ugryzą).
Zbigniew Zawadzki
1 Michel Houellebeq, Cząstki elementarne, Warszawa 2006, s. 363.
2 Tamże, s. 179.
3 Jednym z najbardziej znanych i wyeksponowanych śladów tych fascynacji oraz wpływów pozostaje nazwa kultowego, jak to się zwykło dziś
określać, zespołu muzycznego z tamtego pionierskiego okresu – The
Doors (od dzieła Huxley’a pt. Drzwi Percepcji).
4 Tamże, s. 178-179.
5 Tamże, s. 364.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
1 91 9
POEZJA
dokonało wprowadzenie w życie haseł wolnej miłości i nieograniczonej wolności („zabrania się zabraniać!”) można na poziomie
aksjologicznym i socjologicznym bez ryzyka nadużycia zestawić
z przewrotami, jakich na tych płaszczyznach dokonały wcześniejsze wielkie rewolucje: niosąca na swych sztandarach postulaty
wolności, równości i braterstwa Rewolucja Francuska oraz głosząca
emancypację proletariatu jej duchowa córka, Rewolucja Październikowa. Fakt, że szczęśliwie, w przeciwieństwie do swych
głośnych poprzedniczek, rewolta dzieci kwiatów dokonała tego
bez użycia brutalnej siły i bez ogromu ofiar w niczym nie zmienia
tego stanu rzeczy. Świat dzisiejszego postnowoczesnego konsumenta w równym stopniu, jeśli nawet nie bardziej, różni się od
świata mieszkańca przedwojennej Europy co świat obywatela
Republiki od poddanego monarchii Burbonów, a homo sovieticusa
od polskiego dziewiętnastowiecznego ziemianina.
Współczesna kultura (czyli po prostu popkultura, bo istnienie
kultury tzw. wyższej można, jak sądzę, rozpatrywać dziś już
wyłącznie w kategoriach historycznych) zdaje się być, zgodnie z
tezami stawianymi między innymi przez Houllbeque’a, ostatnią
fazą upadku i zapowiedzią nadejścia zupełnie nowej formacji.
Nawet pobieżna obserwacja dzisiejszych wytworów tej kultury
oraz wypływających z niej norm społecznych musi skłaniać do
takich wniosków. A argument, że cywilizacja nasza znajduje się
na niespotykanie wysokim poziomie rozwoju technicznego i
zapewnia społeczeństwom bezprecedensowy w dziejach komfort życia codziennego, co ma jakoby świadczyć o jej potędze
i żywotności jest tyleż efektowny, co łatwy do obalenia. Zaś
mistrzem w roztaczaniu takich ponurych wizji jest właśnie autor
Cząstek elementarnych.
Wróćmy jednak do początku tego procesu, do jego korzeni,
a więc do Aldousa Huxley’a i jego ideologicznego potomstwa.
Amerykańska i europejska kontestacja młodzieżowa drugiej
połowy dziewiętnastego stulecia posiadała kilka wyraźnych
priorytetowych postulatów, z których właściwie wszystkie
można dziś uznać za spełnione. Najważniejszym z nich i zarazem
najbardziej brzemiennym w skutki było niewątpliwie żądanie
emancypacji seksualnej, czyli oddzielenia seksualnej przyjemności od funkcji rozrodczych, a co za tym idzie podważenie
roli małżeństwa i rodziny, słowem: zastąpienie paradygmatu
monogeniczno-patriarchalnego paradygmatem hedonistycznym. Poprzez wytwory kultury popularnej (zmysłowa muzyka
rock i pop, powiązana z nią moda, wreszcie telewizja i kino)
oraz niejako wymuszane przez nią stopniowe forsowanie w
parlamentach regulacji prawnych dotyczących takich zagadnień
jak antykoncepcja i aborcja, udało się w stosunkowo niedługim
czasie diametralnie przekształcić zachodnie społeczeństwa z
nadal jeszcze w latach zaraz powojennych chrześcijańskich w
jawnie dziś materialistyczne, nastawione właściwie wyłącznie na
konsumpcję i rozrywkę. Topniejące z każdym kolejnym rokiem i
dekadą szeregi przeciwników tego procesu, obrońców dawnego
porządku, skazane były od początku na porażkę. O ile bowiem da
się, nawet w sytuacji jaskrawej dysproporcji sił, walczyć (i mieć
nadzieję na zwycięstwo) z przeciwnikiem używającym do osiągnięcia swoich celów przemocy i siły, to w sytuacji, kiedy polem
starcia staje się kultura, a agresor swoją amunicją czyni pokusę i
z niej celuje w masy – wynik zmagania jest z góry przesądzony.
Sam wychowałem się w kulcie kultury młodzieżowej lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (choć moimi idolami byli już w
większości artyści z następnych dwóch dekad), rockowe płyty
były moimi Mickiewiczowskimi „książkami zbójeckimi”. Jednak
z biegiem lat, kiedy na młodzieńczych fascynacjach i ideałach
zaczęły pojawiać się pęknięcia i rysy spowodowane obserwacją
kierunku, w jakim zmierza zdominowana przez owe kontestatorskie idee i hasła kultura, coraz bardziej zasadne i nurtujące zaczęło
być pytanie o cenę, jaką przychodzi nam płacić za realizację tych
postulatów. Że jest ona wysoka, widzimy na co dzień dookoła nas:
żyjemy jak bohaterowie Houllebecqa – coraz częściej samotnie, z
narastającym poczuciem braku wyższego celu i sensu, otoczeni
medialnym zgiełkiem i bombardowani przekazem nacelowanym
na gromadzenie dóbr konsumpcyjnych i zabawę, zredukowani do
cielesności… Jednak spoza ponurych konstatacji wyziera kwestia
zasadnicza: czy my aby przypadkiem nie tego właśnie chcemy; czy
mechanizacja i banalizacja życia, sprowadzonego do czerpania
przyjemności i pozbawionego trosk i dążeń wyższego rodzaju nie
jest ostatecznym spełnieniem naszych wyobrażeń o szczęściu?
W końcu nie bez powodu wizja zaprezentowana przez Huxley’a
w Nowym Wspaniałym Świecie jest często, w przeciwieństwie do
jednoznacznie złowrogiego w swej wymowie Roku 1984, odczytywana jako w gruncie rzeczy pozytywna, co więcej: pożądana…
Taką też diagnozę stawia ostatecznie w swej powieści Houllebecq,
wyraźnie jednak zaznaczając, iż świat w takim kształcie, do jakiego
zmierza obecna „mutacja metafizyczna” będzie już inny; nie tyle
może „nieludzki”, co po prostu post-ludzki. Jak wyznaje autor w
zakończeniu: „Książka ta poświęcona jest człowiekowi”5
A czy wszyscy postrzegamy taką przyszłość i taki świat jako
„nowy wspaniały”, to już inna kwestia. Może dla części z nas
pozostaje rola Huxley’owskich dzikusów.
Tymczasem rozkoszujmy się latem Najlepiej przy dźwiękach
któregoś z rockowych evergreenów.
Między Cuzco a Krakowem
czyli o tym, jak rozmawiając z Czesławem Miłoszem, dwa razy zbaraniałam
Z Isabel Sabogal Dunin-Borkowską, tłumaczką i propagatorką
poezji Czesława Miłosza w Peru i Ameryce Łacińskiej,
rozmawia Roman Warszewski
– Kilka miesięcy temu, w Limie, w Pani przekładzie, ukazał się
tom „Poesia Escogida” – „Wiersze wybrane” – Czesława Miłosza,
pierwszy w Ameryce Łacińskiej przekład wierszy tego poety.
Dlaczego właśnie Miłosz? Dlatego, że noblista, czy też ma Pani
jakiś szczególny, osobisty stosunek do jego twórczości?
Zainteresowałam się nim kiedyś, dlatego że akurat został noblistą.
Osobisty stosunek wiąże się z tym, że moja rodzina po kądzieli
pochodzi z kresów i że świat, który Miłosz opisuje, jest mi znany.
Jak napisałam we wstępie, „kontakt z jego twórczością był więc dla
mnie jak kontakt z moimi korzeniami i z sobą samą”. Rok 2011 został
ogłoszony rokiem Miłosza i Ambasada RP w Limie zainteresowała
się wydaniem tomiku jego poezji w moim tłumaczeniu.
nie mówił po polsku, że studiowałam językoznawstwo i
literaturę hiszpańskojęzyczną na Uniwersytecie Katolickim
w Limie. Pokazałam mu moje ksiązki, wydane w Limie –
powieść i wiersze – i wytłumaczyłam mu, że napisałam
te książki wprost po hiszpańsku. Miłosz, który przez cały
czas patrzył tylko na mojego męża, zapytał wtedy, gdzie się
poznaliśmy. „W Limie” – odpowiedziałam. „I co Pani w Limie
robiła?” – zapytał Miłosz. Powtórzyłam mu, że urodziłam
się w Limie, ale zdaje się, że to do niego nie dotarło. Po
raz drugi zbaraniałam, znów mnie zamurowało. Po czym
schowałam moje tłumaczenia na dnie szuflady, wróciłam
do Peru i zajęłam się innymi sprawami.
– Z jakich tomików pochodzą wiersze składające się na przetłumaczony przez Panią wybór?
Z następujących tomów: Ocalenie (1945), Wiersze rozproszone
(1948–1954), Król Popiel i inne wiersze (1962), Miasto bez imienia
(1969), Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada (1974), Hymn o Perle
(1982), Wiersze rozproszone (1985) i Kroniki (1987).
– Jak wytłumaczyć ten słaby kontakt?
Myślę, że człowiek nie pozwala, aby do jego świadomości
dotarło to, co nie zgadza się z jego wizerunkiem świata.
A ja, mówiąca tak, jak mówię, po polsku, i wyglądająca tak, jak wyglądam,
nie pasowałam do jego wyobrażenia
o córce Peruwiańczyka, urodzonej
w Limie i piszącej książki po hiszpańsku. Dopiero teraz, kiedy o tym
mówię, skojarzyłam, że Miłosz chyba
podejrzewał, że to mój mąż chciałby
się zajmować tłumaczeniami, a nie
ja, bo przyniósł nawet kilka książek
z przekładami swoich poezji i pokazywał je właśnie mężowi, nie mnie.
Tak jakbym ja w całej tej rozmowie
była tylko dodatkiem. Odczułam to jako
nieco obraźliwe, ale teraz myślę, że po
prostu nie spojrzałam na to wszystko
jego oczami.
– Co w poezji Miłosza jest dla Pani szczególnie ważne i atrakcyjne? Język? Spojrzenie na świat? Ciągle obecna filozoficzna
„podszewka”?
Myślę, że wszystko. I spojrzenie na świat, i religijna i filozoficzna
podszewka.
– Czy już poprzednio tłumaczyła Pani polską poezję? Kogo?
Tłumaczyłam Baczyńskiego i jeden tylko wiersz Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej.
Zarówno moja powieść, jak i moje wiersze mają motto z Baczyńskiego w moim tłumaczeniu. Oto motto mego tomiku wierszy
„Requiebros vanos” (Daremne zrywy) (Lima, Ignacio Prado Pastor
Editor, 1988):
Tan sólo sabemos: en el último sueño del sufrimiento
hay una casa esculpida en el sol y bajo ella la tierra tibia...
(Wiemy tylko. To wiemy: w ostatnim śnie cierpienia
jest dom rzeźbiony w słońcu, a pod nim ciepła ziemia…)
A oto motto mojej powieści „Entre el Cielo y el Infierno, un Universo dividido” (Między Niebem a Piekłem, podzielony Wszechświat)
(Lima, Ignacio Prado Pastor Editor, 1989 i 1993):
Danos labios como nubes celestes
que son puras bajo el trueno cayente.
(Daj nam usta jak obłoki niebieskie,
które czyste – pod toczącym się gromem.)
I jeszcze jeden fragment mojego tłumaczenia, które ukazało się
w mojej notatce o Baczyńskim, opublikowanej w sierpniowym
numerze „Gazetki Dom Polski” z 2008 roku:
A Dios le tenderemos al fin nuestras manos
Quemadas por el ala del Anticristo
Y Él comprenderá que en medio de aquel horror
Nuestra juventud era lo único puro.
(Bogu podamy w końcu dłonie
spalone skrzydłem antychrysta,
i on zrozumie, że ta młodość
w tej grozie jedna była czysta.)
Notatka znajduje się też w sieci:
http://isabelsabogal.blogspot.com/2010/10/sobre-el-poeta-krzysztof-kamil.html
– Jak wyglądały Pani kontakty z Miłoszem?
Napisałam do niego z Limy w latach osiemdziesiątych,
jako wnuczka Piotra Dunin-Borkowskiego, z prośbą o opinię
na temat mojego opowiadania napisanego po polsku. Odpowiedział listownie, że pamięta mojego dziadka, ale że opinii
na temat twórczości w języku polskim nie wydaje. Wysłałam
mu więc opowiadanie napisane po hiszpańsku i na ten list
już nie dostałam odpowiedzi.
Potem w Krakowie, w latach dziewięćdziesiątych, podeszłam
do niego po jakiejś konferencji i się przedstawiłam. Powiedział,
że nie pamięta ani mojego dziadka, ani listu, który mi nadesłał.
Powiedziałam mu o moich tłumaczeniach jego wierszy, a on
odpowiedział, że nie wie, jaka jest moja znajomość hiszpańskiego. Zbaraniałam, na chwilę odebrało mi mowę.
W 1998 roku przed naszym powrotem do Peru, po dziewięcioletnim pobycie w Krakowie i okolicach, poszłam
do jego mieszkania z mężem, który pochodzi z Arequipy.
Wytłumaczyłam mu, że urodziłam się w Limie, że mój ojciec
2200 – Nad wydaniem, czyli...
Nad edycją książki. Rysunek na okładce narysował mój siostrzeniec, José Gabriel Alegría Sabogal. Okładkę zaprojektował Rafael
Barrio de Mendoza Zevallos, narzeczony mojej córki Ximeny. Ja
nad tym wszystkim czuwałam. Korekty szły ode mnie do pani
Anety Dukszto, osoby odpowiedzialnej za wydanie książki w
wydawnictwie Ediciones del Hipocampo, i z powrotem.
– Miłosz w Ameryce Łacińskiej jest znany?
W bardzo ciasnym kręgu literaturoznawców znane jest jego
nazwisko, choć niekoniecznie jego poezja. Raczej „Zniewolony
umysł” i ”Dolina Issy”. Ale dla wielkiej rzeszy Latynosów, literatura
polska, łącznie z Miłoszem, jest zupełnie nieznana. Wiąże się to z
tym, że wydawnictwa w Hiszpanii mają wyłączność na tłumaczenia
rożnych autorów na język hiszpański na skalę światową. To tak,
jakby kontrakt na wyłączność tłumaczeń w języku angielskim
na całym świecie został podpisany z wydawnictwem w Anglii.
Ignorując istnienie Stanów Zjednoczonych, większej części Kanady, Australii i innych państw i wysp, w których obowiązującym
językiem jest angielski. Wskazuje to na absolutnie eurocentryczny
obraz świata. Miłosz pisze o białych plamach na mapie Europy.
Wydaje się, że my, Latynosi, jesteśmy dla Europejczyków taką
białą plamą na mapie świata.
– W końcu jednak Miłosz się zgodził?
Nie. Widząc, że rozmowa do niczego nie prowadzi, pożegnaliśmy się i
wyszliśmy. Prawa do przekładu udało
się załatwić dopiero w 2012 roku, dzięki Antoniemu Miłoszowi, synowi poety.
Jestem mu za to bardzo wdzięczna.
– A Pani twórczość własna? O czym
są Pani powieści – w Polsce chyba do
tej pory nieznane?
Ze wszystkich moich powieści jedyna, która się dla mnie liczy, to „Między Niebem a Piekłem, podzielony
Wszechświat”, którą napisałam najpierw po polsku, a potem po hiszpańsku. Są to właściwie dwie odmienne
powieści na ten sam temat. Traktują
o kobiecie, która jest anielicą, diablicą
i człowiekiem, i która krąży między
Ziemią, Niebem i Piekłem. Są tam rozważania o naturze dobra i zła. Fragmenty powieści można przeczytać na
moim blogu. Oto linki do fragmentów
polskojęzycznych: http://isabelsabogal.
blogspot.com/p/fragment-powiesci-miedzy-niebem-piekem.html, http://
isabelsabogal.blogspot.com/2011/05/
blog-post_07.html.
– O czym mówi Pani własna poezja?
Moja poezja jest różnorodna. Podobnie jak powieść „Między
Piekłem a Niebem”, popwiada o diabłach, aniołach, śmierci,
miłości, przemijaniu, mgle, pajęczynach i jeszcze innych tematach. Pisałam ją tylko po hiszpańsku i przetłumaczyłam niektóre
wiersze na polski. Oto link do kilku wierszy opublikowanych na
blogu: http://isabelsabogal.blogspot.com/p/moja-poezja.html.
– Czy doskonałość Pani przekładu Miłosza wynika z tego, że
sama jest Pani poetką i pisarką?
Tak sądzę.
– Jak długo pracowała Pani nad tłumaczeniem wierszy wchodzących w skład niedawno opublikowanego wyboru?
Miałam piętnaście wierszy przetłumaczonych w latach osiemdziesiątych i schowanych od tego czasu na dnie szuflady. Od
kiedy zaistniała możliwość publikacji książki, pracowałam nad
nią bez przerwy od lutego 2011 do lipca 2012 roku. Nie tylko
nad wyborem wierszy i przekładem, ale także nad wydaniem.
– Chyba niekoniecznie. Wystarczy przypomnieć tak zwany
boom na literaturę latynoamerykańską lat siedemdziesiątych
i osiemdziesiątych w Europie, w Polsce, na świecie...
Niby tak... Choć w zeszłym roku musiałam udowadniać, że
tłumaczę na ten sam język, którym się mówi w Madrycie – tak
jakby boom nigdy nie zaistniał...
– Jaka jest recepcja przełożonych przez Panią wierszy Miłosza?
Do tej pory słyszałam same dobre opinie, zarówno od ludzi
mówiących tylko po hiszpańsku, jak i od ludzi znających oba
języki.
– Czy zainteresowanie wykracza poza kręgi polonijne?
Tak. Na prezentacji w Limie było prawie dwieście osób. Na
prezentacji w Cusco około 150 osób. A na prezentacji w Arequipie, gdzie jestem mniej znana, bo nigdy w Arequipie nie
mieszkałam, około 40 osób. Książka jest rozdawana za darmo,
z czego uczestnicy spotkań bardzo się cieszą, bo książki są w
Peru bardzo drogie.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
– Czy zamierza Pani dalej tłumaczyć Miłosza?
Mam przetłumaczonych kilka jego wierszy, nieopublikowanych
w tym tomiku. Ale walka o prawa autorskie była tak męcząca, że w
tej chwili nie mam ochoty się tym zająć. Jeżeli już, to Baczyńskim,
którego tłumaczenia nie wydalam do tej pory, a którego zaczęłam
tłumaczyć trzydzieści lat temu.
– A co z prozą Miłosza?
Na razie proza mnie nie kusi. Co nie znaczy, że mnie kiedyś
nie skusi.
– A Szymborska? Nie kusi Pani?
Nie. Lubię Szymborską, ale mnie nie kusi. Tłumaczenia jej poezji
na hiszpański dotarły z Hiszpanii do Limy. Kosztują, wydaje mi
się, około 120 soli, podczas gdy najniższa pensja tutaj to 750 soli,
choć dużo ludzi zarabia poniżej tego, pracując na czarno.
– Z poezji i jej tłumaczenia, jak wiadomo, trudno wyżyć,
zwłaszcza w kraju takim jak Peru. Czym zajmuje się Pani na
co dzień?
Jestem tłumaczem przysięgłym współpracującym z Ambasadą
RP w Limie. Tłumaczę więc dokumenty, takie jak akta urodzin,
małżeństwa i inne. Stawiam również horoskopy, bo znam się na
astrologii. Mam też dochody z praw autorskich mojego dziadka
po mieczu, peruwiańskiego malarza i eseisty José Sabogala.
Ale to wszystko są dodatkowe dochody. Tak naprawdę to żyję z
pracy mojego męża...
– Jakie są Pani związki z Polską?
Choć urodziłam się w Limie, moim językiem rodzimym jest
polski. W wieku pięciu lat nauczyłam się w szkole czytać równocześnie po francusku i po hiszpańsku, a po polsku z babcią.
Uwielbiam literaturę polską i znam na pamięć dużo polskiej poezji
romantycznej. Poza tym mieszkałam w Polsce ogółem trzynaście
lat – cztery jako dziecko i dziewięć jako osoba dorosła. Czuję się
więc bardzo związana z kulturą polską. Ale mentalność ludzi
mieszkających obecnie w Polsce jest mi zupełnie obca, a w tej
chwili nawet i nieznana, bo nie byłam w Polsce od czternastu lat.
– Pani dziadek, Piotr Dunin-Borkowski, znajomy Miłosza,
jest dla większości współczesnych Polaków postacią nieznaną.
Mogłaby Pani o nim coś opowiedzieć?
Mój dziadek po kądzieli, urodzony w 1890 roku we Lwowie,
przed wojną był wojewodą lwowskim i poznańskim. Po wojnie
został konsulem w Rzymie. Gdy pewnego dnia zażądano, aby
wrócił do Warszawy, odmówił. Niedługo potem zmarł. Rodzina była
przekonana, że go otruto, ale nigdy tego nie udowodniono. Miał w
planach dołączyć do grupy Jerzego Giedroycia w Paryżu, o czym
ten ostatni wspomina w swojej książce Autobiografia na cztery ręce.
Patrycja Jarosz
POEZJA
– Domyślam się, że mieszkający w Peru Polacy za bardzo
poezją się nie interesują, że inne sprawy zaprzątają ich głowy?
Na prezentacji w Limie była tylko garstka Polaków, chociaż
akurat tam jest najliczniejsza Polonia. Na prezentacji w Cuzco,
która była współorganizowana przez Uniwersytet Warszawski, był
wicerektor Uniwersytetu Warszawskiego, archeolodzy z polskiej
stacji naukowej w Cuzco i dwóch młodych turystów, będących
przejazdem w Cusco. O ile mi wiadomo, innej Polonii w Cuzco
obecnie nie ma. Na prezentacji w Arequipie była tylko jedna
Polka z mężem Peruwiańczykiem, ale Polonia w Arequipie liczy
tylko cztery osoby. Powiedziałabym, że za pewnymi wyjątkami
jest o wiele większe zainteresowanie w kręgach niepolonijnych.
czasem jestem chory
przeczytałem jak zmniejszyć wydatki, nie tracąc stylu i jestem człowiekiem
świadomym. być może to dobry czas na wiersz
albo seks – zawsze jest
jakieś albo i nic nas nie blokuje. rozumiesz?
możemy kupić wino, upić się na dachu
- to takie romantyczne. możemy oglądać stare zdjęcia
i żałować, że kiedyś nie było nas stać
na wiele więcej niż teraz; jesteśmy dorośli,
mamy jasne plany, sprawne dżipiesy
czasem tylko znoszone dżinsy wyłażą z naszych komód,
łaszą się do nóg
wiersz o zaufaniu
- dedykowany
nie wierzysz gdy mówią że pearl harbor umarła
w czterdziestym pierwszym – to była tylko próba
znieczulenia przed ucieczką
z tego świata
bo choć nasze widzenia sprzężone są od dawna
czasem udaje mi się ciebie oszukać
mówię: nie było nas na liście zabitych
a ty wierzysz święcie że naprawdę żyjemy
uśmiechasz się lekko i wkładasz ciasto do pieca
powtarzając uparcie najskrytsze zaklęcie
w godzinie klęski nie będzie nas w porcie
bez tytułu
nasze stare twarze na zdjęciach z przedszkola to najcięższe
działa wytaczane przeciwko heraklitowi przeciwko poetkom z krakowa
ich śmierć w tej dyskusji – argumentum ad misericordiam który nas nie bierze
bowiem pamiętamy o logicznych sztuczkach
– Niezwykła jest Pani rodzina. Inną niepospolitą jej postacią
jest pani Maria Rostworowska Diez de Canseco. To bez wątpienia
najwybitniejsza peruwiańska etnolożka, prawdziwa legenda,
mentorka wszystkich polskich amerykanistów i archeologów
interesujących się Peru kolonialnym i prekolumbijskim...
Ciocia Marita Rostworowska – bo tak ją w rodzinie nazywamy –
urodziła się w Barranco, które wtedy nie było jeszcze częścią Limy.
Jej rodzicami byli urodzony w Polsce Jan Jacek Rostworowski i
urodzona w rejonie Puno Rita Ana Tovar del Valle. Wuj Jan, czyli
jej ojciec, miał duże koneksje z rządem peruwiańskim dzięki
swojemu małżeństwu i był w stanie pomóc, gdy moja rodzina
nie miała się gdzie podziać. Siostra mojej mamy, ciocia Maryjka,
wyszła za bliskiego jej krewnego, Mikołaja Rostworowskiego.
Najpierw przyjechali oni z dziećmi z Chile do Peru, a potem dotarła
reszta rodziny z Europy. To Rostworowskim więc zawdzięczam,
że moi rodzice się tutaj, w Peru, poznali i że urodziłam się w tak
wspaniałym kraju jak ten.
Na pewno warto też sięgnąć do wywiadu z ciocią, dostępnego
w Internecie pod adresem: http://dompolskiperu.blogspot.
com/2010/06/entrevista-de-nelson-manrique-la-dra.html, gdzie
można znaleźć więcej interesujących informacji.
zawsze trzeba uważać na te drobne znaki jak symbol zaprzeczenia
przed własnym adresem jak uśmiech gdy mówi że nie chce się kochać
– Czy życie na skrzyżowaniu dwóch kultur niesie tylko i
wyłącznie korzyści?
Kiedyś było mi z tym bardzo ciężko. Marzyłam o tym, ażeby
należeć tylko do jednej kultury. Wszędzie, zarówno w Polsce, jak
i w Peru, byłam uważana za obcą. A kiedy ma się „-naście” lat,
to potrzeba przynależności do grupy jest bardzo silna. Dlatego
miałam bardzo mocną więź z rodziną mojej mamy, mieszkającą
w Peru, bo tylko tam nie czułam się obca. Teraz jest mi z tym
łatwiej, wydaje mi się że dzięki tłumaczeniom znalazłam drogę do
siebie. Wydaje mi się też, że fakt, iż mam męża, który się polskiego
nauczył, i dzieci, które się wychowały między Krakowem a Cuzco,
czyli między kulturą polską a andyjską, jest mi w tym bardzo
pomocny. Czasami myślę, że urodziłam aż sześcioro dzieci, aby
móc stworzyć osoby do siebie podobne na świecie.
jak wytłumaczyć że nowoczesna medycyna
to tylko wymysł tchórzliwych szarlatanów
jak wektor zwrócony w przyszłość albo w grób
bez tytułu
zapraszamy na zniszczenie – mówi kustoszka muzeum
wskazując kolejną idiotyczną animację
śmiejemy się w mieście trzydziestoletnich zabytków
zabytków które jeszcze nie powstały
nie wiem tylko co robić z tym wstydem
kiedy pyta o czasy gdy umierało się zawsze
od trucizny albo ze zmartwienia
zaciskam pięści w mieście które nie śmiałoby marzyć
o termach dioklecjana teorie eliadego
smakują jak opium
Arequipa–Lima, 18–27 listopada 2012 r.
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
2 12 1
POEZJA
Roksana Chirowska
migawka pierwsza
może cię pobłogosławię
kubkiem kawy
grubą książką
przyjdziesz w za dużym swetrze
usiądziemy
przy pustym stole
zniesiesz wszystkie zegarki
już nie pytam po co
wiem
wtedy czujesz się bezpieczny
mówisz że kontrolujesz czas
snop światła skierujesz na wprost mnie
wiązki z zepsutej żaluzji padają równolegle na blat
palcem znaczysz linie słoi desek
zawędrujesz paznokciem aż do okładki
przeczytamy wiersz
jeden drugi kolejny
pragnę byśmy na chwilę zapomnieli o sobie
posłuchaj o czym marzą inni
na krawężniku
wchłoniemy w fugi bruku
migawka trzecia
przy niedoprasowanych mankietach
zimno
nie tak dawno poparzyłam opuszki
teraz nie dopinam twojego guzika
obok jabłka Adama
franca jedna
boję się
koszula – żelazko
pozostał tylko zwis męski ozdobny
niepokój kropel
Agnieszce
ostrzegasz mnie przed mgłą
darmowy impresjonizm
najwyżej się nie odnajdziemy
w mleku niskich tłuszczów
zawieszone na pięciolinii
powietrza wodne nuty
naszych słów
nad dużo myślącymi
dachami widoczność jest
ograniczona
najwyższy komin emituje
dymy w prostych słupach
błagam tylko nie bądźmy
dekadentami
2222
Adam Franz
migawka czwarta
wypowiem się w rodzaju męskim
pseudonim: Adam Franz
odbiorą lepiej
tylko sny mnie zdradzą
tam mam kompleks małych piersi
od rana błędne decyzje
źle wybrane wejście
do pociągu siódma zero jeden
męskie sutki są nabrzmiałe
od hormonów inteligencji
istnieje jeden
właściwy męskoosobowy
przedsionki pełne walizek
niedospanych powiek
ramiona okryte szalem
namiastka ciepła kołdry
on oni jego jemu
widzę tylko twoje dłonie
jaśnieją wśród takich samych
te palce molestują
klawiaturę pianina
nie dziw się
że istnieje feminizm
to nie jest ręka mężczyzny
którego mogłabym kochać
feminizm
stworzony przez samców
dłoń odjechała sama
o siódmej dwadzieścia cztery
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Boris Nosik
ę wstrząsającą historię o losach Siergieja Jakowlewicza
Efrona i jego rodziny po raz pierwszy usłyszałem kiedyś
wczesną wiosną w Koktebelu, tym zupełnie niezwykłym zakątku
Wschodniego Krymu, gdzie znajdował się dom poety Maksimiliana Wołoszyna1, a gdzie teraz jest dom-muzeum, a także Dom
Pracy Twórczej. Byłem gościem w domu Wołoszyna, w tym samym,
w którym gośćmi bywali niegdyś: Nikołaj Gumilow i Marina
Cwietajewa, Siergiej Efron i przyszła żona Romain Rollanda Maja
Kudaszewa, Wiaczesław Iwanow, Aleksiej Tołstoj, Natalia Kedrowa
oraz wielu, wielu innych, ale w tamte dni marcowe, gdy ja tam
gościłem – w domu mieszkała jedynie wdowa po Maksimilianie
Wołoszynie, Maria Stiepanowna Wołoszyna i mój przyjaciel, dozorca Muzeum Wołoszyna, Wołodia Kupczenko z żoną. Właśnie tam
Wołodia opowiedział mi dzieje rodziny Efronów – a ja powtarzam
tak, jak zapamiętałem i jeżeli nie jest to zgodne z tym co pisze
Ariadna Efron, córka Mariny Cwietajewej, to przecież w historii
podawanej przez Ariadnę Siergiejewnę, mamy wiele przemilczeń
i niedopowiedzeń, także w innych sprawach, gdy rzecz dotyczy
ukochanego ojca. Właśnie o nim będziemy dzisiaj mówić i chociaż
nie był on, być może, sławnym bohaterem pierwszej emigracyjnej
fali: i być może w ogóle (takie jest moje zdanie) bohaterem był
dosyć wątpliwym, to jednak wiele faktów z jego życia, losy tej
emigracji nam przybliży.
Tak więc zaczniemy od tego co najodleglejsze – czyli od Koktebela i rodziny Efronów. Maks Wołoszyn poznał ich gdzieś za
granicą, prawdopodobnie w Paryżu, gdzie często bywał i skąd
bezpośrednio wracał do swego domu w Koktebelu, tego domu,
który stał samotnie na pustej czarnomorskiej plaży, znanej z
opali i karneoli, kamieni najczęściej tam spotykanych (choć były
także inne), słynnej swym masywem wulkanicznym, gdzie rzeźba
pobliskich górskich zboczy przypominała swoją linią profil poety.
Tego miejsca, proszę mi wierzyć, żaden emigrant: ani ci starzy, ani
nowi, nikt nie jest w stanie zapomnieć – obojętne kto to będzie:
Maja Kudaszewa, Marina Cwietajewa, Efron, czy Aksionow.
Około 1909 roku na rodzinę Efronów zaczęły spadać nieszczęścia, jedno po drugim. Głową rodziny był pół-Żyd, natomiast
matka, Jelizawieta, pochodziła ze starego szlacheckiego rodu
Durnowów; oboje byli rewolucjonistami, narodowolcami. Za
działalność rewolucyjną Jelizawieta została
aresztowana, więc trzeba ją było ratować z
więzienia, a po zwolnieniu, rodzina niezwłocznie wyjechała do Paryża. W Paryżu ojciec Efrona zmarł na chorobę nowotworową, umarła
także jedna z sióstr Siergieja, brat zachorował na płuca, drugi popełnił samobójstwo...
i na koniec matka odebrała sobie życie... Tak
przedstawia to córka Siergieja Efrona, Ariadna.
Natomiast Wołodia Kupczenko zapewniał, że
wszystkie te śmierci i samobójstwa zaczęły
się od zabawy dzieci: braci i sióstr.... W tej
rodzinie narodowolców dzieci było dziewięcioro i bawiły się one w taką samą zabawę,
w jaką bawili się dorośli – czyli w rewolucję:
więc te dzieci, które grały rolę żandarmów
zaczęły wieszać tego, któremu przypadła rola
schwytanego rewolucjonisty. A wieszały tak
jak należy: pętla, taboret, później taboret spod
nóg wytrącono i nie miały już siły wysupłać go
z tej pętli – więc udusił się, gdy reszta szukała pomocy. Niepocieszeni rodzice zmarli jedno po drugim, a można sobie wyobrazić,
jak przeżywały to dzieci...
Również w życiu genialnej dziewczynki, Mariny Cwietajewej,
był to trudny okres i ona podobno także próbowała popełnić
samobójstwo. Więc dobra dusza, Maks Wołoszyn, postanowił
wszystkie te okaleczone dzieciaki – i Siergieja Efrona z siostrą,
i dwie siostry Cwietajewe – zaprosić do siebie, do Koktebela,
by je pocieszyć, wprawić w lepszy nastrój, a jeżeli się uda, być
może, nawet uratować. Cała ta hałaśliwa koktebelska bohema
udawała jedną wielka rodzinę, strasząc okolicznych, pokojowo
nastawionych Greków i Bułgarów, swymi swobodnymi strojami,
wprawiając w zdumienie miejscowego stójkowego głośnymi recytacjami wierszy, śpiewem przy akompaniamencie gitary (Marina
także umiała grać) i błazeńskimi zabawami. Bardzo młodziutka
Marina Cwietajewa zakochała się w jeszcze młodszym Sierioży
Efronie, wtedy gimnazjaliście. Młodzi prawie natychmiast wzięli
ślub, szybko urodziła im się córka. I być może wszystko to poukładało by się całkiem nieźle, bo kupili dom w Moskwie, następnie
szybko z zyskiem sprzedali i wynajęli mieszkanie – lecz przyszła
wojna. Sierioża zaczął się wyrywać na front, ale zamiast na front
skierowano go do wojskowego szpitala, gdzie pełnił funkcję
pomocnika lekarza. Później, wstąpił do szkoły oficerskiej, ale
tym razem przeszkodziła rewolucja i wtedy romantyczny junkier
stanął, rzecz jasna, po stronie słabszych – czyli po stronie białych,
walczył nad Donem, w rosyjskiej Wandei, „Obozie łabędzim”2 Armii
Ochotniczej. A Marina została sama w głodującej Moskwie – tam
gdzie anarchia i wojna domowa...
Ich druga córka umarła w przytułku, Marina została ze starszą3
– a dalej to był już tylko głód i burzliwe życie poetki, w burzliwych
porewolucyjnych latach. Po pewnym czasie Ilia Erenburg gdzieś
w Berlinie odnalazł Efrona i udało mu się połączyć małżonków,
tak oto Marina wyruszyła na emigrację. Początkowo zamieszkali
na czechosłowackiej prowincji, pod Pragą. Efron studiował na
wydziale prawa. W ramach pomocy „Akcja rosyjska”, życzliwie
nastawionego do rosyjskiej emigracji prezydenta Tomasa Masaryka – poetce Marinie Cwietajewej przyznano stypendium. Pomoc
pieniężna była bardzo skromna, więc żyli biednie, a do tego
dochodziły niewygody związane z mieszkaniem poza miastem.
Siergiej Efron był wszechstronnie utalentowany: aktor, reżyser,
pisarz – w rozmowie z dziennikarzem Marina Iwanowna, podkreślając liczne talenty męża, oceniła jego opowiadanie Tif 4 jako
najlepszy utwór literacki roku – a przecież żyli wtedy i Bunin, i
Kuprin, i Remizow, i Nabokov...
Przy tak licznych talentach, wiecznym, nie przemijającym
idealizmie i ciągłym poszukiwaniu własnego miejsca w życiu – tu
oczywiście należy zaznaczyć, że miejsce to winno być: i wyjątkowe,
i zauważalne – zawodu, który by mu pozwolił na utrzymanie
rodziny, nie zdobył. Na dodatek absorbowały go poszukiwania
nowych idei – gdyż idee białych same się wypaliły. Tymczasem
Rosja podąża za bolszewikami i nie wiadomo dokąd zmierza;
niszczy cerkwie, ale się nie rozpada, nie rozsypuje i prawdopodobnie buduje nowe życie, staje się coraz silniejsza, a czyż prawda
nie leży w sile? Tuż obok obcy, obojętny Zachód – nie jest nasz i
nie jest nam potrzebny, a i my jemu też nie jesteśmy potrzebni.
W Pradze rozwija się nurt eurazjatycki, którego idee szerzy
wybitny uczony lingwista, książę Nikołaj Trubieckoj. Rosja to nie
Europa, a Rosjanie nie są Europejczykami, więc niech będzie przeklęty Piotr Pierwszy. Rosjanie są Euroazjatami i pierwsi zrozumieli
to bolszewicy, właśnie dlatego naród poszedł za nimi. Rosja musi
iść swoją własną, niezależną drogą, drogą eurazjatycką.
Z Pragi Efronowie przenoszą się do Paryża, tam Siergiej zostaje
jednym z redaktorów pisma propagującego tę ideologię, do tego
dochodzi jeszcze popieranie smienowiechowstwa5, jakieś osobiste
porażki, jakieś osobiste zagadkowe sowieckie sukcesy, bo to one
coraz bardziej i bardziej skłaniały lewy odłam do sankcjonowania
wszystkiego co dzieje się w Rosji Sowieckiej, powodując, że coraz
mocniej zacieśniają się kontakty z ludźmi, którzy stamtąd przyjeżdżają, coraz większa jest tęsknota za ojczyzną,
gdzie wszystko idzie wspaniale, bo być inaczej
nie może, a ci którzy mówią, że panuje tam
nędza, są obozy, wszechogarniający strach,
że panoszy się donosicielstwo i niegodziwość
– tym nie należy wierzyć – bo to wszystko są
kłamstwa monarchistów i zawistników.
Siergiej Efron zostaje członkiem Związku
Przyjaciół Ziemi Rosyjskiej i przewodniczy
Unii na Rzecz Powrotu do Ojczyzny, spotyka
się z wysoko postawionymi wysłannikami
z Moskwy; ale w końcu co komu do tego;
jeden lubi Moskwę i nową ojczyzną, drugi
Waszyngton., a jeszcze inny – Jerozolimę,
są i tacy, którzy do dziś pogrążeni w smutku opłakują śmierć carskiej rodziny (o tym
także dużo pisała Marina Cwietajewa), i w
takim pluralizmie niczego złego by nie było,
gdyby posłańcy z Moskwy nie przywozili ze
sobą jednej – jedynej, niezmiennie tej samej
propozycji – skoro tak kochasz ojczyznę i chciałbyś jej pomóc, to
spróbuj pomóc także GPU6 – to przecież też dla ojczyzny, przecież
my – to ojczyzna. Odkupisz swoją białogwardyjską przeszłość i
wtedy będziesz mógł wrócić, a i teraz mógłbyś coś dostać, choćby
„na mleczko” dla dzieci.
Wyróżniający się zdolnościami, uzbrojony w wiele talentów Efron,
w ciągu wielu lat życia na emigracji nie nauczył się jednak, na to
życie zarabiać. Córka w pracowni krawieckiej za grosze przyszywała
uszy zającom. Marina za nędzne grosze robiła tłumaczenia, aż z
trzech języków i gdzie tylko było można dawała do druku swoje
wiersze, organizowała recytacje. Jednak wszystko to za grosze,
gdyż taka praca na zachodzie nie ma uznania, a wydatków było
dużo – pieniądze potrzebne były na mieszkanie, ogrzewanie,
jedzenie, naukę syna, bo przecież bez pieniędzy nic załatwić nie
można, a na dodatek z powodu wyjazdu do Francji, stracili nawet
czeskie stypendium przyznane Marinie. Więc jeśli „rekompensata
za usługi” od szczodrego sowieckiego wywiadu przydawała się
nawet bogatej pieśniarce Plewickiej i jej mężowi, generałowi, to jak
mogła nie przydać się niedorajdzie Efronowi, który obdarzony został
licznymi talentami, poza tym jednym – zarabianiem na życie. Ale
nowa sytuacja pochlebiała mu: coś robi, czymś kieruje, ma jakieś
swoje tajemnice. W ten oto sposób spełniały się jego marzenia;
miał się czym szczycić… pomagał ojczyźnie.
Niedawno w Paryżu spotkałem Dimitrija Sezemana7, przyjaciela
syna Efrona i bez szczególnych wstępów zapytałem, jak to było
naprawdę; czy nie było im wstyd? Zaśmiał się tylko! – Ależ skąd!
Oni byli z tego dumni!
Więc pytałem dalej: czy wiedziała o tym Marina, bo większość
znawców jej twórczości twierdzi, że wiedzieć nie mogła, gdyż
pomimo łączącej ich miłości, małżeństwo nie było typowym, to
przecież była bohema: egzaltowaną Marinę, ciągle zaprzątała
jakaś nowa miłość, mąż mężem, ale zainteresowana kimś musiała
być zawsze: platonicznie, listownie, w poczuciu szczęścia, lub
nieszczęśliwa, ale zawsze zakochana. A on także nie był obojętny kobietom, więc każde z nich miało własne bogate życie i
własne życiowe doświadczenia... Czy mogło być tak, że Marina
nie wiedziała o jego sprawach? Na to pytanie Sezeman znowu
się roześmiał mówiąc, że jego zdaniem, nie mogła nie wiedzieć. A
więc to tak było... No cóż, szkoda! Natomiast zupełnie niedawno
w moskiewskim czasopiśmie „Litieraturnaja gazieta” zostały
opublikowane listy córki Efrona, z których wynika, że także i ona
miała w tym swój udział.
W Hiszpanii trwała wojna domowa i Efronowi powierzono
zadanie werbowania na terenie Francji ochotników dla wsparcia
hiszpańskich republikanów, o czym wspomina były czekista,
Chenkin, który zwerbowany przez Efrona, w Hiszpanii znalazł się
w oddziałach specjalnych. Teraz już można przeczytać o tym (na
przykład w książce W. W. Kostikowa poświęconej życiu emigracji)
w jaki sposób organizowały to nasze służby specjalne, do których
także należał Siergiej Efron.
Natomiast inna była o nim opinia w Paryżu, wśród licznych
znajomych uważany był za utalentowanego i uroczego człowieka...
Z kolei, wielu emigrantów w związku z jego „nową pozycją” (tak to
wtedy eufemicznie określano) i probolszewickimi sympatiami, odsunęło się od nich,
mając zupełnie poważne podejrzenia co do
istoty rzeczy. Całkiem niedawno opowiadał
mi jeden ze starych emigrantów, że Siergiej Efron bywał u niego z żoną i pewnego
razu w rozmowie z gospodarzem rzucił
od niechcenia, „pan dużo podróżuje służbowo, dlaczego by przy okazji nie zbierać
informacji – ja podpowiem jakie, w ten
sposób mógłby pan przydać się ojczyźnie...”.
Usłyszawszy ostrą ripostę, Efron odwrócił
się i wyszedł, więcej w tym domu się nie
pojawił. W taki właśnie sposób przeszedł
Siergiej Efron swoją tragiczną drogę od
białego rycerza – do pracownika służb
specjalnych (współpracownika rosyjskich
organów). A koniec jego także był typowy.
W Paryżu, pewna starsza pani opowiadała
mi, że w 1937 roku, „tak jakoś we wrześniu”,
przyjaciel jej męża podczas rozmowy, wyraził zdziwienie „Jak to
Michale Andriejewiczu, pan nie zna Siergieja Efrona? Dużo pan
traci... Równy z niego chłop! Przyprowadzę go do pana w poniedziałek.” Ale jeszcze przed poniedziałkiem wszyscy dowiedzieli się,
że w Szwajcarii w bestialski sposób został zamordowany sowiecki
zbieg, Ignacy Reiss (Porecki) i że w tym samym czasie zniknął także
Efron. Wszczęto śledztwo, Marina przesłuchiwana na policji, przez
całą noc oszalałemu z wściekłości komisarzowi czytała na głos
Puszkina... ale cóż innego mogła ona robić! Nic innego jej nie
pozostało! A Efron, przedostał się do Moskwy, stamtąd wysłano
go do sanatorium dla uprzywilejowanych, następnie czekając na
żonę zamieszkał na letnisku w budynku należącym do NKWD,
lecz jeszcze przed przyjazdem Mariny uświadomił sobie, że gra
skończona (a co się z nim teraz stanie?). Podobno płakał, gdy
zrozumiał co zrobił.. Zabrali go zaraz po przyjeździe żony. Zabrali
także Ariadnę i siostrę Mariny. Tak Efron podzielił los tych, którym
udało się ocaleć w Hiszpanii, i tych, którzy po prostu zbyt dużo
wiedzieli. Nie był jedynym takim emigrantem... Jego towarzysz
broni, książę Dymitr Światopełk-Mirski8, współpracownik eurazjatyckiej gazety.. także powrócił do Rosji... Zginął, także Ustriałow
i wielu innych idealistów. Jednak nie poddając w wątpliwość
idealizmu Efrona, nie podejmujemy się rozeznać w tej plątaninie,
ludzkich emocji, namiętności, rozterek, zwrotów losu – gdzie był
czysty idealizm, gdzie ambicje poniżonego emigranta, a gdzie
jeszcze żałosna konwersja waluty...
Przełożyła Krystyna Śmiechowicz
Fragment pochodzi z książki Borisa Nosika
Привет эмигранта, свободный Париж!, Москва 1992.
Wołoszyn (właśc. Kirijenko-Wołoszyn) Maksimilian Aleksandrowicz (1877-1932).Poeta, malarz, krytyk literacki. Ukochał dwa
miejsca: Koktebel i Paryż. Zmarł w Koktebelu – w samo południe
11 sierpnia. Pochowany na skalistym zboczu, w miejscu, które sobie
wybrał, i gdzie rzeźba skał przypomina profil poety. [Wszystkie
przypisy pochodzą od tłumacza]
2
„Obóz łabędzi” – to tytuł poematu Cwietajewej, który poświęciła
bohaterom białej armii i tamtej wojnie.
3
Do przytułku dla dzieci w miejscowości Kuncewo, Cwietajewa
oddała dziecko w przekonaniu, że tam Irina będzie lepiej odżywiana.
4
Tyfus.
5
mienowiechowcy – popularni wśród białych emigrantów, popierali politykę współpracy z władzą radziecką, mając nadzieję na
przekształcenie nowo powstałego państwa w państwo burżuazyjne.
6
GPU – Gosudarstwiennoje Politiczeskoje Uprawlenije, Państwowy
Zarząd Polityczny.
7
Przybrany ojciec D. Sezemana przyjaźnił się z Siergiejem Efronem.
8
Dymitr Światopełk–Mirski, profesor w Instytucie Slawistyki
w King’s College (Londyn), po powrocie do ZSSR, aresztowany,
osądzony za szpiegostwo zmarł w obozie pod Magadanem.
1
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
2 32 3
ESEJ
T
Niesławny koniec „równego chłopa”
(Siergiej Efron)
POEZJA
Tadeusz Olszewski
San Francisco
Nic
Przeglądam fotografie i mapy
z zaznaczonymi miejscami w których byliśmy razem
Chciałbym do nich wrócić ale nie umiem już sam podróżować
boję się lotnisk kontroli paszportowych nieba nad pustynią
Ty potrafiłeś to wszystko oswajać
żadnych porachunków ze światem
wszystko przekreślić
zdać się na nieodwołalne i niczego nie zaczynać od nowa
pożegnać las łąkę twój oddech
i to niewielkie znamię na przedramieniu które
budziło moją czułość
Myślę więc
że lepiej nie ruszać się z pustego domu gdzie na dnie szafy leży
twoja szczoteczka do zębów i koszulka z nadrukiem
I love San Francisco
pochylić się nad zamilkłym ciałem
trwać w próżni
Utrata
Te wszystkie rzeczy które pozostały
też stały się martwe
Są jak eksponaty w muzeum
pozbawione zapachu
chłodne
z dnia na dzień coraz bardziej obojętne
W końcu pokrywa je kurz
rdza
lub cienka warstwa lodu
Tylko niekiedy
przypadkowo dotknięte
parzą dłonie i kaleczą palce
Zachód słońca w Kościelisku
To co było kochane zastygło w dawnym kształcie
ale straciło smak i zapach Stało się bibelotem
ołtarzykiem okrytym srebrnoszarym kurzem
albo suchą gałązką konwalii zapomnianą między
pożółkłymi stronicami książki po którą nikt nie sięga
To co było niezbędne już do niczego nie jest przydatne
spłowiało zepsuło się lub po prostu wyszło z mody
zalega gdzieś na strychu albo w piwnicy
i jest bo jest
Jeżeli coś pozostaje ważne to tylko ta chwila
kiedy nagle zaczynają drżeć wargi
gdy czerwona kula słońca powoli chowa się za Osobitą
Zasnąć
We śnie bez snów niczego nie pamiętać,
o niczym nie wiedzieć. Trwać w milczeniu,
nie bać się dzwonka do drzwi, hałasu za oknem,
własnego oddechu.
Nie myśleć co zrobić z przedmiotami które stały się
zupełnie nieprzydatne. Co z koszulami przesiąkniętymi
zapachem gorzkiej wody kolońskiej i potu.
Z klatką dla kanarka, nieczynnym telefonem,
kartkami zapisanymi nieczytelnym pismem, brudną szklanką.
Zapomnieć wszystkie imiona, gesty, wyznania.
Zanurzyć się w chłodną ciemność.
Jest noc
Nikt
Noc niespokojnie oddycha łowi każdy szelest
słyszy pisk nietoperzy i szum krwi w żyłach tych
którzy nie mogą zasnąć Czasami płacze razem z nimi
częściej milczy
Dom stał się za duży Umilkły rozmowy i śmiech
czasami słychać tylko suchy kaszel a przy stole
wystarcza jedno nakrycie Nikt nie zbiera okruchów
nie odkurza książek nie przywołuje kota Jedynie niekiedy
zapala się światło w najmniejszym pokoju
Jest mgła albo księżyc albo chmury goniące po ciemnym niebie
jest blade ciało którego nikt nie dotyka jest próżnia
prawie tak doskonała jak w chemicznej retorcie
Jest noc która drży i nie umie odpowiedzieć
na żadne pytanie
Z daleka dom jest prawie niewidoczny Ponad miarę wyrosły
otaczające go leszczyny dziki bez i bodiaki
Sąsiedzi mówią że nikt tam nie mieszka
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
2244
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Mieczysław Machnicki
icho nie śpi, postanowiłem więc zawczasu przygotować
przemówienie noblowskie. O czym powinien powiedzieć
prześwietnej publiczności nagrodzony milionem dolarów zakłopotany autor (czy we fraku są dostatecznie głębokie kieszenie,
czy nie ma ich wcale?) jak nie o swoich klęskach, upadkach i
niepowodzeniach. Grzesznych niespełnieniach, zawiedzionych
powinnościach. Równy bogom, ale przecież poniżony jak ludzie,
kryształ, ale zwyczajnie pęknięty. Okołoliteracka gawiedź to lubi.
Tylko wtedy szanowni państwo, czekający niecierpliwie na
królewski posiłek, przełkniecie kosteczkę niezgody na własną
niedoskonałość. Zamiast mi zazdrościć, z nieuzasadnioną odrobiną pogardy w ślinie, dojdziecie do wniosku, że nagroda równie
dobrze jak mnie, mogła przypaść każdemu z was, gdyby tylko
oderwał się od kieratu wyuczonego rzemiosła i zaufał swym
skrytym twórczym możliwościom.
Postanowiłem opowiedzieć, jak nie poradziłem sobie z własnym
lingwistycznym urojeniem. Choć po pierwszej klasie liceum
mówiłem po łacinie niemal tak dobrze, jak Wespazjan, ba, sam
Wezuwiusz, tak, ten sam, wyrzucający pod upalne niebo Rzymu
skłębione obłoki lawy, skąpanej w parze jak wyłaniająca się
z piany Afrodyta.
Zasługa to była wymagającego nauczyciela, który mnie polubił,
a ja niebacznie jego. Nigdy nas razem nie widziano, choć ktoś
znajdował na plaży dwie pary porzuconych slipek i sandałów,
i wrzucał je do morza, słysząc zuchwale biegnące po falach
z wnętrz zjednoczonej duszy błagalne: disce puer latine, ego faciam
te mościpanie. A ktoś drugi, chłopięcym głosem, wznosił pod
niebo ręce i dukał: In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Amen.
Chyba nie przypadkiem, lecz nieubłaganą logiką wyobraźni,
znaleźliśmy się tu razem, państwo i ja, tu więc na jednej z wielu,
przez bogów zasiedlonych, wysp na morzu Egejskim. Przypominam otóż sobie, jak to w klasycznych czasach moja greka,
dojrzewająca jak oliwki na oliwnikach, zadudniła niby beczka,
pchnięta chudą ręką Diogenesa. To moja greka domagała się
nieskażonym heksametrem, żeby Greka jednak nie udawać, ale
w obcym języku się rozsmakowywać, do źródeł śliny docierać,
będąc gnanym ciekawością niby nowo narodzona dusza.
Nie chcę, drodzy czytelnicy moich upiornych szortów, zdradzać
wszystkich tajemnic twórczości. Zapytajcie zakurzonej klawiatury
komputera, pozbawionej mądrości greckich znaków, jak mimo to,
jak wbrew temu, długo jeszcze recytowałem przez sen, mówiła
mi żona, strofy Iliady poświęcone Helenie.
Mój Parysie, wdzięczyła się, słodko i namiętnie, bo przecież
wiecie ze szczytów swej doskonałości, jak zachowują się żony,
uwiedzione przez literacko boskich kochanków-egoistów.
Zwierzam się memu komputerowi z najbardziej intymnych
pomysłów na życie bogate i szczęśliwe, on zaś czasem marudzi,
NOBLISTA
linGwiSta
Zawsze mnie fascynowało pytanie, dlaczego wygłodzone
dzieciaki w jednym afrykańskim kraju mówią po francusku,
w drugim zaś posługują się biegle angielskim, a po rodzimym
afroamerykańskim ani dudu? Ciesz się, że nie goworisz po rusku
lub nie szprechasz po niemiecku w jednym z krajów Europy
Wschodniej, mówił mi dziadek, znany z umiejętności austriackiego
gadania, wyniesionej z okopów I wojny.
Jak to, a takie Achtung banditen, Hände hoch!, Juden raus, Hitlet
kaputt, wyznaczające złamany promień koła krótkiej historii?
Ocalałem prowadzony na rzeź, pisał wielki polski poeta, nieskuteczny od lat kandydat do nagrody imienia wielkiego szwedzkiego dynamitarda. Ja powiem skromnie, ocalałem, wydobyty
spod gruzów wieży Babel. Nie wiem, z którego piętra tej wieży
wypadłem, najważniejsze, że na główkę, najważniejsze, że dziś
z państwem tu jestem, mogąc świadczyć o wielkości ludzkiego
ducha, zresztą nie tylko, moi drodzy przyjaciele, bo zarazem
o ułomności ludzkich języków, poza jednym, ciemnym języku
literatury, który nas jednoczy, dążąc do jasności.
Z łaciny łatwo przeszedłem na włoski, gdy tylko w domu wuja
wpadły mi w ręce typowe obrazki porno, zyskujące na eleganckim
papierze właściwości nieruchomego wideo. Były to opowieści od
a do z, jak filmy ponadgodzinne w necie, z umówionym pukaniem
do drzwi, z pukaniem właściwym ludzkiemu gatunkowi, w końcu
z płukaniem wyczerpanych ust. Amore i l’amoroso, tutti frutti, tutti
quanti, niosło się znad Tybru nad Odrę, swoją drogą ciekawe,
gdzie więcej było bzyczących komarów. Mój język mimowolnie
układał się w rurkę jak makaron. Wertowałem fotograficzny komiks
seksualny w tempie 24 obrazków na sekundę, żeby uzyskać
złudzenie, że oglądam hard porno w 3D. Po polsku – w trzy dupy.
Całkiem możliwe, że tę samą metodę rozruchu i ruchania posiadł
był w swym dzieciństwie Maestro Fellini.
Ja jednak nie zostałem ważnym reżyserem, a tym bardziej
reżyserem filmów klasy C, bo mówiąc bez bicia konia, czarnowłosa
uroda Włoszek nie przekonała smarkacza. Przeważył zresztą
drobny szczegół socjologicznej natury, w moim biednym po
wojnie kraju, nie umęczonym fircykowatą dyktaturą Duce, trudno
było znaleźć pod zieloną bluzą funkcjonariuszki postępowej
organizacji młodzieżowej frywolnie bijące serce bezpruderyjnie
zboczonej panienki.
Ach te Hiszpanki! „Piękne, ale szybko i brzydko się zestarzeją”,
ktoś mnie pouczył w necie. Tu estas hermoza la muchacha, powtarzałem komplement klasowym koleżankom, osobiście ułożony
ze słówek, jakie znalazłem w „Samouczku języka hiszpańskiego
dla bezrobotnych”, wydanym najpewniej w czas krwawej wojny
domowej i światowego kryzysu, zakupionym w antykwariacie
przy bocznej uliczce Rynku. Po to, rzecz jasna, żeby przekonany
o swej lingwistycznej doskonałości młodzieniec swobodnie
przyśpiewywał na Camp Nou: O le le, O la la, ser del Barça és el
millor que hi ha. Jeśli tylko na którejś z półek odnajdę zakurzony
egzemplarz samouczka, prześlę go bezrobotnym Hiszpankom,
umęczonym dziś przez zachłanne banki. Towarzyszko Dolores,
no pasaran!
Byłem stanowczo za młody, by uczestniczyć w radosnym
międzynarodowym festiwalu młodzieży w oczyszczonej dopiero
co ze spryskanych krwią gruzów nieujarzmionej Warszawie.
Ale pojedyncze słowa freedom i swoboda, peace i mir, pobieda
i oswobożdienie przelewały mi się od ucha do ucha, i choć nie mam
słuchu do pamięci, czasem któreś z nich wyrwie mi się z piersi
w środku nocy. Patrzcie jednak państwo, jak niewiele obcych
słów trzeba, by zaiste wielką była polska literatura, którą dziś
osobiście na klatę biorę i pozwalam wpiąć sobie w klapę miniaturkę wspólnego sukcesu i dalszych nadziei na pokój i rozwój.
Chciałbym przy okazji pozdrowić dumny naród szwedzki,
z którym łączy Polaków wspólny szlak bojowy. Nie pytajcie mnie,
gdzie jest złoto z Amber Gold, bo ja wiem: jest na Jasnej Górze.
Wielce szanowna królowo szwedzka, pani Sylwio, mówiąca
w sześciu językach: szwedzkim, niemieckim, francuskim, hiszpańskim, portugalskim i angielskim, a także płynnie posługująca się
szwedzkim językiem migowym, oraz wy, ladies and gentlemens,
meine damen und herren, dorogije towariszczy, panie i panowie,
pozwólcie, że będę mówił po polsku, unikając wyklętych makaronizmów, bo ni chuja nie rozumiem z waszej pokrętnej mowy,
która nie jest jak Pan Bóg przykazał tak tak nie nie, mam w dupie
wasz milion dolarów (Var ligger närmaste bankomat? – Gdzie jest
najbliższy bankomat?), tylko rzekoma polska zawiść skłania mnie
do tego, bym pokazał ziomkom pisarsko wyostrzonego fiuta.
Nie będę przepraszał, bo wulgaryzmy są to wypolerowane do
gównianego połysku perełki humanistycznej literatury znad Wisły.
Wszakże za to zostałem przez fachowców i znawców z akademii
doceniony i zaszczycony.
Tu podziękuję za burnyje apłodismienty, prochodiaszczije
w owacju...
Mieczysław Machnicki
Fot. Sybilka Storie
Gazeta literacka
2 52 5
PROZA
L
wcale mu się nie uśmiecha, że wymienię go na doskonalszy model,
który pozwoli mi pisać biegle we wszystkich językach świata. Nie
dopuści, bym z powodu mojej komicznej, pełnej skłonów tułowia
japońszczyzny, popełnił harakiri. Poprawi czeskie błędy w moim
umyśle, zanim zacznę śmigać samymi oczami po popstrzonej
tłustym palcem powierzchni monitora.
A mój angielski! Mama nie musiała tracić na laryngologa, już
po kilku lekcjach konwersacji dowiadywałem się, że mam zatkane
uszy i nie dość, że nie słyszę i nie rozróżniam słówek, to jeszcze
ich nie rozumiem. Jestem pełen podziwu dla Angielek, które
rozumieją Anglików i nawet się zgadzają pójść z nimi do łóżka.
S EZ JA
P RE O
Andrzej C. Leszczyński
Okruchy (19)
Okruchy (19
Okruchy (19)
Okruchy (19)
Okruchy (19)
Przełomy
Zdaniem Janusza Tazbira o minionych epokach mówi się
z reguły źle. Chciałby nawet to opisać – jak w baroku oceniano
odrodzenie, w oświeceniu barok, co później pisano o oświeceniu
itp. Można sądzić, że najgorzej mówi się o epokach domykanych poprzez akty rewolucyjne. Sądzi tak Jerzy Topolski (Mity
a problem prawdy historycznej): „Istotą mitu rewolucji […] jest
przeświadczenie o istnieniu w historii zdarzeń, faktów, procesów itd., mających moc dzielenia procesu historycznego na
odcinki, w których wyraźnie wskazuje się na różnice między
»przed« i »po«”. Wtedy było tak, teraz jest inaczej, odwrotnie, czyli
dobrze. Narodzinom porewolucyjnej rzeczywistości towarzyszą
namaszczone określenia w rodzaju „nowy początek”, pojawia
się nowa numeracja bytów ustrojowych, wszystko po to, by
podkreślić szczególny (metafizyczny) charakter dokonującego się
przełomu. Dla uwyraźnienia cezury między „przed” i „po” trzeba
znaleźć dające się określić konkrety, które stanowiłby wyrazistą
egzemplifikację przezwyciężonego szczęśliwie okresu. Potrzebny
jest wróg legitymizujący zmianę. Mary Douglas w pracy pt.
Czystość i zmaza stwierdza, że dla określenia własnej tożsamości
należy skonstruować taki świat zewnętrzny, od którego – jako
od wstrętnego, wywołującego złe emocje – można się odróżnić.
Byłoby najlepiej, gdyby nie było żadnego „przed”, gdyby przeszłość stanowiła tylko pozór istnienia. Można by wtedy rewolucyjną zmianę uznać za akt prawdziwie boski, coś w rodzaju
creatio ex nihilo. Marian Massonius (O bolszewictwie) pisał, że
podstawowym celem rewolucji bolszewickiej jest „jak najzupełniejsze zniszczenie całego dotychczasowego składu życia. Nie
tych jego składników i czynników, które z jakiegokolwiek punktu
widzenia okazałyby się niepożądane, lecz jego całości. Zniszczenie
tak gruntowne, aby uniemożliwiało ono zupełnie jego choćby
częściowe odbudowanie, rozpylenie na drobny proszek, roztarcie
na miazgę”. Od samych fundamentów chcieli budować sztukę
piewcy nowego wspaniałego świata, Aleksander Rodczenko,
Włodzimierz Majakowski czy Gustavs Klucis.
W PRL-u nie negowano realności „przed”, za to konsekwentnie
ją deprecjonowano. Budowano negatywny mit Polski międzywojennej, którą opisywano przy pomocy takich jednostronnych,
powtarzanych nachalnie kalek językowych, jak analfabetyzm,
bezrobocie, głód, Brześć, Bereza Kartuska, szosa zaleszczycka
itp. Określenie: „za sanacji” mówiło samo za siebie. I oto – nihil
novi sub sole! – sam za siebie ma dziś mówić zwrot: „za komuny”.
Może dziwić i zasmucać powtarzalność tego perswazyjnego
chwytu, tym bardziej, że do mało kogo trafiał i trafia. I wtedy i
dzisiaj było (jest) różnie, sądzi rozsądnie większość ludzi. David Ost
(Klęska Solidarności) wspomina o dodatkowym sensie zabiegów
mających kształtować negatywną wobec PRL-u świadomość.
Sens ten, zdaniem amerykańskiego politologa, sprowadza się
do łagodzenia nastrojów i tłumienia społecznej frustracji. Wielu
środowiskom i grupom zawodowym, dla których transformacja
ustrojowa z 1989 roku okazała się źródłem klęsk życiowych
(bezrobocie, wykluczenie, dziedziczenie biedy, rozwarstwienie
ekonomiczne, edukacyjne i kulturowe itp.), można w ten sposób
łatwo przypiąć łatkę peerelowskiej mentalności, co z góry ma
je pozbawić wiarygodności i kapitału symbolicznego. W ten
deprecjonujący mechanizm wyraziście wpisuje się retoryka
Leszka Balcerowicza, nagminne przywoływanie w moralistyce
społecznej ukutego przez Aleksandra Zinowiewa zwrotu homo
sovieticus itp. Tomasz Żukowski (socjolog) pisze, że obraz PRL-u
„odgrywał i wciąż odgrywa bardzo ważną rolę w uciszaniu części
polskiego społeczeństwa. Skoro PRL jest uosobieniem wszelkiego
zła, wystarczy powiedzieć, że ci, którym nie podobają się przemiany, są pogrobowcami PRL, boją się wolności, nie potrafią sobie
poradzić w ustroju premiującym przedsiębiorczość, inicjatywę,
pracę i dojrzałość, bo są bierni, leniwi i roszczeniowi”. Wychodzi
na to, że takimi sierotami po Peerelu jest prawie ćwierć miliona
fanów profilu „Born in the PRL” na Facebooku.
Marksistowskie opracowania dokonywały zazwyczaj łopatologicznych, czytelnych ideologicznie podziałów na to co słuszne i
niesłuszne, prawdziwe i fałszywe, postępowe i reakcyjne itp. W
Słowniku filozofii marksistowskie pisze prof. Jan Legowicz: „[…]
przyjmuje się zasadniczo dwa rodzajowe człony w dziejach
rozwoju myśli filozoficznej: myśl filozoficzna w okresie przed
powstaniem filozofii marksistowskiej i filozofia epoki myśli marksistowskiej”. Le style c`est l´homme même? Niedawno miałem w
ręku napisane w podobnym duchu opracowanie mówiące o
stanie powojennej filozofii gdańskiej, w tytule którego pojawił
się zwrot: „sytuacja przed i po 1989 roku”. Autorka – zastrzegając,
że chodzi jej wyłącznie o zabieg porządkujący, służący jasności
wywodu – określa dwie te sytuacje mianem „historii haniebnej”
i „historii chwalebnej”. Jak można w tak silnie wartościujących,
2266
określeniach znaleźć jakiekolwiek narzędzia wyjaśniające, trudno
pojąć. Co zaś do meritum: sytuacja filozofii gdańskiej nie była
chyba szczególnie odmienna od sytuacji filozofii w Polsce. Dobrze
w takim razie pamiętać, że skoro w „haniebnym” okresie – poza
ewidentnymi szaleństwami w latach 1951 – 1955 (ataki na szkołę
lwowsko-warszawską, tomizm czy fenomenologię, pozbawienie
prawa nauczania najwybitniejszych myślicieli, zamykanie periodyków itp.) – powstawały tak znaczące w skali światowej pisma,
jak „Studia Logica”, „Ruch Filozoficzny”, „Studia Estetyczne”, „Etyka”
, „Archiwum Historii Filozofii i Myśli Społecznej” i inne; skoro
rozpoczęła działalność edytorską znakomita Biblioteka Klasyków
Filozofii, by ograniczyć się do tych tylko przykładów, nie był to
może okres tak całkiem haniebny. Nie wszystko też było i jest
chwalebne w okresie późniejszym (sesję pt. „Komunizm jako
domknięcie dialektycznej logiki dziejów” [1952] zastępuje sesja
pt. „Wiedza Boga” [2012]; można dyskutować, w tytule której
mieści się więcej tupetu i absurdu).
O uproszczeniach w opisie i ocenie okresu sprzed 1989 roku
mówił Michał Głowiński otwierając konferencję „Opowiedzieć
PRL” (Instytut Badań Literackich PAN, 21-23 luty 2011 r.). A
przecież niektóre z tamtych uproszczeń także zostały uznane
za niewystarczające. III RP zbyt wiele miała w sobie trujących
miazmatów odziedziczonych po PRL-u, by można było uznać
ją za właściwy kształt bytu politycznego. Rewolucyjna czujność
domaga się kolejnych rozróżnień – dotychczasową, pozbawioną przymiotników politykę zastąpiono więc „nową polityką
historyczną”. Powołany w grudniu 1998 roku Instytut Pamięci
Narodowej dopiero siedem lat później mógł pokazać swą ideową
przydatność. Rozpoczęła się „walka o pamięć” – źródło spójności narodowej, a zarazem instrument przebudowy państwa i
świadomości jego obywateli. Walka o pamięć opierała się na
mitologizacji przeszłości heroicznej i martyrologicznej, zgodnie
z zasadą, że historię piszą zwycięzcy. Źródłem tożsamości miała
stać się definiowana na nowo tradycja narodu związanego z
Kościołem. Miejsce historyczno-krytycznego badania dziejów
(nauki) zastąpiła dydaktyka społeczna (ideologia), czyli kształtowanie pamięci zbiorowej. Liczne głosy przestrzegające przed
utożsamianiem pamięci (selektywnych wspomnień, wyobrażeń
i przedstawień przeszłości) i historii (krytycznej rekonstrukcji i
interpretacji minionych wydarzeń) zostały zignorowane. Wtedy
właśnie większość badaczy uznała za oksymoron określenie
„historyk z IPN”. Zwrócono też uwagę na fakt, że historykami z
IPN są najczęściej działacze PRL-owskiej opozycji, co znaczy, że
„zwycięzcy” sądzą intelektualnie i moralnie „zwyciężonych”, są
więc sędziami we własnej sprawie. Jak zauważył Paweł Machcewicz (Spory o historię 2000-2011), „»Polityka historyczna«
stała się narzędziem wykluczania przeciwników poza wspólnotę narodową, orzekania, kto jest dobrym patriotą, a kto nie
zasługuje na to miano, wreszcie budowania nowej wizji historii
podporządkowanej współczesnym potrzebom i podziałom.
[to] godzi w samą istotę powołania badacza”. Już wcześniej, 4
czerwca 1992 r. premier Jan Olszewski swe wystąpienie sejmowe
zakończył pytaniem, które uznał za najistotniejsze w politycznej
aksjologii: czyja będzie Polska? Przypomina to kłótnię w piaskownicy o to, czyje jest wiaderko. Podobne pytanie za nic ma
Konstytucję RP, która w pierwszym artykule mówi, że Polska jest
dobrem wspólnym wszystkich swoich obywateli, co znaczy, że
nie może być przedmiotem zawłaszczeń i targów.
Cezura między „przed” i „po”, między „było” i „jest” traci na
ważności, gdy zwycięska rewolucja zaczyna zjadać swe dzieci
walczące o uznanie za prawowitych sukcesorów zmiany. W
miarę budowania nowej rzeczywistości społecznej zaostrza
się – zupełnie tak, jak chciał tego Józef Stalin – walka klasowa.
Ranga tamtych wertykalnych podziałów blednie wraz z rosnącą
rywalizacją niedawnych sprzymierzeńców. Nie ma już „przed”
(„było”), liczy się horyzontalne „jest”. W jego obrębie szuka się
nowych wyróżników tożsamościowych: my – oni; swoi – obcy;
u nas – u nich; nasi – wasi itp. Jeśli sięga się do przeszłości, to
jedynie z powodów taktycznych, by zdeprecjonować obecnych
przeciwników. W PRL patrioci narodowi przeciwstawiani byli
szydercom. Dzisiejsze przeciwstawienia są dość podobne: z jednej
strony historia monumentalna (historia chwały) – Westerplatte,
Monte Cassino, Katyń, Powstanie Warszawskie. Z drugiej szargająca świętości historia krytyczna (historia hańby) – Jedwabne.
Albo: pedagogika dumy (krzywda, heroizm, ewentualne przebaczenie) – pedagogika wstydu (wina, skrucha, pokuta, kara). Tylko
pierwsze człony opozycji wyrażają topos Polaków rozumianych nie
opisowo, ale normatywnie („prawdziwych”). Drugie wskazują co
najwyżej na tutejszych, (Odrobużanie), krajowców, przypadkowe
(nie obudzone) społeczeństwo, obóz zaprzaństwa, pseudoelity
z tytułami naukowymi, turystów, lemingów, postpolskie mutanty lub prepolskie larwy (powyższe określenia przytaczam za
publicystyką autorów sympatyzujących z normatywistami, tzw.
dziennikarzy tożsamościowych). Rafał A. Ziemkiewicz posłużył się
parazytologicznym terminem „polactwo”, dźwiękonaśladowczym
wobec robactwa.
Norman Davies sądzi, że wszystkie te opinie wyrażają poczucia
podstawowe: „Oni są przekonani, że to oni są narodem. A jako
naród mają prawo decydować, jaka naprawdę była historia i kto
do Polaków się nie zalicza”. Na znanej fotografii nad uczestnikami
marszu „prawdziwych” Polaków unosił się wielki napis: „Herr Tusk
und Sikorski dość zdrady Polski. Służcie Niemcom w Berlinie, a
Polskę zostawcie Polakom”. Irena Kamińska-Szmaj – badaczka
języka wypowiedzi politycznych – zauważa, że takie zdanie
przypomina czasy PRL, tyle tylko, że „[…] wtedy kreowało się
wrogów ludu określeniami: agent imperializmu, zgraja najmitów
amerykańskich, zapluty karzeł reakcji”. Również zdaniem Jerzego
Szackiego współczesna polityka historyczna powtarza PRL-owskie
obsesje, takie jak zagrożenie niemieckie, niechęć do regionalizmu,
pochwałę centralizmu władzy itp.
Do niewesołej refleksji powinny skłaniać zapożyczenia dotyczące metod walki z politycznym przeciwnikiem. Dość wspomnieć
bolszewicką z ducha autolustrację (uznaną w większej części za
bezprawną przez Trybunał Konstytucyjny w 2007 roku), tzw. dziką
lustrację (kontrolowane wycieki z list esbeckich), publiczne stygmatyzowanie funkcjonariuszy w formie wywieszania ich fotografii
(robiono tak w ZSRR w latach trzydziestych) itp. Wielokrotnie
zwracano uwagę, że ideologiczna selekcja faktów historycznych
stanowi podstawowe narzędzie panowania w systemach totalitarnych. W PRL-u wyolbrzymiano i gloryfikowano rolę Armii Ludowej
unieważniając udział w czynie niepodległościowym innych
formacji. Dzisiaj w podobny sposób przedstawia się „żołnierzy
wyklętych”. Miejsce pomników Janka Krasickiego zajmują pomniki
Józefa Kurasia („Ognia”), przez ludność Podhala, Orawy i Spiszu
uznanego za okrutnego bandziora (w Zakopanem i w Nowym
Targu są monitorowane w obawie przed reakcjami mieszkańców).
Peerelowska historiografia zamazywała nieprawości stalinizmu
i realnego socjalizmu – postulowana dziś brązownicza historia
monumentalna nie chce zbyt wnikliwie zajmować się Berezą,
procesem brzeskim, zamachem majowym, powstaniem chłopów
bieszczadzkich (1932), strajkami chłopskimi w Małopolsce (1937),
mordowaniem Żydów czy choćby rzetelnym obrazem Powstania
Warszawskiego. Trudno nie zgodzić się z Elżbietą Janicką (Festung
Warschau), że wszelka polityka historyczna z konieczności zaciemnia przeszłość. Historia chwały przypomina często historię strusią,
polegającą na chowaniu głowy przed samowiedzą, gdy jest mało
przyjemna. Antypatriotyczna prawda, patriotyczny fałsz? Nie
uciekali przed trudną prawdą o wojnie Niemcy, dość powszechnie
wypierali ją Austriacy. Strach pomyśleć, jakiego rodzaju tożsamość
wyrasta z tak zideologizowanego obrazu dziejów.
Wracają pytania dotyczące nauki historycznej. Czy ma pozostać nauką i rozjaśniać przeszłość – czy kreować ją na potrzeby
ideologii? Trzeba by w związku z tym wrócić do takich kategorii,
jak rzetelność metodologiczna, kompetencje warsztatowe (faktografia, źródła), obiektywizm poznawczy i dążenie do prawdy bez
względu na to, czy będzie miła, czy wręcz przeciwnie. Ideologia
z założenia chce budować krzepiący, czarno-biały obraz dziejów. Nauka historyczna, przeciwnie, pokazuje skomplikowanie
badanej rzeczywistości, w której nic nie jest jednowymiarowe,
jednoznaczne, „całkiem jakieś”, chwalebne albo haniebne.
Tragedia, groteska
Nie najlepsza pora, nie najlepsze miejsce do oglądania tego
filmu. Łagodna melancholia sobotniego przedpołudnia, jesienne
słońce pobłyskujące w zrudziałych już ostatecznie liściach drzew.
Multikino we Wrzeszczu, w którym nie ma możliwości, by skryć
się przed półgodzinnym blokiem głupawych jak zawsze reklam.
Siedzimy w ósemkę, daleko od siebie, porozrzucani na wielkiej
widowni. Siedzimy do końca kiedy idą końcowe napisy, może
dopiero wtedy pojawia się coś, co łączy ośmiu samotnych, nieznających się mężczyzn, choć nie jest to pewne. Pewne jest tylko
to, że redaktora Zdorta nie było na tym seansie.
Dominik Zdort napisał w sobotnio-niedzielnym dodatku do
„Rzeczpospolitej” że się wstydzi: „Wstyd się przyznać, ale w czasie
oglądania najbardziej poważnych i dramatycznych scen tego filmu
nie mogłem powstrzymać się od śmiechu”. Nie jest źle, można by
pomyśleć, skoro ktoś wyznaje swój wstyd. Patrzę na fotografię
zaokrąglonej twarzy autora tekstu, zamieszczoną obok jego
nazwiska, próbuję wyobrazić sobie, jak mogła wyglądać podczas
śmiechu. Może był to trudny do opanowania śmiech histeryczny?
Może śmiech obronny, pokrywający lęk związany z pojawieniem
się tego, co nieakceptowane? Oswajający to, co nieoczekiwane?
Wtedy powód do wstydu byłby oczywiście znacznie mniejszy.
Jednak nie, nic z tych rzeczy, Zdort tylko ironizuje na temat
swojego wstydu. Śmiał się zwyczajnie, poczciwie i beztrosko,
szczerze ubawiony „karykaturalnie wyolbrzymioną” historią
przedstawioną na ekranie. „Jeśli [autorzy] narysują ją zbyt grubą
kreską, wychodzi groteska. Niezamierzona”. Cóż, szkoda dalszych
dywagacji, skoro ironista nie potrafi zobaczyć, że „wychodzi” coś
całkiem, ale to całkiem innego. Nie groteska, ale tragedia. I to jak
najbardziej zamierzona.
Na temat istoty tragedii i tragiczności napisano – poczynając
od Arystotelesa (Poetyka) aż do czasów najnowszych – niezliczoną ilość dzieł i komentarzy. Sięgam do niewielkiej objętościowo,
uchodzącej jednak za rzecz fundamentalną w tej dziedzinie,
pracy Jacqueline de Romilly pt. Tragedia grecka. Czytam o tragedii zdecydowanie odwróconej od jakiegokolwiek realizmu,
najczęściej pozbawionej wyjaśnień psychologicznych – choć
angażującej podstawowe ludzkie uczucia. O tragedii skłaniającej
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
jąca w tej roli Jessica Lange) ujawnia dawne zbrodnie wojenne
swego ojca, szanowanego powszechnie obywatela, dlatego że go
kocha i po to, by mogła go nadal kochać miłością przekraczającą
naturę (związek krwi) na rzecz elementarnej aksjologii. Dla osób
wierzących ważne są słowa: „Moją matką i moimi braćmi są ci,
którzy słuchają słowa Bożego i wypełniają je”.
Bicie się we własne piersi: chyba tylko we własne można się
bić. Nie chodzi w tym wypadku o rozliczanie się z innymi, ważenie
wzajemnych przewin i zasług, ale o rozliczenie się z sobą. Inni,
Żydzi, niech sami się o siebie troszczą. Dwa cytaty wydają mi się
na miejscu. Timothy Snyder: „Dla Żydów Polska to przeszłość.
Przyszłością jest Ameryka albo Izrael. Ale Polacy mieszkają nadal
w Polsce i jeśli utożsamiają się z narodem polskim, to muszą brać
pod uwagę, co tu robili ci wszyscy ludzie mówiący po polsku. To
przede wszystkim problem polsko-polski i dyskusja polsko-polska”.
I Leszek Kołakowski: „Antysemityzm w Polsce Żydom nie szkodzi,
lecz tylko Polakom: wydobywa na wierzch wszystko, co w naszym
życiu jest najpodlejsze, najnikczemniejsze”.
Chodzi o oczyszczenie się z samozatrucia, tak, jak to się
dzieje podczas spowiedzi powszechnej, gdzie przecież wyznaje
się winy nie tylko Bogu, ale i ludziom. Tłumienie, dławienie w
sobie, zgodnie z opisanymi dość szczegółowo mechanizmami
resentymentu i przeniesienia, wywołuje zastępczą agresję wobec
innych. Chodzi więc w ostateczności o odszukanie siebie, ja rzeczywistego, zastępowanego dotąd przez ja fasadowe, czyli przez
dulszczyznę. Bogać tam, dulszczyznę! U Dulskiej, we własnym
domu, brudy jednak prano – dziś uznaje się je za czystość, a
piorący przypominają wyłącznie sienkiewiczowskich Kiemliczów.
Katharsis
Bohdan Dziemidok w znakomitym studium pt. Katharsis jako
kategoria estetyczna pisze, że tradycja psychoanalityczna łączy
katharsis z terapią, z odreagowaniem i uwolnieniem tego, co nierozładowane. Podstawowym mechanizmem oczyszczającym jest
zastępcze uczestniczenie w losie bohatera – bezpieczna rola widza
pozwala na imitowanie roli uczestnika wydarzeń. Rzeczywiście,
Zbigniew Zapasiewicz przyznał w jakimś wywiadzie, że powodem,
dla którego wybrał zawód aktora, była możliwość grania postaci,
którymi nie odważyłby się być w prawdziwym życiu. Czytałem
gdzieś o badaniach pokazujących, że widzowie opuszczający kino
przez pewien czas poruszają się tak, jak poruszał się bohater filmu i
byle cherlak może poczuć się szeryfem granym przez Gary Coopera.
Doznałem czegoś podobnego na filmie, którego tytułu nie
pamiętam. Bohater grany przez Sylvestra Stallone z widocznym
zadowoleniem daje wycisk jadącym w autobusie agresywnym
prymitywom. Tłucze ich po pyskach, łamie kości, jednego chyba
nawet wyrzuca na zewnętrz, po czym z grymasem mającym
oznaczać uśmiech prosi napastowaną wcześniej pasażerkę, by
zajęła swoje miejsce. Nie powiem, podobało mi się i nie miałbym
nic przeciwko temu, by ktoś podobny do Stallone pojawił się od
czasu do czasu w autobusie albo w tramwaju, którymi jeżdżę.
Moja satysfakcja była jednak niepełna, bo widziałem, że tamtych
przygłupów nie załatwia ktoś wyrachowany intelektualnie, bogaty
duchowo i moralnie, lecz mięśniak lepiej od nich rozwinięty i
wyćwiczony.
Od pewnego czasu chodzą mi po głowie obrazy i sytuacje,
które mogłyby złożyć się na opowieść będącą źródłem radości
znacznie głębszej. Agresywne prymitywy zostają bez zmian, za
to umięśnionego Stallone zastępuje ktoś zupełnie inny. Ktoś
niepozorny, niby zwyczajny, ale czuje się, że zwyczajność ta skrywa
coś niezwyczajnego. Jest chyba magiem, może przybyszem z
innego wymiaru, bo zamiast walić po łbach i łamać kości – dotyka
przeciwnika palcem. To wystarczy, by padł niczym porażony
prądem. (Nie opuszcza nas przy tym wrażenie, że w podobny
sposób potrafiłby umarłemu przywrócić życie). Padają więc po
kolei i nie mogą uwierzyć, że padają z powodu byle dotknięcia.
Myślą, że to przypadek, rzucają się na niepozornego, znowu
padają. Nie mogą zrozumieć, co się dzieje. Siedzą oszołomieni na
podłodze, wyzbyci wszystkiego, co stanowiło ich dotychczasowy
wyraz. Pytają go o nazwę tego sposobu walki, o to, czy mogliby
się nauczyć tej techniki. Mówi że owszem, mogliby, że tajemnica
tkwi w czytaniu odpowiednich książek. Na niewielkiej kartce
papieru zapisał kilka tytułów, podał jednemu z nich.
Niedopite piwo, popielniczka pełna niedopałków. Czyta
poruszając od czasu do czasu ustami: „Bo któż kto cokolwiek o
znaczeniu jakimkolwiek pojął nie jest świadom że owa zewnętrzna wspaniałość może być powłoką kryjąca głębie mrocznej
rzeczywistości lub przeciwnie któż jest tak nieoświecony by nie
mógł pojąć że skoro żaden z darów natury nie może kierować
się przeciw wybujałości rozmnożenia przeto godzi się by każdy
sprawiedliwy obywatel był ekshortatorem bliźnich napominających i by drżał że to co w przeszłości tak doskonale przez
naród poczętym zostało może w przyszłości być z nie tak wielką
doskonałością wykonywane jeśli bezwstydny nałóg stopniowo
odmieni szacowne przez przodków przekazane obyczaje sprowadzając je ku takiemu pohańbieniu…”.
Andrzej C. Leszczyński
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Gazeta literacka
2 72 7
ESEJ
do odniesień współczesnych (są tam „idee czy problemy, które
nagle wiążą się z teraźniejszością”) – wypełnionej aluzjami,
transpozycjami, nastawieniami polemicznymi lub apologetycznymi. Tragedia mówi o tym, co konieczne (los, fatum, boskie
wyroki), lecz ujawniające się w ludzkich wyborach i czynach („To
Medea ukuła swój własny los – nie znaczy to jednak, że mogła
go uniknąć”). Tragedia – by nie przeciągać tej charakterystyki
– jest zorganizowana wokół „czynu do spełnienia”: w tragedii
walczy się, podejmuje wysiłek, cóż z tego, że daremny. Tragedia,
najbardziej nawet krwawa, kończy się tak, że światło dominuje
nad mrokiem, życie nad nicością. Jacqueline de Romilly kończy
swą książeczkę cytatem z Elektry Jeana Giraudoux, kodą, która
domyka tę sztukę: „Jak to się nazywa, gdy wstaje dzień, jak
dzisiaj, a wszystko jest zniszczone, w ruinie – a jednak jakoś się
oddycha; wszystko stracone, miasto płonie, niewinni zabijają
się nawzajem – lecz i zbrodniarze konają w mdłym brzasku
wschodzącego dnia”. Stary Żebrak, do którego kierowane jest
to pytanie, odpowiada: „To się nazywa: jutrzenka”. Tę jutrzenkę
Arystoteles określał mianem katharsis: tragedia przez to, że
wzbudza litość (eleos) i trwogę (phobos) prowadzi do oczyszczenia. Trzeba być ślepym, by nie dostrzec większości wskazanych
wyżej cech w Pokłosiu Władysława Pasikowskiego.
Dominik Zdort zobaczył na ekranie groteskę, bo chciał ją zobaczyć, bo taki już jest. Wielu mądrych ludzi – Eklezjasta, św. Alfons
Liguori, Immanuel Kant, Johann Wolfgang Goethe, Heinrich Heine,
Anthony de Mello, Tzvetan Todorow i inni – zwracało na to uwagę:
że widzimy rzeczy i ludzi nie takimi, jakimi są, ale takimi, jakimi
my sami jesteśmy. Widzi więc Zdort Pokosie zapewne jako film
antypolski, bo przecież bicie się we własne piersi zamyka oczy na
cudze winy i niszczy polską godność, a rozpowszechnianie obrazu
polskiego antysemityzmu szkaluje Polskę i Polaków.
Drugi zarzut nie brzmi poważnie, bo o polskim antysemityzmie
mówi się w świecie od dawna. Krytyczna samowiedza związana
z antysemityzmem nie szkaluje, ale budzi szacunek dla odwagi i
wielkości (do dziś pamiętam słowa mamy mówiącej do kilkuletniego chłopca, że tylko tchórz nie potrafi się przyznać do winy).
Nie obniżył prestiżu Francji Jacques Chirac przepraszając za
łapankę Żydów w lipcu 1942 roku (obława Vel’d’Hiv), nie poniżył
Niemiec Willy Brandt klękając przed pomnikiem Bohaterów
Getta Warszawskiego; nie sprzeniewierzył się chrześcijaństwu
Jan Paweł II przepraszając za antysemityzm (i inne grzechy)
Kościoła. W wielu krajach europejskich podejmowane są próby
uporania się z nieprostą przeszłością sprzed kilkudziesięciu lat,
dość wskazać Austrię, Szwajcarię czy – ostatnio – Szwecję. W
Pozytywce Constantina Costy-Gavrasa (1989) córka (wstrząsa-
POEZJA
August Stramm
LUDZKOŚĆ
Łzy krążą po tej
przestrzeni!
Te łzy te łzy
Te ciemne łzy
Te złote łzy
Świetliste łzy
Fale pełzną
Blaski kopcą
Te łzy te łzy
Te łzy
Iskrzą
Pękają oraz drgają
Drgają drgają
W wirach błyszczą
W wirach ciekną
W wirach skaczą
Świadczą
Znów i znów i znów
Po tysiąckroć
Po milionkroć
W błysk!
Te łzy te łzy
Te łzy iskrzą
Oczy świecą
Oczy oczy
Mgły zwisają
W głąb nurkują
Ssą mrugają
Ciężka ciężka
Ślepa
Głębia
Ku dołowi
Do dna nocy
Szarpie
Rwie!
Cienie dymią
Miękkie blade
Płyną płyną
Kipią falą
Srogo srożej
Krągłe formy
Niespieszliwe
Niemilknące
Ciała
Ciała
Toczą toczą
W kroplach lecz się
Łączą stronią
Płodzą pchają
Spieszą gapią
Wzlot upadek
W ten
Wrzask!
Mordy
Zieją
Zieją wznoszą
Wznoszą czerpią
Czerpią
Ludzie
Ludzie ludzie
Strzygą uchem
Słyszą słyszą
Ostrzą słyszą
Milkną wrzaski
Dźwięki dźwięki
2288
Krzyki krzyki
Wznoszą czystość
Brzęczą tony
Warczą bzyczą
Mruczą warczą
Gruchot grzechot
Dszą dszą
Kszlą kszlą
Żerrzą żerrzą
Żerrzą żerrzą
Zbiórka zbiórka
Zbiórka zbitka
Słowa słowa słowa
Słowo
To słowo!
Słowa słowa
Słowa słowa
Wiążą
Patrzą
Czują
Błądzą
Wznoszą
Słowa słowa słowa
Myślą
Straszą budzą lęk
Znoszą
Pomoc wsparcie
jadło
Wiją
Wstęgi pętle więzy
Drgają
Cieszą i klną ból
Tworzą
Obraz
Obraz formy
Budzą żywią
Żywią mnożą
Pomagają
Uczą
Stają
Uczą uczą
Stawiać prosto
Ducha
Ludzi!
Toczą toczą
Błądzą walczą
Stają kantem
Leżą wznoszą
Człapią wstają
W lękach żyją
Idą
W przód do tyłu
W lewo w prawo
W górę
Na dół
Po omacku
W tej ciemności
Tworzą
Kuśtyk
Kuśtyk kuśtyk
Mosty wznoszą
Roją roją
Roją głębie
Roją wzniosłość
Roją lęki
Roją mrzonki
Roją kary
Roją zyski
Z tej
Krwi własnej
Drobią przestrzeń
Na rojenia
Rwą z przestrzeni
Swoje
Ja!
Wydzierają z Ja
To
Co wokół Co wokół
Rwą
To
Co wokół Co wokół
Rwą
Się
Sami sami sami
Rwą
Te formy
Zwą
To
Co wokół
Zwą
To
Co wokół
Zwą
Się
Sami sami sami
Daj
Dłoń!
Dłonie
Walczą
Walczą walczą
Krwawią modły
Niosą życie
Grzmocą duszą
I mordują
Głaszczą pieszczą
Mszczą się mszczą się
Strzegą bronią
Pędzą pchają
Pędzą
Stopy
Poprzez
Pola
Pola pola
Piachy lasy
Rozkładają
Nogi uda
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Grzmocą mózgi
Karmią paszcze
Szyją słowa
Duszą ciała
Niszczą formy
Bronią cieni
Te łzy cisną
Te łzy te łzy
Te łzy te łzy
Groza groza
Wielka groza
Ciągną rosną
Rosną dążą
Dojrzewają
Ich owoce
Moc dojrzewa
Prężą
Czas
Prężą
Czas
Prężą
Czas
Prężą czas
Pełni istnień
Prężą czas
Pełni grozy
Prężą czas
Pełni mocy
Prężą czas
W mocne wodze
Przeogromne
Drobniuteńkie
Wodze
Czas pojmują
W sztywną masę
Czas pojmują
Wkoło
Gwiazdy gwiazdy
Więżą
Gwiazdy
Gwiazdy
Z tej przestrzeni
Gwiazdy gwiazdy
Gwiazdy gwiazdy
Grzebią gwiazdy
W ramionach
Gwiazdy światy
Światy
I
Wyłapują
Ich
Tajniki
Ich tajniki
Ich tajniki
Pełne grozy
I
Mglistych tropów
Przestrzeń przestrzeń
Przestrzeń przestrzeń
Wokół wokół
Wyższe głebie
Chuda grubość
Tylko
Przestrzeń przestrzeń
Przestrzeń przestrzeń
Drgają pędy
Pędzą drgania
Wkoło
Przestrzeń
Przestrzeń
W przestrzeni
Pną się szpony
Twarde twardsze
Drżą dygoczą
Pną się szpony
Jeden w drugi
Bez wyboru
W górze w dole
W dole w górze
Pęd i przestrzeń
Wir i przestrzeń
Pędzą zwody
Zwodzą zrzuty
Pną się pną się
Pną się pną się
Ludzie ludzie
Ponad
Ludzi
Kości kości
Ponad
Kości
Nogi nogi
Głowy głowy
Ręce ręce
Mózgi mózgi
Serca serca
Ciała ciała
Ciasno w tłoku
Tłum zmieszany
Zamęt miary
Z tyłu znaki
Flagi flagi
Bębniąc łamiąc
Klnąc się modląc
Mord i pożar
Lecząc godząc
Ciesząc gasząc
Matki dzieci
Małżonkowie
Bliscy obcy
Wrodzy bracia
Siostry kurwy
Narzeczone
Wojownicy
Zbrodniarz czciciel
Upadają
Sypią drogi
Upadają
Drogi drogi
Żwir na drogi
Drogi drogi
Nowe drogi
Drogi
Drogi
Poprzez nędzę
Poprzez grozę
Poprzez krzywdę
Poprzez oddech
Pełni śmierci
Poprzez oddech
Pełni życia
Przez te łzy
Te łzy te łzy
Przez
Te
Noce noce
Noce
Naprzód naprzód
W górę znaki
Naprzód naprzód
Dreszcze drgania
Naprzód naprzód
Wrzask i głusza
Naprzód naprzód
W rozziewanie
Naprzód naprzód
Prosto w pustkę
Naprzód naprzód
Do kołyski
Naprzód naprzód
Do grobowca
Koło w koło
Koło w koło
Naprzód naprzód
Do początku
Naprzód naprzód
Aż do kresu
Naprzód naprzód
Do przepaści
Naprzód naprzód
Na wyżyny
Naprzód naprzód
W umieranie
Naprzód naprzód
W przyszły rozwój
Koło w koło
W przyszły rozwój
W ten
Rozwój rozwój rozwój
W te
Kręgi kręgi kręgi
We łzy
Te łzy te łzy
W te łzy
W przestrzeń
W przestrzeń
W przestrzeń
Łzy krążą po tej przestrzeni!
Tłum.: Leszek Szaruga
Fot. Sybila Storie
Gazeta literacka
2 92 9
ESEJ
Czesław Dziekanowski
T
ego lata niespodziewanie wylądowałem w czystym, śródziemnomorsko ufryzowanym Sopocie. Dokoła przytulne
wczasy, sezon, jak otwarcie na kampingu się mówi, pomidorowoogórkowy. Moim, z lądu przywiezionym marzeniem jest
wypoczywać na plaży, po kolana grzęznąć w sypkim i do czerwoności rozgrzanym piasku. Niepostrzeżenie zasypiać w poszumie
południowobałtyckich fal i amortyzująco, bez koszmarów, po
prostu płynnie się budzić.
Oto jestem człowiekiem wolnym, bytem powolnym, donikąd się
nie spieszącym. Ale wilka ciągnie do księgarni. Niby wypoczynek,
a tymczasem w ręce mi wpada nie chude warzywo, tylko coś
wielkiego, coś tłustego do czytania, coś wysoce kalorycznego
do duchowej konsumpcji.
Przyglądam się z odległości pięciuset metrów
i widzę: Ojciec człowieka, prawie 500-stronicowe
dzieło, któremu towarzyszy podtytuł: Szkice afiniczne
(słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2012).
do jego pisanych przekazów. W to miejsce wstawia „ożywczość”.
No więc malarstwo jest dlań ożywcze o tyle, o ile jest fowistyczne,
agresywne, pozbawione bieli. Być może rzeczywiście biel nastraja
pokojowo, łagodzi zadawane ciosy, upotulnia świat, więc lepiej
żeby jej nie było w zasięgu wzroku autora Ojca człowieka
Właśnie chcę Ojca człowieka wziąć w kontuzjowane dłonie,
lecz szybko się przekonuję, że jest on nie do udźwignięcia. Nie
kilo, on dla mnie w tej chwili przysłowiową tonę waży. Dzieje się
tak, ponieważ obok wymiaru fizycznego w grę tu wchodzi tak
zwana merytoryka, zwyczajowy ciężar intelektualizmu. Już nie na
pierwszy (ten przeminął), tylko na drugi rzut oka widać, że poprzez
to dzieło mam do czynienia z summą – całościowym dorobkiem
Leszczyńskiego jako autora i, śmiem twierdzić, jako człowieka.
Przerzucając dwie pierwsze stroniczki, natrafiam na dedykację.
Komu? „Dzieciom. Elizie, Wojtkowi, Klementynie”. To ciekawe.
Nawet bardzo, bardzo ciekawe. Ze wszech miar intrygujące.
Leszczyński, skądinąd poważny człowiek i hermetyczny filozof,
wysokiej klasy nauczyciel akademicki, a jednak swoją opasłą
Gramolę się na plażę i rzucam się na piasek. Ciągle mam na
uwadze tytuł i dedykację. Zderzając i łącząc je ze sobą, z przyzwyczajenia szukam ich utajonego znaczenia.
Usypia, to znów rozbudza mnie myśl, że wiele zależy od tego,
jak pojmujemy, a pojmując, jak zarazem padamy ofiarą rozczarowania, gdyż okazuje się, że ciągle nie rozumiemy człowieka.
W kontekście owego nierozumienia warto zwrócić uwagę
na „Wstęp”, który chce być wprowadzeniem minimalistycznym,
ograniczonym do rzeczy najniezbędniejszych. No więc uczula
się w nim przede wszystkim na trudność, wręcz na niemożliwość
oddzielenia filozofii od życia. Naszym podstawowym zadaniem
jest, jak się domyślam, trwać na tym świecie, ale nie inercyjnie,
nie byle jak. W każdym razie z dala od rozleniwiającej i tym
samym zniewalającej pomroczności. Jako cenne w grę wchodzi
istnienie świadome, gdyż tylko takie jest zdolne wyrażać się
na różne, atrakcyjne duchowo i społecznie pożądane sposoby. Pytając o siebie, człowiek pyta o świat. Pytając o świat,
spodziewam się zuniwersalizowanej wieści o sobie, po prostu
pragnę wiedzieć, jakie miejsce w nim zajmuję.
Według Andrzeja Leszczyńskiego filozofowanie
nie oznacza wyłącznie studiowania ksiąg ani
wpisywania się w określone już myślowe nurty:
„To raczej każdy akt świadomej i poszukującej
sensu obecności w życiowych czynnościach,
nawet najbardziej zwyczajnych. Można filozofować, czytając poezję, oglądając sztukę teatralną,
wychowując dzieci, rozmawiając z sąsiadem,
uprawiając ogródek, smakując wino czy ogarniając przed zasnięciem miniony dzień”.
Z LEKTUR
DO ŻYCIA
Afiniczne, afiniczne. Nie znam terminu, jakieś
nowe pojęcie, o którym nie mam nawet zielonego
wyobrażenia. Nic dziwnego, że umieram z ciekawości. Sorry, było trochę inaczej. W pierwszej chwili
– w akcie zarozumiałości – wydaje mi się, że wiem,
jak to się je, czyli co ten określnik znaczy. Ale już w
następnej zaczynam wątpić. Kogo by tu zapytać?
Najlepiej samego autora, ale nie ma go w pobliżu.
No więc, mój Boże, szkice afiniczne. Obiecuję sobie o własnych
siłach (w miarę uskutecznianej lektury) dojść do zrozumienia tej
enigmatycznej kwalifikacji. A nawiasem mówiąc, jestem pełen
uznania dla autora, który w moich oczach zachowuje się niczym
rybak: jako przynętę podsuwa czytelnikowi słowną zagadkę. I ja
natychmiast daję się na to nabrać, co więcej, jestem szczęśliwy,
że połknąłem intrygujący mnie rodzaj niewiedzy.
Tymczasem żal mi się zrobiło samego siebie. Postanowiłem cofnąć się, zawrócić do początku, do swobodnych rąk, a raczej dłoni,
w których zamiast księgi trzymałem bezcenne morskie powietrze.
Poczułem się szczęśliwy, gdy z drobną stratą w antykwariacie
pozbyłem się dzieła. W to miejsce postawię sobie dziesięć kaw
espresso. Hulaj dusza, „ojca człowieka” nie ma! Jednak w nocy nie
mogłem zasnąć. Z powodu czarnych wyrzutów sumienia. Znów
poczułem moc brutalnego zewu – wyobrażone, lecz nieustępliwe,
co tu ukrywać, natychmiastowe wezwanie do księgarni.
Ojciec człowieka – z witryny, przy której przystanąłem, mignął
mi (jeszcze nie swojski, ale już znajomy) tytuł książki Andrzeja C.
Leszczyńskiego. Pomyślałem, że Leszczyńskiego jako człowieka
znam umiarkowanie, ale jako autora pojmuję niedostatecznie. A
przecież warto byłoby się z nim zmierzyć, i to w całej rozciągłości,
naprawdę warto.
Tkwiłem w miejscu i się gapiłem – na tę zagadkową irytację,
gdyż tytuł publikacji Andrzeja drażnił mnie zuchwałą dziwacznością, niepoczytalnym wybrykiem antropologicznym. Mówiąc
wprost, nie podobał mi się, i to do obrzydzenia. Niemniej, już będąc
buńczucznie sprowokowany tą wydawniczą nowością, z impetem
wszedłem do księgarni i od razu podpłynąłem do filozoficznego
stoiska, jakbym chciał je podpalić. Było dla mnie z jakiegoś powodu
jasne, że ostatnio za dużo drukuje się książek o człowieku. Że w ten
nadgorliwy sposób dewaluuje się – rozwadnia, rozwiewa – tajemnica człowieczeństwa. Słowem, podśpiewywałem sobie drwiąco,
z człowiekiem trzeba postępować ostrożnie, nie nadużywać jego
imienia, nie przesadzać z jego metaforycznym znaczeniem. Bracia
i siostry, w myślach modliłem się żarliwie, gorąco, lecz na chybił,
trafił, kochani w Chrystusie, człowieka należy krzyżować skromnie.
książkę dedykuje nie Dorosłym, tylko Dzieciom. Tak oto mam
przed sobą tytuł i dedykację. I właśnie nachodzi mnie myśl, że
ich obecność – ich sąsiedztwo – jest znacząca. Ojciec dzieciom
dedykuje człowieka! Nie tyle czytam, co oglądam, wręcz medytuję
te słowa. I raptem uświadamiam sobie, że stronę tytułową traktuję
jak obraz, jak w biegu zatrzymany kadr.
A więc jest ich trójka. Najstarsza w tym momencie ma czterdzieści lat, średni trzydzieści, najmłodsza dwadzieścia. Jednak
nie są rodzeństwem w ścisłym tego słowa znaczeniu. Każde
dziecko pochodzi od innej matki. Sąd pozbawił autora Ojca
człowieka praw rodzicielskich. Ma on kontakt jedynie z synem,
tylko dla niego uczuciowo jest ojcem. Tymczasem każdy rodzic
pragnie, aby jego pociecha wyszła na ludzi, aby w pełni stała
się człowiekiem, choćby on sam stanowił byt negatywny, twór
upadły, był wybrakowanym człowiekiem.
Nagle błysk, przeszywa mnie zabawna gra intuicji i wyobraźni.
Widzę u Andrzeja C. Leszczyńskiego przeciwrodzinny deficyt. Z
pewnością chciałby występować w roli ojca wobec Klementyny,
gdy ta miała – powiedzmy – dziesięć lat. Ale sąd pozbawił go
tej możliwości. Jemu marzył się wpływ na jej wychowanie, ale
sąd, tak, ten beznamiętny sąd nie liczył się z jego pragnieniem.
Zasłaniając się odpowiednim paragrafem, narzucił swoją bezduszną wolę. Ujawniła się brutalna siła prawa, z którą nie sposób
było dyskutować.
Pierwsza część Ojca człowieka gromadzi osiemnaście szkiców, które zawierają refleksję nad estetyką, etyką i
antropologią filozoficzną. Z wyjątkiem „Do teatru się chodzi”,
eseje te drukowane były wcześniej w różnych wydawnictwach,
m. in. w „Znaku” i w „Odrze”. Przywołuje się tu licznych myślicieli.
Główną ich troską jest człowiek. Próba zdefiniowania go.
W tym momencie moją uwagę przyciąga szkic pod tytułem
„Do teatru się chodzi”. Leszczyński, będąc wytrawnym filozofem,
robi mocny, nalewkowy użytek z prostej obserwacji życia, a
mianowicie, że do teatru się chodzi: „Opuszcza się świat sprofanowany codziennością i rozmyty semantycznie, by wkroczyć
do przestrzeni wyobrażonej, w wyobraźni – przedstawionej, w
porównaniu z codziennością – uwyraźnionej poprzez formę.
Transcendującej strategii podporządkowywane są środki mające
dopomóc w pozostawieniu za sobą empirii życiowej”. Skądinąd wiemy, że niełatwo jest się od niej zdystansować. Jadąc
zatłoczonym autobusem bądź tramwajem, „nie uwolnię się od
rzeczywistości, do samego końca będę odczuwał jej natarczywą
obecność, wejdzie ze mną tam, gdzie nie miało już jej być”. Lepiej
zafundować sobie na przykład karetę czy taksówkę: „Innym
środkiem, ułatwiającym przekroczenie codzienności, może być
odświętny strój, szczególny makijaż, wyrafinowana fryzura».
Odświętny – inny niż noszony zazwyczaj – strój wpływa na
niezwyczajność doświadczenia wewnętrznego. Najbliższym
człowiekowi elementem zewnętrznego świata jest jego ubiór:
on też uwewnętrznia się we właściwy sobie sposób.
Zatrzymany w niezdecydowaniu, intensywnie przyglądałem się
bufiastej okładce, obfitującej w inwazyjne kolory. Urzekała mnie
z góry na dół zarysowana, czy też raczej złamana płaszczyzna
sztywnego kartonu, pławiąca się w malarstwie Yannicka Leidera.
Czułem, że przyjemnie bulwersuje mnie, a właściwie inspiruje
rzeźwiąca barwność jego sztuki. A przede wszystkim jego cichutki,
chudziutki i zniebieszczony rower, dla wtajemniczonych akryl na
płótnie, całość zatytułowana prostolinijnie – „Rower van Gogha”.
Jednak Leszczyński po swojemu tłumaczy nam powód zaproszenia tego artysty do upiększającego asystowania jego dziełu:
„Malarstwo to jest dla mnie ożywcze. Ożywia mnie chyba dlatego, że jest fowistyczne, agresywne, pozbawione bieli. Yannick
zachował w sobie dziecko, co nie tak często się zdarza w świecie,
którym rządzi rynek”. Twierdząc, że Leszczyński po swojemu
tłumaczy pomocną dłoń artysty, pragnę zasugerować, iż on czyni
to nierzetelnie czy raczej nieudolnie. Przecież wystarczy uważnie
przyjrzeć się okładce, by dostrzec brak tego, co rzekomo ożywia
Leszczyńskiego. Malarstwu fowistycznemu patronuje kolor
rudy, kolor ryży, a tej barwy na okładce Ojca człowieka akurat
tyle co kot napłakał. Poza tym domyślam się, że Leszczyński jest
zagorzałym purystą językowym. Na przykład słówko „inspiracja”,
które ja uwielbiam – po prostu lubię się nim posługiwać i za
którym tęsknię – u niego występuje sporadycznie, naprawdę
niezmiernie rzadko, jakby miało zakaz wstępu do jego umysłu i
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
3300
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
Teatralna widownia powinna tak być urządzona, by opuszczenie
świata realnego mogło się dokonać w sposób możliwie pełny.
Zazwyczaj widownia tonie w ciemności, podczas gdy scena ma
być i z reguły jest oświetlona. Na scenie ludzie są aktywni, robią
coś, co ma prowokować do oglądania; na widowni powinni
pozostawać (według mnie: swoiście) bierni, w sensie – przyglądający się.
Oczywiście, mają przyglądać się, ale czemu? Po pierwsze, światu
zewnętrznemu w całym jego skomplikowaniu, pokazywanemu
przez dialogiczną z natury sztukę teatru. I po drugie, estetycznemu
doświadczeniu wewnętrznemu, które rodzi się w człowieku pod
wpływem obcowania ze sztuką teatru. W powszechnym odczuciu
teatr doświadczany jest po części jako rozrywka, głównie jednak
jako dobry sposób samopoznania i – w dalszej konsekwencji
– autoterapii.
W tym momencie warto spokojniej przyjrzeć się problemowi. Z jednej strony słyszymy starożytne wezwanie: Poznaj
samego siebie. Z drugiej zaś trzeźwe: Ale tylko spróbuj. I co
na to Leszczyński? Nie zastanawia się w nieskończoność, tylko
pisze: „Dwa są przynajmniej sposoby tłumaczenia samopoznawczej niemożności. Sposób pierwszy osadzony jest w myśli
najwyraźniej uwidocznionej w tradycji egzystencjalistycznej.
Powiada się tu, że trudność (niemożność) samopoznania ma
swe źródło w nieistnieniu przedmiotu dla takiego aktu. Nie
ma bowiem czegoś takiego, jak ludzka <niezmienność> bądź
<skończoność>, które mogłyby stać się przedmiotem oglądu.
Człowiek pozostaje wciąż potencjalnością: jest nikim i może
być wszystkim. Aktualizuje się w aktach wyborów stanowiących
symptom – oceniany pozytywnie lub negatywnie – jego
wolności. Jest, mówiąc językiem egzystencjalistów, projektem
rzuconym w niebyt przyszłości. Drugi sposób mówiący o
powodach trudności samopoznawczych wyrasta bodaj z samej
istoty kultury zachodniej – kultury schizoidalnej, dzielącej
każdy element swego świata na opozycyjne pary, widziane
i rozumiane jako coicidentia oppositorum. By można było
poznać, potrzebna jest odległość dzieląca podmiot i przedmiot
poznania; odległość pozwalająca na ogarnięcie w całośći, czyli
prawdziwie (wyraźnie), rzecz poznawaną. Edmund Husserl
mówi, że każde spostrzeżenie kryje za sobą odpowiadający
mu horyzont (<tło> w psychologii Gestalt), określający to, co
dane w spostrzeżeniu. Uchwycić poznawczo cokolwiek to ująć
jednocześnie coś przeciwnego. Trudność poznania siebie łączy
się z brakiem takiego odróżnienia: człowiek nie może wyjść z
własnej skóry i spojrzeć na siebie z zewnątrz”. Krótko mówiąc,
człowiek, będąc skazany na siebie, podejmuje rozpaczliwy trud
wyjścia poza samego siebie i formułowania prawd o sobie. Na
przykład ucieka się do tak zwanych informacji zwrotnych w
ramach psychoterapii. Leszczyński pointuje: „Teatr jest także
jednym ze sposobów zobaczenia siebie z dystansu”. Mamy więc
opuścić dom, wyjść z niego i pójść do teatru. Pokonać pewną
odległość, czyli dystans fizyczny, psychiczny, a także czasowy
i emocjonalny. Trafia on w sedno: „Dystans, który pozwala
przekroczyć świat realny i prywatność na rzecz świata przedstawionego symbolicznie, czyli uniwersalnie”. Przekraczającemu
doświadczeniu mają, rzecz jasna, podlegać przede wszystkim
widzowie – dla nich bowiem istnieje teatr (greckie theatron
to właśnie widownia). Widząc – będą wiedzieć. Leszczyński
zwieńcza wywód: „Teatr od wieków pokazuje kilka, może
kilkanaście spraw i problemów, które przytrafiają się bodaj
każdemu. Miłość, cierpienie, nienawiść, samotność, los, zdrada,
wybór między wartościami, starość, niemożność porozumienia
się, śmierć”. I dalej: „Oto widz w jakimś trudnym do uchwycenia momencie przenosi się na scenę, identyfikuje się z jakąś
postacią. Siedząc w fotelu, cierpi wraz z nią, kiedy indziej cieszy
się jej szczęściem – ta postać to on sam. Scena – zwierciadło
– pokazuje mu jego własne życie. Widzi je dopiero teraz w
całości, pozbywając się przy okazji tak zwanej pozytywnej
racjonalizacji – obronnego mechanizmu, jakim posługuje się
w życiu, by zachować minimum akceptacji dla samego siebie.
Teraz postrzega siebie już bez barw ochronnych, nagiego w
biedzie, szczęściu czy nędzy. Samo zaś postrzeżenie przynosi
skutki świadomościowe, przede wszystkim emocjonalne.
Lituje się nad własnym losem i trwoży własną nikczemnością”.
Teatr zaraża uczuciami i wyostrza je. Inni powiedzą, że oczyszcza. W każdym razie o tym, czy dokonało się katharsis, wystarczająco powinno świadczyć to, że człowiek opuszczający teatr
jest, jak podkreśla Leszczyński, i n n y niż ten, kto do niego
się wybrał.
Na człowieka Leszczyński zdaje się patrzeć przez różne wymiary.
Przewija się, czy raczej przebija się jeden podstawowy: duchowy.
Każdy człowiek, wchodząc w życie, troszczy się o swój potencjał
duchowy. Chodzi o to, aby ten potencjał intensyfikować. I czuwać,
aby się nie zużył przed czasem.
Leszczyński podkreśla wagę troski czy raczej nadziei na
osiągnięcie głębszej warstwy istnienia. Powtarzam: człowiek
według jego projektu ma dbać o swój potencjał duchowy, nie
marnować go, zdobywać, żeby nie musieć cierpieć na pustkę
wewnętrzną.
Leszczyński prowadzi niezmordowany, improwizowany, a
zarazem systematyczny dialog z myślicielami, aż się okazuje,
że ma on własny system myślowy. Chcę przez to rzec, że jego
refleksja nad innymi staje się refleksją autonomiczną. Wyłania
się mądrość z lektur, ale też mądrość z życia.
Gazeta literacka
Rozdział XII nosi tytuł „Ojciec człowieka”. Autor deklaruje tu
gotowość namysłu nad dziecięctwem, nie dzieciństwem: „Chodzi
mi o cechy ontyczne, które – mimo że zazwyczaj idą w parze z
wiekiem i biografią – nie wiążą się z nimi w sposób konieczny.
Mówić o dziecięctwie znaczy tyle, co szukać dziecka w człowieku,
określać szczególny zbiór właściwości pozwalających odzyskać
i zobaczyć obraz stanów wcześniejszych niż opisywane przy
pomocy terminów takich, jak homo sapiens, homo faber, homo
religiosus czy homo socius. O tym, że dziecięctwo i dorosłość
różnią się bytowo, świadczy język, pokazują to zaimki osobowe”.
I dalej: „Bardzo wielu pisarzy i badaczy podkreśla tę genetyczną
zależność: rodzi się nie człowiek, a dziecko, które dopiero będzie
stawać się człowiekiem. Oto sformułowania szczególnie wyraziste:
dziecko jest ojcem człowieka (William Wordsworth); dorosły jest
dzieckiem dziecka, jakim był (Zygmunt Freud); dziecko wydaje na
świat człowieka (Wystan H. Auden). Zgodnie z teorią retardacji
(Arnold Gehlen) dziecko rodzi się wcześniej, niż chce tego natura”.
Wprawdzie świat jest światem ludzi dorosłych, to jednak w
każdym z nas koczuje dziecko. Andrzej Leszczyński troszczy się
o to, by pod jego piórem nie zacierała się odmienność pomiędzy
dzieckiem i człowiekiem. Jego „Ojciec człowieka” jest rodzajem
laboratoryjnej podróży – poszukiwania dziecka w człowieku,
ale przede wszystkim opowieścią o stawaniu się człowiekiem. Na
pytanie, dlaczego wchodzimy na góry, można usłyszeć odpowiedź:
bo one są. Leszczyński zauważa: „Podszyty dzieckiem jest filozof,
o którym w rozmowie z królem Fluentu, Leonem, mówi Pitagoras
z Samos: dąży do mądrości dla niej samej, nie dla wynikających
z niej korzyści (sławy, bogactwa). Zdaniem psychoanalityków
podobna do dziecięcej jest bezwarunkowa miłość matki; w tym
duchu interpretuje Erich Fromm opowieści o Edypie i Antygonie”.
Przed chwilą zacytowałem Leszczyńskiego, który z kolei za
moment zacytuje Arystotelesa, Platona, Chrystusa, Immanuela
Kanta, Fryderyka Nietzschego, Charlesa Baudelaire,a, Julię Hartwig,
Jolantę Brach-Czainę, Artura Schopenhauera, Sorena Kierkegaarda,
Aleksandra Fredrę, Antoniego Kępińskiego. Łatwo zauważyć, że
Leszczyński porusza się w bezkresnym świecie mędrców i artystów.
Pozornie spada na nas chaotyczna lawina nazwisk, zwłaszcza reprezentantów europejskiej kultury, a w rzeczywistości jest to zawsze
głęboko przemyślany wywód na określony temat/problem. Zaletą
tekstu Leszczyńskiego jest to, że z reguły stara się on uchwycić istotę
danego zjawiska/dylematu, na przykład kary śmierci, podróży,
teatru, sztuki, nauki, twórczości, mistrza, pomagania, zdrowia
psychicznego. Nasze własne przekazy różnie powstają. Wielu składa
je z lektur (dla lektur), tymczasem Leszczyński, jak mi się wydaje,
pisze, owszem, z lektur, ale ich wystudiowany efekt odnosi do
szeroko pojętego życia, żeby je intelektualnie wzbogacić. W jego
przypadku w grę wchodzi ekstremalne wyczulenie na kondycję
człowieka, wprost niezmordowana troska o intensyfikację ludzkiego
istnienia w wymiarze duchowym.
Pierwszy czy raczej osobny problem, jaki wyłania się w toku
– niechby i pobieżnej lektury – tej książki, dotyczy samego
czytania. Autor zapewnia – z nachyleniem ku: informuje – czy-
telnika, że był, owszem, dzieckiem, ale dzieckiem szczególnym,
czyli wybijającym się. Nauczył się czytać jeszcze przed szkołą.
W krótkim czasie pochłonął wszystko, co było do przeczytania
w zasięgu jego wzroku (z premedytacją nieco deformuję obraz
zmagań chłopca): „Kiedy wpadła mi w ręce książka pozbawiona
kilkunastu pierwszych stron, zabrałem się za nią natychmiast. Była
to lektura niezapomniana, wszystko zależało ode mnie. Do dziś
pamiętam niektóre szczegóły opisów i słowa wypowiadane przez
bohaterów, odczuwam tamte podrażnienia zmysłów. Wiele lat
później dowiedziałem się, że książka miała tytuł Rodzina Thibault,
a jej autor to Roger Martin du Gard; kiedy ponownie zacząłem ją
czytać, wydała mi się nudna i szybko ją odłożyłem”.
Zajdźmy od końca tego cytatu. Rozczarowanie po latach, a
zachwyt w dzieciństwie. Co to pokazuje? Ano, że lektura stanowi
nieoznaczone, stałe ryzyko przy powtórce. Najpierw się podoba,
po jakimś czasie zawodzi. I vice versa. Bądź zawsze się podoba.
Bądź zawsze, a raczej nigdy się nie podoba. W innym miejscu
zauważa: „Nie lubię egzaminować”. Zdaje on sobie sprawę z
subiektywności wszelkich ocen. Otóż pragnę podkreślić, że
czytając właśnie egzaminujemy tekst. Oceniamy i ta ocena ma
charakter subiektywny. Lektura daje dużą swobodę. Można ją
zacząć, kiedy się chce, bądź nie zacząć jej w ogóle. Ale narkoman
ma to do siebie, że musi wszcząć czytanie i, co ciekawsze, będzie
je kontynuował nawet kiedy uzna, że tekst jest nudny. Powie
sobie, coś jest ze mną nie tak, nudzę się patrząc na litery. Chyba
powinienem zgłosić się na terapię.
W s z y s t k o zależało ode m n i e, a więc Andrzejek panuje
nad żywiołem tekstu, który czyta. Nie kto inny, tylko on sprawuje
kontrolę nad tłumem przez papier (a w istocie przez niego)
uwięzionych słów. Wyraźnie widać, że ma silne przeżycie omnipotencji; z całą dobitnością jego lekturze towarzyszy magiczne
(infantylne) poczucie wszechwładztwa. Jeszcze dzisiaj odczuwa
tamte podrażnienia zmysłów. Pamięta wrażeniowy rezonans.
Domyślamy się, że głównie chodzi tu o zmysł wzroku i słuchu
(w swym umyśle przechowuje szczegóły opisów i słowa wypowiadane przez bohaterów).
Autor Ojca człowieka daje do zrozumienia, że wpadł w nałóg
czytania. Pamiętamy pewien epizod marszu w górach. Po dotarciu
na miejsce, woli czytać gazetę niż oglądać znaczący górski szczyt.
Na czytanie ciągle za mało czasu. A czas bez lektury jest czasem
straconym. Inni w jego wieku ganiali za piłką, a on za literami.
Przyjemność, nawyk, nałóg? Odpowiedź narzuca się, ale też nie
narzuca się sama.
Jeśli ktoś jest nałogowcem, to przyjmie każdą rzecz – i najlepszą, i najsłabszą. Nie o jakość się martwi, tylko o ilość, żeby w
ogóle miał co czytać. Tymczasem istotą problemu jest to, żeby
sztuka przyciągała. Ona powinna, a właściwie ona musi budzić
ciekawość potencjalnego odbiorcy, który jest adresatem możliwym, tylko wchodzącym w grę, póki się on nie załapie, póki się
on nie zaangażuje.
3 13 1
[
[
Andrzej Leszczyński zasługuje na uznanie już w punkcie wyjścia.
Potrafi on napisać sensowny tekst praktycznie na każdy temat. Z
czego to się bierze? Ano z tego, że niewiele jest rzeczy, które by go
nie interesowały. Jest doskonałym czytelnikiem. Jego pisanie nie
bierze się z irracjonalnego natchnienia, ono wypływa z rozległych
lektur. On czyta na każdy temat. A każdy temat to jakiś problem.
Najlepiej mu wychodzą teksty, które za temat mają życie – życie
jako wartość. W tym kontekście moje zastrzeżenia do tytułu książki
umierają śmiercią naturalną. Nie podoba mi się tytuł? Ale przecież
w nim chodzi o uchwycenie korzeni nas samych, jak i rzeczy, które
wytwarzamy! W tym sensie i dedykacja odzyskuje swoją godność
czy też trafność. Utwór swój Leszczyński zadedykował Dzieciom,
które są najwspanialszymi dziełami sztuki, jakie człowiek jest w
stanie stworzyć.
Biblia, Nowy Testament, Immanuel Kant, George Bernard Shaw,
Georg Simmel – na niecałych dwóch stronicach tekstu. Co krok
to intelektualny brylant. Dzieło Leszczyńskiego jest wysadzane
szlachetnymi kamieniami.
Myśliciele są tu wystrzeliwani w stronę czytelnika jakby z karabinu maszynowego. Celując do problemu, plują myślą skojarzoną
z dylematem. Leszczyński zaprzęga ich do roboty, by rozwiązać
postawiony problem.
Zawsze nużyli mnie erudyci. Leszczyński najwidoczniej nie
jest typowym erudytą. Dzieli się z czytelnikiem przekonaniami,
ale i wątpliwościami. Z reguły przemawia we własnym imieniu.
Warto pamiętać, że wiedzę dzielę z innymi, a z przekonaniami
startuję osobiście. Jak zamienić wiedzę na przekonania ewentualnie niewiedzę? Czy można oduczyć się tego, co wszyscy
wiedzą? Poskramianie wiedzy, to poważne wyzwanie, jakie
staje przed twórcami. Jak udać niewiedzę, gdy już się wie?
Jak zdobycie samoświadomości jest trudne, tak też wydaje
się, że proces odwrotny jest jeszcze trudniejszy. No bo jak
udawać niewiedzę, gdy się wie? Już łatwiej przychodzi twórcy
udawanie wiedzy, gdy jej nie posiada. Rodzą się dalsze pytania.
Jak wiedzę abstrakcyjną zamienić na konkretną? Jak ożywić
wiedzę „martwą”? Przed podobnymi dylematami staje nie
tylko na przykład powieściopisarz, ale i eseista z prawdziwego
zdarzenia. Właśnie taki eseista musi dbać o swoistą równowagę
między wiedzą abstrakcyjną a konkretną.
Ciekawa jest strategia pisarska autora Ojca człowieka. A jest ona,
jak mi się wydaje, umiarkowanie cytatologiczna. Jeśli już powoływać
się na kogoś, to na autorytet w danej dziedzinie. Zresztą nawet
3322 Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Przyjrzyjmy się okruchowi pod tytułem „Zarzut kłamstwa”.
Zarzut kłamstwa bywa ciężkim i groźnym oskarżeniem, zwłaszcza w polityce. Leszczyński wzywa do umiaru: „Trzeba odróżnić
kłamstwo od fałszu, a prawdę od prawdomówności – po to,
by móc zbudować dwie różne opozycje: (1) prawda – fałsz;
(2) prawdomówność – kłamstwo. Pierwsza opozycja ma
charakter epistemologiczny i dotyczy poznania. Druga jest
nacechowana moralnie, mówi o złej bądź dobrej woli związanej
z wypowiadanym sądem. Kiedy mówię, że dwa plus dwa to
pięć i jednocześnie tak myślę – mylę się, ujawniam ignorancję,
wypowiadam zdanie fałszywe.
Kiedy jednak mówię, że dwa i dwa równa się pięć, choć wiem,
że cztery – kłamię, ujawniam złą wolę: to oszustwo, nie błąd czy
omyłka”. Czytelnik chciałby wiedzieć, jak, w jaki sposób można
stwierdzić, że mamy do czynienia z kłamstwem, nie z omyłką.
Leszczyński chętnie wyjaśni: „Nie ma tu zbyt wiele miejsca na
spekulacje: należy poznać myśl (intencję, zamysł, pobudkę) i
porównać ją ze słowem. Brak różnicy wskaże prawdomówność,
odmienność pozwoli stwierdzić kłamstwo. Tu jednak wyrasta
bariera poznawcza, trudność związana z poznaniem czyichś myśli.
Chodzi w tym wypadku o dotarcie do myśli człowieka dorosłego;
problem ten nie dotyczy dziecka, istoty homogenicznej i spójnej
wewnętrznie. Dziecko nie potrafi kłamać. Naturalne formy dziecięcej
ekspresji – myśl, słowo i czyn – nie są (jeszcze) oddzielone od
siebie. Co pomyśli bądź odczuje – powie i zrobi. Kiedy nie lubi
kogoś, mówi mu o tym i odpycha go”. W bardziej złożonej sytuacji
znajduje się dorosły: „Wzajemna autonomia myśli, słów i czynów
to cecha zaświadczająca o dorosłości. Dorosły człowiek jedno
myśli, drugie mówi, coś jeszcze innego zrobi. Jeśli jest inaczej,
znaczy to, że niezależnie od wieku zachował w sobie dziecięctwo
(choć nie dzieciństwo: chodzi tu o cechę bytową, nie biograficzną).
Wskazany wyżej schizoidalny stan dorosłości wywołuje zazwyczaj
ambiwalentne doznania. Z jednej strony wiąże się z dyskomfortem
związanym z koniecznością <pilnowania się>, <grania>. Z drugiej
– jest źródłem poczucia ograniczonej choćby wolności w świecie
społecznej opresji. Nie wszystko można powiedzieć, tym bardziej
zrobić, ale pomyśleć można to, co się chce: cogitationis poenam
nemo patitur (myśli nie są karalne)”. Czy to, co powiedzieliśmy,
rozwiązuje problem? Nie, problem pozostaje i brzmi następująco:
„Jak dotrzeć do czyjejś myśli, by stwierdzić kłamstwo, wiedząc, że
myśl może być inna aniżeli dostępna poznawczo sfera zewnętrznego wyrazu?” W tym momencie warto powtórzyć wezwanie do
umiaru w zarzucaniu komuś kłamstwa. Leszczyński tak pointuje
swój miniesej: „Gdyby nie udało się komuś poskromić pragnienia
wglądu w ludzkie wnętrze, winien chociaż liczyć się z możliwością
(należałoby powiedzieć: koniecznością) błędnego widzenia. Powinien w związku z tym unikać kategoryczności sądów, niepewność
interpretować na korzyść osądzanego. To postulat sądu życzliwego,
nakazującego choć tyle, by nie twierdzić fałszywie przeciw komuś.
Lepiej zobaczyć kogoś lepszym niż jest, niż gorszym niż jest, bo jaki
jest, tego nie wiadomo”. Leszczyński da się lubić za liczne słowa,
które mistrzowsko głosi, a już najbardziej za ową niewiadomą,
która dotyczy dorosłych.
autorytet z reguły niewiele istotnych rzeczy ma do powiedzenia.
Leszczyński bierze więc z innych autorów jak najmniej tekstu. Przy
takim postępowaniu owe małe porcje myśli układają się wręcz w
aforyzmy. Nie tracąc swej godności, Andrzej sypie autorami jak z
rękawa! Gdyby dłużej cytował, dany autor mógłby się czytelnikowi
znudzić. Tak oto Leszczyński może nie tyle bezkarnie, co nienagannie uchodzić za erudytę specyficznego, który nie szasta wiedzą,
tylko obdarowuje nas przekonaniami, że trafnie dobrał myślicieli
do zgłębienia postawionego problemu. Choćby z tego względu
powinniśmy uznać, że jest wytrawnym eseistą. Powiem więcej. W
pewnym sensie jest on geniuszem. Ze swobodą cyrkowca cytuje
owych Wielkich, przepuszczonych przez filtr czasu – często wielu
epok. Tak, przywołuje ich i na swych łamach gości, bo wcześniej ich
przeczytał, przestudiował, przemyślał. Tylko on tak solidnie potrafi.
Cytaty w jego przywołaniu poddane są olbrzymiej kompresji. Ich
zadaniem jest uchwycić istotę jakiegoś zjawiska czy problemu.
Skądinąd także atrakcyjną może się okazać procedura odwrotna.
Im mniej z górnej półki zaangażowanych cytatów, tym większy
czytelniczy podziw dla każdego autora, w tym również autora
Ojca człowieka.
Przyjmując postawę lekko filozoficzną, możemy bez szczególnego lęku przyjrzeć się pewnej niechęci wobec własnego kresu.
A mianowicie, póki żyjemy, nie możemy zaakceptować śmierci,
a jednocześnie musimy ją zaakceptować.
Leszczyński uświadamia nam, że z lektur można uczynić podróż
bez końca. Aby czytać przyjemnie, trzeba wyrobić w sobie pragnienie czytania. Lektury świata nie da się, po prostu nie można
zaspokoić. Zawsze pozostanie owa ekscytująca ciekawość, co
tam za horyzontem. Na przykład za horyzontem snu: „Moje sny
to obrazy pozbawione barw, także barwy białej i czarnej. Obrazy
pozbawione najprostszych nawet form. Zdarzenia, urywki rozmów,
odczuć, nagłe, czyste znaczenia. Często pojawia się w nich motyw
straty (zostawienia, zgubienia, kradzieży) torby na ramię, jaką
wciąż noszę z dokumentami, pieniędzmi. Jak gdybym nie potrafił
sobie bez niej poradzić. Rzeczywiście, towarzyszy mi wszędzie, na
wykładzie, w teatrze, zdarzało się że i w tańcu”. (Ów powtarzający
się motyw snów wskazuje na pierwotny, nieusuwalny lęk przed
stratami; w trosce o zachowanie dobrego smaku nie będę go
nazywał lękiem kastracyjnym). I za chwilę, jakby na zakończenie
(niewyraźnie naszkicowane), choć być może bardziej na nowy
początek: „Śnił mi się dziś ojciec. Po przebudzeniu myślałem o
jego wojennych losach, o których niewiele wiem. Zawsze mówił
o sobie niechętnie, miał poczucie przegranej”. (W tym momencie
zasugeruję domysł, że syn nie tylko o ojcu wojennym niewiele wie;
on niewiele wie o ojcu w ogóle. Ojciec jest więc nie tyle nieznany,
co obcy). Na te wojenne losy składa się m. in. fakt, że był jednym
z 316 cichociemnych, pseudonim „Żal”. Ojciec synowi wyjaśnił
kiedyś, że dopiero przed samym skokiem bojowym nadawano
im właściwe pseudonimy, a ponieważ z żalem zostawiał wtedy
w Szkocji miłe towarzystwo, na lotnisku rzucił na odczepnego, że
niech w takim razie będzie „Żal”. Czy angielski dowódca zapisał po
angielsku „Regret”, nie wiadomo, ale raczej nie. Za to pewną rzeczą
jest, że z powodu błędnych rozpoznań służb meteorologicznych
ojciec wylądował (nocą z 16 na 17 lutego 1943 roku) nie tam, gdzie
planowano. Dokładnie – „nie tam, gdzie trzeba”. Na domiar złego,
jak pisze syn, z białym spadochronem i w białym kombinezonie
na czarnym, a nie – jak się spodziewano – białym polu. Kiedy
dotarł na Litwę, do Szczuczyna, wyglądał tak, że mama wzięła
go za żebraka. Będąc oficerem dywersji zachowywał się wbrew
wszelkim konspiracyjnym zasadom. Nieostrożnie odwiedzał matkę.
Tropili go enkawudziści. Podczas jednej z takich wizyt otoczyli
dom i już, już go mieli, ale zdarzył się cud. Leszczyński pisze: „Po
wojnie ojciec zmieniał kilkakrotnie nazwisko, mamę aresztowało
UB, siedziała w kobiecym więzieniu w Fordonie koło Bydgoszczy.
Ojciec po raz kolejny zachował się w sposób nieodpowiedzialny,
podczas transportu z kilkoma kolegami odbili mamę, strzelali do
ubowców. Pod kolejnym nazwiskiem pracował w starostwie w
Chodzieży, gdzie się urodziłem”.
Jak widać, pytanie o wojenną tajemnicę ojca przynosi dającą
do myślenia odpowiedź, która to ma do siebie, że przewrotnie
wskazuje na konieczność ujawnienia historii syna. Syna, który
się martwi zachowaniem ojca. Właściwie powinienem napisać:
zachowaniem się ojca. Bowiem jego zachowania naprawdę są
niesamowite, a przez to niezrozumiałe, niepojęte. Właśnie takiego
ojca jest dziecku trudno w sobie utrzymać (przy zdrowych zmysłach
zachować). Syn zauważa, że jego ojciec tkwi jakby w gorączce; że
jego postępowaniem rządzi jakaś absurdalna przypadkowość. Tak,
życie ojca wisi na włosku. Ląduje nie tam, gdzie należy czy powinien.
Jest cudem ocalony. Miał pójść na zatracenie, zginąć, ale oto jest
wśród żywych. Nie powinien wyjść z opresji, a jednak! Ryzyko
niebywałe; szarżowanie, brawura, strzelanie na oślep i co? Ginie?
Skądże, wychodzi obronną ręką! Powtórzmy, istnienie ojca jest
nieskończonym łańcuchem nieprzewidywalnych, zaskakujących
wydarzeń, które następnie – z perspektywy przeszłości – jakoś
prostują się, a nawet stają się sensowne. Ten, który jawnie lekceważy
sobie niebezpieczeństwo, ściga się ze śmiercią, powinien paść, a
jednak ostatecznie wygrywa – uchodzi z życiem. Uogólniając
narrację syna, widzimy ojca jak na dłoni. Jest on, łagodnie mówiąc,
lekkomyślny, a tak naprawdę irracjonalny; chwilami sprawia wrażenie wręcz szalonego, ale zarazem jest przepaścisty, niezgłębialny.
Co więcej, rodzi się przekonanie, że świat jest otchłanią, a życie jest
żywiołem. I ojciec to jest ten człowiek, który już, już idzie na zatracenie. Spada nie tam, gdzie powinien. Jest złowieszczo nieadekwatny
do otoczenia. Jest łatwym celem – w białym kombinezonie. Zginie,
jeśli będzie postępował tak niedorzecznie i jeśli los się do niego
po raz kolejny nie uśmiechnie. Bo żeby wygrać ze śmiercią, trzeba
opatrzność mieć po swojej stronie. Ale i syna zaczynamy niechcący
mieć na rozżarzonym widelcu. Właśnie Andrzeja C. Leszczyńskiego,
autora gigantycznego, by nie powiedzieć demonicznego Ojca
człowieka. I to pytanie, co jego prześladuje? Moim skromnym
zdaniem prześladuje go obawa, że to, co się ma – cokolwiek by
to było: talent, dobry humor, mieszkanie, dom, przyjaciel, uczelnia,
zdrowie – szalenie łatwo stracić. Jedynie nieprzyjaciół nie traci się
na życzenie. Wrogowie rodzą się namiętniej niż grzyby po deszczu.
Zwłaszcza ci, którzy chcą tanio triumfować, pysznić się wątpliwą
wygraną. Tymczasem człowiek – właściwy mieszkaniec tej ziemi
– stworzony jest do czytania. Do czytania – oto najgłębszy wgląd
w tajemnicze przeznaczenie istoty ludzkiej. Człowiek jest tajemnicą
– nie wie, skąd przychodzi i dokąd zmierza. Mimo to chce osiągnąć
prawdziwe wejrzenie w swoje położenie. No więc Leszczyński
uroczyście by mu podpowiedział, że ostatecznym przeznaczeniem
istoty ludzkiej jest głębsza, czyli powtórna lektura. Wskutek czytania
mroki świata, ale i umysłu rozstępują się, dręczące niewiadome
ustępują. Jednak z zasady tylko na chwilę.
Czesław Dziekanowski
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Katarzyna Boruń-Jagodzińska
Kiedy
Dom żyje
Bo ma.
Po dachu kuny.
Gonią się dosłownie
Bo jesień za progiem
Dom żyje
wyjeee kominem
Po dachu swoim
goni się kunami
W nocy w dwójnasób
Żyje
Na dach
Padają strzały żołędzi
Dom, dom, dom!
Tupot nad głową,
W ścianach piszczy, skrobie, biega.
Rozsycha
się, kurczy
wibruje
w dziurze nad oknem
szerszeniami.
Mnie to nie przeszkadza
najwyżej
Mój Dom
zegarem co godzinę bije
o ścianę,
– Ciszej tam, łobuzy!
A on co godzinę
a kuku!
Kanapony
Talerze pękają
pod nieobecność
złośliwie
szklanki nabierają
szczerb
zaskakujących krwawo.
Łyżeczki kryją się po kątach.
Nie, nie kryją się,
znikają
i to nie tylko srebrne
i to nie tak,
że ktoś chucha,
wyciera o klapę,
przegląda się we wklęsłym zwierciadle,
i chowa do wewnętrznej kieszeni.
Udowodniono,
wprawdzie nie naukowo,
że łyżeczki podlegają
samoistnej redukcji,
dokonują samoczynnych aportów
i teleportacji.
Z woli niczyjej,
a nie ma.
Letnia woda
Myjemy się.
Umywamy się.
Do siebie.
Szybko.
Bo ranki zimne.
Wieczory późne.
Ranki i zadrapania
pieką.
Szczypią
Się
Myjemy.
Nie zdejmując
staników i medalików,
bo inni są
ale nie śpią.
Ciurczy
blaszane
wody
lanie.
Ach, gdzież te brzęki
studzienne
i poschodne!...
Jeszcze tanie
emaliowane
wiadro
miednica
dzbanek
O, ta już
nie.
Już nie.
Tanie
wtedy tanie.
Stali bywalcy
kamienistych strumieni.
Następnego roku
spotykamy
starych znajomych
z coraz większą
rdzawą
dziurą w boku.
A potem z górki
do potoku
i do zmroku
sławy
przemijania
świata.
Zmierzchu
Bogów.
Luuuu!...
Do rozpadu
Ładu.
Półleżąc łatam płaszcz słuchając transmisji opery.
Tym sposobem wchodzę do obrazka w elementarzu;
wokół stołu rodzina
w ramach oszczędności pod jedną lampą
matka ceruje, haftuje na tamborku,
lub robi grubą skarpetę
ojciec czyta gazetę, dziadek radiem kręci,
starsze dziecko nad zeszytem,
młodsze popycha pociąg
popycha pociąg,
lokomotywą z kominkiem,
babka, no właśnie, co robi babka,
może kołysze najmłodsze.
Jestem w ilustracji!
Ileż to razy chcieliśmy w dzieciństwie wejść do obrazka
Wkroczyć pomiędzy zamki, rycerzy i wróżki.
A tu przywiązana do stołu, wokół którego prababcia odbywa podroż
włażę do obrazu,
gdzie nie gadamy do siebie,
gdzie słuchamy radia,
uwiązana na włóczce nigdy naprawdę tej ryciny nie opuściłam.
Włóczy sie za nami, koło nóg
kłębuszek z kotem
kobiet z nigdy nie próżnującymi dłońmi,
do tego stopnia, że
ręce bezczynne tylko we śnie , w chorobie, w trumnie,
nie całkiem,
w ciężkiej chorobie
głowa już nie pracuje,,
a one
międlą kołdrę, szczypią prześcieradła, skrobią opatrunki, szarpią zapięcia,
we śnie zaciskają chusteczkę do łez ,
w trumnie różaniec im utknął na jednej zdrowaśce
zacięte kulkowe łożysko
zardzewiały stawy.
My przyzwyczajone
przyczajone
dłonie,
rozluźniamy się.
Nitką przyszyta do stołu z papieru i druku
chociaż mój własny dorosły stół utonął w chaosie
włażę do ilustracji
gdzie słuchamy radia
my kobiety z nigdy nie próżnującymi dłońmi
zwijamy wełenkę ,
nauczone, że czyste słuchanie jest lenistwem,
(stąd) niektóre (nawet) w filharmonii szydełkują,
robią na drutach
i na placu straceń.
Gdzieś jednak na Ziemi muszą się znów pojawić.
Ciekawe w czyjej filiżance
nagle zakręci się moja zaginiona łyżeczka.
Komu nagle ich nadmiar kipi
z szuflad.
W czyich ustach parzy.
Fot. Sybilka Storie
Gazeta literacka
333
POEZJA
(to proste wiejskie życie)
Lubię
Dookoła stołu
Ubywania
jeszcze nie zmierzch raczej ospałość letniego popołudnia
które zaległo w śpiącym kocie wtulonym w brązowy koc
tyle jeszcze kierunków stron rozwidleń skrzyżowań
gdy jednak przyjrzeć się im z bliska
przy wielu z nich można zauważyć znak ślepej ulicy
masywne tau które nie kruszy już skał
jeszcze nie panika ale już solidnie zagnieżdżony lęk
przechodnie niby przechodzą domy niby stoją
słowa się słowią a gesty odbywają swe codzienne rytuały
wystarczy jednak trzask pękającego na mrozie pnia
albo rzężenie dachowej więźby na wietrze
żeby włókna drgawek zostały wprawione w ruch
jeszcze nie bankructwo ale już pośpieszna wyprzedaż ryzyka
żeby ratować rzecz trwałą - chwilową iluzję pewności
a przecież wiatry wieją morza się mnożą głowy główkują
jak tu innym głowom wybić z głów to co lęgnie się w ich głowach
głaszczesz skórę drzewa a tu drzazga otwiera ci żyły
otulasz główkę dziecka w której być może kiełkuje mord
jeszcze w pozycji pionowej ale już z ciągotami do zalegania
solidne marszruty codziennych polegiwań
antrakty leżeń skreślające kawałek po kawałku
fabuły zdarzeń scen i epizodów
wytrwały trening aby nie zostać zanadto zaskoczonym
kiedy nadejdzie kiedy teraz i już
Fot. Jerzy Suchanek
POEZJA
Grzegorz Kociuba
Znikania
17. 08. 2012
kręgi na stawie zanikanie w dreszczach
a może opadanie i przemiana w ciemność
Nieuniknione
stopa na skale dłoni wymyka się lina
i ciało na kamieniach jak zgubiony sweter
kiedy ledwie wyczuwalne drżenie zaczyna występować z brzegów
oczy mogą co najwyżej brodzić w rojach motyli
które przylatują nie wiedzieć skąd
i mnożą się z prędkością zaciekle pracującej kopiarki
w pubie u zbiegu ulic czekam na kogoś
kto spiesząc na spotkanie nie oczekuje nikogo
szczeliny w ścianach nagle ożywają
i pełzną w stronę korzeni
jakby glina pomyliła się im z gniazdem
a piasek ze źródłem
19. 08. 2012
***
kiedy więc ledwie wyczuwalne drżenie mnoży sieci
z prędkością wściekle pracującej kopiarki
szykuj ząb grzechotnika albo kolec skorpiona
bo nie wiesz ostatecznie którego przyjdzie ci użyć
jak tu zamieszkać w drzewie otwartym przez piorun
panika drzazg kolców odłamków włókien
które przed chwilą płynęły korytem pnia
a teraz przypominają kopnięte mrowisko ścięte mrozem
wobec drzewa otwartego przez piorun
rozpłatany wół Rembrandta albo Soutine’a
to prawie legowisko witające wędrowca
obietnicą wytchnienia w gnieździe snu
jak więc zbliżyć się do drzewa otwartego przez piorun
może drzazgą naciąć skórę
i zawrzeć spóźnione braterstwo krwi
albo wydać siebie na pastwę kolców
bo tylko cierniem można zszywać ranę
która jątrzy i jątrzy w każdym z nas
17. 08. 2012
17. 08. 2012
Słuchania
Oddalenia
wieczór rzuca kotwicę która zahacza
o pień gruszy a może słupek ogrodzenia
cmentarze przyjmują pensjonariuszy sumiennie i bez ograniczeń
w każdym oddzielają starannie krzątaninę od spokoju zwanego wiecznym
więc jednak można się ze sobą rozstać bez pretensji i histerii
przyrzekałem sobie co prawda wierność ale tylko do grobowej deski
ręce wiszą wzdłuż tułowia jak uschnięte liany
gdzie im marzyć o przymierzu z dłonią
albo o splataniu w powietrzu mostów
po których idą błękitni wędrowcy
czółna krwi ciągle płyną
ale oddychają z wysiłkiem
bo niewidzialny oścień
kaleczy ich dna
świerszcze szczypczykami cykania
łapią mnie za koszulę
liście porzucają szelesty gdzie popadnie
a potem milkną zdumione
taki się sobie przytrafiam że chociaż słucham
jakbym nie dosłyszał i nie dosłuchiwał
25. 08. 2012
Wyczekiwania
ilekroć stajesz przed szybą szyba rośnie w tobie
więc zawsze tu i tam nieustannie po tej i po tamtej stronie
jakby zapowiedź że wiele jest szczelin pasaży furtek
przez które możesz się wymknąć z pożytkiem dla siebie
w ciemności widać jakby wyraźniej
oko uwalnia się unosi odlatuje
ale zanim ostatecznie porzuci widzialne
powisi jeszcze trochę nad skałami i piachem Arizony
tyle kotwic chybocących na wietrze
i ani śladu lądu
przydarzam się sobie rozmaicie
i na ogół daje się ze sobą wytrzymać
ale to nie to samo co decydujący atak na szczyt
po którym wcześniej zakładane obozy przestają być potrzebne
25. 08. 2012
27. 08. 2012
3344
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Maria Jentys-Borelowska
Przyczynek do biografii Jana Drzeżdżona
Podbić świat!
W archiwum pisarza, pośród listów od przyjaciół i znajomych
z zagranicy, znaleźć można nader interesujące dowody na to,
że czynił on, co mógł, aby zwrócić na siebie uwagę wydawców
ze Szwajcarii, Anglii, Norwegii, USA. Wysyłał im swoje polskojęzyczne książki – otrzymywał lakoniczne i zdawkowe odpowiedzi
odmowne. Niezrażony, zaczął im wysyłać swoją jedną powieść,
wciąż tę samą, we własnym mniemaniu: najlepszą, Czerwony Dwór
– w... przekładach. Ale nic to nie dawało, wydawcy zagraniczni
niezmiennie odpowiadali: dziękujemy, nie.
Owe nieprofesjonalne, żenująco nieudolne przekłady, wykonane dla Jana Drzeżdżona przez domorosłych tłumaczy, były
metodologicznym błędem: zamiast otwierać mu drogę na Zachód
– zamykały ją. On zdawał się tego nie rozumieć. Oto z właściwą
sobie ufnością i naiwnością powierzył arcytrudne i arcyważne
zadanie, jakim było tłumaczenie powieści-metafory, powieści-wizji, powieści-snu, znajomemu z Kaszub, Józefowi Finchowi,
tylko dlatego że, żyjąc w Anglii, opanował on biegle codzienny
język angielski, za to duchem i umysłem był wciąż – zdaniem
pisarza – Kaszubą. A to stanowiło wszak gwarancję, że Finch
nieomylnie odda swoją nabytą angielszczyzną istotę rzeczy.
A może po prostu korzystał z pierwszej lepszej okazji, jaka się
nadarzyła, bo z czegóż by opłacił zawodowego tłumacza?! A Józef
Finch propozycję przyjął, choć nie bez zastrzeżeń. Dnia 2 marca
1988 roku pisał do Drzeżdżona z Wigan w Anglii:
Drogi Panie Janie,
list od Pana, który otrzymałem już trzy tygodnie temu,
sprawił mi ogromną przyjemność, gdyż przypomniał mi
nasze spotkanie u Państwa we Władysławowie. [...] Czerwony
Dwór otrzymałem dopiero trzy dni temu! Oto sprawność
naszych poczt! Na razie tylko pośpiesznie przejrzałem
ową książkę i zauważyłem strasznie „mnogo” przenośni,
abstrakcji, symbolizmu itp., i trochę mnie przeraża, czy
podołam przetłumaczyć „ducha” tej pracy. To mój „pierwszy
raz”, a ja nie jestem literatem, tylko zwykłym nauczycielem
chemii. Ale jeśli Pan mi ufa i pozwala, spróbuję – „I’ll have
ago”. Ale tak na serio zacznę dopiero w drugiej połowie
kwietnia. [...]*
Jak się zdaje, Józef Finch nie wywiązał się z podjętego zadania.
Zapewne połamał sobie zęby przy pierwszej próbie wgryzienia się
w niezwykłą materię utworu. Ze wzmianki zawartej w liście Jana
Drzeżdżona do niejakiego Philipa Rotha, poleconego mu mylnie
jako „najlepszy” amerykański wydawca, wynika, że na język angielski przełożyła Czerwony Dwór Katarzyna Mostkowska, anglistka
z Uniwersytetu Gdańskiego. I chyba w jej przekładzie trafił Red
Manor do dwóch angielskich wydawców, ażeby niechybnie paść
ofiarą bezlitośnie uprzejmej obojętności. Z datą 20 sierpnia 1990
roku otrzymał Jan Drzeżdżon pismo od londyńskiego wydawcy
Andre Deutsch LTD, zawiadamiające, że jego utwór „is not suitable
for our list”, i przepraszające za niepodanie powodów odmowy
(„we are unable to give reasons for our decision – we receive so
many submissions”). Drugi list tej samej niemal treści, z datą
9 października 1990 roku, dostał pisarz od polskiej Agencji
Autorskiej, która pośredniczyła w pertraktacjach między nim
a wydawnictwem Penguin Books. Standardowa formuła wydawcy
ograniczała się tym razem do słów: „it isn’t quite suitable for her
[Executive Editor] list as it stands”.
Sławny w Polsce autor zaczynał znowu od zera. Jeszcze raz,
jak przed laty, był obcym w Mieście Automatów, był nikim, a
jego Red Manor, do którego przywiązywał tak wielką wagę, który
traktował jak swoje najważniejsze, ostateczne przesłanie, był tylko
jedną „z tak wielu” propozycji. Czym wytłumaczyć obojętność
wydawców: nieudolnością przekładu czy nieczytelnością dzieła?
A może jednym i drugim? Bo przecież polski czytelnik już wtedy
także przestawał rozumieć pisarza z Kaszub.
Z korespondencji ze znakomitym szwajcarskim znawcą literatury
polskiej i jej wybitnym, profesjonalnym tłumaczem, profesorem
doktorem Rolfem Fieguthem z uniwersytetu we Fryburgu wiadomo,
że mniej więcej w tym samym czasie powstał również niemiecki
przekład Czerwonego Dworu – Der Roter Hof, wykonany także na
prywatne zlecenie autora i przez anonimowego amatora. Wiadomo
o tym z listu Rolfa Fiegutha, z dnia 26 marca 1988 roku, w którym
uczony polonista z Fryburga uprzejmie zapewnia swego kolegę z
Gdańska (gdzie prawdopodobnie poznali się w lecie 1986 roku),
że „chętnie przeczyta” jego powieść Czerwony Dwór „w polskim
oryginale oraz w przekładzie niemieckim”, jak tylko oba teksty
„dojdą” jego rąk. Obiecuje też pomoc w znalezieniu wydawcy, ale
przestrzega przed robieniem sobie zbyt wielkich nadziei.
Ciekaw zresztą jestem ogromnie – pisze – jak wypadnie
niemiecki przekład zagadkowego Kogoś, o którym Pan
wspomina. Po lekturze będę wiedział jaśniej, do kogo miałbym
się zwrócić w tej sprawie.
Zastrzegam się jednak co do dwu spraw. Nauczony gorzkim
redaktorskim i recenzenckim doświadczeniem powiem, że
większość przekładów prozatorskich z literatur słowiańskich jest
po prostu do luftu. Dalej zaznaczam, iż znalezienie wydawnictwa
nie należy do spraw łatwych, tym bardziej że literaturę polską
co prawda obficie się u nas przekłada i wydaje, ale z reguły
z mizernym skutkiem komercjalnym. Większość wydawców
aż boi się Polaków i ich tubylczych sprzymierzeńców. [...]
Jednym słowem, radzę nie żywić zbyt wygórowanych nadziei.
Listem z dnia 14 lipca 1989 roku – listem, który zachował się
w brudnopisie – Jan Drzeżdżon zawiadamia profesora Fiegutha,
że kilkanaście dni wcześniej wysłał mu dwa maszynopisy: Czerwony Dwór i Szaloną Monikę. Zaznacza przy tym, że Czerwony
Dwór jest w językach polskim i niemieckim, Szalona Monika tylko
w polskim. „Chodziło mi o to – wyjaśnia – aby Pan się przyjrzał
tłumaczeniu i ewentualnie polecił to wydawcy. A o Szalonej
Monice chciałbym znać Pańską opinię jako o utworze literackim
mogącym liczyć na niemieckojęzycznego czytelnika”.
Odpowiedz z Fryburga nadeszła 20 października 1989 roku i
brzmiała nastepująco:
Drogi Panie, donoszę Panu, iż nareszcie znalazłem
czas chociażby na rozpoczęcie lektury Pańskiej powieści
Czerwony Dwór. Początek oryginału podoba mi się i mogę
sobie wyobrazić już teraz, iż w przyszłości podejmę próby
znalezienia wydawnictwa niemieckojęzycznego. Natomiast
przekład niemiecki wydaje mi się zbyt mało przekonywającym;
zbyt wyraźnie został sprządzony przez osobę nie władającą
niemieckim jako pierwszym językiem literackim. Ale zawsze
będzie można go pokazać któremuś z pracowników danego
wydawnictwa, który się bliżej zainteresuje projektem. Nie
wykluczam zresztą, iż zacznę starania od Szalonej Moniki,
chociaż tej rzeczy jeszcze nie czytałem. [...]
Powstał jeszcze przekład Czerwonego Dworu na język norweski – Den Røde Herregården, wykonany również w Polsce, przez
nieznaną tłumaczkę. Niestety, Norwegowie również pozostali
nieczuli na poetycką prozę pisarza z polskich Kaszub. Przyjaciel
i rzecznik Jana Drzeżdżona w Norwegii, Johan Heyerdahl z Oslo,
w liście z 20 lipca 1989 roku napisał na ten temat m.in.:
Dear Jan. Thank you so much for your last letter and the
manuscript. For the first time I have been able to read and
understand some of your works. I like and enjoy your poetic
stile very much, but as you mention in your letter, it is absolutely
essential the way it is translated. The distance between the
superb and the banal can be very small. I feel that your translator
has done a very good ground work, but s h e [podkreślenie
M.J.-B.] has not picked up the poetic qualitis in your text.
The way the big Norwegian publishing houses, like
Gyldendals, now are working it is very very difficult to get
in. Less and less quality books are translated and published in
Norwegian. I am very sorry and concerned about this. Perhaps
the only solution is to start my own publishing house? [...]
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Jak wiadomo, wszystkie starania Jana Drzeżdżona o zaistnienie
na europejskich i amerykańskich rynkach księgarskich spełzły na
niczym, żadna z jego książek, którymi tak bardzo chciał olśnić i podbić świat – ani Red Manor/ DerRoter Hof/ Den Røde Herregården, ani
Szalona Monika – nie zdołała przebić się przez zapory konwencjonalnych gustów czy też komercyjnych potrzeb. Pożółkłe, zakurzone,
spoczywają w letargicznym śnie na półkach władysławowskiego gabinetu pisarza i tylko od czasu do czasu budzi je ktoś, kto
z równym jak Jan Drzeżdzon uporem szuka Czerwonego Dworu.
Maria Jentys-Borelowska
* Wszystkie cytowane listy pochodzą z archiwum pisarza, które
znajdują się w domu Jana i Urszuli Drzeżdżonów we Władysławowie i
które zostało mi udostępnione przez Wdowę.
Gazeta literacka
3 53 5
ESEJ
Podbudowany sukcesami wydawniczymi i księgarskimi; podgrzany zachwytami krytyków i czytelników;
umocniony nagrodami i wyróżnieniami, które spadły nań jak przysłowiowy życiodajny deszcz po latach posuchy,
żeby wymienić choćby tylko najważniejsze: nagrodę Wielkopolskiego Towarzystwa Kulturalnego i Wydawnictwa
Poznańskiego za Wóz Drzymały w roku 1972, nagrodę im. Wilhelma Macha za Upiory w roku 1975, nagrodę
im. Stanisława Piętaka za Oczy diabła w roku 1976, nagrodę Ludowej Spółdzielni Wydawniczej i Związku Literatów
za Wieczność i miłość w roku 1977, a wreszcie ważny dla Kaszubów Medal Stolema; ośmielony rozgłosem prasowym
i powodzeniem rynkowym Karamoro i Twarzy Boga, Jan Drzeżdżon zaczął myśleć o podboju Europy i Ameryki.
To pragnienie spędzało mu sen z powiek, kazało działać, szukać dróg, odnawiać dawne zagraniczne kontakty.
Miał ich wiele, spędził przecież cały rok (w obrębie lat 1973-1974) na kontynencie amerykańskim jako stypedysta
Fundacji Kościuszkowskiej, a następnie trzy miesiące w Norwegii (od listopada 1978 do stycznia 1979) jako stypendysta rządu norweskiego, poznał tam wielu ważnych ludzi ze świata literatury i nauki i dał im poznać siebie.
R O Z M O WA
KRAWIEC, czyli powrót poematu dygresyjnego
Z Tomaszem Sobierajem rozmawia Janusz Najder
Janusz Najder: Twoje utwory nie ukazują się chronologicznie.
Z dziwnym upodobaniem wprowadzasz zamieszanie. Także
Krawiec nie jest twoją ostatnią napisaną książką.
Tomasz Sobieraj: Ostatnią jest mikropowieść Ogólna teoria
jesieni. Krawca napisałem blisko cztery lata temu, ale zwlekałem
z wydaniem, bo to tekst miejscami polemiczny i chciałem sprawdzić, czy się nie zestarzeje.
J.N.: I?
T.S.: Nie zestarzał się.
J.N.: Ten utwór nawiązuje w formie do modnego w dziewiętnastym wieku poematu dygresyjnego, łączącego elementy
liryczne z dyskursywnymi, epickie z refleksyjnymi. Skąd
pomysł, by sięgnąć do tego romantycznego gatunku poezji
narracyjnej?
T.S.: Zawsze miałem skłonność do przekraczania granic
pomiędzy rodzajami literackimi, bawiłem się kategoriami estetycznymi, a poemat dygresyjny pozbawiony jest klasycznych
rygorów, cechuje go bliska mi dyskursywność i ironia. Lubię
Słowackiego, który ten romantisch-ironisches Epos wyniósł na
szczyty, lubię Byrona i Puszkina. Ponowna, po kilkunastu latach,
lektura Beniowskiego, Don Juana i Eugeniusza Oniegina sprawiła,
że zdania, wersy, strofy, które miałem gdzieś w głowie jako
zalążki osobnych wierszy czy epizody opowiadań, zaczęły się
układać w dłuższy tekst fabularny, z czasem przeplatany coraz
liczniejszymi dygresjami dotyczącymi sztuki, filozofii, metafizyki
i – co nie mniej ważne – dzisiejszej literatury. Po przeniesieniu
na papier, dodaniu dialogów i zredukowaniu roli tradycyjnej
fabuły, powstała forma dosyć niezwykła, lekceważąca konwencje
kompozycja, która łączy w sobie cechy poematu, opowiadania,
eseju filozoficznego, tekstu publicystycznego.
J.N.: Są też w Krawcu elementy dramatu, groteski, satyry z
jej niekiedy niewybrednymi środkami, jak pamflet, paszkwil
czy inwektywa. Nie obawiasz się, że prowokacyjny i satyryczny
wiersz „świąteczny coitus” z IV księgi zostanie najczęściej cytowanym fragmentem Krawca i przesłoni intelektualne, etyczne
i estetyczne wartości całego poematu?
T.S.: Nie, nie wydaje mi się. To trochę tak jak z trzynastą księgą
„Pana Tadeusza”, tylko że tutaj ja sam jestem autorem. IV księga Krawca zawiera wprawdzie imagines vulgare, ale służą one
podkreśleniu jej satyrycznego i groteskowego charakteru; ten
charakter wzmacniają dodatkowo pojawiający się w niej niektórzy współcześni krytycy i literaci, którzy przemawiają tekstami
zaczerpniętymi z własnych recenzji i utworów.
J.N.: Te teksty są absurdalne i komiczne...
T.S.: To nie moja zasługa.
J.N.: Ale mamy też w Krawcu fragmenty z Horacego, Szekspira,
Mickiewicza, Eliota, Gombrowicza, Witkacego... Skąd pomysł
na wprowadzenie do poezji elementów dramatu, cytatów i na
tak swobodne wymieszanie postaci literackich i ich twórców?
T.S.: Jak to zwykle u mnie bywa, pomysł przyszedł w trakcie
pisania – ja piszę bez planu, bez szkicu, u mnie opowieść tworzy
się na gorąco. Wprowadzenie do poematu cytatów i postaci
znanych z literatury zdynamizowało historię i nadało jej fragmentom cech dramatu. W ten sposób mogłem też zrezygnować
z erudycyjnych aluzji i pewne rzeczy powiedzieć wprost.
J.N.: Bezpardonowo obszedłeś z Henrykiem Berezą – ulokowałeś go w śmietniku, czym z pewnością narażasz się całemu
środowisku literackiemu.
T.S.: Myślę, że nie całemu; zresztą sam się ulokował w śmietniku
promując na przykład Masłowską. Bereza konsekwentnie działał
przeciwko literaturze pięknej na rzecz literackich odpadów i – w
najlepszym przypadku – plebejskości, jakiejś współczesnej jarmarczności. To szkodnik, całkowite zaprzeczenie takich ludzi, jak
Poradecki, Sandauer, Błoński, którzy szukali w literaturze mądrości,
piękna, wyobraźni, refleksji. Bereza szukał przetrawionych resztek.
J.N.: Może nic w tym złego, niech każdy je to, co lubi.
T.S.: Oczywiście. Tylko że lobby odpadkożerców jest bardzo
silne i nadaje ton, zdobyło media, więc ma realną władzę i wmawia innym, że tylko jego potrawy mają wartość, ale na pytanie
jaką – odpowiedzi brak. Skutkiem takiej nachalnej indoktrynacji i
monopolu tandety nic istotnego w literaturze nie może się przebić
i ginie pod masą śmieci, a twarz polskiej literatury to Masłowska.
Osiągnęliśmy dno, i to zasługa między innymi Berezy.
3366
J.N.: Przyłączasz się więc w swoim krytycznym spojrzeniu na
polską literaturę do Witkacego, Herberta, Miłosza, nawet Gombrowicza, którzy też dostrzegali i piętnowali powszechną w niej
dewaluację wartości i degenerację języka, sprymitywnienie, antyintelektualizm, ucieczkę od metafizyki, wiedzy, wyższej kultury.
T.S.: Takie mam wzory. Każdy ma takich mistrzów, na jakich
go stać.
J.N.: Wykorzystane w Krawcu cytaty z Witkacego i Gombrowicza
również dzisiaj są bardzo aktualne. Warto przypomnieć, że oni
byli niewygodni dla ówczesnego lobby literackiego, w zasadzie
funkcjonowali poza oficjalnym obiegiem; często lekceważeni,
wyśmiewani, oczerniani, niezrozumiani. Gdyby pojawili się teraz
ze swoimi poglądami, pewnie by było podobnie i raczej nie
mogliby liczyć na finansowe wsparcie państwa i szersze uznanie,
dalej trwaliby w intelektualnym getcie, unieważnieni także przez
skostniałe umysłowo środowisko akademickie.
T.S.: To oczywiste, więc trudno się dziwić, że mam dosyć arogantów, którzy za pieniądze podatnika wydają książki a jednocześnie
z pogardą traktują tych, którzy w ten sposób nic wydać nie mogą.
J.N.: Nie mogą, bo nie znają właściwych osób czy nie wiedzą
przed kim klęczeć, żeby dostać z publicznego portfela parę
złotych.
T.S.: Zazwyczaj tak jest. Przecież system wydawniczy w Polsce
oparty o państwowe dotacje dla wybranych, zwykle tych samych,
autorów a nawet dla wydawnictw to patologia, to nie ma nic
wspólnego z wolnym rynkiem, społecznym zapotrzebowaniem
czy misją kulturalną, to jedynie znany wyłącznie wtajemniczonym
sposób na wygodne życie.
J.N.: „Cóż, trzeba wiedzieć, z kim pić” – jak powiedział mi
kiedyś pewien bardzo znany poeta tuż po odebraniu bardzo
znanej nagrody. Jednak Krawiec to nie tylko satyra i groteska
czy krucjata „przeciw nicości”, do której zmierza sztuka, to
także historia, jak to zwykle u ciebie, wielowarstwowa, zmysłowa, balansująca na granicy realności i snu, osadzona w
wyimaginowanej przestrzeni, poza czasem. Nie sposób tutaj
zidentyfikować miejsce i czas akcji, nie poznajemy nawet
imienia bohatera, nie wiemy, jak wygląda.
T.S.: A od czego jest wyobraźnia? Te rzeczy w Krawcu nie mają
większego znaczenia, przecież to poemat dygresyjny i filozoficzny;
opowieść jest tylko pretekstem do... nazwijmy to... walki ideowej
oraz do rozważań o życiu, śmierci, miłości, duszy, Bogu, sztuce... W
dzisiejszym postchrześcjańskim czy wręcz postetycznym świecie
te uniwersalne zagadnienia zostały unieważnione, to tematy
wstydliwe i niemodne, w najlepszym razie błahe. Odwrócona
aksjologia niszczy także sztukę i dlatego zamiast mądrej i szlachetnej twarzy polskiej literatury mamy gębę żula, dresiarza czy
innego półanalfabety.
J.N.: Czas leci i niekiedy ta gęba jest już przypudrowana i
grzeczna.
T.S.: Ale zęby ma dalej zepsute i oddech nieświeży.
J.N.: I w głowie ciągle pusto. Żeby tę twoją walkę o twarz
polskiej literatury w Krawcu poznać, trzeba iść do biblioteki,
kupić tradycyjną książkę u wydawcy albo pobrać z internetu
darmowego e-booka. Właśnie – dlaczego wersja elektroniczna
jest za darmo?
T.S.: Wydawca i ja dostaliśmy prywatny grant na tę książkę.
Zgodnie z umową większość nakładu ma trafić do bibliotek, nieduża
część egzemplarzy znajdzie się w sprzedaży detalicznej u wydawcy
i będą one dosyć drogie, a e-booki mają być dostępne za darmo.
J.N.: Odejdźmy nieco na chwilę od Krawca, bo mam pytanie
natury ogólnej. Czy darmowa dystrybucja nie jest szkodliwa dla
autora książki i dla rynku wydawniczego? Owszem, zyskuje na
tym czytelnik, ale traci wydawca, dystrybutor, księgarz i autor.
T.S.: Autorzy, producenci i handlarze wystarczająco zarobią na
innych książkach – jakichś poradnikach, romansach, biografiach
gwiazd z telewizora i całej reszcie literatury ubikacyjno-kuchennej
oraz na dotacjach, nie trzeba się o nich martwić. Zaś na pytanie
o szkodliwość rozdawnictwa udzielę jezuickiej odpowiedzi: czy
powszechnie używane darmowe oprogramowanie dostępne w
internecie, np. Linux, popularny Open Office, Firefox, Opera czy
All Player, jest szkodliwe dla autorów i rynku informatycznego?
A czy netart jest szkodliwy dla sztuki i twórców?
J.N.: Fakt, przysparza im popularności, która w końcu przełoży
się na korzyści materialne.
T.S.: No może, ale przecież nie tylko o pieniądze chodzi. Ja nie
jestem wyrobnikiem, tylko artystą, tworzę dla samego tworzenia,
dla poznania siebie, nie myśląc o tym, ile na tym zarobię i jaki będę
popularny. Tak jak Schulz, Witkacy czy Kafka nie muszę zarabiać
pisaniem, więc stać mnie na to, żeby użyczyć swoje dzieło jeśli
mam na to ochotę. Niech służy wszystkim, niech kopiują i czytają,
byleby respektowali fakt, że to ja je stworzyłem.
J.N.: Właśnie, kopiowanie to jedno, ale co z kradzieżą pomysłów, zbyt daleko posuniętą inspiracją, cytowaniem bez podania
źródła, przerabianiem utworu a nawet podpisywaniem swoim
nazwiskiem fragmentów nie swojego dzieła literackiego lub jego
przetworzonej całości. Nie obawiasz się, że niejako dajesz na to
przyzwolenie publikując jednocześnie książkę papierową i w sieci?
T.S.: Ależ skąd, jakie znaczenie ma miejsce i forma dystrybucji? Zrzynać pomysły można równie dobrze z książki wydanej
wyłącznie w wersji papierowej. Masz jednak rację, że najłatwiej
jest okradać twórców mało znanych, netartowych, niszowych,
którzy mogą stanowić pożywkę dla tych bardziej popularnych
i bezpłodnych autorów poszukujących natchnienia w internecie.
J.N.: Jeszcze chwilę pobądźmy poza Krawcem, ale w jego
pobliżu. Mimo wzrostu popularności „druku” elektronicznego
nadal chyba łatwiej sprzedać poezję w postaci tradycyjnej
książki albo audiobooka niż e-booka.
T.S.: Obawiam się, że poezję w ogóle można sprzedać dopiero
wtedy, gdy jej autor dostanie Nobla albo ma program o gotowaniu
w telewizji.
J.N.: Ty nie chciałbyś, żeby twoje książki stały frontem do
klienta na półkach empików i hipermarketów w towarzystwie
dzieł takich pisarzy jak Krzysztof Ibisz, Jacek Dehnel czy Kasia
Cichopek?
T.S.: Nie.
J.N.: Wielka sztuka nie syci się popularnością...
T.S.: Różnie to bywa. Zwykle jednak rodzi się w życiodajnej
ciszy i z wewnętrznej potrzeby.
J.N.: A jak powstał Krawiec? Chodzi mi o to, czy jest to utwór
dionizyjski, czy apolliński, stworzony w natchnieniu czy wykoncypowany?
T.S.: Przypomina mi się tutaj świetny esej Nadieżdy Mandelsztam „Mozart i Salieri” i jej rozmowa z Achmatową, kiedy spierały
się o to, czy lepszy jest dionizyski sposób tworzenia Mozarta, czy
apolliński Salieriego. Wtedy znudzony już nieco Osip Mandelsztam
wyszedł ze swojego pokoju i powiedział: „trzeba być i Mozartem,
i Salierim”. Uważam dokładnie tak samo – poleganie tylko na
trzewiach albo na głowie prowadzi do zabójczej nudy; wie o
tym każdy świadomy twórca. Niektóre fragmenty Krawca są więc
dionizyjskie, inne apollińskie, jedne są czysto „bebechowate”, jak
to ujmował Witkacy, inne są dziełem chłodnego umysłu, a jeszcze
inne to synteza dwu poprzednich.
J.N.: Napisałeś ten poemat „jednym rzutem”?
T.S.: Nie, zacząłem we wrześniu 2008 roku i co jakiś czas dopisywałem kolejne fragmenty; w tym czasie zajmowałem się głównie
esejami, fotografią. Skończyłem Krawca w maju 2009 a od września
zacząłem pisać Ogólną teorię jesieni.
J.N.: Miałeś bardzo twórczy okres.
T.S.: Nic nie dzieje się bez przyczyny.
J.N.: Masz na myśli chorobę nowotworową?
T.S.: Tak. W Doktorze Faustusie Tomasza Manna Esmeralda
zaraża Adriana Leverkühna śmiertelną chorobą, uwalniając w ten
sposób jego geniusz. Myślę, że są tutaj jakieś tajemne zależności,
że być może niekiedy śmiertelne choroby wyzwalają twórczą
energię. Tego wykluczyć nie można, bo przecież „są rzeczy na
niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom”. Ludzie są tylko
zwierzętami przekonanymi o potędze swojego rozumu, a w istocie
tak niewiele wiedzą. Ja jestem coraz starszy, mam coraz więcej
doświadczeń, wiedzy, i jednocześnie coraz więcej pytań, których
nie miałem będąc młodym. Więcej niż kiedyś zastanawiam się i
zdumiewam. Uświadomienie sobie na własnej skórze przemijania
i śmiertelności – nie poprzez lektury, rozmyślania czy nawet
doświadczenia bliskich, tylko przez brutalne, osobiste obcowanie ze strachem, bólem i odchodzeniem, z ponurą szpitalną
rzeczywistością – zmieniło mój sposób postrzegania świata i moją
hierarchię wartości. To było prawdziwe przebudzenie.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
T.S.: Jako kontrargument można przywołać chociażby Byrona
czy Słowackiego. Stwierdzenie Kawafsa nie do końca jest prawdziwe, bo znam ludzi dojrzałych, w tym poetów, którzy nic do
powiedzenia nie mają, są intelektualnymi i emocjonalnymi trzynastolatkami. Dziwi mnie tylko, że wielu młodych z upodobaniem
pisze o smutku życia, śmierci, przemijaniu, rozkładzie – myślę,
że jeśli nie mają intymnych w tej materii doświadczeń, to jest
to zwykła poza, efekciarstwo, cierpienie gimnazjalisty, któremu
panienka odmówiła tańca na szkolnej dyskotece. Dopóki lekarz
nie powie „został panu najwyżej rok” i nie poczuje się strachu
ściskającego za gardło, śmierć jest abstrakcją.
J.N.: Doświadczony życiowo Mickiewicz użył wobec twórczości aroganckiego i wypieszczonego Słowackiego określenia
„kościół bez Boga”. Czy więc nawet zdolny młody poeta, ale bez
doświadczeń i przemyśleń nie jest jałowy, czy jego energia nie
jest pusta jak kalorie alkoholu i może co najwyżej otumanić
albo – w nadmiarze – doprowadzić do torsji.
T.S.: Zależy o czym pisze, poezja to przecież nie tylko refleksje
wynikające z doświadczeń, życiowej mądrości. Ale masz rację
mówiąc, że pustymi kaloriami wybrednego umysłu wyżywić
się nie da, bo do tego potrzeba bogatej i urozmaiconej strawy,
prawdziwych przeżyć i wiedzy. Dlatego w sumie bardziej ufam
starym poetom. Thomas Hardy zaczął pisać wiersze dopiero
po sześćdziesiątce i okazał się poetą wybitnym, lepszym niż
powieściopisarzem. Zebrane poezje dojrzałego Larkina są bardzo
skromne objętościowo i doskonałe, ale dużo mniejsze od jego
mało znaczących juweniliów. Przykłady można mnożyć.
J.N.: Ty zacząłeś pisać poetyckie opowiadania tuż przed
czterdziestką, wiersze po czterdziestce. Bardzo długo zwlekałeś
z ich wydaniem a gdy już się ukazały, pojawiły się sukcesy, i to
międzynarodowe, w drugiej dziedzinie, którą się zajmujesz,
mianowicie w fotografii, więc dosyć się to wszystko zagęściło w
czasie robiąc wrażenie artystycznej eksplozji. Do tego publikowałeś eseje o sztuce i literaturze, prace teoretyczne z dziedziny
fotografii, zajmowałeś się krytyką literacką. Ostatnio dostałeś
stypendium twórcze Ministerstwa Kultury, dołączyłeś więc do
grona profitariuszy. Co dalej?
T.S.: Skończyłem z krytyką, esejami, recenzjami. Powoli powstaje zbiór wierszy i krótkiej prozy oraz nowe fotografie – w sumie
praca na kilka ładnych lat. Poza tym tłumaczenia, lektury.
J.N.: A co z wierszami z niepublikowanego zbioru Wściekli
ludzie?
T.S.: Zostawiam w szufladzie. Kilka najbardziej„ulizanych” ukazało
się w „Krytyce Literackiej” w ubiegłym roku. Niektórych opublikować nie mogę, bo byłbym oskarżony co najmniej o terroryzm,
działalność antypaństwową, szerzenie nienawiści do polityków,
namawianie do zbrodni i pornografię. Nawiasem mówiąc to ciekawe, że orędownicy wolności słowa z czasów PRL-u zamykają usta
tym, którzy chcą nieskrępowanej wolności słowa dzisiaj.
J.N.: Bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Może
jednak kiedyś nastanie wolność wypowiedzi i nie będzie
potrzebna autocenzura?
T.S.: Może kiedyś, ale w dzisiejszej fasadowej demokracji to
niemożliwe. Na razie zmierzamy w stronę społeczeństwa orwellowskiego, czyli pełnej kontroli państwa nad zniewolonym obywatelem.
J.N.: Mimo twojej ponurej historiozofii wizja świata przedstawionego w Krawcu nie jest zbyt pesymistyczna. Bohater cieszy się
życiem, przyrodą, kocha z wzajemnością, kontempluje, tworzy.
T.S.: Znalazł wolność w sobie. Dojrzewa, zdaje sobie sprawę z
tego, że świat do niego nie pasuje, ponieważ świat został skrojony
dla szczęśliwego barbarzyńcy i bezrefleksyjnego zaprogramowanego robota. Mój bohater stara się więc dokonać poprawek w tej
konstrukcji, by rzeczywistość go nie uwierała. Usiłuje ją uporządkować, nadać jej głębszy sens, formy. To tylko z pozoru donkiszoteria,
bo jednak powoli ewoluuje w stronę świadomego i krytycznego
obserwatora, staje na zewnątrz, a co najważniejsze – tworzy.
J.N.: Co przybliża go do boskości...
T.S.: W pewnym sensie twórczość artystyczna to powoływanie
nowych światów, jakaś namiastka bycia Bogiem.
J.N.: Podobnie jak odkrycia naukowe.
T.S.: Te akurat bardziej przypominają odrycie dziecka, że w
kredensie jest schowany cukierek, są bowiem tylko odkryciami
tego, co ukryte w Tajemnicy, nie zaś kreacją, tworzeniem nowego. Ale wróćmy do mojego bohatera – poprzez kontemplację
i rozmyślania staje się wolny, poznaje siebie, wychodzi poza
pospolity układ, który przeistacza się dla niego w rodzaj terrarium
czy raczej humanarium. Ogarnia go zrozumienie i spokój. Wie, że
to świadomość kształtuje byt, a nie odwrotnie, i to jest warunek
prawdziwego szczęścia, które osiąga.
J.N.: Jednak nie może zostać Bogiem, chociaż w swoich
rozważaniach dotyczących potencjalnej boskości człowieka
zaczyna dochodzić do interesujących i jednocześnie niepokojących – na przykład z punktu widzenia religijnego – konkluzji,
jak chociażby łatwość osiągnięcia tejże boskości.
T.S.: Nie wyczułeś w tym fragmencie Krawca ciepłej ironii
i podziwu? To nawiązanie do wyzywającej postawy Konrada
z Wielkiej Improwizacji. Nie, mój bohater nie chce zostać Bogiem
w sensie posiadania wszechmocy i znajomości Prawdy, on raczej
rozważa, jakby to było, gdyby mieć tę moc, ale po to, żeby ostatecznie przestać wątpić i dostrzec doskonałość tego świata,
której istnienie zakłada, właściwie jest jej pewien, pragnie tylko
absolutnego dowodu. On jest człowiekiem myślącym, więc nieobca jest mu refleksja, skutkiem tego nie przyjmuje religijnych
dogmatów, dyskutuje z nimi. Jednak nieszczęściem byłoby dla
niego, gdyby świat nie okazał się boskim dziełem, bo to wykluczałoby świata doskonałość i eliminowałoby największy jej przejaw,
czyli nieśmiertelność duszy. To deista, ale na sposób bardziej
romantyczno-młodopolski niż fizyczno-naukowy.
J.N.: Są w Krawcu fragmenty nawiązujące do dramatów
i powieści Witkacego, chodzi mi tutaj o nawoływanie do świadomego reżyserowania własnego życia, o przeżycia metafizyczne, o obraz zszarzałego i zobojętniałego społeczeństwa
jaki przedstawiasz.
T.S.: Reżyseria życia ma bohaterom Witkacego dać złudzenie,
że spełnia ono w ten sposób warunki dzieła sztuki, oni są uczestnikami gry w poszukiwanie przeżycia „dziwności istnienia” i wszyscy
przegrywają. Witkacy jest prorokiem zagłady. U mnie to nie jest
już kwestia wiary w zagładę, bo przecież bez wątpienia żyjemy
w świecie, który Witkacy dokładnie przewidział – na naszych oczach
dogorywa filozofia, etyka, sztuka, logika, metafizyka, ba, nawet
edukacja, a postępuje zbydlęcenie człowieka, powstaje homo
consumatus felix. Mój bohater jednak walczy z nicością i wygrywa,
na ile to możliwe izoluje się od pospolitej rzeczywistości.
J.N.: Ale nie tylko sprawy ducha liczą się dla bohatera – jest
to też człowiek cielesny i namiętny, co widać po jego wizjach
nawiązujących do słynnego obrazu Courbeta Źródło wszechrzeczy, pornograficznych snach czy erotycznych wspomnieniach
z dzieciństwa.
T.S.: Cóż, pomimo osiągnięcia nadświadomości nadal jest
tylko człowiekiem, istotą skazaną na fizjologię, na cielesność
i wynikające z niej prawa – prawa zresztą boskie, jeśli przyjąć
biblijną koncepcję powstania świata.
J.N.: Czy można powiedzieć, że Krawiec jest wyznaniem
twojej filozofii?
T.S.: Każda moja książka zawiera rozważania filozoficzne.
Zastanawiam się nad zagadką bytu, próbuję wyjaśnić sobie świat
i go opisać. Robię to za pomocą literatury i fotografii. To są takie
molekuły systemu, które może kiedyś stworzą spójną całość.
J.N.: Ile w bohaterze Krawca jest z ciebie?
T.S.: Dużo.
Fot. Sybilka Storie
J.N.: Czyli jesteś szczęśliwy, jak on! Czego ci zatem życzyć?
T.S.: Hm... może tych transcendentalnych przeżyć szczytowych,
o których pisał Abraham Maslov? Myślę, że bezinteresowna
miłość do ludzi i świata, która jest tych przeżyć konsekwencją,
to najlepsze, co może nas spotkać.
Gazeta literacka
3 73 7
R O Z M O WA
J.N.: Twój ulubiony poeta Kawafis twierdził, że poezje napisane przed czterdziestką są nic niewarte, bo jedynie człowiek
dojrzały ma coś do powiedzenia.
ESEJ
Natalia Krzemień
A
wrom Suckewer (15. 07. 1913–19. 01. 2010)1 to postać pod
wieloma względami niezwykła. Jego przyjaciel, Michał
Czernichow (obecnie poeta Michał Astur) wspomina swoje
przyjęcie z okazji czternastu urodzin, na których Awrom siedział
na wprost wiszącego na ścianie obrazu – reprodukcji dzieła
włoskiego malarza Giorgionego – „Koncert” i nie mógł oderwać
od niego wzroku. Już wtedy było wiadomo, że Suckewer posiada
duszę artysty. Każda poetycka fraza zawarta w jego wierszach
stanowi jedyny, niepowtarzalny byt. Twórczość poety jidysz2
opiera się na schematach aksjologicznych, takich jak przyjaźń,
miłość, dobroć, odwaga. Niemniej jednak centralne miejsce w jego
twórczości zajmuje przyroda. Fascynacja zmysłowością przyrody,
którą żydowski poeta ukształtował w sobie podczas dzieciństwa
na Syberii, stanowiła charakterystyczny rys jego późniejszych
wierszy. Oto fragment jednego z nich:
Stoją drzewa – nieme wiolonczele,
tysiąc cisz w czas pogody
rozmawia jasną mową łodyg (…)
W dolinie nuta żywa
czystym dźwiękiem się niesie,
gwiazda poranna czuwa
i barwą nocy spływa”.
Awrom Suckewer
jako najważniejszy poeta literatury jidysz XX wieku
W poetyckiej twórczości Suckewera szczególnie istotny, duchowy wymiar zyskało miasto rodzinne Wilno z jego uliczkami,
widokami i żydowskimi mieszkańcami. Poezja Awroma jest
monumentalna, ponieważ ukazuje tragedię miasta bliskiego sercu
poety –wielkie, nadludzkie cierpienie w wileńskim getcie:
Pierwszy wers utworu stanowi świadectwo przebogatej
wyobraźni oraz wrażliwości poety. Czy można sobie wyobrazić
bardziej odkrywczą metaforę drzew? Myślę, że nie. Czym są
drzewa w powyższym utworze? Instrumentami posiadającymi
duszę, kryjącymi w sobie pamięć o twarzach, które dziś można
ujrzeć już tylko na fotografii.
W opisie przyrody narrator jest dyskretny i powściągliwy. Druga
zwrotka jest dowodem na to, że poezja Suckewera jest zarówno
muzyczna, jak i malarska. Przypuszczam, iż poeta wykorzystał
wątki muzyczne w utworze nie tylko w celu zdynamizowania opisu
poetyckiego, ale również ze względów sentymentalnych, ponieważ jego ojciec w domu rodzinnym często grał na skrzypcach.
Wpływ na rozwój Suckewera jako człowieka i jako poety wywarł
też jego wieloletni przyjaciel, malarz Marc Chagall. Poeta cenił
Chagalla za wszechstronny talent oraz za to, że konsekwentnie
pisze w języku jidysz. Ilustracja sławnego malarza zamieszczona w
jednym z poematów Awroma stanowi wręcz idealne uzupełnienie
surrealistycznej twórczości poety.
Zamiłowanie do przyrody wyrażał także Bolesław Leśmian,
którego poeta był wielkim miłośnikiem. Zachwycony poezją
Leśmiana recytował „Łąkę”:
(…) Przyszły do mnie motyle, utrudzone lotem,
Przyszły pszczoły z kadzidłem i mirrą i złotem,
Przyszła sama Nieskończoność,
By popatrzeć w mą zieloność –
Popatrzyła i odejść nie chciała z powrotem (…)
Katastroficzny obraz połączony z surrealną wyobraźnią składają
się na wstrząsającą tonację wiersza. Zacieranie granicy między
ponurą rzeczywistością wojenną a fantazją jest nader dostrzegalne
dzięki zastosowaniu przez poetę konstrukcji metaforycznych
i sprawia, że treść utworu staje się jeszcze bardziej wymowna.
Ostatnie dwa wersy stanowią przykład kontrastu, charakterystycznego dla literatury okresu II wojny światowej (między
innymi wiersz Czesława Miłosza: „Campo di fiori”) i dość często
stosowanego u Suckewera. Dokonując całościowego przeglądu
twórczości poety warto zwrócić jeszcze uwagę na inne przykłady,
takie jak: „w powietrzu świat ów, którego nie ma” czy „błękitny
niebyt – jego nienawiść i miłość jego”.
Utwór jest ekspresyjny, podszyty tragizmem. Nagromadzenie
orzeczeń powoduje, że wiersz jest dynamiczny. Ponadto zawiera
ukryty, aczkolwiek bogaty ładunek emocjonalny, bowiem poeta
pisze z perspektywy widza głęboko poruszonego losem własnego
narodu zdegradowanego do roli numerów i skazanego na spalenie. Udaje mu się jednak zachować niezbędny dystans, gdyż
będąc w niebezpieczeństwie nie zapomina o swoim powołaniu,
że jest poetą. Poezja w tamtym dramatycznym okresie stała się
dla Suckewera jedynym schronieniem. Zaskakujące zestawienie
„Baltazar nowy” jest efektem chęci ukazania absurdu wobec
nieustannego procederu zabijania. Utwór w całości spowija
introwertyczna aura, będąca jakby zapisami mrocznych snów.
Pisarz, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, Elie Wiesel dostrzegł w
twórczości Awroma Suckewera wieczność. Wyraził opinię, iż poetę
jidysz się nie czyta, lecz uczy się tak, jak uczymy z doświadczeń z
przeszłości – we wciąż nowym ujęciu. Można przyjąć, iż czytelnik
poprzez nadzwyczajną plastyczność obrazu poetyckiego czuje się
współuczestnikiem aktu tworzenia poezji, co stanowi niewątpliwie
walor uniwersalizmu. Każda poetycka fraza zamienia się w coś
nieuchwytnego, pozaziemskiego:
Wszyscy jesteśmy Ahaswerami
diamentami w głębi oceanu,
naszym migotliwym blaskiem
oświetlamy stawanie się i istnienie
I umieramy jak gwiazda Izraela
i zmartwychwstajemy razem z nimi.
(Strofy kreślone w Warszawie)
Ryc. Marc Chagall
Czy Suckewer w powyższym wierszu
nie przypomina mitycznego Apollona?
Myślę, że tak. Poeta oświetla każdą strofę,
podobnie jak Apollon zsyłał światło na
ziemię, wytyczając słońcu drogę. Demaskacja ponurej i tragicznej rzeczywistości
wojennej została przysłonięta świetlistą
nadzieją na zachowanie pamięci o martyrologii Żydów w postaci pełnego liryzmu
języka. W utworze panuje nastrój melancholijny, skłaniający do refleksji.
Życiowa odwaga poety spowodowała,
że jego twórczość jest pozbawiona elementów rozpaczy, autor wystrzega się
nihilizmu. Poeta nie miał czasu rozpaczać.
Gestapo przetrząsało miasto w poszukiwaniu ukrywających się Żydów, a wydział
Rosenberga na czele z Awromem Suckewerem i jego towarzyszami prowadził
intensywne poszukiwania zbiorów książek
żydowskich. Żydowski Instytut Naukowy
JIWO stał się wkrótce magazynem różnych
bibliotek: żydowskich, polskich i rosyjskich.
Niestety, większość prac członków Papierowej Brygady poszła na marne, gdyż Wilno
3388
Może i te słowa światła doczekają swego
Gdy nadejdzie ich godzina
Rozkwitną znów niespodzianie ?
I jak to ziarno pradawne
Które w kłos się przemieniło
Słowa będą przywrócone
Będą karmić, będą wspierać
Naród w jego wiecznej drodze.
Spójrz, krążą wśród nas poniżeni,
ich tatuaże
płoną im na rękach
niczym żar piekła –
odwracają się twarze, (…)
wzlatują im do góry
numery spod skóry
i cierpliwość tracąc
trzepoczą i wstępują do pałacu,
gdzie już Baltazar nowy we krwi się zatacza.
(Poniżeni)
(Jasny świt)
po wyzwoleniu stało się sowieckim obozem jenieckim. Niemniej
jednak, część zbiorów z wileńskich archiwów JIWO udało się
ocalić, co nie zmienia faktu, iż sporo cennych materiałów zostało
spalonych przez okupantów niemieckich. Awrom Suckewer
wierzył w ostateczne zwycięstwo literatury:
(Kemdlech wejc, [w:] Jidysze gas)
Poezja Suckewera jest liryczna i pełna tęsknoty, o czym mogą
świadczyć słowa otwierające poemat „Do Polski”:
O, ziemi ojczystej mej siostro rodzona,…
Dziś w Polsce Cię szukam, lecz co tu się stało ?
Już nie odpowiadasz mi w swoim języku, (…)
Mickiewicza mowa
Straciła swój urok. Jest sucha, jałowa.
A przecież dźwięczała, z żydowską do pary,
Jak dwa kryształowe bliźniacze puchary,
Gdy jeden o drugi się trąca na zdrowie.
Choć cenię wciąż wielkich poetów w Twym słowie
I wśród największego nawet przygnębienia
W Panu Tadeuszu szukam pocieszenia.
Poeta, który sięgnął do hermetycznych dla większości utworów
Cypriana Kamila Norwida i stworzył poemat tak bardzo norwidowski,
między innymi ze względu na ukrytą muzykalność, nie może zrozumieć co zaszło i swój żal wyraża słowami polskiego wieszcza, Adama
Mickiewicza. Udowadnia, że jest poetą romantycznym, identyfikując
się ze słynnym wieszczem i wspominając „Pana Tadeusza”.
Na szczególną uwagę zasługuje pierwszy wers poematu,
który podkreśla silne przywiązanie Awroma Suckewera do polskiej literatury i kultury, a jednocześnie podtrzymuje wierność
wobec żydowskiego dziedzictwa. Poemat jest wstrząsającym i
poruszającym pożegnaniem poety z Polską po tragicznych przeżyciach czasu Zagłady oraz gorzkich doświadczeniach ocalałych
Żydów w pierwszych latach po II wojnie światowej. Suckewer bez
uprzedzeń, bez nienawiści, bez złości, odwołuje się do wartości
wspólnej polsko-żydowskiej historii. Pisze w imieniu dwieście
pięćdziesiąt tysięcy Żydów, którzy wrócili do Polski albo wyszli z
lasów, bunkrów, z kanałów, z kryjówek urządzanych dla nich przez
polskich przyjaciół. Po pogromie kieleckim ogromna większość
ocalałych nie widziała już żadnej możliwości pozostania w Polsce.
Warto zajrzeć do książki cenionej dziennikarki, Teresy Torańskiej
pt.: „Jesteśmy. Rozstania’68”, aby dowiedzieć się jaki ślad tamtych
wydarzeń noszą w pamięci marcowi emigranci.
Niekwestionowanym atutem poezji Suckewera jest również
wolność, charakteryzująca się odejściem od standardowych form
twórczości w ówczesnej poezji żydowskiej poprzez nowatorski
język i oryginalną treść. Był pierwszym żydowskim poetą, który
wprowadził do jidysz nowe słowa. Autoteliczna wartość języka
służy w jego przypadku przede wszystkim przekazowi duchowemu i pozostawieniu przesłania następnym pokoleniom, chociaż
wartość estetyczna utworów poety znajduję się na najwyższym
poziomie i przykuwa uwagę.
Misja Awroma Suckewera wyrażająca się zarówno we własnej
działalności literackiej, jak i w ochronie cennego dorobku kultury
żydowskiej posiada wymiar symboliczny. Znamienny jest cytat
zawarty w Talmudzie: „kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat”.
Analogicznie: „kto ratuje jedno słowo, ratuje pozostałe”.
Natalia Krzemień
Literatura:
1. Suckewer A., Wiersze i małe prozy; Shmeruk Ch., Awrom Suckewer i
poezja polska; Fishman D.E., Okruchy ocalone z płomieni, [w:] „Cwiszn.
Żydowski kwartalnik o literaturze i sztuce” nr 1-2, red. K. Kazimierowska,
2. K. Szymaniak i in., wyd. Fundacja Shalom, Warszawa 2010.
Kac D., Wilno Jerozolimą było. Rzecz o Abrahamie Sutzkeverze, red. M. Malessa-Drohomirecka, E. Biernacka, wyd. Fundacja Pogranicze, Sejny 2003.
Inne:
Rysunek Marca Chagalla. Ilustracja z hebrajskiego wydania poematu
Sutzkevera Siberia, Jerusalem 1953
Czytelnik polski spotka się z różnymi pisowniami imiona i nazwiska
autora, on sam stosował różne zapisy, m.in. Abraham Sutzkever. Stosowana
przeze mnie pisownia to standardowa wymowa języka jidysz.
2
Język potoczny Żydów aszkenazyjskich, czyli potomków wychodźców
z terenów niemieckojęzycznych.
1
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska
W zawieszeniu
Czterdzieści dwa metry kwadratowe to za mało,
żeby rozproszyć skrajne mniemania, uniknąć
zderzenia planet. Jutro nauczę się kochać
w pięciu smakach, równoważyć proporcje,
ale wpierw pobiegnę z rozwianymi włosami
do parku, położę się naga i pozwolę posiąść ziemi.
O północy zalepię oczy gliną, w ustach założę
pszczołom pasiekę (omiodzą język).
Potem przyjdę do ciebie spętana
powrozem szalonej M i zasnę.
przesunęłam granice
na szukanie ciebie
w warstwach nieożywionych
Drzeworytm
Tunele
Słońce jest wierne. Przejściem podziemnym
w różnych przebraniach wraca też księżyc.
Obrosłam znakami zapytania. Wciąż szukam
wąskiej ścieżki dopuszczającej zagubienie.
Jeśli zamiast pacierza powiem ci nie,
czy rankiem zięba znów dla mnie zaśpiewa?
Niektórzy w ciemności widzą lepiej,
ja zwyczajnie zasypiam. Regeneruję kosmos.
Jan Henryk Cichosz
tu wszystko dopiero się rodzi
wyłania się więcej
bez krzyku
kamień połknął całą mądrość ziemi
dlatego (wy)trzyma ciężar
nie do zniesienia dla miękkich
ty masz w sobie pełnię
ja jedynie strzępy
nadziei że kiedyś cię znajdę
w kamieniu
pośród wapiennych
żeber
Karma
budzik i niedopita kawa
szybki telefon
w radiu mówią
że minęła już ósma
jeszcze tylko klucze
i kilka słów
szminką na lustrze
do męża
a na ulicy jakaś klepsydra
o Boże!
umarł mój sąsiad
i ta myśl: „kiedy on to zrobił..?”
a obok
wędrująca po pniu brzozy mrówka
i frunąca do ula pszczoła
Gazeta literacka
Granat rozlał się w jego oczach.
Zasłonił gwiazdy, krawężniki, twarze
codzienne i te wyczekiwane
z największym namaszczeniem.
Patrzę w lustra nocy, i krwawię.
Znam ciąg dalszy; co gorsze
żaden znak stopu nie zadziała.
* * *
Fotografia
Moja spowiedź
Pośpiech
Chaotyzm
Wiele szczęścia widziałam w życiu,
wiele zażyłam. Zła – nie chcę
tak tego nazywać – też sporo.
Ale piękno polega na tym, że nic
nie zakleszczyło mnie na stałe,
nie objęło swoim pędem.
Wciąż jestem naiwnym dzieckiem
ulegającym chęci poznania szczegółów.
Dzieckiem, które niesie w piersi ptaka
z kolorowymi snami.
Oto ja, który jestem fanem wszystkich
sztuczek, wciąż ślęczę nad zwojami map
ufny w nieomylność kartografów i Literę
Prawa, doskonale wiedząc, że nic nie jest
Ważne, dopóki się nie dokona ...
Porozbierane na czynniki pierwsze wszystkie
wątpliwości oglądam pod światło, stopniowo
tracąc ostrość wzroku ... i poczucie czasu.
Jak wygłodniały i poobijany pies obwąchuję
wszystkie tropy, dźwigając w plecaku,
na przekór logice, doskonale podrobione
klucze, tak jakby nie było Wiary w to
wszystko, czego jeszcze nie ma...
Oto ja, stoję przed Tablica Wielką
z okruszkiem kredy na kredyt...
Pogubiłem klucze do wszystkich
niedomkniętych drzwi. Okulary
do odczytywania ważnych rzeczy.
Adresy do miejsc pierwszych.
Niewysłane listy do tych, których
już nie ma.
Zapomniałem wszystko to, co było
dobrocią. Pamiętam wszystko to,
czego nie powinno się pamiętać.
Zbyt często pozostawiam pytania
bez odpowiedzi. Zabieram głos
w sprawach mało ważnych.
Nie umiem powiedzieć: „Nie” nawet
sobie. Zapisuję wszystko to,
co jest być może błahe.
Zawracam Panu Bogu głowę,
w chwili gdy jest zmęczony.
Więcej już nic
nie pamiętam
Ryc. Małgorzata Rozmarynowska
Mieć ciepło i spokój drzewa z letniego popołudnia.
Jego wytrzymałość na ciosy. Dostojność.
Zasadzam korzenie w Miłości. Powoli
chwiejność ustępuje pokorze, myśli zielenieją.
Obrastam w warstwy odporne na zranienie.
We włosach pierwsi lokatorzy szczebioczą hymn
o krainie drzewem stojącej, hymn o Nibylandii,
która rośnie po zgaszeniu świateł.
POEZJA
Przełamanie
Przywyka do ciemności.
Przestał tupać, przestał
nadawać nawet imiona latawcom.
Już tylko z dłoni zbiera ciepło,
chaotycznym ruchem
magazynuje wierność.
W tajemnicy ciosa czółno.
Ze znalezioną na strychu fotografią chodzę
od domu do domu. Od drzwi do drzwi.
Wszyscy bezradnie rozkładają ręce.
Fotografia też milczy jak zaklęty głaz
i z każdym dniem żółknie coraz bardziej.
A przecież ich troje pod kwitnącą jabłonią
z nadzieją na pamięć patrzyło w obiektyw
staroświeckiego aparatu, za którym zapewne
pół wsi przykleiło z ciekawości do szyb
swoje nosy, tak jakby wiedziało, że jest
świadkiem dotykania czasu ...
Może oni byli Żydami z pobliskiego
miasteczka, po których nie pozostał nawet
pył, a pamiętanie o nich zostało wykreślone.
A może byli gośćmi z daleka lub letnikami.
A może Cyganami, którzy porzucili tabor...
Ona w słomkowym kapeluszu, z czarnymi
jak kruk włosami. On smagły, w białej koszuli.
W środku dziewczynka z oczami jak węgielki,
w sukieneczce w białe groszki...
Rozwiesiłem to zdjęcie na wszystkich drzewach
i tablicach ogłoszeniowych. Nawet zamieściłem
je w Internecie. Cisza. Nikt ich nie rozpoznał...
Marek Swatowski gdy kończył nowa rzeźbę
a oczy pełne pszczół i uli
i zamiast łez po twarzy
spływa kropla słodka
a za nim za jego plecami
sady granatowe
zaścielone złotymi jabłkami
a On ręką zbrojną
nóż wbijał w poranne niebo
i spływał z okaleczonego nieba
anioł i stawał się nagle
taki przeźroczysty jakby
zapłoną krajobraz w Nim
3 93 9
ESEJ
Jerzy Suchanek
F
Slady w sladach
Nie sposób już rozdzielać ról uczestnika i obserwatora. Konsekwencją najdotkliwszą jest zalew – szczególnie rzeczywistości
wirtualnej acz nie tylko – „obrazkami” tandetnymi artystycznie,
choć nierzadko o wysokiej jakości technicznej. Umasowienie
fotografowania przypomina w tym względzie upowszechnienie
czytania i pisania: większość wykorzystuje te umiejętności byle
jak – do czytania i pisania głupot.
Tak naprawdę to wszyscy i zawsze pozują. Odgrywany siebie
samych – przed sobą, przed innymi. Tylko że popkultura zwalnia
z podejmowania wysiłków intelektualnych, koncentruje się na
wizerunkach, preferując sztuczną cielesność, sztuczną młodość
i sztuczne piękno. Obraz fotograficzny musi więc przedrzeć się
przez ten plastik i iść drogą malarstwa, którą to wybrało w reakcji
na pojawienie się fotografii – czyli rezygnacji z realistycznego
odzwierciedlania rzeczywistości (czy raczej jej fragmentów). Co
oczywiście nie zamienia fotografii w malarstwo sensu stricto, gdyż,
jak zauważa Susan Sontag w eseju Świat obrazów (w: Ead.: On
Photography, 1973) „[…] zdjęcie to nie tylko obraz (tak jak dzieło
malarskie jest obrazem), interpretacja rzeczywistości, ale także ślad,
coś odbitego bezpośrednio ze świata, niczym odcisk stopy albo
maska pośmiertna. Podczas gdy malowidło, nawet spełniające
fotograficzne kryteria podobieństwa, nigdy nie jest niczym więcej
niż przedstawieniem pewnej interpretacji, fotografia nigdy nie
może być czymś mniej niż rejestracją promieniowania (fal świetl-
Fot. Sybilka Storie
otografie Sybilki Storie-Joachimiak pokazują relacje między
fragmentem i całością, między peryferiami i centrum. Są
kolejnymi próbami opisu tych dwóch opozycji, określających
nasze postrzeganie rzeczywistości i nas samych. Tytuł cyklu: A
tourist in your world jest deklaracją pokory wobec całości, której
nie sprosta przecież nawet najbardziej szerokokątny obiektyw.
Ten tytuł Sybilka Storie-Joachimiak zawdzięcza Susan Sontag,
autorce dwóch najważniejszych książek o znaczeniu i sensie
zdjęć – On Photography (1973) oraz Regarding the Pain of Others
(2003). Rola aparatu fotograficznego jest istotna: obraz, jaki
powstaje między dwoma mrugnięciami naszych powiek i który
– najczęściej – z trudem zapamiętujemy, gdyż zacierają go następne, radykalnie różni się od tego samego obrazu zapisanego na
nośniku materialnym lub elektronicznym. Migawka, wzorująca
się na powiece, działa w przeciwieństwie do niej dzięki naszej
pełnej świadomości. W efekcie, jak to ujmuje Susan Sontag: ”The
camera makes everyone a tourist in other people’s reality, and
eventually in one’s own”. Znamienne “eventually in one’s own”
podpowiada, że pozycja turysty/obserwatora może być zbyt
łatwym usprawiedliwieniem bierności wobec przebiegu zdarzenia. Fotografowanie – często decydująco – wpływa na to, co się
dzieje. Przykłady to potwierdzające przytacza Sontag w Regarding
the Pain of Others – unika jednak osądu postaw np. fotografów
wojennych, nawet tych, których obecność powodowała egzekucje
jeńców, dokonywane na pokaz, dla zdjęcia. Obserwator aktywny
prowokuje, jego obecność nie jest pomijalna – w pewnym sensie
działa tutaj znana z fizyki zasada nieoznaczoności Heisenberga, w
uproszczeniu polegająca na tym, że proces obserwacji jakiegoś
obiektu ma na ten obiekt istotny wpływ. W relacji zwrotnej zmiana
dotyka fotografa, klosz neutralności pęka i staje się on aktywnym
uczestnikiem i inspiratorem – czy tego chce, czy nie. Oczywiście
nie dlatego gdzieś wybuchają wojny i wulkany, że zjawili się tam
fotoreporterzy… Jednak sama obecność aparatu fotograficznego
wzbudza zainteresowanie, zaś jego podniesienie do oka skutkuje
co najmniej zmianą grymasu twarzy osoby, w którą celuje obiektyw. W tym sensie – poza zdjęciami wykonanymi z ukrycia lub z
zupełnego zaskoczenia, bez wiedzy fotografowanych – nie ma i
nie może być fotografii niepozowanych.
Współcześnie, gdy niemal każdy ma nieustannie przy sobie
aparat fotograficzny, a robienie fotek stało się manią powszechną,
następuje swoiste zobojętnienie na „bycie fotografowanym”,
tym bardziej, że często równocześnie jest się „fotografującym”.
nych odbijanych przez przedmioty) – materialną pozostałością
obiektu, jaką żadne malowidło się nie stanie”. A więc – idąc tokiem
rozumowania Susan Sontag – mimo technicznego wsparcia, jakie
dawała malarzom już od renesansu camera obscura, malarstwo
tylko kopiuje rzeczywistość, jest jakby poza nią, natomiast fotografia
pozostaje jej częścią (no właśnie: wraz z fotografującym …). Może
nie jedynym, ale chyba najistotniejszym zwornikiem malarstwa i
fotografii będzie więc kadr, choć termin ten w opisie malarstwa
wydaje się zbędny. Choć malarz też kadruje, wybiera fragment. Tu
wszakże fragment może pozostać fragmentem, wycinkiem, skoro
jest kopią. W fotografii inaczej: fragment jest częścią całości i do niej
musi dążyć, symulować ją, zapowiadać, w ten sposób przekraczać
samego siebie. Wyrazistym przykładem takiej transgresji jest
fotografia Sybilki Storie-Joachimiak nr 53. Z kadru ucieka postać
młodego mężczyzny: nie dowiadujemy się kim jest, bo głowę już
ocalił przed obiektywem. Nie wiemy też, czy ucieka przed fotografią, czy w ogóle przed czymś/kimś ucieka, czy tylko przebiega
przez jezdnię? Mamy tu więc obraz poza obrazem (głowę/twarz
przynależącą do całości poza fragmentem). Ale mamy też obraz
w obrazie: odbicie stopy i łydki bohatera w kałuży a na tylnym
planie odbicie w mokrym asfalcie i w innej kałuży kogoś nadchodzącego, a może odchodzącego – co może być dla uciekającego/
przebiegającego: albo zupełnie nieważne, albo właśnie bardzo
istotne. Jeszcze powinniśmy się zastanowić, czy odbijające się w
jeszcze innej kałuży drzewa są elementem przypadkowym, czy
nie pominiętym z premedytacją? Czy te peryferia mają znaczenie
i jakie dla centrum, którym jest przebiegnięcie/ucieczka? Owo
„więcej”, którego się domagam/y jest po mojej/naszej stronie, w
moim/naszym fragmencie/całości.
Transgresja jest niewątpliwie Leitmotivem niemal wszystkich
fotografii Sybilki Storie-Joachimiak. Kadry/fragmenty nieustannie
dążą i domagają się całości, a równocześnie całość – ta przedstawiona i ta nieprzedstawiona – koncentruje się w poszczególnych
fragmentach. Sybilka Storie-Joachimiak – jakby w myśl recepty
wykoncypowanej przez Sontag – rejestruje światło i efekty jego
działania (co może cośkolwiek tautologicznie brzmi), materializuje
je. I zawierza światłu – bohaterowie jej fotografii manifestują
się w postaci cieni, konturów, masek teatralnie dramatycznych
i miraży. Autorka zdziera cały plastik ich powszedniej powierzchowności, wybiera pozy, gesty i grymasy, które pozwalają na
odsłanianie emocji. Wykorzystuje do tego technikę nakładania
fotografii na fotografię, znajduje naturalne odbicia lustrzane, nie
stroni od podmalowywania niektórych kadrów. Preferuje zdjęcia
czarno-białe i wysokie kontrasty, stosuje też technikę high-key
lighting. Nawet – zdawałoby się trywialna – scenka rodzajowa
w jej wykonaniu (fotografia nr 11) zostaje „wyeksportowana” w
rejony metafizycznych lśnień.
Allan Sekula w eseju Handel fotografiami (w: Id.: Społeczne użycia
fotografii, 2010) podejmuje spór z powszechnym przekonaniem,
że fotografia posługuje się „uniwersalnym językiem” obrazu.
Uważa za „fundamentalne złudzenie” wiarę w to, ”że fotografia
sama w sobie stanowi język. Fotografia […] nie jest samodzielnym ani autonomicznym systemem językowym, lecz zależna
jest od ogólniejszych warunków dyskursywnych, zwłaszcza
tych ustanowionych przez język werbalno-pisany. Znaczenie w
fotografii jest zawsze konstrukcją hybrydyczną, wynikiem wzajemnego oddziaływania ikonicznych, graficznych i narracyjnych
konwencji. Mimo istnienia pewnego niepochwytnego momentu
semantycznej i formalnej autonomii […] fotografii zawsze w jakiś
sposób towarzyszy jawny bądź niejawny tekst”. To rozpoznanie
Allana Sekuly zgrabnie opisuje również fotografie Sybilki Storie-Joachimiak. Kolokwializując, są nie tylko konstruowane z różnych
obrazów, ale wykorzystują wszelkie wymienione konwencje.
Artystka ponadto umieszcza w niektórych z nich (por. fotografie
nrnr 14, 79, 80, 87) słowa, znaki interpunkcyjne i matematyczne.
Natomiast nie tytułując fotografii, nie obramowuje ich, nie zamyka
odbiorcy możliwości snucia własnej opowieści we własnym języku
i czasie, uznania śladów w śladach z fotografii za swoje, a przy
tym nie powstrzymuje fragmentów przed swobodną transgresją
w całość, a całości przed fragmentacją.
Jerzy Suchanek
Sybilka Storie: A turist in your world. Gdańsk: Fundacja Światło Literatury
2012, s. 24.
4400
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
O
to jest przed nami – czytelnikami – znalezisko Nachmana
Zonabenda z 1944 roku, czyli zeszyt z wierszami Melanii
Fogelbaum wydany nakładem wydawnictwa Sonar z Gorzowa
Wielkopolskiego. Wiersze z miejsca tragicznego, miejsca na zawsze
będącego już hańbą dla ludzkości – z getta; wiersze Żydówki,
która pisała po polsku.
Getto w Łodzi – stworzone przez Niemców – było miejscem
specyficznym, rodzajem miasta przemysłowego w mieście przemysłowym; rodzajem parodii państwa dyktatorskiego1. Miało swojego
„króla”, który za zgodą nazistów dysponował nawet własnymi
pieniędzmi. Fogelbaum tak określiła to miejsce: „miasto, garnek
rozpękły w drutach / miasto pstre a bez barwy / bez dźwięku / w
skorupach ruder owiniętych drutem” [s.78]. Adolf Rudnicki w opowiadaniu „Złote okna”2 pisał, że jedzenie w getcie było rozdzielane
raz na dziesięć dni. Jeśli ktoś był sam, zjadał wszystko od razu, a
potem kładł się do łóżka i oczekiwał na śmierć. Głód, ból i lęk to
ówczesna rzeczywistość. Wszystko to znajdujemy w wierszach
Fogelbaum, która pisze: „lęk się wkulił że zmysłom uwiera [s.17];
ból pijany, świat nie dla nas / przez oczy głód / głodne są ludzkie
oczy [s. 28]; ten pilny głód / co nie chce czekać „[s. 50]; „siny głód
wydoił matkom piersi” [s.81]. Moment zamieszkania w Litzmannstadt Ghetto tak ujęła w wierszu: „Pulmanami obłędu niosła Cię
w nieznane / z życiem nagle zamkniętym w lakier neseseru / w
brudną ghetta wśród drutów północną riwierę” [s. 30]. Warunki
socjalne tego miejsca były straszne: „dni jak słoma zmierzwiona
w zawszonym legowisku [s.30]; w białym mrozie usnęły wszy” [s.
52]; „w moim strasznym mieście / błąka się tłum upiorów / krzyknęło sine dziecko / zduszone by nie krzyczało” [s. 49]. Psychiczne
rozstrojenie, emocjonalna klęska i ponad ludzką siłę okrucieństwo
czasów wychylają się z każdego wersu: „tu w kipieli życia / w cuchnący wrzątek życia / wrzątek ropy / w kałuże trupich chuci [...] w
kloakach tętni życie / z rudych żył kału [...] czerwie wijących sieni
/ czerwie na cmentarnym czarnoziemiu / toczą umarłe drzewne
ścierwo / i trupie włókna ludzkich ciał” [s.50].
Niektórzy byli zbyt słabi by to wytrzymać i wtedy decydowali
o swojej śmierci: „czy wiesz jak rzęzi strach jam oczu wklęsłych /
krzyk skaczących w ścianę z pięter / jak wyją oczy skaczących z
pięter” [s.110]. Śmierć jest wszechobecna: „trupy, trupy, trupy [s.72].
Po mozaice ulic sparszywiałych / krakała bezgłośnie w czarnych
skrzydłach szubienic / śmierć [s. 83]; słodko pachną trupy [s.71]
upadł człowiek / i przemierzył śmierć obok cieni w śmietniku /
tchem skwaśniałej zupy w ścierwie umarłych kartofli” [s. 73]. W
getcie śmierć przychodzi najczęściej z głodu i choroby: zapalenia
płuc – „kaszlem świszczą płaczą resztki płuc” [s.79]; szkarlatyny
(zwanej płonicą, której objawem była gorączka, czerwone krosty)
„sypią skoraloną płonicą” [s. 80], „płonica jarzębin majaczących
czerwono” [s. 81]; tyfusu (zwanego durem plamistym, a przenoszony
przez wszy) „dur / żar zwięźla sznury / żył / wszy plamią barłogi,
słońce mózgi” [s.84].
Człowiek chory, głodny często uciekał w sen. Senne mary, przywidzenia są częstym motywem wierszy Melanii: „pustka i nieświt
sen spóźniony jęczą” [s.92];„w zagony zmierzchu lecą / motyle snów
[s.93]; I był sen przebudzony / w krawędzi powiek” [68]. Senne wizje
wyznaczają również oniryczną grę słów: „Sen pokruszony w uschły
liść / srebrnym włóknem ściekał w nocny staw” [s.40].
Jednak zapis tragedii czasów, tego, w czym autorka żyła, z czym
obcowała – nie jest rodzajem poezji „zaangażowanej”. Stanowi
raczej zeszyt pamięci, w którym padają słowa ciężkie, choć nie ma
bezpośrednich ocen, swoistego psioczenia, użalania. To właśnie
wiersze stanowią dla Melanii ucieczkę, zaklinanie rzeczywistości,
zapomnienie o dramacie dziejącym się na oczach mieszkańców
getta. Napisać – znaczy bardziej zrozumieć, a pisząc – móc się
uwolnić, oderwać. Fogelbaum obrała dla siebie rolę twórcy. Twórczość niesie wyzwolenie. Stworzone światy poboczne pomagają
Gazeta literacka
PRZEZ żYCIE NIE DO PARY
– O WIERSZACH MELANII FOGELBAUM
Melania Fogelbaum w getcie w Łodzi, 1940 r. Fot. Mendel Grossman; zdjęcie znalezione przez Nachmana Zonabenda.
nabrać dystansu. Wolnym jest ten, który tworzy, który skupia się
na detalu, drobiazgu. Codzienne cierpienie nie stanowi sedna
tych wierszy. Owszem pokazuje z czym przyszło się zmierzyć, ale
gdy człowieka już wszystko zawiodło (zwłaszcza drugi człowiek)
pisanie jest zabezpieczeniem moralnym, upewnieniem siebie
samego, że jest się człowiekiem i że zna się antidotum na zło. Jeśli
natomiast wiersze pokazują zło – to raczej jako rodzaj siły, przez
którą cierpią niewinni ludzie. Fogelbaum nie ocenia nazistów,
swoich oprawców nie umieszcza w świecie wierszy. Skupia się na
tym, że to właśnie w sytuacji zagrożenia, degradacji fizyczności
wciąż możliwe było przeżywanie choćby miłości, dostrzeganie
piękna natury, zachwycanie się urokiem świata. I Melania Fogelbaum (z getta w Łodzi), i Marek Edelman3 (z getta w Warszawie)
pozostawili przynajmniej w części przekonanie, że w pewnym
momencie życie w getcie było normalnością, że ludzie pozostawali
ludźmi. Żyli – zachwycali się pięknem świata – kochali. Melania o
tym pisze dyskretnie, a jednak zaznacza w wierszu Miary nieznane:
„Garście mroku / pustej nocy zegar / w szału kroplach / zachłyśnijmy
się szczęściem!” [s.120]. A w innym wierszu: „Od twoich lędźwi do
moich bioder nie tylko krzyk / Spływasz [...] Nie jęczmy kochanie
tak strasznie” [s.72]. Natomiast wiersz pod tytułem „Szczęście”
– niemożliwy tytuł w takich warunkach – a jednak: „pokochały
się oczy rozkochane usta / słodycz ust potruła w maliny” [s.75],
to zaznaczenie, że miłość była możliwa, że stanowiła również
obraz tamtych czasów. Zastanawiają mnie dwa wiersze, w których
kobiecą intuicją wyczuwam fakt, iż poetka mogła zostać w getcie
matką. Pojawia się w tych wierszach nieokreślona postać, nazwana
jednak w pewnym momencie – Córeczką! [s.127]. Słowa z wiersza
wcześniejszego zaznaczają jednak: „Imię miałabyś: echo pieszczoty
w obcej mowie [...] Nim poczęły z żył moich przeciekać w twe tętno
/ Soki [...] I przyszła nagła noc od krwi gorąca a już obojętna” [s.126].
Jest to wielki dramat. Czy rzeczywisty? – moim zdaniem tak. Ale
przecież ta upragniona córka – mogła być równie dobrze nierealna,
wymarzona ... Poetka pisze: „Miałam zszyć ci koboldzik, maleńki
kapturek / Przed urokiem od węży, jaszczurek i mroku” [s.126 i s.
20]. Była gotowa uchronić swoje dziecko, odwołując się do tradycji
domowego duszka kobolta, który wykonywał prace domowe
dla mieszkańców domostwa i zabezpieczał przed złem. To miało
być piękne dzieciństwo – tak piękne, jak plaże Waikiki na wyspie
O’ahu na Hawajach. To była metafora raju, sennego wyobrażenia
miejsca cudownego, spokojnego, miejsca szczęścia: „Jakże próżno
czekała wiatrem i brzegiem i wodą / Daleka Waikiki” [s.127 i s.61]. Ale
marzenia czy rzeczywistość nie spowodowały matczynej radości.
Melania była sama: „przez życie nie do pary” [s.15]
Miłość i piękno – choćby piękno przyrody. Poetka wielokrotnie
w swoich wierszach odwołuje się do najstarszego i ukochanego
motywu sztuki – do kwiatu, który ozdabiał perskie dywany, chińskie wazony i japońskie ryciny. Zdobił pochodzące sprzed 1500
lat pne. mury świątyń egipskich, pomniki asyryjskie i sumeryjskie.
Znajdował się w grobowcu Tutenchamona odnalezionym przez
archeologa Cartera4. Zawładnął sztuką holenderskiej mar-
twej natury XVII wieku, wiktoriańską dekoracją i podbił secesję.
Poeci, do pokolenia których Melania należała, uwielbiali kwiaty.
Cała poezja przedwojenna, począwszy od Młodej Polski, ceniła
motywy roślinne, jako ważny element „twórczej gry wyobraźni”.
To Kazimierz Wyka5 zwrócił uwagę na fakt, że w okresie Młodej
Polski motywy roślinne stały się chętniej podejmowane niż
w okresach wcześniejszych naszej literatury, co tłumaczył zarówno wpływem francuskiego symbolizmu, dekadentyzmu, jak
i ówczesnej ludomanii. Fogelbaum czasem kwiaty i inne rośliny
traktuje jako dekorację, jako uosobienie piękna: „oczy urzekła
zmierzwiona biel rumianków / wśród zszarzałych zieleni” [s.97];
innym razem jako wyraz wiary w życie – wartość samą w sobie:
„w rozpadlinie czasu polny kwiat / patrz kwiat roztulił życie” [s.
35]; a czasem pragnieniem i uosobieniem szczęścia: „a mnie się
marzy droga w południe / las rozgorzały w jesiennej wiośnie
/ fioletowe sny fiołkowe” [s.86]. Życie zaczyna się, a właściwie
istnieje w zachwycie światem roślin. Czym bowiem są „kręgowidy szare” – jak nie oddaniem w plastyce języka istoty piękna
przyrody: „Żółtozłocze łzawy / Twardolepkie mioduny / Kręgoliste
mleczany / Żółtuńce cytrynne / Sękolite skrzypce / Odrętwy
kwiatczane / Ciemień niebędny / Gwiezdna zielenica / Płaskuń
się rozwidlił / Wilgoziem” [s. 11]. Ta leśmianowska konwencja
wspaniale oddaje warsztat poetycki Melanii, osadza jej pisanie
w konwencji czasów w jakich żyła i podbija znaczenie współistnienia człowieka z przyrodą. Melania musiała mieć dojście do ogrodu,
o którym wielokrotnie pisze: „nocą ciężką od jabłoni / porzucam
mokry ogród” [s.89 i s. 94]. Dwa wiersze rozpoczęte tymi samymi
wersami zastanawiają – a może miała swój wewnętrzny ogród,
swoje miejsce w umyśle, do którego nikt inny nie miał dojścia?
Getto łódzkie przetrwało najdłużej. Jego rola ekonomiczna
i liczba mieszkańców sięgająca 160 tysięcy Żydów6 powodowały,
że Niemcy wywozili do obozu zagłady w Chełmnie początkowo
jedynie dzieci i starców. Do Auschwitz-Birkenau trafili w 1944 roku
tylko ostatni wywiezieni – w tym 1 sierpnia 1944 roku Melanii.
Trzydziestotrzyletnia, schorowana, na noszach, słaba i bezużyteczna
tego samego dnia trafiła do komory gazowej. Może o godzinie 17.00
gdy rozpoczęło się Powstanie Warszawskie... i może jej dusza udała
się od razu do ogrodu „gdzie słodko pachną pąkowia kokony”[s.12].
Beata P. Klary
Melania Fogelbaum Drzwi otwarte na nicość, opracowanie
i komentarze: Z. Marek Piechocki i Leszek Żuliński, Wydawnictwo
Sonar Literacki, Gorzów Wlkp. 2012, s. 158.
Por. P. Levi, Pogrążeni i ocaleni, przeł. S. Kasprzysiak, Wydawnictwo
Literacki, Kraków 2007
2
A. Rudnicki, Złote okna (1963).
3
Edelman, I była miłość w getcie, Świat Książki, Warszawa 2009
4
Podaję za: W. Sołouchin, Zielsko. Przeł. B. Reszko. Warszawa 1987, s. 56.
5
Zob. K. Wyka, Główne dążności ekspresji artystycznej. [W:] Idem, Modernizm polski. Kraków 1968, s.175.
6
F. M. Cataluccio, Niemalże brewiarz środkowoeuropejski, Znak, Kraków, 2012
1
4 14 1
OCALONE
Beata P. Klary
ESEJ
Sławomir Majewski
Kobiety ich życia
PIęKNOśĆ ZRODZONA W BURDELU (1)
W gruncie rzeczy, każda aktorka to sprzedajna dziwka – tak zawsze było,
jest i będzie, bo to nie jest zawód artystyczny, ale sprzedajny charakter!
Lord Anthony Ashley Cooper
O głównej postaci tego eseju zapisano tysiące stronic w opasłych księgach a jej imię i nazwisko weszło do historii powszechnej Anglii i historii angielskiego dramatu. Nie znaczy to, iż jest
postacią powszechnie znaną Polakom, których pięćdziesiąt procent w ogóle nic nie czyta.
Przypuszczam, że gdyby była bohaterką Dzienników Bridget Jones, zezowatą Niewolnicą Isaurą
albo Ryśkiem z Klanu jej losy znałyby miliony. Ale na szczęście nie byłą postacią z powieści tylko
z krwi i kości równie interesującą, co Barbara Radziwiłłówna, Żydówka Sara czy hrabina Cosel.
Zatem po cóż o niej pisać dla Polaków z których pięćdziesiąt procent nic nie czyta? Bo ja
piszę dla tej czytającej połowy a po drugie potóż, albowiem jak mawiają młodzi: bo to była
super-laska. Super-laska a nawet więcej, bo to była mega-gwiazda Restauracji. Nie, Kochani,
nie w restauracji, tylko mega-gwiazda epoki Restauracji.
6 maja 1649 ustanawiając
DZIWNY ROK
republikę Cromwell bez chwili
Rok 1658 „był to dziwny rok, w którym rozmaite znaki na niebie i wahania stawia na jej czele swą
ziemi zwiastowały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia”, albo- wielce nabożną osobę, co jest
wiem w on czas, jak raz na rocznice swych militarnych tryumfów o tyle zrozumiałe iż tylko dureń
pod Worcester i Dunbar, Oliver Cromwell bredząc Dzieło moje nie ustawiłby się na czele pańskończone! kona chwilę później. Było pewne, iż władzę nad Anglią stwa które ukradł jak kokosz z dworskiego gumna. Aliści ubicie
przejmie Ryszard, syn nieboszczyka no i prawie mu się udało. Ale króla i trwające lat jedenaście szatkowanie rojalistów i nie-purywszem i wobec wiadomo, że w polityce słówko „prawie” jest klęską, tanów było działaniem wielce niepragmatycznym i w krótkim
której w przypadku Oliwerowego syna należało się spodziewać czasie zohydziło Anglikom pana Cromwella jako pana Cromwella
gdyż był to osobnik bez śladów charyzmy i autorytetu ojca a do i wyznawaną przez niego formę anglikanizmu, doprowadzając w
tego żaden wódz, strateg i polityk żaden, więc władza błyska- 1660 do restauracji monarchii z synem ściętego króla, Karolem
wicznie mu się wymsknęła i chwacko ucapili ją oponenci. Nasi Stuartem w roli nowego władcy. To o Cromwellu przesławny
dziadowie mawiali o faktotum jak Ryszard, iż to ni pies, ni wydra, alchemik i wizjoner Nostradamus napisał:
coś na kształt świdra a i dziś jeszcze funkcjonuje porzekadło o kimś
Bardziej kosz mięsa [rzeźnik] niżeli król Anglii,
nie nadającym się do niczego, że dupa nie oficer. Suponuję, byśmy
określając Ryszarda tą częścią ciała zapomnieli o nim tak, jak go Zrodzony w ciemnościach osiągnie swoją godność za pomocą siły.
Tchórz bez wiary zaleje kraj krwią,
zapomnieli rodacy kiedy zwiał z kraju i tyle go widzieli. A on ich.
Jego czas jest już bliski.
ROK 1660
Oliwer Cromwell pędzla Samuela Coopera.
Powiadali zwolennicy teorii spiskowych liczni jak biblijna szarańcza, którzy nawet Boga gotowi są obdarzyć szwarccharakterem i
cyniczną tendencją do faworyzowania Żydów sprzymierzonych z
cyklistami, że Cromwell został czymsiś otruty a w materii spisku na
jego życie cuś było na rzeczy. Ale że spiskoteoretycy we wszystkim
węszą cuś na rzeczy ot, jak choćby osławiony wpływ gejowskiego
lobby na torebkę niebieskiego Teletubisia, zostawmy ich tam
gdzie Mzimu zostawia złych Murzynów i szparko wracajmyż do
naszych baranów.
Otruty grzybami czy nie, 3 września 1658 roku Cromwell umiera
w glorii znakomitego żołnierza i wodza a zarazem nieprawdopodobnego religijnego oszołoma, piastującego z woli kadłubowego
Parlamentu godność Lorda Protektora Anglii, Szkocji i Irlandii. Jak
każdy nawiedzony dysponujący nieograniczoną władzą, dzielny
wojak Oliver nim odszedł na niebieskie pastwiska, manu militari
solidnie przetrzebił pogłowie obywateli Albionu za preferowanie
odmiennej formy wiary, sodomię tudzież parę innych drobiazgów.
Można domniemywać, iż z chwilą jego zejścia wielu Anglików
zawołało Już nikt przez tego pana pozbawiony życia nie będzie!
aliści, czy okrzyki brzmiały tak właśnie czy inaczej pewności
nie mamy, przeto nie będziemy jak niektórzy rozsiewać wieści
niesprawdzonych, zatem bezzasadnych i kłamliwych.
Pan Cromwell tak był zawzięty na wszystko co dworskie i nie-purytańskie, że gdy w wyniku wojny domowej przejął władzę,
rychło zdekapitował pomazańca Bożego Karola I Stuarta a przy
okazji liczne stadko jego dworzan. I z całą pewnością byłby
wyrżnął w pień wszystkich członków królewskiego rodu i dworu
ale mu pod osłoną nocy spłynęli morzem do nieodległej Holandii
w której zakotwiczają na dłużej.
Karol I Stuart pędzla Anthonisa van Dycka.
4422
28 stycznia 1661 roku czyli niedługo po wykopaniu z Parlamentu i życia publicznego resztek Cromwellowskiej watahy,
wykopano z grobu w Opactwie Westminsterskim truchło samego
Cromwella. Umrzyka najpierw powieszono a następnie przy
aplauzie gawiedzi pogrzebiono u stóp szubienic grodzkich. Czyn
niepiękny i nad wyraz barbarzyński, lecz doskonale ilustrujący
ówczesną obyczajność a przede wszystkim uczucia obywateli
do fanatyka i dyktatora.
Wraz z objęciem władzy przez świeżutko upieczonego Karola
II, Anglię i Anglików ogarnia nadzieja na nowe, wspaniałe czasy.
Dla historyka sformułowanie nowe czasy w odniesieniu do czasów
post-rewolucyjnych nie zawiera żadnego novum, bowiem znawcy
dziejów doskonale wiedzą iż rewolucje nie zmieniają koryt. Zmieniają się tylko żrące z nich świnie. A więc wataha Stuartów wymiata
z dworu i urzędów mafię Cromwellowską, pozostawiając na stołkach tego i owego z krągłych łbów jak naonczas od krótkich fryzur
zwano purytanów, po uprzednim złożeniu przez nich przysiąg
na wierność nowemu władcy i zaparciu się poprzedniego pana.
Co też nihil novi sub sole, bowiem od zarania dziejów wiadomo,
iż nikt nie służy nowej władzy lepiej od zaprzańców. Tezę ową
wyśmienicie potwierdził niejaki Szymon Kephas a paskudny czyn
jego dogłębnie opisują Ewangelie.
Zaprzańcy zaprzańcami a zdrowy trzon zwierzchności musi
być wsparty na ludziach pewnych i zaufanych czyli na swoich,
bo inaczej jakże bezpiecznie oszukiwać i okradać naród? Zatem
natenczas każdy, kto miał odpowiednie wyznanie i pochodzenie a
przy tym stracił krewniaka na szafocie, kogo pozbawiono majątku
na rzecz republiki, kto mniej czy bardziej jawnie sympatyzował z
dynastą Stuartów a szczególnie ci, którzy posiadali matkę, ojca,
siostrę lub brata sypiających z kim trzeba, wszyscy oni dostali
niepowtarzalną okazję zanurzenia ryjów w korytach. Bowiem z
rewoltami jest jak z piwem: gdy opadnie piana złudzeń, na wierzch
zawsze wypływają męty pospołu z szumowinami.
Anno Domini 1660, jak korek wypływa na powierzchnię historii
niejaki Samuel Pepys, absolwent Kolegium św. Magdaleny Uniwersytetu Cambridge, zatem młodzieniec kształcony acz ubogi
wielce i natenczas kompletnie niczym się niewyróżniający. No
może tym, iż pośród bliskiej familii ma potężną osobistość której
sekretarzuje za skromniutki pokoik w Whitehall, opierunek, wikt i
kilka funtów rocznie. Tym jego nad wyraz życzliwym protektorem
jest sir Edward Montagu, dowódca floty republikańskiej na co
dzień i od święta Samuelowy wujaszek. W kontekście późniejszych
wydarzeń uznajmy za niepodważalny fakt, iże wujo obdarzony
został nader krótką pamięcią, bowiem niepomny z czyjej kiesy
bierze na jelenie combry, uciechy z dziwkami i szamerowane
złotem gacie, cały czas dyktatury knuje jak ostatnia świnia z
dworem królewskim na wychodźstwie przeciwko Cromwellowi,
swemu chlebodawcy i towarzyszowi broni.
Knucie, o ile kończy się sukcesem knującego, zazwyczaj przynosi profity a te w przypadku sir Edwarda okazały się nad wyraz
szczodre. W uznaniu jego wybitnych zasług na polu zdrady i
przeniewierstwa, natychmiast po restauracji monarchii obdarzono
go tytułem lorda Sandwich, jednocześnie powierzając stanowisko
admirała i pieczę nad Royal Navy.
Chcąc familię tak znakomitą nieco przybliżyć Czytelnikowi,
któremu może nie zechce się nurzać w ponad 1000 stron zapisków
pana Pepysa, zaczerpnę szczodrą garścią z wprawdzie niedoskonałej jeszcze, lecz jakże przydatnej każdemu ćwierćinteligentowi
Wikipedii, która o Samuelu Pepysie i jego progeniturze tak między
innymi wspomina:
Pepysowie byli starym rodem drobnoszlacheckim, zamieszkującym okolice Cambridge. Linia Samuela wywodziła się z
Brampton, wsi leżącej na północny zachód od Londynu (obecnie
Cambridgeshire). Bliskimi ich sąsiadami była rodzina Cromwellów, którzy tamtejsze dobra ziemskie odsprzedali sir Sydneyowi
Montagu, ojcu Edwarda Montagu; wujowi Samuela drugiego
stopnia. Był on protektorem Pepysa. (...) o karierze Pepysa
zadecydowały jego wrodzone talenty.
W 1655 Pepys ożenił się z niespełna 15-letnią Elizabeth Marchant de St. Michel, córką Aleksandra, emigranta – hugenoty z
Francji. Zaczął wtedy też służbę u swego protektora Edwarda
Montagu. W przededniu przewrotu rojalistycznego był jego
sekretarzem. W 1660 został sekretarzem Urzędu Marynarki (Clerk
of the Acts to the Navy Board), co zapoczątkowało jego karierę.
Samuel Pepys był też szefem kancelarii Tajnej Rady Królewskiej.
SKąD TEN POMYSł...?
Zaczęło się w roku 1655, zupełnie jak w powieściach z kolekcji
wydawniczej Harlequin. Naonczas człowiek-nikt, za to napalony
jak buchaj dwudziestodwuletni Samuel Pepys zdobywa Elizabeth
St. Michel, słodziutką czternastolatkę z kunsztownie lokowaną
łepetynką, cycuszkami jak jabłuszka i usteczkami wydętymi jak u
Bardotki smakującej sporych rozmiarów korniszona. Jak to bywa
w przypadku miłości od pierwszego razu, młodzieniec dostaje
hopla na punkcie szeroko dlań otwartej dzieweczki i sprawy
nabierają impetu armatniej kuli. Zakochani padają na kolana a
mając zapewnione dwustronne rodzicielskie imprimatur galopują
do kościółka. Wybiegając z Bożego przybytku zrywają z siebie
narzeczeńskie wstążki i nie ustając w galopie wskakują do łoża,
w którym przechodząc z galopu w cwał, oficjalnie konsumują
związek. Sielanka, nieprawdaż?
Ano niezupełnie, bowiem w krótki czas po ślubie zakochana
para rozdziela się przechodząc w stan separacji od stoła i seksu.
Winę ponosili oboje, imć Pepys maniakalną zazdrością o nieliche wdzięki młodocianej małżonki a ona tym, że niebywale
ochoczo angażowała się w sytuacje mocno zalatujące zdradą,
jak łacno można wyczytać w Samuel Pepys’ Diary i to bynajmniej
nie między wierszami. Nie oznacza to broń Boże, iże nastoletnia
madame Pepys parała się li tylko pokładaniem w łanach zboża
z każdym napotkanym chłopem i zadzieraniem pod nim kiecy.
Gdy zamieszkają na swoim i dane jej będzie pełnić rolę pani
domu, niejednokrotnie wstanie o trzeciej nad ranem żeby prać,
albowiem o takich godzinach wówczas się prało. Gotowała mężusiowi przesmaczne, wielodaniowe obiadki (pasztety z jelenich i
dziczych combrów, łabędziego mięska itp.), krzepko dzierżyła
za pysk rozpustną a zapijaczoną służbę, przymykając oczy na
rozliczne miłostki Samuela z domowymi służkami, bywało że
mocno nieletnimi co zalatywało pedofilią a także na jego amory
z paniami z mondu i z podłych a rozlicznych oberży Drury Lane.
Do tego pani Pepys nie miała zielonego pojęcia o tym, że
małżonek orze wszystko co mu pod lemiesz wnijdzie, acz jego
odręczne szyfrowane zapiski roztaczają przed nami konterfekt
wysokiej próby kurwiarza, wykorzystującego stanowisko, pieniądze i wszelką sposobność by niewolić kobiety. Oczywiście,
wiele z tych dam wcale niewolić nie było potrzeby, albowiem jak
mawiali starożytni nulla puella negat.
No, ale kto się lubi ten się czubi, więc separacja się kończy i
jakoś tak pod koniec roku 1658, korzystający z protekcji wujaszka-admirała, Samuel podejmuje pracę w Urzędzie Admiralicji na stanowisku sekretarza, najmując przy Axe Yard małe, jednopokojowe
mieszkanko. To w nim 1 stycznia 1660 roku, dwudziestosiedmioletni Samuel Pepys ostruga gęsie pióro by pisać memuary. Chłopina
nie przewidywał w najskrytszych marzeniach, że prowadzą go
one na wieki wieków do historii i światowej literatury.
I tu zaskoczę Czytelnika wyznaniem: nie jest to story o Elżbiecie
i Samuelu Pepysach i żaden suspens nie kołatał mi w głowie.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
AB OVO
Przez długich lat jedenaście mister Cromwell i purytańskie
klechy drakońskimi restrykcjami trzymali za mordy brytyjskich
i irlandzkich poddanych, zabraniając im jak nie tego, to owego
a co zakaz wydali, to głupszy był i straszniejszy jak zawsze, gdy
władzę nad państwem sprawuje kler czy religijni fanatycy. Między
innymi narzucono modę na ubiory w wesołych cmentarnych
kolorkach, zakazano publicznego muzykowania a śpiewów
innych, niż nabożnych. Zabroniono publicznego uprawiania
sportów w tym piłki nożnej, krykieta, walk bokserskich a nawet
wyścigów konnych. Krzywym okiem patrzono na poetów i pisarzy,
polecając ich osoby i twórczość czułej opiece inwigilatorów. Co
robiono z dziwkami niezliczonych zamtuzów Londynu a szczególnie tych z lupanarów panabiskupowej dzielnicy Liberty of
Winchester, zwanych The Winchester Geese (Winchesterskie Gęsi)
od świętobliwego alfonsa ściągającego z nich podatki.- sam nie
wspomnę a i Wam nie radzę.
Jakby karlenia moralnego i fizycznego było mało, wypowiedziano wojnę kulturze i sztuce zabraniając teatrom działalności
a sędziom pokoju nakazując zniszczenie wszelkich teatralnych
pomieszczeń, dekoracji, rekwizytów, schodów, galerii, siedzeń i...
okien. Za udział w nielegalnym spektaklu aktorzy mieli być karani
publiczną chłostą a widzowie płacić grzywny w wysokości pięciu
szylingów, kwotę niemałą.
Karol II Stuart pędzla Thomasa Howkera.
Po śmierci uzurpatora, Karol II szybko przywrócił do łask
występy teatralne i wszelkie inne zakazane uciechy. Jednym
z pierwszych aktów Karola Stuarta jako króla, było powołanie
kompanii teatralnych: Królewskiej i Książęcej, mających przywrócić
sceniczne tradycje oraz wydanie dekretu legalizującego prawo
kobiet do występowania na scenie. W roku 1663 kompania założona przez króla a kierowana przez Tomasza Killigrew, otworzyła
Playhouse Theatre, który później przebudowano słusznie nadając
mu miano Theatre Royal.
A teraz cofnijmy się nieco w czasie, bo od nadmiaru danych
pobłądzić możemy jak ślepiec we mgle.
NARODZINY GWIAZDY
Wprawdzie cofnęliśmy się nieco w czasie, by od nadmiaru
danych nie pobłądzić jak ślepiec we mgle, lecz dopiero teraz
mam nielichy zgryz posiadając na magazynie aż dwie możliwości
rozpoczęcia historii.
Możliwość pierwsza: jest mroźny acz słoneczny dzionek 2 lutego
1650 roku, w którym w walijskim miasteczku Hereford w domu
przy Pipewell Lane przychodzi na świat Eleanor Gwyn (Gwynn
albo Gwynne), dziewczynka którą świat zapamięta jako Nell (Nel).
Zaręczam, iż zapamięta nie tylko dla ładnie brzmiącego imienia.
Możliwość druga: jest mroźny acz słoneczny dzionek 2 lutego
1650 roku, w którym to w lupanarze Coal Yard w Drury Lane
na terenie Covent Garden, tym londyńskim centrum prostytucji i sztuki (dokładnie w takiej kolejności) przychodzi na świat
Eleanor Gwyn (Gwynn albo Gwynne), dziewczynka którą świat
zapamięta jako Nell (Nel). Zaręczam, iż zapamięta nie tylko dla
ładnie brzmiącego imienia.
A więc mam dwa warianty początku, bowiem z miejscem
urodzenia Nell (i jej nazwiskiem oraz imieniem) mamy problem
analogiczny do opisywanych w przypadku dzieciństwa np. Amy
Lyon, gdyż co najmniej trzy (ówczesne) miasta – Hereford, Londyn
(Covent Garden) i Oxford spierają się o to, gdzie przyszła na świat.
Prawdą jest, że Gwyn to nazwisko walijskiego pochodzenia co
sugerowałoby uznanie Hereford za miasto właściwe. Słownik
Gazeta literacka
National Biography wyraża opinię, że Nell urodziła się właśnie w
Hereford przy Pipe Well Lane, którą w XIX wieku przemianowano
na Gwynne Street, albowiem dziś każda dziura poragnie się chwalić
jakąś słynną personą z niej się wywodzącą, choćby owa persona
słynęła z niesławy. Cóż, co kraj to obyczaj a nam nic do tego.
Na Londyn wskazywano dlatego, że tam właśnie urodziła się
jej matka, Madam Gwyn, jak wyczytać można na inskrypcji w
londyńskim kościele parafii St. Martin in the Fields i że właśnie w
Londynie owa niewiasta chowywała swoje dzieci. Nie wnikajmy
jakie to było chowanie, albowiem mądrze powiadają świniopasy
– jaka matka, taki miot.
Co do daty urodzenia Nell, to ma być ona zawarta w pewnym
horoskopie z dokładnością do godziny. Zapis brzmi „sobota, 2
lutego 1650, godzina szósta rano”. Zważywszy na fakt iż zegary
nie były wówczas liczne jak obecnie a czas mierzono stopniem
wypalania się świecy, węszmy łgarstwo apokryfistów.
Dla lepszego zagmatwania jej CV dodać warto, iż niektórzy
historycy sugerują przesunąć datę urodzenia dzieweczki na rok
1642 ale nie podpowiadają, jak dwudziestojednoletnia panna
miałaby udawać trzynastolatkę a właśnie w tym wieku Nell
obejmie w przyszłości funkcję sprzedawczyni pomarańcz w King’s
Theatre. I właśnie z powodu ośmiu nadliczbowych lat włóżmy
sugestyje historyków-bajkopisarzy i ową datę między bajki.
Więc Nell przychodzi na świat kiedyś-tam a szczęśliwą mamusią jest hoża dziwka i bajzel-mama w jednym, Eleonora Gwyn
(Gwynn) urodzona Smith, od profesji i zamiłowania wołana Old
Madame Gwynn, zaś tatusiem panienki mógł być jej mąż Thomas
Gwynn (Guin), ex-kapitan rojalistycznej armii z czasów Angielskiej
Wojny Domowej, hulaka, utracjusz i birbant. Niektórzy twierdzą
iż żadnego ślubu między tym dwojegoiem nie było a skoro tak,
Nell porodziła się bękartem, podobnie jak o rok starsza od niej
siostrzyczka Rose. Ale kogo dziś obchodzą takie duperele jak
ślub przed obliczem Pana?
Wyprzedzając dynamiczny rozwój wydarzeń informuję, iże Old
Madame Gwynn postrada żywot w pewnym nienazbyt głębokim
stawie w Chelsea, do którego wpełznie na potężnym fleku zaś
ojcowe drogi pokryje siwa mgła stuleci. Poza jednym, prawdopodobnie fałszywym tropem datowanym na rok 1681 a wiodącym
wprost do Oxfordu w którego więzieniu miał zakończyć żywot,
o jego losach wiemy tyle co nic. Nie szukajmy kapitana, niechaj
śpi słodko pod drzewem na którym go powieszono.
Gdy Nell podrośnie na tyle, iż miedziany dzban nie będzie
wypadać z jej maleńkich rączek, bywalcom rodzinnego bordelu
serwować będzie alkohole, owoce i różne takie. Uprzedzam
ewentualne pytania Czytelników domagających się szczegółów
i smaczków bardziej pikantnych: tak, mała Nell imała się prostytucji, bowiem źródła zbyt poważne by je ignorować utrzymują,
iż z burdelu mamusi maciupka a rezolutna dziewuszka została
przeflancowana wprost do zamtuza niejakiej pani Rose, w którym
zarobkowała jako dziecięca prostytutka.
Historyk Peter Thomson w swojej Oxford Illustrated History of
Theatre twierdzi, że świadczenie usług seksualnych przez Nell od
dziesiątego do dwunastego roku życia jest w świetle pewnych
niezaprzeczalnych faktów „wielce prawdopodobnym”. Dlaczego
do dwunastego roku życia? Bowiem w wieku lat trzynastu wraz
z Rose, siostrzyczką starszą od niej o rok zadebiutuje w teatrze
jako pomarańczowa dziewczynka. Ksywkę rozszyfrujemy później.
By rzucić nieco światła na ówczesne obyczaje dodajmy, iż płatny
seks z nieletnimi nie był niczym nowym. Przykładem niechaj
będzie dobrze udokumentowane istnienie w Londynie licznych
burdeli i domów schadzek, w których prostytuowały się wyłącznie
dziewczynki od siedmiu do czternastu lat, podobne instytucje
funkcjonowały w ówczesnej Francji (i nie tylko).
W szesnastowiecznej Anglii popyt na ten bardzo nieletni erotyczny towar tworzyli pedofile z kręgów arystokracji i nowobogackich
kupców, dysponujących fortunami wyrosłymi w koloniach nieskończonego imperium królowej Elżbiety. Ponoć sama imperatorka-dziewica wzorem Harun Al-Rashida wizytowała burdele w maseczce
i przebraniu. Czy były to lustracje li tylko w celach poznawczych
czy zupełnie innych, nie dowiemy się nigdy. Wiemy natomiast,
że na potrzeby nadzianej gwinejami chuci, londyński półświatek
odpowiedział natychmiastowym działaniem, rzucając na rynek
wielotysięczną armię dzieciaków. Rekrutowano je spośród rzesz
dzieci ulicy, bezdomnych i nikomu niepotrzebnych albo jak szczenięta kupowano za psi pieniądz w skorumpowanych sierocińcach
czy od zwyrodniałych rodziców. Bywały też po prostu porywane z
domów rodzinnych, w czym specjalizowały się grupy wędrownych
Cyganów będących na usługach londyńskich rajfurek i alfonsów.
Podkreślmy z całą stanowczością iż pedofilia, słówko wielce dziś
modne acz od nadużywania sprane jak stare gacie, było w czasach
wesołego króla Karola kompletnie nieznane.
Słówko było nieznane lecz czyny i owszem. W Anglii XVI-XVII
wieku małżeństwa między ledwie dychającymi bogatymi dziadami
a dziewczątkami ledwie opierzonymi lub nieopierzonym wcale były
na porządku dziennym. Niejeden stary lubieżny satyr rozdziewiczał
w swej łożnicy kupioną za mieszek gwinei kilkunastoletnią żonę
wprawdzie bez majątku i praw do czegokolwiek, lecz świeżutką i
słodką jak kiść winogron zerwanych o porannym brzasku.
Nie znamy jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, co skłoniło
Nell do porzucenia pracy w burdelu i podjęciu funkcji sprzedawczyni pomarańcz w King’s Theatre, w którym wielokrotnie bywał
imć Samuel Pepys. Nie wiemy czy już wówczas znał ją osobiście,
czy zapoznał gdy stanęła na deskach sceny. Natomiast wiemy, że
w roku 1662 Nell miała co najmniej jednego stałego kochanka
imieniem Duncan (lub Dungan). Związek miał trwać dwa lata i
ów Duncan zobowiązał się do załatwienia Nell pracy w teatrze.
Istnieje kilka wersji „załatwiania” pracy dla Nell. Więc wspomniany Duncan-Dungan. Nie mogąc podołać realizacji obietnicy,
stręczy ją słynnemu aktorowi i menadżerowi Charlesowi Hartowi.
Jako że Nell nie skąpi swych wdzięków protektorowi, zarabia
sprzedając widzom pomarańcze po sześć pensów sztuka a mając
niespełna piętnaście lat otrzymuje rolę Cydarii, córki Montezumy
w Cesarzu Indii wielkiego Drydena. Rola to wielce poważna, do
której według naocznych świadków nie była nazbyt dobrze przygotowana. Ale już w następnym roku miała wybornie zagrać postać
lady Wealthy w komedii Jamesa Howarda Angielski Monsieur.
Inna wersja głosi, iż to niejaka Mary Meggs, była prostytutka a
zarazem serdeczna przyjaciółka Madam Gwyn od koloru włosów
nosząca przydomek Pomarańczowa Moll, gdy zdobyła koncesję
na sprzedaż „pomarańczy, cytryn, owoców, bakalii i wszelkiego
Sir Edward Montagu, stryjaszek Samuela Papysa.
rodzaju owoców oraz wyrobów cukierniczych” w King’s Theatre,
wyłuskała z burdelu dla dzieciaków trzynastoletnią Nell, zatrudniając ją wraz Rose jako skąpo odziane Pomarańczowe Dziewczynki,
oferujące widzom małe a słodkie pomarańczki. Małe a słodkie
dziewczynki przy okazji parały się pośrednictwem między męską
częścią widowni a aktorkami, otrzymując w zamian pieniężne
gratyfikacje. Czy owo posłannictwo nosiło znamiona stręczycielstwa? No cóż, angielscy znawcy tematu powiadają iż to „kwestia
semantyki”. Zgódźmy się, to kwestia semantyki.
Jedno nie ulega wątpliwości, Nell od najwcześniejszych lat
miała wielu stałych kochanków i wielu stałych /oraz przygodnych/ klientów, podobnie jak niezliczone zastępy „podręcznych”,
„pomarańczek”, służebnych, garderobianych, szwaczek, fryzjerek
a szczególnie aktorek zatrudnionych w rozlicznych przybytkach
kultury i sztuki ówczesnego Covent Garden.
KRÓLEWSKA KOCHANICA
Jakoś tak pod koniec roku 1667, drugi książę Buckingham czyli
sir George Villiers, został protektorem-stręczycielem Nell. Powód
stary jak świat – polityka. Bowiem sir George umyślił wkręcić do
łoża Karola II pannicę, która prowadzona na jego sznurku dałaby
mu nieograniczony wpływ na króla, królewskie decyzje a tym
samym na losy imperium. Przede wszystkim zaś, dziewczynę tak
seksualnie wyszkoloną w ars amandi, która wepchnięta do łożnicy
króla raz na zawsze usunęłaby z dworu Barbarę Villiers vel Lady
Palmer alias lady Castlemaine, długoletnią nałożnicę królewską,
będącą stronniczką i totumfacką jego kuzyna i wroga, pierwszego
księcia Buckingham. Jak widać, obaj panowie B. rozgrywali swoje
interesy za pomocą interesu króla.
Plan uperfumowanego alfonsa bierze w łeb, bowiem Nell za
możność eksploracji przez króla wszelkich zakamarków swojego
ciała żąda 500 funtów. Przy czym jedni powiadają, że był to ryczałt
za każdy rok cielesnych usług, a inni, że za każdy miesiąc. 500 funtów
nawet jak na królewską szkatułę było kwotą astronomiczną, więc pan
Villiers chwilowo odpuszcza interesy z naszą panną. Nie znajdziemy
go jednak zasmuconym, albowiem w kuplerskiej stajni trzyma
rozliczne kandydatki, w tym niejaką Moll Davis, takoż aktorkę. Jej
koronnymi atutami są nie tyle olśniewająca uroda i talent pożenione
z wiotką kibicią i biustem nader poręcznym, ile niewygórowany cennik, erotyczne menu i całodobowa gotowość czynienia rozwartego
cyrkla z kim tylko się da, a z królem wielce chętnie:
– Dawać go tu zaraz, plis!
Większość historyków twierdzi zgodnym chórem, iż romans
Nell z Karolem II rozpoczął się w kwietniu 1668. Śmiem wątpić,
bowiem Pepys w swoim Dzienniku pod datą 11 stycznia 1668
roku zapisuje m.in.:
(...) przyszła pani Knipp (…) dowiedziałem się od niej, że
panna Davis opuściła Teatr Książęcy, jako że Król się w niej
rozmiłował; najął dla niej dom i w piękny sprzęt go zaopatrzył
i dostała od niego pierścień wartości 600 funtów; i że Król
kilka razy już posyłał po Nell Gwynn, i że z nim obcowała (…)
A więc Buckingham drugi przebił Buckinghama pierwszego
jokerem Moll Davies i asem Nell Gwyn, ładując obie do łóżka króla
Anglii. Zapisek z 11 stycznia sugeruje, że Nell obniżyła wymagania
i zostałą kochanicą królewską co najmniej pod koniec roku 1667.
Wierzę iż tak właśnie było, albowiem więcej niż historykom ufam
Pepysowi. Wszak gdyby jego Dzienniki wpadły w niepowołane
ręce, głowa pamiętnikarza potoczyłaby się z szafotu podobnie
jak głowa pani Knipp, dla której życie erotyczne aktorów, aktorek
i wszelkich postaci ówczesnego mondu nie miało tajemnic.
Dodajmy, że nie ma powodu sądzić by pani Knipp kłamała o
sprawach, o których huczał cały Londyn.
Dla świętego spokoju pozostańmy przy dacie „kwiecień 1668
roku” jako dacie rozpoczęcia romansu między królem Karolem
II a prześliczną aktoreczką Nell Gwyn.
Koniec Części I
Sławomir Majewski
4 34 3
ESEJ
Moje przydługie acz, mam nadzieję nienudne wprowadzenie
było niezbędne, gdyż właśnie Samuel Pepys i jego szyfrowane
Dzienniki były dla mnie źródłem najwiarygodniejszym z możliwych
dla opisania postaci, której esej ten poświęcam. A więc kogo na
dzisiejszy wieczór wyciągnąłem z kufra na strychu?
Pannę, która wprawdzie zrodziła się w londyńskim burdelu,
lecz sięgnęła Himalajów ówczesnego establishmentu. I właśnie w
Pepysowych Dziennikach 1660-1669 znalazłem o niej porcję wiedzy
na tyle interesującą a solidną, by zająć się nią w sposób możliwie
dogłębny. Czy miała wpływ na życie i losy mężczyzn którzy jej pragnęli a którymi umiejętnie i bez krępacji posługiwała się by zdobyć
wszystko, co w on czas zdobyć mogła niewiasta i czy tym samym
można liczyć ją do Kobiet ich Życia? Gdy się jest zrodzoną w lupanarze
córką burdel-mamy a kończy w królewskim łożu w dodatku jako
mamusia królewskich bastardów to i owszem, jest się kobietą Ich
życia. Choćby na drodze do gwiazd, facetów kładących się między
jej uda naliczono tylu, ilu zbudowało chiński Mur. A było ich paru...
ESEJ
Jakub Antolak
N
ie jestem pewien, czy introwertyk jest w stanie napisać
powieść. Dobrą powieść. Rzecz wymaga wniknięcia w
grupy – niekoniecznie duże, ale jednak – ludzi, pewnego rodzaju
zżycie się z nimi. I nawet jeśli milkliwość idzie w parze z umiejętnością obserwacji, to niechęć lub niezdolność do, dajmy na
to, dłuższej rozmowy z kimś, komplikują sprawę. Nie wystarczy
wykonywanie tych samych co grupa czynności.
Jest też drugi kłopot. Introwertyk jest zwykle pochłonięty
autoanalizą. Świat zewnętrzny nie jest dla niego właściwym
materiałem do opisu. Introwertyk nie dokona – jak powinien to
zrobić pisarz – opisu zewnętrza za pomocą języka, który – przetworzony przez jego „ja”, wziął się z tegoż właśnie zewnętrza.
Introwertyk użyje raczej rzeczywistości jako rekwizytu, narzędzia
do opisu własnego „ja”. Wnętrze, własne wnętrze, będzie jego
przedmiotem zainteresowania. Stąd wynikają problemy. Bo nawet
jeśli już taka powieść powstanie i będzie dobra – proszę wcielić
się w przeciętnego czytelnika i spróbować dobrnąć do końca!
Myśli pan o Prouście?
Niekoniecznie. To znaczy – nie wiem, czy to byłby dobry
przykład. Jest w tym sporo racji, ale proszę wziąć pod uwagę:
ogromna wrażliwość, niebotyczna wręcz, przez co – podobnie
Wróćmy do Prousta. Mógłby pan dokonać dalszego „rozbioru” jego osobowości?
To będzie raczej rozbiór mojej jego oceny, pamiętajmy o subiektywności. Na wszystko patrzymy przez własne okulary.
A więc proszę.
Widział pan u Prousta jakiś większy opis krajobrazu? Na przykład
coś w stylu:
„Płaskie kamienie, którymi był wyłożony dziedziniec, lśniły od
czystości, jak posadzka w kościele. Nachylone głowy smoków,
którymi kończyły się rynny, wypluwały deszczówkę do cysterny, a
gzymsy okien na wszystkich piętrach zdobiły kolorowe doniczki,
pełne kwitnących bławatków i heliotropów.
Dalej ogrodzenie, zrobione z zaostrzonych pali, zamykało
sad, ogród, na którego klombach układano kwiaty w monogramy, szpalery winogradu, gdzie w lecie zawsze można było
zażywać chłodu, wreszcie placyk do gry w kręgle, ulubionej
rozrywki paziów. Po drugiej stronie zamku była psiarnia, stajnie,
piekarnia, tłocznia i spichrze. Wszystko otaczał szeroki pas łąki
przeznaczonej na pastwisko, zamkniętej gęstym i kolczastym
żywopłotem”1.
Chyba nie.
Otóż właśnie. Nie mamy w Poszukiwaniu żadnego – o ile dobrze
pamiętam – podobnego opisu przyrody. Mówi się, że wynika to z
rewolucyjności formy, bo Proust zamienił poezję na prozę, wcisnął
Zawsze kiedy to czytam, wraca do mnie przeświadczenie, że
Proust w swojej strategii pisarskiej jest takim „człowiekiem, który
śpi”. Siedząc w swojej ciemnej sypialni – co już samo w sobie
nasuwa skojarzenie ze śpiącym – i pisząc, ma na podorędziu
„porządek lat i światów”. „Radzi się ich instynktownie”. (A w tomie
siódmym pisze przecież: „(…) artysta winien w każdej chwili pójść
za głosem instynktu, to bowiem czyni sztukę czymś najrzeczywistszym, najsurowszą szkołą życia, istnym sądem ostatecznym”3)
Wypuszcza w ich kierunku wiązki wyobraźni. Porusza się tym
samym w czasie i przestrzeni powieści.
Ale nie jest to ruch w jedną stronę.
Nie, tu nie ma mowy o tradycyjnej narracji, o stendhalowskim
zwierciadle. Poszukiwanie jest jak widziany z dala układ planetarny.
Każda planeta to wątek powieści. Tych planet jest mnóstwo. Jedne
z nich kręcą się zarówno wokół słońca, jak i własnej osi zgodnie z
ruchem wskazówek zegara, inne wprost przeciwnie. Są też takie,
których ruch jest połączeniem różnych sił, sprzecznych dążeń.
Proust „królem-słońcem”?
Tak! /śmiech/ Tylko mającym o wiele bardziej znamienitą władzę.
Gdzie padnie jego spojrzenie, tam – bez żadnego przymusu – padnie i spojrzenie czytelnika. Uchwyci więc daną planetę – postać,
wydarzenie – w określonej pozycji, a patrzeć będzie na nią, „oświetlać ją”, tak długo jak zechce. Stąd na przykład spotkanie kółka
wariatki Verdurin ciągnąć się może przez kilkadziesiąt stron, a inne,
wydawałoby się ważniejsze wydarzenie trwa tyle, co mgnienie.
Proust – król słońce?
jak u introwertyka – mnóstwo analizowania własnych uczuć.
Problem w tym, że Marcel był raczej towarzyski, może mniej w
czasie choroby, bliżej śmierci, ale to chyba przez przymus twórczy
i chęć ukończenia dzieła, a nie przez niechęć do ludzi. Tak więc
nie wiem, czy jego siedmiotomowa autoanaliza nie jest raczej
wytworem wrażliwości, aniżeli faktu bycia introwertykiem.
Pewne punkty się zgadzają, inne nie. Klasyfikacja nie jest
łatwa.
No cóż – mglistość, brak wyraźnych zarysów, niechęć do szufladkowania – to cechuje chyba wszystkie wytwory kultury.
Literatura jest jednym z nich, tak więc każda teoria jej dotycząca,
w tym i moja, może podlegać krytyce. Każda teoria – używając
języka fizyki – może przyjmować jednocześnie dwa ładunki, dwie
wartości: ujemną i dodatnią. Może być, ba, jest jednocześnie
logiczna i nielogiczna, a raczej – jest jednocześnie prawdziwa i
fałszywa. W tym sensie można powiedzieć, że wszystkie poważne
twierdzenia o literaturze cechuje kwantowość.
Poważne?
Czepia się pan, ale w sposób bardzo błyskotliwy. Znów będę
mówił „mglisto”. Jak odróżnić poważne twierdzenie od niepoważnego? Nie chciałbym, dzieląc, uparcie systematyzować, gdyż – jak
już powiedzieliśmy – kultura się przed tym świetnie broni. Powiem
tak: jeśli ktoś napisze – „Szekspir był głupi”, to nie weźmiemy tego
na poważnie. Natomiast gdy ktoś napisze, że „poezja to projekcja
zasady ekwiwalencji z osi wyboru na oś kombinacji”, to musimy
to potraktować poważnie.
Nie jestem pewien. /śmiech/ Ale przecież stwierdzenie, że
Szekspir był głupi, nie jest twierdzeniem o literaturze, nie
dotyczy jej bezpośrednio. Dotyczy tylko jednego autora.
/Chwila ciszy/ Uświadomił mi pan mój bezsens. Moje podziały
na poważne i niepoważne są naprawdę niepoważne. Są jak wiele
rzeczy w humanistyce: nieokreślone, niestwierdzalne. Zdanie
„Wojna i pokój to gówniana książka” może być twierdzeniem
niepoważnym, jeśli jego powagę oceniać będzie językowy
purysta. „Gównianość” twierdzenia zadecyduje o jego niepoważności. Jeśli jednak przypomnimy sobie, że kulturą nie rządzi
obiektywność, a więc arbitrami są miliony patrzące na daną rzecz
w każdej chwili, to zdanie o Wojnie i pokoju będzie poważne
tylko dla tych, którzy nie zwracają uwagi na wulgaryzmy. Dla
tych, którzy będą wyłapywać sens, a nie zwracać uwagę na
jakieś koloryzowanie.
Słowem: wszystko jest względne. Prawdziwe i fałszywe.
lirykę w akapity powieści, wypełnił popularny gatunek tak, że ten
napęczniał poezją, stał się kwiatem, a nie obrazem. Jedynym, co
mi się kojarzy w związku z podobnymi opisami jest kilka, a może
kilkanaście stronic o kwiatach głogu, tam mamy bardzo dobry
przykład, mogący być dowodem na introwertyczność – może nie
samego Prousta – lecz na pewno powieściowego Marcela. Każda
cecha kwiatów ma związek z wrażeniami i marzeniami bohatera,
element rzeczywistości – jego ulubiony kwiat – jest tylko czymś,
co nasuwa skojarzenie, co jest symbolem, co do czegoś odnosi.
Ale – z drugiej strony – weźmy pierwszy tom – W stronę Swanna.
Jaka dialogowość! Widać tu Prousta-bywalca salonów. Dykteryjki,
półsłówka, niedomówienia, znaczące spojrzonka, mrugnięcia,
chlipnięcia, kląskania, gesty, ruchy, ubiory! Tu wychodzi z niego
dandys – wrażliwiec, ale ekstrawertyk, dzisiaj byśmy powiedzieli
– imprezowicz. Jeśli więc już nazywać Prousta introwertykiem,
to jest to introwertyk z przymusu; choroba i sztuka – trudno
powiedzieć, co bardziej – zagoniło go do ciemnego pokoju, w
którym żywiąc się kilkoma filiżankami kawy i croissantem, pisał
nocami swoje dzieło.
Moje twierdzenie zaś, choć wydaje mi się, że je udowodniłem,
cały czas daje się podważyć, nadal może być fałszywe w oczach
kogoś, kto dokładnie pogrzebał w paru tysiącach stron i albo
udało mu się obalić mój pamięciowy obraz fragmentu o kwiatach głogu, albo znalazł jakiś prawdziwie epicki opis fragmentu
rzeczywistości zewnętrznej. A nawet jeśli, to przecież mogą się
znaleźć i inne rzeczy, które moje zdanie potwierdzą.
Kultura ma janusową twarz. Polemizuje się z tym lub zgadza od
czasów Rousseau, choć może w nieco innym aspekcie. Twierdzenia
o literaturze mają znamiona prawdy i fałszu, są zaś prawdziwe
lub fałszywe tylko wtedy, gdy ktoś przyswaja je sobie i poddaje
refleksji.
Zatem – niech pan posłucha:
„Człowiek, który śpi, trzyma w krąg siebie nić godzin, porządek
lat i światów. Radzi się ich instynktownie, budząc się, i odczytuje
z nich w jednej sekundzie punkt ziemi, w którym się znajduje,
czas, który upłynął aż do jego przebudzenia się (…)”2.
4444
Precz ze starymi bodźcami! Obeznanie jest początkiem nudy.
Lecz namów do tego kogoś, kto lubi zaszywać się w czterech
ścianach, a ciasne wygnanie traktuje wyłącznie jak przyganę
dla niecierpliwych. Tacy ludzie, mimo wszystko, lubią nowość.
Rodzi się w nich konflikt – natury własnej z naturą otoczenia. W
rzadszych wypadkach zderzenie, po którym obie strony wracają
do poprzedniej pozycji i odtąd zawsze – jeśli to możliwe – starają
się nie wchodzić sobie w drogę. Wymaga to jednak kilku czynników. Jednostka musi być silna lub mieć doskonałe zaplecze
materialne. Zewnętrze umywa wtedy ręce, a swoje długie palce
wyciąga tylko w terminach płatności.
Silna fizycznie, czy duchowo?
Po co rozdzielać? Silna.
Kalokagatia.
Bez przesady. To cecha wrodzona. Wszystko polega na bogactwie, w jakie zostaliśmy wyposażeni. Możemy pracować, ale jeśli
chodzi o umiejętności, to bez ich posiadania „od początku” – nie
mamy nic do gadania.
W pewien sobotni wieczór zahaczyłem o okładkę Poszukiwania, tom pierwszy. Nie byłem pewien, jak poprawnie wypowiedzieć długie, choć w polskim przekładzie i tak skrócone przez
Boya, zdanie Prousta. Jak rozłożyć akcenty, nie tyle językowe,
brzmieniowe (choć dobrze wiemy, że Marcel stawiał znaki
interpunkcyjne kiedy miał kończyć się oddech), ile uczuciowe.
Rozplanowanie wrażeń, rozkład kolorytu, gradację nastrojów,
ułożenie rzeczy.
Wyszkoliwszy się w tym po paru przeczytaniach – nie całego
tomu, lecz paru akapitów – doszedłem do kwestii wyobrażenia,
zarówno wyobrażenia sobie, jak i wyobrażenia w ogóle. Mówię
niejasno?
Nie, nie.
Obeznanie jest początkiem nudy, nie licząc sporej grupy
wyjątków, podpisanej słowem „przyjemność”.
Dlatego też introwertycy nie cierpią, zadomowieni. Obeznanie w
twórczej samotności, w czterech ścianach, jest dla nich przyjemnością. Oczywiście – nie lubią być wykluczeni. Jednak pokój, rozumiany
tak dosłownie, jak i metaforycznie, jest dla nich ostoją, „ładowarką”,
źródłem zawsze dostępnej energii. To przyjemne obeznanie pozbawia ich mimo to mnóstwa bodźców, których doznanie wymaga
większego niż zwykle zapasu silnej woli. A często także i pieniędzy.
Pozbawia ich pisania?
Pisania powieści. Ale nie generalizujmy! To głupi sąd. Istotny może
tylko, jeśli chodzi o niektórych, chociaż i to do końca nie daje się
udowodnić. Teoria jedynie sugeruje, nigdy nie stanowi dogmatu.
Introwertyk jest ubogi w wolę?
Prawie jak ubogi duchem! Tak powiedziałby kapłan. W teologii
i psychologii istnieje zresztą coś takiego jak acedia – niechęć do
bycia, obojętność na istnienie.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
[
[
aciditas czyli „kwaśność”, melancholia – w teologii wypalenie religijne, apatia i obojętność. Introwertyk cierpi na acedię?
Mówił pan, że nie warto stwarzać podziałów.
Modlę się do mego podręcznego boga.
Bo On musi mieć miliardy uszu,
I jedno ucho ma dla mnie zawsze otwarte.4
Dałbym sobie jednak spokój z bogiem i zamiast tego powiedział „kultura”. Kultura – wysoka – zajmuje się jednostką, a jej
zadaniem są również kompensacja i leczenie. I w tej mikroskali
należy tworzyć pasujące tylko do danej jednostki – już wcale nie
sztuczne – podziały. Jedno ucho musi zawsze pozostać otwarte.
A co do prokrastynacji – tu nie ma wyraźnego rozgraniczenia.
Na pewno przy mówieniu o niej zanika sens teologiczny. O ile
w ogóle coś takiego istnieje. Może tylko duchowni i „mistycy”
mówiliby o acedii. Może. Moim zdaniem prokrastynacja jest jej
słabszą – na ogół – formą.
Słabszą?
Chyba nie prowadzi do samobójstwa. W każdym razie – jest
potwierdzona biologicznie. Nadwrażliwość ciała migdałowatego, czy coś takiego. Proust też o niej wspomina. Nazywa ją
„odjutronizmem”. I trzeba przyznać, że Poszukiwanie to historia
artysty odkładającego pisanie na święty Nigdy. Okupiona szczęśliwą – choć późną – epifanią i mozolnym pośpiechem. Historia
z życia wzięta. Bomba z opóźnionym zapłonem, z biegiem lat
zwiększająca moc ładunku, do której wybuchu wystarczyło
stuknięcie łyżką o talerz czy filiżankę.
Proust wychodzi do ludzi. Nie jest więc trochę naturalistą?
Trochę tak, ale – żeby nie zabrzmiało to jak herezja – powiem:
tylko w mikroskopijnym stopniu. Mały stopień identyczności
wynika z faktu przeciwstawienia. Proust i Zola – skoro już o
naturalizmie par excellence rozmawiać – są trochę jak „bogi po
dwóch stronach słońca”. A raczej – i znów odwołam się do języka
fizyki – jak materia i antymateria, w zależności od spojrzenia.
Każdy z nich kładzie nacisk na prawie zupełnie co innego. Prousta
nazwałbym „antynaturalistą”. Chociaż i ten przedrostek wyraźnie
mi przeszkadza.
Fot. Sybilka Storie
Warto, ale na potrzebę chwili. Zrozumienie wymaga wysokiej
kultury, a wysoka kultura nie znosi zbiorowości. Zajmuje się
pojedynczym człowiekiem, w tysiącach – to prawda – wypadków,
ale każdym osobno.
Miłosz pod koniec życia napisał taki wiersz:
Trochę jak u Manna.
ESEJ
Nie każdy. Sporo jednak – i to zauważyłem – cierpi na prokrastynację.
„Kwaśność” – powiedział pan. „Melancholia”. Panuje tu jakieś
pomieszanie pojęć, dające niezmierną jednoznaczność. Melancholia to przecież nie tylko obojętność. Nie tłumaczmy ignotum
per ignotum. Melancholia to mieszanina smutku, obojętności,
otępienia. Obojętność zaś to patrzenie bez widzenia, widzenie
nicości, zaćmienie, pustka.
Jakby mogła dać coś dobrego.
Więc jednak naturalista…?
Naturalista w negatywie. Robi to samo, co Zola, tyle tylko, że z
abstrakcją. Naturalista pokazuje nam w najdrobniejszych szczegółach obrzydliwą dla niektórych, nieakceptowalną, pozbawioną
– wydawałoby się – estetyczności fizyczność. Wnętrze ukazuje na
zewnątrz, z tymże wnętrze fizyczne. Proust to z gracją omija. U
niego, zamiast sfery nieakceptowalnej, mamy do czynienia ze sferą
nieodkrytą, zapisaną – mówiąc Frommem – językiem symbolicznym. Wrócę jeszcze do powiedzenia Herberta: u naturalisty mamy
włókna i chrząstki, u Prousta: „włókna duszy i chrząstki sumienia”.
Opozycja ciało : duch.
Niekoniecznie. Proszę zwrócić uwagę, jak obszernym tematem
jest w Poszukiwaniu seksualność. Jednak u Marcela ciało istnieje
w służbie ducha, twórczego i destrukcyjnego zamysłu, idei.
Zewnętrzność służy wnętrzu. U Zoli, a raczej: u naturalisty – na
odwrót.
Więc jednak jak u introwertyka! Rzeczywistość jest rekwizytem.
Zdobytym podstępem przez dar ogromnej wrażliwości.
wyeksponowaniu pointy. Ukazaniu – z całą dobitnością – winnego,
a przy tym pochwaleniu się własnym sprytem. Autor chce być
dziś bardziej cwanym lisem, niż odkrywcą.
A wydawałoby się, że triumfujący dziś „biografizm” pozwoli
Proustowi wypłynąć.
Nie chodzi o to, żeby zakończyć w jakiś elegancki sposób
całą tę historię – od dość wczesnego dzieciństwa po lata bliskie
śmierci, choć skądinąd wcale nie tak późne a nazywane starością. Elegancki, to znaczy w miarę krótko, zwięźle i zgrabnie jak
posąg Apollina. Gdyby tak było, zmieściłby wszystko w jednym
tomie, a to, co mu ślina na język przyniosła – parę tysięcy stron
wywnętrzania się, wyrywania z siebie najdelikatniejszych „włókien duszy”, jak pisał Herbert – to wszystko rzuciłby w kąt. Więcej
byłoby – z pewnością – dialogu, więcej niż w całym pierwszym
tomie i chyba jeszcze w piątym, o ile dobrze pamiętam. Więcej
procentowo.
Oczywiście – kompozycja jest tu znacząca, jej ważność jest
ogromna, naczelna, stanowi przecież konstrukcję katedry. Ale
trzeba pamiętać, że jest to katedra gotycka, pełna niezliczonej
ilości ozdób, rzeźb i przybudówek, misternych dekoracji, mających
na celu jedno: ekspresję.
Ekspresja ponad wszystko! Epatowanie wrażeniem, urzekanie
nim, tłumaczenie całego wziętego w siebie i wyplutego z powrotem świata. Kolorowego i baśniowego jak lampka z czeskiego szkła
w Combray. Ekspresja jednak wcale nie żywiołowa, składająca
się z setek pomniejszych wrażeń, drobiazgów nanizanych na
sznureczek narracji.
Narracja jest u Prousta jak wielka tkanina, zdobny w różnokolorowe detale perski dywan. Weźmy na przykład kobiece stroje,
opisy bankietów, toalety, sypialnie dam; wszystko służy ekspresji,
olśnieniu. Nadrzędnym celem jest zachwyt przy spoglądaniu.
Zamierzeniem Prousta było zmuszenie do zobaczenia świata w
inny sposób. Błoński powtarza za nim non stop: „Widzieć jasno
w zachwyceniu!” – podkreślając to zamierzenie.
Ekspresja ponad wszystko, ale mimo to, by móc opisywać
księżną de Guermantes, barona de Charlusa, Jupiena, Gilbertę
czy Albertynę, Proust musiał wyjść do ludzi, a więc – powtórzę,
choć już to udowodniliśmy – introwertykiem nie był.
Po pierwsze: nie wiążmy już tak ściśle introwertyzmu i Prousta. Te tematy stopniowo nam się rozchodzą. Rozpatrujmy
je powoli jako osobne kwestie. Po drugie: owszem, pewnie,
że wychodził, pozwoliła mu na to – prócz choroby – późna
eksplozja talentu.
Chociaż stwierdzenie, że choroba na coś pozwala, wydaje się
brzmieć niestosownie.
Gazeta literacka
Zabrałem się do Prousta w literaturze polskiej do 1945 roku
Jerzego Domagalskiego. Rzecz wymaga chyba zreferowania,
czy może raczej – szerszego przedstawienia, wyeksponowania
wątków tej książki, zainteresowania (dziś) ówczesną recepcją
autora Jana Santeuila, a potem – choć zdaję sobie sprawę, że
nie byłaby do sprawa łatwa – przedstawienia tej recepcji już po
wojnie i jeszcze później – być może nawet dzisiaj.
Zainteresowanie dzisiaj wydaje się być szczątkowe, albo – jak
pisze Domagalski o międzywojniu – powierzchowne. Wielu o
Prouście słyszało, wielu powtarza frazesy, zachwyca się nim (lub
nie), mimo braku lektury. A i tendencja do odjutronizmu ma tu
nie byle jakie znaczenie. Wielu moich znajomych zdumiewało się,
że przeczytałem siedem tomów, sami bowiem poprzestawali na
jednym, dwóch, albo odkładali książkę po paru zdaniach. Na tym
tle – muszę przyznać – jestem z siebie dumny, chociaż kiedy indziej
dumę okupuję wstydem. Przeszedłem próbę cierpliwości, jeśli
chodzi o styl Prousta, podczas gdy w ważniejszych lub bardziej
może praktycznych dziedzinach pozostaję w tyle.
Przez wywoływanie powszechnej niecierpliwości Proust pokazuje nam, że jest ciągle aktualny, udowadnia, że wciąż – mimo
nie byle jakiego postępu, przyrostu metodologii, dojrzałości i
wiedzy – nie jesteśmy w stanie porzucić tradycyjnych z naszego
punktu widzenia kontekstów, jesteśmy mocno przywiązani do
dziewiętnastowiecznego modelu narracji, traktujemy go wciąż
jako dominantę, trochę tylko zmodyfikowaną, a nie jako jeden z
wielu, a przynajmniej kilku, modeli opowiadania. Tkwimy w tym
samym miejscu, tylko w innym przebraniu, postmodernistyczne
gry traktując jak ‘wariacje na temat’.
Proust nie może być też (niestety) atrakcyjny dla więcej niż garstki
wybranych, a raczej – przypadkowych, obdarzonych przez los charakterystyczną intuicją, zmysłem lekturowym, zainteresowaniami,
inteligencją, ludzi. Nie chcę przy tym, choć chyba siłą rzeczy muszę,
nikogo wywyższać. Nie chodzi mi o wyodrębnianie wertykalne; nie
czytają Prousta tylko „arystokraci ducha”, raczej grupka znajdująca
się na uboczu, płynąca boczną odnogą rzeki, dzięki czemu ma ona
dość ciekawe spojrzenie na bieg głównego nurtu.
A dziewiętnastowieczność?
Może mniej sprawdza się ona w literaturze ambitnej. Ta walczy
jeszcze o jakąś niezależność, a przynajmniej niektórym tak się
wydaje. Wielu jednak pisarzy – i to już od czasów Manna – wplata
w swoje powieści wątki sensacyjne. Dziś mamy wysyp prozy
popularnej, nastawionej na rozrywkę, rozchwytywanej – jak na
przykład kryminały. Autorzy co prawda stosują czasem inwersję
czasową, retardację, rozbijają fabułę. Nie ma to jednak służyć
nowemu spojrzeniu na świat, lecz pokazaniu własnej maestrii,
Hamulcem i jednocześnie motorem, pchającym Poszukiwanie
przed oczy nowych czytelników, jest styl. Te siedem tomów
możemy oczywiście z dużym powodzeniem łączyć z biografią
pisarza, robił to już Boy. I tu przywołam słowa Domagalskiego:
„Kategorie krytycznoliterackiej retoryki, którymi posługiwał
się Boy, były poniekąd puste”5. Puste o tyle, że niektóre rzeczy
uznawał on za błąd, uchybienie dla patrzącego na powieść z
perspektywy realistycznej.
Biografia to nie wszystko. Gdyby ktoś w Polsce powszechnie
znany spisał jego życiorys, być może Marcel trafiłby pod strzechy
choć ułamka szerszej publiczności. Obcowanie z biografią byłoby
jednak poznaniem powierzchownym, a więc tak pożądany efekt
„bycia czytanym”, jak sobie życzył Proust, nie zostałby osiągnięty.
Więcej ludzi sięgnęłoby po biografię nie dla jej bohatera, a dla
autora. Podobnie zresztą było z polskim tłumaczeniem – polskie
A la recherche… sprzedawało się świetnie, gdyż jego tłumaczem
i głównym promotorem był właśnie Boy.
Znów mielibyśmy do czynienia ze znajomością powierzchowną,
czytaniem „po łebkach”, być może nawet modą. Niektórzy by się
z tej mody cieszyli. Prawda jest taka, że wymagania czytelnicze
coraz bardziej przejawiają tendencję do upraszczania, nawet
nie ekonomii, chyba że ekonomii w wysiłku intelektualnym.
Współczesny czytelnik wymaga krótkich rozdziałów i zdań, dużej
czcionki i małej ilości tekstu, a przy tym – rzecz znamienna – rozrywki. Rozrywki dość niewybrednej. I o ile krótkość tekstu i jego
segmentów, duży rozmiar czcionki, są przy Prouście niemożliwe,
o tyle rozrywka – bardzo specyficzna, dla ignorantów szemrana
– tak. Jestem o tym przekonany.
Jakub Antolak
Gustaw Flaubert, Legenda o świętym Julianie Szpitalniku, Gdańsk,
2000, s. 3.
2
Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu, t. 1., W stronę
Swanna, Warszawa, 1992, s. 9.
3
Tamże, t. 7., Czas odnaleziony, Warszawa, 2001, s. 254-255.
4
Czesław Miłosz, [Modlę się do mego podręcznego boga], cyt. za:
„Zeszyty Literackie”, nr 3/2006 (95), Warszawa, s. 6.
5
Jerzy Domagalski, Proust w literaturze polskiej do 1945 roku,
Warszawa, 1995, s. 53.
1
4 54 5
4466 M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
„W.M. Dęboróg”
– zagadkowy pseudonim literacki
Powracanie, powracanie...
Kroniką powrotu Artur Daniel Liskowacki udowadnia po raz kolejny, że jest nie tylko utalentowanym i uznanym poetą oraz prozaikiem, ale także wytrawnym eseistą. Na książkę składają się
teksty z ostatniej dekady, w większości już publikowane na łamach czasopism literackich. Zebrane
w jednym tomie tworzą ciekawy, momentami fascynujący zapis zmagań autora ze swoją pamięcią i doświadczeniami; jego rozważań nad stanem i rolą literatury oraz szerzej: kultury; prób
dokonania z jednej strony pewnych podsumowań i bilansów, z drugiej – odkrywania całej rzeszy
nowych zjawisk i zagadnień domagających się wysiłku ich zrozumienia, oceny, kuszących odgadnięciem owoców, jakie przyniosą w przyszłości.
Motywem przewodnim zbioru jest, zgodnie z tytułem, powracanie. Autor sięga pamięcią do
własnego dzieciństwa, do postaci ojca (Ryszarda Liskowackiego, znanego twórcy powieści dla
młodzieży i dramaturga ), do lektur i do postaci pisarzy oraz poetów, którzy towarzyszyli mu na
przestrzeni dekad. Te powroty, reminiscencje i wspomnienia co jakiś czas przeplatają się płynnie
z obrazami współczesności, w efekcie czego natrafiamy w Kronice powrotu na interesujące, błysko-
Książki nadesłane do redakcji
J. J. Rojek, Elegie i poematy
M. Machnicki, Całość
J. Drzeżdżon, Łąka wiecznego istnienia
M. Maj, Obrzeza i skraje
K. Niewrzęda, Popiół
P. Zimny, Przejście
A. Te, Wystarczy zalać
A. Te, Dzieci TV
A. Te, Freelancer
J. B. Serafińska, Barwy Aperionu
J. B. Serafińska, Żegnaj Myszko
S. A. Keller, Dotyk kropli
K. Łukasik, Znowu prawda
K. Samsel, K. Schodowski, Altissimum Abiectum
B. Gruszka-Zych, Mężczyzna i kobieta przed kremacją
S. Babuchowski, Drzewo pomarańczowe.
Wybór wierszy z lat 1996-2011
H. Sekulski, Przecież jestem
T. Pietrzak, Rekordy
K. J. Lesiński, Wszechobecny nieobecny we mnie
S. Szajdak, Poeta autentyzmu
S. Rusin, W ogrodach wyobraźni
K. Lisowski, Czarne notesy o niekonieczności
E. E. Nowakowska, Merton Linneusz Artaud
I. Iwańczuk, Perły wieczne
D. Adamowski, Gub, trać, porzucaj
Gazeta literacka
Maciej Dęboróg-Bylczyński
Tadeusz Dołęga-Mostowicz: Czeki bez pokrycia. Warszawa: Oficyna Wyd. Rytm 2011.
Por. choćby monografie: Józefa Rurawskego, Tadeusz Dołęga-Mostowicz, Warszawa 1987 i Piotra Śliwińskiego,
Dołęga-Mostowicz, Poznań 1996, czy biogram pisarza w redagowanej na Uniwersytecie Gdańskim Wirtualnej
Bibliotece Literatury Polskiej autorstwa prof. Anny Martuszewskiej –
http:/literat.ug.edu.pl/autors/mostow.htm [dostęp: 10.10.2012]
2
Dołęga był wówczas znany z Ostatniej brygady (1930), Kiwonów (1932) a przede wszystkim - Kariery Nikodema
Dyzmy (1932), która zrobiła prawdziwą furorę.
3
Głównym bohaterem utworu jest niejaki hrabia Jan Nawrecki, poseł ubiegający się o stanowisko ambasadora,
karierowicz, człowiek zbrukany moralnie.
4
Dołęga za swoje lewicujące poglądy był pod obserwacją policji, a kilka lat przed ukazaniem się Czeków… ,
w roku 1927 został napadnięty i dotkliwie pobity.
5
Maria ze Zdziechowskich Sapieżyna, Moje życie, mój czas. Wspomnienia, Kraków 2008.
6
Chodzi o niskonakładową publikację: Władysław Syrokomla. Pierwiastek litewsko-białoruski w twórczości polskiej
ogłoszonej w roku 1924 przez wileński oddział Stowarzyszenia Nauczycielstwa Polskiego.
7
Zob. choćby zapis katalogowy w największej bazie polskich biblioteka naukowych – Centralnym Katalogu
NUKAT: http://www.nukat.edu.pl/cgi-bin/gw_2011_2/chameleon?sessionid=2012100713130107287&skin=reader&lng=pl&inst=consm&st=193.0.118.2%2b1717%2bDEFAULT&patronhost=193.0.118.2%20
1717%20DEFALT&searchid=H1&sourcescreen=INITREQ&pos=1&itempos=1&rootsearch=SCAN&function=I
NITREQ&search=AUTHID&authid=5669467&authidu=4 [dostęp: 10.10.2012]
8
Zob. choćby publikacje Sławomira Kopra (Życie prywatne elit Drugiej Rzeczypospolitej, Afery i skandale
Drugiej Rzeczypospolitej, Wpływowe kobiety…) czy nową serię albumów PWN: W przedwojennej Polsce. Życie
codzienne i niecodzienne (autorstwa Mai i Jana Łozińskich), O ziemiańskim świętowaniu (Tomasza A. Pruszaka);
monografię Ryszarda Wolańskiego, Eugeniusz Bodo. Już taki jestem zimny drań, Poznań 2012, i wiele innych.
1
osobowością, która nie raz wchodziła w konflikt z rządem. Już w roku 1919 był jednym z organizatorów tzw. puczu Januszajtisa (zamachu stanu skierowanego przeciwko rządowi Jędrzeja
Moraczewskiego). W latach 1922-1927 był m. in. posłem i ministrem skarbu. Nieustannie zastraszany przez „rząd pułkowników”, w roku 1926 został (podobnie jak Dołęga-Mostowicz, a co nie bez
znaczenia dla naszych wywodów) brutalnie pobity przez „nieznanych sprawców”. Toteż powodów
do napisania satyry na sanacyjne rządy miał wiele.
Podobnie jak jego stryj – Marian – wywodził się z ziemiańskiej rodziny z Wileńszczyzny. I to
właśnie swemu stryjowi zawdzięczał Jerzy zamiłowanie do Kresów Wileńskich, natomiast czytelnicy Czeków… zawdzięczają owym koligacjom litewski pseudonim autora.
Marian Zdziechowski (1861-1938) był humanistą o szerokich zainteresowaniach. Profesorem i
rektorem Uniwersytetu Wileńskiego. W bogatej bibliografii jego pism znajdziemy rozprawy filozoficzne, monografie z zakresu politologii, historii idei, literaturoznawstwa, jak również teksty publicystyczne i krytyczne pomieszczane w prasie polskiej i zagranicznej. Pisał o Byronie, Mickiewiczu, Towiańskim…
Dla nas jednakże istotna jest skromna publikacja, której tematem uczynił Zdziechowski Syrokomlę
(Władysława Kondratowicza), autora gawędy szlacheckiej o tytule… Urodzony Jan Dęboróg6. Ów
tliwe uwagi na temat stanu dzisiejszej literatury, sztuki oraz życia społecznego. Nad wszystkim zaś
unosi się klimat ogólnej refleksji nad kondycją i naturą człowieka, pozycją i powinnościami artysty,
nad historią i przemijaniem (ale też trwaniem) – ludzi, przyrody, dzieł sztuki.
Liskowacki, pisząc o kulturze, wnikliwym okiem analizuje jej współczesne wytwory i przejawy,
ale głównie wraca do dzieł, które powstawały lata i dekady temu, współtworząc dzieciństwo, młodość
i wiek dojrzały autora. Jego szkice charakteryzuje bardzo osobista, niemal intymna relacja, jaka
zachodzi między autorem (w różnych etapach jego życia) a przytaczanymi w zbiorze utworami literackimi, między człowiekiem a sztuką. Powieści, dramaty i wiersze towarzyszą autorowi przez lata,
są nieodłącznymi kompanami oraz świadkami jego życia, a także rodzajem zwierciadła, w którym
ogląda on siebie oraz otaczającą rzeczywistość. Zwierciadła, dodajmy, „obustronnego”, gdyż upływ
czasu zmienia nie tylko autora i świat wokół niego, ale też zmienia znaczenie i kontekst słowa zapisanego kiedyś ręką danego artysty – literatura okazuje się być swoistą soczewką życia: tak jak ono
zmienna w swym zastygnięciu, „płynna” pomimo zamkniętej formy.
Spektrum utworów, twórców oraz tematów, które porusza omawiany zbiór jest nad wyraz
szerokie: czytamy o socrealistycznej literaturze dla młodzieży i o zapomnianym osiemnastowiecznym tłumaczu Moliera na język polski; o Tadeuszu Konwickim i Czesławie Miłoszu; o poetach
pokolenia Kolumbów i trudnym do określenia statusie literatury we współczesnej rzeczywistości;
o świętości i cierpieniu (w kontekstach nieraz co najmniej zaskakujących); o Powstaniu Warszawskim i tożsamościowych rozterkach gwiazd futbolu o uciążliwościach PRL-owskiego braku i przygniatającym ciężarze dziesiejszego nadmiaru...
Całość stanowi rodzaj intelektualnej autobiografii autora. Przywołując ważne dla siebie
miejsca, ludzi, wydarzenia i teksty kultury, do jednych powracając (nierzadko po długich latach),
inne zaś (jak na przykład wpływ sms-ów na międzyludzkie relacje) próbując interpretować na
bieżąco, Liskowacki wprowadza nas w krąg swoich pasji, obaw, wątpliwości, odsłania nam swoje
lęki i inspiracje, dzieli się pytaniami, próbuje odnajdywać odpowiedzi, wyjaśnienia, przyczyny i
cele. Zajmują go zaś przede wszystkim: cierpienie i śmierć, przemijanie i powracanie, rola i miejsce
literatury w życiu jednostki i wspólnoty, pamięć i zapominanie. Te właśnie motywy i tematy
przewijają się przez cały zbiór – oglądane pod różnymi kątami, z odmiennych perspektyw,
powracające z uporem i cierpliwie, wnikliwie analizowane.
Eseje Liskowackiego autentycznie poruszają i oczarowują – erudycją, śmiałością i oryginalnością skojarzeń, celnością spostrzeżeń i uwag, wreszcie: językowym kunsztem. Ten ostatni element
objawia się nie tylko elegancją fraz i stylistyczną gracją prowadzonego wywodu, ale też charakterystycznym dla autora zamiłowaniem do zabawy słowem, do wydobywania z poszczególnych
wyrazów/zwrotów/zdań zaskakujących, nierzadko paradoksalnych znaczeń. A osiąga to poprzez
stosowanie powtórzeń, myślników, nawiasów – w tych fragmentach wyraźnie „wychodzi” z
Liskowackiego poeta. I owym poetyckim słuchem i wyczuciem plastyczności językowej materii
przydaje swojej eseistyce dodatkowy wymiar, podkreślając pewne myśli, kiedy indziej znów niejako poddając je w wątpliwość, testując je czy wręcz wskazując wieloznaczność, umowność, niepewność pojęć, nazw i postaw, z którymi się spotykamy w życiu, których bywamy autorami,
adresatami, świadkami. Ten zabieg, oprócz swego waloru czysto literackiego, przyczynia się też do
wzmocnienia ogólnej wymowy zebranych tekstów polegającej, w największym uproszczeniu, na
ciągłym ścieraniu się wewnętrznego imperatywu powracania do przeszłości, do własnego „ja” z
lat minionych z nie dającą się opędzić świadomością niemożliwości jego pełnej realizacji.
Ale autor Kroniki (...) dysponuje jeszcze jednym talentem, który czyni książkę tak doskonałą w
odbiorze. Jest mianowicie pierwszorzędnym... humorystą. Kronika powrotu pełna jest anegdot, scenek
oraz wyśmienicie przytaczanych dowcipów (szczególną uwagę zwracają genialne chasydzkie szmoncesy). Czytając niektóre fragmenty tego zbioru nie sposób momentami nie zaśmiać się w głos – jak
choćby wówczas, kiedy autor opowiada o tym, jak to razu pewnego otrzymał od jednego mężczyzny
książkę, którą ów wydał własnym nakładem i zatytułował Galopem przez prerię. Nie było by w tym
niczego nadzwyczajnego ani tym bardziej humorystycznego, gdyby nie zawartość rzeczonej„powieści”.
Rozpoczynała się ona mianowicie słowami„wio!” i„patataj”, po czym przez następne dwieście kilkanaście stron kartki książki zaczerniało wyłącznie „patataj, patataj, patataj”, by nagle... urwać i zakończyć
zwięzłym a wymownym: „prrr!”. Takich fragmentów znajdujemy w omawianym zbiorze dużo więcej.
Teksty zebrane w Kronice (...) prezentują równy (dodajmy: bardzo wysoki) poziom, przy czym przynajmniej kilka z nich zdecydowanie wybija się ponad resztę. Wymienić tutaj należy przede wszystkim
doskonały utwór tytułowy o twórczości Tadeusza Konwickiego, „Trzy zimy, dwóch poetów i inne przypadki” - frapujący opis wieloletniej próby rozwikłania pewnej zagadki związanej z poezją Juliana Przybosia, poruszające rozważania o śmierci, odwadze i strachu („Sarnia pułapka”), czy wreszcie „Spacja” przykład tego, jak nawet błahy firmowy biuletyn może stać się przyczynkiem do zgoła niebanalnych
rozważań nad nieprzewidywalnością życia i niepewnym miejscem literatury we współczesności.
Kronikę powrotu śmiało zaliczyć można do tych pozycji, które dzięki dostarczaniu czytelnikowi
wysokiej próby wrażeń estetycznych i wytrawnego materiału do intelektualnej refleksji, zapadają
na długo w pamięć, by po pewnym czasie domagać się... powrotu. Do lektury.
Zbigniew Zawadzki
Artur Daniel Liskowacki: Kronika powrotu. Szczecin: Wyd. FORMA2012, s. 239.
4 74 7
RECENZJE
W 2011 roku znana warszawska Oficyna Wydawnicza „Rytm” ogłosiła drukiem (kontrowersyjną pod względem nie tylko treści, ale i… autorstwa) powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza pt.:
Czeki bez pokrycia. Była to naturalnie jedna z wielu ujętych w planach wydawniczych „Rytmu”
pozycji tego popularnego w Dwudziestoleciu Międzywojennym pisarza. Warszawskie wydawnictwo specjalizujące się w (cennych skądinąd) publikacjach z zakresu historii II Wojny Światowej
postanowiło bowiem przypomnieć czytelnikom dorobek pisarski Dołęgi, przygotowując staranne
edytorsko, nowe, kompletne wydanie dzieł prozaika. Toteż od roku 2010 ukazało się (do tej pory)
w „Rytmie” piętnaście tomów pism autora Kariery Nikodema Dyzmy.
Nowa edycja pism Dołęgi (choć interesująca z punktu widzenia estetycznego) nie jest naturalnie
wydaniem krytycznym, i jako taka adresowana jest do niewyrobionego badawczo czytelnika. Zrezygnowano nawet ze wstępów historycznoliterackich, którymi (pióra Józefa Rurawskiego) opatrzony
był każdy tom poprzedniego wydania utworów Dołęgi – a mamy powody przypuszczać, właśnie
tamto wydanie, z końca lat osiemdziesiątych (nieistniejącego już Wydawnictwa Łódzkiego), było
podstawą niniejszej edycji. To właśnie w wydaniu łódzkim ukazały się w roku 1988 Czeki bez pokrycia
(nawiasem mówiąc we wspólnej edycji z Ostatnią brygadą), i opatrzone wspólnym komentarzem,
który miał na celu przybliżyć czytelnikom historię powstania obu utworów i pobieżnie wprowadzić
w ich problematykę). Wspominam tę łódzką edycję, gdyż właśnie w niej pan Rurawski przekonywał
nas umiejętnie i naukowo do… całkowicie wyssanej z palca genezy Czeków… „Wyssanej”, bowiem
– opartej wyłącznie na hipotezach i spekulacjach powtarzanych bezrefleksyjnie przez grono badaczy1.
Omawiana powieść ukazała się (przypomnijmy) w roku 1933 w (znanym z drukowania licznych
w owych latach czytadeł) wydawnictwie „Rój” pod pseudonimem. „W.M. Dęboróg” – bo pod takim
pseudonimem zamaskował się publice autor Czeków… – sam chyba nie spodziewał się, jak
dalece enigmatycznym i mylącym zabiegiem się posłużył. Intencją Dęboroga było przecież faktycznie – skutecznie odwrócić uwagę czujnej krytyki (a zwłaszcza Urzędu Cenzury) od siebie, i
skierować podejrzenia o autorstwo tej (bądź co bądź wywrotowej książki) na… popularnego już
wówczas2 Dołęgę-Mostowicza. Tajemniczy (i inteligentny) Dęboróg wiedział najwyraźniej dwie
rzeczy: jak napisać książkę, by upodobnić ją stylistycznie do… pióra Dołęgi, i – co może nawet
ważniejsze – że młody pisarz nie zdementuje pomyłki, gdy już sam zdobył się na ostrą krytykę
rządu na kartach Kariery Nikodema Dyzmy. Któż bowiem odetnie się od książki, o której mówi cały
warszawski światek finansjery i polityki? Która budzi zgorszenie na salonach, a której antyrządowa
wymowa grozi kolejną nagonką na pisarza?3 Czyż nie takiego rozgłosu pragnął w głębi serca
lewicujący literat? Jeżeli już biją Dołęgę4, to niech przynajmniej mają za co.
Kim jednakże był prawdziwy „Dęboróg”, i dlaczego literaturoznawcy jak dotąd nie rozszyfrowali genezy tego pseudonimu? Nowe światło mogłyby rzucić nie tak dawno wydane wspomnienia
Marii Sapieżyny (1910-1989)5, żony Jana Andrzeja ks. Sapiechy, znanej na Emigracji działaczki
społecznej i filantropki. Autorka Mojego życia… nie wyjaśnia wprawdzie genezy użycia tego
nietypowego pseudonimu literackiego, potwierdza jednakże dobitnie autorstwo Czeków… przez…
swojego ojca – Jerzego Zdziechowskiego. Zatrzymajmy się przeto na chwilę na tej osobie.
Jerzy Zdziechowski (1880-1975) – znany w latach trzydziestych XX wieku polityk o orientacji prawicowej (członek atakowanego przez obóz piłsudczyków Stronnictwa Narodowego), był
krótki tekst (liczący zaledwie trzydzieści cztery strony), kolportowany wyłącznie przez środowiska
nauczycielskie na Litwie (Lida, Oszmiana etc.) nie wszedł nigdy do żadnego późniejszego tomu
zbiorowego pism Zdziechowskiego. I właśnie owa„nieobecność” szkicu wśród poważnych, naukowych
prac profesora, zdecydowała przypuszczalnie (być może bardziej – od samej fascynacji obu Zdziechowskich Urodzonym Janem Dęborogiem) o wyborze przez Jerzego tego niecodziennego, rodem z
puszcz litewskich, pseudonimu… Gwarantowała więc Zdziechowskiemu anonimowość, a przez
podobieństwo Dęboroga do Dołęgi dodatkowo zrzucała „winę autorstwa” na Bogu ducha winnego
Mostowicza. Ot, i cała tajemnica genologiczna W.M. Dęboroga.
Ciekawe natomiast, że w wielu polskich bibliotekach naukowych świadomość bibliograficzna
(i tekstologiczna w tym wypadku) jest znacznie wyższa (co tylko świadczy in plus dla tych instytucji) i od kilku dobrych lat ta nieszczęsna powieść skatalogowana jest… prawidłowo (tj. prawidłowo rozszyfrowany pseudonim W.M. Dęboróg wraz ze stosownym odsyłaczem do osoby prawdziwego autora tekstu7). Ale jak widać bibliotekoznawcy sobie, a… wydawcy sobie.
Czy zamieszczone w niniejszym artykule tekstologiczne „rozpoznania” znajdą właściwe zainteresowanie przyszłych badaczy i wydawców dzieł Dołęgi? Moda na art deco powraca. Coraz liczniejsze publikacje traktujące o życiu elit XX-lecia Międzywojennego spotykają się z niesłabnącym
od kilku lat zainteresowaniem czytelniczym8. Zdaje się, że i na fali tychże właśnie zainteresowań
Oficyna Wydawnicza „Rytm” zdecydowała się wznawiać powieści chyba jednego z najpłodniejszych,
a już z pewnością – najlepiej opłacanych ludzi pióra lat trzydziestych XX wieku. Pozwala to wierzyć,
że może nadszedł właściwy moment na te słowa, wszak jak wiadomo Dęboróg to nie Dołęga (choć
jeden i drugi starym, litewskim klejnotem szlacheckim być się szczycą)…
RECENZJE
InFekowanie pola
Obrabiam moje pole, bronuję, bronię siejby.
Jerzy Suchanek
Jerzy Suchanek, co podkreśla Maciej Urbanowski na czwartej stronie okładki tomiku Fe „jest
jednym z najciekawszych i zarazem bardzo osobnych poetów współczesnych, świetnie, oryginalnie
kontynuujących nurt lingwistyczny w polskiej liryce.” Krytyk zauważa ponadto dwa „gesty” wpisane w najnowszą książkę Suchanka, „ z jednej strony prześmiewczego dystansu wobec dzisiejszego świata, z drugiej obrony wartości trwałych, „żelaznych”. Takich jak poezja, „ojczyzna polszczyzna”,
ale także miłość, tradycja, wolność.” Atrybuty Suchankowej poezji i postawy warto, idąc tropem
Urbanowskiego, poszerzyć o kilka innych gestów, decydujących nie tylko o odrębności estetycznej
tej poezji, ale także jej etycznej wyrazistości i konsekwencji.
Po tomach Ku (2009) oraz Fe (2012) widać wyraźnie, że gliwicki autor dopracował się języka
idiomatycznego; indywidualnie wyprofilowanego brzmieniowo i znaczeniowo. Suchanek jest bodaj
najciekawszym dziś u nas poetą paronomazji, a więc takiego użycia języka, w którym ze
szczególną intensywnością uwydatnia się powiązanie warstwy metrycznej, prozodycznej, eufonicznej z semantyką tekstu. Mało tego! Wiersze z tomu Fe to język w stanie nieustannej euforii,
ekstazy, a zarazem zabawy, brzmieniowego i znaczeniowego karnawału, podczas którego nie
sposób przewidzieć, co wydarzy się za chwilę. Można wręcz odnieść wrażenie, że poeta jest tu
głównie od tego, aby uruchamiać kostki językowego domina, by wprowadzić w ruch żywioł, który
o tyle słucha poety, o ile poeta słyszy jego polifonię.
W wierszach Suchanka słowa potykają się o siebie, zderzają ze sobą, obijają o siebie, a w trakcie
tych harców rozbijają skorupę spetryfikowanych znaczeń i uzyskują nową postać, nowe życie. To
brzmieniowe rozedrganie, semantyczna zawierucha nie są bynajmniej zabawą dla zabawy, karnawałem dla karnawału. Cele, jakie stawia swej poezji Suchanek, są znacznie poważniejsze. Jakie?
Zacznijmy od stwierdzenia, że autorowi Fe udaje się rzecz dość karkołomna; godzenie autotelizmu
poezji z jej zaangażowaniem. Z jednej strony bowiem język Suchanka pilnuje swej autonomii, idiomatyczności, odróżniając się wyraźnie od najbardziej znanych i uznanych dziś poetyckich dykcji, z drugiej,
wyraźnie angażuje się po stronie określonych wartości i wspiera, nierzadko wprost, pewną wizję świata.
wierzy. Chodzi o to, piękłem zaślepienie zalepić,
zaślepić otwory przez które widywalny Bóg, niebieskie
Na idiomatyczność Suchankowej frazy składa się kilka jakości. Przede wszystkim swoista mowność,
sklepienie wylepić ekstremalną polepą, ekskrementami
oralność wiersza, który lepi poeta z języka potocznego; zasłyszanych zwrotów i powiedzeń, strzępów
eksperymentów napełnić amfory muzeów a steranych
rozmów, obiegowych „maksym”, indywidualnych powiedzonek. Niewątpliwie znać tu wpływ Białosterników zachować w stearynie, opatulić pieluszkami
i bandażami ofiar.
szewskiego. Z kolei ciągi instrumentacji głoskowych budują swoistą mantryczność i magiczność
wypowiedzi. Wyrażenia i zwroty przypominają zaklęcia, formuły magiczne, tajemne maksymy, w
Tytułowe fe znaczy tu podwójnie.
których przejawia się ustanawiająca moc słowa. Tu z kolei odnajdujemy tradycję leśmianowską. Jeszcze
Po pierwsze, wyraża niezgodę podmiotu na intelektualną miałkość i etyczny relatywizm polinną jakością jest swoista„zaumność”, uzyskiwana poprzez uruchamianie tego, co w języku nieobliczalskiego establishmentu polityczno-medialno-artystycznego. Ten establishment, jego karykaturalne, nieprzewidywalne, innowacyjne a zarazem jakby automatyczne, inercyjne, co, jakże często,
ny portret odnajdujemy w wielu innych wierszach z tomu Fe, rości sobie prawo do wyłącznego
występuje w dziecięcych wyliczankach, rymowankach, zgadywankach. Tę „podświadomość/nieświareprezentowania Polaków. Dlaczego? Gdyż, w jego mniemaniu, uosabia to, co nowoczesne,
domość” języka wykorzystywał często Gombrowicz, choćby w słynnej scenie „bergowania” z Kosmosu.
europejskie, postępowe, światowe. Jednocześnie w dyskursach, którymi się posługuje, sprytnie
Te wszystkie zabiegi nie powodują jednak, że Suchankowy wiersz staje się hermetyczny i
ukrywa swe słabe i najsłabsze strony. A są nimi: brak charakteru, chwiejność w sferze wartości,
autoreferencjalny. Wręcz przeciwnie, stanowi czuły sejsmograf, rejestrujący ruchy tektoniczne,
uległość wobec silnych i możnych tego świata, wreszcie skrywana albo manifestowana wprost
jakie obserwujemy w wymiarze społecznym, mentalnym, duchowym. W czym konkretnie rzecz?
pogarda dla tego, co rodzime, narodowe, polskie.
W wierszu, od którego wziął tytuł tomik Suchanka, czytamy:
Po wtóre, fe oznacza u Suchanka pogardę tegoż establishmentu dla tradycji narodowej
(...) Chodzi o to, by płynął prąd,
i chrześcijańskiej, którą przedstawia się jako „ciemnogród” i zaplecze „prawicowej ekstremy”.
słynął rząd i fe fetowało fe. Ach, fe jest miękkie, jak…
Dlatego też owo rodzime kosmopolityczne fe pragnie „na monetach wybić/orły i wybijać dwie
stęknie, nie ulęknie się ulęgnąć i uklęknąć, ulec, bo
reszki” oraz pluć „kulkami z flegmą i włosami” w „Częstochowy, Wawele, Gniezna!” Próbując być
nie uleci, nie jest ulotne, jednakże i nie wietrzy i nie
Wiersze jak pomniki
„Głosy” to trzeci tomik po długim milczeniu poety. Tak więc najpierw był świetny Cantus (2010)
entuzjastycznie przyjęty przez krytykę. Rok później Cień prawie przemilczany? Próbuje to wytłumaczyć oraz tę poezję omówić wnikliwie i pięknie Bronisław Wildstein w „Uważam Rze” (nr 38/
2011, s.46-48). I teraz został wydany skromny zbiorek wierszy bardzo jednorodnych, ukazujący się
w serii Biblioteki „Toposu”.
Lektura wierszy Jana Polkowskiego wymaga maksymalnej uwagi. I powagi.
Tym razem poeta użycza głosu osobom, których już nie ma wśród nas. Albo inaczej: to oni pozwalają mówić poecie ich głosem, wyrazić ich myśli. Uczynić z niego swoje medium. Poeta więc snuje ich
wyznania, odsłania tajemnice, przypomina ich ofiarę... często najwyższą, bo oddane życie. Życie poświęcone za wolność ojczyzny, za honor, za prawdę. Za to wszystko, co dzisiaj jest niemodne. W sposób
oczywisty nasuwa się podobieństwo do Umarłych ze Spoon River Edgara Lee Mastersa. Na okładce
tomiku widnieje tylko tytuł. Nie ma imienia i nazwiska poety. To wymowne. To tak jakby autorami tekstów-wyznań były właśnie G ł o s y tych, o których są wiersze. Jakby to oni sami podyktowali je.
Ten cykl książkowy zawiera 18 lirycznych portretów, a wypowiadają się: Zastrzelony?, Matka?,
Ojciec?, Syn?, Narzeczona?, Brat?, Żona?, Ranny? Pytajniki wyglądają tajemniczo, ale przede
wszystkim wskazują to, iż wypowiedzi różnych postaci mogą kryć się pod jednym takim słowem.
Rozróżniamy je według dat, które są przy nich postawione. Czyli każde z tych słów oznacza wiele
biografii. Dwa przytoczone poniżej utwory o tym właśnie świadczą. Pod wszystkimi wierszami są
wspomniane daty... w przedziale 1924–2009. Najwięcej wyznań jest z okresu czasowego 1950–1970.
Rok 1970 to przecież data strajku na Wybrzeżu (w grudniu), który okupiony został śmiercią wielu
ludzi. To czas młodości poety. Poeta oddaje teraz hołd ludziom tamtych wydarzeń.
Oto słowa 16.latka: „Pocisk przedzierał się długo przez szron i stukot szyn / przez ranne zgniecione światła / wymieszane z olejem zabłoconego słońca / by wreszcie przebić mi szyję / przez
okno trójmiejskiej kolejki. / Cóż, musicie uwierzyć, że wszystko przeżyłem w godzinę / choć
przecież nie zmartwychwstałem / a wciąż mam szesnaście lat. / Jeśli kłamię i mnie nie spotkało /
co spotkać przecież musiało / to wierzcie – świat żaden / naprawdę nigdy nie istniał” (Zastrzelony?
1954–1970, s. 6).
W tym „zgiełku śmierci” dzieją się też inne losy ludzkie, uwikłane w dramatyczne okoliczności,
które się przeplatają, uzupełniają tworząc obraz pełny, choć przekaz treściowy całego cyklu
wierszy jest fragmentaryczny. Ale przecież ze szczegółów, z epizodów tworzy się wielkie nawet
dzieła. Na tym polega jego kreacja.
„Przeźroczystymi rękami robiłaś mi kanapki. / Wbijałaś po omacku nóż w nieruchome morze.
/ Robiłaś mi kanapki, kroiłaś kulę ziemską / na równe, schludne kromki. Do chlebaka / z brezentu
chowałaś godziny rozłąki. Do szarego papieru wkładałaś dziecięce twarze. / Gładziłaś mnie po
policzku jakbym miał iść na wojnę / jakby drzwi były z ognia a nie z płyty pilśniowej. / Wchodziłem
potem ostrożnie do szatni elektryków / i odwijałem papier by patrzeć jak wolno / znikasz” (Zastrzelony? 1954–1970, s. 9).
4488 O podobnych epizodach ludzkich można by cytować liczne fragmenty utworów albo nawet całe...
proste a finezyjne w obrazowaniu, oszczędne w formie i wręcz surowe. Bo tak surowe było wówczas
życie. Te wiersze robią wrażenie, są przejmujące. Tym bardziej, że opisują dramatyczną niedolę zwykłych
ludzi. Tych, którzy w dziejowych wydarzeniach cierpią najbardziej i ponoszą ofiary największe.
Oto los Ojca: „Kochany Tato, strasznie cię nienawidziłem / dlatego, że cię nie było a reszta świata
była. / Pewnie także dlatego, że dopiekała bieda. / Pomagał nam wujek, parafia, sąsiedzi. / Gdy
podrosłem zbierałem butelki, szmaty i złom. / Jedliśmy wodziankę, zacierki, ziemniaki / ziemniaki
ziemniaki. Nienawidziłem ciebie / bo byłeś gdzie indziej i nie troszczyłeś się o nas. / Kiedy nienawiść
stygła patrzyłem na mamę / która gdy nie płakała, płakała jeszcze bardziej. / Wtedy wracała nienawiść
i łatwiej było przetrwać. / Myślałem, że zginąłeś dlatego, bo nie chciałeś / ciągnąć wielkich ciężarów
pod prąd / wielkich słów i chcąc się od nich uwolnić / dałeś trafić się w serce” (Syn? 1960–?, s.13).
A los matki jaki był?
„Ojciec zgasł szybko i odtąd po zmroku nie mogłam / pozbierać myśli. Praca, kolejki, gotowanie,
przerabianie / ubrań. Z dorosłych na dzieci, ze starszych na młodsze. / Wydawało mi się, że nigdy
nie zasnę, że tylko zastygam / z żelazkiem, igłą i naparstkiem, ciastem na makaron / przygnieciona odłamkiem serca. Chciałam umrzeć / ze wstydu, że żyję. Z nieustępliwej miłości i ze strachu /
przed twoim rozrzuconym bezładnie cieniem. Teraz dobijam / osiemdziesiątki więc czas byś mi
przebaczył. To ja / wykarmiłam własnym ciałem bezkresne szeregi upadłych / dni. Wiem, każdy z
nich zabijał cię jeszcze raz /synku” (Matka? 1928–2009?, s. 7).
To tacy ludzie są bohaterami dziejów. Oni są solą tej ziemi... i tej historii. To wielu takich właśnie
prostych ludzi złożyło ofiarę całopalną... swoje życie. Przykładowo życie wspomnianej w wierszu
Matki – wdowy było też drogą męczeństwa.
W wypowiedzi Od Autora czytamy: „Czy (poezja) nie powinna użyczać swojego głosu a umniejszać
swoje pragnienia? (...) Przenikać los ludzi wyblakłych, których życie uwięzło w niejasnej frazie znikającego cienia? (...) Co mówią o nas umarli? Czy nas zapamiętali?” (...) Zamordowani na Wybrzeżu w 1970
roku w pamięci przekazywanej w rodzinnym kręgu. Żyją także jako zbiorowy symbol oporu przeciwko
nieludzkiej władzy w drugiej połowie XX wieku lub jeden ze śladów jej zbrodniczej działalności” (s. 29).
bardziej zlaicyzowane i multikulturowe od dzisiejszej Europy, tylko utrwala status ubogiego
krewnego, paradującego w kostiumach, które opatrzyły się do cna na europejskich i światowych
salonach.
Tomik Suchanka przekonuje, że mamy do czynienia nie tylko w autorem zaangażowanym, ale
z poetą... walczącym! Walczącym o co?
Wartości, postawy, style życia i myślenia, pod którymi podpisuje się autor Ku, możemy odnaleźć
na dobrą sprawę w każdym wierszu tomu Fe. Są jednak w tomie Suchanka utwory, w których
obserwujemy ich szczególną kondensację. Takim wierszem jest Pole:
Oni trąbią: Kto pola pilnuje ten od pola ginie. Albo
gnije w polowym szpitalu. Pole zostaw poległym,
używaj sobie z wiosną, w bruździe sobie drzemkę
utnij, dosłownie utnij sny polne, marszowe i marszałków,
dość tej roli i soli, od której boli głowa, szczególnie
w części potylicznej; politycznej, gdy dziurawa od
kuli i cóż z tego, kolego. Koledzy, polemizuję,
wiosna wasza, lato wasze, jesień wasza, zima wasza,
ale pole moje.
W wierszu zderzone zostają ze sobą dwa światy; zabawy i troski. Z jednej strony mamy rzeczników
postawy konsumpcyjnej i kosmopolitycznej, którzy powiadają, że trzeba żyć chwilą, dostosowywać
się do zachodzących zmian, zapomnieć o bolesnej przeszłości, która stanowi balast, ale też drażni
naszego zachodniego i wschodniego sąsiada. Z drugiej, obrońcę ojcowizny, ojczyzny, własnego
miejsca z jego historią, bohaterami, ofiarami. Pierwsi zachęcają do tego, żeby „wybrać przyszłość”,
z kolei podmiot uważa, że bez troski o przeszłość nie będzie dla nas żadnej przyszłości, gdyż rozpuścimy się w „policentrycznym szambie. Podmiot jest przekonany, że jego adwersarze, a zarazem kusiciele, w istocie rzeczy w nic nie wierzą, niczego nie bronią. Są hedonistami i cynikami, dla których
ktoś, kto autentycznie żyje wartościami, stanowi policzek, wyrzut, więc próbują przeciągnąć go na
swoją stronę, a jeśli to się nie udaje, zmarginalizować i wykluczyć z publicznego obiegu i dyskursu. Ci
„głupkowie bezpolscy” nie chcą pamiętać o„braciach rozstrzelanych, strzaskanych aeroplanach”, gdyż
zajmują ich głównie „ruskie i niemieckie/kładki do obsadki posadki”.
Fe Suchanka jest tomem, który świetnie opisuje linie podziału, jakie przebiegają przez dzisiejsze polskie społeczeństwo. To społeczeństwo coraz wyraźniej widzi, że do życia sensownego i
godnego nie wystarczy tylko „ciepła woda w kranie”. Potrzebny jest fundament wartości, który w
naszym przypadku, oznacza połączenie tego, co narodowe z tym, co chrześcijańskie. Poeta,
wykorzystując chwyt „cudzej mowy”, przekonująco pokazuje miałkość ideową i moralną dzisiejszego mainstreamu, który dryfuje po powierzchni doraźnych interesów, gier, mód, … do nikąd!
Autor nie oszczędza też braci z literackiej gildii. Stawia wprost pytanie, kim powinien być dziś poeta
i jaką rolę ma do spełnienia poezja. Wiersz raczej kłamie, gdy gęsto„wkłuł w siebie haft prawd”, a więc
płynie, wespół z autorem, z prądem ułatwionych oglądów i ocen, gdy daje się wciągnąć w medialne
tryby i przerobić na poprawną, miałką gadaninę. Poeta i jego wiersz o tyle znaczą, o ile nie przystają
do świata, który godzi się na uśrednione wartości, który odsuwa od siebie trudną, bolesną, tragiczną
przeszłość i teraźniejszość. Innymi słowy, Suchanek wprost postuluje prymat etyki nad estetyką. W
chaosie konwencji, stylistyk, języków pogoń za formą nie daje odpowiedzi, gdyż w oparciu o kryteria
estetyczne niepodobna odróżnić oryginału od falsyfikatu. Szansą jest droga odwrotna! To właśnie na
gruncie mocnej, różnicującej etyki można budować wyrazistą formę, proponować język, który wielokierunkowo i odpowiedzialnie eksploruje rzeczywistość, a nie jedynie dryfuje po… „bzyczącej
powierzchni”. Tom Fe właśnie taką postawę deklaruje i realizuje.
Grzegorz Kociuba
Jerzy Suchanek: Fe. Mikołów: Instytut Mikołowski, 2012, s. 64.
I choć te biografie w omawianym cyklu mają charakter (powiedzmy) fikcyjny, to przecież są
prawdziwe, bo oparte na podobnych losach wielu ludzi. Są wyrazistym świadectwem tamtej
historii.
Jan Polkowski jest kronikarzem naszych czasów. Rozumie je jak mało kto. I umie je wyrazić.
Jego słowa są czyste i mocne. Zapadają w pamięć i w serce. Powinniśmy być dumni
z takiego Poety.
Janusz A. Kobierski
Jan Polkowski : Głosy. Sopot: Biblioteka „Toposu” 2012, s. 32.
To moja krew wypiła biel na fladze
niesionej przez Świętojańską.
Pragnąłem by była czerwonym wiatrem
który zasklepia rany.
Pragnąłem by uderzył z nieuleczalną siłą
w tych, którzy muszą żyć, żeby życie ocalić.
Pragnąłem by na zawsze zapisał słowa
tych którzy śmierć przeżyli
(…)
(Zastrzelony? 1952–1970? )
Ale nie przeżyli życia, choć byli bardzo młodzi. Ono było przed nimi.
Te wiersze można by wykuć na nagrobnych płytach. Godne są tego. Powstał by z nich
niejeden cmentarz, gdybyśmy zliczyli same tylko powojenne ofiary stalinizmu i komunizmu..
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Mają coś do powiedzenia
Wyjęte z „ciemnej luki”
Malarstwo i poezja były dwiema największymi pasjami w życiu Joanny Pollakówny (1939-2002),
splatały się, wypełniając jej pracę zawodową i aktywność twórczą. Córka poetyckiej pary Seweryna Pollaka i Wandy Grodzieńskiej, żona tłumacza Wiktora Dłuskiego, znawczyni historii sztuki,
specjalistka od formistów (zaczynała od twórczości Tytusa Czyżewskiego), wydała kilkanaście
książek na temat malarstwa i dwanaście tomików poetyckich. Zadebiutowała wierszami w „Nowej
Kulturze” w 1957 roku, pierwszy arkusz pt. Dysonanse opublikowała w 1961 roku (były one jedną
z czterech części książki z serii Zeszyty poetyckie, zbierającej także teksty Bogdana Loebla, Andrzeja Ściegiennego i Zbigniewa Zalewskiego), kolejne zbiorki pojawiały się na przemian z publikacjami naukowymi i katalogami wystaw.
W dziesiątą rocznicę śmierci poetki staraniem Instytutu Mikołowskiego ukazały się Wiersze
zebrane, zawierające ponad czterysta utworów Pollakówny, w tym wszystkie zamieszczone w
tomikach, a także te rozproszone w prasie, antologiach oraz wiersze ostatnie. Imponująca księga
stanowi dzieło kompletne i raczej zamknięte (nic nie wiadomo, by gdzieś znajdowały się jeszcze
niepublikowane teksty poetki), pokazujące ewolucję twórczości od juweniliów po dojrzałe,
przejmujące teksty z wydanego pośmiertnie tomu Ogarnąłeś mnie chłodem (2003).
Publikacja taka jak Wiersze zebrane daje szansę na nowo odkryć poezję autorki Żwiru (1971),
pozwala zobaczyć jej rozwój, kierunek poszukiwań, najważniejsze toposy, stawiane pytania i
poszukiwane odpowiedzi. W przedmowie Jana Zielińskiego – o sugestywnym tytule Dwanaście
stacji, nawiązującym do dwunastu tomików Pollakówny, otrzymujemy podsumowanie niełatwej
drogi życia poetki, pełnego cierpienia z powodu choroby niosącej inwalidztwo, ale biegnącej też
w blasku sukcesów literackich takich jak Nagroda Kościelskich w 1976 roku czy Nagroda im.
Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego w 1992 roku za tom Dziecko-drzewo. Zestawienie Zielińskiego nie
jest jednak tradycyjnym słowem wstępnym, lecz zbiorem mini-esejów o pierwszym wierszu z
każdego tomu, bo jak czytamy „prawdziwych poetów poznaje się po tym, że od początku potrafią
wydobyć swój ton” (s. 7). Utwory, które inicjują, otwierają kolejne książki stają się tutaj punktem
wyjścia do nowej, świeżej lektury krytycznej tej poezji. O zbiorkach napisano przecież liczne
recenzje, wiele ciepłych zdań padło choćby ze strony zacytowanych na okładce krytyków – Jacka
Łukasiewicza, Leszka Szarugi, Tomasza Cieślaka, Jarosława Borowca.
Joanna Pollakówna wyruszała w poetycką podróż w czasach trudnych nie tylko dla poetów.
Urodzona w 1939 tak jak Emil Biela, Bogusława Latawiec, Feliks Netz czy Ireneusz Iredyński,
metrykalnie przynależy do pokolenia „Współczesności”. Mimo burzy, jaka przeszła przez ówczesne
środowisko literackie, fala dyskusji o kształt literatury ominęła ją przez zbyt późno wydaną
pierwszą książkę, najpewniej zbyt osobistą, pozbawioną dominacji jednej z modnych wówczas
poetyk. Młodziutka poetka daleka była od moralizmu Herberta i głównych odmian lingwizmu,
zbyt cicho apelowała do tradycji i raczej nie hołubiła „wyzwolonej wyobraźni”, by posłużyć się
klasyfikacją zaproponowaną w kontekście całej generacji przez Janusza Sławińskiego.
Na pierwszej stacji Wierszy zebranych, dotyczącej Dysonansów, a zatytułowanej Różdżka, Zieliński podnosi ważną kwestię tej – erudycyjnej, gęstej od obrazów i epizodów z życia malarzy –
twórczości, stwierdzając, że„cały sztafaż literacko-ikonograficzny nie jest niezbędnym do zrozumienia
wiersza (ani generalnie poezji Pollakówny): to co w nim najważniejsze dzieje się tu między słowami,
tkwi w oswajaniu kocich łbów i wróżeniu z bożych krówek” (s. 8). Kolejne utwory zawierają ów rozdźwięk (tytułowe dysonanse) między intelektualizmem i prostotą, między wielkimi tematami
egzystencjalnymi (jak na przykład kwestie Boga i końca świata) a „kosmosem chrząszczy”, który
pojawia się w ostatnim wierszu tomiku pt. Owady (s. 38). Ten mały świat motyli, mrówek i pająków
przeciwstawiony został siermiężnej rzeczywistości PRL-u, gdzie „tylko czasem gwiazdy nocą / przebiją tłum jak zimną szpilką”. Ważny to liryk, niepodobny do pierwszego, omawianego w przedmowie
– o incipicie „Jeden kocie łby oswajał” (s. 27), ale pozwala już na pierwszej stacji dodać do słów Zielińskiego, że nie tylko ten pierwszy, lecz także końcowy wiersz wyznacza istotny ton całości.
Gazeta literacka
cieli mediów. Pisarz, poeta, jeśli chce zasługiwać choć trochę na to miano, winien być w poprzek! Być
ością w gardle, szczególnie lewactwa, ale prawicy także” (s. 31). Cierpkie to słowa, ale wynikają ze
smutnych obserwacji, że „dzisiaj nie decydują walory artystyczne, ale opowiadanie się autora za lub
przeciw dominującemu w papierowych i elektronicznych mediach światopoglądowi” (s. 31). Najbardziej „pikantne” sądy Suchanka prowokują do polemiki, do „przewietrzenia zatęchłej atmosfery uniwersytetów”, że posłużę się tytułem jednej z książek Jerzego Smulskiego.
W 1963 roku ukazała się kolejna książka Pollakówny – Przytajenie barwy, która wśród wielu
odcieni zaskakuje do dziś szczególną religijnością. Wielokrotne wykorzystanie motywów biblijnych
(m.in. Epitafium, Genezis naiwna), nawiązywanie do elementów kultu religijnego, inspiracje
sztuką sakralną (Anioły oliwskie, Katedra) dowodzą poszukiwań eschatologicznych, świadczą o
niepewności, słabości, zagubieniu w codzienności i potrzebie wyjścia poza nią. W krótkim liryku
bez tytułu czytamy:
Ja czekam aż stężeje zmierzch
i drzewa całe w sennych ptakach
aż po nieboskłon – wniebowstąpią.
I szukam; tutaj gdzieś nasz śmiech
po stoku obłym się potoczył,
lecz teraz już krzakami porósł.
Ja siwe włosy mam tej nocy. (s. 68)
Upływ czasu niesie stratę, wywołuje lęk czy nawet przerażenie, od którego siwieją włosy,
ale przecież dopiero spełnienie, „wniebowstąpienie” pozwala dostrzec wartość ulotnych chwil.
Wymowa tomiku jest dość jednoznaczna – trzeba szukać Boga, nawet wtedy gdy wydaje się,
że nie bardzo można na Niego liczyć: „Ani ciebie wypatrzę pięcioma palcami / dno nie odnowi
się / Z domu niewoli / jam jest ten który nie wyszedł” (Niepoznawalność, s. 44), i wiedząc,
że Apokalipsa spełni się w „ciszy nieprzymówionej” (Apokalipsa, s. 74), choć „święci tego
nie mogli przewidzieć / dla nich milczenie było mową Boga”.
Edyta Antoniak-Kiedos
Beata Patrycja Klary: Rozmowy z piórami. Wydawnictwo Adam Marszałek. Toruń 2012, s. 172.
Dalej trzeba wspomnieć o trzecim tomie Pollakówny Korzyści podróży z 1967 roku, który
odczytując w kontekście pierwszego wiersza o incipicie „Nazwać to ledwie krwawy strzęp powietrza” (s. 79) byłby modlitwą ptaka ze „zmęczonym skrzydłem”; nie ze złamanym, uniemożliwiającym zupełnie lot, ale takim, które już odmawia posłuszeństwa. W wierszu Krajobraz ten sam
„kołujący po polach” ptak może zostać odczytany jako każdy człowiek:
On biegnie on upada obrasta futrem ślepnie
szczeka grucha bełkoce
wszystkojęzyczny i święty (s. 90).
Poszukiwanie wartości, zagubienie w świecie, niepewność, łącząc się z oznakami religijności
tworzą specyficzną „barokową” mieszankę, która wraz z coraz liczniejszymi ekfrazami prowadzi do
poezji osobnej, indywidualnej.
W latach siedemdziesiątych Pollakówna wydała trzy zbiory wierszy – Żwir (1971), W cieniu (1972),
Lato szpitalne (1975), które w obliczu choroby na jaką zapadła poetka, stają się niezamierzonym,
nieprzewidzianym wcześniej świadectwem bólu i cierpienia (np. wiersz Pejzaż z chorobą ze
„skurczem panicznym tętnic”, s. 189), nieraz wręcz rozpaczy (np. Postój, s. 214). Każdy jednak na swój
sposób łączy smutek, pesymizm, gorycz z jednoczesnym oczarowaniem życiem, admiracją świata i
jego drobnych elementów. Strach łagodzi modlitwa odmieniana przez różne formy (np. „imię twoje
święć się / Święć się / od dnia mi nie odpryskuj / jeszcze / błogo – sław – błogo – istniej”, s. 159, czy
„lato, módl się za nami”, s. 207). Na uwagę zasługują z jednej strony nostalgiczne wiersze napisane
jeszcze w latach sześćdziesiątych, po śmierci matki, z drugiej te konceptualne, które urzekają błyskotliwością myśli jak Rajskie przemiany, gdzie poetka pointuje – „Rajem się staje co się nie odstanie” (s.
175). Warto zwrócić również uwagę na miłosny dialog, jaki Pollakówna prowadzi w kolejnych wierszach
z mężem Wiktorem, któremu dedykuje cały ten „szpitalny” tom.
Nieomówione przeze mnie „gry” toczy krytyk (co już sygnalizowałam) także z wierszami
inicjującymi kolejne tomy: Powolny pożar (1980), Rodzaj głodu (1987), Dziecko-drzewo (1992),
Małomówność. Wiersze wybrane 1959-1994 (1995), Skąpa jasność (1999) oraz pośmiertnie
wydany Ogarnąłeś mnie chłodem (2003). Można powiedzieć, że aż chce się iść tropem autora
przedmowy, by tylko czasem zboczyć w inną stronę i znów powrócić na przetarty przez niego
szlak. Autorowi Dwunastu stacji warto w tym względzie zaufać, nie tyle z powodu fachowej wiedzy jaką dysponuje, ale nade wszystko dlatego, że był wieloletnim przyjacielem poetki,
znał jej wiersze, nieraz okoliczności, a nawet powody, dla których powstawały, oprócz tego
dzielił z nią wspólną pasję – miłość do twórczości literackiej i malarstwa Józefa Czapskiego. Tę
ich literacką przyjaźń, jej wagę i moc, uchwycił w słowach opublikowanych na łamach „Tygodnika Powszechnego” niedługo po śmierci poetki: „Myśląc o Joannie Pollakównie widzę przed
oczyma zamkniętą skorupkę orzecha. I wiem, że w środku nie tkwi bezmyślny i nieczuły orzech.
Wprost przeciwnie. Wewnątrz skorupki jest niezwykły mózg i niecodzienne serce. Trawione
głodem nieśmiertelności, walczyły do końca. I wygrają”. Zieliński gorąco wierzy w horacjańskie
non omnis moriar autorki i przeczy jej słowom z wiersza o incipicie „Z a c h w y t”, napisanego 8 stycznia 1968 roku:
Zachwyt
więc chwytam w siebie zachłannie
i zagarniam oczami, słuchem
i zapadam się, głębiej szukam
– a tam już nic – ciemna luka
i ręce nad nią łamię. (s. 131)
Krytyk wręcz zaraża swoim widzeniem poezji Pollakówny, wiarą w jej nieprzemijającą wartość,
nietrudno więc pozwolić się uwieść tym wierszom i spojrzeć głębiej, a to, co odkryją, wbrew
obawom poetki nie będzie „ciemną luką”.
Edyta Antoniak-Kiedos
Joanna Pollakówna: Wiersze zebrane. Oprac. Jan Zieliński. Mikołów: Instytut Mikołowski 2012, s. 536.
4 94 9
RECENZJE
Czy poeci mają jeszcze coś ciekawego do powiedzenia? Ktoś złośliwy i małoduszny mógłby
powiedzieć, że wszystko już było, a wystarczającą płaszczyzną dialogu dla twórców poezji jest dziś
internet. Natomiast kto obserwuje u siebie niezaspokojoną potrzebę towarzyskich spotkań z
piszącymi, ma do wyboru organizowane od czasu do czasu festiwale slamy, konkursy jednego
wiersza albo targi książki. Można wybrać się na spotkanie autorskie do domu kultury, jeśli akurat
w okolicy działa grupa miłośników literatury i zaprasza do siebie autorów, albo do biblioteki, jeśli
szefuje jej osoba otwarta na poezję. Do najciekawszych należą wrześniowe „Hausty poetyckie” od
kilku lat organizowane przez Grażynę Baranowską w Miejskiej i Powiatowej Bibliotece Publicznej
w Kutnie oraz spotkania i sesje w Instytucie Mikołowskim. Okazji do rozmów wydaje się wiele, ale
czy są wykorzystywane? Może takie rozmowy – które kiedyś tętniły przy okazjach organizowanych
lub spontanicznych – są już niemożliwe? Bo zmienił się model życia literackiego? Może…
Beata Patrycja Klary swoją książką Rozmowy z piórami dowodzi, że dialog na poziomie wyższym niż
wymiana przepisów kulinarnych czy komentowanie kolekcji fatałaszków jakiegoś medialnego pajaca
– był, jest i z całą pewnością zawsze będzie ciekawszy. Bezpośredniego kontaktu z pisarzem, poetą,
krytykiem, rozmów w cztery oczy przy kawie lub nawet czymś mocniejszym nie zastąpi klikanie e-maili
czy blogowanie. Zamysł przygotowania tej książki zrodził się podczas dyskusji i dyskusje są jej materią.
Autorka tłumaczy na wstępie, że zna wszystkich interlokutorów prywatnie i poprzez rozmowy z nimi
chce przybliżyć czytelnikom ich sylwetki, zachęcić do zapoznania się z ich twórczością. Sama ceni i czyta
utwory Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, Joanny Lech, Jerzego Suchanka, Blanki Rolando, Izabeli Fietkiewicz-Paszek, Leszka Żulińskiego i innych, swoją książką rekomenduje ich szerszemu gronu.
Pierwszy wywiad, zatytułowany Czekam na tego, który mnie znienawidzi, Klary przeprowadziła z Karolem Samselem, poetą, doktorantem UW. Młody badacz z erudycją i błyskotliwością
zapowiada koniec epistolografii, widząc szansę w e-mailografii (bylebyśmy nie czyścili skrzynek
pocztowych). Jego wypowiedzi obudowane są licznymi przykładami, świadczącymi o wszechstronnym oczytaniu i znajomości mechanizmów kultury. Godne odnotowania są słowa Samsela,
dotyczące problematyki arcydzieł, które „notuje się w ciszy gabinetu, chwiejnie i niepewnie, próbując utrzymać równowagę na kruszejącej granicy miedzy samotnością a nicością. W tym sensie
poeta jest przede wszystkim akrobatą, linoskoczkiem, ekwilibrystą, nie zaś szamanem, jak
chcieliby zapewne slamerzy, laureaci konkursów poetyckich, zdobywcy nagród literackich” (s. 11).
Drugim w kolejności rozmówcą jest Jerzy Suchanek, który w swej twórczości próbuje„znaleźć boski
ślad w języku”, a jeśli odkryje go u innych poetów, to wyróżnia ich swoją prywatną Nagrodą Otoczaka.
Jednocześnie autor Płakuli ostro atakuje poetów, którzy w imię pokracznie rozumianego sukcesu
wybierają wdzięczenie się do publiki i do władzy. Czytamy: „najwięcej zarabiają i najpopularniejsze
są miernoty, bo tylko one dostosowują swoje poglądy do poglądów urzędników-płatników i właści-
Wyjątkowa – nie tylko ze względu na okoliczności – jest rozmowa z Kazimierzem Furmanem,
który na kilkanaście dni przed śmiercią (zmarł 19. 10. 2009) odpowiedział na dziesięć pytań o
pisaniu. Te z pozoru proste kwestie, pozwalają spojrzeć na autora Brzemienia inaczej niż tylko
poprzez kliszę modelowego buntownika z czasów PRL-u. Jest też w tym wywiadzie fragment, który
– nieodparcie, choć przypadkowo – przywołuje z pamięci Tomka Pułkę, młodego i świetnego
poetę, który zginął tragicznie kilka miesięcy temu.
Rozmowy z piórami łączą nazwiska z różnych pokoleń i stron Polski, z odmiennych kręgów towarzyskich, o tak niejednorodnych gustach, że aż dziw bierze jak można mieć tak skrajnie różnych przyjaciół.
Daje to jednak świetny efekt, bo nawet przez chwilę nie można się nudzić, a każda strona to odkrywanie tajemnicy kolejnego autora. Na przykład Joanna Muller rzeczowo dzieli się swoimi przemyśleniami
o twórczości kobiet, innej niż ta z wizerunkiem macicy na transparentach, widząc głęboki sens i cel
swojej pracy nad nowym językiem macierzyństwa. Z kolei Mirka Szychowiak opowiada o pięknym
domu, intymnych relacjach z córką-poetką, o swoim pisaniu i wyższości Herberta nad Miłoszem.
Warto też„wysłuchać”Leszka Żulińskiego, mówiącego z pasją o swoim pokoleniu, o prasie literackiej,
której już w większości nie ma. Ten krytyk i poeta, wychodząc od przeszłości, diagnozuje teraźniejszość.
Spogląda na najmłodszą generację, by do jej wyznaczników zaliczyć m.in. „czysty egzystencjalizm” i
„brak celów ideowych liryki”. Paradoksalnie to ostatnie stwierdzenie pozwala odetchnąć z ulgą...
Twórcy starsi – jak właśnie Leszek Żuliński czy Janusz Koniusz – wspominając dawne czasy,
z dystansem przyglądają się obecnej rzeczywistości. Również ich lektury odbiegają od tego, co czytają młodsi od nich poeci. Ilu wśród tych młodszych jest takich jak Wojtek Boros, który przyznaje, że
czyta wszystko, co mu wpadnie w ręce? I który niecnie zachęca: „otwierajcie tomy i tomiki, gdzie
popadnie i czytajcie na wyrywki, jeśli porywają, pożyczajcie, kupujcie, kradnijcie” (s. 137). Nie wiem,
ile osób po tych słowach wpuści jeszcze autora Złych zamiarów do swej domowej biblioteczki... Co
ważne – jak deklaruje Joanna Lech –„z książką trzeba iść do łóżka, a nie ją szybko w bramie przelecieć”
(s. 118). Na marginesie dodam, że takich smaczków w rozmowach Klary znacznie więcej.
Rozmowy z piórami to książka, w której autorka bardzo często pozwala odczuć, że szuka rady
dla siebie jako poetki, skądinąd autorki paru interesujących tomików. Pyta o to, co warto czytać,
jak odnaleźć własną drogę, kto może być Mistrzem, kto może inspirować, jak radzić sobie z niedoborem rzetelnej krytyki literackiej, skąd pasja/potrzeba pisania… Niemal każdy z interlokutorów
musiał odpowiedzieć na pytania o sukces literacki, o nagrody i wyróżnienia; czym są, ile znaczą,
jak podchodzić do twórczości laureatów. Czy jednak prawdą jest to, co stwierdził Koniusz, że „po
transformacji ustrojowej twórcy zyskali wolność, ale stracili na prestiżu” (s. 107)? Na to pytanie
odpowiedzi trzeba szukać nie tylko w Rozmowach z piórami...
RECENZJE
Heretyk w postetycznym świecie.
rzecz o Krawcu Tomasza Sobieraja
początku świata światło zabiło ciemność, tak myśl jasna zniszczy pustkę i pozór”. W imię jasnej myśli,
mądrości, która „jest i początkiem, i źródłem pisania”, jak to ujął Horacy, Sobieraj podejmuje polemikę z
tym, co mu się we współczesnej polskiej literaturze nie podoba, czyli z bełkotem półanalfabetów z jednej
strony, a z drugiej – z piękną formą klasycznych dandysów, pozbawioną jednak treści i ducha. Wyrazicielem swojej teorii czyni niejakiego Tadka Ćwiartkę, ulicznego menela, któremu inna postać, obecna w
Krawcu, odmawia prawa do istnienia, uważając, że to „ewidentna pomyłka Wielkiego Planisty”. Ów
„ludzki strzęp”, może wbrew pozorom – to najważniejszy dowód na istnienie Boga w tej książce, mówi:
„Świat to symulacja stanów potencjalnie tylko doskonałych. Lecz pod skórą rzeczywistości, nieraz piękną
„Kto posługuje się stylem właściwym swojej epoce, nie wyskoczy poza nią, zostanie
w swoim miejscu i czasie” – pisał Czesław Miłosz w Ogrodzie nauk. Jednak trzeba niemałej odwagi i sporej dawki testosteronu, by lekceważyć artystyczną modę i tworzyć
niezgodnie z obowiązującą konwencją.
Krawiec Tomasza Sobieraja to nieczęsty w dzisiejszej literaturze przykład klasycznego ładu i
rygoru, precyzyjnego strumienia myśli, jednocześnie to utwór, w którym zacierają się granice pomiędzy opowiadaniem, opowieścią poetycką, esejem filozoficznym, tekstem krytyczno-literackim i
autorskim wykładem z teorii sztuki, a jadowita satyra łączy się z publicystyką i krytyką polityczną.
Dodatkowo treść dynamizują cytaty, nie tylko z literatury pięknej, oraz charakterystyczne dla Sobieraja erudycyjne aluzje i imitatywy. Autor nazywa ten utwór poematem dygresyjnym, jednak z
powodu niezwykłej intensywności przenikania się form, klasyfikacja rodzajowa i gatunkowa Krawca
jest niemożliwa; zasadniczo mamy tutaj do czynienia z prozą, jednak zastosowanie podziału zdań na
wersy sprawiło, że powstały samodzielne odcinki intonacyjne i wyostrzyła się znaczeniowa struktura
tekstu; poprzez ten zabieg poeta również narzucił interpretację oraz nadał inną, niżby przysługiwała
prozie, rangę słowom, tworząc w ten sposób oryginalny, nowoczesny poème en prose, dzieło z jednej
strony odrębne od literackiej przeszłości i teraźniejszości, ale uważnemu czytelnikowi przywodzące
na myśl Sztukę Poetycką Horacego, Beniowskiego Juliusza Słowackiego czy Bal w operze Juliana
Tuwima; nawet wielbiciele Allena Ginsberga znajdą w Krawcu właściwą amerykańskiemu poecie
romantyczną wizyjność usytuowaną obok niewstrzemięźliwej wulgarności.
Fabuła Krawca, opowiedziana w dziesięciu częściach, na którą składają się m.in. narodziny
bohatera, dojrzewanie, czas eksperymentów, czynów męskiej odwagi i zwątpień wrażliwego człowieka, wreszcie powstanie świadomego swojej drogi twórczej artysty, jest pretekstem nie tylko do fascynującej gry z formą, ale także do walki ideowej, do rozważań o filozofii, sztuce, życiu, śmierci, miłości,
duszy, Bogu... „W dzisiejszym postchrześcjańskim czy wręcz postetycznym świecie te uniwersalne
zagadnienia zostały unieważnione, to tematy wstydliwe i niemodne, w najlepszym razie błahe – mówi
autor w rozmowie z Januszem Najderem. – Odwrócona aksjologia niszczy także sztukę i dlatego zamiast
mądrej, szlachetnej twarzy polskiej literatury mamy gębę żula, dresiarza czy innego półanalfabety”. Nie
są to w tekstach Sobieraja nowe poglądy, ale sposób, w jaki przeprowadził swoją polemikę w Krawcu
– w IV części, zasługuje na uwagę i z pewnością przysporzy mu zarówno zwolenników, jak i przeciwników. Sobieraj, podobnie jak jego Mistrzowie (w tym miejscu należy wymienić przede wszystkim Witkacego, Gombrowicza, Miłosza), nie stosuje półśrodków, nie chowa się za plecami zgrabnych metafor,
ale tak jak oni staje odważnie do walki, jasno precyzuje swoje poglądy na sztukę, piętnując za poprzednikami powszechną w niej dewaluację wartości, degenerację języka, sprymitywnienie, antyintelektualizm, ucieczkę od metafizyki, wiedzy, wyższej kultury, a przy tym uderza przeciwników (bo nie wrogów
przecież) ich własną bronią – wprowadza do tej części kilku współczesnych krytyków i literatów i
pozwala im mówić własnym głosem, czyli tekstami zaczerpniętymi z ich recenzji i utworów. Można
nawet odnieść wrażenie, że niektóre wypowiedzi umieszczone w nowym kontekście paradoksalnie
zyskały na tym zabiegu, i z tekstów krytycznych awansowały do rangi tekstów poetyckich.
Jednak Krawiec to, jak napisał znakomity poeta Józef Baran, „nie tylko rozprawa z pseudosztuką, to
także frywolny i sokratejski w formie monolog filozoficzno-egzystencjalny o przygodzie człowieka
wrzuconego w przypadkowy, ograniczony czas i przestrzeń”. Bohater Sobieraja balansuje na granicy jawy
i snu, rzeczywistości i fikcji, konieczności i pragnień. Z naiwnością dziecka cieszy się życiem; jest częścią
świata przyrody, którą afirmuje i chłonie wszystkimi zmysłami, nie odgradza się od niej, ale wtapia się w
nią, pragnie, być może naiwnie, miłości, prawdy i poznania, co implikuje ciągły rozwój. Zaciera się dla
niego granica między życiem a sztuką, chce, jak bohaterowie Witkacego „zostać twórcą samego siebie”
– a„inspiracją do niezwykłych myśli, by nie rzec herezji, są lektury”. W swoistym literackim eksperymencie dąży do zrównania się z Bogiem – to oczywiście z jednej strony nawiązanie do wyzywającej postawy
Konrada z Wielkiej Improwizacji, a z drugiej hołd złożony Mickiewiczowi. Czuje się tu i podziw dla Wielkiego Mistrza, ale i autoironię, bo przecież bohater Sobieraja rozważa jedynie taką możliwość po to, żeby
Tuż po buncie
Z poezją Macieja Dobrzańskiego zetknęłam się na dobre przy okazji nomen omen – książki, którą
autor wydał w 2009 roku wraz z Bartoszem Sadlińskim. Przyjaciele, do tego wspólnicy w działaniach
związanych z organizacją imprez literackich w rodzinnym Prudniku, podjęli ryzykowną dla organicznej poetyckiej „osobności” wspólną drogę przez debiut. Dwa lata temu pisałam dla Migotań recenzję
z części Zbrodnia Ikara autorstwa Sadlińskiego, odkładając na później wiersze drugiego autora
(Należy zostać). Zanim owo później nadeszło dotarła do mnie jego kolejna książka, Imię jest znakiem,
tym razem samodzielna, która być może przez samego autora będzie traktowana jako właściwy debiut.
Poezja Dobrzańskiego (utwierdzam się w diagnozie czytając wiersze z książek wydanych w odstępie 3 lat) wyrasta przede wszystkim z prób odnalezienia się i ocalenia własnej wrażliwości w otaczającym świecie, przy czym jest to świat niejednokrotnie brudny, trudny i nieprzyjazny. Małomiasteczkowe
koszmary – sceneria ciemnych bram i mrocznych zakamarków „Podwórza pełne dzieci bawiących się
w piaskownicach o zapachu psich odchodów. (...) Ziomki. Ziomki z woreczkami kleju usilnie wtulanymi
w usta. Ziomki z rodzin patologicznych i ziomki czyniące swoje rodziny patologicznymi. Ziomki w
spodniach z krokiem na wysokości kolan. Wielbiciele hip hopu. Ziomki. Kilkunastoletnie, a już ze skumulowaną w oczach nocą. (...) Chrobrego. Jakby to tu rozegrał się cały komunizm dwudziestego wieku”
(Chrobrego II). i jeszcze mroczniejszych historii„Moja kamienica. Solidna, niemiecka robota. (Kiedyś było
tu getto, ale pamiętaj, nie ma się czego bać)” (Chrobrego). Trudne sprawy domowe, nieuporządkowana,
dramatyczna relacja z ojcem, którego nie udało się kochać „Pamiętasz; zawsze chciałeś odrąbać sobie/
kciuk – tak podobny/ do jego kciuka.// Ten mężczyzna.// Pamiętasz; jego oczy mieściły/ w sobie tak
wiele twojej/ nieobecności” (Nic dodać). Jeśli wierzyć Bukowskiemu, wiersz jest tym, co się przytrafia,
kiedy już nic innego nie może. I tak właśnie, przez perspektywę bezradności, desperacji i wściekłości
nawet, czytam wiersze Dobrzańskiego, szczególnie te prześwietlające relacje z ojcem, realia małego
miasteczka, pierwsze próby ucieczki od tego niechcianego spadku – w poezję, w związki, w wiarę„twój
stary i jego przepierdolone/ pieniądze, jego przepierdolone „starostwo” (bo przecież nie/ ojcostwo),
nadopiekuńczość twojej rodziny, czyli jedyna Czysta Miłość,/ z jaką się spotkałeś, (...) twój Prudnik, czyli
działalność połetycka/ rozbita o prowincjonalność, twoja druga prawdziwa/ miłość, czyli związek
zawarty na cmentarzu, twoja druga/ prawdziwa miłość, czyli wszystkie odmiany/ miłości, a wśród nich
(znów) nienawiść, twój powrót/ do wiary – ale na twoich zasadach, czyli/ dalsza część kryzysu wiary,
twoje samotne bieganie/ po lasach (...) twoja chęć spisania/ testamentu, twój jedyny wiersz, który
wydaje ci się/ istotny,// właśnie ten” (Przypadki).
Na rewersie trudnych, niejednokrotnie toksycznych i wyniszczających emocji jest niezwykła wrażliwość
poety. Z internetu wyławiam fragment jego autoprezentacji:„jestem romantykiem i, co tu dużo ukrywać,
5500 jak u młodej kobiety, nieraz pokrytą brudem i pęcherzami, jak moja, drzemią pokłady olśnień i niespotykanej dziwności, widoczne tylko dla wielkiego poety czy mistyka, niekiedy może dla filozofa. (…) I
one, gdy odkryte, mogą uczynić życie znośniejszym. Bo na pewno nie uczynią tego bzdury, pisane przez
rzesze wierszokletów, wynoszone na piedestał przez ich kolegów – krytyków, tak jak nie uczynią życia
piękniejszym bohomazy tych, którym się wydaje, że są artystami, bo ukończyli szkołę malarzy”. Tu
dochodzimy do zasadniczego poglądu Sobieraja na rolę sztuki, która ma nieść człowiekowi nadzieję, a
nie pogrążać go w jeszcze większym chaosie niż ten, w którym żyje. Wydobywanie się z tego chaosu to
jak pozbywanie się ciasnego kokonu narzuconych mniemań, sądów i politycznej poprawności, przy
jednoczesnej nauce samodzielnego oddychania i szukania własnych rozwiązań – niszczenie i tworzenie,
prucie i szycie, śmierć i życie – w takiej właśnie kolejności, tak jakby życie było ukoronowaniem, a może
raczej zdetronizowaniem śmierci, nie odwrotnie, życie to zaprzeczenie pustki, letargu, bezwolnego
trwania. Takiemu procesowi poddał Sobieraj swojego bohatera (samego siebie?); mimo wątpliwości idzie
on drogą, która ma go w założeniu doprowadzić do zbliżenia człowieka ze sztuką, do połączenia pierwiastka ludzkiego z Boskim, do syntezy formy i treści. „Najwyżej mi się do końca nie uda – zwierza się
krawiec – ale przynajmniej będę wiedział, że próbowałem”.
Sobieraj kończy Krawca słowami Eliota: „Chodźmy więc, ty i ja,/ Skoro wieczór na niebie rozpostarty
trwa/ Jak pacjent odurzony eterem na stole...” Rzeczywiście po lekturze tego wyjątkowego i, według
ostatecznie przestać wątpić i dostrzec doskonałość tego świata, której istnienie wprawdzie zakłada, niby
jest jej pewien, ale pragnie absolutnego dowodu.„Zdobyć się na nieśmiertelność, unieść ponad czasem,
objąć wszystko jedną myślą” – mówi, a potem przekornie dodaje – „to nie jest takie trudne. Nieśmiertelność mam przecież zagwarantowaną”. Marzy, aby uzyskać taką perspektywę oglądu rzeczywistości,
która daje moc zapanowania nad chaosem, umożliwi wypełnienie idealnej formy istotną treścią.
Momentem próby jest spotkanie z dziewczyną. Sobieraj rozgrywa to w dwóch oszczędnych
dialogach, nad którymi unosi się atmosfera silnego erotycznego napięcia. Eros katalizuje moce
twórcze i jednocześnie niszczycielskie bohatera, który wcześniej zwierza się czytelnikowi: „Często
rozmyślałem o życiu i śmierci, szyjąc ubrania (…) Pewnie szycie nowych i prucie starych ubrań,
ich tworzenie i niszczenie kierowało moje myśli na sprawy ostateczne”. Dziewczyna, której wizyta
w pracowni stanowi wyraźną cezurę w życiu krawca, jest jakby materializacją jego sennych marzeń.
Czytelnik staje się świadkiem tego procesu przeobrażania się nierealnej, eterycznej postaci w
zmysłową, cielesną kobietę, procesu oddzielania się owej zjawiskowej istoty od tego, kto powołał
ją do życia i być może sam nie wierzy w możliwość przyobleczenia się własnych pragnień w realny
byt, boi się, że „zapłaci gorzki podatek od naiwności”. Dziewczyna na początku wydaje się nie mówić
własnym głosem, jest jakby emanacją myśli i wyobrażeń bohatera, by na koniec zyskać świadomość
swojej roli i swojej odrębności, „umiem czytać w twoich myślach” – oświadcza w ostatniej scenie,
kiedy pojawia się z książką Źródło wszechrzeczy – malarstwo Gustawa Courbeta – „i chociaż, jak
sądzę, programowo Courbet jest ci obcy, czasem pociąga cię realistyczną treścią”.
Bohater tylko z pozoru jest nikim, nieważnym człowiekiem zanurzonym w przypadkowym, ograniczonym czasie i miejscu, „którego nie uwzględniały nawet najbardziej dokładne mapy topograficzne,
zrozpaczone jego prowincjonalnością i bezgraniczną martwotą”– miejscu, można by rzec zapomnianym
przez ludzi i Boga. Jednak istnieje! Ma wolny, artystyczny zawód, psa, którego kocha, spacery po okolicy,
wrażliwość na przyrodę, ma też wielkie tęsknoty i marzenia, wyzwolone pod wpływem „heretyckich”
lektur. Dowodem, że istnieje, jest świadomość i wola działania, wynikająca m.in. z niezgody na pogrążanie się w „imitacji życia”, z właściwą jej „ironią, bezsilnością, patosem i pustką”. Wierzy, że „tak jak na
lubię się tą swoją romantycznością szczycić”. I ta właśnie nuta pięknie brzmi w poezji Dobrzańskiego,
przekłada się na bezpośredniość i czułość w jego pisaniu, jak we fragmencie (tak po prostu – wzruszającego) utworu dedykowanego Agnieszce„Wiem, że gdzieś tu jesteś./ Skądś przecież musi się brać ta cisza/
między kolejnymi kroplami/ uderzającymi w niewidoczną toń. (...) // Wiem, że gdzieś tu jesteś./ Choćby
jako kres – szybki/ jak gaszone światło” (***„Wiem, że gdzieś tu jesteś...”), albo w niezwykłym, pełnym
tęsknoty wierszu poświęconym babci „tej skóry ze zdjęcia już nie ma/ tego uśmiechu/ już nie ma/ tej
mnie, bardzo ważnego poetyckiego tekstu jest się oszołomionym. Dzieje się tak za sprawą i wagi poruszanych problemów, i bogactwa rozwiązań formalnych, i brawurowego języka, nie stroniącego nawet
od wulgaryzmów – zjawiska do tej pory w twórczości Sobieraja nieznanego. Nie znaczy to, że twórca
elitarny postanowił najtańszym kosztem trafić pod przysłowiowe strzechy, eksplorując pokłady wulgarności czy pornografii, bowiem wspomniana maniera to tylko niewielki, wyraźnie wyodrębniony fragment
poematu, do tego o charakterze zdecydowanie satyrycznym, ironicznym i polemiczno-zaczepnym.
Sobieraj uczynił tutaj rzecz trudną: posługując się ordynarnym językiem, wydobył całą jego soczystość,
komizm, wręcz nadał mu wielobarwną urodę, dowcip oraz nowy sens i pełny artystyczny wymiar, co w
polskiej Literaturze (tej przez wielkie L) udało się niewielu. I tak parodia przerosła wyszydzaną konwencję, dowodząc niezbicie, że talent i myśl również z pospolitej materii stworzą dzieło doskonałe.
Pomimo licznych celowych zakłóceń, zamierzonego dysonansu niektórych partii poematu i jego
bujnej dygresyjności, całość utworu jest wypowiedzią spójną formalnie i treściowo; rzekłbym nawet,
że jest nową „formą bardziej pojemną”, łączącą w sobie traktat o sztuce i filozofii, fabularną, momentami oniryczną opowieść, niekiedy fantasmagorię, głęboką psychoanalizę czy nawet udaną próbę
mityzacji rzeczywistości. Jednak historiozofia, jak już wspomniałem, nie jest tutaj ponura jak np. w
zbiorze opowiadań Dom Nadzoru; pojawiają się w Krawcu elementy pogodne a nawet komiczne. Mimo
to poecie, a właściwie jego literackiemu alter ego, niezmiennie towarzyszy poczucie obcości, niedopasowania do świata i świadomość zagłady czekającej na ludzi jego pokroju, jednocześnie nie robi nic, by
przestać być twórcą dla nielicznych wybranych. Przeciwnie jednak niż we wspomnianych opowiadaniach,
nie jest w tej beznadziejnej sytuacji osamotniony ani ta sytuacja nie jest przez to całkowicie beznadziejna. Nadal więc z uporem, godnym Witkacego izoluje się od pospolitej rzeczywistości, wchłaniany przez
tajemniczą istność, w której spotykają się Bóg, filozofia i sztuka. Tą istnością jest metafizyka – tak w
poemacie obecna, że bez przesady można nazwać jego autora poetą metafizycznym i tym samym
zaświadczyć, że wbrew pesymistycznym teoriom Witkacego, sztuka nie umarła całkowicie – jest tylko
w letargu, z którego czasem wyrwie ją ktoś tej miary co autor Krawca.
Witold Egerth
Tomasz M. Sobieraj: Krawiec. Łódź : Editions Sur Ner, 2012.
sepii/ już w nas nie ma/ ale są kości tuż obok/ pod ziemią/ (...) Siedzę Patrzę uważnie na zdjęcie/ babci/
(...) a ona jest rzeką/ którą ktoś pozbawił/ brzegów” (Dzień zaduszny). W tych tekstach nie ma już buntu,
kontestacji, wściekłości i bezradnego krzyku w przestrzeń, silnie obecnych w innych wierszach.
W poezji Macieja Dobrzańskiego wszystko wydaje się prawdziwe, jakby działo się na naszych
oczach, mam wrażenie, że to życiopisanie w każdym calu, co potwierdzają dedykacje, odniesienia do
konkretnych miejsc, daty i godziny w tytułach, konsekwentnie przedstawiona w wielu wierszach
postać ojca. Autentyzm tej poezji jej jest siłą, intensywne emocje, które są jej podglebiem, procentują – książka wzrusza, porusza, uderza. Trudno uwolnić się od energii takich fraz:„On umrze – ta myśl/
cię budzi i już do końca nocy/ jest// jak pulsujący punkt/ świadomości który nie wymaga/ tłumaczeń//
(...) On umrze – myślisz/ o tym który leży/ w sąsiednim pokoju i wygląda// jak ktoś nieprzeliczalny
przeliczalny/ jedynie na śmierć”(Który leży). Trudno nie ufać wierszom, które dają tak konkretne tropy,
jak choćby ten – zadedykowany Bartoszowi Sadlińskiemu: „Zaczął pisać klasyczne wiersze. (...)/ Nie
chce już wieszać księży, nie chce już wieszać psów/ na wartościach, o których mówi: pozwoliły mi się
pogodzić/ ze światem. (...) //(Ktoś powiedział o nas: pedały; ciekawe/ co pomyślałby teraz, patrząc jak
w samych slipach/ leżymy na sąsiadujących łóżkach i gadamy o życiu)” (B.).
Szczególne miejsce na tej lirycznej mapie ma dzieciństwo, ważne, ważące na dalszej historii,
oglądane zazwyczaj przez pryzmat trudnych relacji z ojcem czy usiłującej je rekompensować nadopiekuńczości innych bliskich „ nadopiekuńczość twojej rodziny, czyli jedyna Czysta Miłość,/ z jaką się
spotkałeś” (Przypadki). Ale także o dzieciństwie właśnie poeta umie pisać z nadzwyczajną czułością:
„Spoglądam przez okno/ w kuchni On siada na płaskim jak lotnisko czubku/ baszty i obserwuje Jestem
przekonany// że to wysłannik Boga (teraz jeszcze potrafię/ mieć pewność w bożych sprawach) (...)//
Ten bocian już pewnie nie żyje/ ja nigdy nie byłem bardziej/ niepewny” (Wysłannik).
Poza wierszami-świadectwami dojrzewania, poszukiwania, trudnego dzieciństwa czy życia na
prowincji są i inne, zbudowane na odleglejszym planie, dotykające spraw uniwersalnych, podmiot
liryczny odchodzi w nich daleko od prudnickiej kamienicy, by jednak wciąż kreślić równie przejmujące obrazy, jak choćby ten, przywołujący na myśl wiersz dzień miał się ku końcowi Joanny Wajs:
„dwie kobiety idą opustoszałą plażą./ Prawdopodobnie widzisz je pierwszy i ostatni raz./ Zachowasz
ten obraz w pamięci: uczynisz dla nich tę jedną, małą// nieśmiertelność” (Tuż po zachodzie słońca).
„Imię jest znakiem”, czyli? Czyli dopiero nazwane istnieje, powiedziane trwa. Czyli tożsamość
domaga się ujęcia w słowa. Czyli desygnat uprawomocnia swoje bycie nazwą. Poecie udało się w
tej książce nazwać wiele, I z całą pewnością nie było to bezbolesne nazywanie.
Izabela Fietkiewicz-Paszek
Maciej Dobrzański: Imię jest znakiem. Prudnik-Opole: Wydawnictwo RB 2012.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Na peryferiach współczesności.
O Siedleckich miniaturach Artura Ziontka
Publikacja ukazała się jako czwarty tom serii Konfrontacje współczesności wydawanej
przez Siedleckie Towarzystwo Naukowe. Warto zwrócić uwagę, że zainicjowanie przed
czterema laty wydawania tej serii cechuje specyficzne pojmowanie współczesności „jako
kategorii czasowej trwającej między przeszłym a przyszłym, gdzie trudno mówić o jednej
nie przywołując drugiej”, w myśl długiego trwania idei i form. Odzwierciedlenie tych założeń
jest wyraźne w omawianej publikacji, choćby poprzez ukazanie ciągłości kulturowej Podlasia. Spojrzenie tego rodzaju wydaje się tym większej wagi, jeśli uwzględnimy, że znajomość
dziedzictwa i tradycji, czyni nas świadomymi własnej tożsamości. W tym przypadku chodzi
o poznanie dorobku regionalnego, ale nie jest to bynajmniej, jak zwykło się posądzać
podobne publikacje czy ogólniej działania, regionalizm wsobny. Autor wpisuje wielokrotnie
omawiane zjawiska w szerszy kontekst.
Siedleckie miniatury to zbiór kilkunastu esejów pomieszczonych w ramach dwóch części,
według kryterium długości, ale jak się okazuje przy bliższym oglądzie również formy wypowiedzi oraz metodologii. W pierwszej, określonej jako Wypowiedzi dłuższe, autor przybliża sylwetki oraz spuściznę literacką trzech pisarzy ziemi siedleckiej. Będą to Bohdan Arct (1914-1973),
powieściopisarz i eseista; Kazimierz Świegocki (1943-), poeta, filozof i badacz literatury oraz
Józef Górski (1891-1961), ostatni właściciel majątku ziemskiego Ceranów, autor pamiętników.
Eseje pomieszczone w tej części stanowią w dużym stopniu rekonstrukcję historyczną, podyktowaną rozproszeniem, niewystarczalnością bądź zupełnym brakiem badań nad dorobkiem
powyższej trójki. Dlatego sposób przekazu, w tym jego zakres, wynikający niekiedy z potrzeby
doprecyzowania niektórych pojęć, ma charakter zbliżony do naukowego. Mamy tutaj do czynienia z wykładem linearnym, ale odciążonym z przypisów, gdzie każdy z esejów zostaje
domknięty bibliografią, która zestawia dorobek autora, dotychczasowe prace badawcze na jego
temat, co może stanowić cenną bazę oraz zachętę do dalszych badań.
Podróż bez powrotu Ernesta Che Guevary
O ile „wypowiedzi dłuższe” charakteryzują się sporym rygorem, o tyle w wypowiedziach
„krótszych”, autor jest bardziej eseistyczny. Wynika to po części z charakteru opisywanych zjawisk,
które nie wymagają rekonstrukcji – jako mające miejsce w latach 2002–2009 i naocznie doświadczane przez Ziontka – ale raczej pierwszego oglądu. Eseje pomieszczone w tej części stanowią
wrażenia, czy też wnioski z hermeneutycznej lektury tekstów kultury. W dwunastu esejach uwagę
autora Siedleckich miniatur zajmie m.in. twórczość pomieszczona w tomikach Andrzeja Borkowskiego, Roberta Olewińskiego, Grzegorza Przepiórki, Krzysztofa Grusego, Roberta Koncy, Izabeli
Filipek, Krystiana Matuszewskiego oraz w Obserwatorium. Antologii słów i obrazów. Oprócz poezji
będziemy mieli również do czynienia z niejednorodną formalnie książką Joanny Zielińskiej oraz
refleksjami na temat twórczości plastycznej i wydarzeń muzycznych.
Książka Romana Warszewskiego Boliwia 1966-1967, która ukazała się w serii Historyczne Bitwy
(Bellona), przynosi do bólu precyzyjną wiwisekcję walk, jakie w połowie lat 60.-tych, na pograniczu Argentyny i Boliwii, wraz z garstką partyzantów, toczył legendarny Ernesto Che Guevara.
O Che – idolu lewicy i młodzieży na całym świecie (vide nadal bardzo modne T-shirty z podobizną Guevary wykonane wg kultowego zdjęcia Alberta Kordy) napisano bardzo wiele. Przeważają biografie o rozmiarze cegły, w których postać głównego bohatera rozmywa się i ginie w
natłoku detali. Warszewski wybrał inne rozwiązanie. Skoncentrował się na jednym, kilkumiesięcznym epizodzie – na kampanii boliwijskiej Che, w której jak w kropli wody odbija się cały wszechświat politycznej myśli dekady niezapomnianych lat 60.-tych: czasu, gdy człowiek szykował się do
lotu na Księżyc; gdy dzień i noc grali „Stonesi”, a na uniwersyteckich kampusach rządziły „Dzieci
KwiatY”; gdy dosłownie z niczego powstawała stolica Brazylii – Brasilia i gdy powszechnie wydawało się, że dosłownie wszystko (lub prawie wszystko) jest możliwe.
Che Guevara też tak uważał i dlatego można uznać go za najbardziej doskonałą inkarnację
ducha tamtej epoki. Mało tego, że tak myślał; tę myśl konsekwentnie przekuwał w czyn. W czyn
polityczny, w czyn zbrojny. Bo jak nikt inny, był przekonany o tym, że gdy czegoś nie można zrobić
po dobroci, trzeba dokonać tego siłą.
Książka Boliwia 1966-1967 opowiada o tym, jak błędne było (i jest) to mniemanie. Udowadnia,
że – wbrew poglądom Che – przemoc nie może być uznana za panaceum. Kto mieczem walczy,
od miecza ginie. Kto wkracza na ścieżkę przemocy, nieuchronnie rozkręca jej spiralę i, koniec
końców, traci nad nią kontrolę. W przypadku Guevary, w Boliwii, obie te prawdy potwierdziły się
w stu, a nawet dwustu procentach.
Bo podróż jaką na przełomie lat 1966-67 Che Guevara odbył do Boliwii, była jego ostatnią
peregrynacją z bronią w ręku. Che – w ostatniej fazie walk w Boliwii tropiony przez tysiące żołnierzy – wpada tam w ręce osaczających go boliwijskich „rangers” i bez sądu zostaje rozstrzelany.
Wraz z sobą, w otchłań śmierci, wciąga zarówno swych najwierniejszych towarzyszy, jak i tych,
którzy – na ostatniej prostej – czy to za pieniądze, czy to ze strachu, podstępnie go zdradzili.
To swoisty chichot historii. Tej konkretnej historii, jak i historii w ogóle. Ów chichot jest zresztą
na kartach Boliwii 1966-1967 obecny nieustannie. Zarówno wtedy, jak Warszewski opisuje zawiłe
stosunki, jakie Guevarę wiązały z Fidelem Castro, jak i wtedy, gdy wprowadza nas w kulisy bezprecedensowej zmowy KGB i CIA, w myśl której Che Guevary za wszelką cenę należało się pozbyć.
Właściwie dlaczego Guevara wszystkim możnym tego świata przeszkadzał?
Na to pytanie w Boliwii 1966-1967 także znajdujemy odpowiedź. Brzmi ona następująco:
Kubańczykom Che komplikował stosunki z ZSRR (bez którego, po kryzysie rakietowym, Hawana
deptał po odciskach, bo wzywał do rozpalenia na świecie „dwóch, trzech nowych Wietnamów”
(jakby jednego, dymiącego napalmem Wietnamu było za mało). Z kolei latynoamerykańscy
komuniści opędzali się od niego, jak od nastrętnej muchy, bo zalecał im chwycenie za broń i
udanie się na front, a nie wdawanie się w niekończące się polityczne dysputy w zaciszu gabinetów,
realizowane za wcale nie tak małe pieniądze otrzymywane potajemnie z Moskwy...
Czyż kogoś takiego można było w nieskończoność tolerować?
Czyż można było go tolerować w świecie, pod którego powierzchnią nieustannie buzował
wielki, atomowy kocioł rakietowego wyścigu zbrojeń?
Odpowiedź na te pytania przynosi skala środków zaangażowanych w unicewienie poczynań
Guevary w Boliwii – miejscu, które zgodnie z założeniami teorii rewolucji Che miało zostać przekształcone w foco guerillero: w promnieniujące na cały kontynent ognisko rewolucji. Podczas gdy Che
uważał, że w Boliwii uda się powtórzyć to, co w w drugiej połowie lat 50-tych powiodło się na Kubie,
daleko za jego plecami zapadły decyzje, iż na coś takiego, pod żadnym pozorem, nie można pozwolić...
Wiara Che w sukces boliwijskiej paryzanckiej insurekcji pod jego własnym dowództwem, wydaje
się tym dziwniejsza, że na rok przed jej rozpoczęciem, z podobnego przedsięwzięcia, w popłochu, wraz
z innym kubańskim oddziałem Guevara ewakuował się z Afryki, Konga. Autor nie bez kozery akcję
kongijską z roku 1965 porównuje z kampanią boliwijską z przełomu lat 1966-67. Z jednej strony klęska
tej pierwszej powinna zniechęcić Che od podejmowania podobnych akcji w przyszłości; z drugiej – Che
z Konga, w zasadzie, nie miał prawa ujść z życiem. Dlaczego uszedł? Odsyłam do książki.
Jest jeszcze inny związek między kongijskim i boliwijskim epizodem z życia Che Guevary, o
którym Warszewski wspomina jako pierwszy. Jest nim AIDS. Autor Boliwii 1966-1967 twierdzi
bowiem, iż Guevara i jego ludzie, w połowie lat 60-tych jako pierwsi na zachodnią półkulę, z Konga,
z Afryki, przywlekli AIDS! Wtedy, gdy jeszcze nikt o chorobie tej nie słyszał – gdy nikt nie miał
jeszcze pojęcia o jej istnieniu! Zdaniem Warszewskiego, wskazują na to okoliczności śmierci wielu
kubańskich towarzyszy broni Che, którzy wraz z nim przebywali nad jeziorem Tanganika, jak
również to, w jakim stopniu on sam był osłabiony w schyłkowej fazie boliwijskiej kampanii. – Czy
w Boliwii Guevara był chory na AIDS? – to pytanie w finale książki zawisa bez ostatecznego werdyktu, a strona internetowa autora (post „Największa tajemnica Ernesta Che Guevary) podpowiada, że za jakiś czas możemy spodziewać się osobnej publikacji na ten temat.
A więc znów chichot historii, o którym już wspominałam. Bo przecież, jako młodzian i początkujący adept zawodu lekarza, Guevara zamierzał nieśc pomoc tredowatym i pracować w leprozorium! Czyż, zamiast tego, po latach, miałby okazać się pierwszym transoceanicznym przęsłem, po
którym AIDS, z Afryki, rozbiegło się po wszystkich kontynentach?
Walorem Boliwi 1966-1967 jest to, iż skomplikowane dzieje Che układa i w sekwencję kolejno
następujących po sobie podróży (podróż do Boliwii to podróż ostatnia, podróż bez powrotu), jak
po prostu nie mogła egzystować). Rosjanom przeszkadzał dlatego, że piętnował reformy Chruszczowa (a wychwalał Chiny Mao Tse Tunga i Rewolucję Kulturalną). Amerykanom natomiast stale
również fakt, iż w momencie gdy Che ginie, książka jeszcze się nie kończy. Gdy przebrzmi już echo
ostatniej karabinowej salwy w La Higuerze (miejscu śmierci Guevary), Warszewski dokładnie
Artur Ziontek: Siedleckie miniatury. Eseje o literaturze i kulturze. Seria Konfrontacje współczesności:
poezja, proza, eseje, rozmowy, t. 4. Siedlce: Siedleckie Towarzystwo Naukowe, 2009, s. 314.
opowiada o tym, w jaki sposób z boliwijskiej matnii udaje się wydostać najpierw sześciu, a ostatecznie pięciu niedobitkom z jego oddziału. Następnie, aż po czasy zapatystowkiej rewolty „subcomandante” Marcosa w meksykańskim Chiapas, kreśli dalsze zawiłe meandry guevaryzmu, i
pokazuje jak rewolucja, w czasach postmodernizmu przeradza się w postrewolucję.
Ewa Opiela
Roman Warszewski: Boliwia 1966-1967. Seria Historyczne Bitwy, Warszawa : DW Bellona 2012, s. 320.
Książki nadesłane do redakcji
J. Mączka, Tupot, świst, chrzęst
M. Pacukiewicz, Budowa autostrady
J. Plutowicz, Miasto małe jak łza
„Elewator”, kwartalnik literacko-kulturalny
nr 1/2012
W. Whitman, Poematy wybrane
(tłum. C. Karkowski)
M. Czuku, Facet z szybą
H. Pląder, Rozsypanka
T. Rudowicz, Podobno jest taka rzeka
Gazeta literacka
B. Janas Dudek, Zakład pracy chronionej
M. Fres, Bulgur
A. Szuba, 66 strzępów
A. Słowik, Sakwojaż Penelopy
E. Ostrowska, Echolalie
U. Przyboś, Stopień
Z. Beszczyńska, Sny o miłości i śmierci
C. Karkowski, Moje metropolitan
P. Muldner-Nieckowski, Park
T. Sobieraj, Krawiec
J. Suchanek Fe
K. Siwczyk Kinkiety w piekle
B. Klicka same same
G. Trakl Poezje zebrane (tłum. A. Lam)
K. Matuszewski Georges Bataille - Inwokacje zatraty
K. Ratoń Dziennik. Prozy. Teksty krytyczne
D. Foks Liceum
D. Foks Kebab Meister
A.Turczyński Miniatura z gazelą
U. Kulbacka Rdzenni mieszkańcy
5 15 1
RECENZJE
Wzrost znaczenia ośrodków regionalnych, związany z decentralizacją życia literackiego po 1989 roku, ma swoje plusy i minusy. Z jednej strony nastręcza badaczom wielorakich trudności w budowaniu syntetycznych ujęć literatury polskiej, z drugiej jednak
skłania do skoncentrowania większej uwagi na literaturach regionów, co nie rzadko
prowadzi do ciekawych odkryć. Jednym z przykładów efektywnych poszukiwań na
gruncie regionalnym są Siedleckie miniatury. Eseje o literaturze i kulturze autorstwa
Artura Ziontka.
Niejednorodność stylu, metod oraz duża swoboda w doborze tematów mogłyby rodzić podejrzenie niekonsekwencji, prowadzącej do chaotyczności. Nic bardziej mylnego. Siedleckie miniatury
wypływają z kilku źródeł, ale strumienie w nich płynące, przecinające się i łączące wielokrotnie, stanowią niezwykle spójny, wewnętrzny system tej książki. Pierwszym, najbardziej zauważalnym źródłem
są oczywiście Siedlce, rozpatrywane w kolejnych esejach dwuaspektowo: jako ośrodek kulturotwórczy i jako temat twórczości. Siedlce traktowane ponadto w sposób szeroki, dlatego w książce uwaga
zostaje poświęcona autorom bezpośrednio związanym z miastem, poprzez koneksje, ale i tym, dla
których stanowiło ono miejsce wydania książki, czy miejsce zdarzenia jak w przypadku wystaw
Bartosza Musieja i Salvadora Dalego. Drugim spoiwem jest „[…] fascynacja literaturą, słowem
pisanym, ale też i wszelkimi przejawami ludzkiej aktywności twórczej, których efekty klasyfikują się
jako «teksty kultury». Dzieła, które poza wartościami estetycznymi niosą ze sobą ładunek poznawczy,
pozwalają rozumieć świat” – jak zdradza autor na początku książki. Szerzej rzecz ujmując, będzie to
pasja poznawcza, określona przez arystotelesowskie„Omnes homines natura scire desiderant”. Trzeci
nurt stanowi potrzeba zakorzeniania, jako„rzeczywistego, czynnego i naturalnego udziału w istnieniu
jakiejś wspólnoty, która zachowuje żywe skarby przeszłości i wybiega swymi przeczuciami w przyszłość”.
Tutaj podąża autor za cytowaną Simone Weil. Na niezbędność dla ciągłości kulturowej narodu, rozwijania potrzeby zakorzenienia, poprzez poznanie dziedzictwa na drodze edukacji, zwraca uwagę
Ziontek wielokrotnie. Książka nabiera charakteru zaangażowanego, który zostaje wyrażony w bezpośredni sposób w ostatnim rozdziale, kiedy krytyce poddany zostanie proceder marginalizowania
przez kolejne rządy polityki kulturowej i historycznej. Istnieje jeszcze jedno spoiwo – idiom, według
którego dokonuje się dobór opisywanych zjawisk – jakim jest peryferyjność. Oprócz Salvadora Dali
spotykamy się bowiem w Siedleckich miniaturach ze zjawiskami zapomnianymi (Arct, Górski), niedocenianymi (Świegocki), mniej znanymi nawet w skali regionu (Borkowski, Konca, Matuszewski), czy
nieatrakcyjnymi jako naznaczone przydomkiem regionalne w skali kraju (Siedlce, Podlasie).
Reasumując, Siedleckie miniatury to zbiór esejów pisanych z pasji, a przez to zaraźliwych. Owoc
wędrówek kulturowych a zwłaszcza literackich, poprzez które autor udowadnia, że literatura czy
kultura regionu – w przypadku Siedlec jeszcze w dużym stopniu nie odkryta – ma wiele do
zaoferowania. A poza tym publikacja potrzebna, przy braku nie tylko naukowej monografii, ale i
niewielkiej liczbie opisów cząstkowych. Zaprzeczająca mitowi„wykulturowionego Podlasia” poprzez
zarysowanie w polemicznej „zaczepce wstępnej” bogactwa zjawisk kulturalnych regionu na
przestrzeni ostatnich 300 lat.
Jerzy Cyngot
RECENZJE
Hymn na cześć Życia
Gdy mówi się na ostatnim oddechu, używa się słów niewielu i wybiera się słowa najprostsze:
„dać się / unieść // mieć / w sobie // ciężar / strumienia” (s. 46).
Natrafiamy czasami na poezję religijną. Jej autorami przeważnie są księża lub z rzadka siostry
zakonne, a już całkiem sporadycznie – świeccy. Mogą to być wiersze modlitewne, biblijne, teologiczne... a niekiedy zdarza się nawet liryka o treściach mistycznych. Cóż to takiego? Czym ona się
różni od poprzednich rodzajów tego gatunku poezji?
To jest poezja pisana na najwyższym diapazonie emocjonalnym... Mało powiedziane: duchowym...
To poprzez słowo obcowanie z Bogiem... w sposób wyjątkowy. Takie wiersze zawsze zaskakują, zdumiewają, a czytelników otwartych na transcendencję... zachwycają. Tacy czytelnicy czują,
że obcują z poezją z bardzo wysokiej półki... że to jest poezja łaski. Poezja z granicy świata naszego
i świata wiecznego, który nas zaprasza, wzywa... który na nas czeka. Słowa w takich wierszach
dotykają rzeczywistości t a m t e j. Wyrażają ją wprost (wręcz) epifanijnie. Napisałem te zdania
jako wstęp do kilku moich spostrzeżeń o wstrząsającym tomiku Piętno Sławomira Kuczkowskiego
(22.VI.1965 – 29.IV.2009). O tomiku przedśmiertnym, bowiem autor zmarł w roku jej wydania po
morderczej walce z chorobą. W krótkim wstępie Od Autora czytamy: „... Moja twórczość... jest
towarzyszką zmagań, u kresu których nastąpi moje zbawienie bądź potępienie. Chcę pamiętać, że
twórczość winna być aktywnością służebną wobec mojej drogi na duchowy szczyt. Winna stać się
liną albo windą unoszącą mnie do samego nieba. Dlatego musi stać się moją modlitwą.”
Nawet nie wiem, czy zobaczył przed odejściem tę książkę. Zbiorek ukazał się w 2009 roku w
Bibliotece TOPOSU. Piszę o nim dopiero teraz, gdyż na nowo jego lektura głęboko mnie poruszyła.
To perła w tym gatunku poezji. Te medytacyjne wiersze milczały we mnie prawie trzy lata.
Mają smak udręki umierania. A poprzez odwrotność... są hymnem na cześć Życia. Podmiot
liryczny jest w sytuacji granicznej, dlatego rozumie i czuje więcej. Nie musi używać wielu słów, by
nazwać nienazwane: „przed zaśnięciem / nazywam rytmy krwi // to moja pieczęć / przenikająca
ciało // moja wieczorna muzyka //prosto z żył echo / trąb // cała wieczność snu” (s. 47).
Ból ma (natężenie) smak ognia: „Nocne zapiski // zgodnie z miłością w milczenie / wpala się
całun * wmawiać błagania niewymowne w popiół / między słowami” (s. 30).
Ale ten ogień pochłania: „niech mnie pochwyci i wgarnie / w ognistą sieć” (s. 42).
Jaśniejące prostotą i
głębokim sensem zapiski
liryczne tkane są w ciemności duchowej i w pożarze bólu... które autor
pragnie usakralnić... i ...
„wejść w płomień / wiecznego oblicza” (s. 20).
Nieśmiertelność poza krawędzią czasu
Kazimierz Burnat obnaża się przed nami. Odkrywa swoje wrażliwe wnętrze i chce strząsnąć z
siebie cały kurz powierzchowności, którą „obarczamy się” w trudnej wędrówce na manowcach
zwyczajnej codzienności. Wiedzie nas żarem zmierzchu w aromaty poranków oraz w podniebienie
niebios – krainę nadziei.
Poeta świadom swej ludzkiej ograniczoności zauważa:
W głęboko nasycony błękit nieba wdzierają się splątane gałęzie. Niczym płomienie, dynamicznie
zagmatwane, rozdzierają krąg tajemnic. Są dobrze i ostro oświetlonym chaosem, który usiłujemy
okiełznać niczym los - w poszukiwaniu nieśmiertelności. Trzymam w rękach wyjątkowy tomik poezji.
Podarunek od przyjaciela. Podniebienie niebios Kazimierza Burnata – ostre jak brzytwa, a zarazem czułe.
Zdaje się krzyczeć, choć milknie ciszą. Jest pełne żalu, będąc jednocześnie falą nadziei. I jakoś bezwiednie wierzę Poecie, kiedy w przedostatnim wierszu patetycznie ogłasza: „śmierć umarła”. To zaiste
cudowne narodziny
ziemskiej wieczności
z piekłem cierpienia
czyśćcem sezonowej miłości
rajem człowieczego spełnienia.
Autor zabiera nas w skomplikowany świat relacji międzyludzkich, których niewątpliwie
doświadcza na niwie działań społecznych, literackich i ludzkich. Jest człowiekiem-poszukiwaczem,
metaforą i sumieniem. Ogołocony, świadomy niedoskonałości (tego świata), acz wytrawny –
przelaną goryczą i pełnią mądrości w dystansie do rzeczywistości.
To już jedenasty tom poezji Kazimierza Burnata. Jego wiersze tłumaczono na ponad trzydzieści
języków świata. Dorobek wyjątkowy. Nie wyobrażam sobie Związku Literatów Polskich bez Niego. On
- wulkan energii i dobry duch. Jest działaczem literackim i zjawiskiem socjologicznym naszego środowiska. Człowiek orkiestra. (Do tego wielce utalentowana). Zanim przejdę do refleksji merytorycznej nie da się nie wspomnieć jego działalności. Prawnik, ekonomista, dyrektor, twórca, reżyser,
redaktor, spadochroniarz (sic!)…, pisarz, publicysta, edytor, tłumacz. Uff… Można by jeszcze wiele
słów ciągnąć tej wyliczanki. Pisząc o tym poecie nie da się oddzielić żywiołowości jego działań,
swoistej nadaktywności od tajemnic twórczości. W pozornej jednak różnorodności odnajdziemy
jednorodność. Pełnię w poezji, która smakuje jak dojrzałe wino znakomitego rocznika i bogatej
winnicy. Wiele Burnat zrobił i robi dla poezji, jak również poświęca się niemal całkowicie środowisku.
Organizuje przedsięwzięcia kulturalne, opiekuje się młodymi poetami, redaguje pisma, przewodniczy
sądowi koleżeńskiemu. Dość? Jemu nigdy nie jest„dość”. Właściwie człowiek zastanawia się kiedy On
pisze? A jednak pisze. Jego głos jest donośny i ważny na poetyckiej mapie światów.
Twój głos, wolny ptaku, dociera do mego gniazda
i moje ospałe skrzydła śnią o wyprawie w światło,
które jest nad chmurami.
Przywołane motto indyjskiego noblisty Rabindranatha Tagore (1861-1941) znamiennie ukazuje inspiracje Autora. Tagore swym dynamizmem działania u progu minionego wieku może
stanowić pierwowzór naszego Bohatera i Autora – Kazimierza Burnata. Tagore zajmował się
problematyką wychowania w kategoriach prawdy i piękna, szukał harmonii między indywidualnością a społeczeństwem, między jednostką a naturą. Burnat wnika (jakże świeżo) w te wyzwania
u progu nowego tysiąclecia podsuwając nam setki pytań, jak również zmetaforyzowane diagnozy.
Bierze „na tarczę” ten trudny i niedoskonały świat. Wydaje się mówić, iż jego niedoskonałość jest
naszą Rzeczą, naszym Wyzwaniem. Naszą, być może zmazywalną, winą do odkupienia. Czy
możemy zadośćuczynić taką winę? Z pewnością nie pustym gestem, nie na wiatr rzuconym słowem
czy daremnie wezwanym bogiem (poetów). Możemy to uczynić tylko sobą.
Kazimierz Burnat z maestrią wnika w relacje kobiety i mężczyzny, ukazując że komplikacja tychże
relacji jest, bądź też może być, podwaliną szczęścia i spełnienia. W „Namyśle” – wierszu otwierającym
tom – po mistrzowsku rozplątuje nić różnic pomiędzy naturą płci. Coś, co dzieje się „między nami” jest
inne, jest tajemnicą i niedotykalnością odmienności. Zarazem musi tym być. Musi być piękne i zmysłowe, wielorako bolesne i poprzez tę bolesność wielkie. W innym wierszu poeta określa i deklaruje:
Miłość
to polne kwiaty
barwne prostotą
(…)
to hebanowy tunel
kończący się oślepieniem
(…)
Oślepiony przedziera się w diagnozę i kolejne świetne motto tragicznie zmarłego Jima Morrisona
„Nie śmierć rozdziela ludzi, lecz brak miłości”. Oto jest ślad w naszej wyobraźni, którego nie wolno
zgubić. Czułem to w Paryżu nad grobem Jima (przecież też poety), a dziś w poezji Burnata widzę
wyraźnie. Miłość większą niż śmierć. Tęsknotę liryczną, która nie liczy się z ograniczeniem wieku i ciała.
Ten unikalny romantyzm trzeciego tysiąclecia zagubiony w„opuszczonych przez świat”tomach - właśnie
takiej, jaskrawo zmysłowej - poezji. Poezji duszy, poezji pragnienia i... poezji mędrca.
5522 gasnącego ciała dzieje się
Czy to całkowite opuszczenie to mistyczna noc duszy? „znowu Cię nie ma / tylko nędza i
odpływy miłości / w mojej duszy” (s. 40).
Towarzyszy temu pełna świadomość, że to zbliżający się tutaj koniec. Tutaj, tylko tutaj, bo całość
przesłania tych wierszy to przecież jedno wielkie wyznanie wiary: „ekstaza przecieka przez palce
/ lęk opanował moje serce // już się nie narodzi blask / nie do ujrzenia” (s. 23).
Na tym duchowym tle rozgrywa się walka o życie fizyczne, o przeżycie kolejnej nocy, kolejnego dnia. Czas się kurczy: „co noc modlę się do Boga / który pozostawił mnie / między lękiem a
pragnieniem” (s. 41).
Większość wierszy pisana jest nocą, to poświadcza ich treść. Tak więc ciemność dookolna
współ-gra, łączy się z ciemnością duchową. Autor tych wyznań czuje się, jakby był przykrywany
żałobnym całunem: „tylko krew / pod powiekami / budzi całun // snu” (s. 48).
Składa te przejmujące strzępy myśli resztką sił i świadomości, które układają się w zdumiewającą całość. Z czego są te wiersze? Z krwi – wyznaje autor. Z czarnej krwi. Nawet ona jest czarna.
I jest symbolem męki. Cierpiący śmiertelne stany podmiot liryczny czuje się ogołocony ze wszystkiego, sprowadzony na dno egzystencji. Ale – uwaga? – momentami ciemność z tamtej strony
napotyka na bolesną jasność z tej... lub odwrotnie. To jakby światło w tunelu, który trzeba przejść.
Oto w pustce i ciemności błyski iluminacji pocieszające i zapraszające. To droga do lepszego
świata, gdzie trwa wieczny poranek. I nie ma już cierpienia.
„Milczenie” tych wierszy brzmi przejmująco pięknie... i głośno... jak dźwięk dzwonu, który
ogłasza pożegnanie człowieka. Który z nami pozostał w zapisanych słowach. Który nam je zwierzył
w najszczerszym wyznaniu. Są to wiersze o trudnej drodze na duchowy szczyt.
w łączności z męką
Janusz A. Kobierski
Przywoływanie wizerunku Tego, który może
pomóc, odbywa się przy
ujawnieniu w licznych tu
utworach sfery wewnętrznych odczuć.
Okrutne zmaganie
duchową:„nawet we śnie
/ poznaję Cię / po pustce
/ w duszy” (s. 45).
Dwa zawałowania –
(do czterech razy sztuka)
głęboki śpiew pozorny luz
(…)”
w kółko sprawa za sprawą
sms po esemesie
komórka
nieruchomość
uskrzydlająca obojętność
(…)
Działanie uskrzydla, jeśli możemy choć przez moment dotknąć skutku. Działanie jest siłą. Jest
receptą. Aby przetrwać „ten świat” i wciąż „działać” należy się zaimpregnować, otulić warstwą nie-siebie, przyodziać w kokon powłoki bezpieczeństwa i odgrodzić od zła, banalności, zawiści i wszystkich tych człowieczych słabości, które stanowią naszą„nieodłączność”. Tak ! To trzeba zrobić, by poczuć
„Aromat wieczoru” (spełnienie?), by zrozumieć nasze „podniebienie niebios”. Tak, po stokroć.
Kiedy ręce
rwą się do uścisku
ostrze konwenansu
tnie nić pożądania
tętno jestestwa
rozchwiewa proporcję zdarzeń.
Tak właśnie trzeba
ratować się z naszej „rozchwianej proporcji zdarzeń”. Są one jakby dopełnieniem wszelkich wymarzonych „niewydarzeń”.
Sumą wszystkich uczuć
skondensowanych w wierszu, który zamyka przestrzeń naszego bytu.
Burnat uzmysławia
ponoszone koszty wyborów. Ostrzega, że nic w
naszym życiu nie jest za
darmo. Każda decyzja,
każdy „zwrot ku…” niesie
za sobą konsekwencję. Jej
świadomość na brzegu
Żalu nie zaciera kształtów
nowych lądów. Ta świadomość daje pewność i harmonijny spokój. Tak właśnie „miało być”. Nie inaczej. I choć możemy odkryć w tym jądro goryczy najważniejsze jest „nie
roztrwanianie słów”. Kiedy rodzimy tęczę zyskujemy nową, szerszą perspektywę. I wtedy właśnie
„widzi się w ludziach to czego sami nie chcieliby zobaczyć”.
Powiew nieznanego
przegania nieczytelne liście
wiśniową miazgą
dotleniam zmurszałe serce
zachowując zdolność
bycia młodym
cierpliwość zegara
nie ustaje
W całym tym zgiełku, w odwiecznym wyzwaniu i skomplikowaniu rzeczywistości zadaniem
poety jest unieść duszę do lotu.
Tryumfuj duszo / leć.
Sławomir Kuczkowski: Piętno. Bydgoszcz, Sopot: Galeria Autorska i Biblioteka
„Toposu”; T. 43, 2009, s. 52.
Tak tylko pojęta rola poezji pozwala nam oczyścić świat choć na ułamek obcowania ze Słowem,
z ulotnością metafory, z ciszą sumienia. Tylko
ból uśmierzony grzechem
na miarę codzienności
może dać nam rozgrzeszenie w „Podniebieniu bogów”. Czy niebiosa są tożsame z bogami? Czy to
tylko figura retoryczna na szlaku ku wieczności?
Wiersze Kazimierza Burnata łudzą nas mocną konstrukcją, drapią kantami słów, czasem wręcz
ranią bolesną prawdą o samotności, alienacji oraz naszych wielkich niespełnianych marzeniach.
W tej agresji jest jednak siła czułej liryki i paradoksalnie moc uzdrowienia poprzez intensywność.
Każdy wieczór jest obietnicą poranka.
Powtórnie indyjski noblista wprowadza nas w„Witalność”. Obnaża patos i wszelką zbędną rutynę.
Prostotą nadziei leje w nasze żyły krew czystą, zdrową, której karmazynowa czerwień uzdrawia duszę.
Różnorodność stworzona z jednorodności.
Poezja Kazimierza Burnata nie jest prosta. Nie jest łatwo przyswajalna. To wielka, wytrawna
poezja „do smakowania”, nasycająca nas „słowem i obrazem”. Zwielokrotnionym znaczeniem.
Przeżywałem kilka miesięcy wiersze Kazimierza. Muskałem ich sens i szukałem go od nowa. A on
był pod ręką, silnie i podskórnie - działał.
Bycie obok siebie bez słów
spaja bardziej niż krzyk protestu”.
„Tego nikt nie musi rozumieć
tylko łatwe jest przyswajalne.
Otóż przyswajalność tej poezji jest tu tą mityczną wiecznością. Nie da się jej zetrzeć nowym
doznaniem. Zapraszam Cię, Czytelniku, do skosztowania „Podniebienia niebios” z nutą gęstego
błękitu, aromatem świeżych słów, które odnajdą sens w przemijalności oraz zapraszam Cię na
spektakl znaczeń odświeżających życie.
I choć poeta konotuje:
Życie możesz spędzić
z kimkolwiek
umrzeć musisz sam
Tom ten jest nieustannym poszukiwaniem istoty naszego człowieczeństwa w twórczym
działaniu oraz wieczności ukrytej „tu i teraz”. To zadatek na wieczność ostateczną, której pewni być
nie możemy. Możemy jednak skutecznie modelować swoje istnienie poprzez „czynienie dobra –
drogę do człowieczeństwa”. Taką dewizę życiową jasno artykułuje Autor, co podkreśla otwarcie w
nocie biograficznej. Dodaje też, że źródłem długowieczności jest pamięć o zmarłych. Naszym
wspólnym przyjacielem był ukraiński poeta Jurij Zavgorodnij, którego tom poezji „Pogwar dzikiego stepu” przełożył z ukraińskiego w roku 2009 Kazimierz. Nie ma już z nami Jurija. Odszedł nagle.
Bez pożegnań. Znamienny jest też fakt, że moją znajomość z Autorem zadzierzgnęliśmy dzięki
redaktorowi Ryszardowi Rodzikowi, który również opuścił nas w roku 2012. Ta namacalna, dojmująca przemijalność współgra z dewizami elementarnymi Kazimierza Burnata. Życie przeplata się
z poezją, a Ona jest po to by to Zycie uszlachetnić. Tworzy harmonijny stan zamyślenia poza krawędzią czasu. Jak czytamy w wierszu „Utopia”:
Poszukuję nieśmiertelności
(…)
stanę
poza krawędzią czasu
przejdę do świata idei
bez umierania
Chciałoby się dodać – do czterech razy sztuka...
Tak oto spełnia się to w przypadku Jurija oraz Ryszarda. „Śmierć umarła”, a poeta zostaje z nami
na zawsze. Jego wersy wypełniają ten transcendentny wymiar świata i naszego istnienia. Warto
było zaprzyjaźnić się z tomem poezji Kazimierza Burnata, aby potwierdzić te kilka wielkich prawd,
które od nowa kleją los. Bez nich bylibyśmy niczym. „Jak miedź brzęcząca, albo cymbał brzmiący”.
Te kilka prawd scalających się w jedną odwieczną Prawdę: Miłość, większą niż Śmierć, jak również
bilateralną Nieśmiertelność (poezji i życia) spoza krawędzi czasu...
Andrzej Walter
Kazimierz Burnat: Podniebienie niebios. Fotografie Anna Burnat. Wrocław: Wydawnictwo Eurosystem 2012, s. 72.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
Kaftan słów
[...] pamięć jest tym co będzie jutro
wiedza jest tym co było wczoraj
dziś byłeś starcem jutro będziesz dzieckiem
zawieszonym na szelkach na gałęzi w sadzie [...]
(s. 160)
Stale pojawia się także opozycja „starzy a młodzi poeci”. „Rana, rana która się poszerza, / oto
program / dla przyszłego pokolenia poetów. / Pomyślcie o tym / kiedy będziecie mnie grzebali” (s.
276) – dowiadujemy się z Dryfowania, dedykowanego Maciejowi Meleckiemu. Po drugie natomiast,
równie dobrze można czytać ten tom wyrywkowo, wybierając raz jeden, raz drugi wiersz na oślep,
po omacku, delektując się różnym smakiem i różnymi emocjami. Przy czym ten drugi typ lektury
niczego nie umniejszy, nie zuboży, wcale nie jest gorszy.
Gdy kusi duch nocy tajemnicą ciemną.
Bez tabu – w świecie skondensowanych uczuć.
Na ogół książki, nawet te dobre, po pierwszym czytelniczym „tournee” lądują na półce albo
w jakiejś szafie. Trudno się temu nawet dziwić. Pęd za nowymi wrażeniami, pokusa nowych
okładek i zapachu świeżych kartek, kolejne literackie „zjawiska” przysłaniają dokonania autorów
książek wydanych wcześniej. Wypierają je nie tylko na półki ale także wypierają je z czytelniczej
świadomości. I tak wartościowe nieraz dzieła stają się na wpółmartwe, zabijane przez zapomnienie, obojętność i „niszowość”. Zdarza się jednak, że ktoś sobie taki utwór przypomni po
latach (spełniając marzenie Norwida z wiersza Klaskaniem mając obrzękłe prawice: „syn minie
pismo lecz ty spomnisz wnuku”) albo jakiś czytelniczy przechodzień dostrzeże książeczkę wciśniętą bezbronnie w tłum innych tekstów w miejskiej bibliotece (kiedyś było łatwiej, bo czytelnicy mogli buszować wśród półek). I może się okazać, ze będzie to odkrycie nie mniejsze niż
w porze narodzin tej publikacji. Że, oddalone w czasie, nabierze jeszcze bardziej wyrazistych
barw, że opowie siebie na nowo. Dlatego warto przypomnieć, zwłaszcza młodszej generacji
czytelników, pewien niewielki i skromny w swojej szacie tomik Urszuli Benki Ta mała Tabu.
Benka, dzisiaj autorka kilku znaczących zbiorów poetyckich, ciekawych szkiców literaturoznawczych i kulturoznawczych sytuuje się swoją twórczością w obszarze liryki miłosnej ale erotyka
w jej wierszach wpleciona zostaje w sferę mitu. Sama staje się egzemplifikacją archetypicznych
doświadczeń. Opowiada o granicznych doświadczeniach psychicznych. Może dlatego ta poezja
jest jakaś niepokojąca, dziwnie rozedrgana. Jakiś w niej nadmiar wrażliwości, który wylewa się
strumieniami metafor, nieco odrealnionych obrazów, przerysowanych, wyolbrzymionych
rekwizytów, zintensyfikowanych barw. Kolorystyka raczej ciemna, z odcieniami pasm fioletu,
czerwieni, żółci, rozmazanych na ulicy ulicznych świateł, które ubierają pejzaż nocnego miasta,
ale wnikają w głąb duszy, wypełniając ją fosforycznie i tajemniczo.
Ta mała Tabu Urszuli Małgorzaty Benki to zbiór wierszy, w którym autorka opisuje świat
doznań, w których zostaje zatarta granica między somatycznością a duchowością. Bohaterka
wierszy dokonuje eksperymentów egzystencjalnych na samej sobie, jej osobowość ulega rozszczepieniu. Przygląda się samej sobie z lękiem i fascynacją. Jest przy tym na wskroś kobieca, trochę
perwersyjna, ekshibicjonistyczna. Ale gąszczu fascynujących obrazów ukrywa się uczucie jak
najbardziej zwyczajne – tęsknota. To wielkie niezaspokojenie duszy, która pragnie być tak blisko
drugiej duszy, że chce, aby się przeniknęły, utożsamiły, zjednoczyły. Bo samo zjednoczenie ciał to
zbyt mało. Ostatecznie pozostawia uczucie niedosytu, niespełnienia. Erotyzm obecny w tych
wierszach nie ma nic z trywialności. Pożądanie pojawia się tylko jako odbicie rzeczywistego pragnienia połączenia, prawdziwej jedni. Stąd próby oddania tego stanu za pomocą metaforycznych
obrazów, którego opisać nie sposób inaczej. Ale w środku tego pragnienia kiełkuje jak rozpacz –
zwątpienie. Więc może – choć na chwilę – zatrzymać tę bliskość nietrwałą, bo już nadpływa
niewidocznie czas rozstania:
Za każdym razem gdy chwytasz mnie w ramiona,
Że to spotkanie jest ostatnim w życiu i tylko powtarza się
Przez kolejne noce
W ich czarnych wielogodzinnych lustrach (...)
[ostatnie spotkanie]
W krajobrazie wierszy Benki snuje się samotność. Jest to samotność szczególna, bo manifestuje się w podświadomej lub świadomej obecności osoby, do której prowadzą bohaterkę
Gazeta literacka
Karasek zawsze powtarza, że ma trzech mistrzów: Zbigniewa Herberta, Adama Ważyka i
Zbigniewa Bieńkowskiego. Temu ostatniemu dedykowana jest zresztą pierwsza część Dziennika... I tak, jak pisał niegdyś Kociuba, od autora Epilogu burzy nauczył się etyki i podejścia do
śródziemnomorskiego mitu. Od Ważyka przejął cechy nowoczesnego wiersza, od Bieńkowskiego zaś – intelektualną dyscyplinę i umiejętność tworzenia dużych form poetyckich. Sam zaś w
1971 roku pisał w manifeście literackim zatytułowanym Przez otwory strzelnicze ust: „Poezja
jest bagnetem wbitym w brzuch swojego czasu. Współczesny poeta, jeśli chce objąć pełne pasmo
jego losu, nie może pominąć w samym artystycznym ekwipunku zarówno lektur pierwszych
stron dzienników, jak i rubryk wiadomości brukowych; spadek dolara na giełdzie jest równie
ważny poetycko, co wietrzenie metafor. Tylko to zderzone z wyobraźnią pozwoli pochwycić mu
bowiem trudny rytm współczesności, ustalić jego płaszczyzny. Jeśli nie chce stać się partykularzem społecznego życia, kultury, ba, literatury, musi podjąć wyzwanie, podnieść rzuconą
wierszy nitki tęsknoty. Często temu poczuciu towarzyszy nocny pejzaż miasta. Pejzaż osobliwy,
choć dający się – z nazwy – zlokalizować. Jak w wierszu Deszcz na Contrescarpe:
Przychodzę tu co noc, to waśnie chorobliwe
konsekwencje
zegara na Contrescarpe, który wschodzi każdego
wieczora
nad zaułkiem.
Listopad jest z kamienia. Pada deszcz, odbija się w
zielonkawym sercu
zegara i wariatki obejmującej jego słup,
i północ spływa po tym słupie w dół,
lśni w kałużach i w naszym pocałunku. (...)
Szczególnym rekwizytem poetyckim jest tu – a także w innych wierszach – zegar. Ewidentny
świadek przemijalności życia, uczuć, nietrwałości przeżywanych chwil. A przecież odczuwamy
w tym wierszu fosforyzującą magię chwili, tajemnicę listopadowej nocy, ubranej w barwy odbitych
na mokrych trotuarach i jezdni świateł. Intensywne uczucie samotności odbieramy w tym utworze w całym jego bolesnym pięknie. To listopad całuje swoim wilgotnym powietrzem bohaterkę
wiersza, „zielonkawym deszczem sunąc po włosach”. Cała ta scena jest feeryczna, nastrojowa,
nadrealistycznie ekspresyjna. Zegar pojawia się w tym zbiorku kilkakrotnie (choćby wiersze
Kobieta nastroju, Pokusa, Ostatni bal).
Konkretyzacja przestrzeni przynajmniej niektórych lirycznych wynurzeń Urszuli Benki
nie jest przypadkowa. Wiersze tego tomiku powstawały w okresie pobytu autorki we Francji,
w Paryżu, gdzie była stypendystką. Paryski klimat i spleen da się zauważyć także choćby
w takich wierszach jak Ulica Budapeszt, Pokusa, Szczęście, Ta mała Tabu, To już?... czy Skazańcy sztuki. Pejzaż paryskich ulic ociekających nocnymi światłami, budzi ducha poezji, ewokuje
pożądanie i gwałtowne fale tęsknoty. Jednocześnie nastraja metafizycznie. Z zaułków Paryża
wysnuwają się jakieś fluidy sublimujące wymienione wcześniej doznania i sytuujące je
w świecie zjawisk ducha.
Ale kim jest tytułowa Tabu? Jest pojęciem, oznaczającym tabu, które tu staje się personifikacją homoerotycznych wyobrażeń? Czy może demonem – kusicielem wykreowanym i uobecnionym w wilgotnych barwach nocy? :
Pokochałam i odrzuciłam
i Tabu rozpieszczone moimi dłońmi
zabłysło przeznaczeniem
przez sekundę
woda fioletowa jak bal ze snu
a pokusa szeptała jak konfesjonał
ze zdumieniem zabłysło Tabu
trącając sercem o wir (…)
[*** „Pokochałam i odrzuciłam...”]
Tabu jest, póki co, rodzaju nijakiego (Z sercem na sercu Tabu), ale w innych utworach zostaje
spersonifikowane, przybierając kuszące kształty Tancerki (Płoną skrzywione serca), by stać się pełną
uwodzicielskiego uroku dziewczyną (Ta mała Tabu). Właściwie nie wiemy, czy to zmaterializowanie się przekraczającego tabu pożądania czy dostrzeżona w trakcie wojaży egzotyczna tancerka,
czy wreszcie mosiężna figura młodego dziewczęcia przy jednej z paryskich ulic. Figura ożywiona
jak w micie o Pigmalionie tęsknotą, pragnieniem, pożądaniem. To ostatnie wydaje się najbardziej
uprawnione o tyle, że w wierszu Ta mała Tabu autorka, jak się wydaje, dość jednoznacznie ujawnia
charakter istnienia tytułowej bohaterki zbiorku:
Autobiografia stanowi integralną część dziennika intymnego. I tym też jest tom Karaska, który
nie tylko „zdaje relację” z własnego życia, ale i przede wszystkim przyznaje, że ciągle wierzy w
poznawcze zadania poezji. Mimo wielu życiowych doświadczeń, mimo życia „ponad stan” i „pośród
słów”, wie, że jeszcze pozostało coś do odkrycia, że poeta ciągle ma możliwości dziwienia się
światu. Że nawet będąc rozbitkiem, może odkryć niezbadane lądy. Autor Prywatnej historii ludzkości jest przy tym stałym zwolennikiem ciągłości na płaszczyźnie i historycznej i kulturowej.
W interpretacjach poezji Karaska często pojawiały się głosy mówiące o jego wyobraźni analitycznej, wielosłowiu, symboliczności i metonimii, dbałości o kompozycję, rejestracji rzeczywistości poprzez
cytaty czy różnorodne klisze kulturowe, chęci odzyskania utraconej tożsamości czy dezintegracyjnej
funkcji pamięci o poprzednich użyciach słowa. W Dzienniku rozbitka znajdziemy wszystkie powyższe
cechy. Dla poety zawsze, jak stwierdza w wierszu o tytule Widzę więc jestem, „patrzenie nie jest
widzeniem rzeczy / to dostrzeganie jest wyborem [...]” (s. 160). Sam również dokonuje wyboru. Tyle
że nie jest to Kierkegaardowski wybór na zasadzie„albo-albo”. Wybór rozbitka jest wyborem bardziej
skomplikowanym. Dostrzegać, rejestrować, szukać, opisywać. I pytać, przede wszystkim pytać. Szukać
odpowiedzi, ale nie przeżywać tragedii, gdy odpowiedzi się nie znajdzie. Dostrzegać i szukać. I znowu
pytać. Błądzić. Czasami na oślep, po omacku. Innym razem z mapą i kompasem w ręku. Poezja staje
się wyspą, która jest pars pro toto świata. Nie jest to jednak wyspa bezludna, to wyspa, na której
rozbitek może znaleźć to, czego nie znalazł w „cywilizowanym” świecie. Jak wyznaje sam Karasek,
rozbitek po katastrofie jest silniejszy, pełniejszy, wie, że katastrofa jest nieodłącznym elementem życia.
Dlatego rusza po niej dalej, dalej szuka i pyta.
Dziennik rozbitka jest tomem niezwykle integralnym, a przy tym i bardzo intymnym. Po jego
lekturze nabieramy pewności co dwóch rzeczy. Po pierwsze, poezja wymaga pewnej katastrofy,
ofiary, co jednak nie oznacza, że nie jest jej warta. Po drugie, wiersz może być „kaftanem bezpieczeństwa, / który zakładam na siebie” (s. 217). Na pewno jest nim dla Krzysztofa Karaska. Samotnego outsidera, uratowanego rozbitka, znakomitego poety...
Magdalena Boczkowska
Krzysztof Karasek: Dziennik rozbitka. Wstęp: Grzegorz Kociuba. Instytut Mikołowski. Mikołów 2012.
Sama nie wiem?... Kusiło w ramionach i w biodrach.
I taki smolisty lęk.
A księżyc też był autoironiczny:
On w ogóle nie jest zdolny do takiego uniesienia:
Mała wyglądała jak żywa na trotuarze? (...)
Może nie byłam trzeźwa? Vin Rouge, nagość, ta ulica
opadła pod kościelna nawę,
w smolistą głębię gotyku.
Mała Tabu na trotuarze jak żywa. A za to świat jak sen (...)
Mała Tabu umożliwia przekroczenie granicy niewyrażalnego, danego dotąd tylko szamanom
doświadczenia mana. Urszula Benka intuicyjnie czuje, że wkroczenie w obszar tajemnicy ociera
się o sferę seksualną, która przecież także – nieprzypadkowo – jest tabu. Ostatecznie Tabu jednak
oznaczać może wiele innych tajemniczych istot. Jedną z nich jest kot o zielonkawych źrenicach.
Wszak koty, aktywizujące się nocą, są tajemnicze w swoim zachowaniu, a głaskanie ich lśniącej
elektryzującej sierści podszyte jest zgoła erotyczną czułością. Kot jest tu także towarzyszem czarodziejki, katalizującym obrzędy wyobraźni, fantasmagorie i eksperymenty, które mają przybliżyć
do wejścia w tajemny, zakazany świat.
Niepokojąco i zagadkowo brzmią wiersze, w których liryczna bohaterka wyznaje, że snując
się nocą po opustoszałych ulicach, powierza swoje ciało przypadkowym mężczyznom, na dodatek
cierpiącym na trąd:
Całowałam się potem na rogu tej ulicy
z trędowatym Murzynem
ogień wieczny nas mroczył (…)
I chyba całe życie na to czekałam, by nic
oprócz trądu i uśmiechu, nic więcej nie mieć.
[Ulica Budapeszt]
Wydaje się, jakby bohaterka tych wierszy poszukiwała sytuacji granicznych, tu – spotykając
się z doświadczeniem przeżycia miłosnego podszytego śmiercią. Jest w tym wyobrażeniu kontaktu z leproso przewrotna i perwersyjna gra. To sytuacja porzucenia wszystkiego, rzucenia na szalę
życia, byle doświadczyć niekłamanej miłości, by obdarować nią także kogoś przerażająco samotnego i nieszczęśliwego:
Chciałam go przecież kochać. Jego trąd coś wiekuistego
przypominał(…)
[Nie on jeden]
Czy bohaterka wierszy nie odkrywa pod przerażającą powłoką trędowatego jego pochodzącej
od Boga natury? Może dostrzega w tej nieszczęśliwej powłoce cierpiącego Stwórcę. Jednocześnie
w nocnych peregrynacjach świadomość Jego świętej obecności ciągle jej towarzyszy.
Ta mała Tabu stanowi znakomity poetycki opis podróży. Wędrówki przez nocny Paryż w głąb
własnej natury. Odkrywanie jej niezbadanych pokładów. Jest wędrówką ku Nienazwanemu,
stromą ścieżką samotności, przy której rosną piękne i bolesne kwiaty emanujące czerwienią
pożądania i miłości i fioletowym odcieniem cierpienia. A może jest w tym coś w mrocznej wędrówki Orfeusza, wciąż niepewnego rezultatu swojego odważnego ale ponad miarę ludzką zuchwałego aktu miłości i rozpaczy.
Jan Owczarek
Urszula Benka: Ta mała Tabu. Warszawa: Spółdzielnia Wydawnicza „Anagram” 1991, s. 79.
5 35 3
RECENZJE
Twórczości Krzysztofa Karaska nie trzeba szerzej przedstawiać czytelnikom poezji. Ma on na swoim
koncie mnóstwo tomików, ale także i prozę czy opracowania krytyczne. Warto jednak przypomnieć, jak
to wszystko się zaczęło. Karasek był w kolegium redakcyjnym (od 8. numeru) pisma programowego
„pokolenia 60”, a mianowicie „Orientacji” – była to tzw. druga seria pisma, które de facto stało się
wówczas nowofalowe. Mimo że debiutował przed rokiem 1968, sam jednak uważa, że jego pierwsze
w pełni dojrzałe wiersze pojawiły się dopiero w tomiku Godzina jastrzębi z 1970 roku. Dzięki temu jest
dziś uznawany za jednego z najlepszych poetów pokolenia Nowej Fali. Przez Tadeusza Nyczka nazywany jest więc„między pokoleniowcem”, a Zbigniew Bieńkowski mówił o nim jako o„mnichu na urlopie”.
W 2003 roku miesięcznik „Topos” poświęcił mu nawet specjalny numer monograficzny (nr 4–5).
W 2000 roku ukazał się tomik zatytułowany Dziennik rozbitka, a cztery lata później Dziennik
rozbitka II. Część trzecia, chociaż była gotowa, nie ukazała się w postaci kolejnej książki. I oto teraz
otrzymujemy w końcu obszerny zbiór, zawierający wszystkie trzy części Dziennika..., ułożone
chronologicznie – od 31 grudnia 1992 do 2 września 2004 roku (z przerwą pomiędzy listopadem
1996 a lutym 2003, a więc między I i II częścią Dziennika...) – przy czym daty powstania kolejnych
wierszy, co ciekawe, znajdują się tylko i wyłącznie w spisie treści.
We wstępie do tomu, zatytułowanym Twarze rozbitka, Grzegorz Kociuba znakomicie opisuje
najważniejsze cechy poetyki Karaska, takie jak: polifoniczność, ciekawość wobec świata, przybieranie różnych twarzy (poety, mędrca, outsidera, samotnika, podróżnika, filozofa, biesiadnika etc.),
zróżnicowanie gatunkowe czy formę tekstu, który staje się swoistym kreatorem słów. Wstęp ten
warto przeczytać jednak dopiero po lekturze zbioru, bo autor tomiku Widoki i widzenia podsumowuje w nim w pewien sposób naszą lekturę, powiadając na przykład, że książka ta jest „najważniejszą książką poetycką w dotychczasowym dorobku Krzysztofa Karaska. Głównie dlatego, że
najpełniej wyraża postawę człowieka i twórcy”. I właśnie taką postawę będziemy w stanie zrekonstruować po zapoznaniu się z wierszami składającymi się na omawiany zbiór.
Dziennik rozbitka można by przy tym poddać dwojakiej lekturze. Po pierwsze, można go czytać
w całości, chronologicznie. Będziemy mogli wówczas odtworzyć nie tylko wspomnianą postawę,
ale i poszczególne etapy życia poety, gdyż – jak czytamy w jednym z wierszy – „śmierci nie ma /
tam, gdzie nie było narodzin” (s. 185), a
rękawicę [...]”. („Poezja” 1971, nr 12). Wiele lat później, bo w roku 1995, wyznaje zaś w utworze
Autobiografia:
Pośród słów żyłem,
pośród słów,
które palą jak świeża rana.
Ponad stan żyłem pośród słów,
ponad stan.
Pośród słów, które kierują losem
jaskółek i snów.
Które kierują lotem
siekiery ku obrosłemu pniowi dębu.
Pośród snów, ponad stan
słów i snów
nieobjętej ziemi,
która wzywa
(s. 141)
RECENZJE
„CHCIAłABYM BYĆ KOBIETą” – O WIERSZACH
GENOWEFY JAKUBOWSKIEJ-FIJAłKOWSKIEJ
„Prawdziwe życie jest w życiu, w poezji są tylko sny i upiory” – napisał mi kiedyś w liście przyjaciel-poeta. To zdanie przypomniałam sobie po lekturze najnowszego tomu wierszy Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej pt. ze mnie robaka i z robaka wiersze, choć nie o nim chcę tu pisać. W każdym razie nie tylko.
Upiory, wszystkie nasze demony, krzyczą w wierszach, nie w życiu, ale poezja, która nie wyrasta
z życia nie kaleczy, nie łamie w kolanach. Tylko przeżyte jest autentyczne, tylko przeżyte rani, a potem
długo każe się goić.
Wiersze Jakubowskiej-Fijałkowskiej czytam od dawna, widzę ich ewolucję, ale to, co najistotniejsze, co nie ma związku z długością frazy, tematyką, to czyste, żywe poetyckie mięso, często jeszcze
krwawiące, ale zawsze odrębne, bo poezję Jakubowskiej-Fijałkowskiej poznałabym wszędzie – tak
jak poezję Różewicza, Herberta, Wojaczka.
„Żałuję za wszystko / czego nie ma // żałuję / do śmierci” – powie w wierszu ***„sucho w niebie...”,
pochodzącym z debiutanckiego tomu Dożywocie, a potem to, czego nie ma, wszystkie braki, rozpisze
mistrzowsko, dotknie precyzyjnie, skaleczy i zostawi ślad. Trwały. Wystarczy przeczytać raz, by wiersze
wniknęły w krwioobieg, wrosły, zaniepokoiły, poruszyły, by po nich każde przeczytane słowo wydało
się miałkie.
Bo co jeszcze można powiedzieć po takim wyznaniu:„byłam córką/ malarza pokojowego // mogłam
zostać / Chrystusem // teraz / wszystko jedno // krzyż / czy twoje ramiona” (*** „byłam córką”).
Dziewczynka-kobieta, podawana z rąk do rąk, matka, żona, niewolnica – mężczyzny, nałogu, życia
czy śmierci, każda wychodzi poza schemat, buntuje się, przeklina, czasem bluźni, nienawidzi, płacze,
kocha, ale zawsze niepokoi i ten niepokój każe wracać po dreszcz, którego nie sposób nie poczuć,
zaglądając w zakamarki, tajne, pilnie strzeżone sekrety, w lęk, oddalenie, samotność, śmierć, do
samego piekła.
DYBUK DO TABLETÓW
Nadmiar pokory u pisarza jest chyba bardziej irytujący niż jej zupełny brak. Szczególnie wtedy,
gdy objawia się niepewnością. Bo ta skutkuje najczęściej artystyczną powściągliwością, jakimś
samoograniczaniem się i chowaniem za kotarę wszystkiego tego, co byłoby według tej samooceny
bulwersujące, a faktycznie skutkowałoby większym rozmachem wizji. Na szczęście materia powieści Leona Brofelta Amulet, czyli z diabłem przez stulecie. Czytadło do samolotu na liniach transatlantyckich przezwycięża wymienione kompleksy oraz formalne zabiegi autorskie. Tytuł mógłby sugerować, że nie mamy do czynienia z powieścią, ale z monografią etnograficzną, gdyby nie podtytuł:
Czytadło..., który współgrając z „amuletem” sugeruje, że chodzi o coś w rodzaju niegdysiejszej
powieści jarmarcznej, elegancko określanej terminem literatury popularnej. Czyli dla każdego, nawet
pseudowykształconego na wyższych uczelniach III Rzeczpospolitej, czytelnika (o ile wśród ich
absolwentów są jeszcze tacy, co w ogóle potrafią czytać, a jeśli potrafią, to wcale nie jest pewne, że
czytają książki). Ja też nie wierzę we współczesnego, szczególnie młodego czytelnika, ale niewiara
autora Amuletu... jest znacznie większa. Wypływa niewątpliwie z trzech starych praw Stanisława
Lema, że po pierwsze nikt niczego nie czyta, po drugie jeśli ktoś coś przeczyta, to nie zrozumie i po
trzecie jeśli już ktoś coś przeczyta i zrozumie, to i tak nie zapamięta...
Niewiara ta wypływa też z zupełnie współczesnego doświadczenia życiowego Leona Brofelta,
gdyż zdecydował się wydać swoją powieść w postaci elektronicznej, z ostatnią nadzieją, że zaplącze się jakoś do tabletów pasażerów „linii transatlantyckich”… Z kolei zbudowanie powieści
z krótkich rozdziałów wskazuje, że liczył także na tablety podróżujących autobusami, tramwajami
i kolejami bliskobieżnymi między ciasnymi mieszkaniami w jednej lokalizacji a niskopłatną pracą
w drugiej. Tego się domyślam słusznie, bowiem marketingowo „samolot na liniach transatlantyckich” brzmi znacznie lepiej niż autobus, tramwaj czy pociąg. Ale to tymi ostatnimi podróżuje najwięcej czytelników. Jednak nie powstrzymam się od okrzyku: „Hola, hola, drogi autorze! adresujesz
ze względu na wykorzystaną technologię powieść do odbiorców raczej młodych wiekiem, a piszesz
ją jakby dla tych, co wiele już lat temu zdobyli solenne wykształcenie ogólnokształcące, w ramach
którego porządnie liznęli historii Polski, Europy i świata. Czy może to wydawca nawalił, nie
umieszczając stosownych przypisów do słów, zjawisk, wydarzeń historycznych, kulturowych
i religijnych? Nie obawiasz się drogi autorze, że bez takich przypisów wiele kwestii istotnych dla
fabuły będzie całkowicie niezrozumiałych dla czytelników, którzy pobierali wykształcenie w zreformowanych postmodernistycznie szkołach i uczelniach?”
Stop! Rozumiem! Inne czasy, zamiast przypisów ponoć ma wystarczyć Wikipedia albo po prostu
któraś z wyszukiwarek internetowych... Choć to naiwna wiara, że jak już się taki czytający zagłębi
w internet, to wróci do lektury powieści. Z przypisami też bywało różnie: słyszałem o takich czytaczach, co ich nigdy nie czytają, bo... przeszkadzają w czytaniu. Pozwolę sobie pofantazjować:
jeśli czytanie książek zupełnie nie zaniknie dzięki rozpowszechnianiu ich poprzez nośniki elektroniczne, zapewne ktoś opracuje oprogramowanie, które będzie rozpoznawać, że czytelnik jakiegoś
słowa, zjawiska czy faktu nie zna/nie rozumie i automatycznie konieczną informację wyświetli…
Ale co wtedy, gdy zostanie ona – ze względu na kolejną postmodernizację poprawności politycznej – ocenzurowana, czyli będzie niedostępna?
Nie będę się spierać, czy są to wszystko sprawy dla książki zupełnie drugorzędne. Powiedzmy,
że mniej ważne wobec tych pierwszorzędnych dla tej pierwszorzędnej powieści. Do takich należy
trudno rozstrzygalny dylemat, czy w tym wypadku można utożsamiać narratora z autorem, co
nierzadko czyni się nazbyt łatwo i swobodnie. Ale skoro Leon Brofelt to pseudonim literacki,
w dodatku poparty oszczędną, ale równocześnie rozbudowaną kreacją Leona Brofelta jako osoby
istniejącej w czasie i we współczesnej historii (por. http://www.e-bookowo.pl/nasi-autorzy/leon-brofelt.html), to takie utożsamienie jest całkowicie usprawiedliwione. Potwierdza je zresztą autor
Anioła w majonezie (jednak uwaga! ten zbiór opowiadań nie jest pierwszą książką Brofelta, który
debiutował pod swym „cywilnym” nazwiskiem książką historyczno-publicystyczną) swym posłowiem do powieści. Bowiem jako Leon Brofelt sytuuje się w roli jedynie redaktora cudzego rękopisu... Narratorem właściwym jest autor tegoż – Dawid Schatz, który przekazuje swoje wspomnienia Brofeltowi, równocześnie wynajmując go do pracy redakcyjnej. Brofelt w trakcie opowieści
Schatza – niekiedy trudno dostrzegalnie – włącza się w jego narrację, nie tylko ją komentując.
Jest jeszcze ktoś jeden w tym „związku”, mianowicie tytułowy diabeł, nieustannie nazywany przez
Schatza „dybukiem”. Ów dybuk manifestuje się dobroczynnym wpływem na zdrowie i powodzenie
Schatza i nadmiarem niszczycielskiego działania na wszystkich tych, którzy „skorzystali” ze wspomnianego powodzenia.
„Dybuk” jest słowem pochodzącym z hebrajskiego (dibuk) i znaczy tyle, co „przylgnięcie”. Termin
ten, określający duszę zmarłego nie mogącą zaznać spoczynku i wnikającą w ciało osoby żyjącej,
pojawił się wśród Żydów dopiero w XVII wieku, choć wiara w takie dusze istniała już w epoce
5544
Trudno nie zgiąć się pod ciężarem takiego wiersza jak ten, pochodzący z tomu „Pochylenie: córkę
gwałci / twój mężczyzna // nie rozumiesz // lunatyk ujesz / w ciągu dnia // nocą / wbijasz w uda /
księżyc // z córką lepiej // po terapii / rysuje / ubrane lalki” (*** „córkę gwałci”).
Poezja Jakubowskiej-Fijałkowskiej jest żywa, pulsująca, naturalistyczna, pełna dramatycznych
napięć, traum i lęków. Osobny, oszczędny język tych wierszy, otwiera kolejne kręgi, zatrzymuje klisza
po kliszy uchwycone drżenia.
Słowa nie zdołają zamknąć, uchwycić w kadrze kartki, wszystkich wahań, rozterek, rozdwojeń i
wielowcieleń, ale wypowiadane pewnie, starannie dobierane, świadome swojej mocy, trafiają celnie,
w sam środek, zdzierają skórę, warstwa po warstwie, do zdrowej tkanki, do rdzenia.
Chyba najbardziej wymowny jest tytuł trzeciego tomiku poetki – czuły nóż. Ten oksymoron
wydaje się najlepszym kluczem do odczytania wierszy Jakubowskiej-Fijałkowskiej.„Czuły nóż”, którym
bohaterka liryczna rozcina „swój cień” lub robi cięcie „od gardła do ud”.
Rozpisane pomiędzy miłość i śmierć życie kobiety, w nim miłość gorzka, Bóg niepewny, a przynajmniej niezbyt zainteresowany życiem ziemskim, a śmierć? Śmierć może być sztuką, przedstawieniem, performancem.
Izabela Fietkiewicz-Paszek w recenzji tomu Performance napisała:„Najpełniejszym, najdoskonalszym przykładem „techniki performance” mogłaby być śmierć (a raczej umieranie) i to od niej
zaczyna się książka, w wierszu-relacji z agonii pt. Termin. Dlaczego śmierć zaczyna opowieść, choć
chciałoby się widzieć ją na końcu? Z wielu perspektyw religijnych śmierć oczywiście niczego nie
kończy, a koło można zacząć wykreślać w dowolnym jego punkcie. Sam tytuł wiersza to wprost
odniesienie do stanu terminalnego, ale przecież i do terminowania, nabierania biegłości i wprawy;
czyżby umieranie było terminowaniem przed wiecznością?
Najnowsza książka Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej poprzedzona jest mottem: „A co do
początków... To stworzył Bóg mężczyznę i z niego kobietę / I stworzył mnie i ze mnie stworzył robaka
i z robaka wiersze”.
talmudycznej, zwłaszcza w środkowej Europie. Dybuka – choć nie zawsze skutecznie – pomagali
pozbyć się rabini za pomocą odpowiednich egzorcyzmów: obca dusza opuszczała wtedy ciało
nieszczęśnika przez mały palec u nogi. Należało ją jeszcze nakłonić do ujawnienia tożsamości, co
miało zapobiec przed wniknięciem jej do kolejnej, predystynowanej osoby.
Schatz/Brofelt przetwarza judaistycznego dybuka w demona/diabła, który ujawnia się – czy
może raczej: aktywizuje – dzięki tajemniczemu talizmanowi, pochodzącemu z jakiejś tybetańskiej
świątyni, gdzie jakoby trafił z kosmosu, a który młodemu Dawidowi Schatzowi przekazuje umierający angielski lotnik, zestrzelony przez Niemców znad okupowanej przez nich Polski. Co zresztą
pomaga Schatzowi – etnicznie Żydowi półkrwi – przeżyć ostatnie lata II wojny światowej
i kolejną, tym razem sowiecką okupację po jej zakończeniu. Mamy tutaj pewną niekonsekwencję,
gdyż – jak się okazuje z dalszych kart powieści – aktywny pod wpływem amuletu dybuk, wielokrotnie wspomagający i chroniący Schatza, jednak nie ocalił lotnika. No tak, ale wcale nie musi to
być niekonsekwencja. Może wobec niemieckiej potęgi militarnej, wspartej germańskim pogaństwem,
żydowsko-słowiański dybuk, mimo kosmicznego wsparcia, w momencie koncentracji tej potęgi
w postaci energii skutecznej obrony przeciwlotniczej, musiał ustąpić? A może dybuk tego lotnika
był po prostu słabiutki z natury, gdyż w jego zdrowym ciele nie miał wiele ani miejsca, ani do
powiedzenia? Schatz, choć w swych wspomnieniach przyznaje, że konsultował się z rabinem, nie
zdradza szczegółów tych konsultacji. Kto wie zresztą, czy nie wymyślił anegdoty o konającym
angielskim lotniku, by ukryć skąd naprawdę trafił do niego amulet-katalizator?
Schatz jest chromy, jedną nogę ma niedorozwiniętą, porusza się o kulach, później posługuje
się protezą. Obecnie ortopedzi znacznie lepiej radzą sobie z rehabilitacją takiej wady wrodzonej,
z przypadkiem – na co wskazuje opis i dolegliwości Schatza – stopy końsko-szpotawej. Tak tę wadę
nazywa medycyna, w nazewnictwie ludowym bywała określana diablą stópką, diablim kopytkiem.
Dlaczego tak? Coś to kalectwo powodowało… Nie mogło to być przecież nic innego, jak zagnieżdżenie się tam dybuka… Oczywiście ani Dawid Schatz, ani tym bardziej Brofelt nigdzie nawet nie
sugerują, że był to dopust za „mezalians”, który popełniła biedna, ale piękna matka Schatza,
wychodząc za bogatego, niezależnego finansowo Żyda (jego nazwisko jest najwyraźniej nieprzypadkowe: der Schatz to skarb, więc Dawid faktycznie był skarbem, jak zresztą każde dziecko dla
każdej normalnej matki i normalnego ojca bez względu na ich narodowość). Mimo że koloryt epoki
międzywojnia daje pole do popisu dla takiej pejoratywnej konkluzji – przynajmniej według niektórych postmodernistycznych (kłamliwych) interpretatorów stosunków społecznych w wielonarodowej II Rzeczpospolitej. Którzy to – być może wykorzystując narzędzia i mrzonki psychoanali-
Motto zawiera całą ewolucję poetyckiej drogi, dokładnie ją charakteryzuje, sytuuje, określa.
Wiersze Jakubowskiej-Fijałkowskiej nie szybują wysoko, pełzają tuż przy ziemi, często żyją w brudzie,
rozkładzie. Nie piszą się lekko, nie unoszą na skrzydlatych frazach, ale klują się, larwią, potem wchodzą niepostrzeżenie, zagnieżdżają i wyjadają od środka. I nie ma znaczenia czy jest to ascetyczny zapis
czy długa, nośna fraza, te wiersze krzyczą, ale jest to zdławiony krzyk, zamierający w gardle.
Trudno złapać pion po takich wierszach jak te: „ja: Anne Frank mam żebra zapadnięte ani piersi
tylko sutki i głód i te dzienniki / i strach żydowski (Jesteśmy Żydówkami)”.
Albo: „Ruscy mają tabliczki inni nieznani gdzieś też leżą noworodki / i płody po aborcji leżą
wszyscy chodzą po nich // po mojej matce chodzi Ruski który odciął jej złoty warkocz / zgwałcił przy
matce na oczach // po ojcu chodzi cały Leningrad 1942 / a ja szukam jego odmrożonej stopy” (Listopad).
W posłowiu do książki Karol Maliszewski napisał: „Bo te wiersze są o braku miejsca. Nawet te
słynne miejsca wspólne (topoi) ulegają jeśli nie rozkładowi, to rozchwianiu, bo nie znajdują odpowiedniego, w pełni poświadczonego kobiecym doświadczeniem, zastosowania. Coś zawsze uwiera.
Czy na pogrzebowej mszy, czy na intelektualnym spotkaniu dotyczącym filozofii i poezji, czy podczas
miłosnego aktu. We wszystkim i ze wszystkim jest coś nie tak.
Być nie u siebie ze sobą, czekać, tęsknić. Za kim? Za czym? Na to pytanie nie znajdziemy odpowiedzi
w żadnym tomie wierszy Jakubowskiej-Fijałkowskiej, nie znajdziemy jej pewnie i w kolejnych tomach.
W tym tkwi ich siła, autentyzm – w niezgodzie na samą siebie, w niespełnieniu, niezaspokojeniu, lęku.
Poetka jest świadoma mocy słowa, sprawnie żongluje motywami, tekstami kultury i masowej i wysokiej,
kryptocytatami, śmiało sięga po przedmioty codziennego użytku, wulgaryzmy, język potoczny, rynsztokowy. Wiersze Genowefy Jakubowskiej-Fijałkowskiej są konsekwentne w swojej poetyce i tematyce
i każdy z nich jest czystym detalem, pozbawionym zbędnych ozdobników, brylantem.
Podobno „wszystko jest poezją”. U Jakubowskiej-Fijałkowskiej poezja jest wszystkim.
Teresa Rudowicz
zy – chętnie „dowodziliby”, że ów dybuk jest nie tylko symbolem ale i dowodem zwierzęcego
antysemityzmu Polaków, skoro ze związku mieszanego rodzi się kalekie dziecko… Ha, ha, ha…
Doprawdy, nie jest mi do śmiechu, gdy w monumentalnej (choć publicystycznej) książce Toma
Segeva Siódmy milion. Izrael – piętno zagłady, wydanej w Jerozolimie niespełna pół wieku po II
wojnie światowej (wydanie polskie: Przeł. Barbara Gadomska. Warszawa: PWN 2012, s. 580), po
Holocauście dokonanym przez Niemców, czytam słowa emerytowanego izraelskiego dyplomaty
Jaakova Barmora: „ Nienawiść do Żydów jest w Polsce tak naturalna jak błękit nieba”, a kilka zdań
dalej wypowiedź jednego z uczniów izraelskiej szkoły średniej: „Ostatecznie ktoś musi być winien
Zagładzie […] Musimy kogoś nienawidzić (kogoś, czyli Polaków, co wynika z kontekstu – przyp.
J. S.), a z Niemcami się pogodziliśmy” (s. 458). Zostawić to bez komentarza? Nie! Ale niech moim
jedynym komentarzem będzie uwaga, że Polacy nigdy nie twierdzili, że wszyscy Żydzi to szpiedzy
sowieckiej Rosji i stalinowscy oprawcy polskiego narodu, choć „poetyka” zacytowanych z książki
Segova wypowiedzi takie twierdzenie – na zasadzie symetrii – całkowicie by usprawiedliwiała.
W tym miejscu mam żal do Leona Brofelta/Dawida Schatza (chyba jednak bardziej Polaka niż
Żyda, zresztą to nieistotne), że w opowieści o życiu z dybukiem w symbiozie czy może raczej w
komensalizmie chroniącym i maskującym oraz „czyszczącym” uporczywie nazywają – według
antypolskiej nowomowy – zbrodnie niemieckie nazistowskimi, zaś wizerunek Niemca sprowadzają do spokrewnionego z rodziną matki Schatza volksdeutscha, zapewniającego bezpieczeństwo
Dawidowi Schatzowi, i do komunizującego hippisa, lewackiego agitatora grasującego w latach
sześćdziesiątych po Stanach Zjednoczonych najprawdopodobniej za sowieckie pieniądze. Nie mam
natomiast żalu, że stosunki polsko-żydowskie przed, w trakcie i po II wojnie światowej opisują
nazbyt powściągliwie, bo robią to rzetelnie.
Określiłem już Amulet... jako powieść pierwszorzędną. Losy jej głównego bohatera nie tylko
odciskają się najczęściej brutalnie i tragicznie na losach mu bliskich, ale są pretekstem do pokazania,
w przykładowym sensie, losów przeciętnych ludzi – w przestrzeni najtragiczniejszego w dotychczasowej historii ludzkości wieku – wieku XX. Ludzi mordowanych, a w najlepszym razie wypędzanych
z własnych domów, przez dwa najstraszliwsze totalitaryzmy: niemiecki i rosyjski. Schatz przemieszczając się między Polską (Zagłębiem Dąbrowskim, Śląskiem, Łodzią) a Stanami Zjednoczonymi
stopniowo uświadamia sobie, że – choć wciąż rozpoznaje swoje korzenie i z wiekiem ożywają w nim
sentymenty – to stał się „człowiekiem bez właściwości”, bez poglądów politycznych, ba, choć jest
z natury mizoginistą, zdaje się mieć ojczyznę jedynie tam, gdzie spotka przychylną mu (a dokładniej:
bardziej niż przychylną) kobietę. Jego niezależność finansowa, bogactwo, które zapewnia mu moc
obudzonego przez amulet dybuka, prowokuje go do czynienia dobra, cóż z tego że także i zarazem
we własnym interesie. Niestety okazuje się (o czym już wspomniałem), że – jak inni, niejako naturalni, bo nie magiczni bogacze – czynić dobra nie może, a nawet nie powinien, bo skutkuje to fatalnie.
Nie do rozstrzygnięcia jest natura Schatzowego dybuka: czy zabiera dusze (lub: „kupuje” je od
Schatza), czy po prostu żywi się śmiercią, zabiera energię życiową innym, by móc nią żywić swego
kalekiego nosiciela. W swym cyklu Ziemiomorze, złożonym z kilku powieści fantasy, Ursula
K. Le Guin wcieliła w magię i czarnoksięstwo zasadę, że wszystko musi się równoważyć. Więcej
dobra powoduje więcej zła. Dybuk w Amulecie… działa więc także jak regulator, przywracający
proporcje. Gdy go brakuje, bo Schatz nieopatrznie pozbywa się amuletu, samoregulacja do równych
proporcji dobra i zła następuje kosztem nosiciela uśpionego dybuka. Fatalistyczny to opis kondycji
ludzkiej, tym bardziej że próba jakby biurokratycznego obejścia oddziaływania dybuka nie udaje
się zupełnie i kończy tragicznie – wbrew nieprawdopodobnym w tym względzie umiejętnościom
adwokata Schatza, typowym dla amerykańskich prawników.
Na całe szczęście Schatz uchronił przed dybukiem Brofelta: ujawniając siebie i swoje wspomnienia przed pisarzem i pozwalając mu przylgnąć do siebie-nosiciela tylko na czas pracy
redakcyjnej. Szkoda, że tak – co jednak w dużej mierze zrozumiałe – ostrożnie autor Anioła
w majonezie obszedł się z rękopisem Schatza, iż dla wartkości narracji, czyli lektury od przystanku
do przystanku (a mniej od portu lotniczego do portu), nie dopisał za Schatza niektórych wątków.
Czy jednak nie skończyłoby się to – mimo wszelkich egzorcyzmów Schatzowych, redakcyjnych
i krytycznych – niemiłą dla Brofelta i niżej podpisanego interwencją dybuka, gdyby pierwszorzędność została zmieniona w arcydzielność? Bo wtedy zapewne nie wystarczyłaby zasłona stylizacji
na powieść jarmarczną, czytadło do…
Przerywam pisanie, bo przypomniałem sobie o dziwnym medalionie w szufladce starego
nakastlika, który odziedziczyłem po… który podał mi umierający…
Dlaczego utykam?
Jerzy Suchanek
Leon Brofelt: Amulet, czyli z diabłem przez stulecie. Czytadło do samolotu na liniach transatlantyckich.
Wydanie e-bookowe i papierowe. Będzin: Wydawnictwo Internetowe e-bookowo.pl 2012, s. 324.
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
W numerze maluje
MAŁGORZATA ROZMARYNOWSKA
Urodziła się w 1955 roku w Gdańsku. W latach 1976-1981 studiowała grafikę i malarstwo w gdańskiej PWSSP. Dyplom uzyskała
w 1981 roku w pracowni prof. Władysława Jackiewicza. Większość jej obrazów znajduje się w kolekcjach prywatnych w Polsce,
Niemczech, Finlandii, Szwecji, Francji, Japonii, Izraelu, Belgii, Holandii, USA i na Mauritiusie.
Wszystkich Czytelników,
Autorów
oraz Przyjaciół „Migotań”
zapraszamy
do wsparcia finansowego naszej Gazety
poprzez jej prenumeratę w roku 2013.
Tylko dzięki Waszej pomocy
będziemy w stanie przetrwać
na trudnym rynku
oraz drukować Wasze teksty.
Gaze
ta li
te
rack
a
Dziękujemy za pomoc!
Redakcja
Prenumerata!
Gaze
ta li
te
rack
Cena „Migotań” wynosi 15 złotych (25 złotych numer podwójny),
w prenumeracie 12 złotych za egzemplarz (24 złote numer podwójny)!
Prenumerata za cztery kolejne numery wynosi 60 zł. To koszt
gazet wraz z przesyłką.
Aby mieć pewność, że przesyłka nie zaginie, zachęcamy do wybrania
opcji przesyłki poleconej. Wówczas koszt prenumeraty to 68 zł.
Jak zamawiać? to proste! Jest na to wiele sposobów:
1) Zadzwoń pod numer 782-022-502 i złóż zamówienie;
2) Wyślij zamówienie mailem na adres: [email protected];
3) Wyślij zamówienie na adres: Fundacja Światło Literatury, ul. Grunwaldzka
303, 80-314 Gdańsk.
W tytule przelewu proszę podać adres, na który ma być przesyłana
prenumerata, oraz numer „Migotań”, który ma zapoczątkować prenumeratę.
Prenumeratę otrzymasz po wpłaceniu odpowiedniej kwoty na konto:
Bank Millennium 74 1160 2202 0000 0001 7019 5866
lub za pobraniem pocztowym (koszty pobrania ponosi prenumerator).
G a z e t a
l i t e r a c k a
Migotania
ISSN 2083-2494
numer 4 (37) 2012
Redaktor naczelny: Zbigniew Joachimiak
Sekretarz redakcji: Karolina Zdanowicz
Redakcja: Izabela Fietkiewicz-Paszek (Kalisz), Marta Fox (Katowice),
Jan Gondowicz (Warszawa), Maria Jentys-Borelowska (Kraków),
Jerzy Suchanek (Gliwice), Andrzej Wołosewicz (Warszawa),
Andrzej Żurowski (Gdynia), Bogusław Żyłko (Gdańsk).
Stale współpracują:
Anna Frajlich (Nowy Jork), Ewa Graczyk (Gdynia),
Piotr Goszczycki (Warszawa), Andrzej C. Leszczyński (Gdańsk),
Artur D. Liskowacki (Szczecin), Grzegorz Musiał (Bydgoszcz),
Jerzy Niesiobędzki (Wyszembork), Antoni Pawlak (Gdańsk),
ks. Jan Sochoń (Warszawa), Leszek Szaruga (Warszawa),
Olga Śmiechowicz (Łódź), Roman Warszewski (Gdynia),
Krystyna Śmiechowicz (Łódź), Zofia Beszczyńska (Warszawa),
Sławomir Majewski (Miechów), Leszek Żuliński (Pruszków)
Autorzy goszczący po raz pierwszy:
Jakub Antolak. Urodzony w 1989 r. w Warszawie, poeta, prozaik, student
polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, laureat literackiej nagrody im. Mariana Redwana na Festiwalu Fama 2010 w Świnoujściu, publikował m.in. w „Szafie”,
„PKPzin”, „Fragmencie” oraz na stronach Biura Literackiego i Fundacji Na Rzecz
Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza, recenzent portalu wywrota.pl.
Roksana Chirowska. Rocznik 1994, maturzystka, uczy się w I LO w Oleśnicy.
Debiutowała w „Cogito”. Publikowała w „Zupełnie Inny Świat”, „Wyspa”. Jej
zainteresowania to muzyka – polski rock, alternatywa, literatura.
Jan Henryk Cichosz. Urodzony 1949 roku. Poeta, publicysta, dziennikarz.
Wydał 12 tomików poetyckich, a jego wiersze zamieszczono w 30 antologiach
i almanachach. Prezentowało je także Polskie Radio w programie 1, 2 i 3 oraz
Radio Kielce i Radio Lublin. Należał do ZLP, z którego wystąpił w roku 2010.
Maciej Dęboróg-Bylczyński. Urodzony w 1975 roku. Poeta, prozaik, edytor.
Przez wiele lat związany z Wyspą Sobieszewską. Obecnie od kilku lat mieszka
w Sosnowcu, gdzie pracuje na Uniwersytecie Śląskim. W roku 2009 wydał
powieść „Kolej na los”, w r. 2011 świadectwo znajomości z gdańskim pisarzem
– Zbigniewem Żakiewiczem: „Pamięć, nostalgia, tożsamość. Kulturowe aspekty
estetyki pogranicza w twórczości Zbigniewa Żakiewicza”. Członek Polskiego
Towarzystwa Historycznego, współpracownik Południowo-Wschodniego
Instytutu Naukowego w Przemyślu. Jego zainteresowania badawcze związane
są z prozą kulturowego pogranicza (Kresy Wileńskie i galicyjski genius loci)
orazi historią teatru i kultury w Galicji.
Mariusz Koryciński. Student V roku polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Reżyser i scenarzysta krótkometrażowego filmu fabularnego „In Hoc
Signo Vinces”; współtwórca cyklu artystycznego „Widmowe drżenia”. Otrzymał
Nagrodę Artystyczną podczas Festiwalu Sztuki im. Stanisława Gruszczyńskiego.
Należy do Stowarzyszenia Konserwatorów Czasu.
Natalia Krzemień. Urodzona w 1987 r., absolwentka studiów humanistycznych na Uniwersytecie Gdańskim. Interesuje się cywilizacjami starożytnymi,
tematyką żydowską oraz literaturą i sztuką współczesną. Ulubiony poeta to
Awrom Suckewer.
Jan Owczarek. Urodzony w 1959 r., zamieszkały w Jeleniej Górze, związany od dziecka z Karkonoszami. Absolwent filologii polskiej i historii na
Gazeta literacka
Uniwersytecie Wrocławskim. Nauczyciel, przewodnik, krajoznawca. Członek
Jeleniogórskiego Klubu Literackiego.
Wydał pięć tomików wierszy, tomik prozy oraz szkice polonistyczne dla
nauczycieli. Współautor kilku lokalnych almanachów literackich. Współtworzył
antologię poezji patriotycznej „A w sercu Polska” wydaną przez Jeleniogórski Klub Literacki. Zamieszczał recenzje i artykuły w „Polonistyce”, „Odrze”,
„Warsztatach Polonistycznych”, „Kurendzie”„Metaforze” oraz wydawnictwach
uniwersyteckich, czasopismach krajoznawczych i lokalnych oraz na stronach
internetowych. Ma za sobą kilka fotograficznych wystaw indywidualnych i
udział w wystawach zbiorowych oraz publikacje zdjęć.
August Stramm (1874-1915). Jeden z głównych przedstawicieli niemieckiego ekspresjonizmu. Za Alfredem Döblinem można zasadnie powtórzyć,
iż nikt nie był tak ściśle ekspresjonistycznym poetą jak ten właśnie autor,
który, po śmierci na froncie wschodnim, pozostawił po sobie niewielki,
lecz wciąż nie do końca odczytany i słabo upowszechniony dorobek.
Prezentowany poemat można wpisać w szerszy kontekst, jaki tworzy
napisana jako reakcja na I wojnę światową sztuka Karla Krausa Ostatnie
dni ludzkości czy ogłoszona już po wojnie antologia Pintusa prezentująca
poezję ekspresjonistów, m.in. Trakla i Benna, Zmierzch ludzkości. Nie bez
znaczenia wydaje się też otwarcie utworu stanowiące parafrazę zdania
otwierającego Manifest komunistyczny.
Andrzej Walter. Jest członkiem Krakowskiego Oddziału Związku Literatów
Polskich.
Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska. Urodzona w 1976 roku w Szczecinie. Absolwentka Wydziału Zarządzania i Ekonomiki Usług Uniwersytetu
Szczecińskiego oraz Studium Literacko-Artystycznego UJ w Krakowie. Pisze
dramaty, scenariusze, poezję, z rzadka prozę.
Kamil Zaszkowski. Urodziłem się w 1978 roku. Kilka szkół do których
chodziłem (a tylko przechodziłem obok paru) nauczyło mnie czytać i pisać,
co stało się obecnie moim lubionym zajęciem.
Zbigniew Zawadzki. Urodził się w 1982 roku w Słupsku. Jest absolwentem polonistyki UG. Mieszka i pracuje w Gdańsku. Zainteresowania:
dawne polskie kresy, literatura polska XX wieku, muzyka rockowa.
Projekt graficzny: Dariusz Kowalczyk
Opracowanie graficzne: WiS Opcjon
Dział fotografiki: Sybilka Storie
Redakcja tekstów: Agata Foltyn
Wydawca: Fundacja Światło Literatury
Adres redakcji: Fundacja Światło Literatury,
ul. Grunwaldzka 303, 80–314 Gdańsk
tel. 782-022-502
[email protected], [email protected]
Migotania. G a z e t a l i t e r a c k a sprzedawana jest w salonach Empik w całym
kraju w cenie 15 zł. za pojedynczy egzemplarz (numer podwójny w cenie 25 zł.).
Możliwy jest również zakup za zaliczeniem pocztowym. Łaskawe zamówienia
proszę składać w Redakcji dowolną drogą. Redakcja uprzedza, iż nie odsyła
tekstów nie zamówionych. Staramy się odpowiadać na propozycje tekstowe, ale
nie zawsze możemy to zagwarantować. W korespondencji z Redakcją prosimy
używać przede wszystkim adresów e–mailowych.
W sprawie zamieszczania reklam prosimy
o kontakt mailowy na adres: [email protected]
DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW
SAMORZĄDU
WOJEWÓDZTWA POMORSKIEGO
DOFINANSOWANO ZE ŚRODKÓW
MINISTRA KULTURY
I DZIEDZICTWA NARODOWEGO
555
a
Leszek Szaruga
WYPRASOWANIE (4)
Z
rosnącym napięciem śledzę prasowe relacje dotyczące najnowszego filmu Władysława Pasikowskiego,
reżysera, który już w „Psach” zaproponował nowy język kina poświęconego problemom społecznym
– przede wszystkim język odarty z patosu i nieznośnego sentymentalizmu. Kino Pasikowskiego to przede
wszystkim relacja – wzmocniona dobrze skonstruowaną fabułą – pozbawiona zabarwienia emocjonalnego,
ale właśnie dlatego budząca emocje. To samo dotyczy „Pokłosia”, filmu, którego tytuł jest jakby ciągiem
dalszym historycznych reportaży Jana Tomasza Grossa – „Sąsiadów” i „Złotych żniw” – które nie tylko budziły
emocje, lecz także pozwalały na dokonanie refleksji o ludzkiej naturze. Tutaj mamy do czynienia z tym
samym i tym cenniejsze wydaje się w tym kontekście wyznanie Maciej Sthur poczynione w wywiadzie dla
„Gazety Wyborczej”, iż nie jest on w stanie powiedzieć, jak by się zachował, gdyby przyszło mu uczestniczyć
w tym, co stało się w Jedwabnem. Inni wszakże z góry to wiedzą – zachowali by się szlachetnie i godnie.
Książki do nabycia w dobrych księgarniach
oraz bezpośrednio u wydawcy
pod numerem telefonu 58 345 25 94
lub drogą mailową:
[email protected]
5566
W swym felietonie „Pokłosie „Pokłosia”” na łamach „Gazety Wyborczej” (nr
268/2012) Pisze Monika Olejnik: „Przez lata nikt się nie odważył nakręcić filmu
o tym tragicznym wydarzeniu. Ośmielił się to zrobić Władysław Pasikowski. Z
trudem zebrał pieniądze. Filmem „Pokłosie” wsadził kij w mrowisko. Publicyści,
prawicowi historycy są oburzeni filmem: jak można szkalować własny naród,
jak można zrobić taki antypolski film! Choć wszyscy wiedzą, że w Jedwabnem
doszło do brutalnego mordu, udają, że tego nie było. Albo mówią tak: dlaczego
tylko o tym wypadku mówimy, a nie mówimy, jak Polacy pomagali Żydom”. To
już zapowiada niezłą jatkę alla polacca. Będę rzecz obserwował uważnie, starając
się nie umrzeć przy tym ze śmiechu, jak to się niemal przytrafiło felietoniście
„Rzeczpospolitej” Dominikowi Zdortowi, który w trakcie oglądania „Pokłosia”
uchachał się jak norka, co rzetelnie opisał w tekście „O tym, jak śmiałem się na
„Pokłosiu”” opublikowanym w dodatku „PlusMinus” (nr 46/2012): „Wiem, że nie
wypada. Że powinienem oglądać „Pokłosie” z powagą i smutkiem, może ze
wzruszeniem i wyrzutami sumienia odczuwanymi w imieniu całego naszego
narodu, skażonego grzechem antysemityzmu. Ale Pasikowski, przedstawiając
ów antysemityzm w postaci karykaturalnej, absurdalnie wyolbrzymionej,
nierzeczywistej, nie dał mi takiej szansy”. Podziwiać
należy subtelną ironię tego tekstu, lecz bez przesady,
gdyż zaraz autor przywala na poważnie i w dodatku
maczugą: „Ale ten film na pewno będzie zauważony
w kilku innych krajach. A najbardziej tam, gdzie
słabo znają Polskę, a najwięcej mówią o polskim
antysemityzmie. Gdzie potrzebują uzasadnienia nie
tylko dla tezy, że Polacy kiedyś mordowali Żydów,
ale też, że nienawidzą ich do dziś”. A przecież jest, jak
powszechnie wiadomo, dokładnie odwrotnie. Nie
tak dawno przecież perswadował na tych samych
łamach Igor Janke, że oto polska prawica jeśli nie
stała się wprost filosemicka, to w każdym razie Żydów
kocha i poważa. Tym bardziej byłbym wdzięczny za
ujawnienie przez Zdorta nazwy tych „kilku innych
krajów”. Bo już powoli mi nadajeło słuchanie i czytanie o „niektórych pismach”, „określonych grupach”
i „pewnych środowiskach”. Nie lepiej od razu iść na
całość i przywalić po imieniu? Tak nawet i zdrowiej,
może nawet mogłoby dojść do katharsis jakiego…
Na całość, ale już w innej sprawie, poszedł
natomiast Mariusz Wilk w wywiadzie udzielonym
polsko-niemieckiemu magazynowi „Dialog” (nr 101/2012). Zaczyna się
pozornie niewinnie: „Rosja wyrosła z monastyru… Główną cnotą, której
wymagają od posłusznika (nowicjusza) w monastyrze jest – jak wskazuje
nazwa – posłuszanije, czyli posłuszeństwo! Żeby złamać ego i ratio, kazano
im przelewać wodę z przerębli do przerębli, sadzić trawę do góry korzeniami – nieważne, jak mówi przyroda, rozum i doświadczenie, ważne mu tak
kazali. Takie urabianie przez tyle wieków to jest główna cecha, która odróżnia
Rosję od Europy wspartej na ego”. No i taka właśnie Rosja staje się rajem
na ziemi: „Siedzę sobie w Kondzie i od 2-3 lat słyszę o jakimś globalnym
kryzysie, banki padają, może się skończyć brakiem elektryczności, więc
Nowy Jork zaleje masa gówna, windy przestaną jeździć, a ja mam to gdzieś,
bo zapalę sobie lampę naftową, wodę biorę z jeziora, ziemia rodzi kartofle,
jak zgłodnieję, to sieci postawię i ryb nałowię. Ten rodzaj swobody płynie z
samowystarczalności. Jestem wolny w najprostszym znaczeniu, wolny od
zarabiania pieniędzy, a przynajmniej od zarabiania ich w większej ilości”.
Zastrzeżenie słuszne – w końcu za coś trzeba kupić choćby lampę i naftę,
sprzęt do połowu i inne drobiazgi wytwarzane przez ludzi zniewolonych
cywilizacją skażoną rozumem. Póki co jednak, jest fajnie: „A w Rosji nie ma
nic. Musisz sam sobie złowić i zebrać. Jest na pozór ciężko (…). Ale tego
łatwo się nauczyć. W cywilizacji za każdą wygodę płacisz własnym czasem.
A w „trudnych warunkach” zyskujesz bardzo dużo czasu, masz czas na rzeczy
istotne, na modlitwę na przykład, czy choćby kontemplację zachodu słońca”.
A gdyby ci jednak nadajeło, to przecież w każdej chwili, w odróżnieniu od
tubylców, możesz do cywilizacji wrócić, choć zapewne niechętnie. Póki ci
jednak, można się oddać rozważaniom historiozoficznym. Takim na przykład:
„Teraz powiem coś bardzo radykalnego: rabski trud towarzyszy cywilizacji
ludzkiej od początków do dzisiaj. I cała potęga Stanów Zjednoczonych jest
zbudowana na rabskim trudzie Murzynów i wybijaniu Indian. Bruksela została
zbudowana dzięki handlowi niewolników. Chiny do dziś używają różnych form
rabskiego trudu. (…) Stalin wiedział, że Kanał [Białomorski] jest konieczny,
choćby na wypadek wojny. Dlatego zaprzągł zeka do budowy Kanału tak, jak
Piotr Wielki zaprzęgał chłopów do budowy Sankt Petersburga”. Ot, po prostu
konieczność dziejowa. Skąd ja to znam? No, ale ja jestem mięczakowatym
inteligentem, a nie prostym chłopem, któremu jako zekowi nic w gruncie
rzeczy złego się nie działo, gdyż takie życie pędził i poza łagrem. Gdyby ten
chłop napisał o budowie Kanału, byłaby to opowieść prawdziwa. Tymczasem
„o Biełomorkanale pisali inteligenci, bo tylko oni umieli pisać. Ale to byli ludzie
z uprzywilejowanych środowisk, taki Lichaczew na przykład, życie spędzali
na Newskim w Sankt-Petersburgu, więc gdy trafiali do baraków i dostawali
czarny chleb z bałandą, to dla nich był to koniec ich świata, koszmar, jak
dla każdego miękkociałego inteligenta”. Zupełnie jakbym czytał broszurkę
Jerzego Andrzejewskiego „O człowieku radzieckim”, w której inteligenckość

poleca:
Okno na świat
można zasłonić gazetą.
Stanisław Jerzy Lec
jest znakiem hańby i niezdolności zrozumienia praw dziejowych – prości ludzie
je rozumieją, zwłaszcza gdy zostali wychowani w posłuszeństwie i potrafią
„wyjść poza um”, czyli rozum, jak Mariusz Wilk, który lekcję rosyjskiego odrabia
solidnie i potulnie. Dlatego z podziwem wyraża się o człowieku, który Rosjan
do posłuszeństwa nakłania: „Putin to niegłupi facet, na dodatek mający czarny
pas w dżudo, a więc cechujący się samodyscypliną (…). Łatwo krytykować
Putina z punktu widzenia zaścianka, ale trzeba mieć wyobraźnię, aby zrozumieć
jego sytuację”. Innymi słowy: nic nam się nie uda bez rabskiego truda. Rosja to
imperium, trzeba to po prostu zaakceptować, bo, jak powiada Tiutczew, „Rosji
rozumem nie ogarniesz” i „w Rosję można tylko wierzyć”.
Cóż – nie od rzeczy będzie w kontekście tego wywiadu, ale też i innych
tekstów Mariusza Wilka, skądinąd interesujących, przypomnieć pojęcie już
niemal zapomniane: poputczik. Nie ulega wątpliwości, że takie tezy, podobne
historiozoficzne łamańce i nie skrywany zachwyt zarówno wielkością imperium
jak twardością wodza (ten czarny pas!), a wreszcie i nie skrywana pogarda
dla „miękkociałego inteligenta”, którego przeraża „chleb z bałandą” to niemal
hołdowniczy adres do cara. Przypominając Mochnackiego pisze w „Uśmiechu
Demokryta” Ryszard Przybylski: „Toteż prawdziwy
rosyjski patriota, jeśli nawet zetknął się z zachodnimi
miazmatami, jeśli nawet pomyślał, że lepszą gwarancją
jego społeczeństwa jest nie tyle wola cara, ile spisane
w konstytucji prawa, w końcu przed swoją władzą
kapitulował. „Jest więc – kończy swe rozumowanie
Mochnacki – patriotyzmem w Rosji niewola””. I pisze
dalej Przybylski: „Chyba nie trzeba przypominać najazdu gazetowych informacji, że Moskwa ponownie ma
cara i nazywa się on Prezydent”. Mariusz Wilk nie tylko
to potwierdza – on pisze o tym z radosną akceptacją
i niemal z dumą: dopiero w tym świecie można żyć
jak człowiek wolny, wyzbyty straszliwych ego i ratio,
gotowy do posłuszeństwa w imię trwania imperium,
które jest wartością nieredukowalną. I przyznam, że
mnie ten sposób myślenia nieco, by rzecz nazwać
delikatnie, irytuje.
Podobnie irytuje mnie sposób myślenia cytowanego wyżej Dominika Zdorta, któremu warto by
przeciwstawić, coś, co w wykonaniu polskiego publicysty nazwałby „donosem na naród polski”, ale co pod
piórem publicysty niemieckiego jest (drukowaną na
obcych łamach!) rzeczową relacją o stanie rzeczy. Joachim Trenkner pisze w
artykule „Nowa nienawiść” opublikowanym w „Tygodniku Powszechnym” (nr
47/2012): „Według najnowszego raportu niemieckiego Bundestagu o antysemityzmie, większość przestępstw o podłożu antysemickim popełniają nadal
ludzie wywodzący się ze środowisk niemieckiej skrajnej prawicy. Niechęć czy
też wrogość wobec Żydów widoczna jest – wedle tegoż raportu – w prawie
wszystkich sferach niemieckiego społeczeństwa. Ocenia się, że tzw. utajniony
antysemityzm można przypisać jednej piątej tegoż społeczeństwa. Inne badania
(…) pokazują obraz jeszcze bardziej drastyczny. Wedle tych badań 23 proc.
wszystkich Niemców uważa, że Żydzi w Niemczech nie powinni mieć takich
samych praw jak Niemcy; ponad 32 proc. ma zgadzać się z poglądem, iż Żydzi
mają zbyt duży wpływ na społeczeństwo Niemiec; prawie 50 proc. ma wierzyć,
że wielu Żydów usiłuje wyciągnąć korzyści z przeszłości III Rzeszy, zmuszając
Niemców do nieustannego zadośćuczynienia finansowego za popełnione
wtedy zbrodnie. Obraz ten można uzupełnić jeszcze innymi szacunkami: otóż
od pewnego czasu wizerunek Izraela w Niemczech jest coraz gorszy. Z badań
renomowanego Instytutu Forsa wynika, że 70 proc. wszystkich Niemców uważa
Izrael za „bezwzględne państwo” – to 11 punktów procentowych więcej niż trzy
lata temu. Jedynie 36 proc. uważa Izrael za kraj sympatyczny, 13 proc. w ogóle
odmawia Izraelowi prawa do istnienia. Tylko co trzeci Niemiec uważa dziś, że
Niemcy mają szczególne zobowiązania wobec państwa żydowskiego. Do tak
złego wizerunku Izraela przyczynił się bez wątpienia także Günter Grass: laureat
Literackiej Nagrody Nobla [w TP mamy „Pokojowej” – Świetlicki powinien wrócić
do korekty! – LS] i były żołnierz Waffen-SS zaatakował wiosną tego roku Izrael
swoim wierszem, w którym krytykował państwo żydowskie (przy pomocy także
kłamstw) i nazywał je „największym zagrożeniem dla i tak wątłego pokoju
światowego”. Pamflet Grassa spotkał się ze sporą akceptacją przede wszystkim
lewicowych środowisk politycznych”.
Uff! Przepisując słowa Trenknera zastanawiałem się nie nad tym, jak dalece
kala on swoje gniazdo, za co Zdort, gdyby był felietonistą niemieckim, przyłożyłby
mu z grubej maczugi, ale nad tym czy podobne do opisanych badania dotyczące
stosunku do mniejszości, w tym także żydowskiej, prowadzone są w Polsce i czy
stanowią one przedmiot uwagi naszego parlamentu. No i zapewne pocieszającym
się okaże dla naszych obrońców polskiej niewinności, szczególnie niewinności
środowisk prawicowych, że niemiecka lewica coś w rodzaju skłonności antysemickich okazuje. Zresztą, także we wspomnianym artykule Igor Janke zdawał się
sugerować, że jeśli antysemityzm w Polsce istnieje, to raczej należy go lokować
na lewicy niż na prawicy. Takie podrzucanie sobie nawzajem gorącego kartofla
mogli by Żydzi skwitować słowami bajki Biskupa Warmińskiego: „dla was to jest
igraszką, nam idzie o życie”. Co nie oznacza, rzecz jasna, iż nie należy z uwagą
obserwować tego kto i jak się dziś na Bliskim Wschodzie zachowuje.
Leszek Szaruga
M i g oMtiagnoi taa n
3 2i a/ 3337
z
Mieczysław Abramowicz
Marek Adamiec
Georgij Adamowicz
Michael Agustin
Miriam Akavia
Janusz Anderman
Luiza Andrade
Jakub Antolak
Edyta Antoniak-Kiedos
Filip Arneński
Andrzej Babaryko
Szymon Babuchowski
Wanda Bacewicz
Józef Bachórz
Michał Bachtin
Edward Balcerzan
Aleksander Baliński
Piotr Balkus
Andrzej Ballo
Marcin Bałczewski
Zofia Bałdyga
Anna Banasiak
Józef Baran
Marcin Baran
Grażyna Baranowska
Małgorzata Baranowska
Marzena Baran-Radwańska
Marek Barański
Michał Barański
Irena Barbier
Jan Baron
Max Barry
Leszek Bartoszewski
Dariusz Bazaczek
Darek Bednarczyk
Piotr Bednarski
Tahar Bekri
Urszula M. Benka
Kiejstut Bereźnicki
Zofia Beszczyńska
Piotr Biegasiewicz
Adam Bienias
Marek Bieńkowski
Zbigniew Bieńkowski
Alina Biernacka
Marcin Bies
Arkadiusz Bilecki
Piotr Binkowski
Elżbieta Binswanger-Stefańska
Siergiej Birjukov
Driusz Bitner
Aleksandra Bliska
Roman Bobryk
Marianna Bocian
Magdalena Boczkowska
Lucyna Bogacki
Zoran Bognar
Dejan Bogojević
Tomasz Bogusławski
Jan Bokiewicz
Wojciech Bonowicz
Wojciech Boros
Katarzyna Boruń-Jagodzińska
Nicolas Bouvier
Kazimierz Brakoniecki
Piotr Bratkowski
Richard Brautigan
Jerzy Brukwicki
Ernest Bryll
Wojciech Brzoska
Inge Buck
Dino Buzzati
Chrystian Cande
Aleš Čar
Blaise Cendrars
Marek Chaczyk
René Char
Tomasz Charnas
Selim Chazbijewicz
Roksana Chirowska
Ryszard Chłopek
Zbigniew Chojnowski
Patryk Chrzan
Ewa Chyła
Marta Chyła
Jan Henryk Cichosz
Dominika Ciechanowicz
Jan Ciechowicz
Piotr Cielesz
Katarzyna Ciesielska
Maciej Cisło
Aleksandar Čotrić
Miloš Crnanski
Mićko Cvijetić
Marina Cwietajewa
Jerzy Cyngot
Marcin Czeczko
Anna Czekanowicz
Piotr Czerski
Ryszard Częstochowski
Jewgienij Czigrin
Marek Czuku
Anna Czyrska
Krzysztof Ćwikliński
Per Dahlberg
Tomasz Dalasiński
Dao Hanh Thien Su
Joanna Dawidowska
Krystyna Dąbrowska
Krzysztof Dąbrowski
Stanisław Dąbrowski
Tadeusz Dąbrowski
Stanisław Dejczer
Vesna Denčić
Edyta Dendra
Karolina Dering
Maciej Dęboróg-Bylczyński
Hanna Dikta
Gojko Djigo
Maciej Dobrzański
Heather Dohollau
Tanguy Dohollau
Barbara Doniec
Małgorzata Dorna
Andrzej Dorniak
Marek Doskocz
Izabela Drzewiecka
Zdzisław Drzewiecki
Jan Drzeżdżon
Patryk Dziczek
Daria Dziedzic
Czesław Dziekanowski
Barbara Dziekańska
Dariusz Eckert
Witold Egerth
Mohammed El Amraoui
Unai Elorriaga
Leszek Engelking
Stanisław Esden-Tempski
Jerzy Marcin Ferenz
Izabela Fietkiewicz-Paszek
Sara Filipiak
Karolina Firyn
Aleksandar Flaker
Rosa Fliegelweilt
Marta Fox
Anna Frajlich-Zając
Franjo Frančić
Arkadiusz Frania
Bartosz Frankiewicz
Olga Freidenberg
André Frénaud
Magda Fres
Wojciech Freudenreich
Maciej Froński
Gloria Fuertes
Wojciech Fułek
Joanna Gajowiecka-Misztal
Wsiewołod Garszyn
Piotr Gawliński
Jacek Gawłowski
Wojciech Gawłowski
Katarzyna Gąsiorek
Krzysztof Gąsiorowski
Zofia Gebhard
Bruno Geneste
Grzegorz Giedrys
Marek Głowacki
Łucja Gocek
Jacek Godek
Bartłomiej Godusławski
Sylwester Gołąb
Jan Gondowicz
Georgi Gospodinow
Stanisław Gostkowski
Anita Gostomska
Agnieszka Goszczycka
Piotr Goszczycki
Weronika Górska
Jerzy Górzański
Waldemar Góźdź
Ewa Graczyk
Karol Graczyk
Beata Gradowska
Günter Grass
Wolf Greczanik
Ewa Grętkiewicz
Joanna Grochocka
Mariusz Grzebalski
Wioletta Grzegorzewska
Remigiusz Grzela
Marian Grześczak
Andrzej Grzyb
Jakub Grzybek
Jacek Grzybowski
Guillevic
Ha Huong
Paweł Hajduk
Julia Hartwig
Danuta Hasiak
Michał Herman
Jacek Hnidiuk
Ho Xuan Huong
Gustaw Holoubek
Włodzimierz Holsztyński
Sławomir Hornik
Tomasz Hrynacz
Paweł Huelle
Marek Idczak
Janusz Artur Ihnatowicz
Inamoto Shigeru
Izabela Iwańczuk
Olga Jackowska
10 lat
Andrzej Jagodziński
Marcin Jagodziński
Jakub Jakobiszyn
Gala Jakubowska-Fijałkowska
Tomasz Jamroziński
Maciej Janicki
Maria Janion
Aleksandra Janiszewska
Anna Janko
Tatiana Jankowska
Paweł Jankowski
Michalina Janyszek
Patrycja Jarosz
Alfred Jarry
Józef Szczepan Jasielski
Zbigniew Jasina
Mieczysław Jastrun
Tomasz Jastrun
Marek Jastrząb
Agnieszka Jastrzębska-Piotrowicz
Bartosz Jastrzębski
Radosław Jaworowicz
Wioletta Jaworska
Roma Jegor
Maria Jentys-Borelowska
Zbigniew Jerzyna
Anna Jęsiak
Tobiasz Jirous
Zbigniew Joachimiak
Dawid Jung
Gabriela Juranek
Krzysztof Jurecki
Aleksander Jurewicz
Stefan Jurkowski
Marcin Jurzysta
Maciej Kaczka
Jacek Kaczmarski
Franz Kafka
Patrycja Kaleta
Tomasz Kaliściak
Justyna Kałuża
Krzysztof Karasek
Wanda Karczewska
Katarzyna Karczmarz
Czesław Karkowski
Jacek Karolak
Hanna Karpińska
Katarzyna Kaźmierczak
Gaspar Keresztes
Marek Kęćkowski
Aneta Kielan
Gerd Kiep
Bogusław Kierc
Danilo Kiš
Marian Kisiel
Dorota Klamka
Tomek Klarecki
Beata Patrycja Klary
Jarosław Klejnocki
Jacek Kleyff
Janusz A. Kobierski
Grzegorz Kociuba
Marta Kocus
Krzysztof Koehler
Krystyna Kofta
Ryszard Kołodziej
Wojciech Kołyszko
Tadeusz Komendant
Michał Kononow
Waldemar Kontowicz
Radosław Kopczyński
Stanisława Kopiec
Andrzej Korbiel
Katarzyna Korczak
Ivan Korponai
Mariusz Koryciński
Karolina Kosakowska
Mariusz Cezary Kosmala
Borys Kossakowski
Małgorzata A. Kossowska
Roland Kostrzewa
Grażyna Koszewska
Janusz Kotański
Jacek Kotlica
Michał Kowalówka
Urszula Kozioł
Maciej Kraiński
Jacek Krajl
Jacek Krakowski
Michał Krawiel
Jerzy Krechowicz
Katarzyna Krenz
J.H. Krochovsky
Marta Kruk
Erwin Kruk
Natalia Krzemień
Marek Krzystanek
Zygmunt Krzyżanowski
Paweł Kubiak
Wojciech Kuczok
Jacek Kukorowski
Ilona Kula
Przemysław Kuliński
Karolina Kułakowska
Jan Ryszard Kurylczyk
Eugeniusz Kurzawa
Mira Kuś
Ewelina Kuśka
Agata Kwaśniewska
Agnieszka Kwiatkowska
Grzegorz Kwiatkowski
Kamil Kwidziński
Olga Lalić-Krowicka
Lech Landecki
Hugon Lasecki
Bogusława Latawiec
Lila Latus
Joanna Lech
Jan Ledóchowski
Stanisław Lem
Ryszard Lenc
Zbigniew Leszczyc-Mirosławski
Andrzej C. Leszczyński
Maciej Leszczyński
Janusz Lewoń
Dmitrij Lichaczow
Jerzy Limon
Artur Daniel Liskowacki
Konrad Liskowacki
Ryszard Liskowacki
Piotr W. Lorkowski
Sarah Luczaj
Renata Lukaszczyk
Ly Thuong Kiet
Jurij Łotman
Julia Łukasiak
Tomasz Łukaszewicz
Zbigniew Machej
Mieczysław Machnicki
Piotr Macierzyński
Dawid Majer
Adam Majewski
Sławomir Majewski
Tomasz Majzel
Karol Maliszewski
Miłka O. Malzahn
Anna Małczyńska
Łukasz Mańczyk
Jerzy Marciniak
Agnieszka Marek
Ludmiła Marjańska
Jarosław Markiewicz
Waldemar Marszałek
Basha Maryanska
Agnieszka Masłowiecka
Zbigniew Masternak
Franciszek Maśluszczak
Sławomir Matusz
Ewa Mazur
Mateusz Melanowski
Maciej Melecki
Gdański Mendel
Wojciech Michalec
Piotr Michałowski
Antoni Michnik
Walentyna Mikołajczyk-Trzcińska
Jarosław Mikołajewski
Zbigniew Mikołejko
Jarosław Milewczyk
Monika Milewska
Antun Milinković
Marta Mills
Amin Mirghani
Jan Misiek
Piotr Mitzner
MLB
Leszek Aleksander Moczulski
Agnieszka Moroz
Paweł Mossakowski
Monika Mostowik
Rafał Mostowski
Anna Mrozińska
Arkadiusz Mroziński
Joanna Mueller
Piotr Müldner-Nieckowski
Grzegorz Musiał
Bartosz Muszyński
Ewa Nawrocka
Lidia Nemec Foster
Ninette Nervall
Nguyen Du
Nguyen Trai
Jakub Niedziela
Jerzy Niemczuk
Jerzy Niesiobędzki
Teresa Nietyksza
Boris Nosik
Duško Novaković
Artur Nowaczewski
Andrzej Nowakowski
Lesław Nowara
Małgorzata Nowicka
Wanda Nowik-Pala
Tadeusz Nyczek
Daniel Odija
Grzegorz Ojcewicz
Ewa Olejarz
Erik Trigger Olesen
Tadeusz Olszewski
Ewa Opiela
Przemek Opłocki
Niculina Opréa
Marzena Orczyk
Tomasz Ososiński
Gustaw Ostaszewski
Eda Ostrowska
Patrik Ouředník
Jan Owczarek
Olaf Pajączkowski
Chuck Palahniuk
Orhan Pamuk
Václav Pankovčin
Ewa Paprocka
Ewa Parma
Borys Pasternak
Joanna Paszkiewicz-Jaegers
Antoni Pawlak
Zofia Maria Pągowska
Piotr Perz
Jerzy Perzanowski
Aleksandra Perzyńska
Grzegorz Pęzioł
Mirosława Piaskowska-Majzel
Małgorzata Pieczara
Tomasz Piekło
Magdalena Piekorz
Tomasz Pietrzak
Marian Pilot
Michał Piotrowski
Barbara Piórkowska
Veso Pirnat-Borolski
Mirosław Pisarkiewicz
Stanisław Piskor
Anna Pitra
Anna Piwkowska
Sławomir Płatek
Anna Polat
Ewa Polińska-Mackiewicz
Seweryn Pollak
Ezra Pound
Kamila Pozańska
Lena Preis
Dymitr Prigow
Maciej Piotr Prus
Katarzyna Przewęzikowska
Uta Przyboś
Marek Przybyła
Bożena Ptak
Al Purdy
Raymond Queneau
Marek Radecki
Teresa Radziewicz
Helena Raszka
Andrzej Ratajczak
Grażyna Rauhut
Patrick Raynal
Rainer Maria Rilke
Oben Ristić
Krystyna Rodowska
Stanisław Rosiek
Wojciech Roszkowski
Małgorzata Rozmarynowska
Tadeusz Różewicz
Teresa Rudowicz
Natalia Rusiecka
Dorota Rust
Krzysztof Rutkowski
Andrzej Rybicki
Grzegorz Rybiński
Dorota Ryst
Roman Rzucidło
Bartek Sajewski
Nestow Sakaczbia
Karol Samsel
Paweł Sarna
Marcin Sas
Alan Sasinowski
Friedrich Schlegel
Wolfgang Schlott
Georgia Scott
Eleonora Sekler
Henryk Sekulski
Joanna Sendłak
Jurata Bogna Serafińska
Tadeusz Siejak
Jacek Sieradzki
Adam Sikora
Cezary Sikorski
Marcin Silwanow
Kamil Sipowicz
Krzysztof Siwczyk
Jan Siwmir
Lucyna Skompska
Marta Skoneczna
Josef Škvorecký
Bohdan Sławiński
Tamara Sławny
Joanna Smola
Iza Smolarek
Iwona Smolka
Tomasz Sobieraj
Wioletta Sobieraj
Radosław Sobotka
Ewa Socha
Jan Sochoń
Krzysztof Sokół
Władimir Sołowjow
Ewa Sonnenberg
Kazimierz Sopuch
Jan Stachowski
Edward Stachura
Monika Stasiak
Jolanta Stelmasiak
Janusz Stobiński
Sybilka Storie-Joachimiak
August Stramm
Jan Strękowski
Janusz Styczeń
Jerzy Suchanek
Katarzyna Suchcicka
Rafał Sulikowski
Bartosz Suwiński
Krzysztof Syrek
Marta Syrwid
Agnieszka Syska
Małgorzata Szadkowska-Borys
Wanda Szafran
Jacek Szafranowicz
Leszek Szaruga
Joanna Szczepkowska
Dymitrij Szewionkow-Kismiełow
Andrzej Kuba Szewski
Artur Szlosarek
Arkadiusz Szmołda
Anna Szołtysek-Grzesikiewicz
Szczepan Szotyński
Gustaw Szpet
Wladimir Sztokman
Andrzej Szuba
Dorota Szumilas
Zbigniew Szwaja
Dariusz Szymanowski
Adriana Szymańska
Agnieszka Szymańska
Krystyna Śmiechowicz
Olga Śmiechowicz
Marek Śnieciński
Joanna Tarabuła
Dorota Tarach
Janusz Taranienko
Kacper Tekieli
Łukasz Tenczyński
Natan Tenenbaum
Wacław Tkaczuk
Miroljub Todorović
Krzysztof Tomanek
Artur Tomaszewski
A. Topolska-Właśnie
Tran Nhan Tong
Jan Tulik
Felix Tuszyński
Marcin Tymiński
Joanna Vorbrodt
Slobodan Vukanović
Joanna Wajs
Andrzej Walter
Ludmiła Warpachowska
Fiodor Warpachowski
Roman Warszewski
Dariusz Wasilewski
Andrzej K. Waśkiewicz
Artur Wawryszuk
Adam Ważyk
Beata Wąsowska
André Weckmann
Kenneth White
Janina Wieczerska
Adam Wiedemann
Krzysztof Wierzycki
Kazimierz Wierzyński
Agnieszka Wiktorowska-Chmielewska
Dominika Wilk
Maurycy Witkowiak
Ewa Włodarska-Lorek
Radosław Wnukowski
Cezary Wodziński
Piotr Wojciechowski
Konrad Wojtyła
Agnieszka Wolny-Hamkało
Andrzej Wołosewicz
Wiktor Woroszylski
Jerzy Lucjan Woźniak
Bohdan Wrocławski
Marek Wróbel
Katarzyna Zając
Stanisław Zajączek
Andrzej Zalewski
Kamil Zaszkowski
Tadeusz Zawadowski
Kamila Marta Zawadzka
Piotr Zawadzki
Zbigniew Zawadzki
Władysław Zawistowski
Sergiej Zawjałow
Paulina Zdanowska
Marek Zgaiński
Konrad Ziarkowski
Wojciech Bartłomiej Zieliński
Aleksander Ziemny
Beata Ziółkowska
Edward Zyman
Tytus Żalgirdas
Leszek Żuliński
Andrzej Żurowski
Dominik Piotr Żyburtowicz
Bogusław Żyłko
Ryc. Małgorzata Rozmarybowska

Podobne dokumenty