Wersja HQ

Komentarze

Transkrypt

Wersja HQ
ISSN 2391-6133
www.wogole.net
Styczeń 2015 (3)
100 dni
do matury
Z innej strony:
Podniebna Warszawa
Dookoła świata:
Szlakiem Draculi
Rynek myśli:
Drugie życie Pokemonów
Słowo
OD REDAKCJI:
Wczoraj, dziś i jutro
J
ak żyć na sto dni przed maturą? Czy
młodzi ludzie nie są za młodzi, aby
prowadzić własną firmę? Gdzie w tym
roku obejrzymy dobrą sztukę? Te i inne
pytania zadają w styczniowym numerze
nasi dziennikarze. W końcu początek roku
kalendarzowego służy właśnie przemyśleniom i snuciu dalekosiężnych planów. My
zadaliśmy sobie pytanie, czy jako W ogóle
mamy już co podsumowywać po zaledwie kilkumiesięcznej działalności? Odpowiedź jest trudna – będzie więc słowo o przeszłości i kilka
słów o przyszłości.
7 miesięcy za nami. Od rekrutacji, przez wydanie pierwszego numeru,
aż do dziś. Na pewno był to bardzo pracowity okres i choć nie udało
nam się utrzymać miesięcznej regularności, to z pewnością nie był
to czas stracony. Stworzyliśmy od zera redakcję, zbudowaliśmy bazę
ponad 50 szkół, z którymi regularnie współpracujemy, uruchomiliśmy
ogólnopolski portal internetowy, a przede wszystkim stworzyliśmy
społeczność młodych, ciekawych świata i chcących się rozwijać ludzi.
Jak dotąd bilans zdecydowanie na plus.
Wydawca:
Korespondencja:
Paulina Sidor, redaktor naczelna
Paulina Sidor
[email protected]
Zastępca redaktor
naczelnej:
Michał Borek
[email protected]
Piotr Jończyk
[email protected]
Autorzy
artykułów:
Skład i grafika:
Druk:
Reklama:
Dystrybucja:
Prenumerata:
zajrzyj na www.wogole.net
www.facebook.com/gazetawgl
[email protected]
Redaktor
naczelna:
Teraz trochę o planach na przyszłość. Chcemy nadal się rozwijać, planujemy kolejne szkolenia dla dziennikarzy, a dla czytelników więcej
tekstów i innych materiałów. Oczywiście głównym, ambitnym, ale
osiągalnym celem jest zachowanie ciągłości wydawniczej w przyszłym
roku szkolnym (i nie tylko). Jednak, aby to było możliwe, potrzebujemy
przede wszystkim Waszej uwagi, drodzy czytelnicy!
Więc dziękujemy, na laurach nie spoczywamy i w ogóle się rozwijamy.
WGL sp. z o.o.
Pachnąca 32/3
02-790, Warszawa
Katarzyna Bajkowska
Robert Bengsz
Paulina Borkowska
Emilia Cabaj
Bartosz Cheda
Jakub Drożdż
Agata Górnicka
Michał Górny
Aleksandra Kalbarczyk
Gabriela Łaskowska
Katarzyna Malinowska
Marcelina Marcjoniak
Katarzyna Molak
Tymoteusz Ogłaza
Karol Popow
Artur Stachyra
Paweł Stępniak
Maria Stusio
Hubert Taładaj
Aneta Dworzyńska
www.behance.net/anetadw
Invest Druk
www.investdruk.pl
[email protected]
Szkoły ponadgimnazjalne,
kawiarnie, domy kultury,
biblioteki oraz inne miejsca
w Warszawie. Wersja
elektroniczna dostępna
również na www.wogole.net.
Każda szkoła
ponadgimnazjalna może
otrzymywać darmową
prenumeratę miesięcznika.
Zgłoszenia przyjmujemy
pod adresem
[email protected]
Wszystkie materiały chronione są prawem
autorskim. Przedruk lub rozpowszechnianie
w jakiejkolwiek formie i jakimkolwiek języku
bez pisemnej zgody wydawcy jest zabronione.
3 | wogole.net
Dzieńt y
nku
Ot war
u
s
y
R
y
SzkoLłabirynt :
ie jsce
Spis treści
styczeń 01/2015
Z innej strony:
10-13
14-15
16-17
18
20-21
6
Podniebna Warszawa
– Bartosz Cheda
Saski Plac Zwycięskiego
Piłsudskiego – Tymoteusz Ogłaza
Młodość – przepis na biznes?
– Jakub Drożdż
Byli cisi i niepozorni
– Agata Górnicka
ALFRED NOBEL NA WOJNIE
– Paweł Stępniak
Dookoła świata:
22-25
26-27
28-29
Szlakiem Draculi
– Gabriela Łaskowska
Meteoryty nad Wenecją
Mazowsza
– Marcelina Marcjoniak
O francuskiej kuchni
słów kilka – Robert Bengsz
Dla maturzysty:
10
6-9
30-31
100 dni do matury - Michał Górny
przedmaturalne medytacje
– Katarzyna Molak
Kalejdoskop:
32-35
36-37
38-39
Alpinista i poeta
– Maria Stusio
W Oparach Absurdu
– Katarzyna Malinowska
Kultura (nie)dostępna
– Katarzyna Bajkowska
W biegu:
22
40-41
42-43
Złote filary polskiego
kolarstwa – Hubert Taładaj
Sportowe ideały
– rzeczywistość czy fikcja?
– Emilia Cabaj
Rynek myśli:
44-45
46-47
48-49
44
4 | wogole.net
50
Kalendarz
01-02/2015
m
czas i dz: 10-16
o
G
10.01, ut ta 65/71
rb
u l . Na
Drugie życie Pokemonów
– Karol Popow
Portret najwspanialszej
portrecistki
– Aleksandra Kalbarczyk
Na strychu, tak po prostu
– Artur Stachyra
Kącik poetycki
– Paulina Borkowska
05
Spotkanie w Muzeum
Żydów Polskich
– „Czy we współczesnym świecie następuję
zmierzch religii?”
11
06
12
Finał Wielkiej Orkiestry
Świątecznej Pomocy
08
Spotk. z cyklu Urodziny
Mistrzów w Muz. Narodowym: Jerzy Nowosielski
Slajdy podróżnicze In
Mundo w kinie Luna:
„3000 mil do Maroka”
Pokaz filmu „Kultura
remixu” w ramach cyklu
wyd. poprzedz. wyst.
„Kanibalizm? O zawłaszczeniach w sztuce”
w Zachęcie
Wieczory czwartkowe
w Muzeum Narodowym:
„Epoki i style dla początkujących – realizm”
13
14
Wtorkowe spotkanie
w Muzeum Narodowym:
„7 grzechów głównych Pycha i chciwość”
Dzień Wegetarian
Dzień Sprzątania Biurka
17
07
18
Queen SYMFONICZNIE
w Sali Koncertowej w PKiN
Polska Gala Ślubna 2015
w PKiN
„Królowa śniegu”
w Teatrze Narodowym
Stand-up Hybrydy
„Mała Szwarcenkopf, czyli
Żydzi” - wykład o teatrze
XIX wieku w Instytucie
Teatralnym
19
Puchar skoków narciarskich w Zakopanem
23
24
25
NFL Senior Bowl
NHL All-Star Weekend
Epica/Dragonforce
w Progresja Music Zone
NHL All-Star Weekend
NFL Pro Bowl
29
„Wesele” w Teatrze
Polskim
04
SOSEXPO 2015 - IV
Miedyznarodowe Forum
Gospodarki Odpadami
w Polsce w PKiN
30
Premiera płyty Blind
Guardian „Beyond the
Red Mirror”
05
SOSEXPO 2015 - IV
Miedyznarodowe Forum
Gospodarki Odpadami
w Polsce w PKiN
31
„Ożenek”
w Teatrze Studio
06
Początek wystawy Skarby
z kraju Chopina. Sztuka
polska od XV do XX wieku
- Muzeum Narodowe
15
Panny Wyklęte
/ Wygnane w Stodole
Puchar skoków
narciarskich w Wiśle
10
Dzień otwarty
Autostrady
Maturalnej
16
Wykład „Kobiece praktyki
religijne w Islamie: „Otun
– muzułmańskie
autorytetyreligijne
w Centralnej Azji”
w Muzeum Azji i Pacyfiku
Royal Blood w Palladium
20
Sen o Warszawie- Koncert
Noworoczny w Filharmonii Narodowej 6 lutego
– spotkanie z Jerzym
Sthurem w ramach cyklu
Wieczór Mistrzów na
scenie w Muzeum Niepodległości
Polska Gala Ślubna 2015
w PKiN
Sabaton na Torwarze
09
26
„Kolacja Kanibali”, sztuka
wystawiana przez Fundację Na Rzecz Kultury
w teatrze Polonia
01
Lordi w Progresja
Music Zone
07
Jessie Ware na Torwarze
21
22
Dzień Babci
Dzień Dziadka
27
Międzynarodowy Dzień
Pamięci o Ofiarach Holokaustu
02
Dzień Pozytywnego
Myślenia
28
Premiera książki „Na
straconych posterunkach”
Kazimierza Krajewskiego
03
„Było to nad Bałtykiem,
czyli elita” - wykład
o teatrze XIX wieku
w Instytucie Teatralnym
Temat numeru
Patron działu - Autostrada Maturalna
100 dni do matury
Cześć!
Przed Wami najważniejsze 100 dni w szkole - maturalny finisz, a przed nami niezwykle trudna,
ale i zaszczytna misja – objęcie patronatu nad działem „Dla maturzysty”. Zadanie tym bardziej
wymagające, że postawione przed nami tylko na 100 dni przed maturą! Odpowiedzialność za
losy maturzystów spoczęła niejako na naszych barkach. W tym wydaniu przeczytacie o prokrastynacji, czyli o wiecznym przekładaniu wszystkiego na później, sposobach na efektywną
naukę i oczywiście trochę o historii naszej szkoły (jest ciekawsza, niż może się to wydawać).
Póki co, żyjecie studniówkami i róbcie to dalej! Gdy jednak i ten czas już minie – do pracy! Na
najdłuższe wakacje w życiu i upragnione studia trzeba zasłużyć. Koniecznie zapiszcie w kalendarzach datę naszego dnia otwartego dla czytelników „W Ogóle” (10.01.2015). Będziecie
mogli bezpłatnie porozmawiać z najlepszymi korepetytorami na rynku, którzy doradzą Wam
jak efektywnie uczyć się poszczególnych przedmiotów. 2-klasisto! To dział także dla Ciebie!
Kwitnące w maju kasztany są pierwszym dzwonkiem na spektakl „Matura 2016”.
Trzymajcie się,
Michał Górny - założyciel, Autostrada Maturalna
Misja 3 lata w 3 miesiące
Stało się. Wszystkie postanowienia „zacznę się uczyć po świętach”, „od nowego
roku siedzę już tylko nad książkami”
najwyższy czas zrealizować. Przed Wami 3 miesiące naprawdę intensywnej
pracy - odpowiednie zarządzanie czasem i konsekwentna realizacja planu
pozwolą bardzo dobrze przygotować się
do egzaminu nawet tym, którzy dotychczas wszystko odwlekali. Co to wszystko jednak znaczy? Kiedy możemy się
zdecydować na naukę samodzielnie,
a co jest podstawą do natychmiastowego
skorzystania z pomocy specjalistów?
Prokrastynacja – choroba
cywilizacyjna, czy zwykłe
lenistwo?
Coraz więcej młodych osób staje
się ofiarami perfekcjonizmu – stała,
wszechobecna promocja idealnych
wzorców, ludzi sukcesu, którzy wydają
się nie popełniać żadnych błędów, powoduje paraliżujący strach przed porażką. Najczęściej problem dotyka ambitne
i bardzo zdolne jednostki, od których
dużo się wymaga, co bezpośrednio
przekłada się na gorsze, poniżej możliwości, wyniki w nauce. O co dokładnie
chodzi? Czy problem prokrastynacji
dotyczy też Ciebie?
Jeśli kiedykolwiek wracałeś ze szkoły
z postanowieniem „wchodzę i od razu zaczynam naukę”, „tym razem na
pewno do wszystkiego się przygotuję”,
„dziś nie odpalam Facebook’a”, a wchodząc do domu pierwsze, co robiłeś, to
siadałeś na kanapie lub kładłeś się do
łóżka z myślą „dobra, szybko obczaję
„fejsa” i biorę się do pracy” to jest to
pierwszy znak, że coś jest nie tak. Z reguły 5 minut zamienia się w 2 godziny, potem trzeba porozmawiać chwilę
z rodzicami, a i przecież obiecaliśmy
mamie posprzątać w pokoju, tacie umyć
samochód, a na koniec przypominamy
sobie, że przecież ta lampka na biurku
zawsze nam przeszkadzała w nauce
i koniecznie trzeba jechać po nową.
Od jutra już będę miał idealne warunki
do nauki. Jest to zachowanie mogące
świadczyć o tym, że padłeś ofiarą prokrastynacji – zaburzenia psychicznego
Autostrada Maturalna
www.autostradamaturalna.pl
dotykającego przede wszystkim zdolne
osoby w wieku szkolnym polegającym
na patologicznym przekładaniu wszystkiego, co ważne na później.
Wspomniane zaburzenie często bywa
mylone z lenistwem. Osoby niewykazujące zapału do pracy zazwyczaj nie
są osobami ambitnymi, z reguły szkoła
jest dla nich jedynie pewnym etapem życia, przez który muszą z bólem przejść.
Fakt, że po prostu się nie uczą, jest ich
świadomym wyborem. Druga kategoria osób zmaga się z czymś zupełnie
odwrotnym – postanowiły, że będą się
uczyć, ale strach przed porażką działa
paraliżująco. Ich tok myślenia zazwyczaj przebiega następująco:
Nie, teraz nie
dam rady, ale od
jutra zaczynam
naukę
Dobra, w sumie nie
jest tego dużo.
Wstanę wcześnie
rano i się pouczę.
?!
Już 22?! Jak to możliwe?
Miałem się tyle uczyć.
(powyżej)
Błędne koło prokrastynacji. Opracowanie
własne na podstawie
wywiadów z licealistami, Autostrada
Maturalna.
Jeszcze wejdę na
5 minut na fb, no
może na godzinę.
Albo niech chodzi
w tle.
Czas posprzątać
biurko, tu nie ma
warunków do
nauki.
Nie ma niestety żadnego skutecznego
„lekarstwa” na tę przypadłość. Wyjście
z tego błędnego koła zależy tylko i wyłącznie od samozaparcia oraz pomocy
z zewnątrz. Ważne jest zrozumienie
najbliższego otoczenia, które powinno
przestać postrzegać te osoby jako leniwe, ale zauważyć problem i pomóc go
rozwiązać. Nie jest to jednak zadanie
szybkie i łatwe do wykonania. By zacząć normalnie funkcjonować trzeba
zmienić swoje codzienne nawyki.
CO DLA KOGO? Jak skutecznie
uczyć się przez ostatnie 100
dni?
Czasu pozostało, przestańcie się już
oszukiwać, mało. Ci z większym samozaparciem, umiejący się zmobilizować powinni przygotować sobie
10 porad na 100 dni od
Autostrady Maturalnej
1.
Nie rezygnuj!
2. Nie masz już czasu, żeby
nauczyć się czegoś później –
zacznij teraz.
3. Zadbaj o odpowiednie warunki. Hałas lub złe oświetlenie
negatywnie wpływają na efektywność przyswajania wiedzy.
4. Wysypiaj się i zdrowo odżywiaj.
Pamiętaj, że paradoksalnie bardzo długi sen może sprawić, że
będziesz cały dzień zaspany.
5. Ogranicz imprezy i alkohol.
Mocniejsze zabawy zostaw na
najdłuższe w życiu wakacje.
6. Zorganizuj dobrze swój czas
na naukę – jeśli nie wyjdzie Ci
to po kilku dniach – skorzystaj
z pomocy specjalistów, zapisz
się na kurs lub korepetycje. Jest
już zwyczajnie za późno na
zmianę codziennych nawyków.
7.
Przygotuj swoje miejsce pracy
raz, a porządnie. Tak, byś nie
musiał codziennie długo przygotowywać się do nauki.
8. Próbuj zrozumieć to, czego się
uczysz. Nie ucz się na pamięć!
9. Staraj się logicznie łączyć
rzeczy pozornie ze sobą niepowiązane. Układaj słowa, zdania
z pierwszych liter haseł, które
musisz zapamiętać.
10. Notuj i zapisuj. Niczego, a już
szczególnie przedmiotów
ścisłych, nie da się nauczyć,
czytając gotowe rozwiązania.
Dzień Otwarty 10.01
- darmowe konsultacje z prowadzącymi
- rozmowy z najlepszymi studentami
- omówienie rekrutacji na najpopularniejsze kierunki studiów
- prezentacja najczęściej popełnianych na maturze błędów
- porady, jak przetrwać ostatnie 100 dni
- darmowe materiały i zniżki przy zapisach
Patron działu - Autostrada Maturalna
Temat numeru
plan samodzielnej nauki. Podręczniki,
notatki i kalendarz powinny gościć na
Waszym biurku praktycznie codziennie.
Jak uczyć się samodzielnie? Przede
wszystkim zacznij od posprzątania biurka. Wiemy, że zawsze od tego zaczynasz, ale zrób to raz, a porządnie i nie
rób jednocześnie kilku innych rzeczy.
Całe przygotowanie nie powinno Ci
zająć więcej niż 15 minut. Ucząc się,
powtarzaj! Mów na głos, zapisuj duże
hasła. Kartki A4 z czarnymi, markerowymi napisami przyklejaj taśmą do
ścian, mebli, tak byś widział przed snem
i powtarzaj sobie na szybko wszystko,
czego się nauczyłeś. To samo zrób rano. Wydaje się to pracochłonne, ale
uwierzcie, że jest to bardzo efektywne.
Będziecie się uczyć kilka razy szybciej.
Pamiętajcie też o zdrowym odżywianiu! Zwróć się też o pomoc do swojego
nauczyciela - większość z nich chętnie
zostanie z Tobą na przerwie i pomoże
z maturalnymi zagwostkami.
Inna opcja to korepetycje. Wiążą się one
jednak z dużymi wydatkami. Prowadzący, którzy mają dar do przekazywania
wiedzy i jej zasoby na tyle duże, by
móc dzielić się z innymi bardzo się
cenią. Ceny u najlepszych wahają się
w granicach 80-120zł/h, ale wydaje
się, że możecie być wtedy pewni, że
traficie w dobre ręce. Dla kogo są one
najlepsze? Dla osób nieśmiałych, które
na zajęciach w grupie nie wykazują
inicjatywy, boją się zapytać.
Kursy maturalne z odpowiednimi prowadzącymi mają charakter podobny do
nauki do sesji na studiach. Studenci
wybierają wspólne przygotowania, bo
każdy zwróci uwagę na inny problem,
podrzuci ciekawsze rozwiązanie, szybciej wpadnie na dobry pomysł. Nauka
w grupie (max. 10 osobowej!) pozwala
wszystkim uczestnikom aktywnie brać
udział w takich zajęciach i szybciej
przyswajać wiedzę. Nie tracisz też czasu, gdy się zatniesz przy jakimś problemie. Możecie też oczywiście wspólnie
siadać w domu, bez prowadzącego. Dobrze jest jednak mieć osobę, która zna
budowę arkusza, przeprowadzi próbną
maturę no i będzie znała odpowiedź na
każde pytanie. Da to również gwarancję,
że zawsze o tej samej porze będziesz
się uczył.
Historia – z piwnicy na Smulikowskiego do szkoły na
Pankiewicza
Autostrada Maturalna podawana jest
jako przykład przedsiębiorczości społecznej – rodzaju biznesu, w którym
główną motywacją do działania nie
jest pieniądz, a chęć zrobienia czegoś
dla społeczeństwa. Dla nas celem była
poprawa jakości nauczania na kursach
maturalnych w Warszawie. Czy nam
się to udało? Wyniki świadczą same
za siebie. 100% zdawalności, średnie
wyniki w okolicach 80%, 10-15% kursantów z maturami powyżej 95% i co
roku prawie 3 razy więcej kursantów!
Liczymy na to, że firmy bezwzględnie
wykorzystujące portfele maturzystów
i oferujące kursy niczym nieróżniące
się od szkoły (2-3 tysiące za zajęcia
w grupa 20-30 osobowych) niedługo
zmienią swoje praktyki.
Nasza przygoda z nauczaniem zaczęła się w Akademickich Inkubatorach
Przedsiębiorczości. W podnajmowanej
wspólnie salce na Uniwersytecie Warszawskim zajęcia miała nasza pierwsza,
6-osobowa grupa. W następnym roku
poszliśmy krok dalej – wynajęliśmy
własną salę, w piwnicy przedwojennej kamienicy na Smulikowskiego 12.
Klimat tego miejsca wszyscy wspominają do dziś. Niezburzony w czasie
wojny budynek, tablica upamiętniająca
Powstanie Warszawskie i nauczanie
„w podziemiach”. To miało swój urok.
Od tego roku przenieśliśmy się jednak
na ul. Pankiewicza 3, gdzie wynajmujemy budynek po starej szkole. (Zwróćcie
uwagę, że zawsze patronuje nam jakiś
wybitny pedagog!). 200-letni budynek,
którego część wynajmujemy, skrywa
wiele tajemnic. Znaleźliśmy w nim m.in.
60 letnie zeszyty do matematyki, geografii i chemii, stare opony rowerowe
i pozostałości po zburzonym w czasie
wojnydachu. Cieszymy się, że edukacja
wraca do tego miejsca po tylu latach.
Team Autostrady
Przepis na sukces? Rób to co kochasz, a to co kochasz, rób najlepiej, jak potrafisz
Łączy nas pasja, radość z przekazywania wiedzy i niezwykła skuteczność. Nasz zespół łączący młodych ludzi
prowadzi zajęcia, jakich na warszawskim rynku jeszcze nie było.
Oskar uczy chemii i fizyki. Od początku liceum
wygrał chyba wszystkie
możliwe konkursy i olimpiady, co zwalniało go
z matury, ale postanowił
napisać ją hobbystycznie – na100%. Obecnie,
studiując medycynę na
WUM-ie, pełni funkcję
Prezesa Koła Chirurgii,
występuje na konferencjach, a w wolnym czasie zajmuje się swoimi
kursantami.
8 | wogole.net
Filip uczy matematyki,
którą studiuje na UW. Od
początku utrzymuje się
w czołówce rankingu
i pobiera stypendia.
Laureat wielu konkursów matematycznych.
Od zeszłego roku również student informatyki
na UW. Mnóstwo pozytywnych opinii o jego
nauczaniu na różnych
portalach. Prywatnie
uwielbia podróże autostopem po byłym ZSRR
i bliskim wschodzie.
Paulina jest geografem
i podróżnikiem. Trafiła
do nas przez jeden z portali z korepetycjami,
gdzie miała najwyższe
oceny. Studiuje geografię i dziennikarstwo
na UW, gdzie w ramach
projektu naukowego 2
miesiące podróżowała
po Azji. Pełniła funkcję
vice-prezesa Young
Geographers Association. Największy sukces?
Uniknięcie wybuchu
wulkanu na Filipinach.
Iza to absolwentka
Wydziału Geodezji
i Kartografii Politechniki Warszawskiej z wieloletnim doświadczeniem
w nauce geografii. Występowała na licznych
konferencjach, realizowała granty badawcze
we współpracy z Uniwersytetem Lwowskim
i Aalto University od
Technology. Prywatnie
podróżniczka i fanka kina. Matura z geografii?
Na 100%.
Maksymilian to student
prawa. Jego sylwetka
idealnie pasuje do prowadzącego zajęcia z
WOS-u – finalista i laureat wielu olimpiad i konkursów, rzecznik prasowy Młodzieżowej Rady
Gminy Piaseczno i autor
jej nowego statusu, stypendysta MEN. W wolnym czasie działacz
społeczny. Od niedawna
coraz mocniej próbuje
swoich sił w twórczości
literackiej.
Wszyscy nasi prowadzacy muszą spełniać
najwyższe wymagania­
pochwalić siędoświadczeniem i sukcesami
w nauczaniu na poziomie maturalnym,
osiągnięciami w danej
dziedzinie,żywym zainteresowaniem i przede
wszystkim pozytywnym
podejściem do życia. Pozostałych naszych prowadzących znajdziesz
na www.autostradamaturalna.pl
Autostrada Maturalna
m at em at y k a
chemia
b i o l o gi a
wos
fizyka
geografia
h is t o r i a
Autostrada Maturalna oferuje:
jedne z najefektywniejszych kursów maturalnych. Małe, 8 osobowe grupy
pozwalają prowadzącemuindywidualnie podejść do problemów każdego
z kursantów. Młodzi prowadzący, będący ekspertami wswoich dziedzinach,
dokładnie znający budowę arkuszy maturalnych, zbierający najlepsze
opinie na rynku korepetycji są gwarancją sukcesu na maturze. Zapoznaj
się z naszą ofertą!
Jak możemy
Ci pomóc?
1. Darmowe kopniaki
Po prostu przyjdź na Pankiewicza, odbierz zniżkę i motywację!
2. Kursy:
nocne marki
Ferie 2015
Studniówka
matura 2016
Jeden z najbardziej skutecznych
kursów. Pozwala przyswoić dużo
wiedzy w krótkim czasie. W piątki
i soboty w godzinach 18-22 spotykamy się na Pankiewicza i uczymy, rozwiązujemy próbne matury,
przerabiamy setki zadań. Podobna
ilość godzin jak na kursie rocznym.
Grupa 8 osobowa, darmowe konsultacje po zajęciach i grupa pomocy 24/7 na fb!
Intensywny, dwutygodniowy kurs
w połączeniu z samodzielną nauką, polegającą na odrabianiu prac
domowych, potrafi dać takie same
efekty, jak rok nauki. Dwa tygodnie
po 3h dziennie. Zorganizuj dobrze
swój czas i ucz się z nami! Kończymy
próbną maturą. Grupa 8 osobowa,
darmowe konsultacje po zajęciach
i grupa pomocy 24/7 na fb!
Semestralny kurs trwający 3 miesiące (Luty, Marzec, Kwiecień) z 3
próbnymi maturami. Trzy godziny
w tygodniu do końca roku szkolnego. Grupa 8 osobowa, darmowe
konsultacje po zajęciach i grupa
pomocy 24/7 na fb!
2 klasisto!
Już teraz pomyśl o tym, by zapisać
się na kurs roczny. Zajęcia startują
w październiku 2015. Zapisując się
do końca stycznia, otrzymujesz
wysokie zniżki. Grupa 8 osobowa,
darmowe konsultacje po zajęciach
i grupa pomocy 24/7 na fb. Więcej szczegółów na naszej stronie
internetowej.
Średni wynik
matur rozszerzonych
81%
Kontakt:
9 | wogole.net
[email protected], 609683585
Z innej strony
Kiedy pewnego zimowego wieczoru wybrałem się do kina, aby obejrzeć
głośną produkcję Władysława Pasikowskiego pt. „Jack Strong”, moją
uwagę – oprócz, oczywiście, losów pułkownika Kuklińskiego – przykuł
jeden interesujący szczegół. W filmie pojawia się kilka wyedytowanych
komputerowo panoram zachmurzonego centrum Warszawy. Przedstawicielom mojego pokolenia trudno wyobrazić sobie to, co dla ludzi
współczesnych Kuklińskiemu było normalne – że jeszcze trzydzieści lat
temu tak właśnie wyglądała stolica Polski.
10 | wogole.net
PAST-a miano najwyższego wieżowca Warszawy
utrzymała do roku 1934, kiedy to przejął go budynek
Prudentialu (66 metrów). Oba wysokościowce, poważnie
uszkodzone w trakcie II wojny światowej, odbudowano
w dobie PRL-u z drobnymi zmianami stylistycznymi.
Nie wszyscy wiedzą także, że ogromny (drugi co do
wielkości w Europie) zegar na wieży Pałacu odsłonięto
dopiero w noc sylwestrową 2000 roku (stąd jego nazwa – Milenijny). Stanowi to pewną wskazówkę przy
próbach datowania zdjęć na kartach pocztowych, które
po „okazyjnej cenie” można kupić na Krakowskim
Przedmieściu.
PKiN przez ponad 60 lat istnienia wrył się w powszechną świadomość Polaków na tyle głęboko, że śmiało
można nazwać go jednym z najlepiej rozpoznawalnych symboli stolicy. Niestety, pomimo rozmachu,
socrealistyczny projekt Lwa Rudniewa nie wyróżniał
się niczym szczególnym na tle innych, podobnych
Pałac wśród zgliszczy
Twierdzenie, że Warszawa po Powstaniu była morzem
ruin – pomimo niezwykłej trafności użytej metafory
oraz faktu, że zniszczenia stolicy były niewątpliwie
ogromne – nie jest w stu procentach prawdą. Przeciwnicy obecności Pałacu Kultury w środku miasta lubią
przypominać, że aby przygotować przyszły Plac Defilad
pod budowę „najbrzydszego budynku w Warszawie”1,
„doburzano” wiele częściowo ocalałych kamienic zlokalizowanych w rejonie nieistniejących już dzisiaj
fragmentów ulic Złotej czy Chmielnej. Komunistyczna
propaganda potrzebowała sukcesu i demonstracji siły,
a ta przybrała formę monumentalnych inwestycji pod
hasłem „Cały naród buduje swoją stolicę”. Powstały
więc Pałac Kultury, MDM czy Trasa W-Z.
Sam PKiN jest chyba obiektem, wokół którego obrosło najwięcej miejskich legend i mitów, które z różną
dokładnością rozpowszechnia warszawska ulica. Tajne
tunele i schrony atomowe w podziemiach, magazyny
niewiadomego przeznaczenia, zabetonowane w fundamentach ciała tragicznie zmarłych podczas budowy
robotników – to w zasadzie „standard” wśród pałacowych opowieści2. Jednak nawet wśród potwierdzonych
informacji znajdą się i takie, które wywołają w nas
uczucie zaskoczenia czy rozbawienia.
Biurowiec i apartamentowiec tuż obok siebie - a w tle Rondo 1.
Pałac Kultury i Nauki od lat jest przedmiotem wielu kontrowersji.
fot. Bartosz Cheda
PODNIEBNA
WARSZAWA
Paryż Wschodu
Pomimo, że PKiN był niewątpliwie kamieniem milowym w dziedzinie warszawskich wieżowców, historia
stołecznej myśli wysokościowej sięga znacznie dalej.
Już przed II wojną światową, obok urokliwych kamienic, które przyniosły Warszawie miano „Paryża
Wschodu”, mogliśmy poszczycić się budynkiem Polskiej Akcyjnej Spółki Telefonicznej (PAST-y), ukończonym już w roku 1908. Była to wówczas najwyższa
konstrukcja w Warszawie (51 metrów), która odegrała
zresztą ważną rolę w późniejszej historii stolicy. Wielka
kotwica Polski Walczącej znajduje się tam nieprzypadkowo – należy pamiętać, że w dniach 2 – 20 sierpnia
1944 roku o gmach PAST-y toczyły się ciężkie walki,
z których ostatecznie zwycięsko wyszli warszawscy
insurgenci. Budynek udzielał im schronienia aż po
dzień kapitulacji Powstania.
Zacznijmy od przypomnienia, że Warszawa leży na terenie dość grząskim, co nigdy nie ułatwiało inżynierom
pracy, zwłaszcza w latach 50., kiedy technologia stała
na dużo niższym poziomie. Zapotrzebowanie na symbol
zwycięstwa i wyśrubowane terminy wyznaczone przez
radzieckich towarzyszy popychały konstruktorów do
zastosowania niecodziennych rozwiązań. Niewielu
z nas wie, że Pałac Kultury stabilizuje, niczym choinkę,
wielki „stojak” w kształcie litery X; jest to ogromna,
żelazna struktura rozchodząca się z centralnego punktu
fundamentów na cztery strony świata. Co ciekawe,
surowiec na realizację tego projektu Sowieci pozyskali… tnąc na fragmenty wrak niemieckiego pancernika
„Gneisenau” wydobytego z dna Bałtyku.
fot. Bartosz Cheda
N
ad Warszawą górował wtedy niepodzielnie Pałac
Kultury i Nauki – wspominany już przeze mnie
dwa miesiące temu dar Stalina dla bratniego
narodu, który swą atrakcyjnością przebił metro i MDM.
Gdzieniegdzie widoczne były inne, dość wysokie budynki, takie jak punktowce Ściany Wschodniej, ale na
wielkomiejski klimat, który zaczyna obecnie stwarzać
Śródmieście, trzeba było poczekać jeszcze wiele lat.
Na tej kanwie powstał zresztą dość znany dowcip, że widok z tarasu
na XXX piętrze jest najpiękniejszym w stolicy, ponieważ widać z niego
wspaniałą panoramę, ale samego Pałacu już nie.
2
W zręczny sposób wykorzystali ten motyw twórcy serialu „Ekstradycja” – w ostatnim odcinku 3. serii w rzekomym tunelu pod Pałacem
Kultury podłożono 120 ton semteksu.
1
11 | wogole.net
Z innej strony
Dla warszawiaków, przyzwyczajonych do hegemonii
niemalże śnieżnobiałych ścian Pałacu Kultury (bo taki
kolor miał oryginalny, niezabrudzony pyłem piaskowiec
z Uralu – a w zasadzie sztuczny materiał imitujący
ów kamień), budowa Ściany Wschodniej musiała być
wielką zmianą w krajobrazie stolicy. Centrum Warszawy, wzbogacone o trzy punktowce, cztery domy
towarowe, Universal i Rotundę, mogły już bez przeszkód konkurować z innymi stolicami europejskimi.
Śmiała zmiana stylistyczna tchnęła w okolice Placu
Defilad nowe życie. To właśnie od Ściany Wschodniej
rozpoczął się w Warszawie proces stopniowego wznoszenia wieżowców.
Pierwszą inwestycją po przełomie Ściany Wschodniej
był hotel Forum, dziś Novotel. W chwili ukończenia
(1974 r.) był drugim najwyższym budynkiem Warszawy
i górował nad Rondem Dmowskiego jako… „wielka
tabliczka czekolady” – pseudonim otrzymał ze względu
na pierwotny, brunatny kolor elewacji.
Lawina nabierała rozpędu; kolejny wieżowiec, Intraco
I, także był wyższy od swojego poprzednika. Historia
tego budynku również potrafi zaskoczyć – mało kto
pamięta, że rozpoznawalna „akwariowa” elewacja to
wynik przebudowy dokonanej w 1998 roku – przed
owym remontem Intraco wyglądał zupełnie inaczej
i przypominał po prostu ogromny blok mieszkalny.
Mówiąc o tym budynku warto jeszcze wspomnieć, że
na 27. piętrze mieściło się biuro słynnego polskiego
wywiadowcy, Mariana Zacharskiego, któremu po
powrocie z USA zaoferowano pracę w Peweksie.
Łabędzim śpiewem epoki PRL-u była konstrukcja
Oxford Tower, znanego też jako Intraco II. Ten mało
Spis stworzony przez warszawski oddział Stowarzyszenia Architektów Polskich, na którym znajdują się obiekty warte szczególnej
uwagi i konserwacji.
3
12 | wogole.net
Z kolei Warsaw Spire, choć jeszcze nieukończony,
zdołał już dorobić się złośliwego przydomku Warsaw
Fire – jest to następstwo pożaru papy dachowej, który
miał miejsce w lipcu ubiegłego roku. Choć gęsty, czarny
dym było widać nawet wiele kilometrów od centrum,
wieżowiec bezustannie pnie się w górę i przygotowuje
się do odebrania Warsaw Trade Tower (AXA Tower)
tytułu drugiego najwyższego budynku w Warszawie.
Centrum w pełnej krasie. Widać m.in. wieżowiec Skylight (część
kompleksu Złote Tarasy) i Złotą 44.
Z punktu widzenia fanów warszawskich wieżowców,
Pałac Kultury jest chyba najważniejszym projektem
w powojennej historii miasta. Stanowił kamień milowy na drodze do zagospodarowania stołecznego
nieba i zapoczątkował stopniowy rozwój tej dziedziny
urbanistyki – od powolnych zmian w latach 60. i 70.,
przez rozkwit wieżowców pod koniec XX wieku, aż
po prawdziwie lawinowy wzrost w ostatnich latach.
Stolica uwolniona od socrealizmu
W latach 60. stało się jasne, że centrum Warszawy potrzebuje unowocześnienia, nowego impulsu do rozwoju
architektonicznego. Idealnym rozwiązaniem okazał się
zespół Ściany Wschodniej wzniesiony w latach 19621969. Uznawany za jedno ze szczytowych osiągnięć
polskiego modernizmu, wpisany został w roku 2003
na listę dóbr kultury współczesnej3.
placu Zawiszy, nosił kiedyś nazwę Reform Plaza i był
wynikiem szeroko zakrojonych interesów prowadzonych w naszym kraju przez pewnego Turka, niejakiego
Vahapa Toya. To właśnie on roztoczył przed Polakami
fantastyczne wizje centrum rozrywkowo-biznesowego
w Białej Podlaskiej. Miało tam powstać międzynarodowe lotnisko, hotele, stadion olimpijski, a nawet
tor Formuły 1. Nie trzeba chyba dodawać, że plany
nie zostały zrealizowane, a sam Toy w podejrzanych
okolicznościach został wydalony z Polski.
fot. Bartosz Cheda
konstrukcji (przypomnijmy, chociażby moskiewskie
Siedem Sióstr) i dlatego trudno nazwać go wizytówką
Polski w świecie.
Znacznie szerzej była nagłośniona w mediach rywalizacja dwóch stojących niemal obok siebie wież apartamentowych – Cosmopolitana i Złotej 44. Deweloperzy
prześcigali się w bogactwie ofert, wariantach wykończenia wnętrz, dodatkowych usługach, zachwalali
lokalizację i wyjątkowy design mieszkań. W końcu
ORCO, właściciel Złotej, zapewne chcąc jeszcze bardziej podnieść prestiż wieżowca, podwyższył cenę
metra kwadratowego do 65 tysięcy złotych. W wyniku
tego niezbyt rozsądnego posunięcia „Żagiel”, projekt
Daniela Liebeskinda, nadal stoi pusty, a do „Cosmo”
już w czerwcu wprowadzili się pierwsi lokatorzy.
efektowny wieżowiec kojarzony jest głównie z filmem
„Pan Kleks w kosmosie”, w którym zagrał szkołę
głównego bohatera, a także z bycia „brzydszym bratem
Marriotta”.
Po ukończeniu Ściany Wschodniej,
inżynierowie z rozbrajającą logiką
zabrali się w 1972 roku do budowy…
Ściany Zachodniej – po ’89 zaniechno
jej konstrukcji, ale najważniejszym
jej elementem jest LIM.
Symbolem wielkiej zmiany jest na pewno budowane
przez dziewięć lat Centrum LIM, popularnie zwane
po prostu Marriottem. Jego budowę rozpoczęto jeszcze
za rządów PZPR, natomiast ukończono w pierwszych
tygodniach demokracji. Oficjalna nazwa budynku
stanowi akronim jego trzech początkowych udziałowców – PLL LOT, przedsiębiorstwa wulkanizacyjnego
Intercontinental i wspomnianej sieci hoteli. Symbolem
wielkiej zmiany jest na pewno budowane przez dziewięć lat Centrum LIM, popularnie zwane po prostu
Marriottem. Jego budowę rozpoczęto jeszcze za rządów
PZPR, natomiast ukończono w pierwszych tygodniach
demokracji. Oficjalna nazwa budynku stanowi akronim
jego trzech początkowych udziałowców – PLL LOT,
austriackiego przedsiębiorstwa budowlanego ILBAU
GmbH i wspomnianej sieci hoteli. LIM, rozpoznawany
dzięki lustrzanej elewacji, gościł tak znamienite osoby
jak Michael Jackson czy Barack Obama.
Współczesność
Dzisiaj „Warszawa wieżowcami stoi”. W ostatnich latach doszło do prawdziwej eksplozji wysokościowców
w naszej stolicy. Oprócz kolejnych biurowców, takich
jak Millenium Plaza, Spektrum Tower, AXA czy Rondo
1 budowany obecnie Warsaw Spire, miasto otrzymało
dwa reprezentacyjne apartamentowce: Cosmopolitan
Tower i Złotą 44. Z każdym z nich związana jest ciekawa historia.
Mało kto pamięta, że „Toi-toi”, bo tak warszawiacy
zwykli nazywać białoniebieski wieżowiec stojący przy
Patrząc w przyszłość
Internauci co chwila atakowani są newsami o kolejnych
realizowanych w Warszawie inwestycjach. Wbrew
pozorom działek do zagospodarowania w Śródmieściu i okolicach jest jeszcze całkiem sporo, nie dziwią
zatem doniesienia o konstrukcji Q22, nowej Emilii,
Prime przy ul. Grzybowskiej czy B4 Office Center
przy Rondzie Radosława.
Jednym z najciekawszych pomysłów, który wciąż stoi
pod znakiem zapytania, jest projekt wyburzenia pawilonów pod centrum LIM i zbudowania na zwolnionej
przestrzeni najwyższego wieżowca w Warszawie –
mówi się o wieżach Lilium Tower i Warsaw One, które
miałyby osiągnąć około 300 metrów wysokości. Wizualizacje wyglądają imponująco, ale najprawdopodobniej
na ich realizację poczekamy jeszcze parę ładnych lat.
Centrum Warszawy, choć może wydawać się zaplanowane chaotycznie i bez jednolitego pomysłu, zaczyna
niewątpliwie nabierać rumieńców i coraz silniej pretendować do miana liczącego się ośrodka europejskiego.
Już teraz stołeczny skyline wygląda ciekawie, ale
deweloperzy długo nie powiedzą ostatniego słowa.
Bartosz Cheda
LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza
13 | wogole.net
fot. Melania Kotruchow
Z innej strony
Saski Plac
Zwycięskiego
Piłsudskiego
Dużo się o tym mówi, dużo się o tym pisze. Bo przecież
nie sposób przejść obojętnie wobec Placu Piłsudskiego.
Można spróbować go obejść, ale pomimo remontu to
wciąż ta sama, ogromna, pusta przestrzeń. A ogromne,
puste przestrzenie mają to do siebie, że trudno się je omija. Trzeba więc go przeciąć. I jeśli przypadkiem nie jest
się turystą lub akurat nie ma zmiany warty przy Grobie
Nieznanego Żołnierza, to przechadzka taka jest zwyczajnie nudna.
Niezałatana dziura
Gdzieś tam, niedaleko, Krakowskie Przedmieście –
najbardziej prestiżowa ulica stolicy – tłumy ludzi,
restauracje, kafejki, wystawy, siedziby szanowanych
instytucji, Pałac Prezydencki, tętniące życiem miasto.
Obok Plac Teatralny, tuż koło nas Ogród Saski, a tutaj
cisza. Słychać głównie samochody. Są przechodnie, ale
zanim ich rozmowy dojdą czyichś uszu, rozpływają
się w przestrzeni placu. Koszmar. I na pierwszy rzut
oka widać, że czegoś tu brakuje. Patrzymy na Grób
Nieznanego Żołnierza, wiemy, że jest jedynie resztką
o wiele większej budowli. Dobrze zachowanym kawalątkiem ruiny przedwojennego symbolu Warszawy.
14 | wogole.net
Przyznać trzeba, że na przestrzeni lat nasze miasto
dorobiło się wielu symboli. Jednak wśród nich miało
tylko trzy pałace (dwa, jeśli nie liczyć „daru narodu
radzieckiego”). Pałac „odbudujmy go” Saski, pięknie
ograniczał kiedyś Plac Saski i wieńczył Ogród Saski.
Wszystko to w towarzystwie malowniczych kamienic
oraz Pałacu Brühla.
Na Placu Saskim, przy Ogrodzie Saskim
– Pałac Saski
Wszystko zaczęło się w 1713 r. Król August II Mocny
kupił pałac i rozpoczął jego przebudowę zakończoną
w 1748 r. W międzyczasie sprowadził się do niego dwór
ników jego odbudowy, pan Grzegorz Piątek. Jak cały
budynek mógł się tam przenieść? Wybuchła wojna,
w pałacu zagnieździli się Niemcy, a po upadku Powstania Warszawskiego budynek wysadzili... i tyle. Tak, po
prostu podłożono ładunki, po jakimś czasie z wielkiego
kompleksu ostał się jedynie Grób Nieznanego Żołnierza. To samo uczyniono z całym miastem. Tragedia
Warszawy była tak ogromna, że często ukazuje się ją
przez symbole. Jednym z nich jest zburzony Pałac Saski,
pod gruzami którego pogrzebano znaczenie Placu Piłsudskiego, nazwanego po wojnie Placem Zwycięstwa.
Do Krainy Duchów nie trafił więc jedynie budynek.
Powędrował on tam razem z całym otoczeniem. Nie
sposób wypisywać tutaj wszystkich argumentów zwolenników oraz przeciwników odbudowy. Wystarczy
wyróżnić istotną różnicę między nimi.
królewski. Zostały również przyłączone rezydencje
magnackie, takie jak właśnie Pałac Brühla czy Pałac
Błękitny (który dla odmiany istnieje do dziś). Po śmierci
Augusta III Sasa pałac pozostał własnością elektorów
Saksonii, którzy wynajmowali jego pomieszczenia.
Kompleks podupadł. Jak wiemy, na Kongresie Wiedeńskim król Saksonii i Książę Warszawski Fryderyk
August I zrzekł się tego drugiego tytułu. Sasi sprzedali
swoją własność rządowi Królestwa Polskiego. Ciekawostką jest (ze względu na specyfikę naszej gazety),
że przez pewien okres w budynku mieściło się Liceum
Warszawskie, z którym powiązani byli Chopinowie,
mieszkający jakiś czas również w Pałacu Saskim.
Budynek ucierpiał podczas Powstania Listopadowego,
a nowy właściciel – Rosjanin Iwan Skwircow – zdecydował o jego przebudowie. Pojawił się najbardziej
charakterystyczny element, tzn. kolumnada. Drugiej
takiej ze świecą szukać, choć aktualnie i tej pierwszej
nigdzie nie ma... To właśnie nowy pałac kojarzymy ze
starych fotografii. Przez ponad 50 lat, do 1915 r., mieściło
się w nim dowództwo carskiej armii. Dla równowagi po
odzyskaniu niepodległości siedzibę znalazł tam Sztab
Generalny Wojska Polskiego, a w latach 30. również
Biuro Szyfrów. W 1923 r. przed pałacem umieszczono
pomnik księcia Józefa Poniatowskiego – taki sam znajduje się teraz przed Pałacem Prezydenckim. W 1925 r.
pod arkadami urządzono Grób Nieznanego Żołnierza.
Sam plac rozsławiły wielkie parady wojskowe. Stały się
one możliwe, gdy już rozebrano ogromny sobór św.
Aleksandra Newskiego. Pomimo że w 1928 r. nadano
mu imię Marszałka Józefa Piłsudskiego, warszawiacy
wciąż nazywali plac Saskim.
Pałac „odbudujmy/wspominajmy go”
Saski
Z jednej strony mamy grupę ludzi, którzy całym sercem wspierają odbudowę Saskiego. Pragną oni przede
wszystkim przywrócić Plac Piłsudskiego Warszawie.
Uważają, że odbudowa drugiego najważniejszego pałacu
stolicy jest koniecznością, a ponadto wielkim symbolem odrodzenia zburzonego miasta. Z drugiej strony
są przeciwnicy odbudowy. Nie rozumieją zapału tych
pierwszych, ponieważ mają inny plan dla Placu Piłsudskiego. Widzą go jako przestrogę, jako przypomnienie,
jako wielki pomnik. Chcą, aby każdy kto spojrzy na
plac, nie mógł pozbyć się wrażenia pustki i pamiętał,
co niesie za sobą wojna. Na szczęście zwolenników
odbudowy jest więcej.
kraina duchów
W takim miejscu umieścił Pałac Saski jeden z przeciw-
Tymoteusz Ogłaza
XXVII LO im. Tadeusza Czackiego
15 | wogole.net
Z innej strony
każdy, kto ją prowadzi, zna to z autopsji. Wchodząc na
rynek, młody przedsiębiorca ma głowę pełną marzeń.
Tymczasem, musi ją trzymać nisko przy ziemi. Setki
pozwoleń i tony papierkowej roboty. Wysokie podatki,
duszące mały i średni biznes. Urzędnicy gotowi jednym
beznamiętnym podpisem zniszczyć marzenia, robią
to bez żadnych konsekwencji. Skutecznie odstrasza
to młodych ludzi, którzy mogliby zawojować rynek
pracy. I zachęca do emigracji...
Młodość
przepis na biznes?
Wielu myśli, że milionerzy to ludzie pokroju komiksowego Sknerusa Mckwacza – skąpi, oszczędzający każdy
grosz, starzy, doświadczeni przez pracę i lata, zgorzkniali. A to przecież nieprawda – większość z nich to młode,
zdolne i przedsiębiorcze osoby z wielkimi ambicjami
i aspiracjami.
W
dawnych czasach rzeczywiście bogatymi byli
ludzie starzy, którzy dorobili się po wielu
latach ciężkiej pracy. A dzisiaj? Dzisiaj nie
trzeba nawet roku i wytężonej pracy, by zarabiać miliony. Współczesny świat stwarza możliwości, o jakich
się wcześniej nie śniło. Wystarczy mieć dobry pomysł,
chęci i odrobinę szczęścia. Nawet bez studiów.
Najlepszymi przykładami są historie Marka Zuckerberga i Billa Gates’a. Pierwszy jest cudownym dzieckiem
Internetu – jako dziewiętnastolatek założył serwis
społecznościowy Facebook, z którego dzisiaj korzysta
ponad miliard ludzi. Drugi natomiast w wieku 20 lat
założył firmę Microsoft, która dziś wyposaża w komputery większość świata. Kto wyobraża sobie dzisiaj
świat bez tych dwóch podmiotów?
Ci dwaj miliarderzy są najjaskrawszym przykładem
przedsiębiorczości i talentu. Jednak na świecie jest wielu
innych młodych, zdolnych i kreatywnych, często bez
wykształcenia rozumianego jako zdobycie dyplomów
renomowanych szkół.
Julliete Brindak dzięki rysunkom o przygodach „Panny
O” wykonanych w dzieciństwie zarobiła do dziś 30 mld
dolarów. Aristotelis Onassis w wieku 17 lat dorobił się
bogactwa na handlu tytoniem w Argentynie. Cameron
Johnson swój pierwszy milion zarobił na internetowym
handlu w wieku 9 lat. Dziś jest właścicielem strony
Certificateswap.com, która wielokrotnie zwiększyła
jego dochody. Ben Cathers internetowym biznesem
zajął się w wieku 12 lat. Jako nastolatek stworzył
internetową firmę reklamową. Później, w wieku 17
16 | wogole.net
lat stworzył swój własny program radiowy, którego
słuchano w całych Stanach.
W sieci krąży wiele innych historii o młodych ludziach,
którzy już osiągnęli biznesowy sukces. Można? Jak najbardziej! Jednak co sprawia, że młodzi ludzie osiągają
sukces? To proste – doskonale orientują się w nowoczesnym świecie i, co najważniejsze, potrafią z niego
skorzystać. Swojej szansy szukają w Internecie, który
jest prawdziwą kopalnią bogactwa. Tam wykorzystują
swoje talenty i pomysły, sprawiając, że stają się one
rzeczywistością. Dzięki wirtualnej cyberprzestrzeni,
portalom i stronom takich, jak Ebay, obracają milionami.
Natomiast przy pomocy smartfonów młodzież jest
w stanie podbić świat. Kciukiem nastolatki sprawdzają
więcej informacji i wysyłają więcej wiadomości niż
dorośli. A wiadomo, kto szybciej odbierze, zinterpretuje informacje i na nią odpowie, ten zgarnia korzyści.
Nikt nie prześcignie w tym współczesnego pokolenia.
A tymczasem rozwijanie od najmłodszych lat przedsiębiorczości to najlepszy środek na poprawę kondycji
gospodarczej i demograficznej. Tylko przedsiębiorcza,
energiczna młodzież mająca odpowiednie warunki
może wyprowadzić kraj z kryzysu. Przykładem niech
będzie nasz magazyn – doskonały projekt, stworzony
przez grupę młodych osób i odnoszący sukces.
Na szczęście my też mamy z czego być dumni. 29-letni
Kamil Cebulski, nazywany „Mickiewiczem biznesu”,
dziś prowadzi uniwersytet działający w kilku krajach,
otwiera rzeszom Polaków firmy poza granicami i buduje
szkoły w Afryce. Jako 16-latek założył przedsiębiorstwo, które w ciągu roku zaczęło przynosić znaczące
zyski. Jako nastolatek był właścicielem ESC Poland
(branża komputerowa) oraz kilkunastu sklepów i serwisów internetowych. Niestety wyjechał z kraju, bo
jak mówi „Polska nie sprzyja przedsiębiorczości”. Dziś
wydaje książki, promuje zaradność i zachęca do pracy.
Ciężkiej, ale rodzącej obfite owoce. Polecam jego blog,
na którym publikuje swoje przemyślenia. Jest to istna
kopalnia porad, inspiracji i wiedzy.
Nie ma prostej recepty na sukces. Jednak im wcześniej
się zacznie, tym lepiej. Korzystajmy z młodości, która
daje nam mnóstwo możliwości. Realizujmy nasze pomysły. Sukces, jeśli się go pragnie, przyjdzie sam, nawet
po okresie porażek. Wyjdzie to nam tylko na zdrowie.
Pamiętajmy „czym skorupka za młodu nasiąknie...”
Jakub Drożdż
XVIII LO im. Jana Zamoyskiego
Dlaczego zatem mamy tak niewielu młodych bogaczy
w Polsce? Niestety, nasz system edukacyjny jest nastawiony na rozwój wszystkich zdolności oprócz przedsiębiorczości i kreatywności. W przeciwieństwie do
reszty świata. Dochodzimy do smutnej prawdy – ucząc
się formułek i zdań typu „Słowacki wielkim poetom
był” zostaniemy, co najwyżej, średnio opłacanym
urzędnikiem państwowym. Chcąc zajść dalej w Polsce
potrzeba ciężkiej i wytężonej pracy.
Kolejną blokadą w naszym państwie są ograniczenia
w zakładaniu własnej działalności gospodarczej –
17 | wogole.net
Z innej strony
Byli cisi
i niepozorni
Patrząc na ich zdjęcia z obecnej perspektywy, można
dostrzec pewien błysk szaleństwa w oczach, nieobecny
wzrok, brak emocji na ich młodzieńczych twarzach,
coś, co mogło zwiastować późniejsze zdarzenia. Myślę
jednak, że wcześniej byli niepozorni. Tacy sami jak inni
uczniowie na zdjęciach w kronikach. Uparcie chcemy
znaleźć coś, co odróżniłoby ich od otaczających nas ludzi.
Co utwierdziłoby nas w błogim przekonaniu
o bezpieczeństwie. Niestety, życie nie daje łatwych
odpowiedzi.
J
est coś, co wyróżnia nastoletnich zabójców spośród
innych. Coś, co napawa grozą bardziej niż seryjne
mordy i rzezie. Przeraża i paraliżuje. Sprawia, że
nasz spokój rozpada się jak domek z kart i że czasami
będziemy się wahać przed wyjściem z domu. Tym
szczegółem jest brak motywu. Dorośli mordują, bo
są żądni zemsty. Bo łakną bogactwa. Bo chcą usunąć
niewygodne osoby. Bo są sadystami bądź dewiantami
seksualnymi. U nastolatków w większości przypadków
nie da się jednoznacznie orzec, co skłoniło ich do zabijania. Równie ciężko powiedzieć też, czy ktoś jest
w stanie dopuścić się takiego czynu, czy nie. Nastoletni
potencjalni mordercy mogą mijać nas w szkołach, na
zajęciach, na ulicach, w klubach...
Dają się zauważyć jedynie symptomy. Oznaki, które
łatwo przeoczyć. Przykładem takich oznak może być
to, że młodzi zabójcy często mówią o swoich planach
wcześniej. Piętnastoletni William Cornick pisał znajomym przez Facebooka o swoich fantazjach dotyczących mordowania nauczycielki (później zadźganej
przez niego na lekcji). Alyssa Bustamante napisała
na YouTube w rubryce zainteresowania: „zabijanie”
i „cięcie”. Piętnastolatka zamieściła też filmik, w którym przekonuje swoich młodszych braci do dotknięcia
ogrodzenia pod napięciem, zatytułowany „Idioci zostają
porażeni przez ogrodzenie pod napięciem”. Mówi
w nim: „Teraz zaczyna się zabawa, zaraz zobaczymy,
jak moi bracia zostają poparzeni.” – ta właśnie osoba
jakiś czas później zamordowała swoją małą sąsiadkę.
Kto traktował wtedy ich wpisy poważnie?
Pewnym „sygnałem” może być również zainteresowanie
bronią i przemocą. Karol Kot, maturzysta Technikum
Energetycznego zwany Wampirem z Krakowa, należał
do klubu strzeleckiego, kolekcjonował noże, fantazjował o byciu komandosem. Jego drugim marzeniem
było zostanie szefem obozu koncentracyjnego – co
lepiej świadczy o morderczych skłonnościach zabójcy
dwóch osób? Adam Lazna, inny młody zabójca, za
18 | wogole.net
aprobatą matki bojącej się o bezpieczeństwo autystycznego syna, ćwiczył strzelectwo. Jego plany na
życie? Chciał wstąpić do Marines, ale przeszkodziło
mu w tym samobójstwo, które popełnił po zabiciu
matki i strzelaninie w podstawówce. Skoro już mowa
o strzałach w szkołach – Brenda Spencer, szesnastoletnia inspiracja piosenki Boomtown Rats „I Don’t Like
Mondays”, ćwiczyła strzelectwo, zanim otworzyła ogień
do dzieci w pamiętny poniedziałek 29 stycznia 1979r.
Swój czyn skwitowała: „Nie lubię poniedziałków. To
ożywiło ten dzień”.
Młodocianych morderców może cechować inteligencja
– warto wspomnieć chociażby Grahama Younga, złote
dziecko chemii, który zasłynął z otruwania ludzi. Inteligentnymi zostali określeni również wspomniani już
Cornick i Adam Lanza. Można doszukiwać się również
zaburzeń psychicznych – Alyssa Bustamante cierpiała
na depresję oraz prawdopodobnie miała osobowość typu
borderline (dosłownie „osobowość z pogranicza” przyp.
red.), Adam Lanza miał autyzm, natomiast u Karola
Kota znaleziono po śmierci rozwlekłego guza mózgu.
Myślę jednak, że najbardziej znamienną cechą tych
wszystkich nastolatków jest to, że byli samotnikami
oraz trzymali się na uboczu. Karol Kot był kozłem
ofiarnym. Adam Lanza w ogóle nie porozumiewał się
z ludźmi (czasami jedynie z matką; a nawet podczas
grania w sieci nie integrował się z innymi), Brenda
Spencer była samotniczką, Graham Young odludkiem
i dziwakiem. Większość tych młodocianych przestępców była określona jako „cicha”, „spokojna”, „zamknięta
w sobie”... Do ilu nastolatków pasują te przymiotniki?
Ilu potencjalnych morderców nieświadomie mamy
wokół siebie? Skąd się bierze w ludziach zło i jak to
zło wygląda? Te pytania pozostaną z nami na zawsze,
wzmagając jedynie naszą czujność.
Agata Górnicka
IX LO im. Klementyny Hoffmanowej
Media w ogóle nie kłamią.
przekonaj się sam na:
wogole.net
Z innej strony
Alfred Nobel
na wojnie
Alfred Nobel był nie tylko utalentowanym naukowcem,
ale ponadto człowiekiem, który swoimi działaniami
chciał realnie odmienić świat. Założył wiele firm, które
istnieją do dziś, jako międzynarodowe korporacje,
a do swojej śmierci w 1896 roku zarejestrował 355
patentów. Perłą w jego spuściźnie jest Nagroda Nobla,
którą corocznie wyróżniani są wybitni naukowcy,
politycy, działacze czy organizacje. Pośród biologii,
fizyki, chemii czy literatury zupełnie odmienną
kategorią jest Pokojowa Nagroda Nobla. Dlaczego
naukowiec zdecydował się postawić na równi zasługi
fizyków czy chemików z zasługami
polityczno-społecznymi? Czy realia sprzed 150 lat
można w jakikolwiek sposób porównać
do aktualnej sytuacji globalnej?
C
harakter Pokojowej Nagrody Nobla jest wyraźnie
odmienny od pozostałych kategorii, które przede
wszystkim powiększają naszą wiedzę o świecie
i przyczyniają się do rozwoju wielu dziedzin nauki.
Wybitnemu innowatorowi zależało jednak także na
uhonorowaniu osób zaangażowanych w rozwój braterstwa między narodami, promocję działań organizacji
pokojowych oraz dążenie do demilitaryzacji państw.
To właśnie pozbycie się lub ograniczenie zawodowej
armii, co wydaje się być oczywistym rozwiązaniem,
może przyczynić się do globalnego pokoju. „W ciągu
ostatnich lat nagrodę tą przyznawano głównie osobom,
które z takimi działaniami nie mają nic wspólnego.
W gronie jej krytyków przoduje Norweg Fredrik Heffermehl, według którego 45% Nagród po 1945 roku
zostało przyznanych niezgodnie z zasadami, określonymi w testamencie Nobla. Głównym zarzutem
przedstawianym przez norweskiego prawnika jest
subiektywność Komitetu Noblowskiego, który złożony
z osób wyznaczanych przez norweski parlament może
dokonywać wyboru według preferencji politycznych.
Heffermehl zwraca też uwagę na ścisłą współpracę
skandynawskiego rządu z NATO, co przeczy warunkom stawianym przez Nobla, który odrzucał instytucje
militarne ze względu na charakter Nagrody.
W obliczu aktualnej sytuacji na świecie wydaje nam
się, że człowiek nie wyobraża sobie własnego istnienia
bez ciągłych wojen. W ciągu 128 lat od śmierci Nobla
sytuacja na świecie zmieniła się diametralnie, przemodelowana m.in. przez dwie Wojny Światowe. W tym
momencie na Ziemi toczą się 43 lokalne konflikty
zbrojne, między innymi wojna w Syrii, która przez
20 | wogole.net
3,5 roku trwania, pochłonęła ponad ćwierć miliona
ludzkich istnień. Podczas gdy kolejne newsy o konfliktach są codziennością, wielu laureatów Pokojowej
Nagrody Nobla skupia się na działaniach społecznych.
Nie jest to działalność, którą należy marginalizować,
ale nie nawiązuje ona do postanowień testamentu
Nobla. Przykładem mogą być tegoroczne wyróżnienia
Malali Yousafzai i Kailasha Satyarthi, uhonorowanych
za: „walkę z ciemiężeniem dzieci i młodych ludzi oraz
o prawo wszystkich dzieci do edukacji”. Wszystkie
działania dążące do poprawy ładu społecznego i sytuacji uciemiężonych są istotne, ale czy są najważniejsze
w obliczu ciągłych wojen, angażujących państwa całego
świata? Być może Komitet Noblowski nie jest w stanie
wydać obiektywnego werdyktu, gdy większość krajów
dokłada starań, by powiększyć i odnowić swoje armie,
a nie dąży do demilitaryzacji. Możliwe, że Nobel podczas swojego życia widział tylko jedno, główne zagrożenie – konflikty zbrojne. Obecne problemy świata istnieją
jednak na różnorodnych płaszczyznach – religijnej,
politycznej, etnicznej, gospodarczej i wielu innych.
Wśród 126 organizacji i osób wyróżnionych Pokojową
Nagrodą Nobla jest kilka budzących kontrowersje.
Zwracają one uwagę nie tylko Fredrika Heffermehla,
ale także całej opinii publicznej, ponownie wątpiącej
w uczciwe działanie Norweskiego Komitetu Noblowskiego. 5 lat temu laureatem został Barack Obama, który
swój urząd objął zaledwie 11 dni przed zakończeniem
składania nominacji. Nagrodzono go za: „nadzwyczajne wysiłki na rzecz wzmocnienia międzynarodowej
dyplomacji i współpracy między narodami”. Brak
przekonania co do trafności decyzji Komitetu wynika
z obecnej od sporego czasu wątpliwości, dotyczącej
zasadności działań wojsk amerykańskich na terenie
całego globu. Podobne obiekcje pojawiły się przy wyróżnieniu w 1994 roku Jasira Arafata, Szimona Peresa
i Icchaka Rabina. W ich przypadku uhonorowano:
„wysiłki na rzecz pokoju na Bliskim Wschodzie”. Mowa
tu oczywiście o wojnie izraelsko-palestyńskiej. Po raz
kolejny wybór laureatów był mocno kontrowersyjny nie
tylko ze względu na fakt, że konflikt trwa nadal. Przez
wielu politologów Arafat był uznawany za działacza,
który swoimi decyzjami był w ogromnej mierze odpowiedzialny za działania wojskowe Palestyńczyków.
Tuż po ogłoszeniu werdyktu Komitetu jeden z jego
członków zrzekł się funkcji, twierdząc, że palestyński przywódca był terrorystą. W tym roku medialną
burzę wywołała nominacja Władimira Putina. Jego
kandydaturę przekreśliła jednak interwencja wojsk
rosyjskich na Ukrainie. Sięgając jeszcze dalej w listę
nominowanych polityków warto zauważyć, że aż dwukrotnie nominowany do tej nagrody był Józef Stalin
(1945 i 1948). Uzasadnienie brzmiało: „Za wysiłki na
rzecz zakończenia II Wojny Światowej”. Wątpliwości
w przypadku tej kandydatury wydają się oczywiste.
Natomiast w 1939 roku nominowano Adolfa Hitlera,
co miało być „ironiczną odpowiedzią” Erika Gottfrida
Christiana Brandta na ówczesną debatę polityczną
w Szwecji i na nominację Neville’a Chamberlaina.
Postaciami krytykowanymi przez norweskiego prawnika są także laureaci z 1973 roku – Henry Kissinger
i Le Duc Tho. Zostali oni uhonorowani za negocjacje
dotyczące wojny w Wietnamie. Wątpliwości budzi
fakt, że gdy wręczono Nagrodę, konflikt nadal trwał –
zakończył się dopiero dwa lata później. Co prawda Le
Duc Tho odmówił przyjęcia wyróżnienia, argumentując
swoją decyzję faktem, że Stany Zjednoczone naruszyły
rozejm (wspierały armię Wietnamu Południowego).
Fala krytyki i tak spadła w większości na organ wybierający – Komitet Noblowski. Był to jedyny w historii
przypadek odmówienia przyjęcia Pokojowej Nagrody
Nobla. Ponadto Kissinger był przez niektórych uważany
za osobę, której działalność była zupełnie odmienna –
wspierała agresywną stronę amerykańską.
Przyznanie Nagrody nie raz wiązało się z kontrowersyjnymi zasadami statutu Fundacji Nobla. W 1961 roku
Dag Hammarskjold został pośmiertnie wyróżniony
w kategorii pokojowej. Przepis zakazujący uhonorowania osób zmarłych obowiązuje od 1974 roku, co
jest krytykowane z powodu braku nagród dla osób,
które zmarły zanim mogły zostać nominowane. Trzech
laureatów było w chwili wyróżnienia aresztowanych:
Carl von Ossietzky (1935), Aung San Suu Kyi (1991)
oraz Liu Xiaobo (2010). Natomiast w latach 1901-2013
aż 19 razy miała miejsce sytuacja, w której Nagrody
nie przyznano, gdyż zdaniem Komitetu Noblowskiego
żadna z kandydatur nie zasługiwała na wyróżnienie.
Już nigdy nie dowiemy się, co dokładnie Alfred Nobel
miał na myśli, ustanawiając nagrodę noszącą jego imię.
Testament szwedzkiego wynalazcy był krótki i rzeczowy, więc pozostawiał dużo możliwości interpretacji.
Najważniejszy jest fakt, że Nagrodą Nobla wyróżniane są osoby, których działalność odcisnęła wyraźne
piętno na nauce i zrewolucjonizowała otaczającą nas
rzeczywistość.
Paweł Stępniak
XL LO im. Stefana Żeromskiego
21 | wogole.net
Dookoła świata
szlakiem
draculi
C
o sprawia, że gdy ktoś wspomni o Rumunii, to
w głowie od razu kreuje się nam postać Draculi?
Dlaczego, pomimo tylu wspaniałych miejsc,
w które Rumunia jest bardzo bogata, oraz wielu intrygujących tradycji, różnorodności kultur, to właśnie
Vlad III Palovnik, którego imię przeszło do historii
jako synonim okrucieństwa, jest tym, z czym Rumunia
kojarzy się nam najbardziej? Dawniej, legendy o Draculi wywoływały grozę i obsesje na punkcie postaci
wampirów. Dziś, gdy okrucieństwa te bezpośrednio
nas nie dotykają, jesteśmy zafascynowani wszystkimi
historiami o upiorze. Często chęć poznania kraju, w którym Vlad Palovnik żył, rządził i zabijał, jest głównym
powodem przyjazdu do Rumunii. Dlaczego? Odpowiedź
zapewne dotyczy kwestii fascynacji ludzi strasznymi
historiami, które w przeszłości wydarzyły się naprawdę.
Szczególnie takimi, które nigdy nie zostały rozwiązane
i opierają się na elementach nierzeczywistych.
Rumunia to nie tylko słynna Transylwania, nie tylko
zapierające dech w piersiach górskie pejzaże, nie tylko
malownicze miasteczka. To także przelewająca się krew,
tajemnicze zniknięcia oraz wiele brutalnych zbrodni, za
którymi stał jeden człowiek – Vlad III Palovnik „Dracula”, przez wielu uznawany za bezdusznego krwiopijcę.
Czy słusznie?
Skąd wzięła się legendarna postać Draculi-wampira?
Pomijając jego zamiłowanie do brutalnych zbrodni,
wpływ na wykreowanie jego sylwetki miało pewne, bardzo zagadkowe, zdarzenie. Jego okrucieństwa
spotykały się z odrazą i sprzeciwem, w szczególności
ze strony najbliższej rodziny. W końcu jego młodszy
brat Radu postanowił zakończyć okres krwawych
rządów Vlada. Zastawił na niego zasadzkę, oblegając
zamek, w którym przebywał. To, co wydarzyło się
później, do dziś stanowi zagadkę, która już zapewne
nigdy nie zostanie rozwiązana. Żona hrabiego, widząc
beznadziejność sytuacji, postanowiła zakończyć swoje
życie przez rzucenie się z okna. Natomiast Dracula –
zniknął. Nikt nie zdołał znaleźć ani jego, ani jego ciała.
Krążyły głosy, że co kilka miesięcy ktoś widział jego
cień, przemykający się uliczkami miasta. Jednak o ile
jest to prawda, a o ile wymysł ludzkiej wyobraźni –
trudno stwierdzić.
fot. Constantin Jurcut
Wróćmy jednak do czasu i miejsca, w którym wszystko
to się zaczęło. Serce Rumunii – Sighişoara, zwana również Perłą Transylwanii. Miasto niezwykle urokliwe,
położone na jednym z siedmiogrodzkich wzgórz. Urzeka niezwykle malowniczymi uliczkami oraz bajeczną
architekturą średniowiecza. Z zewnątrz fascynujące
i zdumiewające miejsce. Gdy zajrzy się jednak głębiej,
w jego historię, można odkryć makabryczne zdarzenia,
które obeszły cały świat. To właśnie tu rozpoczęła się
historia jednego z największych zbrodniarzy w dziejach – Draculi.
22 | wogole.net
Był rok 1431. Na świat przyszło dziecko, niewinne
i malutkie. Nikt nie był w stanie wówczas wyobrazić
sobie kolejnych zdarzeń, które przyniosły ze sobą
straszne konsekwencje – zbrodnie, które pozbawiły
życia wielu ludzi.
Dracula powszechnie uważany jest za sadystycznego
tyrana i mordercę, który zabijał z zimną krwią. Jednak to on najpierw stał się obiektem znęcania. Lata
jego młodości obfite były w nienawiść, okrucieństwo
i incydenty wykorzystywania seksualnego. Ogromne
piętno z pewnością odcisnęła na nim również śmierć
bliskich – ojca zamordowano, brata torturowano i spalono żywcem. Niewiele osób zapewne jest świadomych
tych wszystkich bestialstw, których doznał. Może to
właśnie dorastanie pośród morderstw oraz nienawiści sprawiły, że stał się bezwzględnym okrutnikiem,
który karał niewinnych ludzi dookoła za nieszczęścia,
których doświadczył za swego młodzieńczego życia.
Wzrastając w siłę stał się postrachem swoich poddanych
oraz wrogów.
Człowiek czy wampir?
To pytanie zadawane jest od wieków. Krąży wiele
legend dotyczących tego tematu, w związku z czym
ciężko stwierdzić, która część z opowiadanych z pokolenia na pokolenie strasznych opowieści o hrabi
Draculi, jest zgodna z prawdą. Jedno jest pewne –
przydomek, który mu nadano, doskonale opisywał jego
naturę. „Palovnik”, bo tak on brzmi, było aluzją do
preferowanej przez niego metody zadawania powolnej
śmierci swoim nieprzyjaciołom. Wbijanie ludzi na pal
i oglądanie ich cierpienia, były dla Draculi rozrywką,
sposobem na zabicie czasu. By lepiej zobrazować jego
brutalność i bezwzględność warto przytoczyć sytuację,
gdy pewnego dnia zdecydował, aby zjeść posiłek na
zewnątrz, przed swoim zamkiem. Nie chodziło wcale
o napawanie się zniewalającymi pejzażami ani o wdychanie świeżej bryzy. Rozkoszował się każdym kęsem
krwistego mięsa, podczas gdy przed nim rozciągał się
las ludzi wbitych na pal.
A komu hrabia Dracula zawdzięcza przydomek „Palovnik”? Swoim największym wrogom – Turkom.
Sułtan Mehmed II, po niewywiązaniu się przez Draculę
z zobowiązań wobec nich, najechał na Wołoszczyznę,
na której tronie zasiadał hrabia. W związku z tym, że
najeźdźcy dysponowali większymi siłami zbrojnymi,
szybko zmusili władcę do ucieczki. Nie oznaczało to
jednak wcale końca Draculi. Był on bowiem, mimo
swoich odrażających upodobań, wybitnie inteligentnym
człowiekiem. Turcy, chcąc unicestwić hrabię i zakończyć jego krwawe rządy, podążali za nim, wierząc, że
uda im się go przechytrzyć. Jednak stało się na odwrót.
Gdy armia z Mehmedem II na czele dotarła do jednej
z wiosek, im oczom ukazał się makabryczny obraz – na
ogromnym placu o długości dwóch i szerokości jednego
kilometra, rozciągały się, stojące jeden obok drugiego,
wysokie pale z cierpiącymi ludźmi. W powietrzu,
które przepełnione było jękami i płaczem, unosiła się
woń krwi. Turcy, stojąc i patrząc z przerażeniem na
twarze umierających dzieci, kobiet i mężczyzn, bali
się, do jakich jeszcze straszliwych czynów zdolny jest
władca Wołoszczyzny. Spodziewając się najgorszego,
zdecydowali zrobić odwrót, zostawiając za swoimi
plecami ponad 20 tysięcy bezwładnie spoczywających
ludzkich ciał.
Przez swoje „krwawe rozrywki” Dracula zyskał mroczną sławę. Jego zbrodnie coraz bardziej przerażały.
Wątpiono, czy możliwe jest, aby to człowiek dopuszczał
się tak okrutnych czynów.
23 | wogole.net
Dookoła świata
fot. Ilona Obarzanek
„Zamek z Hunedoarze”
Uważany jest za jeden z najpiękniejszych rumuńskich
zamków. Jednocześnie jego mury skrywają przerażające
tajemnice. Legenda głosi, że Jan Hunyady – węgierski
magnat i właściciel zamku, przetrzymywał w nim Draculę w czasach jego młodości. Czy to rzeczywiście było
miejsce, gdzie był więziony i torturowany? Tego nie
wie nikt. Mimo braku jakmichkolwiek pewnych źródeł
o pobycie tam hrabiego, zamek, który jest przykładem
obronnej architektury gotyckiej, swoim wyglądem
wywołuje grozę wśród zwiedzających. Zwieńczony licznymi strzelistymi wieżami i wieżyczkami przywołuje
makabryczne historie o wampirach. Może więc jednak
można w nim znaleźć coś, co należało do Draculi?
24 | wogole.net
„Zamek w Poenari”
Nie wiadomo czy zamek w Poenari był miejscem,
w którym hrabia żył, jednak z pewnością ma z nim
dużo wspólnego. Dracula, po objęciu władzy, zaprosił
do siebie zdradzieckich bojarów, winnych śmierci jego
ojca i brata, na posiłek. Wydaje się, że był skłonny do
wybaczenia i zawarcia zgody? Oczywiście, nie był.
Ten, z pozoru miły gest, miał być początkiem jego
podstępnego i okrutnego planu. Niczego niespodziewający się goście Draculi, zostali przywitani przez
władcę stojącego obok pali, na które część z nich została
wbita. Czy pozostali zostali ułaskawieni? Hrabia nie
znał takiego słowa. Dla nich przygotował coś wyjątkowo bezlitosnego - 200-kilometrową pieszą wędrówkę do Poenari. Wiele z nich, pokonanych przez głód
i wycieńczenie, nie dotarło do celu. Natomiast tych,
którzy zdołali przejść tę drogę męczarni, zmuszono do
odbudowy miejscowego zamku – zamku w Poenari,
często określanym „prawdziwym zamkiem Draculi”.
Dziś z zamku pozostały jedynie ruiny, które zapewne nie odzwierciedlają dawnej świetności budowli.
Warto jednak, spacerując kamiennymi korytarzami
i wdychając chłodne wilgotne powietrze mieszające
się z zapachem kamieni i mchu, przywołać tę historię.
Wiedząc, w jakich okolicznościach zamek powstał,
będziemy zupełnie inaczej go odbierać, a każdy ułożony tam kamień, będzie dla nas symbolem cierpienia
i mściwości Vlada Palovnika.
Paryż wschodu
Jak to możliwe, że człowiek, który był zdolny do tak
okrutnych czynów, zbudował miasto tak fascynujące
i wyjątkowe, jak Bukareszt? Wiele osób wątpi w piękno
tego miejsca, lecz ja nie dałam zwieść się powszechnej
opinii i, zagłębiając się w tajemnicze uliczki, odkrywałam jego najwspanialsze „perełki”.
Bukareszt to miasto, w którym trudno od razu się
zakochać. Miejsce to kojarzone jest z szarymi blokowiskami, brudem oraz socrealistyczną architekturą
– podkreślającą w zamierzeniu potęgę państwa, a nie
jego estetykę i piękno. Spacerując jednak pomiędzy
betonowymi budowlami trafić można na ukrywające
się zabytkowe cerkwie, neoklasycystyczne konstrukcje
czy obiekty wzorowane na XIX-wiecznej architekturze
francuskiej. Jednak nie to najbardziej fascynuje. Moją
uwagę zawsze zwracały starsze osoby, siedzące na
chodniku pod ekskluzywnymi sklepami i próbujące
sprzedać filcowe wkładki do butów. Ich twarze wyrażały obojętność. A może był to strach przed brakiem
zrozumienia?
Bukareszt to miasto zaskakujące, pełne sprzeczności
i kontrastów. Obok zachwycających, reprezentacyjnych
budynków stoją te zniszczone, opuszczone, czasem
nawet nieskończone. Jednak to właśnie stanowi jego
urok i magię. Nigdy nie wiadomo na co się trafi i co
zobaczy spacerując po ruchliwych ulicach. Tajemniczą aurę tego miejsca nasila jednak przede wszystkim
nierozwiązana od wieków zagadka Vlada Palovnika.
To jego historia stała się punktem wyjścia do wielu
legend i powieści. Podążając szlakiem Draculi poznać
go można zarówno jako bezdusznika, pławiącego się
w krwi swoich ofiar, jak również jako wybitnego władcę,
który unowocześnił państwo, wzmocnił jego pozycję
oraz wybudował wiele wspaniałych zamków i miast,
które do dziś budzą zachwyt pośród odwiedzających.
Przykładem takiego miejsca jest oczywiście, już wcześniej przeze mnie wspomniany, Bukareszt. Będąc tam
trzeba poddać się nurtowi tamtejszego życia i nie bać
się skręcać w małe, niepozorne uliczki – może to tam
właśnie odkryjemy coś niezwykłego, czego przeciętny
przechodzień nie zauważy?
Gabriela Łaskowska
V LO im. ks. Józefa Poniatowskiego
25 | wogole.net
Dookoła świata
METEORYTY
W MAZOWIECKIEJ WENECJI
podtytuły są fragmentami listu czytelnika Gazety Warszawskiej z 11 lutego 1868
30
stycznia 1868 roku, w Warszawie temperatura wynosi około -7,5 stopnia Celsjusza,
dochodzi godzina siódma wieczorem. Nagle niebo przecina pędząca na północny wschód ognista
kula, która staje się coraz jaśniejsza i w końcu przysłania
Księżyc. Jej barwa z białej przeradza się w zielono-niebieskawą, a z tej - w kolor szkarłatny. Ciągnie za sobą
zakrzywiony, biały ogon. Warszawiacy w przerażeniu
opuszczają mieszkania, wyglądając pożogi. Jasność
jednak gwałtownie gaśnie i daje się słyszeć jedynie
przerażający huk, głośniejszy niż wystrzał armatni,
a po nim serię trzasków, przypominających strzały
karabinu. Co się właściwie stało?
Powodem mego listu jest wydarzenie
nader osobliwe, które w Warszawie
26 | wogole.net
trudno było tak dokładnie obserwować jak u nas.
Anomalie dające się zaobserwować w stolicy były
spowodowane zjawiskiem mającym miejsce na wschód
od Pułtuska. Spadł tam największy odnotowany deszcz
meteorytów na świecie! Nazwano go Meteorytem
Pułtusk. Według „Kurjera Codziennego” i „Kurjera
Warszawskiego” całe zdarzenie trwało około 6-7 minut
i miało miejsce w oddaleniu dziesięciu mil od Warszawy. Liczbę odłamków aerolitu, które spadły na ziemię,
szacuje się na 70000, ważących łącznie ponad dwie tony,
kawałków. Z powodu liczebności i łatwej dostępności,
okazy Meteorytu Pułtusk trafiły do ogromnej ilości
muzeów i kolekcji na świecie.
Zdawało się, że to chyba koniec świata,
i kto by to słyszał, przyznałby sam, że
koniec świata jest bardzo naturalną
rzeczą.
Jeden z czytelników „Gazety Warszawskiej” w swoim
liście opisywał reakcje ludzi będących świadkami
wydarzenia. Z jego relacji wynika, że ciężko było nie
stracić przytomności obserwując całe zajście, przerażone kobiety mdlały na ulicach, ludzie którzy wybiegli na
drogę, by na własne oczy zobaczyć tajemnicze, rażące
światło, na głos huku, w panice, z powrotem wpadali do
domów. Jednak, cytując autora: „(...) tego wszystkiego
głupstwa narobił aerolit, który przyjeżdżając przez
naszą atmosferę, tak się rozegnał, że musiał zrzucić
z siebie ubranie, a zrzucając je wydał te dwa przytłumione działowe huki; gałgany zaś z niego spadające na
ziemię, w połączeniu z biegiem przyspieszonym i silnym rzutem, tak gwałtownie powietrzem wstrząsnął,
iż w miarę odległości spadania tych granatów przez
czas przynajmniej 300 sekund słuchać musieliśmy tego
rażącego ognia, a raczej strzałów bez ognia.”
Wieczór był nader piękny; dwie gwiazdki w znacznej odległości świeciły pod
księżycem(...)
Może więc warto wybrać się do Pułtuska? Jest to jedno z najstarszych miast Mazowsza, bogate w zabytki
i kryjące wartą poznania historię. Jego, najdłuższy
w Europie, rynek wciąż pokryty jest tzw. kocimi łbami.
Pod Pułtuskiem miało miejsce bardzo ważne starcie
wojsk napoleońskich z rosyjskimi. Z tego powodu, na
pamiątkę wydarzenia, nazwa miasta widnieje na Łuku Tryumfalnym w Paryżu. Położenie i malowniczy
krajobraz Pułtuska sprawiają, że często nazywane jest
Wenecją Mazowsza; przy okazji, tu również można
skorzystać z usług najprawdziwszych gondolierów.
Jednak miała tu też miejsce okropna tragedia, która
przyczyniła się do nakreślenia wiarygodnego opisu
płonącego Rzymu przez Henryka Sienkiewicza w powieści Quo vadis – siedem lat po deszczu meteorytów,
wielki pożar strawił ogromną część miasta, w tym
cenne księgozbiory Pułtuska.
Miasto jest bez wątpienia wartym odwiedzenia punktem
na mapie Mazowsza, oddalonym od Warszawy o około
60km, więc może następny dłuższy weekend warto
spędzić właśnie tam?
Marcelina Marcjoniak
XLIV LO im. Antoniego Dobiszewskiego
27 | wogole.net
Dookoła świata
O francuskiej kuchni
słów kilka
Dobry, bo polski
Na pierwszy ogień croissant. Razem z bagietką to
najsłynniejszy francuski specjał, popularny również
w Polsce. W kraju nad Wisłą spopularyzowany przez
pewien amerykański koncern sprzedający ten przysmak
w paczkach próżniowych, do nabycia m.in. w szkolnych
automatach. Mało kto zdaje sobie sprawę, że popularny
rogalik z ciasta francuskiego wcale nie jest wymysłem
Francuzów. Jedna z legend głosi, że na pomysł rogalika
w kształcie półksiężyca wpadł Polak – Jerzy Franciszek Kulczycki. Co ciekawe, jemu także przypisuje się
założenie krótko po bitwie pod Wiedniem w 1683 r.
pierwszej w austriackiej stolicy i jednej z najstarszych
kawiarni w Europie – „Hof zur Blauen Flasche” (niem.
„Dom pod Niebieską Butelką”). W celu upamiętnienia
zwycięstwa nad Turkami Polak namówił znajomego
piekarza, by zaczął dla jego nowo otwartej kawiarni
wypiekać bułeczki w kształcie półksiężyca – symbolu
używanego na tureckich sztandarach. Przez pierwsze
sto lat croissanty znane były wyłącznie w imperium
Habsburgów, gdzie nazywano je Türkenkipferl – turecki
rogalik. Dopiero w latach 70. XVIII wieku do Paryża
sprowadziła je Maria Antonina, żona Ludwika XVI
i córka władczyni Austrii, cesarzowej Marii Teresy.
Do czasów rewolucji francuskiej przysmak ten znany
był wyłącznie arystokracji. Dopiero w XIX wieku
croissanty stały się posiłkiem mniej zamożnych warstw
społeczeństwa.
Croissant, bagietka, naleśniki – potrawy przez wielu smakoszy uznawane za wykwintne i doskonałe. Nie bez powodu mówi się, że Francuzi
mają najlepszą kuchnię na świecie. Nikt jednak przy tym nie zadaje sobie trudu, by się dowiedzieć, skąd rzeczywiście pochodzą wspomniane
przysmaki. Dla większości to oczywiste, że kuchnia francuska pochodzić powinna raczej z Francji. Jak się zaraz okaże – niekoniecznie.
fot. D. Sharon Pruitt
Pierwszy znany przepis na rogaliki pochodzi z 1839
roku i jest dziełem wiedeńczyka Augusta Zanga, właściciela piekarni w Paryżu. Od tego czasu chrupiący
croissant robił niesamowitą karierę – na przełomie XIX
i XX wieku był już kulinarnym symbolem Francji.
I pozostaje nim do dzisiaj.
28 | wogole.net
Guten Morgen, eine Baguette bitte!
Teraz kolej na bagietkę. Jej również nie trzeba przedstawiać – czy jest ktoś, kto nie skosztował tego rodzaju
pieczywa? Szczerze wątpię. Popularna legenda głosi,
że bagietkę wymyślili francuscy piekarze w okresie
wojen napoleońskich. Kształt bułki nie był dziełem
przypadku – jej długi i cienki kształt miał umożliwić
zmieszczenie się w kieszeni munduru żołnierskiego.
To tylko jedna z wersji pochodzenia tego przysmaku, coraz częściej podawaną w wątpliwość. Coraz
popularniejsza staje się wersja, że za wynalezieniem
bagietki stoją... Austriacy. Tak, znowu oni! Według
tej teorii chrupiąca, długa bułka miała przywędrować
nad Sekwanę w 1815 r., kiedy po upadku Napoleona
stacjonowały tam wojska austriackie. Razem ze sobą
przynieśli chleb wiedeński, który bardzo przypadł do
gustu Francuzom. Po wymarszu armii austriackiej paryscy piekarze zmieniali recepturę chleba wiedeńskiego,
stał się m.in. bardziej chrupiący na zewnątrz i puszysty
w środku. Z czasem powstały pierwsze znane nam dziś
bagietki. Przez cały XIX wiek nie cieszyły się jednak
wielkim powodzeniem. Modne stały się dopiero w latach 20. XX wieku. Obecnie Francuzi nie wyobrażają
sobie śniadania i kolacji bez chrupiącej długiej bułki.
Crêpe italiana
Dwa mity obalone. Jak widać, croissant i bagietka,
kulinarne symbole Francji, wcale nie są wymysłem
potomków Galów. A może crêpe, czyli bardzo cienkie
naleśniki serwowane z nadzieniem, są chociaż wymysłem francuskich szefów kuchni? A skąd!
Za twórców crêpe uznaje się Włochów, a dokładniej
Toskańczyków. Wiadomo, że były podawane na dworze Medyceuszy, władców Florencji już w XV wieku.
Naleśniki nad Sekwanę przywiozła Katarzyna Medycejska, żona króla Francji Henryka II, panującego
w latach 1547-1559. Od tego czasu crêpe szybko zrobiły
karierę – z czasem stały się pożywieniem francuskiej
biedoty, z reguły chłopstwa. Modnym przysmakiem
warstw wyższych stały się ponownie pod koniec XIX
stulecia. Od tego czasu we Francji pełno jest crêperie,
czyli naleśnikarni serwujących ten posiłek z różnymi
nadzieniami – od owoców po szynkę. Każdy znajdzie
coś dla siebie.
Zapewne jeszcze coś by się znalazło „niefrancuskiego”
w kuchni francuskiej, ale na tych trzech specjałach
zdecyduję poprzestać. Jak się okazuje, croissant więcej wspólnego ma z krajem nad Wisłą, niż z tym nad
Loarą, crêpe – z Włochami, natomiast bagietka to
bliska przyjaciółka sznycla wiedeńskiego. Chociaż
zaraz... przecież sznycel wiedeński, wbrew temu, co
sugeruje nazwa, pochodzi z Mediolanu. To już się robi
zbyt skomplikowane...
Robert Bengsz, XVIII LO im. Jana Zamoyskiego
29 | wogole.net
Przedmaturalne
medytacje
Sąd ostateczny w postaci egzaminu dojrzałości majaczy gdzieś
na horyzoncie, a Wami już targa Zespół Napięcia Przedmaturalnego
gotowy, by niweczyć plany świetlanej przyszłości? Zgodnie z obietnica
mi złożonymi w poprzednim artykule, pragniemy rozpocząć aktywną
walkę o równowagę Waszych zestresowanych, a tym samym
zdestabilizowanych organizmów. Przywrócimy harmonię tam, gdzie
panuje nieład. Będziemy balansować na granicy ciężkiej pracy i znośnej
lekkości bytu, utrzymamy Wasze yin i yang w ryzach, osiągając spokój
ducha niezbędny do pokonania przeciwności losu, jaką jest matura.
J
fot. pinoria.com
ednak ile duchów, tyle metod osiągania wewnętrznego spokoju. Przemierzając morze artykułów
i badań naukowych, natrafiliśmy na różne antidota
w walce ze stresem, od tych znanych i powszechnie
praktykowanych, po takie, które swoje założenia czerpią
z jogi, medytacji zen czy innych technik relaksacyjnych.
30 | wogole.net
Kiedy jednym wystarczy zwykły spacer, inni nawet
po kilkunastu kilometrach biegu nadal czują oddech
podstawy z matematyki na karku. Lepiej jednak usystematyzować działania, a nie miotać się po omacku.
Polecamy skorzystanie z czterech początkowych wariantów proponowanych przez specjalistów w obliczu
ogólnego zdenerwowania: unikanie niepotrzebnego
stresu, dostosowanie sytuacji, asymilacja czynnika
stresogennego i akceptacja sytuacji niemożliwych do
uniknięcia. Jeśli więc jesteście regularnie napadani
przez irytującą znajomą, której axis mundi to opowiadanie właśnie Wam historii z przebytych imprez,
przeplatanych wątkami amerykańskich seriali, na głowę walą się terminy (zaraz z borowania od dentysty,
musicie odwieźć młodszego brata na zajęcia, równocześnie pisząc analizę i interpretację porównawczą
obrazu Muncha „Krzyk” i postaci Józefa K.), dodatkowo
w przeciągu dwóch następnych tygodni czeka Was kilka
trudnych sprawdzianów, kolejne wizyty u dentysty,
a gdzieś tam w perspektywie ośmiu miesięcy jawi się
też mała apokalipsa, to prawdopodobnie Wasz komfort
psychiczny jest w ruinie. Aby go odbudować, warto
odwołać się do powyższych propozycji. Koleżankę
raz, a dobrze spławić, obowiązki rozplanować oraz
zastosować skuteczną strategię (być może na fotelu
dentystycznym łatwiej pisać eseje), na rzeczywistość
spojrzeć z większej perspektywy, kwitując fredrowską
sentencją „Niech się dzieje wola nieba, z nią się zawsze
zgadzać trzeba”, po czym maturę po prostu napisać. Et
voila! Można? Można. Dobre samopoczucie to podstawa
w walce z wysoką podatnością na stres i żadna metoda
nie zadziała, jeśli wpierw nie zrobicie miejsca na spokój.
Brzmi to może komicznie dla osoby, która na te kilka
maturalnych miesięcy widzi jeden cel, jednak rzeczywiście wypoczynek należy umieścić na liście dziennych
obowiązków. Naukowcy z Harvard Medical School
Mind/Body Medical Institute przyznają, że techniki
relaksacyjne mogą znacznie poprawić stan naszego
zdrowia. Podczas reakcji fight or flight (ang. walka
lub ucieczka) na sytuację o podwyższonym ryzyku,
organizm wyzwala tzn. hormony stresu, czyli adrenalinę i nonadrenalinę. Ich misja to wygenerowanie
zachowania, które może uratować nam życie. Niestety
współczesny świat wytworzył taki rodzaj zagrożeń,
których nie da się pobić, pogryźć, przydusić, ani od
nich odlecieć. Jak dobrze wiadomo, w przyrodzie nic
nie ginie, więc zmarnowane działanie gromadzi się
w organizmie w postaci ogólnego zdenerwowania,
bezsenności, niepokoju, depresji, co może wpływać
nawet na odporność organizmu. To z kolej, coraz częściej staje się przyczynkiem do przewlekłych chorób.
Naukowcy podkreślają, że przy wysokiej podatności
na stres powinniśmy zastanowić się nad włączeniem
relaksu, jako czynności pielęgnacyjnej, takiej jak mycie zębów czy obcinanie paznokci. Jako najbardziej
skuteczne metody wskazują medytacje, modlitwy
i inne podobne aktywności, polegające na powtarzaniu
konkretnych słów i czynności, nie poświęcając uwagi
na dręczące nas czarne myśli. Efektem kilkunastominutowej mantry “ma - tu - ra” lub bicia pokłonów do
vademecum z chemii może być na przykład uwolnienie
tlenu do krwi i poprawa funkcjonowania układu krążenia, a tym samym całego organizmu. Skuteczność tego
typu ćwiczeń tkwi w ich prostocie oraz długoletniemu
stażowi w większości kultur, co chętnie wyjaśnimy
w kolejnych paragrafach.
Słowo medytacja wywodzi się z łacińskiego meditatio,
czyli rozmyślać, co niekoniecznie ma odzwierciedlenie
we wszystkich wschodnich filozofiach. Przyglądając
się typowemu łysemu mnichowi, można odnieść wrażenie, że jego mądra głowa właśnie odkrywa kolejne
prawa fizyki, wynajduje lek na raka lub już wie, jak
zwalczyć światowy kryzys ekonomiczny. Nic bardziej
mylnego… Dla przykładu, celem Vipassany (jednej
z najstarszych technik buddyjskiej medytacji) jest usunięcie wszelkich zanieczyszczeń i zakłóceń z umysłu,
co owocuje szczęściem pełnego wyzwolenia. Odkryta
przed 2500 laty przez Buddhę, kontynuowana dzięki
działalności kolejnych mistrzów, m.in. Sayagyi U Ba
Khin (nieżyjącego już birmańskiego ministra finansów
i rozprzestrzeniona na skalę światową przez pana S. N.
Goenka, jest uważana za Sztukę Życia, czyli remedium
na wszelkie dolegliwości i cierpienia. Praktykujący
podkreślają jej brak powiązań z ruchami religijnymi, co
może zachęcić uprzedzonych do wschodnich mądrości.
Tajemnicą domniemanej skuteczności buddyjskiej medytacji jest autotransformacja przez samoobserwację,
czyli poszukiwanie jedności ciała i duszy, powolna
kontemplacja, a nie uciekanie, ani zbyt nadgorliwe
zwalczanie problemu. Wyjaśnia to również sam termin
Vipassana od passana – patrzeć, widzieć otwartymi
oczami, z przedrostkiem vi- oznacza postrzegać rzeczywistość taką, jaka ona jest (czyli zdać sobie sprawę,
że matura to nie kara śmierci, jak się niektórym wydaje,
fot. gabbyb.tv
Patron działu - Autostrada Maturalna
Dla maturzysty
ale klasówka z rytualną, patetyczną oprawą). Aby
próbować kroczyć Drahmma (drogą) wyluzowanego
Buddy należy rozpocząć 10-dniową naukę, na kursach
stacjonarnych, podczas których młodzi padawani uczą
się podstaw medytacji, by po pewnym czasie korzystać z uroków zbalansowanej psychiki i przyjemności
dzielenia się szczęściem z innymi ludźmi. O dziwo
nawet po zakończeniu zajęć. Vipassany bowiem, może
nauczyć się każdy niezależnie od grubości portfela. Oferowana jest nieodpłatnie, nikt z osób nauczających nie
otrzymuje z zajęć profitów pieniężnych, a wyżywienie
i zakwaterowanie fundowane są z dotacji zadowolonych
uczestników.
Sposób medytacji opracowany przez Buddhę i podrasowany dzięki pracy jego kontynuatorów, działa
od wielu lat i podbija kolejne obszary kuli ziemskiej.
Można się pokusić o stwierdzenie, że Vipassana rzeczywiście pomaga, co więcej, są podejrzenia, iż działa
też kojąco na młodych, dynamicznych… Nawet jeśli
nie zamierzacie od razu zapisywać się na dziesięć dni
intensywnie oczyszczających medytacji, to warto od
czasu do czasu oderwać się od paskudnej, otaczającej nas rzeczywistości, kliknąć jeden z poniższych
linków, włączyć losowy filmik z mantrą na Youtubie
(lub szumem morza, śpiewem ptaków, wyciem fok,
szympansów, co kto lubi...) i poudawać wschodniego
mędrca. Bo kto zestresowanemu zabroni, hę?
Katarzyna Molak
31 | wogole.net
Kalejdoskop
Alpinista
„Smutna powieść jego, jak dumy i śpiewy tego kraju, gdzie się urodził. Ofiara nieumiejętnej krytyki, co ją przed kilką laty na zapomnienie skazała! - Publiczność polska nie
zna „Marii” Malczewskiego. Nie we wszystkich ręku znajduje się to poema. Nie rozkupiono małej liczby odbitych egzemplarzy. Przykład nieprawdy recenzentów godny
pamięci. „Maria” Malczewskiego jest jednym z najśliczniejszych i największych utworów tegoczesnej literatury polskiej, mimo wielu niepoprawnych wierszy i twardego,
jak się niektórym zdaje, wysłowienia – jakie ja przynajmniej, moim zdaniem, za zaletę
poczytuję.” - pisał Maurycy Mochnacki, i trzeba przyznać, że jego opinia jest bardzo
aktualna. „Maria”, która zachwyciła wielu wybitnych znawców literatury, pozostaje
zapomnianym dziełem.
32 | wogole.net
ski wstąpił do sił zbrojnych Księstwa Warszawskiego,
jednak jego służba wojskowa nie trwała długo. Pod
koniec 1815 roku podał się do dymisji. Lata 18161821 to okres podróży Malczewskiego po Europie.
Poeta zwiedził Szwajcarię, Włochy, Francję, Anglię
oraz Niemcy. Podobno w tym czasie poznał Byrona,
a ich rozmowa miała stać się inspiracją do napisania
„Mazepy”. W 1818 Antoni Malczewski jako pierwszy
Polak, a ósmy człowiek na świecie, zdobył szczyt Mont
Blanc. Opis wyprawy oraz osobiste przeżycia zdobywcy
opublikowane zostały w genewskiej „Bibliotheque Uni-
fot. Krzysztof Michalik
A
ntoni Malczewski przyszedł na świat w czerwcu
1793 roku w Warszawie, w zamożnej rodzinie szlacheckiej. W wieku 12 lat podjął naukę
w sławnym Liceum Krzemienieckim. Był wybitnie
zdolny i pracowity, a również zachowaniem zasłużył
na pochwałę nauczycieli. W jego świadectwie szkolnym
Tadeusz Czacki napisał: „był przykładem postępowania
dobrego, innych celował uczniów w naukach i z chlubą
dla tej szkoły był uczniem, któremu pierwszeństwo
zgodne zdanie władzy szkolnej, profesorów, metrów
i uczniów samych przyznało”. W 1811 Antoni Malczew-
i poeta
33 | wogole.net
Kalejdoskop
synem, Stanisławem Szczęsnym Potockim. Antoniego
Malczewskiego uważa się za twórcę tzw. ‘ukraińskiej
szkoły’. Takim mianem określano literatów pochodzących z Ukrainy Prawobrzeżnej, którzy w swoich
utworach popularyzowali ukraińską kulturę i tradycję.
Fascynowali się językiem, krajobrazem i folklorem
ukraińskiej wsi.
„Maria” stanowiłaby początek naszego romantyzmu.
I wolno powiedzieć, że byłby to początek inny, ale nie
mniej świetny”.
Pierwsza polska powieść poetycka stała się inspiracją dla innych artystów. Słowacki, którego rodzina
przyjaźniła się z Malczewskim, napisał poemat pt.
„Wacław” będący kontynuacją „Marii”. Na podstawie
utworu Malczewskiego powstały również libretta oper
Henryka Меlcer-Szczawińskiego, Romana Statkowskiego, Мieczysława Sołtysa i Henryka Оpieńskiego.
Maria Stusio
LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza
fot. Krzysztof Michalik
To, co charakterystyczne dla „Marii”, to jego pesymizm
i wizja rozkładu świata, w którym rządzi śmierć. Ta
z kolei nic po sobie nie zostawia. Do zrozumienia utworu
istotna okazuje się znajomość biografii poety. Józef
Ujejski w komentarzu do utworu napisał: „Natchnienie,
z którego Maria wzięła początek, zrodziło się przede
wszystkim z wielkiego i wciąż rosnącego bólu życia.”
Włodzimierz Szturc rozpoczyna swój referat poświęcony powieści Malczewskiego słowami:„Maria Malczewskiego jest zapisem doświadczenia podmiotu,
egzystencjalnego uwikłania losu człowieka pożeranego
nie tylko przez jego własny talent i wszechstronne
zdolności artystyczne, ale i przez sytuacje po części
od niego niezależne, jak namiętna żądza kobiety, Zofii
Rucińskiej, wiara w magnetyzm, mający stanowić
terapeutyczną metodę leczenia bliźnich od stanów
neurotycznych, czy wreszcie konieczność ‘podwójnego
życia’, wymuszana przez zasady społeczne, moralne
i rodzinne.”
Co ciekawe zdaniem Ujejskiego dzieło Malczewskiego
nie miało wielkiego wpływu na rozwój polskiej poezji, jednak dodaje, że „gdyby nie było Mickiewicza,
verselle”. O podróży na szczyt Mont Blanc Malczewski
wspomina także w przypisach do „Marii”. Właśnie
podczas swojego pobytu za granicą alpinista zetknął
się z modnym w tamtym czasie wynalazkiem Franza
Antona Mesmera, magnetyzmem. Miało to mieć swoje
konsekwencje, które odmienią życie Malczewskiego.
34 | wogole.net
fot. Krzysztof Michalik
Po powrocie do ojczyzny osiadł na Wołyniu. Tam właśnie zawarł nieszczęsną znajomość z nerwowo chorą
Zofią Rucińską, z którą miał romans i którą podjął się
leczyć magnetyzmem. Chora wymagała stałej obecności
swego terapeuty i całkowicie się od niego uzależniła,
do tego stopnia, że zmuszony był zamieszkać w domu
Rucińskich. Kiedy, zmęczony taką sytuacją, uciekł,
Rucińska ruszyła za nim. Odwieziona do męża i dzieci
ponownie wyjechała do Malczewskiego. Już było za
późno, Malczewski do końca życia miał nie uwolnić się
od swojej pacjentki. Rucińska zostawiła rodzinę i razem
z kochankiem zamieszkała w Warszawie. Para klepała
biedę, a poeta z powodu swojego związku naraził się
na infamię towarzyską i popadł w melancholię. Kiedy
dostał posadę w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych,
musiał zaraz z niej zrezygnować, ponieważ Rucińska
nie była w stanie wytrzymać jego kilkugodzinnej nieobecności. W takich warunkach, w 1825 roku powstała
„Maria”. Jednak powieść nie cieszyła się ani popularnością, ani uznaniem krytyki. Urodzony w zamożnej
i wpływowej rodzinie, przystojny oraz uzdolniony
Malczewski miał kiedyś świat u swych stóp. Umarł
w maju 1826 roku niedoceniony, samotny, na skraju
nędzy. Zasłużona chwała nadeszła po śmierci „Maria.
Powieść ukraińska”, bo tak brzmi podtytuł utworu,
jest pierwszą polską powieścią poetycką. Inspiracją
dla Malczewskiego stała się historia Gertrudy Komorowskiej. Miał ją zamordować Franciszek Salezy
Potocki, który nie pochwalał jej małżeństwa ze swoim
35 | wogole.net
W OPARACH
BSURDU
fot. Alicja Suchenek
Kalejdoskop
A
36 | wogole.net
zdobić jej lokal. Niestety, nie tak dawno temu, podczas
niespodziewanej kontroli pewien urzędnik dzielnicowy
zażądał natychmiastowego usunięcia figur, grożąc wypowiedzeniem umowy najmu. Jaki był powód? Obraza
uczuć religijnych. Czysty absurd!
i zagranicznych, a także mocniejszych trunków. Do
jedzenia mamy w ofercie typowe „praskie zakąski” smalczyk, śledź czy pierogi w wielu odsłonach. Jeżeli
mamy ochotę, możemy też zamówić kawę z ekspresu
albo liściastą herbatę, a do tego obowiązkowo domowej
roboty ciasto pani Joli. Menu nie jest obszerne, ale za
to skomponowane z głową. Wszystko jest przepyszne,
aczkolwiek nie polecam pierogów ruskich – wypadają
blado na tle innych wariantów.
Przechodząc do konkretów, Opary Absurdu nie są stricte
restauracją ani kawiarnią, najprędzej chyba pubem.
W menu znajdziemy szeroki wybór piw regionalnych
fot. Alicja Suchenek
W Oparach jednak najbardziej lubię swojską atmosferę, którą tworzy serdeczna, ale nienachalny obsługa
i różnorodna klientela. Spotkać możemy starszych
panów z gazetą, młodych ludzi z artystycznym zacięciem, studentów czy biznesmenów, którzy przychodzą
zrelaksować się po pracy, czy nawet umawiają się tu
na poważne rozmowy ze współpracownikami. Bar
odwiedza także wielu obcokrajowców, którzy chcą
poznać Warszawę od nieco innej strony.
fot. Alicja Suchenek
P
ierwsze, co rzuca się w oczy i wywołuje szczery
uśmiech na twarzy to wystrój Oparów. Wchodzimy przez czerwone drzwi i nagle – puff!
– znajdujemy się w zupełnie innym świecie, innym
czasie. To wrażenie tworzą dziesiątki miękkich welurowych foteli jak ze strychu babci, zniszczone drewniane
stoły, perskie dywany leżące na sobie warstwami,
lustra w potężnych, ozdobnych ramach, stare abażury i łańcuchy kolorowych światełek. Stary kredens
staje się tutaj barem, za którym zawsze stoi przemiła
obsługa w absurdalnie dobrym humorze. (Czy można
się temu dziwić?) Wszystko utrzymane jest w klimacie
Starej Pragi oraz krakowskiego Kazimierza, w którym studiowała właścicielka. Po wąskich schodkach
możemy wspiąć się na antresolę albo wejść w głąb
pomieszczenia, gdzie muzyka cichnie, a czarne ściany potęgują uczucie mrocznego odosobnienia. Jeśli
pójdziemy jeszcze głębiej, znajdziemy się w całkiem
już cichej palarni. Jest to małe pomieszczenie, w którego centrum stoi duży, okrągły stół. Do wszystkich
czterech ścian przylegają drewniane fotele wprost ze
starego kina, które w połączeniu z neonową reklamą
Lucky Strike’ów i kilkoma odbiornikami radiowymi
tworzą stylową kompozycję, która przywodzi na myśl
komercyjną Amerykę ubiegłego wieku. Absurdalnie
wisi tu także „Ostatnia Wieczerza”. Swego rodzaju
logo Oparów Absurdu od samego założenia stanowiły figurki Matki Boskiej, które mają nawiązywać do
słynnych praskich kapliczek. Mieszkańcy przynosili
te zniszczone już Maryjki, a właścicielka – Elżbieta
Komorowska – przywracała im dawny blask, by mogły
fot. Alicja Suchenek
Dni stają się coraz chłodniejsze, niebo coraz częściej zasnute jest gęstymi chmurami,
a wielu z nas odczuwa coś, co potocznie nazywamy „zimową chandrą”. Jeżeli
zastanawiasz się, czy w tak paskudną pogodę można robić coś ciekawego na mieście,
odpowiem Ci, że TAK! Jest to wręcz doskonała okazja, by wstąpić
do najprzytulniejszego i najbardziej urzekającego pubu w mieście (przynajmniej
według mojego subiektywnego rankingu). „Opary Absurdu”, bo o nich tu mowa,
znajdujące się pod adresem Ząbkowska 6, czyli przy jednej z najstarszych praskich
ulic, są naprawdę interesującym zjawiskiem. Czymś balansującym na granicy pubu,
klubokawiarni i restauracji, z domieszką kultury. Nazwa lokalu bezpośrednio
nawiązuje do tomiku pod tym samym tytułem. Składa się na niego kilka
humorystycznych, purnonsensowych tekstów Juliana Tuwima i Antoniego
Słonimskiego, które ukazywały się jako primaaprilisowe dodatki do różnych gazet.
„W oparach absurdu” to bardzo ważny punkt na mapie alternatywnej Warszawy,
ze względu na swój wyjątkowy charakter.
To nie koniec zalet tego fantastycznego miejsca! Na
Ząbkowskiej 6 odbywa się również wiele ciekawych
wydarzeń kulturalnych. Szczególnie warte uwagi są
koncerty grupy Różyc Orkiestra, która swoim repertuarem nawiązuje do życia przedwojennej Warszawy.
Często organizowane są potańcówki z muzyką na żywo
czy winylowe wieczory, również w przedwojennym
klimacie. Dodatkowo w każdy wtorek organizowane
są projekcje filmowe, a ostatnio w każdy poniedziałek
można załapać się na wieczorne rozgrywki w gry
planszowe. Co miesiąc na Facebooku publikowany jest
program imprez, więc tam odsyłam zainteresowanych.
Jeżeli już miałabym wymienić jakieś wady, to byłyby
to dość wysokie ceny. Odpowiadają one co najmniej
cenom na śródmieściu. Za niedużą porcję pierogów
zapłacimy koło 20 złotych, 10 zł za śledzika a za najtańsze piwo z nalewaka 7 zł. Często jednak pojawiają
się atrakcyjne promocje, o które warto wypytać przy
barze. Innym problemem może być dla niektórych mała,
niezbyt schludna łazienka (która jednak urządzona jest
z duszą i osobiście nie jestem w stanie wyobrazić tam
sobie żadnej innej).
Jeżeli Praga to dla ciebie dziki, nieodkryty ląd i wierzysz, że w każdej bramie czają się złodzieje i chuligani,
gotowi zrobić wszystko, żeby dorwać twój portfel,
radzę wstąpić do „Oparów Absurdu” i przekonać się,
że to już tylko mity. Ja zakochałam się od pierwszego
wejrzenia i myślę, że wiele osób również. Warto się
wybrać, chociażby ze względu na samą zabytkowa
ulicę Ząbkowską. Z całego serca polecam!
Katarzyna Malinowska
LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza
37 | wogole.net
Kalejdoskop
Kino
teatr
Kino Luna
14-20 zł (poniedziałek: 8-10zł)
Kino Wisła 15-22 zł
Kino Kultura
14-19 zł (poniedziałek: 12 zł)
Kino Atlantic 16-27 zł
KINO.LAB 7-14 zł
Kino Muranów
15-20 zł (poniedziałek: 11 zł)
Kino Iluzjon 12-17 zł
Kinokawiarnia Stacja
Falenica 15-19 zł
Kino KC
16-21 zł (piątek: 10 zł, poniedziałek: drugi bilet za pół ceny)
Kino Praha 15-20 zł
Kultura
(nie)dostępna
Tracę wiarę w mój wyidealizowany wzór warszawskiego licealisty – trochę imprezującego, trochę uczącego się i bardzo aktywnie uczestniczącego w życiu kulturalnym naszego miasta – gdy
od czasu do czasu zjawiam się w teatrze. Tam widzę, że średnia
wieku widzów przekracza, delikatnie mówiąc, średnią wieku
ogółu warszawiaków. Co więc się dzieje z młodzieżą? Być może to
kwestia pieniędzy? Bo, podobno, jak nie wiadomo, o co chodzi, to
chodzi o kasę. Jednak jakimś dziwnym trafem młode pokolenie
co piątek zbiorowo migruje do najbliższego centrum handlowego,
a tam okupuje miejsca w wielkim, jakże klimatycznym i urokliwym multipleksie. A bilet może tam kosztować i 30 zł, po dodaniu
ogromnego popcornu i półtoralitrowejcoli robi się nam całkiem
pokaźna sumka, która aż prosi się o wydanie w jakimś teatrze.
Czy młodzież nie wie, że te wszystkie kulturalne obiekty wcale nie
mają na drzwiach kartki z napisem „+18” i że nie są zarezerwowane tylko dla bogatej i eleganckiej warszawskiej elity? Jeśli nie wie,
to za moment się dowie, bo niestety, Kochani Czytelnicy, w tym
przypadku wymówka finansowa zupełnie nie działa.
W
eźmy jako przykład już wcześniej wspomniane kina. Są mieszkańcy stolicy, którzy nie
mają pojęcia o istnieniu wielu małych, klimatycznych kin studyjnych. A to właśnie wyświetlane
tam filmy są najbardziej uczące, rozwijające, inspirujące
38 | wogole.net
i przejmujące. Prawdopodobnie nie znajdziemy tam
komedii, z powodu których nie wiadomo, czy śmiać się,
czy płakać. Same sale są mniejsze, ciekawsze i przede
wszystkim – różnorodne. Te kina mają za sobą historię.
Zawsze ten sam pan w kasie Kina Luna, kawiarenka
muzyka
Teatr Wielki
najwyższe balkony 28 zł
Teatr Collegium
Nobilium 20/30 zł
Teatr Soho 20/30 zł
Studium Teatralne 15/25 zł
Wejściówki:
Teatr Ateneum 25 zł
Teatr Dramatyczny 20 zł
Teatr Kwadrat 30-40 zł
Teatr Narodowy 25-40 zł
Teatr Polski 20 zł
Teatr Współczesny 20 zł
Oh-Teatr 25-30 zł
Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina:
w środy „Środa na Okólniku”
15 zł w pozostałe dni wstęp
wolny
Warszawska Opera
Kameralna 20-25 zł („Loża
miłośników Opery” 5 zł)
Filharmonia Narodowa
- „Po prostu… Filharmonia!”
od października do maja
15/30 zł
Teatr Wielki - „Szalone Dni
Muzyki” Co roku w weekend
pod koniec września 5-12 zł
Teatr Studio - 60 - 45 dni
przed spektaklem bilety 35 zł
i piękny wystrój w Kinie Muranów, wieczorne oświetlenie placu Wilsona przy Kinie Wisła czy malutka salka
z nienumerowanymi miejscami w Kinie Kultura. To
wszystko budzi nasze emocje, zupełnie odmienne od
tych towarzyszących staniu w kolejce w multipleksie.
Gdzie można obejrzeć najlepsze filmy w wyjątkowej
atmosferze? Oczywiście na festiwalach filmowych.
A gdzie odbywają się takie festiwale? Oczywiście w tych
wymienionych wcześniej miejscach. „Warszawski
Festiwal Filmowy”, „PLANETE+ DOC”, „WATCH
DOCS”, „Pięć smaków” czy „GrandOff” – każdy
znajdzie coś dla siebie. Aspekt bardziej przyziemny?
Ceny biletów w małych kinach są czasami nawet cztery
razy mniejsze od tych w wielkich sieciach.
Do pójścia do kina nie trzeba nikogo specjalnie namawiać. Ale co z teatrem? No trochę gorzej. Niektórym
wydaje się, że jest to tajemnicze miejsce zarezerwowane
dla pięknych i bogatych. Inni kojarzą go tylko z przerażająco nudnymi spektaklami, na które byliśmy siłą
zaciągani przez nauczycieli jeszcze w podstawówce.
A jaka jest prawda? Najlepiej sami się o tym przekonajcie. Znajdźcie jakiś teatr blisko domu czy szkoły,
a jeśli macie ochotę na odrobinę luksusu, to wybierzcie
się do Teatru Wielkiego. Wystarczy, że odpowiednio
wcześniej (dużo wcześniej) zarezerwujecie miejsca
na najwyższych balkonach. Jeśli od luksusu wolicie
nutkę ryzyka i ekscytującą niepewność życia, idealnym
rozwiązaniem będą dla Was wejściówki. Sprzedawane
najczęściej pół godziny przed spektaklem, umożliwiają
zajęcie miejsca osób, które nie zjawiły się o odpowiedniej porze. Czasami będzie to najdroższe siedzenie
w najlepszej loży, a czasami będzie trzeba zadowolić
się podłogą.
Również w przypadku muzyki klasycznej najlepszym
sposobem na wyrobienie sobie opinii jest spróbowanie. O ile każdy z nas ma swoje ulubione zespoły
i wykonawców, na których koncert nie trzeba nikogo
namawiać, to pójście do filharmonii często kojarzy się
z przeżyciem mocno traumatycznym. Wiele instytucji
wciąż z desperacją próbuje przekonać ludzi do tego
rodzaju muzyki. Korzystajmy z tego. Coroczne „Szalone Dni Muzyki” organizowane pod koniec września
w Teatrze Wielkim cieszą się ogromną popularnością.
W ciągu trzech dni można posłuchać tam wykonawców
z wszystkich zakątków świata. Każdego roku festiwalowi przypisany jest kraj (lub kraje), wokół którego
kręci się tematyka lub autorzy utworów. Również
bilety do Filharmonii Narodowej na koncerty z cyklu
„Po prostu… Filharmonia!” sprzedają się jak świeże
bułeczki. Wydarzenie to z założenia jest skierowane
dla młodzieży i obejmuje kilka bloków tematycznych.
Gdy przegramy walkę o ostatnie bilety, pamiętajmy,
że zawsze możemy liczyć na Warszawską Operę Kameralną i jej „Wieczory czwartkowe” albo koncerty
uczniów w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka
Chopina, gdzie oprócz studentów często prezentują
się także grupy spoza Uniwersytetu. A to wszystko
w całkiem dużej, profesjonalnej sali.
W jaki sposób stać się kulturalnym warszawskim
licealistą? Trzeba przede wszystkim szukać. A czasem wystarczy po prostu się nie opierać i chłonąć
to, co stolica podaje nam na tacy. Bo pamiętajcie: to
nie kultura jest zamknięta na nas, tylko my jesteśmy
zamknięci na kulturę.
Katarzyna Bajkowska
XVI LO im. Stefanii Sempołowskiej
39 | wogole.net
W biegu
Złote filary
polskiego kolarstwa
K
ilka lat temu kolarstwo było w Polsce w końcowej fazie upadku. Stagnacja dyscypliny, która
szczególnie w latach 70. ubiegłego wieku cieszyła się ogromną popularnością, zdawała się nie mieć
końca. Polskie kolarstwo na świecie nie miało nic do
powiedzenia. W zawodowym peletonie mieliśmy tylko
pojedyncze talenty, które w zagranicznych zespołach
stanowiły rolę „gregario”, czyli pomocników najbardziej kluczowych kolarzy. Odpowiednim przykładem
typowego polskiego dublera był Sylwester Szmyd, który
przez lata był związany z ekipami włoskimi, gdzie
pilnował interesów takich sław kolarskich jak Damiano
Cunego czy Ivan Basso. Natomiast w polskich mediach,
jeśli były jakieś wzmianki o kolarstwie, to raczej owe
informacje nie przynosiły chluby temu sportowi. Najpopularniejszymi tematami wówczas były kontrowersje
wokół Polskiego Związku Kolarskiego (PZKol) i jego
prezesa Wojciecha Walkiewicza, który o mało nie
doprowadził związku do bankructwa z powodu budowy i użytkowania nowoczesnego toru kolarskiego
w Pruszkowie. Przyszłość polskich rowerów rysowała
się w ciemnych barwach. Jednak zeszły rok przyniósł
nadzieję, że w naszym kolarstwie będzie jednak lepiej. Najlepsze od lat wyniki w wielkich wyścigach
wieloetapowych Rafała Majki, Przemysława Niemca
i Michała Kwiatkowskiego były swoistym impulsem do
wiary, że kolarstwo w Polsce wróci na szczyty i długo
z nich nie zejdzie. Dziedzictwo legend polskich szos
pokroju Szurkowskiego, Szozdy, Langa, Piaseckiego
oraz Jaskuły musi przecież dalej istnieć. Potrzeba
tylko nowych, mocnych filarów kolarstwa w naszym
kraju. Tegoroczne zmagania na największych wyścigach świata przyniosły nam nie tylko nowe i mocne,
lecz także ZŁOTE filary polskiego kolarstwa.
Mówią o nim: Następca „Kanibala”
Pierwszy wielki filar kolarstwa szosowego w Polsce
można śmiało nazwać fundamentem, bowiem jego talent
i zapał do rozwoju to pewność wspaniałych sukcesów
w ciągu najbliższych lat. Już dziś Michał Kwiatkowski jest zaliczany do grona najlepszych i najbardziej
wszechstronnych kolarzy szosowych na świecie, mimo
zaledwie 24 lat. Kwiatkowski jest członkiem jednej
z najlepszej grup zawodowych w światowym peletonie,
Omega Pharma-Quick Step z Belgii pod kierownictwem
wybitnego dyrektora sportowego Patricka Lefevere’a.
Pierwszym dużym sukcesem „Flowermana”, bo tak
40 | wogole.net
nazywany w anglojęzycznych kręgach Kwiatkowski,
było drugie miejsce w Tour de Pologne dwa lata temu.
I właśnie na naszym narodowym wyścigu rozpoczął
się marsz ku wspaniałej karierze. W 2013 roku zaliczył
dobre starty w wyścigach jednodniowych rozgrywanych
na ardeńskich pagórkach, co wpłynęło na decyzję, aby
wysłać go na 100. edycję Tour de France jako jednego
z liderów drużyny. Decyzja była strzałem w dziesiątkę. Zawodnik jeżdżący w barwach mistrza Polski
był jednym z największych odkryć „Wielkiej Pętli”,
zajmując czołowe miejsca na wielu etapach o różnej
charakterystyce (na pagórkach, w górach oraz w jeździe indywidualnej na czas), a niewiele brakowało, by
Kwiatkowski był liderem całego wyścigu choćby na
kilka dni. Ten rok był dla Polaka kapitalny — odnosił
wiele prestiżowych zwycięstw, pokonując przy okazji
największe tuzy świata kolarskiego. Stawał na podium
kultowych wyścigów w Ardenach, a jeszcze lepiej miało
być na Tour de France. Niestety, oprócz jednej lokaty
na podium i świetnej jazdy na ekstremalnym etapie
prowadzonym przez XIX-wieczne bruki północnej
Francji, Kwiatkowski nie wytrzymał presji i wysokiego
tempa w górach, co przełożyło się na końcową lokatę
w klasyfikacji generalnej. Ostatnią nadzieją na sukces
były mistrzostwa świata w hiszpańskiej Ponferradzie.
Na „dzień dobry” Polak wywalczył z drużyną brązowy
medal w jeździe na czas ekip zawodowych. No i nadszedł wielki dzień dla kolarstwa szosowego w Polsce
— dzień wyścigu ze startu wspólnego elity. Taktyka
Polaków pod wodzą trenera Piotra Wadeckiego była
jedna — dowieść Michała do tęczowej koszulki mistrza
świata. Przez większą część trasy Polacy przewodzili
peletonowi, by dać pole silniejszym ekipom. Ostatnie
kilometry finalnego podjazdu, atakuje „Flowerman”,
dogania ucieczkę, szarżuje na zjazdach do mety i pedałuje, ile fabryka dała. META! Mistrz świata Kwiatkowski! Po raz kolejny hegemoni kolarstwa musieli
obejść się smakiem, oglądając plecy triumfującego
Polaka. Właśnie to zwycięstwo w Ponferradzie było
najlepszym potwierdzeniem opinii wielu ekspertów
uznających Kwiatkowskiego za nowego Eddy’ego Merckxa. Merckx był wielkim belgijskim królem roweru
na przełomie lat 60. i 70., a jego seryjne zwycięstwa
w wielu wyścigach przyniosły mu miano „Kanibala”, czyli bezwzględnego, nieliczącego się z nikim
i pragnącego zwycięstwa jak oddechu, a jednocześnie
wszechstronnego sportowca. Taki był Merckx, ale mimo
wszystko, Kwiatkowski to zupełnie inny kolarz. Co
prawda, nowy mistrz świata dorównuje „Kanibalowi”
różnorodnością specjalności, ale w kwestii osobowości.
Polak jest inny. Michał w różnych wypowiedziach nie
„gwiazdorzy”, unika „pompowania balonika”, tylko
wciąż podkreśla swoją drogę do rozwoju oraz stałą
ciężką pracę nad sobą. I tylko takie osoby mogą mieć
status szanowanej gwiazdy. Dla Kwiatkowskiego ten
status może być nawet dożywotni, a tęczowej koszulki,
przedmiotu pożądanego przez wszystkich kolarzy, nikt
mu już nie zabierze.
Król Alp i Pirenejów
Tegoroczny Tour de France miał być popisem klasy
światowej Michała Kwiatkowskiego, ale kilka etapów
wykreowały całkowicie inną historię, która już na zawsze zapisze się na kartach dziejów polskiego sportu.
To Rafał Majka, niezwykle pracowity i wytrzymały
kolarz z drużyny Tinkoff-Saxo, był bohaterem tegorocznej „Wielkiej Pętli”. Ale zanim TdF 2014, to co
nieco o etapach jego drogi do tytułu gwiazdy. Majka był
wyróżniającym się zawodnikiem drużyn amatorskich
z Włoch i tam odkryli go włodarze ekipy z Danii, którzy
zaprosili go na obóz treningowy. Kiedy cała drużyna
zwartą grupą podjeżdżała pod stromą górę, nie było
mocnych na legendę światowych szos, Hiszpana Alberto
Contadora, triumfatora wszystkich trzech Wielkich
Tourów, a jedynym zawodnikiem, który utrzymywał
się za plecami „El Pistolero” był właśnie Polak z miejscowości Zegartowice. Nie czekano ani chwili dłużej
i podpisano z Majką kontrakt. Już wkrótce miał być liderem drużyny na Giro d’Italia, ale kontuzje nie dawały
Rafałowi spokoju. Dopiero w zeszłym roku nadszedł
wymarzony moment, by w wyścigu dookoła Włoch
zaprezentować pełnię swoich umiejętności. Skończyło
się fenomenalnie — siódma lokata i przegrana walka
o klasyfikację młodzieżową na ostatnich odcinkach
górskich. W tym roku Majka także pokierował zespołem
duńskim na Giro i zanotował progres w „generalce”
o jedną pozycję. Jednak kierownictwo Tinkoff-Saxo nie
odpuszczało Polakowi kolejnego wysiłku. Majka był
zmuszony wystartować na Tour de France w wyniku
zawieszenia kolegi z ekipy, Czecha Romana Kreuzigera,
z powodu naruszenia zasad antydopingowych. Polski
kolarz decyzją dyrektorów nie był zachwycony, miał
nawet odmówić wyjazdu na Tour, by po namyśle jednak
wystartować. Początkowo, zadaniem Majki miała być
kontrola i opieka nad liderem Alberto Contadorem, który miał walczyć o trzecią wiktorię w „Wielkiej Pętli”. Po
kilku etapach Hiszpan wycofał się z wyścigu z powodu
kontuzji kolana, co zmieniło diametralnie strategię zespołu Majki. Polak miał atakować na górskich etapach,
by powalczyć o etapową wygraną. Już na pierwszym
alpejskim etapie na Chamrousse zajął drugie miejsce
za liderem wyścigu i późniejszym triumfatorem TdF
Włochem Vincenzo Nibalim. Jednak dzień później, po
doskonałym ataku u podnóża Risoul, Majka odniósł
swoje pierwsze zwycięstwo w profesjonalnym kolarstwie i to na Tour de France. Ledwie skończyliśmy się
cieszyć tą wygraną, a już przyszła kolejna. Tym razem
w Pirenejach w stacji narciarskiej Saint-Lary-Soulan,
dokładnie tam, gdzie 21 lat wcześniej pierwsze zwycięstwo dla Polski odniósł Zenon Jaskuła. Ten wysiłek
został doceniony i dzięki niezwykłemu wysiłkowi oraz
hartowi ducha, Rafał wygrał prestiżową klasyfikację
górską i przywdział na Polach Elizejskich białą koszulkę w czerwone grochy. Zapewne latem tego roku
w Polsce moda na grochy była zdecydowania większa
niż kiedykolwiek wcześniej. Zaledwie kilkanaście
dni po sukcesach we Francji, Majka na listę triumfów
dopisał wiktorię w Polsce na naszym Tour de Pologne.
Dwa wygrane etapy plus klasyfikacja generalna — nic
dodać, nic ująć, tak wygrywają tylko najlepsi w swoim
fachu. Z Rafałem Majką wiążemy ogromne nadzieje
na sukcesy na wyścigach wieloetapowych i liczymy
na dalszy progres zdolności „Króla Gór”.
„Przemiec” lubi jeziora
Ostatnim mocnym filarem polskiego kolarstwa w 2014
roku był z pewnością Przemysław Niemiec, który
pomimo świetnej kariery na włoskich szosach, dosyć
późno zasmakował ścigania się w wyścigach klasy
światowej. Dopiero kilka lat temu „Przemiec” dołączył do zespołu Lampre-Merida, gdzie początkowo
miał wspierać w interesach doświadczonego Michele
Scarponiego. Jednak z kolejnymi sezonami, rola Niemca
w ekipie rosła, by nieco później zostać okrzykniętym
jednym z liderów Lampre. Zeszły rok dla Przemka
stał wyraźnie pod znakiem Giro d’Italia i szóstego
miejsca w całym wyścigu, co było historycznym rezultatem dla polskiego kolarstwa. Tegoroczny sezon miał
być podobny, ale kraksy na Giro wykluczyły Polaka
z walki o czołową „10”. Wyścigiem ostatniej szansy
była hiszpańska Vuelta, gdzie też miał być liderem
zespołu. Słabsza jazda sprawiła, że Niemiec był zmuszony uciekać i walczyć o etapy. I w końcu marzenie
o pięknym zwycięstwie się spełniło — kolarz Lampre
wygrał jeden z cięższych górskich odcinków z finiszem
nad jeziorami Covadonga, wyprzedzając faworytów
całego wyścigu. Jedyna różnica między Niemcem
a Kwiatkowskim i Majką jest taka, że Przemek jest już
doświadczonym i nieco starszym walczakiem, który
musiał długo czekać na swoją szansę, a dwaj młodsi
rodacy dostali na tacy pozycje przodowników zespołu,
które śmiało wykorzystali.
Rok 2014 przejdzie do historii polskiego kolarstwa jako
symbol odrodzenia sportu, który skazany na wieczną
stagnację, prędzej czy później miał zakończończyć się
wymarciem entuzjazmu wokół rowerowych wyścigów.
Dzięki tym wspaniałym trzem złotym filarom i osobom,
które przyczyniły się do ich zbudowania, w niedalekiej
przyszłości możemy stać się jednak kolarską potęgą.
Wykorzystajmy tę wielką szansę! Teraz możemy szukać autorytetów wśród tych wspaniałych herosów,
a nie jak jeszcze niedawno, wśród dawnych mistrzów
takich, jak Szurkowski bądź Jaskuła, by wiedzieć, że
możemy być wielcy.
Hubert Taładaj
LXIV LO im. Stanisława Ignacego Witkiewicza
41 | wogole.net
W biegu
Ideały
rzeczywistość czy fikcja?
Czy na świecie istnieją idealni ludzie? W życiu zazwyczaj poszukujemy osób bez wad,
a przy tym sami dążymy do tzw. „idealności”. Naśladujemy innych w pewnych działaniach, usilnie poprawiamy swój wygląd, tudzież kondycję fizyczną, mając na intencji
osiągnięcie celu swoich dążeń, czyli słynnej doskonałości.
Innym sportowcem, o którym możemy przeczytać
w samych superlatywach jest Michael Jordan. Komentarzy takich jak: „Kiedy Bóg zdecydował się stworzyć
idealnego koszykarza, postanowił zesłać go rodzinie
Jordanów” lub „To dużo więcej niż papież. To Bóg
we własnej osobie” albo „To Jezus w tenisówkach”
możemy spotkać naprawdę wiele. Jednakże znany
koszykarz nie bał się przyznać do tego, że podczas
jego kariery zdarzały mu się nie tylko wzloty, ale także
i upadki: „Nie trafiłem do kosza podczas mojej kariery
ponad dziewięć tysięcy razy. Przegrałem niemal trzy-
Nawet najlepszym zdarzają się potknięcia, upadki
i błędy. Życie byłoby nudne, gdyby wszystko zawsze
nam się udawało i gdybyśmy nigdy nie ponosili żadnych życiowych porażek. To spotyka każdego z nas,
niezależnie od profesji: aktora, piosenkarza, sportowca,
dziennikarza, nauczyciela czy sprzedawcę w sklepie.
Prawdą jest, że negatywne doświadczenia stają się
dla nas lekcją, z której staramy się wyciągnąć istotne
i cenne wnioski.
Dzięki nim w przyszłości w podobnej sytuacji z pewnością będziemy w stanie lepiej sobie poradzić. Warto
też pamiętać, że każdy błąd motywuje nas do lepszego
działania, a to z kolei sprawia, że dążymy do bycia
lepszymi, czyli w pewnym sensie nieco bardziej „doskonałymi”. Bardzo podoba mi się wypowiedz jednego
z naszych siatkarzy, mianowicie Zbigniewa Bartmana,
który w jednym z wywiadów powiedział: „Nie ma kogoś
takiego jak idealny siatkarz. Każdy popełnia błędy.
Wiadomo, trzeba dążyć do perfekcji mimo, że nigdy się
jej nie osiągnie. Jedynie w pogoni za perfekcją możemy
zrobić jakiś znaczący krok do przodu”. Te słowa nie
tyczą się wyłącznie istnienia „idealnego siatkarza”, ale
przede wszystkim doskonałego człowieka.
fot. Humberto Ortega
Za jednego ze sportowych ideałów uchodzi argentyński
piłkarz Lionel Messi. Na pewno nie raz zdarzyło wam
się usłyszeć lub przeczytać komentarze wychwalające
geniusz tego zawodnika. „Messi jest piłkarzem idealnym, jest jak Bóg. To najlepszy gracz na świecie.”
czy też „Messi jest (...) z innej planety. Piłkarz, który
zdobywa 90 bramek w roku, nie może być zwykłym
człowiekiem. On jest jak z PlayStation. Jest szybki,
ma wielką klasę i strzela bramki kiedy chce.” to tylko
niektóre z nich. Jednak są też dni kiedy nieomylnemu
Messiemu zdarzają się gorsze mecze. Nikt nie robi
z tego tragedii, bowiem zawsze po złych momentach
w końcu przychodzą dobre chwile.
sta meczów. Dwadzieścia trzy razy do mnie należało
oddanie decydującego rzutu i nie trafiłem. Ponosiłem
w życiu porażkę za porażką. I właśnie dlatego odniosłem sukces...”.
Tak naprawdę idealni ludzie tak jak i doskonali sportowcy nie istnieją. Tylko nam – pozornie zwykłym
fot. Dominika Grabarczyk
Z
darza się, że media kreują osoby znane nam
z ekranów telewizorów czy z okładek magazynów na swego rodzaju bóstwa czy „nadludzi”.
Wydaje nam się wtedy, że są oni wyjątkowi i kompletnie
różni od nas. Postrzegamy ich jako bezbłędnych i niemal
nieskazitelnych. Czy tak samo jest w świecie sportu?
osobom wydaje się inaczej, ponieważ nie zdajemy sobie
sprawy z tego jak normalni są ci, których uważamy za
wyjątkowych. Żyjemy w przekonaniu, że tylko wybrani
mogą być „kimś”. Siebie samych niekiedy uważamy
za brzydkich, nic niewartych, nieumiejętnych oraz
pozbawionych jakiegokolwiek talentu. Tym samym
pozbawiamy się nadziei na osiągniecie jakiegokolwiek
sukcesu. Uważamy, że celebryci mają lepiej, bo mają
pieniądze, urodę albo talent. Ale tak naprawdę to nie
wszystko. Trafnie ujmują to słowa Carlosa Ruiza Zafóna:
„Wrodzony talent jest jak siła dla sportowca. Można się
urodzić z większymi lub mniejszymi zdolnościami. Ale
nikt nie zostaje sportowcem tylko i wyłącznie dlatego,
że jest wysoki, silny lub szybki. Tym, co czyni kogoś
sportowcem lub artystą, jest praca, praktyka, technika.”
Każdy wyznaje jakieś wartości, tak samo jak i dla
każdego z nas liczy się coś innego. Nie zabraniam
nikomu poszukiwania ideałów. Możliwe, że gdzieś we
wszechświecie istnieje ktoś lub coś co jest doskonałe.
Jednak w moim przekonaniu takie rzeczy nie istnieją,
bo tak naprawdę tylko w niedoskonałości możemy
paradoksalnie doszukać się prawdziwej „doskonałości”.
Emilia Cabaj
X LO im. Królowej Jadwigi
43 | wogole.net
Rynek myśli
drugie
życie
pokemonów
Dziś drodzy czytelnicy chciałbym zabrać
was w niezwykła podróż, do miejsca,
które być może sami już dobrze znacie.
Kanto – kraina w której żyją Pokemony
stała się ostatnio areną niezwykłych wydarzeń. Wszystko to za sprawą zbiorowego umysłu setek tysięcy graczy, ich niezwykłej wytrwałości ale też kreatywności.
Zacznijmy jednak od umieszczania tego
zjawiska w odpowiednim kontekście.
J
apończyk Satoshi Tajiri, bo tak nazywa się ojciec Pocket Monster’ów (w skrócie Pokemonów),
w swojej młodości był miłośnikiem owadów.
Kolekcjonował je, a także wymieniał z rówieśnikami
podzielającymi jego pasję przez długie lata. Jednak
pewnego dnia las, w którym zbierał cenne gatunki,
wykarczowano, a samego Satoshi’ego pozbawiono
możliwości realizowania pasji. Chłopiec dorósł, stał się
programistą w prężnie rozwijającej się firmie informatycznej — Nintendo, która posiadała na swoim koncie
sukcesy takie jak Mario, Zelda czy prawa do najpopularniejszej gry świata, czyli Tetrisa. Przypadający na
połowę lat 90. boom na konsole przenośne okazał się
dla młodego programisty inspirujący. Obserwując ze
smutkiem, jak japońskie dzieci spędzają coraz więcej
czasu przed GameBoy’ami, tracą kontakt z rówieśnikami, popadał w coraz większą konsternacje. Satoshi
patrząc na dzieci grające wspólnie w Tetrisa poprzez
kabel łączący ich GameBoy’e (tak, tak – kiedyś nie było
wi-fi, połączenia pomiędzy urządzeniami nawiązywało
się fizycznie), wyobraził sobie robaki przebiegające
z jednej konsoli na drugą. Tak zrodził się pomysł na
jedną z najbardziej rozpoznawalnych gier na świecie
— Pokemony.
Nastąpiła lawina pozytywnych dla Tajiri’ego i Pokemonów zdarzeń. Ken’em Sugimori wieloletni przyjaciel
Satoshi’ego, projektuje dla niego sto pięćdziesiąt jeden
stworzeń żyjących w świecie zbliżonym do naszego.
Myszy, żółwie, jaszczurki, a nawet rośliny zyskują
niezwykłe zdolności i stają się Pokemonami. Sam pomysłodawca dopieszcza niezwykle prosty i przejrzysty
system oparty na zasadach japońskich gier RPG, walki
44 | wogole.net
turowej oraz mechanice „kamień, papier, nożyce”.
Gotowy projekt przedstawiają szefostwu Nintendo,
które reaguje niezwykle entuzjastycznie. Nie wiedzą
jeszcze, że otwartość na nowy pomysł zaprocentuje
w przyszłości zyskami liczonymi w milionach dolarów, niezwykle rozbudowanym uniwersum, ale przede
wszystkim ogromną liczbą oddanych fanów. Gra ukazuje się w Japonii w roku 1996 i szturmem podbija
serca młodzieży. Dwa lata później ukazuje się w USA
oraz Europie, tym razem wraz z całą towarzyszącą jej
otoczką – liniami odzieży, niezwykle popularną grą
karcianą, oraz licznymi gadżetami kolekcjonerskimi.
Należy odnotować, że gdy Pokemony pojawiały się
w Polsce posiadały już miano kultowych. W telewizji
emitowano niezwykle popularne anime, a do kin w 2001
roku trafił film pełnometrażowy. W szkołach trwała tzw.
„pokemania”. Skądinąd staram się zrozumieć, dlaczego
nic nigdy nie powtórzyło sukcesu plastikowych kapsli
tazos możliwych do znalezienia w paczkach chipsów.
marzenia o „złapaniu ich wszystkich” zostają w tyle,
a „Zespół R” nie jest już najgroźniejszym oraz najzabawniejszym antagonistą wszechczasów. Świat poszedł
do przodu, niewątpliwie zmieniła się sama branża gier,
odeszła w stronę rozgrywki bardziej skomplikowanej,
spersonalizowanej oraz dorosłej. Wbrew temu jednak
Pokemony zasługują na należne im miejsce w historii,
przez wiele lat zyskały status gry niemal legendarnej,
owianej mgiełką tajemnicy przez swoje sekrety i tajemnice. Ostatnio zaistniały w zbiorowej świadomości
graczy po raz kolejny – przez pewien eksperyment.
Na pewno pamiętacie ten czas, kiedy w waszych podstawówkach zabraniano kolekcjonowania i grania
w kapsle, ale mimo to na korytarzach rozlegał się
charakterystyczny plastikowy odgłos i okrzyki „trzy,
czte, RY!” „PRZYLEPA!”. Cudowne czasy. Niezależenie jednak od wszystkiego, co działo się wokół
Pokemonów, najważniejsza była sama gra. Prostota,
przystępność, schematyczność i uniwersalność historii, właśnie wszystko to co cechuje tę niezwykłą grę
złożyło się na wspomnianą już Pokemanię i zachwyca
do dziś. Gra na stałe zakorzeniła się w świadomości
całego pokolenia młodych ludzi i towarzyszyła im
niemal przez całe dzieciństwo. Jednak dzieci dorastają,
12 lutego 2014r nieznany autor umieszcza na swoim
kanale pewien algorytm. Po wpisaniu odpowiedniej komendy w polu komentarza odpowiadającej konkretnemu
przyciskowi na Gameboyu, gra wykonywała wskazane
polecenie. Szkopuł polega na tym, że wszystkie wpisane
przez obserwujących polecenia miały jednakowy priorytet. Jeśli jeden gracz chciał poruszyć postacią w lewo,
a drugi w prawo postać szamotała się w oszalałym
tańcu w obydwie strony. Przy dwóch graczach zgranie
ruchów i zamiarów wydawało się prawie nie możliwe,
ale w szczytowym monecie eksperymentu w Pokemony grało sto czterdzieści TYSIĘCY gracy naraz.
Miejscem owego doświadczenia stał się Twitch. Portal
umożliwiający użytkownikowi streaming (bezpośrednie
pokazanie rozgrywki z własnego komputera) na żywo
wraz z komentarzem. Jest to rodzaj gamingowego
Youtuba, platformy, która ma swoje gwiazdy, system
komentarzy, ale przede wszystkim łączy ludzi wokół
jednego tematu – gier i rozgrywki.
Rozgrywka trwała 17 dni, obliczono, że średnia ilość
graczy w każdym momencie rozgrywki liczyła około
30 tysięcy. Każdy z własną wizją tego co aktualnie ma
zrobić postać. Osoby znające meandry fabuły pierwszej
części pokemonów, wiedzą, że autorzy gry umieścili
wiele prostych do rozwiązania zagadek zręcznościowych i logicznych. Ciekawym przykładem działania
zbiorowego umysłu graczy jest fakt, że w dziewięć
godzin przeszli kompletnie ciemną jaskinię, w której
nie widać zarówno otoczenia, jak i bohatera. Zupełnie
na oślep, wpisując przypadkowe komendy, udało im
się przedostać przez niemożliwe. Całą grę ukończono
siedemnastego dnia rozgrywki. Po wielu niepowodzeniach, porażkach i nieporozumieniach, udało się
osiągnąć cel, w który nikt nie wierzył. W międzyczasie
na wydarzenie zwróciły się oczy największych portali
branżowych, wszyscy obserwowali, kibicowali i komentowali wydarzenia na bieżąco. Internet udowodnił po
raz kolejny, że jest źródłem wiekopomnych dokonań.
Wokół wydarzenia stworzono pewien rodzaj specyficznej religii, powstawały pieśni, obrazki, fanowskie
historie. Branie udziału w tym przedsięwzięciu wiązało
się dla mnie z poczuciem uczestniczenia w wydarzeniu
na pewną skalę przełomowym. Wydarzeniu, które na
stałe zapiszę się zarówno w dziejach gier, jak i samej
sieci. Zbiorowość graczy udowodniła po raz kolejny,
że jest zdolna do rzeczy wielkich i niepowtarzalnych.
A wszystko to dzięki zwyczajnej sile nostalgii.
Karol Popow
IV LO im. Adama Mickiewicza
45 | wogole.net
Rynek myśli
Portret
najwspanialszej
portrecistki
Z
46 | wogole.net
fot. Dominika Grabarczyk
Nazywano ją „Królową portretów polskich
gwiazd”. W ciągu ułamka
sekundy potrafiła zapisać
nieodkrytą do tej pory
naturę fotografowanej
osoby. Niemal jak psycholog, wydobywała w ciągu
chwili z człowieka esencję
jego osobowości. Stawiając
go na skraju nieznanego,
zapisywała jednym, małym „pstryknięciem” całe
spektrum nowo odkrytych
cech. Nie bez przyczyny
dziś nazywana polską Annie Leibovitz.
ofia Nasierowska urodziła się w 1938 r. w Łomiankach koło Warszawy. Aparat po raz pierwszy trzymała w ręku mając 7 lat. Dostała go
w prezencie od taty, który wprowadził ją w świat
fotografii. Skończyła technikum fotograficzne, później
Wydział Operatorski Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej im. Leona Schillera
w Łodzi, gdzie poznała swojego przyszłego męża. Po
studiach zaczęła fotografować. Jej wędrówka z aparatem
trwała 35 lat, dramatycznie przerwana chorobą wzroku.
Nasierowska stworzyła własny, nietuzinkowy styl. Jej
specjalnością były portrety, ówcześnie, czarno białe.
Niesamowite w jej zdjęciach jest to, że osoby na nich
przedstawione, są... po prostu piękne. Tak właśnie,
piękno to najtrafniejsze słowo opisujące jej fotografie.
Pomimo tego, że zdjęcia były czarno-białe, to odcinały
się od szarej, peerelowskiej rzeczywistości.
Fotografka za niezmiernie cenne, oprócz nienagannej
techniki, uważała zaufanie do wykonującego zdjęcia,
jak mówiła: „Zdjęcia powinien robić ktoś, komu się ufa,
kogo się lubi, nie ma wtedy skrępowania, pojawia się
spontaniczność, radość. (...) Portretowanie to praca bar-
dzo intymna, rodzaj pisania obiektywem minibiografii
– uchwycenie cech indywidualnych, nastroju, uczuć”.
Właśnie na tych dwóch filarach zbudowała niezapomniane portrety wielkich artystów lat 60. i 70. XX
wieku m.in.: Beaty Tyszkiewicz, Krystyny Jandy, Anny
German, Romana Polańskiego, Anny Jantar, Gustawa
Holoubka, Ireny Jarockiej czy Kaliny Jędrusik. Za
swoją pracę została uhonorowana tytułem „Artiste
FiaP” nadanym przez Międzynarodową Federację
Sztuki Fotograficznej, a od 1956 była członkiem ZPAF.
Dlaczego nie usłyszał o niej świat? Komunizm postawi jej nazbyt wysokie mury? Wydaje się, że szary,
smutny świat nie był dla niej. Odgradzała się od niedostatku, smutku, kolejek. Nie lubiła biegać po mieście
z aparatem, wolała skryć się w swoim małym atelier.
Skromność, którą w sobie miała, drzwi do wielkiego
świata jej nie otworzyła, mimo to Nasierowska uznana
jest za wybitną fotografkę, której prace poruszają do
dziś. „Królowa portretu polskich gwiazd” na zawsze
pozostanie wielką — nie tylko na zdjęciu.
Aleksandra Kalbarczyk, XI LO im. Mikołaja Reja
47 | wogole.net
3.
Rynek myśli
Na strychU
tak po
prostu
2.
Domino
Klocki, liczby, cyfry, kropki, punkty, ciągi, liczby, ciągi.
Czasem coś upada. Bez sensu, po prostu, klocek po
klocku. Ciągiem. Wygrasz czy przegrasz? Zagadka,
myśl, nonsens i prawda. Przyczyna i skutek. Ciąg.
1.
Praca, klocki, klocki i kropki. Mapy i inne twory.
Maszyna
Pijemy, piszemy, tworzymy. Coś i siebie. Maszyna
i maszyna. Maszyny tworzą maszyny, roboty tworzą
roboty. Robot zamieni się czasem w maszynę, tak po
prostu, jak maszyna w robota.
Niezliczone algorytmy, prawa, zasady, struktury.
Płodność
Rośliny są niesamowite, imitują nas, naszą płodność
i jej brak. Chociaż są w tym lepsze, częściej rodzą,
rzadziej swe płody psują. Płody myślowe naprawdę
przypominają płód – taki całkiem fizyczny i zakrwawiony. Z pozoru brudne, zakrzepłe, brzydkie. Dla kogoś
zdają się być wyjątkowe. Płodne, bezpłodne. Jedyne.
Wojna
4.
Pole
Wojna. Woj-na. woj? wojewódzka? Wojewódzki? Kuba?
Wszystko ma swoje pole.
na? Na Kubie? Hawana, wojna, niepodległość. Kuba
Wojewódzki? Kuba Niepodległy, Kuba Niepodległa.
Wojna.
Pole powierzchni mają kwadraty, prostokąty, koła.
Nas – ludzi, też otacza pole. Magnetyczne – rzadziej. Częściej pole uczuć, pole wyboru, pole do manewru. Nasze życie
sprowadza się do pól. A każde z nich odstępuje na końcu pola
wyobraźni, niepohamowanej, nieskazitelnie brudnej, nonszalanckiej. Wyobraźnia jest szalona, jako jedyna nie ma pola,
trwałej przestrzeni użytkowej.
48 | wogole.net
5.
Myślenie powoduje myślenie, z klocków rodzi się myśl,
myśl tworzy ciągi, kropki, punkty, ciągi.
Strzały, huk, pisk, gruz, kamienie. Lecą i świszczą.
Udają, że je boli. Nie boli. Już nie czują. Kamienie nie
żyją. Nie rodzą się martwe, co prawda. Kwestia czasu.
Czasu wiecznego, martwego, jak igła. W szpitalu, po
rannym, igła na wojnie, wojna.
Maszyna nie zadaje pytań. Maszyna najpierw strzela.
Jak robot. Jak metro na wietrze, wiatr w metrze, bez
przemyślunku, huk, maszyna strzela, metro kulę nosi.
Nosi wiatr, maszynę, robota. Myśl, i niekoniecznie.
Zasady też nosi, rzadziej ociupinkę, bezzasadnie zresztą.
Jak robot.
Maszyna.
Z podziękowaniami dla wróbli.
Artur Stachyra
V LO im. ks. Józefa Poniatowskiego
49 | wogole.net
Rynek myśli
kącik
poetycki
Cykl Woda
Autor: Paulina Borkowska, I SLO Bednarska
Sztuka latania
Upadam.
A może nie?
Nie wiem.
Nigdy wcześniej nie latałam.
Ale dziś jest inaczej,
niż gdy ostatnio spadałam.
Nie unoszę się do góry,
ani nie duszę pod powietrza ciężarem.
Tafla wody się załamuję,
gdy uderzam o nią jakby innym ciałem.
Jest brudna i zimna,
ale może właśnie to jest sztuka latania.
Pod wodą
Woda jest moim kocem,
lubię, gdy przykrywa mi twarz.
Taka ciepła i spokojna,
już nadchodzi mój czas.
Dostaje się do moich płuc,
koniec już tak blisko.
Woda jest moim kocem,
nie widzę już nic.
Pochłania mój oddech,
mokra, zimna, czarna.
Sama ze sobą,
otoczona moim kocem, moją wodą.
50 | wogole.net
51 | wogole.net
52 | wogole.net