pobierz - e-profit

Komentarze

Transkrypt

pobierz - e-profit
e-PROFIT
WSZYSTKO O e-BIZNESIE
LISTOPAD 2012
NIE
DA SIĘ
KONKUROWAĆ
Foto: Renata Dąbrowska
PRODUKTEM
NATALIA
HATALSKA
Pracowałem w korporacji...
pracuję w startupie...
Rozmowa z Leszkiem Pankiewiczem
Keep Calm
and Send SMS
Andrzej Ogonowski o usługach SMS
Zrozumieć e-klienta
Rozmowa z Tomaszem Karwatką
Trzeba mieć
otwarte oczy
Gościmy ekipę Webshake.tv
w numerze: Hatalska • Pankiewicz • karwatka • Wołoszyk • Mazurczak
11
2012
e-PROFIT
w numerze:
Od Redakcji
Być jak Felix
Felieton
Stadion Dumy Narodowej
Dodaj do znajomych, czyli instrukcja obsługi social media
Aktualności
Pracowałem w korporacji...
pracuję w startupie
Leszek Pankiewicz
Startup Weekend 3miasto po raz drugi
Internet Beta po raz czwarty
Co piąty posiadacz konsoli w Polsce posiada konto na Gametrade.pl
Chiny atrakcyjnym miejscem zbytu polskich produktów i usług
Z naszej perspektywy
Przedsiębiorcą być – czyli krok po kroku na drodze do własnego startupu cz. 2
Internety robię
Rynkowe trendy
Zrozumieć e-klienta
Tomasz Karwatka
Złapani w sieć zakupów
Zrozumieć e-klienta
Samo SEO nie wystarczy
Keep calm and send SMS
Pracowałem w korporacji... pracuję w startupie
Gamifikacja w przedsiębiorstwach
Inwestor z zagranicy
Wywiad numeru
Trzeba mieć otwarte oczy
Temat z okładki
Nie da się konkurować produktem
Warto wiedzieć
Czy reklama naprawdę na Ciebie nie działa?
Czy reklama naprawdę
na Ciebie nie działa?
Karolina Rozwadowska
Startujemy – Oceniamy
Ocenbrowar.pl – lista piwnych hitów
Po godzinach
Langloo – Nuclear Wintour
Ludzie polskiego internetu – Paweł Sala
Okiem CD Rollera
okładka 11/2012
Natalia hatalska
Foto: Renata Dąbrowska
2 e-PROFIT
Od Redakcji
Być jak Felix
Marek Dornowski
redaktor naczelny
WYDAWCA
InQbe sp. z o.o.
ul. Towarowa 1
10-416 Olsztyn
tel. 89 532 06 06
[email protected]
NIP 524 256 87 12
REGON 140440822
KRS 0000250743
www.inqbe.pl
Redakcja
Marek Dornowski, Marta Przyłęcka
Małgorzata Zawadzka, Tomasz Szulgo
Korekta
ITEL Solutions Tomasz Łukiańczyk
Projekt
IMOGEN Jarek Szymla
Ostatnie tygodnie dały nam dużo do myślenia. Sukces projektu Stratos i skok
z przestworzy, podczas którego w kilka minut przebywa się drogę z kosmosu
na ziemię, po raz kolejny pokazał, że wygrywają Ci, którzy wierzą i dążą do
realizacji celów, chociaż dla większości są one czystym szaleństwem. Teraz,
w blasku fleszy i ogólnoświatowego aplauzu, gdzieś na dalszy plan schodzi fakt, że
przygotowania do tego kilkuminutowego skoku trwały dobrych kilka lat. Ot, taka
refleksja w kontekście tego, ile czasu poświęcamy na rozwój naszych biznesowych
pomysłów. Absolutnie nie zamierzam tutaj krytykować chwalebnej skądinąd idei
Startup Weekendu. Chodzi mi tylko o to, by twórcy pomysłów, które wygrywają
tego typu konkursy, mieli pełną świadomość, że to dopiero początek drogi, żeby
ewentualny sukces zmobilizował ich, a nie sprawił, że od razu widzieć się będą
w panteonie e-sław tuż obok Zuckerberga czy Jobsa.
Rynek zmienia się zresztą coraz wyraźniej. Myślenie o startupie w formie
pewnej mody powoli przemija. Inwestorzy nauczyli się już, że nie wszystko
złoto, co się świeci, a i pomysłodawcy jakby z większym samokrytycyzmem
przyglądają się swoim przemyśleniom. Sami doszli do wniosku, że duża część
z nich powinna jeszcze wrócić do szuflady, gdyż w obecnej sytuacji po prostu
nie obroni się biznesowo. Nie oznacza to oczywiście tego, że teraz każda nowa
e-inwestycja poprzedzona będzie wieloletnimi planami i przygotowaniami tak
jak w przypadku Stratosa. Ale szanse na to, że pojawiające się projekty będą
o wiele lepiej przemyślane, jest większa. Z drugiej strony jest jeszcze zagrożenie
czasowe. Finansowanie projektów z POIG 3.1 jest przecież ograniczone w czasie.
Pytanie, czy część inwestorów nie wybierze strategii: inwestujmy póki można,
a potem się zobaczy? Wierzę, że tak się nie stanie, bo inaczej czeka nas fala
projektów, które w większości nie zagrzeją miejsca na rynku. Byłoby szkoda.
Z codziennych obserwacji widzę, że droga od genialnego pomysłu, gdy
wszystko wydaje się proste, łatwe i oczywiste, do inwestycji, gdzie wszystko
(a przynajmniej większość) jest odpowiednio zaplanowane i gotowe do
wdrożenia, jest drogą może nie tak odległą jak ta ze skoku Felixa, ale z pewnością
niewiele mniej ekscytującą.
W tym numerze piszemy między innymi o banalnych, a często zapominanych
oczywistościach biznesowych zawartych w zabawnym tekście piosenki Bitsy
Boys Internety robię. Skądinąd świetne i z dużą dozą humoru pokazanie naszej
polskiej startupowej rzeczywistości. Myślicie, że doszukiwanie się głębszych treści
w niej to przesada? Możliwe, ale zerknijcie, jak radzi sobie firma założona przez
„raperów” (wybaczcie braki w byciu na bieżąco z nowymi stylami muzycznymi)
z Bitsy Boys. Wielu życzyłoby sobie takich sukcesów. Podejrzewam, że nie są one
wyłącznie dziełem szczęśliwego zbiegu okoliczności, ale efektem ciężkiej pracy
i głębokich analiz biznesowych.
Masz ciekawy temat? Napisz do nas!
Pragniemy, aby e-PROFIT był zawsze blisko nowych trendów
w branży. Chcemy pisać o tym, co jest dla nas wszystkich
interesujące i przydatne.
Jeśli znacie ciekawy temat, o którym jeszcze na naszych łamach
nie pisaliśmy, a sądzicie, że powinniśmy to zrobić, nie zwlekajcie
i skontaktujcie się z nami. Czekamy na Wasze uwagi, sugestie
i propozycje. Piszcie: [email protected]
e-PROFIT 3
Felieton
Stadion Dumy Narodowej
Szesnastego października miał odbyć się mecz Polska – Anglia
na naszym Stadionie Narodowym. Nie odbył się, bo… padało.
Pomińmy jednak kwestie organizacyjne i przyjrzyjmy się dwóm
zagadnieniom – wymiarowi społecznościowemu i kosztowemu
w kontekście innowacji.
Wymiar społecznościowy „zalania” był wbrew pozorom
bardzo pozytywny. Pokazał, że mimo „porażki” organizacyjnej
(tak wiem, to zbyt słabo powiedziane) potrafimy mieć dystans
do siebie i wprost śmiejemy się z tego blamażu. Ilość informacji
na Twitterze i Facebooku zaskoczyła pewnie niejedną osobę –
ale większość była utrzymana w zabawnym tonie (przyznaję –
słowo „tonie” w tym kontekście nie jest najlepiej dobrane).
Od dawna nie widziałem takiego wydarzenia w naszej sieci,
które w ciągu kilkunastu minut potrafiło zaktywizować tylu
użytkowników. Do tego stopnia, że profil „Basen Narodowy” na
Facebooku zdobył więcej fanów niż oficjalny „Stadion Narodowy”.
I to po kilku godzinach od założenia.
Sylwester Kozak
Wydawca serwisów
E-biznes.pl
Wystartowali.pl
Jaka jest druga strona medalu? Koszt budowy jednego tylko
stadionu wyniósł 1,752 mld zł. Nie jestem zwolennikiem
wydawania publicznych pieniędzy ani na igrzyska, ani na
wspieranie przedsiębiorczości. Zróbmy jednak małe ćwiczenie,
żeby zobaczyć, o jakiej skali mówimy.
Co by się stało gdyby jednak te pieniądze trafiły do młodych
i ambitnych przedsiębiorców? Na przykład jako jednorazowe
dofinansowanie w wysokości 30 tys. zł dla jednego startupu.
Mielibyśmy wtedy 60 tys. przedsiębiorstw, oczywiście ponad
połowa by zbankrutowała po kilku miesiącach, jednak pozostała
część miałaby szansę realnie działać na rynku. I tworzyć innowacje,
i płacić podatki. A koszt utrzymania Stadionu to ok. 1,5 mln zł
miesięcznie. ■
Magic Key: 1B, 2B, 3A, 4B, 5A
4 e-PROFIT
Felieton
Dodaj do znajomych –
czyli instrukcja obsługi social media
Wróciłem z Blog Forum Gdańsk. Jestem ledwo żywy, ale już mi
brakuje tej atmosfery, rozmów… Uwielbiam poznawać nowych
ludzi. To, co się dzieje jednak po takich wyjazdach, za każdym razem
mnie zaskakuje. W ciągu kilku kolejnych dni po powrocie zawsze
dostaję masę zaproszeń „do znajomych”, czy to na Facebooku,
czy innych sieciach społecznościowych.
Ustalmy coś, moi drodzy, bo inaczej dojdziemy do sytuacji sprzed
kilkunastu lat, kiedy to trzeba było publikować „regulaminy”
kontaktów via Gadu-Gadu (to taki ówczesny Facebook chat).
Dla mnie znajomi to znajomi. To znaczy – z założenia – że ich
znam lub choć przelotnie poznałem. W mojej definicji poznania
kogoś mieści się nawet niedługa rozmowa na takiej konferencji,
ale jeśli tylko minęliśmy się na korytarzu i nie padło nawet cześć
to, niestety, trudno to nazwać znajomością. Facebook daje
możliwość subskrybowania publicznych wpisów. Jest to świetne
rozwiązanie, aby być na bieżąco z tymi wpisami, którymi chcę się
dzielić z szerszą publicznością. Nie traktuję kontaktów w sieciach
społecznościowych jako realnych znajomych. Co prawda pozwalają
mi one utrzymać kontakt również ze znajomymi, których widuję
rzadziej, ale co do zasady – z przyjaciółmi i znajomymi spotykam
się jednak in real life.
Na Facebooku publikuję wpisy dostępne publicznie – wystarczy
mnie subskrybować – wpisy dla ludzi, z którymi się poznałem
oraz takie, które widzą tylko bliżsi znajomi. Między innymi z tego
powodu, powstrzymuję się przed przyjmowaniem zaproszeń od
osób, których nie znam – po prostu lubię mieć porządek. Przyznaję,
że zdarza mi się przyjąć zaproszenie od osoby, którą ledwo kojarzę,
ale wydaje mi się, że to się (zapraszającemu) kompletnie nie opłaca –
i tak umieszczam takich ludzi w grupie restricted. To skutkuje tym,
że widoczne są dla takiego użytkownika jedynie wpisy publiczne.
Zupełnie jakby mnie jedynie subskrybował.
Paweł Lipiec
Redaktor prowadzący
Ecommerce.edu.pl
Bloger WebFan.pl
Wszystkie te sieci mają sens jedynie, kiedy faktycznie przyjaźnimy
się ze znajomymi. Oczywiście, można traktować Facebook jako
listę kontaktów mniej lub bardziej biznesowych, ale większość
ludzi publikuje jednak również (jeśli nie przede wszystkim) statusy
prywatne, dla bliższych i najbliższych znajomych.
Cały ten kłopot można bardzo łatwo rozwiązać. Przecież wysyłając
zaproszenie, wystarczy napisać krótką wiadomość z informacją,
gdzie i przy jakiej okazji się poznaliśmy – to naprawdę dużo ułatwia.
Do zobaczenia na fb.com/lipiec.p ■
e-PROFIT 5
Aktualności
Startup Weekend Trójmiasto po raz drugi
Informacja prasowa
Od 9 do 11 listopada 2012 r. w Pomorskim Parku
Naukowo-Technologicznym w Gdyni ponownie
spotka się 100 pasjonatów internetu, którzy pracując
w kilkuosobowych grupach, poświęcą 54 godziny na
przygotowanie pomysłu oraz fundamentu startupu.
Ideą jest wspólna praca zespołów składających się
ze specjalistów różnych dziedzin: programowania,
marketingu oraz grafiki. Po intensywnych dwóch dniach
pracy, w niedzielę, zespoły zaprezentują swoje projekty
oraz otrzymają wartościowe informacje zwrotne od
jury. Wyłoniony zostanie również najlepszy projekt
trójmiejskiej edycji Startup Weekend.
W drugiej edycji uczestników wesprą mentorzy będący
międzynarodowymi specjalistami i praktykami w dziedzinach IT,
marketingu i komunikacji z Polski, Francji, Danii oraz Indii. Będą
to przedstawiciele m.in.: Grupy Nokaut S.A., Solwit S.A., UXPin,
Whizbrand Group, Playsoft, Wirtualnej Polski S.A. czy Meritum
Bank ICB S.A.
bez konieczności trzymania papierowego dowodu zakupu.
Dzięki wygranej twórcy aplikacji wzięli udział w European Venture
Market oraz HackFwd Berlin vol. 4, które odbyły się w Berlinie.
Ponadto 4 uczestników pierwszej edycji zajęło medalowe miejsca
podczas Startup Weekend w Londynie. Pracując w zespołach
ElimiDate.co oraz ISIT Game, zajęli odpowiednio I i III miejsce.
Pierwsza edycja w naszym odczuciu była bardzo udana.
Wielu uczestnikom dała wiatr w żagle i zmotywowała do dalszego
działania – wyjaśnia Adam Łabędzki z Invemax.com, główny
organizator. – Ponadto nasi uczestnicy świetnie zaprezentowali się
na imprezie w Londynie, co cieszy nas jeszcze mocniej. Postaramy
się, aby w tym roku było podobnie, a nawet lepiej. Tydzień później,
16–18 listopada, odbędzie się Startup Weekend w Poznaniu. ■
W pierwszej edycji Startup Weekend wzięło udział 70 uczestników,
którzy przez 54 godziny rywalizowali w dziewięciu zespołach.
W głosowaniu wyłoniono zwycięzcę, którym został projekt
eWarantee – aplikacja mobilna umożliwiająca użytkownikowi
szybką i wygodną archiwizację dowodu zakupu lub gwarancji
Foto: Personal PR
Co piąty posiadacz konsoli w Polsce
ma konto w Gametrade.pl
Informacja prasowa
Już 150 tys. graczy konsolowych z Polski zarejestrowało
się w portalu Gametrade.pl, który służy do legalnej
sprzedaży i wymiany gier, konsol i innych sprzętów dla
graczy.
W serwisie dotąd wymieniono już ponad 240 tys. gier,
a w kolekcjach graczy znajduje się 1 mln przedmiotów.
Użytkownicy to głównie posiadacze konsol Sony
PlayStation 3 lub Microsoft Xbox 360. Poza handlem
grami na fizycznych nośnikach bardzo szybko rośnie
obrót grami w postaci cyfrowej oraz sprzętem.
miesięcznie. Od niedawna na platformie pojawiły się także sklepy
z grami, które mogą sprzedawać swój asortyment na bardzo
preferencyjnych warunkach.
Bezpieczeństwo transakcji na Gametrade.pl zapewniają
weryfikacja tożsamości i adresów Użytkowników oraz współpraca
serwisu z policją i prokuraturą. W ciągu ostatniego roku
statystyki serwisu wzrosły o 100%, osiągając oglądalność na
poziomie 300 tys. unikalnych użytkowników i 10 mln odsłon
Gametrade.pl powstało pod koniec 2009 r. z inicjatywy studenta
Damiana Legawca. W 2010 r. serwis został wsparty finansowo
przez 2 fundusze inwestycyjne Xevin Investments S.A.R.L. oraz IQ
Partners SA, które zostały udziałowcami nowo powstałej spółki
Gametrade Sp. z o.o. ■
6 e-PROFIT
Ostatni rok to czas bardzo intensywnej pracy nad rozwojem
Gametrade.pl, co przynosi właśnie efekty. W ciągu kolejnych
12 miesięcy czeka nas jeszcze więcej zmian i nowych funkcji
serwisu, które na pewno przypadną do gustu obecnym i nowym
użytkownikom – obiecuje Damian Legawiec, założyciel i prezes
serwisu.
Aktualności
INTERNETBETA 2012 – sukces numer 4
Anita Kijanka
Czwarta edycja konferencji INTERNETBETA 2012
za nami. Jak co roku do Rzeszowa jesienią zjechała
się branża osób skupionych wokół internetu.
400 uczestników, 90 prezentacji w 3 dni mówi samo za
siebie.
W trakcie tegorocznej konferencji przebijało się wiele ciekawych
wystąpień. Ich treść oraz forma prezentacji zapadały w pamięć
uczestników: Andrew Keen straszył nas przed dzieleniem się
swoim życiem w sieci, Irene Pereyra i Anton Repponen z Fantasy
Interactive zarażali pozytywną energią, a Bartek Gola otwarcie
i szczerze omówił temat inwestowania w startupy.
Miejsce spotkań tegorocznej edycji INTERNETBETA 2012
Do tego błyskotliwe wystąpienie Pawła Tkaczyka o powstającej
modzie na bycie ekspertem, klip Michała Sadowskiego
Internety robie, który zdobywa kolejnych fanów Bitsy Boys, oraz
wyjątkowa prezentacja 11-letniego Krystiana Gontarka, który
swoją postawą i umiejętnością prezentacji mógłby konkurować
ze starszymi poprzednikami na scenie. Uzupełnieniem była
druga edycja konkursu Startup Sito.
O jedno miejsce w finałach konkursu walczyły 4 projekty,
to nie mało zważywszy na krótką historię tej inicjatywy.
Poziom prezentacji był zróżnicowany, co tym bardziej
dawało pole do dyskusji osób uczestniczących w konferencji.
W gronie jurorów zasiedli: Rafał Han z HanBright, Wojciech
Przełęcki z IQ Partners, Krzysztof Bełech z Satus Venture, Lidia
Skoczylas z Idea Bank. Nagrodę publiczności zdobył Nearbox,
natomiast nagroda jurorów przypadła Usabilitytools.
Mateusz Tułecki – organizator i pomysłodawca imprezy
Foto: Piotr Kordys / Blue Cherry Studio
Mieszanka specjalizacji, poruszanych tematów oraz wieczorne
integracje sprawiają, że w wydarzeniu tym powinien wziąć udział
każdy, kto rozwija lub opiera swój biznes na internecie. Chyba nie
ma drugiego takiego wydarzenia w kraju, które generowałoby
tyle pozytywnych emocji wśród uczestników – zarówno przed,
w trakcie, jak i po konferencji.
Trudno określić, czy to zasługa Mateusza Tułeckiego – głównego
organizatora i pomysłodawcy całego zamieszania, osób, które
przyjeżdżają i swoją osobowością wnoszą niepowtarzalny
klimat, czy miejsca. Najprawdopodobniej wszystkiego. ■
Wojciech Przyłęcki z IQ Partners podczas obrad jury
Krystian Gontarek – najmłodszy startupowiec w kraju
400 uczestników, 90 prezentacji w 3 dni - maraton wiedzy
Aktualności
Chiny atrakcyjnym miejscem zbytu
polskich produktów i usług
Opracował Marek Dornowski
Rynek chiński to bardzo atrakcyjny w ostatnim
czasie rynek zbytu dla polskich producentów
i usługodawców. Stopniowy wzrost zamożności
mieszkańców państwa środka powoduje, że wzrasta
ich apetyt na produkty o sprawdzonej wiarygodności
i jakości. Tak właśnie kojarzą się producenci
z Europy… w tym z Polski. Ale jak wejść na ten rynek?
Odpowiedź na to i wiele innych pytań znajdą Państwo
podczas konferencji organizowanej przez firmę
Chinese2know.com sp. z o.o.
Już 23 listopada w Centrum Konferencyjnym Zielna
w Warszawie odbędzie się niecodzienne wydarzenie – II edycja
konferencji „Odkryj Chiny – biznes z Chinami od A do Z”. To
jedyne forum wymiany doświadczeń dotyczące współpracy
handlowej Polska – Chiny. Nasi eksperci-praktycy zaprezentują
główne problemy, z którymi borykają się firmy wchodzące na
ten rynek.
Konferencja dedykowana jest do sektora małych i średnich
przedsiębiorstw i w swej formule zakłada otwarte dyskusje
prelegentów z uczestnikami, porady i wiele praktycznych
wskazówek, analizę konkretnych przypadków, dostępność
praktycznych materiałów. Wśród zaplanowanych w tej edycji
tematów znajdą się m.in.: wykład prof. dr. hab. Krzysztofa
Gawlikowskiego na temat podstawowych różnic w kodzie
kulturowym i etykiety kontaktów biznesowych, wykład Leszka
Ślazyka (Chiny24.com), który omówi dwie dekady importu
z Chin, wykład Dominika Błędzkiego z Polsko-Chińskiej
Izby Gospodarczej, który opowie o tym, jak sprawdzić
i wyszukać wiarygodnego partnera biznesowego w Chinach.
Teresa Berent omówi kwestie dotyczące dokumentów
inicjujących współpracę z chińskim partnerem – zapisy i metody
egzekwowania ich realizacji. Międzynarodowa Kancelaria
Prawna podpowie, na co należy zwrócić szczególną uwagę przy
zawieraniu kontraktów i jak wynegocjować najlepsze warunki
współpracy.
Dodatkowo firma Chinese2know.com sp. z o.o. zaprasza
wszystkich przedsiębiorców, przedstawicieli administracji
publicznej na dedykowane, tematyczne warsztaty i e-szkolenia
z zakresu współpracy Polska – Chiny.
Szczegółowe informacje dotyczące terminów oraz tematyki
znajdą Państwo na stronie:
https://www.chinese2know.com/223/II_Edycja_Odkryj_Chiny.
■
Startup Weekend w Poznaniu po raz drugi
Opracował Marek Dornowski
Ciekawe nagrody i szansa na udział w Global Startup
Battle – by to zdobyć, trzeba się będzie mocno
napracować. W tym roku organizatorzy poznańskiego
Startup Weekendu planują szereg imprez towarzyszących
– od pokazów filmowych po warsztaty tematyczne dla
programistów.
Atrakcji nie zabraknie. Odbywający się od 16 do
18 listopada Poznań Startup Weekend jest swego
rodzaju zwieńczeniem Międzynarodowego Tygodnia
Przedsiębiorczości.
Imprezy towarzyszące rozpoczną się już 15 listopada pokazem
filmu The Startup Kids. Dokument pokazuje historię młodych ludzi
pracujących nad realizacją swoich marzeń o własnym biznesie.
Następnie odbędą się GDG Poznań BootCamp oraz DateCamp
8 e-PROFIT
o – dwa wydarzenia przygotowane specjalnie dla programistów.
W piątek, 16 listopada o 18.30, drzwi School o Form, w której
w tym roku odbywa się Startup Weekend, otworzą się dla młodych
przedsiębiorców.
Wśród mentorów znajdą się między innymi Colette Ballou,
Kristopher Asimgil i Marcin Zabielski. Wśród sędziów sami
inwestorzy otwarci na pytania tych, którzy już myślą lub dopiero
będą myśleć o pozyskaniu finansowania dla swoich projektów.
Zwycięskie zespoły zostaną automatycznie zakwalifikowane do
udziału w Global Startup Battle, podczas którego będą mogli
jeszcze bardziej dopracować swój pomysł i zmierzyć się z zespołami
z innych krajów. ■
Z naszej perspektywy
Internety robię
Marek Dornowski
Gdy Antyweb nasz projekt poleca, niejednej sikorce zadrze się kieca – to fragment piosenki Bitsy Boys, która
ostatnimi czasy rozbawiła całe środowisko startupowe w Polsce. Miało być wyraziście i wesoło, i to z pewnością
udało się osiągnąć. Nie pozostaje nic innego, jak pogratulować autorom pomysłu. Powstaje jednak pytanie:
ile prawdy o naszym rodzimym rynku kryje się w tym „startupowym przeboju roku” i co z tego wynika?
Trudno było o lepszy moment na debiut klipu do piosenki
Internety robię. Końcówka września, powoli dominująca
jesienna pogoda, a tu nagle… klik i nie sposób się nie
uśmiechnąć. Ponad 60 tys. wyświetleń w ciągu pierwszych
24 godzin tylko to potwierdza. Dlaczego ten klip wywołuje
uśmiech na naszej twarzy? Bo widać, jaki dystans do siebie
mają „chłopaki” z Bitsy Boys? To też. Ale uśmiechamy się,
bo w zabawny sposób, w trochę może krzywym zwierciadle,
słyszymy to, z czym stykamy się na co dzień. Ludzi, którzy
wierzą, że ich pomysły warte są miliony, zanim jeszcze je
wypowiedzą, projektodawców ślęczących nocami bez końca
i dopieszczających swoje rewolucyjne projekty, które
rzadko kiedy ujrzą światło dzienne i tych, którzy właśnie na
kanapie „robią startupy”, a na rozmowie z inwestorem mają
problem, od którego pomysłu zacząć.
Nam uśmiech na twarzy pojawia się jeszcze z jednego
powodu. W tekście, który (możemy się tylko domyślać)
zapewne rodził się w bólach wywołanych zbyt dużą dawką
śmiechu, słyszymy słowa dobrze nam znane ze współpracy
z naszymi pomysłodawcami. Nie chodzi nam tu wcale
o lwią walkę, o wpisy Kurasa (pozdrawiamy Artur), choć te
na pewno nie zaszkodzą, ale o pewne uniwersalne prawdy,
o których wielu początkujących startupowców po prostu
zapomina. Przykłady? Bardzo proszę:
Przemyśl model biznesowy – życie z reklamy?
Nie ma mowy – nic dodać nic ująć,
Warto trzymać z blogerami sztamę – word of mouth
marketing zawsze w cenie,
Siedź, monitoruj, poznaj klientów, nigdy nie ignoruj –
czyli rapowa wersja startupowego ABC.
Podsumowując, dzięki „chłopakom” z Bitsy Boys przez
parę chwil popatrzyliśmy na otaczającą nas rzeczywistość
z lekkim przymrużeniem oka. Widać, że całą robotę wykonali
ludzie, dla których słowo startup znane jest z praktyki.
A jeśli słuchacze zapamiętają z niej coś więcej niż melodię
wpadającą w ucho i wyszukaną garderobę, to trzeba
powiedzieć, że chłopakom należy się wielki szacun za wkład
w rozwój polskiej edukacji startupowej. ■
Foto: www.youtube.com/user/officialbitsyboys
www.youtube.com/user/officialbitsyboys
e-PROFIT 9
Z naszej perspektywy
Przedsiębiorcą być –
czyli krok po kroku na drodze do własnego startupu cz. 2
Marek Dornowski, InQbe
Miesiąc temu pisaliśmy o tym, co należy zrobić, zanim zdecydujemy się na kontakt z danym
inwestorem. Dziś chcielibyśmy skupić się na przygotowaniu do pierwszej rozmowy z potencjalnym
partnerem finansowym naszego przedsięwzięcia. – To niezwykle ważny element.
Od czego zacząć?
Na początek dobrze jest uzmysłowić sobie, w którym momencie
się znajdujemy. W InQbe nie każdego zapraszamy na rozmowy
(sporej części projektodawców dziękujemy już po zapoznaniu się
z briefem ich projektów), ale nie oznacza to, że każda zaproszona
osoba reprezentuje już poziom kwalifikujący do podjęcia
decyzji inwestycyjnej. Skoro jednak dostajesz zaproszenie
na taką rozmowę, oznacza to, że Twój projekt nie wylądował
w jednej szufladzie z pomysłami typu: „jak w cudowny sposób za
100 tys. zł zmienić oblicze światowego internetu” – a to już coś.
Wróćmy jednak do przygotowania do samej rozmowy. Skoro
ogólny zarys projektu został przedstawiony, to o czym tu jeszcze
rozmawiać? Może o wysokości pensji dla prezesa albo wysokości
udziałów? Otóż nie. Kolejny etap to próba oceny możliwości
monetyzacji danego pomysłu. W e-biznesie, jak mało gdzie, jest
wiele możliwości tworzenia ciekawych, świetnych i potrzebnych
rozwiązań, które jednak posiadają jedną wspólną wadę – nikt nie
chce za nie płacić. Zatem pierwsze pytanie to po prostu: show
me the money, czyli kto i dlaczego miałby wydawać swoje ciężko
zarobione pieniądze na nasz produkt czy usługę?
Załóżmy sytuację idealną – czyli taką gdzie grupa docelowa
jasno dowie się o naszym produkcie/usłudze i to dowie się
w sposób, który by nam odpowiadał. Czy w takiej idealnej sytuacji
nasz model biznesowy ma szansę odnieść sukces? Jeśli tutaj
pojawiają się wątpliwości to znak, że powinno zapalić się nam
pomarańczowe światełko. Niestety, nie działa to w drugą stronę,
tzn. pozytywna odpowiedź na to pytanie nie daje gwarancji
zapalenia zielonego światełka.
Teraz trzeba powoli schodzić z warunków idealnych na bardziej
realne. Z dużą dozą prawdopodobieństwa, należy przyjąć, że
nie dotrzemy do 100% interesującej nas grupy odbiorców, że
komunikat o naszym istnieniu nie każdego rzuci na kolana, że
założona optymistycznie cena jednostkowa może okazać się zbyt
wysoka, że łatwość i szybkość wejścia na ten rynek konkurencji
jest większa niż przypuszczaliśmy i tak dalej…
A zatem podsumowując, przede wszystkim model biznesowy.
Nie szczegóły procedur obsługi klienta, ale przekonanie, że
za naszą usługę dostaniemy na rynku pieniądze. Nie uznanie,
pochwały ekspertów, poklepywania po ramieniu, nagrody na
konkursach, tylko konkretne pieniądze wydane przez klienta ze
zdefiniowanej przez nas grupy docelowej.
10 e-PROFIT
W praktyce InQbe najczęściej jest tak, że pomysłodawca
przychodzi do nas z pomysłem „A”, natomiast w fazie inwestycji
jest to już pomysł „Ą”. Nikt nie wymaga, aby na tym etapie
mieć już opracowane wszystko w najdrobniejszym szczególe.
Wręcz przeciwnie, otwartość na zmiany i sugestie jest jak
najbardziej pożądana. Ważne natomiast jest, by wyraźnie pokazać
wartość dodaną wytwarzaną przez nasz startup. Przekonać,
że warta jest ona tego, by za nią płacić. W tym miejscu możemy
już właściwie powiedzieć, że najbardziej newralgiczny moment
jest za nami. Jeśli mamy zdefiniowany projekt lub usługę
z potencjałem sprzedażowym to znak, że nad tym tematem
warto posiedzieć dłużej.
Przed nami jeszcze sporo pracy i możliwych zakrętów. Pojawią
się nie mniej istotne pytania: Kto będzie to realizował? Kto ma
być liderem zespołu? Czy założone koszty są dobrze oszacowane?
Czy nie staniemy w połowie drogi bez paliwa, nie wiedząc,
co zrobić dalej? Jaką strategię marketingową zastosować?
Na ile możemy dany produkt lub usługę rozszerzyć? – Tych uwag
i wątpliwości będzie sporo. Nie ma co liczyć, że po pierwszym
spotkaniu uda się znaleźć odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas
pytania. Pewnie nawet nie warto tego robić.
Na tym pierwszym spotkaniu powinieneś mieć jeden cel: pokazać
swój biznes w taki sposób, żeby inwestor dostrzegł w nim pieniądz.
Nie, nie ten kosztowy, który musi włożyć, żeby się wszystko udało,
ale ten, który będzie mógł wyjąć w momencie, gdy firma wejdzie
na rynek. Jeśli więc rozmowę w obszarze show me the money
zakończycie po 5 minutach, może to oznaczać, że albo trafiliście
złoty strzał i oczywistość wejścia finansowego jest tak jasna,
że szkoda tracić czas na mówienie o niej, albo (co niestety
zdarza się częściej) twój rozmówca szuka po prostu delikatnego
sposobu, by nie powiedzieć Ci wprost, że podjął błędną decyzję,
zapraszając cię na spotkanie.
Inwestor będzie w stanie wybaczyć wiele. Źle dobrany krawat, lub
jego brak, prezentację bez większych efektów wizerunkowych,
roztrzepanie czy brak detali. Nie wybaczy natomiast tego, gdy
w danym pomyśle nie dostrzeże realnej szansy zarobienia
pieniędzy. Na pierwszym spotkaniu musisz po prostu je pokazać.
Tylko wtedy usłyszysz pytanie: kiedy moglibyśmy spotkać się,
by bliżej omówić szczegóły? ■
Foto:sxc.hu / Montaż: IMOGEN
Rynkowe trendy
Złapani
w sieć
zakupów
Małgorzata Wołoszyk
Jak wynika z raportu o rynku e-commerce, przygotowanego
przez Gemius, obecnie z zakupów w sieci skorzystało już 70%
użytkowników internetu w Polsce. Ale nie ma się co oszukiwać,
kiedy w 1997 r. otwarto pierwszy supermarket internetowy
w naszym kraju i pojawiła się możliwość robienia zakupów
przez internet, byliśmy jak dzieci we mgle. Jak każda nowość,
zakupy w sieci budziły wiele obaw. Baliśmy się nieuczciwych
sprzedawców, nie chcieliśmy też zaufać poczcie i kurierom
(czemu trudno się zresztą dziwić). Jesteśmy też – zwłaszcza
panie – przyzwyczajeni do tego, żeby przed decyzją o zakupie,
najpierw czegoś dotknąć, zobaczyć, przymierzyć… Ale od tego
czasu wiele się zmieniło. Wraz ze wzrostem tempa życia, częstych
zmian pracy, a nierzadko i zmiany miejsca zamieszkania, zakupy
online stały się bardziej popularne. Ze sklepu internetowego
możemy skorzystać zawsze i wszędzie.
Jak podaje raport „Internet 2K11” z 2011 r., przygotowany
przez Internet Standard, dzisiaj dostrzegamy coraz więcej
zalet kupowania w sieci, a najważniejsze z nich to oszczędność
pieniędzy (którą wskazuje 38% osób robiących zakupy przez
internet), oszczędność czasu (15%) oraz możliwość kupienia
produktów najwyższej jakości (17%). Zainteresowanie zakupami
w sieci wzrasta, co powoduje także wzrost konkurencji –
specjaliści prześcigają się we wprowadzaniu nowych narzędzi
i technologii, mających na celu nie tylko ułatwienie, lecz także
uprzyjemnienie tej formy zakupów.
W 2011 r. w Polsce powstało 1,5 tys. nowych sklepów
internetowych, a na naszym rynku istnieje łącznie 11 tys.
e-sklepów. Nie jest łatwo wybić się spośród tak licznej
konkurencji i wśród takich gigantów jak Allegro czy Groupon.
W najnowszym zestawieniu przychodów firm internetowych,
stworzonym przez Internet Standard, na pierwszych 25 miejsc,
aż 12 przypadło firmom z branży e-commerce. Wśród nich,
obok wspomnianych wcześniej Allegro i Groupona, znalazły
się między innymi Oponeo (motoryzacja), Merlin (książki,
muzyka i gry), czy eSKY (turystyka). Pole do popisu dla sklepów
internetowych jest więc ogromne, a klienci coraz bardziej
wymagający. I warto to dobrze wykorzystać.
Jak kupujemy?
Od lat w raportach Gemiusa pojawiają się wnioski, że to, w jaki
sposób robimy zakupy w internecie uwarunkowane jest między
innymi przez płeć, styl życia, miejsce zamieszkania. Dla mężczyzn
bardzo istotna jest jakość produktów oraz oszczędność czasu,
którą zapewniają im zakup w sieci. Kobiety również lubią
oszczędzać – ale pieniądze. Zwracają też uwagę na przyjemność
płynącą z dokonywania zakupów. Ponad 50% internautów
deklaruje, że przed podjęciem decyzji korzysta z porównywarek
cen bądź przegląda serwisy z opiniami innych użytkowników.
Ostatnio pojawił się nowy trend – porównywanie cen
w sklepach internetowych z cenami w sklepach tradycyjnych
i wybieranie korzystniejszej opcji (jaką z reguły jest zakup
w sieci) – tak oszczędzają mężczyźni i osoby z małych i średnich
miejscowości. Jeszcze kilka lat temu z zakupów internetowych
korzystali głównie młodzi mężczyźni z dużych miast. Zapewne
był to jeden z powodów, dla których wśród firm e-commerce
tak silnie wybiła się branża motoryzacyjna. Ale – jak widać –
to się powoli zmienia. Badania wykazują, że coraz mniej obaw
budzą w nas nowości. Coraz chętniej wykorzystujemy systemy
płatności internetowej takie jak DotPay, PayU i PayPal, coraz
częściej robimy również zakupy, używając urządzeń mobilnych.
Trendy
Sklepy internetowe bazują na tym globalnym trendzie, którym
jest stałe podłączenie do sieci. Żyjemy w czasach, w których
tygodniami nie trzeba wchodzić z domu. Możemy przecież
w sieci zrobić zakupy spożywcze, zapłacić rachunki, zamówić
osobę do sprzątania, kupić e-booka. Trend bycia online narasta ze
względu na coraz większą popularność smartfonów i mobilnego
e-PROFIT 11
Rynkowe trendy
internetu. Rośnie generacja „digital natives” – pokolenie, które
od dziecka przyzwyczajone jest do internetu. Przedstawiciele
tej generacji są zdziwieni, kiedy spotykają się ze sprawą, której
nie można załatwić przez internet. Dla nich nie istnieje offline
– sieć i prawdziwe życie są ze sobą tożsame. Dla takich osób,
które w raporcie Teczka Trendów 2012, zrealizowanym przez
4P research mix, nazywane są „scyfrowanymi” tworzone są
wirtualne samoobsługowe kioski (dostępne np. w Maybelline),
usługi geolokalizacyjne, czy wykorzystanie rozszerzonej
rzeczywistości (augmented reality).
Geolokalizacja to już nie tylko GPS – coraz częściej zaczyna być
wykorzystywana na przykład przez portale społecznościowe.
Ich użytkownicy bardzo chętnie oznaczają miejsca, w których
byli (np. Facebook Places). Wirtualne kioski wykorzystywane są
efektywnie w celu odświeżenia marki i dotarcia do młodszych
konsumentów, którzy nie boją się po prostu kliknąć w koszyk
i tym sposobem kupić wybrany produkt.
Użytecznym i jednocześnie wywołującym uśmiech na twarzach
wielu pań przykładem wykorzystania AR (rozszerzonej
rzeczywistości) są internetowe przymierzalnie. Aby sprawdzić,
czy ubranie nam pasuje, wystarczy tylko dostęp do sieci,
kamerka internetowa i link do przymierzalni. Takie rozwiązanie
jako pierwsza w Polsce wykorzystała nieistniejąca już
porównywarka Tanio.pl oraz sklep La Mania. Na zachodzie
można już przymierzyć okulary na stronie Ray-Ban czy ubrania
na eBayu.
Targetowanie
Innym nowym trendem w e-commerce jest trend specjalizacji
i personalizacji. W Polsce personalizacja dopiero raczkuje, ale
już powstają pierwsze platformy skierowane do określonych
grup zawodowych, czy też dotyczące wybranych miejsc. I tak na
przykład w Łodzi ruszył niedawno system internetowych zniżek
do sklepów i pubów położonych przy jednej z wizytówek miasta
– ulicy Piotrkowskiej. System wyróżnia się spośród innych
tym, że po rejestracji na stronie Nasza.piotrkowska.pl każdy
może bezpłatnie wydrukować kupon rabatowy, a płatności
za wybraną usługę lub produkt będzie dokonywał w sklepie
lub lokalu. Podobną stronę prowadzi Uniwersytet Łódzki,
oferując swoim pracownikom i studentom np. zniżki na imprezy
kulturalne.
Grupowanie
Milowym krokiem dla zakupów internetowych była inwazja
zakupów grupowych. Szacuje się, że w 2011 r. rynek zakupów
grupowych wart był około 600 mln zł. Jeszcze w 2008 r.
w sklepach internetowych kobiety zwykle kupowały książki,
płyty i filmy (74%), natomiast na aukcjach internetowych odzież
i biżuterię (60%).
Dziś klienci robiący zakupy na portalach grupowych (a są to
w dużej mierze panie) najczęściej wybierają bony do restauracji
i na zabiegi kosmetyczne oraz oferty wycieczek krajowych
i zagranicznych. Fenomen tkwi jak zwykle w liczbach. Rabaty
sięgające nawet 90% potrafią skusić prawie każdego.
– Najczęściej kupuję zniżki do restauracji albo na zabiegi
kosmetyczne. Zazwyczaj jestem zadowolona. Czasami kupię
jakiś zabieg i nie wykorzystam kuponu albo okazuje się, że
usługa jest mało profesjonalna. Ale i tak mam wrażenie, że nie
straciłam – mówi Marysia, która średnio raz w miesiącu korzysta
z usług Groupona albo Grupera. Ale rynek zakupów ciągle
szuka czegoś nowego – czy w związku z tym moda na zakupy
12 e-PROFIT
grupowe minie? Być może pierwszy zachwyt tak – niejeden
klient nie był zadowolony z jakości usługi, niejedna firma uważa,
że na rabatach więcej straciła niż zyskała. Ale dzięki zakupom
grupowym konsumenci zauważyli, jak atrakcyjną opcją
może być poznawanie ofert i podejmowanie decyzji w sieci,
a odbiór zakupów poza nią. Takie rozwiązanie jest wygodne
dla tej grupy, która nadal nie ma pełnego zaufania do zakupów
w sieci. Dostrzegli to także między innymi twórcy nowej
platformy zakupowej – VIPMedica Club.
Selekcja, jakość i prestiż
Stworzyli oni innowacyjną platformę zakupową skierowaną do
lekarzy i dentystów, która nie tylko stawia na personalizację,
lecze także wprowadza niestandardowe narzędzia sprzedaży
– zarówno dla klientów, jak i dla tych, którzy swoje produkty
oferują.
Lekarze mogą kupić produkt bezpośrednio na platformie,
ale także korzystać z członkowskiej karty rabatowej, która
zapewnia rabaty u partnerów VIPMedica również poza siecią.
Ten zabieg w nietypowy sposób łączy rzeczywisty i wirtualny
świat zakupów. Kolejnym przykładem takiego połączenia jest
możliwość zakupienia voucherów i bonów. Vouchery można
wykorzystać na konkretny produkt czy usługę, bony natomiast
mają określoną wartość i pozwalają w sklepie wybrać dowolny
produkt, za który można zapłacić za pomocą bonu.
– Lekarze są bardzo zapracowaną grupą zawodową i często
brakuje im czasu na zakupy. Dlatego wychodzimy naprzeciw ich
potrzebom – starannie selekcjonujemy oferty, współpracujemy
tylko z wybranymi partnerami, którzy gwarantują odpowiednią
jakość usług. Również możliwość wyboru formy zakupowej,
pozwala zaoszczędzić naszym klubowiczom to, co dla nich
najcenniejsze – ich czas – mówi Henryk Rezler, Project Manager
VIPMedica Club.
Partnerzy oferujący na platformie swoje produkty mają
możliwość skorzystania z różnych narzędzi marketingowo-promocyjnych. Oprócz narzędzi takich jak banery, mailing
czy newsletter, serwis proponuje również narzędzia
mniej standardowe. Jednym z nich jest cross marketing –
czyli połączenie produktów lub usług różnych firm
w jedną atrakcyjną ofertę. Każda branża ma swoje
produkty komplementarne – np. producent samochodów
z producentem opon, czy biuro turystyczne z ubezpieczycielem
wycieczek. Dlatego w każdej ze stref doskonale sprawdzą się
cross promocje. Tego typu działanie pozwala dotrzeć do nowych
klientów i odświeża wizerunek marki.
Jak będziemy kupować?
Obserwujemy nowe trendy i nowe narzędzia oraz, a może
przede wszystkim, coraz większe zainteresowanie Polaków
zakupami w sieci.
Pojawiają się odpowiedzi na zadawane kilka lat temu z zapartym
tchem pytanie: Czy kiedyś znikną warzywniaki i centra handlowe,
a jedyną świątynią konsumpcji będzie ta wirtualna? Pewnie nie,
bo zbyt wielka jest nasza potrzeba „wyjścia do ludzi”.
Istnieje jednak całkiem realna szansa na to, że zakupy w sieci
staną się dla nas tak samo naturalne jak zakupy tradycyjne.
Biorąc pod uwagę, że z zakupów internetowych skorzystało
już prawie ¾ użytkowników internetu w Polsce, można
przypuszczać, że dzięki nowym narzędziom i rozwiązaniom już
wkrótce z tej możliwości skorzystają również ci, którzy do tej
pory stronili od zakupów online. ■
Rynkowe trendy
Zrozumieć e–klienta
Foto: Archiwum własne Tomasza Karwatki
Rozmawia
Katarzyna Gocłowska-Nowak
Na dynamicznych rynkach wygrywają Ci, którzy lepiej potrafią wczuć
się w rolę swojego klienta – mówi Tomasz Karwatka, prezes zarządu
Divante.
2 października wygłosił prelekcję na temat „Badań zachowań internautów” podczas
Konferencji we Wrocławiu z cyklu „Akademia e-biznesu” zorganizowanej przez
Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Poznanie i zrozumienie konsumenta to
główny cel tych badań. Dlatego są one tak istotne przy planowaniu nowego e-biznesu
i chęci wdrożenia zmian w już istniejącym. Można je śmiało nazwać skarbnicą wiedzy
dla e-commerce. Ale, by czerpać z niej zysk, musimy ją najpierw dobrze poznać
i nauczyć się właściwie wykorzystywać.
e-PROFIT 13
Rynkowe trendy
Polski Rynek e-commerce jest najbardziej rozwijającym
się rynkiem w Europie. W najnowszym badaniach
wzrost wartości e-handlu jest na tyle dynamiczny,
iż odnotowuje ponad trzydziestoprocentowy wzrost –
a wszystko dopiero przed nami. Pan się z tym zgadza?
Polska jest jednym z naszybciej rosnących rynków
e-commerce w Europie. To nie przypadek, że w ostatnim
czasie pojawili się u nas uznani globalni gracze, tacy jak:
Zalando (wirtualny butik będący kopią popularnego
w Stanach Zjednoczonych internetowego sklepu Zappos,
stworzony przez niemieckich przedsiębiorców braci
Samwer), DaWanda (powstały w 2006 portal/marketplace
z ręcznie robionymi przedmiotami) czy zapowiadany od
dawna Amazon (największy sklep internetowy na świecie,
stworzony przez Jeffa Bezosa).
To duża szansa dla rynku, ponieważ firmy te będą
edukować konsumentów, ale i zagrożenie dla rodzimych
przedsiębiorstw. Zatem jest to ostatni dobry moment,
by budować i umacniać pozycję w e-commerce.
Ale żeby ją zbudować trzeba liczyć się przede
wszystkim z konsumentami: ich gustami, wymogami
i oczekiwaniami, które w nowych czasach – technologizacji
i informatyzacji – ulegają nieustannym zmianom.
To dlatego badania internautów są tak popularne?
Głównym czynikiem ryzyka na rynku konsumenckim są
właśnie zmieniające się gusta. Nawet największe firmy
z dużymi budżetami badawczymy, nie są w stanie ich
przewidzieć. Oczekiwania konsumentów i dostawców
dóbr nie powinny się rozmijać. O to właśnie wszyscy
walczą za pomocą badań. Należy pamiętać o zasadzie,
że na dynamicznych rynkach wygrywają Ci, którzy lepiej
potrafią wczuć się w rolę swojego klienta.
Jakie konkretnie informacje możemy uzyskać z badań
i które wyniki należy brać pod uwagę przy starcie nowego
e-przedsiębiorstwa?
Przy starcie każdej nowej usługi wczucie się w rolę klienta
jest kluczowe. Tutaj z pomocą przychodzą badania
jakościowe. Są wykonywane na małych próbach, ale
skupiają się na dogłębym zrozumieniu tego, jak konsument
myśli, jakie ma potrzeby i jak odbiera naszą ofertę.
W branży interaktywnej najpopularniejszymi badaniami
jakościowymi są wywiady indywidualne oraz testy
z użytkownikami. Te drugie, pozwalają zobaczyć, jak realni
użytkownicy pracują z prototypem naszej usługi. Dzięki
temu dowiadujemy się, czy jest ona dla nich zrozumiała,
intuicyjna. A to jest już pierwszy krok do tego, by zechcieli
14 e-PROFIT
ją kupić. Gdy nasz projekt już działa i konsumenci go
akceptują, coraz większe znaczenie będą dla nas miały
badania ilościowe. Pozwolą one określić procentowo
np. ile osób może być zainteresowana rozszerzoną wersją
produku. Badania ilościowe można wykonywać za pomocą
interaktywych ankiet.
Jako odrębną grupę narzędzi badawczych potraktowałbym
analizę statystyk serwisu. To potężne narzędzie, które
może wiele powiedzieć o tym, jak ulepszyć naszą e-usługę.
Które z metod/narzędzi stosowane są najczęściej
w badaniach internautów?
Do głównch narzędzi badawczych zaliczamy na pewno
wywiady indywidualne, które są oparte na bezpośrednich
rozmowach z konsumentami. Drugie to testy przeprowadzane
z udziałem użytkowników (badanie prototypu lub systemu),
badania ankietowe jako tradycyjne ankiety lub pytania
podawane kontekstowo.
Modny jest eyetracking, czyli badania skupienia wzroku na
poszczególnych elementach systemu. Kolejne narzędzia
to analiza statystyk połączona zazwyczaj z pomiarem
wskaźników biznesowych oraz testy i eksperymenty, które
mierzą pomiar wpływu zmian poszczególnych elementów
serwisu na wskaźniki.
Czy istnieje trend, kierunek, w którym zmierzają badania?
Od kilku lat pojawia się coraz więcej oprogramowania
wspierającego badania. Są aplikace śledzące kliknięcia
użytkownika, proszące o sugestie w trakcie pobytu na
stronie. Popularność zdobywa realizowanie testów A/B.
W tym rodzaju badań część użytkowników widzi dany
element strony w wersji A, a cześć w wersji B.
Na koniec pomiaru mamy wynik jasno prezentujący, która
wersja lepiej wspiera nasze cele. Testy A/B są bardzo
pragmatyczną metodą. Nie dowiemy się, dlaczego coś
działa gorzej, ale dowiemy się, co działa lepiej. Dlatego
testy A/B są polecane przy optymalizacji systemów, które
działają już całkiem nieźle.
A w jaki sposób mierzyć ich realną skuteczność
i przełożenie dla naszego e-biznesu?
Badania to początek procesu. Bazując na wstępnych
wynikach, zmieniamy coś w ofercie, serwisie. Nie
zawsze mamy jednak pewność co do słuszności tych
zmian, dlatego możemy mierzyć ich efekty dodatkowo,
na poziomie testów A/B. Oczywiście, punktem
wyjścia
do
jakiejkolwiek
oceny
skuteczności,
Rynkowe trendy
jest ustalenie wskaźników istotnych dla naszego biznesu.
Bardzo często jest to konwersja, która opisuje procentowy
stosunek wizyt zakończonych pożądaną akcją (np. zakup,
rejestracja) do wszystkich wizyt w serwisie.
Aktualnie odnotowuje się największą aktywność
internautów na portalach społecznościowych. Jak Pan
myśli, czy to dobry kierunek dla e-commerce?
Trend społecznościowego e-commerce na pewno się
jeszcze rozwinie. Obecnie można nazwać ten obszar jako
„dziki zachód”. Dlaczego? Każdy coś robi, ale nie każdy
z sensem. Powoli pokazują się pierwsze pozytywne efekty,
ale rynek jest niestabilny i nie wiadomo do końca, kto
dostarczy narzędzi dla social commerce.
Są firmy, które tylko w tym się specjalizują, ale także
spotyka się, że sami twórcy platform oferują podobne
rozwiązania. Tylko niektórzy moi klienci korzystają już
z social commerce. Jeden z nich – branża odzieżowa –
dzięki przekierowaniu ruchu z Facebooka sprzedaje blisko
30% swojego miesięcznego obrotu.
Zmierzamy zatem do głównego celu każdego biznesu –
zysku. Ale oprócz niego, jakie jeszcze cele powinien
postawić przed sobą rozpoczynający przygodę
z wirtualem przedsiębiorca, a jak może dostosowywać
się do zmiennych zachowań i upodobań klienta ten już
funkcjonujący?
Nowe biznesy oferujące innowacje powinny dążyć do jak
najszybszej weryfikacji zainteresowania konsumentów.
Pewną metodą jest stworzenie prostej strony, opisującej
usługę. Następnie skierowanie tam ruchu (np. wykupując
reklamy w wyszukiwarce) i sprawdzenie zainteresowania
usługą. Co ciekawe, sama usługa nie musi jeszcze istnieć.
Dopiero, gdy zobaczymy, że zainteresowanie jest duże –
możemy ruszyć z wdrożeniem. Tak zrobili między innymi
autorzy znanej aplikacji DopBox.
Natomiast w istniejących biznesach, szczególnie
ważne jest dobre zrozumienie motywów zakupowych.
Czy wiesz, dlaczego twoi klienci są twoimi klientami?
Co zadecydowało o tym, że zakupili usługę? To samo
w drugą stronę – Dlaczego konsumenci nie zostają
twoimi klientami? To pozwoli na optymalizację wydatków
marektingowych.
Ważne jest również komunikowanie tego, co jest istotne.
Tutaj, jako praktyczne ćwiczenie, sugeruję zainstalować
w witrynie opcję chat online. Można na bieżąco śledzić
problemy, z którymi będą się zwracać klienci. Dzięki temu
w Divante zaoferowaliśmy klientom tworzenie opisów
produktów, ponieważ często pytali o elementy pomijane
w standardowych technicznych danych. Rozbudowanie
ich o to, co interesowało użytkowników, poskutkowało np.
w wypadku Praktiker.pl trzykrotnym wzrostem zakupów
w opisanych grupach produktowych.
A co z pułapkami, na które możemy się natknąć
w przeprowadzanych badaniach?
Pierwsza – podstawowa to awersja do badań. Niektórzy
nie robią badań, bo wolą zwyczajnie uderzać głową
w mur zamiast przejść się wzdłuż tego muru i znaleźć
drzwi. Drugą jest zbyt duże przwiązanie do badań.
Są i tacy, którzy tłumaczą swój strach przed uruchomieniem
projektu, koniecznością zrealizowania kolejnych badań.
Idealna droga to szybkie iteracje badanie–działanie–
badanie. Wówczas mierzymy efekty naszych prac. Oprócz
optymalizacji biznesowej, zdobywamy cenną i unikalną
wiedzę.
Czy mógłby Pan podać przykłady pozytywnych zmian
w kształtowaniu biznesu w sieci na podstawie wyników
badań internautów?
• Dzięki badaniu użyteczności oraz eyetrackingowi
zwiększyliśmy konwersję w serwisie jednego ze
znanych operatorów turystycznych o 150%.
• Dzięki badaniom w procesie projektowania
uzyskaliśmy
konwersję
2,21%
w
sklepie
internetowym jednego z naszych klientów. Znacznie
powyżej branżowej średniej.
• Dzięki badaniom zwiększyliśmy konwersję w sklepie
klienta z branży sportowej o 54%.
Takie przykłady można by mnożyć. Zastosowanie badań
w procesie projektowania zawsze przynosi pozytywne
efekty. Oczywiście ocena tych efektów względem
poniesionych kosztów, leży w gestii przedsiębiorcy.
Niemniej, większość znanych mi procesów optymalizacji
przynosi bardzo szybki zwrot z inwestycji. Trzeba pamiętać,
że poprawiony produkt (np. lepiej konwertujący) będzie
pracował na nas wiele lat.
Można zatem wysnuć wniosek, że optymalizacja działań
w e-biznesie to przede wszystkim znajomość zachowań
internautów zgodnych z biznesowymi oczekiwaniami
klienta.
To trafny wniosek. ■
e-PROFIT 15
Rynkowe trendy
Samo SEO nie wystarczy
Reklama w wyszukiwarkach jest dla większości biznesów, produktów i usług
najskuteczniejszą i najbardziej efektywną kosztowo formą promocji w internecie.
Dla większości nie oznacza dla wszystkich. W Google niekoniecznie znajdziemy reklamę
proszku do prania, płynu do mycia naczyń, pasty do zębów albo innych produktów,
które masowo wdzierają się do naszych głów poprzez tradycyjną reklamę.
Maciej Miszczuk, dyrektor zarządzający THEY.PL
Wyszukiwarka to miejsce, gdzie SZUKAMY – wiemy lub nie wiemy
dokładnie czego. To miejsce, gdzie budujemy bazę swoich gustów,
gdzie rozstrzygamy, czy produkt, którego pragniemy, jest atrakcyjny
i jak wygląda w zestawieniu z konkurencją. W ten sposób poszerza
się nasza perspektywa postrzegania produktów. To, w jaki sposób
zostanie poszerzona, zależy od wyników wyszukiwania Google’a.
Według badań Megapanel/PBI Gemius w lipcu 2012 r.
z wyszukiwarki Google.pl skorzystało 16,7 mln internautów – czyli
przytłaczająca większość polskich użytkowników internetu. Każdy
z nich jest potencjalnym klientem dla niemal 2 mln aktywnych
rodzimych firm. Wyszukiwarka Google to pierwsze miejsce
w sieci, o którym myślą reklamodawcy, decydując o internetowych
działaniach promocyjnych.
Jak użytkownik wyszukuje?
Ważne jest nie tylko samo kliknięcie i przejście na stronę,
lecz także bycie widzianym w wielu miejscach
w wyszukiwarce jednocześnie.
Internauci nastawieni są na jak najszybsze i jak najsprawniejsze
wyławianie konkretnych informacji z zalewającego ich morza
komunikatów, w czym pomaga im wyszukiwarka. Celem reklamy
wyszukiwarkowej jest podsuwanie użytkownikowi linków do
promowanej strony, zawierającej to, czego szuka – tam, gdzie
szuka.
To, czego szuka, internauta określa poprzez słowa kluczowe
wpisywane do pola wyszukiwania. Wobec tego niczym mantrę
powtarza się: lepiej wyświetlać się na topowych pozycjach na
kluczowe dla danego biznesu frazy, więc podstawą promocji
internetowej jest pozycjonowanie. Tak, zgoda: większość
użytkowników klika w wyświetlane wysoko wyniki wyszukiwania.
Ale samo SEO nie wystarczy.
Efekt 1+1=3
Co widzi użytkownik?
Reklamodawcy
często
rozważają
wybór
pomiędzy
pozycjonowaniem strony w organicznych wynikach wyszukiwania
(SEO) a kampanią reklamową w wyszukiwarce w systemie
AdWords (czyli linkami sponsorowanymi, rozliczanymi pay per
click – PPC). To podstawowy błąd wynikający z nieznajomości
zachowań internautów w procesie wyszukiwania informacji
w Google. SEO i PPC traktować należy komplementarnie.
Strona wyników wyszukiwania Google składa się z trzech
sekcji głównych: dwóch stref reklam płatnych w postaci linków
sponsorowanych: jednej u góry strony, na tle w kolorze łososiowym
(tu wyświetla się do trzech linków sponsorowanych), drugiej –
w kolumnie po prawej stronie wyników; oraz ze znajdującej
się poniżej łososiowego tła białej strefy organicznych, czyli
naturalnych, niesponsorowanych, wyników wyszukiwania (im
efektywniej pozycjonowana strona www, tym wyżej wyświetla się
w wynikach naturalnych).
Badanie eyetrackingowe Google’a z 2011 r., Eye Square Eye Tracking
Study, polegające na śledzeniu ruchu gałek ocznych użytkowników
oraz klikanych przez nich miejsc, zobrazowało, jak szukamy
informacji w wyszukiwarce. Statystyczny internauta, korzystając
z Google’a, ogląda lewą stronę wyników wyszukiwania od góry do
dołu ekranu, nie przewijając strony – zamiast scrollować w dół,
woli rzucić okiem w prawy górny róg strony. Co widzi? Najpierw
łososiową strefę linków sponsorowanych, dopiero później widzi
wyniki organiczne, a jeśli te go nie zadowolą, kieruje
E-marketing jako całość służy albo zaszczepianiu pozytywnych
konotacji z marką czy produktem, albo pozyskiwaniu konwersji,
definiowanych rozmaicie w zależności od celu kampanii,
np. jako sprzedaż albo pozyskanie danych osobowych użytkownika
zainteresowanego usługą. W samej reklamie wyszukiwarkowej,
promującej stronę produktu/usługi, chodzi głównie o to, by dać
się zauważyć w wynikach wyszukiwania jako pierwszy, a następnie
zachęcić do kliknięcia, przy czym – o tym wielu reklamodawców
zdaje się zapominać.
Jednoczesne pozycjonowanie i prowadzenie kampanii
AdWords dla tych samych słów kluczowych stanowi
gwarancję wzrostu liczby kliknięć o ponad 50% w stosunku
do sumy efektów tych działań realizowanych osobno.
Efekt synergii SEO i PPC, nazywany Surround Effect, dający
rachunek 1+1=3, wynika z faktu, że nie tylko lokaty, lecz także
i miejsca zajmowane przez stronę w wynikach wyszukiwania mają
wpływ na jej klikalność oraz to, jak internauci oceniają stronę
docelową, firmę, markę czy produkt.
16 e-PROFIT
Rynkowe trendy
mały udział wejściami bezpośrednimi oraz wizytami z odnośników
rozsianych po sieci, ruch na stronie bierze się z wyszukiwarki.
Jak go sprowadzić, gdy na efekty pozycjonowania czekać trzeba od
kilku tygodni do kilku miesięcy? Linki sponsorowane. Kampanię
AdWords uruchomić można z dnia na dzień, błyskawicznie
zapewniając stronie źródło odwiedzin, konwersje i przychód,
zanim dostrzegalne będą pierwsze efekty pozycjonowania.
Jeśli nie widać cię w wynikach organicznych, musisz
pojawiać się w wynikach sponsorowanych.
Nawet gdy SEO zaczyna dostarczać ruch na stronę, zapomnienie
o reklamach AdWords może okazać się kosztownym błędem.
Na przykład w wypadku, gdy strona notuje wahania pozycji
lub Google nałoży na nią filtr uniemożliwiający pojawianie się
w naturalnych wynikach wyszukiwania na wybrane bądź wszystkie
z pozycjonowanych fraz. Czy dla sklepu internetowego, czy dla
serwisu czerpiącego zyski z reklam, czy dla strony-wizytówki
oznacza to jedno: straty.
Fot. Mapa badania eyetrackingowego dla strony
wyników wyszukiwania Google
wzrok na sam szczyt prawej kolumny reklam płatnych. A co klika
najczęściej? Pierwsze dwa linki sponsorowane na podświetlonym
tle i pierwsze trzy wyniki naturalne, w razie potrzeby także dwie
pierwsze reklamy z prawej strony.
Być tam, gdzie użytkownik szuka, to zajmować wysokie lokaty
w strefach zarówno linków sponsorowanych (dzięki reklamom
AdWords), jak i wyników naturalnych (dzięki pozycjonowaniu) –
jednocześnie.
Połączenie dwóch kanałów, PPC i SEO, maksymalizuje
widoczność reklamy i prawdopodobieństwo jej kliknięcia.
Lecz to nie wszystko.
Co myśli użytkownik?
Synergia SEO i PPC służy także do budowania pozytywnego
wizerunku produktu, marki i firmy. Strona widoczna w kilku
miejscach wyszukiwania jest częściej klikana, ponieważ
użytkownik ocenia ją jako potencjalnie lepiej dopasowaną do
jego zapytania do wyszukiwarki. Co więcej, w większym stopniu
jej ufa, a firmę czy markę, której dedykowana jest owa strona,
jest skłonny uznać za lidera branży. To z kolei może przełożyć
się na akcje, jakie użytkownik podejmie na stronie docelowej.
Ufający firmie internauta jest bardziej skory do dokonania zakupu
w sklepie internetowym albo powierzania operatorowi własnych
danych osobowych poprzez rejestrację w serwisie lub wypełnienie
formularza kontaktowego, czy też do podzielenia się opinią
w ankiecie.
Bezpieczne kampanie
Ciągła walka o uwagę i zaufanie użytkownika służy konkretnemu
celowi. Z punktu widzenia właścicieli e-biznesów oraz osób
zarządzających stronami przedsiębiorstw działających offline liczy
się stały przychód. Biznes nie przetrwa w internecie, jeśli jego
strony stale nie odwiedzają potencjalni klienci. Poza mającymi
AdWords to bufor bezpieczeństwa dla działań SEO.
A do tego tajna broń silnego rażenia. System reklamowy
Google’a umożliwia retargetowanie reklam poza wyszukiwarką.
Remarketing, podążając ze spersonalizowaną reklamą graficzną za
internautami, którzy już odwiedzili stronę, pozwala przypomnieć
im ofertę reklamodawcy i sprowadzić ich z powrotem na
stronę. Jest niezwykle skuteczny: prowadzone przez nas
kampanie remarketingowe mają średnio piętnastoprocentowy
współczynnik konwersji.
Remarketing dla wielu branż to najbardziej efektywna
kosztowo forma reklamy w systemie AdWords.
Obopólny zysk
Skoro o efektach mowa: z punktu widzenia agencji marketingu
internetowego równoczesne prowadzenie działań SEO i PPC
przedstawia jeszcze jedną korzyść, która jednocześnie jest
korzyścią dla klienta:
AdWords to dobry probierz, usprawnia stałą optymalizację
działań SEO.
Umożliwia bieżące wychwytywanie dobrze konwertujących
w linkach sponsorowanych słów kluczowych i dołączanie ich do
puli słów pozycjonowanych. Pozwala również testować przekazy
reklamowe, by potem włączać te najskuteczniejsze do opisów
stron, czyli meta descriptions, które nie są bez znaczenia dla oceny
strony przez użytkowników i… roboty Google’a.
Symultaniczne realizowanie pozycjonowania i kampanii
PPC umożliwia sprawne zarządzanie obecnością strony
w wyszukiwarce, błyskawiczne reagowanie na zmiany
w algorytmach Google’a i stałą optymalizację działań, by
mnożyć ich efekty. W internecie każdą kampanię można
dokładnie zaplanować, zrealizować i wyciągnąć z jej wyników
wnioski umożliwiające efektywne zarządzanie całym procesem
zakupowym i każdym innym procesem, dla którego określimy
mierzalny CEL. ■
e-PROFIT 17
Rynkowe trendy
Już w pierwszym zdaniu tego artykułu
czujemy się w obowiązku, aby ostrzec
wszystkich czytelników – będziemy
pisać o SMS-ach! Być może ktoś jeszcze
pamięta taką archaiczną technologię,
która kiedyś, dawno temu, stanowiła
dla ludzi na całym świecie całkiem
skuteczne narzędzie komunikacji. Tamte
czasy jednak bezpowrotnie minęły, a dziś
w epoce wszechobecnych smartfonów,
SMS-em nikt się już nie posługuje.
Zastąpiły go nowe, lepsze i przede
wszystkim doskonalsze technologie.
Skoro tak, pozostaje więc zadać dwa
pytania: skąd pomysł, żeby pisać
o SMS-ach i dlaczego e-PROFIT nam na to
pozwolił?
Odpowiedź jest prosta: Ponieważ
chcemy pokazać, że wbrew pozorom,
SMS-y nadal doskonale odnajdują się
w dzisiejszej rzeczywistości, chcemy
zwrócić uwagę na wykorzystanie tego
kanału przez znane marki oraz wyjaśnić,
jak zorganizować udaną kampanię.
Zanim zdradzimy jednak przepis na efektywną
komunikację SMS-ową, rozpoczniemy od
przedstawienia kilku faktów, które mają istotne
znacznie w kontekście prowadzonych przez
marki działań promocyjnych. Na pewno warto
zwrócić uwagę, że aż 66% użytkowników telefonii
komórkowej w Polsce nie posiada urządzeń typu
smartfon (wg danych przedstawionych przez
GFK Polonia w grudniu 2011).
Oznacza to, że kierując kampanie mobilne
dedykowane na smartfony, można dotrzeć tylko
do stosunkowo wąskiego grona konsumentów.
Kampanie SMS-owe mają natomiast tę zaletę,
że angażują wszystkich potencjalnych klientów,
niezależnie od tego, jaki telefon komórkowy
posiadają.
Co ciekawe, osoby korzystające z tych bardziej
nowoczesnych urządzeń nie są zamknięte na
tradycyjną SMS-ową komunikację. Tę tezę
potwierdzają badania przeprowadzone na
zlecenie firmy Acision. Wynika z nich, że 91%
użytkowników smartfonów aktywnie SMS-uje,
pomimo stałego dostępu do innych aplikacji
komunikacyjnych.
Dla porównania z Facebooka poprzez smarfon
korzysta 37% badanych, a ze Skype’a i Twittera
jedynie po 17%. SMS, mimo dynamicznego
rozwoju nowych narzędzi, pozostaje więc
najpopularniejszym kanałem komunikacji
tekstowej i to także wśród użytkowników
smarfonów.
18 e-PROFIT
SMS wciąż żywy i funkcjonalny
Wyniki powyższych badań wskazują więc
wyraźnie, że SMS nie tylko nie został zapomniany,
ale wręcz przeciwnie – wykorzystywany jest na
szeroką skalę i pamiętają o nim nawet najwięksi
na rynku gracze. My postaramy się także
wykazać, że są jeszcze takie obszary działalności
biznesowej, w której krótka wiadomość
tekstowa może być niezastąpiona.
Komunikacja
SMS jest szybki, niezawodny, niedrogi,
dwukierunkowy i co najważniejsze pozwala
dotrzeć bezpośrednio do odbiorcy w dokładnie
zaplanowanym czasie, ponieważ aż 93%
z nas odczytuje wiadomość tekstową od razu
po jej otrzymaniu (TNS OBOP). Zestawiając
razem te cechy SMS-a, możemy zaryzykować
stwierdzenie, że takich możliwości komunikacji
nie oferuje dzisiaj żadne inne medium. Te atuty
można wykorzystać zarówno do komunikacji
z otoczeniem zewnętrznym, jak i w obrębie
własnej organizacji. Przykładem takich realizacji
jest np. uaktywnienie powiadomień SMS-owych
w niemal wszystkich największych sklepach
internetowych na polskim rynku. Wiadomości
wykorzystywane są jako indywidualne
informacje dla klientów na temat statusu
ich zamówienia, potwierdzenia transakcji
i wysłania zamówienia (np. Zadowolenie.pl,
Electroworld, Morele.net, iSpot.com.pl). Inną
aktywnością marek jest również utworzenie
wewnętrznej struktury informacyjnej w obrębie
własnej organizacji (Groupon, Wykop.pl, Grupa
Tauron). Wewnętrzny system infmacyjny to
nie tylko powiadomienia SMS do wybranych
pracowników, lecz także zautomatyzowane
wysyłki wiadomości wspomagające działania
wewnętrzne, logistyczne czy nawet techniczne.
Marketing i sprzedaż
SMS to usprawnienie komunikacji i możliwość
prowadzenia wysoko skutecznych działań
marketingowych wspierających sprzedaż,
wzmacniających rozpoznawalność marki czy
weryfikujących poziom zadowolenia klientów
z oferowanych usług i produktów. Krótką
wiadomość tekstową, jako bardzo proste
narzędzie, można zaangażować do pracy na rzecz
marki na wiele sposobów. Mogą to być m-kupony
z rabatami, targetowane wysyłki z informacjami
o nowych usługach czy też dodatkowe eventy:
konkursy i loterie, głosowania i ankiety. Wysyłki
marketingowe i eventy bazujące na SMS-ach
Andrzej Ogon
kierownik dz
SMSAPI / Co
nowski
ziału marketingu i PR
omVision Sp. z o.o.
Rynkowe trendy
z powodzeniem stosują znane marki, takie jak
Monnari, s.Oliver, TUI, STOCK, SPHINX, Nestle
i wiele innych. Usprawnienie komunikacji dzięki
marketingowi SMS jest jednak pewnego rodzaju
wyzwaniem, dlatego teraz przyjrzymy się bliżej
temu zagadnieniu i postaramy się przekonać,
że przede wszystkim dobre praktyki w mobilnej
komunikacji to prosta droga do udanej kampanii.
Savoir vivre SMS marketingu
Kodeks dobrych praktyk mobilnego marketingu
istnieje na polskim rynku od blisko roku i powstał
z inicjatywy operatorów telefonii komórkowej
(Polskiej Telefonii Cyfrowej, Polkomtela, Orange
i P4) oraz we współpracy z IAB Polska i grupami
Agora, Interia, WP, Onet. Wszytkie zawarte
w nim zalecenia i ostrzeżenia sprowadzają się
do trzech podstawowych zasad: targetowania,
personalizacji oraz działania w zgodzie
z permission marketingiem (tłum. marketing za
przyzwoleniem).
Permission marketing,
czyli jak uzyskać przyzwolenie?
Masowe przekazywanie informacji do jak
największego grona odbiorców mogło być
skuteczną strategią jeszcze kilka lat temu.
Dzisiaj, marki muszą o wiele uważniej kierować
swoje komunikaty, aby zostały one zauważone
i odczytane. SMS marketing stwarza właśnie
takie możliwości, jednak mogą z nich skorzystać
jedynie marki, które nie obawiają się podjęcia
pewnych wyzwań. Taką inicjatywą jest np.
budowanie własnych, unikatowych dla danej
marki baz danych. Z doświadczenia klientów
SMSAPI.pl wiemy, że ta aktywność zostaje
wynagrodzona – skuteczność kampanii SMS
kierowanych do własnych baz danych wynosi
nawet 30%, i to już przy jednorazowej akcji.
Dla porównania skuteczność działań do baz
zakupionych to 0–2%. Absolutną koniecznością
przy tworzeniu baz jest uzyskanie zgody
odbiorcy na przetwarzanie danych osobowych.
Dla zachęty dobrze jest także zaoferować klientom
zapisującym się do bazy pewną wartość dodaną,
np. kupon, rabat, dodatkowe punkty w ramach
programu lojalnościowego. Własne ekskluzywne
bazy można zbierać podczas realizacji innych
akcji promocyjnych zaplanowanych przez markę.
Sklepy, nie tylko te internetowe, mogą zapytać
o zgodę na wysyłkę wiadomości reklamowych,
gdy konsument dokonuje w nich zakupu. Marki
mogą zbierać numery, organizując konkursy
i programy lojalnościowe. Firmy prowadzące fan
page’e mogą za pomocą odpowiednich aplikacji
zbierać dane przez portal społecznościowy.
Podobnych możliwości jest jeszcze wiele,
a jedynym ograniczeniem nie są nawet fundusze,
lecz kreatywność i chęć działania.
Targetowanie, czyli jak trafić do celu?
Targetowanie wysyłki oznacza, kierowanie
komunikatów jedynie do starannie dobranej
grupy docelowej. Zgromadzenie własnych baz
danych i uzyskanie akceptacji jest już doskonałym
przygotowaniem
do
takiego
działania.
Dodatkowo, można także selekcjonować swoją
bazę wg konkretnych parametrów, tak aby
np. informację o promocji na kolekcję damską
w sklepach stacjonarnych na terenie Krakowa
wysłać wyłącznie do kobiet z województwa
małopolskiego w wieku 30–50 lat. Warto
pamiętać też o tym, by kampania odbyła się
w dogodnym czasie i z odpowiednią
częstotliwością, tzn. wysyłka do tego samego
adresata nie powinna odbywać się częściej niż
raz w tygodniu, nigdy wcześniej niż o 9 rano i nie
później niż o 20.00.
Personalizacja,
czyli jak pisać ciekawie?
Poprzez formę i treść komunikatu marka
ujawnia swój stosunek do odbiorcy. Potencjalny
klient powinien więc poczuć się potraktowany
wyjątkowo i zostać w ten sposób zmobilizowany
do działania. Masowość wysyłki nie oznacza,
że każdy z odbiorców musi otrzymać identyczną
wiadomość.
Aby
nadać
komunikatowi
indywidualny charakter, warto sprawdzić,
czy platforma przez którą realizowana jest
wysyłka, posiada w swojej ofercie możliwość
ustawienia takich parametrów jak np. imię wraz
z jego automatyczną odmianą czy nazwisko.
Dodatkowym atutem jest uwzględnienie
dotychczasowych zainteresowań konsumenta
i nawiązanie do nich w treści komunikatu. Dobrze
jest także przedstawić wymierne korzyści dla
konsumenta w postaci np. użytecznej informacji,
możliwości skorzystania z promocji.
Nie da się ukryć, że SMS nie jest
najnowszą technologią, jednak zamiast
traktować tę cechę jako wadę, lepiej
dojrzeć w niej zaletę. Przez ostatnie
kilka lat nauczyliśmy się, jakich błędów
nie popełniać i jak mądrze wykorzystać
potencjał SMS-a. Krótka wiadomość
tekstowa nie musi być „straszna” ani dla
marek, ani dla konsumentów, tak więc:
Keep calm and send SMS! ■
e-PROFIT 19
Rynkowe trendy
Pracowałem w korporacji…
pracuję w startupie
Leszek Pankiewicz – prezes zarządu Solw’IT
20 e-PROFIT
Rynkowe trendy
Czas przeszły, użyty w tytule, sugeruje, że drzwi
się zamknęły, książka została odłożona na półkę,
a kilkanaście (-dziesiąt) kartek z kalendarza
spadło i zniknęło w odmętach czasu. Ale przecież
jakże bliska jest mi myśl, że w wieczności nic nie
przemija, lecz wszystko jest teraźniejszością –
zatem moim rozważaniom o przeszłości,
teraźniejszości i przyszłości nadaję (prawie)
takie samo znaczenie. Życie to budowanie,
przeplatanie i łączenie wiedzy i doświadczenia
z marzeniami, dotychczasowych osiągnięć
z nowymi wyzwaniami, popełnionych błędów
i pomyłek z przekonaniem o naszej coraz większej
doskonałości w działaniu.
Moją prawie 20-letnią przygodę z korporacją zakończyłem
2 lata temu. Dziś jestem jednym z założycieli i liderów
startupu informatycznego Solw’IT, w którym od roku
budujemy potencjał twórczy, poszukujemy innowacyjnych
rozwiązań oraz swojej drogi do osiągniecia powtarzalnego
i skalowalnego modelu biznesowego. Ten tekst to refleksja
o tym, co było, ale również o tym, co przede mną –
o marzeniach i ograniczeniach, o doświadczeniu i nowych
wyzwaniach, o zmianach, zmianach, zmianach...
Czy zatem mówiąc: pracowałem w korporacji, myślę
jedynie o przeszłości? Niekoniecznie. Myślę o pasji oraz
o podejmowaniu ryzyka, a także o wielu szczęśliwych
zbiegach okoliczności, które sprawiły, że przez dwie dekady
uczestniczyłem w budowie firmy wyjątkowej, dla mnie
niepowtarzalnej. Ale także o tym, że zdobyte umiejętności
i wiedzę wykorzystuję w obecnej firmie. Startupie, który nie
będąc „korporacją w mniejszej skali”, łączy moje korporacyjne
doświadczenia z wiedzą o priorytetach istotnych dla znacznie
mniejszych przedsięwzięć. W tym zakresie nieustannie
korzystam z podpowiedzi takich ludzi jak np. Steve Blank,
jeden z guru globalnej społeczności startupowej, na którego
będę wielokrotnie się w tym artykule powoływał.
Myślę o moich partnerach i przyjaciołach – mądrych,
zmotywowanych i pełnych pomysłów ludziach, którzy dzięki
swojej wiedzy i determinacji, doprowadzili do powstania
i rozwoju w Gdańsku jednego z flagowych ośrodków
badawczo-rozwojowych Intela …ale także o tym, że z jednym
z tych ludzi, Wojtkiem Wasiukiewiczem, razem stworzyliśmy
Solw’IT, a z kilkoma innymi, także już poza korporacją,
współpracuję. Zachowanie dobrych relacji z dawnymi
przyjaciółmi i współpracownikami to dla mnie priorytet
i wartość, na której buduję nowe plany i biznesowe cele.
Myślę również o tym, że dla wielu z nas korporacja stała się
złotymi kajdanami, które choć spełniają nasze największe
zawodowe marzenia (pracujemy dla jednej z najlepszych
Foto: Archiwum własne Leszka Pankiewicza
firm na świecie, rozwijamy najnowsze technologie; jesteśmy
autorami rozwiązań, których używają miliony ludzi,
pracujemy w takich samych warunkach jak inżynierowie
amerykańscy, współpracujemy z ludźmi o różnych kulturach,
wyznaniach i poglądach politycznych, spotykamy liderów
i guru światowej informatyki…) to jednocześnie są coraz
cięższym balastem ograniczającym naszą przedsiębiorczość
i kreatywność. Utrudniają nam podejmowanie personalnego
ryzyka oraz twórcze poszukiwanie, odkrywanie
i zdobywaniae nowych, nieznanych obszarów. A niezależnie
od tego, co właśnie napisałem, nadal z całym przekonaniem
twierdzę, że …warto pracować w korporacji.
Na pewno zaś warto, w chwili gdy stoimy na progu kariery
i mamy szansę pracy w tak dobrej korporacji jak Intel
– czyli w firmie, w której, dodatkowo do walorów
wymienionych powyżej, nauczymy się szacunku dla
współpracowników, klientów, konkurentów, pracy
zespołowej, odpowiedzialności, efektywności oraz jakości
i dyscypliny w działaniu (procesy, procesy, procesy).
W firmie, w której doświadczymy również tego,
że innowacja nie jest pustą deklaracją, lecz bardzo
ważnym i ciągłym imperatywem naszych działań. Celem,
bez którego, niemożliwe byłoby tworzenie kolejnych, coraz
lepszych technologii informatycznych oraz utrzymania, już
przez ponad 40 lat, pozycji światowego lidera.
Czy jednak wielka waga, którą korporacja przywiązuje do
innowacji, to jednocześnie szansa dla naszej kreatywności oraz
możliwość wdrażania nowych idei przez przedsiębiorczych,
pełnych pomysłów pracowników? Niekoniecznie. Problem
tkwi w ograniczeniach, które są immanentną częścią dwóch,
dobrze znanych, modelów korporacyjnej innowacyjności.
Model pierwszy to innowacyjność podtrzymująca
(ang. sustaninig innovation), czyli ciągłe dążenie do tego, by
flagowy produkt firmy był coraz lepszy, mniejszy, szybszy,
wydajniejszy, bardziej energooszczędny. To transformacja
obserwacji np. takich wizjonerów jak Gordon Moore,
w precyzyjnie zaplanowaną ścieżkę rozwojową procesora.
To olbrzymia liczba naukowców, inżynierów i technologów,
badających nowe materiały oraz coraz lepiej rozumiejących
procesy i zjawiska fizyczne. To ewolucyjne usprawnianie
procesów technologicznych oraz unowocześnianie linii
produkcyjnych – żeby było lepiej, wydajniej, szybciej i taniej.
To olbrzymie rzesze pracowników (wykonawców), dzięki
którym misja i wizja zmienia się w nową generację znanego
i zaakceptowanego przez klienta produktu.
Ten model z pewnością definiuje ambitne wyzwania
dla świetnych technologów, inżynierów, programistów,
managerów programów/projektów/zespołów. Ludzi
mądrych, odpowiedzialnych i efektywnych. Pozostawiam
jednak otwartym pytanie, czy jest tu miejsce dla ryzykantów,
ludzi przedsiębiorczych i twórczych, których wizja
e-PROFIT 21
Rynkowe trendy
wykracza poza wytyczoną przez korporację mapę drogową
oraz jej kamienie milowe?
A może jest dla nich miejsce w drugim modelu
innowacyjności, innowacyjności destrukcyjnej (ang.
disruptive innovation). Oznacza to wkroczenie dobrze
prosperującej firmy na ryzykowne terra incognita.
To odkrywanie nowych szans, możliwości, rynków
i technologii.
Tutaj również niezbędni są naukowcy, badacze i wykonawcy,
ale przede wszystkim, potrzebni są odważni decydenci,
gotowi do podjęcia ryzyka trudnych i strategicznych decyzji.
Czasem są to decyzje o np. dyskontynuacji obecnego
i uruchomieniu nowego procesu technologicznego,
o wprowadzeniu nowego produktu (uwaga: nie
zawsze lepszego od obecnego) oraz rozpoczęciu
działań na zupełnie nowym rynku. Tego typu decyzje
są trudne do przeprowadzenia w każdej firmie,
ale paradoksalnie, szczególnie trudne w firmach
odnoszących sukcesy w modelu sustaining innovation.
A jeśli dodatkowo założymy, że trwałe sukcesy firmy
oznaczają zyski na poziomie kilku/kilkunastu miliardów
dolarów rocznie, to nietrudno sobie wyobrazić, jak wielkie
są oczekiwania dotyczące poziomu zwrotu z nowej,
ryzykownej inwestycji.
Przykładami są takie technologie i produkty jak Intel Celeron
Technology, Intel Centrino Technology, ATCA, WiMax,
netbooki, ultrabooki, smartfony. Każda z tych decyzji
wywoływała zamieszanie na globalnym rynku, ale także,
co w kontekście moich rozważań jest szczególnie istotne,
stwarzała szansę dla wielu managerów, inżynierów
i programistów, na zmianę dotychczasowych obowiązków
i przejęcie zadań zupełnie nowych, wymagających rozwoju,
umiejętności oraz nawiązania współpracy w zupełnie innych
strukturach korporacyjnych.
Możliwość uczestniczenia w takich projektach daje
szansę na wyrwanie się z korporacyjnej rutyny i olbrzymią
motywację do personalnego rozwoju. Korporacja, dla
której pracowałem, dawała takie możliwości – stąd moje
przekonanie o tym, że warto tam pracować. Jednak również
i w tym przypadku, pozostawię otwartym pytanie: czy jest to
model, który daje szanse na wsparcie pomysłów mniejszych
i bardziej ryzykownych?
Czy decyzja pracownika o przyjęciu odpowiedzialności za
nowe i istotne strategicznie projekty dla firmy, pozostawia
w nim choć odrobinę energii na własną kreatywność oraz
wiarę w to, że jego indywidualny pomysł, warty np. 4 mln
dol. (czyli 0,1 promila obecnych przychodów firmy) wywoła
w korporacji jakiekolwiek zainteresowanie i wsparcie?
Postawienie właśnie takich pytań oraz przekonanie, że znam
na nie odpowiedzi, doprowadziło mnie do miejsca, w którym
dziś jestem.
Pracuję w startupie…
Zanim rozpoczęła się faza faktycznej pracy, upłynęło wiele
czasu poświęconego na zrozumienie nowych priorytetów
oraz dynamiki procesów biznesowych, zupełnie różnej od
korporacyjnej. W tym okresie bezcenna okazywały się rady
Steve’a Blanka wyznaczające kierunki naszych myśli i analiz.
Dwie z nich uważam za przełomowe i godne umieszczenia
w grupie życiowych iluminacji i drogowskazów. Oto one:
• „Startupy poszukują, wielkie firmy działają”
(ang. Startups search, large companies executes),
Foto: Archiwum własne Leszka Pankiewicza
Historia Intela obfituje w wiele takich przykładów. Tym
najbardziej znanym jest decyzja z przełomu lat 70. i 80.
o rewolucyjnej zmianie strategicznego celu i produktu firmy,
którym do tej pory była pamięć komputerowa RAM, na
innowacyjny produkt przyszłości, którym stał się procesor.
Innymi przykładami (uwaga: nie zawsze zakończonymi
jednoznacznym sukcesem) były decyzje o podjęciu dużego
ryzyka inwestycyjnego oraz przekierowaniu zasobów
(pieniądze, ludzie, fabryki) do zupełnie nowych zadań
i rynków.
22 e-PROFIT
• „Startup to przejściowa forma organizacyjna,
stworzona do poszukiwania powtarzalnego
i skalowalnego modelu biznesowego” (ang. Startup
is a temporary organization design to search for a
repeatable and scalable business model).
To stwierdzenia proste i oczywiste. Przed wypełnieniem ich
treścią, wykonaliśmy jednak jeszcze jeden krok polegający
na zrozumieniu kilku fundamentalnych i typowych modeli
działania startupu. Krok ten pomógł nam w podjęciu
Rynkowe trendy
ostatecznej decyzji o wyborze „modelu Solw’IT”, który
najlepiej pasował do naszych marzeń, umiejętności oraz
możliwości finansowych opartych na twardej ocenie naszych
szans na przetrwanie okresu poszukiwań.
Modele startupów:
• „startup na całe życie” (ang. lifestyle startup) to
przedsięwzięcie, w którym spokojnie i bez presji na
wielki rozwój oferujemy klientom naszą własną wiedzę
i kompetencje. Tak żyją i działają niezależni konsultanci
oraz eksperci w bardzo wielu obszarach. Właściciele
takich firm nie dokonują wielkich inwestycji ani nie
szukają pomocy zewnętrznych inwestorów. Oni realizują
swoje pasje, a przy okazji – ponieważ znaleźli model
biznesowy umożliwiający generowanie niewielkich,
ale wystarczających do życia, przychodów i zysków –
zarabiają pieniądze.
• „mały biznes” (ang. small business startup) to model,
od którego – podobnie jak w „startupie na całe życie” –
nie oczekujemy rewolucyjnego wzrostu ani zdobywania
świata. Wystarczy nam to, że jesteśmy w stanie
zaspokoić znane nam potrzeby klientów, dostarczając
znany im i nam produkt lub usługę. To może być
zarówno rodzinny sklep, restauracja, jak i niewielka
firma produkcyjna oferująca klientom konkurencyjny
i potrzebny im produkt. W tym przypadku, szczególnie
w momencie wprowadzania innowacji, właściciel
takiej firmy może potrzebować wsparcia kapitału
zewnętrznego – ale raczej po to, by poprawić jakość
i konkurencyjność swojej oferty, niż istotnie zwiększać
skalę swojego działania.
Okazuje się zatem, że poprzez właściwą ocenę naszych
kompetencji oraz znalezienie odpowiadającej nam niszy,
a potem koncentrację i determinację w działaniu, możemy
stworzyć coś, co przyniesie nam satysfakcję i zapewni
podstawowy poziom bezpieczeństwa socjalnego. W taki
sposób działają miliony przedsiębiorców na całym świecie
i właśnie taka skala przedsiębiorczości buduje PKB większości
krajów (w tym USA). „Nieźle” nie oznacza jednak „wspaniale”
i na pewno nie jes tym, co rozbudzałoby wyobraźnię oraz
marzenia o sukcesie na miarę Apple’a, Google’a, Facebooka
czy Instagramu.
Jeśli zatem nie boimy się marzyć o rzeczach wielkich,
dorzućmy do tych analiz, dwa kolejne modele:
• „startup skalowalny” (ang. scalable startup) to nowe,
wizjonerskie przedsięwzięcie oparte na innowacyjnym
pomyśle, który przekształcając się w produkt lub usługę,
będzie rozwiązywał problemy i zaspakajał potrzeby
(uwaga:czasem,wmomenciepowstaniapomysłu,jeszcze
nieuświadomione) szybko rosnącej liczby klientów.
W gospodarce globalnej, może to oznaczać wzrosty
naprawdę imponujące – z dziesiątek i setek klientów
Foto: Archiwum własne Leszka Pankiewicza
e-PROFIT 23
Rynkowe trendy
(dolarów) do tysięcy i milionów. Jeśli będziemy takimi
szczęśliwcami z wyjątkowym pomysłem, bardzo szybko
przekonamy się, że nasze zasoby (ludzie, pieniądze) są
zupełnie nieadekwatne do rosnącego zapotrzebowania
oraz wynikającej z niego konieczności zwiększania skali
przedsięwzięcia. Bardzo szybko okaże się, że równie
ważne jak rozwój naszego produktu czy usługi, będzie
skuteczne poszukiwanie dodatkowego i niezbędnego do
naszego wzrostu kapitału zewnętrznego. Bardzo dobrą
wiadomością jest to, że właśnie na takie pomysły oczekują
Aniołowie Biznesu oraz instytucjonalni inwestorzy
zewnętrzni. Jeśli zatem masz świetny i skalowalny
pomysł na biznes, to sky is the limit. Jedyny problem –
to ten naprawdę rewolucyjny pomysł.
• „startup do kupienia” (ang. buyable startup) to kolejny
model startupu, który jest doskonale rozumiany
i oczekiwany przez inwestorów w Krzemowej Dolinie.
Ten model oparty jest na innowacyjnym i nowatorskim
pomyśle, który z reguły jest logicznym (uwaga: do
pewnego momentu przez nikogo niezauważonym)
uzupełnieniem istniejącego produktu lub usługi. Ten
typ startupu, stwarza również szansę na sprzedaż firmy
dysponującej unikatową wiedzą lub umiejętnościami.
Jeśli wyjątkowość jest istotna, niezbędna i trudna do
powtórzenia lub zbudowania od podstaw, to możemy
spodziewać się bardzo interesujących ofert ze strony
rynkowych gigantów.
Tyle teorii. A teraz kilka słów o praktyce, czyli o modelu, który
ostatecznie wybraliśmy dla siebie i uznaliśmy za optymalny
dla naszego rozwoju.
• „startup Solw’IT” to ekscytująca alternatywa dla
korporacyjnej rutyny i bezpiecznego trwałego wzrostu,
w której twórczo łączymy naszą wiedzę i korporacyjne
doświadczenia (obszar EXECUTE, czyli dostarczanie
klientom profesjonalnych usług informatycznych)
z nieustannym poszukiwaniem nowych pomysłów na
skalowalny i powtarzalny model biznesowy (obszar
SEARCH).
Co robimy w obu wymienionych obszarach?
W obszarze EXECUTE identyfikujemy problemy i potrzeby
dużych firm informatyczno-technologicznych, banków oraz
średnich firm produkcyjnych, w zakresie niezbędnych im
rozwiązań informatycznych. Po analizie potrzeb, oferujemy
im szeroką gamę kompetencji informatycznych związanych
z projektowaniem, tworzeniem, rozwojem, testowaniem,
walidacją i wdrażaniem oprogramowania. W rezultacie,
dostarczamy klientowi rozwiązanie idealnie skrojone do jego
potrzeb oraz finansowych i organizacyjnych możliwości.
W tym obszarze konsekwentnie rozwijamy zespół bardzo
dobrych managerów, programistów i testerów, którzy są
w stanie dostarczać naszą usługę na światowym poziomie.
Ten fragment naszej działalności, to pragmatyczne i racjonalne
24 e-PROFIT
wykorzystanie naszej korporacyjnej wiedzy o technologiach,
procesach, jakości i dyscyplinie. To fundament, na którym
budujemy firmę oraz z którego finansujemy projekty
w obszarze SEARCH.
Obszar SEARCH to przede wszystkim działanie naszego
funduszu zalążkowego SSF (Solwit Seed Fund), utworzonego
z kapitału założycieli/inwestorów oraz zysków generowanych
w obszarze EXECUTE. To nieustanne poszukiwania,
spotkania, rozmowy i analizy nowych pomysłów, o których
rozmawiamy z naszymi pracownikami, studentami,
przyjaciółmi i potencjalnymi zewnętrznymi partnerami.
Wybranym przez nas pomysłodawcom oferujemy wsparcie
merytoryczne, finansowe i organizacyjne na etapie inkubacji
pomysłów, aż do osiągnięcia fazy działającego prototypu.
A potem rozwój wspólnych (skalowalnych i powtarzalnych)
przedsięwzięć. Obszar SEARCH obejmuje również
współpracę ze środowiskiem naukowym i akademickim,
któremu oferujemy wsparcie w procesie komercjalizacji
ich badań i osiągnięć oraz wspólne, ale z priorytetem
jednoznacznie ukierunkowanym na szybkie i skuteczne
wdrożenia, rozwijanie istniejących na uczelniach pomysłów
i technologii.
Czy nasz model daje gwarancję sukcesu?
To oczywiście zależy od tego, co dla każdego z nas oznacza
to pojęcie i jakie kryteria uznamy za wystarczające do
stwierdzenia, że cel został osiągnięty. Jeśli mówimy
o sukcesie finansowym oraz osobistej satysfakcji i dumie
z budowy czegoś nowego i wielkiego – to wszystko jest ciągle
przede mną.
Każdy kolejny dzień, w którym rozwijamy nasz model zwiększa
na to szansę i jestem przekonany, że jest to szansa na sukces,
nie tylko nas jako założycieli, lecz także naszych obecnych
i przyszłych inwestorów, pracowników i współpracowników,
a także klientów, którzy dzięki nam rozwiążą swój problem
(Let’s Solve IT) lub zaspokoją ważną potrzebę.
Dla mnie, czyli osoby, która kilkanaście lat pracowała
w korporacji, sukcesem już jest to, że potrafiłem wyrwać
się ze złotych korporacyjnych kajdan. Że byłem zdolny do
świadomej utraty bezpieczeństwa finansowego i satysfakcji
z przynależności do stutysięcznego zespołu lidera
światowych technologii, odzyskując w zamian luksus:
• wolności decyzji i wyboru,
• możliwości podejmowania personalnego ryzyka
i szybkich, niezależnych decyzji,
• możliwości
doboru
partnerów
biznesowych,
pracowników i inwestorów,
• co najważniejsze: luksus powrotu do marzeń i ekscytacji
związanych z procesem poszukiwań.
Czy mam plan na chwilę, w której zakończy się faza
poszukiwań i po raz kolejny rozpocznie faza dostarczania? To
już zupełnie inna histora, o której opowiem już niebawem. ■
Rynkowe trendy
Gamifikacja w przedsiębiorstwach
Michał Bakuliński
Współzałożyciel Any7 sp. z o.o. – właściciela polskiego silnika gamifikacyjnego Snowball Engine
Według raportu M2 Research aż 25% wszystkich nowych
wdrożeń gamifikacyjnych w roku 2011 w USA dotyczyło
segmentu Enterprise Estymacje na rok 2012. Mówią, że udział
procentowy się zwiększy i osiągnie około 38%. Co to oznacza?
To jest nic innego jak pokazanie, że przedsiębiorcy dostrzegli
nareszcie, że gra, zabawa w miejscu pracy, nie musi być czymś
złym. Jej elementy mogą być bardzo skutecznym narzędziem do
motywowania, zwiększania zaangażowania czy efektywności
pracownika oraz budowania zespołów.
Posłużę się przykładem. NextJump to dynamicznie rozwijająca
się firma marketingowa z siedzibami w kilku amerykańskich
miastach. Jej szef Charlie Kim dostrzegł, że jego pracownicy
dość często chorują. Wiedział po sobie, że regularny fitness
zapewnia mu zdrowie, więc umieścił urządzenia treningowe
w każdym biurze. Zaproponował wyzwanie, że ci, którzy wyćwiczą
określoną liczbę godzin, podzielą się nagrodą w wysokości
20 tys. dol. W zabawie wzięło udział 12% załogi.
Bezpośredni nacisk na wynik pracowników posiada aplikacja
Salesforce.com, której nowa wersja jest zaopatrzona w silnik
gamifikacyjny. To wdrożenie zostało wybrane najlepszą aplikacją
na AppQuest 2011 przy okazji konferencji Dreamforce. Poprzez
wprowadzenie wielu elementów z gier po kilku miesiącach
ogłoszono, że w tych firmach, które zmieniły wersje aplikacji
za zgamifikowaną zanotowano znacznie poprawnie wyników
w działach sprzedaży. To jest wzorcowy przykład użycia gamifikacji
na potrzeby działów sprzedaży, HR itp. Takie rozwiązanie można
przenieść w zasadzie na dowolny system (nawet intranet).
Warunkiem jest możliwość notowania aktywności użytkownika.
Powyższe przykłady pokazują, że gamifikacja jest elastycznym
procesem dzięki któremu możemy swoje cele osiągnąć na
wiele sposób. Nie trzeba być nastawionym wyłącznie na efekt
finansowy, czy na siłę budować zespoły. Dzięki gamifikacji można
to zrobić w sposób subtelny, dając przy okazji pracownikom dużo
zabawy, a nawet poprawić ich zdrowie. ■
Charlie nie był zadowolony, więc wprowadził element rywalizacji
pomiędzy biurami (miastami). Nagroda się nie zmieniła, ale
wzięło w niej udział już około 80% pracowników, bo koledzy
z pracy nie chcieli zawieść swojego zespołu, a inni po prostu
chcieli wygrać z innym biurem. Rozmawiałem z osobą, która
była w biurze NextJump i powiedziała, że to, co się tam dzieje
jest niesamowite. Tak uśmiechniętych, skorych do pomocy oraz
pracowitych osób w życiu nie widziała. Gość firmy stwierdził
również, że wchodząc do biura od razu czuł pozytywne wibracje,
a wychodząc z biura miał uśmiech od ucha do ucha. W tej
chwili na rynku są już też online’owe rozwiązania z elementami
gamifikacji dla firm, które chcą pomóc dbać o zdrowie swoim
pracownikom.
Innym wyraźnym trendem, który się zarysowuje,
są projekty gamifikacyjne pomagające zaciskać więzi pomiędzy
pracownikami. Sztandarowym produktem jest IBM Connections
z nakładką gamifikacyjną Nitro. Dzięki niej dużo szybciej
adaptują się i poznają firmę nowi pracownicy, choćby poprzez
proste wykonanie na starcie kilku zadań, misji czy quizów
w celu lepszego zapoznania się z samą platformą czy zasadami
obowiązującymi w firmie. Duży nacisk w tym rozwiązaniu jest
położony na zachęcanie społeczności do współpracy i częstego
wracania na platformę.
Z naszych doświadczeń i projektów gamifikacyjnych, które
prowadzimy w Polsce wynika, że pracodawcy też nie chcą
w sposób bezpośredni pracować nad wynikiem. Przeważnie
projekty dotyczą w pierwszej kolejności zacieśniania więzi
pomiędzy pracownikami, a dopiero w kolejnych są to wyniki
finansowe. Duży nacisk kładą na przekazywanie dobrych praktyk,
aby firma wystrzegała się tych samych błędów popełnianych
przez kolejnych pracowników.
Rys. 1: Podział rynku nowych wdrożeń gamifikacyjnych w roku 2011
Rys. 2: Przykładowa wizualizacja wyglądu konta ze Snowball Engine
e-PROFIT 25
Rynkowe trendy
Inwestor
z zagranicy
Patrycja Mazurczak
Foto: Lech Kaniuk, prezes PizzaPortal.pl – laureata Gali Biznesu 2011 w kategorii Młoda Firma 2011
Startup za startupem goni kolejny startup.
Pomysłów na to, jak ułatwić nam życie,
z każdym dniem przybywa. Na portalach
możemy się dowiedzieć, jak dobrze
wyglądać, gdzie smacznie zjeść, czy
nawet jak nie przegapić dni płodnych
i skutecznie zajść w ciążę!
I tak, trzymając się teorii, by osiągnąć startupowy sukces,
nie liczy się tylko innowacyjna koncepcja, a powiązanie
tej idei z popytem na daną usługę – startupy mnożą się na
potęgę, bo na potęgę mnoży się też liczba naszych potrzeb.
Polacy także odważnie ruszyli na podbój internetowej
26 e-PROFIT
gałęzi biznesu. By jednak zaistnieć i wybić się z tego
gęstego tłumu e-commerce’owych nowości, potrzeba
przede wszystkim ciężkiej pracy i odrobiny szczęścia.
Trud i wysiłek może zostać doceniony i doprowadzić do
upragnionego sukcesu. Nie ukrywajmy, że w środowisku
startupowym wszelkie działania obracają się wokół
jednego celu – finansów.
Tym, co może zapewnić rozwijającej się firmie lepszy
byt, jest „spadający z nieba” inwestor, który zdecyduje
się pomóc młodemu przedsięwzięciu. Nie wspominając
o udziałowcu zagranicznym, dzięki któremu nowo
powstała inwestycja może zyskać europejski, a nawet
światowy rozgłos.
Rynkowe trendy
Polak też potrafi
Tak było w przypadku polskiego serwisu PizzaPortal.pl,
który w kwietniu tego roku został przejęty przez
niemieckiego inwestora Delivery Hero Holding. Łódzki
portal umożliwiający zamawianie jedzenia online uzyskał
120 mln zł, a jego właściciel, Lech Kaniuk, udowodnił,
że przed polskimi startupami również może się rysować
świetlana przyszłość.
Dwa lata działalności, ponad 1500 restauracji online
w 130 miastach w całej Polsce i wsparcie zagranicznego
inwestora – tak wyglądają fakty. Do tego kolejna runda
finansowa, w której udało się pozyskać 165 mln zł na
dalszy rozwój firmy. Jednak nie byłoby zewnętrznego
wsparcia, gdyby nie intensywna praca i zaangażowanie
całego zespołu. Do sukcesu przyczyniły się dokładnie
przemyślana strategia działania i wysoko postawiona
poprzeczka:
Od początku mieliśmy ambicję, by być nr 1 wśród polskich
serwisów oferujących zamawianie jedzenia online.
Wchodziliśmy z ofertą do kilku miast jednocześnie, by
zyskać jak największy zasięg i zdążyć przed konkurencją –
deklaruje Kaniuk. Odwaga realisty, ambicja i umiejętność
dostosowania się do potrzeb rynku – to według prezesa
portalu najważniejsze atrybuty, którymi powinien
kierować się każdy startupowiec.
Jedną z cech każdej młodej firmy internetowej jest
wyższe niż w przypadku „standardowych” przedsięwzięć
ryzyko osiągnięcia sukcesu. Właściciel PizzaPortal.pl
o ryzyku nawet nie wspomina. Dla niego liczy się przede
wszystkim rentowność. Do teorii doskonałego pomysłu
na biznes, który również spełni potrzeby konsumentów,
dodaje jeszcze jeden warunek. Klient musi być gotowy
zapłacić za usługę.
– Nie można zacząć od wynalezienia leku, a dopiero
później szukać chorób, które można nim wyleczyć –
według Kaniuka, to podstawowa zasada. Fundamentem
prawidłowego rozwoju każdego biznesu, nie tylko
internetowego są ludzie – zespół, który potrafi się
zmobilizować i poświęcić dla osiągnięcia wspólnego celu.
Ważna jest różnorodność, odmienność poglądów,
ale wspólna wizja przyszłości, te same dążenia. Ambitne
cele, odwaga w podejmowaniu decyzji i odpowiedni
ludzie na właściwych stanowiskach to priorytety
funkcjonowania każdego biznesu internetowego.
konkurencyjnych podmiotów (wykupienie portalów
Szama.pl i NetKelner.pl), tworzenie mobilnych aplikacji
(iOS, Android), a także umowy z partnerami: Interia czy
Zumi.pl, zachęciło zagranicznego inwestora do współpracy.
A więc jakie założenia ma przyjąć młoda firma, by
zyskać finansowe wsparcie? Jaki obrać plan działania, by
zostać zauważonym? Nie ma jednej recepty na sukces,
ale bardzo dużo zależy od wewnętrznej organizacji
młodego przedsięwzięcia.
Odwagi i ambicji członków zespołu, stawiania
dalekosiężnych celów i patrzenia w przyszłość.
A przyszłością są nowe technologie, aplikacje, które
powodują, że dostęp do internetu jest możliwy
praktycznie wszędzie. Sprzedaż, sprzedaż i jeszcze raz
sprzedaż! – tak na pytanie o główną przyczynę sukcesu
każdego startupu odpowiada Lech Kaniuk. Nie należy
zapominać o kształtowaniu wizerunku usługi.
Dbanie o właściwe formy PR-u prowadzi prostą drogą do
pomyślności przedsięwzięcia. Lokalne media – to pierwszy
sposób – zaznacza Kaniuk. Na pewno z wielką chęcią
zaanonsują pojawienie się e-biznesowego pomysłu.
Kolejna metoda – klienci, którzy mogą zdecydować się na
(nawet darmową) reklamę naszej usługi. Tym bardziej,
gdy pokrewna będzie tematyka przedsięwzięć. Idealnym
przykładem na PR doskonały jest Facebook.
Firmy nawet w kampaniach telewizyjnych informują,
że mają konto na portalu. Sukces serwisu Zuckerberga
marzy się zapewne wszystkim startującym z internetowym
biznesem, ale jest również dowodem na to, że każdemu
może się udać.
Właściciel PizzaPortal.pl nie podaje konkretnych
wskazówek jak ubiegać się o zagraniczne fundusze,
ale uważa, że efekty ciężkiej pracy mogą przyczynić
się do tego, że inwestor sam rozpocznie rozmowę
o współpracy. Wtedy należy też zwrócić uwagę, czy nasza
firma faktycznie zyska na takim partnerstwie. Oczywiście
jednorazowa transakcja zawsze robi wielkie wrażenie,
ale najważniejsze jest to, żeby nasza inwestycja miała
szansę na rozkwit.
Co robić, by się dorobić?
Mocną stroną Delivery Hero były bardzo wysokie ambicje,
know-how w branży i dobre zaplecze finansowe, żeby nie
tylko dokonać transakcji, ale też zapewnić dalszy rozwój
firmy – podkreśla Lech Kaniuk. Działaj tak, by twój startup
wart był inwestycji – zaleca.
Strategia działania na polskim rynku przed pozyskaniem
zagranicznego inwestora była kluczem do sukcesu łódzkiej
firmy. Ciągły rozwój polegający na szybkim przejmowaniu
A wtedy słowa popularnej ostatnio piosenki: robię
startupy prosto z kanapy – staną się hymnem każdego
polskiego startupowca. ■
e-PROFIT 27
Wywiad numeru
Trzeba
miec
otwarte
oczy
Marek Dornowski rozmawia z Dominikiem Szarkiem
i Marcinem Jaśkiewiczem – prowadzącymi Webshake.tv.
Żyjemy w świecie, w którym coraz bardziej liczy się
specjalizacja. Jeśli jesteś dobry we wszystkim, to nie jesteś
dobry w niczym – takie slogany docierają do nas z każdej
strony. Bywa, że ulegając tym podszeptom, jeszcze mocniej
zagłębiamy się we własnym świecie swojego produktu,
usługi czy rynku, tracąc przy tym szerszą perspektywę
tego, co dzieje się dookoła.
Całe szczęście, że są dookoła nas ludzie, dla których życie
w ciasnych skorupach zaszufladkowania do jednego
tylko obszaru e-biznesu byłoby nie do zniesienia. Ludzie,
dzięki którym możemy na co dzień przekonywać się,
że świat e-biznesu rozwija się w nieprawdopodobnym
tempie.
Do takich osób z pewnością możemy zaliczyć Marcina
Jaśkiewicza i Dominika Szarka prowadzących program
Webshake.tv.
28 e-PROFIT
Rozmawiamy z Dominikiem Szarkiem i
prowadzącymi Webshake.tv.
Wywiad numeru
Marcin, na stronie „Ludzie polskiego internetu”, w miejscu,
gdzie każdy wpisuje swoje motto, Ty wpisałeś: The only thing
worse than starting something and failing… is not starting
something. (Jedyną rzeczą gorszą niż rozpoczęcie czegoś i porażka…
jest niezaczynanie tego). To Twoje motto?
Jedno z kilku, którymi staram się kierować w życiu. Każda nowe działanie daje
spore doświadczenie, a to procentuje. Wielu ludzi boi się porażki, dopieszcza
projekt miesiącami, zanim wypuści go na rynek. Najważniejsze jest stworzenie
podstawowego planu, wymyślenie, co chcemy zrobić, jak ma to wpłynąć na
nasz biznes i po prostu sprawdzenie tego w warunkach bojowych. Jeśli nie
wyjdzie, zbieramy dane i analizujemy, dlaczego się nie udało. Taka wiedza
jest niesamowicie cenna. I nie chodzi o to, żeby robić coś na wariata – tylko,
by realizować projekty, w które naprawdę wierzymy i są ku nim przesłanki
biznesowe.
Z kolei Ty Dominik w tym samym miejscu wpisujesz: Believe in butterflies. If they can fly a thousand miles, think what you can do. (Uwierz
w motyle, jeśli one potrafią przelecieć tysiąc mil, pomyśl, co Ty potrafisz).
Dlaczego akurat to motto wybrałeś dla siebie?
Ono pokazuje, że tak naprawdę, jako ludzie, jesteśmy ograniczani wyłącznie
przez samych siebie. I to nie tylko w sferze biznesowej, lecz także we
wszystkich pozostałych. Sami narzucamy sobie limity, ale usprawiedliwień
szukamy wszędzie dookoła. Widzę na swoim przykładzie, w jaki sposób sam
rozwijam się od momentu nagrania pierwszego odcinka, od chwili założenia
pierwszej własnej firmy itd. W ISTV tak naprawdę każdego dnia przekonujemy
się, że nie ma rzeczy niemożliwych – niektóre wymagają po prostu większego
wysiłku niż inne.
Marcinem Jaśkiewiczem –
Zastanawiając się nad tym, co robicie, doszedłem do wniosku, że jesteście
trochę jak tacy podróżnicy z National Geographic, którzy przemierzają lądy
i morza, nagrywając różne cuda przyrody. Tyle że Wy podróżujecie po sieci
i pokazujecie to, co tam się dzieje. Dobre porównanie?
Na pewno jest to trafione porównanie, ponieważ faktycznie, mając
na koncie ponad 130 odcinków naszego programu, „przemierzyliśmy”
solidny kawał internetowego lądu. Poznaliśmy go od wielu stron, nie tylko
przekopując się przez tysiące newsów, lecz także na własnej skórze. I to
zarówno od strony biznesowej, jak i produktowej, spotkaliśmy mnóstwo
fantastycznych osób i pojawiliśmy się na niezliczonej liczbie eventów.
To wszystko staraliśmy się przekazać naszym widzom, by mogli poczuć się
współtowarzyszami naszych „podróży”.
Wiem, że jesteście zagorzałymi fanami piłki nożnej. Odwołam się więc do
przykładu, który będzie Wam bliski. Czytałem ostatnio jeden z najbardziej
znanych dzienników sportowych i to co mnie zaskoczyło, to częstotliwość
negatywnych komentarzy i opinii jej dziennikarzy na temat poziomu
polskiej ligi. Nie wnikając absolutnie w to, czy to prawda, czy nie, zdziwiłem
się, dlaczego dziennikarze tak bardzo obrzydzają czytelnikom to, z czego
de facto sami żyją. Z jakiej strony Wy pokazujecie internet? Szukacie tam
pozytywów i inspiracji, czy raczej tematów, które sprzedadzą się, bo będzie
się z czego pośmiać?
Dominik Szarek
Foto: Ola Anzel / www.olaanzel.pl
e-PROFIT 29
Rynkowe trendy
Widzów nie interesują nieudane projekty, przestrzelone pomysły
i porażki (no… chyba, że te spektakularne). My staramy się docierać do
informacji pozytywnych, wartych naszego i ich czasu, o który co tydzień
walczymy. Jeśli jakaś porażka czy negatywne zdarzenie ma znaczący wpływ na
rynek lub internautów, na pewno o tym powiemy. Nie chcemy jednak na siłę
doszukiwać się taniej sensacji, wolimy nakarmić widza ciekawszymi rzeczami,
aby wrócił do nas po więcej.
Czy Waszym zdaniem mamy dziś modę na startupy?
Ta moda – na całe szczęście – powoli w Polsce mija. Ludzie zdali sobie sprawę,
że robić startup, a robić biznes, to bardzo często dwie różne rzeczy. I coraz
częściej zaczynamy robić biznesy, mając od samego początku na uwadze to,
w jaki sposób nasz projekt ma przynosić pieniądze.
To zdrowe podejście, które na zachodzie jest już przyjęte, w Polsce dopiero
się je lansuje, ale widać już pierwsze efekty w postaci projektów, które bardzo
szybko stają się rentowne.
Obserwujecie na bieżąco rynek. Czy nie odnosicie wrażenia,
że niektóre pomysły są mało biznesowe? Ktoś wymyśla coś, co jest fajne,
ale nie ma pomysłu, jak na tym zarobić i wiele tematów znika tak samo
szybko, jak się pojawia.
O tym właśnie mówimy. Można trzymać się kurczowo projektu, który jest
tworzony dla czystej zajawki, ale jeśli po pewnym czasie nie wymyślimy
sposobu na jego spieniężenie, to będzie nam bardzo trudno przekuć go
w dojrzały biznes, a wtedy zajawka znika tak szybko, jak się pojawiła. Przykłady
z zagranicy pokazują, że wcale nie trzeba rezygnować z tej ekscytującej części
startupu, trzeba po prostu mieć otwarte oczy i włożyć ogrom pracy, żeby fajny
pomysł stał się czymś więcej.
Z jednej strony sami robicie biznes telewizyjny i trudno wymagać byście
rozmieniali się na drobne, ale z drugiej strony czy nie macie czasem takiej
pokusy, by zamiast obserwować i opowiadać, spróbować podłapać ciekawy
biznesowo temat i samemu chwycić byka za rogi?
My trzymamy tego byka już od blisko 3 lat, bo od początku nasz projekt
traktowaliśmy jak startup, który chcemy rozwijać i produktowo, i biznesowo.
I tak się dzieje. Cały czas pracujemy nad atrakcyjnością naszej ramówki,
stworzyliśmy już kilkanaście autorskich programów, a pół roku temu
uruchomiliśmy w ramach naszej spółki dział ISTV Services, który
przekształcamy w pełnowartościową agencję produkcji wideo. Prowadzenie
programu Webshake.tv to tylko mały wycinek naszej pracy w ramach firmy,
którą na bazie programu udało nam się stworzyć.
Interesują nas opinie różnych osób na temat rynku e-biznesu w Polsce.
Inwestorzy patrzą przez swój pryzmat, osoby, którym udało się rozwinąć
ciekawe startupy przez swój. Mnie ciekawi, jaki jest Wasz punkt widzenia.
Z jednej strony jako uczestników tego rynku, a z drugiej jako jego wnikliwych
obserwatorów. Jaki obraz polskiego internetu ma w głowie Webshake.tv?
30 e-PROFIT
Wywiad numeru
Jesteśmy na tym rynku zbyt krótko, by odnosić obecną sytuację do
wcześniejszych lat, jednak polski rynek e-biznesu ma się wbrew pozorom
całkiem nieźle. Co prawda od lat mówi się, że czekamy na „polski Skype”,
który zawojuje świat, ale mierzmy siły na zamiary. Jesteśmy wciąż rynkiem
goniącym rynki zachodnie, ale mimo to pojedyncze sukcesy polskich
projektów w skali globalnej napawają nas dumą i optymizmem.
Coraz częściej też w Dolinie Krzemowej można spotkać polskie zespoły, które
nie boją się starć z tak wymagającym rynkiem i tamtejszymi inwestorami. Jest
bardzo wiele do zrobienia, ale trzeba powiedzieć, że już teraz bardzo dużo się
robi, aby polski e-biznes w coraz mniejszym stopniu odstawał od Zachodu.
Łowicie czasami ryby?
Nie.
Wyobraźmy sobie jednak, że złowiliście złotą rybkę, i ona mówi Wam
tradycyjnie o trzech życzeniach, ale życzenia nie mogą dotyczyć was
bezpośrednio, a muszą dotyczyć ogólnie polskiej sceny internetowej.
Co byście zmienili?
Na pewno poprosilibyśmy, aby Mieszko I umiał mówić biegle
po angielsku:) Bariera językowa – wbrew temu, co mówią inni –
wciąż stanowi dla nas problem. I nie chodzi nawet o kontakty
z zachodem w sferze biznesowej, ale o to, że jako Polska nie jesteśmy
krajem anglojęzycznym. Plusem jest to, że mamy na tyle duży rynek,
że można na nim zbudować duży biznes, jednak dużo dalej nam do rynku
globalnego.
Po drugie złota rybka musiałaby mocno odmienić nasz rodzimy system
edukacji lub przynajmniej wprowadzić obowiązkowe zajęcia ze sztuki
prezentacji. Niestety, ale będąc na ogromnej liczbie branżowych eventów
w całej Polsce, wniosek jest jeden: nie potrafimy prezentować. Ani siebie,
ani naszego projektu. Nie tylko przed inwestorem, ale też przed klientem, czy
nawet nauczycielem w szkole.
Po takich zasługach dla polskiego internetu, trzecie życzenie mimo wszystko
zostawilibyśmy dla siebie:).
A Waszym zdaniem jest szansa, że takie zmiany w praktyce naprawdę
nastąpią?
Pierwsze życzenie nie spełni się na pewno, bo nie zmienimy języka urzędowego
w Polsce, ale z pewnością możemy zmienić myślenie przedsiębiorców,
by częściej decydowali się na podbój globalnego rynku.
Sztukę
prezentacji
jesteśmy
w
stanie
stale
poprawiać,
a coraz częstsze kontakty z inwestorami i przedsiębiorcami z USA zmuszają
nas do ciągłego rozwoju. Jesteśmy więc w tej kwestii umiarkowanymi,
ale jednak optymistami. ■
Marcin Jaśkiewicz
Foto: Ola Anzel / www.olaanzel.pl
e-PROFIT 31
NIE
DA SIĘ
NATALIA HATALSKA
KONKUROWAĆ
PRODUKTEM
32 e-PROFIT
?
Temat z okładki
Pamiętacie scenę, kiedy sympatyczna pani w telewizji powiedziała,
że dzisiejszy odcinek Dynastii będzie wyjątkowy, bo w trakcie filmu
będzie przerwa na reklamę?
A może pamiętacie pierwsze billboardy na ulicach polskich miast,
które wydawały się być wówczas szczytem myśli marketingowej?
Może jeszcze inaczej, pamiętacie czasy, gdy nasze skrzynki
pocztowe nie były przepełnione masą ulotek?
Jeśli choć na jedno z tych pytań jesteście w stanie odpowiedzieć
TAK, oznacza to, że żyliście w czasach, które dziś śmiało można
nazwać marketingową prehistorią.
O tym, jak komunikujemy się dziś i jaki
jest dzisiejszy szczyt myśli marketingowej,
rozmawiamy z Natalią Hatalską.
Natalio, wiem, że to podchwytliwe pytanie i wiem,
że kobiet nie pyta się o wiek, ale czy Ty pamiętasz te czasy,
gdy można było obejrzeć film bez przerw na reklamy?
Pamiętam, zdecydowanie tak. (Śmiech).
I jak, tęsknisz do nich?
Przerwa na reklamę jest często dobrym momentem
do tego, by pójść do kuchni i zrobić sobie herbatę,
choć są już możliwości, by dany program zatrzymać
w dowolnym momencie i na nic nie trzeba czekać.
Poza tym, ja akurat należę do osób, które oglądają
reklamy z zawodowej ciekawości. Tak więc mi przerwa na
reklamę w niczym nie przeszkadza, taki chwilowy moment
zawodowego skupienia w czasie relaksu.
Zajmujesz się komunikacją marketingową od wielu lat.
Dawniej reklamy oglądaliśmy chętnie. Stanowiły one
pewien element tego, co odbieraliśmy w mediach.
Foto: Renata Dąbrowska
Hasła: Ojciec, prać? albo A łyżka na to: Niemożliwe –
stawały się sloganami, tekstami języka potocznego. Dziś to
wszystko obraca się jakby szybciej, a my stajemy się jakby
bardziej odporni na przekazywane treści. Dlaczego tak się
dzieje?
Po części masz rację, ale nie do końca. Faktycznie reklam
jest więcej, więc automatycznie więcej treści odsiewamy.
To naturalna reakcja obronna organizmu, nasz mózg
zaczyna po prostu działać jak sito. Ale z drugiej strony
zauważ, że cały czas pojawiają się hasła reklamowe,
które wchodzą do potocznego języka.
Na przykład?
Chociażby hasło: Prawie robi wielką różnicę. Wydaje
mi się, że kiedyś łatwiej nam było pewne rzeczy
zapamiętać, bo tych reklam było po prostu mniej.
Każda z nich była dla nas nowa, a przez to interesująca.
Dzisiaj, żeby zrobić interesującą reklamę, trzeba się mocno
nagimnastykować.
A co to według Ciebie znaczy dobra reklama?
To reklama, która nie jest dla mnie – jako dla konsumenta –
irytująca. Reklama, która mi się podoba, ale która
e-PROFIT 33
Temat z okładki
jednocześnie jasno wskazuje na produkt czy usługę.
Spotykam się z reklamami, które są fajne, ale nie niosą
treści bezpośrednio związanych z produktem czy usługą.
Pamiętamy je, ale nie pamiętamy, czego dotyczyły. To nie
jest dobra reklama, bo założeniem każdej reklamy jest
ostatecznie sprzedaż.
No dobrze, ale przecież żadne zmiany społeczne
nie wykorzenią potrzeby komunikowania się firm
i konsumentów, mogą tylko zmienić się formy. Z prostych
przekazów na bardziej skomplikowane, z komunikacji
jednostronnej na dialog. Zgodzisz się z tym?
zespołów opracował specjalną kurtkę dla astmatyków. Ta
zabarwiając się na odpowiedni kolor, informuje o stężeniu
zanieczyszczeń w powietrzu, w którym się znajduje.
Zresztą z całej kategorii tych wearable computers w 2011 r.
sprzedano 14 mln sztuk. To naprawdę dzieje się tu i teraz.
Skuteczność reklam ciągle jeszcze mierzy się na przykład
zasięgiem. Im więcej osób zobaczyło komunikat, tym lepiej.
Czy nie sądzisz, że dla coraz większej gamy produktów
i usług ten model podejścia będzie bezcelowy, że trzeba
będzie skupić się na komunikacji do bardzo zawężonych
grup odbiorców, do komunikacji 1:1?
Osobiście nie przeceniałabym zbytnio tej formy dialogu
z konsumentem. Część konsumentów chce rozmawiać
z marką, ale są też tacy, którzy wcale nie mają na to
ochoty. Natomiast ciekawe jest to, co ostatnio możemy
zaobserwować. Chodzi mi głównie o reklamy, które
nas śledzą. To rosnący trend, który wynika z tego,
że konsument zostawia w internecie całą masę informacji
o sobie. Na tej podstawie marketer może przygotowywać
treści reklamowe precyzyjnie dopasowane do naszych
potrzeb i oczekiwań.
Teoretycznie tak, ale w praktyce dla dużej grupy
reklamodawców cały czas najważniejszy jest zasięg.
Możesz podać przykłady nowych technik komunikacji,
które twoim zdaniem mają szansę się przyjąć?
Nie sądzę.
Traktowanie internetu jako szerszego zjawiska. Czyli
w kategoriach internet of objects, a nie tylko „internet
równa się komputer”.
Na czym to polega?
Każda rzecz może być dziś komputerem. Przechodzimy
drogę od komputera stacjonarnego, laptopa, smartfona,
poprzez dedykowane urządzenia podłączone do sieci
i przez to bardziej inteligentne.
Podasz przykład?
Chociażby kwiatek. Jest coś takiego jak Botanicalls,
czyli technologia, w której twój kwiatek – oczywiście
podłączony do systemu – „dzwoni” do Ciebie
i mówi, że jest niepodlany. Ta nowość w formie komunikacji
polega na tym, że urządzenia komunikują się nie tylko
z sobą, lecz także z nami.
Dostajesz SMS od swojego psa z inteligentną obrożą
o treści: zapomniałeś mnie dziś wyprowadzić. –
Brzmi nieźle… Choć trochę jak science fiction.
Tyle, że to jest rzeczywistość. Może przykład psa nie jest
najbardziej trafny, ale komunikacja z …własną kurtką,
to już możliwe. Mamy tu całą rozwijającą się branżę
wearable computers. Przykładowo, jeden z japońskich
34 e-PROFIT
Czyli lepiej mieć fanpage’a z tysiącem fanów, mimo że nie
docieramy do 90% z nich, niż stronę, którą polubi 100 osób
i na bieżąco będzie śledzić, co się na niej dzieje?
Właśnie tak.
Zmieni to się szybko?
Jak Twoim zdaniem wygląda sytuacja na styku rynku
mobile i reklamy? Z jednej strony coraz więcej się o tym
mówi, coraz więcej szumu na ten temat, z drugiej ciągle
jeszcze smartfon nie jest dobrem powszechnego użytku.
Czy uważasz, że już dziś każda kampania powinna mieć
swój budżet przeznaczony na działania mobile, czy jeszcze
póki co to taki „kaprys bycia na czasie”?
To nie tak. Smartfon jest dobrem powszechnego użytku.
Nawet jeśli dane mówią o tym, że nasycenie rynku jest na
poziomie ponad 30% to i tak jest dużo. A jeśli weźmiemy
pod uwagę czas, w jakim to się stało, to zdecydowanie nie
można tego rynku lekceważyć.
Problem natomiast leży gdzie indziej. Otóż duża liczba
osób, która posiada smartfona nie wykorzystuje funkcji,
które czynią ten telefon „smart”. Dla nich to jest po prostu
„fajna słuchawka”, telefon, którego używają do rozmowy
i ewentualnie wysłania SMS-ów. Dlatego też potrzebne są
takie akcje, jak ostatnio zrobił PLAY pod nazwą „Przetestuj
smartfona”. Edukacja klienta, zawsze cenna rzecz.
Dużo piszemy w e-PROFICIE o różnych sposobach
na reklamę, na to by wyróżnić się z tłumu. I na bazie
tych wpisów odnoszę wrażenie, że wszyscy na swój
sposób mówią o tym samym – o innowacji. Trzeba
być innowacyjnym, wybrać innowacyjną formę
komunikacji, innowacyjnie zaplanować kampanię itd.
Temat z okładki
Nie sądzisz, że to słowo „innowacja” pojawia się
w kontekście komunikacji marketingowej zbyt często?
Marketerom się wydaje, że oni mogą konkurować
produktem. W związku z tym przygotowują produkty,
które są innowacyjne.
Tylko że nikt o tym nie wie.
To raz, a dwa – nikt z tego nie korzysta. Dzisiaj nie da
się konkurować produktem. Produkt może być łatwo
skopiowany i usprawniony przez konkurencję w naprawdę
krótkim czasie. Jeśli już, to dzisiaj można konkurować
marką.
Meaningful brands, to jest to?
Tak, chociaż z drugiej strony jest też teoria, że będziemy żyć
w świecie no logo. Ja osobiście w to nie wierzę. Ludzie chcą
marek, chociażby do podkreślenia swojej osobowości.
Szkolimy marketerów z tego, jak sprzedawać swoje marki.
Czasem to przynosi efekty, czasem nie. A może powodem
jest to, że jakiś produkt czy usługa nie jest po prostu zbyt
dobre na dany rynek i dlatego najzwyczajniej w świecie się
nie sprzedaje?
Przecież jeśli produkt jest dobry, to jest coś takiego jak
marketing szeptany, chyba dziś najbardziej wiarygodna
forma marketingu…
Tekstronika, czyli komputery, które będziemy zakładać na
siebie. To jest olbrzymi obszar. Szacunki mówią, że do roku
2016 będzie on wart 6 mld dol.
Tylko czy taki rynek nie zostanie od razu zajęty przez
olbrzymie korporacje, a projekty, których finansowanie
oscyluje w granicy 200 tys. euro, nie będą miały szans
wejść na niego?
Ale wiele z przykładów, które można by wymieniać
realizowane jest przez studentów. Nie zawsze nowoczesne
rozwiązanie musi być synonimem czegoś drogiego. Warto
patrzeć szerzej, a nie tylko na to, co jest tu i teraz.
A co z płynnością finansową, czy damy radę dożyć do
czasu, zanim nasz genialny nowatorski pomysł zacznie się
sprzedawać?
Założyciel Flickera w jednym z ostatnich wywiadów
powiedział, że ktoś, kto myśli tylko w kategorii finansowej,
nie jest w stanie stworzyć czegoś nowatorskiego.
Ale z drugiej strony, patrząc nawet od strony finansów,
przecież inwestor też chętniej niż w coś odtwórczego,
zainwestuje w coś nowego, co ma olbrzymi potencjał.
Dziękuję za rozmowę. ■
Według mnie jest inna przyczyna. Jakieś 2 lata temu
robione było takie badanie, w którym zadano marketerom
pytanie: Co sprawi, że osiągniesz sukces rynkowy?
Na pierwszym miejscu pojawiła się odpowiedź:
Innowacyjny produkt, na drugim miejscu – ciągła
komunikacja marketingowa, a dopiero na trzecim –
rozpoznanie potrzeb konsumenta.
Co z tego wynika?
To, że dla wielu marketerów konsument jest na szarym
końcu, a powinien być na pierwszym miejscu. Najpierw
muszę wiedzieć, czego konsument potrzebuje, potem jak
się z nim komunikować i dopiero wtedy siadam do pracy
nad produktem.
Niestety, u nas często jest to robione na odwrót i dziwimy
się, że produkt, który jest niedopasowany do oczekiwań
konsumenta się nie sprzedaje.
Natalio, czy widzisz miejsce styku pomiędzy światem
startupów a tym, o czym tutaj rozmawiamy? Czy w tych
wszystkich nowościach jest miejsce na biznes dla nich?
Foto: Renata Dąbrowska
e-PROFIT 35
Warto wiedzieć
Dlaczego większość z nas uważa, że nie ulega
reklamom? Że jest odporny na jej działalnie?
Uleganie to zagadnienie nieodłącznie związane
z różnymi aspektami reklamy. Wszechobecne
billboardy, ulotki, kupony promocyjne, ilustracje
reklamowe, spoty i wiele innych form reklamowania
wydają się prowadzić do tzw. habituacji. Czyli mniej
więcej zobojętnienia na regularnie pojawiający się
bodziec. Z tego punktu widzenia ludzie ze społeczeństw
konsumpcyjnych (a więc znacznej części globu) powinni
być obojętni na działanie reklam.
Prosta obserwacja każdego, kto mieszka w dużym
mieście, może to potwierdzić. Supermarkety, lokalne
restauracje oraz firmy zajmujące się sprzedażą okien
i drzwi do tego stopnia bombardują skrzynki pocztowe
ulotkami reklamowymi, że odbiorca w pewnym
momencie mimowolnie wyrzuca każdą ulotkę, którą
dostaje. Rzecz ma się jednak zgoła odmiennie, kiedy
zaczynamy poszukiwać określonego towaru. Ta firma,
której ulotka, billboard, ilustracja jest najbardziej
wymowna i sugestywna, ta zdobywa wstępnie nasze
uznanie. Siłą rzeczy szukamy optymalnej oferty, która
spełnia nasze oczekiwania.
Czy zdarzyło Ci się kupić kiedyś coś, czego zupełnie
nie potrzebowałeś? Ciekawe i istotne wydaje się
być zjawisko nabywania produktów, których nie
potrzebujemy. Są bowiem artykuły, których szeroka
rzesza konsumentów nie potrzebuje, a mimo to nabywa
je. Są to być towary ekskluzywne. W prawdzie istnieje
grupa zamożnych klientów, których stać na luksusowe
samochody, egzotyczne podróże oraz wyjątkowo drogie
i zaawansowane technologicznie sprzęty. Jednak wiele
osób o zdecydowanie mniejszych dochodach zaciąga
tzw. kredyty konsumpcyjne, by nabyć rzeczy, poza
zasięgiem ich możliwości finansowych.
36 e-PROFIT
Pojawia się więc pytanie: czym właściwie jest
uleganie reklamom? Czy jest to mimowolne
kupowanie rzeczy „zbędnych”, czy też może
wybór
wyselekcjonowanego
dostawcy
produktu bądź usługi w oparciu o ocenę
licznych, konkurujących ze sobą reklam?
Nie bez znaczenia jest też spostrzeżenie, zgodnie
z którym podejmowanie decyzji o kupowaniu jedynie
rzeczy niezbędnych do życia, człowiek nie tylko
przestałby być konsumentem, ale stałby się wręcz
ascetą. Odbiegałoby to rzecz jasna od norm panujących
we współczesnym społeczeństwie. Wniosek nasuwa
się więc jeden: wszyscy kupujemy, chcąc, czy też nie
chcąc, poszukując czy też nie poszukując, potrzebując
lub wręcz przeciwnie.
Dlaczego zatem większość z nas twierdzi, że
na nasze decyzje zakupowe nie ma wpływu
reklama, że na nas to nie działa, że nie ulegamy
reklamom – kto jak kto, mój sąsiad lub sąsiadka
a i owszem, ale nie ja! By wyjaśnić tę kwestię należy
zacząć od przyjrzenia się temu, jak my jako ludzie
oceniamy i postrzegamy samych siebie. Okazuje
się, że normalnym zjawiskiem jest zarówno błędne
i zniekształcone postrzeganie samego siebie, jak
i otaczającej nas rzeczywistości. Typowe dla ludzi jest
uważanie się za bardziej moralnych i uczciwych od
innych osób, posiadających wyższy poziom inteligencji
w porównaniu do inteligencji innych. Z przejawami
tego spotkać się można niemalże wszędzie.
Zdaniem niektórych badaczy zniekształcone
postrzeganie własnych kompetencji oraz
umiejętności jest charakterystyczne dla
osób zdrowych psychicznie.
warto wiedzieć
ludzi. W trosce o zachowanie dobrego mniemania
o swojej osobie, stwierdzamy, że choć mamy taką samą
styczność z reklamami, co inni ludzie, to jednak „oni”
ulegają jej w znacznie większym stopniu.
Niewątpliwie postrzeganie siebie jako człowieka
niezależnego, który nie ulega wpływowi mediów,
umacnia nasze poczucie wartości. Poczucie, że jest
się niezależnym i krytycznym, nie jest może aż tak
ważne, ale jest dla nas na tyle istotne, iż ulegamy
iluzji, że i pod tym względem jesteśmy lepsi od
przeciętnych. ■
Badania dowodzą, iż większość z nas uważa,
że nieszczęścia bardziej przydarzą się innym niż
nam samym, natomiast doświadczenia pozytywne
spotkają nas częściej niż pozostałych. Oczywiście nie
jest możliwe, aby prawie wszyscy ludzie byli lepsi,
inteligentniejsi, uczciwsi, czy bardziej odporni na
choroby niż osoba przeciętna.
Dlaczego więc tak nieobiektywnie oceniamy
samych siebie? Przede wszystkim, dlatego że
chcemy widzieć się lepszymi, niż rzeczywiście
jesteśmy i wierzyć w to, że nasze życie potoczy
się pomyślnie. Stąd też zjawisko tzw. iluzji
odporności na działanie reklamy.
Polega ono na tym, że przeciętny człowiek wyraża
przekonanie, że uleganie reklamom jest w jego
przypadku znacznie mniejsze niż w przypadku innych
osób. Innymi słowy stwierdzą, że ludzie ulegają
reklamom w znacznie większym stopniu niż oni sami.
Wierzą, iż media mają większy wpływ na przekonania,
postawy i zachowania innych niż na nich samych.
My przecież znamy się na polityce, medycynie itd.
Mamy ukształtowane poglądy, wiemy, co nam się
podoba, a co nie i nie damy się nabrać na reklamowe
sztuczki. Ale inni? Inni, oczywiście, są na nie bardzo
poważnie narażeni.
Próbując dociec przyczyny takiego myślenia, należy
odwołać się do tzw. zachowania chroniącego ego.
Zgodnie z tą prawidłowością psychologii społecznej,
człowiek dąży do tego, aby posiadać pozytywny
obraz samego siebie. Z tego też powodu nie tylko
z łatwością akceptuje te informacje, które są w zgodzie
z pozytywnym postrzeganiem samego siebie, lecz
także broni się przed takimi bodźcami, które mogą
negatywnie wpłynąć na wizerunek własnej osoby.
Zjawisko to tłumaczyć więc może sposób, w jaki
ludzie oceniają uległość wobec reklam własną i innych
Grafika: sxc.hu / Montaż: IMOGEN
Karolina Rozwadowska
psycholog, trener
Foto: 360fp.pl
Timothy D. Wilson indywidualny sposób postrzegania
siebie i świata określa mianem własnego tunelu
rzeczywistości, dowodząc jednocześnie, że nie tylko
oszukujemy samych siebie i błędnie postrzegamy
otaczające nas środowisko, lecz także robimy to
całkowicie nieświadomie. Badania pokazujące jak
błędnie ludzie postrzegają siebie i własną rzeczywistość
są bardzo liczne. Badając studentów, okazało się, że
większość osób uważało, że jest od „przeciętnego
studenta inteligentniejsza”. Podobnie rzecz się ma
jeśli chodzi o optymizm, z jakim patrzymy na własną
przyszłość.
Wykształcenie
Psycholog przedsiębiorczości i zarządzania, trener, uzyskała
dyplom magistra Psychologii Przedsiębiorczości i Zarządzania
w Wyższej Szkole Finansów i Zarządzania w Warszawie,
a uprawnienia trenerskie w Akademii Umiejętności Trenerskich
w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Sopocie.
Pracuje w obszarach z zakresu umiejętności interpersonalnych
i społeczno-psychologicznych, jak również w obszarach
psychologii kognitywnej, komunikacji marketingowej oraz
neuromarketingu i reklamy. Zakres jej doświadczenia
trenerskiego obejmuje tematykę: kreowania marki, budowania
wizerunku firmy, reklamy i jej wpływu, komunikacji, sprzedaży,
negocjacji w biznesie oraz zarządzania kreatywnością
i motywacją pracowników.
Umiejętności i doświadczenie
Przez ostatnie lata zajmowała się kreowaniem marek ich
tożsamością i pozycją na rynku, będąc Project Managerem
w Agencji Interaktywnej. Zarządzała zespołem projektowym,
koordynując najważniejsze projekty marketingowo –
promocyjne w firmie. Prowadziła również dodatkowe
działania projektowe mające na celu wypozycjonowanie
unikalności marki w świadomości konsumenta za pomocą
szerokiej gamy działań marketingowych z zakresu ATL i BTL,
w tym kampanie reklamowe w radiu i telewizji dla jednego
z największych polskich banków. Jako trener – praktyk posiada
niezbędne kompetencje i umiejętności, jest osobą otwartą
i w pełni zaangażowaną w to, co robi.
W ramach projektów szkoleniowych współpracuje z Agencją
Daylight, Gdańską Fundacją Przedsiębiorczości, Inkubatorem
Przedsiębiorczości STARTER, Agencją Rozwoju Pomorza
i Politechniką Koszalińską. Jest twórcą nowego brandu
Agencji Daylight, czyli 360 Full Perspective – zajmującego
się kompleksowym wsparciem i obsługą firm w obszarze ich
potrzeb szkoleniowych.
e-PROFIT 37
Startujemy – oceniamy
Ocenbrowar.pl – lista piwnych hitów
Dawid Zaraziński
Jeśli tak jak my lubicie spędzić miło czas przy kuflu złocistego
trunku sprawdźcie naszą recenzję serwisu Ocenbrowar.pl.
Na zdrowie!
z całego świata (obecnie produkowane oraz takie, których
już nie kupisz). Ponad jedna trzecia z nich to piwa polskie.
Głównym elementem serwisu jest ranking piw. Lista
sortowana jest według zdobytych punktów, a następnie
alfabetycznie. Liczba punktów zależy zarówno od średniej
oceny danego piwa, jak i liczby oddanych na nie głosów.
Ocenbrowar.pl to „portal non profit dla hobbystów”
tworzony przez trzy osoby. Na stronie projektu czytamy:
Piłeś piwo, które wyróżniało się wyjątkowym smakiem?
A może takie, które kupiłeś po raz ostatni? Nawet jeśli
było po prostu przeciętne – dodaj swoją ocenę. W naszej
bazie znajdziesz ponad 1600 piw od ok. 500 producentów
Na czele Top 10 znajdują się Rześkie Niepasteryzowane, Perła
Chmielowa Pils oraz Paulaner Hefe Weissbier Naturtrub.
Każde piwo ma swoją stronę, na której znaleźć można
takie informacje jak ilość alkoholu, procent ekstraktu czy
producent. Zostawiać tu można komentarze oraz oceny
(w skali od 1 do 6).
Fot: Top lista
Fot: Charakterystyka piwa
Źródło: Ocenbrowar.pl
Źródło: Ocenbrowar.pl
Nasza ocena
Niewykorzystany potencjał
Ocenbrowar.pl to klasyczny przykład projektu, który nie
wykorzystuje swojego potencjału, a z drugiej strony –
potencjał ten jest ograniczony przez niejasne prawo. Aż się
prosi, by na bazie rankingu piw zbudować katalog marek,
dobrą wyszukiwarkę, w której znaleźć można będzie
piwo zgodne z naszymi preferencjami, czy sklep z trudno
dostępnymi trunkami.
Ten ostatni nie jest jednak tak oczywistą sprawą.
Handel alkoholem w sieci jest mocno ograniczony,
38 e-PROFIT
a przepisy w tej sprawie są niejasne. W chwili
obecnej niekomercyjny serwis nie jest niczym
więcej jak prostą tabelką z algorytmem. A szkoda.
Wydaje się zresztą, że to niezagospodarowana nisza.
Nie znalazłem ciekawego projektu podobnego do
Ocenbrowar.pl (m.in. Ocen-piwo.pl, Piwaswiata.uad.pl
oraz w nieco innym charakterze: Piwopedia.pl), a może Wy
takie znacie? ■
Po godzinach
e-PROFIT 39
Po godzinach
40 e-PROFIT
Po godzinach
Idea projektu jest prosta. Pokazać ludzi tworzących Internet w Polsce.
Chcemy pokazać ludzi zróżnicowanych, ciekawych, barwnych, uchwyconych w czarno-białych fotografiach Aleksandry Anzel.
web 2
LUDZIE POLSKIEGO INTERNETU
www.webdokwadratu.pl, www.olaanzel.pl
PAWEŁ SALA
Ekspert e-mail marketingu, współtwórca sukcesu
wielu kampanii nagradzanych i wyróżnianych na
takich konkursach jak Golden Arrow, WebStar czy
Mixx Awards. Na co dzień dyrektor zarządzający
firmy FreshMail specjalizującej się w kompleksowej
obsłudze działań z zakresu e-mail marketingu oraz
oferującej najbardziej innowacyjne narzędzie do
e-mail marketingu na rynku polskim. Autor książki
“Świeże podejście do e-mail marketingu” oraz
wielu innych publikacji. Mówca na konferencjach
branżowych oraz wykładowca wyższych uczelni.
Prywatnie fan wypraw górskich i podwodnego
świata. Adoptował porzuconego i przywiązanego w
lesie psa Fuksa, który objął stanowisko AntiStress
Managera we FreshMailu i na co dzień łagodzi
obyczaje w biurze.
PARTNERZY PROJEKTU
Po godzinach
Okiem CD Rollera
Calvin Harris – 18 Months
W tym roku lato nie należało do Boba Sinclaira ani Davida
Guetta, ale do Calvina Harrisa. Jego przebój z Rihanną
We Found Love gościł na każdym parkiecie chyba
każdego klubu świata. I słusznie, bo to naprawdę zdolny
i utalentowany DJ.
Robert T. Woźniakowski
W październiku Calvin Harris
ogłosił na cały świat tytuł nowej,
bardzo oczekiwanej płyty. Krążek,
który zwiastuje już 5 singlowych
przebojów, nazywać się będzie 18
Months i na półki sklepowe trafi
na początku listopada.
Wiadomo, że nie zabraknie na
nim żadnego z dotychczasowych
hitów (Bounce z Kelis, Let’s Go
z Ne-Yo, We’ll be Coming Back
z Example oraz śpiewanego
przez Calvina Feel So Close) ani
jednego z przebojów karnawału –
wyprodukowanego przez Harrisa
a firmowanego przez Rihannę We
Found Love.
Poza tym na płycie pojawią się
też m.in. takie nazwiska jak Ellie
Gouding, Nicky Romero, Dizzee
Rascal czy Tinie Tempah.
To nie koniec niespodzianek –
album
promować
będzie
najbardziej
niespodziewana
kolaboracja w tym zestawie –
singiel w duecie z Florence Welch
z Florence And the Machine –
Sweet Nothing. Ten utwór również
trafi na album 18 Months.
Na rynku mamy dostępne dwie
wersje albumu CD (standard
i
wersja
„Polska
cena”).
Dodatkowo na rynku będzie
w sprzedaży wersja LP! Muzyka
Calvina Harrisa z czarnego krążka
smakuje podwójnie. ■
www.calvinharris.co.uk
e-PROFIT 43
Tytuł działu
Tytuł artykułu tytuł artykułu tytuł
artykułu tytuł artykułu tytuł artykułu
Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Quisque
at massa eu nisi ultrices tempor. Fusce vulputate mauris
orci. Vivamus eros metus, sodales quis cursus eget, rutrum
id neque. Aliquam erat volutpat. Duis ac lacus sit amet nunc
aliquet faucibus sit amet at nisi. Suspendisse potenti. Aliquam
erat volutpat. Donec malesuada sem pulvinar tortor cursus et
vehicula mauris eleifend. Pellentesque in tempor quam.
Imię i nazwisko autora artykułu
Eris et ipsum asperiam exerion sequia
il min porro consed ut vendese
quamusapid ulpa nos rem ipiderit
voluptatis de voluptate culpa quatem
quiantio modisincium fugitatius disit,
volupti non rem eum et exceate
mporrovid mos eatenimpor apit
qui rerro con poreped quid eations
entium earchilitis essitat ibusam ea
nonseque porem id eum natempor a
vellecu mquae. Oloribus.
Sam rempores dionsec usdandis et
labor aliberc hillab il millandus.
Modis venestion reperovit re prem
quod molo molupta eruptatur
asperuntibus dem experibusdam vel
ius, nit volumquis sum fuga. Nest,
sim soluptat vellit perumet autatis
quiatet endus, ipsaeperia num fuga.
Niminctus eserum faceptibus et et
libusani cum fugit reped modia que
es audae porecuptatur rerrundus aut
laut quam, impor maxim solorecto
estis di quas ut perovitibus acerunt,
voloreprem que prem quia vercium
consequi tem aboreror asped
quam expero expedit di inimodi
quatur, incientet quis esenditio qui
ipsaperit aut odi volupta tectur sitis
di am rerum repeditas expe consed
maximilit ellatem oluptat voluptiissim
in rerfernate sin nihicia nulla dis etur,
cus dent est ped eum nimus dolupta
44 e-PROFIT
spellaccum eaquiam, sunt ius arum
ullabor as sequi od estendis excepe
nus, sum rem. Nequo eiur? Sequia
cum es aut essendipidis renis am
nihic tendipi dentis et laboribus
dolum fugia voluptatur, ea idit,
tempe dolorror sunt ut quiaectures
pos moloreicil moluptatur?
Qui nonsendi andis moluptasitia
dolore et excest aspere voloreped
ea volorporrum faccus, odisquodi
dolum re ducipsum is quaturio
volores quibusdam doloreprat aut a
del earumqu iaesto eos et atuscium
as utem ut labor a sundamus il ium
facestium dus.
Landestet am re, nihil moditinvent
adit poriae volupta ssimintorrum
qui rersperum quo doluptatium
natempero esed quam ea ducitatur?
Occulpa dolum et acipict otatet aut
quias siminihicte nis eaquat et in
cullatem harcid es nobis consequi
omnis dici rescimusa voloreseque
occatur aut am faces dit ullorum
qui aut modis aut re intotas sitam,
alictum dererrovid erioreicid que
ad que nimus sae. Moluptatur seria
consed eaquidebis eatur arci alia
conestorit vendusam, expliqui dolum
fugit imporporrum rectas destios
di resciam ne minvenis dis ea core
verro omnit res as quiae volorep
rehendel ipitatqui qui culpa volo
berum vel esequiam faciis ni volupta
tustotas
maximus
dolorporro
evenis pelectibusci aut optaquos ne
volorunt.
Iducillam reres utetur?
Evendae
porerspid
maximai
onseque maiossinci berum quid
moles dolupist dunda sunti dolorer
ferferae. Pe nihit officab int erchil
es volore rerepe prae. Pudaesto
vent alibus sume provid et ex eatem
eossimin rempossedit liqui ut unt
escia velestrum vid eatur aut identur
restrum que idel modiasi tatiis etus
ped quas delibusapid ut restota sim
ilit imin perum esed molor as dolupta
as mil ma invendemquas a vent
fugitiate oditibus volla dolenimus, od
estibus et labor sus sandit quam aut
rera con repe voloritium et ipit mi,
quam fugitate nobisciassit ■