Za poparcie z ambony podczas kampanii

Komentarze

Transkrypt

Za poparcie z ambony podczas kampanii
Za poparcie z ambony podczas kampanii
SAMORZĄDOWCY PŁACĄ HARACZ
 Str. 7
INDEKS 356441
ISSN 1509-460X
http://www.faktyimity.pl
Nr 46 (558) 18 LISTOPADA 2010 r. Cena 3,90 zł (w tym 7% VAT)
„Chcemy współpracować z różnymi środowiskami,
także z waszym, czyli z „Faktami i Mitami”, z partią
RACJA, z Partią Kobiet, ze środowiskami różnych
mniejszości również. Nie jestem za tym, aby tworzyć
na siłę jakąś jedną hybrydę mającą pomieścić wszystko
i wszystkich. To ma być taka federacja, związek różnych
środowisk i oczywiście wzajemne wspieranie się”
– oto co obiecał Janusz Palikot w obszernym wywiadzie
dla „FiM”. Trzymamy go za słowo!
 Str. 3
 Str. 14-15
 Str. 12
 Str. 12
ISSN 1509-460X
2
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
KSIĄDZ NAWRÓCONY
KOMENTARZ NACZELNEGO
FAKTY
Wyrzucenie z PiS posłanek Kluzik-Rostkowskiej i Jakubiak
ma jakoby zapoczątkować odchodzenie z partii tzw. liberałów, w tym Poncyljusza (który już jest ponoć spakowany),
obydwu Kamińskich, Bielana i Hofmana. Według sondażu
„Rzeczpospolitej”, na ewentualną partię Kluzik-Rostkowskiej
nie wyklucza oddania głosu co trzeci wyborca. Nas intryguje jedno: jeśli Mariusz Kamiński, homofob i miłośnik generała Pinocheta, uchodzi za PiS-owskiego „liberała”, to kogo
podziwiają tamtejsi konserwatyści? Hitlera, al Kaidę, Saddama Husajna?
Jarosław Kaczyński zrezygnował z zasiadania w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego z powodu ukrywania dowodów zamachu na jego brata. Plotki mówią, że niedługo na żądanie
prezesa powstanie nowa Rada ds. Przepraszania Jarosława.
Prezes PiS nie ustaje w ośmieszaniu Polski. Chce poprosić
republikańskich kongresmenów USA o pomoc w wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej. W Stanach mają z nimi rozmawiać Fotyga i Macierewicz, którzy przekażą pismo od Kaczyńskiego. Prośba dotyczy powołania niezależnej międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy smoleńskiej. Prezes PiS planuje też publikację antyrosyjskiego artykułu w jednej z amerykańskich gazet. Poza
tym wszyscy zdrowi.
Narodowcy z Młodzieży Wszechpolskiej namawiają uczestników nacjonalistyczno-faszystowskiego marszu 11 listopada, aby
zabrali ze sobą dzieci i założyli garnitury. Osładzanie wizerunku dyktatur świeckich lub kościelnych fotkami z dziećmi...
Już to w historii przerabialiśmy.
Ledwie największy na świecie Chrystus ze Świebodzina dostał głowę, a już kościelne firmy zarabiają na nim krocie.
Parafie z całej Polski masowo organizują pielgrzymki, a okoliczni sklepikarze powiększają swój asortyment o statuetki
J. Ch. Przy okolicznych jeziorach zmodernizowano infrastrukturę do sportów wodnych i wymyślono hasło „Przyjedź do Chrystusa i złap wiatr w żagle”. Czas na największą Maryję i JPII.
Prof. Magdalena Środa, zdaniem Sądu Okręgowego w Warszawie, musi przeprosić Telewizję Polską za nazwanie audycji „Misja specjalna” ubeckim programem. Oczywiście sąd
ma rację! „Misja specjalna”, tak samo jak „Warto rozmawiać”,
to przecież program przepełniony wartościami, w tym przede
wszystkim miłosierdziem i tolerancją.
„Fakt” – gazeta o najwyższym w Polsce nakładzie – donosi zupełnie poważnie, że w klasztorze karmelitów w Trutowie straszą dusze czyśćcowe, przesuwając fotele i zapalając
świece. Skąd wiadomo, że to dusze z czyśćca rodem? Bo
uspokoiły się po odprawieniu mszy w ich intencji i... podziękowały, przewracając wazon w jednym z pomieszczeń.
Po „Faktowym”: wielorybie wiślańskim oraz latającej krowie na Opolszczyźnie katolickie duchy ani nam nie są
dziwne, ani straszne.
Profesor Marcin Król, naukowiec i konserwatywny publicysta życzliwy Kościołowi, tak ocenia wzbierającą w Polsce falę antyklerykalizmu: „Mieszkam na wsi i wiem, że Palikot
ma niesłychane poparcie wśród chłopów ze względu na stopień znienawidzenia Kościoła”. Zauważmy, że ankiety poparcia dla partii politycznych przeprowadza się prawie wyłącznie w miastach. A skoro Ruch Palikota (ok. 4 proc.) ma za sobą jeszcze wieś...
Skandal nad skandale! Asystent Radosława Sikorskiego opublikował w internecie swoje zdjęcia z pobytu w Afganistanie.
Afera polega na tym, że na fotkach asystent Michał Zegarski
jest ubrany w polski mundur, a na hełm ma nałożone damskie stringi. I o co tyle szumu? Chłopak jest młody, a kultywuje rycerską tradycję. Dziś są stringi, a dawniej były apaszki, podwiązki, bukieciki...
Jan Gierada, kandydat SLD na stanowisko prezydenta Kielc,
dyrektor szpitala, a prywatnie myśliwy, tak oto wypowiedział
się na temat ewentualnej współpracy kieleckiego ratusza z
mniejszościami seksualnymi: „To jest obrzydliwe! Jestem
przeciwny gejom. Proszę państwa, nawet koza z kozą tego nie
robi”. Takt i wiedza pana Gierady na temat życia zwierząt i
ludzi zapierają dech w piersiach. SLD gratulujemy kandydata
– nawet PiS, NOP i Młodzież Wszechpolska Gierady by się
nie powstydziły!
To się nazywa chwyt wyborczy. Kandydatka SLD do sejmiku
województwa śląskiego obiecuje wyborcom, że jeśli oddadzą
na nią głos, ona natychmiast zaserwuje im SEKS. Katolików
ortodoksów szlag jasny trafia, a inni się cieszą, bo ma być:
„Skuteczniej, Efektywniej, Kreatywniej, Sumienniej”.
Kwitnie współpraca pomiędzy Toruniem i hiszpańską Pampeluną. Tamtejszy uniwersytet należący do Opus Dei zorganizował cykl wykładów w Toruniu. W Pampelunie stanął natomiast pomnik JPII, dokładnie taki jak jeden z pomników toruńskich. Oto czym „ubogacają się” dwa spore miasta – katolicką bigoterią.
Zaślepienie
P
otajemne związki kobiet z księżmi są stare jak celibat,
na poważnie wprowadzony w XII wieku jako pewien
rodzaj duchowego odreagowania po długim okresie rozwiązłości na papieskim dworze. Jeszcze przez kilka wieków dotyczył on bardziej zakonników niż księży. Zresztą
bezżenność sutannowych od zawsze przypominała prohibicję w USA. Przepis przepisem, a p...ić się chce. Obecnie – według różnych sondaży – ok. 75 proc. duchownych
współżyje z kobietami, z czego połowa w związkach w miarę stałych, a połowa z doskoku. Pozostałe 25 proc. to geje, a także pedofile, no i stare dziadygi. Żyjący w czystości stanowią granicę błędu statystycznego.
O księżowskich związkach napisano
już wiele, ale nikt nie pisał jeszcze
o stronie www.prezbiter.pl – internetowym organie powstałego
w 1998 roku polskiego Stowarzyszenia Żonatych Księży i Ich Rodzin,
które tak się przedstawia: „W skład naszej wspólnoty wschodzą księża katoliccy i osoby zakonne; zarówno mężczyźni, jak
i kobiety. Większość z nas
założyła rodziny, dlatego nie
chodzimy już w sutannach
czy habitach. Żyjemy obecnie
poza murami plebanii lub klasztoru, niemniej jednak posłannictwo Kapłaństwa Chrystusowego oraz ideały ślubów zakonnych nadal są dla nas
wartościami naczelnymi.
Ciągle jesteśmy kapłanami z powołania Bożego, a także osobami, którym prawdziwie zależy na duchowej doskonałości”. Członkowie Stowarzyszenia nie nazywają siebie byłymi księżmi, lecz księżmi żonatymi i zamężnymi zakonnicami. To ci, którzy nie potrafili
żyć podwójnym życiem w obłudzie i albo zrezygnowali sami, albo zostali pogonieni z parafii przez biskupa. W Kościele nie podoba im się właściwie tylko celibat. Są bardziej święci niż księża czynni zawodowo, choćby dlatego,
że żyją z jednym partnerem, i to po ślubie. Kiedy po zrzuceniu sutanny zamieszkałem pod Łodzią, zaprosiłem całe
to grono odszczepieńców (tak są traktowani przez Kościół) do domu. Przyjechało kilkanaście miłych par, a ja
szybko zajarzyłem, co oni za jedni. Na początek panowie
byli zawiedzeni, że nie ma u mnie warunków i sprzętu
do odprawienia mszy. – Jak to mszy? Przecież nie jesteśmy już księżmi – zbaraniałem. – Księdzem będziesz, bracie, do końca życia; chodzi właśnie o to, żeby być wiernym powołaniu – usłyszałem w odpowiedzi. – Ale po zawarciu małżeństwa cywilnego jesteśmy suspendowani,
Kościół nas wykopał! – nie dawałem za wygraną. Nic
z tego, oni wciąż czuli się namaszczonymi kapłanami. Co
więcej – każdy z nich wysłał do Watykanu wiernopoddańczą prośbę o zwolnienie ze ślubów celibatu. Oczywiście
wszystkie te pisma lądują w koszu na śmieci, więc żonaci księża piszą co jakiś czas nowe prośby. Nie mogłem tego pojąć, ponieważ ja (jak większość księży, którzy rezygnują) miałem już wówczas całą listę zastrzeżeń do teorii i praktyki Kościoła, a celibat był tylko jednym z punktów. Oni zrezygnowali, bo zaślepiła ich miłość do kobiety, ja
– bo przejrzałem na oczy. Tak nasze drogi
jednego dnia się zeszły i rozeszły. Do dziś
jednak szczerze współczuję zarówno mężczyznom, jak i ich kobietom żyjącym w związkach zawieszonych pomiędzy tęsknotą za Kościołem a życiem rodzinnym; mszą odprawianą przy ołtarzu w M4 a ząbkowaniem dziecka. Żonaci księża wciąż czują się poślubieni
Kościołowi; taki żonaty ma więc dwie żony, z tym że ta
pierwsza wzięła z nim rozwód, którego on nie chce uznać...
Nie będę opisywał całej strony www.prezbiter.pl, bo
każdy z Was może ją sam zwiedzić. Zabawną i pouczającą lekturą na forum są wpisy kobiet, które miewają różne
przygody z księżmi czynnymi zawodowo lub świeżo wyrwanymi z sutanny (choć wszystkie laski przyznają, że faceci wyglądają w nich „bosko”). Byłem na tej stronie parę lat temu i zauważam, że przez ten czas romanse z księżmi rozkwitły ilościowo i jakościowo. W dobie luźnych związków damsko-męskich, kiedy ślub biorą przeważnie desperaci, ksiądz stanowi coraz lepszą partię, a raczej metę. Niezmiennie towarzyszy temu uwielbiany przez kobiety dreszczyk emocji
– „wyjątkowość” partnera, potajemne spotkania, skradzione pocałunki itp., co notabene na dłuższą metę staje się udręką.
Wart odnotowania jest
przypadek pani, którą wyłuskał z forum i opisał
w „Wysokich obcasach”
redaktor Piotr Pacewicz.
Kobieta ta po rozwodzie
poznała księdza ze swojej parafii, jest
z nim w stałym związku, kocha go
bez pamięci, i to ponoć z wzajemnością. Niby normalka, a jednak jej
podejście do tego rodzaju związku jest chyba bardziej dojrzałe
niż księżowskich żon. Przede
wszystkim uważa, że „naiwna, jeśli nie zwyczajnie głupia, jest
każda kobieta, która myśli, że to właśnie dla niej ksiądz zrzucił sutannę
(...). Miłość może jedynie wyzwolić decyzję, która już wcześniej
zapadła w jego umyśle”. Zastanawiam się, czy każdy kapłan, który decyduje się na życie z kobietą, czuje, choćby podświadomie, że Kościół jest
instytucją fałszywą, i to nie tylko ze względu na nieludzki celibat. Jednak ta pani – nazwijmy ją Ewa – twierdzi,
że ksiądz wcale nie musi rzucać kapłaństwa, nawet jeśli
ma dziecko. Jest dumna, że jej mężczyzna staje się coraz dojrzalszym duszpasterzem. I sama pozostaje wierzącą katoliczką, choć... nie chodzi w ogóle do spowiedzi.
„Mamy wspólną miłość, a jest nią Jezus Chrystus (...).
Jak ja w ogóle mogłabym pomyśleć, żeby Panu Bogu
odebrać takiego kapłana?! O, wtedy dopiero miałabym wyrzuty sumienia!”. Ewa wie, że gdyby jej luby nie był z nią,
byłoby mu trudniej być księdzem. On to ponoć potwierdza. Kobieta podsumowuje: „Nie roztrząsam, czy celibat
powinien być zniesiony, czy nie, godzę się z normami mojego Kościoła”. A zatem godzi się z patologią, więc tak
naprawdę niewiele różni się od innych „gosposi”, z których szydzi. I trudno oprzeć się przeświadczeniu, że to
wszystko jedno wielkie zaślepienie.
JONASZ
RELAX
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
~ Jeszcze w 2002 r.
mamiony wyssanymi z palca obietnicami Kuroczycki
wspomagał ks. Marciniaka
finansowo (z posiadanej
przez nas ekspertyzy rzeczoznawcy majątkowego
dr. inż. Henryka Kozłowskiego wynika, że według
stanu na 10 czerwca 2003
r. łączna kwota nieuregulowanych zobowiązań duchownego
W
padł nam w ręce
rzadkiej urody dokument. Dowiadujemy się z niego, że
Watykan, a ściślej Kongregacja ds.
Duchowieństwa, przychylając się
do prośby ordynariusza włocławskiego biskupa Wiesława Meringa,
udziela mu zezwolenia na sprzedaż
(w slangu kościelnym – alienacja)
należącego do diecezji „gospodarstwa rolnego w Międzychodzie”, którego „wartość przekracza sumę-limit określony przez Konferencję
Episkopatu Polski”. Podpisujący ów
dokument (reskrypt) sekretarz kongregacji arcybiskup Csaba Ternyák
przypomina jednocześnie bp. Meringowi, że za wystawienie zaświadczenia jego firmie należy się tysięczna część kwoty uzyskanej ze
sprzedaży nieruchomości, a pieniądze należy wpłacić na konto papieskiego banku Istituto per le Opere di Religione lub czekiem wystawionym na kongregację.
Wyjaśnijmy w tym miejscu, że
w świetle przepisów prawa kanonicznego (respektowane są także
w sądownictwie świeckim) do ważności każdej przeprowadzanej przez
wielebnych operacji na majątku kościelnym, której wartość przekracza
ustanowiony dekretem Konferencji Episkopatu Polski limit (obecnie
minimum 100 tys. euro), wymagana jest pisemna zgoda ordynariusza, wyrażona po zasięgnięciu opinii diecezjalnej rady ds. ekonomicznych i kolegium tzw. konsultorów,
a w przypadku transakcji przekraczających próg 1 mln euro, zezwolenie musi wydać Watykan. Innymi
słowy: bp Mering znalazł kupca oferującego mu ponad 4 mln zł.
Wzięliśmy sprawę pod lupę, bo
w obrębie diecezji włocławskiej nie
ma żadnego Międzychodu, zaś
w orzeczeniach Komisji Majątkowej nie znaleźliśmy werdyktu o przyznaniu diecezji lub parafii mienia
zastępczego w postaci jakiegoś gospodarstwa położonego w obrębie
miejscowości noszącej tę nazwę.
Czyżby biskup sprzedawał Niderlandy? Okazuje się, że faktycznie
sprzedawał swoje, choć zdobyte
przez podległego mu duchownego,
i to w okolicznościach cuchnących
kryminałem...
~ ~ ~
Ksiądz prałat dr Eugeniusz
Marciniak jest formalnie kapłanem
diecezji włocławskiej, ale jako krajowy kapelan pszczelarzy grasuje
po całej Polsce. Był niegdyś sekretarzem Komisji Episkopatu ds.
Duszpasterstwa Rolników oraz dyrektorem diecezjalnego Wydawnictwa Duszpasterstwa Rolników we
Włocławku. Do dzisiaj cieszy się
ogromnymi wpływami, a pod rządami AWS rozdawał karty nawet
na szczeblu ministerstw.
Wielebny załatwił sobie w olsztyńskim oddziale Agencji Nieruchomości Rolnych dzierżawę gospodarstwa w Międzychodzie (powiat iławski, woj. warmińsko-mazurskie). Prawie 360 ha gruntów, zabudowania,
GORĄCY TEMAT
ks. Waldemar
Karasiński
Wrogie przejęcie
Biskup wziął 10 mln zł
za nieruchomość
wyłudzoną od państwa
za pięćdziesiątą część
tej kwoty...
ferma tuczników, pięć potężnych klimatyzowanych kurników, obora
na kilkaset sztuk bydła itp.
– Załatwił sobie? To trochę nieprecyzyjnie powiedziane. Owszem,
formalnie działał pod własnym szyldem, ale miał pełną aprobatę naszego biskupa Romana Andrzejewskiego (sufragan włocławski,
w latach 1988–1996 przewodniczący Komisji Episkopatu ds. Duszpasterstwa Rolników, zmarł w lipcu 2003 r. – dop. red.) otwierającego swojemu ulubieńcowi drzwi, których ten nie potrafił samodzielnie
sforsować – ujawnia emerytowany
proboszcz z Włocławka.
A gdy już mu je otworzono...
– Przetarg został oczywiście
ustawiony, bo Międzychód to był
naprawdę sam miód. Gospodarstwo
w pełnym biegu, sprawne maszyny,
czynne obiekty... Gdyby nie sutanna, nie miałby żadnych szans. Wiem,
bo uczestniczyłem w tym od samego początku. Kilka tygodni później,
razem z ks. Marciniakiem oraz Maciejem W. i Romanem Z. zawiązaliśmy spółkę Gospodarstwo Rolne Międzychód, na którą agencja
przeniosła tytuł dzierżawy. Wnieśliśmy równe udziały, ksiądz objął
funkcję prezesa, ja zostałem wice.
Mieliśmy tam zorganizować potężwobec dzierżawcy z Rąbit wynony, supernowoczesny kombinat
siła 1 mln 872 tys. 572 zł);
– wspomina Józef Kuroczycki,
~ Już po „zakupie”, w ramach
wówczas dzierżawca w sąsiadujących
programu wdrażania nowoczesnych
z Międzychodem Rąbitach.
technologii, Ministerstwo RolnicKuroczycki pracował na obu gotwa, przychylając się do wniosków
spodarstwach, opłacał z własnej kieks. Marciniaka, wpompowało w Mięszeni ludzi, poręczał zobowiązania
dzychód kwotę ok. 6 mln zł.
wielebnego osobistym
majątkiem, udostępniał
sprzęt, budował, inwestował, aż wreszcie z wydatną pomocą księdza
i ANR... został na lodzie.
Jego dramat zasługuje
na odrębną publikację, ale
dla zrozumienia ciągu dalszego odnotujmy co się
działo, zanim drogi wspólników definitywnie się rozeszły:
~ 6 grudnia 2001 r.
ks. Marciniak, jako prezes zarządu i jedyny już
właściciel spółki Gospodarstwo Rolne „Międzychód”, wykupił od ANR
dzierżawione dotychczas grunty i obiekty
warte miliony za... 198 Ks. Eugeniusz Marciniak
tys. zł. W akcie notarialnym (Rep. A nr 3774/2001) czyta~ ~ ~
my, że zapłacił gotówką 39,7 tys.
Gdy Kuroczycki zaczął twardo dozł, a resztę wielkoduszna agencja
magać się rozliczeń i przebąkiwać, że
zgodziła się odebrać w ratach rozwystąpi na drogę prawną, hacjenda
łożonych na 15 lat, zabezpieczając
zaczęła parzyć wielebnych w ręce.
się dwoma wekslami in blanco wy„Obiecując pomoc w załatwiestawionymi przez Wydawnictwo
niu wielu spraw, ks. Marciniak uzaDuszpasterstwa Rolników we Włoleżnił ją od wsparcia jego inwestycławku. Interes bez precedensu, nie
cji w gospodarstwie „Międzychód”.
licząc innych biznesów z sutannami;
Czuję się oszukany i wykorzystany”
3
– czytamy w obszernym liście rolnika wystosowanym do bp. Meringa. Pod dokumentem prezentującym całokształt „dokonań” ks. Marciniaka znajdujemy odręczny dopisek proboszcza miejscowej parafii
w Dobrzykach: „Stwierdzam wiarygodność danych w powyższym piśmie – ks. Bolesław Ejdys, 25 kwietnia 2004 r.”. Biskup oczywiście nie
odpowiedział ani słowem, natomiast
w Międzychodzie rozpoczęły się
przekształcenia własnościowe:
~ grudzień 2004 r. – ks. Marciniak przekazał Wydawnictwu
Duszpasterstwa Rolników wszystkie
swoje udziały w spółce, a do jej zarządu został dokooptowany ks. Waldemar Karasiński, człowiek
do specjalnych poruczeń bp. Meringa i ówczesny dyrektor wydawnictwa, obecnie proboszcz parafii św.
Jana Chrzciciela w Lubrańcu. Powołano radę nadzorczą z włocławskim biskupem pomocniczym Stanisławem Gębickim i ks. Lesławem Witczakiem (ekonom diecezjalny) na czele;
~ styczeń 2005 r. – naczelny
pszczelarz RP zrezygnował ze stanowiska prezesa spółki, a na jego
miejsce rada nadzorcza oddelegowała ks. Marcina Filasa, dyrektora ekonomicznego Wyższego Seminarium Duchownego. Do zarządu (już trzyosobowego) włączono
ks. Radosława Nowackiego, nowego dyrektora wydawnictwa;
~ maj 2007 r. – spółka „Gospodarstwo Rolne „Międzychód” została sprzedana braciom Andrzejowi i Tomaszowi M., biznesmenom
z branży spożywczej.
Ile biskup zainkasował?
– Nie miałam tej umowy kupna-sprzedaży w ręku, ale słyszałam
z wiarygodnego źródła, że transakcja opiewała na kwotę
ok. 10 mln zł – mówi
urzędniczka gminna.
– Według wyceny
na koniec 2005 r. tylko
w budynkach i sprzęcie Kościół, miał tam ok. 5 mln zł
i osiągnął przychód netto
ze sprzedaży w kwocie 4,8
mln zł. Nie byłbym zdziwiony, gdyby wzięli jeszcze dodatkowe 2–3 bańki pod stołem – dodaje pracownik
iławskiej skarbówki.
Stan na dzisiaj jest taki, że Kuroczycki żyje
w ubóstwie, sprawą jego
„przekręcenia” zajmuje się
prokuratura, przed trzema
miesiącami ks. Witczak
podpisał umowę z zarządem województwa kujawsko-pomorskiego o dofinansowaniu rewaloryzacji muzeum
diecezjalnego kwotą 9 mln zł, zaś
kasa procentuje na kurialnym koncie, bowiem „Pieniądze uzyskane
z alienacji należy bezpiecznie ulokować na korzyść Kościoła lub roztropnie je rozchodować” – rzecze kodeks
prawa kanonicznego.
Do sprawy wkrótce wrócimy...
ANNA TARCZYŃSKA
4
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
Z NOTATNIKA HERETYKA
POLKA POTRAFI
Zabawa na całego
Lalki z penisami, sztuczne noworodki dla bezdzietnych, udoskonalone wibratory – zabawek dla
małych i dużych dziewczynek
wciąż przybywa.
Rodzimy rynek wzbogacił się
o nowe maskotki dla pozbawionych
potomstwa pań, które próbują uporać się z niezrealizowanym instynktem macierzyńskim – sztuczne niemowlaki. Ale nie takie zwykłe, które wciska się małym dziewczynkom.
Te dla dorosłych „dziewczynek” – tzw.
„reborny” – wykonano z precyzją tak
niebywałą, że wyglądają jak żywe:
prawdziwe włosy, szklane oczka, przebarwienia na buzi, nawet gile nieestetycznie wystające z noska.
Na Zachodzie wiele kobiet traktuje te kukiełki jak prawdziwe dzieci. Wychodzi z nimi na spacery, urządza dziecięcy pokoik, kupuje ubranka. Matki sztucznych dzieci to zazwyczaj singielki lub kobiety biznesu, które nie mogą mieć swoich dzieci lub nie mają czasu na te prawdziwe (biskupi powinni tu
zawyć z zachwytu, bo
według nich z pewnością lepsze dziecko z lateksu niż z in vitro!).
Dziecko lalka nie płacze,
nie napaskudzi w pieluchę i nigdy nie urośnie, co gwarantuje przyjemność bycia młodą mamą i teraz,
i za lat kilka lub kilkanaście.
Lalki kupują także kobiety, które
straciły dziecko. Na zamówienie
można wykonać taką, która będzie
kopią nieżyjącego niemowlaka...
Kolejna kontrowersyjna zabawka wymyślona na Zachodzie, teoretycznie przeznaczona dla kilkulatek, to sikający bobas, którego głównym atrybutem jest ruchomy, całkiem spory... penis. Zazwyczaj lalki dla dziewczynek są również dziewczynkami, co oznacza, że między nogami niczego nie mają i... tak ma
być. W telewizyjnej reklamie, której u nas pewnie nie zobaczymy, widzimy dorosłego pana, dwie dziewczynki i „wyposażonego” bobasa.
Dorosły pan smyra lalkę po brzuchu, ta doznaje czegoś w rodzaju
wzwodu, dziewczynki chichoczą,
a oglądający nie wiedzą: to lekcja
anatomii dla najmłodszych czy obrazek ze strony dla pedofilów?
Słów kilka o gadżetach dla całkiem dorosłych dziewcząt. Na stronie internetowej
Seksualność-kobiet.pl znajdziemy
rozmowę z Krzysztofem Garwatorskim, dyrektorem wydawnictwa
erotycznego Pink Shop, które prowadzi sprzedaż sekszabawek. W ciągu ostatnich lat zauważono różnicę
w seksualnej samoświadomości Polaków, a Polek w szczególności. Kiedy w 2000 roku otwarto pierwszy
sklep, lwią część napalonej klienteli stanowili mężczyźni – 95 procent.
Obecnie już około 30 procent kupujących to panie, które przychodzą
po wibratory, filmy porno i środki
na potencję dla swoich partnerów.
Klientki takowych przybytków to:
dwudziestoparolatki aktywne w łóżku, lubiące eksperymentować; panie
ciut leciwe i samotne, które dogadzają sobie na własną rękę i szukają odpowiedniego oprzyrządowania,
oraz te będące w stałych związkach,
zainteresowane sposobami na pozbycie się sypialnianej rutyny.
Oferta dla panów wciąż jest jakościowo bogatsza, ale rynek sex-shopów coraz bardziej otwiera się
na kobiety. Jak daleko zaszły zmiany, widać na przykładzie przyrządu
zwanego wibratorem. Na początku
działalności mieli w ofercie
tylko 20 sztuk, dzisiaj
– 100, najtańsze już
za 20 zł. „Stereotyp matki Polki stojącej przy garach, wychowującej dzieci
i ograniczającej swoje życie
seksualne do spełniania małżeńskich obowiązków
w pozycji klasycznej
na szczęście odchodzi
w przeszłość” – spointował szef Pink Shopu.
JUSTYNA CIEŚLAK
Prowincjałki
Najpierw wmawiał swym pacjentkom niecodzienne zmiany chorobowe, później proponował specjalny stosunek seksualny, który miałby owe zmiany wyleczyć.
Zbigniew M., 49-letni ginekolog z Zakopanego. Jak się okazało – fałszywy.
Na stosunek leczniczy nabrały się (???) co najmniej dwie kobiety. Za leczenie seksem oszustowi kogutowi grozi od 2 do 12 lat więzienia.
STOSUNEK LECZNICZY
Niecodzienne souveniry przywiozła z wakacji w Egipcie 26-letnia turystka. 1400
sztuk tabletek viagry znajdujących się w jej bagażu zarekwirowali celnicy
z gdańskiego lotniska. Kobieta tłumaczyła, że tabletki przywiozła w prezencie dla swoich polskich kolegów. Za nielegalne posiadanie farmaceutyków
o wartości prawie 50 tys. zł grozi jej do 2 lat więzienia.
MIARA POTRZEB
Za ścianą gabinetu kanclerza wrocławskiej
Akademii Wychowania Fizycznego prywatna firma prowadziła gabinet odnowy biologicznej. Oficjalnie była to sauna
oraz salon masażu. Nieoficjalnie od kilku miesięcy świadczono tam usługi
seksualne w przystępnych cenach: masaż erotyczny zakończony pełną satysfakcją – 90 zł, seks oralny – 50 zł. Ci, którzy nie zdążyli, mogą tylko żałować, bo władze uczelni nakazały „gabinet” zamknąć.
STUDENTOWI NA STRES
Blachę miedzianą pokrywającą zakrystię
oraz wejścia do kościoła Podwyższenia Krzyża Świętego w Jeleniej Górze wywieźli nieznani sprawcy. Jak spekuluje lokalna policja, rzecz prawdopodobnie miała miejsce w biały dzień, a złodzieje
nie wzbudzali niczyich podejrzeń, bo wystylizowali się na ekipę remontową.
Opracowała WZ
REMONT GENERALNY
MYŚLI NIEDOKOŃCZONE
Kaczyński odsuwa ludzi zmarłego brata.
(Jan Ołdakowski)
œœœ
Bronek! Nigdy nie zostałbyś prezydentem, gdyby nie moje zaangażowanie! Byłeś i jesteś wyborem negatywnym – przeciw potworowi Kaczyńskiemu! Ludzie
ciebie nie akceptują, tylko boją się Kaczora – uznaj ten banalny fakt!
(Janusz Palikot o Bronisławie Komorowskim)
œœœ
P
olskie elity zbudowały maszynkę do produkcji
frustracji. Teraz te same elity są zdziwione, że
frustracją żywią się faszyści, nacjonaliści, PiS-owcy
i księża. Nietrudno było to przewidzieć.
Manifestacja skrajnej prawicy zapowiadana na 11
listopada wzbudziła emocje i opór różnych środowisk.
Do protestów, co cieszy, przyłączyła się redakcja „Gazety Wyborczej”, która wezwała do wygwizdania faszystów. Redaktor Seweryn
Blumsztajn, dawny opozycjonista, osobiście namawiał
do protestów przeciw protestom, a do lewicy skierował taki apel: „(...) na chwilę przestańcie dywagować o błędach
Balcerowicza i zajmijcie się faszystami”.
Pomijam już wyniosły, pretensjonalny ton takich
pouczeń. Dziwię się tylko, że ktoś tak inteligentny jak
Blumsztajn wzywa do gaszenia pożaru, a jednocześnie
namawia do zapominania o podpalaczach. Nie można rozmawiać o polskiej rozrośniętej skrajnej prawicy
bez refleksji nad tym, skąd ona się wzięła i czym się
karmi. Poza tym polskie środowiska nacjonalistyczne
to nie tylko wygolone łby i glany; to także krawaty
i muszki elokwentnych panów zapraszanych codziennie do stacji telewizyjnych i na łamy gazet. To także
księżowskie sutanny i setki ambon.
Zacznę od cytatu z Roberta Reicha, naukowca
i doradcy Billa Clintona, współtwórcy jego gospodarczych sukcesów: „Długotrwałe i dotkliwe problemy gospodarcze mogą otworzyć drogę do władzy demagogom
żerującym na lękach społeczeństwa. W znanym studium
socjologicznym 35 dyktatur stwierdzono, że kiedy ludzie
czują się zagrożeni ekonomicznie i wytrąceni z utartych
sposobów zachowania, szukają autorytetów podsuwających proste lekarstwa i kozły ofiarne”. Reich nie jest
oszalałym lewakiem – jest raczej konserwatywnym myślicielem. Ale i on widzi związek między rozwojem demagogii a niesprawiedliwością społeczną.
Nie jest kwestią przypadku, że rozkwit polskiej skrajnej prawicy miał swój początek w latach 2003–2004. To
wówczas POPiS marzył o wspólnej, konserwatywnej IV RP,
a wybory do Parlamentu Europejskiego wygrały: PO i... Liga
Polskich Rodzin. Na ulicach szalała Młodzież Wszechpolska, zaś
Lepper święcił triumfy. To wtedy właśnie po katastrofie rządów Buzka-Balcerowicza premierzy Miller i Belka z trudem radzili sobie z reanimowaniem gospodarki. Słupki wzrostu gospodarczego drgnęły wprawdzie do góry, ale zwykli ludzie tego nie odczuli
– GUS donosił wówczas o tym, że 58 proc. Polaków żyje poniżej minimum socjalnego. Innymi słowy, po 14 latach
tak zwanych reform ponad połowa społeczeństwa nie miała zaspokojonych podstawowych potrzeb, które pozwalają na normalne życie w cywilizowanym kraju. To musiało
doprowadzić do masowej frustracji. A tam, gdzie jest wielki gniew, znajdą się cwaniacy chcący zbić na tym kapitał.
Gdy już pogwiżdżemy na faszystów, zastanówmy się
raczej, co robić, abyśmy nie musieli więcej o nich myśleć. Jak zreformować system społeczny, aby nie był maszyną do produkowania milionów frustratów? A może
trzeba będzie poza faszystami jeszcze kogoś wygwizdać?
Może lobby medialno-biznesowe, które w imię zysku nielicznych blokuje prawdziwe reformy mogące zmienić nasz
kraj w miejsce bardziej przyjazne i sprawiedliwe?
ADAM CIOCH
RZECZY POSPOLITE
Wygwizdów
Język Jarosława Kaczyńskiego to język głupiego kaznodziei, a nie mądrego
polityka.
(Włodzimierz Cimoszewicz)
œœœ
W moim przekonaniu Kluzik-Rostkowska służyła złej sprawie. Pracowała
na szanse wyborcze Jarosława Kaczyńskiego i w mojej ocenie to było złe, ale
dobrze robione. Mam nadzieję, że sama wyciągnie wnioski z tych doświadczeń.
(jw.)
œœœ
Komisja Majątkowa jest synonimem choroby toczącej relacje państwo-Kościół,
a postać tego oficera Służby Bezpieczeństwa, który był głównym rozgrywającym w tej historii, jest symbolem ostatniego dwudziestolecia, jakiego nie wymyśliłby żaden pisarz.
(Roman Kurkiewicz, publicysta)
œœœ
Jestem zwolennikiem laickiego państwa. Razi mnie krzyż w Sejmie. Nie życzę
go sobie tam. Nie rozumiem, dlaczego mówienie o zdjęciu krzyża jest uważane
za atak na katolicyzm. Nie rozumiem dlaczego mówienie o homoseksualizmie
jest uważane za jego propagowanie (…). Jestem patriotą i nikt, żaden Rydzyk
czy Kaczyński – choćby ich wspierało milion Ziemkiewiczów, Terlikowskich
i Pospieszalskich – nie odbiorą mi tego.
(Jacek Poniedziałek, aktor)
œœœ
Ten człowiek nie był zbyt interesujący ani fizycznie, ani psychicznie, był za to
potwornie stremowany. Powiedział, że jest świeżo wyświęconym księdzem.
Odbyliśmy taki „szaletowy”, wystraszony i zakompleksiony stosunek w pobliżu Uniwersytetu Jagiellońskiego.
(jw., o swojej przygodzie z księdzem)
œœœ
W życiu trzeba być niedobrym, żeby coś osiągnąć. Ci wszyscy ludzie poczciwi, dobrzy, życzliwi nie zrobili żadnej kariery. Żeby zrobić karierę, trzeba być
skurwielem.
(Andrzej Łapicki, aktor)
œœœ
Umierałem raz, ale wielokrotnie ocierałem się o śmierć. Ludzie bredzą, że widzą wówczas ognik, tunel, słyszą dzwoneczek… Ja mówię, że nie ma nic, i że
śmierć nie boli. Nie należy się jej bać. Człowiek od razu jest po drugiej stronie.
(Waldemar Marszałek, mistrz sportów motorowodnych)
Wybrali: AC, JC, OH, ASz
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
NA KLĘCZKACH
SĄD BEZ WIARY
Sąd Okręgowy w Częstochowie skazał na 15 lat więzienia byłego ucznia liceum katolickiego
i ministranta Dawida M., który
w sierpniu 2008 r. (na 3 dni przed
18 rocznicą urodzin) zasztyletował ks. Wojciecha T., proboszcza
parafii w Blachowni. Prokurator
domagał się wymierzenia oskarżonemu kary 25 lat więzienia
– najwyższej, jaką można wymierzyć młodocianemu. Sąd przychylił się do wersji rabunkowej, ale
uwzględnił okoliczność łagodzącą w postaci nienagannego trybu
życia sprawcy przed popełnieniem
przestępstwa. Przypomnijmy, że
niewiele brakowało, by przy okazji do więzienia trafił również
dziennikarz „FiM” za opublikowanie wstrząsających zeznań Dawida M. o wieloletnim molestowaniu go przez proboszcza, złożonych przez niego tuż po zatrzymaniu („FiM” 36/2008). Sąd nie
dał wiary zabójcy (psycholog twierdził, że chłopak nie zmyśla!), bo
nie było świadków molestowania…
AT
JAREK OFIARĄ BIEDY
Jarosław Kaczyński chce opodatkować największe media w Polsce. Ale wymienił tylko „Gazetę
Wyborczą” i „TVN”. Dziwne, że
nie wziął pod uwagę imperium Rydzyka, który ma w garści telewizję, radio i prasę, czym wymienieni przez niego giganci mediów nie
mogą się pochwalić. Uważa, że
przez tak wielkie koncerny małe
media regionalne nie mogą zarabiać i rozwijać się, a tym samym
dziennikarze są zmuszani do pisania u konkurencji pod pseudonimami. Prezes PiS opowiedział
o swojej rozmowie z żurnalistami,
którzy żalili się mu, że mają małe
dzieci, kredyty i dużo wydatków,
przez co zmuszeni są do naginania prawdy i pisania kłamstw o...
Kaczyńskim.
ASz
do Komisji Etyki Poselskiej. A kto
przeprosi za ich ciemnotę?
JC
JEZUS KUPOWAŁBY
W TESCO
BAJZEL W KOMISJI
Wreszcie mamy największego
Chrystusa na ziemi! 8 listopada
po prawie sześciu godzinach udało się zamontować świebodzińskiemu Chrystusowi głowę i ręce. Jak
wiemy, pierwsza taka próba miała
miejsce prawie 3 tygodnie temu,
jednak z powodu warunków atmosferycznych i nieudolności pomysłodawców cokół musiał nadal cieszyć się przydomkiem jeźdźca bez
głowy. Teraz pomnik Chrystusa
Króla w Świebodzinie jest o trzy
metry wyższy niż jego odpowiednik
w Rio. Polacy są dumni? Na pewno nie wszyscy. Ot np. ks. Sowa
z TVN szydzi z monumentu, gdyż
ani papież, ani żaden liczący się katolicki duchowny nie powiedział
jeszcze ani słowa o dziele miejscowego proboszcza. Nie mówiąc już
o tym, że Chrystusowy pomnik wyciąga ręce nie ku Polsce, tylko
w stronę Tesco... Klienci już zaopatrują się w cudowną mineralną.
ASz
Panowie Andrzej Jaworski
i Zbigniew Kozak z PiS-u tak się
przejęli antykościelnymi wystąpieniami Janusza Palikota i jego
zwolenników, że postanowili…
przeprosić za nie kościelnych prominentów. Przypomnijmy: Palikot
kilkanaście dni temu pojawił się
przed siedzibą gdańskiej kurii i zostawił tam krzyż ze zdjęciem metropolity Leszka Głódzia, litr wódki oraz sznur kiełbas jako symbole „wszystkich grzechów głównych
polskiego Kościoła, w tym pychy,
obżarstwa i nieczystości”. Wspomniani panowie z PiS-u uznali to
za występek niegodny parlamentarzysty i jako posłowie znieważonej diecezji posłali Głódziowi bukiet róż, a na Palikota – skargę
Ciągle nowe kontrowersje wokół Komisji Majątkowej. Tym razem okazuje się, że Kościół katolicki otrzymał od państwa nie 107
mln złotych rekompensaty w gotówce, jak wcześniej twierdzono,
ale aż 140 mln (nie licząc gigantycznych, miliardowych rekompensat w nieruchomościach). To wzrost
o 33 miliony, czyli niemal o 1/3.
MaK
DZIENNIKARZ
ŚLEDCZY
Dziennikarz „Faktu”, zapewne
przez przypadek, sfotografował Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten
wrzucał 10 zł (zdjęcie banknotu redakcja powiększyła) romskiemu żebrakowi z dzieckiem na ręku. Obok
na stronie widać, pewnie też przypadkiem, że fotoreporter tej gazety złapał prezesa PiS na wrzucaniu pieniędzy do puszki trzymanej przez dziewczynkę „na zbożny
cel”. Nadtytuł tekstu – „Prezes
Jarosław Kaczyński ma złote serce”. Po prostu miód i wazelina! I jak nie wierzyć w to, że w Polsce dziennikarze uważnie patrzą
politykom na ręce?
MaK
PARSZYWE POPARCIE
PIS POD OŁTARZEM
OSŁY SEJMOWE
zawsze dzieli Polaków. Konferowali sami znawcy tematu, m.in. Tomasz Terlikowski, prof. Bogdan
Chazan ze Szpitala św. Rodziny
w Warszawie, który porównuje
obecną ginekologię do weterynarii,
oraz lekarz-ginekolog Tadeusz
Wasilewski, który – nawrócony niczym poseł Piecha – mówił o wspaniałościach naprotechnologii, choć
sam w przeszłości wykonywał zabiegi in vitro. Przybyli też licznie
księża i biskupi. „O dziwo”– in vitro nie zyskało poklasku...
ASz
Ewa Szymańska z PiS, kandydatka na prezydenta Legnicy, zorganizowała konwencję wyborczą
w sali znajdującej się pod podłogą
jednego z tamtejszych kościołów.
Duchowni po raz kolejni chowają
głowę w piasek. „Parafia nie ma
z tym nic wspólnego, ponieważ nie
my zarządzamy salą” – tłumaczy
ksiądz Ryszard Wołowski, proboszcz legnickiej parafii. Salą zarządza diecezjalne Centrum Jana
Pawła II. To naprawdę ogromna
różnica.
PPr
Lista tzw. VIP-ów popierających marsz neofaszystów podczas
Święta Niepodległości jest coraz
dłuższa. Do najbardziej rozpoznawalnych nazwisk należą m.in. Janusz Korwin-Mikke, Maciej
Giertych, Jan Pospieszalski, poseł Stanisław Pięta, Artur Zawisza, Ryszard Bender, Paweł
Kukiz. Organizatorzy marszu, czyli Młodzież Wszechpolska i Obóz
Narodowo-Radykalny, szczycą się
tymi nazwiskami na każdym kroku, nie zauważając, że większość
z nich to żenada, folklor i margines polityczny.
ASz
IN VITRO ŁĄCZY
W Bydgoszczy odbyła się konferencja, której tematem przewodnim było zapłodnienie metodą in
vitro. Okazuje się, że metoda ta nie
EWANGELICY
ZA IN VITRO
Na konferencji „Reformacja,
nie deformacja” polscy luteranie
wypowiedzieli się pozytywnie o metodzie in vitro. Popierają także refinansowanie zabiegów z kasy państwa. To zdumiewające, że mając
do wyboru sporo bardziej racjonalnych i demokratycznych Kościołów, tak wielu wierzących w Polsce trwa, wbrew ciągłym rozczarowaniom, przy Kościele rzymskokatolickim, alternatywie chyba najgorszym z możliwych. Siła ociężałości, czy raczej zwykły strach
przed wychyleniem się?
MaK
PRZYKŁAD Z GÓRY
W prywatnym komputerze 46letniego kościelnego z Olesna policja znalazła kilkadziesiąt filmów
z dziecięcą pornografią. Przy okazji rewizji odnaleziono także skradzione niedawno z parafii pieniądze. Jak widać, pazerność i seksualna skłonność do dzieci są zaraźliwe.
WZ
5
KRUCHTOWA
PUŁAPKA
W kurii rzymskiej musiała zapanować wielka radość, kiedy 5 biskupów anglikańskich z Wielkiej Brytanii (w tym dwóch emerytów) ogłosiło niedawno, że przechodzi do Kościoła rzymskokatolickiego. To jedyny ostatnio sukces Krk pośród samych klęsk i skandali. Powodem
od dawna sugerowanej konwersji
jest wyświęcanie w Church of England kobiet i homoseksualistów
na duchownych. Twardogłowi w Anglii nie mają zamiaru zaakceptować
zniesienia dyskryminacji i uciekają
pod skrzydła Watykanu. Papież już
w zeszłym roku stworzył specjalną
strukturę – coś w rodzaju „Kościoła anglikańsko-katolickiego” – do
przechwytywania anglikańskich wiernych. Na razie w sieć Benedykta
złapało się tylko 500 protestanckich
duszyczek, ale za nawróconymi ostatnio biskupami pójdzie może trochę
więcej wiernych.
MaK
NIELEGALNA
OCHRONA
BUNT IRLANDEK
Amerykańska organizacja obrony praw człowieka Freedom House uznała artykuł 196 polskiego
kodeksu karnego (słynna ochrona
„uczuć religijnych”) za przepis
w poważnym stopniu ograniczający wolność słowa w Polsce i naruszający naszą konstytucję oraz międzynarodowe traktaty podpisane
przez nasz kraj. Organizacja przyznaje, że ochrona „uczuć religijnych” sprzyja także kreowaniu autocenzury – np. przez twórców dzieł
artystycznych.
MaK
Biskupi w Irlandii mają kłopot.
Hierarchowie zapewniają, że Kościół
katolicki nie dyskryminuje kobiet,
jednak same mieszkanki Zielonej
Wyspy uważają zupełnie inaczej.
Aż 74 proc. irlandzkich katoliczek
uważa, że Kościół nie traktuje ich
z wystarczającym szacunkiem. Dane te przedstawił Catholic News Service. Dla porównania – tylko 7 proc.
kobiet zrzeszonych w Kościołach protestanckich uważa, że są dyskryminowane. Ta różnica daje wiele
do myślenia.
PPr
6
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
POLSKA PARAFIALNA
TRYBUNA(Ł) LUDU
Evviva Benedykt!
Przywódca Watykanu
za kolejny cel swoich
pasterskich podróży
obrał Hiszpanię.
Niemiecki Papa zaczął nauczać
już na pokładzie samolotu lecącego na Półwysep Iberyjski. „Kraj ten
zrodził się z wiary i miał wielu świętych. Obecnie rozwinęły się w nim
laickość, antyklerykalizm, sekularyzm silny i agresywny” – utyskiwał.
Jak do takich pouczeń odnieśli się
polscy internauci?
~ Do postawy antyklerykalnej
najbardziej przyczynił się sam Kościół („mistico”);
~ Polacy, wstańcie z kolan! Politycy, nie bójcie się tych kłamców!
Ludzie na to czekają! („BB”);
~ Papież i jego reprezentanci
w terenie muszą się zgodzić z zasadniczą prawdą, że ich poczynania są
już elementem folkloru danych ziem,
a nie żywą ideologią zniewolenia
(„sts49”);
~ Jeszcze niedawno wysłałby tam
zaciężne wojska, aby mieczem przywróciły porządek. Ciężko pozbyć się
takich przywilejów dobrowolnie, tym
bardziej że za nimi zawsze kryła się
ogromna kasa („wtc”);
~ Nie mogę się doczekać, aby
zganił za to samo Polskę („Polak”);
~ Panie Benedykcie, ludzie mądrzeją. Stają się odporniejsi na bajki, na strachy i zachłanność pańskich urzędników. Wkrótce do ograbienia i zniewolenia umysłowego zostaną tylko mieszkańcy najbiedniejszych rejonów świata. Nie dziwię się,
W
że bardzo to panu nie w smak
(„qm”);
~ Imperium się kurczy, wpływy
maleją. Czym tu postraszyć? („rokita”).
To nie koniec moralizowania.
Tuż przed kolejnym etapem pielgrzymki – wyprawą do Barcelony
– pouczał papież maluczkich, dziękując przy okazji swoim lokalnym
wyznawcom za hojne
wspieranie instytucji
miłosierdzia, w tym…
najwyższej na świecie
bazyliki. „Między prawdą i wolnością istnieje
związek ścisły i niezbędny. Kościół, który
pragnie służyć ze
wszystkich swoich sił
osobie ludzkiej i jej
godności, służy obydwu, prawdzie i wolności” – oznajmił zebranym. No i ta deklaracja służby człowiekowi dogłębnie poruszyła internautów:
~ Jak na razie Kościół służy mamonie
i powstawaniu nikomu
niepotrzebnych wielomilionowych budowli
finansowanych z naszych pieniędzy, za które można by nakarmić
głodnych i dać dach nad głową bezdomnym („pablo”);
~ Dziwnie w ustach człowieka,
który nawet nie ubiera się sam, brzmią
słowa o służeniu innemu człowiekowi. Totalna hipokryzja („jot”);
ścisłym centrum Torunia, tuż obok
słynnego rynku, miasto oddaje Kościołowi lokal o powierzchni 500 metrów.
Tradycyjnie – za 1 proc. jego wartości.
Radni Torunia z błogosławieństwem prezydenta Michała Zaleskiego, pupila ojca
Rydzyka, za 15 tysięcy zł oddali diecezji toruńskiej lokal wart według wyceny 1,5 mln
złotych. Pamiętajmy, że jest to ścisłe centrum
jednej z najcenniejszych pereł turystycznych
Polski. Tylko dwóch rajców sprzeciwiło się
temu skandalicznemu pomysłowi. Związani
z lewicą Krzysztof Makowski i Jarosław
Najberg do końca próbowali zapobiec realizacji chorego pomysłu swoich kolegów. Niestety, starania te nie miały wpływu na decyzję rady, zwłaszcza że inny lewicowy działacz
– Marian Frąckiewicz – wbrew swoim kolegom głosował za oddaniem Kościołowi lokalu przy zbiegu ulic Mostowej i Podgórnej.
Władze miasta twierdzą, że lokal ten próbowano sprzedać drogą przetargową, ale bezskutecznie (było tylko jedno podejście do przetargu!), więc pojawił się pomysł podarowania go Kościołowi. Diecezja wystąpiła wtedy
z wnioskiem o przekazanie jej przytulnego
~ Pragnie służyć? Za ile? („zainteresowany”);
~ Niech już Kościół nie przesadza z tym służeniem. Wystarczy, aby
nie przeszkadzał ludziom w normalnym życiu („olus”);
~ Przyślijcie dwóch księży kamerdynerów i dwie zakonnice pokojówki. Może jeszcze ekipę do sprzątania w garażu („wilga”);
~ Benedykt, zgoda, przyjmuję cię
na służbę. Na początku zamienimy
się butami i fotelami („Józef”);
~ Akurat! Mnie Kościół nie daje spać ani odpocząć, z samego rana
bije dzwon, a przez całą niedzielę słychać wycia nawiedzonych... („rotus”).
Tymczasem Kościół anglikański walczy z nietoperzami. W Lambeth Palace, rezydencji arcybiskupa
~ Kościół służy... do ogłupiania
i okradania wiernych („wrr”);
~ To niech da człowiekowi spokój i odczepi się od niego („katon”);
~ To prawda. Dali temu przykład w Świebodzinie („adb”);
Canterbury, zwołano nawet spotkanie ekspertów. Mają wymyślić, co
począć z bożymi stworzonkami, które masowo gnieżdżą się nie tylko
na kościelnych wieżach, ale i w kościołach.
kącika w celu zorganizowania muzeum diecezjalnego. Żadnego z popierających ten pomysł radnych (może raczej pierników) nie zainteresował fakt, że diecezja toruńska istnieje zaledwie od kilkanastu lat...
Cały numer jest oczywiście legalny dzięki zapisowi w ustawie o gospodarce nieruchomościami. W art. 68 ustawy czytamy:
kwadratowych w samym centrum Tounia.
To skandal!
– Kościół mówi, że stworzy w tym miejscu nowoczesne i przyciągające turystów
muzeum...
– Owszem, ale co za eksponaty może mieć
instytucja, która istnieje dopiero 15 lat! Zresztą ciekawe, z czyich pieniędzy wyremontują
Toruńskie pierniki
„Właściwy organ może udzielić za zgodą, odpowiednio wojewody albo rady lub sejmiku,
bonifikaty od ceny ustalonej zgodnie z art. 67
ust. 3, jeżeli nieruchomość jest sprzedawana:
Kościołom i związkom wyznaniowym, mającym uregulowane stosunki z państwem, na cele działalności sakralnej”.
~ ~ ~
Zadzwoniliśmy w tej sprawie do radnego Jarosława Najberga:
– Sam chętnie kupiłbym to lokum za 15
tysięcy złotych. Przecież to 500 metrów
ten lokal. Nawet nie chcę myśleć, że za miastowe...
– Niedawno zaczęła się u was budowa
kościelnego Centrum Dialogu. Całość
przedsięwzięcia będzie kosztować 17 milionów złotych, a miasto na ten cel przekazało 3 miliony. Czy nie byłoby to lepsze
miejsce na muzeum? Zwłaszcza że to centrum również będzie należeć do diecezji.
– Oczywiście, że tak. Ale Centrum Dialogu jest budowane 1,5 kilometra od toruńskiego rynku – to się Kościołowi nie opłaca.
~ Krwiopijcy jedni i drudzy...
(„kosmitka”);
~ Za to w Polsce w kościołach
zalęgły się pijawki („lokator_wawelu”);
~ No to jak to może być
– Wszechmogący Pan jest bezsilny
wobec nędznych stworzeń, które mu
paskudzą na ołtarz? („były ministrant”);
~ To chyba lepsze dla tego Kościoła niż dla innego zmaganie się
z plagą pedofilów („jondromahore”);
~ Ochrzcić, a potem pierwsza
komunia, bierzmowanie, konfirmacja i same znikną. Przetestowane
na wiernych („maac”).
Po 20 latach fałszywego kapłaństwa – odprawiania mszy oraz słuchania spowiedzi – wpadł
w końcu 84-letni dziś
„ksiądz Tomasso”. Każdego lata stawiał się
w parafii nieopodal Werony, aby pomagać w posłudze tamtejszym duszpasterzom. Nikt się nie
pokapował, a zupa wylała się dopiero wówczas,
gdy ksiądz nie ksiądz trafił do szpitala:
~ Ja udawałem Aleksandra VI. Krótko, ale fajnie było („saikokila”);
~ A co to za różnica: oszust prawdziwy czy
udawany? („max666”);
~ Wszyscy czarni
(niezależnie od ubioru)
oszukują, opowiadając
bajki o raju i Jezusku
(„Cecylia”);
~ Zazdroszczę pomysłu na życie. Ale miał
ubaw („ón”);
~ I gdzie tu sensacja? U nas takich są tysiące? („Radek”);
~ Przecież oni wszyscy udają
księży. Prawdziwych już dawno nie
ma („kjl”).
JULIA STACHURSKA
Natomiast z tą budową Centrum jest jeszcze inna ciekawa rzecz. Otóż wszyscy podają, że mieści się ona przy placu Frelichowskiego, a tak jest tylko na papierze. Centrum
Dialogu jest przy dużo atrakcyjniejszej ulicy Sienkiewicza, bo nawet drzwi wejściowe
znajdują się przy tej ulicy. Wiedzą państwo,
biskup diecezjalny jest honorowym obywatelem Torunia. On naprawdę w tym mieście ma wpływ na sporo rzeczy. Zresztą sympatia, jaką darzy ojca Rydzyka nasz prezydent, też ma znaczenie.
~ ~ ~
Zasługi, jakimi wykazał się biskup diecezjalny Andrzej Suski, są naprawdę godne „podziwu”. Został honorowym obywatelem miasta Kopernika chyba wyłącznie dlatego, że przyczynił się do budowy Wyższego
Seminarium Duchownego i wydziału teologicznego na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Podobno też dzięki Suskiemu JPII odwiedził Toruń.
Sprawę darowizny będziemy bacznie śledzić i kontrolować, czy rzeczywiście Kościół
wyremontuje stary lokal za swoje pieniądze.
ARIEL KOWALCZYK
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
~ Wejherowo. Obecny prezydent Krzysztof Hildebrandt (swego czasu sympatyzujący z PO, obecnie startuje z listy Komitetu Wyborczego Wyborców „Wolę Wejherowo”) za dotychczasową pracę
na rzecz miasta jest przez swoich
oponentów mocno krytykowany.
A że na plecach czuje zbliżający
się oddech rywali, „powiesił się” tuż
przy kościelnej wieży. Wielki baner
zachęcający do wyboru Hildebrandta na prezydenta przysłania wiernym ich kościół Chrystusa Króla,
z czego bynajmniej nie są zadowoleni. Efekt prezydent osiągnął zamierzony – intensywnie się o nim
w mieście dyskutuje.
~ Kraków. Miastem zarządza
Jacek Majchrowski (popierany
przez SLD), słynny ze względu
na walkę, jaką toczy z kościelno-rządową Komisją Majątkową. Nie zawsze jednak pan prezydent bywa tak
samo negatywnie nastawiony do rozdawania miejskiego majątku na cele religijnego kultu. Popatrzmy: Centrum Jana Pawła II w Łagiewnikach
(m.in. multimedialne muzeum JPII,
centrum konferencyjne, dom rekolekcyjny z kaplicą, dom pielgrzyma, hotel i park medytacyjno-rekreacyjny), a więc kościelny sposób, aby
na pamięć o Ojcu Świętym wyrwać
od miasta intratne grunty, sprawdził się tu znakomicie. List intencyjny podpisany pomiędzy prezydentem Majchrowskim a kardynałem
Dziwiszem umożliwił „sprzedaż”
gruntów na rzecz Centrum. I tak
ponad 0,67 ha o wartości prawie 1
mln zł kuria już wzięła za 2 proc.
wartości. To nie koniec. Kolejne
działki zostały oddane w roczne bezpłatne użyczenie w sierpniu i wrześniu br. Kiedy skończy się umowa,
mają – według dzisiejszych ustaleń
– stać się własnością firmy kardynała Dziwisza. Oczywiście, z zastosowaniem minimum 90-procentowej
bonifikaty. Jacek Majchrowski jest
jawnie i głupio dumny z inwestycji.
„Kraków to jedyne miasto, które było świadkiem niemal całej życiowej
drogi Karola Wojtyły – od studiów,
aktorstwa, poprzez narodziny jego
powołania kapłańskiego i posługę biskupia, aż po jego pielgrzymki papieskie. Ta inwestycja to podziękowanie Janowi Pawłowi II za wszystko, co dla nas zrobił (...). To także
symbol połączenia Jana Pawła II z Krakowem. Jana Pawła, który kochał Kraków, i Krakowa, który kochał Jana Pawła. Cieszę się, że
Urząd Miasta może aktywnie włączyć się w budowę tego wielkiego pomnika dla Jana Pawła II” – głosi
prezydent Krakowa. Biorąc pod
uwagę, że koszt całości szacowany
jest na około 200 mln zł, z tej radości Majchrowskiego wyborcy nie
powinni być zadowoleni.
~ Lębork. Tutaj, sposobem starym, ale sprawdzonym, władza postanowiła popieścić proboszczów. 63
tysiące złotych z miejskiej kasy przeznaczyła na remont dwóch lokalnych świątyń – sanktuarium św. Jakuba Apostoła oraz kościół NMP
Królowej Polski. Stosowną umowę podpisano w urzędzie miasta.
We wdzięcznej pamięci ks. dziekana Henryka Krenczkowskiego oraz o. Piotra Pawlika zapisał
się tym samym burmistrz Włodzimierz Klata (Porozumienie Samorządowe – Ziemia Lęborska). „Pomoc ze strony miasta nie jest formą
KOŚCIELNY ROZBIÓR POLSKI
robi dobrze zarządcy cmentarza parafialnego, powiększając jego teren
za miejską kasę? – zastanawiają się
mieszkańcy. Tym bardziej że jeszcze niedawno zapewniał, iż to nie
miasto, a parafia będzie wykupywała tereny potrzebne pod rozbudowę nekropolii. No, ale że wybory się zbliżają... Najpierw z księdzem
– Nasi radni ciągle się zajmują atrakcyjnością miasta. Szkoda,
że nie biorą pod uwagę wysokiego bezrobocia i nie zajmą się tworzeniem lepszych warunków dla
firm i miejsc pracy – zauważa jeden z mieszkańców.
~ Włocławek. Również tutaj
postawiono na atrakcyjność. I tak
„Idź i głosuj świadomie” – zachęca
przedwyborcza kampania społeczna.
I słusznie, bo choć antyklerykalizm staje się
ostatnio modny w wielkiej polityce,
to w zaciszu lokalnych gabinetów rodzą się
pomysły obrzydliwie prokościelne.
Głosuj
świadomie!
finansowania życia parafii, ale sposobem na zmniejszenie ciężaru związanego z koniecznością renowacji zabytkowego wyposażenia tych kościołów”
– podsumował burmistrz Klata.
~ Ogrodzieniec. Władze miasta i gminy budują księdzu proboszczowi parking za ponad 350 tys. zł
(na zdj.). Co pan burmistrz Andrzej
Mikulski jeszcze obiecuje zrobić,
jeśli wygra nadchodzące wybory?
Otóż obiecuje m.in. kolejny parking
przy kościele w Gieble i przy cmentarzu parafialnym w Ryczowie. – Jest
wiele rzeczy do zrobienia, np. niedokończona kanalizacja, dziurawe
drogi, brak chodników, jednak dla
pana burmistrza wyższym celem jest
dobro kościelne. Przy okazji zbliżających się wyborów mieszkańcy
powinni wziąć powyższe pod uwagę – ma nadzieję pan Marian,
mieszkaniec Ogrodzieńca.
~ Konin. W mieście wkrótce
zabraknie miejsc pochówku. Żeby
temu zapobiec, władze Konina i sąsiadujących z nim miejscowości – Żychlina i Starego Miasta – podpisały porozumienie w celu utworzenia
międzygminnego cmentarza komunalnego. Pięknie. Tylko dlaczego
prezydent Kazimierz Pałasz (SLD)
Tomaszem Michalskim miasto
podpisało porozumienie, na mocy
którego zadeklarowało m.in.: gotowość wykupu gruntów (podpisano
już umowę z jednym z właścicieli,
trwają rozmowy z kolejnymi), wykonanie parkingu o pow. ok. 3 tys.
mkw., drogi dojazdowej, a także dokonanie darowizny na rzecz parafii
terenów przeznaczonych pod poszerzenie cmentarza. Z kolei parafia
– uwaga! – łaskawie wyraziła gotowość na przejęcie i prowadzenie tego „jarzma”.
~ Sanok. Tutejszy burmistrz
Wojciech Blecharczyk (niegdyś
SLD-UP, obecnie Komitet Wyborczy Wyborców Wojciecha Blecharczyka – Dla Sanoka) za wszelką cenę chce poprawić atrakcyjność turystyczną miejscowości. Między innymi poprzez... renowację polichromii w kościele przyklasztornym o.o.
Franciszkanów oraz budowę parkingu wielopoziomowego w okolicach
rynku miejskiego. Teraz o kosztach:
całkowita wartość projektu to szacunkowo 10 199 905,51 zł, wnioskowane dofinansowanie z Unii – 3 mln
zł, wkład własny miasta Sanoka
– 7 186 905 zł. Ile dadzą ojczulkowie? Całe 13 tys. zł!
– lokalny program rewitalizacji obejmuje m.in. remont konserwatorski
kościoła św. Witalisa, bazyliki katedralnej, kościoła św. Jana, dawnej
dzwonnicy wraz z zagospodarowaniem otoczenia, rozbudowę Muzeum
Diecezjalnego oraz przebudowę biblioteki Wyższego Seminarium Duchownego (wzmocnienie stropów
i dostosowanie pomieszczeń do składowania księgozbioru). Wszystko to
w ramach porozumienia pomiędzy
prezydentem Andrzejem Pałuckim
(SLD) a biskupem Wiesławem Meringiem. Porozumienia o współpracy – dodajmy. „Cieszę się, że kuria
biskupia i sam ksiądz biskup współpracują z miastem w zakresie rewitalizacji śródmieścia. To właśnie dzięki takiej współpracy możemy ten proces realizować” – deklaruje prezydent. Sprawdziliśmy, na czym owa
współpraca polega. I okazało się,
że projekt, który zakłada odnowę
kurialnych włości, będzie kosztował
ponad 16 mln zł. Od Unii miasto
dostało 10 mln zł. Resztę dołoży
z własnej kasy. Jaka w tym wszystkim rola biskupa Meringa, który nie
zapłaci ani złotówki? Ano zgodził
się wielkodusznie na to, aby mu jego własność miasto wyrychtowało!
7
~ Szczecin. Miasto zarządzane przez Piotra Krzystka charakteryzuje się szczególną uniżonością
w stosunku do Kościoła kat. Oprócz
wielkich podarunków (m.in. szpital
miejski wart 20 mln zł oddany boromeuszkom za 0,1 proc. wartości!)
nie gardzi lokalny Kościół także
drobniejszymi. Zarząd Dróg i Transportu Miejskiego obdarowywał jedną z parafii zabytkowymi granitowymi płytami pochodzącymi z przeróbki śródmiejskich ulic. Sprawa
na światło dzienne wyszła dzięki interpelacji radnego SLD Jędrzeja
Wijasa. „Co się dzieje z tymi płytami granitowymi, które nie zostały umieszczone w chodniku? Jest to
bardzo cenny i rzadki już surowiec.
Czy zostaną wykorzystane na potrzeby miasta?
Czy
zostały
sprzedane? Jeśli tak, to w jakim trybie i za
jaką
cenę?”
– dopytywał radny. Zastępca prezydenta Beniamin Chochulski
wyjaśnił, że wszystkie zdemontowane płyty są
w miejskim depozycie.
Problem
w tym, że to nieprawda, bo część
z nich leży już
na placu u proboszcza Niepokalanego
Serca NMP. Mienie
komunalne trafiło do proboszcza jako darowizna, ale biedak nie może
znaleźć nikogo, kto mu za frajer płyty ułoży.
~ Nysa. Tutejsza władza pokazała, że można Kościołowi odmówić! Lokalny Dom Pomocy
Społecznej dla kobiet przewlekle
psychicznie chorych prowadzą siostry boromeuszki. Źle im się nie
wiedzie, bo za każdą podopieczną dostają od państwa 22 tys. zł
rocznie – na leczenie, utrzymanie
oraz bieżące remonty obiektu.
Właśnie z tymi ostatnimi siostrzyczki mają kłopot. Swoją prywatną
nieruchomość doprowadziły do stanu, który nie pozwala wziąć udziału w rozpisanym na kolejny rok
konkursie na prowadzenie DPS.
O pomoc zwróciły się więc
do władz miasta. Chciały – bagatela! – 400 tys. zł na wkład własny
w celu starania się o unijne dotacje. Ale nie dostały, bo burmistrz
Jolanta Barska wniosek zaopiniowała negatywnie, uznając, że
Kongregacja Sióstr Boromeuszek
z siedzibą w Trzebnicy powinna
o wsparcie poprosić raczej... Archidiecezję Wrocławską. Barską
poparł również jeden z nielicznych
radnych sprzeciwiających się projektowi – Jan Satora (SLD).
Światli, świadomi Polacy, głosujcie zatem na Barską i Satora! I na im podobnych. Niestety
– nielicznych.
JULIA STACHURSKA
8
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
A TO POLSKA WŁAŚNIE
Łańcuszek Chlebowskiego
Zanim poseł Zbigniew Chlebowski padł rażony
tzw. aferą hazardową, zdążył w swoim
mateczniku usupłać sieć układów pozwalających
mu zachować wpływy i możliwość udziału
w podziale rozmaitych fruktów,
niekoniecznie politycznych.
Przed tygodniem opisaliśmy
(„Powrót posła” – „FiM” 45/2010),
jak trzech lokalnych działaczy Platformy Obywatelskiej niemających
bladego pojęcia o rolnictwie doprowadziło do fazy prywatyzacji państwową Stadninę Koni „Strzegom”,
wykupioną w czerwcu 2010 r. przez
spółkę „G(...)lux”, która – dysponując kapitałem w wysokości niespełna 60 tys. zł – wyłożyła na stół 7,2
mln zł za 533,9 ha gruntów rolnych,
kompleks budynków mieszkalnych
i gospodarczych oraz kamienicę
w centrum Strzegomia. Pikanterii
tej transakcji dodawał fakt, że kupiec działał dotychczas w rolnictwie
tylko na papierze, a jedynym doświadczeniem biznesowym współwłaściciela i prezesa zarządu
„G(...)lux” – 28-letniego Sebastiana L. – było bliskie pokrewieństwo
z Bogusławem L., słynnym niegdyś
(w latach 2003–2004) na całą Polskę
mózgiem mafii paliwowej. Owymi
politykami PO byli natomiast:
~ Lechosław Chruścielewski
– działacz ze Strzegomia ustanowiony członkiem rady nadzorczej Stadniny, przyjaciel i wspólnik w interesach
posła Chlebowskiego, od kilku miesięcy wiceprzewodniczący zarządu powiatowego tej partii w Świdnicy;
~ Roman Ptak – członek rady nadzorczej Stadniny, będący
na co dzień wiceburmistrzem, a od
listopada 2009 r. pełniącym obowiązki burmistrzem Niepołomic
(woj. małopolskie). W wyborach samorządowych ubiega się o ten urząd
pod szyldem apolitycznego komitetu Razem dla Miasta i Gminy;
~ Mirosław Szymański – prezes zarządu Stadniny, współwłaściciel wrocławskiej spółki „Towarzystwo Ochrony Medycznej”, kandydat PO do Rady Powiatu Świdnickiego z okręgu Strzegom.
~ ~ ~
– Grunty w okolicach Strzegomia są w cenie, bo mamy dookoła
ogromne zasoby granitu, a nasz plan
zagospodarowania przestrzennego
otwiera bramę do nowych inwestycji wydobywczych. To będą po prostu kopalnie złota – mówi pracownik urzędu miasta.
Co w tej sytuacji zrobił funkcjonujący na miejscu człowiek posła Chlebowskiego do specjalnych
poruczeń? Ponieważ nie miał wystarczająco dużych środków finansowych, żeby samodzielnie zająć się
tym tortem, zawiązał układ z innymi członkami rodziny „ojca
chrzestnego” Bogusława L. I oto
wśród wspólników Chruścielewskiego znaleźli się:
~ Radosław L. – prokurent
(pełnomocnik posiadający pełną
zdolność do czynności prawnych)
w spółce „Rc Granit”, założonej
przez pana Lechosława w kwietniu 2010 roku. Na własny natomiast
rachunek Radosław kontroluje spółkę „D(...)G”, która działa od kwietnia 2009 roku. Jest jej współudziałowcem oraz prokurentem;
~ Bartłomiej L. – ten zaledwie 22-letni młodzieniec jest razem
z Chruścielewskim współwłaścicielem spółki „L(...)D”, założonej
w październiku 2009 r.
Warto w tym miejscu podkreślić, że obaj panowie L. są członkami najbliższej rodziny Wioletty L., która w grudniu 2004 r. przejęła schedę po tandemie Chlebowski-Chruścielewski we wrocławskiej
spółce „Bud-Prim” (przy wypełnianiu oświadczeń majątkowych poseł na śmierć zapomniał o udziałach w tej firmie).
Cechą charakterystyczną spółek
„G(...)lux”, „Rc Granit”, „D(...)G”
i „L(...)D” jest ich niemowlęcy wiek,
deklarowany profil działalności (wydobywanie żwiru, piasku i kamieni,
działalność usługowa wspomagająca górnictwo itp.) oraz umiejętność
pozyskiwania sympatii urzędników.
Przykładowo: po upływie zaledwie
trzech miesięcy od złożenia przez
„D(...)G” wniosku o wyrażenie zgody na uruchomienie w Strzegomiu
nowej kopalni burmistrz Lech Markiewicz (bezpartyjny) podpisał 31
sierpnia 2010 r. papiery zezwalające wspólnikowi wspólnika posła Chlebowskiego na wydobycie i przerób 750 tys. ton granitu rocznie. Ze sprzedażą towaru
nie będzie żadnego kłopotu, skoro
na przykład Niepołomice – rządzone przez wspomnianego na wstępie działacza PO Romana Ptaka
– kupiły sobie niedawno w Strzegomiu kamienia za prawie 1,3 mln
zł, żeby wybrukować rynek i ul. Zamkową, choć gruntowne remonty ich
nawierzchni przeprowadzono zaledwie przed czterema i dwoma laty.
A Stadnina? Odwiedziliśmy ją
przed kilkoma dniami i nie uświadczyliśmy tam nawet osiołka.
– Słyszałem, że obiekt będzie
służył jako baza kopalni i zakład
przerobu kamienia – twierdzi były
pracownik gospodarstwa.
Działacze PO ze Świdnicy zasiadający w radzie nadzorczej Przedsiębiorstwa Rolnego Stary Jaworów
(ponad 2,5 tys. ha na terenie pięciu gmin powiatu świdnickiego) zakończyli właśnie doprowadzanie tej
państwowej firmy pod prywatyzację. Zdecydowanym faworytem
przetargu jest egzotyczna spółka
„E(...)t”, zarejestrowana w maju
2010 roku. Kto tym razem będzie
„ojcem chrzestnym”? Według naszych informatorów, tropy prowadzą
do pewnego zgranego tandemu...
ANNA TARCZYŃSKA
Sanktuarium
wypadkowe
W
miejscowości Zabawa niedaleko
Tarnowa powstaje ogromny pomnik
poświęcony ofiarom wypadków i katastrof komunikacyjnych oraz przemocy. Czy
to przypadkiem nie pomysł na wypełnienie kolejnej luki biznesowej?
Inicjatorem przedsięwzięcia jest Stowarzyszenie Przejście, według którego taki pomnik jest dużo lepszym rozwiązaniem niż
przydrożne krzyże. „W wielu wypadkach te
krzyże zostały już zapomniane, a nawet są
przedmiotem lekceważenia, by nie powiedzieć bluźnierstwa” – czytamy na stronie
stowarzyszenia. Nie do końca wiemy, o jakie bluźnierstwa chodzi, jesteśmy natomiast
przekonani, że bezprawne stawianie krucyfiksów przy drogach powinno być karane, a samowolki natychmiast usuwane.
Czym mogą grozić kierowcom, pisaliśmy
niejednokrotnie. Z postawy i wypowiedzi
członków Stowarzyszenia, które jest silnie
związane z... sanktuarium bł. Karoliny w Zabawie, wnioskujemy, że ich zdaniem taki
pomnik jest dużo bardziej potrzebny niż
światła, rogatki itp.
„Wpływ na naszą decyzję miały także ostatnie wydarzenia. Nasi rodacy zginęli w tragicznym wypadku autokaru pod Berlinem. Modliliśmy się w ich intencji w sanktuarium bł. Karoliny. Przede wszystkim chcemy objąć troską
wszystkich, którzy doświadczyli tragedii, żeby mieli tutaj swoje miejsce. Modlitwą obejmujemy także ofiary tragicznego
wypadku, do którego doszło
w okolicach Nowego Miasta
nad Pilicą” – powiedział ks. Projekt pomnika
Szostak z sanktuarium w Zapunktach w całym kraju (!!!) budować
bawie. Oczywiście, jak sami inicjatorzy przypomniki upamiętniające ofiary wypadków
znają, pomnik nie mógłby powstać, gdyby nie
drogowych.
pieniądze prywatnych sponsorów. Nie udało
Diecezja tarnowska informuje, że pomnik
nam się poznać kosztu budowy długiego na 40
i miejsce wokół będą tworzyły swoistą aleję
metrów monumentu, wiemy natomiast, że popamięci ofiar. „Przygotowywana jest też daldobne konstrukcje to wydatek paru milionów
sza część alei pamięci, obok drzew będą słuzłotych, a za taką kwotę można wybudować
py i kamienie, na których znajdą się informakilkadziesiąt sygnalizacji świetlnych, rogatek
cje, ile osób zginęło i uległo wypadkom w daczy rond, które są bardziej skuteczne w zanym roku. Do sanktuarium można też przypewnianiu bezpieczeństwa na drogach. Niewozić krzyże przydrożne upamiętniające wystety, instytucje kościelne myślą innymi kapadek drogowy. Przy pomniku będą one uszategoriami. „Wydaje się, że najwłaściwsze odnowane i z należnym szacunkiem złożone
czytanie tego zjawiska domaga się wyznaczew godnym miejscu.
nia odpowiednich miejsc, które służyłyby upaW sanktuarium bł. Karoliny prowadzona
miętnianiu ofiar wypadków drogowych, które
jest też księga pamięci ofiar wypadków drogoprowadziłyby do pojednania między ofiarami
wych; codziennie pali się przy niej świeca oraz
i sprawcami, które służyłyby pomocą w pogokażdego 10 i 18 dnia miesiąca trwa modlitwa
dzeniu się z przeżytą tragedią (…). Te przyza zmarłych zapisanych w księdze pamięci”.
drożne krzyże o to wołają”.
Oczywiście, takie modlitwy to są drogie
Nielegalnie stawiane krzyże i kaplice już
rzeczy. A sanktuarium wypadkowe powstanie wystarczają. Według Stowarzyszenia, „te
je nie po to, żeby do niego dokładać...
zadbane należy zostawić”, a w wyznaczonych
W okolicach Tarnowa Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad wyznaczyła dwa tzw. czarne punkty, gdzie doszło
do 51 wypadków, w których zginęło 16 osób,
a 77 zostało rannych. W całym kraju oficjalnie jest kilkadziesiąt takich feralnych
miejsc, a nieoficjalnie – jeszcze więcej. Kiedy za Stowarzyszeniem Przejście pójdą następne, będziemy mieli w Polsce prawdziwy las betonowych ścian, które – zamiast
pomóc – mogą być przyczyną tragicznego
wypadku. Mieliśmy już przykład tragedii,
kiedy młody chłopak jadący na motorze zderzył się z przydrożną kamienną kaplicą. Wypadku, niestety, nie przeżył (patrz „FiM”
nr 36/2010).
Na szczęście oprócz sponsorów wszelkich
inicjatyw są również tacy, którym zależy na ratowaniu życia, a nie upamiętnianiu go na siłę poza cmentarzami. Stawiajmy na ulicach
znaki drogowe, a nie sakralne!
ARIEL KOWALCZYK
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
H
istoria spotkania Pawła S., funkcjonariusza
policji z Ustrzyk Dolnych, z arcybiskupem
Józefem Michalikiem rok temu obiegła cały kraj. Wśród tych, którzy
wyciągnęli rękę w geście pomocy policjantowi, byli także Czytelnicy
„FiM” (por. „Czarna owca” 43/2009).
Ale przypomnijmy:
Paweł S. do policji wstąpił
w 2003 r. Przez kilka lat pracował
w Komendzie Powiatowej w Ustrzykach Dolnych, gdzie podnosił kwalifikacje i doskonalił umiejętności.
Wszystko po to, aby się wybić. Jego kariera została przerwana 20
sierpnia 2008 r. Tego dnia zatrzymał do kontroli drogowej samochód,
którego kierowca popełnił dwa podstawowe wykroczenia drogowe
– przekroczenie dozwolonej szybkości oraz brak zapalonych świateł.
Wykroczenia były standardowe, kierowca – nie. Był to Stival Cianciarello – dostojnik z Watykanu. Wraz
z nim podróżował (jak się wkrótce
okazało) metropolita przemyski arcybiskup Michalik, który podczas
kontroli sucho zauważył, że funkcjonariusz nie wie, kogo zatrzymuje, a poza tym gnębi porządnych ludzi. Paweł S. ludzi zwykł traktować
równo, toteż kierowcy wlepił 200złotowy mandat.
Dwa tygodnie później wylądował na dywaniku u zastępcy komendanta powiatowego w Ustrzykach
Dolnych. Okazało się, że Michalik
z reklamacją na postawę funkcjonariusza zgłosił się do komendy wojewódzkiej. Nie bardzo wiedzieli, co
z taką czarną owcą zrobić. W końcu – zamiast pochwały za solidnie
wykonywaną robotę – został Paweł
S. karnie przeniesiony do patrolu.
Oficjalnie – z powodu braków kadrowych. Nieoficjalnie – żeby sprawa ucichła.
Tyle że ona ucichnąć nie chciała. Paweł S. był ciągle nagabywany
przez przełożonych w związku z tamtą nieszczęsną interwencją. W końcu nie wytrzymał szykanowania.
– Praca w tych warunkach była nie
do zniesienia. „Nadopiekuńczość”
przełożonych doprowadziła do tego, że musiałem skorzystać z poradni zdrowia psychicznego. Coraz częściej widziałem wokół siebie dziwnych ludzi z różnymi propozycjami
– wspomina.
W lutym 2009 r. napisał raport
o zwolnienie ze służby. Ta decyzja
nie zakończyła jednak jego wyboistej
drogi przez mękę. – Nie wiedziałem
wówczas, że najgorsze dopiero nadchodzi – mówi dziś Paweł S.
31 marca 2009 r. o godzinie 6
rano w domu byłego już policjanta z prokuratorskim nakazem przeszukania zjawili się funkcjonariusze
Biura Spraw Wewnętrznych. Szukali... broni i granatów. Nie znaleźli. Paweł S. i tak trafił do aresztu.
– Ciągle mi powtarzano, że mam
grube zarzuty i najlepiej, żebym
się od razu przyznał, bo w przeciwnym razie długo nie zobaczę rodziny – opowiada.
Następnego dnia usłyszał te zarzuty. Razem 13. Wynikało z nich,
że jest niebezpiecznym handlarzem
bronią i szefem zorganizowanej 10osobowej grupy przestępczej, który
w nieustalonym dniu 2008 roku
sprzedawał nieustalonej osobie wykopane z ziemi militaria nieustalonej marki (chodzi o broń zabytkową sprzed I wojny światowej, według opinii biegłych nienadającą się
do użytku – dop. red.) za nieustaloną kwotę! Problem w tym, że były
policjant bronią nigdy nie handlował. Jest – owszem – pasjonatem historii, spacerów z wykrywaczem metali i wygrzebywania z ziemi różnych
trofeów z I i II wojny światowej.
W czasie, gdy osadzony w areszcie Paweł czekał na dzień, w którym prokurator Aurelia Skiba zbierze w końcu dowody jego przestępczej działalności, jego rodzina (żona wraz z dwójką małych dzieci)
przymierała głodem. W końcu ojciec Pawła napisał list do arcybiskupa. „Wręcz tragiczna sytuacja materialna synowej i naszych wnuków nie
znajduje wśród urzędników organów
ścigania żadnego zrozumienia. Przeciwnie, kpią z choroby dzieci i ich
POLSKA PARAFIALNA
handlarzy bronią” do dziś się nie odbyła.
Prokuratora wciąż nie skierowała do sądu aktu oskarżenia
i – jak 8 października 2010 r.
poinformowała „FiM” prokurator Wiesława Basak – nie
wiadomo, kiedy to nastąpi.
– W majestacie prawa zrobiono ze mnie kryminalistę
zagrażającego porządkowi
prawnemu, za właściwe wykonywanie obowiązków
służbowych siedziałem
w zakładzie karnym,
a moi przełożeni zostali nagrodzeni stanowiskami, bo stanęli w obronie arcybiskupa Michalika – mówi rozgoryczony.
Po tym jak na dobre
opuścił szeregi Policji, imał
się każdego zajęcia, żeby tylko utrzymać rodzinę. Nie ukrywa, że bardzo pomogli ludzie,
wśród nich Czytelnicy „FiM”, którzy nie pozostali obojętni na zgnojonego przez hierarchę człowieka.
Tak czy inaczej, dorywcze środki nie zapewniały spokojnego życia.
Paweł S. założył w końcu własną
Czarna owca
(2)
„Trzeba bardziej pogłębiać wrażliwość
na człowieka” – takie słowa padły z ust
arcybiskupa Józefa Michalika w dniu, kiedy
odbierał gratulacje z tytułu reelekcji na stanowisko
przewodniczącego Episkopatu Polski.
Jak mają się te słowa do biskupich czynów?
niedostatku, zastanawiając się,
czy 400 zł na wyżywienie rodziny to
dużo czy mało. Wręcz nie dopuszczam do siebie myśli, że zdarzenie
było z inspiracji Księdza Arcybiskupa, by o tym incydencie mógł Ksiądz
Arcybiskup opowiadać na spotkaniach anegdoty o »głupim policjancie« z Ustrzyk Dolnych”... Józef Michalik do dziś na ten list nie odpowiedział.
– Pierwsze widzenie z żoną
otrzymałem dopiero po 50 dniach
od aresztowania, a z rodzicami – dopiero po 70 dniach. Był to najcięższy okres mojego życia – mówi Paweł S. Z aresztu wyszedł po 5 miesiącach. Wyszedł tylko dlatego, że
wystąpiła konieczność umieszczenia
go na oddziale psychiatrycznym szpitala w Leżajsku...
W październiku 2009 r. Janusz
Ohar, rzecznik prasowy krośnieńskiej prokuratury, utrzymywał, że akt
oskarżenia prokurator Aurelia Skiba z pewnością sporządzi do końca
roku. Od tego czasu minęło ponad 12
miesięcy. Telefony komórkowe „przestępcy” wysłano do ekspertyzy,
po czym... oddano właścicielowi. Żadna rozprawa w sprawie „groźnego
przywódcy zorganizowanego gangu
firmę zajmującą się projektowaniem i aranżacją ogrodów. Kiedy
większe zlecenia zaczął dostawać
z różnych stron kraju, a nawet z zagranicy, problemem okazał się nałożony na niego przez prokuraturę dozór policyjny. O uchylenie
tego środka zapobiegawczego występował kilka razy: „Jestem jedynym żywicielem rodziny i aby ją
utrzymać, muszę mieć swobodę działania w mojej działalności, gdyż strategią tej działalności jest właśnie
swoboda działania na rynku polskim, jak i zagranicznym. Wszystkie czynności na etapie śledztwa wobec mojej osoby zostały już wykonane. Na każde wezwanie Prokuratury stawiam się terminowo, nie
łamię w żadnym stopniu postanowień Sądu i Prokuratury, więc uchylenie środków zapobiegawczych wydaje się być zasadne” – niemal
skamlał w pismach do prokurator
Skiby. Niestety, bez skutku.
– Jestem uziemiony w Ustrzykach, a na tutejszej komendzie melduję się w każdą sobotę. Próbuję
zarobić na chleb, zapewnić byt rodzinie, ale działania prokuratury mi
to uniemożliwiają. Czuję się szykanowany. Sprawa wciąż nie trafiła
do sądu. Wszystkie moje wystąpienia z prośbą o zdjęcie dozoru i zakazu opuszczania kraju czy
zmiany miejsca zamieszkania są
ignorowane. Wygląda na to, że lepiej, żebym zdechł z głodu wraz z rodziną, niż uczciwie zarabiał na życie! – mówi Paweł S.
Dostał za to możliwość przejrzenia 18 tomów akt. Czytał je trzy
dni. – To są kpiny z polskiego prawa. Miałem okazję zapoznać się
z materiałami zakończonego śledztwa, szczególnie materiałami o charakterze niejawnym. Potwierdza się
moja „teoria spisku”. Szczególnie
działań operacyjnych nękających
po 20 września 2008 roku, ilość „uganiających” się za mną agentów i gier
REKLAMA
9
operacyjnych. Jest to
kompromitacja organów policji i prokuratury. Wyraźnie
widać, że zostałem
na polecenie i za interwencją biskupa Michalika „wykończony” pod każdym względem – uważa były policjant.
Jest na granicy wytrzymałości. Ale jeszcze
się nie poddaje. „Zobowiązano
mnie
do utrzymania w tajemnicy zapoznania
się z materiałami
zgromadzonymi
w aktach niejawnych.
Materiałami,
które
świadczą o psychicznym
i moralnym gnębieniu
mnie, łamaniu moich praw
konstytucyjnych, prowadzeniu zmasowanych działań,
które miały doprowadzić
do uzyskania wszelkimi sposobami dowodu, iż jestem
członkiem grupy przestępczej i pełnię w niej kierowniczą rolę. Rozumiem, że »twarde prawo, ale
prawo«, ale nie może ono być narzędziem do realizacji wręcz prywatnych celów. Postawa i zachowanie
Pani Prokurator Skiby utwierdza
mnie w przekonaniu, iż doprowadzenie do mojego skazania stało się jej
punktem honoru, sprawą osobistą
bez względu na środki i sposoby. Jestem obecnie krańcowo wyczerpany psychicznie i tylko pomoc rodziny i moje dzieci utrzymują sens
dalszego mojego życia. Proszę Pana
Ministra o pomoc” – napisał były
funkcjonariusz do ministra sprawiedliwości Krzysztofa Kwiatkowskiego, bo wciąż wierzy w sprawiedliwe prawo i mądrość ludzi je
realizujących.
Ksiądz arcybiskup Józef Michalik żyje spokojnie w zaciszu swojego pałacu. Paweł S. każdego dnia
walczy o przetrwanie. Nie tylko swoje, ale przede wszystkim rodziny.
„Rozwój człowieka, a także jego życia religijnego, odbywa się najlepiej w spokoju” – tę złotą myśl też
wypowiedział arcybiskup...
WIKTORIA ZIMIŃSKA
[email protected]
10
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
PATRZYMY IM NA RĘCE
Sekta parlamentarna
PiS nie jest już partią
polityczną. To nowy
katolicki ruch religijny
z guru na czele.
W leksykonach myśli socjologicznej znajdziemy taką oto definicję nowego ruchu religijnego: organizacja religijna lub parareligijna, w której władzę sprawuje w sposób autorytarny przywódca. Łączy
ona cele ekonomiczne z politycznymi (korzyści z przynależności czerpie wąska grupa członków lub funkcjonariuszy grupy wyznaczonych
przez lidera), cechuje się brakiem
samokrytycyzmu i unikaniem publicznej kontroli ze strony niezależnych mediów. Francuski socjolog
Vernon zwrócił uwagę na opozycyjny wobec reszty świata charakter ideologii i przekazu grupy oraz
jej rygoryzm i fundamentalizm.
Amerykański badacz John Park
za podstawową cechę takich sekt
uznał permanentną „wojnę ze światem” oraz to, że ich liderzy uznają
się za jedyne osoby dysponujące
prawdą o świecie. Max Weber, niemiecki socjolog i klasyk myśli politycznej uznał, że uzależniają one
emocjonalnie podległych członków.
Panuje w nich kult śmierci i męczeństwa. Wszystkie decyzje kadrowe ustala wódz i to on decyduje
o najdrobniejszym awansie.
Gdy przyjrzymy się dotychczasowemu przekazowi propagandowemu PiS, zauważymy, że jest on dziwnie podobny do przekazu nowych
ruchów religijnych o nastawieniu
konserwatywnym. Dominowało
w nim straszenie wyborców układami, mafią, korupcją, podwyżkami
cen, prywatyzacją szpitali i szkół,
a także powszechną niemoralnością.
Jedyną siłą, która broni Polski i zwykłych obywateli przed całym złem
świata, jest PiS. Nieomylny był i jest
tylko prezes Jarosław Kaczyński.
PiS zbudowany został na kulcie męczeństwa i ciągłej wojny o Polskę.
Warto pamiętać, że jedyną „inwestycją” w stolicy, którą po swoich
prawie trzyletnich rządach pozostawił Lech Kaczyński, jest
Muzeum Powstania Warszawskiego. Przekaz lekcji historii prowadzonych w tym
muzeum jest jednoznaczny: za klęskę powstania
odpowiadają przywódcy
koalicji antyhitlerowskiej,
a głównie Rosjanie. Czyli znowu cierpienia Polaków wywołali obcy.
Młodzież nie dowie się
tam o licznych krajowych
i emigracyjnych krytykach decyzji o rozpoczęciu powstania.
W podobny sposób
PiS tworzy przekaz o katastrofie smoleńskiej czy
o napadzie na łódzkie
biuro partii. Jak zauważył
Rafał Garpiel, socjolog
i politolog wykładający
na Uniwersytecie Jagiellońskim, „każda wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego dowodzi, iż przyjęta przez niego (...)
strategia (...) wymaga nieszczęść, ofiar, męczenników i cierpienia”.
Na szczęście Polacy stają się coraz bardziej odporni na taką propagandę. Jak
wynika z analiz ośrodków badania opinii społecznej, poparcie dla PiS zatrzymało się na poziomie ok. 20 procent. Naszym zdaniem, twardy elektorat PiS spełnia wymogi, jakie są
stawiane wyznawcom nowego ruchu
religijnego w łonie Kościoła katolickiego: jednolitość myślenia, kult
wodza, przekonanie o potrzebie silnej władzy, poczucie obcości, sprecyzowane wizje wrogów, kult wybranych kapłanów i wybiórcze przyjmowanie nauczania Kościoła.
Ot, choćby grupowe myślenie.
Sympatycy PiS prowadzący blogi
jakby na rozkaz wykazują entuzjazm
wobec każdej decyzji prezesa – nawet najbardziej idiotycznej. Ludzie,
których on przestał lubić, stają się
z dnia na dzień osobistymi wrogami blogerów. Takie zachowanie jest
typowe dla sekt. Współpraca z osobami spoza swojego środowiska jest
możliwa po tym, jak przeproszą oni
Jarosława za wyrządzone mu krzywdy. O jakie krzywdy chodzi, tego już
dokładnie nie wiadomo.
Naszym zdaniem, ów specyficzny jednolity przekaz prezesa partii
i jego sympatyków wynika z profilu psychologicznego wyborców PiS.
Zbadała go doktor Agnieszka Turska-Kawa z Uniwersytetu Śląskiego. Z podręczników psychologii dowiemy się, że im wyżej człowiek siebie ocenia, tym bardziej jest przekonany o własnej sile i posiadaniu
unikalnych zdolności. Z badań zachodnich psychologów wynika, że
do sekt trafiają ludzie mający niską samoocenę, z którą łączy się
odrzucenie własnego ja. I właśnie
taką mają osoby, które deklarują
głosowanie na PiS. A niska samoocena łączy się z bardzo wysokim
poziomem tak zwanego dyspozycyjnego lęku. Pod tym pojęciem naukowcy rozumieją podatność jednostki na postrzeganie zwykłych codziennych sytuacji jako zagrażających jej i reagowanie na nie lękiem,
i to nieproporcjonalnym. Wyborcy PiS biją rekordy, jeżeli chodzi o jego poziom. Podobnie
wysokie wskaźniki odnotowano u członków sekt. Zastraszeni i bojący się ludzie
mają bardzo niskie
wskaźniki poczucia
własnej skuteczności
oraz tak zwanego
dyspozycyjnego
optymizmu. Wyborcy PiS lokują się
na dole tabeli.
Pod tym pierwszym
pojęciem kryje się
przekonanie człowieka do możliwości
skutecznego własnego działania i samodzielnego radzenia
sobie z trudnymi
sytuacjami. Co
ważne – im jest
ono wyższe, tym
chętniej wybieramy ambitne zadania. Jak zauważa
niemiecki badacz
Ralf Schwarzer, im silniejsze
ma człowiek poczucie własnej skuteczności, tym bardziej stara się zakończyć sukcesem rozpoczęte zadania bez podejmowania nadmiernego ryzyka. Dyspozycyjny optymizm to naukowe określenie człowieka, który spodziewa się w życiu
większej ilości pozytywnych zdarzeń. Im jest on wyższy, tym bardziej chce zrealizować plany. Jest
bardziej wytrwały i zaangażowany.
Preferencje polityczne zwolenników poszczególnych partii
Zwiększony udział Kościoła
w życiu państwa
SLD-UP 1,1%
Zachowanie dzisiejszego
stanu rzeczy
Zaniepokojenie zróżnicowaniem
dochodów
Zmniejszenie roli Kościoła
w życiu państwa
PO 3,4%
SLD-UP
26,9%
PO 40,8%
PO 55,8%
PSL 14,3%
PiS 23,1%
SLD-UP
54,4%
PO 49,4%
SLD-UP 72,1%
PSL 54%
PSL 54%
PiS 57,8%
PSL 31,7%
PiS 64,7%
PiS 9%
Źródło: Preferencje polityczne 2009, Katowice 2010 red. A. Turska-Kawa i W. Wojtasik
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
Na PO oraz socjaldemokratów
głosują osoby o sporym poczuciu
własnej wartości, dość wysokim zasobie dyspozycyjnego optymizmu
i przekonaniu o samoskuteczności.
Cechują się też dość niskim poziomem dyspozycyjnego lęku.
No dobrze, ale co ma psychika
człowieka do poglądów politycznych? Otóż zachodzi pomiędzy nimi bezpośredni związek. Im większy poziom lęku i przekonania o własnej niskiej wartości, tym większa
skłonność do oddania pełnej władzy w ręce silnej jednostki. W ten
sposób członek PiS eliminuje niepewność i konieczność podejmowania decyzji. Niech oni – władza, biskupi – zrobią to za mnie. Jak wynika z badań Jarosława Wichury
z Uniwersytetu Śląskiego, ponad 40
proc. wyborców PiS uważa, że Polską powinien rządzić prezydent
– twardą ręką i jednoosobowo.
W gronie wyborców PO poparcie
dla takiego modelu rządów zadeklarowało 21 proc. pytanych, a wśród
zwolenników lewicy – niecałe 20 procent. Co ciekawe, aż 10 procent wyborców PiS chce przewodniej siły
jednej partii. Towarzyszyć temu powinno – jak wynika z badań Magdaleny Marzec z Uniwersytetu Śląskiego – zwiększenie roli Kościoła
w życiu państwa i wspólnot lokalnych. Ponad 23 proc. przepytanych
sympatyków PiS twierdzi, że Kościół
odgrywa dzisiaj za małą rolę w państwie. Taką opinię wyraziło 3 proc.
wyborców PO (czyżby byli to koledzy posłów Gowina i Rasia?).
Zdaniem ekspertów, z którymi
rozmawialiśmy, wyborcy Jarosława
Kaczyńskiego chcą większej władzy
dla duchownych z bardzo prostego
powodu. Ponieważ stale odwiedzają świątynie (prawie 70 proc. przepytanych zwolenników PiS uczestniczy w mszy co najmniej... dwa razy w tygodniu), mieszają się im porządki świecki i kościelny. Wywołuje to u nich lęk. Lekarstwem byłoby przekazanie całej władzy w ręce proboszcza.
Dość ciekawe są także analizy
doktora Wojciecha Peszyńskiego
z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Otóż wyborcy PiS jako jedyni tak masowo głosowali w wyborach do Parlamentu Europejskiego na tak zwane jedynki na listach
wyborczych. Głosy oddane na kandydatów startujących z list pozostałych partii były znacznie bardziej rozproszone. Ich wyborcy decydowali
samodzielnie. I stąd klęska Mariana Krzaklewskiego, którego Donald Tusk zrobił liderem listy PO
w województwie podkarpackim, i Andrzeja Szejny, niezbyt wyrazistego,
ale umieszczonego na pierwszym
miejscu małopolskiej i świętokrzyskiej listy SLD (tam mająca swoje
zdanie profesor Joanna Senyszyn
była na drugim miejscu).
Dobry wynik posła Tadeusza
Cymańskiego, który zdobył mandat
eurodeputowanego, startując z piątego miejsca na liście w województwie pomorskim, można wyjaśnić
wsparciem, jakie otrzymał on od Tadeusza Rydzyka. Sojusz dyrektora Radia Maryja z Jarosławem Kaczyńskim jest naturalny. Obaj nie
znoszą publicznej krytyki i obaj żyją w świecie pełnym spisków w nich
wymierzonych. Dla Rydzyka ich
przejawem były m.in. działania prokuratury starającej się wyjaśnić losy środków zebranych przez Radio
Maryja na ratowanie stoczni. Jarosław żył i żyje w przeświadczeniu,
że w roku 1993 rząd Hanny Suchockiej podsłuchiwał go, a tajni agenci rozbijali jego pierwszą partię, czyli Porozumienie Centrum. Prawomocne wyroki sądów, które ustaliły, że nic takiego nie miało miejsca, nie przekonują go. Obaj nie
znoszą demokracji i pluralizmu,
za to do perfekcji opanowali sztukę wmawiania ludziom dowolnych
insynuacji.
Zasady organizacyjne PiS wskazują na to, że w istocie nie jest to
żadna partia polityczna. Przede
wszystkim nie ma w niej demokracji wewnątrzorganizacyjnej. Lider
PiS – tak samo jak przywódcy większości grup religijnych – ma zagwarantowane prawo do wyznaczania
szefów struktur lokalnych oraz decydowania, kto go zastąpi. Ten, kto
chciałby rywalizować z osobą namaszczoną przez wodza, staje się
zdrajcą.
I to właśnie było powodem usunięcia z PiS Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Rzuciła ona bowiem wyzwanie Zbigniewowi Ziobrze, którego Jarosław wybrał na swojego
następcę. Domagała się także
otwarcia partii ku centrum. Na coś
takiego nie mógł wyrazić zgody Jarosław, gdyż wiązałoby się to z koniecznością odejścia od fundamentalistycznych haseł – wszak centrowi wyborcy raczej nie wierzą
we wszechobecne spiski, niemoc
jednostki i decydującą rolę Boga.
O specyficznej formule działania PiS świadczy także to, kogo partia foruje w wyborach samorządowych. Listy kandydatów do samorządu stolicy osobiście przeglądał
były szef CBA Mariusz Kamiński.
Najważniejszym kandydatem PiS
do sejmiku województwa śląskiego
stał się Bogdan Święczkowski, który za rządów Jarosława stał na czele ABW. Analizy list wyborczych dużych partii wskazują, że tylko PiS
chce mieć za radnych byłych pracowników różnych tajnych agend.
Ich umiejętności są jednak mało
przydatne w codziennej pracy samorządów.
Gdy profesor filozofii Marcin Król zażądał delegalizacji Prawa i Sprawiedliwości, najgłośniej
krytykowali go publicyści uchodzący za liberałów. Według nich, jest
to próba ograniczenia wolności politycznej. Naszym zdaniem, parlament i samorząd nie są miejscem
przeznaczonym dla grup religijnych ukrywających się pod szyldem partii politycznych. A taką
grupą jest PiS.
MiC
POD PARAGRAFEM
11
Porady prawne
Małżeńskie
ustroje
majątkowe
Nasz czytelnik prosi o wyjaśnienie, jakie ustroje majątkowe przewiduje polskie ustawodawstwo oraz co wchodzi
w skład majątku wspólnego małżonków, a co w skład majątków
odrębnych w ustawowej wspólności majątkowej małżonków.
Zgodnie z kodeksem rodzinnym
i opiekuńczym małżonkowie mogą
przez umowę zawartą w formie aktu
notarialnego ustawową wspólność rozszerzyć bądź ograniczyć albo ustanowić rozdzielność majątkową lub rozdzielność majątkową z wyrównaniem
dorobków. Umowę taką można zawrzeć po zawarciu małżeństwa bądź
przed jego zawarciem. Ustawodawca nie ogranicza prawa do zawarcia
takiej umowy żadnym terminem.
Ustawowy ustrój majątkowy małżonków (wspólność ustawowa) powstaje
z chwilą zawarcia małżeństwa. Majątek wspólny w tym wypadku tworzą
przedmioty majątkowe nabyte w czasie trwania wspólności przez oboje
małżonków lub przez jednego z nich.
Ustawodawca wskazuje, co należy
do majątku wspólnego. Są to m.in.:
1) pobrane wynagrodzenia
za pracę i dochody z innej działalności zarobkowej każdego z małżonków;
2) dochody z majątku wspólnego, jak również z majątku osobistego każdego z małżonków;
3) środki zgromadzone na rachunku otwartego lub pracowniczego funduszu emerytalnego każdego z małżonków.
Powyższy katalog jest katalogiem
otwartym, co oznacza, że także inne elementy, przez ustawodawcę niewskazane, mogą wchodzić w skład
majątku wspólnego. W przypadku
majątku osobistego każdego z małżonków ustawodawca wyraźniej
wskazał, co wchodzi w skład takiego majątku. Zgodnie z art. 33 k.r.
i o. w skład majątku osobistego każdego z małżonków wchodzą:
1) przedmioty majątkowe nabyte przed powstaniem wspólności
ustawowej;
2) przedmioty majątkowe nabyte przez dziedziczenie, zapis lub
darowiznę, chyba że spadkodawca
lub darczyńca inaczej postanowił;
3) prawa majątkowe wynikające
ze wspólności łącznej podlegającej
odrębnym przepisom;
4) przedmioty majątkowe służące wyłącznie do zaspokajania osobistych potrzeb jednego z małżonków;
5) prawa niezbywalne, które mogą przysługiwać tylko jednej osobie;
6) przedmioty uzyskane z tytułu odszkodowania za uszkodzenie
ciała lub wywołanie rozstroju zdrowia albo z tytułu zadośćuczynienia
za doznaną krzywdę; nie dotyczy
to jednak renty należnej poszkodowanemu małżonkowi z powodu całkowitej lub częściowej utraty zdolności do pracy zarobkowej albo z powodu zwiększenia się jego potrzeb
lub zmniejszenia widoków powodzenia na przyszłość;
7) wierzytelności z tytułu wynagrodzenia za pracę lub z tytułu innej działalności zarobkowej jednego z małżonków;
8) przedmioty majątkowe uzyskane z tytułu nagrody za osobiste
osiągnięcia jednego z małżonków;
9) prawa autorskie i prawa pokrewne, prawa własności przemysłowej oraz inne prawa twórcy;
10) przedmioty majątkowe nabyte w zamian za składniki majątku osobistego, chyba że przepis
szczególny stanowi inaczej.
W następnych numerach „FiM”
postaram się wyjaśnić szczegółowo
problem umownych ustrojów majątkowych małżeńskich.
Wydziedziczenie
dziecka
Chcę w testamencie przepisać
cały majątek na mojego jedynego
wnuka ze względu na patologię jego rodziców. Nie chcę, aby dorobek mojego życia poszedł na papierosy i alkohol. Syn, mając 16
lat, odrzucił mnie – wyśmiał moją etykę, moralność, pracowitość.
Na początku nie dowierzałam
i myślałam, że z tego wyrośnie, ale
przez ostatnie 17 lat przeżyłam
z jego powodu piekło psychiczne.
Pozbierałam się jednak i wyszłam
z depresji. Syn ma 33 lata. Korzystał z mojego majątku przez kilkanaście lat i nadal chce korzystać. Uważam, że jeżeli odrzucił
matkę, to odrzucił także dziedzictwo. Czy jest to wystarczający powód do wydziedziczenia?
Oczywiście, może Pani w ważnym testamencie powołać do całości spadku po sobie swojego wnuka. Pisałem już o warunkach, jaki
musi spełniać testament, aby był
ważny. W testamencie może Pani
także wydziedziczyć swojego syna,
ale pod warunkiem, że wystąpią odpowiednie, przewidziane przez ustawodawcę przesłanki – na przykład
jeżeli uprawniony do zachowku:
a) wbrew woli spadkodawcy postępuje uporczywie w sposób
sprzeczny z zasadami współżycia
społecznego;
b) dopuścił się względem spadkodawcy albo jednej z najbliższych
mu osób umyślnego przestępstwa
przeciwko życiu, zdrowiu lub wolności albo rażącej obrazy czci;
c) uporczywie nie dopełnia
względem spadkodawcy obowiązków rodzinnych.
Niestety, zbyt mało wiem, aby móc
jednoznacznie odpowiedzieć, czy
w Pani przypadku istnieją przesłanki
do wydziedziczenia. Z przedstawionego stanu faktycznego mogę jedynie zasugerować wydziedziczenie
na podstawie podpunktu a oraz c.
Myślę, że w Pani przypadku syn postępuje wbrew zasadom współżycia
społecznego nakazującym szanowanie swych rodziców oraz pomoc w życiu codziennym. Zgodnie z Pani relacjami, syn nie dopełnia także obowiązków rodzinnych wobec Pani. Rozumiem, że nie utrzymujecie kontaktów, ewentualnie są one dla Pani
przykrym doświadczeniem. Pisząc testament, należy wszystko dokładnie
opisać. Wydziedziczenie jest możliwe
już przy wystąpieniu jednej przesłanki, co oznacza, że nie muszą być spełnione jednocześnie warunki z podpunktów a, b, c.
Kradzież drzewa
Jestem waszym stałym czytelnikiem i bardzo lubię czytać dział
porad prawnych. Ostatnio podczas rozmowy ze znajomymi, jeden z nich twierdził, że istnieje
osobny przepis dotyczący kradzieży drewna z lasu. Nie mogłem uwierzyć, że akurat drewno jest traktowane wyjątkowo,
a np. kradzież samochodu, która moim zdaniem zdarza się częściej niż kradzież drewna, nie jest
traktowana wyjątkowo. Proszę
o wyjaśnienie moich wątpliwości.
Interesuje mnie to, gdyż mieszkam na wsi i często zatrudniam
się przy pracach w lesie.
Pana znajomy miał rację – faktycznie ustawodawca odrębnie uregulował kwestię kradzieży drzewa z lasu.
Opisywane przestępstwo jest regulowane w art. 290 kodeksu karnego.
Zgodnie z powyższym przepisem, kto
w celu przywłaszczenia dopuszcza się
wyrębu drzewa w lesie, podlega odpowiedzialności jak za kradzież. Zgodnie z par. 2 cytowanego artykułu, w razie skazania za wyrąb drzewa z lasu
albo za kradzież drzewa wyrąbanego
lub powalonego sąd orzeka na rzecz
pokrzywdzonego nawiązkę w wysokości podwójnej wartości drzewa. Opisywana kradzież może być popełniona tylko w zamiarze bezpośrednim,
w celu przywłaszczenia. W tym przypadku wyrąb to także wycięcie, wyrwanie drzewa etc., a specyficzną normą jest orzekanie wówczas nawiązki
w wysokości podwójnej wartości drzewa. Obecnie ten przepis jest rzadko
stosowany, bo rzadkie są przypadki
kradzieży drzewa z lasu.
~ ~ ~
Drodzy Czytelnicy!
Nasza rubryka zyskała wśród Was uznanie. Z tego względu prosimy o cierpliwość – będziemy systematycznie odpowiadać na Wasze pytania i wątpliwości.
Prosimy o nieprzysyłanie znaczków pocztowych, bowiem odpowiedzi znajdziecie
tylko na łamach „FiM”.
Opracował MECENAS
12
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
MITY KOŚCIOŁA
W tym znaku się urżniesz
Zakon benedyktynów wniósł nową jakość do polskich
debat na temat tego, jak należy czcić krzyż i co może
go ewentualnie sprofanować. Benedyktyni znak
Zbawiciela umieścili na pędzonej przez siebie gorzale.
„Lubińska Benedyktynka to wyśmienity likier sporządzony na bazie 21 ziół.
W historii stosowano ją nie tylko dla
wzmocnienia organizmu, ale także
na różne dolegliwości układu pokarmowego (bóle, niestrawności, nieżyty,
stany zapalne, wzdęcia, zgagę itp.), jako środek rozgrzewający, uspokajający, kojący migrenę i polepszający sen”
(wszystkie cytaty z internetowej reklamy likieru). Tradycja, wzmocnienie organizmu, lekarstwo… Reklama 40procentowej wódki jest sporządzona w formie równie obłudnej jak cały język Kościoła. Można by sądzić, że
mnisi sprzedają nie tyle wódę w ozdobnych butelkach, co krople żołądkowe
lub tabletki od bólu głowy. Przecież
wiele produkowanych na świecie win
i wódek zawiera zioła, ale nikomu chyba nie przyszłoby do głowy, żeby reklamować np. „Żubrówkę” jako lekarstwo…
Z proszkami na ból głowy, znanymi od czasów PRL-u jako słynne „tabletki z krzyżykiem”, łączy benedyktyński likier właśnie symbol krzyża.
O ile jednak na tabletkach umieszczano je w celach praktycznych – żeby łatwiej je było w razie potrzeby podzielić – o tyle na „Benedyktynce” występuje w celach ozdobno-religijnych.
Wszak umieszczony na flaszce wódki
symbol to nic innego, tylko słynny
krzyż benedyktyński – znak rozpoznawalny od 1500 lat.
„Benedyktynka początkami sięga 1510 roku, kiedy to włoski mnich
Bernardo Vincelli, przebywając we francuskim klasztorze w miejscowości
Fécamp (Normandia), sporządził miksturę z rumu, ziół i korzeni. Jako lek
dla chorych i osłabionych braci szybko zyskała uznanie i sławę nie tylko
w klasztorach benedyktyńskich, ale także na dworach królewskich”... Zatem
pijąc mnisi likier, przenosimy się nie
tylko w świat nobliwej tradycji religijnej, ale także trafiamy w towarzystwo
królewskie. Taki snobizm źle jakoś wygląda w zestawieniu z deklarowaną zakonną pokorą.
Krzyż na butelce nie jest jedynym
dyskusyjnym elementem graficznym.
Na mniej luksusowej wersji likieru (32
proc. alkoholu) znajdziemy napis:
„Od siedmiu boleści”. Hasło jest wyraźną aluzją do późnośredniowiecznego nabożeństwa do „siedmiu boleści
Matki Boskiej”. Wyrażenie „od siedmiu boleści” weszło następnie do języka potocznego. Umieszczenie go
na butelce wódki jest zapewne dowcipne, ale, jeśli uznać, że religijność
mnichów jest autentyczna, to wygląda
to dosyć niestosownie, by nie powiedzieć, że szyderczo.
Trzeba przyznać, że kampania reklamowa likieru „Benedyktynka” jest
przygotowana bardzo profesjonalnie.
Chwytliwe hasła, ładne opakowania,
teksty łączące produkt z wyobrażeniami o zdrowiu i prestiżu. Jest tylko jeden problem – co to wszystko ma
wspólnego z religią pojętą poważnie,
a nie jako element malowniczej tradycji? I czy nie jest tak, że gdyby takie produkty wylansował ktoś spoza
środowiska kościelnego, to okrzyknięto by go skandalistą, obrazoburcą i cynikiem wykorzystującym religię i jej
symbole do osiągnięcia zysku, i to
zysku ze sprzedaży środka odurzającego, jakim jest przecież alkohol,
w tym przypadku dosyć mocny? Dopalacze od świętego Benedykta? Dlaczego nie?!
ADAM CIOCH
Jezus od narkotyków
W
śród katolików meksykańskich szerzy się kult świętego złodzieja. Ten
latynoski Robin Hood ponoć zabierał bogatym, a dawał biednym. Zza grobu daje
natomiast łaski głównie handlarzom narkotyków i nielegalnym emigrantom.
Od kilku miesięcy na łamach „FiM” wędrujemy po obrzeżach religijności katolickiej.
Są one o tyle ciekawe, że pozwalają lepiej
zrozumieć istotę kościelnego kultu oraz to,
co hierarchia tak hołubi. A hołubi cuda – rzekomy dowód, że Kościół watykański ma coś
wspólnego z Bogiem. Okazuje się mianowicie, że cuda, uzdrowienia i objawienia nieuznawane przez Kościół (czyli, zdaniem biskupów, niepochodzące od Boga) niczym w zasadzie nie różnią się od tych, które są uznawane. Krótko mówiąc, jedne i drugie są... tyle samo warte.
Jednym z bardziej groteskowych przejawów religijności katolickiej w Meksyku i na południu USA jest kult Jezusa (Jesusa) Malverde. Ten święty czczony w niezliczonych
wizerunkach, prywatnych kaplicach i noszony na medalikach czyni ponoć cuda oraz odpowiada na modlitwy, choć nigdy nie został
oficjalnie uznany przez Kościół. Więcej – Jesus ze stanu Sinaloa, zmarły w maju 1909 roku, odpowiada na modlitwy, choć jest bardzo możliwe, że... nigdy nie istniał.
Sam fakt nie tylko utrzymującego się, ale
nawet narastającego kultu człowieka, który
żył ledwie 100 lat temu, a o którym nic pewnego nie wiadomo, daje wiele do myślenia.
Skoro w naszych czasach w Meksyku – kraju średnio rozwiniętym – czci się człowieka,
który prawdopodobnie nie istniał, to o wiele
bardziej jest możliwe, że religijni przywódcy
z zamierzchłej przeszłości, żyjący na zapadłej prowincji, mogli albo nie istnieć, albo ich
oficjalne biografie mogą mieć niewiele wspólnego z rzeczywistością. Skojarzenia ze znanymi sprzed tysiącleci religijnymi przywódcami
z okolic Palestyny, Półwyspu Arabskiego lub
Północnych Indii nasuwają się same...
Kim zatem był (?) człowiek dokonujący
licznych cudów w życiu duchowym latynoskich
dilerów narkotyków oraz biedaków? Nie bardzo wiadomo. W zależności od wersji będącej
w obiegu, zanim został złodziejem i rabusiem,
był kolejarzem, robotnikiem budowlanym lub
krawcem. Istnieje też pogląd, że legenda człowieka zwanego „Aniołem biedaków” to mieszanka biografii dwóch różnych przestępców
ze stanu Sinaloa (północno-zachodni Meksyk)
– Heralico Bernala i Felipe Bachomoro – żyjących na przełomie XIX i XX wieku. Badacze nie wykluczają jednak, że Jesus Malverde
jest postacią od początku do końca zmyśloną
i puszczoną następnie w społeczny obieg niczym sierotka Marysia i jej krasnoludki.
Legenda o Jezusie z Sinaloa głosi, że po
burzliwym życiu dobroduszny złodziej i rabuś
został schwytany i powieszony (ewentualnie
zastrzelony), a jego ciało pozostawało na stryczku, dopóki nie uległo zasuszeniu. Na jednym z podwórek
w Culiacan, stolicy stanu, jest miejsce uznawane za jego grób: prosta
kupa kamieni z metalowym krucyfiksem. Podobno Kościół nie chciał pochować złoczyńcy.
Dla milionów wyznawców nie ma
znaczenia marne zakotwiczenie w historii Jezusa Malverde. Bo cóż znaczą wątpliwości co do jego istnienia,
skoro wiadomo, że on żyje: objawia
się, wysłuchuje modlitw i uzdrawia.
A skoro pomaga ludziom, to nie tylko istniał, ale był także dobrym człowiekiem. Przecież człowiek, którego
nigdy nie było, nie mógłby tego
wszystkiego zrobić, prawda?
I tak trwa życie po życiu Jezusa, który być
może nigdy nie żył. Ostatnio legenda Jezusa
nabiera nawet na popularności i znaczeniu.
Wszak jego katolicka ojczyzna – Sinaloa – jest
obecnie światowym centrum narkobiznesu.
Narkotykowi książęta ze swoimi armiami podporządkowali tam sobie wszystkich: policję,
media i świat biznesu. Fundują nawet szkoły
i kościoły. Modlą się także do Jezusa Malverde, który ponoć obsypuje ich swymi łaskami.
W USA policja tropiąca meksykańską mafię narkotykową odnajduje na szyjach większości członków gangów i dilerów medaliki
z meksykańskim Jezusem. To niemal ich znak
rozpoznawczy. W więzieniach narkochłopcy
stawiają mu ołtarzyki i popiersia. I modlą się
do swojego patrona, o którego licznych interwencjach wielu z nich może dać świadectwo.
Wokół postaci Malverde powstał cały przemysł dewocyjny (także płyny do kąpieli z jego imieniem...), a nawet nakręcono o nim filmy. Jezus z Sinaloa czuwa także nad nielegalnymi emigrantami przechodzącymi przez
Rio Grande do USA. Ot, pośmiertna sława
człowieka widmo.
MAREK KRAK
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
T
ak przynajmniej przewiduje opublikowany w specjalistycznym serwisie
edukacyjnym w ramach
przedmiotu „język polski” scenariusz
autorstwa nauczycielek z publicznej Szkoły Podstawowej nr 4 w Redzie – mgr Elżbiety Mieczysławy
Renk i mgr Marzeny Mangos-Norowskiej.
Autorki scenariusza spieszą wyjaśnić, że wybór kościoła na miejsce akademii szkolnej wynika ze specyfiki miasta Redy, w którym „wszystkie ważniejsze uroczystości o charakterze miejskim są organizowane w kościele Najświętszej Marii Panny (...).
Wprawdzie aula w Gimnazjum nr 1
(w tej samej placówce edukacyjnej,
czyli Zespole Szkół nr 1 – przyp. red.)
jest też miejską salą zgromadzeń, ale
przy tak otwartej na współpracę
z mieszkańcami pracy miejscowych
duszpasterzy kościół daje większe możliwości spotkań z rędzinami (...). Zapewniamy, że uroczystość z okazji np.
dnia Matki czy rocznicy Odzyskania
Niepodległości prezentowana w kościele zyskuje bardzo dużo. Mury świątyni, klimat tego miejsca wręcz uświetniają całość”.
I rzeczywiście trudno nie zgodzić się z twierdzeniem, że szkolna
akademia z okazji państwowego
święta wystawiona w katolickiej
świątyni zyskuje. Otóż ewidentnie
zyskuje jej wymiar kościelny, czyli
obcy niepodległości Polaków!
Przy okazji znakomicie urabia stereotyp – zarówno wśród uczniów,
jak i reszty społeczeństwa – że Polak to katolik.
A oto przepis na szkolne bogoojczyźniane przedstawienie z okazji
państwowego święta w murach katolickiego kościoła. „Przygaszone
światła – 1 światło w prezbiterium.
A TO POLSKA WŁAŚNIE
13
11 listopada
w kościele
W jakiej scenerii najlepiej zorganizować
szkolną akademię z okazji Święta
Niepodległości w dniu 11 listopada?
Oczywiście w kościele.
Głos z głośnika – na tle muzyki Fryderyka Chopina (Nokturn op. 9 Es-dur) słuchamy słów Jan Pawła II o ojczyźnie”. Milknie głos papieża, z kruchty główną nawą idzie
dwóch uczniów, niosąc płonący duży czerwony znicz, który stawiają
na ołtarzu przed stojącym na podwyższeniu godłem Polski. Następnie po okolicznościowych recytacjach i pieśniach z repertuaru patriotycznego przed ołtarzem zjawiają się uczniowie z małymi zapalonymi białymi i czerwonymi zniczami, tworząc biało-czerwoną szachownicę. „Do dzieci podchodzi
ksiądz (ewentualnie katecheta szkolny), prowadzi dialog z dziećmi wg
słów wiersza Władysława Bełzy »Katechizm polskiego dziecka«. Dzieci
ustawiają znicze obok dużego znicza przed orłem na ołtarzu. Jeszcze wiersz „To jest Polska” i czas
na finał: „Gasną światła w kościele, świeci się tylko w prezbiterium;
z bocznych naw do Orła podchodzą: dziewczynka z białym kwiatem
– goździkiem, chłopiec
– z kwiatem czerwonym;
składają kwiaty przed godłem (...). Cały zespół głośno powtarza: Jedna jest
Polska jak Bóg jeden
w niebie! Występ kończy
śpiew chóru i wszystkich
osób zgromadzonych
w kościele: pieśń
„Boże, coś Polskę”… Pokarał takimi nauczycielami!
AK
Standardowo na oficjalny program obchodów Święta Niepodległości składają się atrakcje w postaci
„mszy świętej w intencji ojczyzny” z udziałem władz, przemowy VIP-ów oraz złożenie wieńców przed jakimś pomnikiem. W Ostrowcu Świętokrzyskim o wzbogacenie nudnego narodowego święta zatroszczyły się tamtejsze parafie, wprowadzając zwyczaj odbywania drogi krzyżowej po ulicach miasta! Trasa niepodległościowej drogi krzyżowej tradycyjnie już ma swój początek o godzinie 14 w ostrowieckiej kolegiacie pw. św. Michała Archanioła i obejmuje „nawiedzenie” kolejnych kościołów: Miłosierdzia Bożego,
Matki Odkupicielki, św. Jadwigi i św. Kazimierza, a kończy się o godz. 18 w kościele pw. NMP. Sześć
kościołów w ciągu czterech godzin – nic, tylko pogratulować „patriotycznej” kondycji!
T
ak się jakoś dziwnie składa, że z obchodami 11 listopada jako święta odzyskania niepodległości problem był od samego początku.
Nie tylko w spornej kwestii samej daty,
ale kto wie, czy nie znacznie bardziej w tym,
że Polacy nie lubią świętować na rozkaz
oraz że całe rzesze żyjących w nędzy obywateli niepodległej ojczyzny nie miało najmniejszych powodów do radości.
W 1926 roku premier RP Józef Piłsudski wystosował rozporządzenie: „W dniu 11 listopada państwo polskie obchodzić będzie 8 rocznicę zrzucenia jarzma niewoli i uzyskania pełnej, faktycznej niezależności. Data powyższa winna zostać w stałej pamięci społeczeństwa i utrwalić się w umysłach młodego pokolenia, które
w zaraniu swego życia powinno odczuwać doniosłość i uroczystość tego pamiętnego dnia”.
Minister spraw wewnętrznych wydał natomiast okólnik do wojewodów, w którym zalecał, aby dzień ten był wszędzie obchodzony uroczyście „przez nabożeństwa, uroczyste
akademie, defilady itp.”. Instytucje, urzędy
oraz wszystkie szkoły państwowe i prywatne 11 listopada miały być nieczynne. I choć
nie było żadnego oficjalnego rozporządzenia zakazującego handlu, nadgorliwi policjanci niejednokrotnie nakazywali zamykać sklepy na czas nabożeństw lub nawet na cały dzień
oraz karali handlujących, co wywołało wielkie
Kłopotliwe święto
oburzenie kupców. Wielu księży tymczasem
ostentacyjnie zbojkotowało „święto Piłsudskiego” – w kościołach albo w ogóle nie odprawiano nakazanych mszy, albo odprawiano je wcześniej, żeby nikt nie mógł w nich
uczestniczyć. Tu i ówdzie zamiast solennych
nabożeństw dziękczynnych odprawiano msze
żałobne za ojczyznę.
Dzień 11 listopada, choć miał charakter
półświęta, przede wszystkim był jednak świętem wojska, a na jego obchody składały się
defilady, pogadanki oraz atrakcje dla żołnierzy w rodzaju darmowych wyjść do kin i teatrów. W 1930 roku Komitet Obchodu Dziesięciolecia Zwycięskiego Odparcia Najazdu
Rosji Sowieckiej – jako „wyraziciel opinii publicznej” – postanowił to zmienić i wystosował do Prezydenta RP pismo z żądaniem uznania 11 listopada za uroczyste święto narodowe. Koronny argument Komitetu był taki, że
rocznica ogłoszenia Konstytucji 3 Maja „nie
powinna nadal w odrodzonej Polsce pozostawać
dniem oficjalnym największych uroczystości narodowych”. Liczne zabiegi propagandowe
na nic się jednak zdały, choć połączenie obchodów 10 rocznicy zwycięstwa Polski nad Rosją z 8 rocznicą odzyskania niepodległości
nadało „świętu” 11 listopada 1930 r. wyjątkowo bogatą oprawę (mimo panującego wówczas wielkiego kryzysu gospodarczego).
Oprócz defilad i rewii wojskowych, mszy i pogadanek w wielu miastach zadbano o „rzęsiste iluminowanie” gmachów państwowych
i kościołów (o bezpłatne oświetlenie apelowano do elektrowni) oraz budynków firm prywatnych i dworców. Dla szerokich mas organizowano liczne festyny i zawody sportowe, a w fabrykach i zakładach odbywały się
zabawy taneczne dla robotników. Jednak wielkiego i spontanicznego entuzjazmu jakoś
w społeczeństwie nie dawało się wykrzesać.
Zapewne dlatego, że ów brak radości z posiadanego „daru wolności” – co często podkreślano w okresie dwudziestolecia międzywojennego – wynikał z nader prozaicznego
braku „niezależności ekonomicznej, aby w Polsce dobrze było żyć”, czyli powszechnie panującego ubóstwa.
Listopadowe oficjalne Święto Niepodległości ustanowione na mocy uchwały sejmowej obchodzono po raz pierwszy dopiero 11
listopada 1937 roku, w 19 rocznicę odzyskania niepodległości.
AK
14
ZAMIAST SPOWIEDZI
„FiM”: – Partia jest zarejestrowana. No i co dalej?
– Jeżdżę po Polsce. Dzisiaj byłem
w Bydgoszczy, teraz w Łodzi. Wczoraj w Toruniu, jutro Warszawa, dalej Opole i Poznań. Cały kraj. Objeżdżam 41 stolic okręgów wyborczych, tworzę struktury i szczeble działalności. Chodzi mi o to, abym osobiście poznał tych ludzi, którzy zgłosili się do Ruchu Poparcia. Deklaracje członkowskie wypełniło przez internet 12 tysięcy ludzi. Oni chcą działać. Trzeba się z nimi spotkać, sprawdzić, jakie robią wrażenie.
– Da się to zrobić do końca
roku?
– Wiem, że czas goni, ale próbuję zrobić chociaż minimalne rozpoznanie. Poza tym chodzi też o mobilizację i sformułowanie celów na najbliższe lata. Chcemy, żeby do 31 stycznia 2011 r. istniała cała struktura. Taka profesjonalna – z oddziałami i biurami. To – obok internetu – musi fizycznie istnieć. Już niejeden polityk
przejechał się na wierze tylko w swoją charyzmę.
Zjazd partii odbędzie się na przełomie stycznia i lutego; zrobimy wtedy wybory do władz. Wcześniej – w sieci – będzie wybór władz regionalnych.
Reasumując, zbieramy pieniądze, tworzymy wszystkie podstawowe rzeczy,
logo, kolor, elementy identyfikacji Ruchu – to pierwszy wymiar. Drugi to
budowanie zespołu, który zajmie się
naszymi podstawowymi celami: pozycją kobiet w życiu publicznym, relacją między państwem a Kościołem
i obywatelem a urzędem, a także sprawami światopoglądowymi. Będziemy
tworzyć zajmujące się tym departamenty na poziomie i krajowym, i regionalnym. Na koniec takie proste rzeczy, ale jakże ważne, które są w każdej partii: logistyka, marketing, obsługa prawna. To jest wbrew pozorom
bardzo duże przedsięwzięcie. Na przykład jeśli jest prawdą, że 12 tysięcy
osób chce działać bezpośrednio w Ruchu, to samo wystawienie legitymacji
jest ogromną logistyką. Nawet uruchomienie telefonów w takiej skali
to potężne zadanie.
– Jakie widzi Pan możliwości
sojuszy, aliansów, współpracy z innymi siłami politycznymi?
– Formuła Ruchu jest zdecydowanie otwarta. Nie tworzymy hermetycznej, wojskowej partii, która ma
zamknięte kody wejścia. Przeciwnie.
Chcemy współpracować z różnymi
środowiskami, także z waszym, czyli
z „Faktami i Mitami”, z partią RACJA, z Partią Kobiet, ze środowiskami różnych mniejszości również.
Nie jestem za tym, aby tworzyć na siłę jakąś jedną hybrydę mającą pomieścić wszystko i wszystkich. To ma
być taka federacja, związek różnych
środowisk i oczywiście wzajemne
wspieranie się. Kiedy połączy się ze
sobą wszystkie źródła, nitki, rzeki, to
stworzy się masowy charakter Ruchu ludzi podobnie myślących.
– Z nadzieją na co?
– Z nadzieją na 15–20 procent
w następnych wyborach, a to niewątpliwie byłaby szansa na wielką zmianę
w Polsce. Zmianę mentalną i światopoglądową.
– Raz na określenie swojej formacji używa Pan słowa „partia”,
raz – „ruch”. Jak naprawdę nazywa się to, co właśnie zostało zarejestrowane sądzie?
– Partia nazywa się „Ruch Poparcia”. I tyle. Wiem, że to się dopiero
wykluwa, ale za kilka miesięcy znajomość Ruchu Poparcia będzie podobna do znajomości Palikota. Chodzi o to, żeby ludzie widzieli, że to
partia stworzona przeze mnie. Wtedy dopiero wszystko naprawdę się
ustabilizuje. Wierzcie mi, proste analizy pokazują, że dziesięcioprocentowe poparcie jest już w zasięgu ręki.
Jeszcze kilka takich akcji jak ta z biskupami, protesty przed Kancelarią
Prezydenta w sprawie wojsk w Afganistanie i sprawach podobnych, a pojawi się potrzeba – jak już mówiłem
– połączenia różnych środowisk. Wiemy, że w Polsce nie jest to łatwe, bo
Polacy zawsze kłócą się o jakieś duperele i wiele wspaniałych zamierzeń
szybko się dezintegruje, jednak trzeba próbować za wszelką cenę.
– Ma Pan nadzieję na rozłamanie sceny politycznej? Na miejsce dla siebie?
– Po moim odejściu z Platformy
pojawiła się pierwsza polityczna szczelina. Ona nie jest jeszcze duża. Chodzi o jakieś 3–4 procent strat PO i 2
procent z innych środowisk. To nie jest
jeszcze widoczne pęknięcie. Jednak to,
co teraz robi Kaczyński, to, że wywalił
Kluzik-Rostkowską, sprawi – według
mojej najlepszej wiedzy – że około 30
osób odejdzie z klubu PiS. Za Rostkowską właśnie. Słyszałem, że uciekinierzy ten cały proces zaplanowali
na kilka tygodni. Osłabi to na tyle Kaczyńskiego, że PiS może zejść poniżej 20 procent. Wtedy nastąpi demobilizacja elektoratu Platformy, który
jest dzisiaj duży, bo działa na zasadzie
lęku, że Kaczyński wróci do władzy.
– Nie ukrywamy, że niedawno
ogłoszona przez Pana decyzja
o złożeniu mandatu poselskiego
nieco nas zdumiewa. Będzie Pan
robił swoim przeciwnikom taki
prezent? Proszę się nad tym jeszcze zastanowić.
– Wszyscy mi to powtarzają, ale
z drugiej strony – dlaczego?
– Żeby jeszcze mieć na coś
wpływ. Na przykład w mediach.
– Codziennie odrzucam zaproszenia. Nie jestem w stanie być w „Kropce nad i” w czwartek, później w „Piaskiem po oczach”. Odrzucam, bo
w tym czasie mam spotkania. Musiałbym organizować je bardzo wcześnie,
albo bardzo późno, ale to z kolei miałoby znaczny wpływ na frekwencję.
Dlatego wybieram spotkania z ludźmi, a nie media.
– Wielokrotnie mówił Pan
o znanych nazwiskach, ludziach,
którzy przyłączą się do Pana.
– Już wkrótce pokażę taki prosty
komunikat, że Palikot nie jest sam.
– Czyli ci znani ludzie już są?
– Są, ale nie podam w tej chwili nazwisk. Nie mogę podać. Umówiliśmy
się, że na przełomie grudnia i stycznia
Enfant terrible – piekielne dziecko polskiej
polityki, demon z wywalonym językiem,
z wibratorem i „małpką”. Taki obraz Janusza
Palikota lansowany przez media utrwalał się
wśród części społeczeństwa, a tymczasem…
Tymczasem siedzi przed nami mężczyzna
w średnim wieku, o ujmującej osobowości,
erudyta. A i gadżety nie takie: karp po żydowsku
i szklanka wody z cytryną. Modna restauracja
„Anatewka”, centrum Łodzi, sobotni wieczór.
się ujawnią. Nie chciałbym stwarzać sytuacji, w której ktoś się rozmyśli, a ja
będę świecił oczami.
– A jednak kiełkuje w nas
obawa i niepokój, czy ten cały
Pana Ruch nie jest kolejnym
„Ozonem”. Kolejnym biznesem,
niszą, którą Pan próbuje zapełnić. Przepraszamy, ale to pytanie musimy tu zadać. Przecież
Pan musi wiedzieć, czym był
przed wojną „Ozon”? Czymś
z pogranicza faszyzmu i narodowego katolicyzmu...
– Do dziś mi się to czka, bo to
dla polityka i wyborcy lewicowoliberalnego wygląda i brzmi fatalnie, ale
ja nie byłem wtedy w polityce. Musicie to uwzględnić. Ja byłem całkowicie poza. Raporty socjologów informowały, że jest nisza wśród tak
zwanego pokolenia JP2. Wyszedłem
do nich z odpowiednim produktem,
żeby zarabiać na tym pieniądze. Pierwsza wersja „Ozonu” była naprawdę
wersją light.
– Owszem, ale w 2006 zmieniło się to na hard.
– Fakt. Potem już był hard. Dlatego po dosłownie kilku numerach
zamknąłem redakcję. Możecie sprawdzić. Tych twardych numerów ukazało się 4 albo 5.
– Zatem przyznaje się Pan
do błędu?
– Strasznego. I wstydzę się. Dziś
w życiu bym tego nie zrobił. Dla polityka jest to sprawa oczywista, ale dla
biznesmena to zwykłe ryzyko, które
podejmuje, żeby zarobić. Po 17 latach miałem dość zajmowania się alkoholem, więc podjąłem taką decyzję, która na szczęście, podkreślam
na szczęście – okazała się nieudana.
– Na szczęście przejrzał Pan
na oczy, zorientował się, kim jest
Terlikowski, Hołownia...
– Hołownia to jeszcze pół biedy. Terlikowski, Pospieszalski czy
Katarzyna Hejke to jest dopiero
koszmar.
– Czyli Ruch nie jest takim kolejnym Ozonowym kaprysem?
– Odszedłem z Platformy, która
miała wówczas ponad 40 procent poparcia. Byłem członkiem władz krajowych, szefem regionu. Wiadomo,
że nikt w takiej sytuacji nie odchodzi z kaprysu czy z własnego widzimisię. W tej chwili nie liczę na żadne
stanowisko, może go w ogóle nie
być. Robię to z pobudek naprawdę
czysto ideowych. Odszedłem z PO,
bo po prostu nie spełniała moich
oczekiwań. Odszedłem w szczycie
powodzenia partii przed prawie pewną drugą kadencją rządu. Odchodzę wyłącznie z powodów ideowych
i nie mam sobie nic do zarzucenia. I mam marzenia, żeby moje zamiary się powiodły.
– Szczerze tego Panu życzymy.
Mówi Pan, że Ruch Poparcia jest
otwarty dla wszystkich. Co w takim razie z SLD?
– Tym bardziej jesteśmy otwarci
na SLD.
– Ekstra, ale na razie to wygląda na wojnę, a nie przyjaźń.
Chociażby Pana zdanie o Napieralskim.
– Bo on jest po prostu bezideowo
plastikowy i to mnie boli. Ale w Sojuszu jest bardzo wielu wartościowych
ludzi. Tylko z niektórymi nie możemy znaleźć wspólnego języka. Pamiętajcie, że w latach 2000–2005 SLD
miało nadzwyczaj silną pozycję. I co
zrobili? Wypowiedzieli konkordat?
Zalegalizowali związki partnerskie?
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
15
„Wolność od państwa kościelnego
to marzenie, a każde marzenie to fakt, a nie mit”
Janusz Palikot
Czytelnikom „FiM”
Złagodzili restrykcyjną ustawę aborcyjną? Zlikwidowali Komisję Majątkową? Nie! Oni nic w tych sprawach
nie załatwili, a do tego wysłali wojsko do Iraku i Afganistanu bez żadnych realnych umów dotyczących wydatków na te misje. Bez wizji, politycznych celów oraz zysków.
– Jaki jest według Pana model świeckiego państwa?
– W naszym kraju wszystko jest
do tego stopnia postawione na głowie, że sam fakt, iż ktoś próbuje
na przykład przeforsować ustawę in
vitro, która nie zmusza, a stwarza możliwość skorzystania z niej, traktuje się
jako wezwanie przeciwko Kościołowi, jako działalność antyreligijną.
U nas trzeba tłumaczyć, że dopóki
my nie zmuszamy do in vitro, nie zmuszamy do aborcji, to przecież nie działamy antykościelnie. A jeżeli to trzeba tłumaczyć, to widać właśnie, do jakiego stopnia jesteśmy państwem wyznaniowym. Innym tego typu przykładem jest biskup Hoser, który może
grozić posłom ekskomuniką, może to
powiedzieć publicznie i nie jest zabity śmiechem. To jest rujnująca nasz
kraj sytuacja! Co prawda po naszych
akcjach i moich wypowiedziach sprawę zaczęli łagodzić bardziej liberalni
biskupi, tacy jak Pieronek, ale to i tak
nie zmienia faktu.
– Co z etyką w szkołach?
– To fundamentalnie ważna sprawa. Oto ogłaszam, że ja – filozof – jestem gotów raz w tygodniu, nieodpłatnie uczyć w Lublinie etyki. Chcę
stworzyć taką ligę, taką armię nauczycieli etyki, dzięki której Ministerstwo Edukacji nie powie w przyszłym roku, że nie ma odpowiednich pedagogów.
– Słuchając Pańskich wypowiedzi, na przykład dzisiejszych ze
spotkania w Bydgoszczy, mamy
wrażenie, że Pan ma ochotę zaprosić do Ruchu Joannę Kluzik-Rostkowską.
– Raczej nie. To znaczy... Ja nie
jestem jakimś talibem, który mówi,
że wszyscy ludzie, którzy byli albo są
w PiS-ie, są źli. To byłoby bez sensu.
Kiedy ktoś mnie pyta, kogo mógłbym
zaprosić z PiS, to bez zastanowienia
mówię, że Kluzik-Rostkowska to osoba, z którą można współpracować. Nawet Poncyljusz – przy wszystkich swoich wadach – jest osobą do współpracy.
Przecież między Kaczyńskim, Macierewiczem, Ziobrą, Brudzińskim a Poncyljuszem jest ogromna przepaść. Kluzik-Rostkowska jest trochę antykościelna i nie tylko w sprawie in vitro,
ale aborcji i praw kobiet ma naprawdę fajne zdanie. To nie są bardzo mocne antyklerykalne akcenty, ale przynajmniej są... Jest też bardzo nowoczesna w sprawach społecznych i dotyczących praw kobiet. Uważam, że
w tym zakresie można się z nią dogadywać. Jednak ona nie będzie szła z Palikotem, PSL ani tym bardziej Platformą. Ona będzie szła własną drogą.
Może z Poncyljuszem i tymi innymi
ludźmi, którzy zakładają, że i tak prędzej czy później Kaczyński ich wyrzuci? Nie wiem, czy to im się uda, ale
ja temu kibicuję, bo to będzie oznaczać dekompozycję całej sceny politycznej. Oni nie mają wielkich szans,
ale marzę, aby im się udało.
– Czyli według Pana, ta liberalna część PiS-u niedługo odejdzie z partii?
– Wszystko na to wskazuje. Kluzik-Rostkowska od dawna to prowokowała. Ona chciała być wyrzucona,
a jeśli polityk chce być wyrzucony
z partii, to znaczy, że ma jakiś plan. Na tyle, na ile się
znam na polityce, to daję 5:1,
że ona będzie
zakładać partię
z Migalskim,
Poncyljuszem
i innymi liberałami z PiS-u.
Na pewno jest
grupa kilkudziesięciu posłów, którzy
mogą chcieć wyjść z tej partii. Zwłaszcza że Kaczyński ich bardzo surowo
potraktował przy obecnych wyborach
samorządowych. Ludzie związani z liberałami zostali wycięci z list. Jest
też jeszcze inna rzecz – Kaczyński
najpierw wypuścił Kluzik i Poncyljusza w kampanię prezydencką, co dało mu ponad 40 proc. głosów, więc
teoretycznie mógł być zadowolony,
ale w ostatniej chwili jednak nie wygrał. Więc poparł zdanie Ziobry, że
trzeba było prowadzić kampanię
Smoleńskiem. Teraz właśnie widać,
jak skasował ich w duchu Zbigniewa Ziobry.
– Co z samym Kaczyńskim?
Jest skończony?
– Uważam, że tak. Zresztą on
zachowuje się jak samobójca, ale to
normalne u bliźniaków jednojajowych,
bo po stracie słabszego, ten drugi wpada w depresję. Oskarża cały świat,
że zabił mu tego brata. To jest coś
bardzo smutnego i intymnego – coś,
czego my, nie będąc bliźniakami jednojajowymi, nie zrozumiemy. On jakby stracił połowę siebie i to jest dla
niego niewyobrażalna rana, trauma.
W związku z tym, on tego nie daruje, on tego nie może darować. To jest
poza możliwościami psychicznymi takiej osoby. Będzie więc coraz bardziej
popadał w paranoję.
Przecież to, co on teraz robi, to,
jak się zachowuje, ta jego bezwzględność wobec Jakubiak – to jakieś podłe okrucieństwo. Ona z miłością
na kolanach całuje jego ślady, prosi
o litość, a on ją dobija. To sytuacja
jak z mitologii.
– Syndrom sztokholmski: ofiara zakochuje się w kacie...
– Tak, i to jest sytuacja dramatyczna.
– Czy Kaczyński ma jeszcze
przed sobą jakąś polityczną przyszłość?
– Wątpię.
– A Pan?
– Teraz czas na mój Ruch.
Rozmawiali:
ARIEL KOWALCZYK
MAREK SZENBORN
PS Po wywiadzie Janusz Palikot
pobiegł na spotkanie z łódzkimi działaczami Ruchu Poparcia. W teatrze
„V6”, gdzie odbyła się konferencja,
przywitało go brawami ponad 250
osób. Entuzjazm i skupienie, z jakim
słuchali swojego guru, świadczy o tym,
że faktycznie rodzi się coś nowego,
coś, co w końcu ma szansę zdekomponować polską scenę polityczną.
A przynajmniej poważnie nią zachwiać. Po niegasnącej werbalnej fali antyklerykalnej słowa muszą w końcu zamienić się w czyny. I na to gorąco liczymy.
16
Odbiła im palma
W
izyta prezydenta Baracka Obamy w Indiach postawiła cały
kraj na nogi.
Władze Bombaju nakazały usunąć wszystkie kokosy z palm w okolicy Muzeum Gandhiego, gdzie
prezydent USA planuje spacer.
Całe zamieszanie ma zapewnić
prezydentowi bezpieczeństwo. Hindusi nie chcą, aby twardy kokos spadł
na głowę tak ważnej osobistości.
„Zdarzało się, że kokosy już spadały w tej okolicy. Zwróciliśmy się więc
do władz lokalnych, by usunęły
wszystkie, jakie pozostały – powiedział Meghshyam Ajgaonkar, sekretarz indyjskiego rządu. Okoliczne małpy też mają być czasowo
aresztowane.
ASz
Białaska
A
borygenka nie dostała pracy. Dlaczego? Bo ma nieodpowiedni kolor skóry.
24-letnia Tarran Betterridge
bardzo chciała dostać etat w firmie Andrew Forrest Generation
One. Jej obowiązki polegałyby
na rozdawaniu ulotek o treści antydyskryminacyjnej, sprzeciwiającej się prześladowaniu Aborygenów w Australii. Kiedy młoda kobieta udała się na rozmowę kwalifikacyjną, usłyszała od rekrutującego, że jest „zbyt biała” i nie
wygląda jak „tubylec”. Zszokowana Tarran Betterridge natychmiast
o całej sprawie powiadomiła media, lecz chociaż rasistowska firma za swoje zachowanie przeprosiła, jednak opinii o sobie tak szybko nie uratuje. Australijskie gazety zgodnie twierdzą, że Generation One walkę z dyskryminacją
powinna zacząć od siebie.
ASz
Stop czerniakowi
C
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
ZE ŚWIATA
zerniak – nazwa budząca grozę. Czerniak oznaczał bardzo prawdopodobną śmierć. Chyba jest jednak nadzieja.
To jeden z najbardziej agresywnych i zdradliwych nowotworów. Jeśli czarna plamka na skórze zostanie zignorowana lub
niezauważona – w zasadzie nie
ma ratunku. Jeśli dojdzie
do przerzutów, chory ma
przed sobą mniej niż rok życia; nie ma skutecznych metod leczenia. Przynajmniej dotąd nie było.
Wielką nadzieją onkologów
i chorych na najgroźniejszego raka skóry stało się opracowanie terapii – jak na razie eksperymentalnej. Nowy preparat o symbolu
PLX4032 powoduje kurczenie się
guzów o 80 proc., a w niektórych
przypadkach – ich całkowite zanikanie. Przyjmowany doustnie lek
neutralizuje zmutowany gen, który
zapewnia niekontrolowany rozrost
komórek rakowych. Nie ma dokuczliwych skutków ubocznych. Jeśli eksperymenty zakończą się powodzeniem, preparat zostanie skierowany do testów klinicznych.
cs
Pić albo palić
A
ngielscy naukowcy opublikowali niedawno raport, w którym
zaprezentowali ranking 20 najpopularniejszych i najgroźniejszych używek na świecie.
Pod uwagę wzięli kilka czynników, a więc szkody fizyczne, psychiczne i społeczne, jakie mogą spowodować badane przez nich substancje. Na pierwszym miejscu tej
niechlubnej listy znajduje się alkohol, który ma znaczny wpływ
na wszystkie badane elementy.
Oczywiście narkotyki bardziej uzależniają, ale alkohol jest wszędzie
dostępny i prawie każdy go pije.
Kolejne miejsca na liście zajmują
heroina, crack, metaamfetamina
i kokaina. Popularna ostatnio
w Polsce marihuana uplasowała się
dopiero na ósmej pozycji.
ASz
D
ziennik „Daily Telegraph”
poinformował, że w Wielkiej Brytanii istnieją co najmniej trzy prywatne szkoły dla
dziewcząt, które nakazują swoim uczennicom noszenie nikabów
lub burek.
Wywołało to oburzenie nawet
w muzułmańskiej społeczności
na Wyspach, w związku z wymaganą
od kobiet „skromnością”. Sąd pracy
w Leeds rozpatrzył właśnie sprawę
wniesioną przez kobietę, która została zwolniona z pracy w biurze za odmowę noszenia chusty zasłaniającej
włosy. Jej szef uznał, że 31-latka jest
„zbyt zachodnia”, by mogła u niego
pracować. Skromne i zasłaniające
wyznających islam. Przeciwnicy
Blaira, głównie konserwatyści,
wskazywali na prawo kobiet do noszenia burki w wielokulturowym
społeczeństwie. W efekcie zakazu
nie ma.
Tymczasem nawet niektóre kraje świata islamskiego zakazują lub
ograniczają możliwość noszenia
Kobiety bez twarzy
na Wyspach. Umiarkowani przedstawiciele islamu mówią, że w tych
szkołach dochodzi do prania mózgów młodych dziewcząt, a noszenie zasłon na twarzy nie wynika z zasad islamu.
Wielka Brytania, która słynie
z religijnej obojętności i regularnego ucierania nosa katolickim radykałom, wykazuje przesadną tolerancję, gdy chodzi o radykałów
wyznających inne religie. Inne europejskie kraje widzą problem. Noszenia burek zabroniły właśnie Belgia i Francja. A w tym drugim kraju uchwalono prawo, zgodnie z którym za zmuszanie dziecka do noszenia burki lub nikabu będzie można trafić do więzienia i zapłacić potężną grzywnę.
To nie jedyna kontrowersja, która w ostatnim czasie pojawiła się
Z
większość ciała garsonki nie były wystarczające dla właściciela, który
chciał także, by zaczęła zasłaniać włosy. Sama Khan, niepraktykująca
muzułmanka, konsekwentnie odmawiała i w końcu straciła pracę. Powodem była odmowa noszenia chusty i „plotki” na jej temat. Khan zgłosiła się do sądu pracy, a sędzia przyznał jej odszkodowanie w wysokości
ponad 13,5 tys. funtów. Jednak uzasadnienie wyroku było co najmniej
dziwne. Sąd uznał, że doszło jedynie
do dyskryminacji ze względu na płeć.
Religia i pochodzenie nie miały tu
znaczenia.
Były premier Tony Blair mówił o muzułmańskich zasłonach
na twarz, jako o „znaku wykluczenia”, który stawia pod znakiem zapytania zdolność brytyjskiego społeczeństwa do integracji imigrantów
ewsząd nic, tylko zawodzenia, biadolenia: Kryzys, kryzys! Co to będzie, co to będzie... A przecież wystarczy odrobina inwencji, wzięcie spraw we
własne ręce. Niektórzy Amerykanie to pokazują.
Taki Gregg Miller na przykład. Opchnął ćwierć
miliona sztucznych jąder. Po co komu sztuczne jądra?
Ha! Do tego trzeba głowy Millera. Spostrzegł, że po kastracji jego pies Buck niespokojnie kręci się wkoło
i smutno zagląda sobie między tylne nogi. Okazało się,
że ludzi współczujących zwierzaczkom jest więcej
i sztuczne jaja po 100 dolarów za parę rozchodzą
się świetnie.
Są jednak tacy, co nie
przepadają za psami, a miewają ochotę coś pogłaskać.
Zauważył to Gary Dahl
i uruchomił przemysł „Pet
rock” (skała do głaskania).
Bierzesz do ręki, kilka posuwistych ruchów i… już lepiej. Skały rozchwytywano po 4 dol. za sztukę. Dahl
jest milionerem.
Porno jest niezniszczalne, wieczne (już jaskiniowcy
smarowali świńskie obrazki na ścianach), a przede
wszystkim superdochodowe. Ale żeby zarobić, trzeba
ponieść koszty inwestycji, bo mało która dama chce
się rozebrać do fotografii za Bóg zapłać. Chyba że jest
dobrze narżnięta. Wiedzę tę wykorzystał Joe Francis.
Na zdjęciach pijanych kociaków zarobił szybko ponad 100 tys. zielonych.
Na zgryzocie łysoli zrobił forsę Ron Popell. Wyprodukował spray GLH-9 zawierający czarne cząsteczki kredy. Rozpylone na głowę przyczepiają się do mikrowłosków i przez jakiś czas udają prawdziwe włosy.
Trzeba tylko uważać na deszcz i wiatr.
Jak faceci boją się placka na głowie, tak panie ze
zgrozą patrzą na swoje zmarszczki. Gdyby nie ta groza,
nikt przy zdrowych zmysłach nie pozwoliłby wstrzykiwać sobie w twarz najgorszej możliwej trucizny: clostridium botulinum. Paraliżuje mięśnie, które wywołują zmarszczki. Pieniądze? Góra pieniędzy...
burek. W Tunezji funkcjonuje zakaz, w wielu innych krajach (na przykład w Turcji) nikab uniemożliwia
znalezienie pracy lub uczęszczanie
do szkoły. Tak jest zwłaszcza w tych
państwach, gdzie rządy są świeckie, a ubranie tradycyjnego stroju
jest traktowane jako przejaw manifestacji radykalnych przekonań religijnych i opozycji wobec rządu.
Niewielkie, ale regularne konflikty na tym tle oraz zmieniające
się oczekiwania społeczne prawdopodobnie skłonią Wielką Brytanię
do pójścia śladem Francji.
I słusznie. Państwo chcące dbać
o swą świeckość musi być konsekwentne i wystrzegać się nie tylko katolickich, ale także islamskich radykałów. Musi też bronić przed nimi swoich obywateli.
KAROL BRZOSTOWSKI
Na leniach fortunę zbiła Australijka Rhonda Byrne
– napisała książkę osnutą wokół porady: „Pragnij mocno,
a będziesz mieć wszystko, czego zapragniesz”. Autorka
ma wszystko dzięki sprzedaży 2 mln egzemplarzy poradnika.
Kiedy już zbije się miliony, pojawia się dręczące pytanie: jak je niebanalnie przepuścić. Tu pomocną rękę
wyciągają inni producenci. Mają intrygującą ofertę dla
smakoszy – zwłaszcza konsumentów złota. Zacznijmy
od śniadania. Najlepsze jest w hotelu Westin New York
przy Times Square. White Truffel Bagel zawiera krem
z trufli, a na deser mus
z opiłkami złota. Pycha za 2
tys. Jeśli ktoś ma przy sobie
tylko drobne, może w Nowym Jorku spożyć za 175
dol. kanapkę z serem. Ser
jest nasączony sokiem z trufli i posypany złotem.
Lunch jest skromny:
haute dog (gęsia wątróbka, masło truflowe) w jadłodajni nowojorskiej kosztuje 69 dol. W Wall Street Shoppe
można obstalować Richard Nouveau Burger (175 dol.),
który tworzy foie gras, wołowina z Kobe i oczywiście opiłki złota. Zaoszczędzone pieniądze można przehulać
na napitek – wodę Aqua di Cristallo Triouto. Woda jak
woda, ale podaje się ją we flaszce z 24-karatowego złota w stylu Modiglianiego. Cena: 60 tys. zielonych.
Przed obiadem obowiązkowy koktajl: Sapphire Martini z knajpy nowojorskiej Mezz kosztuje 3 tys., bo kieliszek jest platynowy, wysadzany diamentami i szafirami. Na deser poleca się Frozen Haute Chockolade,
mieszankę 25 rodzajów kakao z dodatkiem 5 gramów 24karatowego złota. Dostaje się do tego na pamiątkę złotą bransoletkę z jednokaratowym brylantem.
Ale nie samym jedzeniem bogaty człek żyje. Popracować też trzeba. Najlepszy komputer dla ambitnego biznesmena to Stuart Hughes MacBook Air Supreme. Za 200 tys. Zrobiony z platyny wysadzanej 53 kamieniami szlachetnymi o rozmiarze 25,5 karata. Komputer trzyma się w pokrowcu Chanel Case za 1555 dol.
Elegancko i skromnie.
CS
Kryzys?
Jaki kryzys!
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
KOŚCIÓŁ POWSZEDNI
Sabat bezbożników
Sam Harris
i Christopher Hitchens (po lewej)
Richard Dawkins
Ateiści amerykańscy jakiś czas temu odważyli się
wyjść na światło dzienne. Teraz coraz otwarciej
i dobitniej manifestują swe istnienie. Zwłaszcza
że wyniki sondaży wykazały, iż znają się na religii
znacznie lepiej niż ludzie pobożni.
W hotelu Millennium Biltmore
w Los Angeles 370 liderów ateistów,
agnostyków i humanistów odbyło
sympozjum, podczas którego dyskutowano o przyszłości ruchu. Zjazd
sponsorowany był przez Council of
Secular Humanism (Rada Świeckiego Humanizmu). Wśród uczestników
znaleźli się goście specjalni: prof.
Richard Dawkins, nieoficjalny lider ruchu, oraz neurolog Sam Harris, autor książki „Koniec wiary”,
który musi poruszać się w towarzystwie goryli, bo zarówno od muzułmanów, jak i chrześcijan słyszy groźby zabójstwa.
Prymas
wstydu
W Belgii narasta krytyka fanatycznego szefa miejscowego Kościoła. Nawet księża odesłaliby go najchętniej do diabła, czyli do Rzymu.
Arcybiskup Andre-Josephe Leonard słynie z kontrowersyjnych wypowiedzi, jak choćby ta ostatnia, że
epidemia AIDS jest „formą sprawiedliwości”, za pomocą której Bóg karze niewierną ludzkość. Takie słowa kompromitują Kościół katolicki w oczach społeczeństwa, dlatego od ponad trzech dziesięcioleci słabnie
on i schodzi na margines życia społecznego.
W
Arabii Saudyjskiej toczy się
komiczny proces o udział
diabła w aferze łapówkarskiej.
Nie ma się z czego śmiać, bo podobna historia mogłaby się wydarzyć w Polsce.
Sędzia z Mediny – jednego
z najważniejszych miast królestwa Saudów – jest podejrzewany o przyjęcie wielkiej łapówki oraz
nielegalne wejście w posiadanie
kosztownych nieruchomości. Prawnika broni jednak znany muzułmański egzorcysta, który przekonuje, że
Osiągnięto pełny konsensus co
do dwu kwestii: że ludzie mogą się
spokojnie obejść bez religii i że religia zdobyła zbyt duże wpływy. Dalej były różnice, choć nie przepastne. Ateiści pragnęliby się skoncentrować na zagadnieniu nieistnienia
Boga, zaś humaniści poszukują alternatywnego systemu etycznego
niezależnego od Boga. Roztrząsano też genezę moralności. W „Pejzażu moralnym”, najnowszym bestsellerze Harrisa, autor przekonuje, że jej proweniencja jest neurologiczna. Dobre jest to, co promuje
Belgijscy katolicy (w tym duchowni) zbierają podpisy – m.in. na słynnym kościelnym uniwersytecie w Louvain – pod apelem, aby Benedykt XVI zabrał arcybiskupa jak najdalej od Belgii. Wyparł się go nawet najbliższy współpracownik, doktor teologii Juergen Mettepenningen, do niedawna rzecznik prasowy prymasa: „Nie
potrafię, nie chcę i już nie będę przedstawiać poglądów
arcybiskupa”. Powiedział także, że prymas zachowuje się
jak kierowca, „który jedzie pod prąd, ale myśli, że to wszyscy inni kierowcy są w błędzie”.
Osamotnienie w fanatyzmie to nie koniec kłopotów prymasa. Na wniosek chadeków (partia katolicka!)
powołano do istnienia specjalną śledczą komisję parlamentarną, która zbada przestępstwa seksualne kleru
katolickiego w Belgii, co jest ewenementem na skalę
światową. Jeden z lewicowych deputowanych zgłosił nawet doniesienie do prokuratury w nadziei, że ta zbada, czy Leonard nie dopuszcza się nagonki na chorych
na AIDS i podżegania do homofobii.
MaK
łapówka w tym przypadku została
przyjęta pod wpływem działania
złego ducha – dżina. Islamski „łapiduch” twierdzi, że prawnik jest
niewinny, bo sprawa wydarzyła się
Można by to wyśmiać, gdyby nie fakt,
że w Polsce duchowni bywają powoływani jako eksperci w sądach, dziennikarze przeprowadzają jak najbardziej poważne rozmowy z coraz liczniejszymi egzorcystami, a na publicznych wyższych uczelniach
plenią się „księża profesorowie” – specjaliści od bajkowej teologii. Jeśli śmiejemy się
z powodu dżina Arabów, to „sami
z siebie się śmiejemy”, można powiedzieć, trawestując Gogola.
MaK
Diabeł łapówkarz
poza jego wolą, choć z udziałem
jego osoby...
W mediach Arabii toczy się debata, czy dżin jest tylko wygodnym
alibi, czy może faktycznie zadziałały przy łapówce siły piekielne.
szczęście i uczucie dobrobytu, a to
zależy od reakcji chemicznych
w mózgu. Inni wskazywali związki
moralności z ewolucją, jeszcze inni twierdzili, iż moralność laicką
można wywieść ze świeckiej filozofii Immanuela Kanta i Johna
Rawlsa.
Centralne pytanie sympozjum
sformułowano następująco: do jakiego stopnia publicznie demonstrowanego lekceważenia można się
posunąć, krytykując religię. „Gołębie” wyrażały przekonanie, że należy dążyć do porozumienia między
K
ilka miesięcy temu najwybitniejszy żyjący fizyk Stephen Hawking w swej książce
„Wielki projekt” stwierdził, że
przy wyjaśnianiu genezy wszechświata można obyć się bez roli
Boga. Wszechświat stworzył się
sam z niczego, w akcie spontanicznej kreacji – konstatuje
naukowiec.
17
niewierzącymi a wierzącymi, podczas gdy „jastrzębie” postulowały
bardziej konfrontacyjne nastawienie. Zwolennicy łagodnego kursu
oskarżali ich o chęć odstraszenia potencjalnych sojuszników, umiarkowanych chrześcijan, którzy nie identyfikują się z frakcją radykalnych fanatyków religijnych. Podziały w łonie ruchu najlepiej egzemplifikuje
biolog Paul Myers, znany ze swych
drastycznych demonstracyjnych akcji, takich jak desakralizacja opłatka i Koranu, a także – dla zachowania równowagi – zniszczenie
książki Dawkinsa „Bóg urojony”.
„Staram się codziennie popełniać
świętokradztwo” – zapewnia Myers.
Ostro zaatakował Francisa Collinsa, traktowanego jako sztandarowy przykład możności aliansu ateistów z ludźmi religijnymi. Collins,
Dyrektor Krajowego Instytutu Zdrowia, promotor teorii ewolucji, jest
jednocześnie fundamentalistą chrześcijańskim. Myers nazwał go klaunem i oświadczył, że jego prace naukowe to „kompletny śmietnik”.
„Kłamcy – to określenie na ludzi,
którzy twierdzą, że są neutralni wobec prawdy” – stwierdził. Pisarz i naukowiec Chris Mooney powoływał
się na badania stwierdzające, że
„wielu chrześcijan odrzuca naukę,
bo rzekomo znajduje się ona w konflikcie z wartościami moralnymi”.
Na sympozjum zaproszono także
przeciwników: fizyk Victor Stenger utrzymuje, że każdy, kto twierdzi, że można żyć bez Boga, jest
tchórzem.
cs
Przed laty poprzednik Benedykta ostrzegał naukowców, że wolno im badać powstanie wszechświata, ale wara od pierwszych sekund,
bo to monopol Stwórcy. Hawking
nie posłuchał, a następnie jeszcze
głębiej zabrnął w grzech, kwestionując potrzebę udziału (inicjującego) Stwórcy w dziele tzw. stworzenia. Ale religia nie może istnieć
Projekt BXVI
Żarna Benedykta powoli mieliły tę wieść, i proszę – mamy ripostę. To Bóg stworzył wszechświat, a ci, co to kwestionują,
nie mają racji – objawił papież,
nie wspominając nazwiska Hawkinga. Niezbyt szokująca enuncjacja miała miejsce w wystąpieniu w Pontyfikalnej Akademii Nauki, którą Benedykt zaszczycił swą
obecnością. Papież chwalił i błogosławił naukowców i naukę, ale
wyznaczył im dość wąskie pole
badawcze. Rolą nauki jest odsłanianie roli Boga we wszechświecie – stwierdził. A więc jajogłowy powinien być wersją księdza, bez habitu, ale z mędrca
szkiełkiem i okiem, skoncentrowanym na Stwórcy.
i funkcjonować (z korzyścią dla
jej pracowników) w ramach scenariusza, który nie przewiduje żadnej kardynalnej roli boskiej. Skoro Bóg nie stworzył wszechświata ani nie nadzoruje poczynań
osobników stworzonych na podobieństwo boże, co widać, gdy spojrzy się na ich szalone lub – w najlepszym razie – budzące dezaprobatę postępki, to co właściwie
robi? Medytuje gdzieś w zaświatach, kręcąc młynka palcami?
Przecież oznaczałoby to zawieszenie kłódki na drzwiach Kościoła,
i to nie tylko katolickiego. Bóg
wszechmogący jest więc Kościołowi niezbędny jako racja bytu,
jak ogień – straży pożarnej.
cs
18
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
A TO POLSKA WŁAŚNIE
Polskie drogi pijane
Gdyby zebrać w sportowej hali wszystkich
pijanych kierowców złapanych 1 listopada,
musiałaby zmieścić 2000 zawodników.
Z trybun rozległby się doping kibiców,
czyli jakichś 6000 osób z rodziny i tych,
którzy z nimi podróżowali albo biesiadowali.
Picie i jazda po pijanemu to nasze narodowe sporty. Jesteśmy najlepsi w Europie, choć żadna statystyka nie pokazuje prawdziwej liczby pijanych kierowców w kraju, a jedynie tych pechowców, którzy dali
się złapać. Właściwie komunikat policji przed coroczną akcją „Znicz”
powinien brzmieć: Uwaga trzeźwi
kierowcy i piesi! W najbliższych
dniach na drogi wyjedzie kilkadziesiąt lub kilkaset tysięcy pijanych ludzi. Wyglądają bardzo zwyczajnie,
jadą ze swoimi rodzinami. Ale są
śmiertelnie niebezpieczni. Złapiemy
jakieś 2 tysiące z nich. Reszta będzie piła i jeździła dalej. Życzymy,
by udało wam się ich nie spotkać.
W tym roku w trzydniowy listopadowy świąteczny weekend pijani
spowodowali 407 wypadków. Zabili 39 osób, a ranili 532. Policzyłam
„cmentarnych” pijaków za kółkiem
od 2000 roku. Przez 10 lat tylko
w Święto Zmarłych spowodowali 3026 wypadków. Na miejscu zginęły 334 osoby (nie ma w tej liczbie zmarłych w wyniku obrażeń
w szpitalu). Armia rannych liczy 4214 osób.
W sumie co 8 wypadek w Polsce powoduje pijany.
Picie jest u nas tak powszechne,
że wrosło w świadomość jak inne
polskie oczywistości: dziury na drogach czy awaryjność aut. Trudno wysilić wyobraźnię i dojrzeć problem,
kiedy „wiemy to” od zawsze. Więc
obojętność trwa. Gdyby odwołać się
do symboli narodowych: tylko
w ubiegłym roku na drogach pijani zabili 571 osób. To tyle ofiar,
co 6 katastrof pod Smoleńskiem.
Ci kierowcy nie żyją w próżni i zwykle nie jechali sami. Przyzwolenie
rodziny i otoczenia jest współodpowiedzialnością za te śmierci i dowodem naszej katastrofalnie niskiej
wyobraźni oraz świadomości.
Pijani nie wiedzą
Nie tylko pijemy i jedziemy, ale
bardzo często nawet nie wiemy, że...
jesteśmy pijani. Skoro impreza
skończyła się wczoraj, dziś mogę
jechać – wynika z tłumaczeń kierowców. W zeszłym roku policjanci złapali na drogach około 174 tys. ludzi z alkoholem
we krwi. To znaczy takich, którzy
mieli powyżej 0,2 promila, bo tyle
wynosi polska norma. Połowa
z nich była zdumiona wynikiem badania na alkomacie. Wciąż świetnie mają się polskie mity o szybkim trzeźwieniu po przespaniu się,
na świeżym powietrzu, dzięki kawie i wszelkim „alkaprimom” z aptek czy marketów. Do tego dochodzi przekonanie mistrzów kierownicy, że także po pijanemu
(a może zwłaszcza!) świetnie
prowadzą swoje auta.
Nie ma żadnej normy ani reguły na trzeźwienie – u każdego
przebiega ono w innym czasie.
Bardzo uśrednioną zasadą jest,
że alkohol wypity tylko w jednym
piwie przestaje działać w organizmie dopiero po minimum 3
godzinach. Zależy od kondycji,
wieku, wagi, a nawet płci. Kobiety zwykle wolniej niż mężczyźni spalają alkohol.
Badania wykazały, że jeśli
kierowca ma we krwi do 1 promila alkoholu, ryzyko wypadku
rośnie 7 razy. Do 1,5 promila
– 31 razy, a powyżej 1,5 – aż 128
razy.
Tymczasem kontrole drogowe obejmują tylko znikomą część kierowców. Prawie 80
procent nigdy nie miało badania stanu trzeźwości. Wielka „akcja na dopalacze” w naszym kraju jest widowiskowa, ale
jednocześnie nie walczy się z największym zagrożeniem – alkoholizmem. Kto korzysta z dopalaczy jest
wciąż jeszcze dziwakiem i utracjuszem, który rujnuje swoje zdrowie.
Kto pije i siada za kółkiem, jest raczej Polakiem z fantazją i ryzykantem niemal sympatycznym.
Jesteśmy daleko za innymi krajami w walce o świadomość ludzi.
Rumuni niedawno ściągnęli pomysł
od Niemców. Petru Antal, burmistrz
miejscowości Pecica, kazał rozstawić znaki ostrzegawcze: osoba
poruszająca się na kolanach trzyma
w ręku butelkę alkoholu. Do tego
napis: „Uwaga, pijani”. Znaki postawiono przed najbardziej „imprezowymi” miejscami w mieście. Trudno nawet wyobrazić sobie, że takie
ostrzeżenia mogłyby stanąć w Polsce przy klubach, domach weselnych
Na razie w miejscach śmierci
na drogach palimy lampki, stawiamy krzyże albo tablice z liczbą rannych i zabitych. Społeczne przeświadczenie, że można uniknąć odpowiedzialności za jazdę po pijanemu, buduje samo życie. Badania
to potwierdzają – z pijanych kierowców mandat lub wyższą karę
dostanie jedynie 0,3 procent!
około 50 osób albo ponad 80
– jak dwa lata temu. Prawie 600
wyląduje w szpitalu z obrażeniami. Policja przerwie zabawę
za kółkiem mniej więcej 1200 pijanym kierowcom.
Tymczasem w Święto Niepodległości 11 listopada znów udało się
zrobić „przedłużony weekend” i kolejna fala pijanych zaleje drogi.
Policja ma bardzo ograniczone
możliwości: 7400 maszynek elektronicznych do badania trzeźwości,
z czego tylko 150 nowoczesnych AlcoBlue, które pokazują alkohol nawet 10 cm od oddychającego.
Ale też niektórych w ogóle nie
trzeba badać, bo widać „na oko”.
Polski rekordzista miał 7 promili, gdy w Szczecinie jechał citroenem
A jazda jest ostra: większość złapanych ma we krwi ponad 0,5 promila. Najwięcej wypadków powodują w piątek, sobotę i niedzielę,
głównie pomiędzy godziną 17 a 22.
Co to znaczy mieć 0,5 promila?
To mniejsza zdolność rozpoznawania sytuacji, pobudzenie, upośledzenie koordynacji wzroku i ruchu,
pogorszenie widzenia i oceny odległości, opóźnienie dostosowania
oka do ciemności i ruchomych źródeł światła. Powyżej 1 promila włącza się brawura, agresja i euforia.
Nie mniej groźnie jest w popularne imieniny. Bezpieczniej nie wyjeżdżać autem w Zbigniewa, Józefa, Bożeny, Anny, Bogdana czy Andrzeja. No i w święta.
Jeśli będzie tak jak przed rokiem, w Boże Narodzenie zginie
środkiem drogi. Zasnął przy kontroli. Na świecie śmiertelna dawka
to 4–4,5 promila. Ta zasada u nas
się nie sprawdza.
2,5 promila miał 49-letni kierowca karetki pogotowia z Tomaszowa
Lubelskiego, który pojechał do chorego. Jego kolega po fachu w Warszawie miał tylko 2 promile, gdy
wiózł chorego do dializy i wbił się
karetką w autobus.
Także w okolicach Tomaszowa
Lubelskiego dziwnie jechało
bmw 51-letniego księdza Józefa S.
Miał ponad 2 promile. Auto trafiło na policyjny parking, a ksiądz został zwolniony do domu
Ból zęba duchownego z Zakopanego był tak silny, że napił się
wódki i pojechał autostradą A4. Wężykiem, bo miał prawie 2,5 promila.
czy dyskotekach. Kłopot nie tylko
w ich społecznym odbiorze, ale i wyborze miejsca oraz formy. Skoro
pijani w Polsce siedzą w takiej masie za kółkiem, sensowniejsze byłoby ostrzeżenie: Uwaga – trzeźwi
na drodze!
Wesołych świąt?
Ktoś zauważył „pijany pojazd” i powiadomił policję.
Z opla zatrzymanego pod Krakowem do zwykłej kontroli wysiadł
kierowca, który mógł jechać, ale...
nie mógł stać. Alkomat pokazał
u 39-latka 6 promili. Już dwa razy
odbierano mu za alkohol prawo jazdy i dwa razy je oddano.
Te historie to żadne nadzwyczajne sytuacje. To polska norma
drogowa.
Obrazkiem
i kropidłem
Komisja Europejska oszacowała, że jedna czwarta wszystkich
śmierci poniesionych na drodze
to skutek działania alkoholu.
Wszystkie kraje głowią się, jak zmienić świadomość ludzi. Obniżanie dopuszczalnej normy wywiera dokładnie odwrotny skutek. Polska znów
zadziwiła świat: skoro u nas święcenie aut nie wystarcza, to do patroli
policyjnych dołączyli księża z obrazkami świętego Krzysztofa, patrona
kierowców. Duchowni na równi z policjantami pouczają kierowców: żeby byli trzeźwi, zapinali pasy i nie
jechali za szybko. Wręczają im
odblaskowe kamizelki, dekalog
kierowcy, obrazki, naklejkę z modlitwą kierowcy i dają swoje błogosławieństwo. Niektórzy otrzymają także „zapachy do samochodu przypominające o trzeźwości na drodze”.
W Stargardzie Szczecińskim
ksiądz z patrolu motocyklowego
stworzył nowe standardy na naszych drogach: biały napis „Kapelan” na skórzanej kurtce, kask
z białym krzyżem, biały policyjny pas, a na nim zasobnik z kropidłem, obrazkami, stułą i świętym olejkiem. Tak na wszelki wypadek – gdyby święty Krzysztof
nie pomógł i doszło jednak
do wypadku. Co, niestety, często
się zdarza.
Na ulicach Bogatyni rutynowa kontrola drogowa wyglądała tak:
– Czy jest pan katolikiem?
– zapytał ksiądz kierowcę zatrzymanego przez policję.
– Oczywiście – odpowiedział
spięty mężczyzna, podając dokumenty funkcjonariuszowi.
– Wobec tego jest pan świadomy, że przed chwilą popełnił grzech?
– kontynuował przesłuchanie partner policjanta.
Kierowca pokornie wysłuchał kazania. Nie dostał mandatu, tylko obrazek świętego Krzysztofa. Tylko
nieliczni odmawiali rozmowy z księdzem. A wtedy mieli do czynienia
z policjantem. Niestety, jak dotąd
ani jedno, ani drugie nie pomaga.
A może Polacy są ludźmi zbyt wielkiej wiary? W tym przypadku wiary, że nie zostaną złapani po pijaku i że św. Krzysztof – z zatkniętego nad kierownicą obrazka – zaprowadzi ich szczęśliwie do domu.
BARBARA CHYBALSKA
[email protected]
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
LISTY
Dlaczego?
Zawzięli się na in vitro papież
i biskupi jak kacap na dupę, chciałoby się powiedzieć. Ci boscy samozwańcy bronią zaciekle... ZYGOTY!!!, twierdząc, że to CZŁOWIEK!!!
Jeszcze nie tak dawno (o ironio!) palili ludzi na stosach, bo
mogli i chcieli, a jeszcze wcześniej wycinali w pień innowierców,
organizując wojny krzyżowe.
Pod ich nadzorem i z ich inspiracji wymordowano też miliony Indian w Ameryce. Młodzi ludzie nawet o tym nie wiedzą, bo w wielu
polskich szkołach obowiązuje czarna cenzura. Także z historii. Przytaczam to zatem; jednym gwoli
przypomnienia, innym, by poczytali o tym w GOOGLACH. Tych
od Rydzyka również zapraszam
na te strony. A także Kaczorów,
Gowinów, Terlikowskich i im podobnych, choć odnoszę wrażenie,
że tym ostatnim nic już nie jest
w stanie pomóc.
Co się więc stało, że wszystkich
kościółkowych opanowała nagle tak
ogromna miłość do sztucznie zapłodnionych jajeczek, które dopiero mają szansę stać się człowiekiem? Szczególnie że niekoniecznie musi to nastąpić, i to z przeróżnych powodów. Bronią tych zygot z uporem humorysty i nie przebierają w środkach, by ich życzenie zamieniło się w paragraf kodeksu karnego, wchodząc w ten
sposób w kompetencje polskiego
ustawodawstwa. Straszą ekskomuniką tych, którzy są za in vitro, na co
jeszcze nie tak dawno żaden z nich
by się nawet nie ośmielił. Oto
do czego doprowadzili kolejni rządzący po 1989 roku, skłonni do lizania tyłków klechom – miernoty
ludzkie pełne cynizmu, pozbawione charakteru, wstydu oraz wyobraźni i trzęsące portkami ze strachu o swe stołki.
Narzucają się więc pytania: dlaczego ci sami biskupi na czele z papieżem nie wystąpią z równą determinacją i zaangażowaniem przeciwko prowadzonym wojnom?!
Przeciwko wyścigowi zbrojeń i coraz bardziej zaawansowanym wynalazkom służącym do masowego
zabijania bliźnich?! Dlaczego kler
– zamiast stać na straży pokoju
– zatrudnia w wojsku swoich przedstawicieli w charakterze kapelanów, dokumentując w ten sposób
swoje przyzwolenie na rzeź ludzkich istot?! Dlaczego tak bardzo
pachną im awanse, pałace, drogie
samochody i wszelki luksus, którym się otaczają ludzkim kosztem,
podczas gdy ewangelie nawołują
ich do ubóstwa i służby bliźniemu?!
Dlaczego otumaniony naród tego
nie dostrzega i ufa im, i to często
bezgranicznie?! A nawet broni wynaturzonych czarnych zboków,
SZKIEŁKO I OKO
za których ostatnio przepraszał papież!
Utożsamianie przez biskupów
zygoty z człowiekiem (to dokładnie tak, jakby nasionko pomidora
nazywać pomidorem) jest w powyższym kontekście objawem czystej
hipokryzji, płynącej z dążenia
komentowanie typu: co też teraz
ten PiS pocznie po wyrzuceniu ze
swego grona takich dwóch ORLIC?
Zaprawdę, w naszym kraju jest bardzo dużo poważnych spraw, o których społeczeństwo winno być rzetelnie informowane: gigantyczne zadłużenie kraju, Komisja Majątkowa,
do władzy za każdą cenę. Ta daje im przecież pozycję i szmal, które niejednemu z nich śnią się zapewne po nocach i przypominają
czasy błogiej, Świętej Inkwizycji.
Na szczęście coraz więcej mądrych
ludzi odwraca się od nich. To ci,
którzy potrafią dostrzec fałsz ukryty za frazesami powtarzanymi przez
nich od wieków w koło Wojtek. Dla
światłego człowieka nauki pozbawione jakiegokolwiek sensu są nie
do przyjęcia.
EF
służba zdrowia, fundusze emerytalne i wiele innych. Tymczasem media roztrząsają w nieskończoność
bagatelny, bzdurny temat, że z PiS-u wyrzucono dwie panie. Smutno
mi, Boże!!!
Mir
Bzdurny temat
Od kilku dni polskie stacje TV
pokazują i komentują wyautowanie z PiS-u dwóch pań. Elżbieta Jakubiak już dużo wcześniej ujrzała
karcący palec dyktatora Jarka.
Po ukorzeniu się i głośnych lamentach pozwolono jej łaskawie pozostać. Nieszczęsna Ela popełniła jednak seppuku, głosząc, że podziela
poglądy wypowiadane przez jej
psiapsiółkę Joannę.
Obecnie obie panie silą się
na intelektualizm, ale widać wyraźnie, że robią tzw. dobrą minę
do złej gry i do kamer uśmiechają się jakoś mało radośnie – wręcz
nieszczerze. Być może zrozumiały, że ich działania były mało rozważne albo zupełnie nierozważne,
a ich ukochany wódz Jaruś jest
obłędnym dyktatorem. Przecież
służyły mu przez lata. Raczej nie
należy się dziwić, że komentatorzy TV rozdmuchują dość bzdurny temat do granic monstrualnych,
bo przecież z czegoś trzeba żyć,
a plebsowi zaserwować maksymalną dawkę igrzysk. Dziwić jednak
powinien fakt, że wielu zdawałoby się poważnych ludzi dało się
wmanewrować w mało poważne
Palikot z lewicą
Palikot – po ewentualnym dostaniu się do parlamentu jego potencjalnej partii – optuje za koalicją z PO. Mam ambiwalentny stosunek do jego projektu. Moim zdaniem, lepszym rozwiązaniem byłaby jego współpraca z lewicą jako
dużą koalicją wyborczą partii lewicowych i dopiero wtedy mógłby myśleć o potencjalnej koalicji rządowej z PO. Koalicja lewicy uzyskałaby odpowiednio duże poparcie
społeczne podczas wyborów, a to
przełożyłoby się na stawianie PO
twardych warunków podczas zawierania potencjalnego sojuszu rządowego, bo nie byłaby już kwiatkiem
do kożucha, jak dzisiejsze PSL – lekceważone przez koalicjanta. Działania, jakie proponuje Palikot, doprowadzą do rywalizacji zamiast
współpracy po lewej stronie, a to
doprowadzi do podziałów i kolejnego osłabienia lewicy. Gra do jednej bramki może dać same profity
wszystkim stronom, albowiem z nikim innym PO nie będzie w stanie
założyć koalicji – przecież PSL może nie wejść do parlamentu, a PiS-owi brakuje zdolności koalicyjnej
(chyba że powstanie PiS bis Kluzikowej). Biorąc to wszystko pod uwagę, stwierdzam, że samodzielne działanie Palikota nie otrzyma mojego
poparcia wyborczego, natomiast
w ramach koalicji z lewicą – jak najbardziej.
Józef Frąszczak, Głogów
Kabaret po polsku
Obserwując w telewizji wypowiedzi naszych mówiących głów
– mam na myśli szczególnie polityków po roku 1989 – nie sposób
wprost nie zauważyć, w jak rewolucyjny sposób (choć trudno
okres 20 lat określić mianem ewolucji) zmieniała się w tym czasie
ich mentalność.
Stawali się z dnia na dzień coraz bardziej spolegliwi wobec majestatu przewielebnych propagatorów wymyślonego przez Żydów Boga. Za czasów wstrętnego PRL-u jedynie na tabliczkach trumiennych
i nagrobkach można było spotkać
skrót śp., zaś rozwinięcie tego skrótu (świętej pamięci) można było
usłyszeć tylko w kościołach lub podczas pogrzebów z księdzem. Teraz
nie ma dnia, by te dwa słowa nie
były wielokrotnie użyte i to w każdym medium. Niejednokrotnie – jak
zauważyłem – odnosiły się one
do zmarłych niewierzących w Boga. A czy nie lepiej – zamiast strzelić byka – mówić o nieżyjącym człowieku po prostu: zmarły, a nie:
świętej pamięci?! Tym bardziej że
dana osoba nie była ani kanonizowana, ani beatyfikowana. I jeszcze
ten śmieszny patos, z jakim niektórzy z tych ludzi wypowiadają te słowa... Kabaret, po prostu – kabaret!
Albo slogan: dzięki Bogu! Nie
tak dawno Sławomir Nowak z Kancelarii Prezydenta RP u Moniki
Olejnik użył go kilkakrotnie podczas wywiadu trwającego 20 minut,
aż w pewnym momencie, gdy prowadząca zrobiła dziwny grymas
19
po kolejnym „dzięki Bogu”, sam
zreflektował się, że coś jest nie tak.
Eryk Farys
Świeckie = katolickie
W powiecie puckim są dwie
szkoły im. Jana Pawła II – we Władysławowie i Jastarni. Oczywiste
jest, że nadanie szkole patrona tak
bardzo uduchowionego jasno określa postawę religijną i kościelną. Nie
zdziwi więc nikogo fakt, że w żadnej z wyżej wymienionych szkół
w ogóle nie ma wzmianki o etyce.
Na ścianie prawie każdej z klas widnieje okazały krzyż wraz z wizerunkiem JPII i w obu placówkach spotkać można po dwóch katechetów.
Obydwie szkoły są – oczywiście teoretycznie – świeckie.
Próby znormalizowania stanu
swojej klasy podjął się Piotr. S., nauczyciel języka niemieckiego, który ośmielił się usunąć krzyż wiszący obok godła. Niestety, jest on wyjątkiem, a każdy wie, jak w naszym kraju postrzegane są osoby
o zachowaniu odbiegającym od
norm ogólnie przyjętych.
Owe szkoły przez obnoszenie
się z poglądami czysto katolickimi
ograniczają wolność wyznania i posiadania własnego światopoglądu.
Prawo polskie zgodnie z konstytucją winno bronić obywateli, zabraniając świeckim i neutralnym pod
względem wyznaniowym placówkom szkolnym przyjmować patronów duchownych, określających jednoznacznie daną szkołę.
Patryk S., uczeń
Konkurs foto
Pan Marek tak się zaczytał, że nie zauważył, kiedy dotarł przed siedzibę samego ojca dyrektora, gdzie straszy foliowany JPII! Na szczęście
uszedł z życiem i będzie mógł odebrać wierszówkę za zdjęcie.
20
W
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
PRZEMILCZANA HISTORIA
poprzednim odcinku przedstawiliśmy
interwencję państw
Układu Warszawskiego (UW) w Czechosłowacji,
w wyniku której doszło do unicestwienia tam programu reform polityczno-gospodarczych nazwanych
praską wiosną. W operacji „Dunaj”,
która była największą operacją wojskową od czasu zakończenia II wojny światowej, wzięły udział wszystkie kraje sojuszu oprócz Rumuni,
gdzie rządził Nicolae Ceauşescu.
Nie był to jedyny sprzeciw Bukaresztu wobec polityki wyznaczanej przez Kreml, gdyż rok wcześniej
Rumunia odrzucała wyraźną sugestię Moskwy dotyczącą zerwania stosunków dyplomatycznych z Izraelem
po wybuchu wojny sześciodniowej.
Na taką postawę Rumunii w dużej
mierze wpłynęło ujawnienie przez
radziecki wywiad (KGB) amerykańskich planów ataku nuklearnego
na państwa UW. Single Integrated
Operational Plan (SIOP – zintegrowany plan operacyjny), zatwierdzony przez prezydenta USA Dwighta Eisenhowera, przewidywał zmasowane i skoordynowane uderzenie
bombowców B-52, rakiet balistycznych Atlas oraz rakiet Polaris wystrzeliwanych z okrętów podwodnych na główne miasta Europy
Wschodniej oraz wybrane cele strategiczne. Wyznaczone obiekty miały być zaatakowane przy użyciu każdorazowo trzech ładunków nuklearnych o łącznej mocy 240 kiloton
(bomba zrzucona na Nagasaki, która zabiła 80 tys. ludzi, miała moc 20
kiloton). Wobec tak niebezpiecznej
alternatywy rząd rumuński dokładał wszelkich starań, by Rumunia
zniknęła z listy ewentualnych celów NATO. Rumuński minister
spraw zagranicznych Corneliu Manescu prowadził z Amerykanami
poufne rozmowy, deklarując, że
na terenie jego kraju nie będzie
rozmieszczona broń jądrowa, oraz
obiecując ewentualną neutralność
w przypadku konfliktu dwóch światowych mocarstw. Taka polityka prowadzona przez Ceauşescu stanowiła największy wyłom w polityce
państw UW i burzyła pewien stereotyp rzekomo ubezwłasnowolnionych przywódców państw socjalistycznych będących pod jurysdykcją Kremla.
To, na co mogła sobie pozwolić
otoczona przez „bratnie narody” Rumunia, czy też Albania, która w 1968
roku w ogóle wystąpiła z Układu
Warszawskiego, nie wchodziło w grę
w przypadku strategicznie położonej Czechosłowacji graniczącej z Austrią i RFN, stąd tak brutalna reakcja ZSRR i sojuszników na próbę
częściowego uniezależnienia się
od wspólnej polityki państw bloku
wschodniego. Operacja „Dunaj”,
abstrahując od bezpardonowego faktu naruszenia integralności de jure
niezależnego państwa, z wojskowego punktu widzenia przeprowadzona była bardzo sprawnie, stając się
zarazem wielką demonstracją siły
HISTORIA PRL (34)
Oblicza grudnia
W grudniu 1970 roku doszło do przełomowych
wydarzeń, czyli do pojednania z największym wrogiem
– Niemcami – oraz robotniczej rewolty,
która na parę dni sparaliżowała całe Wybrzeże.
i sprawności bojowej UW. Świat
przekonał się, że Układ Warszawski jest w stanie z całą stanowczością zareagować w obronie swoich
żywotnych interesów.
Z tej lekcji jako pierwszy wnioski wyciągnął socjaldemokratyczny
rząd RFN (koalicja SPD i Partii
Wolnych Demokratów) na czele
z kanclerzem Willym Brandtem,
który postanowił całkowicie odejść
od prowadzonej przez chadeckich
poprzedników totalnie chybionej
i wrogiej polityki izolacji wobec Europy Wschodniej na rzecz pojednania i dialogu. Doszło więc do bardzo trudnych rozmów dyplomatycznych na linii Moskwa–Bonn, zakończonych podpisaniem we wrześniu 1970 roku układu normalizującego wzajemne stosunki. W trakcie negocjacji Leonid Breżniew wysunął postulat uregulowania polskiej
granicy zachodniej, jednak w ramach
dwustronnych ustaleń – z pominięciem strony polskiej. W praktyce
oznaczałoby to jeszcze większe uzależnienie Polski od „wielkiego brata”, który stałby się wtedy prawnym
gwarantem naszych granic.
Kiedy sekretarz generalny KC
PZPR Władysław Gomułka dowiedział się, że tak istotna kwestia
dla polskiego interesu narodowego
jest rozpatrywana z pominięciem
Warszawy, w mig pojął intencję
Kremla i natychmiast zażądał od
Breżniewa włączenia strony polskiej
do rozmów z Bonn. Niezwykle trudne negocjacje polsko-niemieckie ciągnęły się przez dwa lata. Na szczęście upór i determinacja Gomułki
oraz rozsądek Brandta doprowadziły do zawarcia porozumienia.
W grudniu 1970 roku doszło w Warszawie do podpisania przez polskiego premiera Józefa Cyrankiewicza
i kanclerza RFN Brandta historycznego traktatu gwarantującego nienaruszalność polskiej granicy zachodniej na Odrze i Nysie Łużyckiej oraz
ustanawiającego oficjalne stosunki
dyplomatyczne pomiędzy obydwoma państwami. Traktat ten był bez
wątpienia największym sukcesem
w polityce zagranicznej PRL i zarazem spełnieniem wielkiego marzenia Gomułki, który bój o polskie
Ziemie Zachodnie rozpoczął jeszcze na konferencji pokojowej w Poczdamie w 1945 roku. Można więc bez
cienia przesady nazwać Gomułkę patronem Ziem Odzyskanych, bez których dziś trudno wyobrazić sobie Polskę. Niemcy długo nie mogli pogodzić się z tą decyzją, a niemiecki parlament (Bundestag) ratyfikował ten
układ dopiero po półtora roku burzliwych debat i raptem przy dziesięciu głosach przewagi.
Przy okazji warszawskiego spotkania doszło do jeszcze jednego
epokowego wydarzenia: Brandt
– przywódca państwa odpowiedzialnego za wybuch wojny oraz zagładę Żydów – złożył hołd, klęcząc
przed pomnikiem Bohaterów Warszawskiego Getta. Gest ten został
doskonale przyjęty na całym świecie, a polska prasa napisała, że
„ukląkł ten, który nie musiał wcale
tego robić, w imieniu tych, co powinni, a nie chcieli”. Brandt, socjalista,
po zwycięstwie Hitlera wyemigrował bowiem z Niemiec i brał udział
w ruchu antyfaszystowskim. W 1971
roku Willy Brandt został nagrodzony Pokojową Nagrodą Nobla.
Niestety, wielki sukces, jakim była upragniona stabilizacja w polityce zagranicznej, został szybko zdyskontowany przez wydarzenia w kraju. Jak pisaliśmy we wcześniejszych
odcinkach, lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia w Polsce były pasmem
wielkich inwestycji gospodarczych.
Powstało mnóstwo nowych fabryk
i kombinatów, przy których wyrastały nowe ośrodki miejskie. Bez
wątpienia był to wielki ciężar ekonomiczny, który ponosiło całe społeczeństwo w związku z procesem
industrializacji kraju. Innym problemem tamtych czasów była niska wydajność pracy.
Żeby temu zaradzić, Bolesław
Jaszczuk – jeden z najbliższych doradców ekonomicznych Gomułki
– opracował program naprawczy polegający na ścisłym uzależnieniu wynagrodzenia od wydajności pracy,
czyli „bodźce materialnego zainteresowania”. W tym celu miały powstać specjalne komisje zakładowe
oceniające wydajność pracy załogi.
Coś, co dziś może wydawać się normą, zwłaszcza że w każdym większym przedsiębiorstwie działa tzw.
audyt wewnętrzny, wywołało wtedy
wielki niepokój wśród pracowników
mających ustawowo zagwarantowane stałe dochody („Czy się stoi, czy
się leży, dwa tysiące się należy”
– głosiło popularne wtedy powiedzenie). Świat pracy uznał ten projekt za próbę zwiększenia wyzysku...
Kolejnym niepopularnym posunięciem władzy było uderzenie
w „sacrum” socjalizmu, czyli stabilność cen żywności. 11 grudnia 1970
roku Biuro Polityczne Rządu zatwierdziło podwyżkę cen żywności
– głównie mięsa i jego przetworów
– średnio o 17 procent. Jednak
pewną rekompensatą miało być obniżenie – również o 17 proc. – cen
sprzętu AGD, przede wszystkim
telewizorów, pralek i lodówek.
Do dziś zagadką pozostaje kwestia,
dlaczego te podwyżki wprowadzono w okresie wzmożonych przedświątecznych zakupów. Wiele poszlak wskazuje na polityczną
prowokację wymierzoną przeciwko poważnie już choremu
(problemy z sercem i rak płuc)
Gomułce.
Nietrudno się domyślić, że decyzja władz spowodowała wielkie
poruszenie wśród społeczeństwa.
Dziś, kiedy różnorakie podwyżki
wydają się rzeczą naturalną, może
się to wydawać dziwne, zwłaszcza
dla młodszych czytelników. Jednak wtedy dosłownie wszystkie wydarzenia polityczno-gospodarczo-społeczne utożsamiano bezpośrednio z władzą, a w tym wypadku
– z samym Gomułką, którego obwiniano o wszystkie problemy w kraju. Dalej sprawy w swoje ręce wzięły środowiska pracownicze, które
uchodziły za awangardową grupę
społeczną, a przy tym były już dość
wzburzone wchodzącą w życie „reformą Jaszczuka”. Pierwsza dała
o sobie znać Stocznia Gdańska im.
Lenina, w której dziwnym trafem
na początku grudnia zatrudniono
dwustu nikomu nieznanych młodych
ludzi. Poniedziałkowym świtem 14
grudnia pod siedzibą dyrekcji stoczni zebrało się przeszło trzy tysiące
stoczniowców. O godzinie jedenastej tłum, nad którym nikt nie panował (podobnie jak w 1956 roku
w Poznaniu), był już na tyle wzburzony, że było tylko kwestią czasu,
kiedy coś się wydarzy. O godzinie
jedenastej padło hasło pójścia
pod budynek Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Stoczniowcy, śpiewając „Boże coś Polskę” oraz... „Międzynarodówkę”, udali się do centrum Gdańska pod gmach partii.
Tam do robotników wyszedł wicesekretarz KW Zenon Jundził, który próbował przemawiać ze zradiofonizowanego samochodu. Szybko został wyrzucony z auta, które
znalazło się w rękach protestujących. Kiedy z głośników samochodu padło hasło o rzekomym aresztowaniu stoczniowców, którzy ponoć weszli do budynku partii, wydarzenia zaczęły żywo przypominać
poznański Czerwiec ’56. Dalszy scenariusz był już łatwy do przewidzenia. Rozjuszony tłum próbował
podpalić siedzibę partii. Zniszczono znajdujące się w podziemiach
budynku urządzenia drukarni i doszło do starć z milicją, która wysłała do akcji 1,2 tys. funkcjonariuszy. Niszczono i palono sklepy, kioski „Ruchu” i samochody, spalono
również wóz straży pożarnej. Tak
rozpoczęły się tragiczne wydarzenia, które przeszły do historii jako
Grudzień ’70.
PAWEŁ PETRYKA
[email protected]
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
S
obór ogłosił m.in., że „osoba ludzka ma prawo do wolności religijnej. Tego zaś rodzaju wolność polega na tym,
że wszyscy ludzie powinni być wolni
od przymusu ze strony czy to poszczególnych ludzi, czy to zbiorowisk społecznych i jakiejkolwiek władzy ludzkiej, tak aby w sprawach religijnych
nikogo nie przymuszano do działania
wbrew jego sumieniu ani nie przeszkadzano mu w działaniu według swego
sumienia prywatnym i publicznym, indywidualnym lub w łączności z innymi, byle w godziwym zakresie” (Deklaracja o wolności religijnej, „Dignitatis humane”, p. 2).
Uchwalenie i przyjęcie tekstu deklaracji napotkało jednak wiele trudności. Podczas gdy spora liczba hierarchów (głównie amerykańskich) była za wolnością myśli, badań, pism
i krytyki, konserwatyści starali się zablokować przyjęcie takiej deklaracji. Uważali, że wolność religijna
zakładająca równy status wyznawców
wszystkich religii (z ateistami włącznie) jest absolutnie nie do przyjęcia, bo ostatecznie prowadzi ona
do odrzucenia Boga.
Przypomnijmy, że aż do Vaticanum II rzekomo niemylni papieże
potępiali wolność religijną, czyli
wszelki krytycyzm, różnice zdań, próby reform oraz powstanie Kościołów
protestanckich. Na przykład papież
Pius VI (1775–1799) w swoim brewe „Quod aliguantum” pisał: „Czyż
można wymyślić coś bardziej absurdalnego niż zadekretowanie takiej wolności i równości dla wszystkich?”. Słowa te odnosiły się do Deklaracji praw
człowieka, która gwarantowała wolność myśli, słów i prasy. Papież Grzegorz XVI (1831–1846) taką wolność
nazywał wprost „obłędem”. Pius IX
(1846–1878) w encyklice „Quanta cura” i dołączonym do niej „Syllabusie” przedstawił ją jako „błąd, najbardziej zgubny dla Kościoła katolickiego i zbawienia dusz”. Również Leon XIII (1878–1903) w swych encyklikach: „Immortale Dei”, „Libertas” i „Diuturnum” głosił, że państwo musi chronić i wspierać religię
katolicką. W „Libertas” czytamy: „Potępiamy tę wolność jednostki (...),
to znaczy wolność wyznania”. Z kolei Pius X (1903–1914) w „Vehementer nos” stwierdził, że „teza, jakoby państwo powinno być oddzielone od Kościoła, jest całkowicie
błędna i zgubna”. Podobnie uważał Pius XI (1922–1939), który
w swej encyklice „Non abbiamo bisogne” potępił określenie „wolność
sumienia” jako pojęcie dwuznaczne.
Właściwie wszyscy papieże uważali – tak jak Tomasz z Akwinu – że
„królewska funkcja musi zabezpieczać
dobre życie ludu zgodnie z tym, co jest
mu niezbędne do osiągnięcia niebiańskiego szczęścia; oznacza to, że musi
nakazywać to, co do niego prowadzi,
a w stopniu, jakim to jest możliwe,
zakazywać tego, co jest mu przeciwne” („De regimine principium”, L 1,
rozdz. XV).
Dlatego też konserwatyści katoliccy nie mogli pogodzić się z zasadą
neutralności państwa w sferze religijnej i dążyli do tego, aby władze
nadal – zgodnie ze stanowiskiem
Tomasza z Akwinu – „zabezpieczały” ideologię i interesy Kościoła
oraz „nakazywały” posłuszeństwo
owej instytucji.
Stało się jednak inaczej, ponieważ mimo ich sprzeciwu deklaracja
„Dignitatis humane” została przyjęta 19 listopada 1965 roku, i to ogromną większością głosów, bo tylko około 13 procent uczestników głosowało przeciw jej przyjęciu lub nie wzięło w ogóle udziału w głosowaniu.
Jednym z nich był abp Marcel
Lefebvre (1905–1991), który stwierdził: „Nasz Pan przez trzynaście stuleci
panował nad Europą za pośrednictwem
OKIEM BIBLISTY
(p. 10), bo nikogo „nie wolno zmuszać, aby postępował wbrew swemu
sumieniu. Ale nie wolno mu też przeszkadzać w postępowaniu zgodnie
z własnym sumieniem” (p. 3).
Nie do przyjęcia natomiast jest
stwierdzenie, że Kościół był zawsze
„wierny prawdzie ewangelicznej, idzie
śladami Chrystusa i Apostołów, kiedy uznaje i popiera zasadę wolności
religijnej”, bo „chociaż w życiu Ludu Bożego, pielgrzymującego przez
zmienne koleje ludzkich dziejów, nieraz pojawiał się sposób postępowania nie dość zgodny z duchem ewangelicznym, a nawet mu przeciwny, zawsze jednak trwała w Kościele nauka, że nikogo nie wolno przymuszać
do wiary” (p. 12).
W tym edykcie, podpisanym także
przez zachodnich współcesarzy, Gracjana i Walentyniana II, czytamy między innymi: »Rozkazujemy, aby ci, którzy zechcą zastosować się do niniejszego dekretu, przyjęli imię chrześcijan katolickich; natomiast inni, których uznajemy za opętanych i szalonych, niechaj żyją z tą hańbą, iż będą nazywani kacerzami. Ich wspólnoty nie mogą zwać się kościołami.
Najpierw ich spotka zemsta Boga, potem zaś zostaną też pokarani naszym
gniewem, bo czujemy się władni karać, zgodnie z wolą niebios«” („I znowu zapiał kur” t. II, s. 147).
Później było już tylko gorzej. Wystarczy chociażby wspomnieć o wyprawach krzyżowych do Ziemi Świętej,
21
Oczywiście, można zarzucić, że
początkowo również niektórzy protestanci surowo obchodzili się z heretykami. To prawda. Jednakże protestanci – w przeciwieństwie do papistów – dość szybko przyznali się
do prześladowań jako czynów niegodnych chrześcijan i stali się prawdziwymi rzecznikami wolności religijnej. Już bowiem w 1612 roku John
Smyth głosił: „Wierzymy, iż władza
świecka z racji swego urzędu nie powinna wtrącać się do spraw religii
czy sumienia, przymuszając i nakłaniając do takiej czy innej formy religii lub doktryny, ale zostawiając swobodę wyboru religii chrześcijańskiej
sumieniu każdego człowieka, powinna zajmować się wyłącznie świeckimi
HISTORIA SOBORÓW I DOGMATÓW (49)
O wolności religijnej
Drugi Sobór Watykański podjął również sprawę
wolności religijnej. Wolności, którą Kościół tak zaciekle
zwalczał przez całe stulecia...
wszystkich krzyży, klasztorów, kościołów, katolickich uniwersytetów, szkół
katolickich, zakonników i zakonnic
w całej Europie! Wszyscy podporządkowali się naszemu Panu, królowie,
książęta, święty Henryk, święty Ludwik, święty Edward, wszyscy mówili: Jesteśmy przedstawicielami Chrystusa, jesteśmy sługami Naszego Pana. To byli chrześcijańscy królowie!
A teraz laicyzm oświadcza: Nie, Naszemu Panu nie wolno już panować
w społeczeństwie” („Najwyższy Czas!”
nr 30–31 z 2006 r.).
Dlaczego abp Lefebvre nie znalazł posłuchu u większości ojców
soborowych? Między innymi dlatego, że hierarchowie – chociaż nikt
tego nie powiedział wprost – zapewnie zdawali sobie sprawę, że
prawda jest dokładnie odwrotna, bo
to przecież nie Chrystus panował
nad Europą, lecz papiestwo. Chrystus bowiem jako prawowierny Żyd
nie potrzebuje i nie uznaje pośrednictwa krzyży, klasztorów, księży, zakonników i zakonnic, bo On sam jest
tym jedynym pośrednikiem (1
Tm 2. 5). On sam powiedział: „Królestwo moje nie jest z tego świata; gdyby z tego świata było Królestwo moje, słudzy moi walczyliby, abym nie
był wydany Żydom, bo właśnie Królestwo moje nie jest stąd” (J 18. 36).
Krótko mówiąc, nauka Jezusa zawarta w Nowym Testamencie nie pozwala na stosowanie jakiegokolwiek
przymusu w sprawach wiary. Dobrze
się więc stało, że ta fundamentalna
prawda została uwzględniona również przez katolickich hierarchów,
i że w „Dignitatis humane” możemy m.in. przeczytać słowa przytoczone na wstępie oraz zdania następujące: „Nikogo wbrew jego woli nie wolno do przyjęcia wiary przymuszać”
pogromach Żydów, o krucjatach przeciwko albigensom i waldensom oraz
o Inkwizycji i polowaniach na czarownice. Wszystkie te zbrodnie inspirowane były przez papieży lub czołowych katolickich ideologów. Na przykład wspomniany już Tomasz z Akwinu nie tylko uważał, że trzeba i należy zmuszać katolików do posłuszeństwa Kościołowi, ale również karać
samych „heretyków”. Oto jego rada:
„Co się tyczy kacerzy, ci dopuścili się
takiego grzechu, który usprawiedliwia
to, iż nie tylko zostają wyklęci przez
Niezaprzeczalnym faktem jest, że
Kościół rzymskokatolicki sprzeniewierzył się prawdzie ewangelicznej,
Chrystusowi i apostołom. Stało się
to od czasu jego powstania w formie
zinstytucjonalizowanej i uzależnienia
od Rzymu, czyli cesarzy, bo kiedy
katolicyzm stał się religią państwową, wolność jednostki i całych narodowości przestała się
w ogóle liczyć. Profesor
Aleksander Krawczuk pisze o tym tak: „Chrześcijaństwo, jako religia panująca i administracyjnie
uznawana za jedynie słuszną, występowało wrogo
przeciw poganom, Żydom,
innowiercom, stosując wobec nich coraz surowsze
ograniczenia. Pod jego
wpływem zmieniała się też
szybko obyczajowość, czego najbardziej uchwytnym
i wręcz symbolicznym wyrazem stał się zakaz olimpiad, wprowadzony w 393
roku” („Kronika Rzymu
i Cesarstwa Rzymskiego”,
s. 256).
abp Marcel Lefebvre
Dodajmy, że prześladowania te były możliwe
tylko dlatego, że popierali je sami
Kościół, ale także poprzez karę śmiercesarze katoliccy. Nasiliły się one
ci usunięci z tego świata. O wiele więkjeszcze pod panowaniem Gracjana,
szą jest bowiem zbrodnia zafałszowaWalentyniana II i Teodozjusza I.
nia wiary, którą żyje ludzka dusza,
„Ten ostatni – jak pisze Karlheniż sfałszowanie pieniędzy służących
inz Deschner – wydał 27 lutego 380
życiu doczesnemu. Skoro zatem fałroku niesławnej pamięci tesalonicki
szerzy pieniędzy albo innych złoczyńedykt religijny, którym zadał on śmierców zgodnie z prawem natychmiast
telny cios kultywowanej w czasach pospotyka śmierć z wyroku władców
gańskich tolerancji, ów dekret uczynił
świeckich, tym bardziej uprawnione jest
bowiem przyjęcie wiary katolickiej obousuwanie ze wspólnoty kościelnej hewiązkowym dla każdego obywatela
retyków, ledwo zostanie im dowiedzioImperium Rzymskiego, i to pod groźny błąd, a prócz tego słuszne są egzebą kar niebiańskich i doczesnych.
kucje tychże” (tamże, s. 155).
(1)
wykroczeniami, krzywdami i szkodami, jakie sobie ludzie nawzajem wyrządzają (...), gdyż dla Kościoła i sumienia królem i prawodawcą jest jedynie Chrystus” (Leonard Verduin, „Anatomia hybrydy”, s. 253).
Podobne stanowisko zajął Roger
Williams (1603–1683), inny przedstawiciel baptyzmu, bo w jednym ze
swoich traktatów pisał: „Jest to wolą i przykazaniem Bożym, aby wraz
z przyjściem Jego Syna, Pana Jezusa,
wolność sumienia i wyznania większości pogańskich, żydowskich, tureckich czy antychrystiańskich kultów religijnych była zagwarantowana wszystkim ludziom, krajom i narodom; i że
należy nimi walczyć tylko takim mieczem, który w sprawach tyczących duszy jedynie może zwyciężyć, a mianowicie mieczem Bożego Ducha i Słowa” (tamże, s. 261).
Warto w tym miejscu przypomnieć, co Georg Jellinek – profesor historii w Heidelbergu i uznany
autorytet formowania się państwowości Ameryki – napisał o idei Williamsa. Oto jego opinia: „Idea gwarantowanych prawem, niezbywalnych,
wrodzonych świętych praw jednostki
nie ma rodowodu politycznego, a religijny. To, co czasami uznaje się
za dzieło Rewolucji Francuskiej, było w rzeczywistości owocem Reformacji i związanych z nią konfliktów. Jej
pierwszym apostołem nie był Lafayette, a Roger Williams” („The declaration of the Rights of Man and Citizens”, s. 77).
Nic dodać, nic ująć, bo przychylający się do wolności religijnej ojcowie soborowi opowiedzieli się jedynie za czymś, co od kilku stuleci
wdrażane było w życie już przez protestantów i takie państwa, jak chociażby Stany Zjednoczone Ameryki
i Francja. Pozostaje jedynie pytanie:
jak tę wolność rozumie Rzym, a jak
przedstawia ją Nowy Testament.
Cdn.
BOLESŁAW PARMA
22
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
OKIEM SCEPTYKA
ANTYMITOLOGIA NARODOWA (6)
Druga krucjata
W drugiej krucjacie do Ziemi Świętej wziął udział
polski hufiec. Przewodził mu nieznany z imienia
„król Lechitów”.
Czy Polacy brali udział w pierwszej wyprawie krzyżowej – nie wiadomo. Wydaje się to jednak bardzo
prawdopodobne, gdyż papiestwo
traktowało ideę świętej wojny priorytetowo, wymagając od władców
chrześcijańskich udziału w wyprawach. Pewny jest już udział Polaków
w drugiej wyprawie krzyżowej, prowadzonej w latach 1147–1149.
Do tej krucjaty przeciwko niewiernym wezwał papież Eugeniusz III,
obiecując jednocześnie szereg przywilejów duchowych (np. odpuszczenie grzechów), jak i materialnych
(czasowe wyłączenie spod jurysdykcji świeckiej, kasację długów itp.).
Wobec nikłego odzewu na swój apel
papież powierzył dzieło głoszenia
i organizowania krucjaty Bernardowi z Clairvaux, charyzmatycznemu
kaznodziei, który znany był ze swoich sympatii do ruchu krzyżowego.
Odtąd kampania propagandowa poprzedzająca wyprawę, będąca przedsięwzięciem głównie cysterskim, nabrała wielkiego rozmachu, co podkreślają współczesne źródła.
Na czele krucjaty stanęli król
niemiecki Konrad III oraz król
francuski Ludwik VII, co doprowadziło do wzajemnej rywalizacji:
W
żaden z nich nie chciał się podporządkować drugiemu. Jako pierwsza wypłynęła w maju 1147 r. flotylla krzyżowców flandryjskich, fryzyjskich, nadreńskich, normańskich,
angielskich i szkockich. Również
pod koniec maja wyruszyła potężna armia niemiecka. Jesienią ich zadziwiające liczebnością hufce przez
Austrię, Węgry i Bułgarię dotarły
do Konstantynopola. Armia niemiecka, nie czekając na posiłki, przekroczyła Bosfor i samodzielnie kontynuowała krucjatę. W październiku rycerze niemieccy zostali rozbici w tureckiej zasadzce pod Doryleum, a niedobitki armii wycofały
się do Nikei. Tam też dołączyli Francuzi, Czesi i Polacy. Przekaz mówi
o obecności wśród krzyżowców anonimowego księcia polskiego, zmierzającego ze swoim wojskiem do Palestyny. Nadworny kronikarz grecki Jan Kinnamos, zapisał: „Niemcy (...) połączyli się w Nikei z idącymi tym szlakiem Francuzami [i spotkali się] też z innymi królami, którzy wiedli ze sobą liczne wojska. Spośród nich jeden dowodził plemieniem
Czechów – był to król uznający
zwierzchność Konrada. Inny przewodził Lechitom, plemieniu scytyjskiemu,
iele wskazuje na to, że praw dziwa wiara religijna jest zja wiskiem rzadszym, niż wska zywałyby na to sondaże. Znacznie bar dziej popularna jest „wiara w wiarę”.
Ci spośród naszych Czytelników, którzy
są ateistami, z pewnością spotkali się z zarzutem, że ich niewiara nie jest autentyczna.
Brak wiary w ateizm to cecha bardzo rozpowszechniona wśród ludzi wierzących i ogromnie irytująca. Trudno zgadnąć, dlaczego niektórzy ludzie nie uznają zupełnej niewiary
za rzecz możliwą. Często słyszymy więc, że
„każdy przecież w coś wierzy”, albo – co jeszcze bardziej denerwujące: „Ty na pewno wierzysz w głębi serca, ale jeszcze o tym nie
wiesz”. Podejrzewam, że taka niewiara w cudzą niewiarę może być reakcją obronną wierzącego. Pozwala odsunąć od siebie wątpliwości i uniknąć prawdziwej konfrontacji z poglądami niewierzącego.
W jednym z ostatnich wydań „Tygodnika Powszechnego”, czasopisma tzw. myślących katolików, znalazłem utrzymaną w podobnym duchu wypowiedź profesora Alfonsa Skowronka, księdza skądinąd krytycznego i odważnego (pochwala kapłaństwo kobiet!), który padł za to ofiarą niejednej nagonki ze strony swoich „współbraci”. Skowronek tym razem niezbyt mądrze wywodzi:
„Być może ludzi przeczących istnieniu Boga
nie należy nazywać niewierzącymi i ateistami?
które zamieszkuje w pobliżu zachodnich Węgrów”.
Badacze spierają się, kto był
owym księciem polskim. Wiadomo, że księciem czeskim był Władysław II Przemyślida, który zabrał ze sobą rodzonego brata Henryka i stryjecznego Spytygniewa.
Najwięcej zwolenników zyskała koncepcja, że „królem Lechitów” był
przebywający na wygnaniu w Niemczech Władysław II Wygnaniec.
Był on najstarszym synem Bolesława Krzywoustego, księciem
senioralnym Polski i dziedzicznym Śląska, który po przegranej wojnie domowej w 1146 r.
został wygnany z kraju i znalazł się
na dworze króla niemieckiego – swojego szwagra i protektora. Udział
w krucjacie mógł być koronnym argumentem do zdjęcia klątwy kościelnej, którą rzucił nań arcybiskup gnieźnieński i która uniemożliwiała poparcie Rzymu dla przywrócenia mu
władzy. Hipotezę tę
część badaczy jednak
odrzuca na podstawie przekazu o licznej armii, jaką ciągnął ze sobą ów tajemniczy książę piastowski – w wypadku uchodźcy byłoby
to raczej trudne. Alternatywna koncepcja
Czyż wszyscy oni nie są jednak wierzącymi inaczej? Odrzucają nie tyle Boga, ile obrazy, jakie o nim sobie wyrobili, lub jego karykatury,
które im wpojono”.
Uważam, że ludzi należy przede wszystkim nazywać tak, jak oni sami sobie tego
życzą. Dlatego ateistę wypada nazwać ateistą, a katolika katolikiem, nawet jeśli ma się
wątpliwości, czy wyznanie tego ostatniego
identyfikacyjna związana jest z osobą Henryka Sandomierskiego, szóstego syna Bolesława Krzywoustego. Być może złożył on przysięgę
krucjatową, przebywając w Niemczech jako zakładnik cesarza. Jego
zaangażowanie w propagowaną przez
papiestwo krucjatę przyniosłoby młodym książętom piastowskim korzyści polityczne, osłabiając działania
dyplomatyczne podjęte w Rzymie
przez Władysława II Wygnańca.
O losach polsko-czeskich krzyżowców mamy tylko ułamkowe informacje. Wojska te pozostały
w Konstantynopolu, by następnie
złożyć wasalną przysięgę cesarzowi
bizantyjskiemu Manuelowi Komnenowi.
Wiadomo, że wszystkie
W odróżnieniu od Skowronka i jemu
podobnych, którzy zaprzeczają istnieniu ateistów, wierzę, że istnieją autentyczni ludzie
wierzący. Wydaje mi się, że spotkałem sporo takich osób, które żywiły szczere przekonanie o istnieniu Boga (na ogół chrześcijańskiego). Nie sądzę jednak, aby takie postawy były szczególnie powszechne. Przeciwnie, uważam je raczej za wyjątkowe.
ŻYCIE PO RELIGII
Wiara w wiarę
zasługuje na miano „powszechnego” („katolicki” znaczy „powszechny”). To jest kwestia elementarnego szacunku w kontaktach
międzyludzkich.
Jako ateista nie chcę być nazywany „wierzącym inaczej”. Nie widzę powodów do uznawania Boga czy bogów za istniejących, niezależnie od tego, co jest ich „karykaturą”,
a co „autentycznym obrazem”, i nie chcę, aby
mi wmawiano, że rzekomo bezwiednie wierzę w Boga, którego nie znam, a który ponoć jest piękny i prawdziwy. Nie mam pojęcia, czym mogłaby być wiara nieświadoma,
i oczekuję, że wierzący uznają, że moja niewiara jest czymś poważnym.
Niektórzy myśliciele tzw. Nowego Ateizmu, np. Dawkins i Dennett, zauważyli,
że niewiarę i wiarę można stopniować. Okazuje się więc, że czasem wiara religijna oznacza po prostu tylko „wiarę w to, że wierzenie jest rzeczą słuszną”. I ta postawa wydaje mi się w Polsce najbardziej powszechna. Nie nazwałbym jej prawdziwą wiarą
religijną, ale raczej jej atrapą, choć żywioną szczerze.
Oto przykład pewnej starszej pani z mojej bliskiej rodziny. Osoba ta deklaruje się
jako wierząca katoliczka i praktykuje znacznie
częściej niż wynika z tzw. średniej krajowej.
Te deklaracje oraz praktyki nie zmieniają
wojska spotkały się w Nikei, gdzie
przybył z resztką armii Konrad III.
W pewnym momencie krzyżowcy
polscy odłączyli się od armii niemieckiej. Wspomina o tym Jan Długosz w swoich „Rocznikach”: „Kilku panów i rycerzy polskich, żeby zasłużyć na obiecaną nagrodę, dobrowolnie wzięło krzyż, przeprawiło się
razem z cesarzem i do jego powrotu
walczyło w jego wojsku”. Prawdopodobnie nieco później przyłączyli się
do armii króla francuskiego Ludwika VII, który wyruszył w głąb
Azji Mniejszej, atakowany przez tureckich łuczników i nękany przez zimowe burze. Mając pod swoją komendą głodujących żołnierzy, których duch bojowy zaczął gasnąć, oddał dowództwo mistrzowi templariuszy. Według relacji kronikarza
Wincentego Praskiego, krzyżowcy słowiańscy wzięli udział w walkach z Turkami, ponosząc przy tym
dotkliwe straty.
Rozbita armia krzyżowców,
w tym jej słowiańska część, dotarła
do twierdzy Krak des Chevaliers, syryjskiego hrabstwa
Trypolisu, o czym informuje
późniejsze nadanie Wacława II dla joannitów.
Z powodu dużych strat
nieznany z imienia „król
Lechitów” w 1148 r. wrócił przez Ruś do Polski. Przelewanie krwi przez polskich rycerzy
i atakowanie w papieskim interesie ludów zupełnie nam niezagrażających nie opłaciło się. Druga wyprawa krzyżowa zakończyła się całkowitą klęską krzyżowców. Wśród
muzułmanów upadł mit o „niepokonanych chrześcijanach”.
ARTUR CECUŁA
jednak faktu, że pani ta często głosi wyższość
protestantyzmu nad katolicyzmem, a czasem
potrafi ze łzami w oczach powątpiewać w podstawowe prawdy wiary chrześcijańskiej, takie
jak życie pozagrobowe lub istnienie Boga.
Nigdy nie są to jednak wątpliwości na tyle
poważne, aby cokolwiek zmienić w jej identyfikacji światopoglądowej.
Wnioski? Uważam, że wątpliwości te
są tyle samo warte, co wiara owej pani. Sądzę, że ona nie ma żadnych poważnych przekonań religijnych, uważa jedynie, że rzeczą pożądaną jest deklarowanie wiary w Boga oraz przynależność do Kościoła, w którym zostało się wychowanym. Nie twierdzę
przy tym, że ta kobieta jest nieszczera. Jej
postawa jest prawdziwa, ale pozbawiona autentycznej religijności. To jest tylko wiara
w wiarę.
Dla skontrastowania polecam Czytelnikom zainteresowanym sprawą odchodzenia
od wiary (traktowanej poważnie!) stronę
www.bogurojony.pl, która została stworzona przez byłego gorliwego chrześcijanina.
Jest tam sporo ciekawych tekstów na temat Biblii, moralności, wiary oraz cudów.
Są ponadto odnośniki do interesujących programów ateistycznych dostępnych w internecie. Strona ta to ciekawe spotkanie z kimś,
kto z pewnością wiedział, czym jest prawdziwa religijność.
MAREK KRAK
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
P
o śmierci pierwszego papieża z tej linii, Syryjczyka
Jana V (685–686), wybuchała kolejna bitwa o papiestwo. Rzymskie duchowieństwo
popierało archiprezbitera Piotra. Ponieważ jednak w targanym konfliktami polityczno-teologicznymi cesarstwie papiestwo miało istotny wymiar
polityczny, prawa do wskazania kandydata rościły sobie również siły cesarskie. Miejscowe wojsko domagało się wyboru kapłana Teodora – żołnierze zajęli wówczas kościół San Stefano Rotondo oraz zablokowali wejście do Bazyliki Laterańskiej. Negocjacje kleru z wojskiem zakończyły
się niepowodzeniem, więc wysunięto
(687–701). Teodor – dwukrotny pretendent do tronu papieskiego – pogodził się ze swą porażką i podporządkował się Sergiuszowi. Archidiakon Paschalis był jednak przekonany, że Duch Święty sprzyja właśnie
jemu i odmówił opuszczenia Lateranu. Zresztą jeszcze za pontyfikatu
schorowanego i nieudolnego Konona rozpoczął przygotowania do objęcia urzędu papieskiego. Nowemu
egzarsze raweńskiemu (namiestnik
cesarza) Janowi Platynowi zaproponował nawet łapówkę w wysokości stu funtów złota w zamian za pomoc w objęciu stanowiska. Urzędnicy egzarchy przygotowali wtedy elekcję Paschalisa, ale okazało się, że ma
OKIEM SCEPTYKA
i sprowadził do Konstantynopola.
Misja zakończyła się sromotną klęską cesarza, gdyż wojsko w Italii
opowiedziało się po stronie papieża, wypowiadając posłuszeństwo Justynianowi.
Grzegorz II (715–731) przeszedł
do historii jako jeden z najważniejszych papieży VIII w., bo sprawnie
wykorzystał konflikt o obrazy pomiędzy cesarzem Leonem III a mnichami. Pewnie dlatego ogłoszono go
świętym. Nie wiadomo dokładnie,
co rozpaliło cesarza do walki z bałwochwalstwem, ale wiadomo, jakie
racje stały za zaciętością mnichów
– producentów i sprzedawców ikon.
Grzegorz nie tylko napisał butny list
głównie w Kościół rzymskokatolicki.
Najwięksi ówcześni płatnicy – biskupi italscy z papieżem na czele – solidarnie stanęli na czele ruchu oporu, sabotując ściąganie tych podatków. I chociaż ewangelie do znudzenia powtarzają, że należy wyzbyć się
ziemskich dóbr, aby posiąść Królestwo Boże, że należy oddać co cesarskie – cesarzowi, papież został
„głową rewolucji italskiej” (Hartmann), czyli wodzem powstania
przeciwko cesarzowi w związku z płaceniem podatków. „Szykował się przeciwko cesarzowi jak przeciwko wrogowi” – podaje „Liber Pontificalis”.
W odpowiedzi na bunt podatkowy cesarz wydał swemu egzarsze
OJCOWIE NIEŚWIĘCI (13)
Buntownicy i bałwochwalcy
Spór o kult obrazów, w którym papiestwo
twardo opowiedziało się za oddawaniem
nabożnej czci świętym wizerunkom
(potępionym przez Biblię), doprowadził
w finale do uniezależnienia papieży
od cesarzy bizantyjskich. Zakończył też erę
papieży grecko-syryjskich.
kandydata kompromisowego: papieżem został syn generała z pułku trackiego, wielebny Konon (686–687),
który „był człowiekiem świątobliwym,
oderwanym od świata i łatwowiernym” (Kelly).
Głównym dokonaniem Konona
było mianowanie Konstantyna, diakona Kościoła syrakuzańskiego, zarządcą posiadłości papieskich na Sycylii, co wywołało kryzys w rzymskim
Kościele, który uważał zasobną Sycylię za swój kawałek tortu. Wściekłość kleru spotęgowała decyzja cesarza, zezwalająca księdzu z Syrakuz
używania ceremonialnego kocyka
pod siodło końskie (mappuli), choć
ten święty gadżet również był dotąd
zarezerwowany wyłącznie dla kleru
rzymskiego. Człowiek Konona okazał się łupieżcą, który doprowadził
do buntu papieskich dzierżawców,
a w konsekwencji został aresztowany i deportowany. Papież wkrótce
zmarł wyobcowany w Rzymie.
Po jego śmierci wybrano dwóch
papieży z dwóch różnych stronnictw.
Frakcja klerykalno-urzędnicza wybrała diakona Paschalisa. Frakcja wojskowa ponownie wybrała Teodora,
który w międzyczasie został już archiprezbiterem. Obaj pretendenci
do miana Wikariusza Chrystusa pognali niezwłocznie na Lateran i obaj
zabarykadowali się w różnych częściach pałacu: Teodor, który przybył
nieco wcześniej, opanował apartamenty wewnętrzne, zaś Paschalis zajął apartamenty zewnętrzne. Znów
potrzeba było wyłonić kandydata
kompromisowego, którym tym razem
został Syryjczyk, św. Sergiusz I
konkurenta z równie
silnym zapleczem politycznym. Po wyborze kandydata kompromisowego „antypapieża” Paschalisa
trzeba było siłą usunąć z Pałacu Laterańskiego. Egzarcha także zrezygnował z po- Papież Sergiusz I wyświęca na biskupa
pierania nieustępliwego Paschalisa, kiedy Sergiusz I zgodo cesarza obrazoburcy, ale wezwał
dził się pokryć przyrzeczoną urzędteż lud do oporu przeciwko bizannikowi łapówkę. Mimo utraty swetyjskiemu księciu Neapolu Exhiligo protektora Paschalis nie zamieratusowi, który został zamordowarzał pogodzić się z porażką i nadal
ny przez tłum, gdy usiłował wproszukał sojuszników. Zwycięska frakwadzić w życie obrazoburczy decja doprowadziła do pozbawienia go
kret cesarski.
archidiakonatu i uwięzienia w klaszGrzegorz już na początku swetorze pod zarzutem... praktykowago pontyfikatu dokonał udanej renia magii.
windykacji cennych posiadłości papieskich w Alpach Kottyjskich
Za pontyfikatu Sergiusza I w 691
– uzyskał je od króla longobardzr. odbył się w Konstantynopolu sokiego Liutpranda. W tym czasie cebór zwołany przez cesarza Justyniasarz Leon III obronił Konstantynona II. Celem było podniesienie etypol (717–718) przed Arabami w jedki chrześcijańskiej oraz zwalczenie
nej z najważniejszych w historii Eupozostałości po obyczajowości poropy operacji militarnych. Niezwykły
gańskiej. Sobór uchwalił 102 dekrebył to cesarz, bo choć urodził się
ty o charakterze administracyjno-dysw rodzinie wieśniaczej, to dzięki kacyplinarnym (m.in. diakoni i księża
rierze militarnej zapoczątkował dydo stopnia biskupa byli zwolnieni
nastię izauryjską. W 726 r. wprowaz obowiązku celibatu, zaś ksiądz, któdził liberalizujący prawo kodeks
ry pod pretekstem święceń porzucał
„Ekloga”, który nie tylko zwiększał
swą żonę, miał zostać ekskomunikouprawnienia żon i dzieci w rodzinie
wany). Papież wysłał na sobór dwóch
kosztem ojca, ale ograniczał też stolegatów, którzy zatwierdzili owe
sowanie kary śmierci. W związku
uchwały, jednak on sam odrzucił je.
z wydatkami wojennymi zmuszony
W odpowiedzi na ten gest cesarz
był jednak wprowadzić nowe podatuwięził doradców papieskich oraz
ki w całym cesarstwie, a ponieważ
posłał do Rzymu komendanta swej
papiestwo posiadało wówczas najstraży przybocznej, aby wymógł
większe majątki, podatki uderzyły
na papieżu podpis lub aresztował go
rozkaz złożenia krnąbrnego papieża z urzędu, ale milicja egzarchy została odparta siłami wojsk italskich
i longobardzkich – nowych sojuszników papieża. Egzarcha zginął, a cesarscy urzędnicy i dowódcy byli sukcesywnie wypierani z kolejnych miast.
W 729 r. papież pisał butnie do cesarza: „Wywodzimy swą władzę i autorytet od księcia apostołów Piotra
i gdybyśmy chcieli, moglibyśmy cię
osądzić, ale ty sam wydałeś już wyrok na siebie i swych doradców: i ty,
i oni są w tym samym stopniu przeklęci”. Kiedy jednak powstanie przybrało niekorzystny dla papieża obrót, a cesarzem uzurpatorem został
Tyberius Petasius wybrany przez
powstańców skupionych wokół Rzymu, papież nie tylko zadeklarował
lojalność odległemu cesarzowi Leonowi, ale i dostarczył wojska
do zgniecenia uzurpatora, którego
głowa została następnie posłana prawowitemu władcy jako podarunek.
Kolejny papież Syryjczyk Grzegorz III (731–741) był ostatnim, który zwracał się do cesarza bizantyjskiego o zgodę na objęcie urzędu.
Za jego pontyfikatu spór o kult obrazów osiągnął apogeum, wywołując
23
wiele zamieszek i niepokojów. 1 listopada 731 r. odbył się synod zwołany przez papieża, który potępił ikonoklazm jako herezję, ekskomunikując jednocześnie wszystkich niszczycieli obrazów, z cesarzem i patriarchą Konstantynopola na czele. Posłańcy papiescy wiozący do Konstantynopola uchwały synodalne zostali
zatrzymani i uwięzieni przez urzędników cesarskich na Sycylii. Cesarz
postanowił wówczas użyć siły, aby
podporządkować sobie papieża rzymskiego, ale jego flota została rozbita
na Adriatyku. Cesarzowi udało się
jednak zająć posiadłości papieskie
w Kalabrii i na Sycylii, a ponadto wyłączył z jurysdykcji papieskiej Ilirię
i Sycylię, podporządkowując je patriarsze Konstantynopola. Dalsza
kampania karna przeciwko papieżowi została wstrzymana, kiedy zdecydował się on poprzeć siły cesarskie
w konflikcie z Longobardami. Ten
krok papieża wywołał z kolei wrogość ze strony longobardzkiego króla Liutpranda, skądinąd dzielnego
krzewiciela katolicyzmu na Korsyce.
Kilka lat wcześniej, w 728 r., Liutprand dokonał na rzecz papiestwa
tzw. donacji Sutrii. W ramach osiągniętego porozumienia przekazał papiestwu kilka miast na wzgórzach
w Lacjum „jako dar dla błogosławionych apostołów Piotra i Pawła”
(„Liber Pontificalis”). Było to pierwsze rozszerzenie terytorium papieskiego poza księstwo Rzymu i jest
dziś uznawane za zaczątek Państwa
Kościelnego.
Wkrótce jednak Liutprand w wyniku układu z pełnomocnikiem cesarskim zgodził się zaatakować papieża w zamian za pomoc w ujarzmieniu zbuntowanych księstw longobardzkich: Spoleto i Benewentu.
W 730 r. Liutprand podszedł pod
Rzym i wymógł na papieżu ponowne podporządkowanie się cesarzowi.
Wobec kolejnego konfliktu z Longobardami papiestwo nie otrzymało
jednak bizantyjskiego wsparcia. W tej
sytuacji papież zdecydował się na doniosły krok – spróbował zawrzeć sojusz polityczny z Frankami. W latach 739 i 740 wysłał do Karola Młota poselstwo ze wspaniałymi darami,
relikwiami i błagalnymi listami, oferując mu tytuł konsula oraz godność
patrycjusza. Ponieważ Młot i Liutprand byli wówczas sprzymierzeńcami, propozycja papieska pozostała co
prawda niezrealizowana, ale była zapowiedzią przyszłej polityki papieskiej – zapoczątkowała nową erę średniowiecznego papiestwa, całkowicie
już wyzwolonego spod wpływów bizantyjskich.
Poza walką o obrazy święte i knuciem spisków politycznych „święty”
Grzegorz III zapamiętale walczył
z homoseksualizmem. Ogłosił, że jest
to „grzech tak okropny w oczach Boga, że miasta, gdzie żyli sodomici, Pan
nasz kazał zniszczyć deszczem ognia
i siarki”. Szczęśliwie, że papieże nie
mieli nigdy pod swoją kontrolą broni masowego rażenia...
MARIUSZ AGNOSIEWICZ
www.racjonalista.pl
24
P
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
GRUNT TO ZDROWIE
rzyjrzyjmy się tej kontrowersyjnej terapii dokładniej. Pierwsze wzmianki
o stosowaniu uryny jako
leku znajdujemy u starożytnych Greków, którzy uważali ją za znakomity lek na wszelkiego rodzaju rany
i obrażenia zewnętrzne. Feniccy żeglarze stosowali ją przeciwko szkorbutowi i chorobom oczu. W starożytnych Indiach urynę używaną
do celów terapeutycznych nazywano „lekarstwem Gurudźiego” (czcigodny Nauczyciel) czy „wodą Śiwy”
(Śiwambu). Natomiast samą urynoterapię określano takimi terminami
jak „boska technika” (amaroli)
i „metoda używania wody Śiwy” (Śiwambu-kalp-widhi). Liczne wzmianki i opisy stosowania tej metody znajdują się w hinduskich świętych księgach spisanych w sanskrycie.
„Po wstaniu z łóżka umyj wodą
twarz i usta oraz wykonaj inne czynności poranne. Następnie pij świeżą,
czystą wodę Śiwy ochoczo i z radością. Dzięki temu człowiek wyleczy
się ze wszystkich chorób, którym podlega od chwili narodzin.
Po miesiącu stosowania tej metody ciało zostaje oczyszczone od wewnątrz.
Po dwóch miesiącach – wszystkie zmysły ulegają wyostrzeniu.
Po trzech miesiącach używania
wody Śiwy ustępują wszelkie choroby i znikają cierpienia. Po upływie
pięciu miesięcy odzyskuje się pełne
zdrowie (...).
Po dziewięciu miesiącach ustępuje wyniszczenie organizmu i choroby skórne” (Śri Damar-tantra Śiwambu-kalp-widhi).
Aż do XVII wieku urynę stosowano powszechnie w Europie do zabiegów kosmetycznych i leczniczych.
Eskimosi, Hindusi i Chińczycy stosują ją do dziś. W czasie I wojny
światowej powszechnie wykorzystywana była jako środek odkażający
rany. Jeszcze do lat 50. regulamin
marynarki USA w instrukcji dla rozbitków zalecał picie moczu jako sposób na zaoszczędzenie słodkiej wody oraz zachowanie sił i kondycji pozwalających na dłuższe przetrwanie.
W latach siedemdziesiątych
XX w. polski lekarz i biochemik dr
Stanisław Burzyński wypreparował podobno z moczu leki przeciwnowotworowe. Nazwał je antyneoplastonami.
Problem w tym, że żadne niezależne badania nie potwierdziły skuteczności metod leczniczych Burzyńskiego. Dwaj kanadyjscy eksperci
z Uniwersytetu w Toronto – Daniel Bergagel i Martin Blackstein, badali prowadzoną przez niego
kurację na zlecenie kanadyjskiego
rządu. Uznali oni, że albo Burzyński „wie bardzo mało na temat raka”, albo „uważał, że jesteśmy bardzo głupi i próbował nas naciągnąć”.
Opublikowane prace Burzyńskiego
na temat antyneoplastonów kanadyjscy onkolodzy uznali za „mieszaninę półprawd i informacji naukowej”.
Według nich, Burzyński już
w pierwszej znanej próbie klinicznej
swojej metody stwierdził, że osiągnął całkowitą reemisję (cofnięcie
się objawów) u 4 z 21 pacjentów.
Jednak troje z tych czworga i tak
niedługo zmarło. Kanadyjczycy badali też inne przypadki wskazane
przez Burzyńskiego. Doszli do wniosku, że u tych jego pacjentów, którzy żyją dłużej, nowotwór powoli
powiększa się, natomiast w przypadku całkowitych wyleczeń
– pacjenci poddawali się innym skutecznym kuracjom, zanim zjawili się w klinice Burzyńskiego.
Z drugiej jednak strony,
niektóre autorytety w dziedzinie leczenia raka przyznają, że stosowana przez doktora Burzyńskiego kuracja przynosi w wielu wypadkach pozytywne efekty i że antyrakowe właściwości antyneoplastonów są bardzo prawdopodobne. Jednak kilkakrotnie
Urynoterapia
Leczenie moczem ma równie wielu żarliwych
zwolenników, co i zdeklarowanych przeciwników.
Jak to możliwe, że lekiem może być płyn
zawierający niepotrzebne już organizmowi
produkty przemiany materii i toksyny?
podejmowane próby przeprowadzenia testów klinicznych, które
ostatecznie rozstrzygnęłyby spór
o skuteczność jego metody, nie zostały nigdy zakończone. Nieufny
Burzyński wyznaczył dość ścisłe reguły kwalifikowania pacjentów
do prób klinicznych, więc było ich
zbyt mało, aby otrzymane wyniki
można było uznać za wiążące.
Burzyński uważa, że jest świadomie zwalczany przez medyczny establishment, który nie może się pogodzić z faktem, iż samodzielnie odkrył on skuteczną kurację antynowotworową. „Nie są oni w stanie
znieść myśli o następnej rewolucji
w medycynie. Wiedzą, że to wywróci ją do góry nogami. Nikt nie będzie stosował chemioterapii. Płatne
szpitale będą puste” – stwierdził
w jednym z wywiadów telewizyjnych.
Także w jego terapii w grę wchodzą niemałe pieniądze. Miesięczny
zestaw leków wytwarzanych przez Burzyńskiego kosztuje nawet 10 tys. dolarów. Tylko w latach 1988–1994 jego klinika zarobiła około 40 mln dolarów. Rachunki za kurację antyneoplastonami pokrywają w większości firmy ubezpieczeniowe, dlatego
one też z niechęcią przyglądają się
praktykom Burzyńskiego. Z drugiej
strony, gdyby jego stwierdzenia okazały się słuszne, a jego leki zatwierdzono by jako skuteczne, głoszona
przez niego „rewolucja w medycynie”
i masowe odejście od chemioterapii
oznaczałyby katastrofę finansową dla
wielu lekarzy i klinik onkologicznych
w USA, które obecnie zarabiają fortuny. Na razie, w obliczu wątpliwości co do wartości stosowanej
przez niego kuracji, Teksaskie Stowarzyszenie Medyczne zawiesiło
licencję medyczną Burzyńskiego,
ale na zasadzie 10-letniego „okresu
próbnego” pozwolono mu nadal prowadzić praktykę medyczną.
~ ~ ~
Coś więc może być na rzeczy.
Zwolennicy urynoterapii twierdzą,
że podczas choroby organizm nasz
produkuje niezbędne do walki z nią
hormony, enzymy i przeciwciała.
Większość z nich jest wydalana z organizmu wraz z moczem. Wprowadzone do niego z powrotem wzmacniają siły odpornościowe. Rzekoma
szkodliwość środowisk toksycznych
jest przy tym tak mała, że są one
całkowicie neutralizowane w układzie pokarmowym, a nawet mają
działanie homeopatyczne, bo pobudzają układ immunologiczny do walki z chorobami.
W przypadku lekkich dolegliwości, takich jak infekcje wirusowe czy
choroby niezagrażające naszemu życiu, urynoterapeuci zalecają spożywanie przez 2–3 dni całego wydalanego
moczu, uzupełniając dietę niegazowaną wodą mineralną oraz lekkostrawną dietą. Ważne jest, aby urynę
do celów leczniczych pobierać ze środkowego jej strumienia (pomijając początek i koniec oddawania moczu).
Nieprzyjemny zapach i smak „leku” zanika podobno po kilku dniach
diety bezmięsnej.
W przypadku poważnych i przewlekłych schorzeń wskazana jest
natomiast głodówka urynowa. Polega ona na całkowitym powstrzymaniu się od jedzenia i picia wszystkiego z wyjątkiem całości wydalanego z organizmu moczu. Ponoć
głodówka urynowa może trwać
o wiele dłużej niż zwykła i utrzymuje organizm w świetnej kondycji. Za przykład podaje się często
mnichów buddyjskich i joginów,
którzy podobno tygodniami wędrują bez jedzenia i picia po górskich
bezdrożach, pijąc jedynie własny
mocz i zyskując dzięki temu wspaniałe efekty zdrowotne.
Amerykański terapeuta John
W. Armstrong podaje nawet przykłady głodówki urynowej przeprowadzanej pod jego nadzorem,
a trwającej aż 100 dni. Podobno
w ten sposób wyleczył chorego
z nowotworu bez niepożądanych
skutków ubocznych.
Pomyślałem jednak, że powyższe sposoby są dla większości z nas
nie do „przełknięcia”. Przeglądając przeróżne strony internetowe
w poszukiwaniu doświadczeń osób
stosujących tę metodę leczenia, natknąłem się jednak na sporą grupę osób, które stosują ją, i to z powodzeniem. Są to najczęściej kobiety, które długo i bezskutecznie
walczyły z niedoskonałościami swojej cery za pomocą przeróżnych kremów i środków farmaceutycznych.
O dziwo, zdecydowana większość
z nich bardzo pozytywnie wypowiada się na przykład o skutkach nacierania twarzy własną uryną. Jeżeli nawet trądzik nie mija całkowicie, to jego objawy znacznie łagodnieją.
Istnieją też świadectwa kobiet,
które wyleczyły pleśniawki jamy
ustnej u swoich małych pociech,
przecierając je zasikaną pieluszką. Zastosowanie zewnętrzne uryny ma leczyć wszelkie rany, także
te ropiejące, chorobowe zmiany
skórne łącznie z grzybicami oraz
oparzenia. Ponoć uryna pozwala
też skutecznie pozbyć się łupieżu
i łojotoku.
Jeśli zewnętrzne zastosowanie
uryny przyniosło nam korzyści, możemy spróbować oczyścić nasz organizm i pozbyć się kolejnych dolegliwości za pomocą lewatyw
z uryny. Autorytetem w tej dziedzinie jest Gienadij Małachow
– rosyjski terapeuta i gorący zwolennik tego typu metody leczenia.
Na naszym rynku można dostać jego poradniki dotyczące samoleczenia. Podaje w nich dokładnie opisane kuracje z lewatyw urynowych,
które oczyszczają jelito grube ze
złogów chorobowych i przeciwdziałają procesom gnilnym zatruwającym nasz organizm. Według Małachowa, oczyszczenie jelita grubego
to pierwszy krok do zdrowia i długowieczności. Uryna świetnie się
do tego nadaje, gdyż jest najskuteczniejsza w usuwaniu starych złogów i pasożytujących w nas obcych
organizmów.
Jego metoda polega na codziennej lewatywie z własnej uryny, stosowanej przez dwa tygodnie. Posługujemy się przy tym nie małą gruszką, ale workiem irygacyjnym o objętości 2 i więcej litrów, gdyż takie
ilości uryny musimy w siebie wlewać.
Małachow zastrzega, że podczas kuracji nie powinniśmy przyjmować żadnych leków i dla skutecznego jej działania przejść
na dietę wegetariańską. Kolejnym
krokiem są mikrowlewki z odparowanej podczas gotowania uryny,
której 100 ml ma skoncentrowane
moce uzdrawiające.
W celu jej uzyskania gotuje się
świeżą urynę do czasu, kiedy z jednego litra zostanie 250 ml.
Pacjenci, którzy przejdą etap lewatyw, powinni być już na tyle uodpornieni na urynę, że mogą zacząć
eksperymentować z przyjmowaniem
jej doustnie.
Z własnego doświadczenia mogę z czystym sumieniem napisać,
że swego czasu – męczony silnymi
bólami głowy spowodowanymi niedrożnością zatok – użyłem w akcie
desperacji własnego moczu do ich
przepłukania. Dodam, że żadne leki nie przynosiły mi już ulgi. Po 15
minutach od wykonania zabiegu
z nosa zaczęła wypływać ropna wydzielina, i to w takiej ilość, że trudno było nadążyć z jej usuwaniem.
Po godzinie odzyskałem drożność
dróg oddechowych.
Urynoterapię może również stosować zdrowy człowiek w celu
wzmocnienia organizmu. Codzienne, poranne, regularne picie jednej
szklanki moczu ma zwiększać odporność organizmu oraz zapobiegać
chorobom wirusowym, na przykład
takim jak grypa.
ZENON
ABRACHAMOWICZ
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
TRZECIA STRONA MEDALU
GŁASKANIE JEŻA
Cwane baby
Wolały zostać wyrzucone niż
odejść same z piętnem zdrajcy,
szczura opuszczającego tonący
okręt. Cwane baby. Część opinii
publicznej dała się na to nabrać.
Czas pokaże, jak duża.
Kluzik-Rostkowska i Jakubiak... Takie biedne, takie dzielne,
takie zasłużone – rozpływa się w ocenach część publicystów... I tak podle, niegodnie potraktowane – wtórują jeszcze inni.
A przecież jeśli przyjrzymy się
baczniej scenie politycznej, to przynajmniej Rostkowska miała niedawno propozycję ważnej w PiS-ie synekury wiceprzewodniczącej i... zrezygnowała. Dlaczego? Bo już wtedy miała inny plan.
Ciekawy jest też ten powszechny żal, że oto nagle „liberalne skrzydło” PiS-u z ludzką twarzą, taki
PiS light, albo jeszcze lepiej: PO
bis – jest w rozsypce. Tym, co leją
łzy, radziłbym przypomnieć sobie,
że jeszcze nie tak dawno obie panie były twarzami kampanii wyborczej Jarosława Kaczyńskiego. To
Kluzik-Rostkowska wymyśliła hasło
„koniec wojny polsko-polskiej”, to
one obie ubrały wściekłego wilka
w skórę baranka i próbowały oszukać społeczeństwo, że po smoleńskiej traumie prezes przeżył swoiste
katharsis i jest już zupełnie innym,
lepszym, bardziej koncyliacyjnym,
serdecznym człowiekiem. Co to
wszystko było?
Nazwijmy rzecz po imieniu: to
było jedno wielkie, drańskie oszustwo. Gigantyczny kant wyborczy,
na który społeczeństwo o mały
włos dało się nabrać. Medialni komentatorzy polityczni, ba... uczeni w piśmie politolodzy też wznosili ręce do nieba, że oto może
wreszcie skończy się wojna polsko-polska.
Cwane baby doskonale wiedziały, że w momencie wybrania prezesa PiS na prezesa Polski ta wojna
dopiero się zacznie. W jej najstraszniejszej formie. Bo słowa, że ludzie
typu Tusk, Komorowski, Schetyna czy Arabski muszą raz na zawsze opuścić scenę polityczną,
w ustach przegranego kandydata
brzmiały tyleż złowrogo, co groteskowo. W ustach prezydenta elekta brzmiałyby zupełnie, ale to zupełnie inaczej. Rozpoczęłaby się
w Polsce noc długich noży.
Na co cwane baby liczą teraz?
Dlaczego nie pozostały w PiS i nie
siadły cichutko jak myszki pod miotłą? Otóż na salonkach warszawki
mówi się już rzeczywiście – jako
oczywistą oczywistość – że PiS-em
rządzi Ziobro. Jeszcze nie jako
udzielny władca, ale namaszczony
przez odchodzącego króla delfin.
Król chce jeszcze raz spróbować
w wyborach prezydenckich w roku 2014. Do tego czasu fasadowo
niewiele ma się zmienić. Poza zwarciem przez PiS szeregów, to znaczy wyrzuceniem wszelkich niepokornych oraz otaczającego ich
planktonu. Zmniejszy to elektorat
do jakichś 20–17 procent, ale da
najwierniejszym stuprocentowo
pewne miejsca na listach wyborczych. Jak dalece rządzi już delfin
(a raczej rekinek) Zbysio, widać
w regionie małopolskim. Tam
z istotnych miejsc na listach w wyborach samorządowych zniknęli
wszyscy ludzie kojarzeni z nieżyjącym Wassermannem (czyli Lechem Kaczyńskim). Ich miejsce
zajęli (często w sposób oszukańczy)
ziobrzyści. I co się stało? I nic się
nie stało.
Po czystkach we wnętrzu własnego ugrupowania duet Kaczyński-Ziobro powie „czekamy”. Jak
wytrawni pokerzyści. I faktycznie
poczekają na kłopoty Platformy
Obywatelskiej. A kłopoty zaczną
się, jeśli tym razem Polskie Stronnictwo Ludowe rzeczywiście ma
elektorat taki, jak to pokazują sondaże, czyli niższy niż pięcioprocentowy próg wyborczy. Tusk blednie
na samą myśl takiej możliwości,
bo to Platformę wepchnie z konieczności i sejmowej arytmetyki parlamentarnej w ręce SLD. A tego mogłaby nie zrozumieć nie tylko znaczna część elektoratu PO, ale także
znacząca część platformerskich polityków (np. Gowin i cała skrajnie
prawa strona partii). A i lewa nie
do końca byłaby szczęśliwa, słusznie rozumując, że w takim razie może już lepiej robić dile z bardziej
wyrazistszym Palikotem.
I jak wybrnąć z tego pata? I tu
właśnie pojawia się dla wielu wymarzone koło ratunkowe w postaci cwanych bab:
~ Dla PSL, bo obie paniusie
(o ile da się je zwabić – próby trwają) dałyby ludowcom co najmniej
dodatkowe kilka procent i nadzieję, a w dodatku pozwoliłyby uchwycić przyczółki w miastach;
~ Dla PO, bo nowy PiS bis (dodatkowo z Kowalem, Poncyljuszem, Bielanem, Kamińskim i kilkunastoma innymi byłymi „gołębiami” Kaczyńskiego) stałby się nowym,
25
wymarzonym koalicjantem. Nie mówiąc już o takim szczęściu, że Kluzik-Rostkowska i Jakubiak być może nie bawiłyby się w jakieś lightowe wersje PiS-u tylko z dobrodziejstwem inwentarza schroniłyby się
pod skrzydełkami Tuska.
~ dla samych zainteresowanych
cwanych bab, bo wszystkie siły polityczne w Sejmie będą je wspierać,
marząc o politycznej śmierci Kaczyńskiego.
Ale cwane baby na razie się krygują na zasadzie „i chciałabym, i boję się”, bo wiedzą, że im dalej, im
dłużej i im wolniej kolejne szable
uciekinierów z PiS-u będą zasilać
ich otoczenie, tym zainteresowanie mediów będzie większe i zdobędą one pożywkę dla codziennych
newsów.
Żadna z pań nie zapowiada, że
złoży mandat poselski. Wręcz przeciwnie. I mają rację – w odróżnieniu do posła Palikota, który honorowo chce mandat złożyć (jeszcze
raz namawiam, panie pośle, do rozważenia tej pochopnej decyzji) – bo
zostaną w grze, nie wychodząc poza światła rampy. A to ważne!
Jak ostatecznie będzie – czas
pokaże. Na razie pokazał, że baby
są naprawdę cwane. Pięć miesięcy
temu udało im się oszukać prawie
połowę Polaków. Dziś dalej w coś
grają i niewykluczone, że wygrają.
Mam nadzieję, że i tym razem
PRAWIE.
MAREK SZENBORN
Szopka
z szopką
Od pierwszych dni października w Strumieniu, kilkutysięcznym miasteczku na Śląsku, wszystko kręci się wokół jednego
– budowy parafialnej szopki betlejemskiej.
A wszystko dlatego, że pomysłodawca,
ks. Paweł Hubczak z parafii pw. św. Barbary, ma wielkie ambicje i „strumieńskie Betlejem” widzi naprawdę ogromne. Bo też parafialna szopka (a raczej SZOPA) ma być gigantyczna – największa co najmniej w całym
województwie śląskim. Ma się w niej zmieścić prawie 200 żywych zwierząt – wielbłąd,
lamy, szopy, daniele, jelenie, alpaki, dziki,
osioł, króliki, jenoty i jeżozwierz oraz w zagrodzie ptaszków św. Franciszka – strusie,
bażanty, kaczki, pawie, kury, gęsi. Uff! I ma
ją nawiedzić więcej luda niż w ubiegłym roku, kiedy doliczono się ponad stutysięcznego
tłumu, a spragnieni atrakcji wierni musieli
oczekiwać nawet po kilka godzin w kolejce.
Aby to było możliwe, strumieńskiej szopie
potrzebna jest oczywiście odpowiednia reklama – kilkadziesiąt tysięcy ulotek, specjalny samochód z głośnikami jeżdżący od wioski do wioski i od miasta do miasta po całym Śląsku, baner oraz pięciometrowy anioł
oświetlony tysiącem lampek.
„Strumieńskie Betlejem będzie trwało
od 20 XII 2010
do 30 I 2011 r., dlatego potrzebujemy Twojej pomocy!!! – apeluje do parafian ks. Paweł – (…) codziennie
od godz. 8.00 do 16.00
potrzebne są Twoje dłonie. Panowie i Panie!!!
Panie oczywiście zadbają o siły Panów (może
ktoś ofiaruje coś na posiłki). Jak zawsze trzeba przygotować zaplecze paszowe, zwierzęcą
spiżarnię dla wszystkich podopiecznych – a ten
rok z plonami jest bardzo słaby – tym bardziej
potrzebujemy pomocy z wielu stron. Szopka
również bez sponsorów nie powstanie – dlatego prosimy o pomoc i w tym względzie! Przy tylu tysiącach odwiedzających musimy wiele rzeczy usprawnić (…). Marzą mi się chętni, którzy staliby się dla zorganizowanych grup przewodnikami – oprowadzającymi po sanktuarium
i szopce! Takimi „Strumieńskimi Aniołami”.
Potrzeba będzie do dyżurów na wszystkie dni
– 250 parafian (Czy ty będziesz pośród nich
– a może obejmiecie posługę całą Rodziną)...”.
W szopce wszystko się przyda, jak zapewnia ksiądz, więc parafianie mogą na przykład zaoferować chęć... wycięcia w swoich
ogrodach drzew iglastych niezbędnych do dekoracji szopki. Powinny się również zgłaszać
rodziny, „które będą mogły asystować jako
św. Rodzina przy Żywej Szopce”. Ponadto
do karmienia i opieki nad szopkowymi zwierzętami każdego dnia będzie potrzeba co
najmniej 20 osób.
Wygląda na to, że mieszkańcy Strumienia to najszczęśliwsi ludzie pod słońcem
– nie muszą ani chodzić do pracy, ani zarabiać na życie, bo kasa sama spada im z nieba, i na dodatek nie mają nic lepszego do roboty, jak tylko bawić się w zwariowanej
megaszopce.
AK
26
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
RACJONALIŚCI
T
ego wiersza Zbigniewa Herberta może nie powinno się czytać w listopadzie. Może lepiej
byłoby w maju? Ale to jest tekst napisany właśnie po to, by zastanawiać się nad jego treścią
o każdej porze roku.
Okienko z wierszem
Homilia
Na ambonie mówi tłusty pasterz
i cień pada na kościelny mur
a lud boży zasłuchany, zapłakany
płoną świece – blaski ikon – milczy chór
płyną słowa nad głowami się unoszą
jaki dziwny ma ten kapłan głosu organ
ani żeński ani męski ni anielski
także woda z ust płynąca to nie Jordan
bo dla księdza – proszę księdza – to jest wszystko takie proste
Pan Bóg stworzył muchę żeby ptaszek miał co jeść
Pan Bóg daje dzieci i na dzieci i na kościół
prosta ręka – prosta ryba – prosta sieć
może tak należy mówić ludziom cichym ufającym
obiecywać – deszcze łaski – światło – cud
lecz są także tacy którzy wątpią niepokorni
bądźmy szczerzy – to jest także boży lud
proszę księdza ja naprawdę Go szukałem
i błądziłem w noc burzliwą pośród skał
piłem piasek jadłem kamień i samotność
tylko Krzyż płonący w górze trwał
i czytałem Ojców Wschodu i Zachodu
opis raju przesłodzony – zapis trwogi –
i sądziłem że z kart książek Znak powstanie
ale milczał – niepojęty Logos
pewnie ksiądz mnie nie pochowa w świętej ziemi
– ziemia jest szeroka zasnę sam
i odejdę w dal – z Żydami odmieńcami
bezszelestnie zwinę cały kram
na ambonie mówi w kółko pasterz
mówi do mnie – bracie mówi do mnie – ty
ale ja naprawdę chcę się tylko zastrzec
że go nie znam i że smutno mi
Komitet Wyborczy RACJI Polskiej Lewicy
Kandydaci do Rady m.st. Warszawy
Okręg nr 1 (Śródmieście + Ochota)
1) Jakubowska Wiesława Teresa
– lista nr 26 (www.teresajakubowska.pl)
2) Kruślak Iwona Ewa – lista nr 26
3) Mierzewicz Barbara Anna – lista nr 26
4) Kapisz Barbara Daniela – lista nr 26
5) Magdziarski Grzegorz Paweł – lista nr 26
6) Młynarski Jacek – lista nr 26
Okręg nr 3 (Mokotów)
1) Mróź Krzysztof Andrzej – lista nr 26
(krzysztofmroz.blog.onet.pl)
2) Jakubowska-Sobczyk Maria Eulalia
– lista nr 26
3) Przybył Jan – lista nr 26
4) Zając Mirosława Danuta – lista nr 26
5) Nabiałek Leszek Alojzy – lista nr 26
6) Sobczak Alina Aleksandra – lista nr 26
7) Wiśniewski Stanisław Robert
– lista nr 26
KATEDRA PROFESOR JOANNY S.
Wasalność
- pasierbica wtórności
Nasi wielcy „przywódce”, a nawet i bez wódki, chcą, żeby Polska była drugą Japonią, Irlandią, czy co tam któremu akurat
do łba wpadnie. Pod tym względem są nieodrodnymi synami
swojej ojczyzny.
Także zdecydowana większość
Polaków, choć patriotyzm odmienia
we wszystkich przypadkach, na co
dzień wcale go nie uprawia. Dlatego nie pragnie, by Polska była
po prostu sobą. Przeciwnie. Za największy zaszczyt uznaje wtórność.
Nawet za PRL-u, w czasach powszechnego śpiewu, „żeby Polska
była Polską”, marzono, żeby była
Ameryką. Najlepiej pięćdziesiątym
stanem USA. Angielskiego uczył się
jednak mało kto, co było wyrazem
patriotyzmu językowego. Odmiany
najpowszechniejszej do dzisiaj.
W tych warunkach było oczywiste, że po 1989 roku Wielkiego
Brata ZSRR zastąpiły Stany Zjednoczone. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, nie wyłączając wplątania Polski w wojnę iracką, i z talibami w Klewkach jako jedynym
offsetem. Dobrzy Amerykanie wysadzali ich ponoć w Szymanach
na odpoczynek, bo nie chcieli męczyć zbyt długą podróżą bez rozprostowywania kości. Aż dziw, że kolejne rządy stanowczo zaprzeczają
udziałowi Polski w tej humanitarnej misji, a Unia Europejska nie
docenia naszych zasług w walce
o prawa podróżujących samolotami obsługiwanymi przez CIA.
Zwłaszcza że ponoć ulubioną formą boardingu amerykańskich służb
specjalnych czarterujących samoloty jest waterboarding, czyli podtapianie przesłuchiwanych.
Były prezydent Bush nie ma
oporów. Nie robi tajemnicy ze swojej zgody na torturowanie terrorystów. Na pytanie, czy aprobuje stosowanie metody podtapiania wobec szejka Chaleda Mohammeda,
organizatora zamachów na WTC
schwytanego po inwazji na Irak, odparł: „Tak, do cholery!”. Nie podaje, gdzie odbywał się ten proceder, zakazany przecież w Stanach
Zjednoczonych. W dodatku twierdzi, że ponownie podjąłby taką decyzję, gdyby uzyskane w ten sposób informacje mogły pomóc uratować życie ludzi.
Oświadczenie Busha nie wywołało w Polsce większego oburzenia.
Ani nawet mniejszego. Nie dokonano porównania z metodami stosowanymi przez SS czy NKWD, choć
przecież niczym się nie różnią. Nawet uzasadnieniem. Za oczywiste
przyjęto, że nie ma wolności dla wrogów wolności, a cel uświęca środki.
Kandydaci RACJI (3)
3)
4)
5)
6)
Naturalnie – nasz cel. Może to być
swoista reakcja obronna. Wszak istnieją poważne podejrzenia, że amerykańskich więźniów torturowano
właśnie w Polsce.
Niestety, nie można wykluczyć,
że wybór naszego kraju na miejsce haniebnych praktyk, sprzecznych z międzynarodowymi konwencjami, był spowodowany przychylną atmosferą dla przywrócenia kary śmierci i stosowania przemocy wobec przestępców. W kadencji 2001–2005 pod petycją o zakazie tortur i likwidacji więzienia
Guantanamo podpisało się zaledwie dwudziestu kilku posłów. Większość twierdziła, że w celu uzyskania informacji dopuszcza torturowanie. Naturalnie tych, którzy na to
zasługują. Szkoda, że wciąż mamy
mentalność Busha, tak odległą
od europejskich standardów.
Najwyższa pora wyzwolić się
z wasalnego stosunku do amerykańskiego Wielkiego Brata. Można zacząć od wprowadzenia wiz dla
Amerykanów. Dwa lata temu na taką właśnie moją propozycję internauci odpowiedzieli aplauzem.
Przede wszystkim jednak trzeba
przestać wielbić wtórność. Złą macochę wasalności.
JOANNA SENYSZYN
www.senyszyn.blog.onet.pl
Boruta Barbara Eugenia – lista nr 26
Wosik Andrzej – lista nr 26
Skorko Piotr – lista nr 26
Cieśluk Lidia – lista nr 26
Bychowski Andrzej Benedykt – lista nr 26
Kordek Tadeusz – lista nr 26
Kajak Tomasz – lista nr 26
Ryszka Antoni Stanisław – lista nr 26
Komitet Wyborczy RACJI Polskiej Lewicy
Rada Gminy Jabłonna
1) Żmijewski Leszek Włodzimierz
– Okręg nr 1, miejsce 1, nr listy 31
Okręg nr 6 (Praga Północ + Białołęka)
1) Dąbrowski Kazimierz – lista nr 26
2) Ryfiński Armand Kamil – lista nr 26
3) Garcarz Leszek Jan – lista nr 26
4) Grochowski Jacek Andrzej – lista nr 26
5) Wosik Ewa – lista nr 26
Okręg nr 8 (Ursynów + Wilanów)
1) Gajda Beata Joanna – lista nr 26
2) Dorosiewicz Jolanta Agnieszka – lista nr 26
3) Grzybowska Iwona Beata – lista nr 26
4) Dobrzyniecka Ludmiła Bożena
(popierana przez Komunistyczną Partię Polski)
– lista nr 26
5) Morawski Krzysztof Jan – lista nr 26
6) Świątek Małgorzata Lidia – lista nr 26
Komitet Wyborczy RACJI Polskiej Lewicy
Rada Gminy Leszno
1) Chojnacki Bogumił Sylwester
– Okręg nr 10, miejsce 1, nr listy 25
Okręg nr 7 (Targówek-Wawer-RembertówWesoła)
1) Parys Paweł – lista nr 26 (www.pawelparys.pl)
Okręg nr 9 (Bemowo + Włochy + Ursynów)
1) Brzezińska Irena Teresa – lista nr 26
2) Szczepański Dariusz Stanisław – lista nr 26
Okręg nr 4 (Wola)
1) Cieśluk Waldemar Jerzy – lista nr 26
2) Zieleniewski Rafał Roman – lista nr 26
3) Czen-Palczewska Jadwiga Genowefa
– lista nr 26
4) Dzik Janina – lista nr 26
5) Sobecki Zygmunt Franciszek – lista nr 26
2)
3)
4)
5)
Komitet Wyborczy RACJI Polskiej Lewicy
Rada Miasta w Przasnyszu
1) Janowska Krystyna Halina – Okręg nr 2,
miejsce 1, nr listy 25
2) Pawłowska Edwarda Wanda – Okręg nr 6,
miejsce 1, nr listy 25
3) Wiśniewska Urszula – Okręg 7, miejsce 1,
nr listy 25
Na finansowanie udziału partii RACJA w wyborach zostało utworzone specjalne konto bankowe RACJA PL Fundusz Wyborczy nr 65 1560 0013 2027 0408 9924 0002
Serdecznie prosimy naszych sympatyków i członków o pomoc finansową w formie przelewu wyłącznie z prywatnego (nie firmowego) konta bankowego darczyńcy – osoby fizycznej.
W tytule wpłaty prosimy dodać numer PESEL. Wpłaty nie mogą przekraczać kwoty 19 500 zł rocznie od jednej osoby. Przypominamy z żalem, że osoby stale mieszkające za granicą,
nawet polscy obywatele i nawet nasi członkowie, nie mogą dokonywać wpłat z zagranicy przelewem na żadne konto bankowe partii. Z góry dziękujemy!
RACJA Polskiej Lewicy www.racja.org.pl, tel. (022) 620 69 66
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
27
ŚWIAT SIĘ ŚMIEJE
–
–
–
–
–
–
–
Anetko, zjedz kawałek tortu!
Dziękuję, Jureczku, nie chcę.
No spróbuj, bardzo smaczny!
Nie, dziękuję. Ja po osiemnastej już nie jem nic słodkiego.
Anetko, proszę...
Jureczku, ja deserów w ogóle nie jadam...
Żryj ten tort, do jasnej cholery! Pierścionek w nim jest, głupia babo! Żenić się z tobą chcę!
~ ~ ~
Kobiety do 20 roku życia są jak pchełki – z łóżka na łóżko.
Kobiety między 20 a 40 rokiem życia są jak flanele – nie do zdarcia.
Kobiety po 40. są jak cebulki – jak się rozbiorą, to tylko płakać.
Znalezione na www.HumorPage.pl
Do księgarni wchodzi kobieta w żałobie, trzymając w ręku
książkę „Grzyby wokół nas”. Księgarz ściska jej rękę:
– Szczere wyrazy współczucia. Wydawnictwo już poprawiło te błędy!
~ ~ ~
– Mamo, tato, nie wiedziałam, jak wam to powiedzieć, ale
od dawna źle się czuję w swoim ciele. Wiem, że zawsze pragnęliście mieć syna, a ja wiem, że powinnam urodzić się mężczyzną. Dlatego pragnę wam oświadczyć, że jestem w trakcie terapii hormonalnej i niedługo poddam się operacji zmiany płci.
– Jaja sobie robisz?!
KRZYŻÓWKA
Krzyżówkę rozwiązujemy, wpisując po DWIE LITERY do każdej
kratki
Poziomo:
1) krzywa, płaska, ale z parą, 4) zboże na oku, 8) ją dał,
znaczy zwiał, 9) nie był Cham tam sam, 11) szczerość prosto
z niego, 13) jeden raz, 15) pikantna broń, 16) czasem w
małżeństwie toczą oboje, 17) poetyka ze świerszczyka, 19)
brakuje mu ronda, 20) wielki albo mały wóz, 21) aż się prosi,
by ją wykorzystać, 23) nadworny myśliwy, 26) opieka na
życzenie, 28) bez aktywności w księgowości, 31) jaki samochód
kręci się w trosce?, 33) wokół korzenia, 34) przyda się na nic,
36) koniec trzymali, 37) nie tam i nie ona – jest wiecznie zielona,
38) widzenia, ale nie w więzieniach, 40) biblijny prekursor
antykoncepcji, 41) lód niesmaczny, bo ze śniegu, 42) zamiast
łaty z ceraty, 44) miarka, z której korzysta artylerzysta, 45)
parszywa owca z dala od stada.
Pionowo:
2) pora na śniadanie, 3) im wiatr w oczy nie wieje, 5) czarodziejska
miseczka, 6) minerał z tłumika, 7) poMOcnik w błękitnym berecie,
10) czas na strzemiennego, 12) środek pasterki w nawie, 14)
tam się może skryć zwierz w borze, 15) tam palacze to rogacze,
16) stoi na wodzie, 18) mąci rannemu myśli tok, 20) postawy
przyjmowane w opozycji, 22) skraca życie w eternicie, 24)
jedziecie na nie w lecie, 25) fanatycy spod znaku podwójnej
błyskawicy, 26) urodzinowy świecznik, 27) ten proces zgubił
kościół w Trzęsaczu, 28) kapelusz z kanałem, 29) tuż obok niej
z piernika chata, 30) wiosenna topielica, 32) jaka bakteria zamyka
plaże?, 35) zawodowiec występujący w imieniu Napoleona,
37) tylko dla orłów z nutrii, 39) po pasowaniu, 41) klatka przy
klatce, lecz nie zoo, 43) czy to przyjęcie dla aut?
Faceci do 20. są jak flecik – raz dmuchniesz i już gra.
Faceci między 20 a 40 rokiem życia są jak fortepian – 3 godziny strojenia, 2 minuty grania.
Faceci po 40. są jak konferansjer – on zapowiada, a gra już kto inny.
~ ~ ~
Kumpel do kumpla:
– Co studiujesz?
– Filozofię.
– A gdzie po tym można pracować?
– Wszędzie! Na budowie, w supermarkecie, w McDonaldzie...
~ ~ ~
Jak podaje BBC, w jednym z domów na przedmieściach Londynu zarwało się piętrowe łóżko. Siedmiu Polaków odniosło niegroźne obrażenia.
~ ~ ~
Zapytano Papuasa:
– A jak wy te kokosy z drzew zbieracie?
– Nie zbieramy. Jak duży wiatr wieje, same spadają.
– A jak wiatru długo nie ma?
– No to mamy nieurodzaj.
1
2
7
9
8
11
13
12
17
4
10
16
20
19
23
22
21
2
15
14
18
6
5
4
3
5
7
24
3
25
31
6
32
1
36
29
28
27
26
30
34
33
38
37
40
39
42
41
35
8
43
45
44
9
Litery z pól ponumerowanych w prawym dolnym rogu utworzą rozwiązanie z cyklu „Przysłowia
mądrością narodu”
1
2
3
4
5
6
7
8
9
Rozwiązanie krzyżówki z numeru 44/2010: „Walczmy seksem o nasze życie”. Nagrody otrzymują: Waldemar Pleskot ze Świdnika, Teresa Mikucka z Malinówki Wielkiej, Ryszard Białas z Olkusza.
Aby wziąć udział w losowaniu nagród, wystarczy w terminie 7 dni od ukazania się aktualnego numeru „FiM” przesłać hasło krzyżówki e-mailem na: [email protected] lub pocztą na adres
redakcji podany w stopce.
TYGODNIK FAKTY i MITY (ISSN 356441); Prezes zarządu i redaktor naczelny: Roman Kotliński (Jonasz); Zastępcy red. naczelnego: Marek Szenborn, Adam Cioch; p.o. sekretarz redakcji: Justyna Cieślak;
Dział reportażu: Wiktoria Zimińska – tel. (42) 630 72 33; Dział historyczno-religijny: Bolesław Parma, e-mail: [email protected]; Redaktor graficzny: Tomasz Kapuściński; Fotoreporter: Maja Husko;
Dział promocji i reklamy: tel. (42) 630 73 27; Dział łączności z czytelnikami: (42) 639 85 41; Adres redakcji: 90-601 Łódź, ul. Zielona 15; e-mail: [email protected], tel./faks (42) 630 70 65;
Wydawca: „BŁAJA News” Sp. z o.o.; Sekretariat: tel./faks (42) 630 70 65; Druk: POLSKAPRESSE w Łodzi. Redakcja nie zwraca materiałów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo do adiustacji i skracania tekstów.
WARUNKI PRENUMERATY: 1. W Polsce przedpłaty przyjmują: a) Urzędy pocztowe i listonosze. Cena prenumeraty – 46,80 zł na pierwszy kwartał 2011 r. (roczna 201,90 zł); b) RUCH SA. Wpłaty przyjmują jednostki kolportażowe RUCH SA w miejscu zamieszkania prenumeratora. 2. Prenumerata zagraniczna:
Wpłaty w PLN przyjmuje jednostka RUCH SA Oddział Krajowej Dystrybucji Prasy na konto w PEKAO SA IV O/Warszawa nr 68124010531111000004430494 lub w kasie Oddziału. Informacji o warunkach prenumeraty udziela ww. Oddział: 01-248 Warszawa, ul. Jana Kazimierza 31/33, tel.: 0 (prefiks) 22 532 87 31,
532 88 16, 532 88 19; infolinia 0 800 12 00 29. Prenumerata zagraniczna RUCH SA płatna kartą płatniczą na www.ruch.pol.pl 3. Prenumerata w Niemczech: Verlag Hûbsch & CO., Dortmund, tel. 0 231 101948, fax 0 231 7213326. 4. Dystrybutorzy w USA: New York – European Distribution Inc.,
tel. (718) 782 3712; Chicago – J&B Distributing c.o., tel. (773) 736 6171; Lowell International c.o., tel. (847) 349 1002. 5. Dystrybutor w Kanadzie: Mississauga – Vartex Distributing Inc., tel. (905) 624 4726. Księgarnia „Pegaz” – Polska Plaza Wisła, tel. (905) 238 9994. 6. Prenumerata redakcyjna:
cena 46,80 zł na pierwszy kwartał 2011 r. (roczna 201,90 zł). Wpłaty (przekaz pocztowy) dokonywać na adres: BŁAJA NEWS, 90-601 Łódź, ul. Zielona 15 lub przelewem na rachunek bankowy ING Bank Śląski: 76 1050 1461 1000 0023 0596 2777. 7. Zagraniczna prenumerata elektroniczna:
[email protected] Szczegółowe informacje na stronie internetowej http://www.faktyimity.pl Prenumerator upoważnia firmę „BŁAJA News” Sp. z o.o. ul. Zielona 15, 90-601 Łódź, NIP: 725-00-20-898 do wystawienia faktury VAT na prenumeratę tygodnika „Fakty i Mity” bez podpisu.
28
P
ŚWIĘTUSZENIE
A w niedzielę po kościele...
Humor
Przychodzi kobieta do wróżki i żali się:
– Wydaje mi się, że jak mój
mąż jeździ w delegacje, to
mnie zdradza.
Wróżka dała kobiecie małe zawiniątko, do tego buteleczkę z jakimś płynem i objaśnia:
Rys. Tomasz Kapuściński
Nr 46 (558) 12–18 XI 2010 r.
JAJA JAK BIRETY
– Daj mu to zawiniątko, żeby wziął ze sobą w delegację. Powiedz, że jak wróci,
to włożysz je do buteleczki.
Jak zmieni kolor, znaczy
– na bok skoczył.
– To znaczy, że zmiana koloru jednoznacznie to wyjaśni?
– Nie.
– To o co chodzi?
– Jak skoczy na bok, to powie, że zgubił.
ocałunek wymyślili mężczyźni, aby kobiecie nareszcie zamknąć usta – pisała Magdalena
Samozwaniec.
~ Całowanie doczekało się także naukowych, mało romantycznych
opracowań. Zdaniem antropologów,
u ludzi pierwotnych miało ono związek z odruchem ssania piersi lub
przekazywania z ust do ust przeżutego pokarmu. Jak przypuszczają
niektórzy, nasi praprzodkowie w tak
przyjemny sposób wymieniali się rozmaitymi wirusami w celu wzajemnego uodparniania.
~ W starożytności pocałunki
dzielono na powitalne – w głowę,
poddańcze – w rękę oraz intymne
– w oczy. Według niektórych badaczy, w antycznym Rzymie zwyczaj całowania w usta wynikał z chęci sprawdzenia, czy kobieta nie piła wina, czego wówczas im zakazywano.
~ Sokrates, przeciwny
pocałunkom, porównywał je
do ukąszeń tarantuli. Pocałować kogoś, to oddać się
w niewolę i stracić zainteresowanie tym, co w życiu najważniejsze – przekonywał.
~ W średniowieczu wśród szczególnie nawiedzonych pokutników panował zwyczaj całowania... trędowatych. Modę na chore całowanie zapoczątkował ponoć święty Franciszek.
~ Pierwszy soczysty całus w historii kina miał miejsce w 1896 roku.
CUDA-WIANKI
Niebo w gębie
Trwający 30 sekund obraz „The
Kiss” („Pocałunek”) przedstawiał
tylko całującą się parę. Film stał się
międzynarodowym, niemalże pornograficznym hitem. W 1922 r.
pierwszy raz sfilmowano pocałunek męsko-męski, a osiem lat później Marlena Dietrich całowała się
na ekranie z kobietą.
~ Podczas francuskiego pocałunku wymieniamy: 40 tys. drobnoustrojów; 250 gatunków różnych bakterii; 0,7 grama białka; 0,45 grama
tłuszczu i 0,19 grama innych związków organicznych. Na pociechę warto
wspomnieć, że intensywny kontakt
usta–usta pobudza ponad 30 mięśni
twarzy odpowiedzialnych za gładką
skórę, obniża zbyt wysokie ciśnienie
krwi oraz wyzwala endorfiny, zwane
hormonami szczęścia.
~ Buziaki między zaprzyjaźnionymi kobietami nikogo nie dziwią.
Coraz częściej w podobny sposób
„lubią się” mężczyźni. Przeprowadzone w Wielkiej Brytanii badania
dowiodły, że 9 na 10 młodych heteroseksualnych Brytyjczyków choć
raz całowało innego dżentelmena.
W 4 przypadkach był to długi pocałunek. Młodzi mężczyźni nie boją się już, że ktoś uzna ich za gejów, i cieszą się bliskością przyjaciół tej samej płci. Zdaniem socjologów, modę na męskie całowanie zapoczątkowali piłkarze
cmokający się po każdej bramce.
~ Namiętny pocałunek pozbawił słuchu 20-letnią mieszkankę Chin.
Dziewczyna całowała tak zapamiętale, że powstało podciśnienie, które doprowadziło do uszkodzenia błony bębenkowej. Wydarzenie zainspirowało chińską prasę – ukazały się
artykuły objaśniające, jak całować,
żeby sobie nie zaszkodzić.
JC

Podobne dokumenty