Trzeźwy blues o miłości i życiu

Komentarze

Transkrypt

Trzeźwy blues o miłości i życiu
Trzeźwy blues o miłości i życiu
Utworzono: czwartek, 16 maja 2002
Trzeźwy blues o miłości i życiu
Teksty przychodzą mu do głowy same, same też układają się do muzyki, którą pisze. Ale z pierwszą piosenką nie było tak łatwo.
Kiedy po latach wykonywania cudzych utworów postanowił, że napisze coś swojego, słowa nie chciały się składać w logiczną
całość. W ten sposób powstała pierwsza piosenka Eugeniusza Szwarcera „Niemoc”, opowiadająca o tym, jak trudno jest coś
fajnego napisać. Dziś, twórca zespołu „Egon Band”, górnik kopalni „Bielszowice”, ma na swoim koncie około 20 piosenek, z którymi
występuje na różnych festiwalach w całej Polsce. Do emerytury brakują mu dwa lata. Pracę rozpoczął w kopalni „Siemianowice” w
rejonie „Rozalia”, po jej zamknięciu 80 proc. załogi przeszło do „Bielszowic”.
W jego rodzinie wszyscy byli górnikami: dziadek, ojciec i brat, który po wypadku na dole został inwalidą. Wszyscy też byli
muzykalni, ojciec miał swoją kapelę, a na rodzinnych „geburstagach” do chóralnych śpiewów przygrywała nieraz cała orkiestra. Ta
tradycja wspólnego śpiewania jest zresztą ciągle obecna, pan Eugeniusz śpiewa często na imprezach organizowanych przez
kolegów z pracy, zdarza mu się występować na spotkaniach opłatkowych i ogniskach. Wielu górników z jego otoczenia interesuje
się muzyką, bo to odpręża po ciężkiej pracy pod ziemią.
Na swój pierwszy festiwal pojechał w 1991 roku.
– Po prostu wziąłem gitarę, wsiadłem do 20-letniego malucha i przyjechałem – opowiada.
To był jego pierwszy poważny występ publiczny, ale szybko posypały się kolejne festiwale: w Leśnej koło Lubania Śląskiego, w
Olsztynie koło Częstochowy, w Warszawie w klubie „Karuzela”, występy w domach kultury i kawiarniach. Oprócz nagród, które
często zdobywa, szczególnie cenne są dla niego niedawne gratulacje Jary Jaryczewskiego – muzyka „Oddziału Zamkniętego”.
– Jako młody człowiek bardzo go podziwiałem, piosenek „Oddziału” uczyłem się z powielanych byle jak książeczek. Dziś jest dla
mnie przede wszystkim przykładem pokonywania własnych słabości.
Choć Szwarcer występuje od kilkunastu lat, pisać i komponować zaczął, gdy na swojej drodze życiowej spotkał muzę. Po dwóch
latach znajomości muza została jego żoną, w takiej sytuacji trudno jest narzekać na brak natchnienia. Jego przygoda z gitarą
rozpoczęła się w dzieciństwie. Kiedy jako nastolatek dostał pierwszą gitarę od ojca, tworzył zgrany duet z kolegą z podwórka. Nie
bez znaczenia było i to, że można było w ten sposób imponować dziewczynom. Wprawdzie nie ma wykształcenia muzycznego i
nie gra z nut, ale zdarza mu się występować z profesjonalnymi muzykami, z którymi nierzadko się przyjaźni. To właśnie za ich
namową postanowił nagrać płytę. Zanim powstały pierwsze autorskie piosenki, wykonywał na scenie kawałki „Dżemu”, Krzysztofa
Krawczyka i Ryszarda Rynkowskiego. Śpiewał też utwory swoich przyjaciół, którzy wraz z nim występują na festiwalach
abstynenckich. Bo to, że dziś Eugeniusz Szwarcer występuje publicznie i zdobywa nagrody, zawdzięcza życiowym zawirowaniom.
W 1990 roku postanowił przestać pić.
– Zacząłem pić, gdy miałem 15 lat, na szczęście narkotyki nie były wtedy łatwo dostępne, bo pewnie też bym je brał dla
towarzystwa – opowiada. – Gdy miałem 28 lat straciłem przez alkohol wszystko, zaufanie, bliskich, rodzinę.
Z nałogiem jest tak, że rozwija się cichaczem. Niepostrzeżenie zaczyna się pić coraz więcej. Na bańce chodzi się do pracy, zalicza
się bumelki. Liczą się tylko koledzy i wódka, do tego ucieka się od realnego świata i kłopotów. Kiedy wszystko po kolei wali się
człowiekowi na głowę, okazuje się, że wokół jest pusto. Bliscy odeszli, bo nie wytrzymali codziennych zmagań z alkoholikiem,
koledzy zniknęli, bo skończyła się balanga.
– W 1990 roku powiedziałem sobie dosyć tego i pojechałem na odwyk do Gorzyc. Ale nie wytrzymałem, po roku był drugi odwyk i
od tego czasu jestem trzeźwy.
Choroba nie wybiera, na odwyku spotykał i profesorów, i elektryków. Każdy z nich potrzebował pomocy. Żaden na początku nie
chciał się przyznać przed sobą, że jest alkoholikiem. Może jeden człowiek na milion potrafi poradzić sobie z chorobą alkoholową
sam, wszyscy inni potrzebują pomocy fachowców. Taką pomocą służą kluby abstynentów, gdzie po odwyku przechodzi się
rehabilitację. Niestety, nie wszystkim udaje się wrócić do życia, w którym nie trzeba gorączkowo szukać butelki.
– Nie miałem momentów załamań, w których chciałem sięgnąć po kieliszek, ale zdarza mi się – tak jak zdrowym ludziom – mieć
ochotę na zimne piwo z pianką. Nie wypijam nawet tego jednego piwa, bo mam świadomość, że to się może bardzo źle skończyć.
W alkoholu topił też lęk przed pracą pod ziemią.
– Nikt mi nie powie, że zjeżdżając na dół się nie boi. Ten lęk towarzyszy nawet podświadomie. Pamiętam, że kiedyś górnicy od
razu po szychcie chodzili na piwo. Nie tylko ze względu na pragnienie, także po to, by się zrelaksować. Dziś kadra stawia ostre
warunki – jesteś na dole pijany, to wylatujesz. Teraz w większości kiosków pod kopalnią zamiast piwa można kupić słonecznik.
Szwarcer podkreśla, że żeby przestać pić, trzeba mieć motywację. Sam przestał pić ze względu na dzieci, dziś motywuje go także
miłość do muzyki i drugiej żony. Wsparciem był dla niego zawsze przykład, jaki swoim życiem dawali mu rodzice. Kiedyś pisał
piosenki o wychodzeniu z nałogu, ale dziś woli, jak sam mówi, trzeźwe teksty o miłości i życiu.
Anna Zych