Relacje-Interpretacje Nr 2 (6) czerwiec 2007

Komentarze

Transkrypt

Relacje-Interpretacje Nr 2 (6) czerwiec 2007
Relacje n­ter­pre­ta­cje
ISSN 1895–8834
Kwartalnik Regionalnego Ośrodka Kultury w Bielsku-Białej
Bielska architektura i wiedeńskie inspiracje
Artur Pałyga i Jan Picheta – dialogi
Nr 2 (6) maj 2007
Ludowe zabawki
Juliusz Wątroba o młodych
Sen nocy letniej w Teatrze Polskim
Nowe Ateny
Beskidzkie Centrum
Zabawkarstwa Ludowego
Pod tym hasłem Regionalny
Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej
prowadzi wiele różnorodnych
działań. Bogata jest oferta
na tegoroczne lato.
Przypomnijmy, że w siedzibie
ROK mieści się stała ekspozycja
zabawek typowych dla ośrodków: myślenickiego, kieleckiego,
rzeszowskiego i przede wszystkim żywieckiego. Obecnie trwają
tu prace modernizacyjne, a ponownie Centrum zostanie oddane do dyspozycji ­zwiedzających
27 lipca.
Tego samego dnia oficjalnie
otwarta zostanie w Galerii Sztuki
ROK międzynarodowa pokonkursowa wystawa zabawek tradycyjnych (potrwa do pierwszych dni
września). Pokazane na niej będą
prace twórców z krajów Grupy
­Wyszehradzkiej, a więc z Polski,
Słowacji, Czech i Węgier.
Przez trzy ostatnie dni tegorocznego Tygodnia Kultury Beskidzkiej – 3, 4 i 5 sierpnia – ROK
zaprasza na warsztaty zabawkarskie. Poprowadzi je Tadeusz
Leśniak ze Stryszawy i jak na
stryszawską tradycję przystało,
ich tematem będą ptaki – dziwaki. W warsztatach udział może
wziąć każdy. Wystarczy przyjść
na Targi Sztuki Ludowej w Żywcu
– na dziedziniec Starego Zamku.
Dwa ostatnie dni – 4 i 5 sierpnia
– Targów w Żywcu upłyną pod
znakiem prezentacji w ramach
II Wyszehradzkich Dni Zabawki.
Na zdjęciach zabawki
ze stałej ekspozycji BCZL.
Aleksander Dyl, Zbigniew Hojny,
Marian Koim, Zbigniew Micherdziński
(archiwum ROK)
Relacje n­ter­pre­ta­cje
Folklor
Kwartalnik Regionalnego
Ośrodka Kultury
w Bielsku-Białej
Okładka/wkładka
1
Beskidzkie Centrum Zabawkarstwa Ludowego
Góralskie dzieciństwo
Rok II nr 2 (6) maj 2007
Adres redakcji
ul. 1 Maja 8
43-300 Bielsko-Biała
telefony
0-33-822-05-93 (centrala)
0-33-822-16-96 (redakcja)
[email protected]
www.rok.bielsko.pl
Barbara Rosiek
Felieton
3
W poszukiwaniu ducha miasta
Katarzyna Sadowska
Architek tura
4
Rynek niewykorzystanych szans
Bożena Chorąży
Bogusław Chorąży
8
Wiedeń, Hofburg
Recenzje
19
Życie i ja
Joanna Foryś
Śladami Wiednia
20
Małgorzata Bujak
Owoc widzenia
Małgorzata Słonka
22
W ramionach osła
Magdalena Legendź
Nowe Ateny
29 Kuku pamięci
Janusz Legoń
Kar tka z podróż y
31
Jechać do Lwowa
Marek Bernacki
33
36
Lwów, pomnik Nikifora
M. Bernacki
Literatura
14
Wiersze. Proza
Aleksandra Kil
Marta Maj
Krzysztof Kurus
18
Młodzi! Utalentowani!?
Juliusz Wątroba
Rozmow y
24 Artur Pałyga czyta testament
Z Arturem Pałygą rozmawiał Jan Picheta
26
Rozmaitości
Rekomendacje
Wychodzę z bagna
Z Janem Pichetą rozmawiał Artur Pałyga
Galeria
Wkładka
Moje krajobrazy – Maria Procyk
© M. Bujak
Redaktor naczelna
Małgorzata Słonka
Rada redakcyjna
Ewa Bątkiewicz
Lucyna Kozień
Magdalena Legendź
Janusz Legoń
Leszek Miłoszewski
Artur Pałyga
Jan Picheta
Maria Schejbal
Agata Smalcerz
Maria Trzeciak
Juliusz Wątroba
Urszula Witkowska
Opracowanie graficzne, DTP
Mirosław Baca
Projekt logo
Agata ­Tomiczek‑Wołonciej
Wydawca
Regionalny ­Ośrodek Kultury
w Bielsku-Białej
dyrektor Leszek Miłoszewski
Nakład 900 egz.
(dofinansowany przez
Urząd Miejski w Bielsku-Białej)
Naświetlanie Art-Line Plus
Druk OW Augustana
Czasopismo bezpłatne
ISSN 1895–8834
Zrealizowano w ramach Programu
Operacyjnego Promocja
Czytelnictwa ogłoszonego
przez Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego
Góralskie
dzieciństwo
Barbara Rosiek
W lipcu i sierpniu Regionalny Ośrodek Kultury w Bielsku-Białej zaprasza do swojej galerii na międzynarodową pokonkursową wystawę zabawek. Dla jednych może ona być pretekstem do przywołania wspomnień z dzieciństwa, dla innych do głębszej refleksji nad współczesną kondycją tej ­dziedziny
twórczości ludowej. Oba wątki łączą się w tekście Barbary Rosiek.
Moje dzieci są już dorosłe. Wychowały się na plasti­
kowych konstruktorach i klockach lego. Ale pamiętam
ich miny, gdy któregoś dnia przywiozłam do domu kle­
poka, bryczkę i koniki. I furorę, jaką te zabawki zrobiły
w przedszkolu syna, gdzie zresztą pozostały. Wszystkie
inne w tym momencie powędrowały do kąta. Dzieci ba­
wiły się ludowymi konikami.
Dzisiaj rozmawiam z dziećmi odwiedzającymi mu­
zeum. Pokazuję im stare zabawki, pytam, czym się ba­
wią. Wymieniają mi jakieś gry komputerowe, lalki Barbi,
transformersy itp. Niektóre, te do oglądania i podziwia­
nia, szybko je nudzą. Dziecko jest kreatywne, ma tyle po­
mysłów, chce tworzyć, niekoniecznie powielać. Potrze­
buje ruchu, jest pełne życia. Dawniej dzieci wiejskie nie
nudziły się. Jeżeli nie miały akurat żadnych obowiąz­
ków, zawsze coś wymyśliły. Jakąś zabawę czy zabawkę.
A dzieci żywieckich zabawkarzy pomagały w produk­
cji. Malowały koniki, bryczki czy ptaszki.
Życie dzieci wiejskich nie było łatwe. Nie znaczy to,
że się nie bawiły czy nie miały zabawek. Owszem – wy­
korzystywały każdą wolną chwilę, jaka się przydarzy­
ła. A nie było ich zbyt wiele. Przecież od najmłodszych
lat pomagały w gospodarstwie i opiekowały się młod­
szym rodzeństwem. Jednak nie było w okolicy drzewa,
jaru, wąwozu czy stawu, które nie byłyby spenetrowa­
ne. Z tego powodu krowy nieraz poszły w szkodę. Ale
Karetki z ryzowaniem przecież wokół pastwiska wszystko było takie ciekawe.
­charakterystycznym Można było tyle podpatrzyć. Tyle się dowiedzieć. Gdy
dla żywieckiego ­ padał deszcz, trzeba było wymyślić jakiś prosty szałas.
ośrodka ­zabawkarskiego Gdy prażyło słońce, nieraz wypełzały gady. W potoku
(Teofil Szczygieł, Lachowice) rechotały żaby. Z pastwiska wracało się tyle razy z po­
Barbara Rosiek
– etnograf Muzeum
Miejskiego w Żywcu.
Znawczyni zagadnień
związanych z kulturą
i sztuką ludową Beskidów,
przede wszystkim
Żywiecczyzny. Autorka
licznych publikacji,
kuratorka wystaw, jurorka
przeglądów, konkursów
i festiwali folklorystycznych.
R e l a c j e
drapanymi rękami i pokaleczonymi stopami, z umoru­
saną borówkami buzią. Ale jaka to była frajda współeg­
zystować z przyrodą, czuć jej tętno, być jednym.
Wiejskie dzieci rzadko miewały kupione zabawki.
Dziewczynki bawiły się lalkami szmaciankami uszyty­
mi przez babcie. Gotowały posiekaną trawę, małe ka­
myczki czy patyczki, które soliły piaskiem. Za naczy­
nia służyły szerokie liście, kora, jakieś nieużywane już
przez mamę stare zdziorty czy wyplecione z trawy na­
czyńka. Chłopcy strugali kozikiem piszczałki i łódeczki
z kory. Za konika służył im patyk. Głosy ptaków naśla­
dowały wycięte z kawałka blachy wabiki czy drewnia­
ne gwizdki. Różne dźwięki wydawały też trąbki skręco­
ne z kory, piszczki ze słomy czy ptasich piór, trzymane
między palcami liście trawy poruszane dmuchaniem
albo po prostu odpowiednio ułożone usta. Do polowa­
nia służyły proce, które każdy robił sam. Wszyscy bie­
gali za szmacianą piłką.
Moje dzieciństwo było trochę inne. Spędziłam je
w Węgierskiej Górce, która wówczas, w latach 60., nie
była typową wsią. Większość mieszkańców łączyła pracę
w odlewni żeliwa z gospodarstwem. Dość licznie przy­
jeżdżali już wtedy letnicy. Urodziłam się na granicy
dwóch światów. Tego dawnego i współczesnego. Mieli­
śmy z rodzeństwem już różne zabawki, lalki, klocki, ja­
kieś gry, rower, ba, nawet wrotki i bilard. Moi rodzice nie
mieli dużo pola ani krów. Ojciec był urzędnikiem. Nie­
mniej pamiętam uciążliwą pracę przy żniwach, zalewa­
ne deszczem siano czy ruszanie ziemniaków. Ale przede
wszystkim pamiętam naszą wspólnotę placową. Kole­
żanki, które pasły krowy w pasterniku czy na gęsiej szyi
I n t e r p r e t a c j e
W konkursach na zabawkę
organizowanych co dwa
lata przez Regionalny
Ośrodek Kultury w Bielsku‑Białej pojawiają się formy
nietradycyjne, objęte
kategorią „impresja na
temat zabawek” (Rozalia
i Józef Szypułowie,
Czechowice-Dziedzice)
Archiwum ROK
R e l a c j e
i smażoną na ognisku jajecznicę okraszoną spadającymi
z drzew szpilkami. Wspólne skakanie do siana, zrywane
w cudzym sadzie wiśnie, domek zmontowany na rozwi­
dlonym pniu jabłoni. Pamiętam podjadany chleb, któ­
ry miałyśmy drobić kurom i szczypiące po nogach gęsi.
Chłopców z drewnianymi sikawkami urządzających
w śmigusa manewry na otoczonym potoczkami placu.
Na zawsze zapamiętałam też z tamtego czasu tabor
Cyganów koczujących po drugiej stronie Soły, wędrują­
cą dziadówkę, handlarza sprzedającego oleodruki i ko­
bietę z wielkim tobołem na plecach. Była z Koszarawy.
Nie bardzo wiedziałam, gdzie ta Koszarawa leży, ale było
mi tej kobiety bardzo żal. Dźwigała na plecach ciężar,
który ją przyginał do ziemi. Były to zawiązane w wiel­
kiej płachcie łyżki, rogalki, warzechy, grabie, małe tacz­
ki, stołeczki i Bóg wie co jeszcze. Z boków wystawały
sztyle do kopaczek.
Po wielu latach, a w zasadzie dopiero jako etnograf
pracujący w żywieckim muzeum, uświadomiłam sobie,
że ta kobieta była żywym przykładem lokalnego handlu
domokrążnego. Tak właśnie sprzedawali swoje drewnia­
ne wyroby rzemieślnicy z Koszarawy i okolicznych wsi.
Mieszkali na terenie o mało urodzajnej ziemi, a niewiel­
kie gospodarstwa nie były w stanie ich wyżywić. Dlate­
go przetwarzali to, czego było pod dostatkiem. Wykony­
wali drewniane narzędzia, sprzęty, drobne przedmioty
gospodarstwa domowego i zabawki. Wśród zabawek do­
minowały bryczki z konikami, wózki drabiniaste, koni­
ki, kołyski. Ale były też kasetki będące miniaturą skrzyń
na ubranie, łóżeczka dla lalek, taczki, karuzelki, wojsko,
ułani na koniach, klepoki, dziobiące się kogutki czy dla
najmłodszych drewniane grzechotki. W Stryszawie roz­
powszechnił się masowy wyrób ptaszków.
Zabawki malowano naturalnymi barwnikami
i w prosty sposób zdobiono. Najstarsze były czerwone
i fioletowe, z czasem pojawiły się elementy malowane
na żółto czy zielono. Podstawową techniką zdobniczą
było ryzowanie na pomalowanej powierzchni karetek,
kołysek czy taczek prostych motywów geometrycznych
przy pomocy dostępnych narzędzi. W późniejszym okre­
sie zaczęto stosować wzory malowane farbą, nanosząc
je przede wszystkim na te zabawki, których nie dało się
zdobić techniką rytowniczą, jak wózki drabiniaste, kle­
poki czy ptaszki.
Zabawkarze nie mieli oddzielnego warsztatu pra­
cy. Wstępna obróbka drewna miała miejsce na podwór­
ku, w pomieszczeniach gospodarczych czy w komorze.
Składanie, malowanie, a nawet struganie odbywało się
często w kuchni. W produkcji uczestniczyła cała rodzi­
na. Dzieci pomagały głównie w pracach wykończenio­
wych. Nie bawiły się wykonanymi zabawkami, ponie­
waż te przeznaczone były na sprzedaż. Sprzedawano je
również na targach i jarmarkach na dość dużym obsza­
rze Małopolski i Śląska.
Żywieccy zabawkarze wykonywali zabawki od daw­
na, co najmniej od połowy XIX wieku. Literatura etno­
graficzna wymienia na terenie Polski tylko kilka ośrod­
ków zabawkarskich, wśród nich – obok tak znanych, jak
krakowski czy rzeszowski – występuje żywiecki. Wy­
robem zabawek zajmowali się mieszkańcy wsi leżących
na wschód od Żywca, takich jak Koszarawa, Przybo­
rów, Lachowice, Stryszawa, Kuków, Kurów, Hucisko
czy Pewel Wielka. Żywiecki ośrodek uważa się za naj­
starszy w Polsce i działa do dzisiaj. Bo do dzisiaj, cho­
ciaż w mniejszym wymiarze, wykonuje się tutaj brycz­
ki, koniki czy ptaszki.
Czy są one takie jak kiedyś? I tak, i nie. Niektórzy,
zwłaszcza starsi twórcy wykonują zabawki takie, jak były
dawniej. Z czasem ulepszyli produkcję, poprawili este­
tykę i funkcjonalność. Ale chociaż stosują współczesne
barwniki, zdobią zabawki w tradycyjny sposób. Nie­
których nie zadowala jednak powielanie tego, co było.
I chociaż nie wprowadzają nowych form (próby wyrobu
drewnianych aut czy samolotów nie powiodły się), zmie­
niają zdobnictwo według własnych pomysłów, ale rów­
nież własnych gustów. Każdy twórca ma prawo się roz­
wijać. Jeśli twórca ludowy czyni to w ramach przyjętego
kanonu, daje tym samym gwarancję przetrwania pre­
zentowanej przez siebie dziedziny twórczości.
Niestety, niewielu jest dzisiaj wytwórców zabawek
ludowych, ale ich wyroby cieszą się dużym zaintereso­
waniem. Można je zobaczyć na wystawach, w galeriach
sztuki ludowej, na targach czy kiermaszach. Zmienili
się jednak kupujący. Są wśród nich muzea, ośrodki kul­
tury, handlarze oraz turyści szukający pamiątek. Nasu­
wa się wobec tego pytanie: czy zabawki ludowe są głów­
nie wspomnieniem przeszłości? Niewątpliwie tak. Wielu
z nas przypominają dzieciństwo, kolorowe stragany, bie­
ganie z ptaszkiem klaszczącym skrzydełkami. Dla kone­
serów twórczości ludowej są przejawem ludowego ręko­
dzieła. Ale mogą być równocześnie atrakcyjną pamiątką.
Pamiątką specyficzną, bo nadal można się nimi bawić.
Drewniane zabawki ludowe póki co są i będą nie tylko
w zbiorach muzealnych i galeriach, ale także jako ofer­
ta handlowa. A czy mogą być atrakcyjną konkurencją
na rynku zabawkarskim? Czas pokaże.
I n t e r p r e t a c j e
Katarzyna Sadowska
W
poszukiwaniu
ducha miasta
Testament Teodora Sixta, wystawiony w Teatrze
Polskim, okazał się wydarzeniem sezonu kulturalne­
go w Bielsku-Białej. Sporo na temat spektaklu mówiło
się i pisało przy różnych okazjach, mieli też swoje chwi­
le chwały twórcy widowiska. Autora sztuki, Artura Pa­
łygę, nagrodził „Ikarem” prezydent miasta, a Krzyszto­
fowi Maciejowskiemu za muzykę przypadła prestiżowa
w województwie śląskim „Złota Maska”.
I bardzo dobrze, choć aż się prosi, aby ten teatralny
spektakl nie był finałem, a zaledwie początkiem serii
zdarzeń o znaczeniu nie tylko artystycznym. Bo czym­
że tak naprawdę jest Testament Sixta-Pałygi? Dla mnie
– powrotem do przeszłości miasta, wykonanym głów­
nie po to, by zrozumieć teraźniejszość tego miasta. To
nie nostalgiczny wieczór wspominkowy, przerywany od
czasu do czasu westchnieniami: „Oj, oj, ale to były pięk­
ne czasy”. To też nie demaskatorski rajd w zakamarki
historii, by zburzyć jakiś pomnik lub na kogoś „znaleźć
kwity”. Dla mnie – niech wybaczą zdeklarowani mate­
rialiści – to poszukiwanie ducha tego miasta, który na
pewno kiedyś tu był. A teraz może gdzieś odleciał, albo
chwilowo przysnął? A może dalej działa, tylko o tym
nie wiemy?
A zatem szukajmy ducha. Cierpliwie, uważnie, nie­
koniecznie metodami spirytystycznymi. Przyjrzyjmy się
bielskim kamienicom, ich architekturze, tak szczegóło­
wo opisanej w poprzednich latach przez profesor Ewę
Chojecką. Zajrzyjmy do zamku Sułkowskich, do Domu
Tkacza, do Muzeum Techniki i Włókiennictwa... Za­
głębmy się w lekturze historycznych publikacji dra Je­
rzego Polaka, Piotra Keniga, Jacka Proszyka... Dopraw­
dy, jest co oglądać i jest co czytać, ale im więcej wiemy,
tym bardziej czujemy potrzebę zdobywania nowych wia­
domości. Z pewnością dzieje się też tak dlatego, że prze­
szłość Bielska i Białej jest równie bogata, co fascynują­
ca. Kiedy czytamy, jak przez wieki współistniały tutaj
R e l a c j e
ż­ ywioły polski, niemiecki, żydowski i czeski, jak miesza­
ły się wpływy śląskie i małopolskie, to lepszej lekcji wie­
lokulturowości Europy nie potrzebujemy. A kiedy znów
dowiadujemy się, jak powstawały miejscowe fabryki, jak
walczyli o swe prawa zatrudnieni w nich robotnicy, to
i łódzka „ziemia obiecana” nie jest tak bardzo egzotycz­
na. Przyjrzyjmy się jeszcze tej kolosalnej zmianie, jaką
przeszły Bielsko i Biała tuż po II wojnie światowej, kie­
dy to nie tylko praktycznie, ale i formalnie stały się jed­
nym miastem, równocześnie tracąc większość starych
mieszkańców na rzecz licznych przybyszów ze Wscho­
du. Popatrzmy na lata 60. i 70. XX wieku, kiedy z kolei
Bielsko-Biała staje się centrum polskiej małolitrażowej
motoryzacji, gwałtownie powiększając się o nowe osie­
dla, wypełniające się kolejną falą przybyszów z różnych
części kraju.
Im bardziej drobiazgowo sięgać będziemy do historii,
tym dokładniej będzie się potwierdzać teza, że współcze­
sność jest zbudowana na przeszłości. A to z kolei ozna­
cza, że dobrze znając zaszłości, o wiele łatwiej kształ­
tować można teraźniejszość. I tu wracamy do punktu
wyjścia, ale nie sami. Idziemy bogatsi o wiedzę o prze­
szłości – z duchem miasta pod rękę. Jakie zatem to Biel­
sko-Biała jest teraz? Najlepiej byłoby, gdyby każdy sam
próbował odpowiedzieć na to pytanie. I pewnie odpo­
wiedzi byłyby różne, choć jedno stwierdzenie wydaje się
oczywiste: miasto ciągle się zmienia, co widać po licz­
nych inwestycjach i remontach. Chciałoby się oczywiście
napisać, że w tych zmianach mają niemały udział ludzie
kultury. Że artyści – aktorzy, muzycy, plastycy, literaci,
filmowcy – nie tylko umilają czas wolny ludziom pracy
i biznesu, ale budzą wrażliwość i twórczy niepokój, skła­
niają do refleksji. Chciałoby się na koniec zauważyć, że
zarówno teraz, jak i w przeszłości duch miasta ma ob­
licze bardzo kulturalne, ale czy to prawda? A w ogóle –
kto dzisiaj wierzy w duchy?
Agata Tomiczek-Wołonciej
Katarzyna Sadowska
to pseudonim.
I n t e r p r e t a c j e
Bożena Chorąży
– archeolog, absolwentka
Uniwersytetu
Jagiellońskiego. Kustosz
Działu Archeologii Muzeum
w Bielsku-Białej. Członek
Stowarzyszenia Naukowego
Archeologów Polskich. Jej
zainteresowania skupiają się
na badaniu prehistorycznych
stanowisk na terenie Śląska
Cieszyńskiego oraz starego
miasta w Bielsku-Białej.
Bogusław Chorąży
– archeolog, absolwent
Uniwersytetu
Jagiellońskiego. Kustosz,
kierownik Działu Archeologii
Muzeum w Bielsku-Białej.
Członek Stowarzyszenia
Naukowego Archeologów
Polskich. Prowadził badania
m.in. na terenie Śląska
Cieszyńskiego, północnych
Moraw, starego miasta
w Bielsku-Białej.
R e l a c j e
Od lat jesteśmy związani z bielskim Rynkiem emo­
cjonalnie i zawodowo. Musimy przyznać, że pomimo
kilku miesięcy, które minęły od chwili otwarcia prze­
budowanej płyty, poruszamy się po niej wciąż z zaże­
nowaniem. Wiele osób, które oprowadzamy po Rynku
(zarówno starszych, jak i młodych), pyta nas, jak to się
stało, że wygląda tak właśnie. Nie musimy dodawać, że
dominują opinie zdecydowanie negatywne. Nie chcemy
się jednak wypowiadać na temat walorów estetycznych
tego miejsca. Nam się ono po prostu nie podoba, ale nie
jesteśmy autorytetami w tej dziedzinie i nasze opinie
można łatwo podważyć.
Jako archeolodzy, którzy prowadzili dotychczasowe
badania wykopaliskowe na płycie bielskiego Rynku, nie
możemy powstrzymać się jednak od kilku uwag dotyczą­
cych sposobu eksponowania reliktów archeologicznych
uczytelnionych w trakcie realizacji ostatniej przebudo­
wy. Nie ukrywamy, że do zabrania głosu w tej dyskusji
skłoniły nas opinie projektanta i innych osób odpowie­
dzialnych za realizację przebudowy zawarte w artyku­
le Marii Trzeciak pt. Przestrzeń publiczna zamieszczo­
nym w lutowym numerze „Relacji–Interpretacji”. Wiele
z nich było dla nas prawdziwym zaskoczeniem i trudno
pozostawić je bez komentarza.
Badania archeologiczne na płycie Rynku rozpo­
częto w 1995 roku. Prowadzono je następnie w latach
1996–1998. Nie miejsce tu na referowanie wyników ko­
lejnych sezonów badawczych, najważniejszy dla naszych
rozważań był fakt odkrycia dwóch obiektów architektu­
ry kamiennej z XVII wieku: studni rynkowej oraz obiek­
tu wstępnie interpretowanego jako budynek wagi miej­
skiej. Obydwa zostały przebadane w latach 1996–1997
w stopniu pozwalającym na rekonstrukcję ich wielko­
ści, charakteru oraz głębokości zalegania poszczegól­
nych elementów. Nieznana była jedynie głębokość studni
(wykonany odwiert geotechniczny wskazywał na głę­
bokość przekraczającą 8 m, a analiza geologiczna – ok.
12 m) oraz podział (szczegółowy) wnętrza niepodpiwni­
czonej partii budynku wagi miejskiej. Obydwa obiekty
były zachowane w dobrym stanie i pomimo ich stosun­
kowo młodej metryki doskonale nadawały się na po­
trzeby ekspozycji.
Walory te zostały w pełni docenione przez zespół
przygotowujący wytyczne projektowe do konkursu na
koncepcję architektoniczną. Wydawało się wtedy oczy­
wiste, że nowa wizja bielskiego Rynku, którego począt­
ki sięgają czasów średniowiecza, powinna zawierać rów­
nież elementy kulturowe świadczące o wielowiekowej
Rynek
Przebudowany bielski Rynek wzbudza dużo emocji, i raczej nie są to emocje pozytywne. Opublikowany przez nas w poprzednim numerze tekst
Marii Trzeciak pt. Przestrzeń publiczna wywołał
ogromne zainteresowanie Czytelników i sporo
dyskusji. O możliwość przedstawienia swojego
stanowiska, a jednocześnie zwrócenia uwagi na
zagadnienia, o których warto pamiętać przy rewitalizacjach kolejnych obiektów przestrzeni publicznej, poprosili bielscy archeolodzy. Czynią to
w niniejszym artykule.
I n t e r p r e t a c j e
niewykorzystanych
szans
­ rzeszłości tego miejsca. Odsłonięte relikty nadawały się
p
do tego znakomicie, stąd uczytelnienie obydwu obiektów
stało się jedną z wytycznych w konkursie na nową kon­
cepcję architektoniczną Rynku (zapisano w nich rów­
nież m.in. małowymiarowość elementów nawierzch­
ni rynkowej!).
Archeolodzy nie uczestniczyli w przeprowadzonym
konkursie. Nikt też nie konsultował z nami przyjętych
rozwiązań, w tym sposobu uczytelnienia reliktów od­
krytych w trakcie badań archeologicznych. Wygrała kon­
cepcja architektoniczna budząca wiele kontrowersji. Naj­
istotniejszy jednak wydaje się fakt, że jest to w istocie
zupełnie odmienna wizja od zrealizowanej w końcowym
efekcie. Prezentowane wizualizacje zwycięskiej koncep­
R e l a c j e
Bożena Chorąży
Bogusław Chorąży
cji przedstawiały obydwa obiekty archeologiczne w ca­
łości przykryte szklanymi taflami i, co najważniejsze,
nie posiadały one własnych, wychodzących ponad płytę
Rynku form architektonicznych. Konstrukcja fontanny
również była o wiele mniejsza i nie zakładano obecno­
ści tak masywnej formy w centralnej partii Rynku. Jak
różni się ta wizja od zrealizowanej, każdy może przeko­
nać się na własne oczy. I tu rodzi się podstawowe pyta­
nie – pytanie o sens przeprowadzania konkursu i deba­
ty publicznej, jeżeli końcowa koncepcja architektoniczna
zupełnie odbiega od zakładanej. A przecież właśnie dys­
kusja na etapie pokonkursowym – jak przekonują nas
we wspomnianym artykule projektanci i organizatorzy
konkursu – miała być momentem właściwym do wyra­
żania opinii na temat zwycięskiej koncepcji.
Trudno się w tej sytuacji dziwić, że na tym etapie nie
było uwag krytycznych ze strony archeologów – wszak­
że postulat dotyczący wizualizacji obiektów architekto­
nicznych został spełniony. Projektowane przeszklenie
reliktów architektonicznych na poziomie nawierzchni
wydawało się w sposób optymalny zapewniać ich wizu­
alizację. Co prawda wątpliwości budził aspekt technicz­
ny dotyczący zapewnienia warunków funkcjonowania
tej ekspozycji, zwłaszcza w sytuacji silnego parowania
wnętrza otworu studziennego, ale jak nas zapewniano,
rozwiązanie tego problemu miał umożliwić sprawny sys­
tem wentylacyjno-klimatyzacyjny (jak się okazało zupeł­
nie niewydolny!). Już wtedy dziwiła koncepcja przeszkle­
nia obiektu studziennego, który zwykle nadbudowany
stanowi ozdobę rewaloryzowanych rynków. Można to
było uznać jednak za śmiałe rozwiązanie, które zakła­
dało prawie doskonałą wizualizację obiektu studzien­
nego (do dna), a jednocześnie nie stwarzało konkuren­
cyjnej formy architektonicznej w stosunku do fontanny
z figurą Neptuna (także elementu historycznego daw­
nego Rynku).
W 2005 roku przystąpiono do przebudowy płyty
Rynku. Równocześnie rozpoczęto badania wykopali­
skowe i nadzory archeologiczne stanowiące integralną
Ekspozycja dawnej
­wagi miejskiej
I n t e r p r e t a c j e
część realizowanej inwestycji. Program badań zakładał
m.in. przebadanie obiektu wagi miejskiej w celu ujaw­
nienia jego podziałów wewnętrznych (a więc jedynie
uszczegółowienia badań z 1996 roku) oraz wyeksploro­
wanie do dna kamiennej studni (zakładano głębokość
12 m). Przystępowaliśmy do tych prac z wizją architek­
toniczną znaną z komputerowych wizualizacji konkur­
sowych, tzn. z koncepcji, która zakładała przeszklenie
studni i obiektu wagi miejskiej na poziomie nawierzchni
Rynku. Pierwszym zderzeniem z zupełnie nową rzeczy­
wistością realizowanego projektu technicznego (powsta­
łego w 2004 roku bez jakiejkolwiek konsultacji z arche­
ologami prowadzącymi badania) było zredukowanie
R e l a c j e
przeszklenia obiektu wagi miejskiej do partii piwnicz­
nej i przyległej części niepodpiwniczonej, a więc odcin­
ka odsłoniętego już w 1996 roku. Ograniczenie ekspo­
zycji tłumaczono koniecznością funkcjonowania w tej
części Rynku sceny zaprojektowanej na potrzeby imprez
rozrywkowych. Drugim, o wiele bardziej brzemiennym
w skutki rozwiązaniem stało się „wyciągnięcie” do góry
konstrukcji nośnej partii przeszklonej i powstanie zu­
pełnie nowej, nieznanej z wcześniejszych wizualizacji,
formy architektonicznej. We wspomnianym już artykule
Marii Trzeciak projektant tłumaczy to w sposób nastę­
pujący: „(...) fundamenty były znacznie płycej pod po­
wierzchnią, niż pierwotnie zakładano – a trzeba było za­
chować konieczny, bezpieczny dystans między koroną
murów a szkłem”. Rzeczywistość wyglądała jednak zu­
pełnie odmiennie – obecna partia przeszklona obejmu­
je część wagi miejskiej odsłoniętą i zinwentaryzowaną
już w 1996 roku. Dokumentacja sporządzona w trakcie
tych badań, przekazana do wglądu wszystkim uczestni­
kom konkursu na koncepcję architektoniczną bielskie­
go Rynku w 1998 roku, zawierała pełną inwentaryzację
geodezyjną odkrytych reliktów architektonicznych (do­
kumentacja do wglądu w Delegaturze Państwowej Służ­
by Ochrony Zabytków w Bielsku-Białej). Nie było więc
żadnego elementu zaskoczenia, projektant dysponował
wszystkimi danymi dotyczącymi eksponowanej obecnie
partii wagi miejskiej (dla pewności sprawdziliśmy po­
miar wysokościowy – różnice w stosunku do pomiaru
z 1996 roku wynosiły 1-2 cm). Nawiasem mówiąc, nie
było również zaskoczenia w przypadku wysokości za­
chowanych partii murów, już po badaniach w 1996 roku
wiadomo było, że część piwniczna ma zachowany mur
o wysokości 2 m, a partia niepodpiwniczona (zasadni­
cza część budowli) jedynie 60 cm.
Podobna sytuacja dotyczyła ekspozycji studni, któ­
rej przeszklenie pierwotnie zakładano w poziomie na­
wierzchni rynkowej. Faktu tego co prawda nie tłuma­
czono tym razem niespodziewanym „wyrośnięciem”
reliktów studni, ale głównie względami bezpieczeń­
stwa (możliwość niekontrolowanego wjazdu) oraz bra­
kiem funkcjonalności tego rozwiązania (głównie ryso­
waniem szyb – dziwne, że argument ten nie pojawia się
przy ekspozycji wagi miejskiej). Pojawia się tu jednak
inna zdumiewająca teza, jakoby przyczyną niewydol­
ności zaprojektowanego systemu wentylacyjnego ekspo­
zycji, powodującej roszenie szyb, jest zbyt duża głębo­
kość studni... Tymczasem głębokość studni szacowano
już w 1997 roku na 12 m (w rzeczywistości wynosi ona
Trudno, zwłaszcza tym
­najmłodszym, zobaczyć
główne ­atrakcje Rynku
Wizja ­zagospodarowania
z projektu koncepcji
­architektonicznej Rynku
I n t e r p r e t a c j e
14 m), a wyeksplorowano ją ze względu na trudności
techniczne tylko do głębokości 8 m (zgodnie z projek­
tem planowano osiągnięcie dna studni).
Tyle sprostowań. Nie one jednak wydają się najważ­
niejsze, choć rzeczą zdumiewającą jest próba wytłuma­
czenia zastosowanych rozwiązań architektonicznych
właśnie... archeologią.
Istota rzeczy leży w czym innym. To właśnie arche­
ologia – a ściśle mówiąc relikty architektoniczne odkry­
te podczas badań archeologicznych – są naszym zdaniem
niewykorzystaną szansą bielskiego Rynku. Jesteśmy prze­
konani, że ich umiejętne wyeksponowanie mogło nadać
niepowtarzalny charakter temu miejscu, w dużej mierze
decydując o jego atrakcyjności. Mogły one stać się powo­
dem zastosowania prawdziwie oryginalnych rozwiązań,
a zarazem wydobycia tradycji kulturowej tej tak ważnej
dla Bielska-Białej przestrzeni. Tymczasem uzyskaliśmy
stan, który pomimo dużych nakładów inwestycyjnych
przyniósł niezwykle ograniczony efekt, a stopień wizuali­
zacji odsłoniętych reliktów jest znikomy. Niezwykle ma­
sywna konstrukcja nośna tafli pokrywającej partię piw­
niczną obiektu wagi miejskiej, usytuowana w układzie
wznoszącym na wysokości wzroku, praktycznie unie­
możliwia oglądanie jej wnętrza. Dodatkowo poprzez
wzniesienie obudowy szczelnie pokrytej płytami grani­
towymi zerwano związek prezentowanej części z pozo­
stałą partią wagi. Mało kto bowiem zwraca uwagę w tej
sytuacji na zaakcentowane w nawierzchni fundamenty
pozostałej, niepodpiwniczonej partii tego obiektu. Za­
wiodły również kosztowne rozwiązania techniczne, któ­
re, jak się okazało, nie są w stanie skutecznie odparować
szyb, prawie całkowicie uniemożliwiając obserwację wnę­
trza ekspozycji. Cena tej koncepcji jest wysoka – jej efek­
tem jest pojawienie się zupełnie nowych form architek­
tonicznych, obcych dla przestrzeni rynkowej.
Zdumiewającym rozwiązaniem jest również ekspo­
zycja studni rynkowej. Nawet jeśli pominiemy już kwe­
stię jej „wyrośnięcia” powyżej nawierzchni Rynku, to
R e l a c j e
znaczna średnica obudowy tafli szklanej powoduje, że nie
możemy zobaczyć jej wnętrza. A przecież istotą atrakcyj­
ności wizualnej studni jest właśnie jej głębokość.
Teraz pytanie najważniejsze: czy można było tego
uniknąć? Odpowiedź wydaje się oczywista. Dość łatwo
można sobie wyobrazić wiele innych sposobów uczytel­
nienia odkrytych reliktów architektonicznych, np. trady­
cyjne nadbudowanie cembrowiny studziennej bez zasto­
sowania szklanego nakrycia i kosztownej infrastruktury
technicznej czy też nakrycie reliktów wagi miejskiej for­
mą dającą możliwość lepszej ich wizualizacji, a jedno­
cześnie bardziej neutralną dla przestrzeni rynkowej. Jed­
nak nie chodzi tu o gotowe recepty. Problemem, który
wydaje się tu być najistotniejszy, a którego rozwiązanie
naszym zdaniem zupełnie zawiodło w planowaniu biel­
skiego Rynku, jest brak rzeczywistej, szerokiej debaty
publicznej i konsultacji rozwiązań realizowanych w tzw.
przestrzeni publicznej, będącej własnością ogółu miesz­
kańców naszego miasta. W tej sytuacji uwagi formuło­
wane na etapie realizacji projektu są już zupełnie spóź­
nione, nie dają możliwości zasadniczych zmian.
Z punktu widzenia formalnego projekt nie wymagał
konsultacji z naszej strony. Nie chcielibyśmy tu przesad­
nie podnosić roli archeologów w planowaniu architekto­
nicznym. W końcu nasza praca sprowadza się głównie do
odkrywania materialnych reliktów przeszłości. Jednak
w świetle tego, co napisano powyżej, ciśnie się na usta
pytanie o charakterze wręcz symbolicznym. Czy pomi­
nięcie autorów badań wykopaliskowych, którzy najle­
piej znają specyfikę i charakter odkrytych obiektów ar­
cheologicznych, w projektowaniu bielskiego Rynku było
właściwe? Wnętrza studni nadal nie
widać (stan z maja 2007)
Aleksander Dyl
I n t e r p r e t a c j e
Małgorzata Bujak
Śladami Wiednia
Bielska architektura i wiedeńskie inspiracje
Mały Wiedeń. Ten często słyszany przydomek
Bielska-Białej mimowolnie poprawia mieszkańcom samopoczucie, choć kiedy patrzymy dzisiaj
na miasto, może niejeden z nas dziwi się, skąd się
właściwie wziął? Nasze zamczysko Hofburgu raczej nie przypomina, katedra na gotycką też nie
wygląda, a i deptakom daleko jeszcze do Kärtnerstraße, nie mówiąc już o Stadtparku, którego
w ogóle nie ma tu co szukać. No, może trochę
topografia jest podobna, wzgórza naokoło, lasek
– niby jak ten wiedeński – i rzeka płynąca pośrodku, nasz „mały Dunaj”?
(1)
Czyżby obraz „małego Wiednia” zawierał się tylko
we wspomnieniach? Nasze miasto zawsze mi się kojarzyło z Wiedniem (…). Bielsko miało swoją promenadę w postaci ulicy 3 Maja (…). Druga główna ulica – dzisiejsza
11 Listopada – posiadała przepiękne sklepy... – wspomi­
na Maria Koterbska w książce Jerzego Polaka Bielsko‑Biała w zwierciadle czasu. Przecież i dziś one istnieją.
A gdzie jeszcze szukać Wiednia na bielskich i bialskich
ulicach? Może trzeba zacząć bardziej przyglądać się mia­
stu, bruki coraz równiejsze, więc bez ryzyka potknię­
cia można podnieść wzrok i zobaczyć... po prostu biel­
ską architekturę.
Wiedeński styl Karla Korna
Może zabrzmieć nieco podręcznikowo stwierdzenie,
że wiele realizacji architektonicznych w naszym mie­
ście wzorowanych było na architekturze wiedeńskiej,
gdyż spory wpływ na jego obraz mieli architekci i ar­
tyści wiedeńscy w nim tworzący. Choć aby tworzyć „po
wiedeńsku”, wystarczyło być wykształconym „po wie­
deńsku”, czego najlepszym dowodem są dzieła bielskie­
go architekta Karla Korna1. Nazwiska jego uniwersy­
teckich profesorów znaczą wiele dla sztuki budowlanej
R e l a c j e
(2)
Małgorzata Bujak
– malarka, urodzona
w Krakowie, absolwentka
Instytutu Sztuki tamtejszej
Akademii Pedagogicznej.
Publikujemy fragment jej
pracy magisterskiej
napisanej pod kierunkiem
prof. B. Krasnowolskiego
(autora studium
historyczno‑urbanisty­cznego Bielska i Białej).
To spojrzenie na bielską
architekturę oczami
wieloletniej mieszkanki
Wiednia.
I n t e r p r e t a c j e
epoki ­historyzmu, szczególnie Heinricha von Ferstla 2,
twórcy m.in. kościoła Wotywnego przy wiedeńskim Rin­
gu oraz – co warto przypomnieć – autora neogotyckiej
przebudowy kościoła ewangelickiego na pl. M. Lutra.
Wracając więc do Korna – popularna ostatnio, zapro­
jektowana przez niego willa Theodora Sixta (1883) przy
ul. A. Mickiewicza 24 posiada analogie do siedziby ar­
cyksięcia Karola Ludwiga w Reichenau (1870–1872) au­
torstwa Ferstla (Il. 1). Podobieństwo można już dostrzec
w całościowej kompozycji, w której szczególnie motyw
wieży i parterowa loggia przypominają willę bielskie­
go filantropa. Porównując gmach Poczty Głównej – au­
torstwa Korna – do wiedeńskiego domu mieszkalnego
Millera von Aichholza, projektu Ferstla (przy ulicach
Am Heumarkt 13 i Beatrixgasse 32), zauważyć moż­
na dalsze paralele. Ten neorenesansowy budynek (Il. 3)
posiada trzy elewacje frontowe i dwa naroża, z których
jedno formuje półokrągły ryzalit, nakryty kopułą z la­
tarnią, analogicznie do bielskiego gmachu poczty. Ze­
stawienia budowli obu architektów można by mnożyć.
Choćby hotel Kaiserhof (obecnie Prezydent) i wiedeński
­Palais Wertheim (1864–1868) przy Schwarzenbergplatz
17, utrzymane w formach włoskiego renesansu z moc­
no boniowanym cokołem, arkadowymi oknami i wiel­
kim porządkiem w wydatnym ryzalicie.
Zaskakujące też może wydać się porównanie kamie­
nicy Wiktora Burdy (z obecnym sklepem Rossmann),
stojącej tuż przy moście na ul. 11 Listopada 10 (1893),
do nieco późniejszej kamienicy przy Praterstrasse (1896)
projektu Ludwiga Tischlera, prezentującej niemal iden­
tyczny układ przestrzenny (Il. 4). Natomiast w przypad­
R e l a c j e
ku budynku Komunalnej Kasy Oszczędności przy ul.
Wzgórze 19 (z restauracją Patria) inspiracje zaczerpnię­
te z wiedeńskiej architektury są czytelne m.in. w fasa­
dzie utworzonej w ściętym narożniku, tak często stoso­
wanej w stolicy monarchii (Il. 5).
Architektura największych synagog w Bielsku i Białej
była odbiciem wpływów, jakie wywarły zarówno dzie­
ła wiedeńskie, jak i synagoga budapeszteńska, bowiem
inspiracją dla bóżnicy w Bielsku były budowle Ludwiga
von Förstera, zrealizowane w Wiedniu w dzielnicy Le­
opoldstadt przy Tempelgasse (1854–1858) i Budapeszcie
przy Dohany-utca (1853–1859). Z tej ostatniej zaczerp­
nięto rzut prostokąta z dwiema ośmiobocznymi wieża­
mi, pasiastą fakturę ścian z dwubarwnej cegły, arka­
dowe okna i jedno trójdzielne w elewacji wschodniej.
Natomiast środkowa część elewacji frontowej synagogi
w Białej, z neoromańskim szczytem, miała swoje inspi­
racje w wiedeńskim kościele ewangelickim przy Gum­
pendorferstrasse.
Inspiracje Emanuela Rosta juniora
Jednym z najbardziej reprezentacyjnych gmachów
w Białej jest ratusz miejski, wzniesiony według konkur­
sowego projektu bialskiego architekta Emanuela Rosta
juniora. Budowlę wyróżnia bogactwo form plastycz­
nych, wzorowanych na wiedeńskiej architekturze pa­
łacowej3. Jednakże uderzające jest jej podobieństwo do
gmachu magistratu z dzielnicy Währing (Il. 2) wznie­
sionego według projektu spółki architektonicznej Mo­
ritz & Carl Hinträger (1890–1891). Co ciekawe, spółka ta
również uczestniczyła w konkursie na budynek ­ratusza
(3), (4), (5)
1. Reichenau – siedziba
arcyksięcia Karola Ludwiga
wg projektu H. von Ferstla
(„Allgemeine Bauzeitung”
1877)
2. Magistrat wiedeńskiej
dzielnicy Währing wg
projektu spółki Moritz
& Carl Hinträger („Der
­Bautechniker” 1891)
3. Dom mieszkalny wg
projektu H. von Ferstla przy
ulicach Am Heumarkt 13
i Beatrixgasse 32
4. Kamienica przy
­Praterstrasse wg projektu
L. Tischlera („Wiener
Bauindustrie‑Zeitung” 1897)
5. Kamienica przy Währingerstrasse 68 wg projektu
spółki Fellner & Helmer
(„Wiener Bauindustrie‑
‑Zeitung” 1895)
I n t e r p r e t a c j e
(6)
(7)
10
­ ialskiego, a jej projekt został przez jury konkursowe do­
b
puszczony później do sprzedaży. Warto też wspomnieć
o Karlu Kornie, biorącym udział w tym konkursie, któ­
rego projekt został oceniony jako drugi.
Pałacyk Emanuela Rosta juniora przy ul. Komoro­
wickiej 48, wzniesiony według jego własnego projektu,
przyozdabiają bujne ornamenty barokowe, a dwóch ko­
puł wznoszących się nad dachem nie powstydziłby się
nawet wiedeński Hofburg przy Michaelertrakt (Il. 9).
Artyści znad Dunaju
Rok 1890, ostatni dzień września. Tłumy oblegają
nowy, w stylu wiedeńskiego teatru wybudowany gmach.
William Shakespeare brylantowym kluczem „Snu nocy
letniej” otwiera i poświęca podwoje przybytku Apollina i Muz jego. Stały teatr rozpoczął swe życie4. Budy­
nek bielskiego teatru – można potwierdzić – w całości
jest wiedeński. Wzniesiony według projektu Emila von
Förstera5, wsławionego budynkiem wiedeńskiej Ope­
ry Komicznej, przy udziale dwóch ówczesnych specja­
listów w dziedzinie budowy teatrów – Ferdinanda Fel­
lnera i Hermanna Helmera, którzy kilka lat później
przebudowali jego wnętrze. Scena te­
atralna ozdobiona została dekoracjami
pochodzącymi z wiedeńskiego Burgthe­
ater, a kurtynę wykonał Francesco An­
gelo Rottonara (1848–1938), współpra­
cownik Johanna Kautskiego6.
Kilka znaczących budynków po­
zostawiła spółka architektów wiedeń­
skich Ernst Lindner i Theodor Schre­
ier 7, działająca w Bielsku w latach
1904–1912. Pierwszym ich dziełem był
gmach Izraelickiej Gminy Wyznanio­
wej przy ul. A. Mickiewicza 22 z lat 1904
–1905 (Il. 7). Budynek ten, podobnie jak
sąsiadująca z nim synagoga, otrzymał
ceglane lico z kamiennymi detalami.
Następnymi dziełami tego duetu były
dwa domy mieszkalno-handlowe z lat
1904–1906 przy ul. 3 Maja 1a oraz przy
pl. F. Smolki 7. Sam Ernst Lindner był
też autorem projektu gmachu Państwo­
wej Szkoły Przemysłowej przy ul. T. Si­
xta8 oraz budynków przy pl. F. Smolki 4
(1911) i ul. 11 Listopada 4 (1912).
Na terenie monarchii austro-węgier­
skiej powstawały liczne budowle jubile­
R e l a c j e
uszowe, wznoszone na cześć kolejnych dziesięcioleci pa­
nowania Franciszka Józefa I. Były to zarówno kościoły,
jak i gmachy publiczne: szkoły, szpitale, koszary, domy
mieszkalne. Do nich należy kościół w dzielnicy Kamie­
nica, wzniesiony dla uczczenia jubileuszu 50-lecia pano­
wania cesarza oraz 60-lecia święceń kapłańskich papieża
Leona XIII. W 1897 r. rozpisano konkurs architekto­
niczny na projekt świątyni, w którym pierwszą nagro­
dę otrzymał wiedeńczyk Karl Steinhofer (Il. 10), dru­
gą przyznano bielskim architektom – braciom Schulz,
natomiast prace budowlane zostały powierzone firmie
Andreasa Walczoka. Kościół pw. św. Małgorzaty został
wykonany w stylu neogotyckim. Witraże, na których
pierwotnie przedstawione zostały postacie cesarza i pa­
pieża, wykonała firma Ludwiga Türckego z Grottau9, ma­
larstwo ścienne znana wiedeńska firma Winter & Rich­
ter, natomiast prace rzeźbiarskie powierzono firmie
Juliusa Oherrta również ze stolicy monarchii. Tyrolski
rodowód posiadał ołtarz główny z rzeźbą św. Małgorzaty
i apostołami Piotrem i Pawłem oraz ołtarze boczne, po­
chodzące z warsztatu firmy Rifesser z St. Ullrich-Böden.
Jak podaje czasopismo „Wiener Bauindustrie-Zeitung”:
(...) kościół ten jest pierwszym Domem Bożym w Austrii,
który nosi najjaśniejsze imię monarchy (...)10. Karl Stein­
hofer jest zarazem twórcą ewangelickiej kaplicy cmen­
tarnej (1899) położonej w sąsiedztwie kościoła.
Poligon doświadczalny
Bielsko i Biała w latach 1899–1910 stały się poligonem
działań uczniów Ottona Wagnera, umożliwiającym re­
alizacje nowych rozwiązań. Wiedeń okazał się zbyt kon­
serwatywny dla modernistów, a trudności, jakie napo­
tykali w stolicy, spowodowały, że niewiele ich projektów
zostało tam zrealizowanych. Paradoksalnie, prowincja
otwarta na nowe prądy bardziej entuzjastycznie przyj­
mowała nowe rozwiązania stylowe. Miastami takimi
były m.in. prężnie rozwijające się Bielsko i Biała, które
dały wiedeńczykom szansę tworzenia swoich awangar­
dowych koncepcji. Za jedno z bardziej nowatorskich roz­
wiązań architektonicznych owego czasu uznano budy­
nek Maxa Fabianiego przy ul. Wzgórze 21, wyróżniony
wydatnym okapem, pod którym zarysowuje się płynny,
roślinny ornament. Cechy te nawiązują do jego prac wie­
deńskich, choćby tzw. Palais Artaria przy Kohlmarkt 9
(Il. 8), a kwiatowa dekoracja przypomina Wagnerowskie
domy mieszkalne w Wiedniu przy Linke Wienzeile 38
i 40 (1898–1899). Z tymi ­ ostatnimi ­ dziełami ­ Wagnera
często porównuje się dom, który w 1903 r. ­stanął na rogu
I n t e r p r e t a c j e
ulic Głębokiej i S. Stojałowskiego, autorstwa Leopolda
Bauera11. Płaskie elewacje budynku ozdabia graficzny
ornament płynnych linii, a małe czerwone płytki cera­
miczne imitują kwiaty, nawiązując do układu dekoracji
na słynnym wiedeńskim Majolikahaus.
Pokłosie architektonicznych konkursów
Leopold Bauer zapisał się w spektakularny sposób
w bielskim pejzażu, gdyż widoczna z daleka wieża ko­
ścioła św. Mikołaja powstała w efekcie realizacji jego
konkursowego projektu (Il. 6)12. Świątynię przyozda­
biają także dzieła dwóch innych wiedeńczyków: Oth­
mar Schimkowitz13 jest autorem rzeźb głównego portalu,
a witrażowe okna przedstawiające sceny biblijne zostały
wykonane przez malarza Richarda Harlfingera14.
Kolejny konkurs, na projekt kompleksu mieszkal­
no‑handlowego, w 1908 r. rozpisała dyrekcja bielskiej
Komunalnej Kasy Oszczędności i przyznała pierwszą
nagrodę projektowi wiedeńskiego architekta Hansa
Mayra15. Powstałe wówczas budynki pasażu usytuowa­
ne są między ulicami 3 Maja i N. Barlickiego, połączo­
no je przewiązką nad Przechodem. Interesujące jest, że
(8)
budowle te wykazują spo­
re podobieństwo do wcze­
śniejszego (1906), nie­
zrealizowanego projektu
Mayra – Akademii Han­
dlowej w Wiedniu. Elewa­
cja od strony pasażu jest,
można rzec, powieleniem
fasady z wiedeńskiego pro­
jektu, między innymi po­
przez lizenową artykulację, dekoracyjne płyciny czy pół­
okrągłą, narożną wieżyczkę nakrytą hełmem.
W 1909 r. prezbiterium parafii ewangelickiej w Biel­
sku ogłosiło otwarty konkurs na projekt cmentarza
z kompleksem zabudowań, w którym ponownie tryum­
fował wspomniany już Hans Mayr. Założenie cmentarne
powstało przy ul. Listopadowej. Oprócz samej kompo­
zycji cmentarza i jego pomników, warto zwrócić uwa­
gę na wnętrze kaplicy, zwłaszcza witraże i mozaikę, wy­
konane przez wiedeńskiego artystę Leopolda Forstnera16
i ołtarz główny będący dziełem Wilhelma Bormanna17,
rzeźbiarza, związanego z tzw. Grupą Klimta.
Zespół trzech jednakowych domów, usytuowany
przy obecnej ulicy A. Osuchowskiego 2-4-6 również
powstał w wyniku konkursu, jaki w 1911 r. rozpisała
Ogólnoużyteczna Spółdzielnia Mieszkaniowa dla Urzęd­
ników Bielska i Okolicy. Budynki wzniesiono według na­
grodzonych planów wiedeńskiego architekta Herman­
na Eichingera.
Co straciliśmy?
Wiele nagrodzonych projektów, z konkursów archi­
tektonicznych organizowanych zarówno przez Bielsko,
jak i Białą, niestety nie zostało zrealizowanych, z oczy­
wistą szkodą dla estetyki miasta.
W 1895 r. Bielsko-Bialskie Towarzystwo Czytelni­
cze zakupiło dość spory teren, aby na nim wybudo­
wać własny obiekt, który miał powstać przy obecnej ul.
1 Maja. Rok później ogłoszono konkurs architektonicz­
ny na projekt tegoż gmachu. Na konkurs nadesłano 8
prac, a nadzór nad wykonawstwem artystycznym po­
wierzono architektowi wiedeńskiemu Georgowi Dem­
skiemu. Pierwszą nagrodę zdobyli Moritz & Carl Hin­
träger z Wiednia, którzy, jak już wspomniano wcześniej,
­brali udział w konkursie architektonicznym na ratusz
bialski, natomiast drugą nagrodę otrzymał ich rodak
Otto Thienemann. Do realizacji budowli jednak nie do­
szło, a o tym jak miała wyglądać, informowało pismo
R e l a c j e
(9)
6. Rysunek wieży ­kościoła
pw. św. Mikołaja
z projektu L. Bauera („Der
­Architekt” 1908)
7. Gmach bielskiej
­Izraelickiej Gminy
­Wyznaniowej wg projektu
E. Lindnera i T. Schreiera
(„Wiener Bauindustrie-­
‑Zeitung” 1905)
8. Palais Artaria, przy
Kohlmarkt 9 wg projektu
M. Fabianiego
9. Wiedeński Hofburg przy
Michaelertrakt
I n t e r p r e t a c j e
11
(10)
(11)
12
R e l a c j e
„Der Bautechniker”, które opublikowało
oba projekty.
Izraelicka Gmina Wyznaniowa w Biel­
sku wspólnie z Towarzystwem Ferienheim
postanowiła wybudować w Cygańskim Le­
sie sierociniec i dom kolonijny. Autorem
projektu z 1909 r. był Ernst Lindner. Rów­
nież i ten zamysł nie został urealniony, co –
jak podaje „Wiener Bauindustrie-Zeitung”
z 23 kwietnia 1909 – spowodowane było
wysokimi kosztami budowlanymi.
W 1910 r. rada miejska Białej ogłosiła
konkurs architektoniczny na projekt Jubi­
leuszowej Szkoły Żeńskiej Cesarza Fran­
ciszka Józefa (Kaiser Franz Josef Jubiläums­
schule). Na konkurs nadesłano 38 prac,
spośród których jury przyznało pierwszą
nagrodę architektowi wiedeńskiemu Fer­
dinandowi Glaserowi, natomiast drugą i trzecią nagro­
dę oceniono jednakowo, a otrzymali ją także wiedeńczy­
cy Hans Mayr oraz Hans Glaser i Alfred Kraupa (Il. 11).
Budowli tego typu brak jednak w architektonicznym pej­
zażu Białej. Raczej niezbyt prawdopodobny byłby fakt
korzystania z tych planów jeszcze w 1938 roku, kiedy
zaczęto budować bialską szkołę podstawową. Inwesty­
cja ta, przerwana przez wojnę, zlokalizowana była na te­
renie obecnego stadionu BKS.
Kiedy wiosną 1914 roku ostatecznie wyburzono stary
Dom Cechowy przy pl. F. Smolki 3, konkurs na projekt
budynku, który miał stanąć na jego miejscu, był już roz­
strzygnięty. Spośród 76 prac wybrano do pierwszej na­
grody dwie – wiedeńskich architektów Kiliana Köhlera
oraz Oskara Czepy & Ar­
nolda Wiesbauera. Jed­
nakże trudno dziś określić,
który z nich został zreali­
zowany, gdyż budynek ten
(całkowicie przebudowany
po 1945 r.) widnieje tylko
z dala na starych fotogra­
fiach, wyróżniając się wy­
sokim, falistym szczytem.
„Wiener Bauindustrie‑Ze­
itung” z 1913 roku pu­
blikuje ilustrację i plan
jednego z projektów kon­
kursowych, ale nie jest to
żaden z nagrodzonych,
lecz opracowany przez Hansa Glasera18 i Karla Scheffe­
la (Il. 12). Podobnie było z pozostałymi konkursowymi
propozycjami budowniczych ze stolicy, przedstawiany­
mi w czasopiśmie „Der Bautechniker”, jak projekt Ed­
munda Schutta i Josefa Schidy.
Innym interesującym założeniem, jakie miało po­
wstać w Bielsku, był monumentalny budynek Towarzy­
stwa Niemieckiego. Według planów miał mieścić tak­
że salę kinową na 700 osób. Zamierzano go usytuować
przy pl. Bolesława Chrobrego. Jak informował „Der Bau­
techniker” z 14 sierpnia 1914 r., projekty zostały już przy­
gotowane przez bielską firmę budowlaną Karla Korna,
uwzględniały także zagospodarowanie placu, na którym
miały być umieszczone ławki oraz fontanna. Koncepcja
nie doczekała się realizacji. Prawdopodobnie gmach sta­
nąć miał w miejscu dzisiejszego budynku Banku Śląskie­
go, wzniesionego według projektu Pawła Juraszki (1936).
Z pewnością warto wytyczyć sobie trasę spaceru po
Bielsku-Białej wiedeńskimi śladami i odszukać budow­
le o naddunajskim rodowodzie. Przedstawiono tu tylko
te najbardziej reprezentacyjne, choć jeszcze kilka innych
zasługuje na przypomnienie. Może uda się nam, kiedy
będziemy przechodzić obok nich, odnaleźć atmosferę
„małego Wiednia”?
W tekście wykorzystano m.in. następujące publikacje:
E. Chojecka, Architektura i urbanistyka Bielska-Białej do 1939 roku,
Bielsko-Biała 1994
E. Chojecka, Artystyczna geneza synagog Bielska i Białej, w: Żydzi
w Bielsku, Białej i okolicy (materiały z sesji naukowej), red. J. Polak,
J. Spyra, Bielsko-Biała 1996
E. Chojecka, Ratusz w Bielsku-Białej. Dzieło sztuki i pomnik samorządności 1897–1997, Bielsko-Biała 1997
E. Dąbrowska, Dzieje cechów sukienników i postrzygaczy w Bielsku
i Białej, Bielsko-Biała 2004
P. Genee, Wiener Synagogen 1825–1938, Wien 1987
E. Janoszek, Między secesją a modernizmem – działalność architektów
szkoły Otto Wagnera w Bielsku i Białej, w: Oblicza secesji w Katowicach i na obszarze województwa śląskiego, Katowice 2006
B. Krasnowolski (z zespołem), Bielsko-Biała. Studium historyczno-urbanistyczne (maszynopis), Pracownie Konserwacji Zabytków
w Krakowie, Kraków 1993–1994
U. Prokop, O różnorodności i jednoczesności. Spojrzenie na architekturę Wiednia około roku 1900, w: Otto Wagner. Wiedeń – architektura około 1900, Kraków 2000
„Wiener Bauindustrie-Zeitung”
„Der Bautechniker”
I n t e r p r e t a c j e
Po śmierci architekta w 1906 r. wiedeńskie pismo „Der Bautechni­
ker” zamieściło krótki opis jego osiągnięć: Karl Korn (1852–1906) był
budowniczym, uprawnionym architektem cywilnym i c.k. radcą budowlanym. Jego osiągnięcia jako budowniczego i architekta najbardziej znane są na Morawach i Śląsku. Po ukończeniu – z najlepszym
wynikiem – szkoły realnej w Opawie, rozpoczął studia na Politechnice
w Karlsruhe, następnie przeniósł się do Wiednia, gdzie ukończył studia pod kierunkiem znanych profesorów architektury Heinricha von
Ferstla i Theophila von Hansena. Początkowo pracował jako asystent
na Politechnice w Brnie, po czym osiedlił się w Bielsku, gdzie jako budowniczy i architekt przez 25 lat w znakomity i wzorowy sposób działał w swoim zawodzie. Wraz ze swoimi zdolnymi współpracownikami
wzniósł niezliczoną ilość budowli: kościołów, synagog, fabryk, hoteli,
willi, mostów itp. Jest w Bielsku cała ulica – cesarza Franciszka Józefa, wiele pięknych willi i domów prywatnych, przede wszystkim willa
­Sixta, hotel „Kaiserhof ” i Nordbahnhof, które zostały zbudowane przez
niego we wzorowy sposób. Za wniesione w Bielsku budynki urzędowe
został wyróżniony przez Cesarza tytułem radcy budowlanego. „Der
Bautechniker” XXVI, 1906, nr 4, s. 79.
2
Heinrich von Ferstel (1828–1883), jeden z bardziej znanych archi­
tektów doby historyzmu. Profesor Politechniki Wiedeńskiej. Twórca
wielu monumentalnych budowli przy Ringstrasse, m.in. kościoła Wo­
tywnego, Austriackiego Muzeum Sztuki Stosowanej, Uniwersytetu,
a także willi i pałaców na terenie monarchii austriackiej.
3
Elewacje ratusza inspirowane były układem kompozycyjnym fa­
sad wiedeńskich pałaców arcyksięcia Ludwiga Viktora (przy Schwa­
rzenbergplatz 1, proj. H. von Ferstla) oraz Pałacu Sprawiedliwości,
(proj. A. von Wielemansa przy Schmerlingplatz 10/Museumstrasse
12/Volksgartenstrasse 2).
4
Z. M. Okuljar, Teatr Polski na ziemiach Śląska Cieszyńskiego, w: X‑lecie państwowego Teatru Polskiego. Bielsko–Cieszyn 1945–1955, Biel­
sko 1955, s. 9.
5
Emil von Förster (1838–1909), ur. w Wiedniu. Syn Ludwiga von För­
stera, założyciela Allgemeine Bauzeitung. Studiował w Berlinie. Był
zafascynowany włoskim renesansem. Stworzył wiele dzieł w Wied­
niu, m.in. kamienicę przy Kärtnerstrasse 51, banki, hotel Regina,
także hotele w Bozen, Bukareszcie, Meranie. Za: U. Thieme, F. Bec­
ker, ­Allgemeines Lexikon der bildenden Künstler von der Antike bis
zur Gegenwart, Leipzig 1916, t. 12, s. 135.
6
Johann Kautsky (1827–1896) ur. w Pradze. Malarz dekoracji teatral­
nych. Studiował w Pradze i Düsseldorfie. Odniósł sukces już w pierw­
szych pracach, które wykonywał w Niemczech, Anglii i Ameryce.
W 1863 r. został c.k. malarzem Teatru Dworskiego. Wspólnie z synem
Hansem założył spółkę Kautsky’s Söhne & Rottonara. Wykonali wspa­
niałe dekoracje m.in. dla nadwornych teatrów w Kassel, Darmstadt,
Dreźnie, Hanowerze, a także m.in. we Wrocławiu, Lipsku, Rotterda­
mie, Zurychu, dla Opery Niemieckiej w Nowym Jorku. Za: U. Thieme,
F. Becker, Allgemeines Lexikon..., Leipzig 1927, t. 20, s. 35.
7
Theodor Schreier (1873–1943?) ur. w Wiedniu. Studiował w Wyż­
szej Szkole Technicznej. Pracował z E. Lindnerem (1899–1906). Od
1907 do 1933 r. posiadał własne biuro architektoniczne. Spółka Lind­
ner & Schreier wykonała m.in. tymczasowy szpital dla choleryków
w Krakowie (1899), szkołę w Skoczowie. Za: P. Csendes, Österreichisches biographisches Lexikon 1815–1950, Wien 1999, t. XI, s. 203.
8
Otwarcie Państwowej Szkoły Przemysłowej odbyło się 20 września
1913 r. Była to największa szkoła w całej monarchii, usytuowana na
powierzchni 16 000 m kw. i mająca ponad 140 pomieszczeń.
9
Witraż z postacią cesarza Franciszka Józefa I po zakończeniu I woj­
ny światowej został zasłonięty, a w 1934 r. całkowicie usunięty i za­
stąpiony witrażem z postacią Chrystusa.
1
R e l a c j e
„Wiener Bauindustrie-Zeitung” XVI, 1899,
nr 4, s. 10.
11
Leopold Bauer (1872–1938), uczeń K. Hase­
nauera, później O. Wagnera w Akademii Sztuk
Pięknych, po którym w 1912 r. objął katedrę ar­
chitektury. Poza Wiedniem spora grupa jego
dzieł znajduje się na terenie Śląska Austriackie­
go, m.in. w Opawie (Izba Przemysłowo-Handlo­
wa, dom handlowy Breda & Weinstein, kościół
św. Jadwigi) i w rodzinnym Karniowie (budynek
strzelnicy miejskiej i gimnazjum). Za: U. Thie­
me, F. Becker, Allgemeines Lexikon..., Leipzig
1920, t. 3, s. 70-71.
12
W konkursie rozstrzygniętym 4 i 5 maja 1906 r.
nie przyznano pierwszej nagrody. Drugie miejsce
spośród 17 nadesłanych otrzymały dwa projekty:
L. Bauera oraz spółki E. Lindnera i T. Schreiera.
Jury zaproponowało Stowarzyszeniu Budowy Ko­
ścioła powierzenie wykonania projektu L. Bau­
erowi. Za: „Der Bautechniker” XXVI, 1906, nr
19, s. 402.
13
Othmar Schimkowitz (1864–1837) pracował w atelier K. Bittersa
(1892–1895) w Nowym Jorku. Od 1895 r. posiadał atelier w Wiedniu.
Od 1898 r. związany z grupą Gustava Klimta Wiener Sezession (1929–
1930 jako prezydent). Współpracował z O. Wagnerem przy dekora­
cji kościoła Am Steinhof, budynku Potsparrkasse i kamienicy przy
Linke Wienzeile 38; Za: U. Thieme, F. Becker, Allgemeines Lexikon...,
Leipzig 1998, s. 72.
14
Richard Harlfinger (1873–1948), wiedeński malarz. Studiował
w prywatnej Wiedeńskiej Szkole Malarstwa. Był członkiem Wiedeń­
skiej Secesji (1917–1919 jej prezydentem), a także profesorem w Wie­
deńskiej Frauenakademii-Österreich (1917–1939). Za: F. Czeike, Historisches Lexikon Wien, Wien 1994, t. 3.
15
Hans Mayr (1877–1918), wiedeński architekt, absolwent Szkoły
Przemysłu Artystycznego przy Muzeum Sztuki i Przemysłu, póź­
niej Akademii Sztuk Pięknych, student O. Wagnera. Autor m.in. bu­
dynku Kasy Oszczędności w Karniowie, pawilonu wystaw artystycz­
nych w Klagenfurcie, w Wiedniu – Szkoły Handlowej Allina (przy
Ballgasse) i siedziby Austriackiego Towarzystwa Scenicznego przy
Dorotheergasse. Za: G. U. Piesch, Zum Jugendstil in Bielitz: zwei Bauten des Wiener Architekten Hans Mayr, w: Oberschlesisches Jahrbuch
(Sonderdruck), Berlin 1996, t. 12.
16
Leopold Forstner (1878–1936), uczeń K. Mosera w Szkole Przemy­
słu Artystycznego, studiował w Bawarskiej Akademii Sztuk Pięk­
nych w Monachium. Jego mozaiki i witraże zdobią wiele budynków
w Wiedniu, w tym najbardziej reprezentatywne dzieła O. Wagnera,
m.in. kościół Am Steinhof, budynek Pocztowej Kasy Oszczędności,
a także m.in. budynek Szkoły Handlowej Allina autorstwa H. May­
ra. Za: G. U. Piesch, Zum Jugendstil in Bielitz..., s. 86-87.
17
Wilhelm Bormann (1880–1938), rzeźbiarz pochodzący z Brunsz­
wiku, osiadły w Wiedniu, był współpracownikiem L. Forstnera w de­
koracji kilku innych obiektów, m.in. wnętrza kościoła w Ebelsberg
k. Linzu, kawiarni hotelu Palace w Wiedniu czy Szkoły Handlowej
­A llina. Za: G. U. Piesch, Zum Jugendstil in Bielitz..., s. 88.
18
Hans Glaser (1873–1950) ur. w Wiedniu. Studiował w wiedeńskiej
Akademii Sztuk Pięknych. W 1913 r. założył z K. Scheffelem i A. Krau­
pą Architektur und Konstruktion-Atelier für Ausstellungsindustrie,
Möbel und Vergnügungsbauten. Za: www.azw.at.
10
(12)
10. Kościół pw.
św. ­Małgorzaty w Kamienicy,
wg projektu K. Steinhofera
(„Wiener Bauindustrie‑Zeitung” 1898)
11. Niezrealizowany projekt
Jubileuszowej Szkoły
Żeńskiej Cesarza Franciszka
Józefa, autorstwa
H. Glasera i A. Kraupy
(„Wiener Bauindustrie‑Zeitung” 1913)
12. Jeden z konkursowych
projektów bielskiego Domu
Cechowego, autorstwa
H. Glasera i K. Scheffela
(„Wiener Bauindustrie‑Zeitung” 1913)
Ilustracje pochodzą
ze zbiorów autorki tekstu
I n t e r p r e t a c j e
13
Aleksandra Kil
Myśli
Reguły gry
Kryjemy się za fasadami wierszy
pod sukienkami z atramentu
drżymy w huraganach oddechu
wywołane do odpowiedzi przez ciszę
męczy mnie
W białych bluzkach
zapiętych pod szyję
mamy zasznurowane usta
jak grzeczne panienki
Ale połaskotane pękamy ze śmiechu
w szwach
i bezczelnie kosmate
nie czeszemy się rano
Nie jesteśmy głębokie jak studnie
greckich filozofów
– zwykłe trzciny na wietrze
niepozorne chucherka
Pomnik na placu
Stoi Prawda w przykrótkiej sukience
podwiewa falbany wiatr
stoi w deszczu
w strugach zimna
jak obdartus – żebrak
jak bieda
stara jak świat
trzęsie z chłodu kolanami
albo to nie chłód – to strach
że gdy wyjdzie z cienia
zza rogu
spadnie wielka pięść na plac
zmiażdży zmiecie
zgruchocze kości
slam
język giętki
i szybki
w piruetach bełkotu
rozczochrane wersy
przekleństwa o wytartych
nogawkach
metafory w tanim
makijażu
igrają ze światłem
sztuka w charybdach
naszych ust
chce
„zastąpić Homera
trzęsieniem ziemi
Horacego
kamienną lawiną”
Herberta
tańcem godowym przymiotników
liczba guzików przy płaszczu do zapięcia
błotniste kałuże –
toną w nich nogawki
wiatr niszczący misterną fryzurę
karmiący oczy paprochami
męczy mnie
fura liści do grabienia
ręce otarte
pleców pochylenia
dym znad wypalanych łąk –
gryzie w gardle rozwścieczony
rachunki za prąd
bo krótszy dzień
męczą mnie
smutne poranki w wełnianych swetrach
czekanie na słońce –
to kapryśne dziecko
lubi pospać dłużej
tęsknota za latem
wiadra nostalgii do dźwigania –
przymusowa robota
męczy mnie
między palcami
papieros
i zwitek wyrazów
drwiąca Pani Jesień
w czerwonych rękawiczkach
dyktująca mi oschle reguły gry
ich symbioza artystyczna
w objęciach
dymu
co roku przecież tej samej
speed language active mouth
zmęczony
rankiem usypia
spójrz
utopiliśmy słowa w oceanie piwnym
cierpi cicha Poezja w swym Ogrodzie Oliwnym
dygocze przed ukrzyżowaniem
zamknie buzię
– na to Prawda w płacz
14
R e l a c j e
Z ang.: speed, language, active, mouth – amatorskie zawody
poetyckie, rodzaj widowiska klubowego.
I n t e r p r e t a c j e
Marta Maj
22 sekundy
Czym jest ta chwila
nie wobec wieczności
ale dla życia mojego
– czym jesteś...?
Co istotnego jest
w głębokim oddechu
lub co czyni go gorszym
od słów?
Credo (1)
Wiem, że Ty jesteś
wiem to teraz
wiedzą głupiego – wiedzą serca
bo kiedy rano wstaję wściekła
to Cię nie widzę – ja – morderca
bo kiedy męczę się i płaczę
kiedy nie czuję wątpię szukam
– wtedy najlepiej widzę
jesteś
właśnie dlatego żem jest głupia
I bywa czasem
że uwierzę
– sercem żołądkiem głową – cała
bo gdy Cię widzę w śmiesznych cudach
kiedy mnie głaszczesz czyjąś ręką
lub się w czymś niespodzianie udasz
zachwycisz światem takim wielkim
– wtedy Cię widzę ostro
jesteś
właśnie dlatego żem przy Tobie mała
R e l a c j e
Może ktoś mi powie
co powinnam teraz
– może coś pomijam?
(słyszysz, drugie ja?!)
Wiersz bursztynowy
Jeśli ręką machniesz
„carpe diem – żyj chwilą”
– właśnie ci ukradłam
mały okruch dnia
stoję tu dzisiaj wpół pusta
pół duszy mam pod Krakowem
druga połowa milczy
(samotne pół zawsze ginie...)
ciąży i ciągnie – ku morzu –
sposążała – bursztynem...
(alchemik by nie pogardził
niedoskonałą formą...
czegóż wymagać od duszy –
złoto za twarde – na wolność...)
Podstępny antystróż
zrobił mi antyprzysługę:
Pokazałam mu język
– z niego jest jednak idiota –
gdyż bardzo lubię bursztyny...
przejrzysta lepka miłość
złoty testament cierpienia
zastygła mucha
tęsknota
Agata Tomiczek-Wołonciej
I n t e r p r e t a c j e
15
Krzysztof Kurus
***
16
0:34, taka godzina, a mógłbym być gdzieś daleko stąd
i nie myśleć o jutrze. W odległym miejscu bądź jeszcze
lepiej w podróży. Dlaczego akurat tak? Czuję się źle, cho­
ciaż jest dobrze. Nie tłumaczcie tego naukowo, bo czu­
ję się wtedy jeszcze gorzej. Czuję się jak programator
od pralki. Kiedy przyjdziesz? Jeszcze raz światło, pro­
szę o spokój. 0:37. Disconnect.
– Słyszysz ten podmuch? – Tak, taki ciepły, pachnie pia­
skiem, ale jest także suchy. – Co czujesz? – Lekki ogień,
jego smak miesza się z wanilią. Mogę go dotknąć, nie pa­
rzy, to jak ekstaza. Nie czuję spalenizny, ja już nie mam
ciała. – Gdy jestem przy tobie, nie mam powłoki. Jestem
duchem, całe zło mnie opuściło. Komu zapłacę za tę do­
broć? Czym zapłacę, jak zapracuję? – Zamknij mi oczy,
to już sen. Teraz zobaczysz prawdę, która mnie dręczy.
– Jaką? – Wstyd, którego nie widziałem i nie chciałbym
zobaczyć. – Co to? – Mówię, zobaczysz. Rozejrzyj się do­
kładnie. To miasto, ale bez mieszkańców. – Gdzie oni
wszyscy poszli? Czy oni czują odrazę do tego miejsca?
– Nie, chociaż inni tego nie widzą. Teraz jest noc i dlate­
go ich nie ma. – To nie jest noc, przecież słońca nie ma.
Nie mam dowodów, ale ja to wiem. – Masz rację, cho­
ciaż dowodów próżno szukać. – Uważasz, że wiara lep­
sza jest od wiedzy? Tak, lepsza jest i choćby czasem była
obłudą. – Gdzie chciałbyś się obudzić? – Gdzieś dale­
ko, wiesz gdzie, po co mam ci to mówić. – Tak, to już
nie pierwszy raz. – Popatrz, tamten zegar się nie rusza.
– Normalne, bo tu czas nie płynie dla nikogo. – Jego
wskazówki umarły, bo nie było nikogo, kto chciałby na
nie patrzeć. – Nielogiczne, dlaczego nikt nie chce tam
patrzeć? – Bo cierpią, bo rany nie są bandażowane, bo
wciąż o tym piszą. Solą rany posypują. – Chcesz coś zro­
bić? – Nie wiem. To wbrew mojej naturze, ale jaką spra­
wi satysfakcję. – Chcesz spalić miasto?
Nie było odpowiedzi.
– Dlaczego chcesz poświęcić tyle istnień dla ratowania
honoru? – To wbrew mojej naturze, ja nie chcę. Prze­
cież mówię. – Ale chcesz to zrobić. Jestem ostatnią oso­
bą, która może się ciebie wyrzec. Wcześniej już wszy­
scy. Pamiętasz tych panów w czarnych (cenzura), którzy
strzelali do ciebie? – Ano, pamiętam, no i? Oni są dale­
ko i w innej przestrzeni. Zapomnij o nich! Wiem, że nie
R e l a c j e
potrafisz. – Dlaczego mam zapominać? – Bo tak jest le­
piej. Żyć jest łatwiej.
Błyskawica rozdarła połacie mrocznego nieba gdzieś na
horyzoncie. Usiadła na zimnym bruku, a swoją twarz
zakryła dłońmi.
– Myślisz, że to cię ochroni! Myślisz, że ty naprawdę
jesteś do czegoś zdolna? Posłuchaj... Jesteś, ale tylko
w myślach. Jesteś zbyt niedoskonała, by móc coś zmie­
nić. To taki boski einstellung, czy zdajesz sobie z tego
sprawę?
– Daj mi spokój – odezwała się cichym głosem, nie od­
słaniając przy tym oczu. W palcach obracała agrafkę,
która pojawiła się dosłownie znikąd.
– Myślisz, że chcę ciebie żałować? Masz rację, oczywi­
ście, że nie. Dlaczego miałbym zachowywać się w ten
sposób? Cierpisz jak wszyscy, moja droga. Oto cena ist­
nienia, które nikomu nie jest potrzebne.
Zaczął padać deszcz, kilka grzmotów rozniosło się po
okolicy.
– Weź mnie stąd, nie chcę moknąć.
– Tak bardzo zależy ci na tym, aby nie zniszczyć tej
ziemskiej powłoki? Spodziewałem się czegoś bardziej
wzniosłego.
– No to się pomyliłeś. Punkt dla mnie. No, weź mnie.
Wstała, ale nie patrzyła mu w oczy. Wodziła wzrokiem
po budynkach rynku.
– Czego się wstydzisz? Całe twoje życie jest wstydem. Le­
piej od razu to skończ. Nie będzie nawet bólu.
– Nie. Nie mam ochoty ciebie słuchać. Weź mnie na
ręce.
Pozorny wróg i oskarżyciel uniósł ją lekko.
– Gdzie mam cię zanieść – zapytał od niechcenia.
– Pokaż mi to, czego nienawidzisz. – Zachcianki... Bez
konkretu. – O mój Boże, jak pada! – Nie wołaj go, bo ma
swoje problemy. – Jakie? – Ci, którzy pytają, szybko zni­
kają. Tak to jest. – Aha. Wszystko jasne. Znałeś kogoś
takiego? – Wydaje mi się, że tak. Uważać trzeba na to,
co się mówi. Jest pewne hasło, które go dręczy. – Jakie?
No powiedz, przecież to takie ważne. – Dzieci – odparł
w zamyśleniu. – Dzieci? – Tak, właśnie one. A może po
prostu ludzie? Nie wiem... Niczego nie rozumiem. Nie
muszę, nic mnie nie ominie.
I n t e r p r e t a c j e
Przestało padać. Szli ulicą, która prowadziła gdzieś
w dół, do ciemnej otchłani.
– Gdzie mnie niesiesz? – Tam, gdzie chcesz. – Czemu tu
cały czas tak pusto. – Nie myśl o tym teraz. Nie ma cza­
su. Noc już nie jest młoda. Będę musiał odejść już nie­
długo. – Już o nic nie pytam. Nie jesteś człowiekiem.
– I tak, i nie. Byłem w każdym razie. – Postaw mnie na
ziemi. – Nie ma problemu, a i tak nic bym ci nie zro­
bił. Strach. Nawet nie wiesz, jak dzisiaj mnie śmieszy.
Podoba mi się ten wasz egoizm. – A co ja mam powie­
dzieć? Nic mi się nie chce mówić. Miałam marzenia, tak
jak i inni. Doskonałość, sam wiesz. – Tylko nicość jest
niedoskonała. Rozumiesz? Tego tutaj nigdy nie będzie.
– Nie tylko nicość, jak możesz tak mówić? – My chyba
się nie rozumiemy. Posłuchaj, to ja jestem lepszy od cie­
bie. Tak będzie zawsze. Na marginesie powiem, że wca­
le mi to nie przeszkadza. Ty jesteś tylko doskonałą nie­
doskonałością.
Przystanął na końcu ulicy.
– Pokazałem ci to, czego nienawidzę. Pewnie nie pa­
trzyłaś na to wszystko, prawda? Więcej tego nie zoba­
czysz, ale bądź pewna, że twoja podświadomość przy­
pomni ci kiedyś o tym, co tutaj ujrzałaś. – I co ja z tego
mam? – Nic. Wiem, że dzisiaj to nie trwało zbyt długo,
ale muszę iść. Popatrz na wzgórze, czy widzisz tamtą
wieżę? – Tak... – Tam jest mój dom, tam najlepiej dzia­
łać. Łatwo, prosto i przyjemnie. – Ciekawe.
Tajemnicza persona nagle znikła. Nie pozostał żaden
ślad. Wróciła na rynek i usiadła na ławce. Światła za­
częły zapalać się w wielu oknach. Na ulicy pojawili się
pierwsi ludzie. Spojrzała jeszcze raz w stronę wzgórza
nad miastem, nie było żadnej wieży.
Westchnęła i wzruszyła ramionami.
R e l a c j e
Marta Maj – urodzona w roku 1987 w Katowicach. Absolwentka III LO im. S. Żeromskiego w Bielsku-Białej. Czte­­­
rokrotna laureatka „Lipy”.
Obecnie studiuje biologię na
Uniwersytecie Jagiellońskim.
Lubi spotykać się z przyjaciółmi i pić herbatę z ulubionych
kubków, spacerować zwłaszcza brzegiem morza. Namiętnie kolekcjonuje kolczyki.
Aleksandra Kil – urodzona w roku 1989 w Bytomiu, od
ósmego roku życia mieszka w beskidzkiej Bystrej. Jest
uczennicą klasy drugiej (o profilu humanistycznym) w III LO
im. S. Żeromskiego w Bielsku-Białej. Literatura, a w szczególności poezja, od dziecka była jej pasją, tak że z czasem stała
się nie tylko czytelniczką, ale
też sama zaczęła pisać wiersze. Udział w konkursach literackich traktowała zawsze
jako możliwość podzielenia
się swoją twórczością z innymi. Jest laureatką wielu konkursów, m.in. Przeglądu Dziecięcej i Młodzieżowej
Twórczości Literackiej „Lipa”
(2004, 2006), ogólnopolskiego konkursu pod hasłem „Poezja mojej małej ojczyny”, zajęła II miejsce w ogólnopolskim konkursie na recenzję filmową, w ogólnopolskim konkursie literackim pod hasłem „Gdy
myślę – Ojczyzna” poświęconym pamięci Jana Pawła II, a także w XIII Tarnogórskim Konkursie Poetyckim im. ks. J. Twardowskiego. W tym roku szkolnym bierze również udział w finale XXXVII Olimpiady Literatury i Języka Polskiego.
Krzysztof Kurus – mieszkaniec Chybia w powiecie
cieszyńskim, absolwent LO
Towarzystwa Szkolnego
im. M. Reja w Bielsku-Białej. Laureat Ogólnopolskiego Przeglądu Dziecięcej i Młodzieżowej Twórczości Literackiej „Lipa”
w latach 2005 i 2006.
I n t e r p r e t a c j e
17
Młodzi!
Utalentowani!?
Juliusz Wątroba
Juliusz Wątroba – poeta,
satyryk, autor 25 tomików,
urodzony i mieszkający
w Rudzicy na Śląsku
Cieszyńskim, związany
z Bielskiem-Białą. Od
pierwszego numeru dzieli
się z Czytelnikami RI swoimi
literackimi fascynacjami.
Agata Tomiczek-Wołonciej
18
R e l a c j e
Nie mam żadnych uprawnień do tego, by wypowia­
dać się w tak delikatnej i pięknej materii, jaką jest lite­
ratura – szczególnie poezja i proza młodych. A jednak
– skazany za wrażliwość na dożywocie – dzielę się spo­
strzeżeniami o młodej twórczości z tej prostej przyczy­
ny, że od lat wypatruję z rzeszy piszących tych utalen­
towanych (czy bezpieczniej – posiadających wrodzone
predyspozycje), którzy próbują się dzielić z nami tym,
co mają w sobie najcenniejszego: świeżością spojrzenia,
własną wizją świata, wyobraźnią pozwalającą szukać –
choćby nawet po omacku – własnych kolorów szarej,
zunifikowanej rzeczywistości. Bo młodzi, na szczęście,
piszą! W metropoliach,
mieścinach i wioskach...
Niezbadane są drogi,
ścieżki i bezdroża mło­
dych twórców. Niezbada­
ne wyroki Muz i Pegazów.
Czy młodzi literaci roz­
błysną pełnym blaskiem
talentu i pracowitości?
Czy spełnienia i satysfak­
cje będą ich udziałem? Czy
też ich szlachetne uniesie­
nia przykryje popiół pro­
zaicznych czynności zabi­
jających entuzjazm i chęć
zaistnienia? Któż to wie...
Na razie jedno jest pewne:
to wrażliwi młodzi ludzie,
przed którymi wszystko
albo nic, albo jeszcze ten
najgorszy wariant: złoty
środek, czyli bylejakość...
Młodzi ludzie oczkiem w głowie świata. Świat
w oczach młodych. Jeszcze wierzą w to, co najlepsze
i najpiękniejsze. W sukcesy i w zaszczyty, w publikacje
i poczytne książki... Ilu z tych setek, czy tysięcy, przy­
syłających swoje prace na konkursy literackie z a i s t ­
n i e j e ? Bo tak to już jest, i będzie, że – niestety – z tych
tak wielu, dobrze się zapowiadających, tylko nielicz­
nym sukces jest pisany. W większości przypadków pry­
sną mydlane bańki marzeń o karierze literackiej, jak­
że często niewdzięcznej i gorzkiej. W oceanach spraw
i sprawek znikną świeżość, oryginalność i entuzjazm,
i wiara w sens pisania. Dzisiejsi „cudowni młodzi” sta­
ną się normalnymi ludźmi. Tylko wybrani, nienormal­
ni, wybitni i zdeterminowani będą dalej pisać, publiko­
wać, zachwycać i ...prowokować!
Chodzi też więc i o to, byśmy wykazywali wiele taktu
i odpowiedzialności, otaczając dyskretną opieką i życz­
liwością tych młodych „wybrańców bogów”, tak żeby
nawet ci niespełnieni nie czuli rozczarowania, by przy­
goda z poezją czy prozą pozostała pięknym wspomnie­
niem, a nie stała się powodem frustracji czy świadomo­
ścią życiowej klęski. Przecież nie wszyscy (dzięki Bogu!)
są poetami, choć sam Pan Bóg musiał być poetą, stwa­
rzając ten najpiękniejszy ze światów.
Wierzę jednak, że ci młodzi, których dzisiaj pre­
zentuję, dojdą daleko, zafruną wysoko... Przecież są po
pierwszych sukcesach, nagrodach, publikacjach. Znają
już wartość słowa i swoją wartość. A że jeszcze błądzą
i poszukują? To tym lepiej, bo jest nadzieja, że znajdą
swoje osobne, oryginalne twórcze byty.
Wiersze Aleksandry Kil pulsują niepokojem, zdu­
miewają zaskakującymi metaforami i sprawnością
warsztatową. Tematyką utworów jest codzienność, ale
podana w jakże piękny, niecodzienny sposób. To już in­
dywidualność!
Marta Maj, liryczna introwertyczka, ciążąca w stro­
nę wiersza klasycznego, ale właśnie przez to rozpozna­
walna, jedyna...
Zaś Krzysztof Kurus w swoich prozatorskich mi­
niaturach ukazuje prawdę o świecie swojego pokole­
nia, o zmaganiu się z rzeczywistością, o skomplikowa­
nych relacjach młodych wkraczających w dorosłość. A że
czyni to prawie po mistrzowsku, to tym lepiej dla nie­
go i ...czytelników!
To tylko trójka młodych, zdolnych, wybranych z wie­
lu piszących, stawiających pierwsze i drugie kroki na
pięknej, choć jakże niepewnej drodze, którą zwą litera­
turą...
I n t e r p r e t a c j e
Irma i parę innych mądrych opowieści to najnowszy
zbiór wierszy Mirosława Bochenka. Autor deklaruje w jednym z tekstów, że to spojrzenie dojrzałego
człowieka na rzeczywistość, codzienność, po prostu na życie. Ale niektóre utwory kuszą, by je określić w imieniu poety sformułowaniem: „życie i ja”.
W miarę czytania krystalizuje się bowiem intymny
portret podmiotu lirycznego, może to porte parole auto­
ra, dostrzegającego rozmaite meandry istnienia, w które
wplątuje się każdy człowiek, a więc i on sam. Takie sko­
jarzenie nasuwa oczywiście stosowana często pierwszo­
osobowa forma monologu lirycznego. Pogoń za pienią­
dzem, mniej lub bardziej istotne przygody miłosne, ale
i rozczarowania upływem czasu i znikomością własne­
go bytu to główne tematy Irmy.
Autor podzielił swój zbiór na części, a każdą z nich
zatytułował Osty, nadając im tylko kolejne numery. Od­
biorca spodziewa się więc smutku, wewnętrznego roz­
darcia, życiowej traumy, ale jak się okazuje – niekoniecz­
nie tak musi być. Bowiem, przy tych minusach istnienia,
i tak udaje się poecie zachować pogodę ducha, a nawet
samozadowolenie.
Na Osty I składają się wiersze o upadku systemu
wartości, o hołdowaniu materializmowi i wielkim roz­
czarowaniu znikomością owej materii. To raczej pełna
dezaprobaty obserwacja świata i ludzi z punktu widze­
nia podmiotu lirycznego. A kim jest sam podmiot, jak
uczestniczy w owej pogoni za pozorem, blichtrem? „Kła­
dę się spać i budzę się z kacem/ nie umiejąc sprostać tym
czasom” (Resztówka). Niestety jest ofiarą – nie rozumie
rzeczywistości, nie potrafi się w nią wkomponować, żyje
więc samotnie, „ni przypiął ni przyłatał”.
Druga część antologii to piękne, o różnym nastro­
ju erotyki. Pojawiają się tu motywy: pierwszej, zjawi­
skowej miłości, „której nie trzeba/ słowami upiększać”
(Ta pierwsza); spotkań z ludźmi, w których łka samot­
ność; porozumiewania się bez słów – „mówienia oczami”
(Oczy); wspominania miejsc ważnych dla dwojga bliskich
sobie osób – „właśnie tu na poważnie nas swatał/ przy­
padkowy, podpity facet” (Na Browarnej). Jest też wiele
gorzkich refleksji o niezrealizowanym uczuciu – „ten/
którego wybrała, ten którego chce/ to jest mój niespeł­
niony sen” (Wieczorne); czy o tragedii, jaką przeżywa po­
R e l a c j e
Życie i ja
rzucony kochanek – „Przez ciebie musiałem pić wódkę
miesiąc albo dwa/ rozpaczliwie szukając cię” (Agnieszka).
Ale jest i miejsce na przewrotność, lekką ironię
w spojrzeniu na kobiety, które trzeba obdarowywać pre­
zentami, bo „gdyby nie te cacka/ byłbym w ich oczach/
ostatnim draniem” (Skarb).
Najpiękniejsze, najbardziej wzruszające jednak ujęcie
miłości pojawia się w niezwykle klimatycznym, wywołu­
jącym dobrotliwy uśmiech wierszu Ostańce, gdzie para
staruszków wciąż patrzy w siebie jak w obrazek, a „Pan
Bóg czasem ich pyta:/ może chcecie coś z nieba?/ na to
oni wciąż mruczą/ że już mają, nie trzeba...”. Tu autoro­
wi udało się stworzyć czarowną aurę niemal na miarę
Leśmianowskich ballad. To niespotykany tekst współ­
czesnej poezji miłosnej, gdzie prostota języka i kreacji
bohaterów współgra z prostotą świata otaczającego sta­
ruszków, a ostatecznie wszystkie te elementy współtwo­
rzą harmonijny, rustykalny, dobry świat.
Osty II to nie tylko rozgoryczenie, to także czułość,
intymność, subtelność, to – jak autor pisze – „oddycha­
nie kobiecością”, ale i dojrzewanie w uczuciu.
Kolejna część zbioru zawiera refleksje nad tym, co
stracone lub minione, refleksje nad samotnością, ale
przebija w nich również ton religijny – jakie zadanie
wyznacza podmiotowi Bóg? I tu po raz kolejny silnie
daje o sobie znać perspektywa dojrzałego człowieka, któ­
ry próbuje się rozliczyć z dotychczasowego życia, doko­
nać bilansu wszelkiego typu zysków i strat. Ale i pogo­
dzenia z sobą i własną samotnością – „Poniekąd cieszę
się z życia, które upływa łagodnie/ bez kłótni, cichych
dni, skrywania czegoś przed kimś” (Cissus). Osty III to
też moment wspomnień pięknych doznań, jakich do­
starcza przyroda, ale myślą przewodnią mimo wszyst­
ko wydaje się być refleksja na temat natury człowieka,
chłodnych relacji międzyludzkich, obojętności na innych
– „mijamy się tak mimochodem/ każde zajęte własnym
głodem” (Sąsiedzi).
Joanna Foryś
Joanna Foryś – polonistka
VIII LO w Bielsku-Białej,
laureatka ubiegłorocznej
edycji konkursu na recenzję
teatralną organizowanego
przez Wydział Kultury
i Sztuki UM.
I n t e r p r e t a c j e
19
W tej części antologii pojawia się tytułowy tekst Irma
– gdyby nie ostatnia strofa, można by pomyśleć, że cho­
dzi o jakieś niebywałe, niemal mistyczne zjawisko, „to
noc aniołów fruwających wokół”. Ale pod koniec wier­
sza wyraźnie materializuje się ono w postaci kobiety,
stricte – kobiecego ciała z tajemnymi, kluczowymi dla
podmiotu elementami – pępkiem i piętą... Kim jest więc
Irma? Może po prostu obiektem dojrzałej, oczekiwanej
formy miłości...
Ostatnia część zbioru jest najkrótsza, wypełnia ją
raptem osiem wierszy, ale to konkluzja wszelkich po­
czynionych wcześniej lirycznych refleksji. Pogodzenie
się z sobą, z przemijalnością, a przy tym oparcie w Bo­
gu nastrajają pozytywnie – „przy herbatce z konfitura­
mi/ z Panem Bogiem za stołem siadam” (Właśnie tak),
mimo wszelkich „ostów” życia „trzeba się cieszyć/ że
wciąż masz siebie na własność” (Na drogę).
Podczas czytania tego tomu wierszy Mirosława Bo­
chenka zastanawia wybór formy niektórych utworów.
Część z nich bowiem sprawia wrażenie niewykończo­
nych, formalnie „niedopieszczonych”, co niejednokrot­
nie może zaburzać odbiór, mącić stworzony wcześniej
nastrój, czynić podmiot liryczny niewiarygodnym (jak
bywa w przypadku zdrobnień). Na przykład teksty ta­
kie, jak Zawieszka czy Jako tako to raczej proza poetyc­
ka, a jej zapis w wersach zakłóca niestety rozumienie, ale
może to właśnie te opowieści, o których mowa w tytu­
le antologii. Może to rodzaj eksperymentu, jednak przy
stosowaniu rytmicznego dystychu czy rymu dokładne­
go taki wariant nie komponuje się dobrze.
Sam język poetycki autora nie atakuje przesad­
ną ozdobnością, pełen jest jednak mile zaskakujących
skojarzeń, dosłowności frazeologizmów, błyskotliwych
formuł, z puentami włącznie, a wprowadzane kolokwia­
lizmy świetnie współgrają z tematyką – obrazem współ­
czesności.
Tak więc Mirosław Bochenek w swojej Irmie stał się
w pewnej mierze eklektyczny, stosując tradycyjny rym
i rytm, przy tym lingwistyczne zabawy skojarzeniami
i niekiedy „prozę wiersza”, wszystko w służbie liryce
­refleksyjnej – widać i tak można, jeśli ma się coś do po­
wiedzenia.
Mirosław Bochenek, Irma i parę innych mądrych opowieści,
Contract, Bielsko-Biała 2006, s. 112, grafiki Piotr Wisła
20
R e l a c j e
Zasiadłam w kinowej sali w sobotnie południe.
Było ze mną jeszcze dwoje młodych ludzi. Tryptyk rzymski wyświetlano już od kilku tygodni, nic
więc dziwnego, że widzów mało. Pierwsze kadry zupełnie mnie zdezorientowały. Przyszłam
na film inspirowany poetycko-filozoficznym poematem, a zaczynał się jak dokument o papieżu.
Później było już lepiej. Kiedy ekran wypełnił się
wizjami twórców, mogłam bez przeszkód poddać się przewodnikowi po tym świecie – głosowi Krzysztofa Kolbergera.
Ekranizacja, jeśli można użyć tego słowa w tym wy­
padku, Tryptyku rzymskiego to jedna z największych pol­
skich produkcji animacyjnych ostatniego czasu. Trwa
ponad godzinę. Powstawała przez trzy lata w studiu fil­
mowym Anima Media w Bielsku-Białej, powołanym
specjalnie w tym celu przez Kurię Diecezjalną BielskoŻywiecką. Anima Media zajmuje się przede wszystkim
działalnością wydawniczą oraz produkcją filmową,
a także szeroko pojętą promocją kultury chrześcijań­
skiej. Spółka dotychczas wydała album poświęcony tu­
rystycznym wędrówkom Karola Wojtyły (w przygotowa­
niu kolejne), a także wyprodukowała film Brat Papieża,
wyreżyserowany przez Stanisława Janickiego.
Poemat Jana Pawła II, wydany w 2003 roku, w pro­
stych słowach przekazuje głęboką refleksję filozofa, po­
ety, człowieka wierzącego, kapłana wreszcie. Trzy części,
trzy medytacje, różne tematycznie, połączone są zamyśle­
niem nad poszukiwaniem sensu, poszukiwaniem Źródła,
nad tajemnicami stworzenia i kresu, wiarą i zaufaniem
Bogu... choć oczywiście każdy z nas może w nim odnaleźć
inną, własną głębię, własną inspirację. Górskie potoki,
krajobrazy, archiwalne zdjęcia Karola Wojtyły, freski Mi­
chała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej, rysunkowa wizja hi­
storii Abrahama – to główne wizualne motywy wyko­
rzystane w poszczególnych częściach filmowej realizacji.
Ale najważniejsze w niej jest właśnie słowo Jana Paw­
ła II, jego myśl. Cała reszta jest temu podporządkowana.
Nie ma olśniewających scen, które odrywałyby nas od
treści. (Choć może to nie do końca prawda?) Poszcze­
gólne wiersze są na ekranie ilustrowane swoistymi wi­
zualizacjami. Pulsują światłem lub ciemnością, kolorem
lub czernią i bielą, fragmentami archiwalnych zdjęć lub
I n t e r p r e t a c j e
Małgorzata Słonka
Owoc
widzenia
abstrakcyjnymi wizjami wykreowanymi przez realiza­
torów. Niektóre są bardziej dosłowne, inne bardziej im­
presyjne. Zwłaszcza w tym drugim przypadku zdarza­
ją się perełki, które urzekają klimatem i pięknem. Ale
– jak to bywa w takich wypadkach – nie wszystkie mogą
być dla każdego z widzów jednakowo interesujące. To
zaledwie podpowiedzi do naszych własnych wizualiza­
cji, gdy zechcemy oddać się medytacjom...
Mamy w tym filmie do czynienia z kolażem wielu
różnych rodzajów animacji – klasycznej rysunkowej,
bezpośredniego malowania pod kamerą, scen z udzia­
łem aktorów i pejzaży poddanych komputerowej obrób­
ce, ożywiania fotografii, animacji materiałów sypkich,
także animacji w soli, a wreszcie animacji trójwymiaro­
wej. – Praca przy filmie polegała na znalezieniu takich
środków, które pozwoliły uchwycić ulotność poezji –
mówił w jednym z wywiadów Marek Luzar, reżyser fil­
mu i pomysłodawca całego projektu.
Muzyka Rafała Rozmusa stara się wspomagać od­
biór, towarzysząc poszczególnym częściom to góralską
skalą i instrumentacją, to akcentami i instrumentarium
Wschodu. Mnie czasem jednak brakowało po prostu ci­
szy. Całości dopełnia narracja Krzysztofa Kolbergera.
Jego spokojny, piękny głos, bez interpretacyjnego pa­
tosu, pewnie prowadzi nas przez niełatwy tekst. Przede
wszystkim pomaga go usłyszeć, przyswoić sobie. Z wy­
czuciem pozwala też przystanąć, gdy trzeba odetchnąć
albo przez chwilę pomyśleć. To jeden z największych wa­
lorów tego przedsięwzięcia.
– Liczę, że film będzie stanowił rodzaj publicznego
przeczytania słowa wraz z obrazem i muzyką, dla nas,
teraz – mówił reżyser. I tak jest. Obcowanie przez godzi­
R e l a c j e
nę z Tryptykiem rzymskim Jana Pawła II jest doświad­
czeniem niecodziennym. To chwila oddechu w wartkim
nurcie współczesnego życia, wyciszenia, którego tak nam
brakuje. Nie jesteśmy w stanie, czytając ten tekst w zwy­
kłych warunkach, w tak krótkim czasie skupić się na jego
odbiorze i na refleksji. W tym wypadku mamy jednak
sprzymierzeńca – kino: odseparowani od wpływów ze­
wnętrznych, w sprzyjającej skupieniu ciemności kino­
wej sali, zanurzeni w owej mitycznej magii, o której już
tyle powiedziano.
W tym magicznym czasie ja też pochyliłam się na
kilka chwil nad nurtem życia, obok którego codzien­
nie przechodzę szybko i nieuważnie. Wyszłam z kino­
wej sali w jasność dnia, w gwar galerii Sfera, w uliczny
ruch – z obrazem lasu, który zstępuje w rytmie górskich
potoków, pierwszym obrazem Tryptyku, i z pierwszym
pytaniem:
Marek Luzar, reżyser
filmowej wersji
Tryptyku rzymskiego
Aleksander Dyl
Co mi mówisz górski strumieniu?
w którym miejscu ze mną się spotykasz?
ze mną, który także przemijam –
podobnie jak ty...
Czy podobnie jak ty?
I ten obraz pozostał ze mną na długo.
Tryptyk rzymski – film animowany według poematu Jana Paw­
ła II. Scenariusz, opracowanie plastyczne i reżyseria Marek
Luzar, zdjęcia Paweł Śmietanka, montaż Agnieszka Boja­
nowska, muzyka Rafał Rozmus, narracja Krzysztof Kolber­
ger. Produkcja Wydawnictwo i Studio Filmowe Anima Media,
Bielsko‑Biała. Główny sponsor Techmex. Dystrybucja Mono­
lith Films. Premiera 4 marca 2007. Szczegółowe informacje:
www.tryptykrzymski.pl.
Małgorzata Słonka
– absolwentka
­filmoznawstwa UJ
i podyplomowego
studium edytorstwa UAM.
Specjalista ds. wydawnictw
bielskiego ROK-u.
Redaktor naczelna RI.
I n t e r p r e t a c j e
21
W ramionach
osła
Magdalena Legendź
Sen nocy letniej to jedna z częściej wystawianych komedii Szekspira. Tematyka – miłosne perypetie ateńskich par – wydawałoby się wdzięczna, zwiastująca widzom kilkadziesiąt minut wytchnienia
w pogodnej atmosferze. Bielska realizacja Bartłomieja Wyszomirskiego to nie sen z miłosnym happy
endem, ale raczej koszmar senny, rzecz mroczna i ponura – co byłoby jeszcze zrozumiałe, ale niestety również nużąca – i to już gorzej wróży widzom.
Magdalena Legendź
– teatrolog, recenzentka
teatralna, publicystka
kulturalna, redaktorka
książek i czasopism.
Publikowała bądź
publikuje m.in. na łamach
„Beskidzkiego Informatora
Kulturalnego”, „Teatru”,
„Dialogu”, „Teatru Lalek”.
22
R e l a c j e
Szybko można się zorientować, że reżyser jest oczyta­
ny. U Przemysława Mroczkowskiego (Szekspir elżbietański i żywy, Kraków 1966, s. 135) wyczytał zdanie: „rzuca­
ją do siebie piłką metafor” i już – Tezeusz gra w tenisa.
Poczytał też Gombrowicza: Hermia i Helena w białych
bluzeczkach nie tylko wyglądają jak pensjonarki, ale też
po pensjonarsku pochlipują i ćwiczą niewinno-namięt­
ne sztuczki gimnastyczne. To na początek. Natomiast za­
kończeniu spektaklu patronował pewnie Witkacy i jego
hiperrobociarze. Ale nie uprzedzajmy faktów.
Na proscenium pas białych kamyków wyznacza za­
klęty krąg magii ateńskiego lasu – którego gąszcz trze­
ba będzie sobie wyobrazić. Podczas gdy wolno podnosi
się kurtyna, postać w niczym nieprzypominająca zwiew­
nego elfa, ale raczej motocrossowca w sportowych bu­
tach i ochraniaczach na kolanach i dłoniach, przesypuje
drobne kamyczki. Puk, puk, puk – woła Puk, przesypu­
jąc kamyczki po raz drugi – to jest całe jego czarowanie.
Do wywołania chaosu wcale więcej nie potrzeba. Drze­
miące od początku w kochankach zazdrość, pożądanie,
chęć dominacji wystarczają do wyzwolenia destrukcyj­
nych sił i splątania ludzkich losów. Niewiele też potrze­
ba, by chaos zamienił się na powrót w ład, choć właści­
wie nie ma ku temu powodów: jak na spiritus movens
wydarzeń Puk jest bezbarwny i sztuczny. Rzucony przez
niego, na stos podobnych, los-kamyk zamyka przed wi­
dzami magiczny krąg ludzkich snów i pragnień nieco
mechanicznym finałem.
Like a rolling stone... ciśnie się na usta piosenka. Dy­
lan, Hendrix, dzieci-kwiaty kojarzą się ­nieprzypadkowo:
I n t e r p r e t a c j e
Tytania i Oberon, kłótliwa para w średnim wieku, w szla­
froku i bonżurce wyciągniętych z garderoby podupa­
dłego teatrzyku rewiowego czy posthipisowskiej sza­
fy, to raczej Stomil i Eleonora z Mrożkowego Tanga.
To, co się im przydarza, jest nudne, mdłe, uciążliwe, bo
wszystko już było. Dlatego walc jest tańcem dyskoteko­
wym, ważne ustalenia odbywają się przy szklanym kon­
tuarze barowym, a trupa rzemieślników jedzie na próbę
podmiejskim autobusem. Nawet jeśli wrażenie znuże­
nia było zamierzone, szkoda, że tak niezróżnicowany­
mi środkami aktorskimi zostało oddane: począwszy od
Elfa (u Szekspira to kilka odrębnych postaci leśnych
lich) i Puka, którzy prezentują permanentnie znudzo­
no-smutne miny, po parę Tezeusz-Oberon – Hipoli­
ta‑Tytania, w których wcielają się ci sami aktorzy. Jeśli
ci snują się po scenie beznamiętnie, to z kolei czwórka ko­
chanków jest monotonna w nadekspresji. To jakby jedna
i ta sama osoba (znów reżyser sięgnął do literatury kry­
tycznej, zwłaszcza do Kotta, wskazującego na niezróż­
nicowanie służące wymienialności kochanków), choć
z tła wyróżnia się Helena (Edyta Duda), z ofiary stając
się przekonującą femme fatale. Nieco ożywienia wnosi
do spektaklu muzyka Krzysztofa Maciejowskiego, gęsta
i zmysłowa lub gdy trzeba lekka i delikatna.
Spektakl rozgrywa się na niemal pustej scenie. Do­
minuje czerń, mocne akcenty kolorystyczne kładą nie­
które kostiumy, m.in. odblaskowe ferszalunki trupy rze­
mieślników (nawiasem mówiąc, jedyną zabawną sceną
jest odegrane przez nich widowisko) czy elementy deko­
racji wywołane z mroku przez światło. Umiejętne opero­
wanie światłem podkreśla plastyczne walory spektaklu.
Scenografka zaprojektowała trójpoziomową przestrzeń
gry, gdzie górny podest łączy z dolnym rodzaj pochylni,
podzielonej na pionowe, węższe i szersze pasy. Ta wyra­
zista przestrzeń nie wyznacza, jak można by się spodzie­
wać, terytoriów światów dnia i nocy, ma się raczej wra­
żenie, że postacie łażą, biegają i zjeżdżają w dół – w głąb
ciemnych instynktów – gdzie i jak popadnie. A może re­
żyserowi chodziło o pogłębienie wrażenia chaosu sza­
lonej nocy?
Na tej pustej przestrzeni aktorzy zostali pozostawie­
ni samym sobie. Zagubieni w niedookreślonym kosmo­
sie. Jedni wyszli z tego lepiej, inni gorzej. Na ich grze,
na budowaniu konsekwentnie rozwijających się posta­
ci, mieli się skupić widzowie, w nich mieli zobaczyć sie­
bie. I zobaczyli współczesny świat: wszystko tu drob­
nomieszczńskie, nijakie, nie ma piękna i brzydoty, nie
ma nawet seksu czy erotycznej gorączki, a przemoc też
R e l a c j e
niezdecydowana. Jeśli Szekspir, pisząc swoją komedię,
chciał pokazać irracjonalność zachowań, zmienność
ludzkiej natury, to reżyser na scenie pokazuje jedno­
stajność, przewidywalność, przytłaczającą nudę czło­
wieczej egzystencji – niebezpiecznie balansując między
tej nudy obrazem a samą nudą...
Jasne, Szekspir jest współczesny, a nawet ponadcza­
sowy, uniwersalny, ale czy trzeba go spłaszczać, aby to
udowodnić? Nie pomogła scenografia, która zapowia­
dała ważne pytania i pozostawiła je niedopowiedziane.
Los – to równia pochyła? Taka karma? Wszystko mar­
ność? Ależ o tym widzowie byli już przekonani, idąc do
teatru i przedstawienie tego przekonania nie naruszy­
ło. Tylko po co do tego mieszać Szekspira? Reżyser co
mógł, to uprościł i wyszło przedstawienie przyziemne,
przygniatające, bez dowcipu i wdzięku. Nic dziwnego,
że widz, opuszczając teatr, czuje się jak Tytania budzą­
ca się w ramionach osła.
Izabella Toroniewicz
zaprojektowała
trójpoziomową przestrzeń
gry, gdzie górny podest
łączy z dolnym rodzaj
pochylni
Jadwiga Grygierczyk (Elf)
i Katarzyna Skrzypek (Puk)
Tomasz Wójcik
Teatr Polski w Bielsku-Białej: Sen nocy letniej Williama Szek­
spira. Reżyseria Bartłomiej Wyszomirski, scenografia ­Izabella
Toroniewicz-Wyszomirska, ruch sceniczny Jerzy Waligóra.
Premiera 24 marca 2007.
I n t e r p r e t a c j e
23
Artur Pałyga
czyta
testament
Rozmowa mistrza z uczniem
Jan Picheta
Jan Picheta: Jesteś lokalną sławą. Zupełnie nie wiem
dlaczego... Kołchoz imienia Adama Mickiewicza był
znakomitą książką, która nie została zauważona
w Biel­sku‑Białej (poza środowiskiem uczelni, w której
pracujesz, i poza dyrektorem Bogdanem Kocurkiem,
który kupił kilka egzemplarzy dla Książnicy Beskidzkiej).
Sztuka Testament Teodora Sixta, która posiada publi‑
cystyczne dłużyzny i brak w niej krwistych, żywych,
charakterystycznych dla dramatu postaci, zrobiła
wrażenie na bielskiej władzy. Czy nie lękasz się, że
zostaniesz gwiazdą jednego wieczoru?
Artur Pałyga: Lękam się.
Faktem jest, że napisałeś pierwszą książkę o Bielsku‑Białej i współczesnej Białorusi. Lubisz być pierwszy?
Jan Picheta – dziennikarz,
trener piłkarski, poeta,
współtwórca „Lipy”.
Przez wiele lat prowadził
szkółkę literacką w SCK Best
na Złotych Łanach. Rozmawia
ze swoim uczniem z tejże
szkółki, Arturem Pałygą.
24
R e l a c j e
Do tej pory zwykle byłem drugi. W konkursach literac­
kich zawsze miałem drugie miejsce, nawet jeśli nie przy­
znano pierwszej nagrody. Za mną ciągnie się symptom
drugiego miejsca. Znając siebie, podejrzewam, że już
ktoś wcześniej napisał książkę o Bielsku-Białej. Wspo­
minano mi, że powstało takie dzieło bodaj w latach 60.
Chyba kryminał... Oczywiście, że przyjemnie być pierw­
szym, w dodatku sławnym i bogatym. Jeśli nadarzyła­
by się taka okazja, to ja bardzo chętnie... Nie chcę na­
tomiast nic robić w tym kierunku. Co innego, gdyby
przyszło samo... Chciałbym być wtedy jak James Dean
– zbuntowany przeciw swoim pieniądzom.
Musicale i piosenki to już na pewno piszesz dla pie‑
niędzy...
Rzeczywiście mnóstwo pieniędzy na nich zarobiłem...
Wydałem je na piwo. Musicalem zająłem się dla przy­
jemności, choć w czasie prac nad nim nie wszystko było
przyjemne. Jak większość rzeczy w życiu, zrobiłem to
z ciekawości.
Czy cieszą Cię recenzje, które powinny być miłe autor‑
skiemu uchu, np. takie jak ta: Artur Pałyga przedstawia
jeden z największych dramatów ludzkich: zobojętnienie połączone z bezsilnością. Jest jak jest i widocznie
tak być musi. Życie mija, a kłosy na polach szumią
i szumieć będą. (…) Artur Pałyga posiadł niezwykły
dar opisywania skutków sowietyzacji z pominięciem
Związku Radzieckiego, sięgając za to głębiej, do czasów
odległych, bo mickiewiczowskich. (…) W Mickiewiczu
właśnie tkwi problem. Gdy jest on tylko tłem, cichym
przewodnikiem poszukującego reportera, książkę czyta się z zapartym tchem. Gdy w reporterze budzi się
polonista, napięcie siada. To Białoruś staje się tłem dla
Adama, Marysi, jeziora Świteź. Niepotrzebnie... (TKS,
„Merkuriusz Uniwersytecki” 2005, nr 16).
Od czasów szkółki literackiej na Złotych Łanach jestem
uzależniony od czytelnika; od tego, czy ludzie mnie czy­
tają, czy nie. Oczywiście mogę wyrazić zastrzeżenia do
poszczególnych zdań czy słów recenzji, ale nieładnie dys­
kutować autorowi. Ważne, że piszą o mnie, bo to utwier­
dza mnie w przekonaniu, że jestem na dobrej drodze.
Nie lubię patosu i zadęcia, także w recenzjach, bo zabi­
jają każdy tekst. Staram się zawsze tego wystrzegać. Tym
niemniej każda recenzja mnie cieszy, nawet najgorsza,
zjadliwa, patetyczna czy nadęta i nawet jeśli w pierwszej
chwili się oburzę, gdyż zniesmaczyła mnie lub wytrąciła
z równowagi. Kiedy opadną emocje, myślę, że dobrze, iż
I n t e r p r e t a c j e
ją napisano. Najgorsze jest pominięcie. Niezauważenie
to dla autora śmierć. Chyba, że jest człowiekiem, który
wierzy, że po śmierci będą go czytali. Ja jednak nie je­
stem takim autorem.
Wierzysz tylko w życie doczesne pisarza?
Nie zastanawiam się, co będzie z dziełami po śmierci.
Obce jest mi pisanie z myślą, że po stu latach ludzie będą
odkrywać moją twórczość. Są oczywiście twórcy genial­
ni, których nie interesuje szersza publiczność, lecz tylko
garstka ludzi; nawet jednak ta garstka musi istnieć. Nie
jestem herosem, lecz zwykłym pisarzem.
Wydaje mi się, że trudniej było Ci napisać sztukę niż
zbiór reportaży. Wszak jesteś urodzonym reporterem
i prozaikiem, a nie dramatopisarzem.
Czy jestem urodzonym reporterem? Przyznam, że wolę
robić wywiady, rozmawiać z ludźmi. Z reportażami już
praktycznie zerwałem. Najpierw zresztą przestałem je
czytać. Wydały mi się podejrzane. W przeciwieństwie
do literatury jednak fałszują rzeczywistość. Dlatego, że
muszą skupić się na czymś nadzwyczajnym, wybrać coś
wyjątkowego – człowieka, który na czerwono wymalo­
wał klatkę schodową, który umiera na nietypową cho­
robę itp. Zresztą gdyby nie Pan i Ryszard Kapuściński,
w którym się rozczytywałem, nie zostałbym reporterem.
Było to pod koniec nauki w liceum. Przechodziłem obok
Teatru Polskiego, kiedy Pan zatrzymał mnie i zapropo­
nował pisanie do „Gazety Prowincjonalnej”. Dziennikar­
stwo budziło wtedy wstręt. Gazety były strasznie nud­
ne, np. „Kronika Beskidzka” czy „Trybuna Robotnicza”,
przekształcona w „Śląską”, w której później pracowa­
łem... Dominowały sztampa i kłamstwo. Pomyślałem
jednak, że Pan daje mi szansę, aby iść w ślady Ryszarda
Kapuścińskiego. Myśląc o Azji i Afryce, wstąpiłem na
schody „Gazety Prowincjonalnej”. Wciągnąłem się już
po pierwszym reportażu o narkomanach w Strasznym
Dworze w Czechowicach-Dziedzicach. Tak to się zaczęło.
Później reportaży napisałem mnóstwo. Książka o Biało­
rusi, Kołchoz imienia Adama Mickiewicza, była podsu­
mowaniem wszystkiego, co do tej pory zrobiłem – uko­
ronowaniem reporterskiego okresu w moim życiu. Mam
poczucie, że lepszych reportaży nie napisałem. Teraz pi­
suję je bardzo rzadko. Wolę zrobić wywiad, niż wymy­
ślić reportaż. Tak się jednak złożyło, że kiedy znużyłem
się reportażem, otrzymałem szansę pisania dla teatru.
Jak anioł pojawił się Robert Talarczyk...
Co zatem Anioł z Tobą zrobił?
Początkowo miałem do niego dystans. Byłem jednak
na konferencji, podczas której ogłosił konkurs na sztu­
R e l a c j e
kę o Bielsku-Białej. Pomyślałem, że niezależnie od tego,
kim jest i skąd przyjechał, pomysł ma znakomity. Do­
tąd były tylko niszowe konkursy na wiersze, którymi
nikt specjalnie się nie przejmował poza bezpośrednio
zainteresowanymi. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, kto
wygrał. Pomyślałem sobie, że jest to szansa, aby zno­
wu robić coś innego w życiu. Byłem dziennikarzem, ale
dziennikarstwo wyjaławia, przed czym Pan mnie zresz­
tą przestrzegał już na początku. Jak wpadnę – trudno się
będzie z tego bagna wydobyć. Z drugiej strony był Ry­
szard Kapuściński, a nawet Sławomir Mrożek czy Ma­
rek Hłasko, którzy też pisywali do gazet. Jednak spod te­
atru moje życie znów poszło innym torem. Warto było
spróbować.
Artur Pałyga
Filip Springer
Zerwałeś już absolutnie z reportażem?
Niezupełnie. Mam pomysł na reporterską książkę o Biel­
sku-Białej. Kiedy przygotowywałem się do pisania sztu­
ki o naszym mieście, przeczytałem wszystko o Bielsku‑Białej, co było dostępne w bibliotekach. Natknąłem się
na artykuł o rabinie Aaronie Halberstamie, który przez
40 lat wprowadzał chasydyzm w Bielsku i Białej, i był
źle widziany przez innych Żydów. Zginął w nieznanych
okolicznościach w getcie bialskim. Opowieść o rabinie
wiąże się z moją współpracą z Państwowym Muzeum
Auschwitz-Birkenau, które zaprosiło wolontariuszy do
nagrywania rozmów z żyjącymi więźniami. Poznałem
wówczas historię pralni przy Herman Goering Strasse
– później ul. Feliksa Dzierżyńskiego, a obecnie 11 Li­
stopada 63. Prano w niej pasiaki z obozu w Oświęcimiu.
Podczas wojny tę żydowską pralnię przejął nauczyciel
ze szkoły ewangelickiej nazwiskiem Schweitzer. Pral­
nię rozbudował, bo miał wielki „przerób”. Gdy pralnia
powstała już w Auschwitz, do Białej przywożono bie­
liznę esesmanów. Jacek Proszyk powiedział mi, że na
tym samym podwórzu co pralnia mieściło się miesz­
kanie Aarona Halberstama. Tam właśnie była jedyna
w mieście chasydzka synagoga. Tak więc książka o tym
podwórzu sama wchodzi mi w ręce. Mam takie metafi­
zyczne wrażenie, wedle którego duchy domagają się, żeby
o nich pisać. Podobnie było zresztą podczas pisania sztu­
ki Testament Teodora Sixta. Gdy rozmawiałem z pew­
ną warszawską Żydówką, stwierdziła, że postacie z me­
go utworu – Friederike i Gustaw Baumowie – nie mają
swego grobu, a płyty z ich nagrobka znajdują się w „sa­
dzawce pastorów” na pl. Marcina Lutra. Dlatego nie mają
spokoju po śmierci. To są dybuki. Przeze mnie przeszli
na scenę, żeby przemówić. To znane w judaizmie histo­
rie. Takie rzeczy się zdarzają. Jestem dla nich ­medium.
I n t e r p r e t a c j e
25
Tak wyznała w prywatnej rozmowie pani z gminy ży­
dowskiej w Warszawie. Rabin Halberstam i więźniowie,
którzy wyładowywali brudy z Auschwitz w pralni w Bia­
łej, też domagają się tego.
Czy żyje jeszcze ktoś, kto może opowiedzieć historię
bialskiej pralni?
„Johanne – medium,
przez które przepływa
genius loci” ...podobnie jak
przez autora Testamentu
Teodora Sixta?
Na zdjęciu
Grzegorz Sikora (Sixt)
i Barbara Guzińska (Johanne)
Tomasz Wójcik
26
R e l a c j e
Żyje jeszcze pewna pani, która o tym pamięta. Pralnia
była o tyle niezwykła, że znajdował się w niej punkt kon­
taktowy. Więźniowie z Auschwitz przekazywali grypsy
polskim pracownikom pralni. Otrzymywali tam listy,
pieniądze i żywność. Tam też trafiały prace Mieczysła­
wa Kościelniaka, który malował obrazy przedstawiają­
ce życie w obozie. Z więźniami z Auschwitz w pralni
spotykały się nawet ich rodziny! Doszło tam także do
szybkich zaręczyn. Wszystko to działo się z narażeniem
życia przez pracowników, którzy po wojnie zostali zapo­
mniani. Główną osobą kierującą konspiracją w pralni był
szewc Szpyra. Dożył późnego wieku i zmarł na raka. Do
dziś żyje w Bielsku-Białej jego wnuczka. Ci ludzie zostali
zapomniani, a przecież musimy o nich pamiętać. W każ­
dym razie mam wobec nich poczucie obowiązku.
Trzeba spłacić dług wdzięczności za to, że dzięki nim
żyjemy i możemy kultywować wartości, za które ginęli
lub dla których się narażali?
To bardzo ważna sprawa. Kiedy szedłem na rozmowę
z Panem, zastanawiałem się, co jest wspólnego w mo­
ich książkach o Białorusi i o Bielsku-Białej. Doszedłem
do wniosku, że ludzie mają niewielką świadomość tego,
gdzie mieszkają. Często jest im wszystko jedno. Zosta­
ło poważnie zakłócone poczucie tożsamości. Nieważne
jest tylko to, skąd pochodzą, ale także – gdzie żyją. Co
to znaczy, że jestem bielszczaninem lub Białorusinem?
Przeszłość to prezent od przodków dla nas, testament,
który należy odczytać. Wędrującym motywem w litera­
turze jest obraz barbarzyńcy w katedrze. Barbarzyńca
nie potrafi odczytać znaków, które są czytelne dla innych
ludzi. Porusza się po katedrze jak po magazynie. Ludzie
w Bielsku-Białej chodzą wśród całej masy znaków czy­
telnych jeszcze dla poprzednich pokoleń, a nieznanych
dla nas. Podobnie jest na Białorusi. Ja też byłem w na­
szym mieście barbarzyńcą. Teraz się zastanawiam, dla­
czego takie jest, dlaczego tak wyglądają budynki? Sztu­
ka o Bielsku-Białej jest świadectwem odkrywania miasta
przeze mnie. Jeśli jeszcze do tego mam możliwość po­
dzielenia się odkryciami z innymi, to jest mi niezwykle
przyjemnie. To już jest rozkosz.
Wychodzę
z bagna
Rozmowa ucznia z mistrzem
Artur Pałyga
– Powinienem szybciej uciec z dziennikarstwa,
z tej codziennej rąbanki, z tego bagna – mówi
Jan Picheta, za którym poszedłem kiedyś
w dziennikarstwo, jak baranek.
Sygnał tego, do czego miało dojść w tym wywiadzie, pojawił się już na początku, w rozmowie
wstępnej, kiedy mówiliśmy o spotkaniu z działaczami podziemnej Solidarności z czasów stanu wojennego.
– Chciałem napisać do „Solidarności Podbeskidzia” [kolportowana wówczas, robiona w podziemiu gazeta – przyp. A.P.] o tym, że wycinają drzewa. I nie puścili mi tego tekstu. Okazało
się, że ci, którzy mieli o tym decydować, sami
te drzewa wycinali. Taką mieli firmę. Zarabiali
na tym – przypomniało się Janowi Pichecie, gdy
kończył jeść lody z pucharka. Po czym przeszliśmy do wywiadu właściwego, który rozpoczęliśmy z właściwą nam delikatnością:
I n t e r p r e t a c j e
Czyli co? Klasycznie. Podróż jako ucieczka. Ucieka Pan?
Przytłacza mnie kontrast między tą wspaniałą sztuką
a gustami współczesnych Polaków kształtowanymi przez
Coca-Colę, McDonalda, Dodę i tego no... jak on się na­
zywa? Ten z takimi włosami...
Jan Picheta z tomikiem
swoich wierszy
Marian Siedlaczek
Michał Wiśniewski?
O, właśnie!
Skoro to takie przytłaczające, to czemu się Pan nie
przeniesie do Toskanii?
Poczyniłem już pewne kroki w tym kierunku. (Śmiech)
Naprawdę nic godnego uwagi Pan tu nie widzi?
Żyję w Bielsku-Białej od 25 lat. Ćwierć wieku organizuję
„Lipę” [przegląd twórczości literackiej dzieci i młodzie­
ży – A.P.]. Myślę, że to, co po mnie zostanie, to „Lipa”.
Cieszę się, że ludzie, którzy chodzili do mnie na zaję­
cia szkółki literackiej, stanowią elitę kulturalną nie tyl­
ko w Bielsku-Białej. Jest tu paru ciekawych ludzi. Bywa
pięknie. Pracuję w Cygańskim Lesie, który jest pięk­
nym miejscem. Trenuję piłkarzy, patrząc z rozkoszą
na absolutną zieleń, która nas otacza. Mam też swoją
Toskanię w okolicach bielskiego lotniska. Beskidy na­
wet trochę przypominają mi Toskanię. Wiatr od połu­
dnia niesie ze sobą wspomnienie Morza Śródziemnego.
W żadnym wypadku nie pogardzam ludźmi, którzy tu
mieszkają. Pracuję dla nich. Uczę ich grać w piłkę noż­
ną. I lubię to robić. A Toskanię kocham. Tam są moje
źródła inspiracji. I coraz częściej zadaję sobie pytanie,
co ja tutaj robię.
Ucieczka z McDonalda
Artur Pałyga: Pańskie wiersze to w zasadzie zapis
wrażeń z podróży i przemyśleń w pociągu.
Jan Picheta: Podróżuję od dziecka, od kiedy jeździłem
z ojcem na mecze bokserskie i piłkarskie.
Takie manifestacyjne są te teksty. Pan manifestuje: „Ha,
ha, byłem w Toskanii, a wy nie byliście! Patrzcie, jak
tam pięknie i jakie miałem przemyślenia!”. Widoczna
jest nieobecność – TUTAJ.
Bo życie tu jest mało intrygujące! Różnica jest mniej wię­
cej taka jak między mostem Rialto a mostem na rzece
Białej, który nawet nie ma nazwy. Toskania to moja wiel­
ka miłość. I myślę sobie, że dobrze byłoby tam umrzeć.
Wybrałem sobie nawet miejsce, gdzie mógłbym spocząć
– na pięknym podwórcu niedokończonej katedry sie­
neńskiej. Powstrzymują mnie jedynie względy estetycz­
ne, tzn. nie chciałbym zepsuć swoimi doczesnymi pozo­
stałościami cudowności tego miejsca.
R e l a c j e
No, ale z tymi źródłami inspiracji to różnie bywa. Czy
taki Bułhakow napisałby Mistrza i Małgorzatę, gdyby
mieszkał w Toskanii? Czy Mann napisałby w Toskanii
Buddenbrooków?
Za to Zbigniew Herbert pisał wspaniałe rzeczy w swo­
ich toskańskich podróżach.
No tak, Herbert... Czy nie obawia się Pan widma epi‑
goństwa?
Obawiam się i dlatego tak niewiele tekstów uznaję za go­
towe, skończone i godne publikacji, i piszę rzadko. Dlate­
go też tak długo ukrywałem się ze swoimi tekstami po­
etyckimi. Może powinienem był więcej pisać...
Smutek nauczyciela
No właśnie! Od lat uczy Pan pisania. Udzielił Pan wielu
porad literackich. Miałem szczęście chodzić do prowa‑
dzonej przez Pana szkółki literackiej? Dlaczego przez te
wszystkie lata sam Pan nie publikował?
Nie czułem takiej potrzeby. Mój wewnętrzny krytyk
podszeptywał, że na druk jeszcze za wcześnie. Pewnie
Artur Pałyga
– dziennikarz, performer,
dramaturg, laureat „Ikara”
2006. Przeprowadził
wywiad ze swoim mistrzem
ze szkółki literackiej w SCK
Best na Złotych Łanach,
Janem Pichetą.
I n t e r p r e t a c j e
27
też trochę się obawiałem zemsty tych, których teksty
­mocno krytykowałem. (Śmiech) Okazało się, że obawy
były bezpodstawne.
I co się stało, że Pan poczuł potrzebę?
No, Toskania!
Nie jest Pan typem poety, który szuka nowych rozwią‑
zań. Wydaje się, jakby zwrócony Pan był w przeszłość,
w stronę zabytków kultury. Jakby jej rozwój i kierunki
Pana kompletnie nie interesowały.
Kiedy jestem w Sienie, lubię odwiedzić też Pałac Pa­
pieżyc, gdzie organizowane są wystawy sztuki współ­
czesnej.
Co więcej, może to tylko moje odczucie, może to ja
odszedłem, jeśli tak, to niech Pan zaprzeczy, ale to było
tak, że był Pan dla nas autorytetem. Ja do dziś pamię‑
tam niektóre Pana słowa i opinie, z którymi bardzo się
liczyliśmy, a z czasem zacząłem mieć wrażenie, jakby
się Pan sam wycofał z tej roli autorytetu...
Kiedyś uważałem, że jestem dobrym pedagogiem i że to
jest moja droga życiowa. Ale człowiek się wypala. Czu­
ję się wypalony, jako pedagog. Niewątpliwie przyczy­
nił się do tego fakt, że tego zawodu nikt nie poważa, ani
uczniowie, ani sami nauczyciele.
Potwornie smutno to brzmi.
W ulubionej Toskanii
Archiwum Jana Pichety
Myślałem, że jak się nam w Polsce zdarzy wolność, to
przede wszystkim nauczyciele będą mieli lepiej, że przy­
wróci się właściwą hierarchię.
W bagnie dziennikarstwa
A jednak porzucił Pan zawód nauczyciela, aby zostać
dziennikarzem.
Tak, wszedłem w tę co­
dzienną, dziennikarską
rąbankę i żałuję, że nie
uciekłem z tego szybciej.
Pamiętam, jak się spo‑
tkaliśmy w 1989 roku
przed Teatrem Polskim
i jak zapraszał mnie
Pan, żebym spróbował
pracy w redakcji. Wte‑
dy powstała „Gazeta
Prowincjonalna”, po‑
tem „Czas Krakowski”,
gdzie jeszcze było
dużo entuzjazmu. We‑
soło było. Wtedy nie
myślał Pan o ucieczce.
28
R e l a c j e
Pierwszy raz uderzyła mnie ta myśl, kiedy zostałem
odsunięty z funkcji redaktora naczelnego „Informato­
ra Kulturalnego Województwa Bielskiego” pod koniec
lat 90. To był pierwszy impuls, że może lepiej byłoby za­
jąć się w życiu czymś innym. Aha, i zwolnienie z „Try­
buny Śląskiej” oraz okoliczności, w jakich to nastąpiło,
to też był taki impuls, bardzo poważny. Ale okazało się,
że bardzo trudno jest wyjść z bagna.
Ma coś Pan jeszcze wspólnego z dziennikarstwem?
Ciągle z tego bagna wychodzę. Chcę znowu robić coś cie­
kawego w życiu. Współpracuję z czasopismem „Śląsk”,
ale nie o takim dziennikarstwie mówię. „Śląsk” to co in­
nego. Pisanie o kulturze to co innego niż ciągłe opisywa­
nie spraw, o jakich w kółko pisze codzienna prasa.
Życie jest piękne
Coraz smutniejszy ten nasz wywiad. Nie da się nie mieć
wrażenia, że przebija przez Pana rozczarowanie.
Świat jest taki piękny, że nie wiem, co ja tutaj robię. I stąd
to wrażenie. Pamiętam, że przeprowadziłem się do Biel­
ska-Białej m.in. dlatego, że z domu mojej żony był prze­
piękny widok na aleję kasztanową, na lipy. To było cu­
downe miejsce. Teraz zrobiono tam wielką przebudowę
dróg, rondo, tunel, wielkie skrzyżowanie na Hulan­
ce. Zniszczyli wszystko, co piękne. Zostały nam tylko
skromne trele jakiegoś słowika, który nie wiadomo cze­
mu jeszcze się tu pojawia. To piękne miejsce zmieniło
się w koszmar! Zamiast drzewa, które rosło przed moim
oknem, mam teraz widok na neon burdelu. Jak w tych
warunkach miałbym nie tęsknić do Toskanii?
Neon burdelu, czyli córy Koryntu, czyli kultura śród‑
ziemnomorska...
(Śmiejąc się) Ironia losu.
No i co teraz, kiedy jest już Pan uświęconym przez druk
poetą? Jak Pan przyjmuje recenzje?
Machiavelli mówił, że pochlebstwo nie może nam o nas
powiedzieć nic, czego byśmy sami nie wiedzieli. Dla­
tego człowiek jest tak podatny na dobre opinie o sobie
i zawsze przyjmuje je z wielką łaskawością. Mówię w tej
chwili o sobie.
No to może tym miłym akcentem zakończymy...
(Z niepokojem) Już? Może coś miłego dopisać...
I n t e r p r e t a c j e
Kuku pamięci
Janusz Legoń
J. pewnego dnia zrozumiał, że ostatnio zajmuje się
głównie pamięcią. Paradoksalnie nie umiał sobie przy­
pomnieć, od kiedy stało się to jego najważniejszym za­
jęciem.
Kiedy chodził do szkoły, kazano mu zapamiętywać
wiadomości i umiejętności – ale przeznaczeniem tego za­
pamiętywania była użytkowo traktowana przyszłość: to
w tym abstrakcyjnym niewiadomokiedy miały się przy­
dać owe matematyczne wzory, prawa fizyki, właściwości
chemiczne pierwiastków, znajomość szczegółów biogra­
fii znanych pisarzy i fragmentów ich dzieł, data bitwy
pod Grunwaldem tudzież znaczenie układu w Krewie.
Neminem captivabimus i Pomnik trwalszy stworzyłem...
Jakieś piosenki ludowych partyzantów, reguły katechi­
zmu, slogany propagandy. Zapamiętywał wówczas, bo
mu kazano. Zapamiętywania żądało społeczeństwo,
uosabiane przez rodziców, babcie i ciocie, nauczycieli,
kumpli z podwórka... Po jakimś czasie zaczął w tym mo­
zole odnajdywać nawet pewną przyjemność. Nieco póź­
niej doświadczył względności zapamiętanych informacji.
Kopernik okazywał się wspólny, Katyń sowiecki, wybit­
nych pisarzy wyparli wybitni bardziej. Najpewniejsza
wydawała się data grunwaldzkiego triumfu, zwłaszcza
odkąd uświadomiono mu, że został w niej zaszyfrowa­
ny przepis na ulubiony napój. Jak można się było spo­
dziewać, równocześnie zapamiętywał mimochodem to,
co mu się przytrafiało na co dzień: sprawy najbardziej
intymne i najbardziej trywialne, zdarzenia historycz­
ne i banalne anegdoty. Niektóre bardzo chciał utrwalić
w pamięci, o innych pragnął jak najszybciej zapomnieć
– reguły, według których trwały w umyśle, nie były dla
niego zbyt jasne.
Wreszcie spostrzegł, że równie mimowolnie jak za­
pamiętywał – zapominał. Bez planu. Bez hierarchii.
W efekcie jego pamięć stawała się coraz bardziej po­
dobna do targu staroci. Nie narzekał, korzystał z niej
przecież bez większych kłopotów. Nieodległy jednak
był dzień, kiedy miało się okazać, że jest w tej dziedzi­
nie amatorem.
R e l a c j e
Owego brzemiennego w skutki dnia J. wybrał się do
Warszawy. Teatr, w którym pracował, pokazywać miał
tam Alchemika. Czy sprawił to ów ezoteryczny tytuł, czy
układ planet – nie wiadomo. Dość, że w teatralnym au­
tokarze J. usiadł na wolnym miejscu. W przedstawieniu
występował prawie cały zespół, więc nie było ich wiele.
Dziwnym trafem skupiały się w środku pojazdu. Z tyłu
kłębili się wszyscy, fotele z przodu zajmowała dwójka se­
niorów: Fryzjer i Aktor. Obszar środkowy, który J. zasie­
dlił lekko zaskoczony, że nikt nie chce mu towarzyszyć,
okazał się buforem, strefą sanitarną, zoną oddzielającą,
jak się wkrótce okazało, przestrzeń zajętą przez senio­
rów od przestrzeni spokojnej podróży. Tam reszta ekipy
chciała w spokoju dotrwać do kresu podróży.
Strefa seniorów była bowiem obszarem gadulstwa...
Nie, to złe określenie. Nie chodzi o gadanie samo w sobie,
ale o strumień... wartki potok... rzekę, która wzbiera nisz­
czącą wszystko falą powodzi... – jednym słowem J. znalazł
się w samym środku żywiołu opowieści druzgoczącego
spokojną medytację autobusowego podróżnika.
Dialog adresowany był do niego i tylko z pozoru był
rozmową. Naprawdę J. słuchał monologu Fryzjera, któ­
ry wspominał zdarzenia z życia Aktora, od czasu do
czasu prosząc o weryfikację przywoływanych faktów.
Aktor zdawkowo potwierdzał lub prostował omyłkę,
po czym milkł, pozwalając Fryzjerowi opowiadać da­
lej swoje życie.
– Pamiętasz, Czarek, jak byłeś w Szczecinie, tam taka
aktorka była, córka sekretarza od propagandy. Jak on
się nazywał, Kowalski czy Nowak?
– Nowak.
– Myślałem, że Kowalski.
– Nowak, Rysiu...
– No i wiesz, Janusz, ona... – i tu rozpoczynała się mi­
nifabuła o charakterze obyczajowo-artystycznym, ero­
tyczno-teatralnym albo alkoholowo-sportowym. Cza­
rek bowiem osiągał wybitne rezultaty na wszystkich
tych polach aktywności, o czym J. wiedział już wcze­
śniej. Poznał przecież wiele z tych opowieści podczas
Od lewej: Rafał Gralewski,
Jerzy Dziedzic i Cezariusz
Chrapkiewicz w Czekając
na Godota, Teatr Polski
w Bielsku-Białej, 1999,
reżyseria Tomasz Dutkiewicz
Archiwum TP
Janusz Legoń – teatrolog,
kierownik literacki Teatru
Polskiego, specjalista
w zakresie DTP, publicysta,
który zwykł mawiać o sobie:
ja, prosty zecer...
I n t e r p r e t a c j e
29
30
wizyt w ­ pracowni charakteryzatorsko-perukarskiej,
gdzie stawiał się na wezwanie Fryzjera, kiedy ten uznał,
że czas ucywilizować fryzurę młodszego kolegi. Wtedy
jednak były to najczęściej spotkania we dwójkę, a i róż­
nica wieku utrudniała ewentualne protesty, gdy wyda­
wało się (młodszemu o dwa pokolenia J. mogło się tyl­
ko wydawać), że narrator zbytnio odpływa od prawdy.
Poza tym głównym tematem było wówczas życie Fry­
zjera. Ale że treścią jego życia był teatr, w którym wszy­
scy trzej pracowali, przygody Aktora zajmowały w nich
i wtedy sporo miejsca, choć siłą rzeczy ustępowały opi­
som pracy w legendarnym brechtowskim Berliner En­
semble czy anegdotom z męskich przewag w Ciechocin­
ku – bo i tam, i tam zawitał Fryzjer na szlakach swojego
żywobycia.
Choć więc J. znał już wiele z tych opowieści, to jed­
nak po raz pierwszy miał okazję przekonać się o rzetel­
ności większości z nich. Zdawkowe uzupełnienia Aktora
zdumiewały precyzją. Jeszcze bardziej intrygująca była
szybkość, albo raczej łatwość, z jaką Aktor przypominał
brakujące Fryzjerowi fakty i nazwiska. Rutyna?!
Trudno powiedzieć, czy już teraz, czy dopiero w dro­
dze powrotnej, kiedy w narracji zaczęła dominować hi­
storia drużyn piłkarskich ligi okręgowej z lat – nie wiado­
mo, pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych – J. uświadomił
sobie, że nie bierze udziału w zwykłych pogaduchach.
– Pamiętasz, jak Grzmot Rudzica przegrał na własnym
boisku z Andrychowianką?
– Ta bramka Gryzaka była świetna, jak w pierwszej lidze.
– No tak, ale sędzia był zapłacony. On się nazywał Gryzok.
– Sędzia? Przecież to był wtedy Śmietalski. On nie brał,
zresztą Andrychowianka nie kupowała meczów.
– Gryzok, ten napastnik. A Śmietalski rzeczywiście nie
brał.
I tak dalej. Oczywiście J. nie umie sobie dzisiaj przy­
pomnieć wymienianych drużyn i nazwisk. Wyraźnie za­
pamiętał jednak wrażenie, że zwykłe opowieści starszych
panów to to nie są. Że bierze udział w dziwnym jakimś
rytuale. Nie potrafił go nazwać, ale rozumiał, że doty­
czy pamięci, i że ci dwaj, jak mistrzowie ceremonii ja­
cyś, choć przecież nieświadomie, wtajemniczają go... Nie.
Nie w historię prowincjonalnej piłki ani w towarzyskie
i uczuciowe przygody przebrzmiałych piękności.
Co to więc był za rytuał, w co inicjacja? Nieśmiała
intuicja pojawiła się nazajutrz po powrocie: chodzi o sa­
mą czynność opowiadania. Opowiadać, żeby pamiętać.
Zapamiętywać, żeby opowiedzieć, ale techniką pamię­
tania... formą pamiętania... jest ożywienie poprzez opo­
R e l a c j e
wieść tego, co zapamiętane... Opowiadanie rytuałem pa­
mięci... To, co zapamiętane, równe jest zapomnianemu
– tak długo, dopóki nie uobecni się w narracji. Wtedy żyje.
No, dobrze, jakoś to sobie J. wyjaśnił... Ale nie był pe­
wien trafności hipotezy i aby ją zweryfikować przez kilka
następnych tygodni obserwował znajomych, podsłuchi­
wał pasażerów w pociągach i autobusach, przysiadał się
w knajpach, zagadywał sekretarki i gwarzył z portierami.
Łowił opowieści. Z każdą następną coraz bardziej upew­
niał się, że trafnie odczytał sens dziwnego obrzędu.
Przez ten czas na plan dalszy zeszło roztrząsanie,
czegóż to miała dotyczyć owa inicjacja. Minęło kilka lat.
W odstępie kilku miesięcy zmarli i Fryzjer, i Aktor. W za­
padłej wówczas ciszy J. zrozumiał, że w trakcie rytualnych
narracji został p o w o ł a n y . On ma ich zastąpić! Ma być
opowiadaczem, ma sprawiać, żeby pamiętano...
– Czuję się, jakbym był bratem tego zbieracza autogra­
fów. Misja! Ale ciągle myślę, jak zacząć. Kiedy Czarek
był już śmiertelnie chory, robiliśmy tę sztukę o mie­
ście. Wiedzieliśmy, że to coś wyjątkowego, bo ożywia­
my prawdziwych ludzi sprzed stu lat. Przychodziłem
potem na te spotkania historyczne na małej scenie.
Cały czas miałem wrażenie, że to już. Że to ten mo­
ment. Że za chwilę mam dorwać się do głosu i gadać
o tym, co przeżyłem, czego byłem świadkiem, o czym
kiedyś usłyszałem.
– Trzeba się było odezwać...
– Nie byłem gotowy.
– A teraz?
– Mógłbym.
– O czym?
– O Tadeuszu.
I zaczął opowiadać o spotkaniach z niedawno zmar­
łym kompozytorem, zawdzięczającym największą sławę
animowanemu serialowi, do którego stworzył muzykę
znaną wszystkim Polakom. Wspominanie tej barwnej
osobowości zaczął od pogrzebu: skromnej, świeckiej ce­
remonii, prowadzonej przez szefa płockiego teatru, gdzie
Tadeusz ostatnio najwięcej pracował.
– Na koniec puścił mu płytę z piosenką Kuku Golców...
No tak, też tam byłem. I tak samo jak J. zastanawia­
łem się, dlaczego wśród obecnych nie widać przedsta­
wicieli władz nowych Aten.
– Pewnie obradowali, którą ulicę nazwać jego imieniem.
Bo że mu dadzą ulicę, to pewne.
Muszę przyznać, że J. niekiedy drażni mnie tym
swoim optymizmem. Przecież każdy może sobie zapo­
mnieć.
kwiecień – maj 2007
I n t e r p r e t a c j e
Marek Bernacki
Jechać do Lwowa
To miasto musiałem w końcu odwiedzić! Przed wojną – w latach 30. XX wieku – studiowała w nim moja babcia, polonistykę na
Uniwersytecie Jana Kazimierza. Może i dobrze się stało, że wróciła po studiach do rodzinnego Stanisławowa i wyszła tam szczęśliwie za mąż, zważywszy, że po kapitulacji Lwowa we wrześniu 1939 roku zarówno okupanci sowieccy, jak i hitlerowscy dokonywali mordów na polskiej inteligencji tego miasta.
Do Lwowa pojechałem jako przedstawiciel Katedry
Polonistyki Akademii Techniczno-Humanistycznej, by
wziąć udział w międzynarodowym sympozjum „Visu­
alizing the Child in Children’s Fiction” (Wizualizacja
dziecka w literaturze dziecięcej i młodzieżowej). Wygła­
szając referat poświęcony wizualizacji tzw. skromnego
bohatera, pojawiającego się w serii znakomitych opowia­
stek o przygodach sympatycznego żółwika Franklina1,
skoncentrowałem się na pouczającym charakterze tych
historii, nawiązujących do konwencji bajki zwierzęcej.
Kilkudniowy pobyt we Lwowie był dla mnie nie tyl­
ko okazją do wygłoszenia referatu, udziału w dyskusji
czy nawiązania nowych kontaktów naukowych i towa­
rzyskich. Stał się przede wszystkim pretekstem do zmie­
rzenia się z moimi wcześniejszymi wyobrażeniami o tym
mieście. Ileż się o nim nasłuchałem od moich dziadków
i ich „przedwojennych” znajomych! Znałem relacje Sta­
nisława Lema (vide jego Wysoki Zamek i nostalgiczne fe­
lietony pisane w ostatnich miesiącach życia na łamach
„Tygodnika Powszechnego”!), pamiętałem klimat książ­
ki Józefa Wittlina Mój Lwów, a także wspomnienie ks.
Mieczysława Malińskiego opublikowane w książce pt.
Kresy – śladami naszych przodków. Tuż przed wyjaz­
dem kupiłem niekonwencjonalnie napisany przewodnik
Aleksandra Strojnego Lwów. Miasto Wschodu i Zachodu, który okazał się bardzo przydatny ze względu na za­
warte w nim bezcenne porady i informacje praktyczne!
R e l a c j e
Pierwszy kontakt ze Lwowem był przytłaczający.
Rozklekotany autobus ukraińskich linii jadący z Prze­
myśla w brzydki deszczowy dzień 10 kwietnia zajechał
późnym popołudniem na Dworzec Stryjski. To, co zo­
baczyłem na przedmieściach, w żaden sposób nie uza­
sadniało porównania Lwowa do Florencji czy Rzymu
Wschodu... Posowieckie dziurawe drogi, zrujnowa­
ne mosty, niszczejąca infrastruktura przypominająca
epokę, o której już zapomnieliśmy w Polsce – mogły je­
dynie odstraszać. Później było jeszcze gorzej – taksów­
karz wiozący nas za 30 hrywien (ok. 20 zł) do centrum
miasta gnał po lwowskich kocich łbach, wpadał w kału­
że i omijał gigantyczne dziury znajdujące się dosłownie
wszędzie... Deszcz, przytłaczająca szarzyzna podmiej­
skich blokowisk rodem z ZSRR, podniszczone domy
dzielnic centralnych, w końcu przedwojenna zaliszajo­
na kamienica, tylko w niewielkim stopniu nosząca ślady
dawnej świetności, w której zamieszkaliśmy u polskiej
rodziny. Jednak jeszcze tego samego dnia wyruszyłem
na spacer w kierunku Starego Miasta, co zapoczątkowa­
ło powolny, jednak postępujący z dnia na dzień i z go­
dziny na godzinę proces oswajania się, a później rosną­
cego podziwu dla tego niezwykłego miasta.
Lwów jest pełen kontrastów. Zawsze taki był. Poło­
żony na styku cywilizacji Orientu i Zachodu, na gra­
nicy kultur, religii i języków wypracował przez wie­
ki swój własny niepowtarzalny styl, który – mimo
Lwowski Uniwersytet
im. Iwana Franki
(dawniej Jana Kazimierza)
Archiwum autora tekstu
Marek Bernacki – doktor
nauk humanistycznych UJ,
adiunkt w Katedrze
Polonistyki ATH
w Bielsku‑Białej;
autor książek z zakresu
literaturoznawstwa, członek
redakcji pisma „Świat
i Słowo”, współpracownik
„Bielsko-Żywieckich Studiów
Teologicznych”.
I n t e r p r e t a c j e
31
Pomnik Nikifora ­Krynickiego
przed kościołem
­Dominikanów
Autor tekstu przy ­grobowcu
Marii Konopnickiej
na Cmentarzu Łyczakowskim
32
R e l a c j e
­ iszczycielskiej siły dwóch totalitaryzmów – gdzieś
n
w głębi pozostał przecież nienaruszony. Genius loci Lwo­
wa – miasta nieujarzmionego (Leopolis semper fidelis!)
– drzemie uśpiony w gotyckich katedrach (tej ormiań­
skiej z XIV wieku i tej późniejszej, łacińskiej, w której
w 1656 r. król Jan Kazimierz złożył przed obrazem Mat­
ki Bożej Łaskawej pamiętne śluby, odnowione 300 lat
później w Częstochowie), w renesansowych cerkwiach
(prawosławnych i unickich, współcześnie pięknie odno­
wionych i zapełnionych modlącymi się ludźmi) i klasz­
torach, w cudownych kamieniczkach Starego Rynku pa­
miętających czasy świetności Rzeczypospolitej Dwojga
(a raczej Trojga) Narodów, w odrestaurowanym z oka­
zji 750‑lecia założenia Lwowa ratuszu, którego wysoka
wieża wznosi się dumnie nad miastem, a w końcu w nie­
zliczonej ilości secesyjnych kamienic i gmachów uży­
teczności publicznej (jak choćby monumentalnym dwor­
cu kolejowym czy wspaniale odrestaurowanej Operze
Lwowskiej – prawdziwej kulturalnej perle i wizytówce
miasta) przypominających, że dumny Lwów był w XIX
wieku miastem stołecznym c.k. Galicji i Lodomerii.
Duch tego dawnego Lwowa obecny jest dzisiaj także
w mocno zaniedbanych parkach, na Wysokim Zamku
i na Kopcu Unii Lubelskiej usypanym w XIX wieku przez
niezłomnego Franciszka Smolkę (przypomniałem tam
sobie słowa Jana Pawła II: „Od Unii Lubelskiej do Unii
Europejskiej”), w murach Uniwersytetu dziś noszącego
imię Iwana Franki, narodowego barda i polityka Ukra­
iny. A bodaj najbardziej na Cmentarzu Łyczakowskim
i Cmentarzu Orląt, na którym spoczywają obok siebie
powstańcy polscy 1863 r., in­
teligenci, artyści i intelektu­
aliści lwowscy z XVIII, XIX
i XX wieku oraz bohaterscy
obrońcy Lwowa, dla których
wykuto na kamiennym łuku
sprofanowane przez sowiec­
ką barbarię słowa dziękczy­
nienia: Mortui sunt ut libe­
ri vivamus (Polegli, abyśmy
żyli wolnymi).
Chodziłem całymi go­
dzinami po Lwowie, chło­
nąc jego klimat, zapach jego
murów i ulic, dźwięk mowy,
smak ormiańskiej kawy, ta­
niego krymskiego wina
i rozgrzewającego trzewia
zakarpackiego koniaku. Podziwiałem niepospolite pięk­
no tutejszych kobiet, a także niepojęty dla zagonionego
człowieka Zachodu wyluzowany tryb życia mężczyzn,
którzy – ubrani w mało eleganckie czarne lub brązowe
skórzane kurtki – popołudniami wychodzą tłumnie na
skwery, bulwary i prospekty Starego Miasta, aby napić
się piwa i wina, zagrać w szachy, domino lub karty, po­
handlować i porozmawiać, a choćby i posiedzieć w gro­
nie takich jak oni, ćmiących dla zabicia czasu nie najlep­
szej jakości papierosy...
Lwów – nieformalna stolica zachodniej Ukrainy,
miasto zwolenników pomarańczowej rewolucji, metro­
polia zamieszkiwana przez 900 tysięcy ludzi, w której do­
mach, a nawet luksusowych hotelach nie można się wy­
kąpać w ciepłej wodzie, zaś papier toaletowy w szaletach
publicznych nadal jest towarem deficytowym – czeka na
swoje pięć minut wielkiego odrodzenia, które niechybnie
za kilka lat nastąpi. Otwarcie na Europę przyniesie zapew­
ne falę zachodniego konsumpcjonizmu i kapitalistyczne­
go pośpiechu, dzisiaj jednak Lwów jedną nogą tkwi jeszcze
w czasach naznaczonych mentalnością homo sovieticus,
a może i tą dużo wcześniejszą, pamiętającą Czerwoną Ruś,
Wielką Portę, Kozaków Krzywonosa, batkę Chmielnickie­
go oraz lwowskich batiarów z piosenek Hemara...
Wracając z Miasta, które już na zawsze pozostanie
dla mnie „miejscem mitycznym” (przecież zawsze nim
było!), powtarzałem jak mantrę słowa poetyckiej modli­
twy2 Adama Zagajewskiego, lwowianina-wygnańca:
Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać
do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie,
gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się
ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do
Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu
Lub marcu (...)
(...) dlaczego każde miasto
musi stać się Jerozolimą i każdy
człowiek Żydem i teraz tylko w pośpiechu
pakować się, zawsze, codziennie
i jechać bez tchu, jechać do Lwowa, przecież
istnieje, spokojny i czysty jak
brzoskwinia. Lwów jest wszędzie.
Autorkami ich są Kanadyjki Paulette Bourgeois i Brenda Clark. Seria
opowieści o Franklinie dostępna jest od kilku lat na polskim rynku
księgarskim dzięki znakomitym tłumaczeniom Patrycji Zarawskiej
i bielskiemu Wydawnictwu Debit Anny i Witolda Wodziczków.
2
Wiersz Adama Zagajewskiego Jechać do Lwowa pochodzi z tomu
­Jechać do Lwowa i inne wiersze, Aneks, Londyn 1985.
1
I n t e r p r e t a c j e
ROZMAITOŚCI
O
d lutego Teatr Grodzki realizuje nową inicjatywę artystyczno-edukacyjną, skupioną
na przeciwdziałaniu patologicznym zjawiskom
społecznym, przede wszystkim uzależnieniom.
Alkoholizm, narkomania, przemoc, agresja, bezradność wobec społecznych patologii – to rzeczywistość, która nas otacza. W jaki sposób możemy
zmienić ten stan rzeczy? Czy sztuka może służyć
„poprawianiu świata”? Projekt „W poszukiwaniu
rozwiązań” uzyskał dofinansowanie ze środków
Unii Europejskiej, a także Ministerstwa Kultury
i Dziedzictwa Narodowego, Województwa Śląskiego i Gminy Bielsko-Biała. Obejmuje cztery obszary
działań: cykl warsztatów twórczych (13 zespołów
teatralnych i dziennikarski – dzieci, młodzież,
dorośli); wydanie kolejnego numeru czasopisma
„Jesteśmy” poświęconego zjawisku uzależnień;
publikację pakietu edukacyjnego dla nauczycieli;
utworzenie informatora internetowego na stronie
Teatru Grodzkiego. Kulminacyjnym punktem realizacji projektu będzie VII Beskidzkie Święto Małych
i Dużych, planowane na 15 czerwca.
24
lutego Teatr Polski w Bielsku-Białej zaprezentował teatralną adaptację kultowej powieści
Konopielka Edwarda Redlińskiego. Bardzo piękna
wyszła Maciejowi Ferlakowi „Konopielka”. Zostawił
z tekstu E. Redlińskiego to, co najważniejsze, rozpisał na głosy (...), i głosami obdzielił kogo trzeba.
Potem dodał kawałek Horacego, musnął Gombrowiczem, pociągnął klimatem z „Opisu obyczajów”
Kitowicza-Grabowskiego – i powstało przedstawienie jak trzeba. Refleksyjne, ekspresyjne (prosiłabym
tylko wyregulować stężenie wsiowych zapachów,
bo głowa boli), śmieszne i straszne. O tym, co odwieczne, co Pan Bóg ustanowił – i o tym Nowym,
którego w żaden sposób wyminąć nie można
– recenzowała przedstawienie Maria Trzeciak na
łamach „Magazynu Samorządowego” z 2 marca.
Reżyserował spektakl Maciej Ferlak, a występują:
Tomasz Lorek, Grażyna Bułka, Jadwiga Kołeczek,
Kuba Abrahamowicz, Jerzy Dziedzic.
8
marca w Galerii Bielskiej BWA w Bielsku-Białej
miała miejsce trzecia odsłona wystawy Kobieta o kobiecie prezentującej sztukę artystek, które
w swej twórczości poruszają problematykę związaną z szeroko pojętą kobiecością. W poprzednich
R e l a c j e
edycjach prace odnosiły się do tożsamości kobiety,
jej miejsca i roli we współczesnym społeczeństwie
(1996), a także relacji z partnerem i związków
rodzinnych (2001). W tym roku pokazywane odnosiły się do zewnętrzności kobiety, kreowania
przez nią wizerunku (tzw. Persony), poprzez który
komunikuje otoczeniu własną osobowość, ale też
za którym chroni swoje wnętrze. W wystawie
udział wzięły: Anna Baumgart, Agata Bogacka,
Agata Borowa, Joanna Bylicka, Marta Deskur,
Barbara Gawęda-Badera, Elżbieta Jabłońska, Ewa
Kaja, Anna-Maria Karczmarska, Barbara Konopka,
Małgorzata Łuczyna, Małgorzata Markiewicz, Agata Michowska, Marzanna Morozewicz, Natalia LL,
Ewa Partum, Aleksandra Polisiewicz, Magdalena
Samborska, Jadwiga Sawicka, Ewa Świdzińska.
P
rzygotowana przez Galerię Bielską BWA wystawa Border Crossing/Przekraczanie granic
(Centrum Sztuki we Wrexham oraz Galeria 103
Uniwersytetu Walijskiego NEWI, Wielka Brytania,
10 marca – 21 kwietnia 2007) prezentowała prace
13 polskich artystów działających w Bielsku-Białej
i okolicy. To część projektu finansowanego przez
Arts Council of Wales, Wrexham Arts Centre
i University of Wales NEWI. Polska prezentacja
w Walii była odpowiedzią na wystawę Borderlines /
Granice, która przedstawiała twórczość walijskich
artystów (Galeria Bielska BWA, marzec 2005). Dla
Polaków prezentacja była okazją do refleksji nad
możliwościami porozumienia oraz tworzenia sztuki, która jest zrozumiała mimo odległości i różnic
kulturowych. Swoje malarstwo zaprezentowali:
Małgorzata Rozenau, Agnieszka Swoboda, Joanna Wowrzeczka i Dariusz Gierdal. Rzeźby przedstawiali Krystyna Pasterczyk i Przemysław Dominik.
Autorami fotografii i wideo byli: Łukasz Dziedzic,
Dariusz Fodczuk, Małgorzata Łuczyna, Krzysztof
Morcinek, Joanna Rzepka-Dziedzic, Tom Swoboda
i Karolina Tyrna. Kuratorem projektu jest dr Alec
Shepley – artysta, wykładowca University of Wales
NEWI, zaś kuratorem Agata Smalcerz, dyrektorka
Galerii Bielskiej BWA.
Książki. „Poplit” to fantastyka, horror, literatura
kobieca, proza dla dzieci i młodzieży oraz komiks
– a nade wszystko okazja do dyskusji o gatunkach,
granicach, recepcji i funkcjonowaniu popliteratury. To najbardziej różnorodny i interdyscyplinarny
z książkowych festiwali. W programie znalazły się
spotkania z Martą Kuszewską, Izabelą Sową, Robertem Makłowiczem, Januszem L. Wiśniewskim,
Adamem Ruskiem, Andrzejem Pilipiukiem, wykład
Katarzyny Zdanowicz-Cyganik Czarownice i królewny. Wizerunek kobiety piszącej. Festiwal objęty
został honorowym patronatem Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego.
Z wystawy Kobieta o kobiecie:
Magdalena Samborska, Wpisana w przestrzeń,
2002, obiekt
Jadwiga Sawicka, Kłamała, 2007, druk cyfrowy
Archiwum Galerii Bielskiej
P
o raz trzeci Książnica Beskidzka zaprosiła na Festiwal Literatury Popularnej „Poplit” (22–26
marca), drugą odsłonę całorocznego Festiwalu
4 Pory Książki, organizowanego przez Instytut
I n t e r p r e t a c j e
33
ROZMAITOŚCI
T
egoroczne wręczenie „Złotych Masek” odbyło
się w Teatrze im. J. Kochanowskiego w Opolu
26 marca. To już 39 edycja konkursu. W województwie śląskim za spektakl roku uznano inscenizację
opery Carmen w Gliwickim Teatrze Muzycznym,
wyreżyserowaną przez Pawła Szkotaka w przestrzeni Ruin Teatru Miejskiego. Za scenografię
nagrodzono Romana Maciuszkiewicza i Henryka
Baranowskiego – do Makbeta w Teatrze Śląskim
w Katowicach. „Złotą Maskę” za reżyserię otrzymała Katarzyna Deszcz za Tańce w Ballybeg w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Najlepsza rola męska
to Andy Marka Ślosarskiego w Jabłku w Teatrze im.
A. Mickiewicza w Częstochowie. A najlepsza rola
kobieca – Maggie Ryszardy Celińskiej w Tańcach
w Ballybeg. Za rolę wokalno‑aktorską „Złotą Maskę” otrzymała Anna Sroka – Maureen w spektaklu
Rent w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. W dziedzinie
aktorstwa w teatrze lalkowym najwyżej oceniono
Aleksandrę Zawalską w spektaklach Dokąd pędzisz,
koniku? i Dziadek do orzechów w Śląskim Teatrze
Lalki i Aktora Ateneum w Katowicach. Najlepszym
spektaklem okazał się Robinson Crusoe w reżyserii
Dariusza Wiktorowicza z Teatru Dzieci Zagłębia
w Będzinie. Nagrodę za muzykę do Testamentu
Teodora Sixta w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej
otrzymał Krzysztof Maciejowski.
W
Książnicy Beskidzkiej 13 kwietnia odbyło się
podsumowanie ósmej edycji międzynarodowego konkursu „Tworzymy własne wydawnictwo”,
tym razem pod hasłem „Przyjaźń to dar”. Wzięło
w nim udział 138 osób, które złożyły 106 prac.
Książnica realizuje konkurs od 1986 r., od 2000 r.
w ramach programu współpracy transgranicznej
polsko-czesko-słowackiej „Beskidy bez granic”.
Uczestnicy to dzieci i młodzież do lat 16 oraz
młodzież niepełnosprawna do lat 20 – czytelnicy
bibliotek publicznych, uczniowie szkół podstawowych i gimnazjów, a także młodzież z ośrodków
szkolno-wychowawczych i szkół specjalnych
z województwa śląskiego. Konkurs polega na
samodzielnym wykonaniu książki – napisaniu,
zilustrowaniu i wydaniu sposobem domowym.
Etap krajowy przeprowadzany jest równocześnie
w Polsce, Czechach oraz w Słowacji. Finał – w maju
we Frydku-Mistku.
Kawiarnia Presso w Śląskim Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości.
Archiwum SZSiP
E
liminacje rejonowe 52. Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego, zorganizowane przez
Regionalny Ośrodek Kultury i Centrum Wychowania Estetycznego im. W. Kubisz, odbyły się 14 i 15
kwietnia w Bielsku-Białej. Wzięło w nich udział 53
wykonawców, laureatów 11 eliminacji miejsko‑powiatowych południowej części województwa
śląskiego. Do eliminacji wojewódzkich OKR zakwalifikowali się: Kamil Przystał z Tychów, Anna Burek
z Raciborza i Tomasz Zontek z Bielska-Białej (turniej
recytatorski); Łukasz Stawarczyk z Jastrzębia Zdroju
i Angelika Pytel z Czechowic-Dziedzic (wywiedzione
ze słowa); Żaneta Palica z Raciborza, Maksymilian
Mularczyk z Raciborza i Adam Nawrocki z Cieszyna
(poezja śpiewana); Magdalena Prochasek z Jastrzębia Zdroju i Magdalena Tabor z Raciborza (teatr
jednego aktora). Po części konkursowej eliminacji
rejonowych odbyły się warsztaty artystyczne dla
uczestników przeglądu.
8
Ogólnopolskie Biennale Rysunku i Malarstwa
Uczniów Średnich Szkół Plastycznych zorganizował Zespół Szkół Plastycznych w Bielsku-Białej.
To ważny konkurs i zarazem przegląd umiejętności
warsztatowych, inwencji i aspiracji uczniów szkół
plastycznych. Na tegoroczny konkurs nadesłano
760 prac rysunkowych i malarskich z 38 szkół
państwowych i prywatnych. Przewodniczącym
komisji konkursowej był prof. Adam Wsiołkowski
z ASP w Krakowie. W dziedzinie malarstwa Grand
Prix zdobył Tomasz Krawczyk z Liceum Plastycznego w Zduńskiej Woli, a I nagrodę Edyta Kowalska
z Prywatnego Liceum Plastycznego we Wrocławiu.
W dziedzinie rysunku I nagrodę przyznano Magdalenie Kornowicz z Liceum Plastycznego w Warszawie. Na wystawie w Galerii Bielskiej BWA (20
kwietnia – 3 maja) zaprezentowano wszystkie
nagrodzone i wyróżnione w konkursie prace.
8
Międzynarodowy Festiwal Muzyki Sakralnej
na Podbeskidziu „Sacrum in Musica” rozpoczął się 23 kwietnia w kościele Jezusa Chrystusa
Odkupiciela Człowieka w Bielsku-Białej Requiem
Giuseppe Verdiego w wykonaniu Bielskiej Orkiestry Festiwalowej, Młodzieżowego Chóru Resonans
con Tutti i solistów (Iwona Hossa, Anna Lubańska,
Dariusz Stachura, Mirosław Bręk). W drugim dniu
w Bielskim Centrum Kultury odbył się koncert
34
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
ROZMAITOŚCI
muzyki żydowskiej w wykonaniu Bente Kahan
z zespołem. W kościele ewangelicko-augsburskim
przy placu M. Lutra 25 kwietnia zaśpiewał chór
Ladysmith Black Mamboza z RPA. Zakończenie
festiwalu odbyło się w kościele pw. św. Andrzeja
Boboli, a w repertuarze gospel wystąpił The Jackson
Singers.
27
kwietnia jubileusz 15-lecia świętował
Ośrodek Wydawniczy Augustana, ważny
partner wielu wydawnictw, firm i instytucji. Jubileusz obchodzi też Wydawnictwo Augustana,
przygotowujące publikacje przede wszystkim dla
Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, wydawca
najstarszego w Polsce czasopisma, ukazującego
się od 1863 r. „Zwiastuna Ewangelickiego”, będącego też jedynym ogólnopolskim dwutygodnikiem
powstającym w Bielsku-Białej. Tyle samo lat liczy sobie także budynek Augustana, położony w centrum
Bielskiego Syjonu, w którym parafia ewangelicka
i ewangelicka diecezja cieszyńska organizują wiele
ważnych wydarzeń ekumenicznych i kulturalnych,
otwartych dla wszystkich mieszkańców miasta.
Obchodom jubileuszowym towarzyszyło wręczenie Nagród im. ks. Leopolda Otto przyznawanych
od pięciu lat przez redakcję „Zwiastuna Ewangelickiego”.
W
Galerii Zamkowej Muzeum w Bielsku-Białej od
2 do 30 maja trwała wystaw prac Sebastiana Kubicy. Artysta (rocznik 1975) ukończył studia
w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie na Wydziale
Grafiki w Katowicach (dyplom w Pracowni Plakatu
prof. Romana Kalarusa oraz w Pracowni Druku
Wypukłego prof. Romana Staraka). Zajmuje się
plakatem, projektowaniem graficznym, drzeworytem, rysunkiem. Jest adiunktem w Instytucie Sztuki
Wydziału Artystycznego UŚ w Cieszynie. Wystawiał
w kraju i za granicą (m.in. w Finlandii, Japonii, Francji, USA, Niemczech, Chinach, na Węgrzech). Jest
laureatem kilku krajowych i zagranicznych konkursów na plakat i grafikę.
T
egoroczne „Kino na Granicy” (27 kwietnia
– 3 maja) poświęcone było przede wszystkim
ekranizacjom prozy Bohumila Hrabala z okazji 10
rocznicy jego śmierci. W programie znalazły się też
retrospektywy twórczości Jana Němca (jednego
R e l a c j e
z luminarzy czechosłowackiej nowej fali, twórcy
m.in. Diamentów nocy, O uroczystości i gościach,
Nocnych rozmów z matką) i Martina Slivki (wybitnego słowackiego reżysera filmów dokumentalnych). Przypomniano zmarłego w ubiegłym
roku Leona Niemczyka, a także etiudy i teledyski
przedwcześnie zmarłego, zdolnego filmowca z Cieszyna Macieja Olbrychta. Było jeszcze kilka innych
nurtów festiwalowych projekcji, w tym oczywiście
najnowszych filmów polskich, czeskich i słowackich
(m.in. Kráska v nesnázích J. Hřebejka, Hezké chvilky
bez záruky V. Chytilovej, Grandhotel D. Ondříčka,
Vratné lahve J. Svěráka, Jasminum J. J. Kolskiego,
Wszyscy jesteśmy Chrystusami M. Koterskiego).
Były ponadto koncerty, wystawy, biesiady, dyskusje, spotkania...
W
Śląskim Zamku Sztuki i Przedsiębiorczości
w Cieszynie ruszyła nietypowa klubokawiarnia Presso, wyposażona w meble, szklane przegrody, lampy, dywany, grafiki, naczynia zaprojektowane przez polskich projektantów i wyprodukowane
przez rodzime fabryki. Ekspozycja będzie się na
bieżąco zmieniać i przyjmie nazwę „design alive!”.
Podczas gdy dorośli sączą kawę i rozmawiają (nie
tylko o designie), dzieci rysują po... ścianach. A tuż
za szklaną ścianą jest galeria. Zamek to centrum
wzornictwa, które przyciąga coraz więcej osób
z kręgu biznesu i wzornictwa. Nowoczesna Oranżeria oraz odrestaurowane mury dawnej siedziby
Habsburgów sprawiają mylne wrażenie elitarnego
miejsca, tylko dla wybrańców. – Chcieliśmy to
zmienić – mówi Ewa Trzcionka, menedżer public
relations. – Dlatego stworzyliśmy miejsce, które
przyczyni się do promowania dobrego wzornictwa,
a jednocześnie z definicji będzie ogólnodostępne.
Organizatorzy niecodziennej kawiarni planują także
stworzenie nietypowego design menu, w którym
nazwy będą ściśle powiązane z eksponatami, producentami i autorami projektów.
25
marca zmarł Jacek Lech (właść. Leszek
Zer­hau), polski piosenkarz. Urodził się 15
kwietnia 1947 r. w Mikuszowicach, obecnie dzielnicy Bielska-Białej. Mając 17 lat, zajął I miejsce
w konkursie „Mikrofon dla wszystkich”. W 1966 r.
został solistą zespołu Czerwono-Czarni, z którymi
wystąpił przed warszawskim koncertem The Rolling
Stones (1967) i wziął udział w wystawieniu mszy
beatowej Pan przyjacielem moim. W 1973 r. założył
własną Nową Grupę. Wielokrotnie występował na
festiwalach, m.in. w Opolu, koncertował za granicą, w tym w ośrodkach polonijnych USA i Kanady.
W pamięci słuchaczy wciąż trwają Jego piosenki:
Bądź dziewczyną z moich marzeń, Dwadzieścia lat,
Co jej mogłeś dać, Warszawa jest smutna bez ciebie,
Pozwólcie śpiewać ptakom, Gdzie szumiące topole...
27 lutego br. w Bielskim Centrum Kultury odbył się
koncert charytatywny na rzecz chorującego artysty
zorganizowany przez Fundację Kultury i Edukacji
Europejskiej Alfa i Omega. Wystąpili m.in. Halina
Frąckowiak, Alicja Majewska, Edward Hulewicz,
Andrzej Dąbrowski, Bogusław Mec. Zabrakło
miejsc na widowni. Podczas koncertu ogłoszono, że
artysta został uhonorowany przez ministra kultury
nagrodą za całokształt osiągnięć. Jacek Lech został
pochowany 28 marca na cmentarzu przy kościele
św. Barbary w Bielsku-Białej Mikuszowicach.
27
marca zmarł Tadeusz Kocyba – kompozytor, pedagog i dyrygent. Urodził się 13
lipca 1933 r. w Wirku. Ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Katowicach. Swoje życie
zawodowe i osobiste związał z Bielskiem-Białą.
Pracował jako nauczyciel w Państwowej Szkole
Muzycznej, potem jako wykładowca w cieszyńskiej
Filii Uniwersytetu Śląskiego. Komponował muzykę
teatralną, w tym dla Banialuki i Teatru Polskiego,
a także dla innych teatrów w Polsce. Ale najbardziej
znane Jego kompozycje powstały dla Studia Filmów
Rysunkowych – do ok. 160 filmów animowanych,
m.in. był współautorem muzyki do kilku serii Bolka
i Lolka, do przygód Baltazara Gąbki czy pełnometrażowego Porwania w Tiutiurlistanie, a także do
filmów dla dorosłych. Razem z Kazimierzem Dudą
zainicjowali powołanie w Bielsku-Białej Miejskiej
Orkiestry Symfonicznej, która działała społecznie,
a Tadeusz Kocyba był jej dyrygentem. Kiedy MOS
przekształciła się w zawodową Bielską Orkiestrę
Kameralną, został jej kierownikiem artystycznym.
Uroczystości pogrzebowe odbyły się 31 marca. Tadeusz Kocyba spoczął na cmentarzu komunalnym
w Bielsku-Białej.
I n t e r p r e t a c j e
35
REKOMENDACJE
B i e lsk o - B i a ł a
estorzy beskidzkiej rzeźby ludowej – wystawa
rzeźby Józefa Hulki, Antoniego Mazura i Kazimierza Pietraszki
do 15 czerwca – Galeria Sztuki ROK (od 23 lipca do
9 września wystawa prezentowana będzie w Muzeum Miejskim w Żywcu)
Informacje: Regionalny Ośrodek Kultury, ul.
1 Ma­ja 8, 0-33-812-69-08, [email protected],
www.rok.bielsko.pl
N
C
antate Deo 2007 – przegląd piosenki religijnej
22 czerwca – Dom Kultury w Komorowicach
Informacje: Miejski Dom Kultury w Bielsku-Białej
– Dom Kultury w Komorowicach, ul. Olimpijska
16, tel. 0-33-815-87-38, [email protected],
www.mdk.beskidy.pl
11
Ogólnopolski i 25 Wojewódzki Przegląd Dziecięcej i Młodzieżowej Twórczości Literackiej
Lipa – przegląd dla uczniów szkół podstawowych,
gimnazjalnych i średnich
do 30 czerwca – nadsyłanie utworów
Informacje: Spółdzielcze Centrum Kultury Best,
ul. Jutrzenki 22, tel. 0-33-499-08-33, [email protected], www.sm-zlotelany.pl (tam regulamin
i karta zgłoszenia)
Ś
ląska Kolekcja Sztuki Współczesnej Znaki Czasu
– wystawa najciekawszych prac z kolekcji, gromadzonych przez Fundację dla Śląska w ramach
narodowego programu Znaki Czasu
31 sierpnia – 23 września, Galeria Bielska BWA
Informacje: Galeria Bielska BWA, ul. 3 Maja 11,
tel. 0-33-812-58-61, info @galeriabielska.pl,
www.galeriabielska.pl
C IE S Z Y N
estiwal Filmowy Wakacyjne Kadry
7–16 lipca – kino Piast, Teatr im. A. Mickiewicza
Informacje: Urząd Miejski, Rynek 1, tel. 0-33-47943-40, [email protected]
F
KOZY
Międzynarodowy Festiwal Orkiestr Dętych
Złota Trąbka
9–10 czerwca – Kozy, stadion LKS Orzeł
Informacje: Dom Kultury, ul. Krakowska 2, tel. 0-33817-42-32, [email protected], www.kozy.pl
4
MILÓWKA
mpreza dobroczynna Iskierka dobrej nadziei –
współorganizowana ze Stowarzyszeniem na rzecz
Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej Promyk
lipiec – stadion LKS Milówka
Informacje: Gminny Ośrodek Kultury, ul. Dworcowa 1, tel. 0-33-863-73-99, [email protected],
www.milowka.pl
I
S T R U M IE Ń
Staromiejska Wiosna
2–3 czerwca – Rynek
Informacje: Ośrodek Kultury i Sztuki, Rynek 9, tel.
0-33-857-01-74, [email protected]
19
W Ę G IE R S K A G Ó R K A
Międzynarodowy Konkurs Heligonistów – konkurs heligonistów z Polski, Czech i Słowacji
28 lipca – szałas Pod Baranią
Informacje: Ośrodek Promocji Gminy Węgierska
Górka, ul. Zielona 43, 0-33-864-21-87, wegier­
­ska‑[email protected], www.wegierska-gorka.opg.pl
3
ŻABNICA
akacyjny plener plastyczny w pracowni Wojciecha Opani – spotkanie studentów sztuki
i miejscowych rzeźbiarzy u dra Wojciecha Opani
1–15 lipca – Żabnica Kamienna
Informacje: Ośrodek Promocji Gminy Węgierska
Górka, ul. Zielona 43, tel. 0-33-864-21-87, [email protected], www.wegierska-gorka.opg.pl
W
4 4 T Y D Z IE Ń
K U L T U R Y B E S K I D Z K IE J
28 lipca – 5 sierpnia
Wisła, Szczyrk, Żywiec, Maków Podhalański,
Oświęcim
Informacje: Regionalny Ośrodek Kultury w Bielsku‑Białej, ul. 1 Maja 8, tel. 0-33-822-05-93, [email protected], www.tkb.art.pl, www.etnofoto.net/
tkb
W ramach 44 Tygodnia Kultury Beskidzkiej organizowane są:
38 Festiwal Folkloru Górali Polskich w Żywcu
(28–31 lipca)
18 Międzynarodowe Spotkania Folklorystyczne
w Żywcu (1–4 sierpnia)
60 Gorolski Święto w Jabłonkowie na Zaolziu
– Republika Czeska (3–5 sierpnia)
13 Festyn Istebniański w Istebnej (28–29 lipca)
27 Wawrzyńcowe Hudy w Ujsołach (4 sierpnia)
WISŁA
Wojewódzki Przegląd Dziecięcych Zespołów
Folklorystycznych
2–3 czerwca – amfiteatr w Parku im. S. Kopczyńskiego
Informacje: Regionalny Ośrodek Kultury w Bielsku‑Białej, ul. 1 Maja 8, 0-33-812-69-08, [email protected], www.rok.bielsko.pl
20
9
Beskidzki Piknik Country
25 sierpnia – amfiteatr w Parku im. S. Kopczyńskiego
Informacje: Wiślańskie Centrum Kultury, pl. B. Hoffa 3,
tel. 0-33-855-29-67, [email protected], www.wisla.pl
Pełny kalendarz imprez w województwie śląskim
znaleźć można na stronie: www.silesiakultura.pl
36
R e l a c j e
I n t e r p r e t a c j e
GALERIA
Maria Procyk jest mieszkanką Lipnika, jednej z najstarszych dzielnic Bielska-Białej. Fotografuje, pisze wiersze
i reportaże, nagradzane w konkursach. Jest prezesem
Stowarzyszenia Promocji Kultury Podbeskidzie. W konkursie fotograficznym Krajobrazy i zabytki Lipnika i Straconki (2007), zorganizowanym przez lipnicki Dom Kultury, otrzymała wyróżnienie, a w kwietniu prezentowała
swoje prace na wystawie Moje krajobrazy w tamtejszej
galerii Spojrzenia Wybrane. Proponujemy kilka takich
spojrzeń Marii Procyk – na Lipnik i z Lipnika. (m)
Moje krajobrazy
Maria Procyk

Podobne dokumenty