nr 22 - PDF Pismo Studenckie PDF

Komentarze

Transkrypt

nr 22 - PDF Pismo Studenckie PDF
www.redakcjaPDF.pl
DODATEK SPECJALNY 03/2009
POLSKA DROGA DO EURO
Projekt dofinansowany ze środków
Narodowego Banku Polskiego
grudzień nr 9 (22)/2009 • ISSN 1898–3480 • egzemplarz bezpłatny
pismo warsztatowe Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
Rusza II edycja Akademii fotoreportażu, szczegóły www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
Naczelna strona
Ale
Na wejściu
Karmiciele blogosfery
dziennikarstwo
numer!
03 Połączy czy podzieli środowisko
dziennikarskie Grand Press 2009
oraz Press Club.
04–05 Zapisz to, Kisch! – rozmowa
z Wojciechem Jagielskim
o zawodzie reportera.
kultura & społeczeństwo public relations
euro
foto raport staże
06 Puls redakcji – MaleMan.
07 W praktyce – praca w TV SLD.
08 –09 BLOGosławieni – czym są
blogi, czym będą w przyszłości.
10 Czym jest diaporama?
11 Kolumna Zygmunta
– zdjęcia w szczytnym celu.
Zbigniew Żbikowski
Zostać dziennikarzem? Nic prostszego. Jeszcze
niedawno trzeba było w tym celu zatrudnić się
w jakiejś redakcji lub przynajmniej nazwiązać
z nią współpracę. Dziennikarz bowiem to ten,
który nie tylko dociera gdzie trzeba i zbiera
informacje, ale też je upowszechnia. Bez redakcji
– prasowej, radiowej, telewizyjnej – było to
zasadniczo niemożliwe. (Zasadniczo, bo konspira
wiedziała, jak tę niedogodność omijać). Dzisiaj
wystarczy założyć blog. I już się jest autorem,
redaktorem i wydawcą w jednym.
Dziennikarstwo to zawód otwarty. Nie trzeba
kończyć specjalnych szkół, kursów i aplikacji, by
przystąpić do czynności redakcyjnych. Internet
wszystko łyknie, blog wszystko pomieści. W epoce
fusion, kiedy wszystko z wszystkim można pomieszać i podać jako oryginalny projekt, produkt,
strawę, materiał prasowy, nie trzeba nawet dbać
o czystość gatunkową. Można pisać, co w duszy
gra, łącząc news z felietonem, artykuł publicystyczny z reportażem, recenzję z wywiadem.
Zawsze ktoś to przeczyta, jak nie rodzina, to znajomi, i skomentuje. A gdy takich blogów zaistnieje
million, będzie się mówić o zjawisku.
Blogowanie to już JEST zjawisko, które trudno
ignorować. Zwłaszcza odkąd następuje coraz
bardziej przybierająca na sile migracja autorów
z mediów tradycyjnych do wirtualnej blogosfery.
Chcesz zaistnieć? Pokaż się w telewizji i prasie.
A chcesz zaistnieć naprawdę? Założ do tego
swój blog. Taki jest wymóg czasów i jeśli jest od
niego ucieczka, to tylko na pozycję outsidera. Nasi
studenccy autorzy w „PDF” przyjrzeli się temu
zjawisku i dostrzegli w nim kolosa o wielu wymiarach, a także groźnych cechach, ale przy okazji
zauważyli też jego słabość. Owszem, jest on w
stanie silnie wspierać kreację postaci, autorytetów,
idei i zjawisk, ale sam z siebie nie kreuje indywidu-
I-IV Co było przed euro? Orzeł Biały,
Mikołaj Kopernik czy Stadion
Narodowy na rewersie polskiego
euro? Dodatek specjalny
dofinansowany ze środków NBP.
PLUS
12 PR na świecie, to nadal inny
public relations niż polski.
Różni się. Jak bardzo?
Do końca nie wiem, czy grypa jest sytuacją kryzysową, ale wiem za to,
że gdyby nie media, nie wiedzielibyśmy o grypie prawie nic. Dziennikarze serio potraktowali problem i w większości nie dali się skusić na to, by
całość ujmować tak, jakby świat miał się niebawem skończyć. Daleko nam do sytuacji na Ukrainie, gdzie tamtejszy sztab kryzysowy ogłosił w pewnym momencie, że kończy z zapraszaniem dziennikarzy na codzienne briefingi, ponieważ powtarzają wciąż te same
pytania, w związku z czym spotkania nie mają sensu. Nie wyobrażam
sobie takiej sytuacji u nas z kilku powodów. Po pierwsze – żaden
urzędnik nie zdecydowałaby się odciąć mediów od informacji, do
których wszyscy obywatele powinni mieć dostęp. Po drugie – u nas
dziennikarze stają na wysokości zadania i wymyślają takie pytania, że
epidemiolodzy, immunolodzy i inni specjaliści są w kłopocie, by
sprawnie na nie odpowiedzieć. Po trzecie – na szczęście – nasze
służby sanitarne rozumieją, że dzięki mediom dotrą z ważnymi komunikatami do wszystkich, co byłoby wątpliwe w przypadku, gdyby
sanepid chciał podstawowym środkiem komunikowania uczynić ulotki
informacyjne o grypie, które drukuje z pomocą sieci spożywczej Lidl.
Po którymś z kolei posiedzeniu komitetu ds. pandemii grypy minister
Ewa Kopacz zorganizowała konferencję. Ona, główny epidemiolog kraju,
główny inspektor sanitarny, krajowy konsultant ds. chorób zakaźnych
i szefowa krajowego ośrodka ds. grypy przez ponad godzinę odpowiadali na pytania dziennikarzy. Bardzo precyzyjne pytania. Ile mamy łóżek
na oddziałach zakaźnych, ile respiratorów na intensywnej terapii, jakie są
zapasy leków antywirusowych, z kim resort negocjuje zakup szczepionki. Nie sądzę, by odpowiedzi na te pytania uspokoiły społeczeństwo, ale
jestem pewna, że uświadomiły całemu sztabowi, że media patrzą im na
ręce i jedynie udawanie, że coś się robi nie przejdzie. Nie tym razem. •
13 „Durczok Gate”
– echa rzucania mięsem.
13 Pierwsza Parada Labradorów w
wykonaniu Euro RSCG Sensors.
14–15 Książę i Żebrak 2009
– podsumowanie roku w kulturze.
16-18 Co warto zobaczyć, obejrzeć,
posłuchać, przeczytać?
Subiektywny (jak w każdej
gazecie) przewodnik po świecie
muzyki, teatru, filmu i książki.
19 Miejsce niezwykłe „Miasto
gadających głów”
19 Bez względu na porę roku można
wiosłować w klubach Gymnasiona
zespół redakcyjny:
Roksana Gowin, Magdalena
Grzymkowska, Marcin Kasprzak,
Paulina Pawlak, Julian Tomala,
Julia Steffen, Magdalena
Wasyłeczko, Wioletta Wysocka
interesujesz się PR?
Szukamy
współpracowników.
Kolegia redakcyjne,
każda środa godz. 18:30
Instytut Dziennikarstwa
UW, sala 313 (III piętro)
Organizujesz spotkanie,
festiwal, event, koncert?
Napisz na adres:
[email protected]
Powiadomimy o tym
studentów.
| 02 |
REDAKCJA
redaktor naczelny:
Zbigniew Żbikowski
z-ca redaktora naczelnego
Paweł H. Olek
szefowie działów:
dziennikarstwo: Tomasz Betka
fotografia: Ewelina Petryka
PR: Piotr Zabiełło
kultura & społeczeństwo:
Emil Borzechowski
•
MINUS
Kto dla kogo drukuje?
Piszesz,
fotografujesz,
alności, które by następnie zaistniały w realu, na
przykład w polityce czy sztuce. Na razie. Bo mamy
do czynienia z tzw. sytuacją dynamiczną.
Słabość kolosa zwanego blogosferą tkwi również
w tym, że usadawia się on na końcu „łańcucha
pokarmowego” informacji. Żywi się głównie tym,
co medialni wyrobnicy - dziennikarze informacyjni,
wcześniej zdobyli i upowszechnili. Blogerzy, których
znakomita większość nie dociera do źródeł wiadomości (choćby dlatego, że nie ma jak), wyłapuje po
prostu z przestrzeni wirtualnej to, co już tam krąży,
przeżuwa, wypluwa i puszcza dalej w obieg. Przeżuta
strawa żywi innych uczestników tej wirtualnej uczty,
jeśli nie na blogach, to na forach. I tak to się kręci.
I żeby ta część blogosfery, która chce bądź może
być uważana za prasę mogła się kręcić, muszą dalej
istnieć „zwykli” dziennikarze, znający warsztat swojego zawodu, potrafiący skonstruować każdy materiał prasowy z osobna, umiejący dotrzeć do źródła
danych i przede wszystkim porozmawiać z żywym
człowiekiem, a nie z adresem e-mailowym czy
awatarem ukrytym pod nickiem, który może mówić
co chce, nie ponosząc za to żadnych konsekwencji.
I o tym, jak być takim zwykłym (czytaj: prawdziwym) dziennikarzem opowiada w wywiadzie nasz
„gość specjalny” – Wojciech Jagielski, który wie, jak
uprawiać ten zawód.
współpraca:
Jan Brykczyński, Dominika
Jędrzejczyk, Łukasz Miedziejewski,
Maciej Puchała, Maria I. Szulc
autorskie cykle:
Gdzie sie zaczęłam
- Magdalena Karst-Adamczyk
Zapisz to, Kisch!
- Agnieszka Wojcińska
Kolumna Zygmunta
- Andrzej Zygmuntowicz
Książe i Żebrak – Szczepan
Orłowski, Kajetan Poznański
Dziennikarz, czyli kto?
Zabawne, bo pytanie to stawia Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich.
„Rzeczpospolita” donosi, że SDP szykuje się do napisania raportu
zawierającego podstawowe dane o polskim środowisku dziennikarskim. Pracownicy redakcji mają odpowiedzieć m.in. na pytania o wiek,
wykształcenie, warunki zatrudnienia, wynagrodzenie.
Przy okazji po raz kolejny powróciła dyskusja, kogo właściwie o to
pytać, czyli – kogo uznać za dziennikarza. Bo czy pracownika redakcji,
którego głównym źródłem utrzymania jest działalność dziennikarska
/redaktorska, czy też każdego, kto w jakiś sposób ma do czynienia
z tego typu aktywnością, czyli np. na co dzień pracuje na uczelni,
a z doskoku pisuje w jakimś tygodniku, bądź też osobę, która pracuje
w firmowej gazetce wewnętrznej. Dyskusja ta przypomina debaty, co
było pierwsze – jajko czy kura. W zależności od tego, kto odpowiada
(etatowy czy freelacer), inną podaje odpowiedź.
Jakiś czas temu pojawił się pomysł, by od aktorów wymagać ukończenia szkoły aktorskiej. Pomysł popierali ci, którzy nie mogli pogodzić
się z sytuacją, w której człowiek znikąd, ktoś, kto nigdy nie przekroczył
progu szkoły teatralnej skupia na sobie uwagę milionów widzów. Propozycja jednak przepadła tak szybko, jak się pojawiła, bo nawet sami
jej autorzy zrozumieli, że to wolny zawód i trudno tu o ścisłe wytyczne,
kto może, a kto nie może być aktorem.
Podobnie jest z dziennikarstwem. Teraz bardziej chyba niż kiedykolwiek.
I nie jest to pochwała amatorszczyzny, bo każdy, kto chce ten zawód
traktować serio, musi się uczyć, poświęcać temu mnóstwo czasu, by wypracować zadowalającą odbiorcę i samego autora jakość. I wtedy chyba
ma mniej wątpliwości, czy jest dziennikarzem, czy też udaje, że nim jest. •
Anita Krajewska
grafika, okładka i skład DTP:
Karol Grzywaczewski / [email protected]
Więcej tekstów w portalu
internetowym: www.redakcjaPDF.pl
korekta: Joanna Maria Sawicka
współpraca z serwisem foto:
WYDAWCA:
Instytut Dziennikarstwa
Uniwersytetu Warszawskiego
koordynator wydawcy:
Grażyna Oblas
druk: Polskapresse Sp. z o.o.,
nakład: 10 tys. egz.
adres redakcji:
PDF pismo warsztatowe
Instytutu Dziennikarstwa UW
ul. Nowy Świat 69, pok. 51,
(IV piętro), 00–046 Warszawa,
tel. 022 5520293,
e–mail: [email protected]
stała współpraca:
Teksty na stronach 3, 8, 9 powstały
pod kierunkiem redaktora stażu
redakcyjnego, prowadzonego przez
redakcję PDF, w ramach przedmiotu
Podstawy informacji dziennikarskiej
w Instytucie Dziennikarstwa UW.
dz
dziennikarstwo
w kraju
20 lat „Wiadomości” TVP
Po raz pierwszy program informacyjny TVP 1
o tej nazwie wyemitowano 18 listopada 1989
roku. Serwis zastąpił nadawany w PRL „Dziennik Telewizyjny”. Nowym mottem redakcji
stały się pierwsze słowa wypowiedziane
przez ówczesnego prowadzącego Wojciecha
Reszczyńskiego – „W naszym nowym dzienniku wiadomości będą dobre lub złe, oby tych
ostatnich jak najmniej, ale zawsze prawdziwe”.
Z okazji okrągłej rocznicy „Wiadomości” każdy
może zapoznać się z archiwalnymi wydaniami
serwisu na stronie www.tvp.pl/retro. W załączonej galerii można prześledzić, jak zmieniały
się czołówka i scenografia, ale również jak program stawał się „kuźnią kadr” dla przyszłych
polskich formatów informacyjnych.
Nowy tytuł w segmencie prasy IT
„Mobile Reseller Polska” będzie kwartalnikiem
skierowanym do sprzedawców telefonów
komórkowych, przenośnego sprzętu IT i oprogramowania. Pismo informuje o nowościach na
rynku, zmianach personalnych i przetargach
w sektorach IT i GSM. Kwartalnik wysyłany
jest za darmo instytucjom i osobom powiązanym z branżą. Tytuł liczy 40-50 stron, a jego
nakład wynosi 15 tys. egzemplarzy. Wydawcą
pisma jest Wydawnictwo MiT media, a redaktorem naczelnym Tomasz Cieślak.
Trójka nagrodzi młodych twórców
Program III Polskiego Radia organizuje
akcję „Talenty Trójki”, która ma promować
debiutantów rozpoczynających własne
działania artystyczne w kategoriach: teatr,
film i sztuki wizualne. W kapitule jury zasiądą
znawcy poszczególnych dziedzin sztuki. Akcja
skierowana jest do studentów i absolwentów
uczelni artystycznych. Prace można nadsyłać
do 15 stycznia 2010.
Jeden wspólny newsroom dla Polskiego Radia
Dziennikarze stacji Polskiego Radia mają przygotowywać materiały na potrzeby wszystkich
anten, a redaktorzy będą wybierać te, które
odpowiadają charakterowi anteny, i odpowiednio je montować. – Oczywiście, że dziennikarz
dysponujący dużą ilością czasu przygotuje
dobry materiał, który będzie później cytowany. Niestety, nas na taką pracę w tej chwili
nie stać – powiedział prezes Polskiego Radia
Jarosław Hasiński. Utworzenie wspólnego
newsroomu planował już poprzedni zarząd
z Robertem Wijasem na czele.
XII Wielki Charytatywny Bal Dziennikarzy
Uroczystość odbędzie się 16 stycznia 2010
roku w Auli Głównej Politechniki Warszawskiej.
Organizatorem balu jest Fundacja „Charytatywny Bal Dziennikarzy”, założona w 1998 r.
przez przedstawicieli różnych mediów.
Organizacja skupia się na pomocy dzieciom
potrzebującym wsparcia. Wspomaga zarówno
placówki opieki zdrowotnej, jak i instytucje
opieki społecznej. W ubiegłym roku organizatorom udało się zebrać 180 tys. zł.
Grzegorz Gniszka
dziennikarstwo | Na wejściu
Dziennikarskie laury
Anna Kopcińska, Grzegorz Gniszka
Z końcem roku nadchodzi okres podsumowań i wyróżnień. Także w branży dziennikarskiej przyznaje się wiele nagród. Przeważnie budzących kontrowersje.
Byłoby idealnie, gdyby wyróżnienia te jednoczyły dziennikarzy spod różnych znaków
(wydawniczych) i stanowiły drogowskazy dla
adeptów sztuki dziennikarskiej oraz wpływały mobilizująco na działalność samych redakcji. W polskich mediach
wcale nie jest to regułą, a ubiegłoroczny wybór Bogdana Rymanowskiego na Dziennikarza Roku
pokazuje, że nawet najważniejsza
nagroda – Grand Press – może podzielić środowisko dziennikarskie.
publicystyka, dziennikarstwo śledcze i news.
– Oceniamy teksty, ich jakość, profesjonalizm, sposób przedstawienia tematu. Jest to
zobiektywizowane, ale często się zdarza, że
teksty są nieporównywalne – wyjaśnia zasady
przyznawania nagrody członek kapituły konkursu Jacek Żakowski. Choć o najważniejszym
wyróżnieniu, tytule Dziennikarza Roku, decydują sami dziennikarze, to właśnie ten wybór
najbardziej podzielił w minionym roku środowisko polskich mediów.
Nagrody
i kontrowersje
Jednym z najstarszych wyróżnień
w branży medialnej jest przyznawana pod patronatem tygodnika
„Wprost” Nagroda Kisiela, która
honoruje dokonania w kategoriach: polityk, publicysta i przedsiębiorca. Utworzona w 1990 r.
nagroda w latach 2007-2008 nie
była przyznawana z powodu
protestu kapituły, zarzucającej tygodnikowi
naciski przy wyborze laureatów. Pod egidą
redakcji „Rzeczpospolitej” w 1997 r. powstała
z kolei Nagroda im. Dariusza Fikusa. Ma ona
honorować dążenie do umocnienia wolności i niezależności – fundamentów dobrego
dziennikarstwa. Swoje wyróżnienie przyznają
również studenci dziennikarstwa. MediaTORy
mają wyróżniać ludzi mediów niebojących się
nowych perspektyw i kierujących się w swojej
pracy rzetelnością i profesjonalizmem. Przeciwwagą dla wymienionych odznaczeń jest
tytuł „Hieny Roku”, stworzony przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, aby piętnować łamanie zasad etyki dziennikarskiej.
Najbardziej prestiżowy charakter posiada
od lat nagroda Grand Press, przyznawana od
1997 r. przez branżowy miesięcznik „Press”.
Kandydatów do wyróżnienia zgłaszają redakcje, a jury dokonuje wyboru w siedmiu kategoriach: reportaż telewizyjny, dziennikarstwo
specjalistyczne, wywiad, reportaż prasowy,
W poszukiwaniu
polskiego Pulitzera
Wicenaczelny „Gazety Wyborczej”, Piotr Pacewicz, w słynnym komentarzu „Rymanowski
– Niedziennikarz Roku” ostro skrytykował ówczesny werdykt. „Co takiego ważnego Bogdan
Rymanowski ma do przekazania Polakom? Na
czym się zna? Jakich wartości broni? Co ujawnia, czego byśmy nie wiedzieli?” – pytał. W odpowiedzi byli laureaci konkursu wystosowali
list otwarty, w którym napisali, że nagroda
Grand Press ma dla podzielonego środowiska
dziennikarskiego szczególne znaczenie i jest
wartością, której media nie powinny stracić.
W liście podkreślono też, że w Polsce nie ma
wielu łączących dziennikarzy instytucji, które
pozwalają zbudować mediom coś lepszego.
Sam Bogdan Rymanowski ocenia, że polscy dziennikarze są taką samą grupą zawodową, jak ich koledzy w innych krajach.
– Nagrody, które udało mi się zdobyć, traktuję
jako wyznaczniki rywalizacji z dziesiątkami czy
setkami profesjonalistów. Z ludźmi, którzy są
pewnie lepsi, ale być może zostali niezauważeni albo mieli trochę mniej szczęścia – tłumaczy.
Wydarzenia sprzed roku pokazały głębokie podziały pomiędzy dziennikarzami
i zmusiły do refleksji nad sposobem odbioru
tego typu wyróżnień. Andrzej Skworz, redaktor naczelny miesięcznika „Press”, uważa
jednak, że kontrowersje wokół ubiegłorocznego tytułu Dziennikarza Roku są mocno
wyolbrzymione. – Mówienie, że Grand Press
dzieli dziennikarzy, jest tak samo słuszne, jak
twierdzenie, że sportowców dzielą Igrzyska
Olimpijskie. Nie każdy ma szansę stanąć na
podium, ale to nie znaczy, że nie należy rywalizować o miano najlepszego – przekonuje i przypomina, że w plebiscycie
„Pressu” sędziami są dziennikarze
z prasy, radia, telewizji i Internetu. – Nie ma drugiego konkursu
dziennikarskiego, który tak mocno łączyłby te różne środowiska.
W każdym zawodzie są zawistnicy,
którzy, nie mając szans na zwycięstwo, startują w konkurencji
opluwania kolegów. Doradzam
inne sporty, na przykład długodystansowe biegi – podsumowuje
redaktor.
Ale czy Grand Press może stać
się polskim odpowiednikiem posiadającego niepodważalny prestiż amerykańskiego Pulitzera?
Maciej Mrozowski, medioznawca
z Uniwersytetu Warszawskiego,
ma wątpliwości. – W Polsce nie
jest możliwe stworzenie takiej nagrody, gdyż
nasze środowisko dziennikarskie nie ma tak
rozwiniętego kultu profesjonalizmu. Nie ma
wewnętrznego systemu regulacji, który byłby spójny i niezależny od polityki i czynników
ekonomicznych – ocenia profesor. Zauważa,
że w Ameryce w przyznawanie nagród zaangażowani są nie tylko dziennikarze, ale również wydawcy, co bezpośrednio wpływa na
prestiż konkretnego wyróżnienia. Mrozowski
przyznaje zarazem, że nagroda miesięcznika
„Press” jest w tej chwili zdecydowanie najwyższym i najcenniejszym wyróżnieniem branży
dziennikarskiej w naszym kraju.
Redakcja PDF do tytułu Dziennikarz Roku nominowała w kolejności: Wojciecha Jagielskiego,
Hannę Krall, Małgorzatę Domagalik, Jarosława
Kuźniara, Tadeusza Mosza i Roberta Mazurka.
Jakie reakcje wzbudzi tegoroczna edycja
konkursu Grand Press? Przekonamy się już 10
grudnia, gdy zostaną ogłoszone wyniki tegorocznego plebiscytu. •
Press Club na Krakowskim Przedmieściu
Magdalena Lipińska
W listopadzie rozpoczął działalność pierwszy polski Press Club. Organizacja stawia
sobie za cel wspieranie i doskonalenie
dziennikarzy oraz podnoszenie poziomu
mediów w Polsce. Twórcy fundacji widzą
również szansę na zintegrowanie środowiska dziennikarskiego.
W każdej branży trzeba się rozwijać i iść do
przodu. Takie założenie przyświecało pomysłodawcom utworzenia niezależnej i dosyć
nowatorskiej w polskich realiach organizacji
dziennikarskiej. Co konkretnie chce osiągnąć
ulokowana przy Krakowskim Przedmieściu organizacja i jakie są jej szanse na sukces?
Umożliwić rozwój,
przywrócić misję
Prezes klubu Marcin Lewicki deklaruje, że
podstawowym zadaniem organizacji będzie
umożliwianie dziennikarzom doskonalenia
zawodowego, przede wszystkim poprzez
organizację różnego rodzaju szkoleń. – Począwszy od tych podstawowych, dotyczących poprawności językowej, po bardziej
merytoryczne warsztaty, prowadzone przez
ekspertów, którzy pokażą, że o pewnych
sprawach można myśleć niesztampowo
– komentuje Lewicki.
Z funkcją edukacyjną łączy się zamiar
przywracania dziennikarstwu misji. – Kiedyś
dziennikarstwo miało uczyć ludzi, wskazywać dobre i wartościowe rzeczy. W tej chwili coraz częściej schodzi w tabloidyzację,
świadczącą o powierzchowności tego zawodu – wyjaśnia Jacek Marczewski, fotograf
i członek Rady Press Clubu.
Założyciele fundacji chcą też stworzyć
przyjazne miejsce pracy dla dziennikarzy,
którzy z różnych względów muszą bądź chcą
pracować poza redakcją. Press Club został już
przyjęty do International Association of Press
Clubs i zamierza reprezentować interesy zawodowe środowiska oraz promować kontakty z zagranicznymi mediami.
Selekcja na wejściu
Warto podkreślić, że Press Club to organizacja non-profit, utrzymująca się ze składek,
których wysokość zależy od rodzaju członkostwa. Przykładowo, świeżo upieczeni absolwenci dziennikarstwa płacą miesięcznie
po 30 złotych, a rzecznicy prasowi instytucji publicznych po 300. Prezes fundacji zapewnia jednak, że wykupienie członkostwa
w Press Clubie nie będzie możliwe. – To jest na
razie czysto formalne i kwotowe rozróżnienie, ale my od samego początku założyliśmy
bardzo silną selekcję – tłumaczy Lewicki. Dlatego o przyjęciu nowego członka do fundacji
decydować będzie Rada Press Clubu, która
w tym roku zaakceptuje maksymalnie trzystu członków.
W tworzeniu klubu, do którego nie każdy
może wejść, dostrzega zagrożenie medioznawca Wiesław Godzic. – Wygląda na to, że
Press Club ma być organizacją elity dziennikarskiej, która niejako z góry chce integrować środowisko – zauważa i obawia się, że
w takiej sytuacji klubowi trudno będzie uzyskać szerokie zaufanie. – My nie lubimy elit
w momencie, gdy one same oświadczają, że
nimi są – zaznacza profesor. Dodaje również,
że siła organizacji związanych w polskim
dziennikarstwie z lewicą bądź prawicą jest
trwała i z tego powodu medioznawca nie wróży Press Clubowi sukcesu.
Trochę inaczej odnosi się do powstania klubu Magdalena Bajer, przewodnicząca Rady
Etyki Mediów. Uważa, że każdy wysiłek zmierzający do podniesienia poziomu etycznego
mediów w Polsce jest pożądany. – Jesteśmy
przychylni każdemu działaniu, które wspiera
tę trudną społeczną misję – podkreśla. •
| 03 |
Zapisz to, Kisch! | dziennikarstwo
dziennikarstwo | Zapisz to, Kisch!
Co w tym takiego strasznego?
Przeraża mnie, że muszę mojej mamie tłumaczyć kulisy tego, że prasa pisze o czymś tak,
a nie inaczej. Dla niej to jest informacja, z której buduje sobie poczucie bezpieczeństwa
albo zagrożenia. A my sobie nie zdajemy
z tego sprawy. Zamiast zastanawiać się, co się
ważnego zdarzyło i które informacje wyeksponować na pierwszej stronie, robimy burzę
mózgów, żeby znaleźć coś, co jak najbardziej
zaintryguje czytelnika. Staramy się temu
czytelnikowi przypodobać. Nie uczestniczę
w tym. Pierwsze zło, które się zdarzyło, to to,
że informacja stała się towarem. Ale to nie
koniec. Towar trzeba opakować i dziś to opakowanie jest ważniejsze.
Jeśli w dziennikarstwie pozwolimy na kłamstwo, musimy się pogodzić z tym,
że nie mamy najmniejszego prawa, by wierzyć w jakąkolwiek informację podawaną
przez kogoś mieniącego się dziennikarzem.
Z Wojciechem Jagielskim rozmawia Agnieszka Wójcińska, fotografia: Jan Brykczyński
We wstępie do pana ostatniej książki
„Nocni wędrowcy” uprzedza pan
czytelników, że główni bohaterowie
– Samuel i Nora – to postaci fikcyjne,
stworzone na podstawie realnych. Skąd
pomysł, by wprowadzić je do książki?
I czemu ten zabieg miał służyć?
Wynika z mojego przywiązania do klasycznego dziennikarstwa. Pojechałem do Ugandy napisać o dzieciach-żołnierzach. Dotarłem na północ, do Gulu, do kraju Aczolih i
zobaczyłem, że mój warsztat dziennikarski
jest niewystarczający, żeby napisać reportaż,
jaki sobie założyłem. Nie mogłem tego poznać tak, jak poznawałem różne rzeczy do
tej pory. Nie potrafiłem sobie wyobrazić, jak
to jest być dzieckiem-żołnierzem. Jeśli napisałbym książkę i dla czystości kanonu oraz
świętego spokoju moich czytelników i kolegów nie wspomniałbym, że to są postacie
wyimaginowane, to pani, powodowana ciekawością, mogłaby bardzo łatwo przy pomocy Internetu sprawdzić, że nikt taki nie istniał.
A gdyby przyłapała mnie pani na jednym kłamstwie, do którego się nie przyznałem, miałaby
pani pełne prawo uważać za fikcję wszystko,
co napisałem w książkach i moich materiałach dziennikarskich. Nie dopuszczam fikcji
w dziennikarstwie.
Jak w takim razie traktuje pan tak
często pojawiające się w reportażu
zabiegi typu „mogło być tak” albo
„pewnie było tak”?
Rolą dziennikarstwa jest opisywanie otaczającego nas świata, przynoszenie informacji.
A jeśli reporter pisze, że mogło się zdarzyć coś,
| 04 |
ale ja tego na pewno nie wiem, nie widziałem,
to cóż to jest za informacja? Jeśli to dotyczy
przeszłości, musi to wyraźnie zaznaczyć. Ale
jeżeli pisze „widzę, jak Imam Szamil wstaje
z łoża i woła swego najstarszego syna”, to już
jest kłamstwo. W dziennikarstwie to zupełnie
niedopuszczalne. To nie jest kwestia, na ile
zejdziemy ze ścieżki, która wyznacza kanony
dziennikarskie – na metr, bo uznamy: fajna
forma, to takie ciekawe, czy znacznie dalej.
To kwestia samego zejścia. Jeżeli pani pozwoli mi zejść na krok i uzna pani, że nic się stało
– wymyślił Norę, Samuela, ale grunt, że historie
są prawdziwe, to jaką ma pani gwarancję, że
w następnej książce nie napiszę o rozmowie
z prezydentem Musevenim, która się nigdy
nie odbyła. Mogę przecież przytoczyć tylko
jego prawdziwe słowa z innych wywiadów, a
on nie będzie pamiętał, czy spotkał się z takim
dziennikarzem. Jeśli w dziennikarstwie pozwolimy na kłamstwo, musimy się pogodzić
z tym, że nie mamy najmniejszego prawa, by
wierzyć w jakąkolwiek informację podawaną
przez kogoś mieniącego się dziennikarzem.
Czego zatem powinniśmy jako
czytelnicy wymagać od dziennikarzy?
Ja oczekuję od nich rzetelności, sumienności
i przyzwoitości. Nie ma dla mnie miejsca na
kłamstwo ani w moim dziennikarstwie, ani
w tym, co robią inni, których za dziennikarzy
uważam.
To do jakiego gatunku zaliczyłby pan
w takim razie swoją książkę?
Nie klasyfikuję niczego, z sobą samym włącznie. Pozostawiam to czytelnikom. Uważam, że
„Nocni wędrowcy” nie są reportażem, bo występują w nich postacie fikcyjne. Stworzone
z prawdziwych cech, ale wymyślone. A reportaż jest kanonem dziennikarskim, czyli
nie może kłamać. Bartosz Marzec napisał, że
to jest powieść dokumentalna i to mi odpowiada. Ładne to jest.
Tym samym dotykamy ograniczeń
reportażu.
Uważam, że przekonanie wielu reporterów
i zwolenników reportażu, że to medium doskonałe, które jest w stanie wszystko opisać,
jest aroganckie i nieprawdziwe. Reportaż, jak
wszystko, ma swoje ograniczenia. Po doświadczeniach z tą książką uważam, że często prawdziwsza bywa opowieść, w której są elementy
fikcji, niż gdyby wszystko, co zostało opisane,
miało być od początku do końca prawdziwe.
Gdybym był w tym przypadku wierny kanonowi reportażu, mógłbym z kilkunastu dzieciżołnierzy, których historie poznałem, wybrać
czworo. Gdybym wyliczył dwadzieścioro
dzieci, byłoby to niestrawne. Czyli piętnaście
musiałbym wyrzucić, zrezygnować z tego, co
im się przydarzyło. Przy całym dystansie do
siebie i tego, co robię, uważam, że z tej książki
dowie się pani więcej o dzieciach z Bożej Armii. Albo musiałbym napisać powieść, tylko
nie wiem, czy w powieść ludzie by tak wierzyli.
To było zresztą przekleństwo Kapuścińskiego,
który miał wszystko, by być wielkim pisarzem.
Ale zaczął jako reporter i bał się zrobić ten odważny krok. Bał się, że jak napisze powieść, to
ludzie zaczną tak samo traktować wszystko,
co napisał wcześniej. Żałuję, bo gdyby się na
to zdobył, jego niedoszła trylogia o władzy
mogłaby być klasykiem literatury pięknej.
Co ciekawe, takich obaw nie mieli wielcy
pisarze, którzy zaczynali jako dziennikarze
– Hemingway, Marquez, Capote. Hemingway
w sposób niesamowicie płynny przechodzi
z korespondencji do opowiadań, potem do
powieści, które są może prawdziwszą opowieścią o tamtej rzeczywistości niż jakakolwiek
dziennikarska relacja.
Pan też się na ten krok odważył.
Zrobiłem to świadomie, ale nie dlatego, że
uważałem, że teraz odważnie przekraczam
granicę i będę pisał literaturę piękną. Głowiłem się nad tym, myślałem – zostawię Samuela i Norę, komu to będzie przeszkadzać.
A potem stwierdziłem: a jeśli znajdą się trzy
osoby, które sprawdzą, to jak mogę im to robić? Uznałem, że mniejszą szkodą jest przyznanie się do tego na początku. A jak tę książkę, która wkrótce zostanie przetłumaczona
na język angielski, kupi ktoś stamtąd. Myślę
o tym. To nie ma nic wspólnego z manią wielkości, poczuciem, że będę wielkim pisarzem,
którego książki będą kupować w malutkim
miasteczku Gulu. To jest odpowiedzialność
za słowo. Lepiej, żeby dziennikarz nie umiał
pisać, niż żeby jej nie miał.
To ważne, co pan mówi, bo mam
wrażenie, że coraz więcej zaniedbania
pojawia się nawet w drobnych
informacjach prasowych.
Żyjemy w kłamstwie rozpowszechnianym
przez tych, którzy kłamać nie powinni. Coraz
luźniej czuję się związany z tym środowiskiem.
Nie lubię dzisiejszego dziennikarstwa.
Za co?
Dziennikarze dziś zajmują się kreowaniem
własnych postaci, a nie pisaniem o tym, co
nas otacza. Dopuszczają się kłamstwa. Blogi
są dla mnie zwierciadełkiem, które wyzwala w nas najgorsze rzeczy. To pamiętnik, ale
nie dla siebie, tylko pisany w nadziei, że ktoś
go przeczyta. Dziennikarze chorują na kompleks sławy. Odnoszę wrażenie, że dziś jedną
z głównych motywacji do wykonywania tego
zawodu jest to, by w szczytowym momencie
kariery zostać zaproszonym do programu
typu „Taniec z gwiazdami” albo znaleźć się na
kanapie u Kuby Wojewódzkiego. To ma być
potwierdzeniem tego, że jesteśmy wielcy.
Już nawet mnie to nie śmieszy ani nie zniesmacza, ale po prostu przeraża.
Czy bycie korespondentem wojennym
nie jest trochę taką zabawą dla
dorosłych chłopców, poszukiwaczy
wrażeń, adrenaliny?
Mam nadzieję, że w moim przypadku nie. Jeżeli korespondenci jadą na wojnę dla potrzeby przygody, to co opowiedzą czytelnikom?
Nie mogę uwierzyć, by ktoś miał czelność
opowiadać o tym, co sam przeżył, a nie o tym,
co ludzie przeżywają naprawdę. Choć zdaję
sobie sprawę, że na wojny niektórzy jeżdżą,
bo naoglądali się filmów i sobie wyobrażają,
że korespondenci to mocni faceci w bandanach, którzy idą na front, a wieczorem tęgo
chleją whisky, żeby odreagować. Bzdury,
z których powinno się wyrastać, mając dwanaście-trzynaście lat.
Mam wrażenie, że takim typem
korespondenta był trochę Waldemar
Milewicz.
Nie byłem najlepszego zdania o dziennikarstwie, które proponował, co zresztą wprost
mu mówiłem. Był klasycznym celuloidowym
korespondentem wojennym. Zamiast dziennikarzem, powinien być bohaterem filmu
fabularnego. To zresztą kompleks wielu tak
zwanych korespondentów wojennych, którzy bardziej chcieliby być bohaterami filmów
albo własnych materiałów. A to się nie może
udać. Kiedyś żartowałem, że gdybym miał
być właścicielem jakiejś telewizji, to na swojego korespondenta zaangażowałbym za
wszelkie pieniądze Bogusława Lindę. Jemu
żaden by nie podskoczył. No niech pani powie, kto byłby lepszy?
Pisze pan w książce, że nie czuje się
niezręcznie, rozmawiając z osobami,
które zabijały lub zlecały zabijanie. Jak
to możliwe? Staje pan przed kimś, wie,
że to morderca i co?
Jadę tam jako dziennikarz, nie jako osoba
prywatna. Moją rolą nie jest potępiać, resocjalizować, namawiać do dobrego albo do spowiedzi, chociażby dlatego, że nie mogę dać
rozgrzeszenia, ale zrozumieć jego pobudki, to,
kim jest, jak stał się zbrodniarzem. Zawsze dziwiło mnie podejście dziennikarzy, którzy nie
chcą rozmawiać z tym albo tamtym. Kto im dał
prawo, żeby o tym decydować. Jako czytelnik
chcę dostać obraz świata z tym zbrodniarzem,
który mi zagraża. Jeśli jestem piekarzem, moją
rolą jest dostarczenie ludziom chleba albo bułek. Rolą dziennikarza jest dostarczenie równie świeżej informacji.
Przeraża mnie, że
muszę mojej mamie
tłumaczyć kulisy
tego, że prasa pisze
o czymś tak, a nie
inaczej. Dla niej to jest
informacja, z której
buduje sobie poczucie
bezpieczeństwa albo
zagrożenia.
Ale jak taką rozmowę poprowadzić,
że rozmówcy się przed nami odkryli?
Moje rozmowy ze zbrodniarzami przypominają podchody. Wiem, że nigdy mi nie powiedzą
wszystkiego, co w nich jest. Mówią mi to, co
chcą, albo to, co muszą. Moją rolą jest dostrzeżenie w tych skrawkach czegoś, co uznam za
klucz do tej postaci. Mam coraz większe przekonanie, że dziennikarzy szkoli się z warsztatu,
z wiedzy o różnych obszarach, o polityce, ale
całkowicie pomijany jest aspekt ich umiejętności psychologicznych. Myślę, że gdybym
był dyplomowanym psychologiem, może
nawet z praktyką, znacznie prościej byłoby
mi rozgryźć bohatera. Choćby po pewnych
jego zachowaniach, mowie ciała, po tym, że
jest nadpobudliwy. Żeby poznać człowieka,
zrozumieć, co mu w duszy gra, nie potrzebuję ekonomii politycznej. Gdyby przyszedł do
mnie piętnastolatek i powiedział, że chce się
zajmować reportażem, powiedziałbym mu
– synu, idź na psychologię, potem może jeszcze na historię, poucz się języków. Nie potrzebujesz papierów dziennikarskich.
A czemu pisze pan, że znacznie trudniej
się panu rozmawia z ofiarami?
Bo one oczekują współczucia. Rozmawiając
z dziennikarzem, spodziewają się, że po tej
rozmowie nastąpi jakaś odmiana ich losu.
Szczególnie w krajach biednych dziennikarz
jest figurą. W krajach byłego Związku Radzieckiego uchodźcy traktowali mnie jak urzędnika państwowego, który gdzieś zaraportuje
o ich sytuacji. Zresztą pytać o szczegóły kogoś, kto zabijał, jest łatwiej, niż dopytywać
o nie kobietę, która właśnie straciła męża.
Ale jakoś musi pan te informacje z nich
wydobywać?
Nie potrafię postępować z ofiarami. Czasami
rozmawiam z nimi wiele razy, współczuję,
czekam, aż się wypłaczą. Najczęściej modlę
się, żeby w czasie ich opowieści padło od razu
wszystko, żeby sami mi to opowiedzieli.
A jak nie opowiedzą?
Na początku przepraszam i uprzedzam, że
nie chodzi tylko o to, żebym ja się tego dowiedział, ale te szczegóły są bardzo ważne
dla wiarygodności opowieści. Dlatego, jak
będziesz opowiadać, powiedz jak to było,
czy to był wieczór czy nie, co się wtedy działo. Tak przygotowuję, zanim ta osoba się nie
rozpadnie. Zazwyczaj jest tak, że zanim dojdzie do najgorszego momentu, wiele rzeczy
mi opowie. Czasem nawet jest w takim nastroju, że śmiejemy się, mówi na przykład: był
ser na kolację, bo mąż nie kupił miodu. Ale
jeśli ktoś mi chlipie i potrzebuje głównie pocieszenia, nie potrafię z nim postępować. Bo
co, pocieszę go, a potem powiem: to wróćmy
jeszcze do tego? Może dlatego wolę pisać
o tych, którzy nie zasługują na współczucie.
W książce pisze pan, że z Samuelem też
się ciężko panu rozmawiało. Nie chciał
pan zostawać z nim sam na sam?
Nie lubię przeprowadzać wywiadów. Zdecydowanie wolę rozmawiać z kimś o kimś
innym. Wtedy nie mam oporów, pytam
o wszystko. Najbardziej odpowiadało mi, gdy
o tych chłopcach opowiadały mi ich opiekunki. A gdy mówiły: on tam siedzi, sam go
zapytaj, wykręcałem się, że nie zna wystarczająco angielskiego. To było prostsze.
Ale jednak dochodziło do sytuacji,
w których był pan sam na sam
z tymi chłopcami. Opisuje pan, jak
jednego zabrał na obiad i siedzieliście w
restauracji obok jego byłych dowódców.
To zawsze było niezręczne. Z jakimkolwiek
obcym dzieckiem niezręcznie jest zostać sam
na sam. A co dopiero z dzieciakiem, który ma
tyle za sobą. O czym mam rozmawiać z chłopakiem, o którym wiem, że zabijał, cierpiał?
O piłce nożnej? Czy widział mecz? To absurdalne. Było drętwo, panowało milczenie. Czasem mówili w swoim języku nazwy wiosek,
z których pochodzili. Ja ich nie rozumiałem,
dopytywałem się, przekręcałem słowa. Wtedy oni wybuchali śmiechem i już było łatwiej.
Najgorzej było, jeśli ktoś był śmiertelnie poważny i sprawdzał, czy jestem zadowolony
z tego, co on mówi. Do tego potrzebne jest
właśnie przygotowanie psychologiczne.
Pisze pan, że w którymś momencie już
miał pan dosyć, ale jednocześnie czuł
pan, że oni chcieli jeszcze – kontaktu,
zaangażowania. Jak wyczuć chwilę,
kiedy pora kończyć taką relację?
Przy tego rodzaju dziennikarstwie, jakie uprawiam, człowiek się angażuje. W Ugandzie,
tak jak wcześniej w Czeczenii, kiedy już w to
wszedłem, poznałem, czułem, że nie mogę
wszystkiego po prostu zostawić. Wyjeżdżałem
i wracałem. Zazwyczaj nie mam problemu
z rozdzieleniem swojej prywatności i roli dziennikarza. Tam chowałem się za tę rolę, bo oczekiwania wobec mnie jako osoby prywatnej
były zupełnie inne. Zobaczyłem, jak niewiele
potrzeba, by komuś pomóc. Z drugiej strony
nie miałem przyzwolenia tych, z którymi żyję,
żeby z któregoś wyjazdu wrócić z małym Murzynkiem i powiedzieć: to wasz braciszek. Nie
miałem prawa skazywać mojej rodziny na takie trzęsienie ziemi, tylko dlatego, że zdecydowałem się wykonywać taki, a nie inny zawód.
Dlatego wkroczyłem w coś, a potem z tego
wyszedłem tak, jak robią dziennikarze. To podejście wpisane w egoizm i arogancję tego
zawodu. Ważna jest moja opowieść, a nie to,
co się stanie z moim bohaterem.
Ale jak pan się wycofuje z tych relacji?
Wydaje mi się to bardzo trudne.
To klasyczna ucieczka. Podejrzewam, że tak
ucieka się ze związku, który zaczyna dokuczać, a nie potrafi się powiedzieć: już nie
mogę z tobą być. Wykręca się, coś obiecuje,
mówi się, że się wyjeżdża, bo się musi, że się
przyjedzie w przyszłym roku. I nie przyjeżdża
się. Wszyscy wiedzą, że tak będzie.
Pisze pan, że ma pan na swoim koncie
mnóstwo takich niezałatwionych
wątków.
Zaniedbuje się tego rodzaju znajomości. Myślę, że może to takie moje przekleństwo, że
nawet z fotoreporterem Krzysztofem Millerem, z którym jeżdżę od kilkunastu lat i wiele
razem przeszliśmy, nie jesteśmy kumplami.
Spotykamy się na lotnisku, a w Warszawie nie
widujemy się w ogóle. Ludziom trudno w to
uwierzyć. A niekoniecznie to, że robi się coś
razem, oznacza, że istnieje się w tym samym
świecie. Samuel znalazł się w moim świecie,
ale to nie znaczy, że miał w nim na zawsze pozostać. Po pewnym czasie on uwierałby mnie
tak samo, jak ja jego. A może tylko ja jestem
takim egoistą, który chętnie wpada do innych,
ale do siebie niekoniecznie ich zaprasza?
Ale jednak zastanawia się pan w książce
– opisywać świat czy go zmieniać?
Ja się nie zastanawiam. Piszę o rozterkach,
które towarzyszą dziennikarzom, którzy uważają, że naszą rolą jest coś zmieniać w świecie,
że w zderzeniu z okrutnym światem dziennikarstwo jest nieważne. Ja traktuję je śmiertelnie poważnie. Wywiązuję się z dziennikarskich
obowiązków najlepiej, jak mogę, i uważam, że
spełniam się w tej roli. Nie w sensie satysfakcji,
ale robienia tego, co dziennikarz robić powinien – informowania swoich czytelników jak
najpełniej, jak najrzetelniej i jak najuczciwiej.
A pisanie o duszy nie wchodzi już
w obszar tego „może być tak”, którego
pan nie akceptuje?
Wymyka się poza mój kanon ortodoksyjnego
dziennikarstwa. Można opisać, ile coś ma centymetrów szerokości, długości, ale próba opisania czyjejś osobowości jest ryzykiem. Nawet
jeśli układamy tę osobowość z wielu klocków,
to jest to nasz twór, próba odtworzenia wnętrza człowieka. Czytelnik dzięki temu potrafi
sobie kogoś lepiej wyobrazić, ale jednocześnie ten trzeci wymiar może być kompletnie
nieprawdziwy. Jednak moim zdaniem to ryzyko powinno się podejmować, bo dwuwymiarowy obraz jest strasznie spłaszczony.
Ma pan rodzinę, syna w wieku Samuela.
Jak ona znosi rozłąkę? I jak pan znosi
samotność?
Nigdy nie czułem się samotny, choć uświadamiam sobie, czym samotność mogłaby być.
Mam to szczęście, że podróżuję z fotoreporterem i gdy pojawia się samotność, mogę ją
od razu spłoszyć. A przede wszystkim mam
z kim o tym wszystkim rozmawiać. Tym kimś
jest moja żona. Z temperamentu Grażyna jest
dziennikarzem bardziej niż ja. Często popycha mnie do wyjazdu. Dziś wiem, że to nie ja
zapłaciłem najwyższą cenę za to, co robiłem
i robię, ale właśnie ona. Zna moje wyprawy w
najdrobniejszych detalach, co z jednej strony
ułatwia jej czekanie, ale z drugiej na pewno
nie uspokaja.
Jacek Hugo-Bader powiedział mi, że
może robić to, co robi, bo ma rodzinę, w
domu wszystko gra. Czuje pan podobnie?
Bycie samotnym odpada. Trzeba to robić dla
kogoś. Ja to wszystko robię dla mojej żony.
Wojciech Jagielski
(ur.1964) – Dziennikarz „Gazety Wyborczej”.
Świadek najważniejszych wydarzeń
politycznych przełomu wieków na całym
świecie. Relacjonował rozpad rosyjskiego
imperium, załamanie się apartheidu w RPA,
połączenie Hongkongu z Chinami, wojny,
zamachy stanu, upadki dyktatorów w Afryce
i Azji. Autor książek o Kaukazie („Dobre
miejsce do umierania”, 1994), o Afganistanie
(„Modlitwa o deszcz”), o Czeczenii
(„Wieże z kamienia”, 2004) i o Ugandzie
(„Nocni wędrowcy”, 2009). Jego książki są
tłumaczone na włoski, hiszpański, angielski,
niderlandzki. Mieszka z żoną i dwoma
synami pod Warszawą.
| 05 |
Redakcja prasy i książęk - X edycja, szczegóły www.szkolnictwo-dziennikarskie.pl
Piszę dla żony
Jak to się stało, że zajął się pan
tematyką wojen?
Wybrałem dziennikarstwo zagraniczne, a wojny są ukochanym tematem tej profesji. Pociągał mnie trzeci świat, Afryka. Trafiłem do PAP-u
i tam zaproponowano mi, żebym zajmował
się Kaukazem i Azją Środkową, potem do
„Gazety Wyborczej”. Zacząłem jeździć, głównie na wydarzenia dramatyczne – rewolucje,
zamachy stanów, czasem wybory, najczęściej
wojny. Bardzo mnie one zainteresowały. Sytuacje wojenne są prostsze, wszystko łatwiej
się odkrywa, bo w sytuacjach ekstremalnych
ludzie zachowują się ekstremalnie. Ale mierzi
mnie bycie korespondentem wojennym, który ogranicza się do odznaczania w kajeciku: to
już moja czterdziesta czwarta wojna. Staram
się myśleć o tym, co widzę.
Jak pan rozmawia ze zbrodniarzami?
Normalnie. Pytam o wiele różnych rzeczy.
I czekam na okazję, kiedy z rozmówcy wyjdzie
prawdziwa twarz. Wielu ludzi, którzy prowadzą
wywiady, używa agresji. Zapędzają rozmówcę
w kozi róg, licząc na to, że on taki osaczony,
popełni jakiś błąd. Ja tak nie potrafię. Raczej jak
widzę w czasie rozmowy, że z kogoś wychodzi
jakaś skłonność i on chce o tym opowiedzieć,
to mu pozwalam. Jak pogalopuje w tę stronę,
wiele możemy się o nim dowiedzieć. Dam pani
przykład rozmowy, nie mojej, którą uważam za
przegapioną pod tym względem. Wszystkich
fascynuje demoniczna postać Władimira Putina. Nasz redaktor naczelny robił z nim wywiad
na Kremlu. Rozmawiali o wojnie, komunizmie,
papieżu. Aż w którymś momencie zeszło na literaturę i Putin powiedział, że jego ulubionym
rosyjskim pisarzem jest Dostojewski. Nie wiem,
jak bym się zachował, będąc na miejscu Adama
Michnika. Ale jako czytelnik uznałem, że trzeba
było zostawić inne tematy i zadać pytanie, który z bohaterów Dostojewskiego jest jego ulubionym i dlaczego. Może by wyszło to wszystko, czego wprost nigdy by nie powiedział.
Puls redakcji | dziennikarstwo
dz
dziennikarstwo
na świecie
Olimpiada w High Definition
Firma Panasonic, oficjalny światowy partner
olimpijski, dostarczy podczas Zimowych Igrzysk
Olimpijskich w Vancouver zaplecze audiowizualne HD i zapewni wysokiej jakości transmisję
telewizyjną. Po raz pierwszy w historii obraz
w wysokiej rozdzielczości będzie również
dostępny na telebimach na wszystkich arenach
igrzysk. Ponadto Panasonic stworzy centrum
wideokonferencyjne HD i umożliwi sportowcom
komunikację z mediami bez konieczności podróżowania pomiędzy wioskami olimpijskimi.
YouTube Direct
Nowa platforma firmy YouTube umożliwia
mediom pozyskiwanie, przeglądanie i retransmitowanie filmów wideo przygotowywanych
bezpośrednio przez użytkowników. Aplikacja
open-source pozwala też na selekcję najlepszych materiałów i umieszczanie ich na własnej
stronie internetowej, a nawet na wykorzystywanie filmów na antenie. Z YouTube Direct
korzystają już między innymi ABC News, „The
Washington Post” i National Public Radio.
„Bild” dla młodzieży
Axel Springer przygotowuje młodzieżową wersję
sensacyjnego dziennika „Bild”. Nie jest jeszcze
znany termin rynkowego debiutu pisma, ale
wiadomo, że wcześniej zostanie rozprowadzonych kilka numerów testowych gazety. „Bild” jest
największym dziennikiem Springera oraz najlepiej
sprzedającym się tabloidem w Europie.
Murdoch chce się odciąć od Google
Australijski potentat medialny zastanawia się
nad usunięciem z wyszukiwarki Google wszystkich witryn internetowych należących do News
Corporation. Wynika to z faktu, że technika
indeksowania stron daje czytelnikom możliwość
darmowego dostępu do płatnych artykułów,
na przykład na serwisie „Wall Street Journal”.
Kilka miesięcy wcześniej Murdoch zadeklarował
koniec ery darmowego dostępu do informacji
prasowych w sieci.
Serwis „Timesa” płatny od wiosny
Potwierdzeniem słów szefa News Corporation
będzie wprowadzenie opłat za dostęp do
internetowych zasobów dziennika „The Times”.
Czytelnicy będą mieli do wyboru zapłacenie za
miesięczny abonament albo za 24-godzinny dostęp do serwisu. Ceny pakietów nie są jeszcze
znane. Wprowadzenie opłat nastąpi najprawdopodobniej wiosną przyszłego roku.
Oprah Winfrey odchodzi na emeryturę?
Nadawany od 25 lat kultowy amerykański program „Oprah Winfrey Show” będzie się ukazywał
tylko do września 2011 roku, a jego prowadząca
zapowiedziała zejście ze szklanego ekranu. Oprah
Winfrey to jedna z najbardziej opiniotwórczych
i rozpoznawalnych prezenterek w Stanach
Zjednoczonych. Nieoficjalnie wiadomo, że Winfrey
zamierza zająć się produkcją własnego filmu, a
także stworzeniem nowego kanału telewizyjnego.
Tomasz Betka
| 06 |
Męski mężczyzna
wielkomiejski
„Malemen” to alternatywa dla tych, którzy od
męskiego pisma oczekują czegoś więcej niż triady seks,
samochody i piłka nożna. Kierowany jest do mężczyzn
sukcesu, którzy znają swoją wartość, osiągnęli pewien
status społeczny i wreszcie tych, którzy do takiej pozycji
aspirują. „Malemena” modnie jest czytać w metrze, czy
nosić go pod pachą. Odwiedziliśmy redakcję magazynu,
by dowiedzieć się, jak powstaje to, co czyta „młody lord
na jachcie w Saint-Tropez” w wersji warszawskiej.
Marcin Kasprzak
Uprzedzono mnie, że redakcja „Malemena”
znacznie różni się od innych. Redaktorzy rozstrzeleni są właściwie po całym świecie, a spotykają się tylko na okazjonalnych kolegiach redakcyjnych. Przy wejściu do budynku nie ma
żadnego logo, żadnej informacji. Wewnątrz
–domowa atmosfera. Sterty archiwalnych numerów magazynu, gigantycznych rozmiarów
monitory, na ścianie plakat Magdy Mołek. Przy
biurkach dwie osoby: grafik i sekretarz redakcji. Dwie kobiety. Choć tytuł pisma zwiastuje
zupełnie coś innego, w redakcji pracuje wiele
kobiet. Magazyn nie jest zagraniczną kalką,
jak „Playboy” czy „CKM”. Nie musi trzymać się
narzuconych szablonów i reguł. – Jest to pismo, w którym można sobie na więcej pozwolić. To prawdziwy komfort pracować w tego
typu redakcji – stwierdza Joanna Nojszewska, redaktor z wieloletnim doświadczeniem
w branży dziennikarskiej. Na dowolność mogą
sobie również pozwolić osoby zajmujące się
grafiką. – Brak narzuconego layoutu pozwala
realizować własne pomysły, bawić się formą,
dodając magazynowi specyficznego charakteru – dodaje Agnieszka Skopińska, współodpowiedzialna za grafikę.
Cena w cenie
Po ukazaniu się pierwszego numeru „Malemena” krytykowano go właśnie za problemy
z nawigacją. Trudno było oddzielić reklamę od
tekstu, czy doszukać się kontynuacji artykułu.
– Po trzecim numerze zmieniono jednak grafika, layout uległ wielu modyfikacjom, nabrał
przejrzystości i światła – broni się Agnieszka
Skopińska. „Malemen” składa się z trzech rodzajów papieru: okładki o wysokiej gramaturze,
papieru kredowego, a także działu Inbetween drukowanego na papierze ekologicznym.
Czytelnicy magazynu krytykowali fakt, że tak
ekskluzywne pismo jest zszywane, a nie sklejane. – Przecież magazyny zszywane są wyżej
pozycjonowane na rynku, poza tym nie rozpadają się po dwukrotnym przeczytaniu – uważa
Katarzyna Zielanka z działu reklamy. Ważnym
aspektem kształtującym wyobrażenie o piśmie
jest cena. Pierwsze numery „Malemena”, gdy
był on jeszcze kwartalnikiem, kosztowały 29 zł.
Gdy zmienił format na dwumiesięcznik, koszt
pisma zmalał do 19 zł. Mimo to nadal pozostaje
najdroższym tytułem w tej grupie tematycznej.
– Być może taki był zamysł. Jednak to nie tylko
cena miała nakreślać sylwetkę potencjalnego
czytelnika. Już po przekartkowaniu widać, że
„Malemen” nie jest dla każdego – zauważa
Magda Kukawska z działu reklamy
.
To dla kogo?
‑ „Malemen” stara się celować w Polaków,
którzy interesują się czymś więcej niż tym,
aby pracować, wypić piwo i iść spać. Za-
spokajamy pewne potrzeby kulturalno-rozwojowe – zauważa Joanna Nojszewska.
– „Malemena” czyta mężczyzna o określonym statusie, którego stać na rozrywki, jakie
mu polecamy. Nie interesuje go, jak wypaść
na rozmowie o pracę, bo zapewne ma ją już
dawno za sobą, a być może przeprowadza
ją od drugiej strony. Ponadto jest na takim
etapie życia, że nie liczą się tylko pozycja
i pieniądze, a jednak coś więcej – dodaje.
Dział marketingu wskazuje jednak określony target. – Przynajmniej dwudziestopięciolatek, z dużego miasta, który lubi wydawać
pieniądze, wyjeżdża zagranicę, ma dobry
samochód – wylicza Magda Kukawska.
– Spotykam się z opiniami, że „Malemen”
skierowany jest nawet do grupy „35 plus”
– mówi Joanna Nojszewska. – Warto dodać,
że magazyn adresujemy przede wszystkim
do mężczyzn, ale także do kobiet, które stanowią pokaźne grono wśród naszych czytelników – dodaje.
Reklama na miarę
Na pierwszy rzut oka pismo przytłacza ilością reklam. Po dokładniejszym zapoznaniu
się czytelnik zauważa jednak, że ich natężenie nie jest aż tak duże, gdyż znaleźć je
można przede wszystkim na początku pisma. Przykładowo, w szóstym numerze, na
150 stron reklamy stanowią ok. 20 proc., co
nie jest wysokim wynikiem. – Reklamy są
dobrze wyselekcjonowane, podporządkowane sprecyzowanemu targetowi. Naszą
ambicją było, aby w piśmie znajdowały się
reklamy wyjątkowe, „szyte na miarę”, a nie
materiały z różnych kampanii, które krążą
po mieście. Oczywiście, na razie nie udaje
nam się tego zrealizować w stu procentach
– zauważa Magda Kukowska z działu reklamy i marketingu. Ceny reklam w „Malemenie” są porównywalne do cen w konkurencyjnych tytułach. Zważywszy na majętne
grono czytelników i lifestylowy charakter
pisma, chętnych do zamieszczania reklam
nie powinno brakować nawet w dobie kryzysu. – W wielu pismach dużą część stanowią teksty czysto PR-owskie. My staramy się
unikać tego typu praktyk, a gazetę tworzyć
od podstaw, według naszego uznania – zauważa Joanna Nojszewska.
Woman they love
„Malemen” stara się uchwycić wszystkie
aspekty życia nowoczesnego mężczyzny.
Moda, podróże (rewelacyjny dział MM Concierge), ciekawostki, lecz przede wszystkim
osobowości. Sesje znanych mężczyzn i kobiet
są jedną z mocniejszych stron magazynu. Zawsze zrealizowane z pomysłem i ze smakiem,
szokują (Magda Cielecka, która tylko pozornie
się rozebrała), straszą (zakrwawiony Paweł
Małaszyński) czy bawią (Tomek Makowiecki
je kanapkę). Dział „Woman we love” to zapis
rozmowy z ciekawymi kobietami, takimi jak
Anna Przybylska czy Magda Mołek. Wywiady
przeprowadzane są inaczej niż w innych gazetach. Nie skupiają się
na skandalu, wyciąganiu
pikantnych informacji.
– Teksty w naszym piśmie są taką antytezą dla
wywiadów w pismach
damskich. Staraliśmy się,
aby były one surowe, bez
zbędnych ozdobników.
Poza tym my po prostu
lubimy naszych gości
– mówi Joanna Nojszewska. Decyzje dotyczące
zapraszania określonych
osób zapadają podczas
wspólnych spotkań. Pani
redaktor przyznaje jednak, że ważnym aspektem jest oryginalność.
– Unikamy przedstawiania osób, którymi mamy
przesyt, które zbyt często pojawiają się w innych mediach – dodaje.
Facet überseksualny
Magazyn przetrwał pierwszy rok. Utożsamiany jest z całą pewnością z redaktorem naczelnym pisma, którym jest Olivier Janiak. Pismo
wyznacza trendy, przedstawia różne sposoby spędzania wolnego czasu, proponuje
to, na co można wydać pieniądze. – Przede
wszystkim zawiera dużo tekstów. Mężczyźni
chcą czytać. W dobie Internetu w gazetach
pojawia się coraz mniej treści. Badania wykazały, że tekst internetowy powinien być jak
najkrótszy – zauważa Joanna Nojszewska. Na
przeciw oczekiwaniom wyszedł „Malemen”.
Obawy dotyczące wprowadzenia takiego
tytułu na rynek polski okazały się nieuzasadnione. Polski mężczyzna zmienia się. Nie
jest już drwalem oderwanym od siekiery.
Jest zadbany, dobrze ubrany, drogo pachnie
i nie lubi nosić skarpet do sandałów. – Zmiana dotyczy szczególnie młodego pokolenia.
Być może niektórzy 50-latkowie nadal lubią
swoje siateczkowe podkoszulki włożone
w spodnie, jednak młodzi mężczyźni mają
świadomość swojego wyglądu. Kultura wytworzyła typ überseksualny. Np. George Clooney – jest nieco wymuskany, lecz nadal bardzo męski – komentuje Joanna Nojszewska.
„Malemen” mniej archetypowo pokazuje
mężczyzn. Stara się nie generalizować, nie
wpędzać w kompleksy. Być dodatkiem do
atrakcyjnego życia, które prowadzą jego
czytelnicy. Polacy stali się coraz bardziej zamożni, otwarci na świat. Właściwie dlaczego
więc tytuł polskiego pisma to „Malemen”,
a nie np. Świat Mężczyzny? Być może twórcy
mają nadzieję, że pismo doczeka się swojej
kopii zagranicą? Ma na to szansę. •
sp
staże
& praktyki
Networking na SGGW
Zainteresowani e-marketingiem będą mogli
uczestniczyć w bezpłatnych warsztatach
„Internet, wizerunek i cała reszta – czyli dobre
i złe pomysły na promocję w sieci”. Tematy
poruszane podczas spotkania będą dotyczyły
budowania własnego wizerunku, narzędzi promocji oraz tego, jak ułatwić sobie znalezienie
pracy w sieci. Spotkanie odbędzie się 7 grudnia
w godz.19.00-21.00; Stary Kampus SGGW,
budynek nr 8, sala konferencyjna 112. Więcej
o tym wydarzeniu na stronie www.aipsggw.pl
Urodzony w 1989
Do końcu roku można nadsyłać eseje w
ramach konkursu literackiego „Born in 89”.
To projekt, który ma na celu upamiętnienie
wydarzeń historycznych jesieni 1989 roku
poprzez ukazanie, w jaki sposób młodzi
ludzie pokolenia ’89 odnajdują się w nowej
rzeczywistości. Urodzeni w tym pamiętnym
roku mają szansę wyrazić swoje nadzieje,
oczekiwania, obawy oraz refleksje dotyczące
przyszłości. Eseje na ten temat powinny
zawierać nie więcej niż 1500 słów. Można je
sporządzić w języku polskim, angielskim lub
rosyjskim. Zgłoszenia należy przesłać na adres: [email protected] lub listownie: EBRD
Communications Department, One Exchange
Square, London EC2A 2JN, z dopiskiem „Born
in ‘89”. Zwycięzców wyłoni międzynarodowe
jury. Nagrodą główną będzie tygodniowy
staż w redakcji gazety „Financial Times” oraz
nagrody pieniężne, przyznane przez grupę
UniCredit. Wręczenie nagród odbędzie się
wiosną 2010 roku w Londynie.
staże | W praktyce
Wykształcenie to klucz
do wielu drzwi
Maciej Puchała
Studiuję dziennikarstwo, gdyż zawsze interesował mnie świat mediów. Fascynowało mnie
dziennikarstwo, a ta fascynacja przerodziła
się w zamiłowanie do telewizji. Lubię być
w centrum wydarzeń i ciekawi mnie to, co
się dzieje na świecie. Dziennikarstwo to kierunek, który poszerza horyzonty, daje wiele
możliwości i przepustkę do świata mediów.
Samo studiowanie dostarcza mi wiele radości i satysfakcji. Poza tym w dzisiejszych czasach wykształcenie to nie atut, a konieczność. To klucz do wszystkich możliwych
drzwi. Czasami bywa tak, że doświadczenie
może być ważniejsze niż wykształcenie, ale
jest ono również istotne. Niemniej jednak
jestem zdania, że praca powinna iść w parze
ze studiami. Najlepiej, jeżeli jest ona adekwatna do kierunku kształcenia.
Moja przygoda z dziennikarstwem zaczęła
się już po zakończeniu edukacji w szkole
średniej. W Telewizji Gniezno, gdzie stawiałam pierwsze kroki, nauczyłam się pokory
i zdobyłam doświadczenie w pracy dziennikarza. Na co dzień miałam okazję podpatrywać miejscowych dziennikarzy, którzy
udzielali mi cennych, fachowych rad. Była
to także okazja do tego, żeby przekonać się,
czy dziennikarstwo to rzeczywiście praca
dla mnie. Spędziłam tam osiem miesięcy
i poczułam, że najwyższy czas na zmiany.
Kiedy otrzymałam propozycję pracy w TV
SLD od Łukasza Naczasa, radnego Gniezna,
a obecnie także producenta i redaktora naczelnego TV SLD, nie zastanawiałam się. Nie
obawiam się „łatki” partyjnej dziennikarki
czy prezenterki. Wiedziałam, że tu będę
miała lepsze warunki do poszerzania wie-
Natalia Ziętowska pracuje w TV SLD
dzy i doskonalenia swoich umiejętności.
Chcę się uczyć i zdobywać doświadczenie,
a teraz jeszcze mam okazję doskonalić swój
kunszt dziennikarski, podpatrując najlepszych. W Sejmie spotykam dziennikarzy
ze znanych stacji telewizyjnych, takich jak
TVN24 lub TVP Info, którzy do tej pory byli
dla mnie niedostępni.
Moje plany na przyszłość to na pewno praca
w mediach. Zdaję sobie sprawę, że przede
mną ciężka praca i bardzo długa droga.
Oprócz dziennikarstwa moją pasją jest taniec. Kiedyś on był całym moim życiem.
Spędzałam mnóstwo czasu na treningach
i brałam udział w ogólnopolskich turniejach tańca. Jednak w życiu trzeba dokonywać wyborów . Oddawać jedno dobro, aby
otrzymać drugie, cenniejsze. Mam jednak
nadzieję, że będę miała jeszcze okazję ruszyć tanecznym krokiem w świat. Trzeba
żyć marzeniami i poświęcać się czemuś.
W moim przypadku jest to TV SLD. •
reklama
Staż w Bundestagu
Spotkanie z dr Marią Flashbarth, deputowaną
do niemieckiego Bundestagu, będzie niepowtarzalną szansą odbycia pięciomiesięcznego
stażu w Bundestagu dla tych wszystkich,
którzy opanowali znajomość języka niemieckiego w stopniu zaawansowanym. Staż to okazja
do pracy w komisjach Bundestagu, możliwość
współpracy z eurodeputowanymi oraz poznanie
stażystów z całego świata. Tematem spotkania, które odbędzie się 7 grudnia, będzie układ
sił politycznych w Bundestagu oraz ostatnie
wybory w Niemczech. Omówiony zostanie
także program Międzynarodowego Stypendium Parlamentarnego. Szczegóły dotyczące
spotkania na www.biurokarier.uw.edu.pl
Student Survey 2010
Trwa największe badanie studentów Universum Student Survey 2010, którego celem
jest poznanie oczekiwań studentów wobec
swoich uczelni w zakresie przygotowania do
pracy zawodowej oraz kształtowania kariery.
Ponadto, wypełniając ankietę, pomaga się
dzieciom z Akademii Przyszłości oraz zasila organizacje charytatywne, takie jak UNICEF czy
Polski Czerwony Krzyż. Dodatkowo wśród
uczestników badania rozlosowane zostaną
atrakcyjne nagrody (kursy językowe, skok na
bungee, lot motolotnią czy kurs nurkowania).
Julia Steffen
Od czasu pierwszych eksperymentów ze światłoczułymi substancjami
chemicznymi do pojawienia się zdjęć cyfrowych upłynęło niemal dwieście
lat. Mała historia fotografii jest pierwszą próbą przedstawienia nie tylko
dziejów rozwoju, lecz także społecznego znaczenia i funkcji fotografii
oraz zmian w jej odbiorze od czasu prezentacji nowego medium
w 1839 roku. Nakreślone zostały tu sylwetki wybitnych twórców,
a na przykładzie znakomitych zdjęć udokumentowano najważniejsze
współczesne style i trendy, starając się zarazem uchwycić wielorakie
powiązania fotografii z innymi dziedzinami sztuki.
| 07 |
raport| BLOGosławieni
fot. PAP/Paweł Kula
BLOGosławieni | raport
Drogi pamiętniczku...
5 marca 2009 roku, dzienikarka Janina Paradowska i nagrodzony głosami Kapituł Blogerów Bloger 2008 Roku „Matka Kurka” (po lewej)
podczas Gali Finałowej konkursów organizowanych przez redakcję serwisu dziennikarstwa obywatelskiego Wiadomości24.pl.
Drzewo opinii
rodzące śmieci
Obecnie w Polsce prowadzi się prawie 2 miliony blogów. Stają się one ważnym
źródłem opinii, a najbardziej znani blogerzy zyskują miano autorytetów. I nieważne,
czy są to komentarze polityczne, czy rozważania o sensie życia – kluczem do sukcesu
bloga jest nowatorskie ujęcie i charyzma jego twórcy. To miejsce, w którym wykuwają
się nowe idee i pojawiają nowe postacie życia publicznego. Ale też przewala się tam
ocean śmieci i prowadzone są łowy na naiwne nastolatki. Jest to więc ogromne,
wirtualne zwierciadło, w którym odbija się niemal całe realne życie.
Dagmara Karp, Katarzyna Żechowicz, Mateusz Golianek, Krzysztof Muszyński
Najpierw był weblog
Słowo to, oznaczające internetowy dziennik
czy pamiętnik, wymyślił w 1997 roku Amerykanin Jorn Barger, uważany za twórcę pierwszego w historii bloga, początkowo nazywanego weblogiem (od słów logging the web).
Rozgałęzienie „drzewa blogowego”
nastąpiło w momencie, gdy pojawiły się
różne specyfikacje blogów. Niektóre pozostały przy starej formie tzw. pamiętników.
Pierwszą wartą odnotowania mutacją bloga
jest fotoblog, polegający na publikowaniu
w sieci fotografii. Warto także wyróżnić
audioblog i vblog, służące do prezentowania materiałów dźwiękowych i wideo. Blog
mający wszystkie wymienione atrybuty to
tumbleblog, w którym właściwie nie obowiązują żadne zasady – obfituje dosłownie
we wszystko – linki, krótkie wpisy, długie
wypowiedzi itd. Comicsblog odznacza się
cykliczną publikacją materiałów komiksowych. Artyści chcący prezentować swoje
prace poprzez blog, będą posiadaczami
tzw. sketchbloga. Jeżeli chodzi o „śmieci”
wymienić należy splog i flog. Pierwszy jest
| 08 |
automatyczną maszyną do rozsyłania spamu, głównie w celu podbijania rankingów
w wyszukiwarkach. Drugi można zaliczyć
do sztuczek czarnego PR-u. Jego funkcjonowanie opiera się na podstawionych blogerach, opisujących swoje doświadczenia
np. z marką określonego produktu w celach
reklamowych.
Ciekawej typologii blogów dokonał Robin
Hamman, socjolog i lider organizacji Social
Media w Headshift. Wyróżnił on: blogi zamknięte (skoncentrowane na jednym temacie), blogi przekazujące informacje i blogi
dyskusyjne. W Polsce dominują te pierwsze
– najczęściej w formie wirtualnych dzienników. Złośliwi nazywają je „blogaskami”,
jako że dotyczą głównie codziennych, przyziemnych spraw. Ich autorami są najczęściej
nastolatki, które opisują swoje problemy
i uczucia. „Pomysł na pisanie bloga wpadł mi
do głowy, kiedy byłam zdruzgotana i chciałam to z siebie anonimowo wyrzucić. Byłam
ciekawa, jak moje przemyślenia ocenią inni”
– wspomina 19-letnia Karolina, autorka bloga „Święta i Grzeszna” na Onet.pl. I dodaje:
„Pisanie internetowego pamiętnika przynosi
mi ulgę, gdy targają mną silne emocje. Kiedy
czytam posty i komentarze sprzed kilku dni,
mogę spojrzeć na swoje problemy z innej
perspektywy”. Do tego rodzaju blogów można zaliczyć też te poświęcone dzieciom, przygotowaniom do ślubu, czy osobom chorym.
Najczęściej mają one niewielkie, ale wierne
grono czytelników.
„Żaden pomysł nie jest za mało ważny,
głupi, za pretensjonalny, jeśli tylko sprawisz, by Twój blog stał się dla pewnej grupy
ludzi wartościowym źródłem informacji”
– twierdzi Angus Mcleod w artykule „Blogi od
A do… Sławy i Pieniędzy”. Nikogo nie dziwi
już blog narkomana, anorektyczki, czy córki
piszącej do nieżyjącego ojca. Im bardziej oryginalny temat, tym większe zainteresowanie.
W Polsce na większą skalę blogi zaistniały
w latach 2000-2001. To wtedy rodzime portale zaczęły masowo oferować opcję „załóż
blog”. Jednak już wcześniej, bo w 1997 roku,
dziennikarze czasopisma komputerowego
„CHIP” posiadali swoje blogi, prowadząc je
pod różnymi pseudonimami.
Podstawowy, najbardziej masowy nurt blogosfery ma źródła w epoce przedinternetowej. Ale czy ktoś jeszcze pamięta grube zeszyty oprawione w kolorowy papier, zapisane
koślawymi literami przez zbuntowane nastolatki? Chowało się je na dnie szuflady, pod
wszystkimi szpargałami, tak by nikt nie mógł
ich znaleźć i, broń Boże, przeczytać! Każdego dnia kolejne kartki nasączały się nowymi
przeżyciami ze szkoły, domu, pierwszych randek. Tradycyjny pamiętnik był największym
sekretem, odkrywanym codziennie wieczorem wyłącznie przez jego właścicielkę.
Lecz utrwalanie swoich przygód za pomocą pióra czy długopisu i papieru to już przeszłość. Pisanie własnego bloga na klawiaturze stało się modniejsze niż staroświeckie
skrobanie w kajeciku.
„Boshem, jejciu, jeciu terash moshemy tu
pishać co tylko kcemy! O jojojojoj! Jakie to
słit! Opishemy tó dla was nashe wspaniałe
psygody z chloptasiami!” – pisze na swoim
różowiutkim blogu 13-letnia Natasha. Dotrzymuje słowa. Już pierwsza notka dotyczy
sposobów poderwania niejakiego Davida
z tej samej klasy. „Klasycznie, bede pohylać
siem nad nim sheby widział mooj słit koronkoffo rooshoffiutki staniczek”. Takie wpisy
już nie dziwią. Coraz więcej nastolatek uzewnętrznia się w Internecie, aby każdy mógł
przeczytać ich relacje. Niegdyś najbardziej
strzeżone tajemnice, nagle stały się dostępne dla wszystkich. Wystarczy wpisać adres
strony www, a przed oczami pojawia się zapis fragmentów z życia blogowiczki.
Specyfikę zachowań w stylu Natashy można tłumaczyć zjawiskiem „rozchamowania”.
W porównaniu do życia codziennego, w którym obowiązują pewne normy, i w którym
ciągle jesteśmy oceniani przez innych, Internet jest polem pozbawionym tych ograniczeń. Internauci mają poczucie anonimowości, które wynika z braku bezpośredniego
kontaktu z innymi użytkownikami. Wiąże
się z tym zjawisko deindywidualizacji, które pokazuje, że gdy osobie wydaje się, że
jest nierozpoznawalna, maleje jej poczucie
odpowiedzialności. A stąd już krok do poważnych zagrożeń. Nie ma nic złego w opisywaniu zwykłych młodzieńczych przygód,
ale nie można przekroczyć pewnej granicy
prywatności. Nastolatki często udostępniają
na swoich stronach dane osobowe, nie zdając sobie sprawy z niebezpiecznych konsekwencji. Opisując swoje „różowe koronkowe
staniczki”, precyzując miejsce zamieszkania
i szkołę, mogą na przykład ułatwić działanie
pedofilom. Sytuację zaostrzają dodatkowo
prowokujące zdjęcia w odważnych pozach,
w samej bieliźnie, które również podziwiać
może każdy. „Minęły już czasy, kiedy to pornografia była domeną zahukanych nastolatków potajemnie kupujących kiczowate
pornopublikacje za ciężkimi kotarami sexshopów” – pisze socjolog prof. dr hab. Tomasz Szlendak w jednej ze swoich publikacji.
Teraz, aby zobaczyć nagie zdjęcie dumnej ze
swojej miseczki B gimnazjalistki, wystarczy
kliknąć w odpowiedniego bloga.
Każdy dojrzewający młody człowiek miewa problemy rodzinne czy szkolne. Jednak
nie rozmawia już o nich z przyjaciółmi, z rodzeństwem, z pedagogami. Teraz na topie
jest opisywanie ich na blogu, a rad udzielają
zupełnie obcy ludzie. Dlaczego? – Wypowiedzi w sieci są bardziej anonimowe, więc
niosą dla młodzieży mniejsze ryzyko oceny
społecznej. Pisanie na blogach minimalizuje
lęk przed odrzuceniem przez bliskich. Poza
tym w Internecie można wypowiedzieć się
zawsze wtedy, kiedy jest potrzeba, sieć jest
bezpośrednio dostępna, a rodzic czy przyjaciel nie zawsze – tłumaczy Teresa Gidzgier,
specjalista psychologii klinicznej z Olsztyna.
Jednak opinie internautów niezwiązanych
bezpośrednio z uwikłaną w problemy nastolatką mogą być niesłuszne i szkodliwe. Tak
było w przypadku Zuzanny, która na swojej
stronie opisała problemy z rodzicami: „Już
dłużej tu nie wytrzymam, oni ciągle czegoś
ode mnie chcą, zrób to, tamto, ucz się! No
i kłócą się między sobą”. Na co otrzymała odpowiedź ~pomocnego: „to wiej stamtąd. Po
co się męczysz, dasz sobie radę sama”.
Ograniczanie swoich kontaktów z innymi tylko do blogowania może prowadzić
do zatracenia prawdziwych, bezpośrednich
relacji z bliskimi. Dlaczego nastolatki przenoszą swoją uwagę na znajomości z Internetu? – W bezpośrednich relacjach tematem
interakcji są sprawy bieżące, rytuały interakcyjne nie pozwalają na zbyt wiele «odsłon»,
bezpośredni partnerzy interakcyjni «jak nas
widzą, tak nas piszą». Partner internetowy to
słuchacz idealny, można mu wyłożyć każdą
swoją rację – tłumaczy socjolog dr hab. Grażyna Woroniecka, prof. UW.
Stare, wyświechtane pamiętniki, o których nikt już nie pamięta, miały swój urok:
powierzane im tajemnice nigdy nie dostały
się w niepowołane ręce. Ich wirtualni następcy mają odmienny charakter. Coś, co kiedyś
było słodką zagadką, teraz zyskuje szeroką
publiczność.
Premier z blogosfery?
Amerykanie mają już swojego prezydenta
„z Youtube’a”. Nie jest więc niemożliwe, że
za jakiś czas na czele rządu w Polsce stanie
premier „z bloga”.
Politycy dość szybko zorientowali się, jak
wielkie możliwości daje im blogowanie. Palikot, Senyszyn, Migalski – co jakiś czas media
donoszą o nowym błyskotliwym przytyku
czy uwadze skierowanej do konkurencyjnej partii, właśnie za pośrednictwem bloga.
Błysk poczucia humoru czy elokwencji może
z pewnością dodać kilka punktów procentowych w sondażach poparcia. Na blogach nie
przedstawia się jednak programu politycznego czy głębszej analizy bieżących wydarzeń.
To miejsce podrzucania „perełek” dla prasy.
Dziennikarz nie musi już dzwonić po komentarz – ma go podany niejako na tacy.
W 2008 r. posłanka Joanna Senyszyn
otrzymała nagrodę dla najlepszego twórcy
bloga politycznego. „Poseł Palikot dostał
od CBA prezent. W postaci smrodu wokół
rządu Tuska, a poniekąd i samego premiera.
To istotna zmiana, bo dotychczas smród był
raczej przy Palikocie” – pisze znana z ciętego
języka posłanka SLD. Innym razem stwierdza:
„Młodzież dowiaduje się, jak to robią roślinki
i zwierzątka, a jak wygimnastykowani, oraz
że antykoncepcja i aborcja są nieetyczne. Tak
właśnie wyedukowani premier Tusk i jego
ministrowie uważają, że »stosunek przerywany i metody naturalne powodują najmniejsze efekty uboczne«. O dziwo przyznają, że cechuje je też najmniejsza skuteczność.
Wiedzą to pewnie z autopsji. Jak marszałek
Komorowski”. Blog Joanny Senyszyn to gratka dla zwolenników mocnych tez i kontrowersyjnych rozwiązań. Autorka komentuje
aktualne wydarzenia na scenie politycznej,
krytykuje poczynania władz kościelnych
i zaznacza swoje stanowisko w kwestii praw
kobiet. Szczególną uwagę zwraca język i forma jej wypowiedzi: „Czy warto pryncypałom
publicznie wchodzić w d... bez wazeliny?
Wygląda na to, że jak najbardziej. To może
być przyczynek do zmiany dotychczasowej
opinii, że lody opłaca się tylko kręcić” (to
o awansie posła Nowaka).
„Drugą młodość” przeżywa dzięki Internetowi Janusz Korwin-Mikke, również nagrodzony za swojego bloga. Jego konserwatywno-liberalne wpisy czyta codziennie
kilkadziesiąt tysięcy ludzi, głwnie studentów
(świadczą o tym chociażby wahania w ilości odwiedzin między rokiem akademickim
a wakacjami). Inna rzecz, że ta popularność
ciągle nie przekłada się na wynik wyborczy
jego formacji politycznej.
Giovanni Sartori w swej ostatniej publikacji „Homo videns. Telewizja i postmyślenie”
przeciwstawia kulturę słowa (przeszłość) kulturze obrazu (przyszłość oraz teraźniejszość).
Pisze o „wideopolityce” – spychaniu procesu
zdobywania i sprawowania władzy do rangi
kolejnego telewizyjnego show. W Internecie
więc następuje starcie nie pomiędzy programami politycznymi a między kreacjami
medialnymi. Blogi polityczne ze skomplikowanymi analizami i wizjami państwa nie są
z tego punktu widzenia zbyt atrakcyjne. Wydaje się, że nie mają szans, by wpłynąć na decyzje większości wyborców, przyzwyczajonych do „oglądania”. Nawet blogi polityków,
z pewnością atrakcyjniejsze dla masowego
odbiorcy, zmienić sytuację mogą o tyle, o ile
ich zawartość będzie stymulowała pojawia-
Zdystansowani
od świata
Moje życie to pasmo porażek, jestem
beznadziejnym przypadkiem, sfrustrowanym i pełnym kompleksów, a ta
strona służy do wylewania swoich żali.
Nie dziwi zatem fakt, że wielokrotnie
próbowałem popełnić samobójstwo.
Niestety jestem takim nieudacznikiem,
że nawet to mi się nie udawało – pisze
„Kominek”, jeden z najpopularniejszych polskich blogerów. W ciągu
3 lat jego blog odwiedziło 18 milionów
internautów (rekordowa liczba w skali
kraju), a każdy kolejny post komentuje ponad 1000 osób. Słodko-gorzkie
wyznania „Kominka”, okraszone
szczyptą ironii i humoru, w niebanalny sposób obrazują polską rzeczywistość. Sam autor twierdzi, że jego
blog to miejsce dla ludzi zdystansowanych dla świata. A takich widać
nie brakuje. (DK)
nie się ich twórców w telewizji.
Może więc blogi wcale nie rozporządzają
tak dużą siłą, jak się powszechnie sądzi? Tradycyjne media, szczególnie telewizja, mogą
wylansować lub pogrzebać kandydatów na
najważniejsze funkcje państwowe. Dzienniki internetowe takiej siły prawie na pewno
dziś nie posiadają.
Lecz nawet nie „kreując” premiera czy pezydenta, mogą one stać się miejscem, gdzie
dyskutują ludzie zainteresowani głębszą analizą. Ich szansą na zmiany w wielkiej polityce
jest przekształcenie blogosfer w „quasi think
tanki”, tworzące zaplecze intelektualne dla
polityki. Do tego jednak jeszcze daleka droga.
Choć większość wpisów na wszelkich forach internetowych można zaliczyć do kategorii „śmieci”, których produkcji sprzyja
anonimowość, nawet one tworzą podglebie,
na którym wyrastają i kształtują się poglądy
uczestników i czytelników. Znani w środowisku blogerzy funkcjonują więc jak lokalni
liderzy opinii – tacy znajomi, których chętnie
się słucha, przyjmując ich punkt widzenia.
Internet zaś jest tym medium, które pozwala
im wypłynąć na szerokie wody.
Potrzebna osobowość
Sukces bloga w największej mierze zależy od
jego twórcy. Najbardziej wpływowi blogerzy
kreują postawy, wyznaczają trendy i wzbudzają skrajne emocje.
Nowy nurt w polskim bloggingu zapoczątkowała 27-letnia Ryfka z Krakowa. Ponad
2 lata temu założyła blog o wdzięcznej nazwie
„Szafa Sztywniary”, na którym prezentowała
swoje ubrania. „Jak się fajnie czasem ubiorę,
to robię fotkę i wrzucam na bloga” – pisze
blogerka. Odważne, nietypowe zestawienia,
produkty znanych marek umiejętnie połączone ze zdobyczami z „ciucholandu”, zabawne
opisy z domieszką autoironii – to zadecydowało o sukcesie „Sztywniary”. Za jej przykładem poszły inne dziewczęta i dziś możemy
już mówić o społeczności „szafiarek” (pisaliśmy o tym zjawisku w „PDF” nr 4/2009). „Oto
miejsce, w którym będę realizować swoje ekshibicjonistyczne potrzeby w kwestii ubioru
(i tym samym dołączę do coraz szerszego grona polskich szafiarek) oraz dzielić się przemyśleniami na temat mody, stylu, nowych trendów” – pisze autorka styledigger.blogspot.
com. Szafiarki zyskały uznanie prestiżowych
magazynów w Polsce i zagranicą. Fotografie
Ryfki zamieścił m.in.: „Twój Styl”, nowojorski
tygodnik „The Epoch Times”, czy niemiecki
„PolenPlus”. Dostrzegli ją także reklamodawcy, o czym wspomina w wywiadzie z Martą
Klimowicz, socjologiem Internetu: „Sama nie
lubię być bombardowana reklamami i zawsze
zastanawiam się, jak ja – jako czytelniczka
– zareagowałabym na daną formę reklamy.
Przy wyborze zwracam uwagę na formę/inwazyjność, tematykę i oczywiście cenę”.
O naprawdę dużych dochodach z reklam
mogą myśleć autorzy blogów, których oglądalność osiąga kilkanaście tysięcy odsłon
dziennie. Należy do nich z pewnością „Kataryna”, „Antyweb”, czy „Moje wypieki”. Sukces
bloga mierzony jest ilością odwiedzin, treścią
komentarzy, liczbą cytowań. Mogłoby się wydawać, że walcząc o uwagę czytelnika, blogerzy zaczną ulegać powszechnej komercjalizacji i będą układać swoje teksty w oparciu
o gusta przeciętnego odbiorcy. Nic bardziej
mylnego. Jak twierdzi Angus Mcleod: „Idea,
że Blogowe Imperium powinno być budowane wokół jego twórcy, a nie wokół klienta,
może się wydać dziwna. Ma to jednak logiczne uzasadnienie: to Ty będziesz aktualizował
swój blog, to Ty będziesz jego edytorem, projektantem oraz najważniejszym elementem
przyciągającym uwagę. To Twoje kompetencje, zainteresowania, poglądy, przenikliwość,
stanowić będą pożądany przez obywateli
Blogowego Imperium towar”. W podobnym
tonie wypowiada się Marta Klimowicz: „Blogerzy powinni być czymś zdecydowanie
więcej niż bezmyślnymi powielaczami (czy
to informacji, czy to zestawów odzieżowych).
Powinni mieć osobowość”. •
PRASA – NIEPRASA
Blog może założyć każdy. Spośród
nich tylko niektóre zaliczyć można do
prasy, pozostałe to typowe pamiętniki
lub kosze pełne niedorzeczności
– odwiedzane przez miliony osób lub
nikogo. Należy tu zdać się na pewne
wyczucie smaku – lekkim nadużyciem
semantycznym byłoby traktowanie
jako prasy opisów perypetii życiowych
autorstwa zbuntowanej nastolatki.
I podobnie – nieścisłością byłoby
odmówienie miana prasy cyklicznym
publikacjom dziennikarza (ale i nie
tylko) np. o sprawach bieżących. (KM)
reklama
Liderzy opinii
Jeśli dzienniki internetowe były jeszcze
niedawno lekceważone, dziś wszystko się
zmienia. Dostrzega się ich specyficzną siłę,
nawet jeśli są prowadzone przez osoby nieznane z telewizji. Świadczy o tym chociażby zamieszanie, jakie wywołała w ostatnim
półroczu blogerka Kataryna. Procesem sądowym groził jej ówczesny minister sprawiedliwości, a całą niemalże prasę rozgrzała
dyskusja pomiędzy jej obrońcami a „Dziennikiem”, który ujawnił jej tożsamość i mocno skrytykował na swych łamach.
Wpisy na blogach tym się różnią od artykułów prasowych, że można je do woli
komentować i internauci skwapliwie z tej
możliwości korzystają. A kiedy pod wpisem
znajdzie się dyskusja (w której często uczestniczy sam autor), czytelnik widzi, że jest więcej osób myślących inaczej, niż podpowiada
prasa drukowana. Podejście takie przenosi
później na media tradycyjne. W rezultacie
demokratyzują się one w szybkim tempie.
Oczywiście, na proces ten wpływają i inne
czynniki, dzienników internetowych nie sposób jednak w tym wpływie pominąć.
Wpis w dzienniku internetowym ma to do
siebie, że może być dowolnie długi. To nie
tylko efekt braku ograniczeń, jakie charakteryzują prasę drukowaną Przede wszystkim odbiorcy, okazuje się, chcą czytać. Nie
wszyscy, ale grupa bardziej wymagających
wcale nie jest mała. Dobrze ilustruje to blog
krytyka filmowego Krzysztofa Kłopotowskiego z serwisu salon24. Drugi co do popularności wpis ma… blisko 30 tys. znaków.
W dobie krótkich form ewenementem byłoby ukazanie się w jakimś tygodniku opinii
tekstu nawet połowę krótszego.
| 09 |
f
Kamila Psiuk
By poznać niezwykłą siłę diaporamy,
należy ją przede wszystkim zobaczyć.
Jacek Gancarczyk, laureat kilku konkursów
o diaporamie stworzył stronę internetową
poświęconą tej dziedzinie fotografii.
Spójrz w głąb siebie
Ruszył studencki konkurs fotograficzny „Głębia
Spojrzenia”. Zorganizowany został z inicjatywy
Naukowego Koła Studentów Dziennikarstwa
UJ. Organizatorzy szukają oryginalnych
i świeżych spojrzeń na otaczającą rzeczywistość. Ideą konkursu są słowa fotoreportera
Henry Cartier-Bressona: „Kiedy fotografuję,
to otwartym okiem patrzę na świat,
a zamkniętym spoglądam w głąb siebie”.
Prace można przesyłać do 15 grudnia 2009
roku w trzech kategoriach: Na powierzchni
rzeczywistości, Pomiędzy światem a człowiekiem, W głębinach świadomości.
glebiaspojrzenia.unl.pl
Akademia fotoreportażu II
W marcu ruszy druga edycja pięciomiesięcznego warsztatów Akademia fotoreportażu, organizowanych przez Fundację na rzecz Rozwoju
Szkolnictwa Dziennikarskiego. Warto dodać,
że pierwszą edycję warsztatów prowadzą
Andrzej Zygmuntowicz oraz członkowie agencji
Napo Images. Szczegóły i zapisy na stronie
internetowej Fundacji.
szkolnictwo-dziennikarskie.pl
Dzieciństwo bez przemocy
Trwa pokonkursowa wystawa „Szczęśliwe
dzieciństwo” zorganizowana przez Fundację
Dzieci Niczyje w ramach ogólnopolskiej kampanii „Dzieciństwo bez przemocy”. Na konkurs
nadesłano ponad 2700 zdjęć. Nagrodzone
i wyróżnione prace można oglądać do 31
stycznia w warszawskiej Galerii Jabłkowskich
(ul. Chmielna 21).
Poranek’2010
Niedawno pojawił się na rynku „Poranek”
– pierwszy kalendarz ścienny z cyklu „Pory
Dnia”. Zdjęcia wykonały dwie artystki: Sława
Bałabańska i Ewelina Kowal. Kalendarz prezentuje 12 czarno-białych aktów, wykonanych
w przedwojennych kamienicach krakowskiego
Podgórza i Kazimierza. Zdjęcia zostały wykonane aparatem średnioformatowym i wydrukowane na wysokiej jakości papierze 300g,
w formacie 49x69cm.
„Victor” by Hasselblad
Na stronie internetowej victorbyhasselblad.
com ukazał się kolejny numer magazynu
„Victor” Online. Dostęp do internetowego
wydania magazynu jest bezpłatny. Wymaga jedynie rejestracji. Co miesiąc można podziwiać
fotografie na światowym poziomie.
Ewelina Petryka
Diaporama to sztuka, która pozwala odbiorcy uchwycić ekspresję ruchu, akcji, tempa.
Wywołuje silne wrażenia, stwarza okazję do
rozsmakowania się w każdym zdjęciu.
Cechą charakterystyczną diaporamy jest
tzw. trzeci obraz, nieistniejący faktycznie,
będący wynikiem świadomego nałożenia na
siebie dwóch (kilku) obrazów rzeczywistych,
emitowanych z kilku źródeł podczas projekcji.
Ponieważ diaporama to udźwiękowiony zbiór
wielozdjęciowy, środkami łączącymi kolejne
obrazy lub sekwencje obrazów są: przenikania,
cięcia, rozjaśnienia, ściemnienia, migotania, czy
chwilowy brak obrazu. To sztuka z pogranicza
fotografii i filmu. Z fotografii diaporama wzięła
nieruchomy obraz. Z filmem łączy ją narracja,
montaż, scenariusz, dźwięk.
Podobnie jak film i muzykę, diaporamę można
postrzegać jako swoistą technikę manipulowa-
Foto-skaner
Michał Kudłacz
Cyfrowa ciemnia.
Edukacje fotograficzna w Internecie cd.
W poprzednim numerze proponowaliśmy ciekawe strony o świetle w fotografii, Tym razem
chcemy zaprezentować coś dla miłośników
fotografii modyfikowanej cyfrowo.
Współczesna ciemnia fotograficzna mieści się
głównie w komputerze. Podstawowym programem do obróbki zdjęć jest Photoshop. Posiada
on ogromne możliwości w zakresie edycji zdjęć
i nie tylko. Jednym z najobszerniejszych portali
gromadzących wiedzę o Photoshopie jest www.
cherub.pl. Abonament roczny kosztuje tylko 5zł.
Dzięki tej stronie można mieć dostęp do bazy
tutoriali – czyli jak krok po kroku osiągnąć dany
efekt. W internetowym serwisie użytkowników
Photoshopa www.graffik.pl/default.asp można
pobrać sporo darmowych tutoriali i artykułów
o możliwościach psd. Warta zauważenia jest
również strona z pluginami do Photoshopa:
thepluginsite.com/resources/freeps.htm oraz
z pędzlami: photoshoproadmap.com/Photoshop-downloads/Brushes/Most-recent/1/.
Na stronie internetowej telewizji o fotografii
fototv.pl/artykuly/cyfrowa-ciemnia/ znaleźć
można dużą dawkę przydatnych informacji
m. in. o przerabianiu zdjęć kolorowych na
czarno-białe czy korekcie balansu bieli na
warstwach. Wszystko wyjaśnione jest krok po
kroku. Opisy są poparte rysunkami, co sprzyja
zapamiętywaniu różnych funkcji. Autorzy
w przystępny sposób omawiają zagadnienia,
posiłkując się doświadczeniem oraz wiedzą
z wybitnych pozycji książkowych. Bardzo
ciekawym artykułem jest tekst „Skróć sobie
pracę”, gdzie można się dowiedzieć, jakie są
skróty klawiaturowe w Photoshopie.
Innym programem godnym polecenia oprócz
Photoshopa jest Lightroom. Strona fotografuj.
pl/Article/Prezentacja_programu_Adobe_Lightroom/id/59 pokazuje zastosowania tego
programu. Jest to doskonałe rozwiązanie, jeśli
ktoś zamierza obrobić dużo zdjęć w formacje jpg
w krótkim czasie. Mając podobny balans bieli na
wszystkich zdjęciach, wystarczy zaimportować
zdjęcia do programu i naniesione zmiany na jednej fotografii można powielić na pozostałych. •
POLSKA DROGA DO EURO
Marcin Kasprzak
Prostokątny kawałek plastiku z
całą pewnością zajmuje mniej miejsca
niż piętnaście bawołów czy dziesięć
worków pszenicy. Karta zmieści się do
niewielkiej kieszeni, automatycznie
dostosowując jednostki płatnicze do
waluty obowiązującej w danym kraju.
Tą samą kartą możemy zapłacić za Big
Maca w Nowym Jorku, za croissanty
w Paryżu, czy za sushi w Tokio. Życie
jednak nie zawsze było takie proste.
Przyjrzyjmy się historii pieniądza - jak
nowszy pieniądz wypiera starszy…
Pieniądz pierwotny
Handel wymienny był pierwszą
próbą oszacowania wartości danego
towaru. Pierwotna forma handlu,
nazywana barterem, w niedługim czasie stała się podstawową
formą nabywania niezbędnych
dóbr. Niemniej jednak, zbyt częste
były wymiany towarów o nieadekwatnej wartości, co zmusiło do
wprowadzenia tzw. pośrednika
Powidoki z Polski
Agata Smolak
„Powidoki z Polski” to tytuł wystawy
Witolda Krassowskiego. Można ją zobaczyć
przed siedzibą Press Clubu przy Krakowskim Przedmieściu 64.
Witold Krassowski to jeden z najwybitniejszych polskich fotoreporterów. Wystawa,
zorganizowana „pod chmurką”, jest próbą
stworzenia dokumentu opowiadającego
o znaczącym okresie dla Polski – latach
ostatniego przełomu, transformacji politycznej. Dokument fotograficzny ukazuje realia
polskiego życia lat 90. – codzienne sprawy,
miłość, samotność, kłopoty, śmierć. Reportaż
o życiu ludzi z minionego okresu, pełen
realizmu, odarty jest z patetyzmu. Pod każdą
fotografią znajduje się informacja o miejscu
i dacie wykonania zdjęcia.
Rzeczą wartą uwagi są portrety różnych
grup społecznych w środowisku ich życia
i w naturalnych relacjach. Wesołe miasteczko,
mężczyzna wręczający kwiaty narzeczonej,
spowiedź w łanach zboża, libacja alkoholowa
przy „suto” zastawionym stole – z wódką,
Pieniądz elektroniczny
Od barteru do euro
biorą w niej udział diaporamiści z Francji,
Wielkiej Brytanii, Holandii, Belgii, Irlandii, Włoch,
Węgier, Urugwaju i Chile. Interesujące prace
można zobaczyć także w wielu polskich miastach podczas pokazów IV Ogólnopolskiego
Festiwalu Diaporam Cyfrowych 2009. •
ogórkami i kiełbasą, to tylko przykłady zdarzeń i interakcji uchwyconych przez autora.
Zdjęcia budzą zainteresowanie przechodniów, nie tylko tych, którzy pamiętają i czule
wspominają tamte czasy, ale także ludzi
młodych. Młodsze pokolenie bacznie się
przygląda obrazkom z odległego dla nich
okresu. 31 fotografii zostało wybranych
z wcześniej wydanego albumu Witolda
Krassowskiego. Wstęp do tej książki napisał
publicysta Jacek Żakowski.
„...komunizm przyniósł zamrożenie stosunków ekonomicznych i społecznych. A kiedy
prysł, konieczność szybkiego dogonienia nowoczesnego świata przysporzyła problemów
i tak już umęczonym ludziom. Była to ostatnia
Wielka Zmiana, jaka zwaliła się na Polskę
w tamtym wieku, równo 20 lat temu”.
Cały wstęp znalazł się na Krakowskim Przedmieściu. Warto się z nim zapoznać. Pozwoli
to pełniej zrozumieç wystawę i intencje jej
autora. •
Sól była w Polsce popularnym
„pośrednikiem wymiany”
wymiany. W zależności od klimatu, rodzaju towarów czy bieżących potrzeb
były to np. skóry, zboże czy zwierzęta. W Polsce przez długi okres rolę
pieniądza odgrywała sól. Dlatego do
dzisiaj mówi się potocznie „słono za
coś zapłacić”. W dobie Piastów rolę
pośrednika wymiany odgrywały także
miód, czy futra. Wycena towarów
również następowała za pomocą
np. ilości futer. Główną zaletą tzw.
pośrednika wymiany była jego podzielność, jednorodność i unikalność.
Zdecydowanie
gorzej było
z ich trwałością. Nadmiar
towaru, czyli
tzw. „nadprodukcja”,
w przypadku braku
chętnego
na dane
dobro, szybko
ulegał zepsuciu. Ponadto nie
powstał uniwersalny
miernik wartości, co znacznie
utrudniało swobodną wymianę
różnych towarów.
Pieniądz
kruszcowy
€URO
Wraz z rozwojem techniki, ulokowanymi na rachunkach bankowych
pieniędzmi możemy zarządzać za
pomocą kart magnetycznych. Płatności
możemy dokonywać prawie na całym
świecie, bez konieczności wymieniania
dużych sum pieniężnych w kantorach.
Ponadto klient banku może być
w jego siedzibie właściwie tylko podczas otwarcia rachunku. Płatność kartą
możliwa jest w coraz większej ilości
miejsc, w coraz większej ilości państw
(w Polsce od 1997 r.).
Projekt dofinansowany
ze środków Narodowego
Banku Polskiego
fot. Witold Krassowski
„Muralia a nie mury” w Asymetrii
W Asymetrii (Warszawa, ul. Nowogrodzka 18a
m.8; IV piętro) prezentowana jest wystawa
Marka Piaseckiego „Muralia a nie mury”.
Po raz pierwszy wystawiony został materiał
z działalności artysty w latach 50. Zagadkowe
muralia, ciekawe obrazy są gratką dla pasjonatów fotografii. Wystawa potrwa do 11 grudnia.
nia uwagą i emocjami
widza. Najistotniejsza
dla niej jest dynamiczna
kompozycja umieszczona w czasie, uwzględniająca przenikliwy
fotomontaż. W tym
tkwi różnica między
diaporamą a prezentacją przezroczy z muzyką
w tle, czyli slideshow.
Jedną z technik tej dyscypliny jest diaporama
cyfrowa. Odpowiednie
oprogramowanie
pozwala tworzyć diaporamy przy pomocy
jednego rzutnika
współpracującego
z komputerem. Koszty wyprodukowania takiej
diaporamy są w zasadzie małe. Zauważalny
jest dynamiczny wzrost zainteresowania wśród
artystów tą formą sztuki. Od roku 1980 w Szczecinie organizowany jest konkurs Pomorskie
Spotkania z Diaporamą, który od pięciu lat
funkcjonuje jako prestiżowa impreza o zasięgu
międzynarodowym. Poza autorami polskimi
fot. Jacek Gancarczyk
Diaporama – sztuka
między fotografią a filmem
fotografia
| 10 |
Polska droga do euro |
DODATEK SPECJALNY 03/2009
Wydarzenia | fotografia
Fenicjanie rozpoczęli proces
„stemplowania” metali
Z czasem, gdy społeczeństwo
Pieniądz papierowy
Wysokie koszty wytwarzania mozaczęło się bogacić, a stawki zaczęły
net, a także ograniczenia w dostępie
wzrastać, dużą niedogodnością było
do surowca były powodem powstania
transportowanie za sobą np. kilkunowej wersji pieniądza – banknotów.
nastu worków zboża. Ponadto wiele
Handlowcy, którzy nagromadzili duże
z pozyskanych w drodze wymiany
zasoby pieniężne, zostawiali je
towarów było na tyle nietrwałych,
u złotnika, który wypisywał im tzw.
że sam odbiorca nie nadążał z ich
kwity depozytowe. Następnie handlowykorzystaniem, lub znalezieniem
wano wyłącznie nimi, co wprowadziło
kolejnego nabywcy. Z całą pewnową formę płatności. Złotnicy zaczęli
nością trwalszym materiałem
jednak w czasie zmieniać się w prawbyły metale – początkowo
dziwych bankierów. Szybko zorientonieszlachetne (brąz, miedź,
wali się, że prawdopodobieństwo, że
żelazo), następnie szlachetwszyscy ich klienci wypłacą monety
ne (złoto, srebro, rzadziej
w jednym momencie jest niewielkie.
platyna). Rzeczywiście
Zaczęli więc zdeponowane u nich piemetale były praktyczniejsze
niądze wykorzystywać do inwestycji,
od produktów konsumpcyja także wydawali więcej not, niż mieli
nych ze względu na swoją
pokrycia w złocie. Spowodowało to
trwałość i wielkość. Znacznym
częste nadużycia, a także przypadki
utrudnieniem był jednak ich podział, a także
z czasem ciężar. Zaczęto
więc sztaby złota czy srebra
dzielić na malutkie kawałki
w kształcie spłaszczonych
kulek. Zrodziło to pewną
niedogodność – np.
Egipcjanie musieli odważyć
odpowiednią ilość kruszcu
przy każdej transakcji.
Fenicjanie wymyślili
„stemplowanie” owych
kulek, czyli oznaczanie
grudek metali wizerunkiem władcy i ich wagą.
Powstałe wskutek tego
spłaszczone, oznakowane kawałki metalu można
Wartość pieniądza papierowego
nazwać pierwowzorem
była niegdyś ustalana w oparciu o parytet złota
dzisiejszych monet.
niewypłacalności. Wraz z upływem lat
zastrzegano prawo do emisji not tylko
jednemu bankowi w kraju, nazywanemu bankiem centralnym. Emitowane
tylko przez niego kwity i bony to początek ery pieniądza papierowego.
Pieniądz
bezgotówkowy
Coraz większą popularnością
cieszy się tzw. „pieniądz elektroniczny”,
wykorzystywany głównie przy operacjach biznesowych, lecz także przy
płatnościach przez
internet. Istnieje
jego wiele definicji, jednakże
każda wyraźnie oddziela
go od
płatności
gotówkowych lub
bezgotówkowych.
Zgodnie
z dyrektywą
Parlamentu
Europejskiego
i Rady Unii
Europejskiej Odcisk palca być może będzie
pieniądz
następcą karty kredytowej
elektroniczny
jest „surogatem monet i banknotów”,
reprezentowany przez roszczenie
wobec eminenta, przechowywany na
urządzeniu elektronicznym. Przeznaczony jest do dokonywania płatności
elektronicznych, jednakże na żądanie
powinien być wymieniany na środki
Za jego twórców również
uważa się Fenicjan. Wzrost
bogactwa spowodował, że
ludność nie chciała trzymać
w domu wszystkich banknotów. Nie były one niezbędne
w normalnym, codziennym
nabywaniu dóbr.
Ludzie zaczęli
zlecać opiekę
nad nimi
bankom, co
można uznać
za prototyp
dzisiejszych
rachunków
bankowych
i kont. Osoba,
która zdeponowała pieniądze, mogła
zlecić bankowi
przepisanie
ich na konto
Francuzi do dzisiaj kartę kredytową nazywają „Carte bleue” (niebieska karta),
partnera
gdyż taki kolor miała pierwsza dostępna karta na rynku francuskim
handlowego.
Z czasem wyznacznikiem bogactwa
pieniężne. Pieniądz elektroniczny
były właśnie prawa do dyspozycji
występuje pod dwoma postaciami.
środkami, ulokowanymi na rachunPierwszą z nich jest tzw. „elektroniczkach bankowych. Spowodowało to
na portmonetka”, która bazuje na
także wzrost zaufania dla instytucji
technologii kart procesowych. Drugą
bankowych.
formą jest tzw. „pieniądz sieciowy”. Za
pomocą np. internetu można dokonać płatności w postaci odpowiednika środków pieniężnych bezpośrednio na nośnik odbiorcy (np. na jego
dysk twardy). Płatność elektroniczna
z całą pewnością nigdy nie zastąpi
bardziej tradycyjnych form pieniądza.
Jest ona jednak dużym ułatwieniem i
uzupełnieniem dla dotychczasowych
form płatności.
Co czeka nas w przyszłości? Czy
zamiast karty kredytowej wystarczy
nam odcisk palca? Czy kiedykolwiek
z obiegu wyjdą monety lub banknoty? Patrząc na powolny proces
przyjmowania się na świecie płatności
elektronicznej można mieć pewność,
że nas nowa era pieniądza nie będzie
już dotyczyć. •
|I|
€URO | Polska droga do euro
Strona
narodowa
polskich
monet euro
Każdy kraj wchodzący
do strefy euro ma prawo
do ustalenia wizerunku
na stronie narodowej
monet wprowadzanych
przez siebie do obiegu.
W dyskusję o tym, jakie
narodowe symbole
powinny reprezentować
Polskę w Europie na
pewno włączą się politycy,
numizmatycy, artyści oraz
polskie społeczeństwo.
Prof. Krzysztof Opolski, Wydział
Nauk Ekonomicznych UW
Sądzę, że trudno silić się na oryginalność, skoro pomysły narzucają się same:
Chopin – światowa sława, orzeł – symbol
Polski, Wawel - dziedzictwo narodowe
i wspaniały obiekt turystyczny. Ciekawie
mogłaby także wyglądać mapa Polski jako
element poznawania geografii Europy.
Prof. Danuta Hübner, przewodnicząca
Komisji Rozwoju Regionalnego w
Parlamencie Europejskim
Uważam, że euro nie powinno być wykorzystywane do promocji relatywnie mniej
znanych postaci, a raczej podtrzymywać
i umocnić świadomość Europy i świata, że
znane im postacie to Polacy. Stąd: Maria
Skłodowska-Curie, Fryderyk Chopin,
Mikołaj Kopernik.
Prof. Dariusz Milczarek,
dyrektor Centrum Europejskiego
Uniwersytetu Warszawskiego
Sądzę, że Polska powinna umieścić na
polskich monetach euro symbole najbardziej znane i zarazem czytelne, czyli nie
wierzby czy bociany, ale wizerunki wielkich Polaków rozpoznawalnych w świecie:
Kopernika, Chopina, Marii Skłodowskiej,
Heleny Modrzejewskiej (tak - bardzo
znanej w Europie!), Jana Pawła II lub (choć
to dyskusyjne w odniesieniu do osoby
żyjącej) Wałęsy. Jestem zdania, że nie
warto silić się na jakieś abstrakcyjne oraz
wydumane rozwiązania.
Norbert Kalinowski,
„Monety Świata”, numizmatyk
Przed oficjalną premierą euro w wielu
europejskich krajach wypływały na rynek
nieoficjalne projekty. W Polsce pojawiły
się dwa rodzaje. Monety z pierwszej serii
przedstawiały na narodowych stronach
polskie miasta: Warszawę, Poznań, Kraków, Gdańsk. Mam co do tego pomysłu
mieszane uczucia, bo mieszkańcy innych
miast mogliby poczuć się urażeni. Drugi
z projektów upamiętniał znanych Polaków: Kopernika, Jana Pawła II, Chopina.
Ten pomysł, choć może mało oryginalny,
podobał mi się bardziej, bo przedstawiał
osoby, które są wizytówką Polski i które
| II |
Wymiana handlowa
w strefie euro
Wspólna waluta wspiera handel zagraniczny, ale nie
przeceniałbym jej roli w kształtowaniu struktury produkcji
i wymiany handlowej – mówi Mateusz Szczurek, główny
ekonomista ING Banku Śląskiego.
Magdalena
Karst-Adamczyk
Państwa członkowskie Unii
Europejskiej niezależnie od
tego, czy przyjęły europejską
walutę, czy też – jak Polska
– wciąż się do tego procesu
przygotowują, są powiązane
unią celną. Jeszcze przed akcesją Polski do UE zawarto umowę, na mocy której obniżono
(często do zera) stawki celne
na wiele towarów. Korzyści,
jakie z tego tytułu od lat odczuwają polscy przedsiębiorcy,
są nie do przecenienia.
Choć obrót towarów
i usług w ramach Unii nie jest
traktowany jako import lub
eksport, unijni przedsiębiorcy,
będący podmiotami handlu
wewnątrzwspólnotowego,
są zobowiązani do składania
comiesięcznych deklaracji
i podlegają systemowi Intrastat, który monitoruje obrót
towarów wewnątrz UE.
Na zniesieniu ceł nie
kończą się korzyści, jakie
polscy przedsiębiorcy już dziś
odczuwają na polu wymiany
handlowej. Dużym udogodnieniem jest możliwość wystawiania faktur i rozliczania się
w euro. Natomiast parasolem
fot. sxc.hu
Magdalena Karst-Adamczyk
Polska droga do euro |
bezpieczeństwa, niwelującym ryzyko
kursowe, jest możliwość ustalenia
kursu, po jakim transakcja zostanie
rozliczona, już w chwili zawarcia
umowy handlowej.
- Oczywiście, niepewność każdego kontraktu handlowego pozostaje.
Nigdy nie wiadomo, czy zagraniczny
importer będzie w stanie zapłacić
za wyprodukowany w Polsce towar,
jeżeli kurs złotego niespodziewanie
się umocni, a w umowie strony nie
ustalą kursu rozliczeniowego. A zatem
ostateczne wyeliminowanie ryzyka
kursowego będzie korzystne dla
wymiany handlowej, ale nie sądzę,
by był to czynnik istotny, który
mógłby tę wymianę stymulować
– przekonuje Mateusz Szczurek.
Takie stanowisko wynika z raportu
Komisji Europejskiej podsumowują-
cego dziesięciolecie
funkcjonowania
strefy euro. Autorzy
raportu przyznają,
że wpływ euro na
handel wewnętrzny
był nieco niższy niż
pierwsze szacowane
prognozy – wywołał
wzrost od 5 do 15
proc w porówaniu
do sytuacji, gdyby
euro nie zostało
wprowadzone. Tym
samym podważono
wyniki badań opublikowanych
w 1989 r. przez ekonomistów Rosa
i Frankela, które wskazywały, że
handel między regionami w ramach
tego samego obszaru walutowego
może być nawet 2,35 razy większy
niż wymiana pomiędzy regionami
należącym do różnych obszarów walutowych, czyli osiągnie 70 proc. całej
wymiany handlowej państw strefy
euro. Jednocześnie, między 1999 a
2009 rokiem wartość handlu między
państwami członkowskimi UE wzrósła
o ponad 40 proc. – Większość
zmian, które pierwotnie przypisywano wejściu Polski do strefy euro,
dokonuje się już dziś – mówi Mateusz
Szczurek. – Duża w tym zasługa
Internetu i globalizacji. Uważam, że
Internet jest być może ważniejszym
narzędziem, jeżeli chodzi na przykład
o kształtowanie cen, niż wspólna
waluta. Wystarczy spojrzeć na sprzęt
fotograficzny – jego znacznie niższe
ceny w Stanach Zjednoczonych niż
w Europie wywołały mały import z
Nowego Jorku, który z kolei wpłynął
na cenę sklepową sprzętu
w Polsce – dodaje ekonomista.
Zdaniem głównego ekonomisty
ING Banku Śląskiego największy
wpływ na ewentualne korzyści i koszty w handlu zagranicznym po przyjęciu euro będzie miał kurs wymiany
złotego. Jeżeli z jakichś powodów
będzie on niedopasowany, np. na
skutek błędnych decyzji politycznych,
nadmiernego pośpiechu czy niefortunnego momentu przyjęcia euro,
dopasowanie kursu do właściwego
poziomu może zająć wiele lat.
– Przykładem jest unia monetarna
pomiędzy NRD a NRF, gdzie marka
wschodnia była znacznie przewartościowana. Koszty siły roboczej
wzrosły z dnia na dzień i zamiast
zyskać, wschodnie landy straciły wielu
inwestorów. Za tę błędną decyzję
wschodnie Niemcy płacą frycowe do
dziś. Sukcesy lub porażki wynikające
z członkostwa Polski w strefie euro zależą przede wszystkim od racjonalności tej decyzji – wyjaśnia ekonomista
ING Banku Śląskiego.
Zdaniem Mateusza Szczurka,
największą korzyścią wynikającą
z członkostwo Polski w strefie euro
będzie wzmocnienie siły politycznej
naszego kraju w dyskusji nad kształtem polityki pieniężnej, a w przyszłości także polityki podatkowej
oraz polityki regulacyjnej w systemie
finansowym. - I to jest korzyść nie do
przecenienia, na którą warto zwrócić
uwagę, mówiąc o konsekwencjach
przyjęcia euro w Polsce – reasumuje
Mateusz Szczurek. •
Polski eksport charakteryzuje
się silną koncentracją geograficzną
i produktową. Partnerami w niemal
45 proc. transakcji są zaledwie cztery
kraje: Niemcy, Włochy, Francja i Wielka
Brytania. W Polsce z myślą o eksporcie
wytwarzane są głównie towary o
niewielkim stopniu przetworzenia.
Euro dzieli Polaków
Tylko 35 proc. obywateli Polski uważa, że przyjęcie wspólnej waluty będzie dla ich
kraju korzystne. Odmiennego zdania jest niemal taka sama grupa ankietowanych.
Polacy a euro. Wprowadzenie wspólnej waluty będzie...
Tomasz Betka
Sondaż obrazujący opinię
Polaków na temat przystąpienia
do strefy euro przeprowadził
na początku października TNS
OBOP. Z badania wynika,
że ocena przyjęcia wspólnej
waluty pozostaje w polskim
społeczeństwie niejednoznaczna. Zalety wprowadzenia euro
widzi, co prawda, 35 proc. ankietowanych, ale równocześnie
34 proc. badanych sądzi, że
takie rozwiązanie przyniesie
Polsce więcej problemów niż
korzyści. Ponadto 20 proc.
respondentów przekonuje, że
po wstąpieniu do Eurolandu
nie będzie ani lepiej, ani gorzej,
a 11 proc. osób biorących
udział w badaniu nie ma na ten
temat zdania.
35%
korzystne
11%
nie mam zdania
20%
ani dobre,
ani złe
?
34%
niekorzystne
Podział na euroentuzjastów i eurosceptyków pokrywa się w dużej
mierze z linią podziałów politycznych
i społecznych. Zwolennikami przyjęcia
wspólnej waluty są częściej osoby
o poglądach centrowych, sympatyzujące z rządzącą koalicją, a także
z wyższym wykształceniem, stabilną
sytuacją materialną i wysoką pozycją
społeczną.
Poziom nieufności wobec euro wydaje
się jednak wysoki, ponieważ prawie
połowa Polaków (48 proc.) obawia
się, że europejska waluta negatywnie
wpłynie na stan ich gospodarstw
domowych. Równocześnie 43 proc.
badanych uważa, że unijny pieniądz
polepszy sytuację całej polskiej
gospodarki. Polacy są raczej sceptyczni
w sprawie przystąpienia do strefy
euro w latach 2009-12. Większość
z nich przekonuje, że powinno się
to stać później albo… nigdy.
W oczekiwaniu
na walutę światową
O euro jako walucie światowej, słabej kondycji dolara, a także o wzroście pozycji
ekonomicznej Azji, z dr Mirosławem Kachniewskim, dyrektorem generalnym
Stowarzyszenia Emitentów Giełdowych, wykładowcą Szkoły Głównej Handlowej,
rozmawia Tomasz Betka
Czy tak silna pozycja waluty
europejskiej, na przykład
wobec dolara amerykańskiego,
jest dla pana zaskoczeniem?
Euro w obrocie gotówkowym
funkcjonuje przecież dopiero od
2002 roku…
Nie jestem tym zaskoczony. Proszę
pamiętać, że jedną z walut składowych
euro była należąca do najmocniejszych walut na świecie marka niemiecka. Z tego powodu rozszerzenie tej
waluty na inne zachodnioeuropejskie
gospodarki musiało skutkować stworzeniem silnego i przyszłościowego
pieniądza, którym będzie się posługiwać coraz większa liczba krajów.
Co w takim razie stało się przez
te kilka lat z dolarem?
Najprościej wyjaśnić to za pomocą
prawa popytu i podaży. Aby coś miało wysoką wartość, musi być odpowiednio rzadkie. Dolar takim dobrem
dzisiaj nie jest i dlatego nie pełni już
tak istotnej funkcji płatniczej. Powiem
więcej, gdyby tak dużą ilość pieniędzy
wydrukował jakikolwiek inny kraj niż
Stany Zjednoczone, to taka waluta nie
byłaby warta już nic. Dlatego lepiej
zapytać: jak to się dzieje, że dolar
znaczy jeszcze cokolwiek?
I jak brzmi odpowiedź?
Wszyscy na świecie są w pewien
sposób zakładnikami dolara, który
pozostaje istotną częścią składową
rezerw większości państw. Powoduje
to sytuację, w której kraje boją się
masowo wyprzedawać dolara, bo to
automatycznie radykalnie obniżyłoby
jego wartość. Świat siedzi przez to
na bańce spekulacyjnej - wszyscy
wiedzą, że dolar jest przewartościowany, ale zarazem wszyscy boją się go
pozbywać.
W jakim stopniu kłopoty dolara
jako waluty światowej wynikają
z problemów gospodarki
amerykańskiej, przede
wszystkim z gigantycznego
długu publicznego USA?
W zasadzie już od dziesięcioleci świat
finansuję Amerykę. Ustanowienie
dolara jako podstawy powojennego
systemu monetarnego zapewniło USA
nieoprocentowany i długoterminowy
(a w zasadzie bezzwrotny) kredyt
zaciągany u innych krajów. Jeżeli Stany
Zjednoczone drukują pieniądze dla
Chin i Europy, to w jakimś sensie, do
momentu powrotu tych pieniędzy
do Ameryki, jest to tworzenie czegoś
z niczego. Wyprodukowanie banknotu kosztuje przecież o wiele mniej
niż wynosi jego nominalna wartość.
Przez wiele lat Amerykanie mogli tę
nadwyżkę bez obawy konsumować.
Dzisiaj jednak dolarów za granicą USA
jest tak dużo,
że teoretycznie
możliwe jest wykupienie Stanów
Zjednoczonych
przez kogoś
z zewnątrz.
Na przykład
przez Chiny.
To prawda,
że Chiny
w największym
stopniu finansują
amerykański
dług publiczny.
Ale problemem
Chin jest to, że
nie mogą one
upłynnić swoich
olbrzymich
rezerw dolarowych, ponieważ
najwięcej straciłyby własnie na
spadku wartości
samego dolara.
Dlatego Chińczykom zależy
na wysokim kursie dolara. Może nawet
bardziej niż samym Amerykanom.
Pozostaje pytanie: jak Chiny będą
zarządzać swoimi rezerwami? Gdybym
ja nimi zarządzał, wydałbym te pieniądze w Stanach Zjednoczonych i po
prostu kupił Amerykę.
Wróćmy jednak do euro.
Dlaczego jest to bardziej
przyszłościowa waluta od
dolara?
Z dwóch powodów. Po pierwsze, strefa euro będzie się powiększać. Dolar
nie ma takiej perspektywy. Po drugie,
o stabilność euro dba zewnętrzny,
niezależny bank centralny. Dolar nie
ma takiej instytucji i swoją wartość
zawdzięcza przede wszystkim dobrej
reputacji Stanów Zjednoczonych,
a nie skutecznej i przemyślanej polityce monetarnej.
Skoro Europa posiada tak mocną
walutę, skąd bierze się zadyszka
europejskiej gospodarki?
Zwłaszcza na tle dynamicznie
się rozwijającej gospodarki
azjatyckiej.
Względne osłabienie pozycji Europy
wobec Azji było widoczne już na
długo przed wprowadzeniem na
Starym Kontynencie wspólnej waluty.
Wynika to przede wszystkim z tego,
że społeczeństwo europejskie jest
coraz starsze i coraz lepiej chronione
socjalnie. Inne są też koszty pracy
oraz polityka ochrony środowiska
w Europie i w Azji. To wszystko
powoduje, że azjatycka siła robocza
jest o wiele bardziej konkurencyjna od
dziesięć lat funkcjonowania
wspólnej waluty średni poziom
inflacji w krajach strefy euro był
niższy niż średni poziom inflacji
w Niemczech Zachodnich
w czterdziestoletnim okresie
funkcjonowania marki niemieckiej, a więc najlepszej waluty
powojennego świata. Widać
więc wyraźnie, że euro jest
stabilnym środkiem płatniczym,
a do tego lepiej niż dolar czy
funt szterling przechodzi próbę
czasu.
tej polskiej czy zachodnioeuropejskiej.
Tak więc to nie euro jest powodem
nie najlepszej koniunktury w Europie.
Moim zdaniem pozostaje ono wręcz
czynnikiem wzmacniającym gospodarkę europejską.
W takim razie w jaki sposób
mamy się ścigać z Azją?
Nie jesteśmy w stanie wygrać tego
wyścigu. Pytaniem nie jest „czy” ale
„kiedy Azja nas dogoni?”. Nawet różnica technologiczna jest już w tej chwili
niewielka. Jedyną przewagą Europy i
USA pozostaje jeszcze przewaga kapitałowa - funkcjonowanie w państwach
azjatyckich firm będących własnością
europejską czy amerykańską.
W perspektywie dwóch, trzech pokoleń jesteśmy jednak skazani na porażkę. To będzie cena, którą zapłacimy za
wyższy poziom życia - za to, że żyje się
nam wygodniej. Jedyną szansą Europy
jest to, że kraje azjatyckie przyjmą
w pewnym momencie podobne standardy, choćby w zakresie przywoływanych już opieki socjalnej i ochrony
środowiska. Wtedy będziemy mogli
z Azją skutecznie konkurować.
Zanim to jednak nastąpi,
euro będzie funkcjonować
w obecnych warunkach. Czy
wspólna waluta może się jeszcze
w jakiś sposób rozwijać i jakie
zmiany czekają w najbliższych
latach strefę euro?
Obecne uregulowania są prawidłowe.
Model zewnętrznej niezależnej instytucji, która dba o politykę monetarną,
zdecydowanie się sprawdził. Przez
A czy sukces integracji
walutowej w Europie
może być impulsem dla
realizacji podobnego
procesu na kontynencie
azjatyckim?
Tak, ale nie tylko na kontynencie azjatyckim. To się może zdarzyć wszędzie. A może warto
pójść krok dalej i stworzyć
jedną walutę światową? Należy
przypomnieć, że koncepcja
jednej wspólnej waluty dominowała w nowożytnej historii
ludzkości. W praktyce wspólną
walutą była przecież wcześniej
waluta kruszcowa oparta na
złocie czy srebrze. Najbardziej
jaskrawym przykładem był
okres Łacińskiej Unii Monetarnej, kiedy poszczególne monety, choć bite przez różnych
władców, były akceptowane
na terenie państw całej unii.
Chce pan powiedzieć,
że stworzenie jednej
światowej waluty to
nieodległa perspektywa?
Może nastąpić to szybciej,
niż się wielu osobom wydaje.
Wystarczy, że chęć powstania
takiej waluty zgłosiłyby trzy
najważniejsze w tym kontekście
podmioty: Stany Zjednoczone,
Unia Europejska i Japonia.
Pozostaje jeden podstawowy problem: czy Ameryka
zrezygnuje z możliwości
dodrukowywania swojego
pieniądza, bo przy systemie
wspólnej waluty taki przywilej
utraci. Ale moment, aby uciec
pod parasol jakieś zewnętrznej
instytucji monetarnej, wydaje
się z perspektywy USA bardzo
kuszący. Kolejny kryzys może
bowiem wreszcie przekłuć
wspominaną bańkę spekulacyjną i okaże się, że dolar będzie
bezwartościowy, a jego renoma
bezpowrotnie zniknie. •
€URO
są poza Polską rozpoznawalne. Gdyby na
polskich euro monetach miały znaleźć się
symbole architektury (ale mam mieszane
uczucia, czy powinny), postawiłbym
na Wawel, Zamek Królewski, Żuraw
Gdański i Żelazową Wolę. Natomiast fauna i flora byłyby ciekawym rozwiązaniem,
jeżeli chodzi o rynek numizmatyczny.
Zwierzęta na monetach to jeden z najbardziej poszukiwanych tematów przez
kolekcjonerów. Ciekawie wyglądałby np.
żubr, orzeł, bóbr albo niedźwiedź. Na tle
monet wybijanych przez pozostałe państwa strefy euro na pewno wyglądałyby
oryginalnie i ciekawie, a przy okazji stałby
się nie lada gratką na rynku numizmatycznym.
Sonia Bazylik, studentka
dziennikarstwa na UW, II rok
Strona narodowa polskiej euro monety
powinna wiązać się z najnowszą historią
Polski. Zjednoczenie Europy byłoby
niemożliwie, gdyby nie wydarzenia, które
dokonały się w naszym kraju. By do nich
nawiązać, na monecie mógłby znaleźć się
na przykład okrągły stół. Umieściłabym
także pomnik Poległych Stoczniowców
1970 jako symbol walki z reżimem
komunistycznym. Na stronie narodowej
mógłby pojawić się także wizerunek
Lecha Wałęsy, bo choć to kontrowersyjna
postać, jednak kojarzy się z Polską i jest
doceniana na całym świecie. Z tych
samych powodów nie może zostać
pominięty Jan Paweł II, który wielokrotnie
nawoływał do integracji i porozumienia
w Europie. Myślę, że nie powinniśmy
rezygnować z orła, który obecnie zdobi
złotego. Orzeł Biały jest symbolem
naszego kraju od początku jego państwowości i sądzę, że Polacy są do niego
przywiązani.
Adam Bańkowski, student
europeistyki na UW, V rok
Polskie euromonety powinny promować
nasz kraj. Dlatego warto, by przedstawione na nich symbole nawiązywały do
wydarzeń, które dotąd nie były szeroko
znane w Europie, a którymi możemy
i powinniśmy się przed Europą pochwalić. Proponuję: znak Polski Walczącej
z datą powstania warszawskiego, bo
warto upamiętnić powstanie, wydarzenie
bez precedensu na skalę światową, oraz
bohaterstwo mieszkańców Warszawy.
Myślę także, że nie powinien zostać pominięty symbol upamiętniający podpisanie Konstytucji 3 maja. Byliśmy pierwszym
krajem w Europie, który uchwalił ustawę
zasadniczą, co pokazuje Polskę jako kraj
nowoczesny, reformatorski i otwarty na
zmiany. Warto to wypromować.
Łukasz Korzeniewski, student
bezpieczeństwa narodowego na
Akademii Obrony Narodowej, I rok
Motyw na stronie narodowej polskiego
euro powinien symbolizować wkład
Polski w rozwój wspólnego dziedzictwa
europejskiego. Mogą to być zasługi polityczne, na przykład postać marszałka Piłsudskiego, który symbolizuje zatrzymanie
pochodu komunizmu w 1920 roku, czy
wizerunek husarza, kojarzący się z wiktorią wiedeńską i ocaleniem kontynentu
przed islamizacją. Równie dobrze jednak
można podkreślić zasługi dla rozwoju
europejskiej kultury i nauki, umieszczając
na monecie Chopina albo Kopernika.
Cokolwiek jednak będzie widnieć na
polskim euro, powinno być powszechnie
akceptowalne przez Polaków, jako ich
symbol.
| III |
€URO | Polska droga do euro
fotografia | Kolumna Zygmunta
Czy wspólna waluta
uczyni cię biedniejszym?
Wzrost cen to największa obawa Polaków w związku z wprowadzeniem euro. Niektórzy
przekonują, że po wycofaniu złotego podrożeje niemal wszystko. Czy mają rację?
Iluzja czy rzeczywistość?
Doktor Grzegorz Tchorek, doradca
Biura ds. Integracji ze Strefą Euro
w NBP przekonuje, że obawy dotyczące cenowego efektu wprowadzenia euro wynikają z faktu, że kraje,
które przyjmowały wspólną walutę
jako pierwsze, nie najlepiej się do tego
przygotowały. - Na wzrost cen nie
wpływa przecież samo wprowadzenie
euro, ale również towarzyszący mu
szum informacyjny i niezwiązane
bezpośrednio z walutą
zaokrąglanie cen w górę
– podkreśla doradca BISE NBP.
Ekonomiści
podkreślają, że w
państwach strefy
euro powstało
wśród konsumentów
zjawisko
Andrzej
Zygmuntowicz
przykład, że wprowadzenie wspólnej waluty w Słowenii, na Malcie
i Cyprze spowodowało wzrost cen
o zaledwie 0,2-0,3 pkt. proc.
Gdzie leży przyczyna?
Wzrost cen po wprowadzeniu
nowej waluty może nastąpić z kilku
powodów. Jeden z nich wiąże się
z tzw. hipotezą kosztów menu, która
wychodzi z założenia, że dostosowanie cen jest kosztowne, ponieważ
wiąże się na przykład z koniecznością
przygotowania nowego cennika czy
ulotek reklamowych. Dlatego wiele
przedsiębiorstw może zmienić
ceny przy okazji obowiązkowej
wymiany waluty, by uniknąć
dublowania wydatków.
Wprowadzenie nowej
waluty mogą również
wykorzystać przedsiębiorcy do
zaokrąglania tzw. cen atrakcyjnych,
a więc takich, za których pomocą
łatwo wydać resztę, a więc 0,95, 0,99,
1,29 itp. Z symulacji NBP wynika, iż
przeciętny wzrost cen spowodowany
zaokrągleniami mógłby wynieść w
Polsce – w zależności od scenariusza
– od 0,04 proc. do 2,56 proc. Za
najbardziej prawdopodobny autorzy
badania uznają jednak wzrost cen
o około 0,5 proc. - Zamiast poddawać
się obawom dotyczącym wzrostu cen
z powodu wprowadzenia euro, należy
się własnie zastanowić, jak uniknąć
nieuzasadnionego, a często nieuczciwego podnoszenia i zaokrąglania cen
- radzi dr Tchorek.
Możliwość prewencji
Oczywiście, do zminimalizowania wzrostu cen, który
towarzyszy wprowadzaniu do
obiegu wspólnej waluty, może
się przyczynić odpowiednia
polityka rządu i organizacji
konsumenckich.
– Działalność prokonsumencka to ważny element
uświadamiania społeczeństwa.
Inicjatywy obywatelskie
i organizacji pozarządowych
powinny uzupełniać
działania administracyjne – nie
ma wątpliwości
Grzegorz Tchorek
i podkreśla,
że trzeba
zachęcać
sprzedawców do
utrzymywania cen na niezmienionym poziomie w okresie
wprowadzenia euro. Na Cyprze
i na Malcie uruchomiono dla konsumentów specjalną infolinię, na którą
mogli zgłaszać nadużycia. - Prowadzona była „czarna lista” przedsiębiorców,
którzy wykorzystywali wprowadzenie
wspólnej waluty do podnoszenia
cen swoich usług czy produktów
– przypomina analityk NBP. Poza tym,
władze Malty wprowadziły całkowity
zakaz zaokrąglania
cen w górę, co spowodowało,
bezwarunkowej i trwałej
że jest to jedyny kraj, w którym udało
poprawy konkurencyjności. Na nią
się uniknąć iluzji euro.
trzeba sobie samemu zapracować Warto się także przyjrzeć inicjatypodsumowuje Grzegorz Tchorek.
wom naszych południowych sąsiadów
Nie ulega natomiast wątpliwości, że
Słowaków, którzy płacą w euro od
prognozy analityków i doświadczenia
początku 2009 r. Korzystne dla
państw Eurolandu zachęcają do
obywateli były na Słowacji już same
tego, aby patrzeć na euro bardziej
zasady zaokrąglania cen, zgodnie
perspektywicznie, a nie wyłącznie
z którymi podatki były zaokrąglane
przez pryzmat ceny pieczywa kilka
w dół, a emerytury czy zasiłki w górę.
tygodni po wprowadzeniu wspólnego
Ponadto, by przyzwyczaić ludzi do
pieniądza. Co nie znaczy, oczywiście,
nowej waluty, na przedsiębiorców
że jest to zadanie proste i przyjemne. •
nałożono obowiązek podawania cen
zarówno w koronach słowackich, jak
i w euro. Nie mniej istotna
była aktywność samych
przedsiębiorców, którzy
mogą podpisać kodeks
etyczny, zobowiązujący
do niezawyżania cen.
Ich poziom monitoruje
również słowacka inspekcja handlowa, która
może na nieuczciwych
sprzedawców nakładać
POLSKA DROGA DO EURO
spore kary pieniężne.
Dobrze jest także
redaktorzy prowadzący:
promować pozytywny
dr Janusz Grobicki,
wizerunek nowej waluty
Wojciech Staruchowicz
i wytworzyć, jak choćby
zespół redakcyjny:
na Cyprze, przekonanie
Tomasz Betka,
o współodpowiedzialności
Magdalena Karst-Adamczyk,
obywateli za proces wymiMarcin Kasprzak
any pieniądza.
dodatek nr 3 z serii
Atrakcyjna
rekompensata
Poza wszystkim,
należy jednak pamiętać,
że ocena wprowadzenia euro powinna
uwzględniać dłuższy
okres obowiązywania
wspólnej waluty.
Korzyści przystąpienia
do strefy euro powinny
nam zrekompensować
początkowe niedogodności.
Niektóre z nich odczujemy niemal natychmiast. – Przyjęcie
Polska droga do euro
Projekt dofinansowany ze środków
Narodowego Banku Polskiego.
Więcej o polskiej drodze do euro
na stronach: www.nbp.pl/euro.
Tam też znajduje się pełna
treść Raportu na temat pełnego
uczestnictwa RP w trzecim etapie
Unii Gospodarczej i Walutowej.
Publikacja zdjęć ma charakter edukacyjny
O skali społecznego niepokoju
świadczą choćby wyniki badania
OBOP przeprowadzonego wśród
Polaków pod koniec lutego bieżącego
roku. Aż 54 proc. respondentów
uważa, że wprowadzenie wspólnej
waluty przyczyni się do ogólnego
wzrostu cen na polskim rynku. Mniej
niż jedna trzecia ankietowanych (29
proc.) wierzy, że przystąpienie do strefy euro wzmocni polską gospodarkę.
Polacy nie są w tej kwestii
wyjątkiem. Jak pokazują badania
Komisji Europejskiej, jeszcze pięć
lat po wymianie waluty 93 proc.
obywateli dwunastu najstarszych
państw strefy euro było zdania, że
wprowadzenie nowego pieniądza
spowodowało podwyżkę cen w ich
krajach. Co ciekawe, dzieje się tak,
choć oficjalne dane makroekonomiczne za 2002 r., a więc za pierwsze
dwanaście miesięcy funkcjonowania
euro w obiegu gotówkowym, nie
potwierdziły pesymistycznych prognoz o wzroście inflacji (a w konsekwencji wzroście cen) w związku
z przyjęciem wspólnej waluty.
określane mianem iluzji euro. Przejawia się ono w rozbieżności między
postrzeganym a rzeczywistym wzrostem
cen. Badania pokazują, że skala rzeczywistych podwyżek, najczęściej zresztą
niezwiązanych bezpośrednio z wymianą
pieniądza, była zdecydowanie mniejsza,
niż się powszechnie uważa.
Z czego zatem wynika iluzja
euro? Analitycy NBP wskazują na kilka
czynników, z których najważniejsze
to nawyk przeliczania cen ma walutę
narodową nawet kilka lat po jej wycofaniu i powiązanie każdego wzrostu
cen z wprowadzeniem euro, a nie na
przykład ze zmianą cen surowców czy
rosnącymi kosztami pracy. – Natura
człowieka charakteryzuje się tym, że
szybciej dostrzega wzrost ceny jednego dobra niż spadek innego
(co również miało miejsce – np.
w przypadku usług telekomunikacyjnych, sprzętu RTV i AGD) - uważa
Grzegorz Tchorek. Nie ukrywa on
zarazem, że część towarów i usług
podrożała nie tylko w społecznej
wyobraźni – zwłaszcza usługi
gastronomiczne, fryzjerskie, telekomunikacyjne, a także, choć w mniejszym
stopniu, żywność, odzież i obuwie.
- Są to zazwyczaj produkty o niskich
poziomach cen, ale fakt codziennego
ich spożywania czy wykorzystywania
sprawia, że bardziej to zauważamy
– stąd „efekt cappuccino” - podkreśla
ekspert NBP.
Jednak również w tym przypadku wzrostu cen nie należy wiązać
wyłącznie z pojawieniem się
euro. Badania Eurostatu
wskazują na
Kilka dni temu, wybiegając jak co dzień z domu w pośpiechu, zobaczyłem na posadzce klatki schodowej,
pod skrzynkami pocztowymi, rozrzucone ulotki. Znana twarz uśmiechała się do mnie. Ulotka okazała się być
częścią kampanii służącej szczytnym celom. Trzymając ją w dłoni, śpiesznym krokiem udałem się na przystanek.
Na jednej z jego ścian znalazłem kolejny przekaz reklamowy o społecznym charakterze.
DODATEK SPECJALNY 03/2009
Tomasz Betka
Pro publico bono
wspólnego pieniądza określa koniec
ryzyka kursowego i likwidację kosztów
transakcyjnych przy wymianie waluty.
Polska gospodarka jest stosunkowa
mała, a więc w strefie euro uzyskujemy
stabilność dużego obszaru gospodarczego - analizuje ekspert NBP.
Nie mniej istotne będą korzyści
długookresowe. - Poprawie powinna
ulec nasza pozycja w handlu zagranicznym. Powinniśmy odczuć również
wzrost inwestycji, przede wszystkim inwestycji bezpośrednich. Chociaż trzeba sobie zdawać sprawę, że przyjęcie
euro nie daje automatycznie
A więc nie tylko
klasyczne
towary
i usługi są natarczywie promowane. Te
są wszędzie; włączając radio czy telewizor
można być pewnym,
że natychmiast zaatakują. W gazetach
i czasopismach też
są wszechobecne.
Takie miasto, po którym od zawsze lubię
się włócz yć, stało
się jedną wielką powierzchnią reklamo- Unicef – Co roku umiera 1,5 mln dzieci z powodu picia zanieczyszczonej wody.
wą. Na każdym kroku
zniewolił nawet przypadkowego oglądacza
– przystanek, słup przydrożny, jadący aui nakłonił do sięgnięcia po reklamowany
tobus komunikacji miejskiej, mur stadionu,
produkt. Reklama społeczna nie dysponuślepa ściana budynku, tablica wpakowana,
je tak dużymi środkami, a jej działanie jest
gdzie tylko się da, a nawet całe domy opatrudne do zmierzenia, bo nie przekłada się
kowane od chodnika po dach – jesteśmy nana ilość kupionych produktów. Szczytne cele
mawiani do kupowania bez końca. Natrętne
są jednak w stanie skusić autorów reklam do
obrazy nie pozwalają wyrwać się ze zglobalimaksymalnego wysiłku intelektualnego, by
zowanego systemu konsumpcji.
ważna społecznie sprawa została przez odJeśli tak już jest, że bez reklamy nie da się
biorców zauważona.
zwrócić uwagi na jakąś sprawę czy działaReklamy te wyróżnia pewna surowość, skromnie, to i społecznie ważne idee też muszą
ności środków finansowych (choć nie zawsze
pojawiać się na bilbordach, ulotkach w prajest ubogo) towarzyszy często oszczędność
sie i telewizorze. Ważne, by ten szczególny
formy. Okazuje się, że ograniczona ilość eleprzekaz docierał do odbiorców. Agencje rementów często sprzyja szybszemu zobaczeklamowe, kuszone dużymi budżetami, bez
niu obrazu reklamowego. Ważną częścią tych
większych problemów przygotują kampanię
reklam jest kultura podania tematu. A bywają
promującą nową sieć telefonii komórkowej,
one drażliwe, nieprzyjemne, niechciane, ale
nową pralkę, samochód czy wakacje w ciejakże często powszechnie obecne w codzienpłych krajach. Zrobią wszystko, by przekaz
ności
większości
ludzi. Reklama społeczna ma wpływać
na zmianę naszych
niektórych przyzwyczajeń, w tym na
większą aktywność
obywatelską, mocno
przytępioną przez
coraz powszechniejszy egoizm (swoją
drogą wykreowany
w dużej mierze
przez reklamę). Dobrze zrobione reklamy społeczne na
długo pozostają w
pamięci. Jak choćby
słynna „bo zupa była
za słona” z bardzo
sugestywną fotografią ukazującą temat tabu, jakim jest
przemoc domowa.
O czym mogliśmy
się przekonać, gdy
rozgorzała dyskusja
nad ustawą o zakazie bicia dzieci. Jakże wielu uznało, że
klaps jest właściwą
formą wskazywania dziecku, gdzie
jest dobro a gdzie
zło. Podobną rolę
odegrała reklama
Community Safety – Połowa przestępstw z użyciem przemocy jest skutkiem z fragmentem wier-
sza księdza Twardowskiego „Spieszmy się
kochać ludzi, tak szybko odchodzą” i fotografią dziecka o smutnych oczach. Przyczyniła
się do zaakceptowania hospicjów jako szczególnych miejsc właściwej opieki i godnego
żegnania najbliższych, którym sami pomóc
już nie możemy.
Reklama społeczna zwraca uwagę na problemy o istotnym znaczeniu. Bez niej w pośpiechu pracy, zakupów, życia rodzinnego nie
zauważylibyśmy wielu spraw, które i dla nas
są nieobojętne. Rola fotografii w czynieniu
reklamy dobrze widoczną i przekonującą ma
charakter podstawowy. Dzięki dobrze zbudowanemu obrazowi, nawet nieznajomość
języka, w którym napisano tekst towarzyszący zdjęciu, nie powinno być kłopotu z odczytaniem przesłania. Sugestywne fotografie
czynią przekaz zapadającym w pamięć i stale nas niepokojącym. To zdjęcia najczęściej
przekonują, że nie może być zgody na przemoc, pedofilię, prowadzenie pojazdów po
kieliszku wódki czy szklance piwa, że nie ma
powodów, by nie traktować tak samo ludzi
różniących się płcią, kolorem skóry, miejscem
urodzenia, religią, wiekiem czy miłością do
klubu piłkarskiego.
Zdjęcia realizowane dla potrzeb nośnej reklamy społecznej powstają w taki sam sposób,
jak dla innych obszarów reklamy: w studiu
lub odpowiednio przygotowanej przestrzeni
discriminatie.nl - Czy musisz ukrywać swoją
prawdziwą twarz, aby być akceptowanym?
przez zło powinni zachować anonimowość,
bo czy potrącony przez tira rowerzysta, skaczący na płytką wodę młodzieniec albo ofiara pedofila powinni oglądać się bez końca
Międzynarodowy Czerwony Krzyż – Nie pozostaw go sam na sam z Czarnobylem.
o naturalnym charakterze, według z góry złożonego planu i z udziałem modeli i statystów
odpowiednio wystylizowanych do zdjęć. Te
typowe dla realizacji sesji reklamowej metody warsztatowe drażnią zwolenników naturalizmu w reklamie społecznej – uważają, że tak
powstałe materiały są z gruntu fałszywe, bo
wszystko w nich jest udawane. Jak uwierzyć,
że zły mąż bija żonę, bo zrobiona przez nią
zupa była za słona, gdy na jej ciele pojawiają
się sztuczne siniaki nałożone przez charakteryzatorów. Czy w tym wypadku konieczna
jest aż tak bolesna wiarygodność? Wątpię,
byśmy chcieli oglądać prawdziwe ofiary rodzinnych dramatów, owe bite żony czy okładane sznurem dzieci. Ci naprawdę dotknięci
w tragicznej dla siebie chwili? Każda reklama,
także ta społeczna, ma budować przesłanie
o ogólniejszym charakterze. Wszyscy wiedzą,
że jest grą między autorami a widzami i często posługuje się elementami wyrafinowanej
kreacji, by przekaz był mocniejszy i trafiający
do różnych kręgów odbiorców.
Prawdziwość sceny o dramatycznym charakterze nie jest konieczna, by obraz zadziałał
właściwie i wywołał pożądany skutek. Istotniejsze jest samo powstawanie takich reklam,
one muszą być, bo bez nich znieczulica, zataczająca coraz szersze kręgi, zapanuje całkowicie w naszych codziennych relacjach nie
tylko z nieznajomymi, ale także z bliskimi. •
spożycia alkoholu. Na zdrowie.
| IV |
| 11 |
pr
PR na świecie
| PR
public
relations
Spinacze ex aequo
Po raz pierwszy w historii w jednej
z kategorii przyznano ex aequo aż trzy
miejsca. W sumie nagrodzonych zostało
18 kampanii. Trzy Złote Spinacze powędrowały do Imago Public Relations.
Po dwie nagrody otrzymały firmy: Euro
RSCG Sensors, On Board Public Relations, San Markos, Partner of Promotion
oraz Raczkiewicz Chenczke Consultants
(Rc²). Po jednej statuetce otrzymały:
eurobank, Ciszewski Public Relations,
Hoop Polska, Electronic Arts Polska,
AmRest, Solski Burson- Masteller, Hill &
Knowlton Poland, Inicjatywa RAZEM 89,
Projekt: Polska, DDB, Value Media, Tribal
DDB, ComPress, Żywiec Zdrój, UNITED
PR i Eskadra Publica.
Ten wredny PR
Ciekawa
alternatywa dla
nafaszerowanych teoriami
podręczników.
„Ten wredny PR”
to zbiór wielu
felietonów autorstwa osób ze
świata mediów,
na stałe mających kontakt z tą branżą. Pełna ciętych
point i zgryźliwych żartów analiza rynku
PR-owskiego w Polsce. Monika Olejnik,
Jacek Żakowski, Katarzyna KolendaZaleska i inni biorą pod lupę działania
speców od marketingu politycznego czy
PR-u, lecz także krytykują zaniechania
osób publicznych w tej dziedzinie. Radzą
prezydentowi, aby częściej słuchał rad
żony niż swoich najbliższych doradców,
zwracają uwagę na nieco pierwotne
metody dyskusji w wykonaniu Janusza
Palikota. Fascynujący zbiór komentarzy, podparty ciekawymi nazwiskami
idealnie nadaje się jako uzupełnienie
lektur akademickich, nierzadko bogatych
w teorię, a ubogich w praktykę.
„Ten wredny PR 2009.
Jak Public Relations zmieniło Polskę”
Praca zbiorowa, One Press [MK]
Odpowiedzialna Coca-Cola
Firma Coca-Cola ogłosiła, że planuje
rozpocząć kampanię pokazującą jej
osiągnięcia z zakresu CSR – informuje
magazyn „PRweek”. Akcja ma być
nastawiona głównie na czołowe media
brytyjskie, francuskie i belgijskie.
Coca-Cola chce bardziej efektywnie
komunikować swoje osiągnięcia na polu
społecznej odpowiedzialności biznesu i
zachęcić jak najwięcej osób do zaangażowania się w proponowane przez firmę
wydarzenia. Do działań z zakresu public
relations została wybrana agencja Bell
Pottinger.
www.PRweek.com
PR | Marketing polityczny / To PRoste
Następca
PR w służbie ekologii Twittera opr. Roksana Gowin
Agencja Hill & Knowlton została wybrana przez duńskie Ministerstwo
Spraw Zagranicznych do prowadzenia działań informacyjnych oraz
media relations podczas rozpoczynającej się 7 grudnia w Kopenhadze
dwutygodniowej Konferencji Narodów Zjednoczonych w sprawie Zmian
Klimatu COP 15. Z informacji serwisu internetowego PR newswire wynika,
że agencja będzie wspierać działania mające na celu kształtowanie
postaw przyjaznych środowisku oraz propagowanie idei ograniczania
emisji gazów cieplarnianych. Kampania ma mieć wydźwięk zarówno na
szczeblu lokalnym, jak i na arenie międzynarodowej. Paul Taaffe, prezes
Hill & Knowlton, powiedział: „Zmiany klimatyczne są obecnie jedną z najważniejszych kwestii globalnych i skomplikowanym wyzwaniem dla nas
wszystkich. Uważamy, że efektywna komunikacja dotycząca praktycznych
rozwiązań tych problemów pomoże w ich przezwyciężeniu”.
Źródła: www.prnewswire.com
Korupcja według
Transparenty
International
Brytyjski dziennik „The Guardian” prezentuje
najnowszy raport Transparenty International
dotyczący poziomu korupcji w wybranych
państwach na świecie. Nowa Zelandia,
Dania, Singapur oraz Szwecja uplasowały
się w pierwszej czwórce jako kraje o niskiej
korupcji, stabilnych i rozwiniętych gospodarkach. Na szarym końcu
zestawienia znalazły się Somalia, Afganistan, Myanmar i Sudan jako kraje
o niestabilnej władzy i niewydolnym systemie politycznym. Dziennikarz
„The Guardian” z zaniepokojeniem podkreśla znaczący spadek pozycji
Wielkiej Brytanii w rankingu (z 12. na 16. miejsce), który wpływa negatywnie na wizerunek kraju. „Skandal związany z wydatkami brytyjskich
parlamentarzystów nie pomógł reputacji Wielkiej Brytanii, na którą miała
również wpływ decyzja rządu Blaira o zakończeniu korupcyjnego śledztwa w sprawie saudyjskiego kontraktu na dostawę broni, podpisanego
przez BAE Systems” – podkreśla autor artykułu.
Magazyn „PRweek” przeprowadził
ankietę wśród ekspertów zajmujących
się działaniami PR w sektorze nowych
technologii. Specjaliści zastanawiali się,
jaki portal w 2010 roku odniesie równie
duży sukces jak Twitter i o którym będzie mówić się najczęściej. Analizy
wykazały, że najbardziej obiecującą stroną jest Google Wave. Portal nazywany jest przez jego twórców przyszłością komunikacji internetowej i łączy
w sobie funkcje oferowane dotąd oddzielnie przez jedną z największych
amerykańskich firm z branży internetowej. Dzięki Google Wave ludzie będą
mogli się komunikować i współpracować w czasie rzeczywistym za pomocą
dokumentów tekstowych, zdjęć, filmów, map i innych funkcji umożliwiających edytowanie treści tworzonych przez znajomych. „PRweek” dodaje,
że interaktywny wideoblogging zmniejszy oddziaływanie w 2010 roku na
rzecz coraz bardziej dostępnych mediów społecznościowych oraz platform
internetowych za pomocą telefonów komórkowych. Źródło: www.PRweek.com
Mocarstwowe
oblicze Rosji
„Nowa prorosyjska kampania już niebawem ma zagościć w krajach Unii
Europejskiej" – pisze Andrew Rettman na portalu euobserver.com. Rosyjska
państwowa agencja informacyjna RIA Nowosti rozpoczęła negocjacje
z największymi firmami PR, przedstawiając im projekt kampanii oraz główne
oczekiwania związane z kształtowaniem wizerunku kraju. Rosja ma być przedstawiona jako światowe mocarstwo uprawnione do rozmów z Unią Europejską,
USA i Chinami na temat globalnego bezpieczeństwa i spraw energetycznych.
Ponadto w kampanii mają występować elementy historyczne, pokazujące
inne oblicze Józefa Stalina, a także usprawiedliwiające działania podjęte przez
Związek Radziecki przed i po II wojnie światowej. Agencja informacyjna RIA
Nowosti uważa, że cała akcja przyczyni się do umocnienia wizerunku Rosji jako
mocarstwa, które nadal odgrywa dominującą rolę na arenie międzynarodowej.
Źródło: euobserver.com
Źródło: www.guardian.co.uk
reklama
USA zwycięską marką
Już po raz piąty agencja Weber Shandwick oraz firma FutureBrand przygotowały zestawienie najlepszych marek wśród państw. Na szczycie tegorocznego
rankingu Country Brand Index uplasowały się po raz pierwszy Stany Zjednoczone. Amerykanie wyprzedzili zeszłorocznego lidera – Australię, która spadła
na trzecią pozycję. Nieprzerwanie na drugim miejscu utrzymuje się Kanada.
Badania polegały na przeprowadzeniu szczegółowych wywiadów
z ok. 3 tysiącami osób odbywających podróże zagraniczne w celach służbowych oraz urlopowych. Respondenci pochodzili z USA, Wielkiej Brytanii, Chin,
Australii, Japonii, Brazylii, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Niemiec i Rosji.
Ocenie podlegały marki 102 państw w 28 kategoriach. Polska została uwzględniona w badaniach, ale nie została wyróżniona w żadnej z rankingowych
kategorii. Źródło: www.webershandwick.com
2012 według NASA
Agencja kosmiczna NASA rozpoczęła kampanię informacyjną, która ma za
zadanie wyprowadzić obywateli z błędu, że w 2012 roku nastąpi kataklizm niszczący wszystkie istniejące cywilizacje. Media w ostatnim czasie zaczęły bowiem
coraz częściej przypominać przepowiednię Majów mówiącą o końcu świata w
rezultacie zderzenia asteroidy z Ziemią. 11 listopada nastąpiła światowa premiera filmu „2012”, przedstawiającego wizualizację tych katastrofalnych wydarzeń.
Jak podaje portal astrobiology.nasa.gov, naukowcy chcą powstrzymać falę
paniki za pomocą specjalnie do tego celu utworzonej strony internetowej, na
której znani astrofizycy będą udzielali rzetelnej i fachowej informacji. Ma ona
za zadanie w przystępny dla każdego sposób dementować wszelkie plotki
dotyczące rzekomo zbliżającego się wielkimi krokami końca świata. Źródło: astrobiology.nasa.gov
| 12 |
Celny rzut mięsem
Kontrowersyjna kampania Burger Kinga wykorzystująca incydent
z Kamilem Durczokiem w roli głównej została nominowana do prestiżowej
nagrody Złotych Spinaczy w kategorii Kreatywność oraz PR produktu.
Magda Grzymkowska
13 lutego br. w Internecie ukazało się nagranie video, w którym Kamil Durczok, prezenter
TVN, na kilka minut przed wieczorem wydaniem „Faktów” zupełnie niecenzuralnie wyraża swoje niezadowolenie ze stanu czystości
stołu. Mimo szybkiej reakcji biura prasowego
TVN, które doprowadziło do usunięcia materiału z serwisów takich jak YouTube czy Dailymotion, w Internecie
pojawiło się mnóstwo
komentarzy na ten temat – nie tylko na forach i blogach, ale też
w wydaniach internetowych mainstreamowych mediów.
Akcja od kuchni
16 lutego koło godziny
9:15 podczas telekonferencji firmy AmRest, operatora marki Burger King
w Polsce, z agencją PR
Solski Burson-Marsteller, kiedy temat schodzi
na weekendową aferę,
pada wyrażenie „rzucać
mięsem”. Wtedy w głowie Anny Robotyckiej,
PR manager marki, rodzi
się pomysł na kampanię.
O godz. 16:00 nabiera on
realnego kształtu w postaci strategii „Durczok
Gate”, która, wykorzystując zamieszanie związane z filmem, miała zwrócić uwagę mediów
na markę Burger King i zaprezentować ją jako
odważną, kontrowersyjną i wyrazistą – zgodną ze sloganem firmy „Have it your way”. O
godz. 20:00 strategia została zaakceptowana.
17 lutego po południu został wysłany komunikat prasowy: „Najlepsze miejsce do rzucania mięsem w Warszawie”, w którym Kamil
Durczok został doceniony za „bycie prawdziwym mężczyzną” i „odwagę bycia sobą”, co
potwierdził stosowny certyfikat i dożywotni,
imienny kupon na korzystanie z oferty Burger
King. Kupon i certyfikat zostały wysłane kurierem do prezentera na adres siedziby stacji.
Certyfikat zaprojektowały i wydrukowały zaufane firmy współpracujące z Burger Kingiem
od dawna. Jednocześnie napisano list do Szymona Majewskiego z propozycją wykorzystania tej informacji w jego programie. Tempo
pracy było ekspresowe, ale sytuacja wymagała błyskawicznego i dobrze zorganizowanego
działania. Za realizację tej kampanii odpowiadały Anna Robotycka ze
strony AmRestu i Anna
Marciniak z agencji Solski Burson-Marsteller. Mięso u
Majewskiego
Reakcja mediów była
natychmiastowa – już
wieczorem w Internecie pojawiły się
pierwsze publikacje
na ten temat. Od 18
lutego pojawiły się
informacje w prasie, a
internauci żywo dyskutowali o tym nietypowym wyróżnieniu
dla przeklinającego
dziennikarza. O kampanii pisały zarówno
„Gazeta Wyborcza”,
„ R z e c z p o s p o l i t a ”,
„Dziennik”, jak i „Super Express”, „Pudelek” oraz dzienniki regionalne. Po tygodniu firma produkująca
dla TVN program „Szymon Majewski Show”
prosi o zgodę na wykorzystanie wizerunku.
Chociaż było to ryzykowne, ponieważ nikt
z Burger Kinga nie mógł ingerować w treść
audycji, niemal natychmiast wyrażono zgodę. Producent zapewnił jedynie, że marka zostanie pokazana w dobrym świetle. Program
został wyemitowany 2 marca i przedstawiał
osoby „rzucające mięsem” na terenie sieci restauracji. Był on na tyle niecenzuralny, że nie
został w całości pokazany w telewizji; pełna
wersja ukazała się w Internecie.
Niskie koszty – wielkie efekty
Efekty przerosły oczekiwania pomysłodawczyni akcji. – Nasze badania potwierdziły, że
w ciągu trzech kwartałów spontaniczna świadomość marki wzrosła dwukrotnie: z 5 proc.
w IV kwartale 2008, do 10 proc. w II kwartale 2009, czyli bezpośrednio po naszej akcji.
Uwzględniając średnie wyniki czytelnictwa,
oglądalności oraz średnią liczbę użytkowników portali internetowych, komunikacja
związana z akcją mogła dotrzeć do ok. 8 milionów ludzi – mówi Anna Robotycka. – Efekty
kampanii były imponujące, szczególnie biorąc
pod uwagę fakt, że całkowite koszty projektu
wyniosły zaledwie 300 złotych. Natomiast
wartość publikacji (tzw. efektywny ekwiwalent reklamowy) w mediach drukowanych i telewizji, nie licząc ogromnej liczby materiałów
w Internecie, osiągnęła ok. 200 tysięcy złotych
– dodaje. Akcję docenili również koledzy po
fachu, przedstawiając ją w mediach branżowych jako przykład świetnie i błyskawicznie
przeprowadzonej oraz przede wszystkim
efektywnej kampanii PR-owej. Ostatnio była o
niej mowa w listopadowym numerze „Marketing&More”.
A gdyby się pogniewał…
Kampania dotyczyła drażliwej kwestii na temat osoby publicznej. Dlatego zespół Burger
Kinga musiał przygotować się na ewentualny
kryzys. Opracowana została lista trudnych
pytań i odpowiedzi dla osób pracujących dla
Burger Kinga, mających na co dzień kontakt z
mediami. Przeprowadzono również briefing
oraz przygotowano skrypty dla pracowników
w przypadku kontaktu z osobami, chcącymi
wyrazić opinię o akcji. Stworzono również
scenariusze na wypadek zainteresowania
akcją ekipy telewizyjnej czy radiowej. Do
wszystkich restauracji wysłano zdjęcie Kamila
Durczoka oraz kopię kuponu. Sztab prawników czekał w pogotowiu, na wypadek gdyby
dziennikarz sprzeciwił się wykorzystywaniu
jego nazwiska. W rezultacie okazało się, że
Kamil Durczok ma dystans do samego siebie,
a swój certyfikat zachował na pamiątkę – wisi
na tablicy korkowej w jego gabinecie, o czym
pisano we wrześniowym numerze „Vivy”. Jednak kuponu do tej pory nie wykorzystał. •
Klient: AmRest
Agencja: Solski Burson-Marsteller
Reagujmy na to, co się wokół dzieje
komentarz Natalii Hatalskiej, eksperta w dziedzinie niestandardowych form komunikacji marketingowej, wykładowcy SGH, SWPS i Szkoły Mistrzów Reklamy (przy
Akademii L. Koźmińskiego)
Jedna z podstawowych zasad marketingu szeptanego brzmi: „twórz własną rzeczywistość”. Tę zasadę z powodzeniem wcieliła w życie chociażby niewielka wysepka
u wybrzeży Australii, organizując w ubiegłym roku konkurs pod hasłem „The Best Job
in the World”. „Zwykłym” komunikatem prasowym wygenerowała publicity o łącznej
wartości 100 mln dolarów. Jednak tworzenie własnej rzeczywistości może być trudne,
stąd też kolejna zasada mówi o tym, żeby reagować na to, co dzieje się wokół nas.
I to właśnie zrobił Burger King, zapewniając Kamilowi Durczokowi nieograniczony,
darmowy dostęp do oferty wszystkich swoich restauracji tuż po tym, jak światło dzienne ujrzało nagranie, w którym Kamil Durczok zdenerwował się brudnym stołem. Na
uznanie zasługuje tu nie tylko błyskawiczna reakcja (nagranie z Kamilem Durczokiem
pojawiło się w internecie w piątek, a już we wtorek Burger King poinformował media
o swojej akcji) i wykorzystanie nośnego tematu (przez moment żyła nim przecież „cała
Polska”), ale przede wszystkim dopasowanie własnej marki do zaistniałej sytuacji.
Dzięki tej spójności Burger King, tanim kosztem i w krótkim czasie, wygenerował całkiem pokaźne publicity. Akcja okazała się zresztą na tyle nośna, że miała swój dalszy
ciąg w programie Szymona Majewskiego. To naprawdę spory sukces. Ostatecznie
w tym przypadku chodziło tak naprawdę o... zwykły kotlet.
Parada labradorów
Maja Andersz
Czy w centrum Warszawy można spotkać 500 labradorów w jednym miejscu? Owszem! Wiedzą o tym wszyscy,
którzy wzięli udział lub choćby słyszeli
o „Paradzie Labradorów”.
Parada stała się okazją do komunikowania zaangażowania społecznego marki Velvet, która od lat kojarzy
się nam z sympatycznym szczeniakiem rasy labrador. Jej organizatorzy
chcieli zwrócić uwagę społeczeństwa na zaangażowanie tych psów
w życie osób potrzebujących.
Do współpracy przy wydarzeniu
zaangażowany został między innymi
Polski Związek Kynologiczny. Jego
głównym zadaniem było informowanie hodowców o planowanym
wydarzeniu. O imprezie informowały
również liczne organizacje szkolące
labradory. Patronat honorowy nad
paradą sprawował Prezydent Miasta
Stołecznego Warszawy oraz Urząd
Miasta Stołecznego Warszawy.
By promować wydarzenie podjęto
liczne działania komunikacyjne. Agencja Euro RSCG Sensors przesyłała do
mediów liczne materiały prasowe na
temat imprezy wraz z zaproszeniem
do udziału w paradzie. Prowadziła
również indywidualne rozmowy z
dziennikarzami. Niezwykle istotna
była również bezpośrednia komunikacja z właścicielami i hodowcami psów
z województwa mazowieckiego. Aby
wywołać szersze zainteresowanie
imprezą agencja zainicjowała temat
na portalach społecznościowych oraz
na forach atrakcyjnych dla właścicieli
psów. Dyskusje prowadzone były na
kilku kluczowych portalach – Goldenline.pl, Facebook.pl, Blip.pl, Labradory.
info, Labrador.pl. Ich efektem było
rozprzestrzenianie się tematu na inne
fora i strony internetowe.
„Parada Labradorów” przeszła
ulicami wokół Pałacu Kultury i Nauki
21 czerwca 2009 roku. W wydarzeniu
udział wzięło dwukrotnie więcej
uczestników, niż spodziewali się
organizatorzy – ponad 1000 osób
i ponad 500 labradorów. Szacuje się,
że co trzeci labrador z Warszawy
i okolic maszerował w „Paradzie
Labradorów”. W nagłośnienie
wydarzenia ogromnie zaangażowali
się również internauci. Wielu z nich
jeszcze w trakcie trwania imprezy
umieściło w Internecie filmy, zdjęcia
i relacje z parady, a także samodzielnie zapraszało do udziału w wydarzeniu swoich znajomych.
A czy impreza została dobrze
odebrana przez media?
W ciągu zaledwie siedmiu dni
tuż przed jak i tuż po wydarzeniu
informacja o „Paradzie Labradorów”
pojawiła się w mediach 122 razy.
Dzięki obecności w najpopularniej-
szych serwisach społecznościowych
zwiększyła się ilość spontanicznych
dyskusji w ciągu niecałych dwóch
tygodni i więcej osób dowiedziało się
o wydarzeniu. Ponad 500 pozytywnych wpisów na forach i w grupach
dyskusyjnych (Facebook, Goldenline,
Grono.net, Blip.pl, Labradory.info).
Ponad 4000 odwiedzin tematów
dotyczących „Parady Labradorów”.
Projekt nagrodzono
Złotym Spinaczem 2009
w kategorii Event Komercyjny
Patronat merytoryczny:
| 13 |
Film
„Biała wstążka” - najnowszy film Hanekego („Funny
Games”, „Pianistka”, „Ukryte”) to najlepszy dowód na
to, że jest jeszcze nadzieja dla współczesnej kinematografii preparowanej zwykle na potrzeby mało
wymagających widzów. Film został nagrodzony na
Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Cannes.
Niewątpliwie słusznie. Haneke trafia w sedno: dociera
do mrocznych tajemnic człowieka, w filmie zestawia
prawdę, plotkę i kłamstwo.
Akcja filmu toczy się bezpośrednio przed wybuchem I wojny światowej. Na pozór
zwyczajny tryb życia wsi burzy szereg niewyjaśnionych wypadków. Najpierw ktoś rozwiesza niewidoczną linkę na trasie codziennej trasy konnej przejażdżki miejscowego doktora. Lekarz wpada w
pułapkę i ląduje na długo w szpitalu. Następnie nieznani sprawcy uprowadzają chłopkę, syn barona, który włada wsią, zostaje ciężko pobity, a upośledzone dziecko akuszerki brutalnie okaleczone.
Nie wiadomo, kto stoi za tymi podłymi postępkami. Jedno jest pewne – spokojny rytm zostaje
zakłócony, a to dopiero początek prawdziwych niegodziwości dziejących się wśród mieszkańców.
W filmie najważniejsze wydają się zbrodnie ukryte w domach, w spokojnych na pozór rodzinach.
Zło i zepsucie tkwią głęboko w sercach dorosłych i wdzierają się do świadomości dorastających
dzieci. Lekarz, który na wzór doktora Lubicza powinien być moralnym autorytetem, okazuje się
kazirodcą. Pastor nie jest w stanie wychować własnych dzieci. Ucieka się więc do starych, sprawdzonych metod – bicia, a następnie przyczepiania dzieciom białych wstążek – symbolu niewinności. Inni mieszkańcy wsi również mają swoje mroczne tajemnice, które reżyser bardzo dyskretnie
demaskuje, zostawiając widza z niepokojem, który musi wyjaśnić sam ze sobą.
Typowała Justyna Sobolewska
Teatr
„Między nami
dobrze” to jeden
z dwóch tegorocznych spektakli TR
Warszawa, które
zelektryzowało teatralne środowisko
w Polsce. Zresztą
Grzegorz Jarzyna otrzymał za nie oraz za przedstawienie
,,T.E.O.R.E.M.A.T.” nagrodę Konrada Swinarskiego dla najlepszego reżysera. Jarzyna to ewenement, ponieważ otrzymał tę
nagrodę po raz drugi. Do tego w tym roku aż za dwa spektakle!
Niewątpliwie dramat Doroty Masłowskiej był w tym bardzo
pomocny. Znakomita książka, doceniona nawet przez „Rzeczpospolitą”, która do tej pory określała młodą pisarkę mianem
„dziecka Nike”. Prapremiera spektaklu odbyła się w Berlinie na
Międzynarodowym Festiwalu Dramatopisarzy „Digging Deep
and Getting Dirty” (kopiąc głęboko i brudząc się). O ile „Dwoje
biednych rumunów mówiących po polsku” nosiło znamiona
debiutu dramaturgicznego, to „Między nami dobrze jest” wyraźnie wskazuje, że Masłowska odnajduje się w tym gatunku.
Z typowym dla niej humorem i przerysowaniem bezwzględnie
punktuje bolączki współczesnego, biednego społeczeństwa
i zadaje pytania o naszą polską tożsamość. To samo udało się
Grzegorzowi Jarzynie. Niemal bezbłędnie przeniósł sztukę na
deski TR Warszawa, wzbogacając ją o celne, teatralne środki
wyrazu. Jarzyna zdecydowanie trafił z obsadą, gdzie sprawdziła się przede wszystkim doceniona, zwłaszcza za sprawą ekranizacji „Wojny polsko-ruskiej”, Roma Gąsiorowska. Oszczędna
i zarazem sugestywna scenografia Magdaleny Maciejewskiej
pozwala zatopić się w przedstawianej na scenie akcji. „Między
nami dobrze jest” będzie jeszcze tego roku wystawiane
w Krakowie na festiwalu teatralnym Boska Komedia. Wybrać
się z pewnością warto. Jednak wątpliwe jest, żeby można było
dostać jeszcze bilety.
Typował Michał Ogórek
| 14 |
Muzyka
Film
Muzyka
Wiele pozytywnego zamieszania na polskim
rynku muzycznym wywołała trzecia płyta
Gaby Kulki zatytułowana „Hat Rabbit”, która
w połowie października uzyskała status
„złotej” (i to pomimo udostępnienia jej prawie w całości w Internecie!). Album zawiera
13 utworów z pogranicza jazzu i rocka,
utrzymanych w nieco romantycznym i jakby
musicalowym brzmieniu. Piosenkarka inspiruje się twórczością Kate Bush i Tori Amos,
co rzeczywiście daje się odczuć, słuchając
„Hat Rabbit”. Ale nie jest to zarzut. Artystka
swobodnie żongluje konwencjami, zadziwia
i czasami wręcz hipnotyzuje słuchaczy. Jej
mocny głos idealnie współbrzmi z dźwiękiem fortepianu, wykorzystywanym we wszystkich utworach „Hat Rabbit”. Muzykę Kulki można
wykorzystać zarówno jako ścieżkę dźwiękową sztuki teatralnej, jak też
śmiało serwować słuchaczom radiowym. Udało się jej zatem zrobić coś,
czego już dawno nie dokonano na naszym rynku muzycznym, to jest
stworzyć płytę o dużych walorach artystycznych i równie dużym potencjale komercyjnym. Nie dziwi więc przyznana jej w tym roku przez
Program Trzeci Polskiego Radia nagroda „Mateusza” ani pochlebne opinie, jak ta Zuzy Ziomeckiej: „Gaba jest mocnym, oryginalnym głosem na
scenie do tej pory zapełnionej miałkimi, błądzącymi gwiazdkami, które
potrafią w piękny sposób wyrazić bardzo mało. Tymczasem Gaba mówi
własnym językiem i ma wiele do przekazania”.
Typowała Zuzanna Ziomecka
Festiwal kulturalny
W tym roku Free Form Festival przeniósł się z Fabryki Trzciny do Centrum Kultury
„Koneser”. Muzyka ponownie zabrzmiała w industrialnych przestrzeniach, tym
razem starej fabryki wódki, która przed paroma laty otrzymała drugie życie. Przez
dwie noce na Pradze wyrastały trzy sceny, prezentujące wszelakie oblicza elektroniki. Całość smakowita, lecz najjaśniej zabłysł Herbaliser. Panowie z Ninja Tune w
towarzystwie bogatego instrumentarium oraz szałowego wokalu równie urodziwej Jessici Darling poczęstowali nas dynamiczym, muzycznym melanżem jazzu,
elektroniki, hip-hopu i soulu; a to wszystko polane funkowym groovem. Boski miszmasz dźwięków niosących
potężny ładunek pozytywnej energii. Zaraz potem uplasował się dinozaur elektoniki – Karl Bartos. Zaserwował
z jednej strony niesamowicie przestrzenne dźwięki, muzyczną odyseję kosmiczną, z drugiej dźwięki ogołocone, surowe i dynamiczne – bardzo imprezowe. Na festiwalu usłyszeliśmy również minimalowo-housowe,
mroczne brzmienia, idealnie współgrające z chłodną przestrzenią oraz nieco schizofrenicznymi wizualami
(m.in. [email protected]). Nie zabrakło również konsekwetnie szorstkiej i ostrej elektroniki zabrudzonej gitarowym
łopoczeniem i riffami (Viva la Fete). Piąta edycja wypadła z pewnością nie gorzej niż poprzednia. Sukces byłby
pełny, gdyby była wyższa frekwencja i żywiołowa publika. Muzyka na Free Form Festival służy ponad wszystko
szalonej zabawie, nie kontemplacji.
Typowali autorzy projektu
Książka
„Chamowo” to świadectwo z okresu od czerwca 1975 do maja 1976 – zapis pełnego
roku życia Mirona Białoszewskiego, roku po zawale – niejako darowanego. Nagrane
na kasecie magnetofonowej u życiowej partnerki autora, Jadwigi Stańczakowej,
doczekało się wreszcie pośmiertnego wydania. W połowie 1975 roku pisarz opuszcza
sanatorium w Konstancinie i powraca do Warszawy; zaraz potem, po siedemnastu
latach, wyprowadza się z mieszkania, które dzielił dotąd z przyjacielem Leszkiem
Solińskim, aby osiąść za Trasą Łazienkowską, na uboczu Saskiej Kępy, przy ul. Lizbońskiej, w miejscu nazywanym przez dawnych mieszkańców Chamowem („Jak ci
zginie rower, szukaj go na Chamowie”). Zajmuje lokum na dziewiątym piętrze świeżo
wzniesionego mrówkowca („dom ogromny, na dziesięć pięter wysoki, na ćwierć
kilometra długi. Stał szary i pusty”). Z niezwykłym zmysłem obserwacji Białoszewski
wtapia się w rytm życia tamtej zaniedbanej, szarawej, z pozoru nieciekawej przestrzeni, nasłuchuje wszystkich jej
szelestów, bada puls dnia codziennego („Budzi mnie dziś rano zgrzyt od okna. Patrzę, a tam za zasłoną na szybie
cień długowłosego. Od słońca. To się oddala, to rośnie, przekręca, jak w wodzie. Murarz. Co on, czyści szyby teraz,
w słoneczny mróz? Poskrobał, pomazał, pobaletował i znikł”). Odwiedza również przyjaciół po lewej stronie Wisły.
Obraz doskonale dopełnia film Andrzeja Barańskiego „Parę osób, mały czas”.
Typowała Justyna Sobolewska
Tym razem von Trier zaserwował widzom
kontrowersyjny, psychoanalityczny horrror
w czterech aktach „Antychryst”. Film otwiera silnie wystylizowana (do zwolnionego
obrazu dodano muzykę z opery Haendla
„Rinaldo”) scena seksu małżeńskiej pary,
w czasie którego dochodzi do tragicznej
śmierci dziecka (od początku widoczny jest
psychoanalityczny dramat ścierających się ze sobą żywiołów – Tanatosa i Erosa). Reszta to zmaganie
się z potężną traumą. Niezbyt szczęśliwie on – psychiatra (Willem Defoe) – postanawia sam zaopiekować się cierpiącą żoną (Charlotte Gainsbourg); w tym celu oboje wyruszają do swego domku w lesie
– miejsca noszącego sugestywną nazwę Eden. Tam, pośród mrocznej głuszy, ujawniają się najskrytsze instykty; potęgują je okrutne obrazy przepełniajace mediewistyczne studia prowadzone przez
rozhisteryzowaną bohaterkę. „Antychryst” w żadnym wypadku nie jest filmem religijnym. Reżyser
mówi widzowi, że to „natura jest kościołem szatana”. Von Trier przenosi sferę sacrum w głąb ludzkiej
psychiki; to w niej tkwią najgłębsze pokłady dobra i zła, to ona gotuje człowiekowi piekło bądź niebo.
Estetyka filmu jest wyrazista: od początkowej, „operowej” sceny, przez ostre, odpychające sekwencje
(bohaterka odcina sobie nożyczkami łechtaczkę) aż do kiczowatego motywu z lisem, groźnie kwitującym całą sytuację słowami: „chaos rządzi”. Ostatecznie duński twórca zdaje się doskonale bawić
i oczekiwać sprzecznych reakcji.
Typowała Justyna Sobolewska
Kayah wróciła do gry po sześciu latach. Wydała
płytę zatytułowaną „Skała”, która znacznie różni
się od jej poprzednich. Przez okres milczenia
wizerunek artystki zdał się przylgnąć do sukcesów odniesionych dzięki nagraniom z Goranem
Bregoviciem. Niewątpliwie uwolniła się od tego
balastu, jednak to wcale nie oznacza niczego
dobrego. Artystka jest autorką zarówno muzyki,
jak i warstwy słownej na płycie. Wbrew wielu
pochlebnym opiniom, „Skała” jest pełna pretensjonalnych tekstów. Muzyka zaś
zdaje się imitować wszystkie gatunki z osobna, jak jazz, funk, soul i oczywiście
pop, jednocześnie nie będąc żadnym z nich. Nie byłoby w tym niczego złego,
gdyby taki kolaż stylów nie przyprawiał o mdłości. A do tego właśnie jest w
stanie doprowadzić słuchacza nowa płyta Kayah. Fragment singla „Jak skała”
jest jasnym przykładem, czego na płycie pełno, czyli sztampowych tekstów:
„Tylu ludzi wokół / a nikt cię kochać nie chce / już nie cieszy ciebie świat / lepszy
święty spokój / więc zamykasz serce / i zranione zmieniasz w głaz / skąd ja to
znam...”. Kayah przedstawia smutny obraz godzenia się z rzeczywistością, gdzie
nie można kochać i najlepiej pozostać pustelnikiem.
Sama Kayah mówi o „Skale”, że mimo wytężonej pracy nad muzyką, najbardziej
przykładała się do pracy nad tekstami. Nie lubi pisać o niczym i chciała stworzyć
coś, co ma uniwersalną treść, w której każdy może odnaleźć coś dla siebie. Niestety, takie starania są najprostszą drogą do pisania o niczym i dla nikogo.
I „Skała” to potwierdza.
Typowała Justyna Sobolewska
Festiwal kulturalny
Książka
„Żmija” to kolejna powieść
wybitnego mistrza fantasy
– Andrzeja Sapkowskiego.
Książka wyczekiwana i już
przed wydaniem okrzyknięta bestsellerem. Tym razem
autor przenosi nas do Afganistanu roku 1979, kiedy
nastąpiła interwencja wojsk
radzieckich. Głównym bohaterem jest Paweł Lewart
– doświadczony żołnierz,
obdarzony niezwykłym
darem przeczuwania, zawsze sumiennie wykonujący rozkazy przełożonych. Powieść jest zupełnie inna
od dotychczasowych dzieł tego autora, już choćby
przez samo osadzenie akcji w czasie
i przestrzeni, co może być niewątpliwie zachęcające
dla miłośników prozy mistrza. Nie lada gratką może
być „Żmija” również dla pasjonatów militariów.
Nazw i skrótów związanych z tą tematyką jest tyle,
że autor stworzył Nawet „słowniczek”, zawierający tłumaczenie poszczególnych słów. Mistrz nie
oszczędza czytelnika, jeśli chodzi o naturalistyczne
opisy okropności wojny. Trup ściele się gęsto, są
ranni, są poszczególne części ich ciał. Dialogi –
iście Sapkowskie – zabawne, przewrotne, często
zaskakujące. Wielu fanów pisarza „Żmija” jednak nie
zachwyciła. Zarzuca się jej przede wszystkim zbyt
małą „zawartość” fantastyki.
Typowała Justyna Sobolewska
Sylwetki jurorów:
Justyna Sobolewska
– krytyk i dziennikarka.
Redagowała dział książkowy w „Przekroju”. Następnie
pracowała jako redaktor
działu kultury w „Dzienniku”. Autorka szkiców
literackich i wywiadów do
różnych pism. Obecnie pracuje w dziale kultury tygodnika
„Polityka”, współprowadzi program literacki „Czytelnia”,
regularnie gości w „Tygodniku kulturalnym” na antenie TVP
Kultura. Specjalizuje się w krytyce literackiej.
Laur najgorszej imprezy
tego roku zdobył Hunterfest, zostawiając daleko w
tyle innych pretendentów,
jak np. Sopot Festiwal, nominowany przez Michała
Ogórka.
(W Sopocie jednak śpiewano, a w Szymanach
bezustannie prowadzono
próby mikrofonów, co
ostatecznie zadecydowało o jego wygranej w naszym
rankingu). Na Hunterfeście zawiodło niemal wszystko.
Menadżerostwo nieobecnych zespołów (występy odwołały Machine Head, Epica i Arch Enemy) oraz organizator
wzajemnie się obwiniali. Prawdziwym hitem okazały się
jednak problemy z: 1) budową sceny, 2) sanitariatami, 3)
ochroną. Uczestnicy festiwalu, którzy zakupili pamiątkowe koszulki, wykreślali
z nich – w geście sprzeciwu wobec zastanej sytuacji –
nazwy nieobecnych zespołów. Fora internetowe grzmiały o tym, w jaki sposób swoje potrzeby fizjologiczne
załatwiali bawiący się (?) na festiwalu, a w oficjalnym
oświadczeniu organizatora można znaleźć zdanie, które
znakomicie puentuje całą sytuację: „Pragnę podkreślić, że Festiwal Hunter Fest 2009 odbył się”. Tak więc
uczestnicy festiwalu grzmią na stronach internetowych:
„więcej nie przyjedziemy!”, organizator zaś, że więcej
festiwalu nie zorganizuje.
Typowali autorzy projektu
Teatr
„Szewcy” Witkacego w reż. Macieja Prusa, wystawieni
w Teatrze Polskim w Warszawie, zostali zgodnie uznawani
przez krytyków teatralnych za spektakl, którego powinno nie
być. Trudno odmówić im racji. Premiera „Szewców” odbyła
się 7 listopada i zasłużyła na miano najbardziej kiepskiego
przedstawienia roku. Jacek Wakar, recenzent „Dziennika.
Gazeta Prawna”, napisał, że „Nowa premiera w warszawskim
Teatrze Polskim powinna być lekcją dla studentów reżyserii na
temat: „jak nie należy obsadzać spektakli”. Maciej Prus
to bardzo doświadczony
reżyser. Dlatego trudno zrozumieć, jak mógł popełnić
w swoim spektaklu tak wiele
gaf. Sajetan Tempe, grany
przez Olgierda Łukaszewicza, jest bez wyrazu. Równie
bezbarwny jest Scurvy, czyli
Tomasz Borkowski, który nie
może w spektaklu pokazać swoich aktorskich możliwości. Kolejną postacią jest Księżna, którą gra Katarzyna Stanisławska.
Ta młoda i uzdolniona aktorka stanowi w spektaklu zupełne
przeciwieństwo bohaterki Witkacego. Trudno jest jednak winić
za to samą Stanisławską. Wydaje się, że tak właśnie według
reżysera miała zagrać.
Spektakl zbiegł się z otwarciem nowej Sceny Kameralnej
Teatru Polskiego. Niestety, nie jest to wymarzony początek.
„Szewcy” w reżyserii Macieja Prusa to modelowy przykład, jak
źle zrobić przedstawienie, do tego źle dobrać obsadę i źle zagrać, a w konsekwencji zanudzić Bogu ducha winnych widzów.
Typowała Justyna Sobolewska
Zuzanna Ziomecka
– wydawca „Aktivista” i „Exklusiva” oraz
redaktorka naczelna pisma dla rodziców
„Gaga”. Nagrodzona przez branżowy magazyn „Media
& Marketing
Polska”
tytułem
Redaktora
Naczelnego
Roku 2008
za pracę nad
„Gagą”.
Autorzy rubryk i projektu stron:
Szczepan Orłowski, Katarzyna Pękul, Kajetan Poznański
Od stycznia więcej na stronie www.ksiazeizebrak.pl
fot. PAP
Grupa studentów dziennikarstwa, wspomagana
podpowiedziami trojga znanych publicystów, opracowała listę
najciekawszych i najmniej udanych wydarzeń kulturalnych
roku 2009. Konfrontacja opinii i typów dokonana w tym gronie
pozwoliła wyłonić najlepsze i najgorsze filmy, spektakle
teatralne, książki oraz festiwale kulturalne. Tym sposobem
przyznaliśmy nasze wyróżnienia „Książę i Żebrak roku 2009”.
Michał Ogórek
– dziennikarz, felietonista, krytyk filmowy i satyryk. Komentował
kroniki filmowe z czasów PRL w programie
„Na przełaj przez PRL” na kanale Kino Polska.
Od 1989 stały felietonista „Gazety Wyborczej”.
| 15 |
Teatr / Muzyka | kultura
ks
kultura
& społeczeństwo
Re:wizje 3
Jeszcze w tym roku (10-12 grudnia) ruszy po
raz trzeci największy w Polsce festiwal Sztuki
Niezależnej – Re:wizje, kumulujący w jednym
czasie siły warszawskiego środowiska twórczego. Podobnie jak w poprzednich edycjach
festiwal skupi wokół siebie warszawskie
stowarzyszenia, fundacje kulturalne, grupy
teatralne, taneczne oraz muzyczne. Jest to
projekt podsumowujący działania artystyczne
tego roku. Ilustruje także, jak wiele dzieje się
w kulturze w obiegu nieoficjalnym, a także jak
ogromny potencjał twórczy mieści w sobie
nasza stolica. Miejsca festiwalowe połączy
muzyczna taksówka i umożliwi przemieszczanie się pomiędzy jednym miejscem festiwalowym a drugim. Wstęp na imprezy bezpłatny.
rewizjewarszawa.pl
Słowacki współcześnie
Cykl „Słowacki. Dramaty wszystkie” to
projekt niemuzealny i niepomnikowy, lecz
stawiający pytanie czy dramaturgia Słowackiego może być dziś płodnym i artystycznie
fascynującym zadaniem? Organizatorzy
zapewniają, że nie będzie to kolejna próba
zreinterpretowania, czy odczytania na nowo
dramatów Słowackiego, lecz poszukiwanie
języka odpowiadającego współczesnej
wrażliwości. W ramach projektu odbędą się
trzy spotkania, każde o godz. 19:00: 3 grudnia
„Słowacki. Perspektywa postkolonialna”,
10 grudnia „Meatrix Cenci”, 17 grudnia „Maria
Stuart”. Projekt realizowany jest w Instytucie
Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego,
ul. Jazdów 1.
instytut-teatralny.pl
Opowieść o kobiecie
W klubie 1500m2 do wynajęcia 14 i 15
grudnia odbędzie się premiera spektaklu
„Alicja?” teatru Malabar Hotel. Inspiracją dla
sztuki były książki „Alicja w krainie czarów”
oraz „Alicja po drugiej stronie lustra” Lewissa
Carolla. „Alicja?” jest opowieścią o kobiecie
oraz wyobrażeniach na temat kobiecości,
o poszukiwaniu tożsamości, zmaganiach
z tematem własnej legendy oraz kreacji.
Odrealniona plastyka, ekspresywne aktorstwo, ciągły dialog z lalkami, muzyką i przestrzenią, które stają się podmiotami spektaklu
na równi z jego ludzkimi bohaterami. Jest to
wyjątkowe zaproszenie w podróż równoległego świata Alicji – zmysłowego, gorzkiego
i niedokończonego.
1500m2.blogspot.com
Jeszcze niedawno nie była nikomu znana,
dziś wydaje płytę, która może stać się fenomenem na skalę jej pierwszego publicznego
występu. Susan Boyle zadebiutowała jako
śpiewaczka w brytyjskiej odsłonie „Mam
Talent”, zdobywając serca jurorów i widzów
na całym świecie. Teraz, gdy program dobiegł
końca, przyszedł czas na kolejny krok do
wokalnej kariery. Jej pierwszy krążek jest
zbiorem coverów i najbardziej znanych piosenek musicalowych ostatnich lat.
„Dreamed a Dream”, Susan Boyle
w sprzedaży od 23 listopada
| 16 |
kultura | Film
Opowieść o Kurcie Weillu
„Kurt Weill” to balet w dwóch
aktach, po raz pierwszy
zrealizowany przez Het
Nationale w Amsterdamie
w 2001, gdzie odniósł spektakularny sukces. Krzysztof
Pastor wystawia na deskach
Teatru Wielkiego dzieło niezwykłe, zestawiając mroczne
czasy faszyzmu z beztroskimi czasami amerykańskiej
prosperity. Jest to złożona
historia życia Kurta Weilla,
który po dojściu Hitlera do
władzy wyemigrował do
Stanów Zjednoczonych. Bez
wątpienia nie jest to jednak
biografia, ale raczej kadry
z życia znanego kompozytora, jak też historie ludzi Berlina, Warszawy
czy Nowego Jorku. Spektakl jest niezwykle
oszczędny w formie, wzbogacony o zdjęcia.
Całość stanowi pewnego rodzaju kolaż
klasycznych oraz multimedialnych form artystycznych. W tle, na białych ekranach, fotosy
zniszczonego miasta, kadry z filmu „Popiół
i diament” czy karykaturalnie przedstawiony
Charlie Chaplin oraz puszki Coca-Coli
Andy’ego Warhola. Spektakl niezwykle
refleksyjny, zmysłowy, nastrojowy. Trzymający
w napięciu i unikający dosłowności. Wszystkie
te złożone emocje doskonale oddają tancerze
oraz soliści. Wspaniale wkomponowany chór,
Strike!
Dom bardzo zły, film bardzo dobry
Odgrzewany kotlet nie smakuje najlepiej.
Inaczej jest z 12 odgrzewanymi kotlecikami,
które sprytnie serwuje niemiecki band. Pomysł na sukces był mało skomplikowany. Już
inżynier Mamoń, bohater kultowego filmu
„Rejs”, mówił: „Ja jestem umysł ścisły i podobają mi się piosenki, które już raz słyszałem”.
I tak oto debiutancka płyta „Strike!” to kompilacja znanych przebojów pop w stylu rockabilly czy rock’n’roll. Wszyscy dobrze znają,
wszyscy potrafią zaśpiewać. Dla młodszych,
którzy pamiętają doskonale hity Jennifer
Lopez czy Rihanny, lecz także dla starszych,
którzy tęsknią za Elvisem Presleyem.
dopełniający całości, wprowadza widza
w nastrój lat dwudziestych, trzydziestych
i powojennych. Utwory muzyczne to m. in.
„Lamentacja o Mackie Majchrze”, „Alabama
Song” czy „Ballada o utopionej dziewczynie”.
Marcin Kasprzak
The Baseballs “Strike!”
Warner Music Polska
w sprzedaży od 7 grudnia 2009 roku
Julia Steffen
Kurt Weill
Libretto, inscenizacja i choreografia
– Krzysztof Pastor
Dyrygent – Pacien Mazzagatti
Teatr Wielki Opera Narodowa
premiera 20 listopada 2009 roku
Gintrowski i zaplecze
Najnowsza płyta Przemysława
Gintrowskiego mogłaby się
wydawać odgrzewanym kotletem, gdybyśmy oceniali ją po
tytule. Owszem, kawałki na niej
zawarte w większości były już
śpiewane przez artystę, na tym
krążku zostały jednak wykonane w zupełnie innej aranżacji.
„Kanapka z człowiekiem i trzy
zapomniane piosenki” to próba
przełożenia piosenek Jacka Kaczmarskiego
i Przemysława Gintrowskiego na język orkiestry, próba wzbogacenia warstwy muzycznej
o nowe instrumenty. Już raz podejmowano
taką próbę – Kaczmarski nagrał płytę „Między
nami” z wykorzystaniem m.in. kontrabasu,
oboju czy akordeonu. Wtedy się nie udało
– utwory brzmiały sztucznie, płyta została
przyjęta dość chłodno. Gintrowski miał więc
nie lada orzech do zgryzienia.
Na szczęście udało się – zaangażowanie Polskiej
Orkiestry Radiowej okazało się strzałem
w dziesiątkę. Gintrowski doprowadził swoje
i Jacka piosenki niemal do perfekcji w warstwie
instrumentalnej. Niemal. Okazało się, że da się to
zagrać jeszcze głębiej, jeszcze bardziej wzniośle,
a zarazem ciekawie. Utwory zaprezentowane na
płycie brzmią w znacznej części o wiele lepiej
The Baseballs
od ich poprzednich wykonań,
instrumentarium symfoniczne
nadało głębi melodiom. Niepokojące dźwięki perkusji czy
partie solowe działają wprost
hipnotyzująco na słuchacza.
Choć trzeba przyznać, że część
z nich coś straciła, jak chociażby
„A my nie chcemy uciekać stąd”,
czy „Autoportret Witkacego”.
W tych przypadkach wykonanie
symfoniczne traci nieco werwę typową dla
poprzednich wykonań, co słychać w dysonansie między sposobem artykułowania kolejnych
wersów a rytmem instrumentalnym.
Miłą niespodzianką jest ostatni utwór „I’m Your
Man”, cover Cohena z polskim tekstem Macieja
Zembatego. Wykonano go w stylu jazzowej
ballady. Takiego Gintrowskiego jeszcze nie słyszeliśmy, a naprawdę warto. Tak samo, jak warto
wysłuchać całej „Kanapki z człowiekiem...”.
Emil Borzechowski
„Kanapka z człowiekiem
i trzy zapomniane piosenki”
Przemysław Gintrowski
Polskie Radio
w sprzedaży od 12 listopada 2009 roku
Przegląd Kina Fińskiego
W dniach 14-16 grudnia w kinie Muranów odbędzie się przegląd kina fińskiego,
podczas którego zostaną zaprezentowane najlepsze filmy wyprodukowane
w ciągu 2 ostatnich lat w Finlandii. W tegorocznym programie znalazły się
najnowsze filmy Mika Kaurismäkiego i Klausa Härö, reżyserów znanych
nagradzanych na festiwalach filmowych na całym świecie.
14 grudnia
20.30 Otwarcie przeglądu: Listy do ojca Jakuba, Finlandia 2009, 74 min
15 grudnia
18.30 Three Wise Men, Finlandia 2008, 105 min
20.30 Hellsinki, Finlandia 2009, 140 min
16 grudnia
Organizatorzy:
18.30 Blackout, Finlandia 2008, 109 min
Kino Muranów oraz Ambasada Finlandii
Patron przeglądu
20.30 Heartbeats, Finlandia 2009, 120 min
Nordkalk
W operze
– nowatorsko
„Miałam dwie możliwości. Przedstawić
klasyczny horror lub skupić się na rozpadzie
wewnętrznym i emocjach głównych postaci.
Zdecydowałam się na to drugie” – mówi
Barbara Wysocka, młoda pani reżyser,
z wykształcenia aktorka, a także muzyk
(studiowała skrzypce w Hochschule für
Musik we Freiburgu).
Już od pierwszych chwil przedstawienie
to może zburzyć wyobrażenie o klasycznej
operze, do której wielu ciągle jest przyzwyczajonych. Wprawdzie nie tylko za sprawą
komfortu sali kameralnej im. Młynarskiego, w
której siedzenia są równie wygodne, jak w najtańszych liniach lotniczych, ale przede wszystkim za sprawą wyśmienitych, przeróżnych,
zaskakujących form przekazu. Gdyż opera ta
to nie tylko znakomita muzyka Philipa Glass’a,
będąca raczej tłem potęgującym grobową atmosferę (chapeau bas dla orkiestry Wojciecha
Michniewskiego). To nie tylko arie operowe
wykonywane przez doskonałych aktorów (po
angielsku). To także elementy filmu, będącego
dopełnieniem dramaturgii, projekcja zdjęć,
czy nawet elektryczna kolejka, która jeździ po
scenie. Wszystko wydaje się być doskonale
wykorzystane i zharmonizowane z charakterem całej opowieści.
Wraz z „Zagładą domu Usherów” wraca na
scenę Opery Narodowej cykl „Terytoria”, w którym promuje się nowatorskie formy wyrazu,
wytycza nowe nurty estetyczne. Opera ta doskonale wpisuje się w ten cykl, a także przeczy
tezie, że „w operze wszystko już zostało powiedziane” – o której dyskutowano na konferencji
prasowej dotyczącej spektaklu.
Polska premiera wystawiona została w 200-lecie urodzin Edgara Allana Poe. To według jego
noweli powstało libretto do opery.
Marcin Kasprzak
Zagłada domu Usherów
Teatr Wielki Opera Narodowa
premiera: 7 listopada 2009 roku
Do tego filmu będzie można wracać jak do
„Długu” czy „Wesela”. Nie dlatego, żeby
w czymkolwiek, poza surowością, przypominał wspomniane filmy. „Dom zły” jest raczej
nieporównywalny. Tym, co go odróżnia od
polskiego kina ostatnich lat jest to, że po prostu jest dobry i to w sensie skończonym.
„Dom zły” to kolejny z filmów osadzonych
w PRL-u. Nie ma w nim ani krzty sentymentu
zarówno do tej epoki, jak i do Solidarności,
o której też się tu wspomina. Film zaczyna się
od opowieści pewnego dżentelmena o jego
zaczątkach nieudanego życia na wsi. Straciwszy żonę i popadłszy w pijaństwo, niemający
już celu w życiu Edward Środoń (Arkadiusz
Jakubik) wynosi się z jednej wsi i trafia do
drugiej, gdzie jako zootechnik ma pracować
w PGR. Złapany przez burzę w nocy, w polu,
spędza noc w gospodarstwie Dziabasów
(Marian Dziędziel i Kinga Preis), po czym…
jego wspomnienie okazuje się protokołem
sporządzanym cztery lata później, w stanie
wojennym, dla lokalnego milicjanta Mroza
(Bartłomiej Topa). Ten ma zbadać sprawę
morderstwa w domu Dziabasów dokonanego w deszczową noc. Na miejscu czeka
go sporo roboty. Mróz nie pije, jako jedyny
z grona całej czeredy zachlanych stróżów
prawa. Ludzie ze wsi ukrywają informacje
o przekrętach władz i zniknięciu poprzednika
Środonia. Po wsi krąży też limuzyną tajniak
z SB (Sławomir Orzechowski). Od tej pory wątek Środonia będzie równoległy z wątkiem
Mroza. Z biegiem czasu dochodzenie milicjanta i jego wewnętrzne problemy staną się
równoważne, albo i ważniejsze od zagadki
kryminalnej (na czym ona będzie polegać to
klasycznie poznamy na końcu).
Ten motyw oszustwa reżysera na widzu
i „przebiegunowania” filmu na innego boha-
tera znamy z hitchcockowskiej „Psychozy”.
Hitchcock miał niezgorszych kontynuatorów
w braciach Coen i ich „Fargo”, do którego
Smarzowski bezpośrednio nawiązuje w wątku dochodzenia. Jest tu milicjantka w ciąży,
jest zima i zbrodnia we w miarę spokojnej
miejscowości. Poza narracją, wszystko inne w
filmie jest jednak swojskie, brutalnie odrażające i naturalistyczne. Momentami „Dom zły”
przypomina jakieś dziwne połączenie znanego dokumentu „Arizona”, policyjnej kroniki
i dramatu. Wbrew pozorom, ogląda się to
jednak znakomicie. Świat wsi u Smarzowskiego nie ma nic wspólnego z filmami Kondratiuka czy Kolskiego. Jest na tyle przerysowany, że aż artystyczny, autorski. Kulminacją
jest pandemonium zła, które następuje na
samym końcu. Na szczęście nie brak tu też
czarnego humoru, dzięki któremu widz nie
jest przygnębiony natłokiem pesymizmu. Tak
samo jak w przypadku „Wesela”, można jak
dziecko cieszyć się z przenikliwości reżysera
w dostrzeganiu lokalnej polskiej małostkowości, najniższych instynktów i kompleksów.
A tego, w dobrej formie, nigdy za wiele.
„Dom zły” zdobył Złote Lwy za scenariusz
i reżyserię w Gdyni i nagrodę publiczności na
Warszawskim Festiwalu Filmowym.
Julian Tomala
„Dom zły”,
reżyseria:
Wojciech
Smarzowski
w kinach od 27
listopada 2009
Ekwilibrystyczna złożoność gatunkowa
„Rewers” (nagroda główna w Gdyni) to historia
nieprzystosowanej dziewczyny, żyjącej w dziwnych
czasach. Stalinizm. Sabina
(Agata Buzek) mieszka
w domu razem z matką
(Krystyna Janda) i babcią (Anna Polony). Sabina
pracuje w urzędzie literatury pod kierownictwem
samczego dyrektora (Bronisław Wrocławski). Jest
samotna. Z jednej strony
można za to winić ją samą,
jako że pozwala, żeby matka i babka organizowały
jej randki, z drugiej jednak
strony może właśnie ich
nadgorliwość sprawia, że
dziewczyna jest nieśmiała.
Początkowo film jest groteską (zalotnicy są żałośniejsi jeden od drugiego
i przez to zabawni), później przychodzi czas na
melodramat. W życiu Sabiny pojawia się jak
z podziemia (może dosłownie, zważywszy
na czasy) niejaki Bronisław (Marcin Dorociński upozowany na Humphreya Bogarta,
kradnący uwagę widza w każdej scenie). To
typ tajemniczy, po którym można się spodziewać wszystkiego. Jako że film jest hybrydą, by nie rzec chimerą gatunkową, ton
filmu staje się w pewnym momencie mroczny. Przez sensację widz przeniesiony zostaje w rejony czarnej komedii i kończy seans
w nieco sentymentalnej atmosferze, ale
z mrugnięciem oka od reżysera.
Zupełnie nieźle wypadła gra aktorska. Marcin Dorociński udowadnia, że umie grać,
podobnie jak cała trójka kobiet. Janda nie
Jazzowe Spotkania Filmowe
W warszawskim kinie Kadr od 12 do 20 grudnia
odbędą się VI Jazzowe Spotkania Filmowe.
12 grudnia odbędzie się m.in. koncert „Znane
tematy filmowe” – Natasza Urbańska & Mariusz
‘Fazi’ Mielczarek Group. Gościem specjalnym
tego wydarzenia będzie krytyk filmowy, filmoznawca Andrzej Bukowiecki. Na zakończenie
spotkania zostanie wyemitowany film „Pętla”
Wojciecha Hasa. dkkadr.com.pl
„Mikołajek”
Młody francuski chłopiec i jego nieznośni
koledzy postanowili podbić duży ekran. Po raz
pierwszy w historii przygody Mikołajka będzie
można obejrzeć w kinie. Mikołajek podbił serca ludzi z całego globu, zachwycając swoimi
pomysłami, które nie zawsze podobały się
dorosłym postaciom. Czy fabularna wersja
Mikołajka zachwyci tak samo, jak jego rysunkowy pierwowzór – będzie można przekonać
się już wkrótce.
premiera: 4 grudnia
„Ślepy los”
Film dokumentalny opowiadający historię Erika
Weihenmeyera, który stracił wzrok w wieku
15 lat. Z pomocą braci i ojca udało mu się nie
stracić hartu ducha. W pewnym momencie
postanowił jednak pomóc innym – niewidomym
w Tybecie, postrzeganym jako opętani przez
demony, bądź ukarani za grzechy z poprzedniego
wcielenia i powinni zostać wyrzuceni ze społeczeństwa. Koniec końców, Eric organizuje wyprawę w Himalaje z niewidomymi dziećmi. Film
jest zarówno dokumentacją samej wyprawy, jak
i przemian psychicznych jej uczestników.
premiera: 11 grudnia
„Avatar”
Jeden z najdłużej realizowanych filmów
pełnometrażowych. Po skończeniu zdjęć przeznaczono aż dwa lata na jego montaż i obróbkę graficzną. „Avatar” Jamesa Camerona ma
być tym filmem, który odmieni historię kina
tak, jak niegdyś odmieniło ją wprowadzenie
dźwięku. Kręcony był w dwóch technikach
– 2D oraz 3D zupełnie nowego rodzaju. Film
opowiada historię byłego sparaliżowanego
komandosa, który w zamian za udział w specjalnym programie militarnym „Avatar” może
zostać wyleczony. Nakręcony za astronomiczną sumę 237 milionów dolarów ma – według
słów Camerona – przebić samego „Titanica”.
premiera: 25 grudnia
Sylwester z 3 przedpremierami
w kinie Atlantic
W tym roku Kino Atlantic ma dla wszystkich
kinomaniaków fantastyczną ofertę. W noc
sylwestrową zaprosimy Państwa na pokazy
przedpremierowe 3 doskonałych filmów:
„Sherlock Holmes’’
,,Raj dla Par’’
,,Dr Parnassus’’
jest pretensjonalna, co jest cudem na miarę
„Paru osób małego czasu”. Buzek, nagrodzona jak najbardziej zasłużenie, przypomina momentami Catherine Denevue ze
„Wstrętu”; tak samo wiele motywów znamy
z różnych innych dzieł.
I właśnie ta ekwilibrystyczna złożoność gatunkowa, zapożyczenia, a nawet forma filmu
(czarno-białe zdjęcia przypominająca manierę filmów noir) paradoksalnie mogą męczyć. Film jest przez to nierówny, niektóre
sekwencje są przeciągnięte, a gdy dochodzi
do kulminacji, okazuje się, że reżyser zaczyna
skupiać się na detalach opowiadanej historii,
tak, by ją zamknąć, zamiast wrócić jeszcze
do życiorysów jakże ciekawych bohaterów
i jeszcze z nich coś wyciągnąć. Film więc
„siada”, chociaż trzeba przyznać, że jest to
siadanie może nie na tronie, a na fotelu,
w każdym razie nie na dnie.
Julian Tomala
„Rewers”,
reżyseria:
Borys Lankosz
w kinach od
13 listopada
2009 roku
Nowy rok nasi goście przywitają lampką
szampana. Cena obejmuje także poczęstunek złożony z dań gorących, przystawek
i deserów. Ale to nie koniec atrakcji.
W przerwie między seansami zaprosimy
Państwa do konkursów z atrakcyjnymi
nagrodami. Przez cały czas trwania imprezy
z głośników będzie lecieć muzyka taneczna,
przy której widzowie będą mogli rozprostować zbolałe kończyny.
start: 20.30 !!!
Ceny:
do 28 grudnia: 140 zł; studenci, posiadacze
karty kinomana, 180zł dla wszystkich
po 28 grudnia: 160zł studenci posiadacze
karty kinomana, 180 zł dla wszystkich
| 17 |
Książka | kultura
„Dzieci umarłych” Elfriede Jelinek pokazują nieznane dotychczas w Polsce oblicze pisarki jako wielkiej moralistki, tej,
która zmusza do niemal psychoanalitycznej pracy nad historią. Powieść ukazuje
wyparte aspekty austriackiej przeszłości
i zadaje pytanie o odpowiedzialność za
faszyzm, za udział w ludobójstwie.
„Dzieci umarłych”, Elfriede Jelinek
w sprzedaży od 25 listopada
Biografia Camusa pióra Oliviera Todda
to nieretuszowany portret wybitnego
pisarza i filozofa. Todd ukazuje ewolucję
poglądów swojego bohatera. Przytacza
fragmenty jego dzienników, prywatnej
korespondencji i utworów literackich.
Okazuje się, że przyszły noblista
w młodości fascynował się Szestowem,
naśladował Nietzschego, czytywał
Gide’a i Bergsona. Choć bywał krnąbrny
i buńczuczny, o swoich profesorach
wypowiadał się z estymą, nazywając
ich „mistrzami”.
„Albert Camus. Biografia“, Olivier Todd
w sprzedaży od 25 listopada
Paulo Coelho stał się jednym z najbardziej poczytnych autorów ostatnich lat.
Morais Fernando postanowił opisać
żywot tego niezwykłego pisarza. Książka
sięga do najdalszych korzeni historii
Coelho, począwszy od pierwszych chwil
życia, przez jego burzliwą młodość, aż
po czas sławy, którą przyniosło mu pisarstwo. Pozycja obowiązkowa dla tych
wszystkich, których ciekawi i intryguje
postać brazylijskiego autora.
„Czarodziej Biografia Paula Coelho”,
Morais Fernando
w sprzedaży od 27 listopada
Maciej Replewicz postanowił przedstawić życie i twórczość reżysera w
książce „Stanisław Bareja Król Krzywego Zwierciadła”. Opisuje ona zarówno
problemy reżysera z cenzurą, proces
powstawania filmów oraz przytacza
anegdoty z życia prywatnego. O Barei
opowiadają Stanisław Tym, Jacek
Fedorowicz, Andrzej Wajda, Janusz
Morgenstern, Jan Kobuszewski, jego
przyjaciele, rodzina i współpracownicy ‑
aktorzy, operatorzy, kaskaderzy.
„Stanisław Bareja Król Krzywego Zwierciadła”, Maciej Replewicz
w sprzedaży od 1 grudnia
Retrospektywa Libery
Zachęta Narodowa Galeria Sztuki w
Warszawie zaprasza na wystawę retrospektywną Zbigniewa Libery (1 grudnia
2009 – 7 lutego 2010), połączoną z
publikacją obszernej monografii artysty
w języku polskim i angielskim. Będzie
to pierwszy tak obszerny przegląd
twórczości artysty w Polsce i druga po
amerykańskiej (Ann Arbor, 2006) retrospektywa twórczości autora prac „Lego.
Obóz koncentracyjny” i „Pozytywów”.
zacheta.art.pl
| 18 |
Najnowsza książka Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez
kości umarłych” jest kolejną
z serii powieści opisujących
strony, w których pisarka mieszka. W książce można wydzielić
dwa główne nurty – fabularny
oraz biograficzny. Ten pierwszy,
wydawać by się mogło ważniejszy, często odsuwany jest
na drugi plan, wypierany przez
długie fragmenty rozmyślań
głównej bohaterki. Ten zabieg
nadaje książce charakteru
pamiętnikarskiego, czyni ją
podobną do shelleyowskiego
„Frankensteina”. Podobieństwo
dostrzec można jednak jedynie
w formie, historia zarysowuje
się bowiem zgoła inaczej.
Kotlina Kłodzka, spokojne i ciche
miejsce na sudeckiej mapie, jest
świadkiem tragicznych wydarzeń. Oto pewnej nocy ginie jeden z tamtejszych kłusowników,
zadławiwszy się sarnią kością.
Jak się później okaże, będzie to
wstęp do całej serii niewytłumaczalnych śmierci. Główna
bohaterka Janina Duszejko jest
emerytowaną panią inżynier,
niegdyś projektującą mosty na
Bliskim Wschodzie, dziś nauczająca angielskiego w wiejskiej
szkółce i doglądająca pobliskich
domków letniskowych.
Ma ona jeszcze jedną pasję – astrologię – która stopniowo zdaje się
wypaczać jej świadomość, a wszystko to wiąże się z tajemniczymi
zgonami w okolicy. Jest przekonana,
że wszystkie ofiary zostały zabite
przez zwierzęta, a ich śmierć została
zapisana w gwiazdach. Jednak nikt
jej nie wierzy, wszyscy mają ją za
nieszkodliwą wariatkę.
Początkowo książka wydaje się nużąca, akcja dłuży się, a bohaterka irytuje
swoim ekscentryzmem i zapatrze-
II RP w obrazach
Niezwykle trudno jest dokonać
trafnego wyboru i kompilacji zdjęć mających na celu
syntetyczne przedstawienie
konkretnej epoki. Tym bardziej,
jeśli ma to być epoka tak
bogata w znaczące wydarzenia,
ciekawe postaci czy wydarzenia
kulturalne, jak dwudziestolecie
międzywojenne.
Biorąc do rąk album „Dwudziestolecie międzywojenne. Miejsca, ludzie, wydarzenia”, czytelnik
otrzymuje subiektywny wybór
fotografii z trzech wymienionych
zakresów tematycznych. I choć
w sposób ciekawy przedstawiają one życie codzienne,
architekturę oraz znanych ludzi
(m. in. Józefa Piłsudskiego, Jana
Paderewskiego, Jana Lechonia
i in.) czasów międzywojnia, to
jednak nie można oprzeć się
wrażeniu, że redaktorzy postąpili
dość schematycznie, by nie powiedzieć tendencyjnie. Oddanie
atmosfery epoki skamandrytów,
Awangardy Krakowskiej, ukazanie
palety przemian społecznych,
politycznych i gospodarczych na
zaledwie 287 stronach albumu jest
co najmniej trudne, jeśli nie niemożliwe. W efekcie czytający (a raczej
„oglądający”) dostaje przysłowiowe
„wszystko i nic”, prześlizguje się jedynie po tematach, w żaden zbytnio
się nie zagłębiając. Niedoskonałość
tę rekompensują rzetelnie przygotowane podpisy pod fotografiami,
które nie tylko umiejscawiają je w
Fotoplastikon
Tajemnica zdjęć okraszona mgłą
historii oraz opowieściami tak
dokładnie oddającymi fotografie,
że ma się wrażenie, że samemu
robiło się te zdjęcia i po raz setny
ogląda album, za każdym razem
dostrzegając dzięki autorowi tekstu coś nowego. Coś, co sprawia,
że poznaje się zdjęcie na nowo.
Do tego niesłabnący kunszt
literacki Dehnela oraz atmosfera
wczesnych dekad ubiegłego
wieku pozwala pośród zgiełku
XXI wieku przenieść się na chwilę
do innego świata.
„Fotoplastikon” to długo oczekiwany
zbiór krótkich historii napisany przez
młodego poetę i prozaika, a także
malarza i rzeźbiarza Jacka Dehnela.
Ten niespełna trzydziestoletni artysta
to postać, dzięki której już nie raz mogliśmy przenieść się w czasie, poznając wraz z nim czasy, kiedy panowie
byli gentelmanami z krwi i kości, a
kobiety niebywałymi damami. Autor
jest dandysem, czego oznaki możemy zobaczyć na co dzień w sposobie
jego ubierania się oraz książkach, z
których ten dandyzm emanuje.
Na dzieło tego młodego pi-
Emil Borzechowski
„Prowadź swój pług przez miasto
umarłych”
Olga Tokarczuk
Wydawnictwo Literackie
W sprzedaży od 25 listopada
2009 roku
kontekście historycznym, ale także
dostarczają wielu ciekawych informacji z zakresu życia i funkcjonowania
międzywojennej Polski. I choć całości
wciąż daleko do doskonałej pełni, to,
przy stosunkowo niskiej cenie książki,
należy docenić, że po wielu latach
na polskim rynku wydawniczym
pojawiła się próba podsumowania lat
1918-1939 w formie albumowej.
„Dwudziestolecie międzywojenne. Miejsca, ludzie, wydarzenia” to
pozycja, która szczególnie spodoba się osobom pragnącym lepiej
poznać tę epokę, a niemającym
ochoty zagłębiać się w opracowania
Jerzego Kwiatkowskiego czy Jerzego
Jarzębskiego na jej temat. „Kompaktowa” forma podania informacji jest
bowiem w rozbudzaniu kulturalnych
zainteresowań wyjątkowo skuteczna.
Dominika Jędrzejczyk
„Dwudziestolecie
międzywojenne.
Miejsca, ludzie, wydarzenia”
pod red. Katarzyny Kucharczuk
Wydawnictwo Carta Blanca
w sprzedaży od
10 listopada 2009 roku
sarza składa się 100 fotografii,
skrzętnie wydobytych z harmidru
pchlich targów oraz antykwariatów,
by ożywić na nowo bohaterów
zdjęć, którzy dzięki niemu stają się
już nieśmiertelni na zawsze.
Dehnel wykazuje się po raz kolejny
rewelacyjną umiejętnością oglądania miejsc i ludzi. Poszczególne zdjęcia opisał tak, że przedstawił każdy,
nawet najmniejszy detal z fotografii.
Nadając tym samym każdemu
elementowi ważność godną pierwszego planu. Pisarz dostrzega głębię
zdjęć, która przez kilkadziesiąt lat nie
była zauważalna ani przez fotografów, ani przez samych zainteresowanych, dopisując historie przedstawione w sposób tak klarowny, że ulega
Margot
idzie
w noc
„Margot” to kolejna książka jednego
z najgłośniejszych polskich prozaików
ostatnich lat, Michała Witkowskiego.
Bulwersująca, kontrowersyjna oraz
wulgarna. Już sama okładka zdradza,
co czeka
czytelnika
po otwarciu
książki.
„Margot” to
opis historii
trzech postaci. Pierwszą
z nich jest
tytułowa
Margot,
dorosła już
wychowanka
domu dziecka. Za dnia jeździ tirami, a w nocy
przeistacza się w prostytutkę, by
spełnić swoje najskrytsze fantazje
erotyczne. Druga bohaterka to niepełnosprawna Asia, uwięziona
w domu. Nabywa CB radio i zaczyna
za jego pośrednictwem dyskusje
z kierowcami tirów, w rezultacie zostaje okrzyknięta bóstwem zwanym
„Asią od tirowców”. Ostatnim z trójki
bohaterów jest Waldek – chłopak,
który przenosi się ze wsi do Warszawy, by zostać krnąbrnym celebrytą.
Wszystkie trzy postacie łączy metamorfoza, jaką bohaterowie przechodzą w miarę rozwijania się fantazyjnej
akcji. Dzieło Witkowskiego bulwersuje, zadziwia, ale również inteligentnie
kpi ze świata polskiego show biznesu
i popkultury. Witkowski nie stroni od
wulgaryzmów i opisu akcji ociekających słowną pornografią. Autor
posługiwał się językiem swobodnym
i dynamicznym, co sprawia, że czyta
się ją lekko i szybko.
Książka odnosi sukces zagranicą – prawa do wydania w Szwecji
zostały sprzedane jeszcze przed
jej ukazaniem się. Witkowski w niej
szydzi, bawi, zaskakuje. Powieść
Witkowskiego ukazała się również
w formie audiobooka. Głos autora
bezbłędnie intonuje i przedstawia
treść książki, która w połączeniu ze
specyficzną manierą mowy jeszcze
pełniej oddaje walory utworu.
Paulina Pawlak
„Margot”, Michał Witkowski
Świat Książki
w sprzedaży od 26 sierpnia
2009 roku
się złudzeniu, że opisuje prawdziwe
losy postaci i sytuacji. Książkę tę
najlepiej czyta się na wyrywki, jako że
każda fotografia to oddzielna historia.
Można mieszać kolejność czytania,
otwierać na dowolnie wybranej
stronie, jak bombonierkę, nigdy nie
wiedząc, na co się trafi.
Czytając „Fotoplastikon”, odczuwa się
nieodpartą pokusę zamieszkania w
ubiegłym wieku oraz podziela żalu
autora, że przyszło nam żyć w XXI
wieku.
Paulina Pawlak
„Fotoplastikon”, Jacek Dehnel
Wydawnictwo W.A.B.
w sprzedaży od 5 listopada 2009 roku
Mona Lisa z wąsami
fot. Ewelina Petryka
Pamiętnik wariatki
niem w horoskopy. Jednak wraz
z postępującą akcją to wrażenie
zanika, a historia zaczyna wciągać
i intrygować. Aż w końcu dochodzi
do jej nieoczekiwanego rozwiązania.
Tokarczuk poprzez postać zwariowanej pani astrolog porusza
wiele problemów społecznych: od
wszechobecnej korupcji, poprzez
ignorowanie głosów obywateli przez
aparat państwowy, aż po znęcanie
się nad zwierzętami. Czyni to co
prawda w sposób nieco przewrotny,
hiperboliczny, nie spłaszczając jednak
argumentacji.
„Prowadź swój pług przez kości umarłych” to książka bardzo
refleksyjna, nasycona z jednej strony
oniryzmem, z drugiej poezją Blake’a.
Momentami pisana lekkim piórem,
innym razem sięgająca do fachowej
terminologii astrologicznej. Swoją
lekkością i tajemniczością porywa
czytelnika, wciągając go w kolejne
intrygi. Czemu zwierzęta zabijają
ludzi? Za co się mszczą? Odpowiedzi
należy szukać w książce.
Warszawa. Miasto tętniące energią, w którym roi się od pubów,
kawiarni, restauracji. Z tego gąszczu wybieramy miejsca niezwykłe,
takie na studencką kieszeń, w których można nie tylko się napić
i coś zjeść, lecz także poczuć ich niepowtarzalny klimat.
Emil Borzechowski
Jako pierwszy przykuł naszą uwagę
lokal „Miasto gadających głów
– Dada cafe”. Mieści się przy ulicy
Chmielnej 98/9,
tuż przy Złotych
Tarasach i Dworcu Centralnym.
Trzeba jednak
uważać, wybierając się tam po
raz pierwszy
– adres jest nieco
mylący, gdyż
„Miasto” znajduje
się właściwie
przy alei Jana
Pawła II.
Koncepcja
„Miasto” jest urządzone z pomysłem,
trudno byłoby znaleźć drugie takie
miejsce. Koncepcja narodziła się
z obserwacji warszawskiej ulicy,
Pierwsze
wrażenie
Łatwo ominąć
to miejsce, gdyż
niemal idealnie
wtapia się w ulicę.
Tylko konik na biegunach oraz tablica
z abstrakcyjnymi hasłami mówi, że
coś tu jest nie tak. Po wejściu do środka wszystko staje się jasne. Na ścianach pomalowanych w czarno-białe
pasy wiszą podświetlane kamienie
w kształcie ludzkich głów. Malutkie
stoliki, jakby żywcem wyciągnięte z
antykwariatu, porozstawiano w dość
losowy sposób i oświetlono je wysokimi lampami. Gdzieś w półmroku
przebija się obraz „Dama z łasiczką” z
domalowanymi wąsami. Z głośników
sączą się znane z winylowych płyt
kawałki bluesa, rocka oraz jazzu.
Piętro niżej, w piwnicy, nieco jaśniejsze i cichsze pomieszczenie z tym
samym wystrojem: trzy stoliki, stare
krzesła. I toaleta.
gdzie w jednym miejscu można
zobaczyć nadmuchiwanego Shreka,
budkę z kebabem, starą kamienicę
i wieżowiec. Z pozoru wydaje się to
po prostu brzydkie, jeśli jednak spojrzeć na to przez artystyczne okulary
– dostrzec można totalny dadaistyczny absurd, który „Miasto” odtwarza.
Właściciel określa się mianem
„śmieciarza”, szukającego przedmiotów do aranżacji wśród tego, czego
pozbywają się jego znajomi. Wystrój,
muzyka z winyli, autorskie drinki oraz
program artystyczny kształtują tę
dadaistyczną rzeczywistość.
Co w trawie piszczy
wać dobre i tanie napitki, ma też coś
sobą reprezentować. Odbyło się
w nim już kilka koncertów jazzowych i pokazów filmowych. Właściciel jest otwarty
na ludzi z zewnątrz, którzy
chcieliby pomóc
w organizowaniu przestrzeni
artystycznej.
Często to właśnie
oni wychodzą
z pomysłem
zorganizowania
wieczorków
tematycznych.
Podczas dnia kina
dadaistycznego
puszczano filmy
z podłożoną muzyką polskiego
jazzmana „Skalpela”. Program
artystyczny
wciąż jest w
trakcie krystalizowania się, na razie
nieco ograniczony, choć właściciel
zapewnia, że stara się to zmienić.
Ta muzyka łączy pokolenia
– Zbigniew Żbikowski,
redaktor naczelny
Miejsce offu i alternatywy
– Tomasz Betka,
szef działu Dziennikarstwo
Pełne pozytywnego absurdu
– Emil Borzechowski,
szef działu Kultura
Lokal, który pretenduje do miana
miejsca kultury, ma nie tylko ofero-
Pozytywne wzmocnienie
Na początku miałem więcej wątpliwości niż nadziei. Wiosła?
I to jeszcze nie w nadwiślańskim plenerze tylko w dusznej sali? Co
w tym może być przyjemnego? Zdanie zmieniłem już po kilku próbach,
a poniedziałkowe spalanie zbędnych kalorii i resztek weekendowych
toksyn stało się równie przyjemne, jak ich przyswajanie.
Tomasz Betka
Fachowa nazwa to trening ogólnorozwojowy z wykorzystaniem ergometru wioślarskiego. Najpierw pomyślałem, że to chyba nie dla mnie,
a koledzy skwitowali moją pierwszą
wizytę na siłowni uśmiechem
i niedowierzaniem. Faktycznie, przez
te pięć lat sport oglądałem głównie
na Łazienkowskiej, ewentualnie
czytałem o nim, konsumując kolejną
pizzerkę czy paczkę paluszków.
Chwila zastanowienia ‑ i jednak:
dlaczego nie spróbować? Na pierwszym treningu, po obowiązkowej
rozgrzewce, instruktor zarządził spo-
kojne, dziesięciominutowe wiosłowanie. „No, chyba aż tak źle ze mną
nie jest?” ‑ powiedziałem do siebie.
Szybko się okazało, że było nawet
gorzej. Po kilku chwilach wyglądałem, jakbym wyszedł z sauny, i nie
wiedziałem, czy bardziej bać się o siebie czy o maszynę, na którą spadały
ciurkiem krople potu. Na szczęście
nie doszło do żadnego zwarcia ‑ ani
w moim organizmie, ani w monitorze
wioślarskiego ergometru. A po orzeźwiającym prysznicu poczułem się
zdecydowanie lepiej i… następnego
dnia znowu wziąłem wiosła w ręce.
Same zajęcia są przeznaczone dla
naprawdę wszystkich, którzy chcą
zwiększyć wydolność organizmu.
Choć oczywiście lepiej, żeby zawodnicy mojego pokroju nie zaczynali
od razu od treningów dla zaawansowanych. Najlepiej wystartować od
początku. Wtedy trener poprawi nam
sylwetkę podczas wiosłowania, zwróci uwagę na nieprawidłową pozycję
przy podjeździe, a nawet pomacha
nad głową ręcznikiem, kiedy nasza
wydolność niebezpiecznie zbliży się
do granic wytrzymałości.
Wielofunkcyjny wyświetlacz ergometru pozwala na urozmaicone zajęcia
i fajną zabawę. „Pływać” można na
określony dystans albo przez określony czas, na wyścigi albo na prze-
Wyszynk
Menu to podstawa. Bez niego
większość imprez by nie wyszła.
W „Mieście” oferują ogromną liczbę
napitków alkoholowych, które
– uwaga! – również mają w sobie
nutkę dadaizmu. Drinki specjalne,
serwowane z rubryki „Pyta barmana”, niosą ze sobą sporą dawkę
absurdu. Specjalność lokalu to
„Defekt Błażeja”: pół peerelowskiego
kubka wódki plus butelka dawno
zapomnianej butelkowej oranżady
do popicia. Jest też „Neoangin” (uzo,
sok z czarnej porzeczki, sok z cytryny), który nie został jeszcze wpisany
na ministerialną listę szczepionek
przeciwko świńskiej grypie, ale ma
na to ogromne szanse – smakuje
co najmniej bardzo dobrze. Ceny
drinków całkiem przystępne: od
11 do 22 złotych i przy tych cenach
są naprawdę duże. Menu posiłkowe
za to raczej skromne – oferuje jedynie domowej roboty ciasto
oraz zapiekanki.
Chwila prawdy
„Miasto gadających głów” prezentuje się bardzo dobrze na tle innych
pubów. Jako miejsce promujące
kulturę jest jeszcze nie do końca
dopracowane, choć to wyraźnie
się zmienia. Warto zajść tam, aby
poczuć niesamowity, dadaistyczny klimat, posłuchać nastrojowej
muzyki, napić się dobrych, dużych
i tanich drinków, być może wziąć
udział w koncercie jazzowym.
trwanie, z większym lub z mniejszym
obciążeniem. To wszystko powoduje,
że pięćdziesiąt minut zajęć mija
naprawdę szybko,
choć ciągle
pamiętam moją
„debiutancką
dyszkę”, która
wydawała mi
się wtedy całą
wiecznością.
Kolejne upływające partie
treningowe
pokazały, że
instruktor nie
blefował, a ćwiczenia na wiosłach naprawdę
wzmacniają
chyba wszystkie
najważniejsze grupy
mięśniowe.
Coraz lepsze
zgranie z grupą,
dobre samopoczucie i tysiące kalorii
zostawionych w czterech ścianach
gymnasionowej przystani. Tradycyjne już w moim wykonaniu pozajęciowe ważenie jest teraz całkiem
przyjemne.
Średnia ocena lokalu (0-5):
Pomysł – 4,75
Program artystyczny – 3,75
Wystrój/Klimat – 4
Jakość menu – 4
Obsługa – 4,5
Ceny – 4,75
Ocena ogólna: 4,25
Menu Podręczne:
(przykładowe ceny)
- Defekt Błażeja – 10 zł
- Neoangin 12 zł
- Piwo 5-7 zł
- Ciasto – 4 zł
– Zapiekanki – 7-10 zł
Godziny otwarcia:
16:00 – 2:00
Weekendy do 5:00
Ilość miejsc siedzących: 50
Zalety:
+ Niezwykła atmosfera
+ Duży wybór alkoholi
+ Przystępne ceny
+ Oryginalny pomysł
+ Brak zadymienia
Wady:
- Mylący adres
- Ciasne pomieszczenia
- Ubogie menu posiłkowe
- Mało światła
Oceniało 7-osobowe
kolegium redakcyjne.
Przez te parę tygodni straciłem cztery kilogramy i oczyściłem organizm.
Na początku było trochę pod górkę,
ale też nikt
nie mówił, że
będzie łatwo.
A i tak najważniejsze są efekty,
bo przecież
nic nie robi się
bezinteresownie.
Może wreszcie w
domu przestaną
mi dogryzać
i racjonować
wieczorne posiłki.
Tym bardziej, że
ciepła salka i przyjemna atmosfera
ułatwia decyzję,
aby nie zapadać
w treningowy
zimowy sen, a raczej kontynuować
to, co się zaczęło.
fot. Gymnasion
Aksionow Wasilij postanowił przybliżyć
społeczeństwu burzliwy okres ostatnich
lat panowania Stalina w Rosji. Zrobił to
jednak w sposób przewrotny, groteskowy za głównego bohatera obierając
pisarza Kiryła Smielczakowa, który pije
z dyktatorem koniak przez telefon. Stalin,
opętany wizją spisku na Kremlu
i najazdu marszałka Tito, zleca swojemu
przyjacielowi od kieliszka specjalne zadanie wagi iście państwowej. Wszystko
okraszone jest językiem komunistycznej
propagandy.
„Moskwa Kwa Kwa”, Aksionow Wasilij
w sprzedaży od 25 listopada
kultura | Miejsce niezwykłe / Poradnik
Patronat merytoryczny:
| 19 |
Cyfrowa biblioteka druków ulotnych
Projekt „Cyfrowa biblioteka druków ulotnych polskich i Polski dotyczących z XVI, XVII
i XVIII wieku” jest realizowany w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego
i jest dofinansowany ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
www.cbdu.id.uw.edu.pl

Podobne dokumenty