Prawdziwa genealogia Dudy i Komorowskiego

Komentarze

Transkrypt

Prawdziwa genealogia Dudy i Komorowskiego
Prawdziwa genealogia
Dudy i Komorowskiego
Cena 4,50 zł (w tym 8% VAT)
Warszawa 22 kwietnia 2015 r.
www.gazetapolska.pl
nakład: 103 779
Indeks: 320919
Polskie gry wojenne
– Piotr Nisztor
o przygotowaniach
do konfliktu zbrojnego z Rosją
Karolina Elbanowska
o rządowym projekcie
kolektywizacji sześciolatków
Kulisy skandalicznej
wypowiedzi dyrektora FBI
o współudziale Polaków
w Holokauście
Jak u siebie w domu, czyli
struktury FSB na Ukrainie
Drobne uprzejmości ze strony
Fot. Zbyszek Kaczmarek, Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska
NR 16 (1132)
PO dla SLD, czyli Miller może
ocalić Komorowskiego
Poziom życia Niemiec
osiągniemy za niecałe...
100 lat
Niewyjaśniona śmierć smoleńskiego eksperta
Proces zabójcy Krzysztofa Zalewskiego, jednego z pierwszych ekspertów
lotniczych, który podważał oficjalną wersję smoleńskiej katastrofy, nie dał
odpowiedzi na żadne pytania. Nie wiadomo, dlaczego winny zbrodni zdecydował
się na nią, nie wyjaśniono jego powiązań z Rosją ani z ludźmi byłych
Wojskowych Służb Informacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że kolejna
śmierć osoby, która zajmowała się katastrofą, pozostanie niewyjaśniona
14
Telewizja Republika
w każdym domu?
To możliwe!
2
KRAJ
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
Spis treści
Kraj
Pomocne Wilki / s. 4
Tańczący z Wilkami
TV Republika w każdym domu
Niewyjaśniona śmierć
smoleńskiego eksperta
Kłamstwem w polskich pilotów
Polskie gry wojenne
Jeśli Komorowski przegra…
Zagłosują zmarli?
Nie zapomnieliśmy
Zielone Ludziki
Polskie Wilki Putina
s. 6
s. 8
6 6
-1 / 3
14 19
9 / 84- / 1
Piotr Lisiewicz
s. 14
s. 15
s. 16
s. 18
s. 19
s. 36
s. 40
s. 40
Publicystyka
Niosąc historię
pokoleń / s. 10
Od Mieszka I do baraku
pod Otwockiem
Kolektywizacja sześciolatków
Ma pan za co przepraszać,
dyrektorze Comey
Miller może ocalić Komorowskiego
Etyka jest jedna Jak niepodległość
Dziedziniec dialogu
czy antyewangelizacja
Plan realizowany od 30 lat
PO za 3,69 złotych
s. 12
s. 17
23 0
0- 8-4
/2 3
7 1/
/ 1 0-3
3
-1 / 3
10
Marcin Niewalda, Piotr Strzetelski
s. 20
s. 22
s. 30
s. 38
s. 38
s. 39
Gospodarka
24
Maciej Pawlak
W pościgu za
Europą / s. 24
Świat
Ukraińcy Lechowi
Kaczyńskiemu /s.25
9
-2
25
Olga Alehno, Sabina Treffler
Jak u siebie w domu. FSB na Ukrainie s. 26
Wątpliwy projekt
s. 28
Historia
Razem przeciw
barbarzyńcom / s. 32
3
-3
32
Mirosław Szumiło
Kultura
„Aura”, czyli
nastrojowy jazz / s. 34
Piekło w ojczyźnie proletariatu
Świat według Szpota
s. 35
s. 35
Fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska, arch., Marcin Pegaz/Gazeta Polska, Zbyszek
Kaczmarek/Gazeta Polska, Wikipedia, mat. pras.
5
-3
34
Filip Rdesiński
WSTĘPNIAK \ Wróg Ludu
Déjà vu
Tomasz Sakiewicz
K
onfederacja targowicka była reakcją na nowinkarskie uchwały
Sejmu Wielkiego. Tradycjonaliści
i patrioci przeciwstawiali się manipulacjom i zepsuciu idącemu
z Zachodu. Konfederaci przysięgali, że „wiążą się węzłem nierozerwalnym ze świętą wiarą katolicką” i dbać
będą o potęgę narodu. Jednocześnie
sprzeciwiali się sojuszom z państwami zachodnimi, żeby Rzeczpospolita „samowładna była” i nie mieszała się „w wojny
szkodliwe z Rosją”. Konfederaci zbulwersowani byli faktem, że mieszczanie (wiadomo, często o niepolskich korzeniach)
uchwalili Konstytucję 3 maja, wywracającą cały dotychczasowy porządek. A że najazd obcych sił tradycyjne wartości podważył, trzeba było zwrócić się do kogoś,
kto zasłynął z obrony tychże wartości: carycy Katarzyny. „To są nasze zamiary, te
abyśmy dokonać zdołali, dzielnej pomocy
tej wielkiej monarchini wzywamy, która
System
wiecznie
żywy
Marcin Wolski
J
ako modelowy autokrata, Władimir Władimirowicz Putin posiada
wiele twarzy, czy raczej masek,
lubi prezentować się jako dobrotliwy ojciec narodu prowadzący dialogi ze swoimi poddanymi, co
z drugiej strony nie przeszkadza w wysyłaniu ich na rzeź, nie tyle „za rodinu”, ile
za imperium. Bywa obrońcą cerkwi i tradycyjnych wartości, nie gardząc w praktycznej polityce kłamstwem, zbrodnią
i terrorem. Umiejętnie kokietuje rozmaitych pożytecznych idiotów, kusząc rosyjskim obywatelstwem, choć niektórzy (jak
Depardieu) zwabieni na jego lep po pewnym czasie przeglądają na oczy i dają drapaka z putinowskiego raju. Ciekawe, że
prawdę o takim osobniku możemy poznać
nie tylko z posunięć globalnych, ale i niejednokrotnie drobnych.
Światowym hitem filmowym wchodzącym
na nasze ekrany jest ostatnio „System”, opowieść o seryjnym zabójcy dzieci, grasującym swobodnie w 1953 r. w Związku Radzickim i ściganym przez „dobrego czekistę”, który ostatecznie osiągnie sukces. Teoretycznie ktoś taki jak Lew Demydow,
ozdobą i chlubą wieku naszego będąc,
wzgardzając podłą zazdrością i chytremi
podstępy, których zawody dzielność jej
kruszy i niszczy, szczęśliwość narodu cenić umie i im pomocną podaje rękę”.
Konfederaci zwracając się o pomoc, ułatwili rajd motocyklowy – przepraszam: kawalerii i piechoty rosyjskiej, który miał pomóc w utrwaleniu pokoju, dobrych stosunków i przywróceniu odebranych praw. Chyba w żadnej innej deklaracji tyle razy nie
padło słowo „naród” i tak wiele nie mówi
się o pokoju i wolności.
Po wejściu wojsk rosyjskich caryca zamiast z konfederatami, dogadała się
z Prusami i podzieliła z nimi Polskę. Konfederaci doszli do wniosku, że ich oszukano. Chodziło im przecież tylko o interes
ojczyzny i zagrożone przez obce siły wartości. Jednak nikt ich już nie słuchał. Polska przepadła na 120 lat, a konfederatów
powiesili mieszkańcy Warszawy, którzy
dwa lata później podnieśli bunt przeciw carycy.
Do dziś uczestnicy targowicy są symbolem zdrady.
A tacy byli zacni i tyle mieli dobrych chęci!
dowodzący, że i w stalinowskiej bezpiece
zdarzały się przypadki człowieczeństwa,
powinien stanowić przedmiot dumy i być
wzorem dla swoich następców. A jednak
film nakręcony na bazie znakomitej powieści decyzją Putina nie będzie dopuszczony
do dystrybucji w Rosji. Tak jak kiedyś uznawano, że zbrodnia (poza szpiegostwem) nie
może plenić się w socjalistycznym społeczeństwie, tak dziś krytyka stalinowskich
„organów”, wzmianki o wielkim głodzie i powszechnym terrorze są w nowej Rosji zabronione. Prawo wyklucza możliwość uczciwych ocen Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, a próba ukazania prawdziwego obrazu życia
w ZSRR, w dodatku dokonywana przez coraz bardziej nienawistnych imperialistów,
jest niedopuszczalna. Stosunek do przeszłości, idealizowanie Stalina i służba nieprawdzie są dziś bardziej rygorystyczne niż za
Jelcyna czy Gorbaczowa, a pod pewnym
względem nawet za Chruszczowa.
Co do filmu, być może współczesny car
uznał postać seryjnego zabójcy za aluzję do
siebie. Przecież nitki każdego politycznego
zabójstwa, od Politkowskiej po Niemcowa,
choć potargane, wiodą na Kreml.
Ostatnio środowiskiem dziennikarskim
wstrząsnęła wiadomość o zabójstwie w Moskwie naszej koleżanki z SDP, Tamary Jakżyny, zasłużonej w zbliżaniu obu narodów i promocji postaci Jana Pawła II w Rosji. Oczywiście stwierdzono rabunkowe podłoże mordu,
znaleziono winnego – sąsiada. Zupełnie jak
w „Systemie”, gdzie przy każdej z kilkudziesięciu zbrodni sprawca zostaje złapany, osądzony, a wyrok wykonany (przecież się przyznał!).
Faktycznego mordercy się nie szuka... A gdy
wreszcie zostaje zabity, oficjalna wersja uznaje go posthitlerowskim dywersantem wszczepionym w sowieckie społeczeństwo. Można
powiedzieć – „System”, jak Lenin, pozostaje
wiecznie żywy. Nadal wszędzie ma swoje pomniki i zasłużonych kontynuatorów.
13 czerwca 2012
KRAJ
www.gazetapolska.pl
GAZETA POLSKA
Swoją drogą nie ma większej bzdury głoszonej na
prawicy niż utożsamianie „Gazety Wyborczej”
z Izraelem. Cudownie by było, ale to niestety nieprawda. Dlaczego „niestety”? Bo wtedy rzecz byłaby
prosta: z Izraelem, państwem tradycjonalistycznego
nacjonalizmu, możemy mieć interesy zbieżne albo
sprzeczne. Można spierać się, walczyć, negocjować,
dogadywać, przyjaźnić. Niestety z Michnika taki nacjonalista jak ze mnie abstynent. Jego formacji
w III RP zawsze bliżej było do Moskwy niż do Tel
Awiwu. Smoleńsk pokazał, że wbrew złudzeniom
niektórych inteligentów jest to środowisko najobrzydliwsze w III RP, rywalizować może pod tym
względem tylko z zaprzyjaźnionym tygodnikiem
„Polityka” (więcej o przyczynach tego stanu w książkach z serii „Resortowe dzieci”).
Jeszcze o Żydach, skoro temat na topie. Nie widziałem chyba nigdy majorówny Moniki Olejnik bardziej
wygłupionej niż w czasie rozmowy z Szewachem
Weissem z ubiegłego roku. Dialog przytoczę w całości. MO: „W Izraelu obchodzi się Halloween?”. SW
(wygłupiony): „Proszę?”. MO: „Czy w Izraelu też jest
modne Halloween, święto Halloween, czy jest modne w Izraelu?”. SW (nadal wygłupiony): „Przepraszam, jakie to święto?”. MO: „Halloween, to jest takie
święto, gdzie się dzieci przebierają za kościotrupy
itd., chodzą po domach, zbierają cukierki”. SW: „Nie,
nie”. MO (z nadzieją): „Nie. Amerykańskie takie
święto…”. SW (z oburzeniem gorszym od stereotypowej słuchaczki Radia Maryja): „To nie, u nas, nasza religia ma ogromny honor do trupów i jest jakaś świętość i się ich nie rusza w ogóle, nie używa
się. I nawet kiedy firmy elektryczne używają - uwa-
Rys. Jaros∏aw Melchior Czarnecki
nuje si´ narodowym Êwi´tem, my,
wyznawcy szlachetnej idei FUCK
EURO, emocjonujemy si´ czym innym. Kibole z Warszawy ˝yli ods∏oni´ciem pomnika Kazimierza Deyny. Na uroczystoÊç z tej okazji przyby∏a Ewa Malinowska-Grupiƒska,
przewodniczàca Rady Warszawy,
ubrana w strój z ∏atami na ∏okciach.
Nie tylko przyby∏a, ale jeszcze postanowi∏a zabraç g∏os. Skoƒczy∏o si´
na tym, ˝e uda∏o si´ jej wyg∏osiç nieca∏e jedno zdanie przemówienia,
gdy˝ fundatorzy pomnika, czyli kibice Legii, przerwali jej chóralnym
Êpiewem „Donald, matole”. Na swojej stronie internetowej Grupiƒska
cytuje Abrahama Lincolna: „To pi´kne, gdy cz∏owiek jest dumny ze swego miasta. Lecz jeszcze pi´kniej, gdy
miasto mo˝e byç z niego dumne”.
Wychodzi na to, ˝e Grupiƒska jest
tylko pi´kna.
> Nie mam dobrego zdania o Polskich eurodeputowanych. Odwrotnie. Przewa˝nie do Parlamentu Europejskiego wysy∏ani sà – nie tylko
u nas – aferzyÊci, by rodacy zapomnieli o ich przekr´tach. Fatalnie
zbijanie brukselskich fortun dzia∏a
na europarlamentarzystów PiS. Kasa uderza takowym do g∏owy i potem
powstajà ró˝ne PJN-y i Solidarne
Polski. Artyku∏ Ryszarda Czarneckiego w najnowszym „Nowym Paƒstwie” pokazuje, ˝e mo˝na patrzeç
z Brukseli na Polsk´, nie tracàc
z oczu jej interesu. Czarnecki to,
wiadomo, osobnik kuty na cztery nogi, co to wsz´dzie si´ wkr´ci. Ale jednoczeÊnie dowód, ˝e mo˝na w tym
Czy Polską powinien rządzić
wykolejeniec? – to jest
najważniejsze pytanie
tej kampanii wyborczej.
Przynajmniej od czasu
wykolejenia się tramwaju
z Bronisławem Komoruskim.
ga, uwaga, niebezpiecznie jest tam jakaś czaszka, to
też jest okropna krytyka, właśnie naród, który ma
za sobą takie długie męczeńskie losy, u nas do trupa jest ogromny honor, podejście bardzo delikatne”. Tu Olejnik pożegnała pospiesznie gościa i zakończyła program. No więc nie ma dialogu więcej
mówiącego o tym, jakie pojęcie o Izraelu mają resortowe dzieci trzęsące mediami III RP. Mniej więcej podobne jak o katolicyzmie.
„W dobrym kabarecie jest miejsce na wszystko: na
satyrę, na patos, na Tango Milonga, na cynizm i na
liryzm, na clown’a idiotyzm, na erotyzm, egzotyzm
i na patriotyzm” – pisał wspomniany najwybitniejszy polski satyryk XX wieku Marian Hemar. Pamiętam, jak sporo lat temu powstał portal Weszło. Pisa-
samowita, kinowa wręcz uroda! A kto chce się dowiedzieć, jak UB rozpracowywała po wojnie „reakcjonistę” Żabczyńskiego, podejrzewając go o szpiegostwo
na rzecz Ameryki, temu polecam numer „Nowego
Państwa”, który do kiosków trafi 30 kwietnia. Grzegorzowi Braunowi polecam ten tekst w szczególności,
by dowiedział się, skąd jego ród.
Rodzina Waciaków
pisałem w „Nowym Państwie”. Nie mylić ze Szechterem, co ma przeprosić za ojca oraz brata. I to zaraz.
3
menty: Skwieciƒski kiedyÊ by∏ odwa˝ny
(prawda),
a Lisiewicz
„ob- minionych. Podczas afery
Á propos
czasów
dawno
nosi si´ z zami∏owaniem do upijataśmowej
niektórzy
zaczęli snuć rozważania na tenia si´ do
nieprzytomnoÊci
pod mostami”
mat
upadku (prawda,
polskichmo˝e
historycznych nazwisk. Bo
z wyjàtkiem nieprzytomnoÊci, ze
przecież
Sienkiewicz,
Giertych… Do tego
wzgl´dów praktycznych – podSikorski,
mopierwsza
i trzecia
z wymienionych groteskowych postem spa∏oby
si´ niewygodnie).
Niestety,
nijak nie postaci
IIIobie
RPprawdy
to faktyczni
krewni wielkiego oraz coś
prawiajà oceny ordynarnej zdrady
tam
znaczącego
przodka.
polskiej
sprawy przez
Skwieciƒ- Tylko Sikorski nic wspólskiego.rodzinnie
Przy okazji Karnowski
za- Władysławem nie miał,
nego
z generałem
rzuci∏ „ca∏emu Êrodowisku medialchoć
lubił, by plotkowano, że jest inaczej. Wiadomo,
nemu skupionemu wokó∏ Tomasza
kabotyn.
Niemniej
tamto
Sakiewicza”,
˝e „co chwila
wy-zniesmaczenie to nic wopuszcza
insynuacji”
bec
faktu,torpedy
że rzecznik
TVN nazywa się Emilia Ordon.
w stron´ „innych, samodzielnych
Na
szczęście
nie woznacza
to, by miała coś wspólnego
Êrodowisk”.
Problem
tym, ˝e dla
Skwieciƒski to niepieśniarką
jest ju˝ ko- Warszawy Hanką Ordoznas
przedwojenną
lega z innego
Êrodowiska
ciàgnàcy naprawdę nazywała się
nówną.
Ordonka
bowiem
wózek w tym samym kierunku. On
Pietruszyńska,
a Sowieci
go szarpie w kierunku
przeciw-kazali jej wyrąbywać kilonym.drogi
Szkodzàc
niepodle- do łagru. Młodzieży wyjafem
po sprawie
wywiezieniu
g∏oÊci Polski. Samodzielnie? Nieśniam,
że było
to zmartwienie
wiele lat przed tym, jak sowieciarze
wykluczone,
to ju˝
założyli
TVN. Celem
wyrąbywania polskiej mentalmojego szanownego
polemisty,
który jest
jego kolegà redakcyjnym.
ności
i zastępowania
jej gównem.
Karnowskiemu wypada przypomnieç, ˝e jest w naszej sekcie ob∏àkaƒców
nowy. My że
go jeszcze
oblu- dat urodzenia i znaki zoNiby gadają,
znaczenie
kujemyto
podejrzliwie:
Êwir
jak my i New Age. Sam tak gadadiaku
wszystko
bzdury
czy tylko udaje? Wiem, wiem, jego
łem
znajomym
wiele
razy. Ale jednak są wyjątki.
zdolnoÊci
organizowania
w∏asnych
awansów sà legendarne.
Przekonałem
się o Prezesem
tym, przygotowując do kolejnego
TVP b´dzie w przysz∏oÊci jak nic.
numeru
miesięcznika
„Nowe Państwo” sylwetkę
Niemniej sekta
rzàdzi si´ innymi
Aleksandra
Żabczyńskiego,
prawami. W niej
jest przedszkola- przedwojennego aktora,
kiem, oseskiem.i amanta,
Jako taki wza
roliktórym wzdychały wszystpiosenkarza
rozstawiajàcego po kàtach tych, co
kie
panienki.
Notabene
rannego w bitwie pod
Êwirujà
ca∏e zawodowe
˝ycie,później
wyglàda doÊç
zabawnie.
Zresztà,
co
Monte
Cassino.
Otóż
Żabczyński
urodził się 24 lipca,
tu du˝o mówiç: on przecie˝ nawet
identycznie
jak ja! No i teraz
wiadomo, skąd moja nieani razu pod mostem nie pi∏!
<
Mirosław Andrzejewski
Piotr Lisiewicz
czaili do sk∏adania wieƒców i do uroczystoÊci ˝a∏obnych pod siedzibà
g∏owy
ale dla
Rosjan to jest
Czypaƒstwa,
Polską
powinien
rządzić wykolejeniec? – to
dziwactwo”.
Tymczasem Moskwa,
jest
najważniejsze
pytanie tej kampanii wyborczej.
lekcewa˝àc autorytet swojej priwiPrzynajmniej
od czasu
slanskiej sfory, zarzàdzi∏a
nagle: ro-wykolejenia się tramwaju
fià „wycofywaç si´ w najwi´kszym poreprezentacja sk∏ada
wieniec
zsyjska
Bronisławem
Komoruskim.
rzàdku”. By zyskaç na czasie, uÊpiç
na Krakowskim PrzedmieÊciu. Wywroga i uderzyç ze zdwojonà si∏à w odsz∏o wi´c na to, ˝e Niesio∏owski
Życie
w posowieckich
państwach momencie.
pełne Wjest
powiedniejszym
chwiszczu∏
warszawiaków
na Ruskich,
gdy w
Warszawie
sà dziennikarze
HGW pi´trzy∏a przed Jeszcze
Putinem biuniespodzianek.
paręli,lat
temu
połowa
młoz ca∏ego Êwiata, ˝adna awantura
rokratyczne przeszkody, Lis uwa˝a
dych,
wykształconych
z wielkich
miast
przekonana
o Smoleƒsk
nie by∏a
Rosji potrzebna.
go za oszo∏oma
i festyniarza, a NaBo grozi∏a
mimowolnym umi´dzyna∏´cz
za
dziwaka.
Zdenerwuje
si´
była, że „Gazeta Polska” to pismo
antysemickie.
Setki
rodowieniem
sprawy.
W∏adimir
i
ka˝e
pognaç
rusofobiczrazy
kazano nam się z tego tłumaczyć.
Teraz zReporterzy
kolei odowi
pierwszy raz us∏yszeliby, ˝e z tym
nà swo∏ocz. A redaktor Lis ju˝ ˝adjednego
z kandydatów
na prezydenta
dowiaduję
się,nie
Êledztwem smoleƒskim
jest coÊ
nego wywiadu
z Miedwiediewem
tak. Skoro
uda∏o si´ zastraszyç
nie poprowadzi.
że
całkiem odwrotnie, możemy
być nie
agenturą
Izraela.organizatorów miesi´cznicy, to nale˝y
I>bądź
tuwy˝ej
mądry.
do mnie,
tododla
jednych
mogę być
si´
nich
niemal przy∏àczyç
– skuOpisana
szopkaCo
pokazuje,
jak
skinheadem,
bo
wyłysiałem,
a poza
tymNiech
znam
na pamali
putinowcy.
Polaczki
podzisprawna jest polityka
Moskwy.
Zamorwiajà naszà
wspania∏omyÊlnoÊç.
Podowaç przeciwnika?
˚aden
problem.
mięć
piosenki
Legionu
i
Honoru.
A
dla
drugich
żyznajà jà jeszcze, poznajà. Ale jak wyjaUpokarzaç wroga na bezczelnego, by
dowskim
ortodoksem,
bo
jak
się
zapuszczę,
rosną
mi
dà
˝urnalisty.
os∏abiç jego wol´ oporu, pozostawiajàc porzucone
szczàtki
i wraktym lubię wiersze Mariana
pejsy
orazludzkie
broda,
a poza
> W czasie, gdy ca∏a Polska na czele
w Smoleƒsku? Bez zmru˝enia oka.
Hemara
i
Emmanuela
Schlechtera,
o którym ostatnio
z panià z sedesem na g∏owie fascyAle jak pisa∏ Lenin, bolszewicy potra-
KRAJ
wszystkim
nieodopuÊciç
zachwiano
na nim
piłce do
nożnej
w ostrym, prześmiewczym
nia proporcji
mi´dzy sprawami
wa˝-po bandzie. Byłem wtedy
stylu,
nierzadko
mocno
nymi a partyjnymi gierkami.
aktywnym kibicem, więc jako zwykły internauta
> Przez 6 lat pracowa∏
w „New- swoje komentarze, pasuumieszczałem
tam czasem
sweeku”, potem w „Dzienniku”
jące
stylem do miejsca,
gdzie się ukazywały. Można
na kierowniczych
stanowiskach,
więc
powiedzieć,
że Times”.
byłem „weszlakiem”. Do czasu,
by przejÊç
do „Polski The
Ktoobraziłem
to taki? Oszo∏om,
bo
się na sekciarz,
Weszło. Poszło o Smoleńsk. Ukamoher, pisowski lud? Ej, chyba nie
zał
się tam
jakiśNie
wkurzający
tekst, nawet nie jakiś
– powiedzà
Paƒstwo.
te tytu∏y.
To jakiÊ normalny,ale
a nie
wariat taki
palikociarski,
będący
kalką z prorządowej propajak my. Osoba, o której mowa, to
gandy.
Treść nie była specjalnie drastyczna, ale ja się
Micha∏ Karnowski. Zradykalizowa∏
wkurzyłem
właśnie
DLATEGO,
że zrobiło to Weszło.
on swoje poglàdy
w ostatnich
latach.
Zbiegiem
okolicznoÊci
aku- humoru wymagałem, by
Od
ludzi
mających
poczucie
rat wtedy, kiedy pojawi∏a si´ na narozumieli,
jak propaganda
sze oszo∏omstwo
koniunktura robi z Polaków debili. NawÊród czytelników.
I Êwietnie,
jesti przestałem wchodzić na
pisałem,
co o tym
myślę,
nas wi´cejNo
o Karnowskiego
– przeczytałem
poWeszło.
więc
kiedy
ostatnio pełen
wiedzielibyÊmy. Gdyby... No w∏awściekłej
pasji
tekstportalu
redaktora naczelnego Weszło
Ênie, ostatnio
na swoim
wPolityce.pl Karnowski
postanowi∏o Smoleńsku, to – nie przeKrzysztofa
Stanowskiego
broniç przed ni˝ej podpisanym
sadzę
–
odzyskałem
Piotra Skwieciƒskiego, którywiarę
syste- w ludzi i w sens żartu
wmatycznie
paskudnych
W to, że prawdziwa, ostra sazajmujeczasach.
si´ podgryzaniemmoże
i wyÊmiewaniem
którzy
tyra
nie być tych,
beztreściowym
bełkotem, a pomawalczà o prawd´ o Smoleƒsku.
gać
rozumieć
Jak
najlepsze wiersze Hemara.
Ostatnio
– prof. świat.
Biniendy.
Argu-
> „Olejnikowa zeÊwirowa∏a, ma sedes na g∏owie” – t´ hiobowà wieÊç
przyniós∏ mi w poniedzia∏kowy wieczór SMS-em znajomy, który obejrza∏ dziennikark´ w TVN, w reklamujàcym Euro 2012 kapeluszu.
Poznańskie
Wodociągi
„Pewnie
chce zareklamowaç
twór-i Kanalizacja, które od lat
dwunastu
używają
arcypolskiej
nazwy Aquanet, zaczoÊç »Sedesu«”
– odpisa∏em,
bo
przypomnia∏ mido
si´ mieszkańców,
ten stary punapelowały
by
nie wrzucali nieodkowy zespó∏. Na co kolega, wielki
powiednich
przedmiotów
erudyta w sprawach
twórczoÊci ka- do kanalizacji. Przy okazji
pel punkowych
równie˝
skiogłosiły,
że z(jak
rur
wyławiały
już (nie żartuję, firma
nowskich oraz muzyki Oi!), odpisa∏
tłumaczy
ten
zestaw
istnieniem
szerokich studziededykowanym Olejnikowej fragnek
kanalizacyjnych)
węża
dziecięcy, a namentem
szlagieru wspomnianej
za- boa, wózek
PIOTR LISIEWICZ
∏ogi: „Zakr´cony
jesteÊ
jak domek przed przyjazdem „Nocwet
motocykl.
Niemożliwe,
Êlimaka / Zakr´cony jesteÊ jak s∏oik
nych
Wilków”?
po d˝emie
/ Problemy w Ciebie walà
jak sraka praptaka / Ale Ty masz jesz>> W chwili, gdy w Warszawie
cze
jedno ˝yczenie”.
Wszedłem
naI dopisa∏,
stronęjakieowejsà zacnej
firmy,z ca∏ego
z którą
dziennikarze
Êwiato marzenie ma kobieta nakryta dewspółpracuję
nanot
codead”.
dzień, wkładając
we wzbogacaskà klozetowà: „Donek
ta, ˝adna awantura
o Smoleƒsk
nie jej stanu posiadania wysiłek
I znala-Bo
nie by∏aniemały.
Rosji potrzebna.
> Oj posypià si´ teraz dymisje w nazłem
zakładkęestablishmenzatytułowaną
„150
lat Aquanet”.
grozi∏a
mimowolnym
umi´dzyszym rusofobicznym
narodowieniem
sprawy.
ReporZ
czego
wnioskuję,
że z Aquanetem
jest jak
z obeccie!
Kto wyleci?
Niesio∏owskiego
opisywane
widowiskowo przez
Tuterzy
owi pierwszy
raz us∏yszenym
komendantem
głównym
policji,
nadinspektoska zas∏ugi tym razem nie uratujà.
liby,Strona
˝e z tymkomendy
Êledztwemposmorem
Gajewskim.
„JeÊli ciKrzysztofem
fanatycy chcà si´ tam
nadal
leƒskim
coÊ nie
Skoro
kot∏owaç,
to robià. „służbę
Warsza- w
daje,
żeniech
Gajewski
Policjijest
pełni
odtak.
1983
nie uda∏o si´ zastraszyç organiwiacy ichObok
sami stamtàd
przegonià”
roku”.
czytam,
że Gajewski
trudnił się w prze– mówi∏ o takich, co sk∏adajà kwiaty
zatorów miesi´cznicy, to naleszłości
pracą
operacyjno-rozpoznawczą.
O, to przy∏àjest
przed siedzibà
prezydenta,
zamiast
˝y si´ do nich niemal
na cmentarzu.
HGW
t∏umatu
dla niegoZ kolei
duże
pole
do popisu!
Może
operacyjnie
czyç
–
skumali
putinowcy.
czy∏a, dlaczego nie mo˝na ich sk∏arozpoznać,
np. przy
wyszukiwarki
interne-naNiech
Polaczki podziwiajà
daç pod upami´tniajàcà
ofiary użyciu
Smotowej,
czyna
formacja
podlegająca
w 1983 r. Jaruzeloleƒska tablicà
Pa∏acu Prezydencszà wspania∏omyÊlnoÊç.
Poznakim.i Nie
da si´, bo to pas
wi
Kiszczakowi,
na drogi.
pewnojànazywała
„Policja”.
jà jeszcze, się
poznajà.
Ale jak
„Banda oszo∏omów”, „pisowscy fewyjadà
˝urnalisty. <<
Za
skuteczne
rozwikłanie
kryminalnej
zagadki
styniarze”
– tak palàcych
znicze
na Krakowskim
PrzedmieÊciu okre-w przyszłej niepodległej
obiecuję
Gajewskiemu
Êla∏ naczelny „Newsweeka” Tomasz
Polsce
wysokie odznaczenie. Oczywiście do pierdla
Lis. A Tomasz Na∏´cz przed przyjazGajewski
pójdzie
i tak,
ale dzięki owemu odznaczedem rosyjskich
pi∏karzy do
Bristolu
t∏umaczy∏:
„MyÊmy krócej.
si´ ju˝ przyzwyniu
na trochę
3
4
KRAJ
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
III RP \ Prowokacja Putina i jej polscy
sojusznicy
– Wy nie tylko jeździcie na motocyklach, ale też wykonujecie bardzo
ważną patriotyczno-militarną pracę
– mówił o „Nocnych Wilkach” Władimir
Putin. Na terenie Polski pracę tę mają wykonywać od 27 kwietnia, gdy planują wjechać na
teren naszego kraju.
PiS napadł na Putina,
ratunkiem Komorowski
Scenariusze rosyjskich prowokacji polegają
niemal zawsze na tym, że każda z możliwych
odpowiedzi ofiary ma być korzystna dla Rosji i jej
przyjaciół oraz niekorzystna dla jej wrogów.
Jedynym sposobem uniknięcia motocyklowej
prowokacji jest uniemożliwienie „Nocnym Wilkom” wjazdu do Polski przez jej władze. Każdy
inny scenariusz jest zły dla Polski, ale może być
korzystny dla walczącego o reelekcję prezydenta.
Wyobraźmy sobie, że na terenie Polski w czasie protestów przeciwko „Nocnym Wilkom”
dochodzi do jakiegoś ataku z użyciem przemo-
Piotr Lisiewicz
Pomocne Wilki
„Gdziekolwiek są >>Nocne Wilki<<, tam jest też Rosja” – mówi
Aleksander „Chirurg” Załdostanow, przywódca tego gangu
motocyklowego. Po zajęciu przez gang budynków rządowych
na Krymie zapowiadał: „Dojdziemy do Kijowa”. Przejazd motocyklistów
przez Polskę jest rosyjską prowokacją, która może załatwić reelekcję
Bronisławowi Komorowskiemu. A zyskała ona w Polsce zaskakujących
sojuszników
Zakaz wjazdu dla
„Nocnych Wilków”
to jedyny sposób
na uniemożliwienie
prowokacji.
Wówczas rosyjskiej
propagandzie
pozostanie
wyrażanie
oburzenia na Polskę
we własnych
mediach, o których
wszyscy na świecie
wiedzą, że kłamią.
Bo w zachodnich
mediach taka
postawa Polski
przyjęta zostałaby
ze zrozumieniem.
Fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska
cy na ulubieńców Putina. Na kilkanaście lub
kilka dni przed wyborami w mediach rozpętana zostaje histeria wokół tego, jak to PiS doprowadził do eskalacji agresji, która doprowadzić może do wojny z Rosją. Głosowanie na
„rozsądnego” Komorowskiego miałoby być
wówczas jedynym ratunkiem dla przestraszonych Polaków.
Ale także gdy okaże się, że „z dużej chmury
mały deszcz” i do Polski przyjechali głównie
sympatyczni motocykliści wiozący prezenty
dla polskich domów dziecka, wcześniejsza
awantura medialna ma się stać – jak pisze dziś
Katarzyna Gójska-Hejke – sposobem na oswojenie Polaków z obecnością na terenie naszego
kraju grup, które następnym razem pojawić
się tu mogą pod podobnym szyldem, lecz w zupełnie innym składzie. I przekonać ich o tym,
że protesty przeciwko temu są bezcelową awanturą.
Każdy ze scenariuszy przyczynić ma się też do
ograniczenia w Polsce wpływów obozu niepodległościowego i przyspieszenia procesu zastępowania go „patriotami” antyzachodnimi, głoszącymi neutralność Polski w sprawie Ukrainy
i popierającymi „konserwatyzm” Putina. A w
wyborach prezydenckich kandyduje ich wielu.
Janusz Korwin-Mikke
– czołowy prorosyjski
polski polityk
„Nocne Wilki”: Ameryka
i Wielka Brytania dostaną
nauczkę
Przedstawianie „Nocnych Wilków” jako
zwykłych, rozrywkowych chłopaków lubiących pędzić po szosie na motorach, ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, choć
i tacy oczywiście w Rosji są. Anthony Loyd,
brytyjski korespondent wojenny, relacjonował w marcu 2014 r., po zajęciu przez Moskwę Krymu, co powiedział mu Załdostanow, którego pseudonim wziął się notabene
od umiejętności władania nożem.
– Spełniło się nasze marzenie. Przyjechaliśmy tu chronić Rosjan przed banderowcami i faszystami. Mam nadzieję, że
Wielka Brytania i Ameryka dostaną nauczkę i przestaną wspierać grupy, które
spowodowały śmierć setek ludzi i chaos
na Ukrainie – mówił szef gangu dziennikarzowi, który zamieścił swój reportaż
na łamach „Polski The Times”.
– Byliśmy tu, na Krymie, od dawna, od
pierwszych dni sprzeciwu wobec nacjonalistów – relacjonował udział motocykli-
stów w napaści na Krym. Obalenie Janukowycza nazywał „upokorzeniem dla Rosjan”, a Ukrainę – częścią Rosji.
Jak podkreślał wiele razy „Chirurg”, założyciel organizacji Antymajdan, wielu
członków klubu „Nocnych Wilków” walczy w Ługańsku i Doniecku. – Niestety,
troje z nich zginęło w wyniku ostrzału
artyleryjskiego – relacjonował Załdostanow w rozmowie z dziennikarzem CNN.
Oswajanie Polaków
z Wilkami
Rosja podczas kolejnych prowokacji po
10 kwietnia 2010 r. wykorzystywała wiele
razy fakt, że polskie państwo nie działa.
Władze z jakichś powodów nie bronią naszych interesów. Niebawem dowiemy się,
czy tak będzie i tym razem.
Fakt, że obecny przejazd to prowokacja,
potwierdza to, iż ogłosił go nie jakiś przypadkowy motocyklista, lecz ten sam Załdostanow.
Jaki może być cel tej prowokacji? Katarzyna Gójska-Hejke stawia dziś wspo-
KRAJ
mnianą hipotezę, że celem akcji może
być przyzwyczajenie Polaków do podobnych sytuacji. Oto przez największe media, znane przez lata z prorosyjskich sympatii, przetoczy się awantura
wokół przejazdu „Nocnych Wilków”.
Władze nie zablokują ich wjazdu.
Jeśli pojawią się ze strony Polaków
protesty, przedstawione zostaną jako
awantury i dowód braku rozsądku
opozycji. Może gdzieś jakiś prowokator rzuci w motocyklistę kamieniem?
Wówczas rozpęta się histeria.
Do tego scenariusza pasuje też fakt,
że sam Załdostanow ogłosił, iż wbrew
wcześniejszej decyzji prawdopodobnie zrezygnuje z uczestnictwa w rajdzie. „Uważam, że będzie to przyjazna
i braterska wyprawa” – powiedział.
Jaki będzie efekt tej kampanii medialnej? Gdy za jakiś czas „Nocne Wilki”,
albo inna paramilitarna rosyjska organizacja, znów zechcą przejechać przez
Polskę, władzom będzie łatwiej podjąć
decyzję o ich wpuszczeniu. A opozycji
trudniej będzie protestować, bo może
znowu ktoś rzuci kamieniem? Tym
bardziej że kolejny wjazd też nie będzie jeszcze wyglądać na atak „zielonych ludzików”.
Powtórzenie się podobnej sytuacji
wiele razy przyzwyczai nas do tego, że
taka rosyjska obecność to coś normalnego. Co Rosja wykorzystać może w dogodnym dla siebie miejscu i czasie.
Z podobnym schematem prowokacji
mieliśmy do czynienia po sfałszowaniu
wyborów samorządowych. Oto zbyt
słabe protesty z okupacją PKW przedstawione zostały w mediach jako agresywna awantura. Przetoczyła się też
w nich kampania sugerująca, że winny
awantury jest Jarosław Kaczyński, który jest paranoikiem i opowiadając
o fałszerstwach, celowo lub mimo woli
wywołał awantury. Potem ogłoszono
sondaże mówiące, że większość Polaków w fałszerstwa nie wierzy.
Nie inaczej było z protestami po 10
kwietnia 2010 r. Big Brother pod Krzyżem Pamięci, pokazujący protestujących, w tym prowokatorów, jako groteskowo agresywnych, starych dewotów,
miał zniechęcić zwykłych Polaków do
domagania się prawdy.
W sprawie „Nocnych Wilków” jedynym sposobem uniemożliwienia Putinowi prowokacji jest zakazanie przez
polskie władze wjazdu uczestników
rajdu do Polski. Wówczas rosyjskiej
propagandzie pozostanie wyrażanie
oburzenia na postawę Polski we własnych mediach, o których wszyscy na
świecie wiedzą, że kłamią. Bo w zachodnich mediach taka postawa Polski
przyjęta zostałaby ze zrozumieniem.
Wszak członkowie gangu objęci są
amerykańskimi sankcjami.
Katyńskich, który błogosławił Węgrzyna przy okazji katyńskiego rajdu.
Węgrzyn zagrał na uczuciu solidarności z kolegami na motorach, którzy
wcześniej gościli Polaków. Obok tego
ludzkiego elementu w ogłoszonej deklaracji znalazła się też polityczna propaganda. Padły słowa: „Dziś, kiedy
funkcjonariusze gazet i telewizji polskojęzycznych, posługując się kłamstwem, realizując antypolskie cele,
rozpętali nieznaną dotychczas w polskiej tradycji, polskiej kulturze nagonkę na naszych gości, motocyklistów
rosyjskich, zachęcając wręcz do fizycznej wobec nich przemocy, oświadczamy: motocykliści rosyjscy przez Polskę
przejadą bezpiecznie”.
Rosyjska prowokacja miałaby o wiele
mniejsze szanse powodzenia, gdyby
nie postawa Wiktora Węgrzyna, komandora odbywającego się od 14 lat
Rajdu Katyńskiego. Zapowiedział on,
że polscy motocykliści, wielokrotnie
życzliwie przyjmowani przez rosyjskich, będą ich eskortować przez teren Polski.
W poniedziałek do wyrażenia poparcia dla wjazdu Rosjan Węgrzyn użył 12.
Zlotu Motocyklowego na Jasnej Górze.
W jego trakcie puszczono z głośników
fragment wypowiedzi śp. prałata Zdzisława Peszkowskiego, kapelana Rodzin
Polityczny wydźwięk wypowiedzi
Węgrzyna nie dziwi o tyle, że jest szefem sztabu wyborczego kandydata na
prezydenta, reżysera Grzegorza Brauna. Braun, autor wielu cenionych dokumentów, od jakiegoś czasu zaczął
głosić poglądy o 180 stopni przeciwne
myśli śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. A nawet zdecydowanie bardziej pożądane z punktu widzenia Putina niż linia „Gazety Wyborczej” czy…
Bronisława Komorowskiego.
Za jeden z głównych swoich postulatów ogłosił on neutralność w wojnie
Rosji z Ukrainą. Pytany przez telewizję
Węgrzyn na Jasnej Górze:
nagonka na Rosjan jest
antypolska
Komandor Rajdu
Katyńskiego
o antyrosyjskiej hołocie
Wcześniejsze wypowiedzi Węgrzyna
w mediach wywoływały wrażenie, że
uczestniczy on w zaplanowanym politycznym scenariuszu. W rozmowie
z „Super Expressem” mówił: „Jeżeli
medialna nagonka na rajd nie ustanie,
do zamieszek faktycznie może dojść.
Efekty antyrosyjskiej propagandy, którą pan również uprawia, będą straszne. Kolejny Rajd Katyński już się nie
odbędzie. Ucierpią polskie firmy, których w Rosji trochę działa. Tragiczny
będzie los mieszkających w Rosji Polaków, którzy teraz się ujawnili, a przez
lata ZSRR bali się ujawnić swoją tożsamość. Reakcja na zatrzymanie marszu
będzie skrajnie wroga. Tego możemy
być pewni”.
„Przecież to Rosja Putina jest agresorem, a jej retoryka skrajnie antypolska...” – pytał „SE”. „To Polacy wywołali
teraz wojnę, której wygrać się nie da.
Ale antyrosyjska hołota nie zdaje sobie
sprawy z tego, jakie będą konsekwencje jej działań” – stwierdził.
Jak zauważył bloger max jamnicki,
podczas konferencji prasowej Węgrzyna padły też inne dość zaskakujące słowa. Pochwalił on się, że mówił na prawosławnym cmentarzu w Rosji: „My,
Polacy, wiemy, że komunizm to nie jest
wymysł rosyjski, a pomysł zachodnioeuropejski, bo i Marks, i Engels byli
niemieckimi Żydami. A komunizm założyli przecież Trocki – trzystu siedemdziesięciu paru chyba przywiózł
ze sobą z Nowego Jorku – i drugi, Lenin
z Zurychu, trzystu czterdziestu kilku,
i zrobili rewolucję. Wasza wina polegała na tym, że wyście ich nie rozstrzelali
od razu, tylko pozwoliliście im na tę
awanturę. Także łączymy się w bólu i naprawdę jesteście najlepszymi braćmi naszymi”.
Braun i Korwin
za neutralnością
w sprawie Ukrainy
Republika, czy Polska powinna wyjść
z NATO, stwierdził: „Och, proszę pana,
czy my w tym NATO w ogóle jesteśmy?
To się właśnie urealniło. Okazało się,
że jesteśmy drugiej, jeśli nie trzeciej
kategorii członkiem Paktu Północnoatlantyckiego”.
Stwierdził też: „Co jest szczególnie
dramatyczne, to fakt działania przeciwko bezpieczeństwu Polski, przeciwko tradycji i perspektywom narodu
polskiego agentury amerykańskiej
i agentury żydowskiej”.
Co do tego, że Putin widzi w nas wrogów, stwierdził: „Nie ma się co dziwić,
że zostaliśmy zidentyfikowani jako
nieprzyjaciel, skoro za frajer, za frajer,
za poklepywanie po ramieniu realizujemy w tej części świata imperialne
amerykańskie interesy. Scenariusz,
który się realizuje, kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym, jest skutkiem,
który może wyniknąć z bezkrytycznego reprodukowania programów propagandowych imperium amerykańskiego i może wyniknąć z głębszego
angażowania Polski w wojnę ukraińską. Temu chciałbym się ze wszystkich
sił sprzeciwić”.
Gdy redaktor Michał Rachoń zadał
mu pytanie: „Gdyby miał pan położyć
na szali zagrożenie prusacko-moskiewskie i żydowsko-amerykańskie,
które, pańskim zdaniem, byłoby większe?”, Braun odpowiedział innym pytaniem: „Czy dżuma lepsza od cholery?”.
Wcześniej, w internecie, Braun ostrzegał wręcz przed żydowskim desantem
na Europę Środkowo-Wschodnią.
Mediom bliskim „Gazecie Polskiej”
i telewizji Republika zarzucił prowadzenie przeciwko niemu i Węgrzynowi
„goebbelsowskiej propagandy”, a redaktora naczelnego telewizji nazwał
kłamcą i łajdakiem.
Wcześniej Braun był wielokrotnie
uczestnikiem spotkań organizowanych
przez ugrupowanie Janusza Korwin-Mikkego i w sprawach polityki zagranicznej ewoluował ku postawie najbardziej prorosyjskiego polskiego polityka.
Na początku kwietnia Korwin
wzmocnił jeszcze swoje proputinowskie wypowiedzi. „Rozumiem Putina
i Rosjan. Oni panicznie się boją, bo są
otoczeni bazami NATO. To Stany Zjednoczone prą do wojny” – mówił
w TVN24. Podobnie jak Braun stwierdził, że Polska powinna być neutralna
w sprawie wojny na Ukrainie. Z kolei
na antenie TVP Korwin-Mikke stwierdził, że „Władimir Putin jest świetnym
5
prezydentem Rosji i byłby świetnym
prezydentem Polski”. – Niestety się nie
zgodzi – dodał.
Korwina i Brauna różni podejście do
Smoleńska. Ten pierwszy twierdził, że
Antoni Macierewicz ma paranoję, podejrzewając Rosję o zamach. Z kolei
Braun, obecny na manifestacjach
w sprawie Smoleńska, zaczął opowiadać, że nie wyklucza, iż prawdziwa jest
kuriozalna hipoteza „maskirowki”, polegająca na tym, że w Smoleńsku spadł
inny samolot niż ten, który wyleciał
z Warszawy. Obie te postawy z punktu
widzenia Rosji wydają się użyteczne
w równym stopniu.
Czy powstanie prawica,
którą polubi Tomasz Lis?
Wiele osób było zdziwionych, iż
w tym roku wrzutki dotyczące katastrofy smoleńskiej nie skończyły się
w prorządowych mediach po 10 kwietnia. Ich prawdziwy festiwal trwał długo w TVN, a Tomasz Lis w „Newsweeku” dwa kolejne teksty poświęcił
Smoleńskowi i złowrogiej roli Jarosława Kaczyńskiego.
Można było na ich podstawie przypuszczać, że tematyka stosunków z Rosją znajdzie się przed wyborami na tapecie. Na okładce tygodnika Lisa Kaczyński pojawił się z podpisem „Zamachowiec”. Pierwsze skojarzenie wielu
osób oglądających tę okładkę mogło
więc nawiązywać do kłamstwa wielokrotnie bezkarnie powtarzanego przez
Lecha Wałęsę, że to Jarosław Kaczyński zadzwonił do brata i kazał mu lądować w Smoleńsku.
Treść była, rzecz jasna, inna. Dowiadywaliśmy się, że „Do zamachu rzeczywiście doszło. Ale nie w Smoleńsku,
lecz po Smoleńsku. Do perfidnego zamachu na Polskę i wspólnotę Polaków.
Dokonał go Jarosław Kaczyński. Zamach się powiódł” – napisał Tomasz
Lis. Jest jasne, że nakręcanie przez Lisa
takiej atmosfery świetnie wpisało się
w klimat możliwej przedwyborczej prowokacji.
Lis złożył też prawicowemu obozowi
bardzo konkretną propozycję zakończenia wojny polsko-polskiej: „Jedyny
realny fundament rzeczywistego dialogu to jasne stwierdzenie: nie było
zamachu ani zamachowców. Nic mniej,
nic więcej”.
Czy powstanie niebawem liczące się
prawicowe ugrupowanie gotowe przyjąć tę propozycję?
Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w dniu 19.04.2015 r.
zmarł przeżywszy 79 lat
Janusz Wojciech
Krent
Generał Brygady
Msza św. żałobna odbędzie sie w dniu 27.04.2015 r. o godz. 12.30
w kościele p.w. św. Wincentego (murowanym) na Bródnie,
po której nastąpi odprowadzenie do grobu rodzinnego.
Pozostają pogrążeni w smutku i żałobie: żona, syn, wnuki i rodzina
6
KRAJ
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
W
trakcie rajdu,
który oficjalnie organizowany
jest
przez rosyjską Federację Mototurystyki, gang
ma w planach wyjazd z Moskwy tak, by przez Mińsk, Brześć, Wrocław, Oświęcim, Brno, Bratysławę, Wiedeń, Monachium, Pragę,
Torgau i Karlshorst dotrzeć do Berlina. Rajd zakłada wizytę we Wrocławiu oraz innych „miejscach
pamięci” – m.in. obozach w Auschwitz, Dachau
czy pod pomnikami ku czci sowieckiej armii, rozproszonymi po trasie przejazdu (m.in. w Ostrawie). Z ostatnich informacji wynika, że uczestnicy
rajdu planują pojawić się także w Warszawie na
skwerze Wołyńskim, gdzie chcą uhonorować ofiary
ludobójstwa. Ten ostatni punkt jasno wpisuje się
w politykę Rosji, która sprawą ludobójstwa gra od
dawna, wzbudzając resentymenty między Polakami i Ukraińcami.
SKANDAL \ Czcił ofiary Katynia, ochroni
wyznawców Stalina
Wojciech Mucha
Tańczący
z Wilkami
Polskie władze zdają się bagatelizować zagrożenie płynące z przejazdu
przez Polskę „Nocnych Wilków” – ulubionych motocyklistów Władimira
Putina. Biorący w zeszłym roku udział w aneksji Krymu i walczący
po stronie prorosyjskich terrorystów „bajkerzy” znaleźli w Polsce
zaskakującego sojusznika – komandora Rajdu Katyńskiego, Wiktora
Węgrzyna. – To, że Rosja jest państwem niedemokratycznym,
nie znaczy, że zawsze mamy jej ulegać – mówią tymczasem eksperci
od służb specjalnych
Władze umywają ręce
Fot. Wikipedia
– To sprawa skomplikowana; decyzja należy
do rządu, a ja nie pytałem rządu o zdanie i nie
mam upoważnienia, żeby się na ten temat wypowiadać – powiedział marszałek sejmu Radosław Sikorski, odpowiadając na pytanie Polskiej Agencji Prasowej o rajd „Nocnych Wilków”. Co ciekawe, choć Sikorski zauważył, że
„rosyjski klub odegrał jakąś rolę w aneksji Krymu”, „rosyjscy motocykliści »epatują symbolami totalitarnego Związku Radzieckiego«, a w
Polsce jest to wbrew konstytucji”, to sam przedstawił się jako posiadacz „radzieckiego motocykla MW 650 z koszem” i w kuriozalnej wypowiedzi porównał rajd „Nocnych Wilków” do
Rajdu Katyńskiego, który, jego zdaniem, „też
nie wszystkim w Rosji się podoba”. – Nasz rząd
będzie miał bardzo trudną decyzję – konstatował marszałek sejmu.
Z kolei premier Ewa Kopacz stwierdziła lakonicznie, że zapowiedź rajdu rosyjskiej grupy
motocyklowej „Nocne Wilki” przez Polskę to
„szczególna prowokacja”. Jak wynika z nieoficjalnych informacji, w sprawie przejazdu „Wilków” miały odbyć się międzyresortowe konsultacje. Jeśli tak było, to niewiele z nich wynika.
Świadczyć mogą o tym słowa szefa MSZ Grzegorza Schetyny. Ten z kolei również uznał wydarzenie za prowokację, ale skrytykował przy
okazji media w Polsce, które jego zdaniem histeryzują.
Słowa Schetyny są zaskakujące tym bardziej,
że – jak wynika z ustaleń „Gazety Polskiej” i Radia Wnet – do Polski mogą przybyć ludzie, co do
których zachodzą bardzo poważne obawy. Pro-
Władimir Putin wśród
przyjaciół z grupy
motocyklowej
„Nocne Wilki”
jekt „Nasze Wielkie Zwycięstwo” – szereg
rajdów motocyklowych po byłych państwach Związku Sowieckiego – trwa od
marca br.
„Czarne Orły” chcą do Polski
Jak wynika z planów, do których dotarliśmy, biorą w nich udział motocykliści z kilku krajów, także nieuznawanych przez
społeczność międzynarodową. I tak do
wjazdu do Polski szykowali się np. motocykliści z Dagestanu – „Czarne Orły”. To
bliźniacza grupa z „Nocnymi Wilkami”. Jej
członkowie również nie ukrywają swojego poparcia dla neoimperialnej polityki
Władimira Putina. „Jesteśmy różni narodowością, ale najważniejsze jest to, że
uważamy się za podobnych do rosyjskich
motocyklistów” – piszą na swojej stronie.
W internecie łatwo odszukać filmy, na których pokazują się a to z flagą „Noworosji”,
jak w propagandzie Kremla nazywane są
okupowane tereny wschodniej Ukrainy,
a to z transparentami mówiącymi o wyzwoleniu Krymu. – Są bardzo czujni i mało
mówią. Kiedy rozmawiałem z ich liderem,
przekonywał, że „są problemy z wizami”
– mówi Paweł Bobołowicz, ukraiński korespondent Radia Wnet, który wraz z nami
zajmuje się tą sprawą. – Twierdzi, że kwestia wizowa może uniemożliwić im przyjazd, ale widać, że i oni wybierali się do
Polski – dodaje. O tym, kim są ludzie zgromadzeni wokół tego towarzystwa, świadczyć może fakt, że na ich zloty przebywają
osoby z Abchazji, Noworosji i Osetii Południowej. – Żadne z tych „państw” nie jest
uznawane przez Polskę – zauważa Bobołowicz
„Nasze Wielkie Zwycięstwo” jest organizowane równolegle do „Drogi Chwały”,
czyli Rajdu na Berlin, który w przyszłym
tygodniu ma wjechać do Polski. Jego duchowym liderem jest nie kto inny jak Aleksander „Chirurg” Załdostanow. Niewykluczone, że wraz z nim w Polsce, a później
i w pozostałych krajach, na trasie Rajdu na
KRAJ
Berlin będą chcieli pojawić się przedstawiciele np. „Donieckiej Republiki
Ludowej” czy powstałej po rosyjskiej
agresji na Gruzję Abchazji i Osetii Południowej. I choć obawy są coraz większe, nie brakuje osób, które obiecują
wesprzeć „Czarne Wilki” i pozostałych
motocyklistów.
Rajd Katyński ochroni
kolegów Putina
Prym we wspaciu Aleksandra Żołstanowa i jego ludzi tradycyjnie wiodą
prorosyjskie stronnictwa, jak choćby
marginalna partia „Zmiana”. Ale nie
brakuje
również
niespodzianek.
W ubiegłym tygodniu okazało się, że
podczas przejazdu przez Polskę motocyklowych przyjaciół Putina ma eskortować… Rajd Katyński. „Gazeta Polska”
wspólnie z telewizją Republika podały
do wiadomości, że członkowie obu
grup znają się doskonale, a Polacy bawili z „Wilkami” na trasie podczas rajdu na groby polskich oficerów zamordowanych w Katyniu. Co więcej, okazało się, że komandor rajdu Wiktor
Węgrzyn jest szefem kampanii prezydenckiej Grzegorza Brauna.
Podanie tej ostatniej, z pozoru nieistotnej informacji wywołało burzę.
W czwartek w siedzibie Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal w Warszawie odbyła się konferencja pt. „Kto i z kim chce rozpętać wojnę”. Miała dotyczyć kontrowersji związanych z przejazdem rosyjskich
„Nocnych Wilków” przez Polskę. Tymczasem organizatorzy skupili się na
krytyce dziennikarzy związanych ze
Strefą Wolnego Słowa oraz na wątkach
kampanii kandydata na prezydenta
Grzegorza Brauna. Dziennikarki „Codziennej”, która usiłowała spytać
o szczegóły znajomości między „Wilkami” a częścią członków Rajdu Katyńskiego, praktycznie nie dopuszczono
do głosu, a obecni na konferencji sympatycy Grzegorza Brauna ubliżali jej.
Komandor Wiktor Węgrzyn przekonywał, że nie interesuje go fakt, iż
„Nocne Wilki” to przyjaciele Władimira Putina. – Mnie interesują ludzie, a nie
polityka – podkreślał. Wcześniej pytany korespondencyjnie przez „Gazetę
Polską”, czy jako lider rajdu upamiętniającego mord na polskich oficerach,
wykonany na rozkaz Józefa Stalina, nie
widzi sprzeczności w udzielaniu poparcia ludziom, dla których Józef Stalin
jest fundamentem patriotyzmu rosyjskiego, nie odpowiedział.
Do sprawy ustosunkował się jednak
Grzegorz Braun. Oskarżył telewizję
Republika i „Gazetę Polską” o rozpętanie nagonki na Wiktora Węgrzyna
oraz prowokowanie wojny z Rosją. Media Strefy Wolnego Słowa,
a także media katolickie występują
według Brauna jako „transmitery nierosyjskich centrów propagandowych”
wzorujących się na metodach Goebbelsa. Zdaniem Brauna, nagonka na
szefa Rajdu Katyńskiego była spowodowana zaangażowaniem w jego
kampanię prezydencką. Sprawę wjazdu Rosjan i ataki na media Strefy Wolnego Słowa skomentował Tomasz Sakiewicz. – Wjazd „Nocnych Wilków” to jest ewidentne terroryzowanie psychologiczne Europy
Środkowej. Oni chcą pokazać, że idee
imperializmu Putina mogą nieść bezkarnie wszędzie i chcą, byśmy na to
nie reagowali. To jest element wojny
propagandowej, ale przeniesiony już
na obszar natowski. Jeżeli nie reaguje-
my, to znaczy, że pozwalamy już prowadzić Rosji działania na naszym terenie, na razie bez ofiar. Ci Polacy, którzy ich usprawiedliwiają, to pospolici
zdrajcy. Gdy się widzi, co się dzieje, jak
giną ludzie – to mamy wybór. Prawdziwi patrioci nie mogą wspierać tych,
którzy atakują Polaków i polskich
dziennikarzy starających się sprawę monitorować.
„Panie Wegrzyn,
dziękujemy!”
Jakby tego było mało, w niedzielę na
Jasnej Górze, podczas 12. Zjazdu Motocyklowego im. ks. ułana Zdzisława Jastrzębca Peszkowskiego, doszło do
kuriozalnej sytuacji. Głos zabrał wspomniany Wiktor Węgrzyn. Wygłosił
oświadczenie, rzekomo w imieniu polskich motocyklistów: „Potwierdzamy
naszą solidarność ze wszystkimi motocyklistami świata, zapewniamy na terytorium Polski bezpieczeństwo i gościnność. Dziś, kiedy funkcjonariusze
gazet i telewizji polskojęzycznych posługując się kłamstwem, realizując antypolskie cele, rozpętali nieznaną dotychczas w polskiej tradycji, polskiej
kulturze nagonkę na naszych gości,
motocyklistów rosyjskich, zachęcając
wręcz do fizycznej wobec nich przemocy, oświadczamy: motocykliści rosyjscy przez Polskę przejadą bezpiecznie”. Węgrzyn poprosił o przyjęcie rezolucji poprzez wciśnięcie klaksonów.
Zapowiedział także, że z Rosjanami
spotka się 27 kwietnia o godz. 9.00
czasu polskiego na przejściu granicznym Brześć–Terespol.
Nie wszystkim jednak podoba się taka
samowola i polityczne zaangażowanie
organizatora Rajdu Katyńskiego. – Zlot
Gwiaździsty w Częstochowie był świętem wielu motocyklistów, świętem apolitycznym mającym na celu duchowe
przygotowanie się do sezonu. Teraz staje
się polityczną hucpą „komisarza” Węgrzyna i tzw. Rajdu Katyńskiego – uważa
Jarek Podworski, motocyklista, organizator konwojów z pomocą humanitarną
dla Ukrainy, a przede wszystkim założyciel strony „NIE dla przejazdu bandytów
z Rosji przez Polskę”, w której udział zadeklarowało już 12 tys. osób. – To wstyd,
że uczestnicy, jak nam się wydawało, patriotycznego przedsięwzięcia, jakim
miał być Rajd Katyński, okazali się ludźmi, którzy pamięć o ofiarach Katynia,
Miednoje, Ostaszkowa wykorzystali do
celów niegodnych idei. Katyń stał się tylko przystankiem w podróżach po Rosji,
a co jest najbardziej bolesne, wspólnych
podróżach z piewcami Stalina. To coś
obrzydliwego bratać się z tymi, którzy
wielbią człowieka mającego na sumieniu miliony ofiar – również tych z Katynia, człowieka, który napadł na Polskę
w 1939 roku, którego formacje dopuściły się wielu mordów, grabieży, gwałtów
– uważa Podworski. – Jako motocykliści
jesteśmy apolityczni. Nie mieszamy polityki do naszej pasji. Panie „komisarzu”
Węgrzyn – panu już dziękuję. Nie wezmę
udziału w żadnej imprezie motocyklowej organizowanej przez pana i pana towarzystwo – dodaje.
Eksperci: Ten rajd
to niebezpieczeństwo
dla państwa i obywateli
– Sytuacja powinna być jasna, tego rodzaju manifestacja nie powinna się odbyć. Jak chcą jechać sobie do Berlina,
niech jadą inną drogą. W moim przeko-
naniu to organizacja o charakterze terrorystycznym. Brali udział w okupowaniu Krymu, walczą po stronie terrorystów w Donbasie. Jeżeli nasze władze
tego nie zrozumieją, to jest to katastrofalna sytuacja – mówi „Gazecie Polskiej”
Marek Opioła, poseł z sejmowej Komisji
Służb Specjalnych. – Brak jest jasnego
stanowiska szefa MSZ, który powinien
przekazać stronie rosyjskiej notę dyplomatyczną, że nie życzymy sobie ich
obecności. To, że Rosja jest państwem
niedemokratycznym, nie znaczy, że zawsze mamy jej ulegać – dodaje.
Opioła zwraca uwagę, że jeśli rząd nie
ma jednak odwagi postawić tamy „Nocnym Wilkom”, powinien dać im eskortę
policyjną, za którą powinni zapłacić. – Nie
może być tak, że ci ludzie jeżdżą sobie po
kraju – Warszawa, Wrocław, Oświęcim...
To stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa oraz dla ich bezpieczeństwa Gdy coś się stanie komukolwiek,
natychmiast zostanie to wykorzystane
przez propagandę, która pokaże, jacy
Polacy są niegościnni – mówi poseł
ze speckomisji.
***
Internauci, którzy protestują przeciwko rajdowi, z charakterystycznym dla
siebie czarnym humorem przypominają
historię z rajdu rowerowego po Wielkiej
Brytanii, który w 1937 r. w ramach działań Niemieckiego Związku Kultury Fizycznej (Deutscher Bund für Körperkultur) zorganizowano dla grupy młodzieży z Bawarii. „Dziwnym trafem trasa rajdu wcale nie prowadziła przez
największe atrakcje turystyczne Wielkiej Brytanii, lecz koncentrowała się na
7
wybrzeżu i ośrodkach przemysłowych.
Wyprawa połączona była z konkursem
na zapamiętanie jak największej liczby
szczegółów z trasy. MI5 od początku podejrzewało szpiegowskie zamiary,
zwłaszcza po wizycie cyklistów w kompleksie przemysłowym w Sheffield i porcie w Liverpoolu” – przypomina pochodzący sprzed pięciu lat wpis Dominika
Smyrgały z Instytutu Stosunków Międzynarodowych Collegium Civitas, jednego z internautów w serwisie Twitter.
***
Przypominamy, że trwa kolejna odsłona akcji „Jestem Polakiem – pomagam Ukrainie”. Inicjatywę stowarzyszenia „Pokolenie” z Katowic wspierają media Strefy Wolnego Słowa oraz
telewizja Republika.
Jak przekonują organizatorzy, pomoc
trafi do ludzi, którzy naprawdę jej potrzebują. Konwój dotrze do Ukraińców,
lecz także do potrzebujących innych narodowości, którym grozi katastrofa humanitarna. Szczególny nacisk kładziemy na osamotnionych Polaków z Ukrainy z okolic Morza Azowskiego.
Jeśli Państwo również chcą wesprzeć akcję „Jestem Polakiem – pomagam Ukrainie”,
prosimy o wpłaty na konto: Stowarzyszenie
Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059 Katowice, numer konta: ING Bank Śląski
89105012141000002319853707. Przelew zagraniczny: Stowarzyszenie Pokolenie, ul. Drzymały 9/4, 40-059 Katowice,
numer konta: SWIFT/BIC: INGBPLPW
IBAN:PL89105012141000002319853707
Współpraca: Paweł Bobołowicz / Radio Wnet,
Niezalezna.pl
ZAPRASZAMY
8
KRAJ
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
TV Republika w każdym domu
Fot. Patryk Lubon/Gazeta Polska
Jeszcze do końca kwietnia trwają konsultacje społeczne
Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, dotyczące nowych
programów na multipleksie nr 8. Pojawiła się zatem
szansa dla telewizji Republika, która zamierza ubiegać
się o miejsce w naziemnej telewizji cyfrowej.
Dzięki poparciu naszych Czytelników Republika ma zatem unikalną szansę pojawić się w każdym domu. Wystarczy wysłać
– pocztą tradycyjną bądź drogą e-mailową – swój głos za telewizją
Republika. Każdy dodatkowy głos
zwiększa szansę na pojawienie się
jej w naziemnej telewizji cyfrowej.
Chodzi o udzielenie odpowiedzi
na następujące pytanie, które postawiła KRRiT:
„Jakie istniejące lub nowe cztery programy telewizyjne w najpełniejszy sposób uzupełnią
ofertę programową naziemnej
telewizji cyfrowej i w związku
z tym powinny znaleźć się w bezpłatnej ofercie operatora multipleksu ósmego?”.
Stanowiska konsultacyjne należy przekazywać do 30 kwietnia
2015 r. na adres elektroniczny:
[email protected]
krrit.gov.pl lub pocztą tradycyjną na adres Skwer Kard. S. Wyszyńskiego 9, 01-015 Warszawa,
z dopiskiem „Konsultacje_programymux8”.
Do wysyłanych głosów należy dołączyć wyrażenie zgody na przetwarzanie danych osobowych, w celach związanych z postępowaniem konsultacyjnym, według wzoru stanowiącego załącznik nr 2 do uchwały
KRRiT nr 329/2012. W trosce o potrzeby osób z dysfunkcją narządu
wzroku, KRRiT prosi o przesyłanie odpowiedzi również w wersji elektronicznej, możliwej do odczytu przez te osoby (zawierającej tekst, czyli niezeskanowany obraz). Przykładowe formaty: doc, docx, otwarty pdf, tzn.
z możliwością kopiowania tekstu.
W związku z tym prosimy o wysyłanie wskazaną powyżej drogą oświadczenia zamieszczonego po prawej stronie.
/data, imię i nazwisko oraz adres/
Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji
Szanowni Państwo,
w związku z ogłoszonymi przez KRRiT konsultacjami społecznymi na te-
mat programów TV, które w najpełniejszy sposób uzupełnią ofertę progra-
mową naziemnej telewizji cyfrowej i w związku z tym powinny znaleźć się
w bezpłatnej ofercie operatora multipleksu ósmego, uważam, że miejsce to
powinna zająć telewizja Republika.
Z poważaniem
Załącznik nr 2 do uchwały KRRiT nr 329/2012
/Podpis/
Oświadczenie
o wyrażeniu zgody na przetwarzanie danych osobowych zgodnie z ustawą
z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U. z 2002 r. Nr
101, poz. 926, z późn. zm.)
Ja, (Imię i nazwisko) …………………………………………. wyrażam zgodę na prze-
twarzanie przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji moich danych osobowych, w celach związanych z postępowaniami konsultacyjnymi, w rozumieniu ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych (Dz. U.
z 2002 r. Nr 101, poz. 926, z późn. zm.).
……………………………………………………………………
(miejscowość i data) (czytelny podpis)
PRZEPRASZAMY
PANA LECHA MARCINKOWSKIEGO
– DORADCĘ SZEFA KANCELARII
PREZYDENTA R.P.
Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o.o. jako wydawca tygodnika „Gazeta Polska” oraz
portalu elektronicznego www.gazetapolska.pl oraz Tomasz Sakiewicz, jako redaktor naczelny
tygodnika „Gazeta Polska” oraz portalu elektronicznego www.gazetapolska.pl przepraszają
Pana Lecha Marcinkowskiego – Doradcę Szefa Kancelarii Prezydenta RP za dopuszczenie
do opublikowania w dniu 19 listopada 2014 r. na str. 6 tygodnika „Gazeta Polska” oraz na portalu
www.gazetapolska.pl artykułu autorstwa Doroty Kani pt. „Skandaliści u Prezydenta”, w którym
znalazły się nieprawdziwe informacje, jakoby Pan Lech Marcinkowski swoimi działaniami miał
doprowadzić Centrum Usług Wspólnych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, rzekomo przez niego
nadzorowane do zadłużenia w wysokości 57 milionów złotych i z tego powodu miał rzekomo odejść
z administracji rządu Donalda Tuska w atmosferze skandalu; co mogło naruszyć dobra osobiste
Pana Lecha Marcinkowskiego w postaci dobrego imienia, czci oraz godności. Oświadczamy,
że wszystkie w/w informacje są nieprawdziwe, i znalazły się w tekście omyłkowo.
Tomasz Sakiewicz, Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o.o.
KRAJ
9
PROWOKACJA \ Aberracje prorosyjskiej prawicy
Rodziny Katyńskie oburzone
wypowiedziami Węgrzyna
Zaskakujące wypowiedzi Wiktora Węgrzyna na temat „Nocnych Wilków” oburzyły zdecydowaną większość środowisk patriotycznych.
– Pan Węgrzyn głosząc takie hasła, nie ma prawa występować pod naszym szyldem. Występując pod szyldem ofiar, nie można jednocześnie
bratać się z tymi, którzy chcą honorować okupantów, naszych katów – mówi Katarzyna Gadawska z Zarządu Kieleckich Rodzin Katyńskich
Jacek Liziniewicz
Fot. Krzysztof Sitkowski/Gazeta Polska
– To wielka awantura o rzecz w sumie
drobną. Ponieważ jednak mamy słabe
państwo zarządzane przez słabych polityków, to rajd „Nocnych Wilków”
może być bardzo groźny – mówi nam
Andrzej Gwiazda, legendarny działacz
„Solidarności”. – Można od razu stwierdzić, że nie są to pierwsi lepsi chłopcy
na motorach. Widać, że są to ludzie
niesłychanie bogaci. Wystarczy spojrzeć na ich motocykle, które ceną przewyższają niejeden samochód. Dostęp
do pieniędzy ma w Rosji określona
grupa związana z układem władzy
i Władimirem Putinem – dodaje Gwiazda. Jego zdaniem, uczestnicy działają
na polityczne zamówienie.
Fałszywe analogie
Rajd „Nocnych Wilków” od razu uaktywnił działalność środowisk prorosyjskich. W forpoczcie stanęli również ci,
na których Rosjanie mogą liczyć zawsze
– politycy SLD. Polityczni spadkobiercy
PZPR-u już zapowiedzieli, że dołączą do
motocyklistów ze wschodu i zorganizują 20-osobową ekipę „Polskich Wilków”.
Tak jak Wiktor Węgrzyn podkreślają, że
rosyjskim gangsterom chodzi jedynie
o upamiętnienie ofiar wojny z nazistami i snują analogie do Polaków. – Nie
widzę tu żadnego podobieństwa. Polacy nie robią rajdów wspominających
zajęcie Zaolzia i Doliny Lodowej. Tym
się nie chlubimy i nie budujemy na tym
współczesnej polityki. Tutaj nie ma symetrii między nami a Rosją – mówi Andrzej Gwiazda. Legenda „Solidarności”
podkreśla jednocześnie, że polska polityka historyczna poniosła klęskę. – Pokazuje to, że tak naprawdę nie jesteśmy
wolnym narodem. W 1989 r. odbyła się
transformacja, która miała na celu nie
dotykać zasadniczych spraw i to dlatego mamy taką, a nie inną politykę historyczną – podkreśla.
Wtóruje mu Stanisław Pięta, poseł
PiS, przewodniczący parlamentarnego
zespołu tradycji i pamięci Żołnierzy
Wyklętych. – Jest oczywiste, że gdyby
nie było takich pomników jak gen.
Czerniakowskiego, kata Armii Krajowej, to motocykliści putinowscy nawiązujący do tradycji sowieckiej nie
mieliby gdzie tego rodzaju prowokacji
urządzać – mówi poseł Pięta.
Polityczna kalkulacja PO
Zdaniem polityków PiS-u Platforma
Obywatelska specjalnie schowała pro-
Wiktor Węgrzyn, komandor Rajdu Katyńskiego,
stał się czołowym obrońcą „Nocnych Wilków”.
jekt ustawy dekomunizacyjnej do szuflady, by nie denerwować elektoratu
SLD. – PO do tej pory nie była zainteresowana dekomunizacją. Broniła pomnika „czterech śpiących”, honorowała
majora KBW Zygmunta Baumana
i zbrodniarza Wojciecha Jaruzelskiego.
Platforma chce przejąć nie tylko lewacki i genderowy elektorat SLD, lecz także chce przejąć elektorat postkomunistyczny i ubecki. To pokazuje, że osoby
wyrosłe na antypolskiej i bolszewickiej
tradycji mają wpływ na polskie życie
publiczne – podkreśla Stanisław Pięta.
Jego zdaniem, należałoby rozważyć pomysł ściągnięcia do Polski szczątków
osób zabitych w Katyniu i innych miejscach w dzisiejszej Rosji. – Powinniśmy
na ten temat rozmawiać, bo dziś widać,
że Rosja nawet przy tej okazji realizuje
swoją antypolską politykę – podkreśla.
– Nie rozumiem, jak niektórzy kandydaci na najwyższy urząd w państwie
mogą sprzyjać rajdowi, który ma gloryfikować zbrodnie sowieckie. To depre-
cjonowanie ofiar reżimu komunistycznego, a to sprzeczne z polską racją stanu. My musimy odrzucić dyrdymały
związane z jakimś wyzwoleniem. Ponadto obecność „Nocnych Wilków” na
terytorium Polski wiąże się z ryzykiem
wielowariantowych prowokacji. To powinno skłaniać do podjęcia decyzji o zakazie wjazdu tej grupy do Polski – dodaje Pięta. Według niego, proponowane przez część narodowców witanie
Rosjan „po słowiańsku” nazywa totalną aberracją.
Rodziny Katyńskie
oburzone
Postawa Wiktora Węgrzyna, głównego komandora Rajdu Katyńskiego, który stał się w ostatnich dniach czołowym obrońcą „Nocnych Wilków” Putina, oburzyła członków Rodzin Katyńskich. – Pan Węgrzyn głosząc takie
hasła, nie ma prawa występować pod
naszym szyldem – stwierdziła Katarzyna Gadawska z Zarządu Kieleckich
Rodzin Katyńskich. – Jestem oburzona
wypowiedziami oraz postawą komandora Rajdu Katyńskiego. Pan Węgrzyn
może sobie pić wódkę, z kim chce
i gdzie chce, ale prywatnie – powiedziała portalowi Niezalezna.pl. – Występując pod szyldem ofiar, nie można
jednocześnie bratać się z tymi, którzy
chcą honorować okupantów, naszych
katów. Jak można, używając w nazwie
swojej organizacji słowa „katyński”,
tłumaczyć zaangażowanie wojenne
tych, którzy przyjeżdżają do nas uczcić
kolegów-katów z Katynia, mordujących polskich bohaterów? – stwierdziła oburzona wypowiedziami komandora, które padły na antenie telewizji
Republika. – To jakaś schizofrenia, i ja,
jako potomek zamordowanych w Katyniu, takiemu zachowaniu stanowczo
się sprzeciwiam – podsumowała.
Akcję wjazdu „Nocnych Wilków” do
Polski potępia również Agnieszka Markiewicz-Cybulska, prezes stowarzyszenia Rodzina Katyńska w Białymstoku.
– Jesteśmy przeciwko temu rajdowi,
ale może być kłopot z podstawą prawną, by ich nie wpuścić. Nie ukrywam,
że ja bym wykorzystała wszystkie
kruczki prawne, by Rosjanie musieli
spełnić
maksymalne
wymagania
– mówi nam pani prezes. Jednocześnie
zaznacza, że to jej prywatne zdanie.
– Oni na pewno chcą nas prowokować.
Należałoby nie nagłaśniać tego przejazdu, ale jednocześnie w pełni go monitorować – podkreśla.
Mieszane uczucia ma również Zofia
Pilecka-Optułowicz, córka rotmistrza
Witolda Pileckiego, zasiadająca w komitecie honorowym Motocyklowego
Rajdu Katyńskiego. – Mam ogromny
dylemat. 29 kwietnia przy ścianie na
ul. Rakowieckiej żegnam swoich rajdowców, którzy jadą z misją na Białoruś. Boję się o tych chłopaków – mówi.
– Nie możemy dać się prowokować.
W tej chwili rzeczywiście mamy trudną sytuację, bo działają różne siły, których jeszcze nie rozumiemy. Zbliżają
się wybory. Naprawdę trudno o tym
wszystkim mówić – dodaje.
Komandor Międzynarodowego Motocyklowego Rajdu Katyńskiego Wiktor Węgrzyn nie chciał z nami rozmawiać. – Wszystko, co miałem do powiedzenia, już powiedziałem – skwitował.
Na razie zachowania Rajdu Katyńskiego nie komentują również sponsorzy
organizacji, wśród których można znaleźć: Ministerstwo Obrony Narodowej,
Urząd ds. Kombatantów i Ofiar Represji oraz województwo małopolskie.
10
PUBLICYSTYKA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
GENEALOGIA ANDRZEJA DUDY \ Walka o wolność ojczyzny i trudne, nieraz tragiczne losy
Niosąc historię pokoleń
„Przeszłość mojej rodziny to typowe losy dobrych Polaków z różnych grup społecznych” – mówi Andrzej Duda. Postanowiliśmy
to sprawdzić. Dotarliśmy do dokumentów, zdjęć i historii rodzinnych, przekazywanych z pokolenia na pokolenie...
Sąsiadem rodziny
Milewskich był
Stanisław Kowalski,
ojciec św. Faustyny,
która właśnie
w rodzinnej
miejscowości
doznała pierwszych
objawień Jezusa
Miłosiernego.
Fot. arch.
Janina i Jan Duda, rodzice kandydata na prezydenta
Marcin Niewalda
Piotr Strzetelski
J
an Duda i Janina Milewska poznali się w czasie studiów. Dzisiaj są profesorami Akademii
Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Jan, ojciec Andrzeja, miał
wątpliwości, czy wiek 21 lat
uprawnia go do podjęcia tak poważnej
życiowej decyzji jak małżeństwo. Zasięgnął więc rady swojego ojca Alojzego, a ten odparł mu: „Pytanie nie brzmi:
czy masz odpowiedni wiek, lecz czy
poznałeś odpowiednią kobietę. Jeśli
tak, to się żeń”. Dziadka Andrzeja Dudy
charakteryzowała prosta ludowa mądrość. Jan Duda podobną mądrość i dobroć odnalazł również w swoim teściu
Nikodemie Milewskim. Obie rodziny
łączyło wiele, przede wszystkim podobne podejście do życia.
Po mieczu
Alojzy Duda, dziadek Andrzeja, był
– według przekazów rodzinnych
– prawnukiem osadnika wojskowego
w Łącku niedaleko Nowego Sącza.
Podczas poszukiwań genealogicznych
natrafiliśmy na akty metrykalne, zdające się potwierdzać tę informację. Na
cmentarzu parafialnym w Łącku udało się nam odnaleźć grób rodziców
Alojzego – Jana i Rozalii, pradziadków
Andrzeja, a w księgach parafii Zabrzeż
– akt urodzenia dziadka Andrzeja.
Z aktów tych dowiadujemy się, że był
on synem Franciszka i Rozalii Kałużny. Odnalezienie aktu ślubu Franciszka Dudy z 1868 r. pozwoliło na ustalenie dalszych pokoleń rodziny. Jan
Duda – ojciec Franciszka – jest najstarszym znanym przodkiem Andrzeja w linii męskiej.
Według przekazów rodzinnych Jan
Duda, urodzony w czasie zaborów na
Śląsku, służył w wojsku austriackim.
Po latach służby otrzymał spory kawałek ziemi właśnie w Łącku. Była
to rola trudna, położona na przełęczy i usytuowana najwyżej we wsi.
Rozciągał się stamtąd wspaniały widok. Jan o przezwisku „Bławat”, od
noszonego za uchem kwiatka, jako
jedyny we wsi umiał czytać, często
więc siadywał z sąsiadami na ławeczce przed domem i czytał im na
głos artykuły z gazet. Według proboszcza z Zabrzeża Józef Duda, drugi
syn Jana, był człowiekiem niezwykle
aktywnym, udzielającym się spo-
łecznie. Doprowadził m.in. do wybudowania mostu na Dunajcu. Był doskonałym konstruktorem i w obejściu swojego domu wykonał wiele
inżynierskich usprawnień.
Jan miał jeszcze dziewięcioro innych
dzieci. Niestety, pięcioro najmłodszych
zmarło w czasie zarazy w 1905 r.
Wówczas ksiądz poradził mu, aby nadał nowo narodzonemu dziecku imię
patrona młodzieży i studentów – św.
Alojzego Gonzagi. Alojzy po skończeniu czerech klas szkoły powszechnej
został wysłany „do terminu” na praktykę kuśnierską. Jego pierwszy mistrz
jednak nie traktował go dobrze i zwyczajnie głodził. Uciekł więc od niego
do Nowego Sącza. W 1942 r. poznał
swoją przyszłą żonę Kingę Rams i rok
później ożenił się z nią. Pochodziła
z patriotycznej, góralskiej rodziny
z okolic Nowego Sącza i Czarnego Dunajca. Jej ojciec Adam Rams wykonywał drobne prace usługowe w okolicznych wsiach, a matka Katarzyna Majka
uprawiała skromne poletko.
W 1943 r. rodzina Dudów przeżyła
tragedię wojenną związaną z bratem
Alojzego – Franciszkiem. Złożył on
przysięgę w AK i walczył na Podkarpaciu. Oddział został zadenuncjowany
i rozbity w obławie urządzonej przez
gestapo, a nieliczni pozostali przy życiu partyzanci ujęci. W trakcie śledztwa Franciszek nie wydał nikogo i zginął zakatowany w więzieniu w Tarnowie. Miejsce jego pochówku do dziś
pozostaje nieznane.
Po kądzieli
Rodzina Milewskich, matki Andrzeja,
także służyła krajowi zarówno w Powstaniu Listopadowym i Styczniowym, jak i w okresie I i II wojny światowej. Do AK należeli Nikodem, dziadek Andrzeja, oraz jego rodzeństwo.
Nikodem Milewski w swoich obszernych pamiętnikach spisał wszystko,
o czym dowiedział się z licznych przekazów na temat przeszłości rodziny.
Ród Milewskich wywodzi się z centralnej Polski. Najstarszą znaną osobą
jest Grzegorz Milewski, inwalida wojenny, który w 1816 r. poślubił Mariannę Siewierską. Co ciekawe, akt ślubu
został sporządzony w miejscowości
Piątek, która obecnie jest geometrycznym centrum Polski. Według pamiętnika, teść Grzegorza był wojewodą siewierskim. Z aktu wynika jednak, że ojcem Marianny był Paweł Siewierski,
ekonom. Jej matką była natomiast Zofia Dzierzbicka z parafii Modlna, gdzie
właścicielem dwóch wsi był Szymon
Dzierzbicki, wojewoda łęczycki. Szymon Dzierzbicki urodził się ok. roku
1720, mógł więc być dziadkiem Marianny. Jest bardzo prawdopodobne, że
właśnie o niego chodzi w pamiętniku.
Grzegorz Milewski był typowym ówczesnym szlachcicem, jak wielu innych
zubożałym po rozbiorach. Wąsaty,
średniego wzrostu, uwielbiał dzieci,
jeździł na karym koniu, był patriotą i duszą towarzystwa.
Jako weteran wojskowy był szanowany przez właścicieli ziemskich. Czy,
jak czytamy w pamiętnikach, pochodził z Białostockiego, gdzie miał dwór
– trudno zweryfikować. W Giecznie
mógł być rezydentem, a może sam nabył w okolicach jakiś folwark. Dziewiętnastowieczny „Herbarz szlachty
sieradzkiej” podaje, że był posesorem
w miejscowości Socha.
Rodzinne dramaty
Grzegorz miał trzech synów – Nikodema, Leona i Ignacego, który po Powstaniu Listopadowym wyemigrował
do Włoch, został księdzem, a następnie został wysłany do Ameryki.
Leon, syn Grzegorza, podobnie jak ojciec zajmował się administracją i doglądaniem dóbr właścicieli ziemskich.
Los okrutnie go doświadczył: stracił
dziesięcioro dzieci, które umierały zaraz po urodzeniu. Za namową miejscowego proboszcza wystawił więc kapliczkę na skrzyżowaniu dróg. Kolejne
urodzone potem dzieci, Helena i Aleksy, przeżyły. Leon prawdopodobnie
wziął udział w Powstaniu Styczniowym i zmarł wkrótce po jego upadku.
Dzieci pozostały pod opieką stryja Nikodema. Niestety, w 1876 r. w majątku
pojawił się rosyjski generał Szulgin.
Majątek tak mu się spodobał, że na
jego mieszkańców rzucono podejrzenie o udział w spisku i majątek skonfiskowano.
Sąsiadem rodziny Milewskich był
Stanisław Kowalski, ojciec św. Faustyny, która właśnie tam, w rodzinnej
miejscowości, doznała pierwszych objawień Jezusa Miłosiernego.
Córka Leona, Helena, wcześnie wyszła za mąż i wyprowadziła się do
Warszawy. Gdy rodzinny majątek został skonfiskowany, jej brat przeniósł
się do stolicy. Aleksy był dobrze wykształcony, a zaprzyjaźniony gospodarz wyuczył go także ślusarki, zdobył
więc konkretny zawód. Dzięki temu
łatwo znalazł pracę w zakładach
w Pruszkowie. Poznał tu młodą wdowę, Joannę Mrozowską, córkę weterana Powstania Styczniowego, organisty.
Aleksemu i Joannie urodziło się czworo dzieci, z których Nikodem jest
dziadkiem Andrzeja Dudy.
Imię Nikodem wydaje się zresztą w rodzinie Milewskich charakterystyczne:
np. Nikodem Milewski w połowie
XVIII w. był proboszczem w Nasielsku,
a inny – ekonomem w Mniewie.
Dziadek Andrzeja Dudy, Nikodem Milewski, urodził się w 1894 r. Uczył się
w szkole kolejowej w Pruszkowie.
W 1914 r. rodzice zostali ewakuowani
do Charkowa, a następnie do Petersburga. Tam Nikodem wcielony został
do wojska rosyjskiego. Zdezerterował
ze 117 p.p. w Smoleńsku i dostał się do
Petersburga, gdzie zmienił dokumenty.
Zdał maturę w Polskiej Macierzy
Fot. arch.
PUBLICYSTYKA
Andrzej Duda z dziadkiem Alojzym
Dziadka Andrzeja Dudy
charakteryzowała prosta
ludowa mądrość. Jan
Duda podobną mądrość i
dobroć odnalazł również
w swoim teściu Nikodemie
Milewskim. Obie rodziny
łączyło wiele, przede
wszystkim podobne
podejście do życia
11
Szkolnej w 1917 r. Po wybuchu rewolucji rodzina wróciła do Warszawy.
Tam, już jako student, w Rembertowie w 1918 r. wstąpił do Wojska Polskiego i wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Służył w Zarządzie
Kwatermistrzowskim i kierował elektrownią wojskową. Ukończył Kurs Oficerów Gospodarczych w stopniu podchorążego. W roku 1922 został zwolniony z wojska w celu dokończenia
studiów. Do 1939 r. pracował w Urzędzie Statystycznym. Był wielbicielem
Marszałka Piłsudskiego, człowiekiem
o wysokiej kulturze osobistej i wielkiej
mądrości życiowej.
W czasie II wojny światowej wiele
osób z rodziny Milewskich doświadczyło tragicznych losów. Matka Nikodema została wywieziona przez Niemców i jej losy do dzisiaj są nieznane.
W 1940 r. zmarła na gruźlicę siostra
Stefania. Brat Nikodema, Wiktor, walczył w partyzantce w województwie
radomskim. Pod koniec wojny zaczął
chorować i zmarł w 1949 r. Syn Nikodema, Lech, jako szesnastolatek walczył w Powstaniu Warszawskim. Osadzony w obozie koncentracyjnym
w Mauthausen dożył wyzwolenia
w 1945 r.
Po wojnie Nikodem ożenił się. Z tego
małżeństwa urodziła się m.in. córka Janina, inżynier chemik. Dzisiaj Janina
Duda z domu Milewska, podobnie jak
jej mąż Jan Duda, są profesorami. Oboje, jak wielu Polaków, noszą w sobie
historię przeszłych pokoleń, walki
o wolność ojczyzny i trudnych, nieraz
tragicznych losów.
(Więcej informacji www.genealogia.okiem.pl)
REKLAMA
12
PUBLICYSTYKA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
O
we znaki zapytania
nie są może aż tak
istotne dla jego oceny
jak te dotyczące jego
związków z Wojskowymi
Służbami Informacyjnymi czy
roli w aferach Pro Civili i marszałkowej, ale jednak wątpliwości dotyczące także kwestii pochodzenia sprawiają, że postać Komorowskiego, która powinna przecież być już dawno prześwietlona przez biografów i historyków, pozostaje w gruncie rzeczy wciąż nieznana.
GENEALOGIA PREZYDENTA \ W poszukiwaniu prawdziwej wersji historii rodzinnej
Bronisława Komorowskiego
Artur Dmochowski
Nie z tych Komorowskich
Według „Polityki” i oficjalnej, głoszonej
przez samego Komorowskiego do 2010 r.
wersji, miał on być przedstawicielem arystokratycznego rodu Komorowskich herbu
Korczak, znanego od XIV w. i władającego
znacznymi dobrami na południu Polski, m.in.
Żywiecczyzną. Komorowski chwalił się na
swojej stronie internetowej tytułem hrabiowskim, pochodzeniem ze starego i znamienitego rodu, nosił herbowy sygnet. To
ten właśnie ród miał wśród swych członków
m.in. XVIII-wiecznego Prymasa Polski i gen.
Tadeusza Bora-Komorowskiego, dowódcę
powstania warszawskiego.
Jednak twierdzenia te wywołały gorącą debatę w środowisku genealogów i heraldyków.
Pojawiły się w niej zarzuty, iż Komorowski
faktycznie należy do innego rodu używającego
tego nazwiska, ale wywodzącego się z Litwy,
posługującego się herbem Dołęga i mającego
znacznie skromniejszą historię. Co gorsza, badacze wskazali, że przodkowie Bronisława Komorowskiego zaczęli posługiwać się w XIX w.
nienależącym się im tytułem i herbem, praw-
Od Mieszka I
do baraku pod
Otwockiem
Tydzień przed wyborami prezydenckimi w 2010 r. w tygodniku
„Polityka” ukazał się obszerny artykuł, w którym korzenie rodowe
Bronisława Komorowskiego wywodzono od… Mieszka I i litewskiego
Wielkiego Księcia Giedymina, a także opisywano rzekome koligacje
ówczesnego kandydata PO m.in. z Tadeuszem Kościuszką, Henrykiem
Sienkiewiczem, Józefem Piłsudskim i… księżną Matyldą z Belgii.
Tymczasem w rzeczywistości wokół pochodzenia aktualnego
prezydenta jest sporo znaków zapytania
Być może właśnie
w baraku pod
Otwockiem, gdzie
dorastał, można
doszukać się źródeł
szczególnego
poczucia humoru
Komorowskiego,
który np. radzi
Obamie, by
pilnował żony,
albo mówi o Łodzi
jako o „eldorado
dla mężczyzn”.
Fot. prezydent.pl
dopodobnie wyłudzając je od zaborców na
podstawie sfałszowanych dokumentów. Gdy
pojawiły się te wątpliwości, Komorowski przestał powoływać się na swe hrabiowskie pochodzenie i nosić herbowy sygnet, a z jego
strony internetowej zniknęły wszelkie informacje biograficzne.
Komorowscy, z których wywodzi się prezydent, byli drobną szlachtą. Ród osiągnął pewne
znaczenie jedynie na początku XVIII w., kiedy
jeden z Komorowskich został senatorem. Potem jednak nastąpił upadek rodu.
Rodzinnym majątkiem przodków prezydenta
były Kowaliszki na Litwie. Znajdował się tam
typowy szlachecki dwór, zbudowany na począt-
Historia rodziny
Bronisława
Komorowskiego
ciągle skrywa wiele
niewiadomych
ku XVIII w. i zburzony pod koniec XX w.,
w którym wychowało się kilka pokoleń
Komorowskich. Ostatnim urodzonym w Kowaliszkach był Zygmunt, ojciec prezydenta (1925–1992).
Kilka lat temu pojawiła się też jednak
inna wersja historii rodzinnej Bronisława
Komorowskiego, do dziś bardzo popularna w internecie. Według niej dziadkiem
prezydenta miał być Rosjanin Osip Szczynukowicz, który w czasie wojny polsko-bolszewickiej dostał się do polskiej niewoli. Udało mu się zbiec i schronić właśnie w Kowaliszkach. Miał on zadenuncjować Komorowskich, a gdy zostali
zabici przez bolszewików, przywłaszczył
sobie ich nazwisko i majątek.
Historia ta, której pochodzenie i źródła
trudno ustalić, nie wydaje się jednak
prawdopodobna, choćby z tej przyczyny,
że wojnę 1920 r. przeżyli też inni, mieszkający poza Kowaliszkami krewni Komorowskich, którzy z łatwością zdemaskowaliby takiego uzurpatora.
Po mieczu
Ojciec prezydenta Zygmunt Komorowski jako kilkunastolatek znalazł się w 6.
wileńskiej brygadzie Armii Krajowej.
PUBLICYSTYKA
Bronisław Komorowski na swojej zlikwidowanej stronie internetowej pisał: „Mój ojciec za czasów tzw. pierwszej okupacji sowieckiej i za okupacji
niemieckiej działał w konspiracji
(pseudo KOR), a od jesieni 1943 r. był
w AK. Pod koniec wojny ojciec przebijał się do Polski razem z Łupaszką
(mjr Zygmunt Szendzielarz). Złapali
go bolszewicy z bronią w ręku, ale
nie rozstrzelali jak stu innych, tylko
wsadzili do więzienia. Za złoty pierścionek babuni strażnik wyprowadził go z celi, z której więźniowie trafiali pod stienku”.
Także ta historia cudownego ocalenia żołnierza AK z oddziału Łupaszki,
złapanego z bronią w ręku, może budzić pewne wątpliwości. Wiadomo
przecież, że większość ujętych AK-owców mordowano lub zsyłano do
łagrów. Nie jest to jednak historia nieprawdopodobna, gdyż faktycznie
część osób, zwłaszcza najmłodszych,
wcielano do tzw. Ludowego Wojska
Polskiego. Jest też możliwe, że nawet
nastolatek pochodzący z ziemiańskiej
rodziny, więc siłą rzeczy lepiej wykształcony niż przeciętny oderwany
od roli rekrut, jakich w armii Berlinga
była większość, mógł szybko zostać
oficerem. A tak właśnie się stało: Komorowski zakończył po kilku miesiącach szlak bojowy pod Dreznem
w stopniu podporucznika. Co ciekawe, w tej samej jednostce służył młody Wojciech Jaruzelski. Nie jest więc
wykluczone, że spotkali się podczas
kilku miesięcy wspólnej walki.
Po kądzieli
W 1946 r. ojciec prezydenta poślubił
w Łodzi Jadwigę Szałkowską (ur.
1921), córkę Antoniego i Czesławy
z Zielińskich, którą poznał jeszcze
w czasie wojny w Wilnie. Antoni Szałkowski był zawodowym oficerem – kapelmistrzem w stopniu kapitana. Pochodził ze szlachty zagrodowej herbu
Szeliga. Rodzina zmieniała wielokrotnie miejsce zamieszkania wraz z przenoszonym z garnizonu do garnizonu
ojcem. Tuż przed wybuchem wojny
przeprowadzili się do Wilna. We wrześniu 1939 r. Szałkowski walczył nad
Bzurą, a następnie trafił do oflagu.
Czesława Zielińska, babcia prezydenta, pochodziła natomiast z Pomorza – z
miejscowości Rożental koło Pelplina.
Pracowała w okienku na poczcie.
W oficjalnych życiorysach rodzice
Bronisława Komorowskiego są przedstawiani jako naukowcy. Ojciec – jako
afrykanista, socjolog i antropolog, pracownik naukowy Uniwersytetu Warszawskiego. Matka – socjolog, autorka
publikacji z zakresu socjologii rodziny
i kultury.
Jednak kariera naukowa ich obojga
przebiegała w raczej nietypowy sposób. Kiedy bowiem skończyli studia
na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu w 1950 r., nie zostali
na uczelni jako pracownicy naukowi,
lecz przez 10 lat klepali biedę, imając
się różnych prac. Najpierw wyjechali
do Obornik Śląskich, gdzie w 1952 r.
urodził się przyszły prezydent. Jadwiga Komorowska „zahaczyła się”,
jak sama mówi, m.in. w biurze biletów kolejowych oraz jako świetliczanka w domach dziecka i domach
kultury. Zygmunt Komorowski pracował m.in. w Centrali Rybnej.
W 1957 r. Komorowscy przenieśli się
do Józefowa pod Otwockiem koło Warszawy. Tak opisuje ich ówczesne życie
REDAKCJA POLECA
Dorota KANIA
Jerzy TARGALSKI
Maciej MAROSZ
ZAPRASZAJĄ
NA PREMIERĘ KSIĄŻKI
RESORTOWE DZIECI
SŁUŻBY
29 KWIETNIA, GODZ.18.30,
KLUB HYBRYDY, UL. ZŁOTA 7/9
Spotkanie poprowadzi
dr hab. Sławomir Cenckiewicz
matka prezydenta: „Z trójką małych
dzieci musieliśmy się pomieścić w niewielkiej zawilgoconej kuchni, którą
wynajmowaliśmy w mieszkaniu rodziny pewnego milicjanta (…). Za ścianą
pani Olesia, prostytutka. Libacje prawie co noc”. Podobnie opisuje swe
wczesne dzieciństwo Bronisław Komorowski: „Z jednej strony mieszkała
prostytutka, z drugiej złodziej, a z trzeciej milicjant. To był barak lumpenproletariatu i ja w tym wyrastałem”. Prezydent opisuje też swe pierwsze zapamiętane przeżycia, które przypadły na
tamten okres: oglądanie pijanej prostytutki, która rozbierała się na podwórku, na oczach dzieci. Być może
tam właśnie, w baraku pod Otwockiem, można doszukać się źródeł
szczególnego poczucia humoru Komorowskiego, który np. radzi Obamie, by
pilnował żony, albo mówi o Łodzi zamieszkanej w większości przez kobiety, jako o „eldorado dla mężczyzn”.
Zaskakujący awans
Na przełomie lat 50. i 60. życie Komorowskich uległo jednak nagłej
i dosyć zaskakującej zmianie. W 1959
r. dostali mieszkanie. W 1960 r. Jadwiga Komorowska otrzymała stypendium doktoranckie Polskiej Akademii Nauk i rozpoczęła – po dziesięciu latach od zakończenia studiów
– karierę naukową. Podobnie jak jej
mąż, który nieoczekiwanie dostał
etat pracownika naukowego na Uniwersytecie Warszawskim. Co wtedy
się wydarzyło? Co sprawiło, że Komorowscy zostali błyskawicznie
przeniesieni z baraku lumpenproletariatu do świata ówczesnej elity?
Sama Jadwiga Komorowska tłumaczy
13
to poleceniem ich przez znajomego
ze studiów Józefowi Chałasińskiemu,
znanemu socjologowi.
Zatem szczęśliwy zbieg okoliczności? Trudno uznać to wytłumaczenie
za do końca przekonujące. O ile Chałasiński mógł rzeczywiście ułatwić Komorowskim – znaną w PRL-u metodą
„po znajomości” – rozpoczęcie kariery
naukowej, o tyle trudno sobie wyobrazić, by mógł im – jak wtedy mówiono
– „załatwić” przydział mieszkania,
czyli dobra wyjątkowo trudno wówczas osiągalnego.
Tej raptownej i zastanawiającej zmiany statusu społecznego rodziny prezydenta nie tłumaczy też odwilż 1956 r. Po
pierwsze dlatego, że brak śladów, by ich
wcześniejsza sytuacja życiowa była wynikiem jakichkolwiek represji, a po drugie – na początku lat 60. było już dawno
po odwilży i zaczynał się raczej okres
gomułkowskiego przykręcania śruby.
Zygmunt Komorowski zmarł w 1992
r. Zdążył jeszcze po 1989 r. objąć stanowisko ambasadora w Bukareszcie
– w ramach zorganizowanego w pierwszych latach III RP przez Bronisława
Geremka i Krzysztofa Skubiszewskiego zaciągu, składającego się głównie
z sympatyzujących z Unią Demokratyczną warszawskich naukowców. Po
śmierci męża Jadwiga Komorowska
powróciła w rodzinne strony – na Pomorze, gdzie mieszka do dziś. Niedawno tłumaczyła prasie, że syn nie odwiedził jej na święta Bożego Narodzenia, bo „Bronek ciągle jest zajęty”.
Jak widać, nie tylko w genealogii
obecnej „Pierwszej Damy”, Anny Komorowskiej z domu Dziadzia, znajdują
się liczne znaki zapytania. Także historia rodziny samego prezydenta ciągle
skrywa jeszcze wiele niewiadomych.
ZAPRASZAMY
14
KRAJ
Proces zabójcy Krzysztofa
Zalewskiego, jednego
z pierwszych ekspertów
lotniczych, który podważał
oficjalną wersję smoleńskiej
katastrofy, nie dał odpowiedzi
na żadne pytania. Nie wiadomo,
dlaczego winny zbrodni zdecydował
się na nią, nie wyjaśniono jego
powiązań z Rosją ani z ludźmi byłych
Wojskowych Służb Informacyjnych.
Wszystko wskazuje na to, że kolejna
śmierć osoby, która zajmowała się
katastrofą, pozostanie niewyjaśniona
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
PROCES \ 25 lat więzienia dla zabójcy Krzysztofa
Zalewskiego
Dorota Kania
Maciej Marosz
Niewyjaśniona
śmierć smoleńskiego
eksperta
Cezary S. podczas
procesu nie
krył znacznej
rozbieżności
poglądów swoich
i Krzysztofa
Zalewskiego.
Wykorzystał też
wątek katastrofy
smoleńskiej jako
linię obrony.
Fot. Marcin pegaz/Gazeta Polska
K
ilka dni temu, 17 kwietnia 2015 r., Cezary S. został skazany przez Sąd Okręgowy w Warszawie na 25 lat więzienia za zamordowanie w grudniu 2012
r. Krzysztofa Zalewskiego i usiłowanie zabójstwa drugiej z ofiar. Do
zbrodni doszło w Warszawie 10 grudnia 2012 r.,
w miesięcznicę katastrofy smoleńskiej, w warszawskiej siedzibie spółki Magnum-X wydającej
czasopisma poświęcone tematyce wojskowej.
Ostrzegał przed grą Putina
Krzysztof Zalewski, członek Prawa i Sprawiedliwości, był redaktorem naczelnym miesięcznika „Technika Wojskowa. Historia”. Od 10
kwietnia 2010 r. wielokrotnie wypowiadał się
na temat katastrofy smoleńskiej i nie ukrywał
swojego krytycyzmu wobec raportów MAK-u
i komisji Jerzego Millera. Jako znawca i pasjonat
lotnictwa był gościem I Konferencji Smoleńskiej, w której brali udział eksperci od katastrof
lotniczych. Zalewski był jednym z bohaterów
filmu Anity Gargas pt. „10.04.10”.
Publicznie podawał w wątpliwość zapis czarnych skrzynek rządowego tupolewa, który rozbił się w Smoleńsku.
– W stenogramach są momenty, w których nie
wiadomo, kto wypowiada daną kwestię, nie
wiemy, co jest treścią wypowiedzi, są całe sekwencje, pod które można podłożyć wiele różnych elementów – mówi Krzysztof Zalewski
z miesięcznika „Lotnictwo”. – Z zaprezentowanego stenogramu na dobrą sprawę nic nie wy-
Niedługo przed
śmiercią Krzysztof
Zalewski odkrył związki
Cezarego S. ze spółkami,
we władzach których
zasiadają Ukraińcy
i Rosjanie
nika. Nie pokazuje on, że był jakiś nacisk,
ale też, że go nie było. Powoduje to, że sytuacja jest otwarta. Napis na stronie tytułowej, że jest to wariant nr 1, przygotowuje nas, że prawdopodobnie będą inne warianty – mówił „Gazecie Polskiej” w czerwcu 2010 r., ostrzegając, że Rosjanie rozpisali już scenariusz.
– Co jakiś czas pojawiał się artykuł w rosyjskiej prasie, wypowiadali się rosyjscy
fachowcy, którzy podając po kawałku fragmenty stenogramów, tworzyli obraz błędu
pilota i nacisków. Potem wykorzystywała
to prasa polska, gdzie też wypowiadali się
różni eksperci, którzy budowali podobny
obraz. Następnie rosyjskie media cytowały te fragmenty, podając, że Polacy już
stwierdzili, iż przyczyną był błąd pilota.
Możemy sądzić, że podobne działania
będą podejmowane nadal – podkreślał
Krzysztof Zalewski.
Zbrodnia i kara
Do zbrodni doszło w miesięcznicę katastrofy smoleńskiej, 10 grudnia 2012 r. Na
warszawskiej Pradze odbyło się spotkanie
Cezarego S., prezesa spółki, oraz dwóch
pozostałych członków jej zarządu. Sąd nie
miał wątpliwości, że prezes wydawnictwa
Cezary S. dokonał zabójstwa, zadając
17 ran nożem wiceszefowi zarządu
Krzysztofowi Zalewskiemu. Sąd podkreślił, że ustalił bez wątpliwości, iż zanim
Zalewski został zaatakowany nożem przez
S., ten zdetonował granat obronny. W wyniku eksplozji ucierpiały trzy osoby:
sprawca, Zalewski oraz trzeci z członków
zarządu Andrzej U. Jak wynika ze śledztwa
prokuratury, tego dnia w siedzibie wydawnictwa odbywało się spotkanie zarządu, podczas którego doszło do nieporozumień na tle finansowym. Sąd ogłaszając
wyrok, wskazał też na różnicę poglądów
politycznych S. i jego ofiary.
W siedzibie Magnum-X policja znalazła
duże ilości broni, amunicji, materiałów
wybuchowych, m.in. granatów. Pracownika, który był właścicielem tego arsenału,
policja… zwolniła do domu – po przedstawieniu mu zarzutów. Z kolei w mieszkaniu
Cezarego S. znaleziono m.in. wyrzutnie
RPG, duże ilości amunicji, granatów i broni krótkiej.
Oskarżony Cezary S. nie przyznał się do
winy. Rzucił za to podejrzenia na zamordowanego Krzysztofa Zalewskiego. Zaprzeczał, aby to on miał zdetonować granat. Przyznał, że zadał ciosy zamordowanemu, lecz miał to rzekomo robić w obronie własnej, w pierwszej kolejności
ugodzony nożem przez Zalewskiego. Taką
wersję zdarzeń przedstawiał sądowi adwokat podejrzanego, mec. Grzegorz Majewski, znany z innej sprawy jako pełnomocnik gen. Czesława Kiszczaka sądzonego za zbrodnie komunistyczne. Sąd całkowicie podważył wersję oskarżonego,
KRAJ
uznając jego sprzeczne wyjaśnienia za
niewiarygodne.
Cezary S. podczas procesu nie krył
znacznej rozbieżności poglądów
swoich i Krzysztofa Zalewskiego.
Jako oskarżony składał w procesie
wyjaśnienia na pierwszej rozprawie
i zeznał wtedy, że Krzysztof Zalewski
był według niego człowiekiem o specyficznych przekonaniach. Wykorzystał też wątek katastrofy smoleńskiej
jako linię obrony. W procesie dezawuował poglądy i opinie Krzysztofa Zalewskiego.
Na mocy wyroku oskarżony ma również wypłacić zadośćuczynienie w wysokości 50 tys. zł wdowie po Krzysztofie Zalewskim. W procesie występuje
ona jako jeden z oskarżycieli posiłkowych, a jej pełnomocnikiem jest mec.
Piotr Kwiecień. Pomoc prawną zapewnia jej Fundacja Niezależne Media.
15
SMOLEŃSK \ Nawigatorzy z Dęblina bronią załogi Tu-154
Kłamstwem
w polskich pilotów
Przez media przetoczyła się nowa fala ataków na polską załogę Tu-154. Zarzuca się
jej, że nie miała wystarczających umiejętności i uprawnień do lotu do Smoleńska.
– To propagandowe kłamstwo – mówią „Gazecie Polskiej” doświadczeni wojskowi
nawigatorzy kmdr Wiesław Chrzanowski i kmdr Kazimierz Grono
Wątpliwości
Przez cały okres prokuratorskiego
śledztwa oraz procesu śledczy nie wyjaśnili wątpliwości, które pojawiły się
w tej sprawie. Między innymi w procesie nie znalazło się miejsce na zbadanie interesów S. na wschodzie. Prokuratorzy zawęzili sprawę, zajmując się
wyłącznie zdarzeniami z 10 grudnia
2012 r., kiedy to dokonano zabójstwa.
Tymczasem kilka dni przed śmiercią
Krzysztof Zalewski odkrył, że jego
wspólnik Cezary S. stoi za powołaniem
kilku spółek, w których władzach zasiadają m.in. obywatele Ukrainy i Rosji.
Do tych firm miały być transferowane
pieniądze z firmy Magnum-X, w której
zarządzie byli Zalewski oraz Cezary S.
Firmy, o których mowa, miały się zajmować poligrafią. Jedna z nich ma siedzibę w Krakowie, dwie w Warszawie,
a w ich władzach zasiadała m.in. Ukrainka Oksana K., konkubina Cezarego S.,
oraz osoby zajmujące się militariami.
Ważnymi postaciami w redakcjach
wydawnictw spółki Magnum-X były
osoby ze środowiska dawnych wojskowych. Przykładowo Andrzej Kiński
występuje w raporcie z weryfikacji
WSI, a Jerzy Gruszczyński to emeryt
– oficer LWP, szef wydawnictwa
w okresie, kiedy został zamordowany
Krzysztof Zalewski.
Andrzej Kiński występuje w raporcie
w kontekście podejmowanych przez
żołnierzy WSI działań wobec środowiska dziennikarskiego, których „zasadniczym celem było kreowanie określonego obrazu danego zdarzenia bądź
zjawiska. Zazwyczaj działo się to wówczas, gdy w grę wchodziły interesy WSI
lub mające z nimi związek. Stosowaną
zazwyczaj w tego typu działaniach metodą było prowadzenie przez oficerów
WSI rozmów z dziennikarzami, którym przekazywano określone informacje, bądź podsyłanie dziennikarzom
– zazwyczaj przez osoby trzecie – przygotowanych przez siebie materiałów
informacyjnych” – czytamy w raporcie.
Jako przykłady takich działań raport
wymienia publicystykę współpracowników WSI, m.in. osoby o pseudonimie
„Skryba” (miał nim być właśnie Andrzej Kiński).
Na skutek eksplozji Cezary S. został
ciężko ranny,  w  stanie krytycznym
przewieziono go do szpitala. Wybuch
uszkodził mu dłoń, tak że trzeba było
ją amputować. Cezary S. został też poważnie ranny w brzuch. Ani w śledztwie, ani podczas procesu nie wyjaśniono, jak to  możliwe, że  w  takim
stanie Cezary S. mógł jeszcze zamordować wspólnika.
Grzegorz Wierzchołowski
W
edług telewizji TVN24, która „dotarła” do dokumentów prokuratury wojskowej, załoga Tu-154 nie powinna
być dopuszczona do lotu w dniu 10
kwietnia 2010 r., a piloci byli fatalnie
wyszkoleni. Co najważniejsze – jak
mogliśmy przeczytać na portalu Gazeta.pl – kpt Protasiuk „nie odbył ćwiczeń z lądowania przy wykorzystaniu nieprecyzyjnych urządzeń – a właśnie taka sytuacja miała miejsce pod Smoleńskiem”.
Stwierdzenia te to zresztą żadna nowość – o tym, że
załoga tupolewa (oprócz technika pokładowego) nie
miała rzekomo 10 kwietnia 2010 r. ważnych uprawnień do wykonywania lotów na Tu-154M, pisała już
w 2011 r. komisja Millera w swoim raporcie.
To było podejście precyzyjne
Prokuratura – a za nią mainstreamowe media – od
dłuższego czasu powtarzają przy tym jak mantrę, że
podchodzenie do lądowania w Smoleńsku przez załogę Tu-154 odbywało się w systemie nieprecyzyjnym
(przy takim podejściu – trudniejszym od precyzyjnego – odpowiedzialność za wszelkie błędy spoczywa
na pilotach).
Takimi twierdzeniami zdumieni są wojskowi nawigatorzy kmdr Wiesław Chrzanowski i kmdr Kazimierz
Grono – wieloletni wykładowcy szkoły w Dęblinie. – Podczas podejścia nieprecyzyjnego załoga wykorzystuje
wyłącznie dwie radiolatarnie, bliższą i dalszą, oraz reflektory APM. Tymczasem w Smoleńsku piloci ściśle
współpracowali z wieżą, która każdorazowo wydawała im zgodę na zniżanie, na wykonywanie zakrętów
oraz na wejście na kurs i ścieżkę lądowania. Załoga
„kwitowała” też podawane przez kontrolerów odległości, podając wysokość, na której się znajduje. Na stenogramach z wieży, opublikowanych przez komisję Millera, a potem Instytut Ekspertyz Sądowych, z ust kierownika lotów wprost padają stwierdzenia o „sprowadzaniu” samolotu. Taka wzajemna współpraca pilotów
i kontrolerów jest określana jako podejście precyzyjne
– mówi „GP” kmdr Wiesław Chrzanowski.
Wojskowy nawigator podkreśla jeszcze jedną istotną
rzecz. – Podczas podejścia Tu-154 używano w Smoleńsku systemu radiolokacyjnego RSL/RSP-6M2. Literatura polska, rosyjska i zachodnia jednoznacznie określa
ten system jako precyzyjny. Kiedy słyszę więc ostatnio
komentarze, że załoga wykonywała w Smoleńsku podejście nieprecyzyjne, bo nie było tam systemu ILS,
mogę użyć tylko jednego słowa: to kłamstwo – tłumaczy kmdr Chrzanowski.
Uprawnienia i doświadczenie
Nawigatorzy z Dęblina jako niezrozumiałe uważają
też zarzuty dotyczące rzekomo niewielkiego doświadczenia załogi.
Biegli prokuratury stwierdzili na przykład, że kpt. Arkadiusz Protasiuk miał minimalne doświadczenie jako
pierwszy pilot Tu-154. – Protasiuk wylatał na Tu-154
niemal 3000 godzin, w tym prawie 500 jako pierwszy
pilot. Nie wiem, jak z kogoś takiego można robić pilota
o minimalnym doświadczeniu – mówi „GP” kmdr Chrzanowski.
Warto tu przypomnieć ustalenia „Naszego Dziennika” z 2012 r. Otóż kpt. Protasiuk w 2009 r. przeszedł
specjalistyczne szkolenie w procedurach precyzyjnego
i nieprecyzyjnego podejścia na Embraerach 175 organizowane przez Swiss Aviation Training Ltd. z Zurychu. Towarzyszył mu II pilot z tupolewa – mjr Robert
Grzywna. „Obaj piloci wojskowi uzyskali lepsze wyniki
niż trenujący równolegle z nimi cywile z PLL LOT.
W ćwiczeniach praktycznych na symulatorze Protasiuk i Grzywna wypadli znacznie lepiej niż średnia. Nie
musieli powtarzać żadnego z zadań” – opisał wyniki
szkoleń „Nasz Dziennik”.
O umiejętnościach kpt. Protasiuka świadczy chociażby lądowanie 24 stycznia 2010 r., kiedy jako I pilot wylądował nocą samolotem Tu-154 nr 101 na wojskowym Okęciu. Lot z Haiti był wielogodzinny, a w jego
trakcie okazało się, że maszyna ma uszkodzony blok
sterowania. Mimo to kpt. Protasiuk wylądował, a za
udział w misji został odznaczony.
Należy dodać, że ani komisja Millera, ani prokuratura
nie wskazała, w jaki sposób nieprawidłowości formalne w szkoleniu Protasiuka wpłynęły na tragiczny koniec lotu do Smoleńska.
Bałagan? Wina Klicha
Podobne zarzuty – nieposiadania uprawnień – kierowane są dziś wobec II pilota mjr. Roberta Grzywny
i technika pokładowego Roberta Ziętka, który przecież miał wieloletnie doświadczenie jako pilot. Mówienie o „nieposiadaniu uprawnień” jest tu znacznym
nadużyciem, bo załoga uprawnienia miała, tyle że według komisji Millera i prokuratury uzyskała je, łamiąc
niektóre formalne procedury. – Zarzucanie braku doświadczenia pilotom, którzy mieli wylatane tyle godzin, jest skandaliczne. Nie mówi się przy tym, że załoga to absolwenci Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych w Dęblinie, w której jednym z podstawowych ćwiczeń było lądowanie według systemu RSL
– czyli tego, którego używano w Smoleńsku – mówi
kmdr Wiesław Chrzanowski.
Nikt oczywiście nie ma wątpliwości, że przymykanie
oczu na niektóre procedury formalne w 36. specpułku
było faktem i wynikało z niedoborów kadrowych oraz
organizacyjnych. Ale próba obarczenia odpowiedzialnością za ten stan rzeczy pilotów i dowódcy Sił Powietrznych RP gen. Andrzeja Błasika jest wyjątkowo
podła. Już w 2012 r. „Rzeczpospolita” opublikowała
treść dokumentów, które wskazują, że już dwa lata
przed katastrofą smoleńską szefowie Sił Powietrznych
próbowali zaalarmować premiera o niedoinwestowaniu i brakach kadrowych w pułku wożącym VIP-ów.
Kierowane do premiera pismo – sporządzone na polecenie gen. Błasika przez jego zastępcę, gen. dyw.
Krzysztofa Załęskiego – zablokował jednak ówczesny
minister obrony Bogdan Klich. Notatka sporządzona
przez gen. Załęskiego po spotkaniu z Klichem mówi
wszystko: „W trakcie dyskusji Pan Minister wielokrotnie wyrażał zdecydowane niezadowolenie z treści zawartych w przesłanym raporcie”.
16
KRAJ
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
ARMIA \ Mobilizacja na wypadek konfliktu zbrojnego z Rosją
Polskie gry wojenne
Ministerstwo Obrony Narodowej przygotowuje Polskę do ewentualnego konfliktu z Rosją. Nie tylko zmienia prawo, lecz także
sprawdza stan rezerw i przerzuca jednostki bliżej wschodniej granicy
Piotr Nisztor
Dostosowanie
przepisów prawa
Jednym z elementów takich przygotowań ma być zmiana przepisów stosowanych w przypadku zagrożenia
bezpieczeństwa Polski. Mają być one
dostosowane do obecnie panujących
realiów. Wiele z nich pochodzi bowiem
jeszcze z PRL (z lat 60. czy 70.) i nie
było nigdy nowelizowanych.
O nowelizacji przepisów na wypadek
zagrożenia w ubiegłym tygodniu pisał
„Dziennik Gazeta Prawna”. Według gazety od 2014 r. MON wydało 81 rozporządzeń w tym zakresie. W planach
jest kolejnych 49 projektów, w tym ten
dotyczący gotowości obronnej państwa, ochrony granic czy warunków
i trybu zakwaterowania wojsk obcych
i ich personelu cywilnego na terytorium RP. „DGP” wskazuje, że m.in
zaktualizowano również wykaz obiektów i mienia ruchomego, które mogą być
wykorzystane przez armię w czasie wojny.
Według gen. Waldemara Skrzypczaka, byłego wiceministra obrony narodowej, działania MON to tylko kosmetyka. – Obowiązująca ustawa zasadnicza pochodzi z 1967 r. i było do niej
ponad 200 poprawek. Od niepamiętnych czasów jest wyłącznie poprawiana. Tymczasem powinna być po prostu
zmieniona – mówi w rozmowie z „GP”.
– Niestety, z tego co wiem, MON nie ma
takich planów, a przecież ustawa ta ma
prawie 50 lat i dotyczy zupełnie innych
realiów – podkreśla generał.
Powszechny pobór
na razie niepotrzebny
Z założenia nowelizacja przepisów
przygotowywana przez MON ma też ułatwić ewentualne przywrócenie po-
Fot. Filip Blazejowski/Gazeta Polska
S
ytuacja na wschodzie Ukrainy
oraz agresywna polityka Rosji
od dłuższego czasu spędzają
sen z powiek urzędnikom odpowiedzialnym za bezpieczeństwo Polski. Wprawdzie
oficjalnie przedstawiciele Ministerstwa
Obrony Narodowej czy Biura Bezpieczeństwa Narodowego twierdzą, że
agresja Rosji na Polskę jest mało prawdopodobna, to jednak po cichu polska
armia przygotowuje się do ewentualnego konfliktu z Rosją. „Nie wolno nam
lekceważyć zagrożeń. Trzeba pamiętać
o tym, że po latach pokoju nagle jedno
państwo zaczęło siłą zmieniać granice
innego kraju. Z tego musimy wyciągać
wnioski” – tłumaczył na początku marca w programie „Tomasz Lis na żywo”
Tomasz Siemoniak, wicepremier i minister obrony narodowej.
W ramach przygotowań do ewentualnego konfliktu z Rosją MON stara się wzmocnić
obsadę jednostek wojskowych na wschodzie. W tym celu nie tylko zamierza
zwiększyć ich liczebność, lecz także dozbroić, przerzucając tam m.in. sprzęt pancerny.
wszechnego poboru do armii, który
w 2009 r. zawiesił ówczesny szef resortu
obrony Bogdan Klich. Na razie jednak
ani rząd, ani prezydent nie przewidują
zwiększenia liczebności wojska. – Nie
ma potrzeby, żebyśmy w czasie pokoju
utrzymywali jakąś wielką armię z powszechnego poboru – tłumaczył w TVP
Info gen. Stanisław Koziej, szef BBN.
– Dzisiaj nie ma takiej potrzeby, nie przewidujemy powszechnego poboru. Natomiast musimy mieć przygotowane rezerwy, gdyby zaszła konieczność rozwinięcia armii na większą skalę. To zadanie
jedno z ważniejszych – podkreślał.
Zdaje sobie z tego sprawę MON, które
zintensyfikowało ćwiczenia rezerwistów. Na podstawie jednego z rozporządzeń resort umożliwił przeszkolenie w tym roku 20 tys. z nich.
Pod koniec marca na przykładzie wytypowanej jednostki (MON nie ujawnił, o którą chodziło) sprawdzono w trybie pilnym stawiennictwo rezerwistów. Karty mobilizacyjne otrzymało
wówczas 500 osób, które w ciągu maksymalnie 4 godzin miały dotrzeć do
jednostki, a następnie po umundurowaniu i wyposażeniu rozpocząć ćwiczenia z żołnierzami służby czynnej.
Jak udała się mobilizacja? – Stawiennictwo było bardzo dobre. Ćwiczenia te nie miały jednak większego
znaczenia. Były tylko na pokaz, a cała
sytuacja poprawiła chyba tylko samopoczucie niektórym wojskowym
– uważa gen. Skrzypczak.
Takich ćwiczeń powinno być dużo
więcej. W sumie w zasobach rezerw figuruje prawie 7 mln osób w wieku między 19 a 60 rokiem życia. Tylko niewielki odsetek z nich został przeszkolony. Z oficjalnych danych wynika, że
było to niespełna 10 tys. rezerwistów.
Wzmacnianie wschodnich
garnizonów
W ramach przygotowań do ewentualnego konfliktu z Rosją MON stara się
też wzmocnić obsadę jednostek wojskowych na wschodzie, które obecnie
liczą 30 proc. możliwej liczby żołnierzy. W tym celu nie tylko zamierza
zwiększyć ich liczebność, lecz także
poważnie dozbroić, przerzucając tam
m.in. sprzęt pancerny. Jak dokładnie
wygląda ten plan? – To jedna z najściślej strzeżonych tajemnic ze względu
na to, że jest istotnym elementem strategii dotyczącej obrony kraju – mówi
nasz rozmówca z MON.
Generał Skrzypczak przyznaje, że idea
wzmocnienia znajdujących się na
wschodzie jednostek jest bardzo dobra.
– Jeśli wszystko przebiegałoby zgodnie
z planem i udałoby się przygotować,
wyposażyć i przeszkolić tych żołnierzy,
wówczas w ciągu najbliższych dwóch
lat bylibyśmy w stanie odeprzeć pierwsze uderzenie na wschodzie, opóźniając
przemarsz przeciwnika do Wisły, aż
otrzymamy wsparcie NATO – podkreśla
były wiceminister. Jest jednak sceptyczny co do działań MON podejmowanych
w tym zakresie.
– Liczebność armii w czasie pokoju powinna wynosić 120 tys. żołnierzy. Tymczasem jest tylko 100 tys., a to oznacza,
że istnieje 20 tys. wakatów. W pierwszej
kolejności MON powinien rozwiązać tę
kwestię i powołać odpowiednią liczbę
żołnierzy – tłumaczy gen. Skrzypczak.
Według niego na przeszkodzie stoją wojskowi, którzy czerpią z tego wymierne
korzyści. – Nikomu nie zależy, aby uzupełnić 20 tys. wakatów, bo co roku pieniądze przeznaczone na ten cel idą faktycznie na nagrody – dodaje generał.
PUBLICYSTYKA
17
REFORMA EDUKACJI \ Ofiary rządowego uporu
Kolektywizacja sześciolatków
Reforma rolna wdrażana była przez siedem lat. Siódmy rok z rzędu wprowadzana jest też reforma obniżenia wieku szkolnego.
Historia lubi się powtarzać. Warto zawalczyć o swoje dziecko i postarać się o odroczenie obowiązku szkolnego
Od września
sześciolatki w wielu
szkołach będą chodzić
nawet na trzy zmiany.
Na sale lekcyjne
przebudowywane
będą gabinety
dyrektorów,
biblioteki, a nawet
pomieszczenia
dla woźnych.
Na warszawskiej
Białołęce głośno
o szkole, w której
jest już teraz 16 klas
pierwszych.
Fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska
Karolina Elbanowska
prezes Fundacji Rzecznik Praw Rodziców
S
iedem długich lat kolektywizacji ziemi w Polsce nie
przyniosło rezultatów oczekiwanych przez władze PRL.
Chłopi nie poddali się propagandzie i nie oddali ziemi
do PGR-ów. Nie podziałało przekonywanie, że „tak jest na Wschodzie”,
obok innych, bardziej brutalnych argumentów. Polscy chłopi uchronili nie
tylko swoją ojcowiznę, ale też gospodarkę całego kraju przed jeszcze głębszą zapaścią.
PRL się skończył. Dziś mamy inne reformy i inne argumenty, ale władza,
tak jak wtedy, działa podobnie, demolując życie obywateli i całe państwo.
Reforma obniżenia wieku szkolnego
wprowadzana jest pod powtarzanym
jak mantra hasłem, że „tak jest na Zachodzie”. Tak naprawdę rząd chce
przyspieszyć edukację naszych dzieci,
by szybciej szły do pracy i zasypywały
swoimi składkami dziurę w budżecie
i ZUS.
„Obywatelski” przymus
Toporności, z jaką „obywatelska”
partia władzy traktuje obywateli, nie
powstydziliby się propagandyści „ludowej” władzy wprowadzający reformę rolną. Partia „obywatelska”, jak
nazwa wskazuje, uważa się za kwintesencję obywatelskości i sami obywatele są już potrzebni tylko do zatwierdzania jej decyzji przez aklamację.
Rodzice sześciolatków zebrali prze-
ciw wywłaszczaniu ich z praw rodzicielskich 1,6 mln podpisów. Partyjni
notable stwierdzili, że brakuje jeszcze
30 mln podpisów (sic!) i odrzucili
w marcu tego roku kolejny, trzeci już
społeczny projekt w tej sprawie. Partia przecież wie najlepiej, co jest dobre dla dzieci.
Polskich rodziców próbuje się wbić
w kompleksy: „Czy wasze dzieci są
głupsze od tych na Zachodzie?”. Prymitywny argument, obliczony na niewiedzę odbiorcy, nie trzyma się faktów.
Sztywny obowiązek dla młodszych
dzieci obowiązuje tylko w 14 z 28
państw Unii. Mali Duńczycy, Finowie,
Szwedzi, Litwini, Bułgarzy, Estończycy
i Łotysze rozpoczynają edukację w wieku 7 lat. Dzieci urodzone np. w lipcu
2009 w Austrii, Liechtensteinie, Czechach, na Węgrzech, w Słowacji czy
Niemczech, rozpoczynają edukację dopiero w kolejnym roku szkolnym.
Edukacyjnym wzorem z Sevres jest
dla naszych władz Wielka Brytania,
gdzie do szkół posyła się pięciolatki.
Efekty są opłakane: pięciokrotnie
wyższa od unijnej średniej skala niepowodzeń szkolnych i podobny rekord w ponurej statystyce szkolnej
przemocy. Z drugiej strony mamy Finlandię, która ma w szkole siedmiolatki i system edukacyjny uważany za
najlepszy na świecie.
Podstawowa szkoła
wieczorowa
Od września do klas pierwszych ma
trafić dwa razy więcej pierwszaków
niż zwykle.
Forsowany przez partię rządzącą obowiązek szkolny
obejmie dzieci urodzone pod koniec roku, które 1 września
będą miały dopiero 5 lat
Sztywny obowiązek edukacji sześciolatków wprowadzany jest w najmniej
odpowiednim demograficznie momencie. Roczniki 2008 i 2009 są bowiem najliczniejsze od 16 lat. Od września sześciolatki w wielu szkołach
będą chodzić nawet na trzy zmiany. Na
sale lekcyjne przebudowywane będą
gabinety dyrektorów, biblioteki, a nawet pomieszczenia dla woźnych. Na
warszawskiej Białołęce głośno o szkole, w której jest już teraz 16 klas pierwszych. Ale rekord padnie prawdopodobnie w szkole na Bemowie, gdzie
zabraknie liter alfabetu na oznaczenie
wszystkich oddziałów dla pierwszaków. Nie lepiej jest w innych miastach.
„Gazeta Krakowska” cytuje matkę ze
szkoły na Ruczaju: „Żartem można by
powiedzieć, że dzieci będą się uczyć
w systemie wieczorowym. Jednak nikomu nie jest do śmiechu. To oznacza,
że idąc do pracy, będę zostawiać dziecko w świetlicy rano, a ono będzie zaczynać zajęcia np. o godz. 14 i kończyć
o 18”.
Jak się przebić
Sztywny obowiązek szkolny obejmie
też dzieci urodzone pod koniec roku,
które 1 września będą miały dopiero
5 lat. Różnica wieku między uczniami
w jednej klasie wynosić może nawet
dwa lata. Rodziców czeka codzienna
walka o to, by dziecko chciało usiąść
do lekcji i choć trochę nadgonić pędzący program. A to wszystko z maluchem
zmęczonym po wielu godzinach spędzonych w przepełnionej świetlicy i lekcjach kończących się w porze wieczorynki. Niektórzy będą się dziwić, że
przecież miała być nauka przez zabawę, a moje dziecko musi żmudnie ćwiczyć kaligrafię. Inteligentne dzieci, które nie mają jeszcze gotowości szkolnej,
czyli dojrzałości systemu nerwowego,
odpowiedniej koordynacji ciała, gotowości oka, słuchu, ukształtowanej
mowy oraz gotowości emocjonalnej,
będą się wycofywać, wpadając w apatię, albo odreagowywać stres za pomocą agresji. Od początku otrzymają łatkę gorszych i niegrzecznych.
Skutki tej reformy odczują nie tylko
rodzice, ale ostatecznie my wszyscy.
Badania naukowców z niemieckich
uniwersytetów dowodzą, że dzieci
zbyt wcześnie wysłane do szkoły
z większym prawdopodobieństwem
zasilą najniżej płatne stanowiska pracy. Dziecko, które wbrew swoim naturalnym uwarunkowaniom będzie zmuszane do siedzenia w ławce, straci motywację do nauki w dalszych etapach
edukacji. System ukradnie mu szansę
na odniesienie sukcesu. Efektem będzie obniżanie jakości kształcenia.
Reforma rolna wdrażana była przez
siedem lat. Siódmy rok z rzędu wprowadzana jest też reforma obniżenia
wieku szkolnego. Historia lubi się powtarzać. Warto zawalczyć o swoje
dziecko i postarać się o odroczenie
obowiązku szkolnego. Na stronie
rzecznikrodzicow.pl jest specjalny poradnik oraz telefoniczne dyżury ekspertów, którzy w razie potrzeby pomogą przebić się przez mur systemu.
A już niedługo wybory...
18
KRAJ
Rozpad Platformy
Obywatelskiej lub
Bronisław Komorowski
na jej czele, praktycznie
pewna wygrana PiS w wyborach
parlamentarnych, a w perspektywie
zagranicznej polityka będąca
kontynuacją myśli śp. prezydenta
Lecha Kaczyńskiego – taki scenariusz
rysuje się przed Polską, gdyby
Bronisław Komorowski nie uzyskał
reelekcji. Jak duże są szanse,
że Komorowski faktycznie przegra?
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
POLITYKA \ Prezydent Duda to koniec Platformy Obywatelskiej
Magdalena Michalska
Jeśli Komorowski
przegra…
Sztab
Komorowskiego
zaczyna zdawać
sobie sprawę,
że walka
o prezydenturę
może być bardzo
trudna. Jak mówi
nasz informator,
niegdyś związany
z warszawską
PO, nawet
z wewnętrznych
badań sztabu
urzędującego
prezydenta
wynika, że dojdzie
do drugiej tury.
Fot. Tomasz Adamowicz/Gazeta Polska
C
hociaż na początku wyścigu prezydenckiego wiele wskazywało na to,
że Komorowski uzyska reelekcję
już w pierwszej turze, to praktycznie wszystkie sondaże, jakie pojawiają się w ostatnich tygodniach,
wskazują na to, że dojdzie do drugiej tury wyborów prezydenckich. Na przykład z sondażu
Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych
(IBRIS), przeprowadzonego dla Polskiego Radia, wynika, że Bronisław Komorowski na niecały miesiąc przed wyborami może liczyć na
41,8 proc. poparcia, a kandydat PiS-u Andrzej
Duda na 27,2 proc. głosów wyborców. I chociaż
według prognoz przedwyborczych faworytem
jest Komorowski, to należy pamiętać, że
w 2005 r. pierwszą turę wygrał Donald Tusk,
by następnie w drugiej zostać pokonanym
przez śp. Lecha Kaczyńskiego.
„Stary Bronek” powrócił
Co znaczące, nawet sztab Komorowskiego zaczyna zdawać sobie sprawę, że walka o prezydenturę może być bardzo trudna. Jak mówi nasz
informator, niegdyś związany z warszawską PO,
nawet z wewnętrznych badań sztabu urzędującego prezydenta wynika, że dojdzie do drugiej
tury. – Oni oczywiście cały czas robią dobre miny
do złej gry, ale już przygotowują się do drugiej
tury. Przegranej jednak nie rozważają, z tych wewnętrznych sondaży im wychodzi, że w drugiej
turze jednak będzie wygrana – relacjonuje.
Zarazem jednak nasze źródło opisuje nastroje w sztabie. – Kiedy pojawiły się nagrania po-
Jaki status w PO czeka
Grzegorza Schetynę,
gdyby Bronisław
Komorowski przegrał
wybory prezydenckie?
kazujące, jak prezydent podczas wystąpienia wciąż wraca do „specjalisty od
kur”, jedna z osób stwierdziła, że oto powrócił „stary, dobry Bronek”. – Jak go nie
pilnują, to nigdy nie wiadomo, z czym wyskoczy – tłumaczy.
Osoba związana z warszawską PO twierdzi, iż wśród ludzi Schetyny panuje przekonanie, że Komorowski i tak wygra. – Zarazem Schetyna, chociaż przez długi czas był
uważany za jednego z najbardziej związanych z prezydentem ludzi PO, zaczął już
grać we własną grę: im mniejszą różnicą
głosów wygra Komorowski, tym będzie
słabszy. A Schetyna cały czas ma ambicje, by
zostać szefem PO, więc nie chce być zależny
od silnego prezydenta. Proszę zwrócić uwagę, że jeden z głównych schetynowców, minister Andrzej Halicki, personalnie prawie
nie atakuje Dudy – mówi nasz informator.
Także druga z głównych frakcji w PO – ludzie skupieni wokół premier Ewy Kopacz,
niespecjalnie przykładają się do kampanii.
Jej ludzie tracą siły na… podgryzanie schetynowców. Jak tłumaczą nam osoby z warszawskiego samorządu, Ewa Kopacz może
bowiem obecnie liczyć na lojalność nie tylko takich osób jak Małgorzata Kidawa-Błońska, prezydent Warszawy Hanna
Gronkiewicz-Waltz, Cezary Grabarczyk czy
Michał Boni. Po jej stronie stoi także np.
były sojusznik Schetyny Marcin Kierwiński, którego uczyniła szefem swojego Gabinetu Politycznego. – Kierwiński robi
wszystko, by przejąć wpływy Andrzeja Ha-
lickiego na Mazowszu, bo w samej Warszawie praktycznie już je przejął. Zresztą
z trzęsącą warszawską Platformą Hanną
Gronkiewicz-Waltz Kierwiński się kłócić
nie będzie, bo ich relacje są świetne. Tak
bardzo, że ona prywatnie mówi o nim „mój
Marcinek” – relacjonuje nasze źródło.
Jeśli Komorowski przegra,
stracą Kopacz i Schetyna
Co stanie się z PO, jeśli Komorowski faktycznie przegra? Zarówno politycy opozycji, jak i politologowie i publicyści są przekonani, że oznaczałoby to poważne problemy dla partii rządzącej. – Doprowadziłoby do przetasowań w Platformie
Obywatelskiej. Rozpoczęłoby się poszukiwanie winnych, gorączkowe polowanie na
czarownice. Obecnie media donoszą przecież, że niektóre frakcje w PO nie przykładają się, mówiąc delikatnie, do kampanii.
Po klęsce Komorowskiego Ewa Kopacz
zapewne pociągnie te osoby do odpowiedzialności. O ile sama nie zostanie nią
obarczona przez kolegów partyjnych, bo
przecież jest szefową PO – uważa poseł
PiS Grzegorz Schreiber.
Z kolei publicysta Iwo Bender jest zdania, że w takiej sytuacji PO by się zwyczajnie rozpadła. – Nastałaby w niej wojna
wszystkich przeciwko wszystkim, partia
byłaby jeszcze bardziej skłócona niż jest
obecnie – mówi.
KRAJ
Dr Wojciech Jabłoński zwraca także
uwagę, że w razie przegranej sam Komorowski z pewnością znalazłby sobie
miejsce w PO. – Sama przegrana osłabiłaby przede wszystkim Ewę Kopacz. Jednak nic nie zyskałaby na tym także frakcja Grzegorza Schetyny. Przypuśćmy, że
Komorowski faktycznie przegrał. W tym
momencie wraca do PO i jest najpoważniejszym kandydatem na przewodniczącego partii, nawet jeśli w ramach działalności partyjnej nie robiłby nic – mówi.
I wyjaśnia, że tym samym Komorowski
pokrzyżowałby plany Schetyny. – Bo ten
ostatni odbudowywać swoją pozycję
może tylko przy niepanującej nad partią
Ewie Kopacz – wyjaśnia.
Nieco inaczej widzi sytuację nasz informator. Zaznacza, że wówczas z pewnością od PO odpadłyby resztki skrzydła konserwatywnego. – Takie osoby,
jak Marek Biernacki czy Antoni Mężydło
z pewnością gwałtownie usiłowałyby
się wówczas przytulić do PiS-u. Nie wykluczam również, że schetynowcy mogliby chcieć tworzyć nowe ugrupowanie. Ci zaś, którzy są przy Ewie Kopacz,
zamieniliby PO w coś w stylu dawnego
Stronnictwa Demokratycznego – uważa.
Jaskółka dla PiS-u
A co przegrana Komorowskiego oznaczałaby dla kraju? – Oczywiste jest, że Bronisław Komorowski wybory wygra, nie
zdziwiłbym się, gdyby wygrał w pierwszej
turze. Ale skoro mamy się bawić w „co by
było, gdyby…”, to powiem krótko: gdyby
wygrał Andrzej Duda, to byłoby pobojowisko i całkowity paraliż, bo między koalicją PO–PSL a nowym prezydentem trwałyby nieustanne spory i wojny – stwierdza
senator PO Jan Rulewski.
Schreiber uważa jednak, że nie należy
obawiać się, iż w czasie, jaki pozostanie
do jesiennych wyborów, nastąpiłby paraliż państwa z powodu niesnasek między koalicją PO–PSL a nowym prezydentem. – Andrzej Duda jako prezydent
będzie się liczył z wolą społeczeństwa
i ogółu obywateli, jeśli więc np. nie podpisze jakiegoś projektu, to dlatego, że
nie zyska on akceptacji obywateli. Sądzę
zresztą, że tuż przed wyborami koalicja
PO–PSL może być bardziej zajęta kampanią parlamentarną niż sprawami legislacyjnymi – tłumaczy. Dodaje także, że
po przegranej Komorowskiego powstałby w PO totalny chaos, który z pewnością znalazłby swoje odbicie w wyborach parlamentarnych, praktycznie
przesądzając o wygranej PiS-u.
Także dr Wojciech Jabłoński uważa,
że wygrana Dudy w wyborach prezydenckich zwiększy szanse PiS-u na wygraną w wyborach parlamentarnych.
– Chociaż w tej chwili te szanse i tak są
duże – stwierdza.
Podobnie myśli Iwo Bender. – Wygrana Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich sprawiłaby, że zwycięstwo
PiS-u w wyborach parlamentarnych
byłoby prawie pewne. A to doprowadziłoby z kolei do tego, że zmieniłoby
się podejście do wielu spraw, chociażby
do katastrofy smoleńskiej. Aczkolwiek
uważam, że aby to, co stało się 10 kwietnia 2010 r., zostało do końca wyjaśnione, niezbędna jest także zmiana sytuacji międzynarodowej – stwierdza.
A Schreiber dodaje, że zmiana na stanowisku prezydenta zagwarantowałaby
nam silną prezydenturę, zwiększającą
poczucie bezpieczeństwa Polaków w obliczu zagrożeń płynących ze wschodu.
– Andrzej Duda kreowałby politykę zagraniczną, będącą kontynuacją dokonań
śp. Lecha Kaczyńskiego na arenie międzynarodowej – mówi.
19
DEMOKRACJA \ „Źródło” problemów, a wybory
prezydenckie tuż-tuż
Zagłosują zmarli?
Polska znów nie jest gotowa do przeprowadzenia wyborów. Tym razem chaos pojawia
się już na etapie przygotowywania spisów wyborców. Wszystko przez wprowadzoną
przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych aplikację „Źródło”, służącą do obsługi Systemów
Rejestrów Państwowych. Jest duże prawdopodobieństwo, że osoby, które po pierwszym
marca zmieniały meldunek lub nazwisko, nie znajdą się w rejestrze, w którym nie
zabraknie za to miejsca dla ludzi zmarłych w okresie od 1 marca do końca kwietnia
Jacek Liziniewicz
S
amorządowcy o problemach z aplikacją
„Źródło” alarmują już od pierwszego
dnia od jego wprowadzenia. System często się zawiesza i przestaje działać,
przez co znacznie wydłużają się czynności, które wcześniej zajmowały kilka minut. Półtoragodzinne oczekiwanie na akt urodzenia i długie kolejki przed urzędniczymi gabinetami bledną jednak przy chaosie, jaki się szykuje
w związku ze zbliżającymi się wyborami. Jak
twierdzą nasi rozmówcy, w efekcie wprowadzenia
aplikacji „Źródło” gminy nie są w stanie stworzyć
aktualnych spisów wyborców. Jest prawie pewne,
że dane, które trafią do komisji wyborczych, będą
nieaktualne, bo pochodzą z 27 lutego. Taką odpowiedź usłyszeli też urzędnicy z Krajowego Biura
Wyborczego, którzy zapytali samorządowców
o funkcjonowanie nowej aplikacji.
„Źródło” nie współpracuje
Nowy system miał usprawnić pracę samorządów.
Założenie było takie, że powstanie aplikacja, która
połączy kilka odrębnych do tej pory systemów (m.in.
PESEL, dowody osobiste, akty stanu cywilnego) w jeden System Rejestrów Państwowych, obsługiwany
przez aplikację „Źródło”. Dzięki temu po różnego rodzaju zaświadczenia czy też po to, by złożyć wniosek
o nowy dowód osobisty, nie trzeba jeździć do gminy,
w której jest się zameldowanym. Jak się okazuje, nie
do końca wszystko się udało. Twórcy nowego systemu zapomnieli, że w Polsce co kilka lat organizowane są wybory, a do ich przeprowadzenia konieczne
jest posiadanie spisów wyborców. Te z kolei do tej
pory tworzone były na podstawie Lokalnych Programów Ewidencji Ludności. Problemem jest to, że
nowy system, w którym urzędnicy teraz pracują, nie
współdziała ze starym, który służył do tworzenia
spisów. Sprawia to, że czynności, które przeprowadzono w aplikacji „Źródło”, nie znajdują się w lokalnych systemach ewidencji. W związku z tym w spisach będą figurować osoby zmarłe, wymeldowane
albo ze zmienionymi nazwiskami. Od urn z kwitkiem
mogą odejść za to ci, którzy po 1 marca zameldowali
się w innej gminie i chcieliby zagłosować tam, gdzie
ich sąsiedzi.
Sprawa dla prokuratury
– Robiliśmy próbny spis wyborców. Na 4200 osób
w 150 przypadkach były problemy – mówi nam jeden z samorządowców z Zachodniopomorskiego.
– Mam pracownice, które zajmują się tymi systemami od lat. Mało tego, jako jedne z pierwszych w Polsce otrzymały wszystkie certyfikaty i ukończyły kursy. Teraz MSW robi wszystko, żeby przekonać nas, iż
wina jest po naszej stronie. To zupełnie absurdalne
– podkreśla nasz rozmówca. Jak zaznacza, według
ministerstwa wszystko miała załatwić specjalna nakładka do programu (aplikacja wspierająca), umożli-
wiająca współpracę Lokalnych Systemów Ewidencji
Ludności z aplikacją „Źródło”. – Jako gmina zapłaciliśmy za to firmie 1200 zł. Efekt jest żaden. Nadal nie
da się stworzyć wpisu – podkreśla burmistrz. Łatwo
można policzyć, że w sumie za nowe aplikacje samorządy już płacą miliony. Gdyby wszystkie kosztowały
tylko 1200 zł, po przemnożeniu przez liczbę gmin
dałoby to kwotę blisko 3 mln zł. – Moja gmina jest
stosunkowo niewielka. W dużych miastach koszt jest
zapewne większy – podkreśla nasz rozmówca. Zyski
trafiły do firm, które do tej pory zajmowały się tworzeniem systemów ewidencji ludności dla gmin. – Historię tworzenia tego systemu powinna zbadać prokuratura – mówi nasz rozmówca.
MSW zaklina rzeczywistość
Mimo oczywistych trudności Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych, które odpowiada za wprowadzenie
„Źródła”, odtrąbiło sukces. Humoru urzędnikom ministerstwa nie popsuli nawet członkowie Państwowej
Komisji Wyborczej, którzy wydali apel ostrzegający
o zagrożeniach związanych z ich systemem. „Istnieje
poważne ryzyko dla prawidłowego prowadzenia przez
gminy rejestrów wyborców, na podstawie których sporządzane są spisy wyborców. Stanowi to zagrożenie
dla prawidłowej realizacji zagwarantowanego przez
Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej prawa do głosowania w wyborach na Prezydenta RP w dniu 10 maja
2015 r” – czytamy w komunikacie PKW.
W pierwszej reakcji ministerstwo przekonywało, że
„Źródło” nie ma nic wspólnego ze spisami wyborców.
Teraz jednak twierdzi, że nie ma „bezpośredniego”
wpływu na proces tworzenia spisów wyborców. Odpowiedzi na pytanie o współpracę Lokalnych Systemów Ewidencji Ludności z aplikacją „Źródło” przypominają film „Miś” Stanisława Barei. „System Rejestrów Państwowych umożliwia techniczne pobranie
subskrypcji na potrzeby gminnego rejestru mieszkańców. Natomiast sam kanał i zasilenie pobranymi
danymi lokalnych baz odbywa się już przy wykorzystaniu aplikacji wspierających, w posiadaniu których
są gminy. Autorzy tych aplikacji jeszcze w zeszłym
roku otrzymali od Centralnego Ośrodka Informatyki
wszelkie niezbędne informacje, aby dostosować swoje oprogramowanie do współpracy z SRP (które
– wraz z wdrażanymi zmianami – były w późniejszym
czasie aktualizowane)” – piszą w odpowiedzi na nasze pytania urzędnicy w MSW.
Później jednak wspominają, że w piątek, 17 kwietnia,
odbyło się spotkanie informatyków ze strony rządowej z przedstawicielami firm, które tworzą aplikacje
do komunikacji z Lokalnymi Systemami Ewidencji
Ludności. Nieprawda, że dach przeciekał, zważywszy,
że prawie wcale nie padało – można by rzec. Wyjaśnienia wszystkich nieprawidłowości chce Prawo i Sprawiedliwość. Zdaniem posła Jarosława Zielińskiego, zastępcy przewodniczącego sejmowej Komisji Spraw
Wewnętrznych, to, co się dzieje, budzi głęboki niepokój. – Mam poczucie „déjà vu”. Przed poprzednimi wyborami również nas przekonywano, że wszystko jest
w najlepszym porządku. Skończyło się na totalnym
bałaganie. Teraz nie możemy do tego dopuścić – mówi
nam Jarosław Zieliński.
20
PUBLICYSTYKA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
Olga Doleśniak-Harczuk
P
rzemówienie dyrektora FBI Jamesa B. Comeya, wygłoszone 15 kwietnia br. w gmachu
Muzeum Holokaustu, a następnie w całości
przedrukowane na łamach „The Washington
Post” i umieszczone na stronie internetowej
FBI, wywołało w Polsce ogromne poruszenie. Słusznie. Słowa, jakie padły z ust wysokiego
urzędnika państwowego USA, budzą grozę.
Wspólnicy morderców
„Dobrzy ludzie pomogli mordować miliony i najstraszniejszą ze wszystkich lekcji jest ta pokazująca, że
jesteśmy w stanie zrezygnować z indywidualnej moralności, poddając się władzy grupy, jesteśmy w stanie
przekonać się do prawie wszystkiego (…). Mordercy
i ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i wielu, wielu
innych miejsc nie zrobili niczego złego, bo przekonali
siebie do tego, że uczynili to, co było słuszne i od czego
nie było ucieczki” – stwierdził James B. Comey. Nikt go
nie poprawił, nikt nie zaprotestował, tekst przemówienia został opubliowany bez zmian w osiagającej
blisko pół miliona nakładu gazecie codziennej (wydanie niedzielne ponad 800 tys. egzemplarzy) i stronie
rządowej Federalnego Biura Śledczego. Redaktorzy
prestiżowego dziennika najwidoczniej uznali, że James B. Comey wie, co mówi, a nawet jeżeli któremuś
z nich przemknęło przez myśl, że ma do czynienia
z całkowitym odwróceniem faktów, to nie raczył zareagować. Nie wiemy, jak ten tekst wylądował na łamach
„The Washington Post” i kto go czytał przed posłaniem
do druku. Wiemy, że poszedł bez zmian, jest bowiem
identyczny z tym, który przynajmniej jeszcze w niedzielę wieczorem „wisiał” na stronie FBI, i to jako druga wiadomość w zakładce z newsami.
Reduta pisze do ambasadora
Na wypowiedź Comeya najpierw zareagowała polska ambasada w Waszyngronie, żądając od strony
amerykańskiej wyjaśnienia i sprostowania na łamach
„The Washington Post”. W Polsce sprawą natychmiast
zajęła się Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom, kierując list z protestem do ambasadora USA w Polsce, Stephena D. Mulla. W liście
tym prezes Zarządu Reduty, Maciej Świrski, zadaje
ambasodorowi konkretne pytania: Czy Pan Ambasador i Rząd USA posiadają dowody na istnienie systemowych wspólników Holokaustu z Polski winnych
wymordowania 3 mln Żydów? Czy sądzeni byli w Norymberdze? (...) Kim byli wymienieni przez p. Comeya
mordercy? Z jakiego kraju? Z kontekstu wynika, że nie
z Niemiec, a to oznacza, że nie było to masowe morderstwo zorganizowane przez czynniki państwowe.
W takim razie, czy było to morderstwo prywatne? Dokonane przez naród Nazi, który nie miał własnego
państwa? Jeśli tak, to słowa p. Comeya są kolejnym
krokiem w zacieraniu śladów po rzeczywistych
sprawcach Holokaustu. Czy opinia p. Comeya jest
zgodna ze stanowiskiem Rządu USA? Jeśli nie, czy
Rząd USA oficjalnie odetnie się od niej i wyciągnie
konsekwencje wobec p. Comeya?
W niedzielne popołudnie, w czasie gdy list wysyłano
do Stephena D. Mulla, ten właśnie kończył spotkanie
w polskim MSZ-cie, gdzie rozmawiał z wiceministrem
spraw zagranicznych Leszkiem Soczewicą. Odpowiadając na pytania dziennikarzy, Mull mimochodem odniósł się do ostatniej kwestii poruszonej przez Macieja
Świrskiego. – Oczywiście zapewniłem go [wiceministra MSZ – red.], że to nie jest stanowisko rządu USA,
jakoby Polska była w jakikolwiek sposób odpowiedzialna za Holokaust – zapewnił mocno zmieszany ambasador USA. I dodał: – Będę jeszcze dziś w kontakcie
z Warszyngtonem, z biurem FBI. Jeżeli będziemy mieli
oficjalne informacje na ten temat, to jak najszybciej podamy je do wiadomości.
W internecie tymczasem rozpętała się istna burza.
Już w sobotę na Twitterze zainicjowano akcję „Comey, przeproś”, a na profilu facebookowym FBI pojawiły się niepochlebne komentarze pod adresem
Amerykanina. Internauci radzili wysokiemu urzednikowi powrót do szkolnej ławy i odświeżenie wiadomości o II wojnie światowej. „Ignorant, nieuk” – to
najłagodniejsze komentarze pod adresem człowieka,
który publicznie zrównał Polaków z hitlerowskimi zbrodniarzami.
SKANDAL \ Takie są skutki braku polityki historycznej
Ma pan za co przep
Spośród 25 685 osób odznaczonych przez Instytut Yad Vashem medalem Sprawiedliwy wśród
II wojny światowej pochodzi więc z naszego kraju. Z kraju, gdzie Niemcy za pomoc Żydom kara
zwykły śmiertelnik może tylko pomarzyć, nie zadał sobie trudu, by wejść chociażby na ogólnod
Żaden prymityw
Szkopuł w tym, że Comey nie wygląda na nieuka,
a ścieżka jego kariery wskazuje raczej na zapał do
zdobywania wiedzy niż niechęć do niej. Zanim zdecydował się na studia prawnicze, zdobył licencjat z chemii i religii, dziś jest uznanym specjalistą od prawa
karnego, wykładał na uniwersytecie, ma na swoim
koncie kilka prestiżowych nagród środowiska akademickiego. Ten 55-letni republikanin z irlandzkimi korzeniami zaczynał na poważnie swoją karierę polityczną od służby w administracji George’a W. Busha.
W 2012 r. poparł kandydaturę Mitta Romneya, który
walczył o fotel w Białym Domu z Barackiem Obamą,
cztery lata wcześniej udzielił poparcia Johnowi McCainowi. A jednak w 2013 r. Obamie bardzo zależało na
tym, by to własnie Comey objął stanowisko nowego
dyrektora FBI. Prezydent twierdził nawet, że jak odejdzie, będzie się czuł bezpiecznie, wiedząc, że to Comey stoi na czele federalnej służby. Jego nominacja
spotkała się z entuzjazmem zarówno demokratów,
jak i republikanów. Za tym, by objął stery FBI, opowiedziało się latem 2013 r. 92 z 93 głosujacych senatorów. Jedynym na „nie” był blisko związany z konserwatywnym ruchem Tea Party senator Partii Republikańskiej Rand Paul, syn Rona Paula.
Wymagajmy od sojuszników gry fair
Jako szef FBI Comey ma pod sobą 35 tys. współpracowników, w tym blisko 14 tys. agentów specjalnych.
Trudno uwierzyć, że człowiek obarczony tak odpowiedzialnym zadaniem nie odróżnia Polaka od Niemca, nigdy nie słyszał o liście Sprawiedliwych wsród
Narodów Świata, w której to Polacy wiodą chlubny
prym, o (zignorowanym przez Anglię i USA) raporcie
ws. Holokaustu Jana Karskiego, poświęceniu rotmistrza Pileckiego etc. A już abstrahując od spraw, które
dla nas są oczywiste, a na Zachodzie wciąż napotykają
niezrozumiały opór, trzymając się wyłącznie statystyk – jeżeli 6532 Polaków uhonorowanych przez Instytut Yad Vashem może być dowodem (wchodząc
w pokrętną logikę Comeya) na „współwinę za Holokaust”, to jakim dowodem jest jeden jedyny Irlandczyk uwzględniony na tej samej liście? Comey jako
Amerykanin z domieszką irlandzkiej krwi jest chyba
właściwym adresatem. Chwyt poniżej pasa? Czysta
gra wymaga, by obaj gracze zachowali się fair. A na
razie wniosek jest jeden – jak nie zaczniemy się szanować i głośno żądać nie tylko prostowania kłamstw,
lecz także karania za ich rozpowszechnianie, nikt nas
nie uszanuje. To zasada, której należy bezwzględnie
przestrzegać, zarówno w stosunku do nieprzyjaciół,
jak i sojuszników. Zwłaszcza tych drugich. Ponieważ
dobre i mądre relacje buduje się na prawdzie, a nie
wyparciu. Jeżeli szef FBI nie przeprosi, a gazeta, która
przedrukowała jego przemówienie, nie zamieści
sprostowania, atmosfera stanie się bardzo duszna,
żeby nie powiedzieć – zatruta. Trudno o lepszy prezent dla Kremla i wodę na młyn rosyjskiej agentury
w Polsce.
Pierwsze wnioski
Polacy znowu awansowali. Smutny to jednak awans.
Najpierw niemieckojęzyczne media nieśmiało wspominały o „polskich obozach śmierci”, potem robiły już
to coraz bardziej zuchwale, a w ślad za nimi poszły
inne zachodnie gazety i wydawnictwa książkowe. Se-
Jeżeli szef FBI nie przeprosi, a gazeta, która
nie zamieści sprostowania, atmosfera stan
prezent dla Kremla i wodę na młyn rosyjsk
PUBLICYSTYKA
21
praszać, dyrektorze Comey
a przedrukowała jego przemówienie,
nie się bardzo duszna. Trudno o lepszy
kiej agentury w Polsce.
Fot. CC/Cynthia Mcintyre
Narodów Świata 6532 to Polacy. Nieco ponad jedna czwarta wspaniałych ludzi uhonorowanych w ten sposób za ratowanie Żydów podczas
ali śmiercią. To są fakty, a nie publicystyka. Zastanawiające, że człowiek stojący na czele FBI, mający dostęp do wiadomości i źródeł, o jakich
dostępną stronę Yad Vashem i zapoznać się ze statystykami
rial „Nasze matki, nasi ojcowie” wprowadził element
kolejny – motyw żołnierzy Armii Krajowej zwalczających ludność żydowską z takim zapałem, że Niemcom
przed ekranami robiło się słabo. Po słowach szefa FBI
można uznać, że na podium odpowiedzialności za
zbrodnie na ludności żydowskiej stoimy już ręka
w rękę z niemieckimi oprawcami. Nie, jest jeszcze gorzej. Oni stają się „ludzcy”, już nie są Niemcami, tylko
nazistami. Nie są narodem, który w demokratycznych
wyborach wybrał sobie psychopatę i zaprzedał mu
duszę, lecz „ofiarami systemu”. Polak nie wywindował
Hitlera, nie wysyłał Żydów do obozów zagłady, nie
asystował doktorowi Mengele przy zszywaniu bliźniąt plecami, po wojnie nie zaaplikowano mu tak jak
Niemcom Zachodnim kroplówki z Wirtschaftswunder, tylko sowiecki bat, katownie na Strzeleckiej razy
tysiąc, upodlenie. Za niemieckiej okupacji tysiące Polaków z narażeniem życia ratowały swoich żydowskich znajomych, sąsiadów, często nieznajomych. Dziś
ten Polak staje na podium z tamtym Niemcem. Można
nawet odnieść wrażenie, że pnie się coraz wyżej. Odrealnieni „naziści” przy tym Polaku z krwi i kości stają
się jakimiś upiorami, których dziś już nawet nie trzeba się wstydzić, bo nie byli przecież „reprezentatywni
dla całego narodu”. Gdziekolwiek się człowiek obróci,
sami potomkowie spiskowców, którzy bardziej niż
poszerzenia Lebensraumu pragnęli śmierci Führera.
Kilka miesięcy temu na łamach „Nowego Państwa”
pisaliśmy o tym, jak w latach 70. XX wieku zachodnioniemiecka młodzież szkolna postrzegała Adolfa Hitlera. Okazało się, że dla większości z 3 tys. młodych, którzy wzięli udział w badaniu, pod hasłem „Co słyszałeś
o Hitlerze” nie krył się zbrodniarz, lecz np. antyterrorysta, astronauta, uczestnik wojny trzydziestoletniej,
„reformator”, który zwalczył bezrobocie, legalizując
eutanazję etc. Tak było w 1977 r. Dziś wizerunek Hitlera znajdziemy na denkach od śmietanek do kawy
i skarpetkach i jakoś nikt nie zgłasza pretensji do
Niemców. My natomiast mamy „polskie obozy”, „polskich sprawców”, lada chwila otworzy w Berlinie swoje podwoje Centrum Przeciw Wypędzeniom i ciekawe,
czy znajdą się tam fałszywe fotografie, którymi od
dziesięcioleci ilustruje się los niemieckich wysiedleńców. A nawet jeżeli by się znalazły, kto Niemcom zabroni dalej brnąć w ten fałsz? Na dzisiejszy kształt polityki historycznej Berlina zapracowało kilka pokoleń
Niemców. Z imponujacym rezultatem. A kto pracuje na
kształt naszej polityki historycznej? Co zrobił przez
ostatnie lata polski rząd, by nikt nawet nie ośmielił się
pomyśleć o „polskich obozach”, a niemiecka narracja
nie stała się dominującą?
Jeżeli ludzie, którzy są przy władzy, nadal będą
udawać, że sprawa nas nie dotyczy, za kilkadziesiąt
lat ktoś może uznać, że napis „Arbeit macht Frei”
brzmi sztucznie, w końcu to „polski obóz”, więc i napis powinien być w języku polskim. A jeszcze szerzej
– w razie zagrożenia (daleko nie trzeba szukać) dla
naszego kraju może się okazać, że nie warto pomagać państwu, którego obywatele „byli wspólnikami
zbrodniarzy”. Bardzo niebezpieczna perspektywa.
Ani histeryczna, ani niemożliwa. Jest jeszcze czas, by
wszystko odwrócić, ale tu trzeba woli i zapału do
mrówczej pracy.
Trochę prywaty – historia Marii
Maria Rychowiecka przez dwa lata ukrywała w swoim biednym mieszkaniu żydowską dziewczynkę z dobrego domu. Małą wyprowadzono z getta warszaw-
skiego kilka dni przed wybuchem powstania. Dziewczynka nazywała się Awiwa Finkelsztajn i była córką
znanego w Warszawie dziennikarza, dyrektora wydawnictwa prasowego „Hajnt”, Chaima Finkelsztajna.
Za murami getta zostawiła swoją mamę i siostrę. Kiedy patrzyła, jak getto płonie, wciąż miała nadzieję, że
jej najbliżsi są jednak bezpieczni. Nie byli, ale o tym
dowiedziała się dopiero kilka lat później. Awiwa była
przez Marię i jej męża Józefa (który działał w podziemiu) traktowana jak rodzone dziecko, chowała się ze
swoją rówieśniczką, córką Rychowieckich – Wandą,
a ich relacja nie zakończyła się wraz z wyjazdem Awiwy do ojca do USA w 1945 r. Dziewczynki były jak siostry, bardzo się ze sobą zżyły. Dzieliły jedno łóżko,
sprzedawały kwiaty na ulicy, razem też dokazywały.
Kiedy po śmierci męża (zmarł na gruźlicę) zrozpaczona Maria zaczęła zaglądać do kieliszka, Awiwa i Wanda podbierały jej czasem pieniądze i szły do kina. Banalna historia z życia dwóch małych dziewczynek żyjących w strachu, a pragnących zwykłego dzieciństwa
z cukierkami, kinem i zabawkami. Maria wkrótce się
otrząsnęła. Żałoba bolała, ale dziewczynki potrzebowały matki. W trójkę dotrwały do końca wojny. Historia została opisana wiele lat później przez samą Awiwę w książce poświęconej dzieciom ocalonym z Holokaustu („Hiding to survive: Stories of Jewish Children
Rescued fron the Holocaust”, 1994). Rychowieccy nie
ukrywali żydowskiej dziewczynki „z miłości do Żydów”, ale z niezgody na działania niemieckiego okupanta. Sympatia, a potem miłość jak do rodzonego
dziecka przyszły jednak szybko, mała stała się częścią
kochającej się rodziny. Awiwa o tym pisze wyraźnie.
Nie ma w tej opowieści lukru, jest kilka brutalnych
wątków, są i rzeczy podnoszące na duchu, ale przede
wszystkim fakty. A te są takie, że tysiące Polaków z narażeniem życia ratowały Żydów. Kropka. Awiwa do
końca życia była wdzięczna polskiej rodzinie za to, że
przeżyła. Chciała sprowadzić Wandę do Stanów, załatwiła jej nawet dobrą pracę, wszystko czekało na
przyjazd przyszywanej siostry. Happy endu jednak
nie było. W 1947 r. 17-letnia zaledwie Wanda zmarła
na zapalenie opon mózgowych. Awiwa pamiętała jednak o Marii. Wysyłała jej paczki z żywnością i ubraniami, pisały do siebie. W Stanach dziewczyna założyła rodzinę, urodziła syna, skończyła studia, została
uznanym psychoterapeutą.
Maria, ta dzielna kobieta, była cioteczną siostrą mojej prababki. Żałuję, że nie mogłam jej poznać. Zmarła
w 1968 r. Wiem jedno – w Polsce żyje wiele rodzin,
które pielęgnują pamięć o takich Mariach, a na całym
świecie żyją Awiwy i ich potomkowie skłonni świadczyć o tym, kto pomagał, a kto mordował. Ignorancja
dyrektora Comeya godzi w pamięć zarówno ocalonych, jak i tysięcy Polaków, z których nie wszyscy załapali się na medal Yad Vashem, a nie bacząc na ryzyko, decydowali się ratować swoich żydowskich współobywateli. Musimy mówić o ich świadectwach głośniej niż do tej pory. Przynajmniej do czasu, aż zaczną
nas w tym wyręczać politycy, historycy, eksperci, którzy opracują plan nadrobienia strat spowodowanych
skandalicznie zaniedbaną polityką historyczną. Nie
mieliśmy ani Vichy, ani Quislinga, nie musimy się
wstydzić i kajać, zastępować prawdy historycznej pokazami „Pokłosia” czy „Idy”. Jak to pięknie ujął śp.
Lech Kaczyński na Westerplatte w 2009 r.: „To nie Polska powinna odrabiać lekcję pokory. Nie mamy do
tego żadnego powodu. Powód mają inni. Powód mają
ci, którzy do tej wojny doprowadzili, którzy tę wojnę
ułatwili”. Nic dodać, nic ująć.
22
PUBLICYSTYKA
Jesteśmy
w niebezpiecznym
dla opozycji, być może
kluczowym dla wyborów
prezydenckich momencie. Kryzys
w SLD związany z nietrafioną, jak się
okazało, kandydaturą Magdaleny
Ogórek sprawia, że Bronisław
Komorowski już teraz, a nie
dopiero w drugiej turze, ma szanse
na poszerzenie swego poparcia
o wyborców lewicy. Dla Andrzeja
Dudy to zła informacja – trudno
teraz, gdy kandydat PiS musi
skupić się na mobilizacji wyborców
prawicy i centrum, próbować sięgać
jednocześnie po głosy lewicy
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
WYBORY \ Walka o głosy, walka o stanowiska
Joanna Lichocka
Miller
może ocalić
Komorowskiego
Drobne uprzejmości,
jakie PO wyświadcza
SLD w ostatnich
kilkunastu
tygodniach,
wskazują, że między
Millerem i PO
trwały negocjacje,
być może właśnie
teraz zakończone
już zawartą ugodą,
w czasie których
lewica otrzymywała
kolejne stanowiska.
Fot. Filip Blazejowski/Gazeta Polska
W
ostatnich kilkunastu dniach
stało się jasne, jak bardzo nieudany pomysł miał Leszek
Miller, by wystawić w wyborach prezydenckich Magdalenę Ogórek. Sondaże nie dają
szans na spełnienie nadziei o ponad 10-procentowym wyniku – a tylko taki mógłby uruchomić
dynamikę do uzyskania przez SLD wyniku
w wyborach parlamentarnych na podobnym
poziomie. Poparcie od 2 do 4 proc., jakie ma
dziś kandydatka popierana – przynajmniej
wciąż teoretycznie – przez SLD, oznacza potężne kłopoty dla formacji. Może się nawet okazać,
że SLD w ogóle nie wejdzie do sejmu. A wcale
tak być nie musiało. Magdalena Ogórek, atrakcyjna, młoda kandydatka mogła stać się symbolem nowej lewicy, zainicjować i dać impet do
zagospodarowania pod skrzydłami SLD różnych środowisk, lewicowych ruchów miejskich
czy ekologicznych. Wizerunkowa zmiana pokoleniowa – kontrolowana, rzecz jasna, przez
Leszka Millera – mogła zatrzymać odpływ lewicowych wyborców do PO i odbudować po lewej
stronie sceny politycznej ugrupowanie podmiotowe, które po wyborach mogłoby na prawach partnerskich negocjować koalicję z PO.
Jakie polityczne
przetargi planuje
Leszek Miller?
Negocjacje
Mogłoby, gdyby nie kilka spraw. Brak talentu politycznego, wiedzy i charyzmy
kandydatki SLD widoczny jest gołym
okiem – nie będę się więc nad dziewczyną
znęcać. Ten kompletnie nieudany eksperyment Leszka Millera niesie jednak coś
więcej niż rozczarowanie co do talentu
politycznego jego samego. Efektem będzie
ugruntowanie hegemonii Platformy Obywatelskiej na lewo od centrum. Miller dał
PO, przy ordynacji proporcjonalnej, poważne szanse na dalsze rządy po wyborach do parlamentu, bez oglądania się na
nikogo na lewicy. No i – a to jest dziś kluczowe dla postkomuny, której dziś właściwym reprezentantem jest właśnie PO
– pozwolił na odżycie nadziei Bronisława
Komorowskiego na wygraną w pierwszej
turze. Wydaje się, iż sam lider SLD liczy, że
nie oddał tego za darmo. Drobne uprzejmości, jakie PO wyświadcza SLD w ostatnich kilkunastu tygodniach, wskazują, że
między Millerem i PO trwały negocjacje,
być może właśnie teraz zakończone już zawartą ugodą, w czasie których lewica
otrzymywała kolejne stanowiska. Widać
to na przykład w Warszawie. Sebastian
Wierzbicki, były kandydat SLD na prezydenta Warszawy, został mianowany przez
PO wicedyrektorem Pałacu Kultury i Nauki. Z SLD – mimo że to Platformie z punktu widzenia większości niezbędnej do rządzenia do niczego nie jest potrzebne – powołano kilku wiceburmistrzów dzielnic.
Widać to też w telewizji. PO ustąpiła z forsowania projektu jednoosobowego zarządu TVP, czemu sprzeciwiał się Miller. Już
wiadomo, że zarząd, tak jak był, pozostanie trzyosobowy, jedno miejsce jest w nim
zagwarantowane dla nominata SLD. Rozstrzygnięcie ma nastąpić w maju – akurat
w czasie, gdy odbywać się będą obie tury
wyborów prezydenckich. Na marginesie
warto odnotować, że SLD, teoretycznie
w opozycji, w najmniejszym stopniu nie
protestuje przeciw obcesowemu wykorzystywaniu mediów publicznych do
kampanii Bronisława Komorowskiego.
Współrządząc mediami publicznymi, bynajmniej nie dopomina się podobnych
praw dla kandydatki SLD. Tymczasem
mniej więcej co drugi, co trzeci dzień pre-
PUBLICYSTYKA
zydent pojawia się w jakimś progra- Ogórek ma być dziś środkiem do wy- z tą sytuacją”, „Myślę, że Leszek Miller
mie (najczęściej jest to program pro- negocjowania z PO najlepszych warun- stanie się patronem nowego projektu”
wadzony przez Piotra Kraśko albo ków kapitulacji z niezależności poli- – to można wnosić, że sprawa jest
przez Krzysztofa Grzesiowskiego z ra- tycznej Leszka Millera i jego ludzi. Na przesądzona, a jakiś pakt na linii Brodiowej Jedynki, tego, który wsławił się samodzielność, jak się okazuje, nie nisław Komorowski i Leszek Miller zoPOLTAX
pytaniem
o hasło kampanii Komorow- mają chyba ani siły, ani ochoty, ani być stał zawarty. Dla działaczy SLD oznaskiego: „Dlaczego musimy tyle czekać? może możliwości – zbyt wiele spraw, cza to jasny wybór – albo przewrót
My, czyli ci,
popierają pana PODATKU
oso- a mówiąc wprost: różnych „haków”, w partii, stworzenie nowego przyE.którzy
OBLICZENIE
bę?”) i w ten sposób
prowadzi
wyboralbo… wtopienie
którymi
dysponuje
obózzłotych)
władzy, może wództwa na lewicy,
112.
Podstawa
obliczenia
podatku (po
zaokrągleniu
do pełnych
czą agitację. PoJeżeli
kolejnym
wystęsię wprzypadkach
PO. Na razie wydaje się, że jedyje liderom
SLD
ograniczać.
w poz.6takim
zaznaczono
kwadrat
nr 1, należy
wpisać
kwotę z poz.111; w pozostałych
pie Komorowskiego
w „Dziś
wieczonym, który podjął próbę walki, jest
należy wpisać
połowę
kwoty z poz.111.
rem” w TVP Info
(u Piotra
Kraśki)
za- z art. 27 ust. 1 ustawy
Grzegorz Napieralski,
Obliczony
podatek
- zgodnie
113.reszta wyczekuDeal
jest
dopięty
protestował tylko
PiS:odszefowa
rozwój sytuacji. I, dodam złośliPodatek
podstawysztabu
z poz.112; jeżeli w poz.6 zaznaczono kwadrat nr 2, 3 albo 4,je
takna
obliczony
Trwa
panopticum
wnależy
ramach
Andrzeja Dudypodatek
Beatanależy
Szydło
napisała
wie, na ofertę miejsc na listach wyborpomnożyć
przez dwa;
jeżeliwięc
wynik jest
liczbą ujemną
wpisać 0.
list do prezesaDoliczenia
TVP z pytaniem
o łama- kampanii lewicy. Magdalena Ogórek czych i stanowisk od
PO.
do podatku
114.
nie ustaleń samej telewizji z przedsta- odmawia publicznej deklaracji, że głoOczywiście oficjalnie politycy SLD
wicielami wszystkich sztabów. We- suje na SLD, i mówi, że to jej prywatna dementują spekulacje na temat wycoPodatek
dług umowy każdy
z kandydatów wy- sprawa. „Sztab prowadzi własną dzia- fania Ogórek, choć115.
ogłoszenie o załalność”
– ogłasza z kolei Jerzy Wen- przestaniu finansowania jej kampanii
losował dni, wDoktórych
będzie należy
zapro-dodać
kwoty z poz.113
kwotę z poz.114.
szony do tego programu. Bronisław derlich, wicemarszałek sejmu z SLD, taką pół-decyzją jest. Bez względu
podatnik
Komorowski ma dwa terminy – kom- nie pozostawiając złudzeń co do cha- więc na to, czy kandydatura
ta zostaF. ODLICZENIA
OD PODATKU
zł,
rakteru relacji między partią a otocze- nie formalnie wycofana, czy tylko
pletnie jednak
inne niż te, w których
Składki„Kiedy
na ubezpieczenie
116.sposób, że SLD,
niem Ogórek. „Przyjęła własną kon- praktycznie – w ten
już bierze udział.
kandydatzdrowotne
Prawa i Sprawiedliwości
będzie mógł cepcję kampanii i weźmie za to pełną tak jak już to robi, będzie się od MagSuma kwot z poz.116 i 117 nie może przekroczyć kwoty z poz.115.
gościć na antenie programu »Dziś wie- odpowiedzialność” – dorzuca rzecznik daleny Ogórek do dnia wyborów puw tym zagraniczne, o których mowa w art. 27b ust. 1 pkt 2 ustawy
118.
czorem«, wyłączając
wylosowany SLD Dariusz Joński. Konflikt między blicznie dystansować
– hamuje to spaprzez sztab termin?” – pytała Beata sztabem Ogórek a partią dynamicznie dek poparcia Bronisława Komorowsię rozwija.
nad i PIT/O
stało się ogło- skiego. Może to wręcz
Szydło w imieniu
PiS. A SLD?
Cisza. – wykazane
w częściKropką
C załącznika
120. – przy jakichś
Odliczenia
od podatku
szenie
SLD, podatku
że jużz poz.
ani 115
złotówki
nie bardzo
NajwyraźniejSuma
widać,
że w SLD
dla kandydakwotsponie może
przekroczyć
pomniejszonego
o sumęniesprzyjających
kwo
odliczanych
przekaże na kampanię prezydencką. ta PiS okolicznościach – ocalić drugą
iwem, które jeszcze
z poz.116jakoś
i 117. łączy, jest
pragmatyzm w
obejmowaniu
stano- „Zakończyliśmy finansowanie kampa- kadencję Komorowskiego
dzięki rozPodatek
po odliczeniach
122.
wisk – nie jest wykluczone, że dla sta- nii. Pani Ogórek miała rozszerzać nasz strzygnięciu wyborow już w pierwszej
Od kwoty z poz.115 należy odjąć sumę kwot z poz.116, 117, 120 i 121.
rzejącego się lidera SLD jest to już te- elektorat, a na razie go zawęża” turze. Cały wysiłek obozu władzy jest
mieszkaniowych
– wykazane
ww
części
załącznika
PIT/D
123.
Odliczenia
od podatku
wydatków
– oświadczyła
Joanna
Senyszyn
TVN.C.2 teraz
raz najważniejsza
przesłanka.
Celem,
zorientowany
na próbę osiągnięwłaściwie marzeniem politycznym W tych warunkach trzeba liczyć się cia tego celu – by obecny lokator Belz tym,w że
Magdalena
Ogórek zostanie wederu nie musiał124.
Leszka Millera, Ulgi
o którym
mówi dosię
konfrontować się
mieszkaniowe
odliczenia
roku
podatkowym
zmuszona
do wycofania
się z kandydow kuluarach, jestJeżeli
wprowadzenie
lewiAndrzejem Dudą w drugiej turze. By
jest większa
od kwoty
z poz.122, należy
wpisać kwotę zzpoz.122
kwota z poz.123
wania.
gdy słyszy
się takie oto zdania uniknąć jasnej polaryzacji – między
cy do sejmu i objęcie
stanowiska
mar-należy
w przeciwnym
wypadku
wpisaćAkwotę
z poz.123
prezydenckiego
Tomasza Na- starym, przekrzykującym
szałka sejmu. To dość
się na spo125.
Ulginierealistyczne
mieszkaniowe do odliczenia
w latach doradcy
następnych
marzenie polityczne – pogłoska ta łęcza o Leszku Millerze: „Jeden z naj- tkaniach wyborczych z przeciwnikaOd kwoty z poz.123 należy odjąć kwotę z poz.124.
najwybitniejszych mi, powtarzającym jakieś zdania
wcale nie musi być więc prawdziwa. sprawniejszych,
Jedno wydaje się pewne – kandydatura polskich polityków”, „Poradzi sobie o „specjaliście od kur” dotychczaso-
G. OBLICZENIE ZOBOWIĄZANIA PODATKOWEGO
126.
Podatek należny (po zaokrągleniu do pełnych złotych)
23
wym prezydentem, symbolizującym
dotychczasowe rządy PO, a młodym,
dynamicznym, na wzór zachodni prezentującym się kandydatem opozycji.
Na uniknięcie drugiej tury sztabowcy
PO mają małe szanse – ale właśnie
dzięki głosom lewicy nie jest to już zupełnie niemożliwe. zł,
gr
Kiedy się uda?
Z sondaży wynika niewesoła konstatacja. Jeśli pokazywane przez różne
pracownie badania są choć trochę
wiarygodne, to widać, że Bronisław
Komorowski ma większe rezerwy głosów do zdobycia niż Andrzej Duda.
Właśnie dzięki wyborcom lewicy czy
szczątkowego już wprawdzie, ale
wciąż istniejącego zasobu poparcia Jamałżonek
nusza Palikota.
Duda może zapewne
zł,
gr
gr
liczyć na głosy wyborców
Pawła Kukiza i117.
być może narodowców. Czyli na
mniej niż Komorowski. To da mu pewnie ponad 40 proc. głosów, ale nie za119.
pewni
zwycięstwa. Dlatego, na trzy
tygodnie przed pierwszą turą, sztab
Dudy
stoi przed nie lada wyzwaniem.
121.
Nie tylko musi dążyć do zmobilizowania elektoratu PiS. Nie tylko próbować
zdobyć głosy części wyborców Bronisława Komorowskiego, rozczarowanych jego kompromitującym stylem
sprawowania urzędu i ostatnimi zachowaniami. Powinien jeszcze trafić
do osamotnionych przez lewicę wyborców, którzy traktują głosowanie na
PO jako „mniejsze zło”, jako wybór
z braku innych możliwości. Jeśli sztabowcy Andrzeja Dudy znajdą jakimś
cudem także klucz do lewicowych wyborców – wtedy się uda.
zł
1% podatku na STREFĘ WOLNEGO SŁOWA
Od kwoty z poz.122 należy odjąć kwotę z poz.124.
Suma zaliczek pobranych przez płatników
Przekaż swój
Suma kwot z poz.67 i 98.
127.
Różnica pomiędzy podatkiem należnym a sumą zaliczek pobranych przez płatników
DO ZAPŁATY
Od kwoty z poz.126 należy odjąć kwotę z poz.127. Jeżeli różnica jest liczbą ujemną należy wpisać 0.
Różnica pomiędzy sumą zaliczek pobranych przez płatników a podatkiem należnym
NADPŁATA
Od kwoty z poz.127 należy odjąć kwotę z poz.126. Jeżeli różnica jest liczbą ujemną należy wpisać 0.
Wesprzyj niezależne media
128.
NIEZALEŻNA GAZETA POLSKA
129.
pamiętaj o wpisaniu nr KRS
H. INFORMACJA O DOCHODACH (PRZYCHODACH)
WYKAZYWANYCH NA PODSTAWIE ART. 45 UST. 3c USTAWY
0000309499
130. Kwota dochodów (przychodów)
I. WNIOSEK O PRZEKAZANIE 1% PODATKU NALEŻNEGO NA RZECZ ORGANIZACJI POŻYTKU
PUBLICZNEGO (OPP) Należy podać numer wpisu do Krajowego Rejestru Sądowego (numer KRS) organizacji wybranej z wykazu
prowadzonego przez Ministra Pracy i Polityki Społecznej oraz wysokość kwoty na jej rzecz.
131. Numer KRS
0000309499
Wnioskowana kwota
Kwota z poz.132 nie może przekroczyć 1% kwoty z poz.126,
po zaokrągleniu do pełnych dziesiątek groszy w dół
132.
oblicz 1%
J. INFORMACJE UZUPEŁNIAJĄCE
Podatnicy, którzy wypełnili część I, w poz.133 mogą podać cel szczegółowy 1%,
a zaznaczając kwadrat w poz.134 wyrazić zgodę na przekazanie OPP swojego imienia, nazwiska i adresu wraz z informacją o kwocie z poz.132.
W poz.135 można podać dodatkowe informacje, np. ułatwiające kontakt z podatnikiem (telefon, e-mail).
133. Cel szczegółowy 1%
134. Wyrażam zgodę
+
NIEZALEŻNE MEDIA SWS
135.
K. INFORMACJE O ZAŁĄCZNIKACH
pamiętaj o wpisaniu celu szczegółowego
W poz.136-139 należy podać liczbę załączników. Poz.140 i 141 wypełniają podatnicy, którzy załącznik PIT/D dołączyli do innego niż składane
zeznanie. Jeśli w poz.140 zaznaczono kwadrat nr 2, należy wypełnić poz.142.
PIT/O
136.
PIT/D
137.
PIT-2K
138.
NIEZALEŻNE MEDIA SWS
Certyfikat
rezydencji
140. Załącznik PIT/D dołącza do
swojego zeznania
(zaznaczyć właściwy kwadrat):
Przekaż swój 1%
139.
1. podatnik
141. Kod formularza, do którego został
dołączony załącznik PIT/D
(zaznaczyć właściwy kwadrat):
Dziękujemy!
2. małżonek
1. PIT-28
2. PIT-36
3. PIT-37
142. Identyfikator podatkowy, nazwisko i imię małżonka oraz urząd, do którego został złożony załącznik PIT/D
Fragment PIT-u 37 z istotnymi punktami do wypełnienia.
W PIT-ach 28, 36, 36L i 38 te punkty mają inną numerację.
© www.signform.pl Sp. z o.o., producent aktywnych formularzy, e-mail: [email protected]
PIT-37(19)
3/4
REKLAMA
GOSPODARKA
24
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
POLSKA GOSPODARKA W UE \ Szanse na osiągnięcie poziomu Zachodu
W pościgu za Europą
Na obecną pozycję Polski w Europie, daleką od naszych aspiracji, mają wpływ ogromne zniszczenia dokonane podczas dwóch wojen
światowych i zapóźnienia niemal półwiecza komunizmu. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza udało się nam do pewnego stopnia dogonić
najbardziej rozwinięte gospodarki europejskie. Jednak PKB w przeliczeniu na Polaka to obecnie tylko 38,5 proc. średniej unijnej
Maciej Pawlak
P
olskie PKB jest ponad trzy
razy niższe od tego w Niemczech. Podobnie wygląda porównanie poziomu płac. Jakie mamy szanse na dogonienie Europy? Ekonomiści wymieniają różne recepty na znaczące
wzmocnienie pozycji Polski, jej gospodarki i poziomu życia społeczeństwa.
Zgodni są co do jednego: nasz rozwój
gospodarczy na obecnym poziomie
(ok. 3 proc. rocznie) jest dalece niewystarczający. Powinien znacząco wzrosnąć, co najmniej do średniego poziomu z pierwszej dekady transformacji,
tj. do ponad 4 proc. rocznie.
– Daleko nam do poziomu średniej
unijnej w poziomie rozwoju, daleko
nam także do Europy pod względem
płac – mówił europoseł Andrzej Duda,
kandydat PiS na prezydenta, podczas
jednego ze spotkań tegorocznej kampanii prezydenckiej. Aby „daleko” zamienić na „blisko”, władze powinny
wykorzystać wszystkie szanse na
przyspieszenie rozwoju. W przeciwnym razie nasi obywatele nadal będą
masowo wyjeżdżać do bogatszych krajów unijnych w poszukiwaniu lepszych
warunków życia. Z ostatniego raportu
Work Service wynika, że co piąty Polak
rozważa obecnie emigrację zarobkową, a odsetek zdecydowanie planujących wyjazd z kraju wzrósł w tym roku
do 6,4 proc. (prawie 1,3 mln osób) z 5
proc. w 2014 r. Ponadto 20,7 proc. Polaków jest gotowych rozważyć kwestię
W 5. rocznicę śmierci
Katarzyny
Ostrowskiej-Skubalskiej
26 kwietnia 2015 r.
o godz. 17.30 w kościele
pw. św. Karola
Boromeusza na Starych
Powązkach w Warszawie,
ul. Powązkowska 44,
odprawiona zostanie msza
święta za duszę Zmarłej.
Bóg zapłać za modlitwę
Rodzice, brat, redakcja
Fot. Marcin Pegaz/Gazeta Polska
Europa daleko i blisko
Obecna sytuacja gospodarcza sprawia, że 20,7 proc. Polaków jest gotowych rozważyć kwestię emigracji, jeśli zajdzie taka potrzeba lub możliwość
emigracji, jeśli zajdzie taka potrzeba
lub możliwość.
Wolniej, za wolno
W dodatku w związku kryzysem trapiącym gospodarki europejskie, który
przerodził się w obecną stagnację, także nasza gospodarka spowolniła. Jak
zauważył Krzysztof Kolany, główny
analityk portalu Bankier.pl, w latach
1994–2003 polski PKB wzrastał średnio 4,64 proc. rocznie. Po 2008 r. polska
gospodarka osiągała średni przyrost
PKB już tylko 3 proc. rocznie. Według
obliczeń analityka, jeśli Niemcy utrzymają średnią dynamikę PKB z ostatnich
30 lat (1,7 proc.), a polska gospodarka
będzie wzrastać w obecnym tempie, to
poziom życia Niemiec osiągniemy za
niecałe 100 lat. Gdyby wzrost naszego
PKB przyspieszył dwukrotnie, to dogonilibyśmy Niemcy za niecałe 30 lat.
Lepiej z własną walutą
Ekonomista prof. Ryszard Bugaj jest
jednak zdania, że podwojenie obecnego tempa wzrostu PKB z 3 do 6 proc.
rocznie jest poza zasięgiem naszych
możliwości. – Uważam, że byłoby sukcesem utrzymanie średniego tempa
wzrostu na poziomie z pierwszych lat
transformacji, czyli 4 proc. Wówczas,
przy założeniu, że gospodarki unijne
będą rosnąć ok. 2–2,5 proc. rocznie,
potrzeba by ok. 30 lat, żeby osiągnąć
przeciętny poziom starej Unii.
Zdaniem profesora, na dogonienie
reszty Unii szanse mamy niezłe, ale
żadnych gwarancji. – Jestem przekonany, że służyć temu na pewno nie będzie
przystąpienie do strefy euro – lepiej
rozwijać się z własnym pieniądzem niż
ze wspólnym. Nie pomoże nam również głębsza integracja wewnątrz UE.
W przypadku bardziej jednolitego rynku Polska będzie skazana na pogłębienie swojej peryferyjności.
Pasywnie,
na garnuszku Europy
W opinii Konrada Szymańskiego,
b. europosła (PiS), nie możemy opierać się na pasywnej metodzie rozwoju, przyzwyczajając się do życia na
garnuszku polityki pomocowej Unii
Europejskiej. – Musimy do tego dołożyć własną strategię rozwoju, bo nikt
nas w tym nie wyręczy – uważa. Jego
zdaniem kluczowym problemem jest
– oprócz utrzymania przewagi konkurencyjnej w postaci niższych kosztów pracy czy niższego opodatkowania – postawienie na innowacyjność.
– To jest dużo poważniejsze wyzwanie niż dyskusje na temat wprowadzania euro – uważa b. europoseł.
Odblokować bariery
– To nie polska gospodarka ma problemy z dogonieniem Zachodu. Cel
ten uniemożliwiają nam istniejące
bariery w rozwoju przedsiębiorczości. Problem tkwi także w skomplikowanym systemie prawnym czy podatkowym – uważa Andrzej Sadowski,
wiceprezes Centrum im. A. Smitha.
Raport firmy Grant Thornton wymienia wśród barier m.in. zbyt długi czas
trwania postępowań przed sądami,
zbyt dużą liczbę wymaganych pozwoleń, koncesji czy licencji, złożoność
przepisów podatkowych i brak ich
jednolitej interpretacji, częstotliwość
zmian prawa oraz brak odpowiedzialności urzędników za błędne decyzje podatkowe.
Zdaniem Sadowskiego, może być jednak inaczej. – Weźmy przykład Irlandii. Wystarczyły dwa pokolenia, by
mieszkańcy tego kraju osiągnęli poziom dobrobytu przewyższający Wlk.
Brytanię. I tyle czasu, a może nawet
mniej, zajęłoby to nam, bo jesteśmy
w unijnych rankingach społeczeństwem bardziej przedsiębiorczym od
Irlandczyków. Taki okres powinien
nam wystarczyć, by pokonać Niemcy
pod względem poziomu dobrobytu
– uważa Sadowski.
„Usunięcie barier rozwojowych
oznacza korzyści nie tylko dla
przedsiębiorców, ale też dla gospodarki całego kraju. Rządzący powinni zrozumieć tę zależność i przyspieszyć tempo wprowadzania działań, które mają obniżyć koszty i ryzyko
prowadzenia
działalności
gospodarczej” – podsumowuje raport firmy Grant Thornton.
ŚWIAT
25
KIJÓW \ Polityka wschodnia wygaszona, ale idee wciąż żywe
Ukraińcy Lechowi Kaczyńskiemu
W 5. rocznicę katastrofy smoleńskiej w Kijowie zaprezentowano zbiór wystąpień Lecha Kaczyńskiego, który ma popularyzować jego
ideę Partnerstwa Wschodniego. Do rozwoju inicjatywy polskiego prezydenta dotyczącej współpracy ze wschodnimi sąsiadami UE
przyczyniły się w ostatnich latach Litwa i Łotwa. W Polsce tymczasem Tusk i Sikorski konsekwentnie wygasili wschodnią politykę RP
Puszkarenko
stwierdził: „Dla nas
Lech Kaczyński jest
tym człowiekiem,
tym drogowskazem,
z którego
powinniśmy być
dumni. Powinniśmy
rozumieć znaczenie
jego idei i strategii.
Fot. Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska
Olga Alehno,
Sabina Treffler
W
Kijowie 10 kwietnia
br. odbyła się prezentacja zbioru pt. „Lech
Kaczyński. On przewidywał, on walczył,
on wiedział”, poświęconego ideom polskiego prezydenta
dotyczących Partnerstwa Wschodniego i zagrożeniu militarnemu ze strony
Rosji. Redaktorem oraz wydawcą broszury jest młody ukraiński działacz
polityczny, lider utworzonej w lipcu
ub.r. partii Odrodzenie Ukrainy Arsenij
Puszkarenko. W zbiorze znalazły się
m.in.: przemówienie Lecha Kaczyńskiego na wiecu przeciwko rosyjskiej
agresji w Tbilisi 12 sierpnia 2008 r.,
jego wystąpienie podczas 64. sesji
Zgromadzenia Ogólnego Organizacji
Narodów Zjednoczonych w Nowym
Jorku 23 września 2009 r. oraz tekst
niewygłoszonego w Katyniu przemówienia z 10 kwietnia 2010 r.
„Różne są przyczyny na świecie konfliktów, jednym z nich jest sprawa naruszenia integralności terytorialnej
państw. (…) Jeżeli dla próby rozwiązania takich problemów używa się siły,
tak jak na przykład w zeszłym roku
przeciw Gruzji, to może rodzić to zasadnicze problemy, może to być źródłem wojen lokalnych, ale może być
też źródłem wielkich konfliktów, wiel-
kich na skalę nawet i globalną. Przed
tym chciałbym w imieniu swojego kraju bardzo przestrzec” – mówił rok
przed śmiercią prezydent Polski podczas wystąpienia w Nowym Jorku, cytowanego w ukraińskiej broszurze.
Prezentując te słowa Lecha Kaczyńskiego w Kijowie, Puszkarenko stwierdził: „Dla nas Lech Kaczyński jest tym
człowiekiem, tym drogowskazem,
z którego powinniśmy być dumni. Powinniśmy rozumieć znaczenie jego
idei i strategii [dotyczących naszego
regionu – przyp. red.]”. Puszkarenko
powiedział później w rozmowie z „GP”,
że wydał 350 egzemplarzy zbioru. Zostaną one rozdane bezpłatnie ukraińskim studentom z największych uczelni w Kijowie, Lwowie, Charkowie,
Dniepropietrowsku, Zaporożu, Odessie, Iwano-Frankowsku i Tarnopolu.
Tusk i Sikorski wygasili PW
Dziś mianem Partnerstwa Wschodniego (PW) określa się zainaugurowany w 2009 r. w Pradze polsko-szwedzki program Unii Europejskiej, który
w dużej mierze został przyjęty staraniami Lecha Kaczyńskiego. Jednak prezydenta Polski zabrakło wówczas na
uroczystościach w czeskiej stolicy.
Lech Kaczyński został de facto zmuszony przez ówczesnych premiera
i szefa MSZ, Donalda Tuska i Radosława Sikorskiego, do pozostania tego
dnia w Warszawie. Do Pragi pojechali
wtedy tylko politycy PO.
Od tamtego momentu minęło sześć
lat. Jak dużo wspólnego ma dziś unijny
program PW z założeniami prezydenta
RP? – Jest on słabym odbiciem rozmachu, jaki w tym względzie miały inicjatywy polskiego prezydenta – mówi
w rozmowie z „GP” prezes zarządu Instytutu Sobieskiego Paweł Soloch. Jak
dodaje, polityka Lecha Kaczyńskiego
w tym zakresie „opierała się nie tylko
na gestach, ale i na konkretnych działaniach”. – Prezydent Kaczyński chciał
rozszerzyć działania o regionalną
współpracę gospodarczą, głównie
w dziedzinie energetyki. Proponował,
by program został uzupełniony przez
projekt wspólnego przedsięwzięcia,
jakim byłaby budowa gazociągu
z Azerbejdżanu przez Kaukaz, Morze
Czarne, Ukrainę, do Europy Środkowej.
Tego elementu nie pozwolono mu
w Polsce nawet sformułować publicznie – wylicza z kolei dla „GP” były wiceminister spraw zagranicznych, poseł
PiS Witold Waszczykowski.
Fakt torpedowania przez PO idei
prezydenta dotyczącej współpracy
Europy Środkowowschodniej podkreśla także Paweł Soloch. – Od
2008 r., a zwłaszcza po katastrofie
smoleńskiej, mieliśmy do czynienia
z systematycznym wygaszaniem aktywności Polski na Wschodzie. Pamiętam, że jeszcze podczas wizyty
w 2009 r. z Władysławem Stasiakiem
[który zginął w Smoleńsku], ówczesnym szefem BBN-u w Azerbejdżanie
i na Ukrainie, mogliśmy bezpośred-
nio się przekonać, jak wiele inicjatyw
prezydenta Kaczyńskiego już wtedy
stało w miejscu lub było wycofywanych przez rząd – zauważa szef Instytutu Sobieskiego.
Szansa jeszcze jest
– Myślę, że idea Kaczyńskiego
o wschodnioeuropejskim sojuszu Ukrainy, krajów bałtyckich, Mołdawii, Polski
i Gruzji, opierającym się na współpracy
dyplomatycznej, gospodarczej i wojskowej, jest żywa i jeszcze będzie realizowana. Dlaczego? Bowiem dzisiejsze
imperialistyczne zachowanie Rosji daje
państwom Europy Środkowo-Wschodniej podstawy do ścisłej współpracy
w imię swojej przyszłości – mówi „GP”
Arsenij Puszkarenko.
Pomysł Partnerstwa Wschodniego
jest też wciąż atrakcyjny dla krajów
bałtyckich. Podczas szczytu w Wilnie
w grudniu 2013 r. prezydent Litwy Dalia Grybauskaitė wzięła na siebie trudne rozmowy z ówczesnym prezydentem Ukrainy Wiktorem Janukowyczem
o podpisaniu umowy stowarzyszeniowej między Kijowem a Brukselą.
Kolejną szansą ożywienia PW
może być jego szczyt w Rydze 21–22
maja br. Wówczas zostanie podjęta
ważna decyzja o liberalizacji wizowej wobec Gruzji, Ukrainy i Białorusi. Ponadto Łotysze zamierzają zorganizować pierwszą w historii programu konferencję mediów Partnerstwa Wschodniego.
26
ŚWIAT
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
ROSJA–UKRAINA \ Łubianka na Majdanie i nie tylko
Jak u siebie w domu. FSB
Przez ponad dwie dekady
rosyjskie służby specjalne
poczynały sobie na Ukrainie
niemal jak we własnym
kraju. Agentura to jedno,
ale np. Federalna Służba
Bezpieczeństwa zainstalowała
w sąsiednim państwie
własne struktury. Eliminacja
tego nowotworu to dziś
dla władz w Kijowie zadanie
nawet ważniejsze niż obrona
Donbasu
Antoni Rybczyński
S
eria zabójstw ukraińskich polityków, mających ogromną
wiedzę o nielegalnych interesach oligarchów i ich związkach z Rosją. Prowokacyjne
morderstwa prorosyjskich
dziennikarzy. Zamachy bombowe
w różnych miastach Ukrainy. Awanturnicze akcje „nacjonalistów ukraińskich”. Wszystkie te wydarzenia destabilizujące dziś państwo ukraińskie łączy jedno – inspiracja i współudział
rosyjskich służb specjalnych. Dziś widać, w jak porażającym stopniu Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB),
Służba Wywiadu Zagranicznego (SWR)
i Główny Zarząd Wojskowy (GRU) zinfiltrowały Ukrainę. Chcąc wykoleić
władze prowadzące ten kraj na Zachód, Moskwa uruchomiła niemal cały
swój zasób agenturalny. Niemal cały,
bo nie ma wątpliwości, że największe
atuty Rosjanie trzymają jeszcze w zanadrzu. To nie wojna w Donbasie, lecz
właśnie działalność wywiadowcza
wrogiego państwa jest największym
zagrożeniem dla Ukrainy. Kraj ten płaci
dziś wysoką cenę za ponad dwie dekady zgody na bezkarną aktywność u siebie służb obcego państwa.
Starsi bracia z Łubianki
„SBU stała się de facto FSB” – stwierdził w czerwcu 2011 r. szef Ukraińskiej
Grupy Helsińskiej. Mijał nieco ponad
rok prezydentury Wiktora Janukowycza, a chodziło o wykorzystywanie
przez władzę służby bezpieczeństwa
do zwalczania opozycji. Ale słowa
ukraińskiego aktywisty miały też drugi, ukryty sens. Otóż za rządów Janukowycza SBU stała się całkowicie przejrzysta dla Rosjan, w wielu wypadkach
stając się wręcz przedłużeniem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Wiadomo, że zachodnie służby specjalne zawsze – także przed prezydenturą Janukowycza – uważały Ukrainę za „terytorium FSB” i unikały bliższej współpracy
z SBU. Jak pisał były oficer sowieckiego
Łubianka od początku protestów na Majdanie była zaangażowana w wydarzenia kijowskie. Tajna operacja FSB, mająca zamienić Ukrainę w kolejną rosyjską prowincję, zaczęła się już w 2007 r.
wywiadu, zbiegły na Zachód Borys Wołodarski, rosyjskie służby zadbały po
1991 r., zwłaszcza za rządów Janukowycza, aby jej „agenci i współpracownicy pozostali w strukturach SBU”.
Rosyjskie służby mogły się czuć na
Ukrainie jak u siebie w domu od początku jej niepodległości. Co wynikało
także z polityki samego Kijowa. Kiedy
we wrześniu 1991 r., na bazie KGB
Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki
Sowieckiej powołano Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy, zmieniła się de facto
jedynie nazwa i symbolika – tryzub zastąpił tarczę i miecz. Przyjęta nieco
później ustawa regulująca działanie
SBU była właściwie przepisana z rosyjskiej „O federalnych organach bezpieczeństwa”. Zachowano nawet dawną
strukturę organizacyjną, zarówno
w aparacie centralnym, jak i w terenie
(zarządy obwodowe przemianowano
po prostu na delegatury). Choć personel służby szybko stopniał niemal
o połowę, bo część oficerów przeszła
na emeryturę, a część wróciła do swych
ojczystych republik, to i tak wciąż co
trzeci pracownik SBU był Rosjaninem.
Pozostały też stare znajomości i powiązania. Oraz kompromaty w teczkach – najważniejsze archiwa ukraińskiego KGB wywieziono bowiem do
Moskwy. Te więzi symbolizowała osoba szefa SBU Jewhena Marczuka.
W momencie rozwiązania ukraińskiego KGB był on jego wiceszefem, za-
stępcą Nikołaja Gołuszki. Obaj wywodzili się z Zarządu V KGB, który m.in.
prześladował dysydentów. Gołuszko
był ostatnim szefem ukraińskiego
KGB i zarazem pierwszym SBU. W czasie puczu sierpniowego próbował
wystąpić przeciwko ruchowi narodowemu, ale gdy rozpad ZSRS był przesądzony, poparł nowego prezydenta
Leonida Krawczuka. Pod koniec
1991 r. wyjechał ostatecznie z Ukrainy, wywożąc najważniejsze archiwa.
W Moskwie szybko został 1. zastępcą
ministra bezpieczeństwa Rosji. W tym
czasie jego przyjaciel Marczuk był
szefem SBU.
Trzy lata później Marczuk awansował
na wicepremiera nadzorującego cały
sektor bezpieczeństwa Ukrainy. W SBU
zastąpił go zaś Walerij Malikow, Rosjanin, który zaczął służbę w KGB w latach 70. W 1995 r. doszło do kolejnych
zmian. Marczuk awansował na premiera, a Malikowa zastąpił inny weteran
KGB, Wołodymyr Radczenko, w czasach ZSRS prześladujący dysydentów.
Za czasów duetu Marczuk–Radczenko
współpraca z rosyjską bezpieką rozkwitła na dobre. SBU zawarła umowy
ze Służbą Wywiadu Zagranicznego i Federalną Służbą Kontrwywiadu (potem
zmieniła nazwę na FSB). Jak mówił
Marczuk, „w przypadkach, gdy interes
jest obopólny, my pomagamy im, a oni
nam. Nie spotkaliśmy się z tym, by ktokolwiek z rosyjskiego kontrwywiadu
angażował się w jakieś dywersyjne
działania przeciwko nam”. W Rosji
szkoleni byli też funkcjonariusze specnazu SBU, czyli jednostki Alfa.
Taka sytuacja miała miejsce przez
obie kadencje Leonida Kuczmy. Życie
rosyjskim służbom na Ukrainie skomplikowała nieco Pomarańczowa Rewolucja i prezydentura Wiktora Juszczenki, ale był to tylko krótki przerywnik
i lekko osłabione w latach 2005–2010
pozycje nad Dnieprem Rosjanie błyskawicznie odbudowali po zwycięstwie Wiktora Janukowycza. Poszli nawet dużo dalej.
Drzwi otwarte na oścież
Jedną z pierwszych decyzji nowego
prezydenta było awansowanie wiceszefa SBU, oligarchy i medialnego magnata, biznesowego partnera Dmytro
Firtasza (RosUkrEnergo), Wałeryja
Choroszkowskiego na szefa służby. Ten
zaś ogłosił, że za dobrą współpracą SBU
i FSB kryje się „wspólna czekistowska
przeszłość”. Jeszcze w 2010 r. z Rosji
wróciła duża grupa skompromitowanych ludzi służb, którzy uciekli z Ukrainy po zwycięstwie rewolucji w końcu
2004 r. Niektórzy dostali od Rosjan wysokie odznaczenia, np. wiceszef SBU za
czasów Leonida Kuczmy Wołodymyr
Saciuk, właściciel daczy, na której
w 2004 r. otruto dioksynami Wiktora
Juszczenkę. Dwóch innych generałów
ŚWIAT
porty rosyjskie mieszkańcom Krymu,
jak robiono to wcześniej w Abchazji
i Osetii Płd. Rosyjska służba utrzymywała kontakty z biznesem i przestępczością zorganizowaną, wspierała i finansowała lokalne partie i organizacje
pozarządowe opowiadające się za secesją Krymu.
Jeśli uznać, że Ukraina była całkowicie
przejrzysta dla wywiadu rosyjskiego, to
na Krymie FSB cieszyła się zupełną bezkarnością. Tutejsza SBU była całkowicie
zinfiltrowana i w dużej mierze współpracowała z Rosjanami. Z tego wynikał
późniejszy sukces szybkiego i niemal
bezkrwawego opanowania półwyspu
przez Putina w marcu 2014 r.
na Ukrainie
Fot. Marcin Pegaz/Gazeta Polska
DIO na Ukrainie
SBU zamieszanych w tę sprawę, po
ucieczce do Rosji zostało wysokimi oficerami FSB.
W tym samym 2010 r. w „geście dobrej
woli” Zarząd Kontrwywiadu SBU zaprzestał działań operacyjnych wobec
rosyjskich służb specjalnych na terytorium Ukrainy. Liczbę oficerów na kierunku rosyjskim szybko zredukowano o 25
proc. Na żądanie Rosji SBU zerwała też
współpracę z CIA. Nowy model współpracy SBU z FSB, oznaczający faktycznie
pełną zgodę Kijowa na wszelkie działania Rosjan na ukraińskim terytorium,
ustalono podczas spotkania Choroszkowskiego z dyrektorem FSB Aleksandrem Bortnikowem w Odessie (19 maja
2010 r.). Porozumienie przewidywało
współpracę obu służb na wielu płaszczyznach, np. „ekonomicznym i przemysłowym kontrwywiadzie, jak też ochronie rosyjskich i ukraińskich technologii
na rynkach wewnętrznych”.
Choroszkowski przysłużył się Moskwie także w inny sposób. Zamknął
archiwa KGB z czasów sowieckich,
a SBU zajęła się montowaniem prowokacji wymierzonych w zachodnich
partnerów Kijowa. Największy rozgłos
miało zatrzymanie na kijowskim lotnisku Nico Langego, dyrektora ukraińskiej filii Fundacji Konrada Adenauera,
i to w przeddzień wizyty Janukowycza
w Berlinie (lipiec 2010 r.). W zamian
Rosjanie pomagali reżimowi zwalczać
przeciwników politycznych i inwigilo-
wać społeczeństwo. Powstał specjalny
system wzorowany na rosyjskim
SORM (System Działań Operacyjno-Śledczych).
Dużą część technologii dostarczyła
rosyjska firma Iskratel, która nawet
nie ukrywała, że współpracuje i wykonuje zlecenia dla służb rosyjskich. To
był kolejny element uzależnienia Ukrainy od Rosji. Wszelkie dane gromadzone przez SBU drogą elektronicznej inwigilacji były też dostępne dla Rosjan.
Inwigilacji także zachodnich dyplomatów, o czym przekonuje „przeciek”, tuż
po rewolucji, rozmów mających kompromitować nowe władze i pewnych
polityków z Zachodu.
W maju 2010 r., na wspomnianym
spotkaniu Bortnikow–Choroszkowski,
uzgodniono też powrót FSB na Krym.
Rosyjska służba była tam obecna od
2000 r., ale w 2009 r. decyzja Juszczenki
zmusiła ją do wycofania się. Tłumaczono, że oficerowie kontrwywiadu mają
przede wszystkim zapewnić ochronę
antyterrorystyczną żołnierzom rosyjskim. W rzeczywistości wspierali separatystów i rozmaite antynatowskie grupy na Krymie i w Odessie.
Obecność FSB na Krymie ograniczała
udział Ukrainy w ćwiczeniach Partnerstwa dla Pokoju, a inne kraje leżące
nad Morzem Czarnym postrzegały
Ukrainę jako bazę wypadową rosyjskich szpiegów. FSB podsycała konflikty etniczne, jej agenci rozdawali pasz-
Dlaczego to nominalny kontrwywiad
(FSB), a nie wywiad (SWR) odpowiadał
za gros działań operacyjnych Rosji na
Ukrainie, a więc w innym państwie?
Otóż gdy rozpadł się ZSRS, układając
sobie relacje z innymi republikami, Moskwa obiecała, że nie będzie ich szpiegować (a oni jej). Oczywiście Rosjanie
zinterpretowali to tak, że ten „pakt
o nieagresji” dotyczy tylko SWR. Kontrwywiad takich zobowiązań nie miał.
W 1999 r. powstał w ramach Departamentu Analiz, Prognoz i Planowania
Strategicznego FSB Zarząd Informacji
Operacyjnej (ZIO), zorganizowany według klucza geograficznego – poszczególne części zarządu zajmowały się różnymi republikami postsowieckimi.
Praktycznie oznaczało to przywrócenie
Łubiance własnego wywiadu zagranicznego, którego została pozbawiona
w 1991 r. wraz z wyłączeniem i przekształceniem b. I Zarządu Głównego
KGB w samodzielną SWR. Istnienie ZIO
ujawniono dopiero po czterech latach,
gdy w 2003 r., wraz z poprawką do „Prawa o Organach Federalnej Służby Bezpieczeństwa”, FSB już oficjalnie zyskała
organ wywiadu. W 2004 r. Zarząd Informacji Operacyjnej zmienił nazwę na
Departament Informacji Operacyjnej
(DIO), a Departament Analiz, Prognoz
i Planowania Strategicznego podniesiono w strukturze FSB do rangi V Służby
(Informacji Operacyjnej i Kontaktów
Międzynarodowych).
Szefem DIO został gen. Siergiej Biesieda. To jeden z najbardziej zaufanych
czekistów Putina, nie przypadkiem
przez wiele lat kierował komórką FSB
nadzorującą kontrwywiadowczo administrację prezydenta. Oficerowie DIO od
przeszło dekady odgrywają kluczową
rolę w czasie kryzysów politycznych
w republikach b. ZSRS. DIO stał się „tarczą i mieczem” w walce z „kolorowymi
rewolucjami” i ostatnią deską ratunku
dla walczących z opozycją i własnym
społeczeństwem postsowieckich satrapów. DIO jest też obecny w najbardziej
zapalnych punktach przestrzeni postsowieckiej, takich jak Abchazja czy
Naddniestrze. W maju 2009 r. gen. Biesieda awansował na szefa V Służby FSB.
Jednak rola, jaką odegrał w czasie Rewolucji Godności, pokazuje, że Ukraina
była i jest priorytetem dla Departamentu Informacji Operacyjnej FSB. I to oficerowie tego departamentu przebywali
od lat na Ukrainie i prowadzili tam działania operacyjne.
Agenci FSB działali w samym ścisłym
kierownictwie reżimu Janukowycza. Dla
Rosji pracowali dwaj ostatni szefowie
SBU za jego prezydentury: Igor Kalinin
i Ołeksandr Jakimienko. Kalinin był Rosjaninem, służył w KGB od 1984 r., był
w Afganistanie. Po uzyskaniu przez
Ukrainę niepodległości przez 10 lat
27
szkolił kadry SBU, potem kierował
ośrodkiem szkoleniowym specnazu Alfa.
Został szefem ochrony Janukowycza, a w
2012 szefem SBU. Jego następca Jakimienko był zaufanym klanu Janukowyczów (tzw. Familia), a po upadku reżimu
okazało się, że także rosyjskim agentem.
Porwanie i Majdan
Najgłośniejszą znaną sprawą, w której przy cichej zgodzie, a być może nawet współpracy SBU, agenci FSB przeprowadzili nielegalną operację na
Ukrainie, było porwanie rosyjskiego
opozycjonisty Leonida Razwozżajewa
jesienią 2012 r.
Leonid Razwozżajew to działacz Frontu Lewicy, który zbiegł na Ukrainę zagrożony aresztowaniem w związku
z rzekomym spiskiem przeciwko Putinowi. 19 października 2012 r. pojawił
się w kijowskim biurze Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców. Chciał
ubiegać się o status uchodźcy politycznego, a potem wyjechać do UE. Podczas
krótkiej przerwy w rozmowach z oenzetowskimi urzędnikami Razwozżajew
wyszedł do pobliskiej kawiarni na
lunch. I zniknął. Dwa dni później „odnalazł się” w moskiewskim sądzie, który
aresztował go na dwa miesiące. Rosyjska opozycja od początku nie miała wątpliwości, że Razwozżajew został uprowadzony wprost z kijowskiej ulicy przez
FSB. Burza wybuchła też w ukraińskim
parlamencie. Arsenij Jaceniuk, ówczesny lider opozycyjnej Batkiwszczyny,
zażądał powołania specjalnej komisji
śledczej. „Czy na terytorium Ukrainy
działają obce służby specjalne?” – pytał
obecny premier. „Rosja tym porwaniem
pokazała, kto tutaj, na Ukrainie, jest gospodarzem” – grzmiał inny deputowany
Taras Steckiw. Ciekawym zbiegiem okoliczności, dzień po pojawieniu się Razwozżajewa w sądzie w Moskwie na
Kreml przyjechał Janukowycz zabiegać
o korzystniejszą umowę gazową.
Operacyjne możliwości FSB na Ukrainie pokazały ostatnie tygodnie reżimu
Janukowycza. Łubianka od początku
protestów na Majdanie była zaangażowana w wydarzenia kijowskie. Wszystkie najważniejsze kroki reżimu Wiktora
Janukowycza były konsultowane, a nawet planowane przez specjalne grupy
operacyjne FSB. Od grudnia 2013 r. w gabinetach czołowych polityków ekipy
Janukowycza pełno było „konsultantów” z Rosji. Pierwsza grupa, złożona
z 24 osób, przyleciała na Ukrainę
19 grudnia (była do 23 grudnia). Druga
grupa pojawiła się w połowie stycznia,
też na kilka dni. Była też trzecia grupa
– w dniach 26–29 stycznia. FSB zaoferowała reżimowi Janukowycza nie tylko
fachowe rady. 21 i 24 stycznia na lotniskach Hostomel i Żuljany lądowały rosyjskie samoloty. Łącznie miały na pokładach ponad pięć ton „środków specjalnych” zamówionych w Rosji przez
ukraińskie władze: materiałów wybuchowych i broni. Rok po Majdanie ukraińskie władze ogłosiły, że tajna operacja
FSB pod kryptonimem „Monolit”, mająca uczynić z Ukrainy rosyjską prowincję, zaczęła się już w 2007 r.
OGŁOSZENIE
Pensjonat Sanato
zaprasza na wczasy
uzdrowiskowe.
Busko-Zdrój 41 378 19 48
www.sanato.com.pl
28
ŚWIAT
Z inicjatywy Chin Ludowych
powstaje Azjatycki Bank Inwestycji
Infrastrukturalnych (AIIB). Do projektu
przystąpiło 57 państw – oprócz Chin
i krajów azjatyckich są to m.in. Wielka
Brytania, Niemcy, Francja, Polska, a także
Australia. Natomiast Belgia, Irlandia,
Japonia, Kanada i USA zdecydowały,
że na razie nie podejmą inicjatywy,
o której tak mało jeszcze wiadomo
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
CHINY–POLSKA \ Dla nich jesteśmy sojusznikiem z podwórka NATO
Hanna Shen
Wątpliwy
projekt
15 kwietnia br.
Polska oficjalnie
przystąpiła
do chińskiego
projektu, choć – jak
wcześniej przyznała
pani wiceminister
Leszczyna – Pekin
„nie podał
reguł i kosztów”
związanych
z przystąpieniem
do tego projektu.
Fot. Flickr
W
iele z rządów podjęło decyzję
o wstąpieniu do AIIB po przeprowadzeniu analiz, a także
wstępnych negocjacjach ze
stroną chińską. Wydaje się, że
jednym z rządów, który zgłosił akces do inicjatywy bez głębszego przygotowania, a nawet jednolitego stanowiska, jest Polska. Nic więc dziwnego, że wydawana na Tajwanie gazeta „Epoch Times” stwierdziła, iż przesłanki dotyczące przystąpienia Polski do
chińskiego AIIB wskazują na upośledzenie
umysłowe naszego rządu.
Projekt pełen wątpliwości
Azjatycki Bank Inwestycji Infrastrukturalnych
z siedzibą w Pekinie ma zostać utworzony do
końca roku. Oficjalnie mówi się, że ma on stymulować wzrost inwestycji na terenie Azji w takich gałęziach jak transport, energetyka, telekomunikacja itp. W rzeczywistości długofalowy
cel, jaki Chiny chcą osiągnąć, to wyeliminowanie dominacji Stanów Zjednoczonych w międzynarodowym sektorze bankowym.
Projekt Pekinu wzbudza wiele wątpliwości.
Na czele projektu stoi nie państwo demokratyczne, ale autorytarny reżim, którego zasadą
zarządzania nie jest transparentność. Wskazuje
na to w swoim artykule „Chińskie przewodnictwo rzuca cień na AIIB” chiński dysydent i komentator prawicowy Cao Changqing. Cao uważa, że słabe doświadczenie ChRL w inwestowaniu i finansowych inicjatywach na arenie międzynarodowej nie wróży dobrze projektowi.
Do tej pory większość inwestycji zagranicznych
Pekinu kończyła się ogromnymi stratami. I tak
np. chińskie zaangażowanie w Wenezueli,
wspierające antyamerykańskiego Chaveza, to dziś dług Caracas wobec Pekinu wynoszący 20 mld USD. Port budowany przez
Chiny w Kolombo w Sri Lance – projekt
wartości 1,4 mld USD, na terenie wydzierżawionym na 99 lat przez chińską firmę
państwową China Communications Construction Company (CCCC), spalił na panewce po tym, jak wybory prezydenckie
w Sri Lance wygrał proamerykański kandydat opozycji. Dziś firma CCCC przyznaje,
że od 6 marca, czyli od czasu, gdy wstrzymano budowę, firma traci dziennie 380
tys. USD.
Dane opublikowane w zeszłym roku
przez Chińską Radę Promocji Handlu Zagranicznego (CCPIT) wskazują, że z ponad
20 tys. chińskich firm inwestujących za
granicą 90 proc. poniosło straty o łącznej
wartości 200 mld USD (AIID ma dysponować kapitałem od 50 do 100 mld USD).
Dziś lobbujący za przystąpieniem Polski
do AIIB twierdzą, że przyniesie to firmom
z naszego kraju kontrakty i większą obecność na chińskim rynku. To samo mówiono, gdy w czasie wizyty prezydenta Komorowskiego w 2011 r. w ChRL zawierano
z Pekinem partnerstwo strategiczne,
a tymczasem polscy eksporterzy i inwestorzy nadal borykają się z cłami i podatkami, dodatkowo nakładanymi na nich
przez Pekin.
W przypadku AIIB to Chiny będą miały
decydujący głos w przyznawaniu kontraktów i, jak słusznie zauważa Cao Changqing, ChRL wykorzysta projekty inwesty-
cyjne podjęte w ramach AIIB do ratowania
chińskich firm przynoszących straty na
ich lokalnym rynku. Np. huty – duże państwowe konglomeraty, które nie mogą być
zlikwidowane, bo oznaczałoby to utratę
pracy dla setek tysięcy ludzi, a tym samym
zamieszki w ChRL. Władze chińskie zrobią
wszystko, aby zagraniczne projekty w ramach AIIB służyły chińskiemu przemysłowi stalowemu, cementowemu, transportowemu, budowlanemu itd. Kredyty będą
udzielane na projekty dotyczące rozwoju
infrastruktury w danym kraju azjatyckim,
a ich wykonawcami będę z pewnością
w większości firmy chińskie, powiązane
z aparatem partii komunistycznej. Taka
więź polityczno-biznesowa w Chinach jest
przyczyną ogromnej korupcji i ta przypadłość grozi rozwijającej się pod chińską
kontrolą inicjatywie AIIB.
Japonia, która podjęła decyzję niewysyłania na razie wniosku o przystąpienie do
AIIB, także wyraża wątpliwości co do
standardów zarządzania bankiem oraz
procedury selekcji instytucji kwalifikujących się do uzyskania kredytu z AIIB. Japońskie MSZ przyznało, że zanim podjęło
decyzję o nieprzystępowaniu do chińskiego projektu, przedstawiło swoje zastrzeżenia Pekinowi, ale nie uzyskało satysfakcjonujących wyjaśnień.
Pod pozorem integracji
Gdy w 2011 r. Bronisław Komorowski
odwiedził Państwo Środka, chińskie oficjalne media wyrażały zadowolenie, że
ŚWIAT
polskim przywódcą nie jest już prozachodni Lech Kaczyński i że przy władzy są liberałowie i Komorowski, którzy są otwarci na Wschód: na Rosję
i Chiny. Podpisanie przez stronę polską
deklaracji o strategicznym partnerstwie z Chinami to według Pekinu był
dobry znak, że Polska nie będzie np.
przeszkodą dla wielu chińskich planów. Co więcej, w deklaracji znalazło
się stwierdzenie, że Polska popiera
proces integracji w rejonie Azji
Wschodniej, a właśnie pod pozorem
owej „integracji” Chiny próbują osiągnąć hegemonię w tym regionie świa-
jako gotowe produkty do pozostałych
krajów europejskich. – radził prof.
Kong Tianping z Chińskiej Akademii
Badań nad Europą Wschodnią, jednego z czołowych think tanków w ChRL.
Dziś znowu pada argument, że musimy być z Chińczykami tworzącymi
AIIB, bo to zwiększy konkurencyjność
polskich towarów i firm na chińskim
rynku i ułatwi nam dostęp do Azji. Nic
dziwnego, że kolejne oczekiwanie, iż
coś za nas załatwią dbający o swój interes Chińczycy, nazwano na łamach
tajwańskiej gazety objawem upośledzenia umysłowego polskiej władzy.
szej strategii”. Ale kilka godzin później,
jak donosił dziennik „Rzeczpospolita”,
Izabela Leszczyna, sekretarz stanu
w Ministerstwie Finansów, oznajmiła
na Twitterze, że wysłano już list, w którym Polska zgłosiła swój akces do
Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych.
15 kwietnia br. Polska oficjalnie przystąpiła do chińskiego projektu, choć
– jak wcześniej przyznała wiceminister Leszczyna – Pekin „nie podał reguł
i kosztów” związanych z przystąpieniem do tego projektu, a resort musi
dopiero ustalić, „czy koszty nie prze-
29
Co do składek, to państwa same zgłaszały wkład do kapitału zakładowego
banku. I tak np. Australia zaoferowała
wkład w wysokości 600 mln USD, a docelowo 3 mld. Władze polskie wydają
się tymczasem nie tylko nie mieć jednolitego stanowiska w sprawie AIIB,
ale i Ministerstwo Finansów nie jest
nawet w stanie zadeklarować kwoty,
jaką państwo polskie jest w stanie
przeznaczyć na ten projekt.
Czy możliwe jest, że polski rząd przystąpił do chińskiego projektu na oślep?
Hipotezę tę potwierdza Ministerstwo
Finansów, które w przesłanym do RMF
Władze chińskie zrobią wszystko, aby zagraniczne projekty w ramach AIIB służyły chińskiemu przemysłowi
stalowemu, cementowemu, transportowemu, budowlanemu itd.
ta. Teraz będzie się to działo także za
zgodą Polski. ChRL zdobyła sojusznika
„na podwórku NATO”, jak to określiły
chińskie media.
Co do polskich nadziei, że podczepianie się pod chińskie inicjatywy zapewni nam sukces, to nawet chińscy oficjele i ekonomiści otwarcie przyznawali,
że klucz do poprawy polskiej gospodarki leży wyłącznie po stronie polskiej. – Polska powinna produkować
towary konkurencyjne na rynku chińskim, a z Chin sprowadzać półprodukty, które następnie będzie sprzedawać
Polski akces na oślep
Sposób, w jaki Polska ogłosiła swoją
decyzję o przystąpieniu do chińskiego
projektu, pokazuje, że nawet wypracowanie jednolitego stanowiska jest dla
polskiego rządu zadaniem ponad jego
możliwości. Zaczęło się 31 marca od
wypowiedzi wicepremiera i ministra
gospodarki Janusza Piechocińskiego,
że nasz kraj na razie nie będzie składać
wniosku o przystąpienie do AIIB, bo
„mamy inne elementy rozgrywania na-
wyższą
ewentualnych
zysków”. Kraje, które były zainteresowane
udziałem w projekcie, decyzje o przystąpieniu do AIIB podejmowały na
podstawie analiz opracowanych przez
ekspertów i przedstawionych parlamentarzystom danych krajów. Starano
się też jasno przedstawiać swoje warunki stronie chińskiej. To np. naciski
Wlk. Brytanii spowodowały, że Pekin
zapowiedział rezygnację z prawa weta
w banku. Korea Południowa zapowiedziała, że wysunie żądanie, aby siedziba banku nie znajdowała się w Pekinie.
FM oświadczeniu stwierdziło, że planuje się przeprowadzenie, wraz z innymi zainteresowanymi resortami,
stosownej analizy potencjalnych korzyści i kosztów oraz szans i ewentualnych zagrożeń, płynących z potencjalnego zgłoszenia przez Polskę ewentualnego akcesu do AIIB. Analizy więc
dopiero powstaną, a na stronie resortu
finansów nie można znaleźć oficjalnego stanowiska i wyjaśnienia, dlaczego,
mimo że wicepremier Piechociński
mówił o nieskładaniu wniosku, to do
AIIB jednak przystąpiliśmy.
REKLAMA
30
PUBLICYSTYKA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
PAMIĘĆ \ Patrząc w przeszłość, nie zapominajmy o przyszłości
„Jeśli zapomnę o nich, Ty, Boże
na niebie, / Zapomnij o mnie”. Więc
próbujemy pamiętać – choć pamięć to
straszna, niezborna i często niesprawiedliwa. Nasza historia przypomina koszmar
senny.
Czechosłowacja. Wymordowani
jeńcy ze Stonawy
Południe kraju, mała, beskidzka miejscowość Stonawa. Dziś tuż poza granicami Polski. Historycznie należała przez wieki do Księstwa Cieszyńskiego, geograficznie – do krainy
zwanej Zaolziem. Według austriackiego spisu
w 1900 r. po polsku mówiło w Stonawie 3081
osób (98, 3 proc.), po niemiecku – 29 (0,9
proc.), po czesku 4 osoby (0,1 proc.). Na początku 1919 r. na Śląsk Cieszyński napadli „legioniści” płk. Josefa Šnejdárka. Zajęli Karwinę, Jabłonków, nawet Cieszyn i Ustroń, zabijali żołnierzy i cywilów. 26 stycznia w Stonawie
zabili 20 jeńców z 12. Wadowickiego Pułku
Piechoty. Podobnych ofiar było wiele – zidentyfikowano ponad 40. Ciała pokłute bagnetami, zmasakrowane kolbami pozostawiano „na
postrach”, nie pozwalając grzebać.
Bohdan Urbankowski
Etyka jest jedna
Jak niepodległość
Wyolbrzymianie żałosnych „sankcji” Zachodu to fałsz proporcji mający
nas przekonać, że wystrzały w powietrze wyrządziły niebywałe
szkody; zagłuszanie ukraińskiego wołania o pomoc krzykami o
Wołyniu – to dziś dywersja, rozrywanie sojuszu, który może być
zbawienny dla przyszłości tej części Europy. Mówienie, iż tylko brak
broni i manifestowanie słabości – gestem psa – nas ocali, to podstęp
ułatwiający wrogom zmasakrowanie nas bez strat własnych
Historia stosunków
polsko-rosyjskich
to historia podboju
Polski przez
Moskwę. Jeśli
były w niej okresy
pokoju, to służyły
Rosjanom do
przygotowania
kolejnych napaści.
Fot. Wikipedia
W 2012 r. na Górze Południa członkowie kombatanckiej organizacji ČsOL wystawili obelisk
ku czci Šnejdárka, pod pomnikiem zaczęły się
odbywać szowinistyczne spotkania, od 2014 r.
odbywa się Zimowy Marsz Legionowy (Zimní
Legiomarš) z Bystrzycy na Górę Południa dla
uczczenia walk z Polakami.
Litwa. Wzgórza
Ponarskie krwawią
Ze Wzgórz Ponarskich koło Wilna spływa
kilka strumieni. Podobno jeszcze po wojnie zabarwiały się krwią. Najwięcej zamordowano tu
Żydów, potem Polaków, potem jeńców sowieckich, szacunkowo mówi się o 100 tys. ofiar –
cmentarzysko porównywalne ze Smoleńskim
Lasem. Ale nie tylko Niemcy mordowali. Także
Litwini.
Zbrodnia w Ponarach to wielomiesięczny krwawy spektakl. 27 września 1941 r. rozstrzelano tu
320 Polaków z centralnego więzienia na Łukiszkach. W dniach 9–17 maja następnych 300 – w tym
Zamordowani Polacy
– ofiary Rzezi
Wołyńskiej
80 uczniów z gimnazjum Mickiewicza i Słowackiego. Likwidacja odbywała się z podziwu godną sprawnością. Na przywożonych w
„budach” skazańców czekały wykopane doły,
nad każdym czekało 10 strzelców, rozwalali
po 10 osób. Do lata 1943 r. zabito około 20
tys. Polaków. Egzekucje wykonywał litewski
oddział specjalny – Ypatingasis būrys, którego członkowie rekrutowali się z paramilitarnej organizacji „szaulisów” (Lietuvos Szauliu
Sajunga – Związek Strzelców Litewskich).
Zwano ich potem „strzelcami ponarskimi”.
Związek Strzelców Litewskich został reaktywowany w 1991 r. Liczy ponad 7 tys.
członków, przyznaje Gwiazdę Szaulisów,
organizuje marsze – oczywiście ze sztandarami i pochodniami. Najczęściej wykrzykiwanym hasłem jest slogan „Litwa dla Litwinów”.
Ukraina. Krwawe święta
O zbrodniach popełnianych przez Ukraińców na Wołyniu i w Małopolsce wschod-
niej zaczęto mówić po długim milczeniu.
Zbyt długim – dlatego nawet nie jesteśmy
w stanie ustalić liczby ofiar. Od 50 do 100
tys. zamordowanych na Wołyniu, 25–70
tys. ofiar ludobójstwa w Małopolsce – te
szacunkowe dane to obelgi dla umarłych. Zamiast cyfr pamięć podsuwa sceny
zbrodni. Zaczęły się wraz z wojną.
1 września, w Smerdyniu (pow. Łuck),
Ukraińcy zabili polskiego nauczyciela, a
także jego 15-letniego brata i ich gościa –
Ukraińca. Dwa dni później zarżnięto i zarąbano 7 ułanów śpiących w stodole w Kniahinku. Najwięcej zbrodni popełniono nocą
z 11 na 12 września – we wsiach Małopolski Wschodniej, m.in. w Stawyżanach i
Oborczynie. Ukraińcy zamordowali wtedy
500 polskich żołnierzy.
Następna fala zbrodni napłynęła na
Kresy wraz z sowiecką agresją: 20 zamordowanych w Sasowie, spalenie Sławenczyna, rzeź w Brzeżanach…
Noże i pokrwawione siekiery stały się
symbolem tych ziem.
PUBLICYSTYKA
Rzeź Wołyńska to kolejny akt zbrodni.
Zaczęła się 9 lutego 1943 r. w miejscowości Parośla. Oddział UPA „Dowbeszki-Korobki” (Hryhorija Perehijniaka)
zamordował tam 173 Polaków, w tym
kobiety i niemowlęta. Punktem kulminacyjnym ludobójstwa była Krwawa Niedziela – 11 lipca 1943 r. Około 3
rano Oddziały UPA dokonały ataku jednocześnie na 99 miejscowości. Pracowano tradycyjnie przy pomocy siekier,
kos, pił, noży, młotków i broni palnej.
Schemat też był wszędzie podobny: po
wymordowaniu ludności do wsi wjeżdżali na furmankach Ukraińcy z sąsiednich wsi i zabierali mienie zamordowanych, następnie zabudowania palono.
Do 16 lipca 1943 r. wymordowano 17
tys. ludzi i zniszczono 530 polskich wsi
i osad. Swoisty rekord pobili Ukraińcy
w Porycku – po wejściu do kościoła zabili w ciągu trzydziestu minut setkę
osób, potem „bojowcy” rozbiegli się
po całej miejscowości i wyrżnęli resztę Polaków .
Przerwijmy tę krwawą listę. Winni
ludobójstwa są znani. Dowódcą UPA
(Ukraińskiej Powstańczej Armii) był
Roman Szuchewicz, inicjatorem rzezi
wołyńskiej – „Kłym Sawur” (Dmytro Klaczkiwski). Oskarża go wydana
przez niego w czerwcu 1943 r. tajna
dyrektywa:
„(...) powinniśmy przeprowadzić
wielką akcję likwidacji polskiego elementu. Przy odejściu wojsk niemieckich należy wykorzystać ten dogodny
moment dla zlikwidowania całej ludności męskiej w wieku od 16 do 60 lat”.
W 1995 r. władze ukraińskie wystawiły Klaczkiwskiemu pomnik w Zbarażu, w
2002 r. – w Równem. Jego imię otrzymało
wiele ulic w miastach Zachodniej Ukrainy. Parlament Ukrainy uczcił też dowódcę UPA Romana Szuchewycza – jako narodowego bohatera i ofiarę NKWD.
Niemieckie stodoły śmierci
Historia podsuwała nam różne symbole relacji polsko-niemieckich. Biegunowo przeciwstawnymi były Legnica i
Grunwald. W XX wieku naszą pamięć
zamroczyły koszmary: nalot Luftwaffe
na bezbronny Wieluń, napad na Pocztę Polską w Gdańsku, który rozpoczął
się równocześnie z ostrzałem Westerplatte. Obrona Westerplatte trwała tydzień, przeszła do narodowych legend,
obrona Poczty została złamana po dniu
walk, skończyła się rozstrzelaniem na
Zaspie 38 obrońców.
Były to wydarzenia potworne – ale w
tej potworności incydentalne. W tej wojnie było jednak coś, co powtarzało się jak
koszmarny rytuał: płonąca stodoła. Niemal każdego dnia słychać było krzyk palonych żywcem ludzi. Zwykłe, wiejskie
stodoły, w których palono jeńców i ludność cywilną, to symbol tamtej wojny...
W kronikach 1939 r. można znaleźć
opisy kilkudziesięciu takich zbrodni.
Najstraszniejsze miały miejsce 13 września w Cecylówce Głowaczowskiej, gdzie
Niemcy zagonili do stodoły i spalili w
niej żywcem co najmniej 54 Polaków,
potem w Jasieńcu i w kilkunastu innych
miejscowościach. Stodoły śmierci płonęły przez cały wrzesień 1939 r.
Wkrótce potem nowymi symbolami
władztwa Niemców nad Europą stały
się obozy zagłady, a także służące wyniszczaniu obozy pracy (Vernichtung
durch Arbeit) ; dla Polaków – dodatkowo – radomski Firlej porównywalny z
Katyniem i Ponarami i zbrodnie popełniane w Warszawie. Powstanie Warszawskie to nie tylko walka Niemców
z powstańcami, to także rzeź ponad
50 tys. cywilnych mieszkańców Woli,
także – mniej znana, dotycząca tylko
kilku tysięcy ludzi – rzeź Mokotowa,
oraz śmierć kilku – kilkudziesięciu
tysięcy mieszkańców Starego Miasta
zabitych w trakcie nalotów, ostrzału
z broni ciężkiej i w ulicznych egzekucjach. Po raz kolejny trzeba użyć słowa:
ludobójstwo.
Żydzi. Pogrom
Polaków na Kresach
Zbrodnie popełnione na Polakach
przez Żydów nie dorównują niemieckim, przewyższają natomiast czeskie.
Najazd sowiecki 17 września entuzjastycznie został powitany przez Żydów,
zwłaszcza komunistów.
Żydzi wzięli broń do ręki, aby jej użyć
przeciwko polskim żołnierzom i policjantom, urzędnikom, uciekinierom z
Polski centralnej i zachodniej, krótko
mówiąc: przeciwko współobywatelom, sąsiadom. Berdówka, Sarny, Grodno, Skidel, Jeziory, Łunna, Wiercieliszki,
Wielka Brzostowica, Ostryna, Dubna,
Dereczyn, Zelwa, Motol, Wołpa, Janów
Poleski, Wołkowysk, Drohiczyn Poleski
– to tylko niektóre miejsca zbrodni.
Symbolem wspólnie przeżywanej
okupacji była nie tylko polska pomoc
dla getta, symbolami stały się także
nazwy trzech miejscowości, w których
partyzanci żydowscy dopuścili się morderstw: Drzewica, Naliboki, Koniuchy.
Rosja, czyli nienawiść
w marszu
Historia stosunków polsko-rosyjskich
to historia podboju Polski przez Moskwę. Jeśli były w niej okresy pokoju,
to służyły Rosjanom do przygotowania
kolejnych napaści. W ich wyniku Moskwa zagarnęła 80 proc. obszaru i ludności Rzeczypospolitej. Po 1918 r., gdy
Polska zaczęła wybijać się na niepodległość – nastąpił najazd Rosji bolszewickiej znaczony tysiącami grobów i pożarów. Symbolami wojny 1920 r. pozostaną Leman, Zadwórz, Szydłowo. Nie jako
miejsca bitew, lecz miejsca wojennych
zbrodni.
Potem nastąpił pokój – wykorzystany przez Rosjan do ludobójczej „Operacji polskiej” 1937–1938, która pochłonęła blisko 120 tys. zamordowanych i drugie tyle skazanych na łagry
i deportacje.
17 września 1939 r. zaczęła się kolejna agresja – zajmowanie ziem Polski
pod pozorem wyzwalania, rozstrzeliwanie jeńców na polach bitew, skrytobójcy strzelający w plecy obrońcom napadanych miast. Pierwsza „wojna hybrydowa” w historii. Po zagarnięciu połowy Rzeczypospolitej Rosjanie przeprowadzili cztery deportacje obejmujące 220 + 320 + 240 + 300 tys. osób.
Większość zginęła w łagrach. Poza deportacjami zamordowano około 150
tys. osób, głównie więźniów – np. we
lwowskich Brygidkach.
„Wyzwalanie” Polski w latach 1944–
1945 było kolejnym pasmem zbrodni.
Piekło pamięci
Sprawiedliwość bez prawdy jest bezsilna. Żeby opis świata był prawdziwy,
zgadzać muszą się fakty, lecz także relacje między nimi i kontekst, w jakim
zaistniały. Wydarzenia mniej ważne nie
mogą być przedstawiane jako ważniejsze, śmierć w samoobronie – jako morderstwo. Trzeba także odróżniać błąd
od celowego fałszu. Celem błądzenia
jest mimo wszystko prawda, fałszerstwo jest celowym przestępstwem
i tak winno być traktowane. O tych regułach trzeba pamiętać, zwłaszcza gdy
w przeszłości odkrywa się fakty straszne, rzutujące na teraźniejszość.
Co można, co należy robić, mając taką
historię jak nasza?
Można wciąż przypominać. Taka
postawa grozi zamknięciem pamięci w krwawej, zabójczej przeszłości.
Grozi też przenoszeniem tej przeszłości
w przyszłość (bo de facto przeszłość już
nie istnieje – tyle, co w nas). W praktyce – grozi walką ze wszystkimi sąsiadami, grozi stworzeniem dla następnych
pokoleń koszmaru zamiast przyszłości.
Można też po prostu zapomnieć.
Żydzi dogadali się z Niemcami – za
odpowiednie odszkodowania ofiary
(a częściej ich potomkowie) wybaczyły oprawcom, wspólnie teraz zwalają
winę za zbrodnie wojenne na mitycznych nazistów i realnych Polaków.
Jeśli Żydzi stworzyli Holocaustbiznes (Termin Normana Finkelsteina)
– Niemcy tworzą wciąż nowe oczyszczalnie ścieków. Ostatnio uruchomioną, wędrującą po świecie oczyszczalnią
jest film „Unsere Mütter, Unsere Väter”.
Uzurpacja
Jeśli nie chcemy zamykać się w pokrwawionych klatkach pamięci – możemy po prostu przebaczyć. Na ten
gest zdobyli się nasi biskupi, wysyłając
w 1965 r. „Orędzie” zawierające ważną
deklarację: „Wybaczamy i prosimy o
wybaczenie”. Spotkała się ona nie tylko
z krytyką władz, ale także z protestami
wielu ofiar i ich dzieci.
Tu dotykamy budzącego niepokój problemu: kto ma prawo wybaczać? Katom
mogą wybaczać tylko ofiary – te zostały
zabite lub okaleczone, także duchowo.
Na ogół nie mogą już wybaczyć. A wybaczanie w ich imieniu przez dzieci to już
etyczna uzurpacja, to przejaw nie miłosierdzia, lecz pychy. Dzieci ofiar mogą
wybaczać swoje krzywdy, swoje ciężkie
dzieciństwo, ale nie śmierć, nie tortury
ojców. I mogą wybaczać tylko katom,
a nie ich spadkobiercom. Tu mogłoby ich zastąpić anonimowe jak żywioł
prawo – kto jednak może je stanowić?
Problem na tym się nie kończy.
Wybaczenie narusza jednak sprawiedliwość, jest zgodą na dokonane zło.
Czasami jest po prostu pozą, aktem
pychy, czasami – dowodem naiwności. Bardziej wymagające jest odpuszczenie win. To piękny moralnie, ale
trudny wątek wprowadzony do etyki
przez chrześcijaństwo i mające sakralny, nadetyczny autorytet. W odróżnieniu od wybaczenia – odpuszczenie nie jest bezwarunkowe. Zakłada u winnego i żal, i zadośćuczynienie,
i tylko pod tymi warunkami traktuje
obietnicę przyszłej poprawy złoczyńcy
jako fakt dzisiejszy.
Za kryterium poprawy można uznać
korzystanie z owoców zła. Czy synowie
niemieckich zbrodniarzy wyprowadzili
się z pożydowskich domów? Co synowie polskich (żydowskich, rosyjskich
etc.) szmalcowników zrobili z wyłudzoną biżuterią?
Są jednak sytuacje, w których odpuszczenie może, a nawet powinno
wyprzedzić żal i naprawę win przez
przestępcę.
Powrót do praktyki
Dokonany tu rachunek zdarzeń
dowodzi, że największym zagroże-
31
niem dla Polaków były najazdy Rosji
i Niemiec. Ludobójstwa dopuszczali się także Ukraińcy, lecz Rosja dąży
do trwałego zniewolenia sąsiadów.
Wiemy też, że ani Polska w pojedynkę, ani też jej sąsiedzi nie byli w stanie
ocalić niepodległości. Narody słabe,
których istnienie jest zagrożone,
muszą zawierać sojusze. Mimo walk z
Ukraińcami Piłsudski zawarł porozumienie z Petlurą, z inicjatywy Benesza
zaczęły się rozmowy, których efektem
było wcielenie Zaolzia, a ciągiem dalszym – próba federacji polsko-czechosłowackiej. Tragiczną próbą sojuszu
– już tylko w walce o godność – była
pomoc AK dla powstańców getta.
To skromne fundamenty, lecz potężniejszych nie mamy. Na nich należy budować.
Nie wolno oceniać sytuacji po linii
własnych życzeń, lecz nie starczy też
znajomość faktów. Trzeba wiedzieć,
jak wróg je ocenia. Nie w teorii (to zasłona dymna), lecz w praktyce. A praktyka jest taka, że Rosjanie toczą już z
nami „wojnę hybrydową” – gospodarczą i propagandową. Orężem jest embargo niszczące polskie rolnictwo i
kłamstwo – paraliżujące nasze działania obronne. Propagandowym napaściom towarzyszy dywersja informatycznej i kulturowej V kolumny. Celem
jest wprowadzenie w błąd, upokorzenie, odebranie chęci do obrony.
Wyolbrzymianie żałosnych „sankcji”
Zachodu to fałsz proporcji mający nas
przekonać, że wystrzały w powietrze
wyrządziły niebywałe szkody; zagłuszanie ukraińskiego wołania o pomoc
krzykami o Wołyniu – to dziś dywersja,
rozrywanie sojuszu, który może być
zbawienny dla przyszłości tej części
Europy. Mówienie, iż tylko brak broni
i manifestowanie słabości – gestem
psa – nas ocali, to podstęp ułatwiający
wrogom zmasakrowanie nas bez strat
własnych.
I na koniec: posyłanie broni przy
oszczędzaniu ludzi – to minimum i tak
już kompromitujące etykę. Rosji wciąż
się udaje odwracać naszą uwagę od
skutecznych rodzajów broni i newralgicznych celów. Wrogowie grają na naszych ułomnościach: na tchórzostwie,
wygodnictwie, oportunizmie. I na
zwykłej głupocie. Pamiętamy, że Europa zależna jest od Rosji – nie pamiętamy, że Rosja też zależy od Europy, że
musi sprzedawać ropę i kupować żywność. Blokada ekonomiczna, finansowa, zamrożenie finansów i dóbr w Europie – to wystarczy, by sparaliżować
Rosję. Na razie.
Na razie można Rosję pokonać bez
krwawych bitew i tysięcy ofiar – prowadząc wojnę będącą wynaturzoną
odmianą pokoju, lecz jeszcze niebędącą wojną w najpotworniejszym sensie
tego słowa.
Na razie.
1
Československá obec legionářská – Czechosłowacka Wspólnota Legionowa, 3,5 tys. członków, wydaje „Legionářský směr”.
2
Dane na podstawie prac Stanisława Żurka,
Władysława i Ewy Siemaszków i innych.
3
Szuchewycz był jednym z organizatorów zamachu na Hołówkę, zastępcą dowódcy batalionu Nachtigall. Próbował walczyć do 1950 r.,
zginął w obławie NKWD w Biłohirszczach koło
Lwowa. Rosjanie spalili jego zwłoki, prochy
wsypali do Zbrucza, rodzinę zesłali do łagru.
4
Na rzecz Niemiec pracowało kilkanaście milionów robotników przymusowych, w tym
2,8 mln Polaków pozyskanych metodą łapanek, także 300 tys. jeńców wojennych – poniżej stopnia oficerskiego (co dziesiąty Polak!).
Dziesiątki tysięcy ofiar ze Śląska i Pomorza
zginęły w obozach jako Niemcy.
32
HISTORIA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
STOSUNKI POLSKO-UKRAIŃSKIE PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ \ Polityka Józefa
Piłsudskiego wobec Ukrainy
Razem przeciw
barbarzyńcom
W sierpniu tego roku będziemy obchodzić 95. rocznicę zwycięstwa nad bolszewikami w bitwie warszawskiej. Nie zapominajmy przy
tym, że decydująca rozgrywka zaczęła się już w kwietniu 1920 r. od polskiej wyprawy na Kijów. Podjęta przez Józefa Piłsudskiego
ofensywa na Ukrainie była zaś następstwem zawartego wówczas sojuszu między Polską i Ukraińską Republiką Ludową. Armia
ukraińska walczyła u boku Wojska Polskiego również w dniach największego zagrożenia dla naszego kraju, będąc jedynym liczącym
się sojusznikiem w wojnie z bolszewikami
Chłopi ukraińscy,
słabo uświadomieni
narodowo i zmęczeni
wyniszczającą wojną,
z jednej strony
tęsknili za władzą,
która zaprowadzi
w terenie spokój
i porządek, a z drugiej
ulegali bolszewickiej
propagandzie,
straszącej powrotem
„polskich panów”
i odebraniem
rozparcelowanej
ziemi.
Fot. Wikipedia
Spotkanie Józefa Piłsudskiego i Semena Petlury w Stanisławowie, sierpień 1920 r.
Mirosław Szumiło
A
by zrozumieć genezę sojuszu polsko-ukraińskiego
w 1920 r., należy cofnąć
się o kilka lat wstecz. W listopadzie 1917 r., po przewrocie
bolszewickim
w Rosji, w Kijowie proklamowano
utworzenie niezależnego państwa
– Ukraińskiej Republiki Ludowej
(URL). Wobec zagrożenia ze strony
bolszewików przywódcy ukraińscy liczyli początkowo na wsparcie ze strony państw ententy (Francji i Wielkiej
Brytanii). Mocarstwa zachodnie stały
jednak na stanowisku odbudowy jednej i niepodzielnej Rosji carskiej, po-
pierając Białych Rosjan. W tej sytuacji
władze URL zawarły w lutym 1918 r.
tzw. traktat brzeski z państwami centralnymi: Niemcami i Austro-Węgrami,
tym samym oddając się faktycznie pod
niemiecki protektorat.
Orzeł i tryzub
Gdy w listopadzie 1918 r. Niemcy
przegrały I wojnę światową, Ukraińska Republika Ludowa musiała walczyć na trzy fronty – z odrodzoną Polską, bolszewikami i Białymi Rosjanami. Jej przywódca, Główny Ataman
Symon Petlura, dążył do porozumienia
z Polską jako potencjalnym sprzymierzeńcem w wojnie z bolszewikami. Sytuację komplikował fakt, że 1 listopa-
da 1918 r. na terenie Galicji Wschodniej powstało drugie państwo ukraińskie – Zachodnio-Ukraińska Republika
Ludowa (ZURL), toczące walkę na
śmierć i życie przeciwko Polsce. Z polskiej strony Naczelnik Państwa Józef
Piłsudski wyraźnie dostrzegał kluczowe znaczenie Ukrainy dla przyszłego
układu sił w tej części Europy. Uważał,
że Polska musi jak najszybciej rozstrzygnąć zbrojnie kwestię przyłączenia Galicji Wschodniej, by później rozważyć możliwość sojuszu z Ukraińską
Republiką Ludową.
Gdy Wojsko Polskie opanowało już
całą Galicję i zachodnią część Wołynia,
1 września 1919 r. podpisano rozejm
z Petlurą. Dwa miesiące później armia
i rząd Ukraińskiej Republiki Ludowej,
pod naporem Białych Rosjan gen. Denikina, znalazły się w okolicach Lubaru na Wołyniu bez możliwości dalszego odwrotu. Postanowiono schronić
się w Polsce. 5 grudnia 1919 r. Symon
Petlura wyjechał do Warszawy na zaproszenie Piłsudskiego.
Na początku 1920 r. niemal całą
Ukrainę zajęła Armia Czerwona, wypierając Denikina na Krym. Na podbitych terenach bolszewicy wprowadzili
komunizm wojenny wraz z narzuceniem kontyngentu zbożowego ściąganego bezwzględnie od chłopów. Odpowiedzią wsi były bunty i powstania.
Formowały się samorzutnie oddziały
różnych atamanów, które kontrolowały znaczne obszary kraju. Żołnierz,
który wyszedł poza miasto z czerwoną
HISTORIA
gwiazdą na czapce, z reguły ginął bez
wieści. Tymczasem Polska i Rosja bolszewicka wykorzystały zimę jako
okres intensywnych przygotowań do
rozstrzygającej konfrontacji zbrojnej.
Piłsudski cierpliwie poczekał na osłabienie Denikina, popieranego w pełni
przez Francję. Dopiero wtedy mógł
zrealizować swój plan ukraiński.
O uderzeniu na Kijów zadecydowały
argumenty strategiczne i polityczne.
W dokumencie z 1 marca 1920 r., powstałym z inspiracji Naczelnika Państwa, czytamy: „Obecnie rząd polski
zamierza poprzeć ruch narodowy
ukraiński, aby stworzyć samodzielne
państwo ukraińskie, a przez to znacznie osłabić Rosję, odbierając jej okolice
najbogatsze w zboże i skarby ziemne.
Ideą przewodnią stworzenia Ukrainy
jest stworzenie przegrody między Polską i Rosją i oddanie Ukrainy pod
wpływy polskie”. Jeszcze dobitniej wyraził tę myśl Piłsudski w rozmowie z zaufanym Bogusławem Miedzińskim:
„(...) bolszewików trzeba pobić, i to
niedługo, póki nie wzrośli w siłę. Trzeba ich zmusić do tego, aby przyjęli rozstrzygającą rozprawę i sprać ich tak,
aby ruski miesiąc popamiętali. Ale
żeby to osiągnąć, trzeba ich nadepnąć
na tak bolesne miejsce, żeby nie mogli
się uchylać i uciekać. (…) Kijów, Ukraina, to jest ich czuły punkt. Z dwóch
powodów: po pierwsze, Moskwa bez
Ukrainy będzie zagrożona głodem; po
drugie, jeśli zawiesimy nad nimi groźbę zorganizowania się niepodległej
Ukrainy, to tej groźby oni nie będą mogli zaryzykować i będą musieli pójść na
walną rozprawę”.
Tajne rokowania polsko-ukraińskie
zakończyły się 21 kwietnia 1920 r.
podpisaniem w Warszawie „umowy
politycznej pomiędzy Polską i Ukraińską Republiką Ludową”. Polska uznała
prawo Ukrainy do niezależnego bytu
państwowego. Jej zachodnią granicę
wyznaczono wzdłuż rzeki Zbrucz i dalej na północ do Prypeci, pozostawiając po polskiej stronie większą część
Wołynia. Oba rządy zobowiązały się
nie zawierać żadnych umów międzynarodowych skierowanych przeciwko
sobie. Polska zyskała w ten sposób
cennego sojusznika przeciwko bolszewikom, Ukraina zaś jedyną realną
szansę na kontynuowanie walki o niepodległość.
Wyprawa kijowska
Rozpoczęta 25 kwietnia ofensywa
sprzymierzonych wojsk polskich
i ukraińskich rozwijała się nadspodziewanie pomyślnie. 26 kwietnia
w zdobytym Żytomierzu Piłsudski wydał odezwę do mieszkańców Ukrainy.
Następnego dnia przepołowiono front
bolszewicki pod Berdyczowem, zdobywając przy tym wielką liczbę jeńców
i sprzętu wojennego. Po tym sukcesie
natarcie zostało jednak wstrzymane
na 10 dni. Kolejne uderzenie trafiło już
w próżnię, ponieważ przeciwnik wycofał się za Dniepr. 7 maja oddziały 3. armii gen. Rydza-Śmigłego zajęły opuszczony Kijów.
W wyprawie kijowskiej brały udział
tylko dwie słabe liczebnie dywizje
ukraińskie. Duże wsparcie dla nacierających wojsk polskich stanowił jednak
ruch partyzancki („petlurowszczyzna”). W liście do premiera Leopolda
Skulskiego Józef Piłsudski pisał: „Ze
wszystkich stron donoszą mi o różnego rodzaju oddziałach, które powstają
i powstały przed naszym frontem, napadają na cofających się bolszewików,
rozbijając ich. Niekiedy oddziały takie
dochodzą w swej liczbie do 5–6 tysięcy
uzbrojonych ludzi. Niektóre z tych oddziałów meldują się u naszych dowódców, prosząc o rozkazy, wskazówki
i ewentualną pomoc”.
Niestety, bolszewicy przechytrzyli
Polaków, uchylając się od walnej bitwy
na Ukrainie. 14 maja 1920 r. rozpoczęli natomiast ofensywę na Białorusi.
Została ona powstrzymana, ale kosztem przerzucenia tam naszych odwodów. Tymczasem 5 czerwca bolszewicka 1. armia konna Budionnego
przełamała linię frontu na południe
od Kijowa i wyszła na tyły wojsk polskich. W tej sytuacji gen. Rydz-Śmigły
nakazał opuszczenie Kijowa i wycofał
się na Korosteń. Ocalił swoje wojska,
lecz nie wykonał rozkazu Piłsudskiego, który życzył sobie rozstrzygającego starcia z konnicą Budionnego. Wyprawa kijowska zakończyła się porażką. Piłsudskiemu zarzuca się, że pomimo uzyskanych około połowy kwietnia
informacji wywiadu o koncentracji
głównych sił Armii Czerwonej na Białorusi, nie zrezygnował z planu ofensywy na Ukrainie. Zapomina się jednak przy tym, że jego celem było możliwie szybkie sformowanie armii ukraińskiej, która przejmie na siebie front
południowy i pozwoli przerzucić
główne siły polskie na północ. Błąd leżał zatem nie w założeniu, lecz w wykonaniu.
Główną przyczyną niepowodzenia
całej operacji, obok błędów taktycznych popełnionych przez polskie dowództwo, było zbyt wolne formowanie
wojska ukraińskiego. W czerwcu 1920
r. armia URL osiągnęła stan zaledwie
21 tys. żołnierzy i oficerów. W polskiej
literaturze najczęściej obwinia się za
tę porażkę stronę ukraińską. Odezwa
Symona Petlury, wzywająca do ochotniczego wstępowania w szeregi wojska ukraińskiego, spotkała się bowiem
z bardzo słabym odzewem społeczeństwa. Chłopi ukraińscy, słabo uświadomieni narodowo i zmęczeni wyniszczającą wojną, z jednej strony tęsknili
za władzą, która zaprowadzi w terenie
spokój i porządek, a z drugiej ulegali
bolszewickiej propagandzie, straszącej powrotem „polskich panów” i odebraniem rozparcelowanej ziemi. Oddziały powstańcze, dowodzone przez
lokalnych atamanów, nie bardzo chciały podporządkowywać się dyscyplinie
w ramach regularnej armii.
Duży wpływ na postawę ludności
ukraińskiej wywierało zachowanie się
Polaków. Komendanci wojskowi nie
kwapili się z przekazywaniem władzy
w terenie Ukraińcom. Większość oficerów, pamiętająca walki toczone przeciwko Ukraińcom w Galicji oraz będąca
pod wpływem poglądów endeckich,
nie rozumiała potrzeby sojuszu z Petlurą. Pisał o tym Piłsudski w liście do
premiera Skulskiego: „Wojsko staje się
ciężarem coraz większym, drażniącym
ludność i wzbudzającym coraz nieprzyjaźniejsze uczucia”. Z powodu
opieszałości administracji polskiej
i ukraińskiej na wyzwolonych terenach nie ogłoszono na czas powszechnej mobilizacji do wojska. Nie zrobiono tego również w sześciu powiatach
Podola, które przed 25 kwietnia 1920
r. były już w polskich rękach. W ten
sposób nie wykorzystano doskonałej
szansy na powiększenie armii URL
o blisko 20 tys. żołnierzy, którzy mogliby wyruszyć na front już w czerwcu.
Podczas odwrotu na zachód armia
ukraińska, pod dowództwem gen. Mychajły Omelianowycza-Pawłenki, bro-
Podpisany 18 marca
1921 r. traktat w Rydze
oznaczał de facto
porażkę planów
Piłsudskiego. Wielkie
zwycięstwo militarne
zostało w dużej mierze
zaprzepaszczone
politycznie. Niestety,
społeczeństwo
polskie miało dość
wojny i nie rozumiało
dalekosiężnych
koncepcji Naczelnika
Państwa.
niła południowego odcinka frontu
w okolicach Kamieńca Podolskiego.
W sierpniu wycofała się za Dniestr,
otrzymując rozkaz obrony 150-km odcinka tej rzeki od granicy rumuńskiej aż
do rejonu Mikołajowa (na południe od
Lwowa). Tymczasem wydzielona 6. dywizja strzelców siczowych płk. Marka
Bezruczki brała udział w obronie Zamościa przed armią konną Budionnego.
Ryska porażka
O dalszych losach sojuszu polsko-ukraińskiego przesądziły decyzje zapadłe podczas polsko-bolszewickich
rokowań pokojowych w Rydze. Już na
pierwszym posiedzeniu 21 września
1920 r. przewodniczący polskiej delegacji Jan Dąbski uznał pełnomocnictwa przedstawiciela Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej.
Było to równoznaczne ze złamaniem
polsko-ukraińskiej umowy sojuszniczej z 21 kwietnia. Działania wojenne
zostały przerwane 18 października,
gdy wszedł w życie układ rozejmowy.
33
Licząca 40 tys. żołnierzy armia ukraińska samotnie kontynuowała walkę
na Podolu do 21 listopada. Pod naporem bolszewików wycofała się za
Zbrucz i znalazła w polskich obozach internowania.
Podpisany 18 marca 1921 r. traktat
w Rydze oznaczał de facto porażkę planów Piłsudskiego. Wielkie zwycięstwo
militarne zostało w dużej mierze zaprzepaszczone politycznie. Niestety,
społeczeństwo polskie miało dość
wojny i nie rozumiało dalekosiężnych
koncepcji Naczelnika Państwa. Opinię
publiczną urabiała antyukraińsko nastawiona endecja, która wywierała też
największy wpływ na przebieg rokowań z bolszewikami.
Chociaż sprzymierzona armia ukraińska stanowiła tylko od 5 do 10 proc.
zaangażowanych na froncie sił polskich, miała niewątpliwie swój udział
w odniesionym zwycięstwie. W sierpniu 1920 r. osłaniała ważne połączenie
z Rumunią oraz zagłębie naftowe. Każdy żołnierz był wtedy na wagę złota.
Pamiętajmy o tym, gdy będziemy obchodzić kolejną rocznicę bitwy warszawskiej.
Józef Piłsudski w rozkazie pożegnalnym do wojsk ukraińskich z 18 października 1920 r. napisał: „Wspólnie
przelana krew i groby bohaterów są
kamieniem węgielnym na drodze do
wzajemnego porozumienia i sukcesu
obu narodów. Obecnie po dwóch latach ciężkich walk z barbarzyńskim
najeźdźcą żegnam się ze wspaniałymi
wojskami Ukraińskiej Republiki Ludowej i stwierdzam, że podczas najcięższych chwil, w nierównej walce niosły
one wysoko swój sztandar, na którym
wypisane było hasło >>Za wolność waszą i naszą<<, co jest symbolem każdego uczciwego żołnierza”.
Na koniec warto jeszcze przytoczyć
znaczące słowa gen. Tadeusza Kutrzeby (napisane w 1937 r.): „Krew ukraińska wojsk atamana Petlury nie poszła
na marne. Udowodniła ona Polsce, Rosji i światu, że Ukraina pragnie żyć. Jest
to sukces na wieki”.
Z wydarzeń 1920 r. można wyciągać
jak najbardziej aktualne wnioski. Również dziś nie wszyscy rozumieją potrzebę polskiej pomocy dla Ukrainy.
A przecież przyświeca nam ten sam
cel: broniąc niepodległości Ukrainy,
osłabiamy Rosję i wzmacniamy bezpieczeństwo Polski. Tylko razem możemy odeprzeć kolejny najazd moskiewskich barbarzyńców.
OGŁOSZENIE
O G Ł O S Z E N I E
Na podstawie art. 114 ust. 3 i 4 oraz art. 124 i 124 a ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r.
o gospodarce nieruchomościami ( tekst jednolity Dz. U. z 2014 r. poz. 518 ze zm.)
Starosta Ropczycko-Sędziszowski zawiadamia o zamiarze wszczęcia
postępowania administracyjnego w sprawie ograniczenia sposobu
korzystania z nieruchomości gruntowych położonych w obrębie
Brzeziny, oznaczonych jako działki nr, nr: 2628/1, 4422, 2484, 2226
o nieuregulowanym stanie prawnym, poprzez zezwolenie Inwestorowi
– PGE Dystrybucja S.A. ul. Grabarska 21A, 20-340 Lublin na wykonanie
inwestycji pn. „Budowa linii średniego napięcia 15 kV – jako powiązania
pomiędzy odgałęzieniami do stacji Brzeziny 4 i 19 w linii 15 kV”. Jeżeli
w terminie 2 miesięcy od dnia niniejszego ogłoszenia nie zgłoszą się osoby,
którym przysługują prawa rzeczowe do opisanej nieruchomości zostanie
wszczęte postępowanie w sprawie ograniczenia sposobu korzystania
z nieruchomości.
Z up. STAROSTY
Stanisław Ziemiński
WICESTAROSTA
34
KULTURA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
FILIP RDESIŃSKI \ Co dzieje się w kulturze
MUZYKA \ Singiel King
Elle King, wschodząca gwiazda rocka, zaczyna
coraz mocniej błyszczeć. Po sukcesie EP-ki „The
Elle King EP”, udanych koncertach z Of Monsters and Men i Ed Sheeran oraz bardzo dobrze
przyjętym debiutanckim albumie „Love Stuff”
wokalistka wydała singiel „Catch Us If You Can”.
Utwór promuje film „Hot Pursuit”, w którym
wystąpiła Reese Witherspoom i Sofia Vergara.
PŁYTA \ Między słowami
Pięć lat to wystarczająca przerwa dla Katarzyny Cerekwickiej. Dlatego wokalistka postanowiła podzielić się ze słuchaczami swoimi
najnowszymi kompozycjami. Płyta „Między
słowami” ukaże się 26 maja i stylistyką nawiązywać będzie do naturalnego brzmienia znanego z lat 80. i 90. Artystka promuje ją jako
najbardziej autorską w swojej karierze.
„Aura”, czyli
nastrojowy jazz
Bill Bryson,
poszukiwacz przygód,
postanowił wraz
ze swoim towarzyszem
Stephanem Katzem
wyruszyć w podróż
po Apallachach.
Na szlaku nie brakuje
dzikich niedźwiedzi,
łosi, jadowitych
węży, trujących roślin
i oszałamiającej pięknem
przyrody. Relacją
z tej niebezpiecznej,
a zarazem cudownej
podróży jest książka
Brysona „Piknik
z niedźwiedziami”.
Już niebawem pojawi
się w kinach film
z gwiazdorską obsadą
stworzony na podstawie
tej książki.
W czasach, gdy o sukcesie muzyki decydują coraz mocniejsze
elektroniczne bity, podbite basy i szybkie tempo, grupa trzech
kumpli postanawia wydać krążek, który nie ma prawa odnieść
spektakularnego sukcesu. Jednak już po kilku minutach zanurzenia się
w ich muzykę nie chcemy słuchać niczego innego.
Trio RGG tworzą Łukasz Ojdana grający na fortepianie, Maciej Grabowski na
kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na instrumentach perkusyjnych. W swoim
dorobku panowie mają sześć krążków.
ny optymizm. To, co w tej płycie urzeka,
to niewątpliwie piękne brzmienie fortepianu i idealne zgranie z resztą instrumentów. Muzycy czują siebie, uzupełniają się, co sprawia, że już po dwóch,
Fot. mat. pras.
Fot. mat. pras.
FESTIWAL \ Underworld na Audioriver
Jak co roku płocką plażę i Stary Rynek opanują latem fani muzyki elektronicznej. Festiwal Audioriver w tym roku odbędzie się między 24 i 26 lipca. Będzie to już 10. edycja imprezy. Z tej okazji oprócz takich sław jak Anja
Schnejder, Nervy, Tale Of Us, Baasch, Róisin
Murphy czy SpectraSoul wystąpi megagwiazda, duet Underworld.
PŁYTA \ Jackie
Już 5 maja ukaże się szósta płyta studyjna
Ciary. Jej tytuł „Jackie” nie jest przypadkowy.
Wokalistka nazwała go tak na cześć swojej
matki. Singlem promującym to wydawnictwo
jest utwór „I Bet”, który w sposób emocjonalny
nawiązuje do rozstania piosenkarki z raperem
Future. Teledysk do niego w 2 tygodnie odtworzony został w internecie blisko 13 mln razy.
Sara Magdalena
Woźny postanowiła
przyjrzeć się jednemu
z najpopularniejszych
napojów świata
– kawie. O jej sukcesie,
odmianach, sposobach
parzenia i niezwykłych
historiach z nią
związanych opowiada
w książce „Tajemnice
kawy”. I wie, o czym
pisze, ponieważ sama
nie tylko poznała jej
liczne smaki, ale też
najlepsze gatunki
promuje pod własną
marką oraz prowadzi
znanego bloga
o tematyce kawowej.
Niektóre z nich są bardzo oryginalne,
jak „Straight Story”, inspirowany twórczością reżysera Davida Lyncha, czy
„Szymanowski”, nawiązujący do dzieł
Karola Szymanowskiego. „Aura”, która
właśnie ukazała się na rynku, będzie już
siódmym z kolei studyjnym albumem
zespołu i zdecydowanie najlepszym w ich
fonografii. Nie jest to jednak krążek dla
każdego. Pragnąc docenić jego wartość,
należy oddać się muzyce RGG bez reszty.
Nie można słuchać jej w biegu, traktować jako tła codziennych obowiązków.
Jazzowe klimaty, jakie tworzy grupa,
przenoszą nas bowiem do niesamowitych muzycznych krain. Wymagają jednak przy tym pełnego skupienia, zwolnienia tempa, oddania się chwili aktywnego relaksu. Być może dlatego właśnie
na okładce płyty znalazł się rysunek
drzwi. Przechodząc przez nie, zostawiamy za sobą bagaż codziennej nerwówki
i bieganiny. Wchodzimy do miejsca, które nagradza nas lekkimi, nieco melancholijnymi kawałkami, by po chwili
przejść do utworów budzących w nas
delikatny niepokój, a następnie słonecz-
trzech utworach przestajemy słyszeć
instrumenty oddzielnie. Tworzą one
spójną muzyczną strawę. Przy piątym
kawałku na krążku może nas zastanowić to, czy aby już go gdzieś nie słyszeliśmy. Tylko szybciej, mocniej, rockowo,
a nie jak tu – spokojnie, pieszcząc każdą
nutę i pauzę. Ten kawałek to „Don’t Give
Up” Petera Gabriela, który w oryginale
słyszeliśmy w duecie z Kate Bush. Jego
jazzową wersję nagraną przez RGG autor zaaprobował osobiście, doceniając
wirtuozerię i wyobraźnię muzyków. Na
talencie naszych twórców poznał się nie
tylko Peter Gabriel. Od dłuższego czasu
zyskują oni bowiem szerokie grono fanów na całym świecie. Z „Aurą” grupa
ma szanse na naprawdę duży sukces.
Szczególnie że nagrana ona została w legendarnej już wytwórni OKeh Records,
wydającej m.in. Louisa Armstronga czy
Duke’a Ellingtona. Co ważne, jej wydanie zbiega się też z większym zainteresowaniem polskim jazzem po sukcesie
płyty Włodka Pawlika „Nihgt In Calisia”,
która w zeszłym roku nagrodzona została statuetką Grammy.
KULTURA
MACIEJ PAROWSKI \ Film
Wielkość Szpotańskiego polega też na tym,
że nawet w więzieniu, w dobie zniewolenia,
pozostał człowiekiem wolnym i odważnym
Piekło w ojczyźnie
proletariatu
„System” to film perwersyjny, bohaterem czyni pracownika sowieckiej
służby bezpieczeństwa. Leo Demidov
(Hardy), podpora nieludzkiej machiny represji MGW, jako dziecko ocalały
z „hołodomoru” i nagonki na bezdomnych, kułaków i wrogów ludu, zażywa
kulturalnych rozkoszy w stalinowskiej Moskwie. Do czasu, kiedy za
karę za odruch serca, każący mu bronić dzieci przed rozstrzelaniem, sam
stanie się celem gniewu aparatu
i mściwości kolegi sadysty.
W gruzach legnie wygodne życie, za
degradacją przychodzi wygnanie, potem zamach na życie, nawet kochana
żona (Rapace) okazuje się mniej bli-
poza konstatacje rosyjskiej „czernuchy” – filmów o degeneracji, rozpadzie, jak „Brat 1 i 2”, „Kierowca dla
Wiery” czy pierwsi „Skąpani w słońcu” (część „Cytadela” była już lizusowska). Za parawanem mitu rewolucji widać wreszcie okrucieństwo i sobiepaństwo władzy, rodzinną i obywatelską degenerację udręczonych
figur i szaraków, zmuszanych do denuncjacji, składania ofiar z sumienia
i życia na ołtarzu państwa molocha.
A kiedy władza zachowuje się jak seryjny morderca, niektórzy zaczynają
ją naśladować.
Porównanie „Systemu” z długo u nas
zakazanym „Doktorem Żiwago” Leana
35
MARCIN WOLSKI \ Poleca
Świat według
Szpota
B
ył najznamienitszym artefaktem PRL-u. W dodatku niepowtarzalnym, bo wszystkiego co
PRL-owskie szczerze nienawidził, tyle że w odróżnieniu od kolegów po piórze, którym aluzje
zastygały na końcu pióra, dawał swojej nienawiści upust. W dodatku, acz pomijany przez
krytykę literacką, miał swojego jednego, zapamiętałego
czytelnika, który zwykł wspominać o Januszu Szpotańskim z trybuny w Sali Kongresowej. Był nim Pierwszy Sekretarz PZPR Władysław Gomułka, bez którego epitetu
„Człowiek o moralności alfonsa” Szpot pozostałby artystą
nieznanym, jeśli nie liczyć szczupłego grona słuchaczy
jego występów, peklowanego bogato tajnymi współpracownikami SB. W efekcie donosów Szpotański powędrował do więzienia, ratując honor literackiej socjety, która
w latach środkowego PRL-u prowadziła z reżimem walkę
bezobjawową. (Władzy starczyło mocy, żeby skazać Melchiora Wańkowicza, ale zabrakło determinacji, aby posadzić wiekowego pisarza). Poza Gomułką upowszechnianiem twórczości autora „Towarzysza Szmaciaka” zajmowało się jeszcze Radio Wolna Europa, a później drugi
obieg i wydawnictwa emigracyjne. Paradoksalnie, kiedy
już jego utwory mogły ukazywać się swobodnie, autor zaniechał pisania, a kiedyś wyklęte „Gnom, Caryca, Szmaciak” trafiły do bibliotek. Najnowsze dwutomowe wyda-
Film został zakazany
w Rosji
„Gnom, Caryca,
Szmaciak”
„Bania w Paryżu”
Janusz Szpotański
LTW 2014
Fot. mat. pras.
OCENA: \\\\\\
ska, niż sobie roił zakochany funkcjonariusz. Ale pojawia się też sprawa
– tajemnicze morderstwa chłopców,
zabijanych zapewne przez zboczeńca.
W idealnym sowieckim społeczeństwie coś takiego zdarzyć się nie ma prawa.
Leo uważa jednak inaczej i rozpoczyna prywatne śledztwo. Natychmiast wpada w tarapaty, naraża się na
liczne denuncjacje, lecz
znajduje także sojuszników, m.in. zesłanego
do Rostowa generała
policji (Oldman).
Kino bezlitosne w portretowaniu piekielnych
kręgów sowieckiego
społeczeństwa jest zarazem mądrze idealistyczne. Zdeterminowana aktywna jednostka jak
magnes przyciąga opiłki dobra, choć
wrażenie totalnej niegodziwości systemu poraża. Kino Zachodu poszło tu
(z Omarem Sharifem i Julie Christi)
ukazuje skalę przełomu. W filmie
sprzed półwiecza Sowiety były ambitnym projektem na globalną skalę – poczynały się w zamęcie, ale finał ukazywał tamę/elektrownię,
a na niej szczęśliwą
córkę kochanków rozdzielonych przez dziejową zawieruchę. Espinozie chodzi już, zgodnie z polską wersją tytułu, o zło, o zepsucie
immanentne.
To systemowe zakłamanie i deprawacja
ogarniająca wszystkie
szczeble władzy i poddanych (bo o obywatelach nie ma co mówić)
jest tu głównym negatywnym bohaterem. Bardziej niż nieszczęsny i przerażający zabójca dzieci, owszem wzorowany na realnym
„rzeźniku z Rostowa”, ale trochę też na
Hannibalu Lecterze.
Kino bezlitosne
w portretowaniu
piekielnych
kręgów
sowieckiego
społeczeństwa.
Zesłany na daleką
prowincję oficer KGB
(Tom Hardy, po prawej)
rozpoczyna na własną
rękę śledztwo
w sprawie tajemniczych
morderstw dzieci
„System”
(Child 44)
REŻYSERIA
Daniel Espinosa
SCENARIUSZ
Richard Price na podstawie powieści Toma
Roba Smitha„Child 44”
ZDJĘCIA
Oliver Wood
MUZYKA
Jon Ekstrand
WYSTĘPUJĄ
Tom Hardy, Gary Oldman, Noomi Rapace,
Joel Kinnaman,
Paddy Considine,
Jason Clarke, Vincent
Cassel, Charles Dance,
Agnieszka Grochowska
USA 2014
OCENA: \\\\\\
nie dzieł wszystkich zawiera dodatkowo fragment autobiografii pisarza, spisany przez Antoniego Liberę, kustosza pamięci o Szpotańskim. Znalazł się tam również
nieznany mi wcześniej poemat „Bania w Paryżu”, przerwany pod koniec lat 70., i – jak stwierdził sam autor po
powstaniu Solidarności – nie wart kontynuowania. Szkoda! Jest to ze wszystkich prac autora dzieło najbardziej
profetyczne, obok aktualnych aluzji ukazuje prześmiewczo świat „gnijącego Zachodu”, który potrzebował jeszcze
kilkudziesięciu lat, aby osiągnąć swoją poprawno-polityczną dojrzałość. Być może w proroczej wizji pomógł
autorowi niebywały talent szachowy i umiejętność przewidywania wielu ruchów naprzód. Wielkość Szpotańskiego polega też na tym, że nawet w więzieniu, w dobie
zniewolenia, pozostał człowiekiem wolnym i odważnym.
Tytuły jego poematów „Gnom”, „Caryca”, „Szmaciak” weszły do potocznego języka jako doskonałe określenia
Władysława Gomułki, Leonida Breżniewa i całej partyjnej nomenklatury, ucieleśnianej przez postać Edwarda
Gierka, którego europejskiej politurze satyryk jakoś nie
uległ. Co się tyczy tytułowej „Bani”, nie jest jednak popularnym określeniem balangi. Utwór nie opisuje jakiejś
orgii, rzecz dotyczy wysadzenia katedry Notre Dame w Paryżu przez ludzi Kadafiego, a następnie zbudowania w jej
miejscu sauny, czyli ruskiej bani, co wcześniej zrealizowano w stolicy światowego komunizmu, niszcząc cerkiew Chrystusa Zbawiciela i przeznaczając teren pod basen. Zmarły w 2001 r. prześmiewca doczekał wprawdzie
odbudowy świątyni, ale na swoje szczęście nie musiał
obserwować kolejnych sukcesów wiernego następcy Stalina. Inna sprawa, że mógłby napisać i o nim pyszny poemat, np. pod tytułem „Zamordin”.
W
KRAJ
setkach miast
w Polsce i na
świecie, wszędzie
tam, gdzie działają
kluby „GP”, uroczyście
obchodzono piątą rocznicę
tragedii smoleńskiej. W apelu klubów, który co
miesiąc odczytywany jest na uroczystościach,
znalazły się m.in. takie słowa:
„Pięć lat po śmierci polskiego prezydenta
i jego małżonki, po tragedii prawie stu towarzyszących im osób, możemy im dzisiaj powiedzieć: pamiętamy.
Nie zapomnieliśmy Waszej służby dla Ojczyzny,
Nie zapomnieliśmy Waszej gotowości do pracy i ofiar,
Nie zapomnieliśmy Waszej śmierci.
(…) Każdy z nas musiał dokonać wyboru.
Pięć lat walki o prawdę i pamięć pozwoliło
wielu ludziom iść drogą, która kształtowała
charakter. Tylko ci, którzy wybrali tę drogę,
będą mogli kiedyś powiedzieć, że nie zawiedli
w chwili próby.
Losy polskiej delegacji do Katynia stały się
częścią polskiego losu, polskiej historii. Polska
zawsze była wymagająca i wymaga od nas i dzisiaj. Data 10.04 staje się datą tak samo ważną
jak dni, kiedy wspominamy naszych bohaterów
i narodowe zrywy. Z tej daty będzie płynąć lekcja dla przyszłych pokoleń. Lekcja o śmierci
zdradziecko zadanej, ale też lekcja o woli tysięcy Polaków do życia w wolności i prawdzie”.
W Warszawie w największych uroczystościach
upamiętniających tragedię smoleńską uczestniczyły dziesiątki klubów „GP”, m.in. z Krakowa,
Piotrkowa Tryb., Radomska, Amsterdamu,
Essen, Gliwic, Elbląga, Dzierżoniowa, Gniezna, Katowic, Rypina, Berlina-Brandenburga. Po Marszu Pamięci przed Pałacem Prezydenckim prezes PiS Jarosław Kaczyński wysoko
ocenił postawę naszego środowiska, mówiąc:
– Przede wszystkim chciałem podziękować państwu tu obecnym. Tym, którzy chociaż raz
uczestniczyli w jakimś marszu i pochodzie, a już
najbardziej tym, którzy są co miesiąc, bo to oni
budują rusztowanie, na którym ten ruch się
opiera (…). To wszystko nie mogłoby się odbyć
bez „Gazety Polskiej”, redaktora Tomasza Sakiewicza i klubów „Gazety Polskiej”.
W Krakowie w archikatedrze wawelskiej odprawiona została msza święta w intencji śp. Lecha i Marii Kaczyńskich oraz wszystkich ofiar
katastrofy, poprzedzona spotkaniem modlitewnym przy sarkofagu śp. Pary Prezydenckiej.
Po mszy odbyło się przejście pod Krzyż Narodowej Pamięci – Krzyż Katyński, gdzie zapalono 96 białych i czerwonych zniczy i pomodlono
się za ofiary; przemawiał m.in. prof. Andrzej
Nowak. W Myślenicach złożono kwiaty i zapalono znicze pod obeliskiem na rondzie im. Prezydenta L. Kaczyńskiego. Dzięki Polonii w Edmonton w kościele Matki Bożej Królowej Polski odsłonięto i poświęcono tablicę upamiętniającą ofiary zbrodni katyńskiej i tragedii
smoleńskiej. Uroczystego odsłonięcia tablicy
dokonał Robert Dworkowski, projektantem
i wykonawcą tablicy jest rzeźbiarz Bruno Stasiak. Tablica ta została wykonana z inicjatywy
i pod patronatem klubu „GP” w Edmonton.
W Koszalinie uroczystości odbyły się przy głazie z tablicami poświęconymi pamięci prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego oraz ostatniego
prezydenta Polski na uchodźstwie Ryszarda
Kaczorowskiego. Głaz znajduje się u stóp sanktuarium Matki Bożej Trzykroć Przedziwnej, na
Górze Chełmskiej. W Poznaniu po mszy odbył
się przemarsz pod pomnik Katyński. W Bytowie po nabożeństwie przemaszerowano na
plac przy pomniku Jana Pawła II, gdzie miał
miejsce Apel Poległych. W Tychach po mszy
św. uroczystości odbyły się pod pomnikiem
Smoleńsk 2010. W imieniu klubu kwiaty złożyła najmłodsza uczestniczka Oliwia wraz z najstarszym klubowiczem, panem Władkiem.
W Winnipeg odbyła się msza św. w kościele
św. Andrzeja Boboli. gdzie znajduje się tablica
upamiętniająca ofiary tragedii smoleńskiej;
uroczystości miały miejsce przy obelisku w Albrin Parku. W Suwałkach uroczystości obcho-
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
KLUBY GAZETY POLSKIEJ \ www.klubygazetypolskiej.pl
Nie zapomnieliśmy
Fot. arch.
36
W Bydgoszczy
po mszy odbył się
marsz portretów
– zgromadzeni nieśli
fotografie ofiar tragedii
smoleńskiej
dzono pod Dębem Wolności w miejscu
upamiętnienia tragedii smoleńskiej, a następnie przemaszerowano pod pomnik
św. Jana Pawła II i dalej na cmentarz, gdzie
znajdują się urny z ziemią katyńską i smoleńską. W Świdnicy przed kościołem św.
Krzyża odbył się Apel Poległych. W Londynie uczestnicy obchodów spotkali się
na wiecu – manifestację zorganizowała
PWWB (Polska Wspólnota w Wielkiej Brytanii) na słynnym Trafalgar Square w Londynie. Wiceprezes Sylwia Kosiec odczytała
imiona i nazwiska wszystkich ofiar, po
czym minutą ciszy uczczono ich pamięć.
Prezes PWWB dr Marek Laskiewicz przedstawił (w j. angielskim) analizę, w której
udowodnił, że to rosyjska bomba zniszczyła samolot Tu-154. W Chełmnie przygotowano program słowno-muzyczny
przed obeliskiem smoleńskim, złożony
z poezji o tematyce smoleńskiej oraz pieśni patriotyczno-religijnych. W Elblągu
uroczystości miały miejsce pod tablicą
smoleńską. W Garwolinie po mszy św.
uczestnicy przeszli pod pomnik ku czci pomordowanych żołnierzy Armii Krajowej
w latach 1939–1956, na którym znajduje
się również tablica upamiętniająca wizytę
Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego
27 maja 2009 r. Klubowicze z Sandomierza uczestniczyli w obchodach piątej rocznicy tragedii smoleńskiej w Koprzywnicy.
W Dzierżoniowie uroczystości odbyły się
przy pomniku Losów Ojczyzny. Pod tablicą
smoleńską złożono wiązanki kwiatów
oraz zapalono znicze. W Paryżu po mszy
uczestnicy przeszli pod pomnik Solidarności przy placu Invalides, gdzie odczytano apel klubów i odezwy organizacji patriotycznych we Francji. Wałbrzyskie
uroczystości odbyły się pod tablicą upamiętniającą prezydentów Lecha Kaczyńskiego i Ryszarda Kaczorowskiego oraz
pozostałe ofiary tragedii. Pod pomnikiem
Walki i Męczeństwa ułożono krzyż ze zniczy i kwiatów. W Krakowie po mszy św.
uroczystości zorganizowały również klu-
by „GP” za granicą, m.in. w Toronto, Toronto GTA, London i Windsor.
Pełne informacje z uroczystości, fotoreportaże, relacje wideo na stronie: klubygp.pl
Ryszard Kapuściński
Zaproszenia
Łódź – recital Pawła Piekarczyka,
22 kwietnia, g. 19 w Domu Literatury przy
ul. Roosevelta 17.
Kraków – spotkanie z Małgorzatą Wassermann, połączone z promocją książki
„Zamach na prawdę”. Spotkanie poprowadzi Mariusz Pilis, 23 kwietnia, g. 18, ul. Jagiellońska 11, Księgarnia „GP”.
Spotkanie z dr. Markiem Laskiewiczem,
dyrektorem Polskiej Wspólnoty w Wielkiej Brytanii, autorem książki „Smoleńsk.
Oficjalne fakty, ścisła analiza”, 24 kwietnia,
g. 18, ul. Jagiellońska 11, Księgarnia „GP”.
Poznań – prezentacja historyczna świąt
majowych (2 maja, Dzień Flagi Rzeczypospolitej Polskiej, Święto Konstytucji
3 maja), 23 kwietnia, g. 17.30, kościół księży Pallotynów, parafia pw. św. Wawrzyńca,
aula przy dolnym kościele, ul. Przybyszewskiego 30.
Promocja książki „Resortowe dzieci.
Służby” i spotkanie z redaktor Dorotą Kanią, autorką książki, 30 kwietnia, g. 18, pałac Działyńskich, Stary Rynek 78/79.
Chicago II – spotkanie z dziennikarzem śledczym Wojciechem Sumlińskim
oraz promocja książki pt. „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego”, 25 kwietnia, g. 6 wieczorem w sali
parafialnej przy kościele św. Trójcy
1118 N. Noble St.
Spotkanie z pilotem Jaka-40 porucznikiem
Arturem Wosztylem, 26 kwietnia, g. 2.30 po
południu (po mszy św. o godz.1.30) w sali
Borowczyka przy kościele św. Konstancji,
5843 W. Strong St. w Chicago.
Gdynia – spotkanie z prof. Ziemowitem
Miedzińskim, autorem książki „Dyktatura
ciemniaków”, 25 kwietnia, g. 12, Fundacja
Pomorska Inicjatywa Historyczna, Przystanek Historia, ul. Morska 9.
REKLAMA
PUBLICYSTYKA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
Dziedziniec dialogu
czy antyewangelizacja
„Dziedziniec dialogu”, jaki
proponuje nam Centrum
Myśli Jana Pawła II do spółki
z archidiecezją warszawską,
to w istocie antyewangelizacja
Tomasz P. Terlikowski
K
ilka dni temu archidiecezja
warszawska do spółki z Centrum Myśli Jana Pawła II zaprosiła wiernych (i niewiernych
także) na kolejny dziedziniec
dialogu. A w ramach atrakcji z nim
związanych odbyły się spotkania – na
temat godności osoby ludzkiej – z prof.
Magdaleną Środą i prof. Jackiem Hołówką. Oboje paneliści od dawna głoszą, że aborcja jest prawem człowieka,
a eutanazja przynajmniej godną rozważenia propozycją. Mimo to jednak
archidiecezja warszawska (a ona jest
jednym z patronów i organizatorów
tego wydarzenia) uznała, że nie prze-
szkadza to jej w zaproszeniu ich do debaty o godności, która chronić powinna
prawo do życia.
I choć istotą tych spotkań ma być
rozmowa z ludźmi niewierzącymi, to
trudno nie zadać pytania, czy rzeczywiście należy debatować nad rzeczami tak oczywistymi jak to, że każdy
ma prawo do życia? Warto też zastanowić się, jaki sens ma debatowanie
nad godnością osoby ludzkiej z kimś,
kto od dziesięcioleci walczy o to, by
pewną grupę ludzi można było bezkarnie zabijać? Co do powiedzenia
o „podstawie podstaw”, czyli właśnie
o godności człowieka, ma ktoś, kto
uznaje, że wiek decyduje o tym, czy
kogoś można rozerwać na strzępy
czy nie? Czy da się rozmawiać na ten
temat z kimś, kto rozważa także likwidację starców i chorych? Moim
zdaniem nie, tak jak nie dałoby się
rozmawiać o godności osoby ludzkiej
z ideologami rasizmu w wydaniu niemieckim czy amerykańskim albo
z eugenikami.
A jednak archidiecezja i Centrum
Myśli Jana Pawła II uznały inaczej
i na debatę zaprosiły kogoś, kto
wszystkie swoje siły, i to od bardzo
dawna, poświęca na to, by głosić pochwałę zabijania najsłabszych. Magdalena Środa, bo o niej mowa (prof.
Hołówka, choć głosi podobne poglądy, nie znajduje się w czołówce walki o ich urzeczywistnienie), otrzymała więc ambonę do głoszenia
swoich tez i autoryzację archidiecezji warszawskiej. I nie przekonuje
mnie, że przecież konieczny jest
dialog. Są tezy, których się nie dyskutuje. Nie ma i nie powinno być
miejsca w przestrzeni, którą tworzą
katolicy, do dyskutowania, czy Żydów można zabijać czy nie? I czy
Afrykańczycy mają taką samą godność jak Europejczycy? I tak samo
nie widać powodu, by w przestrzeni
organizowanej przez katolików dyskutować o godności z kimś, kto
przekonuje, że są takie grupy ludzi,
które zabijać można, bo ich zabijanie jest prawem innej grupy ludzi.
Ale jako iż nie wierzę w to, że sytuacja może się zmienić, to na koniec
mam jeszcze kilka propozycji na ko-
Plan realizowany od 30 lat
Panowie i panie z PO. „Nocne wilki” nie przyjmują w swe szeregi gejów! Nie możecie ich wpuścić
do Polski. Odrobinę konsekwencji
W„Tygodniku
Powszechnym”
przeprowadzono
wywiad z Pawłem
Kowalem. Pytający
stwierdził:
„To był przeciętny
prezydent”. Kowal
odparł:„Nonsens”.
A na okładce
tak zapowiedziano
ten wywiad:
„Mit przeciętnego
prezydenta”.
Robert Tekieli
W
czasie rozbiorów w Polsce
też
mówiono
o dwóch walczących ze
sobą plemionach. Byli ci
od „ciepłej wody” i ci
„przecież Rosji wojny nie wypowiem”.
Ale rację mieli powstańcy.
Również nasze czasy historia sprawiedliwie osądzi. Nie ma wojny polsko-polskiej. Są z jednej strony patrioci, a z drugiej zaprzańcy, tchórze, konformiści i głupcy. Oczywiście niektórzy Polacy jedynie błędnie odczytują
polski interes narodowy. Ale większość popierających zaprzańców to
nie są ludzie w taki właśnie sposób
pogubieni. Najczęściej Polska im zwisa, a liczy się jedynie osobisty sukces.
Jacek Żakowski, dziennikarze radia
Zet, Monika Olejnik bronią słów szefa
FBI, który zarzucił Polakom współpracę przy Holokauście, zrównując nas
z Węgrami, sojusznikami Hitlera. Środowisko „Gazety Wyborczej” od lat
próbuje wmówić Polakom, że ich zachowanie wobec Żydów nie różniło się
w sposób istotny od działań niemieckich morderców. Wszyscy ci ludzie
plują na groby rotmistrza Pileckiego
i Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Ale ich
stanowisko nie jest intelektualną
opcją. Jest politycznym wyborem.
Agresją wobec polskości.
Upokarzać Polaków mają też kreowane na autorytety dziwne postaci. Kto
w czasie wojny bał się bardziej Polaków niż Niemców? Kolaboranci?
Szmalcownicy? Kto jeszcze, „profesorze” Bartoszewski? Twórcy „Idy” i „Pokłosia” nie mają prawa oburzać się na
amerykańskich polityków powtarzających jedynie nieprawdziwe tezy w tych
filmach promowane.
Na liście Sprawiedliwych wśród Narodów Świata najwięcej jest Polaków:
6532 na 25 685 wszystkich. Amerykanów jest czterech.
Jacek Żakowski o smoleńskim locie
powiedział: „W kabinie panował bardak, a Błasik popijał piwo”. Szokujące
poczucie bezkarności i „empatia”
w stosunku do wdowy. Zbydlęcenie.
W „Tygodniku Powszechnym” przeprowadzono wywiad z Pawłem Kowalem. Pytający stwierdził: „To był przeciętny prezydent”. Kowal odparł: „Nonsens”. A na okładce tak zapowiedziano
ten wywiad: „Mit przeciętnego prezydenta”. Kardynał Dziwisz powinien
odebrać „Tygodnikowi Powszechnemu” prawo do podpisywanie się mianem „katolicki”.
Przeczytałem właśnie książkę Stanisława Srokowskiego „Spisek bar-
Fot. Antoni Chodorowski
38
lejne „Dziedzińce dialogu”. Jak szaleć,
to szaleć, mości panowie. A zatem na
następną debatę o godności osoby
ludzkiej proponuję zaprosić od razu
Petera Singera (tego, którego chciano
zaprosić na Zjazd Gnieźnieński, co
nie chwaląc się, udało mi się zablokować), który nie tylko opowiada się za
zabijaniem nienarodzonych, lecz także narodzonych. To by była dopiero
dyskusja o tym, do którego miesiąca
można zabijać noworodki. I czy godność ludzka na to pozwala. Otwarci
katolicy pokazaliby wówczas, że takie drobiazgi jak godność i wartość
życia nie są ważne, gdy idzie o dialog.
I na drugą nóżkę, do dyskusji o Kościele i państwie świeckim można zaprosić takich ekspertów od laickości
i świeckości państwa jak Czesław
Kiszczak (o ile mu zdrowie pozwoli),
Grzegorz Piotrowski czy Jerzy Urban.
Panowie z pewnością chętnie się wypowiedzą o tym, co trzeba robić
z księżmi, którzy zabierają głos
w nieodpowiednich sprawach i jak to
drzewiej bywało. To byłby dopiero dziedziniec.
barzyńców”. Zawiera naprawdę silny obraz. Srokowski pokazuje, że
cała ta dzisiejsza wojna z rodziną,
patriotyzmem,
polską
historią,
dumą i tożsamością została zaprogramowana przez środowisko Jacka
Kuronia, Bronisława Geremka i Adama Michnika już w latach 80. Historyczny kompromis z Kiszczakiem,
Jaruzelskim, Urbanem był przejawem sojuszu wszystkich tych sił, dla
których odrodzenie się Polski obywatelskiej, aktywnej, solidarnej, patriotycznej i wierzącej to wyrok
śmierci.
Około 1988 r. rozmawiałem z Adamem Michnikiem w jego mieszkaniu
przy alei Róż, czy może alei Przyjaciół. Próbował wtedy przekonać
mnie, młodego gniewnego z „brulionu”, że komuniści już nie zagrażają
Polsce, a wrogiem jest teraz Kościół
i totalitaryzm narodowy. Wyśmiałem
go, nie wiedząc, że nie uczestniczę
w intelektualnej dyspucie. Gdy przeczytałem w książce Srokowskiego
opis dokładnie takiej samej rozmowy z jednym z bohaterów jego książki, zrozumiałem, że było to po prostu
kuszenie. Adam Michnik wyszukiwał
wśród peerelowskiej opozycji sojuszników. Tych, którzy zakrzykną:
„Tusku, musisz!”; tych, dla których
polskość to nienormalność. Ten obóz
został zbudowany. Stąd ratyfikacja
konwencji „antyprzemocowej”, stąd
debata nad in vitro, stąd cała ta agresja przeciwko Polsce, rodzinie i Kościołowi. Polską rządzą ludzie, których celem jest mentalna rewolucja.
Całkowite zniszczenie polskości,
chrześcijaństwa, zachodniej cywilizacji. Mają wizję sięgającą kilku kolejnych pokoleń. Ale nie wygrają, bo w tej
grze uczestniczą również nadprzyrodzeni aktorzy.
PUBLICYSTYKA
PO za 3,69 złotych
Ryszard Czarnecki
Oszuści via telefon komórkowy obiecują talizmany, jeśli w określonym czasie wyśle się
SMS, oszuści polityczni obiecują różne cuda na kiju, jeśli zagłosuje się na partię władzy
w określony dzień
Rys. Mirosław Andrzejewski
R
yba psuje się od głowy. To jasne. Obywatele
patrzą na władzę i – nierzadko – przejmują
jej zwyczaje. W Polsce trwa w tej chwili nachalny mobbing SMS-owy. Właścicielom
telefonów komórkowych wciska się kit
albo raczej PO – Puste Obietnice, pod warunkiem że wyślą jednego SMA-a, np. za 3,69 zł.
Przypomina to, powtarzającą się co parę lat, akcję
nękania mieszkańców Rzeczypospolitej przez PO ‒
Platformę Obywatelską: oddaj na nas głos, a my ci to
i tamto.
Partia PO robiła to niegdyś bardziej finezyjnie, teraz naciąga wyborców na chama, „na żywca”, robi już
istny rympał, jedzie po bandzie, bajeczki o inwestorze z Kataru to, doprawdy, na tym tle szczyt bajery.
PO jak Pazerni Oszuści wyłudzający SMS-y czy wręcz
szantażujący – o czym za chwilę ‒ ludzi, żeby wysłali SMS-a, są jak władza, bo chcą nas zrobić „w bambuko”, ale robią to, zdaje się, z większą fantazją: „To
IMIĘ przecina drogę TWOJEGO życia w aż trzech
miejscach! To ZNAK! Przetnie je teraz po raz trzeci,
jak się dowiesz, to zostanie już na zawsze! Odp KTO
na... (tu: numer tel. ‒ dop. R.Cz.) / 3,69 zł”. To taki
właśnie SMS od naciągaczy. Pisownia oryginalna.
Owi naciągacze kryminalni bardziej wszak intrygują
i zaprzątają wyobraźnię, bo naciągacze polityczni od
razu wykładają, o jakie imię chodzi: kiedyś Donek,
teraz Ewka.
„Przyjmij imienny TALIZMAN PIENIĘŻNY. Pobierz
go za 3,69 przed 23.00 i noś przy sobie! Od jutra ma-
jątek, koniec DŁUGÓW! Nie dziękuj! Odp JUŻ na … (tu
numer – dop. R. Cz.)” ‒ oszuści via telefon komórkowy obiecują talizmany, jeśli w określonym czasie wyśle się SMS, oszuści polityczni obiecują różne cuda na
kiju, jeśli zagłosuje się na partię władzy w określony
dzień. I jedni, i drudzy są po tych samych pieniądzach.
I jedne, i drugie przechery odnajdują się w obszarze miłości. Przechery z polityki – w polityce
miłości. Przechery zwykłe w taki oto sposób:
„Tak Cię kocha, że aż płacze! Wzięłam ołówek
i narysowałam twarz tej osoby. Odp. DAJ na... (nr
39
tel.– dop. R.Cz.) za 40 sek. masz opis plus imię na
telefonie! / 3,69 zł”. Trzeba przyznać, że za facjatę Donalda i jego chrzestne imię (à propos: jest
jakiś święty Donald?) nie trzeba było płacić, ale
jak już się zagłosowało, to cały naród płaci do tej
pory. I to, niestety, znacznie więcej niż 3,69 zł
per capita.
„Słońce, masz dobre serce, za dużo cierpisz!
Chcę Ci pomóc, bo na to zasługujesz. Powierz ten
1 sms, odwrócę zły los – dam prezent który da Ci
bogactwo – Odp LOS / 3,69” – czy ów kolejny
SMS od PO, czyli Pewnych Oszustów, nie przypomina nam kampanii PO (jak Platforma Obywatelska) i jej, mniej więcej, takiego przesłania: „Obywatelu, jesteś dobry, a pod butem Kaczora cierpisz! PO chce Ci pomóc, bo na to zasługujesz. Zagłosuj na PO – odwrócę zły los, dam PREZENT
w postaci władzy Donalda, który da Ci bogactwo”... Cóż, niektórzy bogactwo nawet znaleźli,
tyle że na emigracji...
Oto kolejna porcja od PO, czyli Paranoicznych
Oszustów: „(data) – Widzę łzy, wielkie łzy, na
wieść o … Powiem Ci od razu, ale przygotuj się na
szok bo czegoś takiego się nie spodziewasz! Odp
SZOK na (…)”. PO też straszyła – kazamatami PiS-iorów, a Balcerowicz nie straszył, tylko wprowadził terapię szokową.
„Od rzemyczka do koziczka” ‒ jak mówi stare
polskie przysłowie. Od naciągania do szantażu:
„PRZEKLIMAM CIEBIE, rodzinę i dom ‒ taką KLĄTWĘ rzucił na Ciebie MĘŻCZYZNA – wiem KTO!
Muszę ją zdjąć dziś, inaczej TRAGEDIA. Napiszę
KTO! Odp DZIŚ na … / 3,69”. Cóż, takie rzeczy powinny być karalne. Ale pewnie nie są. I trudno się
dziwić, że nie są, skoro władza też straszy i szantażuje. Nikt ich za to („paka” – jak mówią Rosjanie
‒ czyli „póki co”) nie karze. PO straszy, że jak kaczyści dojdą do władzy, nastąpi potop. Wiadomo,
że nie nastąpi. POtop już przecież jest. Nie trzeba
nawet wpłacać 3,69. Wystarczy, żeby się zagłosowało, jak trzeba ‒ czyli na PO.
Może wreszcie czas „zdeaktywować” oba te „serwisy”?!
REKLAMA
Dzisiaj my dzieciom,
jutro one nam!
e-mail: [email protected], [email protected] (sekretariat redaktora naczelnego),
[email protected] (dla tekstów niezamawianych), [email protected], www.gazetapolska.pl
02-056 Warszawa, ul. Filtrowa 63/43,
- faks (+ 48 22) 825 12 25, tel. (22) 290 29 58
Redaktor naczelny Tomasz Sakiewicz, zastępca redaktora naczelnego Katarzyna Gójska-Hejke,
zastępca redaktora naczelnego Piotr Lisiewicz, sekretarz redakcji Martyna Hajdo-Trolińska,
kraj Piotr Lisiewicz (kier.), Dorota Kania, Maciej Marosz, Grzegorz Wierzchołowski, Antoni
Zambrowski, Kaja Bogomilska, świat Olga Doleśniak-Harczuk (kier.), kultura Bohdan Urbankowski
nasz numer KRS: 0000037425
(kier.), Filip Rdesiński, Wojciech Piotr Kwiatek, Maciej Parowski, Marcin Wolski, społeczeństwo
Tomasz P. Terlikowski, historia Piotr Ferenc-Chudy (kier.), Jan Żaryn (współpraca), gospodarka
Maciej Pawlak, Tadeusz Święchowicz, publicystyka Anita Gargas (kier.), Joanna Lichocka, Andrzej
Waśko, stali felietoniści Ryszard Czarnecki, Andrzej Gwiazda, Robert Tekieli, Krzysztof Wyszkowski,
Rafał A. Ziemkiewicz, kluby Ryszard Kapuściński, layout Mariusz Troliński, logotyp Marianna
Fundacja „Głos dla Życia”
od ponad 20 lat uwrażliwia
umysły i serca Polaków
na wartość życia i rodziny.
Jaromska, grafika i zdjęcia Mariusz Troliński, Krzysztof Lach, ilustracje Mirosław Andrzejewski,
DTP Paweł Chrzanowski, Aleksander Razcwarkow, sekretariat redaktora naczelnego
(kier.) Joanna Jenerowicz.
Kontakt z czytelnikami, interwencje: Paweł Piekarczyk, tel. 501 618 977;
e-mail: [email protected]
WYDAWCA Niezależne Wydawnictwo Polskie Sp. z o.o.
Reklama i ogłoszenia Anita Czerwińska, tel. (22) 290 29 58;
e-mail [email protected]
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść ogłoszeń. Warunki prenumeraty: krajowa listem
Twój 1% podatku dochodowego jest bezcenny.
Potrzebujemy Twojego zaangażowania,
aby efektywnie wspierać i bronić dziecko i rodzinę!
dr Paweł Wosicki
prezes Fundacji „Głos dla Życia”
zwykłym – 5,50 zł za egz., listem priorytetowym – 6,25 zł za egz.; zagraniczna – 13,90 zł za egz.;
pocztą priorytetową do: Europy – 16,90 zł, Ameryki Płn., Afryki – 17,40 zł, Ameryki Płd., Środkowej
i Azji – 19,90 zł, Australii i Oceanii – 26,90 zł (wszystkie ceny obejmują koszty przesyłki
pocztowej). Przyjmujemy prenumeratę na kwartał (13 egz.), pół roku (26 egz.) i rok (52 egz.),
kontakt: (22) 290 00 90 Konto Bank Pekao SA Oddział w Warszawie
Nr konta: 47 12401053 1111 0010 1999 1772 (przy przelewach dokonywanych z zagranicy należy
dopisać przed numerem konta:
PL oraz symbol PKOPPLPW).
www.glosdlazycia.pl
do pobrania bezpłatny
Program do PIT
Prowadzimy także kolportaż „GP” przez Pocztę Polską, Ruch i Garmond Press. Informacje;
tel. (+48 22) 833 06 96, Druk: Seregni Printing Group, Warszawa.
Materiałów niezamówionych redakcja nie zwraca. Przekazanie „Gazecie Polskiej” materiałów
do druku oznacza jednoczesną zgodę na ich emisję w internecie.
DRUKUJEMY TEŻ TEKSTY AUTORÓW, Z KTÓRYMI SIĘ NIE ZGADZAMY!
40
PUBLICYSTYKA
22.04.2015 www.GazetaPolska.pl
Z BLISKA \ Jan Pospieszalski
OKONIEM \ Katarzyna Gójska-Hejke
Zielone Ludziki
Polskie
Wilki Putina
W
internecie karierę robi filmik, na którym Andrzej
Seremet, nie wiedząc, że już włączono kamerę,
mówi: „Nie martw się, Mietek, potem nowe wybory i PiS nas powsadza”. Pomijając, kim jest ów
Mietek, ważniejsze jest dla mnie pytanie: czego
się może obawiać prokurator generalny?
Myślę, że zarówno Andrzej Seremet, jak i śledczy z Naczelnej
Prokuratury Wojskowej doskonale wiedzą, że ich działania i świadome zaniechania w śledztwie smoleńskim pozwolą (w przypadku zmiany władzy) postawić ich przed sądem. Bezkarność gwarantuje im, na razie, parasol ochronny rządzących oraz koledzy
w prokuraturach i sądach, którzy za pomocą najrozmaitszych proceduralnych kruczków (np. kawałkując postępowanie, wyodrębniając pomniejsze wątki), umarzają śledztwa. Pierwsza próba,
podjęta przez pełnomocnika rodzin mec. Piotra Pszczółkowskiego, nie udała się. Doniesienie o możliwości popełnienia przestępstawa przez niedopełnienie obowiązków służbowych przez funkcjonariuszy Prokuratury Wojskowej, którzy nie uczestniczyli
w sekcjach ofiar katastrofy smoleńskiej na terenie Federacji Rosyjskiej, a potem zaniechali wykonania sekcji zwłok w Polsce, mec.
Pszczókowski złożył w 2012 r. Po roku sąd umorzył postępowanie
karne. Wtedy pełnomocnik złożył zażalenie, także bez skutku.
Przpomnijmy – prokuratorzy w Smoleńsku i w Moskwie odstąpili
od wykonania oględzin i sekcji zwłok (a także wielu innych, niezwykle istotnych czynności), zasłaniając się tym, że zrobili to już
Rosjanie. A przecież nie istniała żadna przesłanka, żaden dowód,
żadna ekspertyza ani żadne ustalenia pozwalające wykluczyć
sprawstwo lub współsprawstwo strony rosyjskiej. Oddanie klu-
Śledczy z Prokuratury Wojskowej doskonale
wiedzą, że w przypadku zmiany władzy ich
działania i świadome zaniechania w śledztwie
smoleńskim pozwolą postawić ich przed sądem.
Bezkarność gwarantuje im parasol ochronny
rządzących. Ale tylko do czasu.
czowej czynności, jaką były oględziny i sekcje zwłok, obcemu państwu, zanim cokolwiek było wiadomo (przy możliwości dokonania własnych ustaleń), nie mieści się w głowie. To skandaliczne
zaniechanie albo celowe działanie. Na marginasie, Andrzej Seremet w tych najważniejszych momentach, w obliczu takiej tragedii,
nie pojawił się w Rosji. Podobno 10 kwietnia, w drodze z Tarnobrzega na lotnisko, popsuł mu się samochód (!?). Potem było już
tylko gorzej. Brak interwencji Seremeta wobec ignorowania przez
Rosjan wniosków o pomoc prawną, ale przede wszystkim brak
elementarnego nadzoru nad śledztwem. Potwierdzają to zeznania
Parulskiego, ówczesnego koordynatora śledztwa, który nie pamięta, czy informował swojego przełożonego o tym, że nikt z polskich
śledczych nie uczestniczył w sekcjach zwłok. Rok po tragedii żona
śp. Tomasza Merty powiedziała: „To śledztwo jest prowadzone
tak, żeby niczego nie wyjaśnić”. Dziś widzimy, jak działania prokuratury potwierdzają jej słowa. Panowie w zielonych mundurach
z NPW nie dopuścili światowej sławy patomorfologa Michaela Badena do udziału w sekcji zwłok ekshumowanej ofiary. A kiedy
podczas innej sekcji pełnomocnicy rodzin występowali o przeprowadzenie dodatkowych badań, sekcję przerwano i po kilkugodzinnej przerwie na telefoniczne konsultacje z kimś z Warszawy, nie
dokonano tych czynności, choć ciało było na stole i zespół gotowy
do pracy. Od trzech lat blokowane są wnioski o kolejne ekshumacje. Mimo zakwestionowania opinii CLKP w sprawie trotylu, śledczy nie chcą udostępnić próbek niezależnym ekspertom. Choć
trwa awantura o odczyty z czarnych skrzynek, Naczelna Prokuratura Wojskowa odmawia pełnomocnikom rodzin dostępu do nagrań. Natomiast stenogramy i opinie wrzucane są do zaprzyjaźnionych mediów, bez możliwości odsłuchania materiału źródłowego przez niezależnych biegłych. Niestety, podobnych przykładów jest o wiele więcej. Wszystko wskazuje na to, że rację ma
jedna z wdów, która powiedziała: „Prokuratorzy z NPW powinni
zmienić mundury z polskich na rosyjskie”.
R
ajd „Nocnych Wilków” po Polsce to
test, a nie prowokacja. W interesie
Kremla nie jest bowiem urządzenie
bijatyki, lecz coś zgoła innego
– oswojenie Polaków z pojawianiem
się dziwnych grup z Rosji, uśpienie
naszej wrażliwości na takich „gości”. Dodatkowo zapewne rosyjskie służby sprawdzą,
w jaki sposób na samą zapowiedź przejazdu
lub sam przejazd (jeśli do niego dojdzie) zareagują instytucje RP odpowiedzialne za bezpieczeństwo. Sukcesem akcji, która rzekomo
ma się rozpocząć 25 kwietnia w Moskwie, będzie jej spokojny przebieg i przekonanie wielu Polaków, iż protest przeciwko rosyjskim
motocyklistom był bez sensu, a w przyszłości
nie ma się co takimi wydarzeniami przejmować. Być może za jakiś czas większego zainteresowania Polaków nie wzbudzi nieliczny
transport wojskowy, który chciałby przejechać z obwodu kaliningradzkiego na poligon
w okolicach Brześcia. A mało przekonujące
ostatnio hasła o konieczności współpracy
z Rosją, bo nie jest ona taka najgorsza, a Ukrainie wymierza sprawiedliwość za II wojnę
światową, zaczną trafiać na bardziej podatny
grunt. Warto zwrócić uwagę na nawołujących
do zaniechania protestów przeciwko rajdowi
„Nocnych Wilków”. Czy nie są to przede
wszystkim ci, którzy mogą być słuchani przez
młodych, gotowych do antyrosyjskich protestów Polaków? Ńie zaszkodzi także wsłuchanie się w poszczególne słowa tych apeli: „Oni
są tacy jak my”, „Trudno im się dziwić”, „Po
prostu kochają hisorię”, „Nie chodzi o politykę, lecz o pamięć”. Jak to się ma do trwającego
od lat, mającego już postać rytuału w polskiej
polityce straszenia wielką, silną, niepokonaną
Rosją, której my – malutka Polska – nie mamy
najmniejszej szansy się oprzeć? Otóż pasuje
jak ulał: potężna Rosja nie jest taka zła, gdy się
jej nie sprzeciwiamy. A straszne „Nocne Wilki”
mogą okazać się sympatycznymi wilczkami,
gdy pozwolimy im spokojnie czcić choćby
zbrodniarza Czerniachowskiwgo. Uległość
wobec Moskwy zostaje nagrodzona.
Nie wiem, czy taki właśnie scenariusz napisano na Kremlu, ale taki na pewno byłby najbardziej dla jego lokatorów opłacalny. W mojej ocenie bardzo wiele wskazuje, że jest on
celem numer jeden. Czy uda się go zrealizować – nie wiem. Wiem jednak na pewno, iż
każda sytuacja zostanie odpowiednio wykorzystana przez propagandę rosyjską. Bo tam
nie ma mediów, są tylko propagandyści. A oni
wszystko, a przede wszystkim to, co nigdy nie
zaistniało, odpowiednio zaaplikują swoim
doszczętnie skołowanym odbiorcom. Pisanie
o „Nocnych Wilkach”, niepozwalanie politykom i instytucjom na bierność w sprawie ich
wycieczki do Polski, mają ogromny sens.
W naszym interesie jest bowiem niewpuszczenie tej zgrai za naszą granicę. Sygnał musi
być jasny – żadnych akcji na terenie naszego
kraju, zero swobody. A sposobów na udaremnienie rajdu po Polsce ulubionym motocyklistom Putina jest aż nadto. Jeśli polscy
kierowcy mogą kilka dni sterczeć przed rosyjską granicą i czekać na jakąkolwiek aktywność tamtejszych pograniczników, to zapewne i „Nocne Wilki” zniosłyby taką niedogodność przed granicą RP. A to jeden z najprostrzych pomysłów. Władze mają wiele
skutecznych możliwości, by poradzić sobie
z motocyklowymi gośćmi. Warto wsłuchiwać
się uważnie w głos tych, którzy zapowiadają,
iż będą eskortować rajd putinowców. Naprawdę warto. Być może na naszych oczach
tworzy się właśnie nowy byt polityczny, który zjednoczony „pragmatycznym podejściem
do relacji z Rosją” wystartuje w jesiennych
wyborach parlamentarnych.
REKLAMA